Przepowiednia dla Romanowów

Przepowiednia dla Romanowów

Autorzy: Steve Berry

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 468

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 26.90 zł

Historical fiction, jakiego jeszcze nie było!

Wizja współczesnej Moskwy w przededniu... przywrócenia caratu.

„Steve Berry oparł swoją książkę na bazie faktów, hipotez i tajemnic”. Angora

„Powieść jest zręcznym połączeniem faktów historycznych, mitów dotyczących rodziny carów Rosji i fantazji autora budującej na tym tle akcję powieści kryminalnej. Trzeba też przyznać, że jak na kryminał, powieść dosyć wiernie trzyma się faktów”. Magazyn Literacki Książki

„Jeżeli zaczniesz czytać, masz noc z głowy”. Poradnik domowy

„Fanom książek Dana Browna i Daniela Silvy z pewnością spodoba się Przepowiednia dla Romanowów. Ta powieść, ze swą wybuchową akcją i frapującym suspensem, jest jak przejażdżka rollercoasterem, podczas której czytelnik coraz głębiej wnika się w jedną z największych tajemnic naszych czasów”. Sharon Kay Penman, autorka książki Słońce w chwale

Jekaterynburg, 16 lipca 1918

Minęło dziesięć miesięcy od przejęcia władzy przez rewolucjonistów. Biała Armia zbliża się do miasta, gdzie car i jego rodzina więzieni są przez bolszewików. Nadworny jasnowidz Rasputin przepowiada rychłą śmierć rodziny Romanowów, lecz dostrzega szansę na ocalenie jednego z jej członków.

Moskwa, czasy współczesne

Rosja przeżywa ekonomiczny upadek. Obserwujący to mieszkańcy kraju wierzą, że przywrócenie monarchii może być remedium na wszystkie obecne problemy. Nowy car ma zostać wybrany spośród dalekich krewnych Mikołaja II, przedtem jednak Miles Lord, amerykański prawnik i znawca rosyjskiej historii, ma prześwietlić jego przeszłość. Pewni wpływowi biznesmeni ze Wschodu chcą się bowiem upewnić, czy ich kandydata na pewno da się w łatwy sposób kontrolować…

Kiedy Miles Lord zdaje sobie sprawę, że jego życie i przyszłość Rosji zależą od tego, czy uda mu się rozszyfrować zagadkę przepowiedni Rasputina, zaczyna poszukiwać informacji o tym, co stało się z rodziną ostatniego cara Rosji i jej znachorem.

Czyżby ktoś z nich przeżył masakrę z 1918 roku, a ta krwawa noc nie była ostatnim rozdziałem w historii dynastii Romanowów?

Tytuł oryginału:

THE ROMANOV PROPHECY

Copyright © 2004 by Steve Berry

Map copyright © 2004 by David Lindroth

Copyright © 2006 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2006 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

This translation published by arrangenent with Ballantine Books, an imprint of Random House Ballantine Publishing Group, a division of Random House, Inc.

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Beata Iwicka

ISBN: 978-83-8110-055-7

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Prolog

Część I

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Część II

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Część III

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Od autora

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Rosja to kraj, w którym wydarzają się rzeczy niemożliwe.

Piotr Wielki

Nadejdzie rok, rok czarny krwi i pożarów,

Gdy padnie w proch korona z głów carów,

Zapomni tłum o dawnej czci dla pana

I karmą wielu będzie krew przelana.

Michaił Lermontow, Przepowiednia 1830 (przekład T. Stępniewskiego)

Rosja: tajemniczy, ponury kontynent, „zagadka, spowita nimbem tajemnicy, we wnętrzu nieodgadnionego”, jak ujął to Winston Churchill, kraina daleka, niedostępna dla cudzoziemców i niepojęta nawet dla tu urodzonych. To mit, podsycany przez samych Rosjan, którzy woleliby, żeby nikt nie odkrył, kim naprawdę są ani jak naprawdę żyją.

Robert Kaiser, Rosja: Ludzie i władza (1984)

Mimo wszystkich prób, mimo wszystkich popełnionych błędów Rosję końca [dwudziestego] wieku należy uznać za kraj, który obudził się do życia i zmartwychwstał.

David Remnick, Zmartwychwstanie: Walka o nową Rosję (1997)

Kalendarium wydarzeń z historii Rosji związanych z fabułą powieści

* 21 lutego 1613

Michał Fiodorowicz zostaje carem.

* 20 października 1894

Na tron wstępuje Mikołaj II.

* 5 kwietnia 1913

Mikołaj II ofiarowuje matce Jajo Konwaliowe, dzieło Carla Fabergé.

* 16 grudnia 1916

Feliks Jusupow morduje Rasputina. 15 marca 1917 Mikołaj II abdykuje; wraz z rodziną zostaje umieszczony w areszcie domowym.

* październik 1917

Wybuch rewolucji październikowej. Lenin przejmuje władzę.

1918

Rozpoczyna się wojna domowa; biali walczą przeciwko czerwonym.

17 lipca 1918

Czekiści mordują w Jekaterynburgu Mikołaja II, jego żonę Aleksandrę oraz pięcioro ich dzieci.

kwiecień 1919

Feliks Jusupow ucieka z Rosji. 1921 Wojna domowa w Rosji dobiega końca. Zwyciężają czerwoni pod wodzą Lenina.

27 września 1967

Umiera Feliks Jusupow.

maj 1979

Pod Jekaterynburgiem zostaje odnaleziony grób Mikołaja II i jego rodziny.

grudzień 1991

Rozpad Związku Radzieckiego. lipiec 1991 Ekshumacja szczątków Mikołaja II i jego rodziny. W zbiorowej mogile brakuje ciał dwojga carskich dzieci

1994

Identyfikacja szczątków. Do tej pory nie odnaleziono jednak prochów dwojga carskich dzieci.

* Daty oznaczone gwiazdką są podane według kalendarza juliańskiego.

PROLOG

PAŁAC ALEKSANDROWSKI,

CARSKIE SIOŁO, ROSJA,

28 PAŹDZIERNIKA 1916 ROKU

Kiedy drzwi komnaty się otworzyły, Aleksandra, carowa Wszechrusi, po wielu godzinach czuwania po raz pierwszy odwróciła głowę od zbolałego dziecka, które leżało na brzuchu, przykryte prześcieradłami.

Jej przyjaciel wbiegł do środka, ona zaś zalała się łzami.

– Wreszcie, ojcze Grigoriju. Dzięki Bogu miłosiernemu! Aleksiej bardzo potrzebuje twojej pomocy.

Rasputin zbliżył się do łóżka i wykonał znak krzyża. Jego niebieska jedwabna bluza oraz aksamitne spodnie cuchnęły alkoholem, przytępiając odór, którym zwykle wionęło jego ciało i który zdaniem dam dworu jako żywo przypominał woń capa. Lecz Aleksandrze nigdy nie przeszkadzał żaden fetor. Przynajmniej nie ten bijący od ojca Grigorija.

Przed wieloma godzinami wysłała straż pałacową, żeby go odnaleziono, pomna opowieści o jego upodobaniu do towarzystwa Cyganów obozujących na obrzeżach stolicy. Wielokrotnie spędzał tam noce, pijąc na umór i zabawiając się z nierządnicami. Jeden ze strażników zameldował nawet, że pobożny kapłan paradował po stole z opuszczonymi portkami, z dumą prezentując damom carskiego dworu okazałych rozmiarów przyrodzenie. Aleksandra nie dała wiary słowom szkalującym jej przyjaciela i niezwłocznie kazała przenieść strażnika na służbę z dala od stolicy.

– Szukam cię od zapadnięcia zmierzchu – powiedziała, usiłując przyciągnąć jego uwagę.

Ale Rasputin już koncentrował się na jej synu. Upadł na kolana. Aleksiej leżał nieprzytomny od niemal godziny. Późnym popołudniem, kiedy chłopiec bawił się w ogrodzie, nagle upadł. W ciągu dwóch godzin rozpoczęły się nawracające ataki boleści.

Aleksandra patrzyła, jak Rasputin odsuwa prześcieradła i poddaje oględzinom prawą nogę małego Romanowa, posiniałą i opuchniętą, aż niemal groteskową. Pod skórą krew pulsowała jak opętana, obrzmienie osiągnęło już rozmiary niedużego melona. Podkurczona noga prawie sięgała do klatki piersiowej. Wymizerowana twarz dziecka pozbawiona była kolorów, tylko pod oczyma widniały sine kręgi.

Pogłaskała delikatnie jasnobrązowe włosy synka.

Dzięki Bogu, przestał krzyczeć z bólu. Spazmy powracały co piętnaście minut z okrutną i bezwzględną regularnością. Wysoka gorączka sprawiła, że był już w malignie, lecz nie powstrzymało to nieustannego kwilenia, rozdzierającego matczyne serce.

Raz przebudził się z majaczeń.

– O Boże, miej litość nade mną – zawołał błagalnym głosem, a potem zapytał: – Mamo, nie pomożesz mi?

Później chciał jeszcze wiedzieć, czy fizyczne cierpienia ustaną, kiedy już umrze.

Cóż takiego uczyniła? To ona jest wszystkiemu winna. Od dawna wiadomo było, że kobiety przekazują hemofilię swoim synom, chociaż same nigdy nie zapadają na tę chorobę. Jej wuj, brat oraz siostrzeńcy, wszyscy zmarli na krwawiączkę. Ona sama nigdy jednak nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że może być nosicielką choroby. Cztery córki wydane na świat niczego jej nie nauczyły. Dopiero kiedy przed dwunastoma laty za piątym razem Bóg dał jej oczekiwanego syna, uświadomiła sobie bolesną rzeczywistość. Wcześniej żaden z nadwornych medyków nie odważył się ostrzec jej przed taką ewentualnością. Ale czy choć raz zapytała ich o zdanie? Nikt nie chciał z własnej woli poruszać tego tematu. Nawet bezpośrednie pytania były zbywane odpowiedziami pozbawionymi sensu. Z tego właśnie powodu ojciec Grigorij był kimś tak wyjątkowym. Stariec nigdy nie ukrywał przed Aleksandrą nawet najgorszej prawdy.

Rasputin zamknął oczy i usiadł tuż przy obolałym carewiczu. Szorstka broda starieca zlepiona była resztkami jedzenia. Na szyi wisiał złoty krzyż, podarunek od carowej. Chwycił go mocno. Komnata była oświetlona jedynie blaskiem świec. Aleksandra słyszała, że mnich mamrocze coś pod nosem, lecz nie była w stanie rozróżnić słów. Nie śmiała również nic powiedzieć. Chociaż była Cesarzową Wszechrusi, carycą, nigdy nie odważyła się sprzeciwić ojcu Grigorijowi.

Tylko on potrafił zahamować krwawienie. Za jego pośrednictwem Bóg chronił Aleksieja. Carewicza. Jedynego dziedzica tronu. Kolejnego cara Rosji.

O ile carewicz dożyje sukcesji.

Chłopiec otworzył oczy.

– Nie obawiaj się, Aleksieju, wszystko dobrze – wyszeptał Rasputin.

Jego głos był spokojny i melodyjny, ale jednocześnie stanowczy i pewny. Mnich głaskał zroszone potem ciało chłopca, od głowy aż po stopy.

– Odpędziłem od ciebie te potworne bóle. Już nic nie sprawi ci cierpienia. Jutro będziesz czuł się dobrze i razem będziemy wesoło się bawili. – Nie przestawał głaskać ciała dziecka. – Przypomnij sobie, co ci opowiadałem o Syberii. Są tam nieprzebyte knieje i bezkresne stepy, tak wielkie, że nikt nigdy nie widział jeszcze ich końca. Wszystko to należy do twojego taty i twojej mamy, a pewnego dnia, kiedy już będziesz zdrowy, silny i duży, stanie się twoją własnością. – Ujął dłoń chłopca. – Kiedyś zabiorę cię na Syberię i pokażę ci to wszystko. Ludzie są tam zupełnie inni niż tutejsi. Musisz, Aleksieju, zobaczyć ten cały majestat.

Jego głos pozostawał przez cały czas spokojny.

Oczy chłopca pojaśniały. W jego członkach znów pojawiło się życie, równie szybko, jak opuściło je przed paroma godzinami. Zaczął nawet podnosić się z poduszki.

Aleksandra znów się zaniepokoiła, że ruch pogłębi świeży uraz.

– Uważaj, Aleksieju. Musisz być ostrożny.

– Zostaw mnie, mamo. Muszę słuchać. – Zwrócił się do Rasputina: – Opowiedz mi jeszcze jedną historię, ojcze.

Rasputin uśmiechnął się i opowiedział chłopcu o koniku garbusku, beznogim żołnierzu oraz jeźdźcu z wykłutymi oczyma oraz o carycy małej wiary, zamienionej w białą kaczkę. Opowiadał o polnych kwiatach na rozległych syberyjskich stepach, gdzie rośliny miały dusze i rozmawiały ze sobą, i o tym, że zwierzęta również ze sobą rozmawiały, oraz o tym, jak on sam jako dziecko uczył się rozumieć, o czym szepczą konie w stajni.

– Widzisz, mamo. Zawsze ci mówiłem, że konie rozmawiają ze sobą.

Łzy nabiegły carowej do oczu na widok cudu, który miała przed sobą.

– Masz rację, synku. Masz rację.

– Opowiesz mi o wszystkim, o czym usłyszałeś od koni, prawda? – zapytał Aleksiej mnicha.

Rasputin uśmiechnął się ciepło.

– Jutro. Opowiem ci więcej jutro. Teraz musisz odpocząć.

Głaskał ciało carewicza do chwili, kiedy chłopiec znów pogrążył się we śnie.

Ojciec Grigorij powstał.

– Malec przeżyje.

– Skąd masz pewność?

– Jak możesz jej nie mieć?

W jego głosie słychać było oburzenie i Aleksandra natychmiast pożałowała wyrażonych głośno wątpliwości. Wiele już razy dochodziła do wniosku, że to one właśnie są przyczyną cierpień Aleksieja. Być może Bóg wystawiał ją na próbę, posługując się przekleństwem hemofilii, aby sprawdzić siłę jej wiary.

Rasputin obszedł łóżko dookoła. Ukląkł przed fotelem, na którym siedziała carowa, i chwycił jej dłoń.

– Mateńko, nie wolno ci opuszczać Naszego Pana. Nie powątpiewaj w Jego moc.

Jedynie stariec mógł pozwolić sobie na taką poufałość. Ona była matuszką, mateńką. Jej małżonek, Mikołaj II – batiuszką. W taki właśnie sposób carską parę postrzegali chłopi – jako surowych rodziców. Wszyscy dookoła powtarzali Aleksandrze, że Rasputin jest jedynie chłopem. Być może. Ale tylko on potrafił ulżyć cierpieniom Aleksieja. Ten prosty chłop z Syberii, ze zmierzwioną brodą, cuchnącym ciałem i długimi, tłustymi włosami, okazał się wysłannikiem niebios.

– Bóg odmówił wysłuchania moich modłów, ojcze. Opuścił mnie w potrzebie.

Rasputin zerwał się na równe nogi.

– Dlaczego tak mówisz? – chwycił w dłonie jej twarz i obrócił ją w stronę łóżka. – Spójrz na malca. Cierpi potwornie z powodu twojego braku wiary.

Nikt inny poza jej małżonkiem nie śmiał odzywać się do Aleksandry w ten sposób. Lecz ona nie oponowała. Właściwie nawet czekała na takie chwile. Mnich odwrócił jej głowę i patrzył głęboko w oczy. Wydawało się, że w jasnoniebieskich tęczówkach Rasputina skupiła się cała jego osobowość. Carowa nie potrafiła uniknąć ich spojrzenia. Były niczym fluorescencyjne płomienie, jednocześnie przeszywające i kojące, dalekie i zarazem bardzo skupione. Potrafiły zajrzeć prosto do wnętrza duszy. A Aleksandra nigdy nie umiała im się oprzeć.

– Matuszko, nie wolno ci rozmawiać z naszym Panem w ten sposób. Maleńkiemu potrzebna jest twoja wiara. On pragnie, żebyś w Bogu pokładała zaufanie.

– Wierzę w ciebie.

Puścił ją.

– Jestem nikim. Zaledwie instrumentem, za którego pośrednictwem działa Bóg. Ja nie robię nic – wskazał gestem ku niebiosom – On czyni to wszystko.

Łzy znów spłynęły ciurkiem z oczu carowej, osunęła się z fotela ogarnięta wstydem. Jej włosy były potargane, piękna dawniej twarz przez lata trosk poszarzała i pomarszczyła się. Oczy bolały od wylanych łez. Miała tylko nadzieję, że nikt nie wejdzie do komnaty. Jedynie ze stariecem potrafiła rozmawiać otwarcie jako kobieta i matka. Zaczęła płakać i objęła go ramionami za kolana, dociskając mocno policzki do jego szat cuchnących końmi i błotem.

– Tylko ty możesz mu pomóc – wykrztusiła przez łzy.

Rasputin stał nieruchomo. Jak pień drzewa, pomyślała. Drzewa były w stanie przetrwać nawet najsroższe rosyjskie zimy, a potem z nadejściem każdej wiosny znów puszczały pąki. Ten święty człowiek, którego Bóg z pewnością celowo zesłał, był jej drzewem.

– Matuszko, to niczego nie rozwiąże. Bóg pragnie twej żarliwej wiary, nie twoich łez. Emocje nic dla niego nie znaczą. On pragnie wiary. Takiej wiary, która nie poddaje się zwątpieniu…

Poczuła, jak ciało Rasputina drży. Puściła jego kolana i spojrzała na niego. Twarz starieca była pozbawiona wyrazu, białka oczu wywrócone do góry. Wstrząsnął nim dreszcz. Nogi ugięły się pod nim i osunął się na podłogę.

– Co się dzieje? – zapytała Aleksandra.

Nie odpowiedział.

Chwyciła go za koszulę i szarpnęła nim.

– Odezwij się do mnie!

Powoli otworzył oczy.

– Widzę stosy ciał: kilku wielkich książąt i setki hrabiów. Newa będzie czerwona od ich krwi.

– Co chcesz przez to powiedzieć, ojcze?

– To wizja, mateńko. Znów się pojawiła. Czy zdajesz sobie sprawę, iż wiem od dawna, że umrę w piekielnych męczarniach?

O czym on mówił?

Chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie. Na jego twarzy malował się lęk, ale nie patrzył na Aleksandrę. Jego wzrok skoncentrował się gdzieś daleko, poza nią.

– Opuszczę ziemski padół jeszcze przed Nowym Rokiem. Pamiętaj, mateńko, że jeśli zginę z rąk zwykłego zamachowca, car nie ma się czego obawiać. Pozostanie na tronie i nie będziecie musieli bać się o los swoich dzieci. Będą panować przez setki lat. Jeśli jednak zamordują mnie bojarzy, moja krew pozostanie na ich dłoniach przez dwadzieścia pięć lat. Opuszczą Rosję. Brat podniesie rękę na brata i będą zabijać się nawzajem w nienawiści. Później w tym kraju nie będzie już żadnej szlachty.

Poczuła, jak zdejmuje ją groza.

– Ojcze, dlaczego mówisz takie okropne rzeczy?

Jego wzrok wrócił z oddali i skoncentrował się na carowej.

– Jeśli zbrodni na mnie dopuści się ktoś z rodziny cara, żadne z was nie będzie żyło dłużej niż dwa lata. Wszyscy poniesiecie śmierć z rąk Rosjan. Zatroszczcie się o własne zbawienie i przekażcie swoim krewnym, że zapłaciłem za nich życiem.

– Ojcze, przecież to brednie!

– To wizja, doświadczyłem jej już niejeden raz. Mamy przed sobą długą i ciemną noc pełną cierpień. Nic nie potrafię dostrzec w mroku. Moja godzina niedługo wybije i chociaż umrę w męczarniach, nie odczuwam lęku.

Jego ciałem znów wstrząsnęły dreszcze.

– O Boże. Zło jest tak wielkie, że ziemia zadrży od głodu i chorób. Matkę Rosję czeka zguba.

Aleksandra ponownie nim potrząsnęła.

– Ojcze, nie wolno ci mówić w ten sposób! Aleksiej cię potrzebuje.

Rasputin się uspokoił.

– Nie obawiaj się, mateńko. Jest też inne proroctwo. Wybawienie. Przeżywam je po raz pierwszy. Ach, cóż za wizja! Widzę ją wyraźnie.

Część I

1

MOSKWA, CZASY WSPÓŁCZESNE,

WTOREK, 12 PAŹDZIERNIKA, 13.24

W ciągu piętnastu sekund życie Milesa Lorda zmieniło się na zawsze.

Najpierw dostrzegł samochód. Granatowe volvo kombi o odcieniu tak głębokim, że w jaskrawym słońcu południa kolor wydawał się niemal czarny. Chwilę później Lord zauważył, że przednie opony robią skręt w prawo, a auto lawiruje na ruchliwej jezdni Nikolskiego Prospektu. Potem zobaczył, jak tylna szyba, niczym obraz widziany w lustrze, opuszcza się, a odbicie otaczających budynków ustępuje miejsca ciemnemu prostokątowi, z którego wystaje lufa karabinu.

Broń zaczęła wypluwać kule.

Lord rzucił się na ziemię. Gdy padał na pobrudzony olejem trotuar, wokół rozległy się paniczne krzyki. Na chodniku tłoczyli się ludzie robiący zakupy, turyści oraz robotnicy. W jednej chwili wszyscy rzucili się szukać schronienia, a ołowiane pociski wypruwały ślady na zwietrzałych już kamieniach budynków epoki stalinowskiej.

Lord obrócił się na drugi bok i spojrzał na Artemiego Beli, człowieka, z którym zjadł lunch. Poznał tego Rosjanina przed dwoma dniami. Okazało się, że jest to młody i przyjaźnie nastawiony prawnik z Ministerstwa Sprawiedliwości. Jak prawnik z prawnikiem zjedli wczoraj kolację i dzisiaj śniadanie, rozmawiając o nowej Rosji i nadchodzących wielkich zmianach. Obaj rozkoszowali się faktem uczestniczenia w historycznych wydarzeniach. Amerykanin zdążył jeszcze otworzyć usta, chcąc krzyknąć ostrzegawczo, ale zanim zdołał wydać z siebie głos, klatkę piersiową Beliego rozerwały kule, a krew i strzępy ciała obryzgały szybę wystawową za jego plecami.

Ra-ta-ta, ciągły odgłos ognia automatycznego przypominał Lordowi sceny ze starych gangsterskich filmów. Szyba pękła, a niezliczone odłamki szkła o ostrych brzegach prysnęły na chodnik. Ciało Beliego przygniatało Amerykanina; z otwartych ran unosił się odór miedzi. Lord zsunął z siebie martwego Rosjanina, zaniepokojony strumykiem czerwonej krwi, która wsiąkała w tkaninę jego garnituru i skapywała z dłoni. Prawie nie znał tego człowieka. A jeśli Beli był seropozytywny?

Volvo zahamowało z piskiem opon.

Lord spojrzał w lewo.

Drzwi samochodu otworzyły się, wyskoczyło z niego dwóch mężczyzn uzbrojonych w pistolety maszynowe. Byli w szaroniebieskich mundurach tutejszej milicji, z czerwonymi klapami. Żaden z nich nie miał jednak na głowie przewidzianej regulaminem szarej czapki z czerwonym otokiem. Ten, który siedział z przodu, cofniętym czołem i bulwiastym nosem przypominał człowieka z Cro-Magnon. Drugi, który wysunął się z tylnego siedzenia, był przysadzisty, z twarzą oszpeconą bliznami po ospie i włosami zaczesanymi gładko do tyłu. Uwagę Lorda przyciągnęło prawe oko mężczyzny. Odstęp między źrenicą a brwią był szeroki, jakby powieka była półprzymknięta – jedno oko wydawało się zamknięte, a drugie otwarte. Był to jedyny ślad uczuć na twarzy poza tym całkowicie pozbawionej emocji.

Opadnięta Powieka odezwał się do Człowieka z Cro-Magnon po rosyjsku:

– Przeklęty cziornyj przeżył.

Czy słuch nie mylił Lorda?

Cziornyj.

Wyraz ten znaczył „Murzyn”.

Od momentu przybycia do Moskwy przed ośmioma tygodniami Lord nie widział innego ciemnoskórego człowieka, w mig więc zrozumiał, że chodzi tu o niego i że znalazł się w poważnych tarapatach. Przypomniał sobie cytat z przewodnika turystycznego po Rosji, którego lekturę zaliczył kilka miesięcy wcześniej: „Każda osoba o ciemnej skórze powinna spodziewać się, że wywoła pewne zaciekawienie”. Cóż za niedopowiedzenie.

Człowiek z Cro-Magnon potwierdził skierowany do niego komentarz skinieniem głowy. Obaj mężczyźni stali w odległości około trzydziestu metrów, Lord zaś nie miał zamiaru czekać, by przekonać się, o co im chodzi. Rzucił szybkie spojrzenie ponad ramieniem i zobaczył, jak dwaj napastnicy przysiadają w kucki i szykują broń do strzału. Przed sobą dostrzegł skrzyżowanie ulic. Zdążył tam dobiec w chwili, gdy dosłyszał serię z automatu.

Kule wryły się w kamienny mur, wzbijając kłęby pyłu w chłodnym powietrzu.

Kolejni przechodnie padli na ziemię, szukając osłony. Lord zeskoczył z chodnika i znalazł się na wprost tolkuczki – ulicznych straganów ciągnących się wzdłuż krawężnika daleko, jak okiem sięgnąć.

– Uzbrojeni bandyci. Uciekajcie! – krzyknął po rosyjsku.

Babuszka handlująca lalkami pojęła w lot i rzuciła się w stronę pobliskiej bramy, zawijając mocno chustę wokół zrytej zmarszczkami twarzy. Pół tuzina dzieci sprzedających gazety i pepsi wbiegło pędem do sklepu spożywczego. Straganiarze opuszczali kramy i rozbiegali się niczym karaluchy. Pojawienie się żołnierzy mafii nie było tu niczym wyjątkowym. Lord wiedział, że w Moskwie przestępczy proceder uprawiało sto lub więcej gangów. Ludzie ginęli od kul, ciosów noża lub rozrywały ich bomby niemal równie często, jak na jezdniach tworzyły się korki. Takie ryzyko wiązało się z prowadzeniem interesów na ulicy.

Ruszył pędem przed siebie w stronę zakorkowanego prospektu. Samochody posuwały się w żółwim tempie, nad wszystkim powoli brał górę chaos. Amerykanin usłyszał klakson i zobaczył, jak tuż przed nim zatrzymuje się taksówka. Oparł zakrwawione dłonie na masce samochodu. Kierowca nie przestawał naciskać na klakson. Lord obejrzał się i dostrzegł, że dwa uzbrojone zbiry wyłaniają się zza rogu. Tłum rozbiegł się, co otwierało im pole do czystego strzału. Amerykanin dał nura za taksówkę, gdy kule dewastowały auto od strony kierowcy.

Klakson przestał trąbić.

Lord podniósł się i wlepił wzrok w zakrwawioną twarz taksówkarza, rozpłaszczoną na szybie. Jedno oko było otwarte. Szyba przybrała karmazynowy kolor krwi. Zabójcy znajdowali się teraz o niecałe pięćdziesiąt metrów od Lorda, po drugiej stronie drogi. Rozglądał się po witrynach sklepowych po obu stronach ulicy i zauważył salon mody męskiej, butik z ubrankami dla dzieci oraz kilka galerii z antykami. Szukał jakiegoś miejsca, w którym mógłby zniknąć, i wybrał restaurację McDonald’s. Z jakiegoś powodu złote łuki kojarzyły mu się z bezpieczeństwem.

Popędził chodnikiem i pchnął szklane drzwi. Przy stolikach sięgających klatki piersiowej oraz w boksach zebrało się dobre kilkaset osób. Jeszcze więcej stało cierpliwie w ogonkach. Przypomniał sobie, że w swoim czasie był to najbardziej oblegany w świecie przybytek gastronomii.

Lord chwytał łapczywie powietrze. Każdemu oddechowi towarzyszył zapach smażonych hamburgerów, frytek oraz papierosów. Dłonie i ubranie wciąż miał zakrwawione. Kilka kobiet zaczęło krzyczeć w przekonaniu, że został postrzelony. Tłum młodych ludzi ogarnęła panika, wszyscy jak szaleni rzucili się do wyjścia. Amerykanin ruszył do przodu, przeciskając się przez ciżbę, ale szybko zdał sobie sprawę, że to błąd. Zmienił kierunek i popędził przez salę restauracyjną w kierunku schodów prowadzących do toalety. Wyrwał się z uścisku spanikowanego tłumu i biegł w dół, pokonując po trzy schodki naraz i przesuwając zakrwawioną prawą dłoń po gładkiej poręczy.

– Do tyłu. Odsunąć się. Do tyłu – usłyszał niski męski głos wydający kategoryczne polecenia w języku rosyjskim.

Znów rozległy się strzały z broni automatycznej.

Uszu Lorda dobiegły kolejne wrzaski i szuranie nóg.

Dotarł do podnóża schodów i stanął przed trojgiem zamkniętych drzwi. Jedne prowadziły do toalety damskiej, drugie do męskiej. Otworzył trzecie. Przed sobą zobaczył duże pomieszczenie magazynowe, którego ściany wyłożone były białą, błyszczącą glazurą, jak w całej restauracji. W jednym z narożników troje ludzi siedziało przy stole i paliło papierosy. Zwrócił uwagę na ich trykoty – twarz Lenina nadrukowana na złotych łukach McDonald’sa. Ich wzrok spotkał się ze spojrzeniem Amerykanina.

– Uzbrojeni bandyci. Ukryjcie się – ostrzegł ich po rosyjsku.

Cała trójka bez słowa zerwała się od stołu i popędziła w stronę przeciwległego rogu jasno oświetlonego pomieszczenia. Pierwszy z nich otworzył z impetem drzwi i wszyscy zniknęli na zewnątrz. Lord zatrzymał się na moment, żeby zatrzasnąć za sobą drzwi, przez które wszedł, i zamknąć je od środka, potem ruszył za Rosjaninem.

Wybiegł na popołudniowy chłód i zatrzymał się w zaułku na tyłach wielopiętrowego budynku, w którym mieściła się restauracja. Niemal spodziewał się, że mieszkają tu Cyganie albo obwieszeni medalami weterani wojenni. Każdy moskiewski zakamarek zdawał się oferować schronienie temu czy innemu przedstawicielowi którejś z wywłaszczonych grup społecznych.

Lord znalazł się w otoczeniu obskurnych domów, których mury z grubo ciosanego kamienia poczerniały i wyszczerbiły się po latach niczym nieograniczonej emisji spalin samochodowych. Często się zastanawiał, jakie szkody te spaliny czynią w płucach. Próbował zorientować się, gdzie jest. Chyba niecałe sto metrów na północ od Placu Czerwonego. Gdzie mogła się znajdować najbliższa stacja metra? To była najlepsza dla niego droga ucieczki.

Na stacjach metra zawsze kręciły się milicyjne patrole. Ale to właśnie milicjanci go ścigali. Chyba że…? Czytał przecież, że żołnierze mafii często przebierają się w milicyjne mundury. Zwykle na ulicach aż roiło się od funkcjonariuszy uzbrojonych w pałki oraz broń automatyczną. Dzisiaj jednak można ich było szukać ze świecą.

Z wnętrza budynku dobiegł głuchy odgłos.

Lord spojrzał do tyłu.

Położone obok toalet drzwi wejściowe po drugiej stronie magazynu zostały wyważone. Ruszył biegiem w kierunku głównej ulicy, gdy z wewnątrz dosłyszał echo strzałów.

Wskoczył na chodnik i skręcił w prawo, biegnąc na tyle szybko, na ile pozwalał mu garnitur. Sięgnął ręką do kołnierzyka, rozpiął guzik pod szyją, potem poluzował węzeł krawata. Teraz mógł przynajmniej swobodnie oddychać. Za kilka chwil jego prześladowcy wyłonią się zza rogu. Skręcił gwałtownie w prawo i przeskoczył przez wysokie do pasa ogrodzenie z palików połączonych łańcuchem, otaczające jeden z niezliczonych parkingów usytuowanych w śródmieściu Moskwy.

Zwolnił tempo biegu do truchtu, rozglądając się na lewo i prawo. Na parkingu stały liczne łady, wołgi, czajki. A także kilka fordów i parę niemieckich sedanów. Większość aut była zabrudzona sadzą i powgniatana od stłuczek. Amerykanin spojrzał za siebie. Dwójka zbirów wybiegła zza rogu jakieś sto metrów za nim i pędziła teraz w jego kierunku.

Popędził przed siebie środkiem porośniętego trawą parkingu. Kule odbiły się rykoszetem od auta stojącego po jego prawej stronie. Lord dał nura za czarne mitsubishi i wyjrzał zza tylnego błotnika. Dwaj prześladowcy ustawili się po drugiej stronie płotu. Człowiek z Cro-Magnon stanął, mierząc przed siebie z karabinu, Opadnięta Powieka biegł truchtem wzdłuż ogrodzenia.

Silnik jednego z samochodów zaczął pracować.

Z rury wydechowej wychodziły kłęby spalin. Zapaliły się światła stopu.

Była to łada w kolorze kremowym, zaparkowana po drugiej stronie środkowej alejki. Samochód szybko wycofał się z zajmowanego miejsca. Na twarzy kierowcy Lord dostrzegł strach. Najwidoczniej mężczyzna usłyszał strzały i zdecydował się odjechać jak najszybciej.

Opadnięta Powieka przeskoczył przez płot.

Amerykanin wyskoczył z kryjówki i rzucił się na maskę łady, dłońmi chwytając się wycieraczek. Dzięki Bogu, dziadowskie auto miało wycieraczki. Wiedział, że większość kierowców trzyma wycieraczki w schowkach, udaremniając tym samym zakusy złodziejaszków. Facet z łady wytrzeszczył na niego zdziwione oczy, ale wciąż jechał w kierunku ruchliwego bulwaru. Przez tylną szybę Lord dostrzegł Opadniętą Powiekę, który pięćdziesiąt metrów za nim przyklęknął, by wycelować, gdy tymczasem Człowiek z Cro-Magnon przełaził przez ogrodzenie. Amerykanin przypomniał sobie taksówkarza i zdecydował, że nie ma prawa narażać kierowcy łady. Kiedy auto wyjechało na sześciopasmową jezdnię, stoczył się z maski na chodnik.

Ułamek sekundy później nadleciały pociski.

Łada odbiła ostro w lewo i popędziła do przodu.

Lord toczył się po chodniku aż do jezdni, w nadziei, że niewielkie zagłębienie poniżej krawężnika wystarczy, by uniemożliwić strzał Opadniętej Powiece.

Ziemia i beton prysnęły w powietrze, kiedy kule dotarły do celu.

Tłumek czekający na autobus rozbiegł się na wszystkie strony.

Amerykanin spojrzał w lewo. Autobus był już nie dalej jak dwadzieścia metrów i jechał w jego stronę. Kierowca wcisnął hamulec. Opony z piskiem sunęły po jezdni. Smród spalin nasyconych siarką omal nie zadusił Lorda. Zaczął obracać się dalej ku osi jezdni, kiedy autobus zatrzymał się z piskiem. Pojazd znajdował się teraz między nim a uzbrojonymi zabójcami. Na szczęście żadne auto nie jechało skrajnym, zewnętrznym pasem jezdni.

Lord wstał i popędził w poprzek sześciopasmówki. Wszystkie samochody jechały w jednym tylko kierunku, z północy. Przebiegał przez poszczególne pasy ruchu, starając się zachować pozycję prostopadłą w stosunku do autobusu. W połowie drogi musiał przystanąć i zaczekać, aż przejedzie sznur samochodów. Za kilka sekund uzbrojone zbiry obiegną autobus. Lord wykorzystał chwilową przerwę w potoku aut i przebiegł przez ostatnie dwa pasy w stronę chodnika, wskakując na krawężnik.

Przed sobą miał teren budowy, na której panował ożywiony ruch. Nagie dźwigary sięgały trzeciego piętra, pnąc się ku popołudniowemu niebu, szybko zasnuwającemu się chmurami. Wciąż nie widział żadnego milicjanta prócz tych dwóch, którzy go ścigali. Szum wielkich dźwigów i betoniarek przebijał się przez odgłosy ulicznego ruchu. W odróżnieniu od tego, do czego Lord przywykł w Atlancie, żaden płot nie oddzielał niebezpiecznego terenu budowy.

Wszedł na teren budowy i spojrzał na dwóch bandziorów, którzy sami teraz przecinali zatłoczony bulwar, manewrując między samochodami, przy akompaniamencie protestujących klaksonów. Robotnicy krzątali się chaotycznie, nie zwracając na niego specjalnej uwagi. Zastanawiał się, ilu czarnoskórych ubranych w zakrwawiony garnitur przebiegało tędy każdego dnia. Wszystko to jednak stanowiło część nowej Moskwy. Z pewnością najbezpieczniej było trzymać się od kłopotów i nie wchodzić nikomu w drogę.

Za nim dwa zbiry zdołały dotrzeć do chodnika. Dzieliło ich już od Lorda niecałe pięćdziesiąt metrów.

Przed nim betoniarka wlewała murarską zaprawę do stalowego koryta. Proces nadzorował robotnik w ochronnym kasku. Koryto spoczywało na dużym drewnianym podeście przypiętym łańcuchami do liny, która ciągnęła się trzy piętra w górę, do żurawia na dachu. Robotnik nadzorujący mieszanie betonu odsunął się, gdy platforma z korytem zaczęła się unosić.

Lord zdecydował, że miejsce na górze będzie równie dobre jak każde inne, popędził więc ku unoszącemu się podestowi, rzucił się do przodu i uczepił drewnianej konstrukcji. Zaschnięty beton utrudniał utrzymanie chwytu, ale myśl o Opadniętej Powiece i jego kompanie sprawiała, że palce Amerykanina zaciskały się kurczowo.

Platforma unosiła się, on zaś podciągał się w górę.

Chaotyczny ruch spowodował, że podest zaczął się kiwać, łańcuchy stęknęły pod zwiększonym ciężarem, lecz Lord zdołał wspiąć się na podest i położyć na płask, opierając się ciałem o stalowe koryto. Cała konstrukcja przechyliła się na jego stronę. Z koryta zaczęła wylewać się na niego murarska zaprawa.

Spojrzał na bok.

Jego wyczyn nie uszedł uwagi uzbrojonych bandytów. Znajdował się piętnaście metrów nad ziemią i wciąż się wznosił. Prześladowcy zatrzymali się i wymierzyli broń. Czuł pod sobą deski pokryte skorupą zaschłego betonu. Utkwił wzrok w stalowym korycie.

Nie miał wyboru.

Szybko przetoczył się do koryta, rozlewając na boki duże ilości murarskiej zaprawy. Zimna maź pokryła go ze wszystkich, wywołując kolejne dreszcze w już i tak rozdygotanym ciele.

Bandyci otworzyli ogień.

Kule rozrywały drewniany podest i niczym grad waliły w koryto. Lord wtulił się w mokry beton i słuchał, jak ołów odbija się rykoszetem od stali.

Nagle usłyszał odgłos syren.

Zbliżających się syren.

Salwy ucichły.

Rzucił spojrzenie w stronę bulwaru i zobaczył trzy milicyjne radiowozy pędzące na południe, w jego kierunku. Najwyraźniej uzbrojone zbiry usłyszały wycie i wycofały się szybko. Potem dostrzegł granatowe volvo, które pojawiło się znienacka na północy i mknęło bulwarem na południe. Bandyci wycofali się w stronę auta, lecz nie potrafili powstrzymać się od oddania kilku strzałów na odchodnym.

Lord patrzył, jak w końcu wsiadają do volvo i odjeżdżają w pośpiechu. Dopiero wtedy podniósł się na kolana i odetchnął z ulgą.

2

Miles Lord wysiadł z milicyjnego auta. Znów znajdował się na Nikołajewskim Prospekcie, w miejscu, gdzie padły pierwsze strzały. Na budowie opuszczono go na ziemię, potem wodą z węża zmyto z niego betonową zaprawę i krew. Marynarka od garnituru poszła na straty, podobnie jak krawat. Biała koszula oraz czarne spodnie były przemoczone do suchej nitki i całe w szarych plamach. W popołudniowym chłodzie działały jak zimny kompres. Lord owinięty był ponadto zatęchłym wełnianym kocem, pachnącym końmi i błotem, przyniesionym przez jednego z robotników. Zachowywał spokój. Co było zdumiewające, uwzględniając okoliczności.

Na prospekcie tłoczyły się teraz radiowozy i karetki pogotowia, błyskały „koguty”, wszędzie roiło się od umundurowanych funkcjonariuszy milicji. Ruch samochodów wstrzymano. Funkcjonariusze odgrodzili obydwa końce ulicy, na całej długości aż do McDonald’sa.

Lorda zaprowadzono do niskiego mężczyzny o potężnym torsie, byczym karku i krótko przystrzyżonej rudawej brodzie zdobiącej mięsiste policzki. Czoło przecinały mu głębokie bruzdy. Przekrzywiony nos wyglądał jak po złamaniu. Twarz miała barwę ziemistą – odcień u Rosjan aż nadto popularny. Pod czarnym płaszczem nosił luźny szary garnitur oraz ciemną koszulę. Buty były zdarte do cna i brudne.

– Jestem inspektor Orleg z milicji – przedstawił się.

Wyciągnął rękę. Lord zauważył plamy wątrobowe pokrywające niczym piegi nadgarstek i przedramię Rosjanina.

– Pan był tutaj, kiedy rozpoczęła się strzelanina?

Inspektor mówił po angielsku z wyraźnym akcentem; Lord zastanawiał się, czy odpowiedzieć po rosyjsku. Na pewno ułatwiłoby im to porozumiewanie się. Większość Rosjan wychodziła z założenia, że Amerykanie są zbyt aroganccy lub zbyt leniwi, żeby opanować ich język – w szczególności czarni Amerykanie, których postrzegano, jak zauważył, jako cyrkową osobliwość. W ciągu ostatniej dekady odwiedzał Moskwę ponad dziesięć razy i nauczył się zachowywać w tajemnicy swój lingwistyczny talent – wykorzystując sposobność do wysłuchiwania komentarzy biznesmenów, przekonanych, że chroni ich bariera językowa. W tym momencie był bardzo podejrzliwy wobec każdego. Jego wcześniejsze kontakty z milicją ograniczały się do kilku dysput na temat właściwego parkowania oraz jednej kolizji. Musiał wtedy zapłacić pięćdziesiąt dolarów, żeby uniknąć nieprawdziwego oskarżenia o złamanie przepisów ruchu drogowego. Moskiewscy milicjanci często gęsto wymuszali łapówki na cudzoziemcach. „Czego pan się spodziewa po człowieku, który zarabia sto rubli miesięcznie?” – zapytał wtedy funkcjonariusz, chowając do kieszeni pięćdziesiąt dolarów.

– Ci, którzy strzelali, byli milicjantami – odezwał się po angielsku.

Orleg pokręcił głową.

– Byli ubrani jak milicjanci. Milicja nie strzela do ludzi.

– Ci dwaj strzelali.

Skierował wzrok na leżące za inspektorem pokrwawione zwłoki Artemiego Beli. Młody Rosjanin leżał na chodniku twarzą do góry, z otwartymi oczyma. Z dziur w jego klatce piersiowej wystawały brązowo-czerwone żebra.

– Ilu ludzi zostało trafionych?

– Pjat.

– Pięciu? Ilu zginęło?

– Czetyrje.

– Nie wygląda pan na zmartwionego. Czterech ludzi zastrzelonych w środku dnia na ruchliwej ulicy.

– Niewiele można zrobić – wzruszył ramionami Orleg. – Trudno jest kontrolować „dach”.

„Dach” był potocznym określeniem mafii, która ulokowała się w Moskwie i na większości terytorium zachodniej Rosji. Lord nigdy nie zdołał się dowiedzieć, w jaki sposób określenie to się narodziło. Może to przenośnia odwołująca się do niebotycznych majątków rosyjskich mafiosów. Członkowie gangów posiadali ekskluzywne samochody, największe dacze oraz nosili odzież najdroższych marek. Nie kryli się przy tym wcale ze swoim bogactwem. Wręcz przeciwnie, afiszowali się z nim zarówno przed władzą, jak i przed szarymi ludźmi. Stanowili odrębną klasę społeczną, która ukształtowała się zdumiewająco szybko. Kontakty z przedsiębiorcami dotyczyły opłat za ochronę, które stanowiły po prostu kolejny element kosztów ogólnych i były równie niezbędne dla przetrwania firmy, co wykwalifikowany personel oraz stałe dostawy surowców i materiałów. Niejeden rosyjski księgowy wyznał Lordowi, że kiedy wizytę składają dżentelmeni w garniturach od Armaniego i oznajmiają: „Bog zawieszczajet djelit sja” – „Bóg każe się dzielić”, należy ich traktować bardzo serio.

– Interesuje mnie – odezwał się Orleg – dlaczego ci mężczyźni pana ścigali.

Lord wskazał gestem na Beliego.

– Dlaczego go nie zakryjecie?

– Jemu jest już wszystko jedno.

– Ale mnie nie jest. Znałem go.

– Jak się poznaliście?

Lord wyciągnął portfel. Laminowana plakietka identyfikacyjna zdołała przetrwać kąpiel w murarskiej zaprawie. Podał ją Orlegowi.

– Pracuje pan dla Komisji do Spraw Restytucji Caratu?

W postawionym pytaniu między wierszami kryło się zdziwienie. Jakim to bowiem sposobem Amerykanin mógł być zaangażowany w sprawy tak głęboko rosyjskie? Lord czuł coraz mniej sympatii do inspektora. Doszedł do przekonania, że najskuteczniej zademonstruje własne odczucie, drwiąc jawnie ze stróża prawa.

– Pracuję dla Komisji do Spraw Restytucji Caratu.

– Pańskie obowiązki?

– To tajemnica.

– To może być dla nas ważne.

Próba sarkazmu z jego strony przeszła niezauważona.

– Proszę więc się zwrócić do Komisji.

Orleg wskazał na zwłoki.

– A ten tam?

Lord poinformował inspektora, że Artemi Beli był prawnikiem w Ministerstwie Sprawiedliwości, wyznaczonym do pracy w Komisji, i pomagał mu w dotarciu do sowieckich archiwów. Na płaszczyźnie prywatnej wiedział o nim jedynie tyle, że to kawaler, że mieszka w komunalnym mieszkaniu na północ od Moskwy oraz że bardzo pragnie odwiedzić kiedyś Atlantę.

Podszedł bliżej i spojrzał na ciało.

Upłynęło już sporo czasu od chwili, kiedy po raz ostatni widział pokiereszowane zwłoki. Ale w ciągu sześciu miesięcy służby rezerwowej, która przeciągnęła się do roku w Afganistanie, widział wiele gorszych rzeczy. Służył tam jako prawnik, nie liniowy żołnierz, wysłany z uwagi na znajomość języków – był łącznikiem politycznym przydzielonym do kontyngentu Departamentu Stanu. Miał pomagać w przejęciu władzy przez nowy rząd po wypędzeniu talibów. Jego firma prawnicza uważała za istotne, aby ktoś z jej personelu uczestniczył w przedsięwzięciu. Z pożytkiem dla image’u kancelarii. Z pożytkiem dla jego przyszłości. Lord przyłapał się jednak na tym, że pragnie czegoś więcej niż tylko przekładania papierów. Pomagał więc grzebać umarłych. Afgańczycy ponieśli ogromne straty. Większe niż opisywała to prasa. Wciąż jeszcze czuł piekące słońce i porywisty wiatr. Oba czynniki przyspieszały proces rozkładu i jeszcze bardziej utrudniały i tak niełatwe zadanie. Śmierć po prostu nie była niczym przyjemnym. Bez względu na miejsce.

– Wybuchowe pociski – powiedział za nim Orleg. – Otwory wlotowe małe, wylotowe duże. Po drodze wyrywają kawał ciała.

W głosie inspektora nie było nawet cienia współczucia.

Lord obejrzał się, natrafiając na obojętny wzrok i kaprawe oczy. Orleg roztaczał wokół siebie delikatny zapach alkoholu i mięty. Amerykaninowi nie spodobała się nonszalancka uwaga milicjanta na temat zakrycia zwłok. Zdjął więc z siebie koc, pochylił się i rozłożył go na ciele Beliego.

– My zakrywamy swoich zmarłych – oświadczył Orlegowi.

– Zbyt wiele tu trupów, żeby się tym przejmować.

Spojrzał ponownie w twarz przepełnioną cynizmem. Milicjant prawdopodobnie dużo już widział w życiu. Patrzył, jak rząd stopniowo traci kontrolę, a większość Rosjan, jak i on, pracuje za obietnicę pensji albo odbiera wypłatę w deputatach. Blisko dziewięćdziesiąt lat komunizmu pozostawiło swój ślad. Bespridel, tak nazywali to Rosjanie. Anarchia. Nie do usunięcia, jak tatuaż. Skazująca kraj na ruinę.

Lord odpowiedział milczeniem.

– Być może nasz nowy car uzdrowi to wszystko? – zapytał Orleg.

Prawnik patrzył inspektorowi w oczy. Stali tak blisko siebie, że ich ciała niemal się stykały.

– Wszystko będzie lepsze niż to.

Orleg spojrzał na niego błyszczącymi oczyma, a Lord nie wiedział, czy zgadza z jego zdaniem, czy nie.

– Wciąż mi pan nie odpowiedział. Dlaczego ci mężczyźni pana ścigali?

Lord raz jeszcze przywołał w pamięci słowa, które wypowiedział Opadnięta Powieka, wysiadając z volvo: „Przeklęty cziornyj przeżył”. Czy powinien wyjawiać Orlegowi cokolwiek? Coś w inspektorze wydawało się być nie w porządku. Z drugiej strony jego paranoja mogła być jedynie następstwem tego, co się wydarzyło. Tak naprawdę pragnął dostać się do hotelu i porozmawiać o wszystkim z Taylorem Hayesem.

– Nie mam pojęcia, poza tym, że dobrze ich widziałem. Proszę posłuchać: widział pan mój certyfikat bezpieczeństwa i wie, gdzie mnie znaleźć. Jestem przemoczony do suchej nitki, marznę przeraźliwie, a resztki mojego ubrania są przesiąknięte krwią. Chciałbym się przebrać. Czy któryś z pańskich ludzi może zawieźć mnie do hotelu Wołkow?

Inspektor nie odpowiedział natychmiast. Spojrzał na Lorda z obojętnym wyrazem twarzy, zdaniem Amerykanina przybranym celowo.

Orleg zwrócił mu plakietkę identyfikacyjną.

– Oczywiście, panie prawniku Komisji. Jak pan sobie życzy. Przydzielam do pańskiej dyspozycji jeden radiowóz.

3

Milicyjny radiowóz podwiózł Lorda pod główne wejście hotelu Wołkow. Odźwierny bez słowa wpuścił Amerykanina do środka. Chociaż karta hotelowa uległa zniszczeniu, nie musiał jej okazywać. Był jedynym kolorowym gościem, rozpoznawanym natychmiast, chociaż opłakany stan jego odzieży sprawiał, że spoglądano na niego dziwnym wzrokiem.

Wołkow był hotelem zbudowanym jeszcze przed rewolucją, na początku dwudziestego wieku. Usytuowano go w samym centrum Moskwy, na północny zachód od Kremla i Placu Czerwonego. Stał przy ruchliwym placu, po którego przeciwnej stronie, po przekątnej, znajdował się Teatr Bolszoj. W okresie władzy sowietów okna od ulicy oferowały widok na monumentalne Muzeum Lenina oraz pomnik Karola Marksa. Oba obiekty zniknęły już z pejzażu. Dzięki koalicji amerykańskich i europejskich inwestorów w ciągu ostatniej dekady hotelowi przywrócono dawną świetność. Wykwintny hol i bary, malowidła naścienne i kryształowe żyrandole emanowały carskim przepychem. Obrazy wiszące na ścianach – wszystkie pędzla rosyjskich malarzy – przypominały jednak o panowaniu kapitalizmu, gdyż na każdym z nich widniał napis, że są przeznaczone na sprzedaż. Nowoczesne centrum biznesowe, klub fitness oraz kryty basen dodatkowo dopomogły leciwej budowli wejść w nowe tysiąclecie.

Lord pobiegł prosto do głównej recepcji i zapytał, czy Taylor Hayes jest w swoim pokoju. Recepcjonistka poinformowała go, że Hayes przebywa w centrum biznesowym. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie powinien najpierw zmienić ubrania, ale zdecydował, że sprawy nie mogą czekać. Ruszył przez hol i przez szklaną ściankę dostrzegł Hayesa, siedzącego przy terminalu komputerowym.

Hayes był jednym z wyższych rangą zarządzających wspólników w kancelarii Pridgen & Woodworth. Firma zatrudniała blisko dwustu prawników, co czyniło ją jednym z największych prawniczych przedsiębiorstw w południowo-wschodnich Stanach. Niektóre z najpotężniejszych światowych firm ubezpieczeniowych, banków i korporacji płaciły kancelarii miesięczne honoraria za dyspozycyjność. Jej biura w śródmieściu Atlanty zajmowały dwa pietra eleganckiego drapacza chmur o niebieskiej elewacji.

Hayes ukończył dwa fakultety: prawo i zarządzanie, cieszył się reputacją świetnego specjalisty w sprawach światowej ekonomii i prawa międzynarodowego. Natura obdarzyła go szczupłą, wysportowaną sylwetką, dojrzały wiek sugerowały jedynie siwe pasma we włosach. Regularnie wygłaszał komentarze przed kamerami CNN i często pokazywał się w telewizji. Szaroniebieskie oczy zdradzały osobowość, o której Lord często sądził, że jest mieszaniną showmana, despoty i członka akademii.

Jego mentor z rzadka tylko pokazywał się w sądzie, jeszcze rzadziej uczestniczył w cotygodniowych odprawach z udziałem niemal pięćdziesięciu prawników – wliczając w to Lorda – którzy stanowili personel Działu Międzynarodowego. Lord pracował bezpośrednio z Hayesem kilka razy. Towarzyszył mu w podróżach do Europy i Kanady, prowadził badania i odwalał czarną robotę. Przez ostatnie kilka tygodni po raz pierwszy mieli okazję spędzić razem więcej czasu. Przeszli z oficjalnego „panie Hayes” na bardziej poufałe „Taylor”.

Hayes żył na walizkach, podróżując przez co najmniej trzy tygodnie w miesiącu. Dbał o interesy szerokiej rzeszy zagranicznych klientów, a ci bez wahania płacili prawnikom po czterysta pięćdziesiąt dolarów za godzinę, żeby stać ich było na telefony do domu. Kiedy przed dwunastoma laty Lord dołączył do firmy, Hayes natychmiast poczuł do niego sympatię. Później dowiedział się, że przydzielono go do Działu Zagranicznego specjalnie na życzenie Hayesa. Z pewnością miał odpowiednie ku temu kwalifikacje w postaci dyplomu z wyróżnieniem Wydziału Prawa Uniwersytetu Stanu Wirginia, tytułu magistra historii Uniwersytetu Emory oraz biegłej znajomości języków. Hayes wysyłał go w delegacje do Europy, zwłaszcza do krajów bloku wschodniego. Pridgen & Woodworth reprezentowali zasobny portfel klientów zainteresowanych wejściem na rynki Czech, Polski, Węgier, krajów bałtyckich oraz Rosji. Zadowoleni klienci oznaczali dla Lorda błyskawiczny awans do szczebla starszego asystenta – i wkrótce, jak miał nadzieję, młodszego wspólnika. Pewnego dnia być może stanie na czele Działu Międzynarodowego.

Pod warunkiem oczywiście, że tego dnia dożyje.

Otworzył z impetem przeszklone drzwi centrum biznesowego i wszedł do środka. Hayes odwrócił wzrok od monitora.

– Co ci się stało, do diabła?

– Nie tutaj.

W pomieszczeniu przebywało kilkanaście osób. Jego szef zdał się zrozumieć w lot i bez słowa przeszli do jednego z barów w hotelowym holu, ozdobionego imponującym sufitowym witrażem oraz fontanną z różowego marmuru. W ciągu paru minionych tygodni stoliki w tym barze stały się miejscem ich oficjalnych spotkań.

Wsunęli się do boksu.

Lord dał znak jednemu z kelnerów i dotknął dłonią szyi, co oznaczało, że pragnie napić się wódki. Mówiąc prawdę, wódka była mu niezbędna.

– Opowiedz mi, Miles – ponaglił Hayes.

Lord zreferował przebieg wydarzeń. W każdym szczególe. Wraz z komentarzem, który usłyszał z ust zabójców, oraz spekulacjami inspektora Orlega, że celem ataku był Beli i Ministerstwo Sprawiedliwości.

– Taylor, jestem przekonany, że te zbiry chciały sprzątnąć mnie – wyznał na koniec.

Hayes pokiwał głową z powątpiewaniem.

– Tego nie wiesz. Być może chodziło im o to, że dobrze widziałeś ich twarze i postanowili wyeliminować świadka. Byłeś akurat jedynym czarnym facetem na miejscu zdarzenia.

– Wkoło były setki ludzi. Dlaczego wybrali mnie?

– Ponieważ szedłeś razem z Belim. Inspektor ma rację. To był prawdopodobnie zamach na Beliego. Przypuszczalnie obserwowali go przez cały dzień, czekając na odpowiedni moment. Z twojej relacji wynika, że była to właściwa chwila.

– Tego nie wiemy.

– Miles, spotkałeś Beliego zaledwie parę dni temu. Nie wiesz, w co mógł być zamieszany. Ludzie giną tutaj na okrągło, z najrozmaitszych przyczyn.

Lord skierował wzrok na ciemne plamy szpecące jego ubranie i znowu pomyślał o AIDS. Kelner doniósł zamówioną wódkę. Hayes rzucił mu kilka rubli. Lord wziął oddech i pociągnął głęboki łyk, pozwalając, by palący alkohol uspokoił pobudzone nerwy. Zawsze lubił rosyjską wódkę. Z pewnością była najlepsza w świecie.

– Pokładam jedynie nadzieję w Bogu, że był seronegatywny. Wciąż mam na sobie jego krew – postawił kieliszek na stole. – Czy uważasz, że powinienem wyjechać z tego kraju?

– Chcesz tego?

– Cholera, nie. Tu na naszych oczach tworzy się historia. Nie chcę odciąć się od tego i wyjechać. Tu dzieją się rzeczy, o których będę opowiadał wnukom: „Byłem tam, kiedy car Wszechrusi ponownie zasiadł na tronie”.

– W takim razie nie wyjeżdżaj.

– Chciałbym również być wśród żywych, kiedy moje wnuki przyjdą na świat – dodał, wychylając drugi łyk wódki.

– Jak udało ci się ujść z życiem?

– Pędziłem jak szalony. Dziwne, ale pomyślałem o dziadku i o polowaniach na czarnuchów. To dodało mi sił.

Na twarzy Hayesa pojawił się wyraz zdziwienia.

– Rozrywka wsioków z Południa w latach czterdziestych dwudziestego wieku – wyjaśnił Lord. – Zabierali Murzyna do lasu, dawali psom trop, potem dawali mu fory przez trzydzieści minut – wypił kolejny łyk trunku. – Te dupki nigdy nie złapały mojego dziadka.

– Chcesz, żebym zapewnił ci ochronę? – zapytał Hayes. – Jakiegoś goryla?

– Sądzę, że to całkiem niezły pomysł.

– Chciałbym zatrzymać cię tu, w Moskwie. Sprawy mogą się skomplikować, więc będziesz mi potrzebny.

Lord również pragnął tu zostać. Przekonywał więc sam siebie, że Opadnięta Powieka i Człowiek z Cro-Magnon ścigali go jedynie dlatego, że widział, jak zabili Beliego. Był tylko naocznym świadkiem. Niczym więcej. Nie mogło być inaczej. Jakież mogło być inne wytłumaczenie?

– Zostawiłem wszystkie rzeczy w archiwum. Sądziłem, że wychodzimy tylko na szybki lunch.

– Zadzwonię i ściągniemy twoje rzeczy tutaj.

– Nie. Najlepiej będzie, jak wezmę prysznic i pojadę po nie osobiście. Poza tym zostało mi tam jeszcze trochę pracy.

– Jakiś konkretny temat?

– Nie bardzo. Chodzi o powiązanie ze sobą luźnych faktów. Dam ci znać, jeśli natrafię na jakieś konkrety. Poza tym praca odciągnie moje myśli od tego, co się stało.

– Co z planami na jutro? Czy będziesz w stanie poprowadzić konferencję?

Kelner wrócił z kolejnym kieliszkiem wódki.

– Cholera, jasne, że tak.

Hayes uśmiechnął się.

– To mi się podoba. Wiedziałem, że jesteś twardym skurwysynem.

4

14.30

Hayes przepychał się przez tłum dojeżdżających do pracy ludzi, którzy wysypywali się z wagonów metra. Jeszcze przed chwilą puste perony zapełniły się teraz tysiącami moskwian, którzy gremialnie sunęli w kierunku czterech wind jadących w górę do poziomu ulicy, usytuowanej blisko sto osiemdziesiąt metrów nad jego głową. Widok robił wrażenie, ale uwagę Hayesa przyciągnęło milczenie tych ludzi. Zresztą jak zawsze. Żadnego dźwięku, poza stukaniem podeszew o kamienną posadzkę i ocieraniem się jednego płaszcza o drugi. Od czasu do czasu rozlegał się jakiś głos, ale, ujmując ogólnie, procesja ośmiu milionów ludzi, którzy paradowali każdego ranka i później każdego wieczora w najbardziej zaludnionym na świecie systemie podziemnej komunikacji, była posępna.

Metro stanowiło chlubę Stalina. W latach trzydziestych dwudziestego stulecia daremnie próbowano celebrować to jako socjalistyczne osiągnięcie, najbardziej rozbudowany i najdłuższy system podziemnej kolei stworzony kiedykolwiek ręką człowieka. Stacje metra rozrzucone po mieście stały się galeriami sztuki, ozdobionymi kwiecistą sztukaterią, neoklasycznymi filarami, misternymi żyrandolami, złoceniami i artystycznym szkłem. Nikt nigdy nie podawał w wątpliwość początkowych kosztów czy późniejszych wydatków na renowację. Obecnie ceną za tę głupotę był system komunikacji, bez którego nie dało się obejść i który wymagał każdego roku miliardów rubli na utrzymanie, ale przejazd pociągiem metra wciąż kosztował zaledwie parę kopiejek.

Jelcyn oraz jego następcy usiłowali podnieść opłaty za korzystanie z podziemnej kolei, ale wzburzenie ludzi było tak wielkie, że z podwyżek się wycofywano. „To ich problem” – pomyślał Hayes. Zbyt wiele populizmu jak na kraj tak kapryśny jak Rosja. Możecie mieć rację. Możecie błądzić. Ale nigdy nie okazujcie niezdecydowania. Hayes był głęboko przekonany, że Rosjanie szanowaliby bardziej swych przywódców, gdyby podniesiono ceny biletów, a potem zastrzelono każdego, kto ośmieliłby się jawnie protestować. Tej lekcji nie zdołało nauczyć się wielu rosyjskich carów i komunistycznych przywódców – w szczególności zaś Mikołaj II i Michaił Gorbaczow.

Wyszedł z windy i ruszył wraz z tłumem przez wąskie drzwi na rześkie popołudniowe powietrze. Znajdował się na północ od centrum Moskwy, po drugiej stronie przeładowanej samochodami czteropasmowej obwodnicy otaczającej miasto i nazwanej kuriozalnie Ogrodowym Kołem. Ta konkretna stacja metra była wzniesiona ze szkła i glazury, miała owalny kształt oraz płaski dach i znajdowała się w opłakanym stanie. Nie należała do stalinowskich laurek. Prawdę mówiąc, tej części miasta nie promował żaden z turystycznych przewodników. Przy wejściu do stacji stała kolejka wynędzniałych mężczyzn i kobiet o poszarzałej cerze, włosach pozbawionych blasku, odzieży przesiąkniętej odorem niemytych ciał. Handlowali właściwie wszystkim – począwszy od przyborów toaletowych, przez pirackie kasety, po suszone ryby – usiłując zarobić kilka rubli lub, co nawet lepsze, kilka dolarów USA. Hayes często się zastanawiał, czy ktoś rzeczywiście kupował suszone i solone rybie tuszki, które wyglądały jeszcze gorzej, niż cuchnęły. Jedynym źródłem ryb była pobliska rzeka Moskwa. Bazując na tym, co wiedział o odprowadzaniu ścieków w okresie Związku Radzieckiego i później w Rosji, nie chciał nawet myśleć o tym, jakie ekstrasy zawiera w sobie rybny posiłek.

Zapiął płaszcz i ruszył chodnikiem o nierównej nawierzchni, starając się trafiać na ułożone poziomo płyty. Zamienił garnitur na parę sztruksowych spodni, ciemną koszulę z diagonalu oraz czarne adidasy. Jakikolwiek ślad zachodniej odzieży byłby wyłącznie zbędnym ściąganiem na siebie kłopotów.

Odnalazł klub, którego adres mu podano. Znajdował się pośrodku zapuszczonego kwartału, w sąsiedztwie piekarni, sklepu spożywczego, sklepu z płytami oraz lodziarni. Żaden szyld nie obwieszczał istnienia klubu, jedynie niewielka tabliczka, która kusiła potencjalnych gości zapisaną cyrylicą obietnicą wspaniałej zabawy.

Prostokątne wnętrze było słabo oświetlone. Tania boazeria z drewna orzechowego stanowiła nieudaną próbę nadania lokalowi atmosfery. Ciepłe powietrze w środku było gęste od dymu. Środek pomieszczenia zajmował rozległy labirynt ze sklejki. Tego rodzaju nowinkę Hayes widział już wcześniej gdzieś w śródmieściu, w bardziej eleganckich i ulubionych miejscach, w których bywali nowobogaccy. Były to monstrualne lokale oświetlone neonówkami, wyłożone od środka glazurą i marmurem. To miejsce było wersją dla ubogich, której wystrój stanowiły drewniane deski. Oświetlenie zapewniały fluorescencyjne lampy, rzucające w dół ostre niebieskie promienie.

Kompozycję otaczał tłumek gości. Nie byli to ludzie, którzy zwykli gromadzić się w bardziej wykwintnych miejscach, zajadając się łososiem, śledziami i sałatką z ćwikłą, podczas gdy uzbrojeni goryle strzegli frontowych drzwi, a w sąsiednim pomieszczeniu przy ruletce i stole do blackjacka padały stawki rzędu tysięcy dolarów. Przekroczenie progu takiego przybytku kosztowało zwykle dwieście dolarów. Dla ludzi zgromadzonych tutaj – którzy z całą pewnością byli robotnikami z pobliskich fabryk i hut – stanowiło to równowartość sześciomiesięcznej pensji.

– Najwyższa pora – odezwał się po rosyjsku Feliks Orleg.

Hayes nie zauważył, jak inspektor podchodzi. Skupił uwagę na drewnianym labiryncie. Wskazał na tłumek i zapytał, także po rosyjsku:

– Co przyciągnęło ich uwagę?

– Zobaczy pan sam.

Hayes podszedł bliżej i dostrzegł, że to, co wydawało mu się jednym labiryntem, jest w istocie rzeczy trzema odrębnymi segmentami połączonymi ze sobą. Z malutkich drzwiczek na drugim końcu wybiegły trzy szczury. Gryzonie zdawały się rozumieć, czego od nich oczekiwano, i popędziły przed siebie niepoganiane, podczas gdy mężczyźni wyli i krzyczeli. Jeden z widzów zaczął walić w ścianę labiryntu, a wtedy jakby znikąd pojawił się barczysty mężczyzna o ramionach bokserskiego czempiona i powstrzymał zapędy krewkiego kibica.

– Moskiewska wersja Kentucky Derby – skomentował Orleg.

– Czy wyścigi odbywają się przez cały dzień?

Szczury pędziły, mijając kolejne łuki i zakręty.

– Cały pieprzony dzień. Przepijają tu grosze, które zarobią.

Jeden z gryzoni minął linię mety i część kibicujących wzniosła zwycięski okrzyk. Hayes był ciekaw, jakie stawki wypłacają za wygraną, ale postanowił przejść do rzeczy.

– Chcę wiedzieć, co się dzisiaj wydarzyło.

– Cziornyj był niczym szczur. Pędził po ulicach jak opętany.

– Nie powinien był mieć cienia szansy na ucieczkę.

Orleg upił łyk wódki z kieliszka trzymanego w ręku.

– Najwidoczniej zabójcy chybili.

Tłumek powoli się uspokajał, szykując się jednocześnie do kolejnej gonitwy. Hayes zaprowadził Orlega do pustego stolika w dalekim narożniku.

– Nie jestem w nastroju do przemądrzałej gadaniny, Orleg. Chodziło o to, żeby go zabić. Czy to naprawdę takie trudne?

Orleg wziął do ust następny łyk, potrzymał przez chwilę, potem połknął.

– Jak już mówiłem, ci durnie chybili. Potem go ścigali, ale pański Lord zdołał się im wymknąć. Był całkiem pomysłowy, tak mi powiedziano. Dużo starań kosztowało mnie oczyszczenie tego rejonu z milicyjnych patroli na tych kilka minut. Mieli łatwą robotę do wykonania. Ale zamiast tego zabili czterech rosyjskich obywateli.

– Sądziłem, że ci ludzie to zawodowcy.

Inspektor parsknął śmiechem.

– Podłe skurwysyny, tak. Ale profesjonaliści? Nie sądzę. To gangsterzy. Czego się pan spodziewał? – zapytał, wychylając kieliszek do dna. – Chce pan, żebyśmy zorganizowali na niego drugi zamach?

– Cholera, nie. Właściwie teraz nie życzę sobie, żeby Lordowi spadł włos z głowy.

Orleg nie odpowiedział, ale jego oczy dały jasno do zrozumienia, że ma już po dziurki w nosie poleceń cudzoziemca.

– Niech tak zostanie. Należy zacząć od tego, że nie był to najlepszy pomysł. Lord sądzi, że zamachowcy zasadzili się na Beliego. Dobrze. Niech tak pozostanie. Nie możemy więcej ściągać na siebie uwagi.

– Zabójcy stwierdzili, że pański prawnik zachowywał się jak zawodowiec.

– W college’u uprawiał sport. Futbol amerykański i biegi. Ale dwa kałasznikowy powinny dać mu radę.

Orleg odchylił się na krześle.

– Być może powinien pan osobiście załatwić tę sprawę.

– Być może tak zrobię. Ale póki co nich pan dopilnuje, żeby tych dwóch idiotów odsunięto. Mieli swoją szansę. Nie życzę sobie kolejnego zamachu. Jeśli nie posłuchają tego polecenia, niech pan ich zapewni, że nie spodobają im się ludzie, których ich szefowie poślą do nich z wizytą.

Inspektor pokręcił głową z powątpiewaniem.

– Kiedy byłem chłopcem, polowaliśmy na bogatych ludzi i poddawaliśmy ich torturom. Teraz nam płacą, żeby ich chronić – powiedział, potem splunął na podłogę. – Cała ta sprawa przyprawia mnie o mdłości.

– Czy ktoś coś mówił o bogatych?

– Sądzi pan, że nie wiem, o co w tym wszystkim chodzi? Hayes pochylił się nisko.

– Gówno pan wie, Orleg. Niech pan wyświadczy sobie przysługę i nie zadaje zbyt wielu pytań. Proszę wykonywać polecenia, tak będzie dużo lepiej dla pańskiego zdrowia.

– Pierdolony Amerykanin. Cały świat stanął na głowie. Pamiętam czasy, kiedy martwiliście się, czy pozwolimy wam opuścić ten kraj. Teraz wykupiliście nas na własność.

– Wszystko toczy się zgodnie z planem. Czasy się zmieniają. Albo dotrzymujesz tempa, albo wypadasz z gry. Chce pan być jednym z graczy? Nie ma sprawy. Ale to wymaga posłuszeństwa.

– Nie martw się pan o mnie, prawniku. Ale co z pańskim problemem w postaci Lorda?

– Niech pan nie zawraca sobie tym głowy. Sam się tym zajmę.

5

15.35

Lord znów był w rosyjskich archiwach, w ponurym granitowym gmaszysku, które służyło kiedyś za siedzibę Instytutu Marksizmu i Leninizmu. Obecnie znajdowało się tu Centralne Archiwum i Ośrodek Badań Dokumentacji Historii Współczesnej – nazwa ta stanowiła jeszcze jeden dowód zamiłowania Rosjan do rozbudowanych tytułów.

W trakcie pierwszej wizyty zaskoczył go widok podobizn Marksa, Engelsa i Lenina, wciąż zdobiących fronton nad głównym wejściem wraz z hasłem „Naprzód do zwycięstwa komunizmu”. Niemal wszystko, co przypominało epokę Związku Radzieckiego, zerwano w każdym mieście, na każdej ulicy i z każdego budynku w całym kraju i zastąpiono dwugłowym orłem dynastii Romanowów, który przez trzysta lat zdobił frontowe elewacje. Lord słyszał, że pomnik Lenina z czerwonego granitu jest jednym z ostatnich, który ostał się w Rosji.

Uspokoił nerwy, wziąwszy gorący prysznic i łyknąwszy jeszcze kilka haustów wódki. Miał teraz na sobie drugi i jedyny, jaki mu pozostał, garnitur przywieziony z Atlanty, w kolorze grafitowym z delikatnymi kremowymi prążkami. W ciągu paru następnych dni zamierzał odwiedzić jeden z moskiewskich domów towarowych i kupić sobie zapasowy garnitur, gdyż jedno wyjściowe ubranie z pewnością nie wystarczyłoby na czekające go najbliższe pracowite tygodnie.

Przed upadkiem komunizmu archiwa uważano za zbyt wywrotowe dla narodu, były więc dostępne jedynie dla najbardziej oddanych komunistów. Sytuacja ta przetrwała po części do chwili obecnej. Z jakich powodów? – na to pytanie Lord wciąż szukał odpowiedzi. Półki uginały się pod stosami nikomu niepotrzebnych papierzysk: spoczywały tu książki, listy, pamiętniki, dokumenty rządowe oraz inne nieopublikowane materiały – nieszkodliwa makulatura pozbawiona historycznego znaczenia. Korzystanie z tych zasobów utrudniał dodatkowo brak jednolitego systemu katalogowania zbiorów: materiały składowano całkowicie przypadkowo na podstawie roku, osoby lub regionu geograficznego. Rezultatem był totalny chaos, z pewnością świadomie zaplanowany, by bardziej zaciemniać obraz niż go rozjaśniać. Zupełnie jak gdyby nikt sobie nie życzył odkrycia sekretów przeszłości, co zresztą było bardzo prawdopodobne.

Niewiele można było na to poradzić.

Zatrudnieni tu archiwiści byli pozostałością po sowieckim reżimie, stanowili część partyjnego aparatu, który kiedyś cieszył się dobrobytem niedostępnym zwykłym moskwianom. I chociaż partia przeszła do historii, aktyw złożony z kobiet w starszym wieku pozostał. Lord był przekonany, że wiele z nich pragnie powrotu totalitarnego porządku. Właśnie przez brak pomocy z ich strony zwrócił się o wsparcie do Artemiego Beli. Dzięki niemu w ciągu paru dni zdołał dokonać więcej niż wcześniej przez całe tygodnie.

Pomiędzy metalowymi regałami kręciło się bez ładu i składu zaledwie kilku interesantów. Większość materiałów, zwłaszcza dotyczących Lenina, kiedyś spoczywała zamknięta za stalowymi drzwiami w podziemnych pomieszczeniach. Jelcyn skończył z trzymaniem wszystkiego w tajemnicy i polecił udostępnienie całości zbiorów, otwierając podwoje budynku naukowcom i dziennikarzom.

Ale nie do końca.

Spora część dokumentacji pozostała pod kluczem – tak zwane dokumenty poufne – na podobieństwo stempla ŚCIŚLE TAJNE, który w ojczyźnie Lorda uniemożliwiał dostęp do informacji na podstawie Poprawki o wolności informacji. Pełnomocnictwa wydane przez Komisję do Spraw Restytucji Caratu pozwalały jednak dotrzeć do wszelkich dawnych państwowych tajemnic. Przepustka, o którą wystarał się dla niego Hayes, była rządowym zezwoleniem na zajrzenie do każdego dokumentu, jaki zapragnął zobaczyć, wliczając w to dokumenty poufne.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zaginiony rozkaz Zagadka aleksandryjska Wariacka intryga Trzecia tajemnica Przepowiednia dla Romanowów Bursztynowa komnata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer