Dziedzictwo templariuszy

Dziedzictwo templariuszy

Autorzy: Steve Berry

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB

Ilość stron: 560

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 26.00 zł

Wstrząsająca ostatnia bitwa o skarb templariuszy.

Cotton Malone jest pewien, że dla niego czasy służby w Departamencie Sprawiedliwości minęły bezpowrotnie. Swoich dni pragnie dożyć jako szanowany kopenhaski antykwariusz, jednak gdy okazuje się, że jego była przełożona, Stephenie Nell, ma kłopoty, nie waha się ruszyć jej na pomoc. W najśmielszych snach nie przypuszcza jednak że pomoc ta polegać będzie na poszukiwaniach legendarnego skarbu templariuszy. Zadania nie ułatwia fakt, że po piętach depcze mu demoniczny Raymond de Roquefort, przywódca sekty gotów na każde poświęcenie i na każdą niegodziwość, byle tylko odkryć najcenniejszą tajemnicę Zakonu Świątyni Salomona. Pragnie on zdobyć władzę, o jakiej nie śniło się żadnemu śmiertelnikowi od czasu, gdy siedemset lat temu, po długich torturach i ukrzyżowaniu, zmarł ostatni wielki mistrz templariuszy, Jakub de Molay.

Dziedzictwo templariuszy to pierwsza powieść Berryego z serii o Cottonie Malone, która podbiła serca czytelników na całym świecie.

Fascynująca próba rozwiązania zagadki skarbu templariuszy, który przez wieki całe mamił i rozbudzał wyobraźnię uczonych i szarlatanów.

Steve Berry niewątpliwie wie, jak napisać bestseller. Stawia na modny temat, wartką akcję, z wyczuciem dorzuca kilka kropel autentycznej historii, która nie może jednak zdominować fabuły. Notes Wydawniczy

Podważa dogmaty i obnaża grzeszki władzy kościelnej. Znakomita intryga. Logo

Tytuł oryginału:

THE TEMPLAR LEGACY

Copyright © 2006 by Steve Berry

Map copyright © 2006 by David Lindroth

Copyright © 2007 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2007 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

This translation published by arrangenent with Ballantine Books,

an imprint of Random House Ballantine Publishing Group,

a division of Random House, Inc.

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Beata Iwicka

ISBN: 978-83-8110-057-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

SPIS TREŚCI

Podziękowania

Prolog

Część pierwsza

Jeden

Dwa

Trzy

Cztery

Pięć

Sześć

Siedem

Osiem

Dziewięć

Dziesięć

Jedenaście

Dwanaście

Trzynaście

Czternaście

Część druga

Piętnaście

Szesnaście

Siedemnaście

Osiemnaście

Dziewiętnaście

Dwadzieścia

Dwadzieścia jeden

Dwadzieścia dwa

Dwadzieścia trzy

Dwadzieścia cztery

Dwadzieścia pięć

Dwadzieścia sześć

Dwadzieścia siedem

Dwadzieścia osiem

Dwadzieścia dziewięć

Trzydzieści

Część trzecia

Trzydzieści jeden

Trzydzieści dwa

Trzydzieści trzy

Trzydzieści cztery

Trzydzieści pięć

Trzydieści sześć

Trzydzieści siedem

Trzydzieści osiem

Trzydzieści dziewięć

Czterdzieści

Czterdzieści jeden

Czterdzieści dwa

Czterdzieści trzy

Czterdzieści cztery

Część czwarta

Czterdzieści pięć

Czterdzieści sześć

Czterdzieści siedem

Czterdzieści osiem

Czterdzieści dziewięć

Pięćdziesiąt

Pięćdziesiąt jeden

Pięćdziesią dwa

Pięćdziesiąt trzy

Pięćdziesiąt cztery

Pięćdziesiąt pięć

Pięćdziesiąt sześć

Część piąta

Pięćdziesiąt siedem

Pięćdziesiąt osiem

Pięćdziesiąt dziewięć

Sześćdziesiąt

Sześćdziesiąt jeden

Sześćdziesiąt dwa

Sześćdziesiąt trzy

Sześćdziesiąt cztery

Sześćdziesiąt pięć

Sześćdziesiąt sześć

Sześćdziesiąt siedem

Słowo od autora

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Elizabeth

niezmiennie

Rzekł Jezus: „Wiedzcie, że jasne się stanie to, co widzicie, oraz to, co przed waszym spojrzeniem ukryte jest. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie miało wyjść na jaw”.

– EWANGELIA ŚW. TOMASZA

Służył nam dobrze ten mit o Chrystusie.

– PAPIEŻ LEON X

PODZIĘKOWANIA

Jestem szczęściarzem. Przydzielono mi ten sam zespół, z którym w 2003 roku pracowałem nad swoją pierwszą powieścią, Bursztynowa komnata. Niewielu autorów może liczyć na taki luksus. I znów ogromne podziękowania należą się wszystkim członkom tej drużyny z osobna. Zacznę od Pam Ahearn, mojej agentki, pełnej wiary od samego początku. W drugiej kolejności słowa wdzięczności kieruję ku ludziom z wydawnictwa Random House. Są to: Gina Centrello, niezwykły wydawca; Mark Tavani, redaktor, którego mądrość znacznie przekracza młody wiek (a przy okazji wspaniały przyjaciel); Ingrid Powell, na którą można liczyć zawsze; Cindy Murray – to jej zasługą jest moja wspaniała prezencja podczas wywiadów (co jest trudną sztuką samo w sobie); Kim Hovey, prowadząca kampanię promocyjną z wprawą i precyzją chirurga; Beck Stvan, utalentowany artysta odpowiedzialny za fantastyczną okładkę; Laura Jorstad, redaktorka o sokolim oku, dzięki której starałem się nie obniżać poziomu pisania; Crystal Velasquez, szefowa produkcji, każdego dnia sprowadzająca działania zespołu na właściwy tor; Carole Lowenstein, która sprawiła, że tekst świetnie się czyta. Na koniec wyrazy podzięki wszystkim pracownikom Działu Promocji i Sprzedaży – bez ich pełnego wsparcia niewiele dałoby się dokonać.

Na odrębne podziękowania zasłużyła jedna z „dziewczyn”, Daiva Woodworth, która wymyśliła imię Cottonowi Malone. Nie mogę również zapomnieć o moich dwóch innych „dziewczynach”, Nancy Pridgen i Fran Downing. Im zawdzięczam inspirację przepełniającą mnie każdego dnia.

I jeszcze kilka słów bardziej osobistych. Moja córka Elizabeth była dla mnie źródłem codziennej radości, gdy w trakcie tworzenia tej książki borykaliśmy się z niewiarygodnymi tarapatami i zgryzotami. Jest prawdziwym skarbem.

Jej dedykuję swoją książkę.

Niezmiennie.

PROLOG

PARYŻ, FRANCJA

STYCZEŃ 1308

Jakub de Molay pragnął śmierci, chociaż wiedział, że jego dusza nigdy nie dostąpi zbawienia. Był dwudziestym drugim wielkim mistrzem Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona – religijnego bractwa, z łaski Bożej istniejącego od ponad dwustu lat. Trzy miesiące temu jednak on i pięć tysięcy jego braci stali się więźniami Filipa IV, króla Francji.

– Powstań, jeśli łaska – polecił stojący w progu Wilhelm Imbert.

De Molay nie ruszył się z pryczy.

– Jesteś bezczelny, nawet w obliczu śmierci – skomentował z przekąsem dominikanin.

– Arogancja to wszystko, co mi zostało.

Imbert był człowiekiem o szelmowskiej naturze, miał końską twarz i – jak zauważył de Molay – wydawał się równie niewzruszony i nieczuły jak kamienny posąg. Piastował urząd wielkiego inkwizytora Francji; był też osobistym spowiednikiem Filipa IV, co oznaczało, że ma bezpośredni wpływ na króla. Mimo to wielki mistrz zakonu templariuszy wielokrotnie się zastanawiał, czy prócz zadawania bólu coś w ogóle raduje dominikanina. Wiedział natomiast, co wzbudza w nim irytację.

– Nie uczynię niczego, czego pragniesz.

– Uczyniłeś już znacznie więcej, niż ci się wydaje.

Była to prawda i de Molay niejeden raz żałował własnej słabości. Tortury, którym poddawał templariuszy Imbert od trzynastego października, były nad wyraz brutalne i wielu braci przyznało się do przestępstw. Wielki mistrz wzdrygał się na samo wspomnienie tego, co wyznał: że ci, których przyjmowano do zakonu, wyrzekali się Chrystusa Pana i spluwali na krzyż, wyrażając tym samym pogardę wobec Stwórcy. De Molay dał się złamać do tego stopnia, iż podpisał list, w którym wzywał braci do wyznania przewin, tak jak on sam to uczynił, a wielu spośród zakonnych rycerzy posłuchało go.

Przed zaledwie kilkoma dniami posłańcy Jego Świątobliwości Klemensa V dotarli jednak w końcu do Paryża. Wiadomo było wszem i wobec, iż papież jest marionetką w rękach Filipa. Z tego właśnie powodu poprzedniego lata de Molay przywiózł ze sobą do Francji złote floreny oraz dwanaście koni, których juki wyładowano srebrem. Gdyby sprawy przybrały zły obrót, pieniądze te miały zapewnić templariuszom królewską łaskę. Okazało się jednak, że wielki mistrz nie docenił monarchy. Filip nie chciał częściowej daniny. Pragnął całego majątku zakonu. Jego urzędnicy sfabrykowali więc oskarżenia o herezję i w ciągu jednego dnia aresztowali tysiące templariuszy. De Molay zdał wysłannikom Klemensa V relację o torturach i męczarniach, których zaznał, oraz publicznie odwołał wymuszone na nim zeznania. Nie miał też złudzeń, że akt ten pociągnie za sobą działania odwetowe.

– Domyślam się, iż w chwili obecnej Filip martwi się, że jego papież może okazać się człowiekiem z charakterem – rzekł teraz.

– Niemądrze obrażać zwycięzcę – ostrzegł Imbert.

– Cóż więc byłoby mądre?

– Postępowanie zgodne z naszymi życzeniami

– Jak po czymś takim miałbym odpowiedzieć przed moim Bogiem?

– Twój Bóg czeka, aż odpowiesz przed nim ty i wszyscy inni templariusze – inkwizytor mówił swoim zwykłym metalicznym głosem, w którym nie brzmiał najmniejszy nawet ślad uczucia.

De Molay nie miał ochoty na dalszą dyskusję. W ciągu minionych trzech miesięcy znosił niekończące się przesłuchania oraz nieustanny brak snu. Zakuwano go w kajdany, stopy smarowano mu sadłem i przystawiano do płomieni, rozciągano jego ciało na madejowym łożu. Zmuszano go nawet, by patrzył, jak pijani kaci torturują innych templariuszy, którzy w zdecydowanej większości byli zwykłymi włościanami, dyplomatami, buchalterami, rzemieślnikami, nawigatorami i urzędnikami. Wielki mistrz stydził się tego, co wcześniej wyznał pod przymusem; nie miał też zamiaru dobrowolnie przyznawać się już do niczego. Leżał na cuchnącej pryczy, w nadziei, że jego nadzorca odejdzie.

Na znak Imberta dwóch więziennych strażników przecisnęło się przez drzwi, chwyciło de Molaya i postawiło go na nogi.

– Wyprowadźcie go – rozkazał inkwizytor.

Jakub de Molay został uwięziony w paryskiej twierdzy Temple i był w niej przetrzymywany od października poprzedniego roku. Donżon z czterema narożnymi wieżyczkami służył za kwaterę główną templariuszy – a także centrum finansowe – nie było tu więc żadnej sali tortur. Imbert improwizował, zamieniając kaplicę w miejsce niewyobrażalnych cierpień i katuszy. Wielki mistrz w ciągu minionych trzech miesięcy odwiedzał je często.

De Molaya zaciągnięto do kaplicy i ustawiono na środku posadzki o wzorze czarno-białej szachownicy. W miejscu tym, pod gwiaździstym sklepieniem, w szeregi zakonu przyjęto wielu braci.

– Powiedziano mi – odezwał się Imbert – że tutaj odprawialiście swoje najbardziej sekretne ceremoniały.

Inkwizytor, odziany w czarną szatę, podszedł dumnym krokiem do jednej ze ścian podłużnego pomieszczenia, do rzeźbionego pojemnika, dobrze znanego wielkiemu mistrzowi.

– Przejrzałem zawartość tej skrzyni. Znajduje się w niej ludzka czaszka, dwie kości udowe oraz biały całun. Osobliwe, nieprawdaż?

De Molay nie zamierzał w ogóle się odzywać. Przypomniał sobie natomiast słowa, które wypowiadał każdy postulant przyjmowany w szeregi rycerskiego bractwa. „Zniosę wszystko, co raduje Boga”.

– Wielu spośród twoich braci wyznało nam, w jaki sposób tym się posługiwaliście – rzekł Imbert, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Jakże ohydny stał się twój zakon!

Wielki mistrz miał już tego dość.

– Udzielimy odpowiedzi jedynie naszemu papieżowi, jako słudzy Sługi Bożego. On sam nas osądzi.

– Twój papież jest poddanym mojego suzerena. Z pewnością cię nie ocali.

Była to prawda. Wysłannicy awiniońskiego papieża zapewnili, że przekażą zwierzchnikowi Kościoła, iż de Molay wyparł się wymuszonych zeznań, ale jednocześnie wyrazili wątpliwość, czy odmieni to w jakikolwiek sposób los templariuszy.

– Przywiążcie go – polecił Imbert.

Koszulę, którą wielki mistrz nosił od dnia aresztowania, zerwano z jego ciała. Nie było mu specjalnie żal, że ją traci, gdyż ubiór ten przesiąknięty był zapachem uryny i kału. Reguła zakazywała jednak braciom ukazywania nagości. De Molay wiedział też, że inkwizytor woli widzieć swoje ofiary bez odzienia – odarte z godności – postanowił więc, iż nie ugnie się przed obraźliwym czynem Imberta. Miał już wprawdzie pięćdziesiąt sześć lat, ale jego ciało wciąż prezentowało się imponująco. Podobnie jak wszyscy rycerze zakonni, dbał o tężyznę fizyczną. Stał wyprostowany, starając się zachować godność.

– Z jakiej przyczyny muszę być poniżany? – zapytał spokojnie.

– Cóż masz na myśli? – w pytaniu inkwizytora dało się wyczuć niedowierzanie.

– Ta sala jest miejscem modłów, ty zaś odzierasz mnie z szat i wpatrujesz się w moją nagość, wiedząc, że bracia czują odrazę przed takimi zachowaniami.

Imbert sięgnął do kufra i wyciągnął z niego długą płócienną tkaninę.

– Twojemu zakonowi postawiono dziesięć zarzutów.

De Molay znał ich treść. Zaczynały się od ignorowania sakramentów, szły przez oddawanie czci bożkowi i czerpaniu korzyści z niemoralnych czynów, a kończyły się na aprobowaniu praktyk homoseksualnych.

– Największy mój niepokój – podjął dominikanin – budzi fakt, że od każdego z postulantów wymagałeś zaprzeczenia, iż Chrystus jest naszym Panem, a także kazałeś im pluć na Krzyż święty i deptać po nim. Jeden z twoich braci opowiedział nam nawet o tym, jak obsikał wizerunek naszego Pana Jezusa na krzyżu. Czy to prawda?

– Zapytaj tego brata.

– Niestety, nie przetrwał kaźni.

De Molay odpowiedział milczeniem.

– Mojego króla oraz Jego Świątobliwość ten zarzut zaniepokoił bardziej niż pozostałe. Jako sługa Kościoła z pewnością domyślasz się, jakim unieśli się gniewem na wieść, że wypieracie się Chrystusa?

– Wolę rozmawiać wyłącznie z moim papieżem.

Na znak Imberta dwóch strażników założyło kajdany na przeguby wielkiego mistrza, potem cofnęło się i nie zważając na umęczone mięśnie więźnia, pociągnęło go za ramiona. Inkwizytor wyciągnął spod sutanny batog z licznymi rzemieniami. Końcówki zadźwięczały, a do Molay dostrzegł, że do każdego rzemienia dowiązany jest kawałek kości.

Dominikanin smagnął biczem po obnażonych plecach i rozciągniętych ramionach wielkiego mistrza. Ból przeszył ciało więźnia, a po chwili osłabł, pozostawiając tępe pulsowanie. Zanim ciało zdążyło dojść do siebie, dosięgło je następne uderzenie, potem kolejne. De Molay nie chciał za żadną cenę dać Imbertowi powodu do satysfakcji, lecz w końcu ból wziął nad nim górę i zaczął jęczeć w męczarniach.

– Nie będziesz drwił z inkwizycji – oznajmił dominikanin.

Wielki mistrz okiełznał ogarniające go emocje. Wstydził się, że wydał bolesne krzyki. Spoglądał buńczucznie w zaropiałe oczy inkwizytora i czekał na to, co stanie się dalej.

Imbert nie ugiął się pod tym spojrzeniem.

– Zapierasz się naszego Zbawiciela, uznając go jedynie za śmiertelnego człowieka, nie za Syna Bożego? Bezcześcisz Krzyż święty? Bardzo dobrze. Przekonasz się, czym jest męka na krzyżu.

Batog powrócił do pracy – smagał de Molaya po plecach, pośladkach i nogach. Ciało templariusza spływało krwią, gdy ostre końce z kości rozcinały jego skórę.

Wzrok mu się zamglił.

Imbert przerwał chłostę.

– Ukoronujcie wielkiego mistrza! – krzyknął.

De Molay uniósł głowę, starając się odzyskać ostrość widzenia. Dostrzegł przed sobą coś, co wyglądało jak czarna żelazna obręcz. Do jej brzegów przywiązano gwoździe, których czubki skierowane były do dołu i do środka.

Inkwizytor podszedł bliżej.

– Przekonaj się, co wycierpiał nasz Zbawiciel. Jezus Chrystus, którego wyparliście się ty i twoi bracia.

Na głowę wielkiego mistrza założono koronę cierniową, potem dociśnięto. Czubki gwoździ przecięły skórę, a krew spłynęła z drobnych ran, wsiąkając w przetłuszczone włosy.

Imbert odrzucił batog.

– Weźcie go.

De Molay poczuł, jak oprawcy wloką go przez kaplicę w stronę wysokich drzwi, które kiedyś prowadziły do jego prywatnych komnat. Ktoś podsunął stołek, na którym postawiono wielkiego mistrza. Jeden ze strażników przytrzymywał więźnia w pozycji stojącej, drugi zaś stał w gotowości, na wypadek, gdyby torturowany zaczął stawiać opór. On był jednak zbyt osłabiony, by podjąć taką próbę.

Zdjęto mu kajdany z rąk.

Imbert wręczył trzy gwoździe drugiemu ze strażników.

– Prawa ręka w górę – poinstruował go. – Jak uzgodniliśmy.

Rękę wielkiego mistrza uniesiono ponad jego głowę. Strażnik podszedł bliżej i de Molay zobaczył młotek.

Wtedy zdał sobie sprawę, co go czeka.

Boże miłosierny!

Poczuł, jak dłoń oprawcy chwyta go za przegub i przyciska gwóźdź do jego spoconej skóry. Dojrzał jeszcze młotek przecinający powietrze i usłyszał, jak metal uderza o metal.

Wielki mistrz ryknął z bólu, kiedy gwóźdź przebił mu nadgarstek.

– Nie trafiłeś przypadkiem w naczynia krwionośne? – zapytał Imbert strażnika.

– Zdołałem je ominąć.

– Dobrze. Nie powinien wykrwawić się na śmierć.

De Molay, jeszcze jako młody rycerz, walczył w Ziemi Świętej, kiedy zakon bronił ostatniej twierdzy w Akce. Przypomniał sobie, jak głownia miecza wbijała się w ciało. Głęboko. Mocno. Długo. Ale gwóźdź wbijany w przegub był czymś o wiele gorszym.

Rozciągnięto lewe ramię wielkiego mistrza i drugi gwóźdź przebił się przez jego ciało na wysokości przegubu. Torturowany zagryzł język, chcąc powstrzymać się od jęku, ale cierpienie sprawiło, że zęby wbiły się głęboko. Krew wypełniła jego usta, a de Molay ją przełknął.

Imbert kopniakiem wybił stołek spod nóg więźnia. Ciężar całego, mierzącego metr osiemdziesiąt ciała wielkiego mistrza utrzymywał się teraz na kościach nadgarstków, głównie prawego przegubu, gdyż kąt ustawienia lewej ręki przesuwał punkt ciężkości na prawą stronę. Coś zachrzęściło w barkach de Molaya, a w jego mózgu zaczął pulsować niewypowiedziany ból.

Jeden z oprawców chwycił jego prawą stopę i obmacywał ją. Najwidoczniej Imbert postanowił skrupulatnie dobrać miejsce na gwóźdź, aby ostrze przebiło ciało w punktach, w których przebiega niewiele naczyń krwionośnych. Potem lewą stopę wielkiego mistrza ułożono na prawej i obie zostały przybite do drzwi jednym gwoździem.

De Molay nie był w stanie powstrzymać rozpaczliwego okrzyku boleści.

Inkwizytor przeprowadził inspekcję katowskiego dzieła.

– Krwi niewiele. Dobra robota – pochwalił i cofnął się o krok. – Będziesz znosił takie same męki jak nasz Zbawiciel. Z jedną różnicą.

Teraz wielki mistrz zrozumiał, dlaczego oprawcy wybrali drzwi. Imbert powoli odchylił je na zawiasach, a potem gwałtownie zatrzasnął.

Ciało de Molaya sunęło najpierw w jedną stronę, potem w drugą, wisząc na zwichniętych stawach barków, podtrzymywane przez gwoździe. Katusze, które teraz cierpiał, przekraczały wszelkie jego wyobrażenia.

– To jak łamanie kołem – tłumaczył Imbert. – Ból można dawkować stopniowo. Jest w tym element podlegający kontroli. Mogę pozwolić, żebyś tylko wisiał, albo kazać bujać tobą, w tę i we w tę. Ale mogę zrobić także to, co przed chwilą, a to jest najgorsze ze wszystkiego.

Wielki mistrz miał mroczki przed oczyma, z ledwością mógł oddychać. Skurcze chwytały niemal każdy jego mięsień. Serce waliło jak szalone. Pot spływał z niego strumieniami – czuł się, jakby miał gorączkę, jakby jego ciało płonęło żywym ogniem.

– Ciągle drwisz sobie z inkwizycji? – zapytał Imbert.

De Molay pragnął wykrzyczeć dominikaninowi, że nienawidzi Kościoła za to, co ów czyni. Słaby papież, sterowany przez zbankrutowanego francuskiego monarchę, zdołał jakimś sposobem doprowadzić do upadku największą w dziejach organizację religijną. Piętnaście tysięcy braci rozrzuconych po całej Europie. Dziewięć tysięcy posiadłości. Zakon rycerzy, którzy panowali w Ziemi Świętej przez blisko dwa wieki. Ubodzy Rycerze Chrystusa i Świątyni Salomona stanowili uosobienie wszystkiego, co dobre. Lecz ich powodzenie zrodziło zawiść, a on, jako wielki mistrz, powinien był przewidzieć polityczne burze, które zbierały się nad jego głową. Powinien był okazać mniej pychy, a więcej pokory. Nie powinien tyle mówić bez ogródek. Dzięki Bogu, zdołał przewidzieć część z tego, co się już wydarzyło, i podjął odpowiednie środki ostrożności. Filip IV nigdy nie zobaczy nawet uncji ze złota ani srebra templariuszy.

Nigdy też nie będzie mu dane ujrzeć skarbu największego spośród wszystkich.

Uświadomiwszy to sobie, de Molay zebrał w sobie resztki energii i podniósł głowę. Imbert najwyraźniej doszedł do przekonania, że więzień zamierza mówić, więc przysunął się bliżej.

– Niech cię piekło pochłonie – wyszeptał wielki mistrz. – Bądź przeklęty ty oraz wszyscy, którzy dopomagają ci w tej diabelskiej intrydze!

Głowa opadła mu na piersi. Usłyszał, jak Imbert krzyczy, by trzaśnięto drzwiami, ale ból był tak potężny i z tylu kierunków napływał do mózgu, że torturowany czuł niewiele.

De Molaya zdjęto z drzwi. Nie wiedział, jak długo na nich wisiał, ale nie poczuł żadnej ulgi, gdyż jego mięśnie już dawno całkowicie odrętwiały. Przez jakiś czas go niesiono, a potem zdał sobie sprawę, że znów jest w swojej celi. Oprawcy rzucili go na pryczę. Jego ciało zapadło się w miękkie posłanie, a nozdrza wypełnił znajomy odór. Głowa spoczęła nieco uniesiona na poduszce, ręce wyciągnęły się po bokach.

– Powiedziano mi – usłyszał cichy głos Imberta – że kiedy przyjmowaliście nowego brata do zakonu, barki kandydata owijaliście w płócienny całun. Ceremoniał ten miał rzekomo symbolizować śmierć postulanta, po której następowało zmartwychwstanie do nowego życia templariusza. Ty również dostąpisz tego zaszczytu. Podłożyłem pod twoje ciało całun wyjęty z kufra w kaplicy.

Dominikanin chwycił boki długiej tkaniny o ukośnym splocie i owinął nią ciało wielkiego mistrza, poczynając od stóp, a na głowie kończąc. De Molay nie widział teraz nic, zakryty całunem.

– Powiedziano mi również, że całun ten służył zakonowi w Ziemi Świętej. Przywieziono go tutaj i używano w ceremonii przyjęcia każdego nowicjusza tu, w Paryżu. Teraz jesteś odrodzony – kpił inkwizytor. – Leż tu sobie i rozmyślaj o swoich grzechach. Wrócę jeszcze do ciebie.

De Molay był zbyt słaby, żeby odpowiedzieć. Wiedział, że Imbert najprawdopodobniej otrzymał rozkaz, żeby go nie zabijać, lecz zdał sobie również sprawę, iż nikt nie zamierza się o niego zatroszczyć. Leżał więc bez ruchu. Odrętwienie stopniowo ustępowało – w jego miejsce pojawiał się niewypowiedziany wręcz ból. Serce wielkiego mistrza wciąż mocno waliło, ciało wytwarzało przerażające ilości potu. Próbował się uspokoić i pomyśleć o rzeczach przyjemnych. Jedną z tych przyjemnych, wciąż powracających myśli była świadomość, że wie to, czego jego oprawcy najbardziej pragną się dowiedzieć. On jedyny spośród żywych znał ten sekret. Takie były wymogi zakonnej reguły. Odchodzący wielki mistrz powierzał tajemnicę tylko i wyłącznie swojemu następcy. Niestety, z uwagi na nieoczekiwane aresztowanie i czystkę w zakonie, tym razem sekret trzeba było przekazać inaczej. De Molay nie zamierzał dopuścić do zwycięstwa ani Filipa, ani też Kościoła. Poznają jego tajemnicę wtedy, kiedy on zechce im o niej powiedzieć. Jak mówi psalm? „Twój język jest jak ostra brzytwa, sprawco podstępu”1.

Wielki mistrz przywołał jednak w myślach inny cytat z Biblii, który podziałał niczym balsam na jego znękaną duszę. Gdy leżał owinięty w całun, ociekając krwią i spływając potem, przypomniał sobie słowa z Księgi Powtórzonego Prawa.

„Pozwól, że ich wytępię, wygładzę ich imię spod nieba”2.

CZĘŚĆ

PIERWSZA

JEDEN

KOPENHAGA, DANIA

CZWARTEK, 22 CZERWCA, CZASY TERAŹNIEJSZE

14.50

Cotton Malone dostrzegł nóż w tej samej chwili, w której zobaczył Stephanie Nelle. Siedział przy stoliku w ogródku Café Nikolaj, ulokowany wygodnie w białym krześle. Słoneczne popołudnie było przyjemne, a rozciągający się przed oczami Malone’a Højbro Plads, popularny kopenhaski plac, pełen był przechodniów. W kawiarni jak zwykle było tłoczno, panowała w niej ożywiona atmosfera. Malone spędził tu pół godziny, czekając na Stephanie.

Była filigranową kobietą, po sześćdziesiątce, jak sądził, chociaż ona nigdy nie potwierdziła dokładnie swojego wieku, a w aktach osobowych Departamentu Sprawiedliwości, do których Malone raz zdołał zajrzeć, w rubryce „data urodzenia” widniał tylko lakoniczny skrót „b.d.”, czyli: brak danych. W jej ciemnych włosach widniały srebrne pasemka, a z brązowych oczu przebijało pełne zrozumienia spojrzenie liberała i jednocześnie gniewny błysk oskarżyciela. Dwóch prezydentów usiłowało mianować ją prokuratorem generalnym, lecz za każdym razem odrzucała tę ofertę. Jeden z prokuratorów generalnych natomiast intensywnie lobbował, by ją zdymisjonowano – zwłaszcza po tym, jak FBI ujawniło, że prowadzi przeciwko niemu śledztwo – ale Biały Dom udaremnił ten zamysł, ponieważ oprócz wielu innych kwestii, Stephanie Nelle wyróżniała się nieskazitelną wręcz uczciwością.

Mężczyzna z nożem był zaś niski i krępy, o ostrych rysach i włosach ostrzyżonych na jeża. W jego wschodnioeuropejskiej twarzy było coś nawiedzonego – jakaś rozpacz, która bardziej zaniepokoiła Malone’a niż połyskujące w słońcu ostrze. Nosił strój w stylu sportowym: dżinsowe spodnie oraz karminową kurtkę.

Malone wstał z miejsca, nie spuszczając wzroku ze Stephanie. Przez chwilę chciał ostrzec ją krzykiem, ale była za daleko, poza tym wokół panował zbyt duży hałas. Stracił ją z oczu, gdy zniknęła za jedną z modernistycznych rzeźb zdobiących Højbro Plads. Ta akurat przedstawiała obscenicznie otyłą, nagą kobietę leżącą na brzuchu. Jej przelewające się pośladki przypominały kształtem łagodnie zaokrąglone, zwietrzałe wierzchołki gór. Kiedy Stephanie pojawiła się po drugiej stronie rzeźby, zbliżył się do niej mężczyzna z nożem. Malone zobaczył, jak tamten przecina pasek zwisającej z jej lewego ramienia skórzanej torebki i popycha Stephanie na chodnik.

Jakaś kobieta krzyknęła i na widok uzbrojonego w nóż złodzieja wybuchło zamieszanie.

Mężczyzna w czerwonej kurtce ruszył przed siebie z torebką Stephanie w ręku, rozpychając ludzi, którzy stanęli mu na drodze. Kilku z nich się cofnęło. Złodziej skręcił w lewo, za kolejną z brązowych rzeźb. W końcu zaczął biec. Wyglądało na to, że zmierza w kierunku Købmagergade, deptaka skręcającego ku północy z Højbro Plads w głąb handlowego centrum miasta.

Malone wyszedł zza stolika, zamierzając przeciąć drogę Czerwonej Kurtce, zanim ten zdąży skręcić za róg, ale pościg utrudniło mu kilka ustawionych przed kawiarnią rowerów. Ominął je i ruszył pędem przed siebie, niemal okrążył fontannę, po czym rzucił się na tamtego.

Przewrócili się na twarde kamienie. Czerwona Kurtka wziął na siebie prawie cały impet uderzenia, a Malone natychmiast się zorientował, że jego przeciwnik jest dobrze umięśniony. Niezrażony atakiem, złodziej przeturlał się, a potem kolanem rąbnął napastnika w brzuch.

Malone poczuł, jak zapiera mu dech w piersiach, a żołądek podchodzi do gardła.

Czerwona Kurtka zerwał się na równe nogi i pomknął w kierunku Købmagergade.

Malone wstał, ale natychmiast przysiadł i wziął kilka płytkich oddechów.

Niech to szlag. Wyszedł z wprawy.

Zebrał się w sobie i podjął pościg, gdy jego zwierzyna zyskała przewagę blisko piętnastu metrów. Malone nie dostrzegł noża w trakcie walki, teraz jednak, kiedy biegł ulicą między sklepami, zauważył, że złodziej wciąż ściska kurczowo skórzaną torebkę. Czuł palący ból w piersiach, ale mimo wszystko odstęp między nimi zmniejszał się.

Czerwona Kurtka wyrwał wózek z kwiatami z rąk starego, wymizerowanego mężczyzny. Wiele takich wózków stało przy Højbro Plads i Købmagergade. Malone nie cierpiał ulicznych sprzedawców, którzy z radością blokowali dostęp do jego księgarni, zwłaszcza w soboty. Złodziej pchnął wózek po bruku w stronę ścigającego go człowieka. Malone nie mógł pozwolić, by wózek toczył się bez kontroli: zbyt wielu ludzi było na ulicy, w tym także dzieci – skoczył zatem w prawo, chwycił wózek i zatrzymał go. Obejrzał się i na rogu Købmagergade zobaczył Stephanie z policjantem. Znajdowali się jakieś pięćdziesiąt metrów za nim, lecz nie miał czasu na nich czekać.

Malone popędził przed siebie, zastanawiając się, dokąd zmierza ścigany. Być może zostawił gdzieś tutaj auto albo czekał na niego kierowca w miejscu, gdzie Købmagergade uchodziło do innego z ruchliwych placów Kopenhagi, Hauser Plads. Miał nadzieję, że tak nie jest. Ten plac był zawsze zakorkowany: znajdował się za siecią deptaków, które tworzyły handlową mekkę znaną pod nazwą Strøget. Malone czuł w udach ból wywołany nieoczekiwanym wysiłkiem. Jego mięśnie dawno wyszły z wprawy, jaką miały w czasach, gdy służył w marynarce, a potem pracował dla Departamentu Sprawiedliwości. Po roku dobrowolnej emerytury poziom jego fizycznej sprawności raczej nie zachwyciłby byłych pracodawców.

Zobaczył przed sobą Rotundę, opartą mocno o kościół Świętej Trójcy, niczym termos przywiązany do koszyka z obiadem. Potężna okrągła budowla wspinała się w górę na wysokość dziewięciu kondygnacji. Ufundował ją w 1642 roku duński król Chrystian IV i wieża ta stała się symbolem jego panowania: pozłacana rzymska czwórka ujęta w literę „C” połyskiwała na ponurej konstrukcji z cegły. W tym miejscu przecinało się pięć ulic, a Czerwona Kurtka mógł każdą z nich obrać za drogę ucieczki.

Pojawiły się policyjne radiowozy.

Jeden z nich z piskiem zahamował od południowej strony Rotundy. Inny nadjechał z dalszego końca Købmagergade, blokując możliwość ucieczki ku północy. Czerwona Kurtka znajdował się teraz na placyku otaczającym budowlę. Zawahał się, najwyraźniej oceniając sytuację, potem skoczył w prawo i zniknął wewnątrz Rotundy.

Co ten dureń robi? Nie było stąd innego wyjścia poza bramą na parterze. Być może jednak złodziej o tym nie wiedział.

Malone podbiegł do wejścia. Znał mężczyznę w budce z biletami: ów Norweg spędzał wiele godzin w jego księgarni, a jego pasją była literatura anglojęzyczna.

– Arne, dokąd pobiegł ten mężczyzna? – zapytał po duńsku, łapiąc oddech.

– W prawo; nie zapłacił za bilet!

– Czy ktoś jest na górze?

– Przed chwilą weszła tam starsza para.

Na górę nie prowadziły żadne schody, nie było też windy. Zbudowano tu spiralną rampę biegnącą aż na sam wierzchołek Rotundy. W XVII wieku zakładano, że będzie można tędy wtaczać na górę ciężkie astronomiczne przyrządy. Miejscowi przewodnicy opowiadali jako ciekawostkę historię, jak to car Rosji Piotr Wielki wjechał pewnego razu na górę konno, caryca zaś dostała się tam powozem.

Malone usłyszał dobiegające z góry odgłosy kroków. Pokręcił głową na myśl o tym, co go czeka.

– Powiedz policji, że jesteśmy na górze.

Ruszył biegiem.

W połowie drogi na spiralnym podejściu minął drzwi prowadzące do Wielkiej Sali. Przeszklone wejście było zamknięte, a światła zgaszone. Piękne dwudzielne okna biegły dookoła zewnętrznych murów, lecz w każdym z nich znajdowały się kraty. Przez moment Malone znów nasłuchiwał i dosłyszał odgłos kroków dobiegających z góry.

Ruszył przed siebie, oddychając z coraz większym trudem. Zwolnił tempo, kiedy minął średniowieczny przyrząd do wytyczania biegu planet, zawieszony wysoko na ścianie. Wiedział, że wyjście na szczytową platformę widokową znajduje się zaledwie o kilka metrów od niego, za ostatnim zakrętem pochylni.

Nie słyszał już kroków.

Podkradł się do przodu i minął łukowate wejście. Na środku znajdowało się ośmioboczne obserwatorium, które powstało dużo później niż sama wieża. Dookoła niego biegł szeroki taras widokowy.

Po lewej stronie obserwatorium otoczone było ozdobnym, żelaznym ogrodzeniem, a jedyne wejście zamykał łańcuch. Po prawej widniała misterna krata z kutego żelaza, zdobiąca wieżę od zewnątrz. Za nią znajdowała się niska balustrada, za którą widać było czerwone dachy miasta oraz zielone iglice wież.

Malone obszedł podest dookoła i natknął się na niemłodego mężczyznę leżącego na brzuchu. Za nim zobaczył Czerwoną Kurtkę, który obejmował ramieniem starszą panią i przystawiał jej nóż do gardła. Zdawało się, że kobieta chce krzyczeć, lecz strach odebrał jej głos.

– Niech się pani nie rusza – powiedział do niej Malone po duńsku.

Spoglądał badawczo na człowieka w czerwonej kurtce. Wyraz rozpaczy wciąż przebijał z ciemnych, teraz niemal pełnych żalu oczu złodzieja. W jaskrawym świetle słońca Malone dostrzegł na twarzy tamtego kropelki potu. Wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi nie powinien posuwać się ani o milimetr naprzód. Odgłosy kroków dobiegające z dołu sygnalizowały, że za parę chwil zjawi się tu policja.

– Może trochę byś ochłonął? – zapytał, na próbę po angielsku.

W oczach Czerwonej Kurtki dostrzegł iskierkę zrozumienia, ale nóż ani drgnął. Wzrok złodzieja pobiegł ku niebu, a potem wrócił. Wydawało się, że brak mu pewności siebie, lecz to niepokoiło Malone’a jeszcze bardziej. Desperaci zwykle popełniają desperackie czyny.

– Odłóż nóż. Policja już tu idzie. Nie ma stąd wyjścia.

Czerwona Kurtka znów skierował wzrok ku niebu, potem skoncentrował spojrzenie na człowieku, który go ścigał. Malone patrzył na niego, targany niepewnością. O co mogło mu chodzić? Złodziej torebek, który ucieka na szczyt trzydziestometrowej wieży, skąd nie ma drogi ucieczki?

Kroki wyraźnie się zbliżyły.

– Policja już tu jest.

Czerwona Kurtka cofnął się ku żelaznej balustradzie, lecz wciąż mocno trzymał starszą panią. Malone czuł, że zapada jakaś ostateczna decyzja.

– Stąd nie ma ucieczki – powtórzył dobitnie.

Złodziej zacisnął uchwyt na torsie kobiety, potem chwiejnym krokiem cofnął się, teraz już opierając się plecami o zewnętrzną balustradę. Za nim i jego zakładniczką znajdowała się już tylko przepaść.

Panika zniknęła z jego oczu, ustępując miejsca spokojowi. Pchnął kobietę do przodu, a Malone chwycił ją, zanim straciła równowagę. Czerwona Kurtka przeżegnał się i z torebką Stephanie w dłoni przeskoczył nad balustradą, wykrzykując jedno słowo: „Beauseant”. Spadając, poderżnął sobie gardło.

Gdy w bramie pojawiła się policja, starsza pani się rozpłakała.

Malone puścił ją i podbiegł do balustrady.

Czerwona Kurtka leżał na bruku trzydzieści metrów niżej.

Malone odwrócił się i spojrzał ku niebu, na maszt flagowy zamontowany na szczycie obserwatorium. W nieruchomym powietrzu zwisała tam luźno duńska flaga z białym krzyżem na czerwonym tle.

Na co patrzył tamten złodziej? I dlaczego skoczył z wieży? Malone jeszcze raz spojrzał na dół i zobaczył, jak Stephanie przepycha się łokciami przez tłum gapiów, który zdążył się już zgromadzić wokół ciała Czerwonej Kurtki. Jej skórzana torebka leżała oddalona o jakiś metr od martwego mężczyzny. Malone patrzył, jak kobieta ją podnosi, a potem znika w ciżbie. Podążał wzrokiem za Stephanie, gdy przepychała się przez tłum i oddalała jedną z uliczek odchodzących od Rotundy, zmierzając w stronę ruchliwego Strøgetu. Nie obejrzała się ani razu.

Pokręcił głową, zastanawiając się nad jej pośpiesznym odejściem.

– Co, do diabła? – mruknął pod nosem.

DWA

Stephanie była w szoku. Od dwudziestu sześciu lat pracowała w Departamencie Sprawiedliwości, od piętnastu kierowała biurem Magellan Billet i nauczyła się, że jeśli coś stoi na czterech nogach, ma trąbę i pachnie orzeszkami ziemnymi, jest to z całą pewnością słoń. Nie trzeba zwieszać mu tabliczki z napisem. Innymi słowy, oznaczało to, że mężczyzna w czerwonej kurtce na pewno nie był złodziejem torebek.

Musiał zatem być kimś innym.

To znaczyło z kolei, iż ktoś orientował się w jej sprawach.

Stephanie widziała, jak złodziej skacze z wieży – właściwie po raz pierwszy była świadkiem czyjejś śmierci. Przez lata słuchała, jak mówią o tym jej agenci, ale istnieje ogromna różnica między czytaniem raportów a patrzeniem, jak ktoś umiera. Ciało grzmotnęło o bruk z głuchym, mdlącym odgłosem. Czy ten człowiek zeskoczył? Czy też Malone zmusił go do tego? Czy tam na górze doszło do walki? Czy ten mężczyzna coś powiedział, zanim podjął ów ostateczny krok?

Przyjechała do Danii w jednym tylko celu i postanowiła przy okazji złożyć wizytę Cottonowi Malone. Przed wieloma laty należał do tych, których wybrała do pierwszej dwunastki Magellan Billet. Znała jego ojca i obserwowała szybką karierę syna. Ucieszyła się, kiedy Cotton przyjął jej ofertę i przeszedł z prokuratury marynarki wojennej JAG do Departamentu Sprawiedliwości. W miarę upływu czasu wyrósł na jej najlepszego agenta. Zareagowała też głębokim przygnębieniem, kiedy przed rokiem zdecydował się odejść.

Nie widziała się z nim od tamtego czasu, chociaż parę razy rozmawiali przez telefon. Kiedy ruszył w pościg za złodziejem, zwróciła uwagę, że wysoka sylwetka Malone’a wciąż zachowała sprawność, a jego gęste, faliste włosy wciąż mają kolor jasnej sieny, podobny do barwy starych domów otaczających ją teraz. Przez blisko dwanaście lat pracy dla Stephanie zawsze był bezpośredni i niezależny. Dlatego właśnie stał się tak dobrym agentem – tym, któremu zaufała. Właściwie był kimś więcej niż jej pracownikiem.

Był też jej przyjacielem.

Nie znaczyło to jednak wcale, że życzyła sobie, by mieszał się w jej sprawy.

Pościg za mężczyzną w czerwonej kurtce pasował do Malone’a, ale jednocześnie oznaczał komplikacje. Złożenie mu wizyty teraz oznaczałoby zadawanie pytań, na które nie miała wcale zamiaru udzielać odpowiedzi.

A zatem stary przyjaciel będzie musiał zaczekać na następną okazję.

Malone wyszedł z Rotundy i ruszył w ślad za Stephanie. Kiedy zszedł ze szczytu, personel pogotowia zajmował się już parą starszych ludzi. Mężczyzna wciąż chwiał się na nogach po uderzeniu w głowę, ale nie groziło mu nic poważnego. Kobieta nie wyszła jeszcze z szoku i Malone słyszał, jak jeden z sanitariuszy nalega, by zabrać ją do oczekującego w pobliżu ambulansu.

Ciało Czerwonej Kurtki leżało na ulicy, pod jasnożółtym prześcieradłem. Policjanci zajmowali się teraz usuwaniem ludzi z miejsca tragedii. Przepychając się przez tłum, Malone patrzył, jak ktoś podnosi prześcieradło, a policyjny fotograf przystępuje do pracy. Złodziej podciął sobie gardło. Zakrwawiony nóż leżał niedaleko ręki wykręconej pod nienaturalnym kątem. Krew wciąż płynęła z poderżniętej szyi, tworząc ciemną kałużę na brukowej kostce. W czaszce widniały wgniecenia, tułów był pogruchotany, a nogi rozrzucone tak, jakby nie miały kości. Jeden z policjantów polecił Malone’owi, aby nie opuszczał miejsca zdarzenia. Chcieli go przesłuchać. Teraz jednak musiał odnaleźć Stephanie.

Wyszedł z tłumu gapiów i spojrzał ponownie w popołudniowe niebo, gdzie wysoko stojące słońce wciąż jeszcze świeciło z rozrzutnym przepychem. W zasięgu wzroku nie widać było nawet chmurki. Zapowiadała się idealna noc na oglądanie gwiazd, lecz nikt tego wieczoru nie będzie mógł odwiedzić obserwatorium na szczycie Rotundy. Nie. Obiekt został zamknięty na tę noc, ponieważ z wieży zeskoczył samobójca.

Kim mógł być ten desperat?

Myśli Malone’a stanowiły mieszaninę zdziwienia i niepokoju. Wiedział, że powinien teraz wrócić do swojej księgarni i zapomnieć o Stephanie Nelle oraz o tym, co ją tu sprowadziło. Jej sprawy przestały być jego sprawami. Wiedział też jednak, że nie zapomni.

Coś tutaj się działo, i to coś niedobrego.

Dostrzegł Stephanie o jakieś pięćdziesiąt metrów przed sobą przy Vestergade, kolejnej z długich uliczek, które niczym pajęcza sieć oplatały handlowy rejon Kopenhagi. Szła szybkim krokiem, niezrażona tym, co się wydarzyło. Nagle skręciła w prawo i zniknęła we wnętrzu jednego z budynków.

Podbiegł tam i zobaczył szyld: „Antykwariat Hansena”. Właściciel tej księgarni był jednym z niewielu w Kopenhadze ludzi, których nie cieszył widok Malone’a. Peter Hansen nie lubił cudzoziemców, a zwłaszcza Amerykanów, i nawet usiłował zablokować jego wejście do Duńskiego Stowarzyszenia Księgarzy Antykwariuszy.

Dawne instynkty wzięły w Malonie górę – przeczucia i zmysły, które spoczywały w hibernacji od czasu, gdy rok temu przeszedł na emeryturę. Nie przepadał za tymi uczuciami. Ale to one zawsze pchały go do przodu.

Zatrzymał się na krótko przed drzwiami frontowymi antykwariatu i dostrzegł w środku Stephanie rozmawiającą z Hansenem. Oboje przeszli potem w głąb sklepu, zajmującego parter trzykondygnacyjnego budynku. Malone poznał rozkład wnętrza, kiedy w zeszłym roku przeprowadził zwiad w kopenhaskich księgarniach. Niemal wszystkie z nich dowodziły nordyckiej schludności. Zbiory ułożone były tematycznie, książki stały równo na półkach. Hansen był jednak bardziej chaotyczny. Prezentował eklektyczną mieszaninę starego i nowego – w głównej mierze nowego, ponieważ nie należał do ludzi, którzy zapłaciliby każdą sumę za pozyskanie ciekawych woluminów z prywatnych zbiorów.

Malone wsunął się do słabo oświetlonego wnętrza, mając nadzieję, że nikt z pracowników nie zawoła go po nazwisku. Kilka razy zjadł kolację z kierowniczką sklepu Hansena. To od niej się dowiedział, że nie należy do ulubieńców antykwariusza. Na szczęście kobiety nie było teraz w zasięgu wzroku, a tylko jakieś dziesięć osób myszkowało po półkach. Szybko dotarł w pobliże zaplecza, gdzie znajdowały się liczne wnęki i pakamery, zastawione regałami pełnymi książek. Czuł pewien dyskomfort z powodu swojej obecności tutaj – w końcu Stephanie jedynie zadzwoniła do niego i powiedziała, że planuje kilkugodzinną wizytę w mieście i że chciałaby się na chwilę z nim spotkać – ale wszystko to zdarzyło się przed pojawieniem się złodzieja. Teraz zaś Malone był cholernie ciekaw, czego chciał Czerwona Kurtka.

Nie powinno go zaskoczyć zachowanie Stephanie. Zawsze trzymała wszystkie sprawy pod ścisłą kontrolą, niekiedy nawet zbyt ścisłą, co często prowadziło do konfliktów. Czym innym jest bezpieczeństwo w biurze w Atlancie i praca przy komputerze, a czymś zupełnie innym wyjście w teren. Do podejmowania właściwych decyzji zawsze są niezbędne odpowiednie informacje.

Wypatrzył Stephanie i Hansena wewnątrz pomieszczenia bez okien, służącego antykwariuszowi za biuro. Malone zajrzał tu już, kiedy po raz pierwszy usiłował nawiązać przyjazne stosunki z tym idiotą. Hansen był człowiekiem o masywnej budowie, z długim nosem wiszącym nad siwawym wąsikiem. Malone ustawił się za regałem przeładowanym książkami i wziął do ręki jeden z tomów, udając, że czyta.

– Dlaczego przebyła pani tak długą drogę, żeby to zrobić? – zapytał antykwariusz stłumionym, chrapliwym głosem.

– Czy zna pan dom aukcyjny w Roskilde?

Typowe dla Stephanie rzucanie pytaniem na pytanie, żeby uniknąć odpowiedzi.

– Często tam bywam. Oferują dużo książek na sprzedaż.

Malone również znał ten dom aukcyjny. Roskilde znajdowało się o pół godziny drogi na zachód od Kopenhagi. Sprzedawcy zabytkowych książek spotykali się tam raz na kwartał, organizując aukcje, na które zjeżdżali kupcy praktycznie z całej Europy. Malone zarobił blisko dwieście tysięcy euro dzięki czterem książkom, na które natrafił przy okazji sprzedaży podupadłej posiadłości gdzieś w Czechach. Dzięki temu przejście z dobrze płatnej posady w rządowej agencji do egzystencji prywatnego przedsiębiorcy okazało się mniej stresujące. Ale to budziło również zazdrość, a Peter Hansen nie krył zawiści.

– Potrzebuję tej książki, o której rozmawialiśmy. Dzisiaj wieczorem. Stwierdził pan, że nie powinno być problemu z jej kupnem – oznajmiła Stephanie tonem nawykłym do wydawania poleceń.

Hansen zachichotał.

– Amerykanie! Wszyscy jesteście tacy sami. Świat kręci się wokół was.

– Mój mąż powiedział, że potrafi pan znaleźć to, co jest nie do znalezienia. Książka, którą pragnę zdobyć, już została znaleziona. Teraz muszę tylko ją kupić.

– Trafi w ręce osoby, która wylicytuje najwyższą kwotę.

Malone skrzywił się. Stephanie nie znała niebezpiecznego obszaru, w który się teraz zapuszczała. Pierwszą zasadą targów było ukrycie faktu, że się czegoś bardzo pożąda.

– To zapomniana książka, na której nikomu nie zależy – powiedziała.

– Ale najwyraźniej pani na niej zależy. A to znaczy, że znajdą się również inni chętni.

– Zatem dopilnujmy tego, byśmy przelicytowali wszystkich.

– Dlaczego ta książka jest taka ważna? Nigdy o niej nie słyszałem. Jej autor nie jest znany.

– Czy pyta pan o motywy mojego męża?

– Co ma pani na myśli?

– To nie pańska sprawa. Proszę zdobyć dla mnie tę książkę, a ja wypłacę panu uzgodnioną prowizję.

– Dlaczego nie kupi jej pani osobiście?

– Nie mam zamiaru się tłumaczyć.

– Pani mąż był osobą dużo bardziej zgodną.

– On nie żyje.

Chociaż w tym stwierdzeniu nie było emocji, na moment zapadła cisza.

– Czy pojedziemy do Roskilde razem? – zapytał Hansen, najwyraźniej przyjmując do wiadomości przekaz, iż niczego więcej się od niej nie dowie.

– Spotkam się z panem na miejscu.

– Już nie mogę się doczekać.

Stephanie opuściła zaplecze, a Malone wsunął się głębiej za regał, odwracając twarz, gdy przechodziła obok. Usłyszał, jak drzwi biura Hansena zamykają się z trzaskiem i wykorzystał tę sposobność, by przekraść się ku wyjściu.

Stephanie wyszła z ciemnego już sklepu i skręciła w lewo. Malone odczekał moment, po czym ruszył ostrożnie do przodu i obserwował, jak jego była szefowa przemyka między popołudniowymi spacerowiczami z powrotem w stronę Rotundy.

Odczekał nieco i ruszył za nią.

Nie odwróciła głowy ani razu. Zachowywała się tak, jakby nie była świadoma faktu, że ktoś może interesować się jej poczynaniami. A powinna, zwłaszcza po tym, co stało się z mężczyzną w czerwonej kurtce. Malone dziwił się, że Stephanie nie zachowuje ostrożności. Wprawdzie nie była agentem operacyjnym, ale nie była też głupia.

Przy Rotundzie, zamiast skręcić w prawo i ruszyć ku Højbro Plads, gdzie znajdowała się księgarnia Malone’a, Stephanie poszła prosto. Minęła trzy przecznice, a potem zniknęła w holu hotelu d’Angleterre.

Patrzył, jak wchodzi.

Czuł się urażony faktem, że zamierzała kupić książkę w Danii, a nie poprosiła go o pomoc. Najwidoczniej nie chciała go w to angażować. Prawdę mówiąc, po tym, co stało się na szczycie Rotundy, najwyraźniej nie chciała nawet z nim rozmawiać.

Spojrzał na zegarek. Minęła szesnasta trzydzieści. Aukcja książek rozpoczynała się o osiemnastej, a Roskilde było oddalone o pół godziny drogi samochodem. Wcześniej nie zamierzał wziąć udziału w licytacji. W katalogu, który otrzymał kilka tygodni temu, nie znalazł nic interesującego. Teraz jednak sytuacja uległa zmianie. Stephanie zachowywała się dziwnie, nawet jak na nią. A znajomy głos we wnętrzu Malone’a, ten sam, który utrzymywał go przy życiu przez dwanaście lat służby rządowej, podpowiadał mu, że była szefowa będzie go potrzebować.

TRZY

OPACTWO DES FONTAINES

FRANCUSKIE PIRENEJE

17.00

Seneszal klęczał przy łóżku, by dodać otuchy umierającemu wielkiemu mistrzowi. Przez całe tygodnie modlił się, by chwila ta nie nadeszła. Lecz już niedługo, po dwudziestu ośmiu latach mądrych rządów nad zakonem, starzec leżący na posłaniu zazna zasłużonego spokoju i dołączy do swych poprzedników w niebie. Niestety, dla seneszala zamieszanie świata doczesnego nie ustanie, a perspektywa ta przyprawiała go o dreszcze.

Pomieszczenie było przestronne; na pradawnych murach z kamienia i drewna nie widać było śladów rozpadu, jedynie sosnowe belki w stropie poczerniały od upływu czasu. Jedyne okno, niczym ponure oko, tworzyło wyłom w ścianie zewnętrznej i jednocześnie stanowiło ramę pięknego widoku na wodospad usytuowany na tle wielkiej szarej góry. Zmierzch pogłębiał półmrok panujący w narożnikach pomieszczenia.

Seneszal ujął dłoń starego człowieka. W dotyku była chłodna i lepka.

– Słyszysz mnie, mistrzu? – zapytał po francusku.

Zmęczone oczy otworzyły się.

– Jeszcze nie odszedłem. Lecz już wkrótce to zrobię.

Seneszal słyszał, jak inni w ostatniej godzinie życia wypowiadali podobne słowa, i zastanawiał się, czy ciało osiąga po prostu stan skrajnego wyczerpania, kiedy brakuje mu energii, by zmusić płuca do oddechu czy serce do bicia. A śmierć wkraczała w końcu tam, gdzie kiedyś kwitło życie. Ścisnął mocniej dłoń mistrza.

– Będzie mi ciebie brakowało.

Na wąskich ustach starca pojawił się słaby uśmiech.

– Służyłeś mi dobrze; zresztą wiedziałem, że tak właśnie będzie. Dlatego właśnie mój wybór padł na ciebie.

– W najbliższym czasie szykuje się poważny konflikt.

– Jesteś na to gotowy. Dopilnowałem tego.

Piastował godność seneszala, po wielkim mistrzu drugą w zakonnej hierarchii. Piął się w górę po drabinie zaszczytów, zdaniem niektórych zbyt szybko. Tylko stanowcze przywództwo wielkiego mistrza wyciszyło głosy niezadowolonych. Lecz wkrótce śmierć miała zabrać jego protektora, on zaś obawiał się otwartej rewolty, do której mogło dojść.

– Nie ma gwarancji, że zostanę twoim następcą.

– Nie doceniasz siebie.

– Szanuję siłę swoich adwersarzy.

Zapadła cisza, w której słowiki i kosy zdołały obwieścić swoją obecność za oknem. Seneszal patrzył na wielkiego mistrza. Stary człowiek miał na sobie błękitną koszulę ozdobioną złotymi gwiazdami. Chociaż rysy twarzy zdążyła już wyostrzyć nadchodząca śmierć, w szczupłym ciele starca wciąż tliło się życie. Siwa broda była wprawdzie długa i nieco zaniedbana, dłonie i stopy powykrzywiał artretyzm, lecz z oczu nadal promieniował blask. Seneszal wiedział, że dwadzieścia osiem lat przywództwa nauczyło wiele starego wojownika. Być może najważniejszą lekcją była umiejętność zachowania maski uprzejmości nawet w obliczu śmierci.

Lekarz potwierdził diagnozę kilka miesięcy temu – nowotwór. Zgodnie z postanowieniami reguły, chorobie pozwolono dalej się rozwijać, co stanowiło oczywistą konsekwencję pogodzenia się z boskimi wyrokami. Przez stulecia tysiące braci musiało znosić ten sam los i było nie do pomyślenia, aby wielki mistrz złamał tę zasadę.

– Żałuję, że nie mogę poczuć zapachu kropel wody – wyszeptał konający starzec.

Seneszal spojrzał w kierunku okna. Pamiętające XVI wiek skrzydła były szeroko otwarte, wpuszczając do środka słodki zapach mokrych kamieni oraz soczystych zarośli. Wciągnął ich woń głęboko w nozdrza. Słychać też było pluskające odgłosy niezbyt odległego wodospadu.

– Twoja cela wydaje się być idealnym miejscem na wydanie ostatniego tchu.

– Z tego właśnie powodu tak bardzo chciałem zostać wielkim mistrzem.

Seneszal uśmiechnął się, świadom tego, iż stary człowiek sili się na dowcip. Niejeden raz czytał kroniki i wiedział, że jego mentor dostąpił zaszczytu piastowania godności wielkiego mistrza dzięki genialnej zdolności kierowania obrotami koła fortuny. Lata jego rządów cechował ład i spokój, ale wszystko to miało ulec zmianie już niebawem.

– Będę się modlił za twoją duszę – zapewnił umierającego.

– Przyjdzie na to czas później. Teraz musisz się przygotować.

– Do czego?

– Do konklawe. Zbierz swoje głosy. Przygotuj się. Nie pozwól przeciwnikom na zmobilizowanie sił. Przypomnij sobie wszystko, czego cię nauczyłem – chropawy głos załamywał się, zdjęty niemocą, lecz brzmiała w nim siła i stanowczość.

– Nie jestem pewien, czy chcę zostać wielkim mistrzem.

– Jesteś pewien.

Stary przyjaciel znał go dobrze. Skromność nakazywała nie przyznawać się do tego, ale seneszal niczego bardziej nie pragnął, niż zostać kolejnym wielkim mistrzem.

Poczuł, jak ręka, którą trzymał, zadrżała. Stary człowiek potrzebował kilku oddechów, by się uspokoić.

– Sporządziłem ostatnią wolę. Leży tam, na biurku.

Seneszal wiedział, że obowiązkiem następnego wielkiego mistrza jest zapoznanie się z testamentem poprzednika.

– Tego obowiązku trzeba dopełnić – powiedział starzec. – Tak zresztą, jak działo się od Początków.

Seneszal nie chciał rozmawiać o obowiązku. W tej chwili targały nim emocje. Rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym znajdowało się jedynie łóżko, klęcznik ustawiony przed drewnianym krucyfiksem, trzy krzesła z obiciem wykonanym ze starego gobelinu, biurko do pisania i dwie stare marmurowe figurki ustawione w niszach w ścianie. Kiedyś w tej kwaterze znajdowała się hiszpańska skóra, porcelana z Delft oraz angielskie meble. Ale pycha i buta już dawno przestały charakteryzować zakon.

A także jego samego.

Stary człowiek usiłował wciągnąć powietrze do płuc.

Seneszal spoglądał na mężczyznę leżącego w bolesnych objęciach choroby. Wielki mistrz uspokoił oddech, po czym kilka razy zamrugał powiekami.

– Jeszcze nie teraz, stary przyjacielu. Ale wkrótce.

CZTERY

ROSKILDE

18.15

Malone zaczekał, aż aukcja się rozpocznie, dopiero potem wsunął się do holu. Znał oficjalną procedurę i wiedział, że licytacja zostanie otwarta najwcześniej o osiemnastej dwadzieścia. Przedtem trzeba było załatwić sprawy związane z rejestracją kupców oraz deklaracjami zgody sprzedających, wymagające zweryfikowania, zanim pieniądze zaczną przechodzić z rąk do rąk.

Roskilde było zabytkowym miastem usytuowanym nad wąskim fiordem. Założone przez wikingów, do XV wieku służyło za siedzibę duńskich monarchów. I wciąż jeszcze emanowało królewskim wdziękiem. Aukcja odbywała się w centrum, w pobliżu Domkirke, w budynku położonym przy Skomagergade, gdzie kiedyś mieściły się warsztaty szewskie. Handel książkami był w Danii swego rodzaju sztuką. W całym narodzie słowo pisane darzono szacunkiem – co Malone, jako bibliofil od młodości, wysoko cenił. Kiedyś książki były dla niego wyłącznie pasją, odwróceniem uwagi od stresów związanych z pełną ryzyka służbą, teraz zaś stały się jego życiem.

Dostrzegł Petera Hansena i Stephanie z przodu sali, zatrzymał się zatem z tyłu, kryjąc się za jednym z kamiennych filarów wspierających sklepiony sufit. Nie miał zamiaru licytować, więc prowadzący aukcję nie musiał go widzieć. Książki pojawiły się na stole licytacyjnym i znikały z niego jedna po drugiej, niektóre za pokaźne sumy. Zauważył nagłe ożywienie Petera Hansena, gdy zaprezentowano kolejną książkę.

– Pierres Gravées du Languedoc, autor Eugène Stüblein. Copyright 1887 – oznajmił prowadzący aukcję. – Historia tego regionu, dość powszechna jak na czasy, w których powstała, wydrukowana w zaledwie kilkuset egzemplarzach. Stanowi część ostatnio pozyskanego majątku. Książka jest w bardzo dobrym stanie, oprawiona w skórę, nie ma na niej żadnych dopisków, w środku zawiera kilka wyjątkowych rycin, jedną z nich reprodukujemy w katalogu. Zazwyczaj nie zajmujemy się takimi rzeczami, ale wolumin jest w naprawdę dobrym stanie, sądzimy więc, że może wzbudzić zainteresowanie. Proszę o stawkę otwarcia.

Trzy pierwsze kwoty padły szybko, wszystkie niskie; ostatnia podbiła stawkę do czterystu koron. Malone przeliczył szybko w myślach. Sześćdziesiąt dolarów. Hansen podniósł ofertę do ośmiuset. Przez moment nie zgłaszał się żaden z potencjalnych kupców, aż pracownik giełdy siedzący przy telefonie zgłosił ofertę osoby, która nie mogła uczestniczyć osobiście, i podbił stawkę do tysiąca koron.

Hansen wydawał się zaniepokojony niespodziewanym wyzwaniem, zwłaszcza ze strony oferenta nieobecnego na sali, podbił więc stawkę do tysiąca pięćdziesięciu. Licytujący przez telefon zaporowo zaoferował dwa tysiące. Do rozgrywki dołączył się jeszcze trzeci chętny. Licytacja trwała do momentu, gdy suma osiągnęła dziewięć tysięcy koron. Inni obecni na sali zaczęli podejrzewać, że w tej książce kryje się coś więcej. Kolejną minutę intensywnego podbijania stawki zakończył Hansen, oferując dwadzieścia cztery tysiące koron.

Ponad cztery tysiące dolarów.

Malone zdawał sobie sprawę, że Stephanie jest dobrze uposażonym państwowym urzędnikiem, a jej roczne zarobki mieszczą się w przedziale od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu tysięcy dolarów. Zmarły przed laty mąż pozostawił jej pewne aktywa, ale nie była osobą bogatą i z pewnością nie zajmowała się kolekcjonowaniem książek, zdziwił się więc, że gotowa jest zapłacić tak dużą sumę za nieznaną książkę krajoznawczą. Ludzie przynosili podobne publikacje do jego antykwariatu całymi kartonami; wiele z nich wydano w XIX wieku i na początku XX, czyli w czasach, kiedy opisy odległych miejsc cieszyły się popularnością. Większość tych dzieł napisana była napuszonym językiem i, ujmując ogólnie, nie miała większej wartości.

Najwyraźniej jednak ów tom był w jakiś sposób wyjątkowy.

– Pięćdziesiąt tysięcy koron – rzucił przedstawiciel oferenta licytującego przez telefon.

Ponad dwa razy więcej niż ostatnia stawka podana przez Hansena.

Wszyscy się obrócili, a Malone wycofał się za kolumnę, gdy Stephanie nagle spojrzała w stronę ławki z telefonami. Wyjrzał ostrożnie i zobaczył, jak była szefowa rozmawia z antykwariuszem, a potem ponownie kierują uwagę na prowadzącego licytację. Zapadła chwila ciszy, w trakcie której Hansen zdawał się zastanawiać nad kolejnym ruchem, chociaż nie ulegało wątpliwości, że postępuje według wskazówek Stephanie.

Pokręciła głową.

– Książka została sprzedana osobie, która wylicytowała przez telefon sumę pięćdziesięciu tysięcy koron.

Prowadzący aukcję zdjął książkę ze stolika, na którym była wyeksponowana, i zarządzono piętnastominutową przerwę. Malone wiedział, że dom aukcyjny zamierza przyjrzeć się bliżej woluminowi zatytułowanemu Pierres Gravées du Languedoc, by sprawdzić, co sprawiło, iż dzieło okazało się warte ponad osiem tysięcy dolarów. Wedle jego wiedzy handlarze książek z Roskilde byli ludźmi bystrego umysłu i nie mieli zwyczaju przepuszczać skarbów między palcami. Lecz tym razem najwyraźniej spotkali się z nadzwyczajnym przypadkiem.

Wciąż krył się za kolumną, kiedy Stephanie i Hansen pozostawali przy swoich miejscach. W holu pojawiła się spora liczba znajomych twarzy, ale Malone miał nadzieję, że nikt nie zawoła go po imieniu. Większość uczestników zmierzała leniwie w stronę dalszego narożnika, gdzie podawano napoje chłodzące. Zobaczył, że dwóch mężczyzn podchodzi do jego byłej szefowej i przedstawia się. Obaj byli krępej budowy, krótko ostrzyżeni, ubrani w drelichowe spodnie oraz w koszule z wycięciem pod szyją, a na nich nosili jasnobrązowe kurtki. Gdy jeden z nich schylił się, by uścisnąć dłoń Stephanie, Malone zauważył wyraziste wybrzuszenie wskazujące na broń wsuniętą z tyłu za pasek spodni.

Po krótkiej rozmowie mężczyźni odeszli. Wyglądało na to, że konwersacja przebiegła w przyjaznej atmosferze, a kiedy Hansen ruszył w stronę darmowego piwa, Stephanie podeszła do jednego z pracowników domu aukcyjnego, zamieniła z nim kilka słów, po czym opuściła hol przez boczne drzwi.

Malone podszedł prosto do tego pracownika, Gregosa, szczupłego Duńczyka, z którym znał się całkiem dobrze.

– Cotton, miło cię widzieć.

– Zawsze szukam okazji.

Gregos uśmiechnął się.

– Ciężko znaleźć coś takiego tutaj.

– Cena ostatniej pozycji najwidoczniej wszystkich zaszokowała.

– Sądziłem, że pójdzie za jakieś pięćset koron. Ale pięćdziesiąt tysięcy… Zdumiewające.

– Przychodzi ci do głowy jakieś wyjaśnienie, skąd się wzięła taka cena?

Gregos zaprzeczył ruchem głowy.

– Nie mam zielonego pojęcia.

Malone wskazał gestem na boczne drzwi.

– Ta kobieta, która przed chwilą z tobą rozmawiała… Dokąd się udała?

Pracownik giełdy spojrzał na niego znacząco.

– Interesujesz się nią?

– Nie w tym sensie. Ale jestem nią zainteresowany.

Malone należał do faworytów domu aukcyjnego od czasu, gdy przed paroma miesiącami dopomógł w odnalezieniu sprytnego złodzieja, który wystawił na aukcję trzy woluminy Dziwnych losów Jane Eyre, wydane około roku 1847. Okazały się kradzione. Kiedy policja przejęła książki od nabywcy, dom aukcyjny musiał zwrócić całą sumę, co do ostatniej korony, ale sprzedawca zdążył już spieniężyć wystawiony czek. Malone wyświadczył przysługę domowi aukcyjnemu, odnajdując tego człowieka w Anglii i odzyskując od niego pieniądze. Dzięki tej operacji zyskał wdzięcznych przyjaciół w nowej ojczyźnie.

– Zapytała, gdzie się znajduje katedra. Interesowało ją w szczególności usytuowanie kaplicy Chrystiana IV.

– Czy powiedziała dlaczego?

Gregos zaprzeczył ruchem głowy.

– Mówiła tylko, że wybiera się tam na przechadzkę.

Malone uścisnął dłoń rozmówcy na pożegnanie. W zaciśniętej dłoni trzymał złożony banknot o nominale tysiąca koron. Zobaczył, że Gregos docenił ten bonus, i widział, jak wsuwa pieniądze, jak gdyby nigdy nic, do swojej kieszeni. Dom aukcyjny patrzył krzywo na łapówki.

– Jeszcze jedno – podjął Malone. – Kim jest osoba, która przez telefon wylicytowała najwyższą kwotę za tę książkę?

– Jak wiesz, Cotton, ta informacja jest zgodnie z przepisami ściśle poufna.

– Jak wiesz, Gregos, nienawidzę przepisów. Czy znam tę osobę?

– To właściciel kopenhaskiego budynku, który wynajmujesz.

Malone niemal się uśmiechnął. Henrik Thorvaldsen. Powinien był się domyślić.

Wznowiono aukcję. Gdy kupujący zajęli swoje miejsca, ruszył w stronę wejścia i zauważył, że Peter Hansen siada. Malone wyszedł na chłodny duński wieczór. Chociaż dochodziła już dwudziesta, letnie niebo wciąż jeszcze było oświetlone smugami przyćmionego szkarłatu, pozostawionego przez powoli zachodzące słońce. Kilka przecznic dalej dostrzegł Domkirke, katedrę zbudowaną z czerwonej cegły, gdzie od XIII wieku chowano duńskich monarchów.

Co Stephanie tam robiła?

Już miał ruszyć w stronę katedry, gdy podeszło do niego dwóch mężczyzn. Jeden z nich przycisnął coś twardego do jego pleców.

– Niech się pan nie rusza, panie Malone, albo bez wahania pana zastrzelę – szepnął mu do ucha czyjś głos.

Spojrzał w lewo, a potem w prawo.

Dwaj mężczyźni, którzy rozmawiali przed chwilą w holu ze Stephanie, zamknęli go z obu stron. Na ich twarzach dostrzegł ten sam niepokój, który widział przed paroma godzinami na obliczu Czerwonej Kurtki.

PIĘĆ

Stephanie weszła do katedry. Pracownik domu aukcyjnego zapewnił ją, że budowlę nietrudno znaleźć, i miał rację. Ogromny gmach z cegły, o wiele za duży jak na otaczające go miasteczko, dominował na tle wieczornego nieba.

Wewnątrz monumentalnej budowli znajdowały się kapliczki i przedsionki, wszystkie zwieńczone wysokimi sklepieniami, wyposażone w wąskie witrażowe okna, które przydawały starodawnym murom niebiańskiego charakteru. Widziała, że kościół nie jest już świątynią katolicką. Wystrój wnętrza wskazywał zdaje się na przybytek luterański, architektura natomiast nosiła wyraźnie francuskie piętno.

Czuła złość z powodu utraty książki. Sądziła, że zdobędzie ją za kwotę rzędu trzystu koron, czyli mniej więcej pięćdziesięciu dolarów. Anonimowy kupiec zapłacił jednak ponad osiem tysięcy dolarów za niepozorny krajoznawczy opis południowej Francji, napisany ponad sto lat temu.

I znów ktoś wiedział o jej sprawach.

Być może to właśnie ta osoba czekała na nią? Dwaj mężczyźni, którzy podeszli do niej po licytacji, oznajmili, że wszystko się wyjaśni, jeśli uda się na spacer do katedry i odnajdzie tam kaplicę Chrystiana IV. Uznała tę eskapadę za niezbyt rozsądną, ale jaki miała wybór? Dysponowała ograniczonym czasem, a tyle miała do zrobienia!

Zgodnie ze wskazówkami, obeszła westybul kościoła. W nawie głównej po prawej stronie odprawiano mszę. W ławkach zasiadało około pięćdziesięciu wiernych. Muzyka z organów rozbrzmiewała we wnętrzu z metaliczną wibracją. Stephanie odnalazła kaplicę Chrystiana IV i weszła przez misternej roboty kratowaną furtę.

W środku czekał na nią niski mężczyzna o rzadkich, rozwichrzonych włosach koloru stalowoszarego, przylegających do czaszki niczym czapka. Jego pokryta zmarszczkami twarz była świeżo ogolona. Ubrany był w jasne bawełniane spodnie i koszulę z rozpiętym kołnierzykiem oraz skórzaną kurtkę. Kiedy Stephanie podeszła bliżej, zauważyła w jego ciemnych oczach wyraz chłodu i podejrzliwości. Być może wyczuł jej niepokój, gdyż jego twarz złagodniała. Zdobył się nawet na rozbrajający uśmiech.

– Jak to miło poznać panią, pani Nelle.

– Skąd pan wie, kim jestem?

– Miałem sposobność dobrze poznać prace pani męża. Był wielkim naukowcem i zajmował się kilkoma dziedzinami, które mnie interesują.

– Jakimi? Mój mąż zajmował się wieloma zagadnieniami.

– Główny obiekt moich zainteresowań stanowi Rennes-le-Château. Pani mąż napisał książkę na temat tak zwanego „wielkiego sekretu” tego miasteczka oraz terenów je otaczających.

– Czy pan jest osobą, która mnie przelicytowała?

Złożył ręce w udawanej pokorze.

– Nie, dlatego właśnie poprosiłem panią o rozmowę. Miałem przedstawiciela, który licytował w moim imieniu, ale (podobnie jak pani, jestem pewien) zostałem zszokowany końcową ceną.

Potrzebując chwili na zastanowienie, Stephanie obeszła królewski grobowiec. Monstrualne obrazy wielkości ściany, wykonane techniką trompe l’oeil, stwarzającą wrażenie trójwymiarowości, zakrywały olśniewające marmurowe mury. Pięć ozdobnych sarkofagów wypełniało środek wysokiego pomieszczenia zwieńczonego łukami.

Mężczyzna wskazał na jeden z nagrobków.

– Christian IV jest uważany za największego duńskiego monarchę, podobnie jak Henryk VIII w Anglii, Franciszek I we Francji oraz Piotr Wielki w Rosji. Całkowicie zmienił ten kraj, jego dziedzictwo jest widoczne w każdym miejscu.

Jej jednak nie interesowała lekcja historii.

– Czego pan chce?

– Pozwolę sobie coś pani pokazać.

Podszedł do metalowej kraty znajdującej się przy wejściu do kaplicy. Stephanie podążyła za nim.

– Legenda mówi, że sam diabeł zaprojektował tę furtkę. To dzieło jest wyjątkowe. Przedstawia monogram króla i królowej oraz mnogość baśniowych stworów. Lecz proszę dokładnie obejrzeć dół kraty.

Dostrzegła słowa wygrawerowane na dekoracyjnych metalowych prętach.

– Napis ten głosi – podjął mężczyzna – Caspar Fincke bin ich genannt, dieser Arbeit binn ich bekannt. „Caspar Fincke moje imię brzmi, dzieło to przyniosło sławę mi”.

Stephanie spojrzała na swego rozmówcę.

– Do czego pan zmierza?

– Na szczycie Rotundy w Kopenhadze, tuż przy jej zewnętrznej krawędzi, znajduje się inna krata. Jest również dziełem Finckego. Krata ta jest niska, żeby oczy mogły podziwiać dachy miasta, ale umożliwia również skok z wieży.

Zrozumiała.

– Ten człowiek, który skoczył dzisiaj z wieży, pracował dla pana?

Skinął głową.

– Dlaczego zginął?

– Żołnierze Chrystusa toczą walkę w imię Pana, bez wahania wycinając w pień wroga; nie boją się też własnej śmierci.

– On popełnił samobójstwo.

– Kiedy śmierć trzeba zadać lub ją przyjąć, nie ma w niej zbrodni, lecz jedynie wielka chwała.

– Nie wie pan, jak odpowiedzieć na moje pytanie.

Uśmiechnął się.

– Po prostu zacytowałem wielkiego teologa, który napisał te słowa przed ośmiuset laty. Święty Bernard z Clairvaux.

– Kim pan jest?

– Proszę mówić do mnie Bernard.

– Czego pan chce?

– Dwóch rzeczy. Po pierwsze, książki, którą oboje straciliśmy w trakcie licytacji. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie może jej pani dostarczyć. Druga rzecz znajduje się w pani posiadaniu. Została wysłana do pani pocztą jakiś miesiąc temu.

Zachowała stoicki spokój. Ten człowiek rzeczywiście znał jej sprawy.

– A co znajdowało się w środku?

– Ach, to ma być test. Chce pani ocenić moją wiarygodność. W porządku. W przesyłce, którą pani otrzymała, znajdował się dziennik, niegdyś należący do pani męża; osobiste zapiski, które prowadził aż do czasu przedwczesnej śmierci. Zdałem?

Nie odpowiedziała.

– Chcę mieć ten dziennik.

– Dlaczego jest taki ważny?

– Wielu nazywało pani męża dziwakiem. Odmieńcem. Człowiekiem New Age’u. Środowisko akademickie kpiło sobie z niego, a prasa pisywała o nim w prześmiewczym tonie. Lecz ja nazywam go bystrym uczonym. Potrafił dostrzec rzeczy, których nikt inny nie widział. Niech pani spojrzy na to, co osiągnął. Zapoczątkował całe to współczesne zainteresowanie Rennes-le-Château. Jego książka pierwsza zwróciła uwagę świata na cuda związane z tym miejscem. Sprzedał pięć milionów egzemplarzy na całym świecie. To prawdziwe osiągnięcie.

– Mój mąż sprzedał wiele książek.

– W sumie czternaście tytułów, o ile się nie mylę, ale żaden nie odniósł takiego sukcesu jak pierwszy, Skarby Rennes-le-Château. Dzięki niemu opublikowano setki książek poświęconych temu tematowi.

– Dlaczego uważa pan, że jestem w posiadaniu dziennika męża?

– Oboje dobrze wiemy, że notes byłby już w moich rękach, gdyby w sprawy nie wmieszał się mężczyzna o nazwisku Cotton Malone. O ile wiem, pracował kiedyś dla pani.

– W charakterze?

Wydawało się, że ten człowiek rozumie, iż ona wciąż wystawia go na próbę.

– Jest pani wysokim urzędnikiem państwowym, zatrudnionym w Departamencie Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych. Stoi pani na czele agencji o nazwie Magellan Billet. Pracuje w niej dwunastu prawników specjalnie przez panią dobranych, którzy działają pod pani osobistym nadzorem i zajmują się, że tak powiem, wrażliwymi tematami. Cotton Malone pracował dla pani przez wiele lat, ale na początku zeszłego roku zrezygnował i teraz prowadzi własną księgarnię w Kopenhadze. Gdyby nie nieszczęsny wyczyn jednego z moich akolitów, z pewnością zjadłaby pani lunch z panem Malone, życzyła mu wszystkiego dobrego i przyjechała tu na aukcję, co było prawdziwym celem pani przyjazdu do Danii.

Czas na podtrzymywanie pozorów minął.

– Dla kogo pan pracuje?

– Dla siebie.

– Wątpię w to.

– Z jakiego powodu?

– Lata praktyki.

Uśmiechnął się znów, co ją rozdrażniło.

– Dziennik, jeśli łaska.

– Nie mam go przy sobie. Po przygodzie z dzisiejszego popołudnia doszłam do wniosku, że lepiej będzie go schować w bezpiecznym miejscu.

– Czy ma go Peter Hansen?

Nie odpowiedziała.

– Nie. Zakładam, że nie oddałaby go pani w niczyje ręce.

– Uważam tę rozmowę za skończoną.

Obróciła się w stronę otwartej bramy i ruszyła pospiesznie w jej stronę. Po prawej stronie, z tyłu przy głównym wejściu, dostrzegła dwóch mężczyzn z krótko ostrzyżonymi włosami – nie tych samych, których spotkała w domu aukcyjnym. Natychmiast jednak odgadła, kto im wydaje rozkazy.

Obejrzała się na człowieka, który nie miał na imię Bernard.

– Podobnie jak w wypadku mojego towarzysza, który znalazł się w pułapce w Rotundzie, nie ma pani dokąd uciec.

– Pieprz się pan.

Skręciła pospiesznie w lewo i pomknęła w głąb katedry.

SZEŚĆ

Malone oceniał sytuację. Stał w miejscu publicznym, przy zatłoczonej ulicy. Ludzie wchodzili i wychodzili z domu aukcyjnego, podczas gdy inni czekali, aż parkingowy przyprowadzi im auta. Najwyraźniej fakt, iż śledził Stephanie, nie uszedł ich uwagi. On zaś przeklinał fakt niezachowania dostatecznej ostrożności. Teraz jednak doszedł do wniosku, że wbrew wygłoszonej groźbie ci dwaj mężczyźni nie chcieli ryzykować zdemaskowania. Mieli go powstrzymać, nie wyeliminować. Być może mieli za zadanie zapewnić spokój wydarzeniom rozgrywającym się w katedrze.

Co oznaczało, że musiał działać.

Widział, jak kolejni klienci wychodzą z domu aukcyjnego. Jednym z nich był tyczkowaty Duńczyk, właściciel księgarni przy ulicy Strøget, niedaleko antykwariatu Petera Hansena. Patrzył, jak boy podstawia jego samochód.

– Vagn! – zawołał Malone, robiąc krok do przodu i odsuwając się od pistoletu przystawionego do pleców.

Jego znajomy usłyszał swoje imię i odwrócił się.

– Cotton, jak się masz? – zapytał po duńsku.

Malone swobodnym krokiem podszedł w stronę samochodu, obejrzał się i zobaczył, jak krótko ostrzyżony mężczyzna szybko chowa broń za połą kurtki. Malone całkowicie ich zaskoczył, co jedynie potwierdzało jego wcześniejsze przypuszczenia. Ci faceci byli amatorami. Mógł się założyć, że nawet nie mówili po duńsku.

– Czy nie sprawi ci zbytniej fatygi, jeśli podwieziesz mnie z powrotem do Kopenhagi?

– Najmniejszej. Mamy wolne miejsce. Wskakuj.

Otworzył tylne drzwi auta.

– Dziękuję bardzo. Mój kierowca zamierza tu jeszcze chwilę posiedzieć, a ja muszę wracać do domu.

Gdy zatrzasnął za sobą drzwi, pomachał ręką przez okno i zobaczył zdumione spojrzenia dwóch mężczyzn śledzących odjeżdżające auto.

– Nic cię dzisiaj nie zainteresowało? – zapytał Vagn.

Malone przeniósł uwagę na kierowcę.

– Absolutnie nic.

– Mnie też nie. Zdecydowaliśmy się opuścić to miejsce i udać się na wczesną kolację.

Malone spojrzał na kobietę, która zajmowała miejsce obok niego. Drugi mężczyzna siedział z przodu, obok kierowcy. Nie znał żadnego z nich, więc się przedstawił. Samochód kluczył powoli przez labirynt wąskich ulic Roskilde, zmierzając w stronę autostrady prowadzącej do Kopenhagi. Malone spojrzał na dwie wysokie wieże i miedziany dach katedry.

– Vagn, czy możesz mnie tu wysadzić? Muszę się tu pokręcić jeszcze przez chwilę.

– Jesteś pewien?

– Przypomniałem sobie, że muszę jeszcze coś załatwić.

Stephanie szła nawą główną w głąb katedry. Za potężnymi filarami po prawej stronie wciąż odprawiana była msza. Płaskie obcasy butów kobiety stukały po kamiennej posadzce, lecz dzięki grze organów stukot ten słyszała tylko ona. Za chwilę minie główny ołtarz oraz kamienne murki i posągi, które oddzielały ambit od prezbiterium.

Obejrzała się i zobaczyła, że mężczyzna, który nazywał siebie Bernardem, podąża za nią niespiesznym krokiem, ale dwóch ostrzyżonych na jeża typów nie dostrzegła nigdzie. Zdała sobie sprawę, że wkrótce zawróci do głównego wejścia. Po raz pierwszy w pełni doceniła ryzyko, na jakie narażali się jej agenci operacyjni. Nigdy nie pracowała w terenie – nie na tym polegała jej praca – ale teraz nie wypełniała służbowej misji. Realizowała przedsięwzięcie natury osobistej, oficjalnie zaś przebywała na wakacjach. Nikt nie wiedział, że udała się do Danii. Nikt oprócz Cottona Malone. Jeśli wziąć pod uwagę jej kłopotliwą obecną sytuację, trzeba uznać, że ta anonimowość nie była najtrafniejszym wyborem.

Stephanie obeszła cały ambit.

Jej prześladowca zachowywał bezpieczny dystans, z pewnością dlatego, że nie miała dokąd uciec. Minęła kamienne schodki prowadzące w dół do jednej z kaplic, a potem dostrzegła jakieś piętnaście metrów przed sobą dwóch mężczyzn, którzy zjawili się w tylnym westybulu, blokując jej drogę wyjścia z kościoła. Bernard powoli ją doganiał. Po lewej stronie dostrzegła inny grobowiec – była to kaplica Trzech Króli.

Wbiegła do środka.

Dwa kamienne grobowce stały między misternie ozdobionymi ścianami. Obydwa przypominały rzymskie świątynie. Cofnęła się za grobowiec położony dalej. A potem zdała sobie sprawę z najgorszego i ogarnęło ją dzikie przerażenie.

Znalazła się w pułapce.

Malone dobiegł do katedry i wszedł do wnętrza głównym wejściem. Po prawej stronie zobaczył dwóch mężczyzn – krępej budowy, z krótkimi włosami, ubranych w sposób nierzucający się w oczy. Podobnych do dwójki, której przed chwilą wymknął się przed domem aukcyjnym. Postanowił, że tym razem nie będzie ryzykował, i sięgnął pod kurtkę po automatyczną berettę, stanowiącą standardowe wyposażenie wszystkich agentów Magellan Billet. Pozwolono mu zatrzymać pistolet, kiedy rezygnował ze służby, Malone zaś zdołał przeszmuglować go do Danii – posiadanie broni krótkiej jest w tym kraju nielegalne.

Dotknął dłonią rękojeści, przyłożył palec do spustu i wyciągnął berettę, kryjąc ją za udem. Nie trzymał pistoletu w dłoni od ponad roku. To uczucie stanowiło część jego przeszłości, a niespecjalnie za nią tęsknił. Lecz mężczyzna, który skoczył z wieży, popełniając samobójstwo, obudził jego czujność. Przyszedł tu zatem przygotowany. Tak powinien postępować dobry agent. Dlatego właśnie sam pełnił funkcję żałobnika na pogrzebach kilku przyjaciół – gdyby nie był tak czujny, to jego już dawno poniesiono by w trumnie przez kościelną nawę.

Dwaj mężczyźni, z bronią u boku i z opuszczonymi rękoma, stali tyłem do Malone’a. Głośne brzmienie organów umożliwiło mu bezszelestne podejście. Zbliżył się do nich.

– Wieczór pełen zajęć, prawda, koledzy? – odezwał się.

Obrócili się, on zaś pomachał im pistoletem.

– Załatwmy to w sposób cywilizowany.

Ponad ramieniem jednego z mężczyzn dostrzegł trzeciego przeciwnika, oddalonego o jakieś trzydzieści metrów. Szedł w ich stronę poprzeczną nawą. Malone dostrzegł, że człowiek ten sięga pod skórzaną kurtkę, i nie czekając na dalszy rozwój wypadków, zanurkował między puste już ławki. Odgłos strzału rozległ się echem przytłumiającym organy, a kula wbiła się w drewno ławki tuż przed nim.

Zobaczył, że dwóch pozostałych mężczyzn również sięga po broń.

Leżąc na brzuchu, wystrzelił dwa razy. Strzały rozległy się jak grom we wnętrzu katedry, przebijając się przez muzykę. Jeden z mężczyzn upadł, drugi uciekł. Malone podniósł się na kolana i usłyszał trzy kolejne strzały. Rzucił się ponownie pod ławkę, gdy kule wbiły się w drewno obok niego.

Posłał dwa kolejne pociski w kierunku samotnego strzelca.

Organy zamilkły.

Ludzie zdali sobie sprawę z tego, co się dzieje, i zaczęli wybiegać z ławek. Mijali miejsce, w którym skrył się Malone, i szukali bezpiecznego wyjścia na zewnątrz przez tylne drzwi. Wykorzystał powstały zamęt, żeby spojrzeć znad ławki, i zobaczył mężczyznę w skórzanej kurtce obok wejścia do jednej z bocznych kaplic.

– Stephanie! – zawołał, starając się przekrzyczeć powstały chaos.

Żadnej odpowiedzi.

– Stephanie! To ja, Cotton. Daj mi znać, czy nic ci nie jest.

Wciąż żadnej odpowiedzi.

Podczołgał się do przodu, dotarł do transeptu z przeciwnej strony i wstał. Ścieżka przed Malone’em prowadziła dookoła budowli i można nią było dojść na drugą stronę kościoła. Biegnące wzdłuż niej filary utrudniały trafienie go, a prezbiterium całkowicie go przesłaniało. Pobiegł więc przed siebie.

Stephanie usłyszała, jak Malone woła ją po imieniu. Dzięki Bogu, zawsze stawiał na swoim. Wciąż znajdowała się w kaplicy Trzech Króli, kryjąc się za grobowcem z czarnego marmuru. Usłyszała strzały i zdała sobie sprawę, że Malone robił wszystko, co w jego mocy, lecz przeciwników było trzech, a on tylko jeden. Powinna mu pomóc, ale jakiż byłby z niej pożytek? Nie miała przy sobie broni. Powinna przynajmniej dać mu znać, że nic jej nie jest. Ale zanim zdążyła odpowiedzieć, przez inną misterną kratę, wychodzącą na wnętrze kościoła, dostrzegła Bernarda z pistoletem w dłoni.

Strach sparaliżował jej mięśnie i wzbudził w niej mało znane uczucie paniki.

Mężczyzna wszedł do kaplicy.

Malone obszedł chór. Wierni wciąż wybiegali z kościoła, krzycząc histerycznie. Z pewnością ktoś wezwał już policję. Trzeba było tylko przetrzymać napastników do czasu przybycia pomocy.

Przeszedł przez ambit i zobaczył, jak jeden z mężczyzn, którego postrzelił, pomaga drugiemu wyjść przez tylne drzwi. Nie widział jednak tego, który strzelił jako pierwszy.

To go zaniepokoiło.

Zwolnił kroku i przygotował się do oddania strzału.

Stephanie zamarła w bezruchu. Bernard znajdował się o jakieś sześć metrów od niej.

– Wiem, że pani tu jest – powiedział głębokim, gardłowym głosem. – Przybył pani wybawiciel, nie mam więc czasu na dokończenie naszych spraw. Wie pani jednak, czego chcę, niebawem zatem spotkamy się ponownie.

Ta perspektywa wcale nie wzbudziła jej entuzjazmu.

– Pani mąż również nie zachowywał się rozsądnie. Przed jedenastoma laty otrzymał podobną ofertę dotyczącą dziennika, ale ją odrzucił.

Słysząc te słowa, poczuła nagłe ukłucie w sercu. Wiedziała, że powinna zachować milczenie, lecz nie mogła się powstrzymać. Nie teraz.

– Co pan wie o moim mężu?

– Wystarczy. Zostawmy sprawy w tym punkcie.

Usłyszała, jak Bernard odchodzi.

Malone zobaczył, jak Skórzana Kurtka wychodzi z jednej z bocznych kaplic.

– Zatrzymaj się! – wykrzyknął.

Tamten obrócił się szybko i wymierzył broń.

Malone zanurkował w stronę wejścia do kolejnego pomieszczenia, dobudowanego do katedry, i przeturlał się przez kilka kamiennych stopni.

Trzy pociski odbiły się od ściany tuż nad nim.

Obrócił się na plecy, gotów odpowiedzieć ogniem, lecz Skórzana Kurtka znajdował się już o trzydzieści metrów od niego i biegł w stronę tylnego westybulu, zawracając ku drugiej stronie kościoła.

Malone zerwał się i pobiegł do przodu.

– Stephanie! – zawołał

– Tutaj, Cotton.

Zobaczył, jak jego dawna szefowa pojawia się w drugim końcu kaplicy. Podeszła do niego, a na jej spokojnej twarzy znów widniał kamienny wyraz. Z dali dobiegły odgłosy syren.

– Sugeruję, żebyśmy stąd zniknęli – powiedział. – Z pewnością padnie dużo pytań, a ja mam przeczucie, że nie chcesz odpowiadać na żadne z nich.

– Trafnie to ująłeś – odparła i przeszła obok niego.

Już zamierzał zaproponować, żeby wyszli jednym z bocznym wyjść, kiedy główne drzwi otworzyły się z impetem, a do środka wpadła grupa umundurowanych policjantów. Wciąż trzymał pistolet w dłoni, oni zaś natychmiast to dostrzegli.

Policjanci zajęli pozycję gotową do strzału i unieśli automatyczną broń. Malone i Stephanie zamarli w bezruchu.

– Hen til den landskab. Nu – usłyszał komendę po duńsku. „Na ziemię. Natychmiast”.

– Czego od nas chcą? – zapytała Stephanie.

Malone upuścił pistolet i uklęknął powoli.

– Nic dobrego.

SIEDEM

Raymond de Roquefort stał na zewnątrz katedry, za tłumem gapiów, i obserwował to, co się dzieje. On oraz dwóch jego podwładnych schronili się w cieniu rzucanym przez drzewa gęsto posadzone po przeciwnej stronie placu katedralnego. Zdołał wydostać się bocznymi drzwiami i wycofać w chwili, gdy policja pokonała szturmem główne wejście. Wyglądało na to, że nikt go nie zauważył. Póki co, stróże porządku koncentrują uwagę na Stephanie Nelle i Cottonie Malone. Upłynie dłuższa chwila, zanim świadkowie opiszą pozostałych uczestników strzelaniny. Był obyty z tego rodzaju sytuacjami i wiedział, że zachowanie zimnej krwi zawsze pomaga wyjść z opresji. Nakazał więc sobie zachowanie spokoju. Jego ludzie musieli widzieć, że panuje nad sobą i biegiem zdarzeń.

Frontowa ceglana ściana katedry migała kolorem czerwonym i niebieskim od stroboskopowego światła policyjnego koguta. Dojechały następne radiowozy, a de Roquefort zdziwił się, skąd w takim miasteczku jak Roskilde wzięło się tylu stróżów porządku. Ludzie zbiegali się teraz tutaj z położonego nieopodal głównego placu miasta. Sceneria wydarzeń stawała się coraz bardziej chaotyczna. De Roquefortowi bardzo to odpowiadało. Poruszanie się w takim chaosie zawsze dawało mu niezwykłą swobodę. Pod warunkiem, że sam nad tym chaosem panował.

Spojrzał na dwójkę mężczyzn, z którymi był w kościele.

– Jesteś ranny? – zapytał tego, którego dosięgnęła kula.

Tamten odsłonił połę kurtki i pokazał, że kamizelka kuloodporna spełniła swoje zadanie.

– Jedynie trochę boli.

De Roquefort widział, jak z tłumu gapiów wyłania się dwóch pozostałych akolitów – tych, których wysłał do domu aukcyjnego. Wcześniej przez radio przekazali mu, że Stephanie Nelle nie zdołała wygrać licytacji, polecił im więc wysłać ją na spotkanie z nim. Sądził, że być może uda im się ją przestraszyć, ale wysiłek ten spełznął na niczym. Co gorsza, przy okazji zwrócił na siebie uwagę. Ale wszystko to zawdzięczał Cottonowi Malone. Jego ludzie dostrzegli Malone’a podczas akcji, poinstruował ich więc, by zatrzymali go przez chwilę, kiedy będzie rozmawiał ze Sthepanie Nelle. Najwyraźniej jednak i te starania zawiodły.

Tamci dwaj podeszli do de Roqueforta.

– Zgubiliśmy Malone’a – poinformował jeden z nich.

– Ja go znalazłem.

– On jest pomysłowy. I odważny.

De Roquefort wiedział, że to prawda. Zebrał informacje na temat Cottona Malone, kiedy dowiedział się, że Stephanie Nelle planuje wyjazd do Danii i chce się z nim spotkać. Ponieważ Malone mógł stanowić część jej planów, de Roquefort postanowił dowiedzieć się o tym człowieku jak najwięcej.

Tak naprawdę nazywał się Harold Earl Malone. Miał czterdzieści sześć lat, urodził się w Georgii. Matka też urodziła się w tym stanie, natomiast ojciec, zawodowy wojskowy, skończył uczelnię w Annapolis, a potem doszedł do stopnia kapitana marynarki wojennej, jeszcze zanim jego okręt podwodny zatonął, kiedy Cotton miał zaledwie dziesięć lat. Syn poszedł w ślady ojca: studiował w Akademii Marynarki Wojennej i ukończył ją z trzecią lokatą na roku. Potem przyjęto go do szkoły lotniczej, gdzie ostatecznie zdobył na tyle wysokie noty, że zdecydował się szkolenie pilotów myśliwców. Wtedy, o dziwo, w połowie drogi, nagle poprosił o służbowe przeniesienie i dostał zgodę na podjęcie studiów na wydziale prawa Uniwersytetu w Georgetown, gdzie uzyskał dyplom prawnika, gdy pracował już w Pentagonie. Po studiach przeniesiono go do Biura Prokuratora Wojskowego, JAG, gdzie spędził dziewięć lat. Przed trzynastoma laty zrezygnował z tej pracy i przeniósł się do Departamentu Sprawiedliwości, do nowo sformowanej przez Stephanie Nelle agencji o nazwie Magellan Billet. Pozostał w tej strukturze aż do zeszłego roku, dosłużywszy się stopnia kapitana marynarki wojennej.

Jeśli chodzi o sprawy osobiste, Malone był rozwiedziony i miał czternastoletniego syna, który mieszkał z matką w Georgii. Tuż po odejściu z armii Cotton opuścił Amerykę i przeniósł się do Kopenhagi. Był zapalonym bibliofilem, pochodził z katolickiej rodziny, ale nie epatował religijnością. Mówił dość biegle w kilku językach, nie popadł też w żadne uzależnienia ani fobie – poza tym posiadł zdolność do ekstremalnej automotywacji i potrafił poświęcać się sprawie w sposób graniczący z obsesją. Dysponował również ejdetyczną pamięcią. Summa summarum, był typem człowieka, jakiego de Roquefort najchętniej miałby po swojej stronie, a nie po przeciwnej.

Ostatnich kilka minut tylko to potwierdziło.

Stosunek trzy do jednego zdawał się nie zrażać Malone’a, zwłaszcza gdy uznał, że Stephanie Nelle jest w niebezpieczeństwie.

Wcześniej jeden z młodych towarzyszy de Roqueforta zademonstrował niezwykłą lojalność i odwagę, chociaż zbyt pospiesznie próbował ukraść torebkę pani Nelle. Powinien poczekać do chwili, kiedy spotka się ona z Cottonem Malone, a potem będzie wracać do hotelu sama i w dużym stopniu bezbronna. Być może ten akolita usiłował zadowolić przełożonego, wiedząc o pilnym charakterze ich misji. Albo był po prostu niecierpliwy. Kiedy de Roquefort doszedł do Rotundy, zobaczył, że młody mężczyzna dokonał właściwego wyboru, przedkładając śmierć nad pojmanie. Duża strata, ale w taki sposób ich właśnie szkolono. Ci, którzy wykazywali bystrość i zdolności, pięli się w górę. Wszyscy pozostali byli eliminowani.

De Roquefort obrócił się do jednego z podwładnych, który był w domu aukcyjnym.

– Czy dowiedziałeś się, kim jest osoba, która wylicytowała książkę? – zapytał.

Młody mężczyzna przytaknął.

– Przekupienie pracownika domu aukcyjnego kosztowało tysiąc koron.

Nie był zainteresowany ceną ludzkiej słabości.

– Nazwisko?

– Henrik Thorvaldsen.

Poczuł wibracje telefonu komórkowego wsuniętego do kieszeni. Jego bezpośredni zastępca wiedział, że szef jest bardzo zajęty, a zatem telefon musiał oznaczać ważną sprawę. Odebrał połączenie.

– Czas się zbliża – usłyszał.

– Ile zostało?

– Jeszcze tylko kilka godzin.

– Nieoczekiwany bonus.

– Mam dla ciebie zadanie – powiedział de Roquefort do swego rozmówcy. – Jest pewien człowiek. Henrik Thorvaldsen. Bogaty Duńczyk, mieszka na północy Kopenhagi. Wiem o nim co nieco, ale w ciągu godziny chcę pełne dossier na jego temat. Oddzwoń do mnie, kiedy zdobędziesz informacje.

Potem rozłączył się i zwrócił do swoich podwładnych:

– Musimy wracać do domu, ale mamy tu jeszcze dwie sprawy, które trzeba koniecznie zakończyć przed nadejściem świtu.

OSIEM

Malone’a i Stephanie przewieziono do budynku komendy policji na obrzeżach Roskilde. Żadne z nich nie rozmawiało podczas drogi, ponieważ oboje doskonale wiedzieli, że lepiej będzie, gdy nabiorą wody w usta. Malone w pełni zdawał sobie sprawę z faktu, iż obecność byłej szefowej w Danii nie ma nic wspólnego z działalnością Magellan Billet. Stephanie nigdy nie pracowała w terenie. Zawsze stanowiła wierzchołek trójkąta – każdy agent zdawał jej raport w Atlancie. Poza tym, kiedy zadzwoniła w zeszłym tygodniu i zapytała, czy mogliby się spotkać na chwilę, dała jasno do zrozumienia, że przyjeżdża do Europy na wakacje. Niezłe wakacje, pomyślał, kiedy znaleźli się sami w jasno oświetlonym pomieszczeniu pozbawionym okien.

– Ach, przy okazji: kawa w Café Nikolaj była doskonała – odezwał się pierwszy. – Poszedłem tam i dopiłem również twoją. Oczywiście działo się to już po tym, jak pobiegłem za mężczyzną w czerwonej kurtce na szczyt Rotundy i patrzyłem, jak zeskakuje na dół.

Odpowiedziała milczeniem.

– Widziałem też, jak zabrałaś swoją torebkę z ulicy. Nie wiem, czy zdążyłaś zauważyć leżącego obok niej trupa. Może nie. Wyglądało na to, że bardzo ci się spieszy.

– Wystarczy, Cotton – ucięła tonem, który dobrze znał.

– Już dla ciebie nie pracuję.

– Dlaczego więc tutaj jesteś?

– Sam zadawałem sobie to pytanie w katedrze, ale śmigające wokół kule nie pozwoliły mi zebrać myśli.

Zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej, drzwi otworzyły się i zjawił się w nich mężczyzna o ryżych włosach i jasnobrązowych oczach. Był to inspektor policji z Roskilde, który przywiózł ich tutaj spod katedry. Trzymał w dłoniach berettę Malone’a .

– Wykonałem telefon, o który pani prosiła – te słowa skierował do Stephanie. – Ambasada USA potwierdza pani tożsamość oraz pani stanowisko w Departamencie Sprawiedliwości. Czekam teraz na instrukcje z naszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Obrócił się.

– Pan natomiast, panie Malone, to zupełnie inna sprawa. Posiada pan duńską wizę na pobyt czasowy i prowadzi pan księgarnię – powiedział i pokazał pistolet. – Nasze prawo nie zezwala na noszenie broni, nie wspominając już o strzelaniu w narodowej katedrze, na dodatek wpisanej na listę dziedzictwa światowego UNESCO.

– Jeśli już łamię prawo, to tylko najważniejsze przepisy – odparł Malone, nie chcąc, by policjant sądził, że zapędził go w kozi róg.

– Doceniam pańskie poczucie humoru. Ale sprawa jest poważna. Nie dla mnie, lecz dla pana.

– Czy świadkowie zdążyli już zeznać, że była tam jeszcze trójka innych mężczyzn, i że to oni rozpoczęli strzelaninę?

– Mamy ich rysopisy. Lecz jest mało prawdopodobne, by kręcili się jeszcze gdzieś tu w pobliżu. Pan natomiast jest pod ręką.

– Inspektorze – wtrąciła się Stephanie. – To, co się wydarzyło, wiąże się ze mną, nie z panem Malone. – Spojrzała na niego gniewnie. – Pan Malone pracował kiedyś dla mnie i uznał, że potrzebuję jego pomocy.

– Czy chce pani przez to powiedzieć, iż nie doszłoby do strzelaniny, gdyby w sprawy nie wmieszał się pan Malone?

– W żadnym wypadku. Chcę jedynie oznajmić, że sytuacja wymknęła się spod kontroli, lecz nie ma w tym winy pana Malone’a.

Inspektor oceniał to spostrzeżenie, wyraźnie rozumiejąc coraz więcej. Malone zastanawiał się, co Stephanie wyczynia. Mijanie się z prawdą nie było jej mocną stroną, lecz postanowił nie spierać się z nią w obecności policjanta.

– Czy znajdowała się pani w katedrze, wypełniając oficjalną misję rządu amerykańskiego? – zapytał inspektor.

– Tego nie mogę powiedzieć. Chyba pan rozumie.

– Czy pani praca wiąże się z działami, o których nie można mówić? Wydawało mi się, że jest pani prawnikiem.

– Owszem. Ale moje biuro zajmuje się rutynowo dochodzeniami związanymi z narodowym bezpieczeństwem. W rzeczywistości to główny cel naszego istnienia.

Na inspektorze informacja ta nie zrobiła najwyraźniej żadnego wrażenia.

– W jakim celu przyjechała pani do Danii, pani Nelle?

– Postanowiłam odwiedzić pana Malone’a. Nie widziałam się z nim od ponad roku.

– Czy to jedyny cel?

– Może zaczekamy na telefon z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

– To cud, że w trakcie strzelaniny nikt nie został ranny. Uszkodzonych zostało tylko kilka posągów świętych, ale nikt nie ucierpiał.

– Postrzeliłem jednego z napastników – oświadczył Malone.

– Jeśli nawet pan trafił, ten mężczyzna nie krwawił.

Oznaczało to, że napastnicy mieli na sobie kuloodporne kamizelki. A zatem cała drużyna przyjechała dobrze przygotowana – tylko do czego?

– Jak długo zamierza pani zostać w Dani? – inspektor znów skierował pytanie do Stephanie.

– Wyjeżdżam jutro.

Drzwi otworzyły się i do pokoju wszedł umundurowany funkcjonariusz, który przekazał inspektorowi kartkę papieru. Mężczyzna przeczytał jej treść.

– Najwyraźniej ma pani wysoko usytuowanych przyjaciół, pani Nelle. Moi przełożeni każą mi wypuścić panią i nie zadawać żadnych pytań.

Stephanie skierowała się ku drzwiom.

Malone również wstał.

– Czy w dokumencie jest wzmianka na mój temat?

– Pana również mam wypuścić.

Malone sięgnął po pistolet. Ale policjant nie zamierzał mu go oddać.

– W tym piśmie nie ma polecenia, bym zwrócił panu broń.

Postanowił nie wdawać się w kłótnię. Tę sprawę mógł załatwić później. Teraz natomiast pragnął porozmawiać ze Stephanie.

Wyszedł szybko i znalazł ją na zewnątrz.

Odwróciła się gwałtownie w jego stronę, z zawziętym wyrazem twarzy.

– Cotton, doceniam to, co zrobiłeś w katedrze. Ale posłuchaj mnie. I posłuchaj uważnie. Trzymaj się z dala od moich spraw.

– Nie masz pojęcia, w co się wplątałaś. W katedrze wdepnęłaś w coś, na co w ogóle nie byłaś przygotowana. Ci trzej mężczyźni chcieli cię zabić.

– Dlaczego więc tego nie zrobili? Mieli ku temu sporo okazji, zanim jeszcze się pojawiłeś.

– Co z kolei każe postawić następne pytania.

– Czy nie masz dostatecznie dużo roboty w swojej księgarni?

– Mam sporo.

– A więc zajmij się nią. Kiedy przed rokiem opuszczałeś nas, dałeś jasno do zrozumienia, że jesteś zmęczony wystawianiem się na kule. Z tego, co pamiętam, stwierdziłeś, że twój nowy duński dobroczyńca zaoferował ci sposób na życie, jakiego zawsze pragnąłeś. Zatem idź i ciesz się nim.

– To ty do mnie zadzwoniłaś i chciałaś się spotkać.

– To był zły pomysł.

– Ten człowiek dzisiaj nie był złodziejem torebek.

– Trzymaj się z dala od tego.

– Jesteś mi coś winna. Ocaliłem ci skórę.

– Nikt cię o to nie prosił.

– Stephanie…

– Do jasnej cholery, Cotton! Nie zamierzam tego powtarzać. Jeśli nie przestaniesz się wtrącać, nie będę miała innego wyboru, jak tylko podjąć odpowiednie działania.

Poczuł, jak przez plecy przechodzi mu lodowaty dreszcz.

– Powiedz mi, co właściwie zamierzasz zrobić?

– Twój duński przyjaciel posiada wszystkie odpowiednie kontakty. Ja również mogę pociągać za sznurki.

– Więc zrób to – odparł, czując, jak narasta w nim wściekłość.

Ona jednak nie odpowiedziała. Zamiast tego nagle wybiegła.

Chciał pobiec za nią i dokończyć to, co rozpoczęli, ale doszedł do wniosku, że racja jest po jej stronie. To nie była jego sprawa. Poza tym, jak na jeden wieczór miał już dość kłopotów i perypetii.

Czas wrócić do domu.

DZIEWIĘĆ

KOPENHAGA

22.30

De Roquefort zbliżył się do księgarni. Deptak, przy którym stała, zdążył już opustoszeć. Większość z licznych restauracji i kawiarni znajdowała się o kilka przecznic dalej – ta część Strøgetu zamknęła się już na noc.

Zamierzał opuścić Danię, kiedy tylko załatwią dwie pozostałe, niecierpiące zwłoki sprawy. Świadkowie strzelaniny w katedrze najprawdopodobniej pomogli już sporządzić rysopis jego oraz dwóch jego towarzyszy. Nie powinni więc byli zostawać tutaj ani chwili dłużej, niż to konieczne.

Wziął ze sobą całą czwórkę podwładnych z Roskilde i planował teraz osobiście nadzorować każde ich działanie. Na dziś dość już improwizacji, która po części doprowadziła wcześniej w pobliżu Rotundy do śmierci jednego z jego ludzi. Nie zamierzał tracić nikogo więcej. Dwóch akolitów udało się już na zwiady na tyły księgarni, pozostali dwaj stali gotowi do akcji u boku szefa. Na najwyższym piętrze budynku paliło się światło.

Dobrze.

De Roquefort i właściciel księgarni mieli ze sobą do porozmawiania.

Malone wyciągnął z lodówki dietetyczną pepsi i zszedł na parter, pokonując cztery biegi schodów. Jego księgarnia zajmowała cały budynek: parter przeznaczony był na książki oraz dla klientów, kolejne dwie kondygnacje stanowiły magazyn, a na czwartej znajdowało się nieduże mieszkanie, które nazywał domem.

Przyzwyczaił się do niewielkiej przestrzeni życiowej, czerpiąc z niej dużo większą radość niż z domu o powierzchni stu osiemdziesięciu metrów kwadratowych, który kiedyś posiadał w północnej części Atlanty. W zeszłym roku sprzedał tamten dom za trzysta tysięcy dolarów z okładem, a zysk w wysokości sześćdziesięciu tysięcy zainwestował w nowe życie, które zaoferował mu – zgodnie ze słowami wypowiedzianymi przez Stephanie – jego „nowy duński dobroczyńca”, dziwaczny człowieczek, Henrik Thorvaldsen.

Czternaście miesięcy temu nieznajomy, a teraz najbliższy przyjaciel.

Od samego początku zrodziła się między nimi więź. Starszy mężczyzna dostrzegał coś w młodszym – Malone nie był pewien, co dokładnie – a ich pierwsze spotkanie w Atlancie w pewien deszczowy czwartkowy wieczór przypieczętowało dalszą znajomość. Stephanie upierała się, by Cotton wziął miesiąc urlopu po procesie trzech oprychów w Mexico City. Oskarżeni zamieszani byli w międzynarodowy przemyt narkotyków i morderstwo, a właściwie egzekucję jednego z szefów Rządowej Agencji Antynarkotykowej, DEA. Jak się okazało, zamordowany był osobistym przyjacielem prezydenta Stanów Zjednoczonych. Skończyło się to jatką. Kiedy Malone wracał do sądu po przerwie na lunch, wpadł w krzyżowy ogień zabójców. Zamach całkowicie nie wiązał się z procesem, ale Malone postanowił stawić opór. Do domu wrócił z raną po kuli, która przestrzeliła lewy brak. Końcowy bilans strzelaniny to siedmiu zabitych, dziewięciu rannych. A jedną z ofiar śmiertelnych był młody dyplomata nazwiskiem Cai Thorvaldsen.

– Przyszedłem, by porozmawiać z panem osobiście – zaczął Henrik Thorvaldsen.

Siedzieli w salonie. Malone czuł piekielny ból w barku. Nawet się nie fatygował, by zapytać gościa, w jaki sposób odnalazł go w Atlancie. I skąd stary człowiek wiedział, iż jego gospodarz zna duński.

– Mój syn był mi bardzo bliski – podjął Thorvaldsen. – Kiedy dołączył do korpusu dyplomatycznego, byłem wniebowzięty. Poprosił o wysłanie na placówkę w Mexico City. W czasie studiów zgłębiał historię Azteków. Mógł w przyszłości stać się wartościowym członkiem parlamentu. Prawdziwym mężem stanu.

Malone przypomniał sobie pierwsze wrażenie. Henrik Thorvaldsen z pewnością był dobrze urodzony, wytworny, kiedyś zapewne był człowiekiem eleganckim i szarmanckim, ale to duchowe wyrafinowanie stało w jawnym kontraście ze zdeformowanym ciałem – groteskowy garb nadawał mu wygląd czapli. Chropawa twarz sugerowała, że mężczyzna ma za sobą życie pełne trudnych wyborów, zmarszczki bardziej przypominały rozpadliny, stopy miał wykrzywione niczym kurze łapki, a dłonie i przedramiona zdobiły plamy wątrobowe i popękane naczyńka krwionośne. Do grafitowych włosów, gęstych i zmierzwionych, pasowały brwi – matowe, srebrzyste kępki, które sprawiały, że twarz starca wyrażała niepokój. Jedynie w oczach pozostała namiętność. Z niebieskoszarych źrenic emanowała osobliwa zdolność jasnowidzenia. Na jednej z nich widniała katarakta w kształcie gwiazdy.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zaginiony rozkaz Zagadka aleksandryjska Wariacka intryga Trzecia tajemnica Przepowiednia dla Romanowów Bursztynowa komnata 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Alienista Zamęt Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer