Ścieżki nadziei

Ścieżki nadziei

Autorzy: Richard Evans

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 30.99 zł

Po śmierci ukochanej, utracie domu i pracy Alan wyruszył w pieszą podróż przez całą Amerykę. Sam. Z jednym plecakiem. Z mnóstwem pytań o sens życia i cierpienia.

Podczas swej niezwykłej wędrówki doświadczył dobra i ciepła, otrzymał pomoc i przekonał się o sile, jaką dać może tylko przyjaźń. Spotkał ludzi, którzy na zawsze odmienili jego życie. 

Powoli odzyskiwał nadzieję.

Ale nigdy nie wiemy, co czeka nas za zakrętem drogi. Los znów kazał Alanowi przerwać podróż i poddał go kolejnej ciężkiej próbie. Teraz jednak Alan ma coś, czego mu brakowało, zanim wyruszył – bagaż doświadczeń i mądrość zdobyte podczas wędrówki.

Czy to wystarczy, aby dokończyć podróż? Czy Alan zostawi za sobą przeszłość i znajdzie siłę, by żyć na nowo? Czy odzyska szanse na miłość i zwykłe ludzkie szczęście?

***

Ścieżki nadziei zamykają bestsellerową serię Dzienniki pisane w drodze Richarda Paula Evansa. Autor Kolorów tamtego lata i Stokrotek w śniegu zabiera nas w podróż, która odmienia życie i pozwala odzyskać nadzieję.

Podziękowania

Kończąc podróż, zarówno swoją, jak i Alana, chciałbym podziękować wszystkim, którzy pomogli mi przebyć nasz kraj, zwłaszcza mojej bardzo utalentowanej córce Jennie – za towarzystwo, nawigację (tak samochodową, jak i literacką), research oraz za błyskotliwe sugestie dotyczące wędrówki Alana.

Laurie, mojej agentce, dziękuję za natychmiastowy entuzjazm dla pomysłu na niniejszą serię.

Chcę podziękować pracownikom wydawnictwa Simon & Schuster, którzy zrobili bardzo dużo dla Alana. Oto oni: Jonathan Karp, Carolyn Reidy, Trish Todd (i Molly), Gypsy da Silva, Richard Rhorer (za propozycję tytułu tej książki) oraz pracownicy działów promocji i sprzedaży. Dziękuję Davidowi Rosenthalowi, który był obecny przy narodzinach pomysłu tej podróży i wierzył, że jest ona właśnie tym, czego potrzeba naszemu krajowi.

Chciałbym podziękować również Glennowi Beckowi i Kevinowi Balfe’owi, a także Hodzie i Kathie Lee za pomoc w promowaniu tej serii.

Najlepsze życzenia kieruję do swojego zespołu: Lisy Johnson (anielskiej położnej), Diane Glad (której jestem szczególnie wdzięczny za pomoc na Florydzie), Heather McVey, Barry’ego Evansa, Douga Osmonda i Cammy Shosted. Mojej drogiej przyjaciółce Karen Roylance dziękuję za pomoc w szukaniu pomysłów i przekonanie, że niniejsza seria niesie ważne przesłanie.

Specjalne podziękowanie kieruję do mojego sąsiada, Joela Richardsa, za opowieści z wojny w Wietnamie. (Stałeś się moim bohaterem, Joelu). Dziękuję Karrie Richards, Madison Storrs, Natalie Hanley, Ally , Kelly Glad (kolejny raz!) oraz Alexis Snyder za pomoc w researchu medycznym, Rondzie Jones za rady dotyczące duńskich nazwisk, Earlowi Stine’owi za podzielenie się z nami doświadczeniami z wycieczek rowerowych po Keys, oraz Tedowi i Alease z pensjonatu w Folkston za ciepłe przyjęcie.

Pragnę też wyrazić wdzięczność Karen Christoffersen, wdowie po prawdziwym Alanie Christoffersenie. Mam nadzieję, że dzięki tej serii zagoiły się rany w Twoim sercu i czujesz bliskość swojego ukochanego.

Dziękuję swojej rodzinie: Keri, Davidowi, Jennie i Samowi, Allyson, Abigail i Chase’owi, McKennie oraz Michaelowi. I Philly. Jesteście dla mnie nadzieją, pociechą i motywacją.

Nade wszystko dziękuję moim cudownym czytelnikom na całym świecie, dzięki którym ta wędrówka stała się możliwa – zwłaszcza tym, którzy mieli ochotę opowiedzieć o tej serii swoim przyjaciołom, rodzinom oraz współpracownikom. (Proszę, nie przestawajcie!) Bez waszych rekomendacji nigdy nie dowiedziałoby się o nas tak wiele osób.

Pamięci moich rodziców,

którzy nauczyli mnie chodzić

Nie ustaniemy w dociekaniach

Ale końcem docieczeń wszelkich

Będzie powrót do miejsca wyjścia,

Jakby nas nigdy nie było tutaj.

T.S. Eliot, tłum. J. Niemojowski

Prolog

Kiedy miałem osiem lat, trzy dni po pogrzebie mamy ojciec znalazł mnie skulonego w szafie w mojej sypialni.

– Co ty tu robisz? – zapytał.

Wyprostowałem się, ocierając łzy z policzków.

– Nic.

– Dobrze się czujesz?

– No.

Ojciec, którego zawsze krępowało okazywanie uczuć, nie miał pojęcia, co zrobić z płaczącym chłopcem.

– To w porządku – powiedział w końcu, pocierając podbródek. – Powiedz, kiedy będziesz czegoś potrzebował.

– Dlaczego musiała umrzeć?

Ojciec popatrzył na mnie z namysłem, a potem nabrał głęboko tchu.

– Nie wiem. Wszyscy kiedyś umrzemy. Tak już po prostu jest.

– Czy mama jest w niebie?

Widziałem, jak się waha, czy powiedzieć mi to, co chciałem usłyszeć, czy to, o czym był przekonany. Nawet w wieku ośmiu lat wiedziałem, że ojciec nie wierzy w Boga. W końcu odpowiedział:

– Jeśli niebo istnieje, ona na pewno tam jest.

– A jeśli nie?

Przez chwilę ojciec milczał, a potem postukał się palcem wskazującym w prawą skroń.

– To wtedy mama jest tutaj. W naszych myślach.

– Nie chcę, żeby tam była – powiedziałem. – Chcę o niej zapomnieć. Wtedy nie będzie tak bolało.

Pokręcił głową.

– To by było gorsze od bólu. – Ukucnął obok mnie. – Dzięki naszym wspomnieniom jesteśmy tym, kim jesteśmy. Bez nich jesteśmy niczym. Jeśli to znaczy, że czasami musimy poczuć ból, to warto.

– A ja myślę, że nie warto.

– Chciałbyś, żeby nigdy nie była twoją mamą?

– Tak – odparłem ze złością.

– Gdybyś ją zapomniał, byłoby tak samo, prawda?

Zastanowiłem się nad tym i po chwili zapytałem:

– Zobaczę ją jeszcze kiedyś?

– Możemy mieć taką nadzieję.

Choć bardzo starałem się opanować, znowu się rozpłakałem.

– Bardzo za nią tęsknię.

Ojciec położył mi dłoń na ramieniu. Potem przyciągnął mnie mocno do siebie. Jeśli dobrze pamiętam, zdarzyło mu się tylko kilka razy w życiu.

– Ja też, synu. Ja też.

*

Wyobraźcie sobie, że siedzicie w samolocie i trzymacie długopis tuż nad pustą kartką dziennika. A potem wyobraźcie sobie, że cokolwiek napiszecie, będzie czytane przez setki albo tysiące osób. Po prostu to sobie wyobraźcie. Co byście napisali? Odkrylibyście tajne zakamarki swojej duszy przed tymi niewidocznymi czytelnikami? Podzielilibyście się z nimi jakąś mądrością, która mogłaby im pomóc w ich podróżach? Czy jesteście na tyle aroganccy, by wierzyć, że wszystko, co napiszecie, będzie wartościowe? Wygląda na to, że właśnie znalazłem się w takiej sytuacji.

Nazywam się Alan Christoffersen i zaczynam ostatnią część dziennika mojej podróży przez Stany Zjednoczone. Ci, którzy śledzą tę wędrówkę od początku, wiedzą, gdzie jestem, co widziałem i kogo spotkałem. Wiedzą o moim zranionym sercu, o miłości, którą utraciłem, oraz o tej, którą mam nadzieję znaleźć. Wiele razem przeżyliśmy. Ale to nie koniec. Przed nami jeszcze daleka droga.

*

Tych, którzy dopiero teraz przyłączyli się do mojej wędrówki, informuję, że wyszedłem z Seattle siedem dni po śmierci mojej żony, McKale, która zmarła wskutek powikłań po upadku z konia. Gdy była przykuta do łóżka, opiekowałem się nią, a w tym czasie wspólnik ukradł moją agencję reklamową, natomiast bank przejął mój dom za niespłacone raty kredytu hipotecznego. Nie mając gdzie mieszkać ani dla kogo żyć, chciałem odebrać sobie życie. Zmieniłem jednak zamiar i postanowiłem pójść na piechotę tak daleko, jak to tylko będzie możliwe – do Key West na Florydzie. Do granicy stanu Floryda przeszedłem ponad cztery tysiące osiemset kilometrów.

Choć jestem blisko celu wędrówki, pod pewnymi względami nigdy nie byłem od niego dalej. Po raz kolejny niespodziewanie cofam się na zachód. Mój ojciec miał atak serca i jest w stanie krytycznym w szpitalu Huntington w Pasadenie. W tej chwili siedzę w samolocie, nie wiedząc, czy ojciec jeszcze żyje. Mnóstwo myśli ciśnie mi się do głowy. Ojciec nie chciał, abym kontynuował wędrówkę, a jednak to zrobiłem. Miałem z tego powodu wyrzuty sumienia. Czy wiedział, że coś może mu się stać? Czy gdybym z nim został, to by coś zmieniło? Jest zbyt wiele odpowiedzi, których nie chcę poznać.

W chwili, gdy będziecie czytać te słowa, będę już po drugiej stronie większości drzwi, które teraz mam jeszcze przed sobą. Tylko zapisane przeze mnie zdania zastygną w czasie. I wy, podobnie jak ja, będziecie je mieć dla siebie. Skorzystajcie z nich według własnego uznania. Życie każdego człowieka może posłużyć innym jako promyk nadziei albo jako przestroga. Jeszcze nie wiem, czym okaże się moje dalsze życie. Ale gdy będziecie czytać tę książkę, chyba już będę wiedział.

Rozdział 1

Czasami nasze troski przytłaczają nas tak bardzo,

że nie dostrzegamy ciężarów,

pod którymi uginają się ludzie wokół nas.

Z dziennika Alana Christoffersena

Samolot z Jacksonville na Florydzie wylądował w Atlancie, gdzie miałem krótką przerwę w podróży przed przesiadką na lot do Pasadeny. Tym razem samolot był bardziej zatłoczony. Obok mnie, na środkowym siedzeniu w rzędzie trzech foteli siedziała kobieta z dzieckiem na kolanach. Płakała. Zauważyłem jej zapuchnięte oczy i ślady łez na policzkach, gdy wstałem, aby mogła zająć swoje miejsce. Nie wiedziałem, co jej się stało, ale było oczywiste, że cierpi.

Była o kilka lat ode mnie młodsza i ładna, pomimo zapuchniętych oczu i rozmazanego tuszu do rzęs. Oceniłem, że dziewczynka na jej kolanach ma około dwóch lat. Była niezwykle ruchliwa, co potęgowało stres jej mamy. Gdy wystartowaliśmy, wyjąłem telefon, znalazłem w nim grę i zaproponowałem kobiecie:

– Może to zajmie pani córeczkę.

– Dziękuję – powiedziała cicho. – Przepraszam, że jestem w takim okropnym stanie. Wczoraj umarł mój mąż. – Urwała pod wpływem emocji. – Nie wiem, jak o tym powiedzieć córeczce. Cały czas pyta o tatę.

– Współczuję – powiedziałem.

Dziewczynka upuściła telefon na podłogę. Kobiecie zrobiło się głupio, ale nie była w stanie podnieść aparatu, trzymając dziecko na kolanach.

– Żaden problem, zaraz go podniosę – zapewniłem. Odpiąłem pasy, wstałem i podniosłem telefon.

– Mógłby mi pan podać tę torbę? – poprosiła kobieta.

Z miejsca na podłodze pomiędzy naszymi stopami podniosłem torbę z czerwonej skóry. Kobieta wyjęła z niej płócienną książeczkę dla dzieci i podała córeczce.

– Jest pani z LA? – zapytałem.

– Z hrabstwa LA. Urodziłam się w Pasadenie.

– Mieszkałem po sąsiedzku, w Arcadii.

Skinęła głową.

– Teraz mieszkam w Atlancie, ale moi rodzice zostali w Pasadenie. Zatrzymam się u nich przez jakiś czas.

– Dobrze być z rodziną w takiej sytuacji – stwierdziłem. – Czy śmierć pani męża była spodziewana?

– Nie. Zginął w wypadku samochodowym. – Gdy to mówiła, łzy ponownie napłynęły jej do oczu. Umilkła, próbując się opanować. Po chwili powiedziała: – To był zwyczajny dzień. – Potrząsnęła głową. – A potem w moich drzwiach pojawiła się policja… – Zaczerpnęła tchu, po czym wolno wypuściła powietrze. – Zwyczajny dzień.

– Czułem to samo, gdy umarła moja żona.

– Stracił pan żonę?

Skinąłem głową.

– Tak.

– To była nagła śmierć?

– Żona miała wypadek. Spadła z konia i złamała kręgosłup. Została sparaliżowana od pasa w dół. Miesiąc później wdało się zakażenie. I to ono było przyczyną jej śmierci.

– Więc ma pan pojęcie, jak się czuję.

– Pewnie w jakimś stopniu tak.

Kobieta zamknęła oczy, jakby się nagle zamyśliła. Po chwili zwróciła się do mnie.

– Kochał ją pan?

Jej pytanie mnie zdziwiło.

– Całym sercem – odparłem.

Spuściła wzrok, po czym powiedziała:

– Kłóciliśmy się, kiedy mąż wychodził z domu. Na koniec powiedziałam mu: „Nie wracaj”.

Zmarszczyłem czoło.

– Ostro – stwierdziłem.

– Mówi się, aby uważać na swoje słowa.

– Bardzo mi przykro.

Nabrała głęboko powietrza.

– Mnie też. Prawdopodobnie w końcu byśmy się rozwiedli. Czuję się winna jego śmierci.

– Nie może pani…

– Jestem winna – stwierdziła. – Przynajmniej częściowo. Gdybym na niego nie nakrzyczała, nie wyszedłby z domu. Gdyby nie wyszedł, nie miałby wypadku. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo czuję się winna. Nie wiem, co gorsze, moje poczucie winy czy jego śmierć.

– Często się kłóciliście?

– Niemal bez przerwy. – Zawahała się, jakby zastanawiając się, czy powiedzieć mi więcej. – Mąż był prawnikiem. Przyłapałam go z sekretarką na parkingu przy sklepie Krogera mniej więcej kilometr od jego biura. Chciałam kupić sobie kawę. Zauważyłam jego samochód i stanęłam za nimi. Zapytałam męża, co robi. Odpowiedział: „Nic, tylko rozmawiamy”. Zdziwiłam się: „Na parkingu?”. Mąż tylko na mnie patrzył i widziałam, że stara się wymyślić jakąś wymówkę. W końcu powiedział: „To nie to, co myślisz. Zapomniałem teczki z opisem sprawy i poprosiłem sekretarkę, aby mi ją tu przywiozła”. Wtedy zapytałam: „Czy ja mam na czole wytatuowane GŁUPIA?”.

Widziałam, że jego dziewczynie jest wstyd. Myślałam, że zaraz zemdleje. Wieczorem przedstawiłam mężowi ultimatum: albo ją zwolni, albo się ze mną rozwiedzie. Zwolnił ją. Ale jestem całkowicie pewna, że nie przestał się z nią spotykać.

Dwa dni temu jedliśmy razem śniadanie i nagle uderzyło mnie, jak bardzo jestem samotna. Siedzieliśmy niecałe dwa metry od siebie, a miałam wrażenie, że znajdujemy się na różnych planetach. Mąż czytał wiadomości na iPadzie. Powiedziałam, że chcę pojechać do swojej siostry w LA, ale on się nie odezwał. Wtedy rzuciłam: „Chyba zostanę tam rok albo dwa”. Nadal nic. W końcu wypaliłam: „Pewnie zamieszkam u swojego dawnego chłopaka w Irvine”. Podniósł wzrok i zapytał: „Kim jest Irvine?”.

Popatrzyłam na niego, po czym powiedziałam: „Wieczorem zrobię makaron, postaraj się nie spóźnić”. Potem wstałam i wyszłam. Mąż spóźnił się sześć godzin. Dzwoniłam do niego, aby się dowiedzieć, gdzie jest, ale jego telefon był wyłączony. Gdy wrócił, już spałam. Rano bez przerwy mnie przepraszał; powiedział, że musiał dłużej pracować. Ale wiedziałam, że kłamie, bo było od niego czuć alkoholem i perfumami. Chanel No. 5. Chyba trudno o większy banał. Rzuciłam: „I co u niej?”. W jego oczach zobaczyłam panikę. „U kogo?”, zapytał. To właśnie wtedy powiedziałam mu, żeby wyszedł i nie wracał.

– I wyszedł?

Przytaknęła skinieniem głowy.

– Trzy godziny później w drzwiach naszego domu pojawiła się policja.

– Myślę, że większość kobiet zachowałaby się tak samo jak pani.

– Pewnie tak. – Spojrzała mi w oczy. – Co się z nami porobiło? Dawniej płakałam, kiedy wychodził wieczorem. Co się dzieje z uczuciami?

– Zmieniają się – odparłem.

– U pana było tak samo?

– W pewnym sensie. W związku ciągle zachodzą zmiany. W naszym małżeństwie też zdarzały się ostre kłótnie, ale one nas od siebie nie oddalały, tylko jeszcze bardziej zbliżały.

– Jak to możliwe?

– Sam nie wiem. Po prostu ją kochałem.

Westchnęła.

– Chciałabym cierpieć z tego samego powodu co pan.

Dziewczynka zasnęła na jej kolanach i kobieta ułożyła jej główkę przy swojej piersi.

– Zostanie pani w Atlancie? – zapytałem.

– Nie. Mieszkałam tam tylko ze względu na pracę męża. Jego pogrzeb odbędzie się tutaj. Potem będę musiała wrócić do Atlanty, żeby sprzedać dom i pozbyć się wszystkiego. – Popatrzyła na córeczkę. – Mam szczęście, że będę mogła się skupić na niej. Ma pan dzieci?

– Nie. Stale odkładaliśmy to na później. Tego żałuję najbardziej.

Spojrzała na córeczkę i pocałowała czubek jej główki. Ponownie zwróciła się do mnie:

– To co pan robi, aby zapomnieć?

– Nie chcę zapomnieć – odparłem.

– W takim razie co pan robi, aby przetrwać?

– Chyba każdy musi znaleźć sobie własny sposób. Ja wędruję.

– Chodzi pan na długie wędrówki?

Nie dałem po sobie poznać, że jej pytanie mnie rozbawiło.

– Tak.

– I to pomaga?

– Jak dotąd tak.

– Będę musiała spróbować. – Odchyliła się na oparcie fotela i zamknęła oczy, tuląc do siebie córeczkę. Mniej więcej po pięciu minutach już spała.

Wiele bym dał, aby też móc zasnąć. Jednak za dużo myśli kłębiło się w mojej głowie. Moja sąsiadka obudziła się, dopiero gdy pilot zakomunikował, że podchodzimy do lądowania na LAX. Gdy znaleźliśmy się na płycie lotniska, powiedziała:

– Nawet nie zapytałam o pańskie imię.

– Alan.

– A ja jestem Camille.

– Miło cię poznać – powiedziałem.

– Dziękuję, że byłeś dla mnie taki miły. Cieszę się, że siedziałam obok ciebie. Może to zrządzenie boskie.

– Niewykluczone.

– Nie zaprzestawaj wędrówek – powiedziała.

*

Idąc rękawem lotniczym, włączyłem telefon. Czułem niewiarygodny niepokój; chciałem jak najszybciej zadzwonić i zapytać o stan ojca i jednocześnie bardzo się tego bałem. Wszedłem do męskiej toalety i umyłem twarz. W korytarzu terminalu zadzwoniłem do Nicole. Odebrała po pierwszym dzwonku.

– Jesteś w LA? – zapytała.

– Właśnie wylądowałem. Co z ojcem?

– Nadal na OIOM-ie, ale jego stan jest stabilny. Teraz śpi.

Wypuściłem powietrze z płuc, czując wielką ulgę.

– Całe szczęście.

– Jak dotrzesz do szpitala?

– Wezmę taksówkę.

– Mogę po ciebie przyjechać.

– Wiesz, jak tu dojechać?

– Zapytam którąś z pielęgniarek.

– Przyleciałem Deltą. Będę czekał na ciebie przed wejściem.

– Zadzwonię, gdy dojadę.

Miło było usłyszeć głos Nicole, mimo że podczas naszego ostatniego spotkania złamałem jej serce. Byłem ciekaw, jak długo damy radę udawać, że nic takiego się nie stało.

W miejscu odbioru bagażu tłoczyła się spora grupa ludzi, choć na taśmociągu na razie krążyło tylko kilka walizek nieodebranych przez pasażerów wcześniejszego lotu.

Podszedłem do taśmociągu i oparłem się o dwa złączone ze sobą stalowe wózki. Czekając na swój bagaż, przyglądałem się różnorodnej mieszaninie ludzi. McKale powiedziała kiedyś, że lotniska to „scenerie krótkich sztuk teatralnych”. Miała rację. Wszędzie wokół widziałem sceny jednoaktówek. Radosne powitanie starszej pani z dziećmi i wnukami. Czule objęci kochankowie, niecierpliwi, by jak najszybciej przenieść się w inne miejsce. Żołnierz w ubraniu maskującym wracający do domu i jego żona z policzkami mokrymi od łez oraz dwoje ich dzieci trzymających baloniki i odręczny rysunek powitalny. Samotni biznesmeni z rozluźnionymi krawatami, o zmęczonych, wymizerowanych twarzach czerwonych od koktajli, spoglądający co chwila na swoje zegarki i smartfony.

W pewnej odległości ode mnie, mniej więcej na środku sali, stała Camille, moja znajoma z samolotu. Obejmował ją wysoki, srebrnowłosy mężczyzna opalony niczym George Hamilton. Domyśliłem się, że to jej ojciec. Coś mu powiedziała i oboje spojrzeli na mnie. Camille pomachała do mnie, zrobiłem to samo w odpowiedzi, po czym oboje się odwrócili.

Widok pięknej młodej kobiety o latynoskich rysach przypomniał mi o Falene. Wyjąłem telefon i ponownie odsłuchałem wiadomość, którą otrzymałem, zanim zadzwoniła Nicole z informacjami o moim ojcu.

„Alan, tu Carroll. Przepraszam, że to tak długo trwało, ale odnalazłem twoją znajomą. Oto numer jej telefonu: kierunkowy 212, potem 555-5374. Powodzenia”.

Nazwał ją moją znajomą. Czy właśnie tym dla mnie była? Była moją asystentką w agencji, gdy dobrze mi się wiodło. Moją pocieszycielką po pogrzebie McKale. Moim wsparciem od początku wędrówki. Potem, gdy wyznała mi miłość i zniknęła, stała się zagadką. „Znajoma” było zdecydowanie nieodpowiednim słowem.

Wynająłem Carrolla, prywatnego detektywa i przyjaciela mojego ojca, aby ją odnalazł – i to zrobił. Dowiedział się, gdzie przebywa Falene. Przynajmniej fizycznie. O jej stanie emocjonalnym nie miałem pojęcia. Zastanawiałem się, czy nadal coś do mnie czuje. W mojej głowie pojawiła się myśl, by do niej zadzwonić, ale szybko ją odrzuciłem. Już i tak byłem w emocjonalnej rozsypce. Poza tym w Nowym Jorku minęła druga w nocy.

Czekałem prawie pół godziny, aż mój plecak pojawił się na końcu długiego korowodu bagaży. Zarzuciłem go na jedno ramię i wyszedłem przed budynek lotniska. Pięć minut później zadzwoniła moja komórka. To była Nicole.

– Mówiłeś Delta?

– Tak. Już odebrałem plecak.

– Właśnie wjeżdżam na lotnisko. Jadę czerwonym pontiakiem grand prix.

– Stoję przy drugim wyjściu – powiedziałem. – Będę cię wypatrywać.

Kilka minut później zauważyłem ją i pomachałem ręką. Podjechała, otworzyła bagażnik i wysiadła. Minęły trzy miesiące od naszego ostatniego spotkania i zauważyłem różnicę w jej wyglądzie. Schudła, choć właściwie nie miała z czego, zmieniła też uczesanie. Wyglądała inaczej, ale ładnie. Zawsze była ładna.

Postawiłem plecak na chodniku i objęliśmy się.

– Dobrze cię widzieć – powiedziała.

– Ciebie też. Dziękuję, że przyjechałaś.

Wrzuciłem plecak do bagażnika i zatrzasnąłem go. Nicole podała mi kluczyki, po czym wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy do szpitala – szóstego od wypadku McKale. Spędzałem zdecydowanie za dużo czasu w szpitalach.

Mimo że był październik, opuściłem nieco szybę od swojej strony. Nocne powietrze było przyjemnie chłodne. Uwielbiam Kalifornię; zawsze ją kochałem. Nie mogłem jednak uwierzyć, że tak szybko do niej wróciłem.

Rozdział 2

Cieszę się, znowu widząc Nicole, oboje jednak zachowujemy się

tak, jakbym podczas naszego ostatniego spotkania nie złamał

jej serca. Zastanawiam się, jak długo będziemy udawać. Zupełnie

jakby ktoś zatkał przeciek taśmą klejącą i zastanawiał się,

jak długo wytrzyma ta prowizorka.

Z dziennika Alana Christoffersena

Jaki miałeś lot? – zapytała Nicole. – Długi. – Poprawiłem lusterko wsteczne. – Jak się dowiedziałaś o moim ojcu?

– Przyszła pora naszej cotygodniowej rozmowy telefonicznej na temat moich finansów. Znasz swojego ojca, nigdy się nie spóźnia, nigdy o niczym nie zapomina. Więc kiedy się nie odezwał, zadzwoniłam na jego komórkę. Odebrał jeden z jego klientów. Powiedział, że twój tata miał atak serca i zabrano go na sygnale do szpitala. Jedli razem lunch, gdy tata zaczął się uskarżać na ból w klatce piersiowej. A ponieważ mój rozmówca miał kiedyś atak serca, rozpoznał objawy. Zadzwonił pod 911 i karetka zabrała tatę do szpitala.

– Jak ci się udało przyjechać tu tak szybko?

– Złapałam pierwszy lot ze Spokane na LAX. Gdy dotarłam do szpitala, twojego tatę właśnie wywożono z sali operacyjnej.

– Dziękuję, że przyjechałaś.

– Jest mi bardzo drogi – powiedziała cicho. – Zawsze był dla mnie dobry.

Słuchając jej, zrozumiałem, dlaczego mój ojciec stał się jej bliski. Początkowo zakładałem, że to jej wrodzona dobroć, nie był to jednak jedyny powód. Jej przywiązanie do niego wykraczało poza zwykłą dobroć czy życzliwość. Chodziło o coś głębszego. Nicole łączyła bliska więź z jej własnym ojcem, zanim ten popełnił samobójstwo. Jestem przekonany, że po jego śmierci pragnęła wypełnić tę pustkę – najpierw troszczyła się o Billa, właściciela domu, w którym wynajmowała mieszkanie i który niespodziewanie zostawił jej pokaźny spadek, a potem o mojego ojca. To było sensowne wytłumaczenie. Nic dziwnego, że przyleciała tutaj pierwszym samolotem, i nic dziwnego, że mój ojciec mocno ją pokochał. Była córką, której nigdy nie miał, ona zaś z radością grała tę rolę.

Chwyciłem ją za rękę, a ona położyła swoją dłoń na mojej.

– Wiesz coś więcej o jego stanie? – zapytałem.

– Niewiele. Nie chcieli mi podać żadnych szczegółów, bo nie jestem rodziną. Musiałam skłamać, że jestem jego siostrzenicą, aby pozwolili mi go zobaczyć. Tobie lekarz powie wszystko.

– Jeszcze jest w szpitalu?

– Nie. Ale powiedział, że będzie rano.

– Ale widziałaś ojca?

– Tak.

– Jak wygląda?

– Jak po ataku serca – odparła. – Gdy go widziałam, był jeszcze oszołomiony narkozą. Przez chwilę trzymałam go za rękę.

– Powinienem był zostać – powiedziałem. Spojrzałem na nią. – Nie należało wracać na trasę. Ojciec nie chciał, abym wychodził. Może coś wiedział.

– Nie mów tak. Nikt nie wiedział. Ojciec cieszył się, że ukończysz wędrówkę.

– Powiedział to?

– Tak. Zdawał sobie sprawę z tego, jakie to dla ciebie ważne. Wiem, że początkowo mówił coś innego, ale potem zmienił zdanie.

Powoli wypuściłem powietrze z płuc.

– Bardzo się cieszę, że znowu cię widzę. Kiedy ostatnio rozmawialiśmy…

Przerwała mi.

– Nie wracajmy do tego. Przyjechałam, żeby ci pomóc. Więcej nie musisz wiedzieć.

Ścisnąłem jej dłoń.

– Jak ci się idzie? – zapytała.

– Krok po kroku.

– Ile przeszedłeś od naszego ostatniego spotkania?

– Prawie tysiąc pięćset kilometrów. Dotarłem do Folkston w Georgii, kilkanaście kilometrów od granicy Florydy.

– Poznałeś kogoś interesującego?

– Owszem. Bardzo.

– Bardziej ode mnie?

– Znalazłem kobietę przywiązaną do drzewa przez przywódcę sekty. Przygoda skończyła się tym, że część nocy spędziłem w siedzibie sekty i pomogłem stamtąd uciec innej kobiecie.

– Wypadam blado – stwierdziła. – Powinieneś napisać książkę o swojej wędrówce. Na pewno bym ją kupiła.

– Musiałbym zaznaczyć, że to fikcja.

– Dlaczego?

– Bo nikt by nie uwierzył, że to się zdarzyło naprawdę.

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 30

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 31

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 32

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 33

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 34

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 35

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 36

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 37

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 38

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

List od Autora

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

Walking On Water

Copyright © 2014 by Richard Paul Evans

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2017

Copyright © for the translation by Hanna de Broekere

Projekt okładki

Marek Klapka

Fotografie na okładce

Copyright © Ollyy/Shutterstock.com

Copyright © BLUR LIFE 1975/Shutterstock.com

Opieka redakcyjna

Monika Kucab

Opracowanie tekstu

cała jaskrawość, www.calajaskrawosc.pl

ISBN 978-83-240-3840-4

Między Słowami

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2017

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tajemnica pod jemiołą Sprzedawca marzeń Hotel pod jemiołą Ścieżki nadziei Miejsce dla dwojga Obietnica pod jemiołą 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie