Floryda

Floryda

Autorzy: Grzegorz Bogdał

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 136

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 14.90 zł

Bogdał lubi gadać. Bogdał lubi gadać innymi. Bogdał to brzuchomówca. Pięć monologów na dwie ręce tu. Trzy jako mężczyzna, dwa jako kobieta. W kolejności do mikrofonu podchodzą: 1. Człowiek, który zarabiał jako sobowtór Freddiego z Queen, a teraz jest kaleką po amputacji nóg. 2. Stara, schorowana kobieta mówiąca do ptaka; czemu nie, ptaki są dyskretne. 3. Syn, za którego matka już nigdy głowy nie nadstawi, bo jej ją ten polski Obcy odrąbał z winy rosołu. 4. Nawrócona kurwa, z woli Bożej służebnica Jezusa Chrystusa. 5. Właściciel kamienicy, który był niemową, lecz mowę odzyskał; dobrze, inaczej Floryda byłaby krótsza.

Parę cytatów, na odlew.

„Wyście to we mnie obudzili, to teraz nie możecie mnie zostawić i już, bo się sam sobą udławię”.

„W nowy rok wszedłem jeszcze cały, […] stopy amputowali mi w marcu”.

„Obraca zmarłego w głowie jak zaśniedziałą monetę”.

Mało?

„Obraz zapierdala jak chomik w kołowrotku”.

„[…] i cienkie nogi, wetknięte w kadłub jak dwie zapałki w kasztana”.

„Jezus to taksówka, która jest zawsze wolna dla ciebie”.

Mało?

„[…] karłem można w cyrku strzelać z armaty, upchnąć go w torcie na wieczór kawalerski albo postawić bez gaci przed kamerą, ale nie wolno zrobić z niego księdza”.

Wystarczy?

Janusz Rudnicki

Grzegorz Bogdał

Floryda

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Łukasz Piskorek / Fajne Chłopaki

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Grzegorz Bogdał, 2017

Tłumaczenie piosenki Tavaszi szél vizet áraszt: http://hallmann.art.pl/piesni_rzeczpospolitej/tavaszi.html

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Katarzyna Juszyńska / d2d.pl, Sandra Trela / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-465-7

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Ty mnie, ja ciebie

Stiszowity

Oczko w głowie

Pierwszy list do Franciszka

Ujście

Kolofon

Ty mnie, ja ciebie

Nie ustąpię ani o centymetr. Nie oddam nawet chrząstki. Nogi nie mogą być przecież krótsze od kutasa.

Tak pan pędzi, a dotrzymuję kroku, i mało po mnie widać, prawda? Nie pożałuje pan, że znalazł trochę czasu. No, uparłem się, bo nie powinniście tak z góry odrzucić, bez zobaczenia i bez posłuchania. Pisałem, że nie mieszczę się w przedziale wiekowym, ale mam inny pomysł, a wy nic. Właśnie. Dlatego zacząłem przychodzić i się domagać. Żeby w cztery oczy. W środę będą trzy tygodnie. Nieładnie, przyznaję się bez bicia, czasami człowieka poniesie, ale wcale nie straszyłem. A oni napuszczali na mnie policję, ta kurwa bileterka pierwsza do tego była, aż się trzęsła, jak wybierała numer, czy to jest kultura, pytam. Nie obrażam, mówię, jak jest. Co to za prawo tak człowieka wynosić. Strój wybrałem skromny, poznaje pan, z Budapesztu. Chyba mi wolno tu wejść i być, ile zechcę, to miejsce publiczne, nie muszę od razu biletu kupować. Zawsze jestem trzeźwy, czysty, nie śmierdzę. A że zjem własną kanapkę i napiję się herbaty z termosu, też mi coś, kto by cały dzień wytrzymał, muszę zresztą cukru pilnować, dopiero byście mieli kłopot, gdybym tu odwalił kitę. Toaletę po sobie sprzątam, tego nikt mi nie zarzuci, swój papier przynoszę, nie chcę gadania. Tyle razy prosiłem, żeby mi pozwolili z panem. Tak, krzyknąłem raz czy dwa, co miałem zrobić, jak mnie nikt nie słuchał i wszyscy pokazywali drzwi i drzwi, jak psu, tacy ważni, chociaż do nikogo niepodobni. Wyście to we mnie obudzili, to teraz nie możecie mnie zostawić i już, bo się sam sobą udławię. Nie mam żalu. Czułem, że z pana jest dobry człowiek i jak o mnie usłyszy, to pogadamy jak swój ze swoim. Pójdziemy na kompromis, wszystko wykombinowałem, zdziwi się pan, jaki mam łeb do tych spraw.

Skąd, niedawno. W nowy rok wszedłem jeszcze cały, metr siedemdziesiąt siedem. Stopy amputowali mi w marcu. O, przyjemnie tutaj, to tapeta? Dostałem kule, tymczasowe protezy uwierały jak za ciasne, wykrochmalone gacie, ale uparłem się i nosiłem. Kto by przypuszczał, że to taka poważna sprawa, wyglądało jak zwykłe odmrożenie, stopy były czerwone i swędziały. Moczyłem je w letniej wodzie z szarym mydłem, ale nic. Aż którejś nocy się budzę, dotykam lewej, prawej, obie miękkie i mokre, zapalam światło i widzę, że fioletowe jak śliwki. Zaraz rano do lekarza, stamtąd karetką prosto do szpitala i na stół. Pierwsza moja myśl po wybudzeniu z narkozy była taka, czy bez stóp dalej jestem sobowtórem Freddiego Mercury’ego, czy już tylko sobą. A druga, mniejsza z tym, zostawię ją dla siebie. Mogę stać, żeby pan nie pomyślał, że nie ustoję. W takim razie siadam. Bardzo wygodny. Nie chcę robić kłopotu. Kawy. Parzonej. Z mlekiem. Chyba że to problem. To z mlekiem. Dwie. Dziękuję. No, słucham. Nie trzeba mi mówić, że jest pan zajęty. Umowa stoi, kawa i do domu. Słowo harcerza. Tego nie. Bo się dogadamy. Chyba że się nie dogadamy, to zgoda, nigdy więcej nie przyjdę. Ale w to nie wierzę, bo jak ma pan wyczucie w tych sprawach, to jeszcze będzie mi dziękować. Wiem, że teraz trudniej rozpoznać na pierwszy rzut oka. Dawniej przystrzygłem wąsa, uczesałem się, ubrałem i po sprawie. Co prawda Freddie urodził się w czterdziestym szóstym, a ja w pięćdziesiątym, więc korzystałem z przewagi, ale teraz mam dwadzieścia więcej niż on, kiedy umarł. Długo dobrze się trzymałem i nikt by mi nie dał więcej niż czterdzieści. Dopiero po dwutysięcznym, jak stuknęła mi pięćdziesiątka, zrobiło się ciężko. Dla ludzi Freddie to dalej był ten młody, zdrowy facet z filmów i zdjęć. Niech się pan dobrze przypatrzy albo i dotknie, no, czego się pan boi, to twarz Freddiego w wieku sześćdziesięciu sześciu lat. Nigdzie indziej drugiej takiej pan nie znajdzie.

Od początku brałem pod uwagę, że tych lat mam za dużo, i wpadłem na taki pomysł, że zaproponuję, żeby pan dodał do tego swojego przedstawienia. Tak, do musicalu. Dodał takie fragmenty, nawet napisałem, co i jak, przyniosłem, już pokażę. Ale jakby co, proszę wołać. Fragmenty o tym, że Freddie wcale nie umarł, ale żyje gdzieś jak Elvis, rozumie pan, i ja właśnie bym zagrał tego żywego Freddiego, który udaje, że umarł. To by mi wystarczyło, kto wie, czy by nie było ciekawsze. Długo nie mogłem wymyślić, czemu tak zrobił, i dopiero tu, któregoś dnia, jak na pana czekałem, a oni nic. Ano, miał tego hifa i wiedział, że umrze, a bardzo nie chciał umierać, bo lubił żyć, i obiecał Panu Bogu, że jak go wyleczy, to zrezygnuje z kariery, ze wszystkiego, co ma, i będzie żył cicho i spokojnie. Po paru dniach zapalenie płuc przeszło jak ręką odjął, mięsaki zniknęły, wie pan, co to są mięsaki, takie kurestwo na twarzy. No ale gdzie by ludzie pozwolili Freddiemu ot tak zrezygnować. Musiał udać swoją śmierć, cały pogrzeb urządzić, żałobę i tak dalej. Zastanawiał się pan kiedyś, dlaczego nie wiadomo, gdzie tak naprawdę jest jego grób? Dopiero wtedy zniknął. Od tego czasu dotrzymuje obietnicy, ale szkoda mu poprzedniego życia i sobie je wspomina, jak to dawniej tańczył i śpiewał. I tego Freddiego na emeryturze zagrałbym ja, resztę niech wezmą tamci. Chociaż ci ze zdjęć na tablicy za panem to sami przebierańcy, niestety, od razu widać, a sobowtórem trzeba się urodzić. Nie trzeba mi tłumaczyć, przecież siedzimy w tej samej branży, wiem, że już jakiś plan całego spektaklu pan ma. Musicalu, mój błąd. Plan jest, ale tu coś można skrócić, tam usunąć i się moje zmieści. Poza tym nie chcę honorarium, od razu mogę zrezygnować, każdy papier podpiszę. Rozumiem, ale mimo wszystko. No nie, przepraszam, ja tu jestem ofiarą, gdyby nie pisało w gazecie, że szukacie sobowtórów, nic bym nie wiedział, nikomu bym się nie naprzykrzał. Sam z sobą miałbym święty spokój. Nie krzyczę, mówię, jak jest. To jest instytucja publiczna, tak samo moje podatki na to idą, mam prawo powiedzieć, co uważam. Wcale się o to nie prosiłem. Od ośmiu lat już nie udawałem Freddiego i dobrze mi z tym było. Ostatnio w Mam talent, w pierwszej edycji. Tłumaczyłem im, a te tumany nie rozumiały, że patrząc na mnie, widzą takiego Freddiego, jakim by się stał, gdyby nie umarł. Jestem kopią, która przetrwała oryginał, i to jest szczęście i przekleństwo, bo już nie ma mnie z czym porównać. Mam w reklamówce stare zdjęcia, mogę pokazać, nie odróżni pan, który to Freddie, a który ja. Pewnie, pewnie, nie zmuszam. Jakby co, w każdej chwili.

Po tym występie w Mam talent zmieniłem fryzurę, zgoliłem wąsy i skończyłem z Freddiem. To tak, jakbym samego siebie wsadził do trumny, spuścił do dołu i przysypał ziemią. Byłem sobie trupem, grobem i zniczem. Prawda, kostiumów, zdjęć i innych rzeczy nie wyrzuciłem, jedynie schowałem na strychu. Ale nie zawsze od razu się wyrzuca po zmarłych. Umarł ktoś panu? To wie pan, że najpierw człowiek w tę śmierć nie wierzy, potem płacze, a jak się tym zmęczy, samego siebie pociesza: umarł, to umarł, no i dobrze, no i chuj. Później całymi dniami obraca zmarłego w głowie jak zaśniedziałą monetę i obwąchuje palce, a kiedy ma tego dość, szuka zajęcia, żeby przestać to robić. No i jest spokój. Do czasu. Mówię za siebie. Nagle się człowiek orientuje, że skoro nie myśli o zmarłym na okrągło, a jedynie raz na jakiś czas, to znaczy, że go porzucił. I z tym już trzeba żyć. Tacy są zmarli, że z żywych robią zdrajców. Więc i ja nie wierzyłem, że Freddiego, którym byłem, już nie ma. W głowie robiła mi się dziura za każdym razem, gdy o nim pomyślałem. Taką samą czuję w żołądku, kiedy zażywam anty­biotyk, dużą, gładką kulę, pustą w środku. Po kiwi mam podobnie. Płakałem, wcale się nie wstydzę. Żeby się od tego oderwać, zdrapywałem z kafelków w łazience delfiny, takie plastikowe, srebrne naklejki, całe w plamach od mydlin, jeszcze po poprzednich lokatorach, podważałem nożem i trach je po kawałku. Pękały i wpadały do wanny, od lat się do tego zabierałem, aż wreszcie. I przeszło. Minęło. Zaraz, gorąca, poczekam, aż przestygnie. Minęło siedem lat. Przypadkiem trafiłem na ogłoszenie, że będzie widowisko. Tak, musical. Przeczytałem je raz i więcej do niego nie wracałem. Wydawało mi się, że obeszło mnie to tyle co nic. Gazetę wziąłem do domu, ale dlatego, że zbieram papiery na rozpałkę do pieca kaflowego. Sam, bez niczyjej pomocy, po operacji też. Ile się zmieści, tyle węgla wkładam do plecaka, ręce potrzebuję mieć wolne, i wynoszę z piwnicy na górę. Drewna mam na dwa lata, wszystko już pocięte.

Ostatnio, jeszcze przed amputacją, pracowałem w lombardzie koło monopolowego, który całą dobę jest otwarty, lombard, nie monopolowy, bo ten zamykają przed północą, i jeszcze obok w salonie z jednorękimi bandytami. W lombardzie wypłacałem pieniądze za fanty, co kto przyniósł, a w salonie gier rozmieniałem na pięciozłotówki banknoty, bywało, że te same, które wcześniej dałem komuś za komórkę czy telewizor. Wypiję, co się pan boi, wypiję i pójdę. Kiedy nie było klientów i przychodziła druga, trzecia w nocy, najgorsza pora, bo sen łamie, a spać nie wolno, oczy same mi się zamykały, a wtedy, to było już po tym ogłoszeniu, budziło mnie pukanie, tak jak się puka do lekarza, nie wiedząc, czy siedzi w gabinecie sam, czy z pacjentem. Wyglądałem na zewnątrz, ale nic, nikogo. Kilka dni i przeszło to w łomot, zrywałem się przestraszony i spocony. Później doszło skrobanie pazurami, nie takie zwykłe, tylko dzikie, przy którym łamią się paznokcie i skóra schodzi z palców. I nagle koniec. Cisza. Zrozumiałem, że najgorzej wcale nie jest zapomnieć o zmarłym, ale zorientować się, że pochowało się żywego. Od tej pory w dzień i w nocy Freddie śpiewał w mojej głowie. Samtajms aj fil am gona brek dan en kraj. So lonli. Wypuść mnie, wypuść z tej trumny. Get lonli. Ja nie chcę w grobie gnić. Improwizuję dla przykładu, melodia może nie całkiem się zgadza. Próbowałem go zagłuszyć telewizorem i radiem. Gdzie tam, tak się darł, że zęby mi dzwoniły jak pięciozłotówki wysypujące się z maszyny po rozbiciu banku. A get so lonli, lonli, lonli, zdradziłeś mnie. Do grobu, cwelu, wciągnę cię. Wszystkie stroje Freddiego, które zebrałem przez lata, wpakowałem do pieca na spalenie. Zmarli uczepią się niekiedy swoich rzeczy i wracają tam, gdzie one są. Mojej babce musieli miesiąc po pogrzebie włożyć do trumny pończochy. Ponoć chodziła po mieszkaniu, wzdychała, przesuwała rzeczy, stukała w okna i drzwi, nie pozwalała spać. Jej córka, czyli moja matka, zapłaciła grabarzowi, a on w nocy rozkopał grób, wrzucił te pończochy, i odtąd się uspokoiło. Była przy tym i popatrzyła na babkę, nie mogła się powstrzymać. Czemu to mówię. Dlatego, że i ja nie mogłem się powstrzymać, by nie popatrzeć na ciuchy. Niektóre to były prawdziwe cacka, jak ukradzione z garderoby Freddiego. No i musiałem zdecydować, czy zakopuję grób z powrotem, czy wyciągam z niego gościa, który tyle lat w nim gniótł się i dusił bez słowa skargi.

Moment, moment. I teraz taka scena. Jest grudzień, późne popołudnie, ciemno, ulica, ludzie wracają z pracy, a ja, z wąsami i fryzurą jak należy, brnę przez śnieg do połowy łydek, mam na sobie obcisłe getry w biało-czarne romby, przemoczone sportowe buty na rzepy, do tego bawarski uniform wojskowy ze srebrnymi epoletami, rozpięty mimo mrozu, dłonie mi drętwieją w cienkich, białych rękawiczkach, które lata temu kupiłem w sklepie z ubraniami na pierwszą komunię, uszyli za duże i były na przecenie, wchodzę na pocztę, słyszę szepty i śmiechy, to nic, szukam pieniędzy i listu, które wsunąłem w gacie, bo nie mam kieszeni, najpierw obmacuję się na wysokości pasa, z przodu i z tyłu, list przykleił mi się do pośladka, forsy nie wyczuwam, no więc wkładam rękę aż po łokieć, schylam się, żeby materiał nie strzelił, popuszczam kapkę ciepłego moczu, trącam faceta za mną, czerwonego na gębie rówieśnika w kożuchu i czapie z nausznikami, przepraszam, a on udaje, że nie zwraca na mnie uwagi, ale tak naprawdę próbuje sobie przypomnieć, gdzie jego ojciec zakopał pepeszę, jest, znajduję dychę pod kolanem, wyciągam, po drodze zsuwa mi się rękawiczka i zostaje w getrach, moja kolej, ślinię znaczek, o tak, jakbym lizał sutek kobiety albo, skoro wiemy o upodobaniach Freddiego, zbierał kroplę spermy z główki kutasa, po czym przyklejam go, ten znaczek, do koperty, w której jest moja odpowiedź na ogłoszenie o castingu do widowiska, tak, musicalu, i przesuwam po blacie, a kobieta za okienkiem przybija pieczątkę. Priorytetem? Pijorere!

Nie poznaje pan, to z tego przeboju, w teledysku do niego miał właśnie ten strój, getry, uniform i tak dalej, a w refrenie śpiewał di do de de, ale ja słyszałem to jako pijorere i nigdy nie dałem sobie wmówić, że jest inaczej. Mniejsza z tym. Czekałem na odpowiedź i drapałem się w stopy, myślałem, że swędzą mnie z nerwów. Aż się zrobiły czerwone, później fioletowe, a potem położyli mnie na stole i było czarno. Dopiero po wyjściu ze szpitala zadzwoniłem tu i się dowiedziałem, że już po przesłuchaniach i że mnie nawet nie zaprosili. To było dziesiątego? Nie szkodzi. Chodzi jedynie o to, że jeśli dziesiątego, to w tym samym czasie, jak się ci kandydaci na sobowtórów mizdrzyli przed panem, sto metrów stąd, tyle jest od teatru do szpitala, nie więcej, lekarze piłowali mi kości, a ja pierwszy raz w życiu byłem w narkozie. Nie wiem, czy pan kiedyś. Komu ja w takim razie mówię. Zapytam, nie musi pan odpowiadać, może tylko mnie się wydaje, ale czy i pan poczuł, że taka właśnie jest śmierć, jak to coś między zaśnięciem a wybudzeniem, że już zawsze ciemno jak w dupie i nic więcej. Nie, bardzo dobra, piję małymi łykami, bo kubek trzyma ciepło. Zaraz, zaraz. Przerwał mi pan przedtem, zgubiłem wątek i zacząłem mówić nie o tym, co powinienem. Nie skończyłem o pomyśle na Freddiego. Wiem, że ma pan kupę roboty, dlatego lepiej to załatwić od razu. Już niedługo, słowo, i znikam.

Mówiłem, że Freddie, o którym cały świat myśli, że umarł, w rzeczywistości żyje, cudownie uzdrowiony przez Pana Boga. To dopiero początek. Problemy zaczynają się, kiedy­ ktoś, na przykład dziennikarka, urodzona w Anglii, ale z matki Polka, piękna i zdolna, odnajduje Freddiego. Od początku ta sprawa wydawała jej się podejrzana, bo to, że ma hifa, ogłosił dzień przed śmiercią, i nie wiadomo, co z grobem. No i na zlecenie telewizji wypytywała świadków rzekomej śmierci, lekarzy, kochanków, tam jakiś ślad, tu coś, i wreszcie. Jest tak i tak, mówi Freddiemu. Mistyfikacja. Zaraz, niech mi pan pozwoli. Freddie boi się, że się wszystko wyda, cały świat się dowie, wrócą mięsaki i kaszel, opadnie z sił i umrze. Opowiada więc kobiecie zmyśloną historyjkę o tym, że jest sobowtórem. Rozumie pan. Prawdziwy udaje udawanego. I to będzie moja historia, tego jak zostałem sobowtórem, ale nie opowiedziana, tylko odegrana przez aktorów, bez przynudzania, że Freddie w kółko mówi do widzów, tak jak ja teraz do pana. Starym Mercurym udającym sobowtóra będę ja sam, a mnie młodego zagra któryś z tych przebierańców. Proste, prawda? Chwila moment. Piosenek mogą sobie ludzie posłuchać w domu, a do teatru przychodzą zobaczyć jakieś życie, że coś się dzieje, tak myślę, dawno nie byłem, ale gdybym chodził, to właśnie po to. Jak gdzie, w Polsce się ukrył. W dużym mieście, bo za wsią nie przepada, choćby tu, w Krakowie, miał dość forsy, nie musiał pracować. Języka nauczył się z telewizji i radia, zmienił fryzurę, założył okulary, wąsa zostawił, żeby się nie wyróżniać, w zimie wkładał grube buty na rzepę, w lecie gumowe klapki, a jak ktoś pytał, kłamał, że jest na rencie, górniczej czy innej, i śmiał się z tego, że go mają za dawnego esbeka. Co dlaczego. No bo mówiłem, że ma opowiadać moją historię. To akurat proste. Gdzie by taki drugi pierdolnik znalazł, w całym kosmosie nie ma większego zadupia, i nie będzie, chociaż się podobno ciągle rozszerza, kosmos, nie Polska. Kto mnie tu będzie szukał, kombinował. A tu niespodzianka, o to chodzi. Przecież jak ta dziennikarka odnajduje Freddiego, to on mieszka tu już ponad dwadzieścia lat. Z akcentem by sobie poradził, w końcu piosenkarz, mógłby też skłamać, że niedawno miał udar albo że mu spadła na głowę bryła węgla, stąd taka dziwna wymowa, i dlatego też dostał rentę, wszystko się pięknie składa. Nie ma się co czepiać drobiazgów, ważna jest opowieść o tym, jak zostałem sobowtórem, jakie miałem przygody i jak się to wszystko skończy, bo ja już wiem, a pan musi dopiero usłyszeć i wtedy uczciwie zdecydować, czy się moje życie nadaje do widowiska. Do musicalu, zwał jak zwał. Czy się do niczego nie nadaje. I sobie pójdę. A kawa nie ma z tym nic wspólnego.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

info@d2d.pl

Wołowiec 2017

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Floryda 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie