Margo

Margo

Autorzy: Tarryn Fisher

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 19.90 zł

W Bone jest dom.

W domu mieszka dziewczyna.

W dziewczynie mieszka ciemność…

Margo nie jest jak inne nastolatki. Żyje w ponurym miasteczku Bone, które przejezdni omijają szerokim łukiem. Swój dom nazywa „pożeraczem”. Jej cierpiąca na depresję matka nie odzywa się do niej i traktuje niczym służącą.

Dziewczyna trzyma się na uboczu, dni spędza w samotności. Wszystko nieoczekiwanie się zmienia, kiedy poznaje Judaha – starszego chłopaka z sąsiedztwa. Sparaliżowany, na wózku inwalidzkim, odkrywa przed Margo świat, jakiego dotąd nie znała.

Kiedy w okolicy ginie siedmioletnia dziewczynka, dwójka osobliwych przyjaciół rozpoczyna prywatne śledztwo. W głowie Margo pojawia się desperackie pragnienie, aby wytropić morderców. I przykładnie ukarać… „Oko za oko. Krzywda za krzywdę. Ból za ból”. Rozpoczynając bezlitosne polowanie na zło, dziewczyna nie zdaje sobie sprawy, jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić.

Najbardziej brutalna prawda to ta o nas samych.

 

Margo to nie tylko mroczny thriller, ale przede wszystkim niezwykła historia nieprzeciętnej dziewczyny. Nieszablonowy sposób narracji w połączeniu ze wstrząsającą fabułą sprawia, że od książki nie można się od oderwać. Radzę przygotować duże ilości ciepłej herbaty na bezsenne noce…

Olga Kalicka, aktorka

Trupie życie w trupim Bone, w krainie bez Boga, pośród strachu i rozpaczy, gdzie codzienność przypomina koszmar – witajcie w świecie Margo. Narodziny potwora już dawno nie były tak satysfakcjonujące! Szykujcie się na pyszną lekturę, zarwaną noc i niezapomniane wrażenia!

Olga Kowalska, WielkiBuk.com

 

Biogram

Tarryn Fisher to autorka dziewięciu bestsellerowych powieści, wysoko ocenianych przez czytelników „New York Times” i „USA Today”. Napisała m.in. serię książek o miłosnym trójkącie: Mimo moich win, Mimo twoich łez i Mimo naszych kłamstw, a także – wspólnie z Colleen Hoover – Never Never. Ukończyła z wyróżnieniem Szkołę Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Uwielbia ludzi, choć na co dzień jest prawdziwym czarnym charakterem (w Hogwarcie trafiła do Slytherinu). Kocha deszcz, coca-colę i Instagrama. Razem ze swoją przyjaciółką Madison prowadzi blog modowy. Aktualnie żyje w Waszyngtonie z narzeczonym, dziećmi oraz zakręconym huskym.

Dla mamy, która broni mnie przed złem

Perła zaczyna swoje życie jako śmieć – coś niechcianego, na przykład fragment skorupy albo okruch, który przypadkiem trafia do muszli małża. Aby się chronić, małż wydziela substancję tworzącą wokół drażniącego śmiecia gładką i twardą powierzchnię. Tę substancję nazywa się masą perłową. Dopóki śmieć nie wypadnie z wnętrza muszli, zwierzę będzie nieustannie otulać go masą perłową, warstwa po warstwie. Zawsze uważałam to za cudowne, że małż otacza swojego wroga czymś nie tylko pięknym, ale też cząstką siebie. Diamenty cieszą się ogromnym powodzeniem, uważane są za najcenniejsze, a perła zostaje w pewnym sensie pomijana. Jej skromne początki to coś na kształt pasożyta rosnącego w żywym organizmie i odbierającego mu jego piękno. To cwane posunięcie. Trochę jak od zera do bohatera.

1

lat 13

W Bone jest taki dom z oknem ze zbitą szybą. Dziurę ktoś zakrył gazetą, poprzyklejaną na brzegach grubymi warstwami taśmy. Siding na ścianach zwisa niczym skóra na starcu, podtrzymując dach, który wygląda, jakby dźwigał ciężar całego świata.

Mieszkam w tym domu z moją matką. W deszczu, w opresji, w pokoju ze zbitą szybą. Nazywam go pożeraczem. Ponieważ jeśli mu na to pozwolisz, pożre cię żywcem, tak jak moją matkę. Tak jak od lat próbuje pożreć mnie.

– Margo, przynieś mi myjkę.

Moje imię, po nim rozkaz.

Przynoszę. Ledwo można ją nazwać myjką. To tylko stara ścierka, wyświechtana przez lata używania, pozbawiona koloru przez wycieranie brudu. Matka odbiera ją, nie patrząc na mnie. Jej palce są ładne, paznokcie pomalowała na czarno i lakier trochę już poodpryskiwał na brzegach. Wkłada myjkę między nogi i wyciera się szorstko. Krzywię się i odwracam wzrok, dając jej odrobinę prywatności. Tylko na taką prywatność można liczyć w tym domu – odwrócenie wzroku. Zawsze kręcą się tu jacyś ludzie, głównie mężczyźni, czają się przy drzwiach i w korytarzach, a gdy tylko dasz im szansę, wyciągają do ciebie łapy. Jeśli dasz im szansę. Ja nie daję.

Matka wychodzi z wanny i sięga po ręcznik, który dla niej trzymam. Zazwyczaj dom śmierdzi pleśnią i stęchlizną, lecz przez jakąś godzinę będzie teraz pachniał solami do kąpieli.

– Margo, podaj mi szlafrok.

Moje imię, po nim rozkaz.

Nie cierpi się myć sama. Powiedziała mi kiedyś, że jej matka próbowała ją utopić w wannie, kiedy ona była jeszcze dzieckiem. Wciąż się tego boi. Czasami, w nocy, słyszę, jak kwili przez sen: „Nie, mamo. Nie”. Nie znałam babci. Po incydencie z podtopieniem moja matka została umieszczona w rodzinie zastępczej. Gdy o nim wspomina, nazywa go koszmarem. Zanim zdążyła dorosnąć i uciec systemowi, babcia umarła na rozległy zawał serca i zostawiła swojej córce tylko dom – pożeracza.

Matka patrzy na siebie w lustrze, kiedy ja rozkładam jej szlafrok – czerwony, gładki w dotyku. Do moich obowiązków należy prać go dwa razy w tygodniu. Robię to ostrożnie, bo matka nie ma nic cenniejszego. Moja matka jest piękna jak burza. Jest dzika i destruktywna, a w środku jej napadu wściekłości czujesz, że ma prawo do niszczenia nadane przez samego Boga. Jeszcze przez kilka minut obie podziwiamy jej odbicie w lustrze, szukając wad. To jej popołudniowy rytuał, który odprawia, zanim zrobi się ruch w domu. Wyciąga małe pojemniczki z kremami, które przynoszę jej z apteki, i układa je w szeregu na obtłuczonej umywalce. Macza palec w każdym po kolei i smaruje skórę wokół ust i oczu.

– Margo – mówi. Czekam na rozkaz, wstrzymując oddech. Tym razem matka patrzy na moje odbicie widoczne nieco z boku. – Nie jesteś ładna. Mogłabyś przynajmniej mieć ładną figurę. Braki na twarzy nadrabia się ciałem.

Żebym mogła je sprzedawać tak jak ty?

– Postaram się, mamo.

Poddaję się. Tego się ode mnie oczekuje.

– Margo, możesz już iść. Zostań w swoim pokoju.

Moje imię, a po nim podwójny rozkaz. Co za zaszczyt!

Wychodzę z łazienki tyłem. Nauczyłam się tak robić, by nie dostać czymś w głowę. Matka jest niebezpieczna, gdy nie łyka tabletek. A nigdy nie wiadomo, czy łyka. Czasami zakradam się do jej pokoju, żeby je przeliczyć, dzięki temu wiem, ile jeszcze czeka mnie spokojnych dni.

– Margo – woła, kiedy jestem już prawie u drzwi.

– Tak, mamo? – mówię niemal szeptem.

– Możesz dzisiaj nie jeść obiadu.

Oferuje to jak coś dobrego, choć tak naprawdę znaczenie jest inne: „Nie pozwalam ci dzisiaj jeść”.

Żaden problem. Mam własne zapasy, a poza tym w kuchni i tak nic bym nie znalazła.

Idę do pokoju, a ona zamyka za mną drzwi i wkłada klucz do kieszeni. W całym domu działa tylko zamek – ten w moich drzwiach, nie licząc frontowych. Matka założyła go kilka lat temu. Myślałam, że chce mi w ten sposób zapewnić bezpieczeństwo, ale potem odkryłam pieniądze, które chowała pod luźną klepką w podłodze. Cały jej majątek znajduje się pod moimi nogami. Nie wydaje pieniędzy na ubrania, samochody czy jedzenie. Ona je gromadzi. Podbieram trochę, żeby mieć co jeść. Matka pewnie wszystkiego się domyśla, skoro wciąż jestem żywa i do tego gruba.

Siedzę na podłodze i wysuwam pudełko spod łóżka. Wybieram mądrze, na wypadek gdyby matka nasłuchiwała pod drzwiami: banana i dwa kawałki chleba. Nie będzie hałasu, nie będzie chrupania, nie będzie śmieci. Banan jest czarny i klei się, a chleb się zestarzał, ale jedno i drugie nadal smakuje dobrze. Biorę okruchy chleba i ugniatam palcami, a potem wkładam do ust. Lubię udawać, że przyjmuję komunię świętą. Moja przyjaciółka, Destiny, niedawno miała pierwszą komunię. Powiedziała, że ksiądz kładzie płaski kawałek chleba na twoim języku, by zmienił się tam w ciało Jezusa Chrystusa. Musisz poczekać, aż ciało Chrystusa się rozpuści, i dopiero możesz połknąć, bo przecież nie wolno go ugryźć. A potem pijesz jego krew. Nic nie wiem na temat tego Chrystusa ani dlaczego musisz jeść jego ciało i pić jego krew, żeby być katolikiem, ale wolę myśleć, że jem ciało Boga niż stary chleb.

Kiedy kończę jeść obiad, do moich uszu dociera stłumione skrzypienie desek pod ciężarem czyichś stóp. Czyich? Tego wysokiego? Czy tego z siwymi, kręconymi włosami na piersiach? A może to ten, który tak głośno kaszle, że aż trzęsie się całe łóżko matki.

– To krup – mówię do zwiędniętej skórki od banana. Czytałam o krupie w jednej z książek. Tej z biblioteki, której wypożyczenie ciągle przedłużam, bo nie chcę jej oddać. Wyciągam ją z plecaka, jedząc miodową babeczkę, i patrzę na obrazki, oblizując palce. Kiedy słyszę skrzypienie łóżka w pokoju matki, jem jeszcze jedną. Dopóki mieszkam w pożeraczu, będę gruba. Dopóki pożeracz mnie pożera.

2

lat 14

Nie wiem, skąd się biorą mężczyźni. Skąd wiedzą, że mogą pojawić się przy Wessex Street 49 i zaparkować samochód w cieniu pożeracza. Skąd wiedzą, że mogą przejść te trzy popękane stopnie do drzwi frontowych i stanąć pod żarówką, która nigdy nie przestaje mrugać. Albo skąd wiedzą, że należy sięgnąć do pokrytej rdzą gałki i wejść bez pytania do środka. Może matka zna ich z poprzedniego życia. Tego życia, w którym nosiła plisowane spódnice i pończochy i każdego dnia jeździła autobusem do pracy.

Przez krótki okres w tamtych czasach chodziła też do kościoła. Gdy grała muzyka, podnosiła wysoko ręce, jakby łapała w nie boskie błogosławieństwo, i kołysała nimi w powietrzu. Uśmiechała się ze łzami w oczach, kiedy pastor mówił, że Bóg nie zapomni o nas w czarną godzinę. A kiedy nasza czarna godzina nadeszła i matka straciła pracę, wróciłam wcześniej do domu i zobaczyłam, jak mówi językami nad kuchennym zlewem, po łokcie w spienionej wodzie, zaciskając mocno oczy i składając gorączkowe modlitwy. Gdy dojrzała mnie w progu, stojącą z plecakiem na ramieniu, uśmiechnęła się przez łzy i gestem kazała mi podejść bliżej.

– Zostałyśmy zaatakowane – powiedziała, łapiąc mnie za ręce. – Musimy się bronić modlitwą przed Szatanem i zastępami demonów.

Trzymałam kurczowo jej dłonie i zaciskałam powieki tak mocno, jakby od tego zależała wartość mojej modlitwy, nasze żarliwe błagania wypełniały pożeracza swoją kakofonią. Ja wołałam bez celu, wznosiłam swoje modły coraz wyżej i wyżej, nie wierząc w powodzenie. Wolałam milczący katolicyzm Destiny, w którym jadło się czyjeś ciało jak porządne, głęboko wierzące zombie, zamiast tego hałaśliwego, roszczeniowego zachowania, które wybrała moja matka. Boże, daj mi! Daj mi! Jestem twoim dzieckiem, więc mi się należy!

Ona nie wierzy już w Boga; porzuciła go gdzieś między utratą pracy a pierwszym mężczyzną, którego zaprosiła do łóżka. Zawsze uważałam jej wiarę za nietrwałą, cienką jak papier, który przydaje się do czasu, aż go zamoczysz. Słyszałam, jak rozmawia o religii z jednym z jej gości – z tym, który zanosił się tak donośnym śmiechem, że matka, nielubiąca hałasu, ciągle go uciszała. „Jeśli istnieje Bóg – powiedziała wtedy – to moim zdaniem bardziej obraża go religia niż ateizm”.

Ja też nie wierzę w Boga; nigdy nie wierzyłam, nawet kiedy zaciskałam powieki i modliłam się w kuchni, a piana z rąk matki spływała mi po łokciach. Matka nie wie, że ta niewiara nas łączy. Wiedziałaby, gdyby zapytała, ale nigdy tego nie zrobiła. Wierzę w samotność tak dojmującą, że posiada fizyczną emanację. Wierzę w wybory – te trudne, których ludzie u władzy rzadko dokonują dobrze. Wierzę w to, że każdy czegoś potrzebuje: dotyku kobiety, towarzystwa, pieniędzy, przebaczenia. Aby zdobyć te rzeczy, ludzie są zdolni do popełnienia tylu grzechów, ile tylko trzeba. Często przyglądam się kolegom i koleżankom ze szkoły, zastanawiając się, czego oni będą potrzebować w dorosłym życiu i co poświęcą, żeby to zdobyć.

Mężczyźni przychodzą po dwóch każdej nocy. To idealnie zaplanowany taniec, w którym żadne dwa kroki nie nachodzą na siebie. Nie wiem, czy jeden zdaje sobie sprawę z istnienia drugiego, czy może każdy wierzy, że jest jedynym towarzyszem matki. Wita ich w drzwiach głosem melodyjnym i przyjacielskim, jej szlafrok z czerwonego jedwabiu faluje wokół niej jak krew. To fałszywa matka, w niczym nieprzypominająca kobiety z pustym wzrokiem, która gapi się godzinami na obdrapane drewniane klepki, wrzucając kolejne pigułki do gardła. Pyta, jak się mają, a potem prowadzi ich na górę. Rozmawiają z nią jak znajomi, jak starzy przyjaciele, którzy mówią do niej Wendy i śmieją się z jej żartów. Dopasowuję ich głosy do samochodów: chabrowe volvo z wgięciem w przednim zderzaku, żółta corvetta z dyskotekową kulą wiszącą przy lustrze, a także nasz najczęstszy gość – stary mustang, ale nie taki zdezelowany grat, tylko odrestaurowany zabytek, z jaskrawoczerwonym lakierem i tablicami na zamówienie z napisem „LWMN”. Koleś od mustanga wiecznie wbija wzrok w podłogę i nigdy nie mogę dojrzeć jego twarzy. Kiedyś zobaczyłam tył jego głowy, kiedy wychodził z sypialni matki. Był łysy, miał szerokie bary i garbił się. Zostawiał za sobą w korytarzu zapach dymu z cygara i drewna sandałowego. Raz zostawił też zegarek na szafce matki. Ciężki zegarek z symbolem korony za szkiełkiem. Zakradłam się do jej pokoju, kiedy spała, żeby mu się przyjrzeć. Zastanawiałam się, jak ktoś mógł nosić coś tak ciężkiego na nadgarstku. Jak kula u nogi. Gdzie ja to usłyszałam? Na pewno u Destiny. Gdy następnej nocy znowu chcę na niego spojrzeć, zegarka już nie ma.

Mówię o tym Destiny.

– Ten koleś od mustanga pewnie go zabrał, kiedy byłaś w szkole – odpowiada. – Wiesz, co to było, prawda? – Trzyma dłoń na biodrze, a głowę przechyla na bok, jak zawsze, gdy chce mi pokazać, że gówno wiem.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, ciągnie dalej.

– To był rolex – tłumaczy. – Pewnie oryginalny. Mój wujek nosi podróbkę. Trzeba go było zwędzić i wymienić na rower albo coś. Mogłabyś sprzedać co najmniej za stówę.

– Nie chcę roweru – mówię. Chciałabym mieć matkę.

Destiny przewraca oczami, a potem odwraca się i podchodzi do szafki, kołysząc biodrami.

– Muszę iść – oznajmiam, wstając. Zdenerwowałam się… Głupio zrobiłam, mówiąc Destiny o tamtym mężczyźnie i jego zegarku.

– Myślałam, że sobie jakiś film oglądniemy.

Siadam z powrotem. Nigdy nie odmówię filmu. A u Destiny w domu zawsze jest jakiś popcorn. Jej matka kupuje ogromne paczki, bo wie, że lubimy. Destiny mówi, że prażona kukurydza w kinie smakuje milion razy lepiej niż ta, którą robi w mikrofalówce. „A potem masz palce całe tłuste od masła”, rzuca.

W Bone nie ma ani jednego kina. Trzeba jechać autobusem dwa miasteczka dalej. Tata Destiny ciągle zabiera ją i jej braci. Ja nawet nie mam telewizora w pożeraczu, więc oglądanie filmów na kanapie w czerwone i białe paski u Destiny mi wystarcza. Włączamy Pretty Woman, ale w połowie mówię Destiny, że mnie rozbolał brzuch. Postać grana przez Julię Roberts za bardzo przypomina mi matkę – te zęby wyszczerzone w uśmiechu, ta kruchość.

Wracam do domu w deszczu, żałując, że nie wzięłam ze sobą trochę popcornu. Zanim docieram do drzwi wejściowych, moja biała koszulka jest już cała mokra. Ściągam ją przez głowę zaraz po wejściu do środka, nie zauważając, że na podjeździe stoi samochód. Ruszam do kuchni i zatrzymuję się w pół kroku. Mężczyzna stoi na schodach i patrzy na mnie. Wydaję zduszony okrzyk. Głupia, głupia, głupia. Przyciskam koszulkę do piersi, ale jest skręcona i nie potrafię jej wyprostować, żeby się przykryć. Słyszę głos matki.

– Robert…? – woła.

Kątem oka widzę jej czerwony szlafrok, biegnę do kuchni. Rzucam się do kosza na pranie, który trzymam obok pralki, i chwytam czysty T-shirt. Próbuję go właśnie włożyć przez głowę, kiedy ona wchodzi do środka.

– Co ty sobie myślałaś, do cholery?

To więcej, niż powiedziała do mnie w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.

– N-nie widziałam samochodu. Zmokłam i… – Pochylam głowę z zażenowania.

– Przyniosłaś mi wstyd – syczy spomiędzy zaciśniętych zębów. – Łazisz po moim domu i się tak obnażasz. – Mówi o moim ciele, jakby to było coś obrzydliwego. Coś, co trzeba ukrywać, a nie pokazywać.

Nie odpowiadam. Moja klatka piersiowa podnosi się i opada gwałtownie. Nienawidzę się. Matka znika tak szybko, jak się pojawiła – w płomieniach czerwonego jedwabiu i potępienia. Czuję zapach jej waniliowych perfum i zaczynam płakać.

Chcę ją z powrotem. Chcę wiedzieć, co ją tak zmieniło, żebym miała co winić. Jeśliby istniał jakiś powód, mogłabym przestać winić siebie. Przeczesuję wspomnienia, raz za razem, w poszukiwaniu korzenia – tego momentu, tego miesiąca lub dnia, kiedy matka zniknęła.

Leżę na materacu i gapię się w sufit. Na niegdyś kremowej farbie porobiły się ciemnobrązowe plamy od zacieków. W tych plamach dostrzegam lata, jakie przeżyliśmy w pożeraczu. To ślady stopniowego zaniku szczęścia. Twoje życie może znikać tak powoli, że nawet tego nie zauważasz.

Najpierw zabrakło jej wesołego chichotu, a potem uśmiechu, który był tak szeroki, że pokazywała więcej dziąseł niż zębów. Ostatnie wyblakły jej oczy – jej cudownie błyszczące oczy. Przestały patrzeć, a zaczęły gapić się w przestrzeń. W ściany, szafki, podłogi. Gapiły się na wszystko oprócz mnie. Na początku starałam się zrobić, co tylko się da, żeby znowu zaczęła mnie zauważać: zrzucałam miskę z płatkami na podłogę, tak blisko niej, że krople mleka spadały jej na stopy, albo bazgrałam markerem po swoich rękach i nogach, aż zrobiłam się taka niebieska jak smerf. Z ponurą determinacją kłamałam jej w twarz, niszczyłam jej świecidełka, przeklinałam głośno i śpiewałam znienawidzone przez nią piosenki ile sił w płucach. Moją złośliwość przyjmowała z mlecznobiałą obojętnością w oczach. Matka powoli umiera, a ja nie jestem pewna, czy zdaje sobie z tego sprawę.

Marrow

Copyright © by Tarryn Fisher 2015

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2017

Copyright © for the translation by Agnieszka Brodzik 2017

Redakcja – Marta Pustuła

Korekta – Maciej Cierniewski

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na okładce – www.kpmalinowski.pl

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2017

ISBN EPUB: 978-83-7924-786-8

ISBN MOBI: 978-83-7924-785-1

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Tempori serviendum est

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Epilog

Podziękowania i takie tam

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Bogini niewiary Ciemna strona. Mud Vein Bad Mommy. Bad Mommy. Zła Mama Mimo naszych kłamstw Margo 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie