Tekturowy samolot

Tekturowy samolot

Autorzy: Andrzej Stasiuk

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 240

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 26.87 zł

Że też wszystkiego o Los Angeles muszę dowiadywać się z trzech źródeł: z amerykańskich seriali, od Chandlera i od Bukowskiego. I mam coraz mniejszą ochotę pojechać do Ameryki, zwłaszcza do Kalifornii. Na serialowe salony mnie nie wpuszczą, czasy Chandlera przeminęły i prywatny detektyw nie jest już postromantycznym samotnikiem, a detektywów od bandziorów trudno odróżnić. A Bukowski…?

Jaki z niego Amerykanin czy – niechby tylko po matce – Niemiec?! To jest zwykły Polak, który wzorem większości Polaków postanowił zrobić karierę w Ameryce. W dodatku był cwańszy od reszty i zrobił. Późno bo późno, ale zrobił.

Fragment książki

Andrzej Stasiuk

Tekturowy samolot

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Kamil Targosz

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Copyright © by Andrzej Stasiuk, 2002

Korekta Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-441-1

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Wołowiec 2017

Wydanie IV

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

* * *

Powrót

Twarz Samuela Becketta

O dyskursach

Koniec starej śmierci

Rewolucja, czyli zagłada

O pięknoduchostwie

Krew Ludwika

O Bablu i o Rembeku

Nasza konkwista

O płonącej Ukrainie

O bohaterach

Utracone dziedzictwo

O środkowej Europie

O starości i śmierci

O graczach

Tekturowy samolot

O wypoczynku

Cień Roberta Damiensa

O zgrozie w gruzach

Ikona Marie

Hans Bellmer, czyli chirurgia cierpienia

O albumach

Według Rybczyńskiego

O istocie sztuki

Święty Graal i detektywi

O makatkach

Fantomy po przystępnej cenie

O okrucieństwie świąt

Duchowy lumpenproletariat

O Iwoniczu

W poszukiwaniu zdradzonego czasu

O wielości światów

O kartografii

Zygmunt Haupt

O sensie świata

Lunch z robakami

O śmierci bohaterów

Amerykanin w Petersburgu

W hołdzie dla Philipa Marlowe’a

Karol Bukowski, Brzeska 4

Lekcja doktora Destouches’a

O Medzilaborcach

O Hrabalu

* * *

Nie wiem, czy to wszystko się wydarzyło. Im jestem starszy, tym bardziej w to wątpię. W to, co minęło. Wstaję codziennie i powtarzam sobie: to było twoje życie, te wszystkie zdarzenia, które pozostały w przeszłości. Przyglądam się im, a one są coraz dalej, coraz wyraźniejsze i coraz bardziej obce. Na tym polega autobiografia. Na obcości, która jest nam bliska, i tyle.

Widzę na przykład siebie w grudniowy zmierzch. Mam osiem albo dziewięć lat. Siedzę w szkolnej klasie na lekcji rysunków. Palą się lampy. Za oknem wszystko jest już szarobłękitne. Pokrywam arkusz ciemnobrązową farbą, a potem za pomocą specjalnego rysika z lipowe­go drewna zdejmuję wilgotną jeszcze farbę. Próbuję w ten sposób przedstawić wzgórze i zjeżdżających narciarzy. Za tydzień zaczyna się Boże Narodzenie. Lampy świecą ciepłym, żółtym blaskiem i jest mi dobrze. Kusi mnie jednak chłodny błękit za oknem i samotna droga do domu wśród ośnieżonych czarnych drzew i zapalających się latarni. To jest moje najwyraźniejsze, najżywsze wspomnienie z dzieciństwa. Towarzyszy mu aura dziwnego smutku i jednocześnie najgłębszej radości. Nie wiem dlaczego. Mogę tylko podejrzewać, że właśnie wtedy w jakiś niewytłumaczalny, intuicyjny sposób poczułem wieloznaczność, a w każdym razie dwoistość istnienia. Po prostu pierwszy raz w życiu poczułem jednocześnie pragnienie bycia „tu” i bycia „gdzie indziej”.

Reszta była już tylko kontynuacją.

Powrót

W 1982 roku u schyłku lata wypuścili mnie z więzienia. Nic nie mogłem na to poradzić. Blady, łysy, w zimowym ubraniu szedłem w stronę miasta, które znałem ze sprzedawanych w kantynie widokówek. Świat nie przedstawiał się najlepiej. Był płaski, nierzeczywisty i zupełnie obojętny.

Zjadłem jakiś tani obiad. Jego smak niczym się nie różnił od smaku setek minionych obiadów. Wiedziony przypadkiem albo niechęcią do rzeczywistości wszedłem do księgarni. Nic nadzwyczajnego, skoro i ­przedtem, i ostatnio dużo czytałem. Niewykluczone, że była to próba powiązania nitek czasu. Patrzyłem na książki, ale nic nie przykuło mojej uwagi. W końcu trafiłem na Odmieńców. Nie miałem pojęcia, co jest w środku. Obejrzałem ilustracje. Beardsley, Święta Teresa Berniniego, Szał uniesień, de Sade Man Raya, twarz Izabelli Adjani, Max Ernst – przypadkowa mieszanina kiepskich fotografii. Lecz ten chaos zadziałał na moją wyobraźnię mocniej niż wszystko dookoła. Kupiłem książkę, by chwilę później pożałować. Pochłonęła jedną trzecią moich pieniędzy. Czas jednak płynął, nie miałem o tym pojęcia, bo ostatnio interesowały mnie tylko do domu i pięćset złotych w kieszeni. Ale to trwało ledwie mgnienie. Było ciepło, miałem dwadzieścia lat i nigdy przedtem ani potem nie odczułem tak głęboko umowności świata.

Wyszedłem za miasto. Samochody mknęły, a ja zostawałem z podniesioną ręką. Paliłem i patrzyłem na odleg­łą, poszarpaną linię horyzontu. O zmierzchu zabrała mnie ciężarówka. Dwaj mężczyźni natychmiast odgadli moją tajemnicę. Pytali o kolesi, z którymi rozmawiałem jeszcze tego ranka. Znali to więzienie lepiej niż ja. Nocą piliśmy w jakimś przydrożnym zajeździe. Gościli mnie. Sprowadzili jakieś dziwki, lecz alkohol odebrał mi świadomość. Rano pojechaliśmy na kolejo­wą stację.

Wracałem do domu po spirali. Czasami się oddalałem, zamiast przybliżać. Wybierałem powolne i puste osobowe pociągi. Zacząłem czytać Odmieńców. Odnalaz­łem zdjęcie Geneta. Wyglądał jak zamyślony zakonnik. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. Wszystko razem przypominało zdarzenie z kiepskiej powieści. Wałcz, Piła, Toruń to były nazwy jakichś mało istotnych snów. Wracałem prawie dwie doby. Nie kupowałem biletów. Kanarom pokazywałem świadectwo zwolnienia. Bez słowa dawali mi spokój. Wyglądałem jak świr, więc mog­łem być bandytą. Na stacjach piłem mocną herbatę, żeby nie zasnąć. Czytałem wywiad z Genetem, czytałem Uroczystości żałobne, czytałem rozmowę o nim, wszystkiego po parę zdań. Urwane fragmenty wirowały dookoła mojej głowy i zastygały w aureolę. Zamykałem książkę i wychodziłem na korytarz, żeby palić papierosa za papierosem i myśleć. „Przekroczenie stało się faktem” i pięć popularnych. Powinienem umrzeć od takiej ilości nikotyny. „Dlaczego Pan nie popełnił morderstwa? Pewnie dlatego, że napisałem moje książki”. I cztery carmeny. Normalny człowiek nie wytrzymuje takiej dawki. Lecz miałem dwadzieścia lat i kłamstwa, gry i metafory miały ciężar i twardość rzeczywistości, podczas gdy rzeczywistość była jedynie obrazem.

Ludzie jechali do pracy albo z niej wracali. Mijały­ mnie pociągi, miasta zostawały z tyłu razem z absurdalną treścią tablic na peronach. Tylko ja byłem nieruchomy, może nawet się cofałem. Spirala podróży była zarazem sprężyną, ciągnęła mnie wstecz. Rano byłem­ w Kutnie. Pod srebrnym niebem świtu stały żółto-­-­nie­bieskie­ pociągi, a w śmieciarskich ogródkach peryferii kwitły złote i czerwone kwiaty zwiastujące jesień. Wszystko było dekoracją ustawioną na moje przyjście. „Niewykluczone, że jestem czarnuchem, który ma białą czy różową skórę”. Tak mogłem sobie powiedzieć, wkraczając od nowa w fantasmagorię rzeczywistości.

W południe dojechałem do Warszawy. Słońce paliło łysą czaszkę. W wysztafirowanym tłumie na Marszałkowskiej czułem się jak szmaciarz i jak król. Gdy się ma dwadzieścia lat, pogarda ma słodki i ekstatyczny smak.

Odmieńcy z Genetem wpadli w próżnię mojego umysłu w momencie idealnym, w chwili, gdy pytania były gotowe na przyjęcie odpowiedzi. Wszystkie rzeczy istotne rozgrywają się na krawędzi dobrego smaku, dotykają nieprawdopodobieństwa i blagi. Tragedia albo groteska (częściej pomieszanie tych dwu rzeczy) sprawiają, że dostrzegamy istnienie własnej biografii jako czegoś odrębnego od nas samych.

Nie czytam już Geneta, nie powracam do niego. To, o czym wspomina w wywiadzie, dotyczy nie tylko antro­pologii, dotyka też literatury: „to, o czym Pan mówił przed chwilą, to obrzędy przekraczania. Trzeba zdradzić szczep po to, aby móc zostać przyjętym znowu, trzeba pić mocz, aby rzeczywiście go już więcej nie pić”. Transgresja jest przedsięwzięciem jednorazowym. Naznacza nas i wyzwala, ale jej powtórzenie byłoby utratą wolności. Podobnie jest z literaturą, która zamiast opisem Tajemnicy zajmuje się jej wiwisekcją. Jest fascynująca, lecz oferuje nam poznanie, poza którym nie ma już nic.

Twarz Samuela Becketta

Jeżeli czytanie książek jest grą wyobraźni, to najgorszą z możliwych rzeczy są wetknięte między zadrukowane strony ilustracje. Atos, Portos i Aramis już na zawsze pozostaną lalusiami o różowych twarzach, manekinami na wystawie sklepu z koronkami i galanterią dla transwestytów – takie obrazki miało moje pierwsze wydanie Trzech muszkieterów. Gdy się ma dwanaście lat, mężczyźni powinni być silni, a kobiety piękne, i prawda epoki guzik ma do tego.

Wierzę głęboko, że między pisarzem i jego dziełem zachodzi psychosomatyczny związek. Jedyną dopuszczalną formą ilustracji książek powinny być serie zdjęć ich autorów. Nie komentarze, nie usprawiedliwienia i przedmowy, nie przeprosiny posłowia, ale cykle przypadkowych, banalnych ujęć, pokazujących twarze, dłonie i sylwetki. Żadnych idiotycznych półek z książkami, w tle tylko szarość, czerń albo biel – kolory obojętne i bezlitosne. Być może oszczędziłoby to nam wielu rozczarowań po powrotach z księgarni.

Oczywiście, to też tylko gra wyobraźni i nic więcej. Albo aż tyle. Bo czy może być coś bardziej fascynującego niż oglądanie przedmiotu, który zrodził myśl?

Niewykluczone, że powodzenie komiksu oparte jest w znacznym stopniu na nieco pornograficznym chwycie: oto oglądamy ludzką, konkretną twarz i jednocześnie w komiksowym dymku możemy odczytać jej, twarzy, najskrytsze myśli i pragnienia. Jest to rozkosz dostępna jedynie bogom.

Twarz Samuela Becketta na fotografiach robionych pod koniec jego życia przypomina minerał. Zupełnie tak, jakby cel wreszcie został osiągnięty. Wszystkie słowa zbadane, użyte, odłożone na bok; pozostało nieme trwanie. Po paplaninie Vladimira i Estragona nie ma śladu, nie ma też oczekiwania – tego ostatniego i najrozpaczliwszego z ludzkich atrybutów. Okazało się, jak wszystko inne, iluzją, przez którą trzeba przejść, by zamilknąć ostatecznie. W dramacie mowa jest zawsze funkcją czasu – skraca oczekiwanie. Jeżeli milkniemy, to tym samym oddajemy się wieczności.

Mogę sobie wyobrazić, jak po twarzy Samuela Becketta spływają krople deszczu, lecz nigdy nie przychodzi mi do głowy myśl, że mógłby on podnieść dłoń i zetrzeć wilgoć z zapadniętych policzków albo przesłonić ręką oczy przed słońcem. Fizjonomie starych wieśniaków są podobne. Przypominają plastyczne lustra, w których zastygło odbicie ziemi: bezwładne, monotonne i nieskończone. Ani słota, ani upał, ani zmienność właściwa młodości, głupocie i nadziei nie mają do nich dostępu.

Samuel Beckett się zmniejsza. Na zdjęciach z młodości jest przystojnym, zaczesanym do góry mężczyzną o pociągłej twarzy. Na jednym przypomina nawet kapitana Klossa. Ma tylko bystrzejsze spojrzenie. Na pewno podobał się kobietom, chociażby córce Joyce’a.

Z biegiem lat jego ciało się kurczy. Nic nie tracąc ze szlachetności homo erectus, coraz bardziej skupia­ się wokół swojej pionowej osi. Zupełnie tak, jakby szkielet miał magnetyczną władzę nad skórą i mięśniami, przyciągał je, nie odbierając im kształtu ani zewnętrznej harmonii. Pomiędzy kośćmi a zewnętrznym światem pozostało niezbędne dla ochrony życia minimum. Żadnego tłuszczu, żadnej próżnej, rozdętej urody ludzkiego samca. Można by rzec, że staje się idealnym hieroglifem człowieczeństwa albo pisarskim znakiem. On, badacz śmierci za życia, upodabnia się do przedmiotu własnych studiów, by u schyłku lat osiągnąć w tym mimetyzmie doskonałość czaszki obciągniętej skórą. To jest próg Beckettowskiego poznania, próg możliwości.

Właściwie, gdyby nie okulary, można by tę twarz wziąć za rzeźbę, za symboliczne przedstawienie ludzkiego losu, którego istotą jest permanentna utrata tego, co ludzka indywidualność usiłuje zgromadzić, przechować i zaoszczędzić. Paradoksalne i znamienne jest to, że obfitość przeżyć, doświadczeń, mądrości i rzeczy staje się udziałem ludzi starych. Osiągają to wszystko w chwili, gdy jedyną perspektywą jest strata.

Samuel Beckett przechytrzył los. Pozwolił, by zamieszkał w jego dziełach tak samo jak w jego ciele. Ruchliwość i wielomówność jego wczesnych kreacji: Molloya, Watta, fatalistyczna clownada Vladimira i Estragona, zastygający świat Hamma i Clova, wszystko to zmierza nieuchronnie ku granicy wyznaczonej przez Nie ja, gdzie postacie znikają, pozostawiając po sobie tylko mowę, i dalej, po Oddech, w którym znika wszystko. Coraz krótsze teksty, coraz chudszy autor.

Fotografia na okładce polskiego wydania Watta pocho­dzi z okresu o wiele późniejszego niż ten, w którym książka została napisana. Lecz trudno o przedstawienie bardziej wyraziste, bardziej konkretne, a zarazem symboliczne. Na pierwszym planie On, w ciemnych spodniach i w swetrze z jasnej surowej wełny. Postać jest chuda, lekko pochylona, ale bardzo „wertykalna”. Trzy przedmioty wyznaczają napięcie kompozycji: okulary, plastikowy kubeczek z odrobiną jakiegoś płynu trzymany w prawej ręce i książka, albo raczej brulion z notatkami zwisający w lewej dłoni. Autor znajduje się prawdo­podobnie na scenie podczas próby jednej ze swoich sztuk. Granica jasności i mroku jest bardzo wyraźna, przebiega za plecami pisarza na wysokości jego kolan. I nic więcej. Okulary, żeby patrzeć, papier, żeby pisać, plastikowy kubek, żeby żyć. Z tyłu rozdzielone światło i mrok. Początek albo koniec.

O dyskursach

No więc znowu jestem w Antałku. Siadam tyłem do sali i patrzę w okno, przez które widać ścianę sąsiedniego domu i skrawek ulicy. Minęła jedenasta i jak zwykle gra telewizor. Kilkunastu mężczyzn popija piasta albo strzelca. Nie widzę ich, tylko słyszę. Rozmowy mieszają się z głosami z telewizora i w pewnym momencie nie potrafię rozróżnić, co przychodzi ze świata, a co powstaje na miejscu, w piwiarni. To dlatego, że Antałek urządzony jest bardzo ascetycznie i pogłos hula wśród ścian, odbierając dźwiękom ich indywidualne brzmienia. W końcu z trudem rozpoznaję telewizyjną rozmowę o gospodarce i ekonomii stopioną w jedno z pogwarkami bezrobotnych albo dorabiających tu i tam facetów. Czynniki wzrostu, wskaźniki recesji, prognozy zakładające minimalizację inflacji, no i, kurde, jeszcze mnie nie wypłacił po pięćdziesiąt za dniówkę z jedzeniem, taka jego mać, tydzień w rowie przy łopacie, i to wiąże się z przebudową struktury zatrudnienia we wszystkich sektorach gospodarki, a ja chyba pojadę na Warszawę, tam też cudów nie ma, więcej weźmiesz, więcej stracisz, ale zawsze człowiek się przewietrzy, obniżenie stopy oprocentowania to oczywiście wzrost inwestycyjny, mnie tam został jeszcze miesiąc i idę na kuroniówkę, niby racja, ale i tak zawsze najlepsza jest renta, renty ci nikt nie odbierze, z drugiej strony jednak może się to przyczynić do nadmiernego wzrostu wydatków konsumpcyjnych, no właśnie: bab nie przepierdolisz, roboty nie przerobisz. W końcu barman pstryknął pilotem i nareszcie zaczęła się porządna strzelanina, która zagłuszyła wszystko.

Koniec starej śmierci

Żeby się zabawić,

trzeba kogoś zabić.

(z piosenki więziennej)

Bardzo ciekawą i ponurą rzeczą jest obserwacja tego, jak pewne wyrafinowane konstrukcje intelektualne oblekają się w ciało. Najpierw krążą bezforemnie gdzieś w powietrzu, potem nawiedzają subtelne bądź nieco opętane umysły, dręczą je bezsennością, wchodzą w nie, by wyjść w postaci książek, pomysłów albo kompletnych systemów. Przez jakiś czas trwają jako dyskutowane w salonach idee, tematy konwersacji przy kawiarnianych stolikach, a na koniec banalizują się i nieco spłaszczają między okładkami szkolnych podręczników. Czas przesuwa je do tyłu, do muzeum ludzkich ekstrawagancji, a życie toczy się swoim nieekstrawaganckim, codziennym torem. Pamiętają o nich nieliczni, tak jak nieliczni byli świadkami ich narodzin. Wydawałoby się, że na powrót przepadły w niebycie.

Ale one tylko krążą w powietrzu, tkwią gdzieś w przestrzeni jak przetrwalne formy owadów i któregoś dnia po prostu się wcielają najzupełniej dosłownie, i wtedy dowiadujemy się o tym z gazet.

Konstanty A. Jeleński w eseju o Hansie Bellmerze pisał, że do eksploracji ludzkiego ciała potrzeba było niegdyś pretekstu. Najpierw był to pretekst naukowy, pozwalający studiować anatomię dzięki sekcji zwłok, potem artystyczny, który mniej więcej od czasów surrealizmu z deformacji ludzkiego ciała uczynił powszechną praktykę. Wiek dwudziesty poszerzył jeszcze pole eksperymentu o dziedzinę polityki, w której masowa dezintegracja „ludzkich przedmiotów” stała się podstawowym narzędziem działania. Jednak we wszystkich tych przypadkach możemy odnaleźć chociażby ślad pragmatyki, artystycznej czy – jak w ostatnim – obłąkanej.

Morderstwa dokonywane przez dzieci, przez ludzi bardzo młodych mają cechy eksperymentu. Jedni dokonują radykalnego doświadczenia na sobie: wychodzą w noc, żeby sprawdzić, czy potrafią zabić. Inni robią to w dzień i być może nie przychodzi im nawet do głowy mord jako taki, tylko gwałtowna odmiana rzeczy­wistości: sprawić jednym gestem, by „coś raptem zaczęło się dziać”, za pomocą elementarnego, prostego ruchu zakwestionować porządek codzienności, „zaszaleć”.

Oczywiście, żaden z nich nie słyszał o Raskolnikowie, Wierchowieńskim, Lafcadiu, nie czytał Camusa, ale realizują gest, który sto i kilkadziesiąt lat temu stanowił oś teoretycznych rozważań duchowej elity. Projekt surrealistycznego aktu – wyjścia i strzelania na oślep do tłumu – zostaje zrealizowany najzupełniej banalnie: bejsbolowy kij, szyjka zbitej butelki – rzeczywistość na nic się nie przekłada, pozostaje rzeczywistością. Oglądamy transgresję zdegradowaną, transgresję w wersji pop.

W dzieciństwie wielkie wrażenie zrobił na mnie film O dwóch takich, co ukradli księżyc. Pamiętam jego chłodną, sztuczną aurę. Jacek i Placek ruszają na kraj świata, by dokonać bohaterskiego i zarazem przeklętego czynu. Noszą krótkie spodenki i naruszają odwieczny porządek świata. Pamiętam, że ich – niemożliwy przecież – gest budził we mnie fascynację i strach. Podziwiałem ich obojętność i egoizm, ponieważ czułem, że zmierzają w stronę czegoś absolutnie zakazanego, w stronę Tajemnicy.

W hipotetycznym współczesnym filmie pod tytułem O dwóch takich, co zabili punktem zwrotnym, punktem granicznym dla wyobraźni, byłaby jedynie rozlana ludzka krew, zniszczenie ludzkiej cielesnej powłoki. Nie wydaje mi się, aby najlepszy (i w miarę uczciwy) reżyser potrafił z tego zrobić coś więcej niż poruszający paradokument: zainteresowania bohaterów byłyby całkowicie antropocentryczne, a ewentualna refleksja widza musiałaby dotyczyć krańcowej humanizacji kultury. Po obejrzeniu tego filmu czasy, w których pasje poznawcze zaspokajane były za pomocą much, żab i kotów, wydałyby się nam jakimś nowym fin de siècle’em, epoką parowych maszyn i automobili.

Bardzo ciekawym i przygnębiającym zajęciem jest czytanie codziennych gazet. Zostawiły one daleko w tyle literaturę, realizując jej fikcyjne pomysły z paranoiczną i pedantyczną dokładnością. W pewnym sensie są szlachetniejsze od fabuł literackich. Nie próbują się podobać, nie próbują się wdzięczyć wyrafinowaną, tchórzliwą formą. Weźmy chociażby Mechaniczną pomarańczę Anthony’ego Burgessa.

A potem jakąkolwiek gazetę z marca 1998 roku. Jest noc, grupka młodych ludzi siedzi przy ognisku w Lasku Młocińskim. Nie robią niczego szczególnego. Zabawa dogasa. Nadjeżdżają dwa byle jakie auta, z których wysiadają mniej więcej ich rówieśnicy i rozpoczynają masakrę. Nie znali się wcześniej. Najprawdopodobniej nigdy się nie spotkali. Napastnicy porywają do samochodu chłopaka. Wiozą go przez most na drugą stronę Wisły, spory i ryzykowny kawałek drogi. Potem torturują w mieszkaniu w bloku na Bródnie. Znam tę ulicę. Trudno wyobrazić sobie bardziej banalne w swej beznadziejności miejsce. Gdy jest już po wszystkim, wywożą ciało nad Kanał Żerański. Po drodze mijają rzeźnię, magazyny, baraki, garaże, przemysłowe peryferie. Zakopują zwłoki w „małym lasku nad kanałem”. Ten mały lasek to są krzaki wyrosłe na wysypiskach. Kawałek dalej jest wielka cementownia. Wszystko pokrywa szary kurz. Obok przez stalowy most biegną kolejowe tory.

Cała ta historia przesycona jest brakiem sensu. Tak ją postrzega wpadający w przerażenie umysł: tylko wyjęcie jej z jakiegokolwiek kontekstu sprawia, że możemy ją w ogóle znieść. Jeden z podejrzanych pracował w zakładzie produkującym zeszyty. Na miejsce, gdzie wszystko się rozpoczęło, przyjechali starym fiatem. Jako pamiątkę pozostawili kawałek bejsbolowego kija. Ubrani byli w dresy i adidasy. Postacie, scenografia i kostiumy wykonane są z tego samego materiału, co najbardziej szara codzienność. Próbują jednak odegrać dramat, w którym zakwestionowana zostaje ontologiczna podstawa bytu, próbują odegrać kuriozalną, kukiełkową odmianę teomachii. Wedle praw prawdopodobieństwa i statystyki są wcieleniem przeciętności. Można się założyć, że w normalnych warunkach ich towarzystwo byłoby po prostu nudne albo odpychające. A jednocześnie dokonują karkołomnego, wydawałoby się, odwrócenia, dzięki któremu ktoś drugi zostaje całkowicie uprzedmiotowiony, sprowadzony do roli rzeczy, fragmentu rzeczywistości. Morderstwo popełnione na ludzkiej osobie jest w tym wypadku całkowicie bezosobowe, losowe i przypadkowe, a jednocześnie konsekwentne i dogłębne aż po najdalsze granice okrucieństwa. Jest po prostu „eksperymentalne” – jeśli można użyć takiego określenia.

Czym jest śmierć? Czym jest ta dziwna chwila, gdy ciało przestaje się poruszać i nie poruszy się już nigdy? Wciskamy klawisz „stop”, gasimy światło, jeszcze tylko łazienka i można iść spać. Od mniej więcej roku spędzam dużo czasu przed wideo. Są chwile, gdy bardziej niż sam film interesuje mnie idea tego sprytnego mechanizmu, który pozwala w jednej chwili przywoływać i unicestwiać światy i osoby. W nocy, gdy wszyscy już śpią, puszczam sobie jakiś szybki amerykański albo trochę wolniejszy europejski film i nie potrafię się skupić, bo nawiedza mnie wizja nieskończonej ilości kaset wideo, setek i tysięcy półek na całym świecie. Stoją na nich miliony gotowych historii. Poruszają się w nich ludzie i wykonują mniej lub bardziej codzienne gesty, ale wszyscy mają twarze podobne do naszych, a ich postacie mimo mniej lub bardziej fantazyjnych strojów przypominają sylwetki widziane na ulicach.

Niewykluczone, że istnienie nie jest czymś niewyczerpywalnym i gdy powołujemy do życia swoje tysięczne sobowtóry, sami stopniowo stajemy się coraz bardziej martwi i pozbawieni znaczenia. To paradoksalne, że wraz z gwałtownym wzrostem liczby ludzi na świecie zrodziły się jednocześnie techniki nieograniczonej multiplikacji bytów. Nasza egzystencja przestaje być w ten sposób czymś niepowtarzalnym. Niewykluczone, że nigdy nie była i brakowało nam tylko odpowiednich narzędzi do dokonania odkrycia. W końcu jest tak, że jak nigdy dotąd jesteśmy otoczeni odbiciami, fikcjami, które niepokojąco nas przypominają. Gra z bliźnim została zamieniona w grę z wytworami cudzego i własnego umysłu.

Gdy wyobrazimy sobie minione epoki, ich potoczny, codzienny wizerunek, powinna nas uderzyć znikoma ilość przyrządów podwajających istnienie. Okna były niewielkie i wykonane z kiepskiego matowego szkła. Lustra należały do rzeczy zbytkownych. Po zmierzchu zapadały ciemności, rozpraszane tu i ówdzie nędznym światłem. Jeśli w czymś się przeglądaliśmy, to były to najczęściej oczy drugiego człowieka albo zmienna i kapryśna tafla wody. Przedstawienia rzeczywistości dotyczyły raczej rzeczywistości nadprzyrodzonej, mitologicznej, i nawet gdy dotykały codzienności, nie miały za cel jej powielania, ale przemianę. Fikcja właściwie nie istniała, ponieważ nawet najbardziej iluzoryczne czy wyrafinowane wytwory umysłu pośredniczyły jedynie między boską albo demoniczną dziedziną a światem.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kroniki beskidzkie i światowe Zima Przez rzekę Tekturowy samolot Osiołkiem Fado 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość