Dwór mgieł i furii

Dwór mgieł i furii

Autorzy: Sarah Maas

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 656

Cena książki papierowej: 45.00 zł

cena od: 23.40 zł

Między światłem a ciemnością.

Nowa, jeszcze mroczniejsza i bardziej zmysłowa odsłona bestsellerowej serii "Dwór cierni i róż".

Po tym, jak ocaliła Prythian, Feyrę czeka długie i szczęśliwe życie u boku ukochanego Tamlina. Do czasu, gdy o spłatę długu nie upomni się najniebezpieczniejszy z fae – Rhysand, Książę Dworu Nocy. Feyra wie, że nie powinna mu ufać, ale jego informacje wyjaśniają wiele podejrzanych zachowań Tamlina. Tymczasem nad Prythian nadciąga widmo kolejnej wojny, a Feyra znowu może okazać się jego jedyną nadzieją. O ile zawierzy właściwej osobie.

Sarah J. Maas

DWÓR MGIEŁ I FURII

przełożył Jakub Radzimiński

Tytuł oryginału: A Court Of Mist And Fury

Copyright © Sarah J. Maas 2016

This translation of A Court Of Mist And Fury is published by Grupa Wydawnicza Foksal by arrangement with Bloomsbury Publishing Plc.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVII

Copyright © for the Polish translation by Jakub Radzimiński, MMXVII

Wydanie I

Warszawa MMXVII

Spis treści

Dedykacja

Mapa

***

Część pierwsza. Dom bestii Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Część druga. Dom wiatru Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Część trzecia. Dom mgieł Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 60

Rozdział 61

Rozdział 62

Rozdział 63

Rozdział 64

Rozdział 65

Rozdział 66

Rozdział 67

Rozdział 68. Rhysand

Rozdział 69. Feyra

Podziękowania

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Josha i Annie – mojego Dworu Snów

***

Może zawsze byłam rozbita, może moje wnętrze zawsze było mroczne.

Może ktoś urodzony w jedności z samym sobą, ktoś z natury dobry, odłożyłby ten jesionowy sztylet i przyjął śmierć zamiast tego, co teraz czekało mnie.

Wszędzie dokoła widziałam krew.

Z trudem utrzymywałam sztylet w śliskiej od krwi drżącej dłoni. Gdy bezwładne ciało fae wysokiego rodu stygło na marmurowej posadzce, ja rozpadałam się na coraz mniejsze kawałki.

Nie mogłam wypuścić ostrza z ręki, nie mogłam ruszyć się z miejsca, uciec od jego wzroku.

– Dobrze – zamruczała rozparta na tronie Amarantha. – Jeszcze raz.

Czekał na mnie kolejny jesionowy sztylet, przede mną klęczała kolejna ofiara. Kobieta.

Wiedziałam, co powie. Znałam słowa modlitwy, którą żarliwie wyszepcze.

Wiedziałam, że ją zamorduję, tak jak zamordowałam przed chwilą tego młodzieńca.

Aby ich wszystkich uwolnić, aby wyzwolić Tamlina – zrobię to.

Byłam morderczynią niewinnych – i zbawczynią Prythianu.

– Jak tylko będziesz gotowa, słodka Feyro – szydziła Amarantha. Jej rude włosy lśniły równie jasno jak krew plamiąca moje dłonie. Plamiąca marmur.

Morderczyni. Rzeźniczka. Potwór. Kłamca. Oszustka.

Nie wiedziałam, kogo właściwie mam na myśli. Granica między mną a królową już dawno uległa zatarciu.

Rozchyliłam palce zaciśnięte dotąd na rękojeści i sztylet upadł ze stukiem na posadzkę, rozbryzgując kałużę krwi. Kilka kropli upadło na moje znoszone buty – pozostałość śmiertelnego życia pozostawionego tak daleko za plecami, że równie dobrze mogło być tylko jednym z majaków wywołanych gorączką trawiącą mnie przez długie tygodnie.

Zwróciłam się twarzą do kobiety oczekującej na śmierć. Worek wciąż zakrywał jej głowę; smukłe ciało zastygło w wyczekiwaniu. Była gotowa na koniec, który miałam na nią sprowadzić; gotowa zostać złożona w ofierze.

Sięgnęłam po drugi jesionowy sztylet spoczywający na czarnej aksamitnej poduszce. W zetknięciu z ciepłymi, wilgotnymi palcami jego rękojeść wydawała się lodowato zimna. Strażnicy zerwali kaptur z głowy kobiety.

Znałam twarz, która uniosła się ku mnie.

Znałam te szaroniebieskie oczy, te złociście brązowe włosy, te pełne usta i te wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Znałam te uszy, które teraz były lekko spiczaste; te kończyny, które zyskały na smukłości i zatętniły nową siłą. Wszystkie ludzkie niedoskonałości wygładzone i zatarte subtelną poświatą nieśmiertelności.

Znałam tę pustkę, tę rozpacz, to zepsucie, które wyzierały z oczu.

Dłoń mi nie zadrżała, gdy przyszykowałam się do zadania ciosu.

Gdy chwyciłam drobnokościste ramię i spojrzałam wprost w znienawidzoną twarz – moją twarz.

Wbiłam jesionowy sztylet wprost w me wyczekujące serce.

Część pierwsza

Dom bestii

Rozdział 1

Zwymiotowałam do ustępu, ściskając kurczowo jego chłodne brzegi, starając się narobić jak najmniej hałasu.

Księżycowa poświata sączyła się do przestronnej, wyłożonej marmurem komnaty łaziebnej. Tylko miesiąc oświetlał moją skuloną sylwetkę, targaną kolejnymi cichymi spazmami nudności.

Tamlin nawet się nie poruszył, gdy obudziłam się z koszmaru. A kiedy nie zdołałam odróżnić mroku panującego w sypialni od nieskończonej nocy lochów Amaranthy, kiedy zalewający mnie zimny pot zdał mi się krwią zamordowanych przeze mnie fae, rzuciłam się w stronę ustępu.

Tkwiłam tak już kwadrans w oczekiwaniu, aż nudności zelżeją, aż targające mną wstrząsy rozproszą się i zanikną niczym kręgi na tafli wody.

Dysząc ciężko, zbierałam się w sobie nad miską i liczyłam kolejne oddechy.

To tylko koszmar. Jeden z wielu, które mnie prześladowały w te dni, we śnie i na jawie.

Od wydarzeń pod Górą minęły już trzy miesiące. Trzy miesiące przystosowywania się do nieśmiertelnego ciała, do świata próbującego posklejać się z powrotem w całość z kawałków pozostałych po działaniach Amaranthy.

Skoncentrowałam się na oddychaniu – wdech przez nos, wydech przez usta. I jeszcze raz, i jeszcze.

Kiedy uznałam, że nie grożą mi już kolejne torsje, odsunęłam się od miski ustępowej, ale nie odpełzłam daleko. Tylko do sąsiedniej ściany, koło pękniętego okna, przez które mogłam wyjrzeć na nocne niebo, przy którym chłodny wiatr mógł pieścić moją lepką od potu twarz. Oparłam głowę o kamień i przycisnęłam dłonie do chłodnych marmurowych płyt posadzki. Prawdziwej.

Wszystko wokół było prawdziwe. Przeżyłam. Udało mi się.

Chyba że to był tylko sen – kolejne wywołane gorączką majaki w lochach Amaranthy. Lada chwila obudzę się w swojej celi i…

Przyciągnęłam kolana do piersi. Prawdziwe. Prawdziwe.

Szeptałam to słowo raz po raz.

Szeptałam je, aż mogłam przestać kurczowo przyciągać do siebie nogi i unieść głowę. Ból przeszył moje dłonie…

Nawet nie zauważyłam, kiedy zacisnęłam je w pięści tak mocno, że paznokcie zaczęły przebijać skórę.

Siła nieśmiertelnych – bardziej przekleństwo niż dar. Przez trzy dni po powrocie tutaj zgniatałam i wyginałam każdy element zastawy i każdy sztuciec, jakiego dotknęłam. Notorycznie potykałam się nieprzyzwyczajona do dłuższych i zwinniejszych nóg; w końcu Alis nakazała usunąć z moich komnat wszystkie cenne przedmioty (najbardziej gderała, kiedy przewróciłam stolik z osiemsetletnim wazonem). Strzaskałam też nie jedne, nie dwoje, ale pięcioro szklanych drzwi, niechcący zbyt zamaszyście je zamykając.

Westchnęłam przez nos i rozprostowałam palce.

Prawą dłoń miałam zwykłą, gładką. Perfekcja fae.

Obróciłam lewą dłoń. Zawijasy ciemnego atramentu pokrywające palce, nadgarstek i przedramię aż do łokcia zdawały się wchłaniać mrok z całego pomieszczenia. Oko umieszczone na środku dłoni sprawiało wrażenie, jakby mnie nieustannie obserwowało. Spokojne i przebiegłe, jak u kota. Jego pionowa źrenica była zauważalnie szersza niż w ciągu dnia. Tak jakby dostosowywała się do oświetlenia, jak w normalnym oku.

Skrzywiłam się gniewnie w jego stronę.

W stronę kogokolwiek, kto mnie obserwował przez ten tatuaż.

Przez trzy miesiące mojej bytności tutaj Rhys w żaden sposób się ze mną nie skontaktował. Nie odezwał się nawet słowem. Nie śmiałam zapytać Tamlina, Luciena czy kogokolwiek innego; obawiałam się, że mogłabym w ten sposób przywołać księcia Dworu Nocy, w jakiś sposób przypomnieć mu o tym nieprzemyślanym targu, którego dobiłam z nim pod Górą. Tydzień z nim z każdego miesiąca w zamian za ocalenie mnie od śmierci.

Ale nawet jeśli Rhys w jakiś cudowny sposób o tym zapomniał, ja nie potrafiłam. Ani Tamlin, ani Lucien, ani ktokolwiek inny. Nie w sytuacji, gdy moją rękę pokrywał ten tatuaż.

Nawet jeśli Rhys na sam koniec… nawet jeśli właściwie nie okazał się moim wrogiem.

Wrogiem Tamlina – owszem. Każdego innego dworu – zgadza się. Tak niewielu zdołało przekroczyć granice Dworu Nocy i powrócić. Na dobrą sprawę nikt nie wiedział, co się znajduje na północnych krańcach Prythianu.

Góry, ciemność, gwiazdy i śmierć.

Ale podczas ostatniej rozmowy z Rhysandem kilka godzin po śmierci Amaranthy nie czułam, żeby był moim wrogiem. Nikomu nie mówiłam o tym spotkaniu, o tym, co mi powiedział, ani o tym, co ja mu wyznałam.

„Ciesz się swoim ludzkim sercem, Feyro. Żałuj tych, którzy nie czują już nic”.

Zwinęłam palce w pięść, zasłaniając oko, zasłaniając tatuaż. Dźwignęłam się na nogi, spłukałam ustęp i poczłapałam w stronę umywalki, aby wypłukać usta i umyć twarz.

Chciałam nic nie czuć.

Pragnęłam, żeby moje ludzkie serce zostało przemienione razem z resztą mojego ciała, żeby zastygło w nieśmiertelnym marmurze. Chciałam pozbyć się tego poszarpanego strzępka czerni, który sączył we mnie swój jad.

Tamlin nie obudził się, gdy ostrożnie wróciłam do ciemnej sypialni. Spojrzałam na jego nagie ciało rozpostarte na pościeli. Przez chwilę jedynie podziwiałam imponujące mięśnie na jego plecach, tak cudownie podkreślone światłem księżyca; jego złociste włosy, rozwichrzone snem i moimi palcami, które w nie wplatałam, gdy wcześniej się kochaliśmy.

To dla niego to zrobiłam, to dla niego ochoczo obróciłam siebie i swoją nieśmiertelną duszę w ruinę.

A teraz miałam wieczność, aby z tym żyć.

Ruszyłam w stronę łóżka. Każdy kolejny krok sprawiał mi coraz większą trudność. Pościel była już chłodna i sucha. Wślizgnęłam się w nią, zwinęłam w kłębek i przylgnęłam plecami do Tamlina. Oddychał głęboko i miarowo. Ale dzięki moim nieśmiertelnym uszom… czasem mi się zdawało, że słyszałam krótką przerwę w oddechu, tylko na jedno uderzenie serca. Nigdy nie zdobyłam się na odwagę, aby spytać, czy nie śpi.

Ani razu się nie obudził, gdy koszmary wyrywały mnie ze snu; gdy noc za nocą wykrztuszałam swoje wnętrzności do ustępu. Nawet jeśli wiedział albo coś usłyszał, nigdy nie wspomniał o tym ani słowem.

Wiedziałam, że podobne sny spędzają mu sen z powiek równie często, jak ja uciekałam przed swoimi. Za pierwszym razem zbudziłam się i próbowałam z nim o tym pomówić. On jednak strząsnął z ramienia moją dłoń; zauważyłam, że skórę miał bardzo lepką. Potem przemienił się w bestię złożoną z futra, pazurów, rogów i kłów. Resztę nocy spędził przyczajony w nogach łóżka, czujnie obserwując drzwi i okna.

Od tamtego czasu spędził w ten sposób wiele nocy.

Zwinęłam się jeszcze ciaśniej w kłębek i naciągnęłam mocniej koc, aby jego ciepło przegnało chłód nocy. To była nasza niewypowiedziana umowa – nie pozwolić Amarancie wygrać poprzez przyznanie, że wciąż nas dręczyła we śnie i na jawie.

Zresztą łatwiej było nic nie wyjaśniać. Nie wspominać, że choć uwolniłam jego, jego lud i cały Prythian od Amaranthy… sama rozpadłam się na kawałki.

Chyba całej wieczności nie wystarczy, aby mnie posklejać z powrotem.

Rozdział 2

Chcę jechać.

– Nie.

Skrzyżowałam ramiona, wytatuowaną dłoń wsuwając pod prawą pachę, i rozstawiłam stopy nieco szerzej na klepisku stajni.

– Minęły już trzy miesiące. Nic się nie wydarzyło, a do wioski nie ma nawet pięciu mil…

– Nie.

Promienie porannego słońca wpadały przez otwarte wrota stajni i rozjaśniały złociste włosy Tamlina, który właśnie kończył zapinać na piersi sprzączki pasa ze sztyletami. Jego twarz – zawadiacko przystojna, kropla w kroplę taka, jaką widywałam w snach przez te długie miesiące, kiedy nosił maskę – przybrała zacięty wyraz, a mocno zaciśnięte usta tworzyły cienką linię.

Siedzący na jabłkowitym koniu, otoczony trójką konnych strażników fae, Lucien w milczeniu pokręcił ostrzegawczo głową i zwęził źrenicę metalowego oka. Zdawał się mówić: „Nie naciskaj go”.

Ale gdy Tamlin ruszył w stronę swojego już osiodłanego karego ogiera, zazgrzytałam zębami i pobiegłam za nim.

– W wiosce potrzebują każdej pomocy.

– A my wciąż tropimy bestie Amaranthy – odparł, jednym płynnym ruchem dosiadając konia. Czasem zastanawiałam się, czy konie nie służyły wyłącznie zachowaniu pozorów ucywilizowania, normalności. Dzięki nim mógł udawać, że nie potrafi biegać szybciej od nich i nie żyje jedną nogą zawsze w lesie. Gdy ogier ruszył stępa, zielone oczy Tamlina przypominały odłamki lodu. – Nie mam tylu strażników, żeby posłać kilku z tobą.

Chwyciłam uzdę.

– Nie potrzebuję ich eskorty. – Zacisnęłam mocniej dłoń na skórzanym pasie i zmusiłam konia do zatrzymania. Promienie słońca zalśniły na zdobiącym mój palec złotym pierścieniu z osadzonym w nim kwadratowym szmaragdem.

Już dwa miesiące minęły od oświadczyn Tamlina; dwa miesiące wypełnione żmudnymi ustaleniami dotyczącymi wyboru kwiatów, strojów, potraw i rozsadzenia gości. Tydzień temu zdołałam trochę odsapnąć dzięki uroczystościom z okazji przesilenia zimowego, chociaż oznaczało to tylko tyle, że zamiast koronek i jedwabi musiałam wybierać wieńce i girlandy z gałęzi zimozielonych drzewek. Ale przynajmniej dało mi to oddech od planowania wesela.

Trzy dni ucztowania, picia i wręczania sobie nawzajem drobnych upominków, z kulminacją w postaci długiej i raczej odpychającej ceremonii na szczycie wzgórza w najdłuższą noc roku, która miała zapewnić pomyślne przejście ze starego roku do nowego, podczas gdy słońce umierało i rodziło się na nowo. Czy coś takiego. Świętowanie przesilenia zimowego w miejscu, w którym panowała wieczna wiosna, nie wprowadziło mnie niestety w świąteczny nastrój.

Nie słuchałam zbyt uważnie wyjaśnień dotyczących pochodzenia tego zwyczaju – same fae nie mogły się zgodzić, czy wywodzi się on z Dworu Zimy czy Dworu Dnia. Obecnie oba uważały przesilenie za swoje najważniejsze święto. Właściwie wiedziałam tylko tyle, że będę musiała wytrzymać dwie ceremonie: jedną o zachodzie słońca, rozpoczynającą niemającą końca noc wręczania prezentów, tańca i opijania śmierci starego słońca, a potem drugą o poranku, z zamglonymi oczami i obolałymi stopami, aby powitać nowo narodzone słońce.

Celowo nie wspomniałam komukolwiek, że moje urodziny przypadały właśnie na najdłuższą noc roku. Wystarczyło, że musiałam stać przed zebranymi dworzanami i pomniejszymi fae, podczas gdy Tamlin wznosił liczne toasty i wygłaszał mowy pochwalne. Podarków też dostałam dość – a zapewne jeszcze wiele, wiele więcej dostanę w dniu ślubu. Nie potrzebowałam tak wielu rzeczy.

Teraz już tylko dwa tygodnie dzieliły mnie od naszej ceremonii. Jeśli nie wydostanę się z rezydencji, jeśli nie spędzę dnia na robieniu czegokolwiek innego niż wydawanie pieniędzy Tamlina i przyjmowanie uniżonych hołdów…

– Proszę cię. Odbudowa posuwa się tak powoli. Mogłabym polować dla mieszkańców wioski, zdobyć dla nich jedzenie…

– To nie jest bezpieczne – wszedł mi w słowo Tamlin, ponownie zmuszając swojego konia do chodu. Sierść ogiera lśniła niczym ciemne lustro, nawet w cieniu stajni. – Zwłaszcza dla ciebie.

Powtarzał to za każdym razem, kiedy się o to sprzeczaliśmy. Raz po raz błagałam go, żeby pozwolił mi udać się do pobliskiej wioski fae wysokiego rodu, aby pomóc im w odbudowie tego, co Amarantha spaliła lata temu.

Wyszłam w ślad za nim poza stajnie. Dzień był jasny, niebo – bezchmurne. Trawa porastająca pobliskie pagórki falowała na lekkim wietrze.

– Oni chcą wrócić do swoich domów, chcą mieć gdzie zamieszkać…

– Oni postrzegają cię jako błogosławieństwo. Jesteś dla nich ostoją. Gdyby coś ci się stało… – Urwał i zatrzymał się na skraju ubitej ścieżki prowadzącej do wschodniej kniei. Lucien czekał kawałek dalej. – Odbudowywanie czegokolwiek nie ma sensu, jeśli stwory Amaranthy miałyby ponownie napaść te ziemie i wszystko zniszczyć.

– Czary ochronne działają…

– Zanim zostały naprawione, trochę się prześlizgnęło; choćby wczoraj Lucien dorwał piątkę nag.

Obróciłam gwałtownie twarz w stronę Luciena, który się skrzywił pod moim spojrzeniem. Nie powiedział mi o tym podczas wczorajszej kolacji. Skłamał, kiedy zapytałam, czemu utyka. Zmroziło mnie. Nie tylko mnie okłamał, ale… Nagi... Czasem śniłam o ich krwi tryskającej na mnie, gdy ginęły od moich ciosów; o ich wężowych twarzach, gdy próbowały mnie wypatroszyć w leśnej głuszy.

– Nie będę mógł zrobić tego, co do mnie należy, jeśli będę się cały czas martwił o twoje bezpieczeństwo – powiedział łagodnie Tamlin.

– Ależ nic mi nie grozi. – Jako fae wysokiego rodu, z obecną siłą i szybkością, miałabym duże szanse uciec w razie kłopotów.

– Proszę, błagam, zrób to dla mnie – podjął Tamlin, gładząc dłonią potężną szyję swojego ogiera, który zarżał ze zniecierpliwieniem. Pozostali ruszyli już przed siebie lekkim kłusem. Pierwszy ze strażników miał lada chwila wjechać między drzewa. Tamlin wskazał brodą alabastrową rezydencję za moimi plecami. – Jestem pewien, że w domu znajdziesz mnóstwo zajęć, przy których mogłabyś pomóc. Albo możesz coś namalować. Wypróbuj te nowe farby, które ci dałem na przesilenie.

W domu nie czekało na mnie nic poza planowaniem wesela, ponieważ Alis nie zgodziła się, abym choćby ruszyła palcem przy innych pracach. Nie zrobiła tego z uwagi na to, kim byłam dla Tamlina, kim miałam się dla niego stać, ale… ze względu na to, co zrobiłam dla niej, dla jej siostrzeńców i dla całego Prythianu. Cała służba zachowywała się w ten sposób. Niektórzy wciąż łkali z wdzięcznością, gdy mijali mnie w korytarzach. Jeśli zaś chodziło o malowanie…

– Niech ci będzie – wyszeptałam. Zmusiłam się do spojrzenia mu w oczy i przywołania uśmiechu na twarz. – Uważaj na siebie – powiedziałam szczerze. Na samą myśl o nim ruszającym w las, polującym na potwory, które niegdyś służyły Amarancie…

– Kocham cię – powiedział cicho Tamlin.

Kiwnęłam głową i wymamrotałam te same słowa, podczas gdy on pokłusował do wciąż czekającego Luciena. Brwi Tamlinowego posła były lekko zmarszczone. Nie patrzyłam za nimi, kiedy odjeżdżali.

Wracałam nieśpiesznie przez labirynt żywopłotów w ogrodach, wsłuchując się w radosny świergot wiosennych ptaków i chrzęst żwiru pod moimi cienkimi trzewikami.

Nienawidziłam jasnych sukien, które stały się moim codziennym ubiorem, ale nie miałam serca, żeby to powiedzieć Tamlinowi – nie w sytuacji, kiedy kupił mi ich tak wiele; nie kiedy wyglądał na tak szczęśliwego, gdy tylko mnie w nich widział. Poza tym miał rację: w dniu, w którym włożyłabym swoje spodnie i tuniki, kiedy obwiesiłabym się bronią niczym biżuterią, posłałabym w kraj wyraźne przesłanie. Nosiłam więc suknie i pozwalałam Alis układać mi włosy. Skoro miało to przynieść mieszkańcom tych ziem trochę spokoju i pociechy…

Tamlin przynajmniej nie oponował, kiedy na zdobionym drogimi kamieniami pasku nosiłam przy sobie sztylet. Oba otrzymałam od Luciena – sztylet wiele miesięcy temu, przed konfrontacją z Amaranthą, a pasek w pierwszych tygodniach po jej upadku, kiedy nie rozstawałam się z bronią. „Jeśli zamierzasz się zbroić aż po zęby, możesz przynajmniej wyglądać gustownie” − powiedział mi wtedy.

Ale jeśli nawet spokój panowałby przez całe sto lat, wątpiłam, czy zdołałabym się obudzić któregoś ranka i nie zabrać ze sobą noża.

Sto lat.

Tyle czasu miałam przed sobą… Czekały mnie całe wieki życia. Całe wieki z Tamlinem, całe wieki w tym pięknym, cichym miejscu. Może kiedyś w końcu poradzę sobie sama ze sobą. A może nie.

Przystanęłam przed schodami prowadzącymi do porośniętego pnącymi różami i bluszczem domu i spojrzałam w prawo – w stronę zadbanego różanego ogrodu w stylu dworskim i dalej, w stronę widniejących za nim okien.

Od powrotu weszłam do tamtej komnaty – mojego dawnego studia malarskiego – tylko raz, ale wyszłam po kilku chwilach i już nigdy więcej tam nie wróciłam. Wszystkie te obrazy, wszystkie pędzle i farby, wszystkie puste płótna tylko czekające, aż przeleję na nie swoje opowieści, uczucia i marzenia… Nienawidziłam ich. Przestałam katalogować barwy i badać faktury, przestałam zwracać na nie uwagę. Ledwo potrafiłam znieść widok obrazów wiszących na korytarzach rezydencji.

Z otwartych drzwi domu dobiegł mnie słodki kobiecy głos, raz za razem powtarzający szczebiotliwie moje imię. Na jego dźwięk dręczące mnie przygnębienie nieco zelżało.

Iantha. Wysoka kapłanka, a także szlachcianka fae i przyjaciółka Tamlina z dzieciństwa, która zaoferowała swoją pomoc w przygotowywaniu wesela.

I która postanowiła wielbić mnie i Tamlina, tak jakbyśmy byli nowo narodzonymi bóstwami, wybranymi i pobłogosławionymi przez sam Kocioł.

Nie narzekałam jednak – Iantha znała wszystkich na dworze i poza nim. Towarzyszyła mi dyskretnie podczas oficjalnych okazji i posiłków, szepcząc mi do ucha informacje o wszystkich zebranych. To głównie dzięki niej przetrwałam radosny młyn zimowego przesilenia. To ona prowadziła wszystkie ceremonie, a ja bardzo chętnie pozwalałam jej wybierać wieńce i girlandy do udekorowania rezydencji i jej otoczenia czy rodzaj zastawy do podania poszczególnych posiłków. Poza tym… chociaż Tamlin płacił za moje ubrania, to oko Ianthy je wybierało.

To ona dodawała ducha i nadziei okolicznym mieszkańcom, wskazana ręką Bogini, wybrana, aby wyprowadzić fae z rozpaczy i mroku.

Nie miałam żadnych podstaw, by wątpić w jej dobre zamiary. Ani razu mnie nie zawiodła, a ja w żadnym razie nie chciałam powrotu dni, kiedy ona była zajęta sprawami świątyni – pielgrzymami i akolitkami. Ale dzisiaj… Tak, spędzenie czasu z Ianthą było lepsze od alternatywy.

Uniosłam zwiewną spódnicę jasnoróżowej sukni i wspięłam się po marmurowych schodach prowadzących do rezydencji.

„Następnym razem” − obiecałam sobie. Następnym razem przekonam Tamlina, aby pozwolił mi udać się do wioski.

***

– Nie możemy pozwolić, żeby ona siedziała obok niego. Rozerwaliby się nawzajem na strzępy i poplamiliby krwią obrus. – Iantha zmarszczyła brwi częściowo przesłonięte jasnym, błękitnoszarym kapturem, zniekształcając zdobiący czoło tatuaż przedstawiający księżyc w różnych fazach. Wykreśliła z planu rozmieszczenia gości imię, które przed chwilą tam wpisała.

Dzień się ocieplił, a powietrze w komnacie zrobiło się nieco duszne, czemu nie potrafił zaradzić nawet lekki wiatr wpadający przez otwarte okna. Iantha jednak nie zdejmowała swych grubych szat.

Wszystkie wysokie kapłanki nosiły obszerne szaty z licznymi fałdami kunsztownie ułożonego materiału, przy czym zdecydowanie nie wyglądały w nich na stateczne matrony. Smukła talia Ianthy była wyraźnie podkreślona eleganckim pasem inkrustowanym błękitnymi kryształami oprawionymi w srebro. Na kapturze nosiła pasujący do pasa diadem – delikatną srebrną opaskę z osadzonym na środku dużym kamieniem. Za diadem założony był woal, który mogła opuszczać na oczy, kiedy potrzebowała zmówić modlitwę, prosić Kocioł i Matkę o wstawiennictwo lub zwyczajnie coś przemyśleć.

Kiedyś Iantha zademonstrowała, jak wygląda z opuszczonym welonem: widać było tylko nos i pełne zmysłowe usta. Głos Kotła. W moim odczuciu sprawiało to niepokojące wrażenie, tak jakby przesłonięcie ledwie górnej połowy twarzy nagle przemieniało bystrą i sprytną kobietę w jakąś kukłę, w coś całkowicie innego. Na szczęście przez większość czasu nosiła welon zatknięty za diadem. Czasem nawet całkiem zdejmowała kaptur, pozwalając słońcu bawić się w jej długich, łagodnie falujących złocistych włosach.

Srebrne pierścienie zalśniły na zadbanych palcach kapłanki, gdy zanotowała inne imię.

– To jest jak gra – wyjaśniła i wypuściła powietrze zadartym nosem. – Wszystkie te figury żądne potęgi lub władzy, gotowe rozlać krew, jeśli zajdzie taka potrzeba. Musi ci być trudno się w tym wszystkim odnaleźć.

Zbytek i elegancja nie wyeliminowały jej brutalności. Fae wysokiego rodu w niczym nie przypominali chichoczących możnych z krain śmiertelników. O, nie! Jeśli się waśnili, zawsze kończyło się to rozerwaniem kogoś na krwawe strzępy. Dosłownie.

Kiedyś drżałam na samą myśl o oddychaniu tym samym powietrzem co oni.

Poruszyłam kilkakrotnie palcami dłoni, rozciągając i ściągając linie tatuażu.

Teraz mogłam walczyć razem z nimi i przeciwko nim. Nie żebym próbowała.

Zbyt dobrze mnie pilnowano – obserwowano, osądzano. Dlaczego narzeczona księcia miałaby uczyć się walczyć, skoro powrócił pokój? Taki właśnie argument przedstawiła Iantha, gdy popełniłam błąd i wspomniałam o tym przy kolacji. Tamlin przynajmniej potrafił dostrzec obie strony medalu: nauczyłabym się sama siebie bronić… ale rozeszłyby się plotki.

– Ludzie nie są wiele lepsi – powiedziałam w końcu, ponieważ Iantha była chyba jedyną z moich nowych towarzyszek, która nie sprawiała wrażenia oszołomionej lub wystraszonej moją obecnością.

Iantha przechyliła głowę na bok. Błękitny kamień nad brzegiem kaptura zalśnił w słońcu.

– Czy twoja śmiertelna rodzina przybędzie?

– Nie. – Nie myślałam o zapraszaniu ich. Nie chciałam ich narażać na styczność z Prythianem. Ani z tym, czym się stałam.

Postukała długim smukłym palcem w stół.

– Ale przecież mieszkają tak blisko muru, prawda? Jeśli ich obecność byłaby dla ciebie ważna, moglibyśmy z Tamlinem zagwarantować im bezpieczną podróż. – W tym długim czasie, który spędzałyśmy razem, zdążyłam opowiedzieć jej o wiosce, o domu, w którym teraz mieszkały moje siostry, o Isaaku Hale’u i Tomasie Mandrayu. Nie potrafiłam się zmusić do wspomnienia o Klarze Beddor ani o tym, jaki los spotkał jej rodzinę.

– Moja siostra Nesta sama poradziłaby sobie z trudami podróży – powiedziałam, starając się odgonić wspomnienie tamtej ludzkiej dziewczyny i tego, co jej zrobiono – ale nienawidzi waszej rasy.

– Naszej rasy – poprawiła mnie cicho Iantha. – Już o tym mówiłyśmy.

Kiwnęłam tylko głową. Ona jednak kontynuowała:

– Jesteśmy rasą starą i przebiegłą, lubimy używać słów jak ostrzy czy pazurów. Każde słowo opuszczające twoje usta, każde użyte sformułowanie zostanie osądzone i prawdopodobnie użyte przeciwko tobie. – Po chwili dodała, jakby chcąc złagodzić ostrzeżenie: – Strzeż się, moja pani.

Pani. Bezsensowny zwrot. Nikt nie wiedział, jak się właściwie do mnie zwracać. Nie urodziłam się jako fae wysokiego rodu.

Zostałam uczyniona fae; wskrzeszona i obdarowana nowym ciałem przez siedmiu książąt Prythianu. Z tego, co wiedziałam, nie byłam uważana za towarzyszkę Tamlina. Nie łączyła nas więź godowa – jeszcze nie.

Prawdę mówiąc… Prawdę mówiąc, Iantha – z jej jasnozłotymi włosami, morskimi oczami, eleganckimi rysami i smukłym ciałem – zdecydowanie bardziej wyglądała na towarzyszkę Tamlina. Kogoś równego jemu. Formalny związek między nią a Tamlinem – księciem i wysoką kapłanką – posłałby w świat wyraźny przekaz, stanowiłby demonstrację siły mającą odstraszyć wszelkie potencjalne zagrożenia dla naszych ziem. Dałby też Iancie władzę, do której bez wątpienia dążyła.

Wśród fae wysokiego rodu kapłanki nadzorowały przebieg ceremonii i rytuałów, spisywały historię i podania, a także doradzały swoim suwerenom w sprawach ważkich i błahych. Ani razu nie widziałam, aby parała się magią. Gdy spytałam o to Luciena, zmarszczył brwi i wyjaśnił, że ich magia pochodzi z ceremonii i gdyby kapłanki chciały, mogłyby być śmiertelnie groźne. Obserwowałam ją podczas przesilenia zimowego, wypatrując oznak magii. Uważnie przypatrywałam się temu, jak się ustawia, tak aby wschodzące słońce znalazło się między jej ramionami, ale ani powietrze nie zafalowało, ani nie poczułam żadnego wezbrania mocy. Ani od niej, ani od strony ziemi.

Nie wiedziałam, czego tak właściwie oczekiwałam od Ianthy – jednej z dwunastu wysokich kapłanek, które wspólnie sprawowały nadzór nad swoimi siostrami rozproszonymi po całym Prythianie. Kiedy Tamlin zakomunikował, że jego dawna znajoma wkrótce wprowadzi się do sypiącego się ze starości kompleksu świątynnego na naszych ziemiach i przywróci mu dawną chwałę, spodziewałam się osoby bardzo starej, spokojnej i żyjącej w czystości, zwłaszcza że nasłuchałam się opowieści powtarzanych szeptem przez śmiertelników. Ale gdy następnego ranka Iantha wparowała do rezydencji, wszystkie moje wyobrażenia prysły. Zwłaszcza to o życiu w czystości.

Kapłanki mogły brać sobie mężów, rodzić dzieci i romansować do woli. Kiedyś powiedziała mi, że stłumienie instynktów, tej przyrodzonej kobiecej magii przywoływania na świat nowego życia, stanowiłoby zbezczeszczenie daru płodności, jaki otrzymała od Kotła.

Tak więc podczas gdy siedmiu książąt władało Prythianem ze swoich tronów, dwanaście wysokich kapłanek panowało z ołtarzy, a ich dzieci cieszyły się wpływami i szacunkiem równymi potomkom najmożniejszych. Iantha jednak − najmłodsza wysoka kapłanka od trzech stuleci − wciąż była niezamężna, bezdzietna i chętna „cieszyć się najprzedniejszymi mężczyznami całej krainy”.

Często zastanawiałam się, jak to jest być tak wolną i jednocześnie tak wewnętrznie zrównoważoną.

Gdy dłuższy czas nie odpowiadałam na jej łagodne upomnienie, zapytała:

– Zastanawiałaś się może nad kolorem róż? Białe? Różowe? Żółte? Czerwone…

– Nie czerwone.

Nienawidziłam tego koloru. Bardziej niż czegokolwiek innego. Włosy Amaranthy, cała przelana krew, pręgi na zmaltretowanym ciele Klary Beddor, przyszpilonym do ściany pod Górą…

– Herbaciane mogą wyglądać ładnie przy całej tej zieleni… Ale może bardziej pasują do Dworu Jesieni. – Ponownie zaczęła stukać palcem o stół.

– Jakiekolwiek chcesz. – Powinnam szczerze przyznać, że Iantha była dla mnie podporą. Ale ona zdawała się chętnie wchodzić w tę rolę i dbać o różne rzeczy, kiedy ja nie mogłam się na to zdobyć.

Ale teraz uniosła lekko brwi.

Chociaż była wysoką kapłanką, uciekła wraz z rodziną i uniknęła wszystkich okropieństw, jakie miały miejsce pod Górą. Jej ojciec, jeden z największych sprzymierzeńców Tamlina na Dworze Wiosny, głównodowodzący jego wojska, przeczuł zbliżające się kłopoty i spakował Ianthę, jej matkę oraz dwie młodsze siostry, po czym wysłał je do Vallahanu, jednej z niezliczonych krain fae. Przez pięćdziesiąt lat żyły na obcym dworze, czekając cierpliwie, podczas gdy ich pobratymcy byli mordowani i niewoleni.

Ani razu nie wspomniała o tamtych czasach. Wiedziałam, że lepiej nie pytać.

– Każdy detal związany z przyjęciem weselnym jest istotny, wysyła komunikat nie tylko do wszystkich w Prythianie, ale też do całego świata poza nim – powiedziała. Zdusiłam westchnięcie. Wiedziałam o tym; już mi to wyjaśniała. – Wiem, że niezbyt ci się podoba suknia…

Eufemizm. Nienawidziłam tego tiulowego okropieństwa, które wybrała. Tamlin podzielał moją opinię – kiedy pokazałam mu się w sukni w swojej komnacie, śmiał się aż do rozpuku. Zapewnił mnie jednak, że choć strój wygląda absurdalnie, to kapłanka wiedziała, co robi. Miałam ochotę protestować. Byłam wściekła, że chociaż zgadza się ze mną, to jednak staje po jej stronie, ale… kosztowałoby mnie to więcej wysiłku, niż to było warte.

– …ale przekazuje właściwy komunikat – ciągnęła Iantha. – Spędziłam dość czasu na różnych dworach, aby wiedzieć, na jakiej zasadzie funkcjonują. Zaufaj mi.

– Ufam ci – odparłam i machnięciem dłoni wskazałam rozłożone przed nami papiery. – Ty znasz się na tym wszystkim. Ja nie.

Zadzwoniły srebrne ozdoby na przegubach Ianthy, tak bardzo przypominające bransoletki noszone przez Dzieci Błogosławionych po drugiej stronie muru. Czasem zastanawiałam się, czy ci głupi ludzie podkradli pomysł wysokim kapłankom Prythianu, czy też to kapłanki takie jak Iantha rozpowszechniły wśród nich ten bezsensowny zwyczaj.

– Dla mnie to też jest ważna chwila – powiedziała ostrożnie Iantha i poprawiła diadem na kapturze. Oczy barwy morza spotkały moje spojrzenie. – Jesteśmy do siebie takie podobne: młode, niedoświadczone wśród tych… wilków. Jestem wdzięczna tobie… i Tamlinowi, że pozwolicie mi poprowadzić ceremonię, że zaprosiliście mnie na swój dwór, że mogę być jego częścią. Pozostałe wysokie kapłanki nie poważają mnie i wzajemnie, ale… – Pokręciła głową. Skraje kaptura zafalowały. – Razem – wymamrotała cicho – nasza trójka może wiele zdziałać. Czwórka, jeśli liczyć Luciena. – Parsknęła. – Nie żeby miał szczególną ochotę się ze mną zadawać.

Ciekawe...

Częstokroć znajdowała sposoby, aby go spotkać, znaleźć się obok niego na ucztach, dotknąć jego łokcia lub ramienia. Ale on ją całkowicie ignorował. W zeszłym tygodniu zapytałam go w końcu, czy ona próbuje z nim flirtować. Lucien spojrzał tylko na mnie, warknął cicho i oddalił się bez słowa. Uznałam to za potwierdzenie swoich domysłów.

Jej związek z Lucienem byłby niemal równie pożądany jak z samym Tamlinem: prawa ręka księcia i syn innego księcia… Ich dzieci miałyby bardzo silną pozycję, byłyby niezmiernie dobrymi partiami.

– Wiesz… jemu jest ciężko, jeśli chodzi o kobiety – rzuciłam od niechcenia.

– Był z wieloma od śmierci swojej kochanki.

– Może w twoim przypadku jest inaczej. Może to znaczy, że nie jest gotowy na… – Wzruszyłam ramionami, szukając właściwych słów. – Może to z tego powodu trzyma się na dystans.

Rozważyła moje słowa, a ja modliłam się w duchu, żeby uwierzyła w zakamuflowane kłamstwo. Iantha była ambitna, mądra, piękna i śmiała, ale nie sądziłam, aby Lucien jej wybaczył. Czy mógłby jej kiedykolwiek wybaczyć ucieczkę przed Amaranthą? Czasem nawet się zastanawiałam, czy mój przyjaciel byłby zdolny wyrwać jej z tego powodu gardło.

W końcu skinęła głową.

– A czy chociaż cieszysz się na wesele?

Obróciłam na palcu pierścionek ze szmaragdem.

– To będzie najszczęśliwszy dzień mojego życia.

W dniu, w którym Tamlin mi się oświadczył, zdecydowanie tak właśnie się czułam. Płakałam z radości, odpowiadając „tak, tak, po tysiąckroć tak”. A potem kochaliśmy się na łące pełnej polnych kwiatów, na którą mnie zaprowadził na tę okazję.

Iantha pokiwała głową.

– Wasz związek cieszy się błogosławieństwem Kotła. Dowodzi tego choćby to, że przeżyłaś okropieństwa, jakie cię spotkały pod Górą.

Dostrzegłam jej ukradkowe spojrzenie na moją lewą rękę, na tatuaż.

Przemogłam się, by nie schować dłoni pod stołem.

Tatuaż na jej czole został wykonany ciemnogranatowym tuszem przywodzącym na myśl nocne niebo, ale w jakiś sposób mimo to pasował do niej, podkreślał styl jej kobiecych strojów, współgrał z jasnosrebrną biżuterią. Zupełnie inaczej niż mój rysunek – elegancki, lecz brutalny.

– Moglibyśmy zorganizować dla ciebie rękawiczki – rzuciła lekko.

To by posłało w świat kolejny komunikat; może dotarłby aż do osoby, o której istnieniu tak usilnie próbowałam zapomnieć.

– Zastanowię się nad tym – odparłam z bladym uśmiechem.

Tylko tyle mogłam zrobić, aby powstrzymać się przed ucieczką, zanim wybije pełna godzina i Iantha oddali się do swojej osobistej komnaty modlitewnej, którą Tamlin kazał wyszykować dla niej zaraz po jej powrocie, aby złożyć Kotłowi dzięki za oswobodzenie krainy, moje zwycięstwo i swoje dalsze panowanie nad tymi ziemiami.

Czasem zastanawiałam się, czy może powinnam ją poprosić o modlitwę również w mojej intencji.

Żebym któregoś dnia nauczyła się kochać te suknie, przyjęcia i moją rolę ślicznej oblewającej się rumieńcem panny młodej.

***

Leżałam już w łóżku, gdy Tamlin wszedł do mojej komnaty − cicho niczym jeleń przemierzający las. Uniosłam głowę i odruchowo sięgnęłam po sztylet, który zawsze trzymałam na stoliku nocnym, ale po chwili rozluźniłam się na widok szerokich ramion, błysku światła świec na opalonej skórze i gry cieni na jego twarzy.

– Nie śpisz? – zapytał cicho. W jego głosie wyczułam zdziwienie. Od kolacji nie wychodził ze swojego gabinetu, gdzie przekopywał się przez stosy dokumentów rzuconych na biurko przez Luciena.

– Nie mogłam zasnąć – odparłam.

Przyglądałam się grze mięśni pod skórą, gdy zmierzał do komnaty łaziebnej. Już godzinę czekałam na nadejście snu, ale za każdym razem, gdy zamykałam oczy, ciało mi sztywniało, a ściany komnaty zdawały się na mnie napierać. Nawet otworzyłam na oścież okna, ale… Szykowała się długa noc.

Oparłam się o poduszki i nasłuchiwałam odgłosów jego metodycznego i sprawnego szykowania się do snu. Wciąż korzystał z oddzielnych komnat; uznał, że powinnam mieć jakieś miejsce dla siebie samej.

Ale i tak spał tu każdej nocy. Jeszcze ani razu nie zawitałam do jego łóżka. Zastanawiałam się, czy w noc poślubną to się zmieni. Modliłam się w duchu, żebym znowu nie obudziła się w środku nocy i nie zwymiotowała na pościel, nie rozpoznając otoczenia; nie wiedząc, czy otaczająca mnie ciemność jest trwała, czy przejściowa.

Może dlatego jeszcze nie poruszał tej sprawy.

Opuścił komnatę łaziebną, po czym zrzucił z siebie tunikę i koszulę. Uniosłam się na łokciach, aby mu się przyjrzeć, gdy zatrzymał się na chwilę tuż obok łóżka.

Moja uwaga momentalnie skupiła się na silnych zwinnych palcach zajętych rozwiązywaniem troczków przy spodniach.

Tamlin zawarczał cicho i aprobująco. Nogawki i bielizna opadły na podłogę, odsłaniając jego potężne ciało w całej okazałości. Zaschło mi w ustach; przesunęłam wzrokiem w górę, po mięśniach brzucha, po muskularnej piersi aż do…

– Chodź tu – warknął tak ostro, że ledwo można było rozróżnić poszczególne słowa.

Odrzuciłam koce i odsłoniłam moje już nagie ciało. Syknął głośno.

Jego twarz przybrała dziki wyraz, gdy przyglądał się, jak pełznę w poprzek łóżka i unoszę się na kolanach tuż przed nim. Ujęłam jego twarz w dłonie – jego złota skóra objęta w ramy palców barwy kości słoniowej i wijącej się czerni – i pocałowałam go.

Przez cały czas trwania pocałunku spoglądał mi prosto w oczy, nawet gdy przysunęłam się bliżej, powstrzymując cichy okrzyk, kiedy otarłam się o niego brzuchem.

Przesunął szorstkie dłonie z moich bioder na talię, po czym chwycił mnie pewnie i opuścił głowę, pogłębiając pocałunek. Jedno muśnięcie jego języka na moich wargach wystarczyło, abym otworzyła się na niego w pełni, a on skorzystał z zaproszenia i zawłaszczył mnie, naznaczył jako swoją.

Jęknęłam i odchyliłam głowę do tyłu, aby ułatwić mu zadanie. Dłonie obejmujące mnie w talii drgnęły, po czym jedna zsunęła się na mój pośladek, a druga wpełzła między nas.

Ta… ta chwila, kiedy byliśmy tylko on i ja, kiedy między naszymi ciałami nie było nic innego…

Przesunął językiem po moim podniebieniu, jednocześnie przesuwając palcem od obojczyków w dół. Nabrałam gwałtownie powietrza i wygięłam plecy z rozkoszy.

– Feyra – powiedział, nie odrywając ust od moich warg. Wymówił moje imię, jakby było modlitwą bardziej podniosłą od dowolnej spośród tych, jakie Iantha zanosiła do Kotła w ciemny poranek przesilenia.

Ponownie poruszył językiem w moich ustach, jednocześnie wsuwając we mnie palec. Poruszyłam biodrami, domagając się więcej, pragnąc go całego. Jego warkot zawibrował w mojej piersi; dołączył drugi palec.

Napierałam na niego rytmicznie. Błyskawice mknęły moimi żyłami, cała moja uwaga skupiała się na jego palcach, jego ustach, jego ciele przyciśniętym do mojego. Naparł dłonią na kłębek nerwów u zbiegu moich ud. Wyjęczałam jego imię i rozpadłam się na kawałki.

Odrzuciłam głowę do tyłu, łykając łapczywie chłodne nocne powietrze, a on opuścił mnie na łóżko – łagodnie, delikatnie i czule.

Przesunął się nade mnie i opuścił usta do mojej piersi. Wystarczyło jedno ściśnięcie sutka zębami, aby moje paznokcie zaczęły orać jego plecy, aby moje nogi objęły jego biodra i przyciągnęły go do mnie. Tego… potrzebowałam.

Zawahał się. Ramiona, na których się wspierał, zadrżały.

– Proszę – wyszeptałam.

Musnął ustami moją szczękę, szyję, moje usta.

– Tamlinie – błagałam. Przesunął dłonią po mojej piersi, trącając kciukiem sutek. Krzyknęłam, a on wtedy wszedł we mnie potężnym pchnięciem.

Przez chwilę byłam niczym, nikim.

Potem zlaliśmy się w jedno: dwa serca biły jednym rytmem i przysięgłam sobie, że już zawsze tak będzie. Tamlin wysunął się o kilka cali, mięśnie na jego grzbiecie napięły się pod moimi dłońmi, po czym wtargnął z powrotem głęboko we mnie. I jeszcze raz, i jeszcze.

Pękałam i kruszyłam się o niego, gdy tak poruszaliśmy się wspólnym rytmem, gdy mruczał moje imię i zapewniał o miłości. A gdy błyskawice ponownie wypełniły moje żyły, moją głowę, gdy wydyszałam jego imię, on również znalazł spełnienie. Ściskałam go mocno, podczas gdy jego ciałem wstrząsały kolejne potężne fale, rozkoszując się jego ciężarem, dotykiem jego skóry, jego siłą.

Przez parę chwil w komnacie słychać było jedynie nasze chrapliwe oddechy.

Gdy ostatecznie wysunął się ze mnie, zmarszczyłam brwi; ale on nie wstał: wyciągnął się na boku, wsparł głowę o dłoń zwiniętą w pięść i kreślił palcem kręgi na moim brzuchu i na piersiach.

– Przepraszam za wcześniej – wymruczał.

– Nie gniewam się – wyszeptałam. – Rozumiem.

Nie było to kłamstwo, ale też nie do końca prawda.

Przesunął palec niżej i począł nim krążyć wokół mojego pępka.

– Jesteś… jesteś dla mnie wszystkim – powiedział głosem pełnym napięcia. – Chcę… Chcę, żebyś była bezpieczna. Muszę mieć pewność, że nie mogą cię dostać, że nie mogą cię już skrzywdzić.

– Wiem. – Przesunął dłoń niżej. Przełknęłam z trudem ślinę i powtórzyłam: – Wiem. – Odsunęłam mu włosy z twarzy. – Ale co z tobą? Kto będzie dbał o twoje bezpieczeństwo?

Jego twarz stężała. Odkąd odzyskał swoją moc, nie potrzebował nikogo, by go chronił. Niemal widziałam jeżącą się niewidzialną sierść – nie na mnie, ale na samą myśl o tym, czym był zaledwie kilka miesięcy temu: zdany na łaskę i niełaskę Amaranthy, z mocą stanowiącą ledwie leniwy strumyk w porównaniu z grzmiącym teraz w nim wodospadem. Odetchnął głęboko, aby się uspokoić, nachylił się i pocałował mnie tuż nad sercem, równo między piersiami. To mi wystarczyło za odpowiedź.

– Wkrótce – wymruczał i przesunął dłoń na moją talię. Niemal jęknęłam. – Wkrótce będziesz moją żoną i wszystko będzie w porządku. Wszystko to zostawimy za sobą.

Wygięłam plecy i zepchnęłam jego dłoń niżej. Zachichotał szorstko. Niemal nie słyszałam własnych słów, tak byłam skoncentrowana na palcach, które posłuchały mojego niewypowiedzianego polecenia.

– Jak będą mnie wtedy wszyscy nazywali? – Nachylił się, ocierając się o mój pępek, i zassał czubek jednej z piersi do ust.

– Hmm? – zapytał, a wibracje jego głosu na moim sutku przeszyły mnie silnym dreszczem.

– Czy wszyscy będą na mnie mówić „żona Tamlina”? Czy dostanę jakiś… tytuł?

Uniósł głowę, żeby na mnie spojrzeć.

– Chcesz otrzymać tytuł?

Zanim zdołałam odpowiedzieć, uszczypnął mnie w pierś, po czym polizał podrażnione miejsce i nie przestawał lizać, gdy w końcu wsunął palce między moje nogi. Poruszał nimi leniwie, kreśląc niewypowiedzianą obietnicę.

– Nie – wydyszałam. – Ale nie chcę, żeby inni… – Niech mnie w Kotle ugotują, te cholerne palce… – Nie wiem, czy zniosę nazywanie mnie księżną.

Ponownie wsunął we mnie palce i zawarczał zadowolony, gdy poczuł na nich wilgoć – zarówno moją, jak i jego.

– Nie będą cię tak nazywali – powiedział z wargami przyciśniętymi do mojej skóry, przesuwając się z powrotem nade mnie i opadając na moje ciało, kolejnymi pocałunkami znacząc swoją drogę. – Nie ma czegoś takiego jak księżna.

Chwycił moje uda i rozchylił je szeroko, po czym opuścił głowę i…

– Jak to nie ma czegoś takiego jak księżna?

Żar, jego dotyk – wszystko ustało.

Spojrzał na mnie spomiędzy moich nóg. Niemal doszłam na sam ten widok. Ale to, co powiedział, co zasugerował… Pocałował skórę po wewnętrznej stronie uda.

– Książęta biorą żony. Kochanki. Nigdy nie było żadnej księżnej.

– Ale matka Luciena...

– Jest panią Dworu Jesieni, ale nie księżną. Tak jak ty będziesz panią Dworu Wiosny. Będą się do ciebie zwracali tak, jak zwracają się do niej. Będą cię szanowali tak, jak ją szanują. – Opuścił wzrok z powrotem na to, co widniało ledwie kilka cali od jego warg.

– Czyli matka Luciena...

– Nie chcę teraz słyszeć od ciebie imion innych mężczyzn – warknął i opuścił usta.

Po pierwszym dotknięciu języka przestałam oponować.

Rozdział 3

Tamlin musiał mieć bardzo silne poczucie winy, ponieważ chociaż następnego dnia go nie było, czekał na mnie Lucien z propozycją sprawdzenia postępów w odbudowie pobliskiej wioski.

Nie byłam nigdzie od ponad miesiąca. Tak właściwie nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy konkretnie ostatni raz w ogóle opuściłam tereny pałacu. Kilku okolicznych mieszkańców zostało zaproszonych na obchody przesilenia zimowego, ale wtedy zebrały się takie tłumy, że zdołałam ich jedynie powitać.

Konie czekały już osiodłane przed frontowymi wrotami stajni. Policzyłam strażników rozstawionych przy odległej bramie (czterech), po obu stronach rezydencji (dwóch na każdym rogu) i przy ogrodzie, przez który właśnie przeszłam (dwóch). Chociaż żaden z nich nie odezwał się ani słowem, czułam na sobie ciężar ich spojrzeń.

Lucien właśnie zmierzał do swojej jabłkowitej klaczy, kiedy zaszłam mu drogę.

– Spadłeś ze swojego cholernego konia? – wysyczałam i popchnęłam go.

Lucien zatoczył się do tyłu, klacz zarżała cicho zaniepokojona, a ja spojrzałam zaskoczona na moją rękę. Nie przejmowałam się, jak mój gest mogli odczytać strażnicy. Zanim Lucien zdążył cokolwiek odpowiedzieć, zapytałam:

– Dlaczego skłamałeś mi na temat nag?

Zapytany skrzyżował ramiona, zmrużył metalowe oko i strząsnął kosmyk rudych włosów z twarzy.

Musiałam na chwilę odwrócić wzrok.

Włosy Amaranthy miały ciemniejszy odcień, a jej twarz była kremowobiała, zupełnie inna niż ozłocona słońcem skóra Luciena.

Przeniosłam wzrok na stajnie za jego plecami. Były duże, otwarte; stajenni znajdowali się teraz w innym skrzydle. Lubiłam tu przychodzić. Pojawiałam się tu głównie wtedy, gdy nuda dopiekła mi już tak bardzo, że nabierałam ochoty na odwiedzenie koni. W stajni było mnóstwo wolnego miejsca, mnóstwo możliwości ucieczki. Nawet ściany nie sprawiały wrażenia zbyt… trwałych.

Zupełnie inaczej niż w kuchni, gdzie sufit był zbyt niski, ściany – zbyt grube, a okna – nie dość duże, aby przez nie wyjść na zewnątrz. Inaczej niż w gabinecie, w którym było zbyt mało naturalnego światła i łatwych dróg ucieczki. Miałam w głowie długą listę miejsc w rezydencji, w których mogłam i w których nie mogłam wytrzymać, uszeregowane według stopnia tężenia mięśni i pocenia się, gdy w nich przebywałam.

– Nie skłamałem – powiedział sztywno Lucien. – Naprawdę spadłem z konia. – Poklepał zad swojego wierzchowca. – Po tym, jak jedna z nag wyrzuciła mnie z siodła.

Typowy dla fae sposób myślenia, sposób kłamania.

– Dlaczego?

Lucien zacisnął wargi.

– Dlaczego?

Odwrócił się bez słowa do czekającej cierpliwie klaczy, ale zdążyłam dostrzec wyraz jego twarzy… litość w jego oku.

– Możemy pójść na piechotę? – wyrzuciłam z siebie.

Obrócił się do mnie powoli.

– To trzy mile stąd.

– A ty mógłbyś tam dobiec w kilka minut. Chciałabym się przekonać, czy zdołam dotrzymać ci kroku.

Metalowe oko zawirowało i zrozumiałam, co ma zamiar powiedzieć, zanim zdążył otworzyć usta.

– Nieważne – rzuciłam i ruszyłam w stronę mojej białej klaczy, łagodnej i miłej bestii, może trochę leniwej i rozpieszczonej.

Lucien nie próbował mnie już przekonywać i zachował milczenie przez całą drogę od stajni do leśnego traktu. Wiosna była – jak zawsze – w pełnym rozkwicie. Powietrze przesycała woń lilii, a w krzewach rosnących po obu stronach drogi ciągle coś szeleściło. Ani śladu bogge’a, nag czy jakichkolwiek innych stworów, które niegdyś sprowadzały na las nienaturalną ciszę.

– Nie chcę twojej cholernej litości – odezwałam się w końcu.

– To nie jest litość. Tamlin powiedział, że nie powinienem ci o tym wspominać… – Skrzywił się lekko.

– Nie jestem ze szkła. Chyba mogę się dowiedzieć, że nagi cię zaatakowały…

– Tamlin jest moim księciem. On wydaje rozkaz, a ja go wykonuję.

– Nie przeszkadzało ci to w obchodzeniu jego poleceń, kiedy mnie wysłałeś na spotkanie z surielem. Co mnie niemal zabiło.

– Wtedy działałem w desperacji. Wszyscy tak się czuliśmy. Ale teraz… teraz potrzebujemy porządku, Feyro. Potrzebujemy zasad, hierarchii i porządku. Tylko w ten sposób mamy szansę odbudować naszą krainę. Tak więc co on powie, to zostaje wykonane. Jestem pierwszym, na którego oglądają się inni… To ja daję wszystkim przykład. Nie proś mnie, żebym ryzykował stabilność tego dworu, dając się wciągnąć w utarczki z tobą. Nie teraz. On daje ci tyle swobody, ile tylko może.

Zebrałam się w sobie i wzięłam głęboki wdech, aby rozluźnić ściśnięte płuca.

– Chociaż robisz wszystko, żeby unikać Ianthy, mówisz dokładnie tak jak ona.

Syknął głośno.

– Nie masz bladego pojęcia, jak trudne jest dla niego choćby pozwolenie ci na opuszczenie terenów pałacowych. Jest pod większą presją, niż ci się wydaje.

– Wiem doskonale, pod jaką jest presją. Ale nie wiedziałam, że stałam się więźniem.

– Nie jesteś… – Zacisnął mocno szczękę. – Nie o to chodzi i dobrze o tym wiesz.

– Nie miał najmniejszych problemów z puszczeniem mnie na polowanie czy samotne wędrówki, kiedy byłam tylko człowiekiem. A granice były wtedy o wiele mniej bezpieczne.

– Wtedy nie czuł do ciebie tego, co czuje teraz. Do tego po tym, co się wydarzyło pod Górą… – Jego słowa zadudniły głośno w mojej głowie, a mięśnie napięły się jak postronki. – Jest przerażony. Panicznie boi się, że mógłby znowu ujrzeć cię w rękach jego wrogów. I oni też zdają sobie z tego sprawę… Wiedzą, że gdyby tylko chcieli mieć nad nim pełnię władzy, wystarczyłoby, żeby schwytali ciebie.

– Myślisz, że o tym nie wiem? Ale czy on naprawdę oczekuje, że resztę życia spędzę w rezydencji, nadzorując pracę służby i nosząc piękne suknie?

Lucien utkwił wzrok w wiecznie młodym lesie.

– Czy nie o tym właśnie marzą wszystkie ludzkie kobiety? O przystojnym księciu fae, który pojąłby je za żonę i do końca życia obsypywał bogactwami?

Ściągnęłam wodze swojego konia tak mocno, że klacz aż zarzuciła łbem.

– Dobrze wiedzieć, że wciąż jesteś dupkiem, Lucien.

Zmrużył metalowe oko.

– Tamlin jest księciem. Ty będziesz jego żoną. Są pewne tradycje i oczekiwania, którym musisz uczynić zadość. Którym my musimy uczynić zadość, aby pokazać światu, że zaleczyliśmy rany zadane przez Amaranthę i stoimy zjednoczeni, gotowi zniszczyć każdego wroga, który tak jak ona spróbuje sięgnąć po to, co należy do nas. – Iantha wygłosiła mi wczoraj niemal identyczne kazanie. – Wkrótce nadejdzie czas zapłaty daniny – ciągnął, kręcąc głową. – Ogłosił jej ściągnięcie po raz pierwszy od… odkąd rzuciła na nas klątwę. – Skrzywił się lekko, niemal niezauważalnie. – Dał naszym poddanym trzy miesiące na uporządkowanie spraw. Chciał zaczekać do nowego roku, ale już w przyszłym miesiącu zażąda daniny. Iantha powiedziała mu, że nadszedł właściwy czas; że mieszkańcy krainy są gotowi.

Zamilkł i czekał, a ja miałam ochotę splunąć na niego, bo wiedział, doskonale wiedział, że nie miałam pojęcia, o czym mówi, i chciał, żebym to przed nim przyznała.

– Opowiedz mi o tym – powiedziałam beznamiętnie.

– Dwa razy do roku, zwykle w okolicy przesileń letniego i zimowego, każdy mieszkaniec Dworu Wiosny, czy to wysokiego, czy niskiego rodu, musi zapłacić daninę w wysokości zależącej od swojego dochodu i swojej pozycji. W ten sposób finansujemy działanie całego dworu; z tego płacimy strażnikom i służbie, z tego kupujemy jedzenie. W zamian Tamlin chroni całą krainę, rządzi nią i pomaga jej mieszkańcom, kiedy tylko może. Coś za coś. W tym roku opóźnił o miesiąc zebranie daniny, żeby dać im więcej czasu na zebranie pieniędzy i świętowanie. Ale wkrótce zaczną przybywać delegacje każdej grupy, każdej wioski, każdego klanu, aby zapłacić to, co należne. Jako żona Tamlina będziesz musiała siedzieć u jego boku. A jeśli ktoś nie może zapłacić… Wszyscy będą od ciebie oczekiwali, że będziesz siedziała przy nim, podczas gdy on będzie ferował wyroki. Czasem może być bardzo nieprzyjemnie. Ja będę odnotowywał, kto się pojawi, a kto nie; kto zapłaci, a kto nie. Potem, jeśli nie złożą należnej daniny w ciągu dodatkowych trzech dni, które im oficjalnie da na zebranie pieniędzy, zwyczaj nakazuje mu zapolować na nich. Same najwyższe kapłanki, Iantha, dadzą mu na tę okoliczność święte prawo do łowów.

Okropne, brutalne. Chciałam to powiedzieć, ale gdy zobaczyłam, w jaki sposób Lucien na mnie patrzy… Dość już miałam protekcjonalnego traktowania.

– Daj mu więc więcej czasu, Feyro – dokończył Lucien. – Zorganizujmy to wesele, potem zbiór daniny za miesiąc, a później… Później można się zająć całą resztą.

– Dałam mu dość czasu – odparłam. – Nie mogę wiecznie tkwić uwięziona w domu.

– On o tym wie. Nie powie ci tego, ale to wie. Zaufaj mi. Musisz mu to wybaczyć: los, jaki spotkał jego rodzinę, nie pozwala mu podchodzić zbyt… liberalnie do twojego bezpieczeństwa. Stracił zbyt wielu z tych, na których mu zależało. Wszystkich nas zbyt wiele razy to dotykało.

Każde jego słowo było niczym oliwa dolewana do gorejącego paleniska w moich trzewiach.

– Nie chcę poślubić księcia. Chcę poślubić tylko jego.

– Jedno nie istnieje bez drugiego. Jest tym, kim jest. I zawsze, zawsze będzie się starał cię chronić; czy to ci się podoba, czy nie. Porozmawiaj z nim o tym, Feyro. Wszystko sobie wyjaśnicie. – Nasze spojrzenia się spotkały. Na szczęce Luciena drgnął mięsień. – Nie każ mi wybierać.

– Ale ty mi z rozmysłem nie mówisz wielu rzeczy.

– On jest moim księciem. Jego słowo jest prawem. Mamy tę jedną szansę, Feyro, jedną szansę na odbudowanie naszej krainy i uczynienie świata takim, jaki powinien być. Nie zacznę swojego życia w tym nowym świecie od zdradzenia jego zaufania. Nawet jeśli ty…

– Nawet jeśli ja co?

Pobladł i pogłaskał grzywę swojej klaczy.

– Zmuszono mnie, abym przyglądał się, jak mój ojciec morduje kobietę, którą kochałem. Moi bracia zmusili mnie, żebym na to patrzył.

Poczułam w sercu ukłucie współczucia dla niego. Tyle bolesnych wspomnień go prześladowało.

– Nie było żadnego zaklęcia, żadnego cudu, który by jej wrócił życie. Nie było przy niej wszystkich książąt, którzy mogliby podnieść ją z martwych. Przyglądałem się jej śmierci. Nigdy nie zapomnę tej chwili, w której usłyszałem, jak jej serce przestaje bić.

Oczy mnie zapiekły.

– Tamlin dostał to, czego ja nie dostałem – dodał łagodnie, oddychając głośno. – Wszyscy słyszeliśmy, jak pęka twój kark. Ale ciebie sprowadzono na powrót do żywych. Wątpię, żeby on kiedykolwiek zapomniał ten dźwięk, tak jak ja nie mogę zapomnieć. I z tego powodu on zrobi wszystko, co tylko będzie w jego mocy, aby ochronić cię przed niebezpieczeństwem. Nawet jeśli będzie to wymagało utrzymywania niektórych rzeczy w tajemnicy przed tobą. Nawet jeśli będzie to wymagało przestrzegania zasad, które ci się nie podobają. Pod tym względem nie ustąpi ani na krok. Dlatego też nie proś go, aby to zrobił… Przynajmniej jeszcze nie teraz.

Nie mogłam znaleźć żadnych słów – ani w głowie, ani w sercu. Dać Tamlinowi czas, pozwolić mu się przyzwyczaić… Mogłam zrobić dla niego choć tyle.

Hałas prac budowlanych zagłuszył świergotanie leśnych ptaków, na długo zanim dotarliśmy do wioski. Młotki wbijały gwoździe, majstrowie pokrzykiwali na robotników, rogacizna porykiwała.

Kiedy wyjechaliśmy spomiędzy ostatnich drzew, naszym oczom ukazała się w połowie już odbudowana osada: urocze niskie domy z kamienia i drewna, prowizoryczne szopy na zapasy i dla bydła… Na całkowicie już ukończone wyglądały tylko duża studnia w samym środku wsi oraz coś, co chyba było karczmą.

Normalność Prythianu – niesamowite podobieństwa między tymi ziemiami a krainą śmiertelników – czasem wciąż mnie zaskakiwała. Mogłam równie dobrze wjeżdżać do mojej rodzinnej wioski. Owszem, budynki były nowe i ładniejsze, ale sam układ, najważniejsze punkty… Wszystko było takie samo.

I czułam się tu równie obco, gdy razem z Lucienem wjechaliśmy w sam środek krzątaniny, a wszyscy nagle przerwali pracę, handel i plotki, aby się nam przyglądać.

Aby przyglądać się mnie.

Cisza rozchodziła się niczym fale na powierzchni stawu, aż ostatnie odgłosy ucichły nawet na najdalszych krańcach osady.

– Feyra Wyzwolicielka – dobiegł mnie czyjś szept.

Cóż, tego miana jeszcze nie słyszałam.

Cieszyłam się w duchu z długich rękawów mojej sukni do jazdy konnej i dopasowanych rękawiczek, które wciągnęłam na dłonie, zanim wjechałam między pierwsze zabudowania.

Lucien zatrzymał swoją klacz przed fae wysokiego rodu, który wyglądał na nadzorcę budowy domu przy studni z fontanną.

– Przybyliśmy, aby sprawdzić, czy nie potrzebujecie przypadkiem pomocy – powiedział mój towarzysz dość głośno, aby usłyszeli go wszyscy zebrani. – Dziś jesteśmy na wasze usługi.

Mężczyzna pobladł.

– Jesteśmy wdzięczni, panie, ale niczego nam nie potrzeba. – Wpatrywał się we mnie rozszerzonymi oczami. – Dług został spłacony.

Pot pokrywający mi dłonie jakby zgęstniał i stał się gorący. Moja klacz uderzyła kopytem w ubity piasek na drodze.

– Prosimy – powiedział Lucien, skłaniając z wdziękiem głowę. – Dzielenie z wami trudu odbudowy jest naszym obowiązkiem. To będzie dla nas zaszczyt.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Dług został spłacony.

I tak było za każdym razem, w każdym miejscu, w którym się zatrzymywaliśmy. Lucien zsiadał z konia, oferował pomoc, a mieszkańcy odmawiali uprzejmie i nabożnie.

Po nieco ponad kwadransie byliśmy już z powrotem w cieniu szumiącego na łagodnym wietrze lasu.

– Czy on pozwolił ci zabrać mnie dziś na tę przejażdżkę – zapytałam szorstko – abym przestała go prosić, żebym mogła pomóc w odbudowie?

– Nie. To była moja decyzja. Ale powód odgadłaś dobrze. Oni nie chcą ani nie potrzebują twojej pomocy. Twoja obecność by ich tylko rozpraszała i przypominała wszystko to, przez co musieli przejść.

Wzdrygnęłam się.

– Ale ich nie było pod Górą. Nie rozpoznałam żadnego z nich.

Lucien zadrżał.

– Nie, nie było ich tam. Amarantha… kazała zgromadzić ich w obozach. Możnym i fae cieszącym się pewnymi względami pozwoliła zamieszkać pod Górą. Ale pozostali, jeśli nie pracowali nad zaopatrywaniem dworu w dobra i żywność, byli zamykani w obozach w tunelach wijących się głęboko pod jej dworem. Całe tysiące stłoczone w komnatach i tunelach bez dostępu do światła czy świeżego powietrza. Przez pięćdziesiąt lat.

– Nikt mi nigdy nie po…

– Zabroniła o tym mówić. Część z nich postradała zmysły i kiedy Amarantha zapomniała polecić strażnikom nakarmić tych nieszczęśników, napadali na towarzyszy niedoli. Niektórzy wręcz tworzyli bandy wędrujące po obozach i… – Potarł brwi palcami. – Dopuszczali się wielu okropieństw. A teraz starają się sobie przypomnieć, na czym polega bycie normalnym. Jak to jest zwyczajnie żyć.

Poczułam wzbierające pieczenie w gardle. Ale ślub… Tak, mógł oznaczać początek uzdrawiania tych ziem i jej mieszkańców.

Mimo to wciąż miałam wrażenie, jakby ciężki koc tłumił moje zmysły, dochodzące mnie dźwięki, zapachy i uczucia.

– Wiem, że chciałaś pomóc – dodał Lucien. – Przykro mi.

Mnie też było przykro.

Bezkres mojego teraz nieskończonego istnienia rozdziawiał swoją paszczę na wprost mnie.

Pozwoliłam mu pochłonąć mnie w całości.

Rozdział 4

Na kilka dni przed ceremonią zaślubin zaczęli się zjeżdżać goście. Dziękowałam losowi, że nigdy nie zostanę księżną; że nigdy nie będę równa Tamlinowi pod względem odpowiedzialności i władzy.

Niewielka, zapomniana już część mnie ryczała i wrzeszczała na taką myśl, ale…

Kolacja po kolacji, formalne koktajle, pikniki, polowania. Byłam przedstawiana i przekazywana z rąk do rąk. Twarz mnie bolała od nieustannego przyklejonego dzień i noc uśmiechu. Zaczęłam wyczekiwać wesela ze zniecierpliwieniem, bo po nim nie będę musiała być uprzejma, z nikim nie będę musiała rozmawiać czy nawet kiwnąć palcem. I tak przez cały tydzień. Miesiąc. Rok.

Tamlin znosił to wszystko spokojnie i cierpliwie jak przyczajony drapieżnik. Raz po raz zapewniał mnie, że celem wszystkich tych przyjęć jest wprowadzenie mnie na jego dwór i danie podwładnym powodu do świętowania. Zarzekał się, że nienawidzi tego wszystkiego równie mocno jak ja i że tak naprawdę jedyną osobą, której to sprawiało przyjemność, był Lucien, ale… czasem przyłapywałam go na szczerzeniu zębów w szerokim uśmiechu. Musiałam jednak sama przed sobą przyznać, że zasłużył na to. Podobnie jak jego poddani.

Znosiłam więc wszystko, trzymając się boku Ianthy, gdy akurat nie było w pobliżu Tamlina, albo kiedy byli przy mnie oboje, pozwalając im zabawiać gości rozmową, podczas gdy ja odliczałam godziny do końca kolejnego przyjęcia.

– Powinnaś się już udać do łóżka – stwierdziła Iantha, przyglądając się wraz ze mną rozbawionym gościom wypełniającym wielką salę rezydencji.

Dostrzegłam ją pół godziny wcześniej stojącą przy otwartych głównych drzwiach wejściowych. Z ulgą przeprosiłam rozgadanych znajomych Tamlina, z którymi byłam zmuszona rozmawiać. Chociaż ciężko to było nazwać z mojej strony rozmową – albo się na mnie zwyczajnie gapili, albo próbowali na siłę znajdować niezobowiązujące tematy do rozmowy. Najczęściej schodziło na polowania. Zazwyczaj już po trzech minutach wymiana zdań utykała w martwym punkcie i moi rozmówcy zajmowali się sami sobą, a ja stałam przy nich jak kołek.

– Została mi jeszcze godzina – odparłam.

Iantha przywdziała tę samą jasną suknię co zwykle. Kaptur założyła na głowę i zamocowała go srebrnym diademem z błękitnym kryształem. Mijający nas mężczyźni pochłaniali ją wzrokiem – z zachwytem lub pożądaniem, a może z jednym i drugim. Z rzadka czyjś wzrok przesuwał się po mnie. Wiedziałam, że spojrzenia rozszerzonych źrenic nie miały nic wspólnego z moją jasnozieloną suknią czy ładną twarzą (chociaż dość pospolitą w zestawieniu z Ianthą). Starałam się ich ignorować.

– Jesteś gotowa na jutro? Czy mogę coś dla ciebie zrobić? – zapytała kapłanka między kolejnymi łykami musującego wina.

Moja dzisiejsza suknia była prezentem od niej. Kolor nazwała zielenią Dworu Wiosny. Gdy się ubierałam, Alis trzymała się na uboczu, zachowując nerwowe milczenie, podczas gdy Iantha przejmowała jej obowiązki.

– Dziękuję, niczego mi nie trzeba.

Nie chciałam prosić jej, by po weselu pozostała na dworze na stałe; to byłoby z mojej strony żałosne. Nie mogłam zdradzić, że drżę ze strachu na myśl o jej wyjeździe, o pozostawieniu mnie samej z całym dworem, z wszystkimi jego mieszkańcami aż do Nynsaru – pomniejszego wiosennego święta wyznaczającego koniec zasiewów, powiązanego z przekazywaniem sobie pierwszych zerwanych kwiatów. Za wiele, wiele miesięcy. Mimo że mieszkała w świątyni, mnie dzielący nas dystans zdawał się nieznośny.

Dwóch mężczyzn, którzy mijali nas już dwukrotnie, w końcu zebrało się na odwagę, aby podejść do nas – do niej.

Oparłam się o wyłożoną boazerią ścianę, czując pod plecami nierówności drewnianych płycin. Mężczyźni stanęli po obu stronach Ianthy. Byli przystojni w ten specyficzny sposób, w jaki przystojni byli wszyscy fae wysokiego rodu. Po broni przy ich boku rozpoznałam w nich strażników ziem Tamlina. Może nawet służyli pod ojcem mojej towarzyszki.

– Kapłanko – pozdrowił ją pierwszy z głębokim ukłonem.

Zdążyłam się już przyzwyczaić do tego, że wszyscy całowali jej srebrne pierścienie i prosili o zmówienie modlitwy w intencji ich samych, ich rodzin lub ich ukochanych. Iantha przyjmowała to wszystko bez drgnięcia choćby jednego mięśnia twarzy.

– Bron – zwróciła się do stojącego po lewej wysokiego bruneta – i Hart – powiedziała do stojącego po prawej szatyna, nieco tęższego od swojego towarzysza. Wygięła usta w kokieteryjnym uśmieszku, który już nauczyłam się rozpoznawać jako oznakę rozpoczęcia polowania na stosowne towarzystwo na noc. – Sporo czasu minęło, odkąd widziałam was, nicponie, po raz ostatni.

Odpowiedzieli jej kokieteryjnymi ripostami, po czym zaczęli zerkać w moją stronę.

– Och. – Iantha obróciła się do mnie. – Pozwólcie, że przedstawię wam szlachetną Feyrę. – Spuściła wzrok, głęboko skłaniając głowę. – Zbawczynię Prythianu.

– Nie musisz nam jej przedstawiać – odparł cicho Hart, kłaniając mi się w pas razem z towarzyszem. – Byliśmy razem z tobą pod Górą, pani.

Zdołałam lekko skinąć im głową, gdy się prostowali.

– Racz przyjąć moje gratulacje z okazji jutrzejszej ceremonii, pani – powiedział Bron i uśmiechnął się szeroko. – Przyznasz chyba, że będzie to stosowne zakończenie tej historii?

Stosownym zakończeniem byłaby moja śmierć, po której spłonęłabym w piekle.

– Kocioł – wtrąciła Iantha – pobłogosławił nas wszystkich tym związkiem.

Mężczyźni mruknęli zgodnie i ponownie skłonili głowy. Zignorowałam to.

– Muszę to powiedzieć, pani – ciągnął Bron. – Ta próba, walka z czerwiem middengardzkim? Rozegrałaś to wprost genialnie. To była jedna z najzmyślniejszych taktyk, jakie widziałem w całym swoim życiu.

Sporym wysiłkiem woli powstrzymałam się od przylgnięcia płasko plecami do ściany i odepchnęłam wspomnienia smrodu błota oraz szczęku zbliżających się nieuchronnie ostrych jak brzytwy zębów.

– Dziękuję.

– Och, to brzmiało okropnie – zauważyła Iantha i przysunęła się, spostrzegłszy, że z mojej twarzy zniknął blady uśmiech. Położyła mi dłoń na ramieniu. – Taka odwaga budzi podziw.

Byłam jej wdzięczna, tak żałośnie wdzięczna za ten uspokajający dotyk. Za lekkie ściśnięcie. Wiedziałam, że zdoła zachęcić nieprzebrane rzesze młodych kobiet fae do wstąpienia do jej zakonu – nie z chęci oddawania czci Matce i Kotłowi, ale żeby nauczyły się żyć tak jak ona, żeby dowiedziały się, jak zdołała jaśnieć tak silnym blaskiem i kochać siebie, tak krążyć od mężczyzny do mężczyzny, jakby byli jedynie różnymi daniami na bankiecie.

– Ominęło nas polowanie – podjął swobodnie Hart – nie mieliśmy więc okazji podziwiać twoich umiejętności z bliska. Ale sądzę, że w przyszłym miesiącu książę przydzieli nas do pilnowania terenów przylegających do ogrodów. Byłoby dla nas zaszczytem towarzyszyć ci w wyprawie, pani.

Tamlin nie pozwoliłby mi pojechać z nimi nawet za tysiąc lat. A ja nie miałam najmniejszej chęci wyjaśniać im, że nie chcę już nigdy używać łuku i strzał, że nie chcę już brać udziału w żadnych polowaniach. Ledwo wytrzymałam na tym, na które zostałam zaciągnięta dwa dni wcześniej. Wszyscy mnie obserwowali, a ja nie dobyłam nawet jednej strzały.

Wciąż czekali na moją odpowiedź. Powiedziałam więc:

– To byłaby dla mnie wielka przyjemność.

– Czy mój ojciec wyznaczył wam na jutro jakieś obowiązki, czy też weźmiecie udział w ceremonii? – zapytała Iantha i położyła dłoń na ramieniu Brona, wprawiając go w zakłopotanie. Właśnie dlatego szukałam jej towarzystwa podczas przyjęć.

Bron jej odpowiedział, ale Hart cały czas wpatrywał się we mnie, w moje skrzyżowane ramiona. Nie spuszczając wzroku z tatuażu pokrywającego moje palce, zapytał:

– Czy książę kontaktował się z tobą, pani?

Iantha zesztywniała, a Bron zerknął na rysunek na mojej dłoni.

– Nie – odparłam, patrząc hardo prosto w oczy Harta.

– Prawdopodobnie podkulił ogon i uciekł, skoro książę Tamlin odzyskał pełnię swojej mocy.

– Twoje słowa świadczą o tym, że zupełnie nie znasz Rhysanda – zauważyłam chłodno.

Hart zamrugał. Nawet Iantha zaniemówiła. To była zapewne moja najbardziej asertywna wypowiedź ze wszystkich rozmów na wszystkich balach i przyjęciach.

– Cóż, jeśli zajdzie taka potrzeba, zajmiemy się nim – powiedział Hart, przestępując z nogi na nogę. Cały czas patrzyłam mu prosto w oczy z zastygłą twarzą.

– Wysokie kapłanki już się tym zajmują – wtrąciła Iantha. – Nie pozwolimy, aby nasza wybawicielka była traktowana w ten sposób.

Przybrałam obojętny wyraz twarzy. Czy to dlatego właśnie Tamlin ściągnął tu Ianthę? Żeby zawrzeć sojusz? Poczułam lekki ucisk w piersi. Obróciłam się do niej.

– Udam się teraz na spoczynek. Przekaż Tamlinowi, że zobaczę się z nim jutro.

Jutro, ponieważ dziś, jak mi powiedziała Iantha, musieliśmy spędzić noc w osobnych komnatach. Tak nakazywała odwieczna tradycja fae.

Kapłanka pocałowała mnie w policzek. Jej kaptur na chwilę zasłonił moją twarz przed wszystkimi gośćmi.

– Jestem do twojej dyspozycji, pani – powiedziała. – Zawezwij mnie, gdy tylko będziesz czegokolwiek potrzebowała.

Nie skorzystałabym z jej propozycji, ale skinęłam głową.

Gdy się wyślizgnęłam z sali, spojrzałam w stronę frontowego wejścia, gdzie stali Tamlin i Lucien otoczeni kręgiem fae obu płci. Nie wydawali się tak wytworni jak goście zgromadzeni wewnątrz, ale… Wyglądali na dobrych znajomych. Takich, którzy niejedno już wspólnie przeszli, którzy nieraz walczyli ramię w ramię. Przyjaciele Tamlina. Przedstawił mi ich, ale ich imiona błyskawicznie uleciały mi z głowy. Nie poprosiłam go, żeby mi je przypomniał.

Tamlin odchylił głowę i wybuchnął śmiechem. Pozostali zawyli mu do wtóru.

Oddaliłam się, zanim zdążył mnie dostrzec. Przemykałam się korytarzami, nie zwalniając kroku, dopóki nie znalazłam się w półmroku pustego skrzydła mieszkalnego.

Gdy byłam już sama w swojej komnacie sypialnej, zorientowałam się, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz naprawdę się roześmiałam.

***

Krata wciąż sunęła w dół. Wielkie, tępo zakończone kolce były rozgrzane do czerwoności. Widziałam powietrze falujące wokół nich nawet z tej odległości, nawet z miejsca, w którym byłam przykuta do podłogi. Przykuta, ponieważ nie umiałam czytać i nie mogłam rozszyfrować zagadki wypisanej na ścianie. Wiedziałam, że Amarantha z chęcią będzie się przyglądała, jak kolce przybijają mnie do ziemi.

Coraz bliżej i bliżej. Nikt nie przybędzie i nie ocali mnie od tej okropnej śmierci.

Będzie bolało. Będzie bardzo bolało, śmierć nadejdzie nieśpiesznie, a ja zacznę krzyczeć… Może nawet będę wołała matkę, która nigdy o mnie nie dbała. Może będę ją błagać, aby mnie uratowała…

***

Wyskoczyłam z łóżka i zamachałam rękoma, usiłując wyrwać się z niewidzialnych łańcuchów.

Pobiegłabym do komnaty łaziebnej, gdyby tylko nogi i ramiona nie trzęsły mi się tak mocno, gdybym tylko mogła zaczerpnąć oddechu, oddechu, oddechu…

Drżąc na całym ciele, rozejrzałam się po komnacie. Prawdziwe... to było prawdziwe. Te okropności były tylko koszmarem. Wydostałam się. Żyłam. Byłam bezpieczna.

Przez otwarte okno do pomieszczenia wleciał powiew nocnego wiatru, mierzwiąc moje włosy i osuszając skórę z potu. Ciemne niebo przyzywało mnie. Gwiazdy były przyćmione i małe niczym kropki szronu na szybie.

Bron mówił o mojej walce z czerwiem, jakby była ona ledwie jakimiś zawodami. Tak jakby jeden błąd wcale nie miał oznaczać, że potwór mnie pożre w całości, przetrawi i wydali same kości.

Najwyraźniej byłam na równi wyzwolicielką i trefnisiem.

Podeszłam chwiejnie do okna i otworzyłam je szerzej, aby mieć lepszy widok na usianą gwiazdami ciemność.

Oparłam głowę o ścianę, rozkoszując się zimnem kamieni.

Za kilka godzin odbędzie się mój ślub. Otrzymam moje szczęśliwe zakończenie niezależnie od tego, czy na nie zasłużyłam. Ale ta kraina, jej mieszkańcy… oni też dostaną swoje szczęśliwe zakończenie. Pierwsze niepewne kroki do zaleczenia ran. Do pokoju. A potem wszystko będzie dobrze.

Potem ze mną będzie dobrze.

***

Naprawdę szczerze nienawidziłam swojej sukni ślubnej.

Był to koszmar z tiulu, szyfonu i muślinu, tak odmienny od luźnych strojów, które nosiłam na co dzień. Dopasowany stanik, dekolt uwypuklający biust, a te spódnice… Lśniący namiot praktycznie szybujący wokół mnie w ciepłym wiosennym powietrzu.

Nic dziwnego, że Tamlin zaczął się śmiać. Nawet Alis mruczała coś pod nosem, kiedy skończyła mnie ubierać, ale wszystkie ewentualne uwagi zachowała dla siebie. Prawdopodobnie dlatego, że Iantha osobiście wybrała suknię, tak aby pasowała do opowieści, którą miała zamiar dzisiaj snuć – do legendy, którą miała przedstawić światu.

Może bym zniosła to wszystko, gdyby nie rękawy tak bufiaste, że nieustannie skrzyły się na skraju widzenia. Włosy miałam ułożone w loki; połowa upięta na głowie, połowa ułożona na plecach i ramionach. Pasma zdobiły perły, drogie kamienie i sam Kocioł wie co jeszcze. Musiałam sięgnąć do najgłębszych pokładów samokontroli, żeby nie krzywić się na widok mojego odbicia w lustrze, gdy schodziłam po szerokich schodach do głównego holu. Przy każdym kroku moja suknia syczała i szumiała.

Przystanęłam na chwilę przy zamkniętych drzwiach prowadzących na patio, za którymi rozpościerał się ogród obficie udekorowany wstęgami i latarniami we wszystkich odcieniach beżu, czerwieni i błękitu. Na największym placu ustawiono trzysta krzeseł. Na każdym siedział ktoś z dworu Tamlina. Miałam przejść między nimi, znosząc ich spojrzenia, aż do podestu ustawionego na drugim końcu przejścia, gdzie będzie na mnie czekał Tamlin.

Następnie Iantha – jako przedstawicielka wszystkich dwunastu wysokich kapłanek – potwierdzi i pobłogosławi nasz związek przed zachodem słońca. W rozmowie ze mną zasugerowała, że nalegały, aby też się pojawić, ale dzięki swojemu sprytowi zdołała zapobiec przybyciu pozostałej jedenastki. Zapewne chciała skupić całą uwagę na sobie… albo oszczędzić mi osaczenia przez całą czeredę. Ciężko było orzec. Może i jedno, i drugie.

Zaschło mi w ustach. W cieniu drzwi do ogrodu Alis wyrównywała lśniący tren mojej sukni. Jedwab i muślin szeleściły i wzdychały, a ja dłonią obleczoną w rękawiczkę ściskałam bukiet bladych kwiatów, niemal krusząc cienkie łodygi.

Na obu rękach miałam długie do łokcia jedwabne rękawiczki. Żeby ukryć znaki na mojej dłoni. Iantha przyniosła mi je osobiście kilka godzin wcześniej w pudełku wykładanym aksamitem.

– Nie denerwuj się – powiedziała Alis i cmoknęła. Promienie wieczornego słońca malowały jej przypominającą korę skórę na kolor miodu.

– Nie denerwuję się – wychrypiałam.

– Trzęsiesz się jak mój młodszy siostrzeniec podczas strzyżenia włosów.

Skończyła poprawiać moją suknię i odgoniła kilkoro służących, którzy przyszli przyjrzeć mi się przed ceremonią. Udałam, że ich nie widziałam. Starałam się też nie patrzeć na lśniący, ozłocony przez zachodzące słońce tłum czekający na mnie w ogrodzie. Zajęłam się niewidzialnym pyłkiem na spódnicy.

– Wyglądasz pięknie – zauważyła cicho Alis.

Miałam podejrzenie graniczące z pewnością, że jej zdanie na temat sukni pokrywało się z moim. Jednak uwierzyłam jej.

– Dziękuję.

– Ale mówisz takim tonem, jakbyś się wybierała na czyjś pogrzeb.

Przykleiłam uśmiech do twarzy. Alis przewróciła oczami. Po chwili popchnęła mnie lekko w stronę drzwi, które otworzyły się poruszone nieśmiertelnym wiatrem. Z zewnątrz dobiegła nas melodyjna muzyka.

– Ani się obejrzysz, a będzie już po wszystkim – obiecała i łagodnie wypchnęła mnie na spotkanie ostatnich promieni słońca.

Trzy setki gości wstały i obróciły się w moją stronę.

Nie byłam obserwowana, oceniana przez tyle osób naraz od czasu mojej ostatniej próby. Wszyscy mieli na sobie piękne szaty, tak podobne do tych, które widziałam wtedy pod Górą. Ich twarze rozmywały się i zlewały w jedno.

Alis odkaszlnęła w cieniu ścian rezydencji i wybudziła mnie z otępienia. Spojrzałam w stronę podestu…

Na Tamlina.

Zaparło mi dech w piersiach. Ogromnym wysiłkiem ruszyłam w dół schodów, z trudem powstrzymując dygotanie kolan. Wyglądał olśniewająco w przepięknej zielono-złotej tunice, w koronie uplecionej ze lśniących w słońcu liści laurowych. Pozwolił nieco opaść swojemu urokowi maskującemu jego nieśmiertelne piękno, tę nieziemską światłość – dla mnie.

Skoncentrowałam się na nim, na moim księciu, na jego rozjaśnionych wewnętrznym blaskiem rozszerzonych oczach i zeszłam na miękką trawę, na pokrywające ją białe płatki róż…

I czerwone.

Znaczące ścieżkę, którą musiałam kroczyć, niczym krople krwi wśród nieskazitelnej bieli.

Zmusiłam się do uniesienia wzroku i utkwienia spojrzenia w Tamlinie, w jego wypiętej dumnie piersi, uniesionej wysoko głowie.

Tak nieświadomego ruiny i mroku mojej duszy. Jakże niestosowne było przywdziać biel, gdy moje ręce były tak nieczyste.

Wszyscy wkoło o tym myśleli. Nie miałam co do tego wątpliwości.

Każdy mój krok był zbyt pośpieszny, zbyt szybko przybliżał mnie do podestu, do Tamlina i do Ianthy – dziś w ciemnoniebieskich szatach – unoszącej dumnie zakapturzoną głowę zwieńczoną srebrnym diademem.

Wszyscy czekali na mnie, tak jakbym była kimś dobrym; tak jakbym nie zamordowała dwójki ich pobratymców.

Byłam morderczynią i oszustką.

Zbliżałam się do niewielkiego skupiska czerwonych płatków, tak bardzo przypominających krew tego młodego fae tworzącą kałużę u moich stóp.

Dziesięć kroków od podestu, na skraju tego rozbryzgu czerwieni, zwolniłam krok.

Zatrzymałam się.

Czułam na sobie wzrok wszystkich zebranych, tak samo jak wtedy, kiedy niemal zginęłam. Świadkowie mojej udręki.

Tamlin wyciągnął do mnie szeroką dłoń i lekko zmarszczył brwi. Serce biło mi w piersi tak szybko, zbyt szybko.

Czułam się, jakbym miała za chwilę zwymiotować.

Prosto na te płatki róż, na trawę, na wstęgi rozwieszone na krzesłach wzdłuż przejścia między rzędami.

Między skórą a kośćmi coś wibrowało i łomotało, wzbierało i napierało, pędziło żyłami i tętnicami…

Tyle spojrzeń, zbyt wiele spojrzeń wwiercających się we mnie; zbyt wielu świadków wszystkich moich przewin, wszystkich upokorzeń…

Nie wiedziałam, dlaczego w ogóle dbałam o założenie rękawiczek, dlaczego dałam się przekonać Iancie.

Zachodzące słońce prażyło zbyt mocno, otaczające mnie żywopłoty wydawały się zbyt wysokie. Otaczały mnie, odcinały drogę ucieczki tak jak przysięga, którą miałam zaraz złożyć, którą miałam się zaraz związać z nim na wieki, którą miałam przykuć go do mojej rozbitej i znużonej duszy. Wzbierające we mnie uczucie buzowało, wstrząsały mną coraz silniejsze dreszcze, jakby coś chciało się wydostać na zewnątrz…

Na zawsze… Nigdy nie dojdę ze sobą do ładu, nigdy się nie uwolnię od siebie samej, od tego lochu, w którym spędziłam trzy miesiące…

– Feyro – ponaglił mnie Tamlin, wciąż wyciągając do mnie swoją dłoń.

Dysk słońca skrył się za szczytem zachodniej ściany ogrodu. Cienie zaległy wszędzie dokoła i zrobiło się chłodno.

Jeśli zawrócę, plotkom nie będzie końca, ale nie mogłam zrobić tych kilku ostatnich kroków. Nie mogłam, nie mogłam, nie mogłam…

Byłam o włos od rozklejenia się, tu i teraz. Wtedy wszyscy zobaczyliby doskonale, w jakim byłam stanie.

„Pomocy, pomocy, pomocy” – błagałam kogoś, kogokolwiek. Luciena stojącego w pierwszym rzędzie, mierzącego mnie swym metalowym okien. Ianthę z poważną, cierpliwą i piękną twarzą okoloną skrajem kaptura. „Pomocy, błagam, ratunku. Niech mnie ktoś stąd zabierze. Niech ktoś to zakończy”.

Tamlin postąpił w moją stronę. W jego oczach pojawił się cień troski.

Cofnęłam się o krok. „Nie”.

Twarz księcia stężała. Przez zebrany tłum przetoczyła się fala szeptów. Kule złotego czarodziejskiego światła rozwieszone na jedwabnych wstęgach nad naszymi głowami i wszędzie wokół przebudziły się do życia.

– Podejdź, panno młoda – przemówiła Iantha łagodnie – i połącz się ze swoim ukochanym. Podejdź i niech w końcu zatriumfuje dobro.

Dobro. Nie byłam dobra. Byłam niczym, a moja dusza – moja nieśmiertelna dusza – była skazana na potępienie…

Usiłowałam zmusić moje zdradzieckie płuca do nabrania powietrza, abym mogła wymówić to słowo. „Nie, nie”.

Ale nie musiałam go wypowiadać.

Za moimi plecami rozległ się grzmot, jakby zderzyły się z impetem dwa głazy.

Rozległy się krzyki, goście zaczęli się cofać, część wręcz zniknęła w nagłej ciemności.

Odwróciłam się i przez mrok rozwiewający się niczym dym na wietrze dostrzegłam Rhysanda wygładzającego klapy czarnej marynarki.

– Witaj, Feyro, moja droga – wymruczał.

Przekład: Jakub Radzimiński

Redakcja: Magdalena Adamska

Korekta: Anna Jagiełło, Magdalena Marciniak, Agata Tyrka

Projekt okładki: John Candell and Katie Everson

Ilustracje wykorzystane na okładce: Figure illustration © 2016 by Adrian Dadich

Background illustration © 2016 by Mick Wiggins

Mapa: © Kelly de Groot 2016

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-4296-4

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Dwór szronu i blasku gwiazd Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Dwór skrzydeł i zguby Imperium burz. Szklany tron. T. 5. Dwór mgieł i furii Królowa cieni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ślepowidzenie Zabójcze maszyny Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha