Dziewczyna, którą kochałeś

Dziewczyna, którą kochałeś

Autorzy: Jojo Moyes

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 512

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 16.49 zł

Ten portret to moja ulubiona rzecz w całym domu. Właściwie na całym świecie. Przypomina mi o dziewczynie, którą kiedyś byłam. Która nie martwiła się na okrągło. I która potrafiła się bawić, po prostu… robiła różne rzeczy. O dziewczynie, którą chcę znów być.

 

 

W życiu Liv nic nie poszło zgodnie z planem. Zamiast cieszyć się miłością męża i myśleć o przyszłości, została sama. Jedyne, na co ma ochotę, to wejść pod kołdrę i już nigdy nie wyściubiać spod niej nosa. Wypić o jeden kieliszek wina za dużo i zapomnieć o mailach od komornika i mężczyźnie, który miał być spełnieniem marzeń, a zniknął bez słowa.

 

Jedyne, co pomaga jej przetrwać, to portret dziewczyny, zaręczynowy prezent.

Najcenniejsza rzecz, jaką ma.

 

Kiedy ktoś chce jej go odebrać, Liv zaczyna walczyć. O obraz i o siebie.

Podobno można łamać zasady, jeśli się kocha…

 

Jojo Moyes to ulubiona autorka milionów czytelników, a jej pisarstwo jest światowym fenomenem wydawniczym. Wyrównała rekord należący do Harlana Cobena i Stephena Kinga – trzy jej książki znalazły się równocześnie na listach bestsellerów „New York Timesa”. Powieści Moyes zostały przetłumaczone na 35 języków i rozeszły się w nakładzie ponad 9 milionów egzemplarzy.

Charlesowi, jak zawsze

Część pierwsza

1

St Péronne

październik 1916

Śniło mi się jedzenie. Chrupkie bagietki z niepokalanie białym wnętrzem, prosto z pieca, jeszcze parujące, i dojrzały ser, którego brzegi rozlewały się ku krawędzi talerza. Winogrona i śliwki na miskach, poukładane w wysokie stosy, smagłe i wonne, napełniały swoim zapachem powietrze. Już miałam sięgnąć po jedną z nich, kiedy siostra mnie powstrzymała.

– Zostaw mnie – wymamrotałam. – Jestem głodna.

– Sophie. Obudź się.

Czułam smak tego sera. Miałam wgryźć się w reblochon, rozsmarować go na potężnym kawałku tego ciepłego pieczywa, a potem włożyć sobie do ust winogrono. Już czułam tę intensywną słodycz, ten wyrazisty aromat.

Ale oto na moim nadgarstku znalazła się dłoń siostry, powstrzymująca mnie przed tym. Talerze znikały, zapachy ulatniały się. Wyciągnęłam ku nim rękę, ale zaczęły pryskać jak bańki mydlane.

– Sophie.

– Co jest?

– Mają Auréliena!

Przewróciłam się na bok i zamrugałam oczami. Moja siostra miała na sobie bawełniany czepek, podobnie jak ja, żeby nie zmarznąć. Jej twarz, nawet w nikłym świetle świecy, pozbawiona była koloru, a oczy rozszerzone grozą.

– Pojmali Auréliena. Na dole.

Oprzytomniałam. Z dołu dobiegały męskie głosy, krzyki rozbrzmiewały echem na kamiennym dziedzińcu, w kojcu gdakały kury. Wśród gęstej ciemności powietrze wibrowało jakimś strasznym przeczuciem. Usiadłam na łóżku, otulając się szczelnie koszulą nocną i usiłując zapalić świecę stojącą na stoliku po mojej stronie.

Niezdarnie wymijając siostrę, przysunęłam się w stronę okna i wlepiłam wzrok w oświetlonych reflektorami samochodu żołnierzy na dziedzińcu oraz w mojego młodszego brata, który stał z rękami na głowie i starał się uchylić przed uderzeniami kolb karabinów.

– Co się dzieje?

– Dowiedzieli się o prosiaku.

– Co?

– Monsieur Suel musiał na nas donieść. Byłam w moim pokoju i usłyszałam, jak krzyczą. Mówią, że zabiorą Auréliena, jeśli im nie powie, gdzie jest świnia.

– On nic nie powie – stwierdziłam.

Wzdrygnęłyśmy się, słysząc krzyk brata. Spojrzałam na siostrę i ledwie ją poznałam: miała dwadzieścia cztery lata, a w jednej chwili postarzała się o kolejne dwadzieścia. Wiedziałam, że na mojej twarzy odbija się ten sam strach. Spełniły się nasze najgorsze obawy.

– Jest z nimi Kommandant. Jeśli ją znajdą – wyszeptała Hélène łamiącym się głosem – aresztują nas wszystkich. Wiesz, co się stało w Arras. Oni nas ukarzą dla przykładu. Co będzie z dziećmi?

Miałam zamęt w głowie, strach, że brat może nas wydać, odbierał mi rozum. Opatuliłam ramiona szalem i na palcach podeszłam do okna, by wyjrzeć na dziedziniec. Obecność Kommandanta sugerowała, że nie mamy do czynienia po prostu z pijanymi żołnierzami, którzy chcą tylko rozładować frustrację, grożąc i bijąc Bogu ducha winnych ludzi: wpadłyśmy w prawdziwe kłopoty. Fakt, że ten człowiek był pośród nas, oznaczał, iż popełniłyśmy przestępstwo, które należy traktować poważnie.

– Znajdą ją, Sophie. Wystarczy im kilka minut. A wtedy… – w głosie Hélène słychać było panikę.

Pociemniało mi w oczach. Zacisnęłam powieki. A potem je otworzyłam.

– Idź na dół – powiedziałam. – Udaj, że o niczym nie wiesz. Zapytaj go, co złego zrobił Aurélien. Porozmawiaj z nim, odwróć jego uwagę. Daj mi trochę czasu, zanim oni wejdą do domu.

– Co chcesz zrobić?

Ścisnęłam siostrę za rękę.

– Idź. Tylko nic im nie mów, rozumiesz? Zaprzeczaj wszystkiemu.

Siostra zawahała się, po czym łopocząc nocną koszulą, pobiegła w stronę korytarza. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłam tak samotna jak w ciągu tych kilku sekund, gdy strach ściskał mnie za gardło, a ja czułam, że na moich barkach spoczywa los całej rodziny. Wbiegłam do gabinetu ojca i zaczęłam gorączkowo przetrząsać szuflady wielkiego biurka, wyrzucając ich zawartość – nieużywane wieczne pióra, skrawki papieru, części popsutych zegarów i stare rachunki – na podłogę, dziękując Bogu, gdy wreszcie znalazłam to, czego szukałam. Następnie sfrunęłam w dół po schodach, otworzyłam drzwi do piwnicy i zbiegłam po zimnych kamiennych stopniach, stąpając w ciemności tak pewnie, że drżący płomyk świecy był mi prawie zbędny. Uniosłam ciężką zasuwę i znalazłam się w drugiej części piwnicy, wypełnionej dawniej aż pod powałę beczkami piwa i dobrego wina, odsunęłam na bok jedną z pustych beczek i otworzyłam drzwiczki starego żeliwnego pieca chlebowego.

Prosiątko, wciąż jeszcze niewyrośnięte, zamrugało sennie powiekami. Wstało, spojrzało na mnie ze swojego słomianego legowiska i chrząknęło. Nie wspominałam wam o tej śwince? Wyzwoliliśmy ją podczas rekwizycji gospodarstwa monsieur Girarda. Niczym dar od Boga, świnka zabłąkała się w tym chaosie, oddalając się od innych prosiąt ładowanych na niemiecką ciężarówkę, i błyskawicznie skryła się pod grubymi spódnicami babci Poilâne. Od tygodni tuczyliśmy prosiątko żołędziami i odpadkami w nadziei, że wyrośnie na tyle duże, byśmy wszyscy mogli skosztować choć trochę mięsa. Myśl o tej chrupiącej skórce, o tej soczystej wieprzowinie od miesiąca dodawała sił mieszkańcom Le Coq Rouge.

Usłyszałam, jak na zewnątrz mój brat znów krzyczy, a potem odezwał się głos siostry, prędki i natarczywy, któremu z kolei przerwał ostry ton niemieckiego oficera. Świnka spojrzała na mnie inteligentnymi, rozumiejącymi oczkami, jakby znała już swój los.

– Tak mi przykro, mon petit – szepnęłam – ale naprawdę nie ma innego sposobu.

I z rozmachem opuściłam rękę.

W ciągu kilku sekund znalazłam się na zewnątrz. Zbudziłam Mimi, mówiąc jej tylko, że musi pójść ze mną, ale nie wolno jej się odzywać – dziewczynka w ciągu ostatnich kilku miesięcy widziała już tyle, że nie zadaje pytań. Objęła wzrokiem mnie i zawiniątko z jej maleńkim braciszkiem, którego trzymałam, wysunęła się z łóżka i chwyciła mnie za rękę.

W powietrzu czuć było chłód zbliżającej się zimy i woń dymu drzewnego, która nie zdążyła się jeszcze rozproszyć po tym, jak rozpaliłyśmy na chwilę ogień w piecu. Pod łukowatym kamiennym sklepieniem tylnych drzwi zobaczyłam Kommandanta i zawahałam się. Nie był to Herr Becker, którego znałyśmy i nienawidziłyśmy. Ten mężczyzna był szczuplejszy, gładko ogolony i beznamiętny. Nawet w ciemności widziałam na jego twarzy inteligencję, a nie zwierzęcą bezmyślność, i poczułam strach.

Nowy Kommandant przyglądał się z namysłem naszym oknom na piętrze, rozważając być może, czy ten budynek nie byłby odpowiedniejszą kwaterą niż gospodarstwo Fourriera, gdzie spali wyżsi rangą niemieccy oficerowie. Przypuszczam, że wiedział, iż z tej wysokości miałby doskonały widok na całe miasteczko. Nasz dom dysponował także stajniami dla koni i dziesięcioma sypialniami, przypominającymi o czasach, kiedy był świetnie prosperującym hotelem.

Hélène klęczała na bruku, osłaniając Auréliena ramionami.

Jeden z mężczyzn podniósł karabin, ale Kommandant powstrzymał go gestem ręki.

– Wstańcie – rozkazał mojemu rodzeństwu. Hélène odsunęła się pospiesznie, jak najdalej od niego. Mignęła mi jej twarz, ściągnięta strachem.

Poczułam, jak rączka Mimi zaciska się na mojej, gdy mała zobaczyła swoja mamę, i oddałam jej uścisk, choć serce podeszło mi do gardła. A potem wyszłam na dziedziniec.

– Co tu się dzieje, na miłość boską? – rozległ się mój głos.

Kommandant spojrzał na mnie, zaskoczony moim tonem: młoda kobieta wkraczająca sklepionym przejściem na podwórze, z uczepionym spódnicy dzieckiem ssącym kciuk i drugim, owiniętym w szal, przy piersi. Czepek miałam lekko przekrzywiony, a nocną koszulę tak znoszoną, że ledwie czułam na skórze jej tkaninę. Modliłam się w duchu, żeby mężczyzna nie usłyszał, jak głośno wali mi serce.

Zwróciłam się do niego wprost:

– Za jakież to domniemane wykroczenie pańscy ludzie przyszli ukarać nas tym razem?

Domyślałam się, że żadna kobieta nie zwróciła się do niego w taki sposób, odkąd wyjechał z domu. Ciszę, która zapadła na dziedzińcu, przepełniało zdumienie. Mój brat i siostra, oboje na ziemi, odwrócili się, by lepiej mnie widzieć, aż nadto świadomi tego, dokąd może zaprowadzić nas wszystkich moja niesubordynacja.

– A pani to…?

– Madame Lefèvre.

Widziałam, że wzrokiem szuka na moim palcu obrączki. Niepotrzebnie: podobnie jak większość kobiet z okolicy dawno ją sprzedałam, żeby mieć na jedzenie.

– Madame. Mamy informacje, że nielegalnie przechowujecie żywy inwentarz. – Jego francuszczyzna była znośna, co sugerowało, że od dłuższego czasu stacjonuje na okupowanym terytorium; głos miał spokojny. Nie był to człowiek, któremu wszystko, co nieoczekiwane, wydaje się zagrożeniem.

– Inwentarz?

– Z pewnego źródła wiemy, że na terenie tej posiadłości znajduje się świnia. Zdaje sobie pani sprawę, że zgodnie z rozporządzeniem za ukrywanie przed władzami żywego inwentarza grozi kara więzienia.

Wytrzymałam jego spojrzenie.

– I wiem dokładnie, kto mógł dostarczyć panu takiej informacji. Monsieur Suel, non? – policzki miałam zarumienione; włosy, splecione w długi warkocz przerzucony przez ramię, były naelektryzowane. Czułam mrowienie w miejscu, gdzie dotykały karku.

Kommandant zwrócił się ku jednemu ze swoich przybocznych. Mężczyzna odwrócił wzrok, potwierdzając tym samym moje podejrzenie.

– Monsieur Suel, Herr Kommandant, przychodzi do nas przynajmniej dwa razy w miesiącu i usiłuje nas przekonać, że z powodu nieobecności naszych mężów wymagamy szczególnego rodzaju opieki z jego strony. Ponieważ nie zdecydowałyśmy się skorzystać z jego rzekomej życzliwości, odpłaca się nam, rozsiewając plotki, które zagrażają naszemu życiu.

– Władze nie podjęłyby działań, gdyby ich źródło nie zasługiwało na wiarę.

– Pozwolę sobie zauważyć, Herr Kommandant, że niniejsza wizyta sugeruje coś przeciwnego.

Spojrzenie, którym mnie obrzucił, było nieprzeniknione. Odwrócił się na pięcie i skierował w stronę drzwi do domu. Ruszyłam za nim i o mało nie potknęłam się o spódnicę, usiłując dotrzymać mu kroku. Wiedziałam, iż sam fakt, że odezwałam się do niego tak śmiało, może zostać uznany za wykroczenie. A jednak w tamtym momencie nie odczuwałam już strachu.

– Proszę na nas spojrzeć, Herr Kommandant. Czy wyglądamy na osoby zajadające się wołowiną, pieczenią jagnięcą albo wieprzowymi kotletami? – Mężczyzna odwrócił się, zerkając przelotnie na moje kościste nadgarstki, wystające lekko z rękawów nocnej koszuli. Tylko w ciągu zeszłego roku ubyło mi w talii pięć centymetrów. – Czyżbyśmy aż tak się upaśli dzięki wspaniałym dochodom, jakie przynosi nasz hotel? Zostały nam trzy kury z dwóch tuzinów. Trzy kury, które mamy przyjemność hodować i karmić, żeby pańscy ludzie mogli zabierać ich jajka. Tymczasem my żywimy się tym, co niemieckie władze zdają się uważać za dietę: coraz mniejszymi racjami mięsa i mąki oraz chlebem z grysiku i otrąb tak nędznych, że nie użylibyśmy ich do nakarmienia inwentarza.

Był w tylnej sieni, a dźwięk jego obcasów odbijał się echem od kamiennej podłogi. Zawahał się, po czym podszedł do baru i wydał rozkaz głosem przypominającym szczeknięcie. Jakiś żołnierz wyrósł jak spod ziemi i podał mu lampę.

– Nie mamy mleka, żeby nakarmić niemowlęta, nasze dzieci płaczą z głodu, a my chorujemy z niedożywienia. A mimo to przychodzicie tu w środku nocy zastraszać dwie kobiety i znęcać się nad niewinnym chłopcem, bić nas i grozić, ponieważ usłyszeliście od jakiegoś starego satyra plotkę, że się objadamy?

Ręce mi się trzęsły. Kommandant zobaczył, że niemowlę się wierci, a ja zdałam sobie sprawę, że jestem tak spięta, iż trzymam je za mocno. Cofnęłam się o krok, poprawiłam szal i zanuciłam mu coś cicho. Potem podniosłam głowę. Nie potrafiłam ukryć goryczy i złości w moim głosie.

– Wobec tego przeszukajcie nasz dom, Herr Kommandant. Przewróćcie go do góry nogami i zniszczcie to, co do tej pory nie zostało zniszczone. Przeszukajcie też budynki gospodarcze, te, których pańscy żołnierze nie ogołocili jeszcze doszczętnie. A kiedy znajdziecie tę mityczną świnię, mam nadzieję, że będzie smakowała pańskim ludziom.

Wytrzymałam jego spojrzenie odrobinę dłużej, niż mógł się spodziewać. Przez okno widziałam, jak siostra ociera spódnicą rany Auréliena, usiłując zatamować krew. Nad nimi stało trzech niemieckich żołnierzy.

Moje oczy zdążyły się przyzwyczaić do ciemności i zauważyłam, że Kommandant jest zbity z tropu. Jego ludzie spoglądali na niego niepewnie i czekali na rozkazy. Mógł kazać im ograbić nasz dom do gołych ścian i aresztować nas wszystkich w odwecie za mój niesłychany wybuch. Ja jednak wiedziałam, że myśli o Suelu i o tym, czy ten mógł wprowadzić go w błąd. Nie wyglądał na człowieka, który dobrze czuje się ze świadomością, że inni widzą, iż dał się wywieść w pole.

Kiedy grywałam z Édouardem w pokera, często śmiał się i mówił, że jestem nieznośnym przeciwnikiem, bo moja twarz nigdy nie zdradza prawdziwych uczuć. Powiedziałam sobie, że muszę teraz o tym pamiętać: to najważniejsza partia, jaką kiedykolwiek rozegram. Wpatrywaliśmy się w siebie, Kommandant i ja. Przez moment miałam wrażenie, jakby świat wokół nas się zatrzymał: słyszałam odległy huk dział na froncie, kaszel siostry, grzebanie naszych zabiedzonych kur w kojcu. Dźwięki stopniowo cichły, aż wreszcie zostaliśmy tylko on i ja, stojący naprzeciwko siebie; jedno usiłowało zmusić drugie do odkrycia kart. Przysięgam, że słyszałam bicie własnego serca.

– Co to takiego?

– Co?

Podniósł lampę, rzucając na niego przyćmione złotawe światło: mój portret, który Édouard namalował tuż po naszym ślubie. Ja, w tamtym pierwszym roku, z gęstymi lśniącymi włosami spadającymi na ramiona, ze świeżą kwitnącą cerą i śmiałym spojrzeniem kobiety, która wie, że jest uwielbiana. Przyniosłam tutaj portret z jego kryjówki kilka tygodni wcześniej, mówiąc siostrze, że prędzej umrę, niż pozwolę Niemcom dyktować mi, na co wolno mi patrzeć w moim własnym domu.

Mężczyzna podniósł lampę trochę wyżej, żeby lepiej widzieć. „Nie wieszaj tego tutaj, Sophie”, ostrzegała mnie Hélène. „Napytasz nam biedy”.

Kiedy wreszcie zwrócił się ku mnie, miałam wrażenie, że z najwyższym trudem zmusza się do oderwania wzroku od obrazu. Spojrzał na moją twarz, a potem znów na portret.

– Namalował go mój mąż. – Nie wiem, skąd wzięła się we mnie ta potrzeba, by mu to powiedzieć.

Być może była to kwestia mojej pewności i świętego oburzenia. Może ewidentnej różnicy pomiędzy dziewczyną na portrecie a tą, która stała przed nim. Może płaczącego dziecka uczepionego mojej spódnicy. Możliwe, że nawet Kommandant, po dwóch latach okupacji, zmęczył się nękaniem nas za drobne wykroczenia.

Jeszcze przez chwilę patrzył na obraz, a potem przeniósł spojrzenie na własne stopy.

– Sądzę, że wyraziliśmy się jasno, madame. Nasza rozmowa nie jest zakończona. Dziś jednak nie będę już dłużej was niepokoił.

Dostrzegł na mojej twarzy przebłysk zaskoczenia, które ledwie udało mi się opanować, i zauważyłam, że przyniosło mu to jakiś rodzaj satysfakcji. Być może wystarczyło mu to, iż byłam przekonana, że mój los jest przypieczętowany. Ten człowiek był inteligentny i wnikliwy. Będę musiała mieć się na baczności.

– Żołnierze.

Mężczyźni zawrócili, jak zawsze ślepo posłuszni, i ruszyli w stronę swego pojazdu, a światło reflektorów obrysowywało ich umundurowane postaci. Poszłam za Kommandantem i stanęłam tuż za progiem. Ostatnie jego słowa, które dobiegły moich uszu, były rozkazem, by kierowca jechał do miasta.

Czekaliśmy, podczas gdy wojskowy samochód jechał drogą, a reflektory omiatały jej wyboistą powierzchnię. Hélène zaczęła drżeć. Z wysiłkiem stanęła na nogi, przykładając do czoła dłonie o zbielałych kłykciach i zaciskając powieki. Aurélien stał niezręcznie koło mnie, trzymając Mimi za rękę, zakłopotany jej dziecięcymi łzami. Czekałam, aż w oddali ucichną ostatnie odgłosy silnika. Zawył za wzgórzami, jakby on także protestował.

– Jesteś ranny, Aurélien? – Dotknęłam jego głowy. Rozcięcia. I sińce. Jacy mężczyźni atakują bezbronnego chłopca?

Uchylił się.

– To nie bolało – powiedział. – Wcale mnie nie przestraszyli.

– Myślałam, że cię aresztuje – odezwała się moja siostra. – Myślałam, że aresztuje nas wszystkich. – Bałam się, kiedy tak wyglądała: jakby balansowała na krawędzi jakiejś bezdennej otchłani. Otarła oczy, zmusiła się do uśmiechu i kucnęła, by przytulić córeczkę. – Niemądrzy Niemcy. Ale nas wszystkich wystraszyli, co? Niemądra maman, że tak się dała nastraszyć.

Dziewczynka patrzyła na mamę, milcząca i poważna. Czasem się zastanawiałam, czy jeszcze kiedyś zobaczę, jak Mimi się śmieje.

– Przepraszam. Już wszystko dobrze – ciągnęła dalej Hélène. – Chodźmy wszyscy do środka. Mimi, mamy troszkę mleka, podgrzeję ci je. – Wytarła ręce o zakrwawioną koszulę i wyciągnęła je do mnie po niemowlę. – Chcesz, żebym wzięła od ciebie Jeana?

Zaczęłam trząść się konwulsyjnie, jakbym dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo powinnam była się bać. Nogi miałam jak z waty, jak gdyby cała ich siła wsiąkła w bruk na dziedzińcu. Poczułam desperacką potrzebę, by usiąść.

– Tak – powiedziałam. – Chyba tak będzie lepiej.

Siostra sięgnęła po zawiniątko, po czym wydała cichy okrzyk. Otulony kocykiem, owinięty tak szczelnie, że nocne powietrze prawie nie miało do niego dostępu, widniał różowy, kosmaty ryjek prosięcia.

– Jean śpi na górze – odrzekłam. Oparłam się o ścianę, żeby nie upaść.

Aurélien zajrzał siostrze przez ramię. Wszyscy wpatrywali się w zawiniątko.

– Mon Dieu.

– Czy ono nie żyje?

– Uśpiłam je chloroformem. Pamiętałam, że papa miał buteleczkę w gabinecie, jeszcze z czasów, kiedy zbierał motyle. Myślę, że się obudzi. Ale będziemy musieli znaleźć mu jakąś inną kryjówkę, zanim tamci wrócą. Dobrze wiecie, że wrócą.

I wtedy Aurélien się uśmiechnął – tak rzadko ostatnio widywanym, powolnym uśmiechem pełnym zachwytu. Hélène nachyliła się, żeby pokazać Mimi nieprzytomne prosiątko, i obie się rozpromieniły. Moja siostra co chwila dotykała ryjka świnki, drugą dłonią zatykając sobie usta, jakby nie mogła uwierzyć w to, co ma na rękach.

– Stałaś przed nimi i trzymałaś prosię? Oni tu przyszli, a ty podetknęłaś im je pod nos? A potem nakrzyczałaś na nich, że mieli czelność w ogóle się tu pojawić? – W jej głosie dźwięczało niedowierzanie.

– Pod ryj – powiedział Aurélien, który sprawiał wrażenie, jakby nagle odzyskał pewność siebie. – Ha! Podetknęłaś im je pod ryj!

Usiadłam na bruku i zaczęłam się śmiać. Zaśmiewałam się, aż poczułam na skórze chłód i sama już nie wiedziałam, czy się śmieję, czy płaczę. Mój brat, który chyba się bał, że zaraz wpadnę w histerię, wziął mnie za rękę i oparł się o mnie. Miał czternaście lat i czasem był twardy i nieprzystępny jak mężczyzna, a czasem zachowywał się jak dziecko, które szuka otuchy u dorosłych.

Hélène była nadal zamyślona.

– Gdybym wiedziała… – odezwała się. – Skąd u ciebie tyle odwagi, Sophie? Moja mała siostrzyczka! Skąd ci się to wzięło? W dzieciństwie byłaś strachliwa jak myszka. Jak myszka!

Nie byłam pewna, czy znam odpowiedź.

A potem, kiedy wreszcie weszliśmy do domu, gdy Hélène zajęła się podgrzewaniem mleka w rondelku, a Aurélien myciem swojej biednej zmaltretowanej twarzy, ja stanęłam przed portretem.

Ta dziewczyna, dziewczyna, którą poślubił Édouard, patrzyła na mnie, a na twarzy miała wyraz, którego już nie rozpoznawałam. On zobaczył to we mnie na długo przedtem, zanim dostrzegł to ktokolwiek inny: ten uśmiech mówi o świadomości i satysfakcji, otrzymywanej i dawanej. Mówi o dumie. Kiedy nikt z jego paryskich znajomych nie mógł pojąć jego miłości do mnie – ekspedientki, on tylko się uśmiechał, bo już wtedy to we mnie widział.

Nigdy nie wiedziałam, czy on rozumie, że to wszystko jest tam tylko dzięki niemu.

Stałam i patrzyłam na nią, i na kilka sekund przypomniałam sobie, jakie to uczucie być tą dziewczyną, wolną od głodu i strachu, pochłoniętą jedynie beztroskimi myślami o tym, jakie to wspaniałe chwile czekają ją z Édouardem, kiedy będą tylko we dwoje. Przypomniała mi o tym, że świat jest zdolny do piękna i że niegdyś były takie rzeczy – sztuka, radość, miłość – które wypełniały mój świat, zamiast strachu, zupy z pokrzyw i godziny policyjnej. W wyrazie mojej twarzy zobaczyłam jego. I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, co przed chwilą zrobiłam. On przypomniał mi o mojej sile i o tym, jak wiele zostało jeszcze we mnie tego wszystkiego, co pozwala mi się nie poddawać.

Kiedy wrócisz, Édouardzie, przysięgam, że znów będę tą dziewczyną, którą namalowałeś.

2

Historia o dziecku-prosiaczku do czasu obiadu zdążyła obiec prawie całe St Péronne. Drzwi baru w Le Coq Rouge od rana się nie zamykały, choć mieliśmy do zaoferowania niewiele poza kawą z cykorii; dostawy piwa zdarzały się sporadycznie, a prócz tego dysponowaliśmy tylko kilkoma absurdalnie drogimi butelkami wina. Zdumiewające było to, jak wielu ludzi zajrzało tylko po to, by życzyć nam dobrego dnia.

– I tyś go zrugała? Kazałaś mu się wynosić? – stary René chichotał pod wąsem i ściskając oparcie krzesła, ocierał łzy ze śmiechu. Cztery razy prosił, żeby powtórzyć mu całą historię od początku, i za każdym razem Aurélien ubarwiał opowieść nieco bardziej, tak że ostatecznie on bił się z Kommandantem na szable, a ja krzyczałam:

– Der Kaiser ist Scheiss!

Wymieniłyśmy uśmieszki z Hélène, która zamiatała podłogę w kawiarni. Mnie to nie przeszkadzało. Ostatnio w naszym miasteczku nie mieliśmy wielu okazji do świętowania.

– Musimy uważać – powiedziała Hélène, gdy René wyszedł, uchyliwszy kapelusza na do widzenia. Patrzyłyśmy, jak mija pocztę, skręcając się znów ze śmiechu, po czym zatrzymuje się, by otrzeć oczy. – Ta historia zbyt szybko się roznosi.

– Nikt nic nie powie. Wszyscy nienawidzą szwabów – wzruszyłam ramionami. – A zresztą każdy chciałby dostać kawałek wieprzowiny. Nie sądzę, żeby ktokolwiek na nas doniósł, zanim się naje.

Prosię zostało przed świtem dyskretnie przeniesione do sąsiadów. Kilka miesięcy wcześniej Aurélien, rąbiąc na opał stare beczki po piwie, odkrył, że labirynt naszych piwnic oddziela od tych należących do Foubertów zaledwie jeden rząd cegieł. Z pomocą sąsiadów ostrożnie usunęliśmy część z nich, tworząc awaryjną drogę ucieczki. Kiedy Foubertowie ukrywali młodego Anglika i pewnego wieczoru o zmierzchu Niemcy złożyli im niezapowiedzianą wizytę, madame Foubert udała, że nie rozumie, co mówi do niej oficer, dając w ten sposób młodzieńcowi akurat tyle czasu, by zdążył przemknąć się do piwnicy, wyjąć cegły i prześliznąć się na naszą stronę. Niemcy zajrzeli w każdy kąt jej domu, zeszli także do piwnicy, ale w przyćmionym świetle żaden z nich nie zauważył, że zaprawa w ścianie jest podejrzanie dziurawa.

Z tego właśnie składało się nasze życie: drobne powstania, malutkie zwycięstwa, nieliczne okazje do ośmieszenia naszych gnębicieli, wątłe łódeczki nadziei, unoszące się na wielkim morzu niepewności, ubóstwa i strachu.

– Czyli poznałyście nowego Kommandanta?

Mer siedział przy jednym ze stolików pod oknem. Kiedy przyniosłam mu kawę, gestem zaprosił mnie, bym się do niego przysiadła. Często myślałam o tym, że od czasów okupacji jego życie jest jeszcze bardziej nieznośne niż czyjekolwiek inne: czas upływał mu na ciągłych negocjacjach z Niemcami i próbach zapewnienia miasteczku tego, co niezbędne, ale co pewien czas okupanci aresztowali go, by zmusić nieposłusznych mieszkańców do przestrzegania ich rozkazów.

– Nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni – odparłam, stawiając przed nim filiżankę.

Pochylił ku mnie głowę i odezwał się półgłosem:

– Herr Becker został odesłany do Niemiec, ma tam zarządzać obozem jenieckim. Podobno w jego rachunkach dopatrzono się jakichś nieścisłości.

– Nic dziwnego. To jedyny człowiek w okupowanej Francji, który zdołał tutaj przytyć tak, że ważył dwa razy tyle, co w chwili przyjazdu – żartowałam, ale jego odesłanie wywołało we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony Becker był ostry, a jego kary przesadnie srogie, co wynikało z braku pewności siebie i obawy, że jego ludzie uznają go za zbyt miękkiego. Z drugiej jednak był także zbyt głupi – nie dostrzegał licznych aktów oporu mieszkańców miasteczka – by pielęgnować jakiekolwiek znajomości, które mogłyby pomóc mu w karierze.

– A więc co o nim sądzisz?

– O nowym Kommandancie? Sama nie wiem. Chyba mógłby być gorszy. Nie rozebrał domu na części, tak jak pewnie zrobiłby Becker, tylko po to, by pokazać, że go na to stać. Ale… – zmarszczyłam nos – …jest bystry. Możliwe, że będziemy musieli być jeszcze ostrożniejsi.

– Jak zawsze, madame Lefèvre, nasze myśli biegną w jednym kierunku – uśmiechnął się do mnie, lecz tylko ustami. Przypomniały mi się czasy, kiedy mer był wesołym, hałaśliwym człowiekiem, znanym ze swojej jowialności: na każdym spotkaniu w miasteczku miał zawsze najdonośniejszy głos.

– Czego możemy się spodziewać w tym tygodniu?

– Będzie chyba trochę boczku. I kawa. Bardzo niewiele masła. Mam nadzieję, że za kilka godzin poznam dokładną wielkość przydziałów.

Wyjrzeliśmy przez okno. Stary René dotarł do kościoła. Zatrzymał się, żeby porozmawiać z księdzem. Nie było trudno zgadnąć, co omawiają. Kiedy ksiądz zaczął się śmiać, a René zgiął się wpół po raz czwarty, nie byłam w stanie powstrzymać chichotu.

– Miałaś jakieś wiadomości od męża?

Zwróciłam się z powrotem w stronę mera.

– Ostatni raz w sierpniu, przysłał mi wtedy kartkę. Stacjonował niedaleko Amiens. Napisał tylko parę słów.

„Myślę o Tobie dniem i nocą – nagryzmolił na pocztówce tym swoim pięknym zapętlonym pismem. – Jesteś moją gwiazdą przewodnią w tym obłąkanym świecie”. Po jej otrzymaniu przez dwie noce nie mogłam spać z niepokoju, dopóki Hélène nie zwróciła mi uwagi, że słowa „ten obłąkany świat” można równie dobrze zastosować do świata, w którym człowiek żywi się czarnym chlebem tak twardym, że trzeba go kroić tasakiem, i trzyma prosięta w piecu chlebowym.

– Ostatnia wiadomość od mojego najstarszego syna przyszła prawie trzy miesiące temu. Posuwali się w kierunku Cambrai. Pisał, że są dobrej myśli.

– Mam nadzieję, że nadal tak jest. Jak się miewa Louisa?

– Nie najgorzej, dziękuję.

Najmłodsza, obecnie jedenastoletnia córka mera urodziła się z porażeniem mózgowym; nie rozwijała się tak jak inne dzieci, mogła jeść tylko niektóre rzeczy i często chorowała. Całe nasze miasteczko dokładało starań, by niczego jej nie zabrakło. Ilekroć komuś udało się zdobyć mleko czy suszone jarzyny, część tego zazwyczaj wędrowała do domu mera.

– Kiedy się lepiej poczuje, proszę jej powiedzieć, że Mimi o nią pyta. Hélène szyje dla niej lalkę, która ma być bliźniaczką lalki Mimi. Mimi pytała, czy mogą być siostrami.

Mer poklepał ją po rączce.

– Jesteście naprawdę kochane. Dziękuję Bogu za to, że wróciłaś tutaj, chociaż mogłaś zostać sobie bezpiecznie w Paryżu.

– Ba! Nie ma żadnej gwarancji, że szwaby nie będą wkrótce maszerować po Champs Élysées. A zresztą nie mogłam zostawić Hélène tutaj samej.

– Nie dałaby sobie rady bez ciebie. Wyrosłaś na taką wspaniałą młodą kobietę. Paryż ci posłużył.

– To zasługa mojego męża.

– W takim razie niech Bóg ma go w swojej opiece. Niech ma w opiece nas wszystkich. – Mer uśmiechnął się, włożył kapelusz i wstał od stolika.

St Péronne, gdzie rodzina Bessette’ów od pokoleń prowadziła Le Coq Rouge, było jednym z pierwszych miasteczek, które wpadły w ręce Niemców jesienią 1914 roku. Choć nasi rodzice od dawna już nie żyli, a mężowie wyjechali na front, Hélène i ja postanowiłyśmy, że nie zamkniemy hotelu. Nie byłyśmy jedynymi, które przejęły męskie obowiązki: sklepami, gospodarstwami i miejscową szkołą zarządzały niemal wyłącznie kobiety, wspomagane przez staruszków i chłopców. Gdy nastał rok 1915, w miasteczku nie było już prawie żadnych mężczyzn.

W pierwszych miesiącach miałyśmy duży ruch, bo przechodzili tędy francuscy żołnierze, a niedługo po nich Anglicy. Jedzenia było jeszcze pod dostatkiem, maszerującym oddziałom towarzyszyły muzyka i wiwaty, a większość z nas wciąż wierzyła, że wojna skończy się – w najgorszym wypadku – za kilka miesięcy. Zdarzyło się kilka rzeczy, które wskazywały na okropności rozgrywające się paręset kilometrów dalej: dawałyśmy jedzenie belgijskim uchodźcom, którzy posępnie mijali nasz hotel, a ich dobytek spoczywał w chwiejnych stosach na wozach; niektórzy z Belgów wciąż mieli na sobie kapcie i ubrania, w których wyszli z domów. Od czasu do czasu, kiedy wiatr wiał ze wschodu, dolatywał do nas odległy huk dział. Ale choć wiedzieliśmy, że wojna toczy się niedaleko, tylko nieliczni wierzyli, że St Péronne, nasze dumne miasteczko, może dołączyć do tych, które znalazły się pod niemiecką okupacją.

Dowodem na to, jak bardzo się myliliśmy, był dźwięk wystrzału w cichy, zimny jesienny poranek, kiedy to madame Fougère i madame Dérin za piętnaście siódma wyruszyły na swój codzienny spacerek do boulangerie i zostały zastrzelone podczas przechodzenia przez rynek.

Słysząc hałas, rozsunęłam zasłony, a zrozumienie tego, co zobaczyłam, zajęło mi dłuższą chwilę: na chodniku rozciągnięte były ciała dwóch kobiet, wdów i przyjaciółek od blisko siedemdziesięciu lat, z przekrzywionymi chustkami na głowach i pustymi, przewróconymi koszykami u stóp. Wokół nich lepka czerwona kałuża rozlała się w niemal idealny okrąg, jakby pochodziła od jednej istoty.

Niemieccy oficerowie twierdzili później, że strzelali do nich snajperzy i że to, co wydarzyło się na rynku, to była akcja odwetowa. (Podobno powtarzali to w każdej wiosce, do której wkraczali). Jeżeli chcieli wywołać w miasteczku bunt, nie mogli wybrać lepszego sposobu niż zabicie tych staruszek. Nie poprzestali jednak na tym. Podpalili obory i zestrzelili pomnik burmistrza Leclerca. Dwadzieścia cztery godziny później przemaszerowali w szyku bojowym naszą główną ulicą, ich pikielhauby lśniły w blasku zimowego słońca, a my staliśmy przed naszymi domami i sklepami i patrzyliśmy na nich w pełnym zgrozy milczeniu. Nieliczni pozostali w miasteczku mężczyźni musieli wyjść na zewnątrz, żeby tamci mogli ich policzyć.

Właściciele sklepów i straganów po prostu je zamknęli i odmówili obsługiwania Niemców. Większość z nas miała odłożone zapasy jedzenia; wiedzieliśmy, że uda się nam przetrwać. Chyba wierzyliśmy, że tamci, widząc, jacy jesteśmy nieprzejednani, dadzą za wygraną i pomaszerują do kolejnej wsi. Ale wtedy Kommandant Becker wydał rozporządzenie, że każdy kupiec, którego sklep będzie zamknięty w zwykłych godzinach pracy, zostanie zastrzelony. Boulangerie, boucherie, stragany na rynku, a nawet Le Coq Rouge pootwierały się jedno po drugim. Nasze oporne miasteczko zostało zmuszone do powrotu do posępnego życia.

Osiemnaście miesięcy później niewiele było już do kupienia. St Péronne było odcięte od sąsiednich miejscowości, pozbawione wieści ze świata i uzależnione od nieregularnych dostaw pomocy humanitarnej, uzupełnianych kosztownymi towarami z czarnego rynku, kiedy te były akurat dostępne. Czasem trudno było uwierzyć, że wolna Francja wie o naszych cierpieniach. Niemcy byli jedynymi, którzy jedli do syta; ich konie (nasze konie) były tłuste, a sierść na nich lśniła, karmiono je pszenicą, która powinna służyć nam do wypieku chleba. Niemcy plądrowali nasze piwniczki z winem i odbierali jedzenie wyhodowane w naszych gospodarstwach.

Zresztą nie chodziło tylko o jedzenie. Co tydzień ktoś słyszał znienawidzone walenie w drzwi i otrzymywał nowy spis przedmiotów podlegających rekwizycji: łyżeczek, zasłon, talerzy, rondli, kołder. Niekiedy oficer najpierw zjawiał się na inspekcję, notował sobie co atrakcyjniejsze wyposażenie, po czym wracał ze spisem, w którym figurowało ni mniej, ni więcej tylko właśnie ono. Okupanci wystawiali nam skrypty dłużne, które można było rzekomo wymienić na pieniądze. Ani jedna osoba w całym St Péronne nie znała nikogo, komu by rzeczywiście zapłacono.

– Co robisz?

– Przenoszę to – wzięłam portret i przeniosłam go w spokojny kąt na uboczu, gdzie mniej rzucał się w oczy.

– Kto to jest? – zapytał Aurélien, kiedy umieszczałam obraz znów na ścianie, poprawiając go, dopóki nie zawisł prosto.

– To ja! – odwróciłam się w stronę brata. – Nie widzisz?

– Aha – zmrużył oczy.

Nie miał zamiaru mnie obrazić: dziewczyna na portrecie bardzo się różniła od tej chudej, surowej kobiety o szarej cerze i zmęczonych, nieufnych oczach, która codziennie spoglądała na mnie z lustra. Starałam się nie patrzeć na nią zbyt często.

– Czy Édouard to namalował?

– Tak. Kiedy się pobraliśmy.

– Nie widziałem żadnego jego obrazu. To jest… spodziewałem się czegoś innego.

– Co masz na myśli?

– No… to jest dziwne. Te kolory są dziwne. Pomalował ci skórę na zielono i niebiesko. Przecież ludzie nie mają takiej skóry! I zobacz, jak to jest nieporządnie zrobione. Édouard powychodził za linie.

– Aurélien, chodź tu na chwilę. – Podeszłam do okna. – Spójrz na moją twarz. Co widzisz?

– Gargulca.

Pacnęłam go w głowę.

– Nie. Popatrz… ale tak naprawdę. Na kolory mojej skóry.

– Jesteś po prostu blada.

– Przyjrzyj się uważniej: pod oczami, w zagłębieniach na szyi. Nie mów mi, co się spodziewasz zobaczyć. Tylko uczciwie patrz. A potem powiedz, jakie kolory widzisz tak naprawdę.

Brat wlepił wzrok w moją szyję. Jego spojrzenie powoli przesuwało się w górę po twarzy.

– Widzę niebieski – odezwał się – pod oczami. Niebieski i fioletowy. A, i jeszcze zielony, na szyi. I pomarańczowy. Alors… trzeba wezwać lekarza! Masz twarz w stu różnych kolorach. Jesteś klaunem!

– Wszyscy jesteśmy klaunami – powiedziałam. – Édouard po prostu widzi to wyraźniej niż inni ludzie.

Aurélien pognał na górę oglądać się w lustrze i zadręczać się błękitami i fioletami, które niewątpliwie tam zobaczy. Zresztą ostatnio wystarczał mu byle pretekst. Durzył się w co najmniej dwóch dziewczętach i dużo czasu poświęcał na golenie swojej miękkiej młodzieńczej skóry starą tępą brzytwą naszego ojca, próbując w ten sposób bezskutecznie przyspieszyć pojawienie się zarostu.

– Jest śliczny – powiedziała Hélène, robiąc krok w tył, by przyjrzeć się portretowi. – Ale…

– Ale co?

– Ryzykujemy, w ogóle go tu wieszając. Kiedy Niemcy dotarli do Lille, spalili wszystkie dzieła sztuki, które uznali za wywrotowe. Obraz Édouarda jest… nietypowy. Skąd wiesz, że go nie zniszczą?

Dużo się martwiła ta moja siostra. Martwiły ją obrazy Édouarda i porywczość naszego brata; listy i moje codzienne zapiski na skrawkach papieru, które wtykałam pomiędzy krokwie.

– Chcę, żeby tutaj był, żebym mogła na niego patrzeć. Nie martw się, reszta jest bezpieczna w Paryżu.

Nie wyglądała na przekonaną.

– Potrzebuję koloru, Hélène. Chcę życia. Nie chcę patrzeć na Napoleona czy głupie obrazki papy ze smutnymi psami. I nie pozwolę im – skinęłam głową w stronę okna, za którym niemieccy żołnierze po służbie stali przy fontannie i palili papierosy – dyktować mi, na co mam patrzeć w moim własnym domu.

Hélène pokręciła głową, jakbym była wariatką, której ona nie potrafi się sprzeciwić. A potem poszła obsłużyć madame Louvier i madame Durant, które, choć często dawały wyraz swemu przekonaniu, że moja kawa z cykorii smakuje jak ze ścieku, zjawiły się, by posłuchać historii o dziecku-prosiaczku.

Hélène i ja spałyśmy tej nocy w jednym łóżku, a pomiędzy nami Mimi i Jean. Czasem bywało tak zimno, nawet w październiku, że bałyśmy się, iż znajdziemy ich zamarzniętych na kość w piżamkach, więc tuliliśmy się wszyscy do siebie i grzaliśmy jedno od drugiego. Było późno, ale wiedziałam, że moja siostra nie śpi. Blask księżyca przeświecał przez szparę w zasłonach, a ja widziałam tylko jej oczy, szeroko otwarte, utkwione w jakimś odległym punkcie. Domyślałam się, że się zastanawia, gdzie jest w tej chwili jej mąż, czy jest mu ciepło w jakiejś kwaterze, podobnej do naszego domu, czy dygocze z zimna w okopie, patrząc na ten sam księżyc.

Gdzieś daleko stąd stłumiony huk dał nam znać, że w oddali toczy się bitwa.

– Sophie?

– Tak? – Obie mówiłyśmy cichutkim szeptem.

– Zastanawiasz się czasem, jak to będzie… jeżeli oni nie wrócą?

Leżałam w ciemności z otwartymi oczami.

– Nie – skłamałam. – Bo wiem, że wrócą. I nie chcę, żeby Niemcom udało się wymusić na mnie jeszcze choćby minutę strachu.

– A ja tak – powiedziała Hélène. – Niekiedy zapominam, jak on wygląda. Patrzę na jego fotografię i nic nie pamiętam.

– To dlatego, że tak często na nią patrzysz. Czasem myślę, że te nasze fotografie zużywają się od patrzenia.

– Ale ja nic nie pamiętam: jak on pachnie, jak brzmi jego głos. Nie pamiętam, jakie to uczucie mieć go koło siebie. Tak jakby on nigdy nie istniał. I wtedy myślę sobie: a jeżeli to koniec? Jeśli on nigdy nie wróci? Jeżeli mamy spędzić resztę życia w ten sposób, pod nadzorem nienawidzących nas ludzi, którzy dyktują nam każdy ruch? I nie wiem… Nie jestem pewna, czy potrafię…

Podparłam się na łokciu i sięgnęłam ponad Mimi i Jeanem, żeby wziąć moją siostrę za rękę.

– Tak, potrafisz – odezwałam się. – Oczywiście, że potrafisz. Jean-Michel wróci do domu i będziecie szczęśliwi. Francja będzie wolna, a życie będzie takie jak kiedyś. Jeszcze lepsze.

Hélène leżała w milczeniu. Ja zaczęłam dygotać, marznąc bez przykrycia, ale nie śmiałam się poruszyć. Bałam się, kiedy siostra mówiła takie rzeczy. Miałam takie wrażenie, jakby w jej głowie krył się bezmiar lęków, z którymi musi się zmagać dwa razy ciężej niż my wszyscy.

Jej głos był cichutki i drżący, jakby powstrzymywała łzy.

– Wiesz, kiedy wyszłam za Jean-Michela, byłam taka szczęśliwa. Pierwszy raz w życiu czułam się wolna.

Wiedziałam, co ma na myśli: nasz ojciec był gwałtownym człowiekiem, często sięgał po pas i nie wahał się użyć pięści. Całe miasteczko uważało go za najpoczciwszego z gospodarzy, filar naszej społeczności, starego dobrego François Bessette’a, który każdego częstował dowcipem i kieliszkiem wina. My jednak znałyśmy jego porywczość. Jedyną rzeczą, jakiej żałowałyśmy, było to, że nasza matka zmarła przed nim i nie mogła choćby przez kilka lat cieszyć się życiem bez tego groźnego cienia.

– Teraz mam takie wrażenie… jakbyśmy zamieniły jednego tyrana na innego. Czasem zdaje mi się, że spędzę całe życie, naginając się do cudzej woli. Ty, Sophie, ty potrafisz się śmiać. Widzę, jaka jesteś stanowcza, odważna, jak wieszasz obrazy i krzyczysz na Niemców, i nie rozumiem, skąd to się bierze. Nie pamiętam już, jakie to uczucie się nie bać.

Leżałyśmy w ciszy. Słyszałam, jak wali mi serce. Ona miała mnie za nieustraszoną. Tymczasem nic nie przerażało mnie tak bardzo jak lęki mojej siostry. W ciągu tych ostatnich kilku miesięcy pojawiła się w niej jakaś nowa kruchość, jakieś nieznane napięcie w jej spojrzeniu. Ścisnęłam jej dłoń. Nie odwzajemniła uścisku.

Leżąca pomiędzy nami Mimi się poruszyła, zarzucając sobie rączkę na głowę. Hélène wypuściła moją dłoń i w ciemności zamajaczył mi kształt siostry, jak przekręca się na bok i delikatnie chowa rękę córeczki z powrotem pod przykryciem. Dziwnie pokrzepiona tym gestem położyłam się znów i podciągnęłam sobie koc pod brodę, żeby przestać się trząść.

– Wieprzowina – powiedziałam w ciszę.

– Co?

– Tylko pomyśl. Pieczona wieprzowina, ze skórą natartą solą i oliwą, krucha, rozpływająca się w ustach. Pomyśl o mięciutkich fałdach ciepłego białego sadła, o różowym mięsie, które ugina się pod palcami, może jeszcze z kompotem z jabłek. To właśnie będziemy jeść już za parę tygodni, Hélène. Pomyśl, jaki to będzie wspaniały smak.

– Wieprzowina?

– Tak. Wieprzowina. Kiedy czuję, że słabnę, myślę o tej świni i o jej wielkim tłustym brzuchu. Myślę o jej chrupiących uszkach, o soczystych szynkach. – Niemal usłyszałam, jak siostra się uśmiecha.

– Sophie, oszalałaś.

– Ale pomyśl tylko, Hélène. Czy to nie będzie wspaniałe? Możesz sobie wyobrazić buzię Mimi z tłuszczem cieknącym po bródce? Jakie to będzie dla niej uczucie mieć coś takiego w brzuszku? Wyobraź sobie, jaka to będzie radość wydłubywać sobie chrupiącą skórkę spomiędzy zębów.

Siostra roześmiała się mimo woli.

– Nie wiem, czy ona pamięta, jak smakuje wieprzowina.

– Prędko sobie przypomni – powiedziałam. – Tak samo jak ty szybko przypomnisz sobie Jean-Michela. Któregoś dnia wejdzie przez te drzwi, a ty zarzucisz mu ramiona na szyję, i jego zapach i to uczucie, kiedy on obejmuje cię w talii, będą dla ciebie tak samo znajome jak twoje własne ciało.

I w tym momencie niemal poczułam, jak jej myśli z powrotem kierują się w górę. Drobne zwycięstwa.

– Sophie – odezwała się Hélène po chwili. – Tęsknisz za seksem?

– Codziennie – odparłam. – Dwa razy częściej, niż myślę o tej świni.

Na chwilę zapadła cisza, a potem zaczęłyśmy chichotać. I nagle, sama nie wiem dlaczego, zaśmiewałyśmy się tak bardzo, że musiałyśmy zatykać sobie usta rękami, żeby nie pobudzić dzieci.

Wiedziałam, że Kommandant wróci. Tym razem pojawił się po czterech dniach. Deszcz lał się z nieba strumieniami, a nasi nieliczni klienci siedzieli nad pustymi filiżankami i wpatrywali się niewidzącym wzrokiem w zaparowane szyby. W loży stary René i monsieur Pellier grali w domino; jego pies – monsieur Pellier musiał płacić Niemcom haracz za przywilej posiadania go – leżał u ich stóp. Wielu ludzi przesiadywało tu dzień w dzień, bo nie chcieli być sami ze swoim strachem.

Właśnie podziwiałam fryzurę madame Arnault, świeżo upiętą przez moją siostrę, kiedy otworzyły się przeszklone drzwi i do baru wszedł on, z dwoma oficerami u boku. Sala, którą do tej chwili wypełniała ciepła mgiełka przyjacielskich pogwarek, nagle ucichła. Wyszłam zza kontuaru i wytarłam ręce w fartuch.

Niemcy nie odwiedzali naszego baru, chyba że chodziło o rekwizycję. Chodzili do Bar Blanc na drugim końcu miasteczka, lokalu większego i być może nieco bardziej życzliwego. My zawsze jasno dawałyśmy do zrozumienia, że nie zależy nam na stworzeniu przestrzeni przyjaznej dla sił okupujących. Zastanawiałam się, co zamierzają nam zabrać tym razem. Gdybyśmy miały jeszcze mniej filiżanek i talerzy, musiałybyśmy prosić klientów, żeby korzystali z nich na spółkę.

– Madame Lefèvre.

Skinęłam mu głową. Czułam na sobie wzrok moich klientów.

– Postanowiono, że będą panie dostarczać posiłków niektórym z naszych oficerów. W Bar Blanc nie ma dość miejsca, by wszyscy nasi ludzie mogli wygodnie jeść.

Po raz pierwszy widziałam go teraz wyraźnie. Był starszy, niż wcześniej myślałam, może pod pięćdziesiątkę, chociaż u żołnierzy trudno było to ocenić. Wszyscy wyglądali na starszych niż w rzeczywistości.

– Obawiam się, że nie będzie to możliwe, Herr Kommandant – odparłam. – Od ponad osiemnastu miesięcy nie podajemy w tym hotelu jedzenia. Ledwie starcza nam żywności na wykarmienie naszej małej rodziny. Nie będziemy w stanie zapewnić posiłków o takim standardzie, jakiego oczekują pańscy ludzie.

– Zdaję sobie z tego sprawę. Z początkiem przyszłego tygodnia mogą się panie spodziewać dostaw produktów w wystarczających ilościach. Będę oczekiwał, że przygotują z nich panie posiłki odpowiednie dla oficerów. Jak rozumiem, ten hotel był dawniej wysokiej klasy instytucją. Nie wątpię, że nie przekracza to możliwości właścicielek.

Usłyszałam, jak stojąca za mną siostra wciąga powietrze, i wiedziałam, że czuje to samo co ja. Intuicyjny strach przed obecnością Niemców w naszym hoteliku łagodziła myśl, która od miesięcy dominowała nad wszystkimi innymi: jedzenie. Będziemy miały resztki, kości, na których można będzie gotować rosół. Kuchenne zapachy, skradzione kęsy, dodatkowe racje, plasterki mięsa i sera, które będzie można potajemnie odkrawać.

A jednak.

– Nie jestem pewna, czy nasz bar będzie panu odpowiadać, Herr Kommandant. Nie dysponujemy tu żadnymi wygodami.

– Sam osądzę, gdzie moim ludziom będzie wygodnie. Chciałbym także obejrzeć pokoje. Być może zakwateruję tu część moich podkomendnych.

Usłyszałam, jak stary René mruczy:

– Sacre bleu!

– Naturalnie może pan obejrzeć pokoje, Herr Kommandant. Przekona się pan jednak, że pańscy poprzednicy niewiele nam zostawili. Łóżka, pościel, zasłony, a nawet miedziane rury doprowadzające wodę do umywalek znajdują się już w niemieckich rękach.

Wiedziałam, że ryzykuję rozgniewaniem go: na oczach całego baru obnażyłam niewiedzę Kommandanta w zakresie działań jego własnych ludzi, niekompetencję jego wywiadu, przynajmniej w kwestii naszego miasteczka. Sprawą kluczową było jednak, by moi współmieszkańcy zobaczyli mój upór i wrogość. Obecność Niemców w naszym barze uczyniłaby Hélène i mnie obiektem plotek, złośliwych pogłosek. Musiałyśmy pokazać, że zrobiłyśmy co w naszej mocy, by ich zniechęcić.

– Powtarzam, madame, że sam osądzę, czy pokoje odpowiadają naszym wymaganiom. Proszę mi je pokazać. – Gestem nakazał swoim ludziom pozostanie w barze. Aż do ich wyjścia w sali miała panować głucha cisza.

Wyprostowałam ramiona i powoli wyszłam do holu, sięgając po klucze. Idąc, czułam na sobie oczy wszystkich w barze, wokół nóg szeleściły mi fałdy spódnicy, a za sobą słyszałam ciężkie kroki Niemca. Otworzyłam drzwi prowadzące na główny korytarz (zamykałam wszystko na klucz: nierzadko zdarzało się, że francuscy złodzieje kradli to, co nie zostało jeszcze zarekwirowane przez Niemców).

Tę część budynku czuć było stęchlizną i wilgocią; nie byłam tu od miesięcy. W milczeniu weszliśmy po schodach. Byłam wdzięczna, że Kommandant trzyma się kilka kroków za mną. Przystanęłam na górze, czekając, aż mężczyzna wejdzie na korytarz, po czym otworzyłam pierwszy pokój.

Dawniej na sam widok naszego hotelu w takim stanie łzy cisnęły mi się do oczu. Czerwony Pokój był kiedyś chlubą Le Coq Rouge; była to sypialnia, w której moja siostra i ja spędziłyśmy swoje noce poślubne, pokój, który mer rezerwował dla odwiedzających nasze miasteczko dygnitarzy. Znajdowało się w nim obszerne łoże z baldachimem, obwieszone krwistoczerwonymi arrasami, a jego wielkie okna wychodziły na nasz ogród reprezentacyjny. Dywan pochodził z Włoch, meble z château w Gaskonii, a purpurowa jedwabna kapa z Chin. Był w nim pozłacany żyrandol i ogromny marmurowy kominek, na którym co rano pokojówka rozpalała ogień, by płonął tam aż do nocy.

Otworzyłam drzwi i odsunęłam się na bok, tak by Niemiec mógł wejść. Pokój był pusty, jeśli nie liczyć stojącego w kącie krzesła na trzech nogach. Podłoga została ogołocona z dywanu i była teraz szara, pokryta grubą warstwą kurzu. Łoża dawno już nie było, razem z arrasami znalazło się wśród pierwszych przedmiotów ukradzionych przez Niemców po wkroczeniu do naszego miasteczka. Marmurowy kominek został wyrwany ze ściany. Doprawdy nie wiem po co: nie nadawał się do użytku nigdzie indziej. Myślę, że Becker chciał nas po prostu zdemoralizować, usunąć z naszego życia wszystko, co piękne.

Kommandant wszedł do sypialni.

– Proszę patrzeć pod nogi – powiedziałam.

Spojrzał w dół i to zobaczył: kąt pokoju, w którym zeszłej wiosny usiłowali wyrwać deski z podłogi na opał. Dom był zbyt solidnie zbudowany, a podłoga przybita za mocno, więc po kilku godzinach dali za wygraną, usunąwszy zaledwie trzy długie deski. Pozostała dziura, niczym rozwarte w proteście „O”, ukazywała belki pod spodem.

Kommandant stał tam przez chwilę, wpatrując się w podłogę. Uniósł głowę i rozejrzał się wokół. Nigdy nie byłam sama w pokoju z Niemcem i serce waliło mi jak młotem. Czułam nikły zapach tytoniu i widziałam ślady deszczu na jego mundurze. Patrząc na jego kark, zacisnęłam w dłoni klucze, gotowa uderzyć go uzbrojoną pięścią, gdyby nagle mnie zaatakował. Nie byłabym pierwszą kobietą, która musiała walczyć o swój honor.

Lecz on zwrócił się znów w moją stronę.

– Czy wszystkie pokoje są w tak samo złym stanie? – zapytał.

– Nie – odparłam. – Pozostałe są w gorszym.

Patrzył na mnie tak długo, że niemal się zarumieniłam. Nie zamierzałam jednak dać się zastraszyć temu człowiekowi. Śmiało odpowiedziałam na jego spojrzenie, przyglądając się jego krótko przystrzyżonym siwiejącym włosom i przejrzystym niebieskim oczom, które przypatrywały mi się spod daszka czapki. Podbródek miałam uniesiony, a twarz bez wyrazu.

Wreszcie mężczyzna się odwrócił i minął mnie, po czym ruszył po schodach i wszedł znów do tylnego holu. Zatrzymał się nagle, spojrzał na mój portret i dwa razy zamrugał powiekami, jakby dopiero teraz zauważył, że go przeniosłam.

– Wyślę kogoś z informacją, kiedy ma się pani spodziewać pierwszej dostawy żywności – powiedział.

Szybko przemaszerował przez drzwi i znalazł się z powrotem w barze.

3

– Powinnaś była odmówić.

Madame Durant szturchnęła mnie kościstym palcem w ramię. Podskoczyłam. Miała na sobie biały czepiec ozdobiony falbankami, na ramionach niebieską szydełkową narzutkę. Ci, którzy skarżyli się na brak dostępu do wiadomości, odkąd zakazano gazet, widocznie nigdy nie spotkali mojej sąsiadki.

– Co?

– Karmienia Niemców. Powinnaś była odmówić.

Poranek był lodowaty, a ja owinęłam się szalem tak szczelnie, że zakrywał mi twarz. Pociągnęłam go teraz w dół, żeby móc jej odpowiedzieć.

– Powinnam była odmówić? A pani odmówi, kiedy postanowią zająć pani dom, madame?

– Ty i twoja siostra jesteście młodsze ode mnie. Macie dość sił, żeby z nimi walczyć.

– Niestety nie dysponuję batalionem ani bronią palną. Co pani zdaniem powinnam zrobić? Zabarykadować się w środku razem z całą rodziną? Obrzucić ich filiżankami i spodeczkami?

Sąsiadka łajała mnie dalej, a ja zajęłam się otwieraniem przed nią drzwi. Piekarnia nie pachniała już jak piekarnia. W środku nadal było ciepło, ale woń bagietek i croissantów dawno zniknęła. Ten drobny fakt sprawiał, że za każdym razem, gdy przekraczałam jej próg, robiło mi się smutno.

– Słowo daję, nie wiem, dokąd zmierza ten kraj. Gdyby twój ojciec zobaczył Niemców w swoim hotelu… – Madame Louvier została ewidentnie dobrze poinformowana. Z dezaprobatą pokręciła głową, gdy podeszłam do lady.

– Zrobiłby dokładnie to samo.

Monsieur Armand, piekarz, uciszył je.

– Nie można krytykować madame Lefèvre! Wszyscy tańczymy teraz, jak tamci nam zagrają. Madame Durant, czy ma mi pani za złe, że piekę dla nich chleb?

– Uważam tylko, że to niepatriotyczne spełniać ich każde życzenie.

– Łatwo powiedzieć, kiedy to nie pani grozi kulka w łeb.

– Czyli przyjdzie ich tu jeszcze więcej? Kolejni Niemcy wepchną się nam do spiżarni, wyjedzą nam jedzenie, ukradną zwierzęta. Słowo daję, nie wyobrażam sobie, jak my przetrwamy tę zimę.

– Tak jak zawsze, madame Durant. Ze stoicyzmem i dobrym humorem, modląc się, by nasz Pan, o ile nie nasi dzielni chłopcy, wymierzył szwabom królewskiego kopa w tyłki. – Monsieur Armand mrugnął do mnie. – No dobrze, miłe panie, czego sobie życzycie? Mamy tygodniowy czarny chleb, pięciodniowy czarny chleb oraz trochę chleba w nieustalonym wieku, bez śladu wołków zbożowych.

– W dzisiejszych czasach nie pogardziłabym wołkiem zbożowym na przystawkę – rzekła ze smutkiem madame Louvier.

– W takim razie odłożę dla pani cały słoik, droga madame. Proszę mi wierzyć, w naszej mące nierzadko znajdujemy hojne porcje wołków. Ciasto wołkowe, placek z wołkami, wołkowe ptysie: dzięki szczodrości Niemców mamy ich, ile dusza zapragnie.

Roześmiałyśmy się. Nie sposób było się powstrzymać. Monsieur Armand potrafił wywołać uśmiech nawet w najbardziej ponury dzień.

Madame Louvier wzięła swój chleb i z niesmakiem włożyła go do koszyka. Monsieur Armand nie poczuł się urażony: widywał tę minę setki razy dziennie. Chleb był czarny, kanciasty i lepki. Wydzielał zapach stęchlizny, jakby rozkładał się od chwili, gdy wyszedł z pieca. Był tak twardy, że starsze kobiety często musiały prosić młodsze o pomoc przy krojeniu.

– Słyszeliście państwo – odezwała się madame Louvier, otulając się płaszczem – że w Le Nouvion pozmieniali nazwy wszystkich ulic?

– Pozmieniali nazwy?

– Z francuskich na niemieckie. Monsieur Dinan dowiedział się tego od syna. Wiecie, jak nazwali Avenue de la Gare?

Wszyscy pokręciliśmy głowami. Madame Louvier zamknęła na chwilę oczy, jakby chciała się upewnić, że potrafi odtworzyć tę nazwę.

– Bahnhofstrasse – powiedziała wreszcie.

– Bahnhof co?

– Wyobrażacie sobie?

– Mojego sklepu nie przechrzczą – prychnął monsieur Armand. – Już ja im przechrzczę tyłki. Brot to, brot tamto. To jest boulangerie. Na rue des Bastides. Zawsze tak było i zawsze będzie. Bahnhof-jak mu tam. Niedorzeczne.

– Ależ to okropne! – madame Durant była przerażona. – Przecież ja nie znam słowa po niemiecku!

Wszyscy wlepili w nią wzrok.

– No bo jak ja się mam odnaleźć we własnym mieście, skoro nie będę znała nazw ulic?

Śmialiśmy się tak głośno, że w pierwszej chwili nie zauważyliśmy, iż drzwi się otworzyły. Ale potem w sklepie nagle zapadła cisza. Odwróciłam się i zobaczyłam, że do środka wchodzi Liliane Béthune z podniesioną głową, ale nie patrzy nikomu w oczy. Twarz miała pełniejszą niż większość miejscowych, hożą cerę uróżowaną i upudrowaną. Powiedziała bonjour do wszystkich zebranych i sięgnęła do torebki.

– Poproszę dwa bochenki.

Pachniała drogimi perfumami, a włosy miała upięte w kok z mnóstwa loczków. Na tle miasteczka, gdzie większość kobiet była zbyt wyczerpana albo zbyt uboga, by wykraczać poza minimalną dbałość o higienę, Liliane lśniła niczym klejnot. Ale moją uwagę przyciągnął jej płaszcz. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Był kruczoczarny, uszyty z najdelikatniejszej astrachańskiej skórki jagnięcej i gruby niczym futrzany dywan. Miał miękki połysk rzeczy nowej i kosztownej, a kołnierz otulał twarz Liliane, jakby jej długa szyja wyłaniała się z czarnej melasy. Starsze panie również go dostrzegły i zobaczyłam, jak na ten widok ich twarze przybrały zacięty wyraz.

– Jeden dla ciebie, drugi dla twojego Niemca? – wymamrotała madame Durant.

– Poprosiłam o dwa bochenki – kobieta zwróciła się do madame Durant. – Jeden dla mnie, drugi dla mojej córki.

Tym razem monsieur Armand się nie uśmiechał. Nie odrywając wzroku od twarzy Liliane, sięgnął pod ladę i dwiema potężnymi pięściami cisnął na nią dwa bochenki. Nie zapakował ich.

Liliane wyjęła banknot, ale piekarz nie wziął od niej pieniędzy. Odczekał kilka sekund, aż młoda kobieta położyła banknot na ladzie, po czym podniósł go ostrożnie, jakby mógł się czymś od niego zarazić. Sięgnął do kasy i rzucił na ladę dwie monety, nie zważając na wyciągniętą dłoń Liliane.

Kobieta popatrzyła na niego, a potem na ladę, gdzie leżały monety.

– Reszty nie trzeba – powiedziała. I obrzucając nas wściekłym spojrzeniem, porwała chleb i wymaszerowała ze sklepu.

– Że też taka ma czelność… – Nic nie uszczęśliwiało madame Durant bardziej niż jej własne oburzenie cudzym zachowaniem. Na szczęście dla niej Liliane Béthune przez ostatnie kilka miesięcy dostarczała jej licznych okazji do wyładowywania słusznego gniewu.

– Chyba po prostu musi jeść jak wszyscy – odezwałam się.

– Co wieczór chodzi do domu Fourriera. Noc w noc. Skrada się przez miasto jak złodziejka.

– Ma dwa nowe płaszcze – powiedziała madame Louvier. – Drugi jest zielony. Nowiutki zielony wełniany płaszcz. Z Paryża.

– I buty. Z koźlęcej skórki. Oczywiście nie ośmiela się paradować w nich w dzień. Wie, że ludzie by ją zlinczowali.

– O, takiej nie zlinczują. Już Niemcy o to zadbają.

– No, ale jak tamci odejdą, to będzie inna rozmowa, co?

– Nie chciałabym być wtedy na jej miejscu, w butach z koźlęcej skórki czy bez.

– Nie mogę patrzeć, jak ona się obnosi, popisuje się przed wszystkimi tym, jak to się jej powodzi. Za kogo ona się uważa?

Monsieur Armand patrzył, jak młoda kobieta przechodzi przez plac. Nagle się uśmiechnął.

– Ja bym się tak nie przejmował, drogie panie. Nie wszystko układa się po jej myśli.

Spojrzałyśmy na niego.

– Potraficie dochować tajemnicy?

Nie wiem, po co w ogóle pytał. Te dwie staruszki z trudem potrafiły milczeć dłużej niż przez dziesięć sekund.

– Co?

– Powiedzmy tylko, że niektórzy z nas dbają o to, by Panna Elegantka została potraktowana w specjalny sposób, którego się nie spodziewa.

– Nie rozumiem.

– Pieczywo dla niej leży pod ladą, osobno. Zawiera pewne szczególne składniki. Składniki, które – mówię to paniom z ręką na sercu – nie trafiają do żadnych innych bochenków.

Oczy staruszek się rozszerzyły. Nie śmiałam zapytać, co piekarz ma na myśli, ale błysk w jego oku sugerował kilka możliwości, nad którymi wolałam się nie zastanawiać.

– Non!

– Monsieur Armand! – Były zgorszone, ale zaczęły chichotać.

I wtedy zrobiło mi się niedobrze. Nie podobała mi się Liliane Béthune ani jej postępowanie, jednak to budziło we mnie odrazę.

– Muszę… muszę iść. Hélène potrzebuje… – Sięgnęłam po swój chleb. Ich śmiech wciąż rozbrzmiewał mi w uszach, gdy puściłam się biegiem w stronę względnie bezpiecznego schronienia, jakim był dla mnie hotel.

Jedzenie pojawiło się w następny wtorek. Najpierw jajka, dwa tuziny, dostarczone przez młodego niemieckiego kaprala, który przyniósł je pod przykryciem, jakby chodziło o kontrabandę. Potem pieczywo, białe i świeże, trzy kosze. Tamten dzień w boulangerie odebrał mi apetyt na chleb, ale teraz, trzymając te świeże bochenki, ciepłe i chrupiące, poczułam się niemal odurzona pożądaniem. Musiałam odesłać Auréliena na górę, tak się bałam, że nie oprze się pokusie odłamania sobie kawałka.

Następnie sześć kur, jeszcze nieoskubanych, i skrzynka z kapustą, cebulą, marchwią i dzikim czosnkiem. Po tym nadeszły słoiki z pomidorami konserwowymi, ryż i jabłka. Mleko, kawa, trzy potężne osełki masła, mąka, cukier. Mnóstwo butelek wina z południa. Hélène i ja przyjmowałyśmy każdą dostawę w milczeniu. Niemcy wręczyli nam formularze, na których starannie odnotowano ilość każdego produktu. Ukradzenie czegokolwiek nie byłoby proste: formularze wymagały od nas podania dokładnych proporcji składników potrzebnych do każdego przepisu. Wszelkie resztki musiałyśmy odkładać do wiadra, które miało być następnie przekazywane Niemcom, by mogli wykorzystać je do karmienia inwentarza. Kiedy zobaczyłam ten zapis, miałam ochotę splunąć.

– Przygotowujemy to na dziś wieczór? – zapytałam ostatniego kaprala.

Wzruszył ramionami. Wskazałam na zegar.

– Dzisiaj? – Zrobiłam gest w stronę jedzenia. – Kuchen?

– Ja – przytaknął z zapałem. – Sie kommen. Acht Uhr.

– O ósmej – odezwała się Hélène zza moich pleców. – Chcą zjeść o ósmej.

Nasza własna kolacja składała się z kromki czarnego chleba posmarowanej cienką warstwą dżemu oraz gotowanych buraków. Konieczność pieczenia kurcząt, napełniania naszej kuchni wonią czosnku i pomidorów, i placka z jabłkami, wydawała się wyrafinowaną torturą. Tego pierwszego wieczoru bałam się choćby oblizać palce, choć sam ich widok – ociekających sokiem z pomidorów, lepkich od jabłek – stanowił okrutną pokusę. Kilka razy zdarzyło mi się podczas wałkowania ciasta czy obierania jabłek, że omal nie zemdlałam z pragnienia. Musiałyśmy wygonić Mimi, Auréliena i małego Jeana na górę, skąd od czasu do czasu dobiegały nas okrzyki protestu.

Nie chciałam gotować dla Niemców porządnego posiłku. Ale bałam się postąpić inaczej. Przyjdzie czas, powtarzałam sobie, wyjmując kurczaki z piekarnika i polewając je skwierczącym sosem, że będę umiała cieszyć się widokiem tego jedzenia. Że będę potrafiła znajdować przyjemność w patrzeniu na nie, we wdychaniu zapachów. Jednak tego wieczoru nie byłam w stanie. Kiedy odezwał się dzwonek zwiastujący przybycie oficerów, mój żołądek ściskał się z głodu, a skórę pokrywał zimny pot. Nienawidziłam Niemców z taką mocą, jakiej nie czułam nigdy wcześniej ani nigdy potem.

– Madame – Kommandant wszedł jako pierwszy. Zdjął mokrą od deszczu czapkę i gestem nakazał pozostałym zrobić to samo.

Stałam, wycierając ręce w fartuch, niepewna, jak zareagować.

– Herr Kommandant. – Popatrzyłam na niego bez wyrazu.

W sali było ciepło: Niemcy przysłali nam trzy kosze drew, żebyśmy mogły rozpalić ogień. Mężczyźni zdejmowali szaliki i czapki, węsząc z lubością i uśmiechając się w oczekiwaniu na ucztę. Woń kurcząt, pieczonych z czosnkiem i sosem pomidorowym, napełniała powietrze.

– Chcielibyśmy zjeść od razu – powiedział Kommandant, zerkając w stronę kuchni.

– Wedle życzenia – powiedziałam. – Przyniosę wino.

Aurélien zdążył tymczasem otworzyć kilka butelek w kuchni. Wyszedł z niej teraz, trzymając po jednej w każdej ręce i patrząc spode łba. Ta męczarnia, na którą zostaliśmy dzisiaj skazani, jego dotknęła szczególnie boleśnie. Zważywszy na fakt, że niedawno został pobity, w połączeniu z jego młodością i impulsywnością, obawiałam się, iż wpakuje się w jakieś kłopoty. Zabrałam mu butelki.

– Idź i powiedz Hélène, że musi podać kolację.

– Ale…

– Idź! – fuknęłam.

Wyszłam zza baru i nalałam wino. Nie patrzyłam na tamtych, stawiając kieliszki na stole, choć czułam na sobie ich spojrzenia. Tak, patrzcie na mnie, mówiłam bezgłośnie. Kolejna wychudzona Francuzka, głodem zmuszona do uległości. Mam nadzieję, że mój wygląd zepsuje wam apetyt.

Moja siostra wniosła pierwsze talerze, co wywołało pomruk uznania. Nie minęło kilka minut, a oficerowie zajadali już, aż im się uszy trzęsły, dzwonili sztućcami o porcelanę i wykrzykiwali coś w swoim języku. Chodziłam tam i z powrotem z pełnymi talerzami, usiłując nie wdychać rozkosznych zapachów, nie patrzeć na pieczone mięso połyskujące obok kolorowych warzyw.

W końcu obsłużyłyśmy wszystkich. Hélène i ja stałyśmy razem za barem, podczas gdy Kommandant wznosił jakiś długi toast po niemiecku. Nie potrafię opisać, jakie to było uczucie słyszeć te głosy w naszym domu; patrzeć, jak ci ludzie pałaszują jedzenie, które tak pracowicie przygotowałyśmy, śmieją się swobodnie i piją wino. To ja ich pokrzepiam, myślałam z goryczą, podczas gdy mój ukochany Édouard słabnie pewnie głodu. I ta myśl, być może w połączeniu z moim własnym głodem i wyczerpaniem, sprawiła, że na chwilę ogarnęła mnie rozpacz. Z gardła wyrwał mi się cichy szloch. Poczułam, że dłoń Hélène dotyka mojej. Uścisnęła ją.

– Idź do kuchni – wymruczała.

– Ja…

– Idź do kuchni. Dołączę do ciebie, jak doleję im wina.

I ten jeden raz zrobiłam to, co kazała mi siostra.

Jedli przez godzinę. Hélène i ja siedziałyśmy bez słowa w kuchni, wyczerpane i pogrążone we własnych posępnych myślach. Ilekroć słyszałyśmy wybuch śmiechu czy radosny okrzyk, podnosiłyśmy głowy. Tak trudno było zrozumieć, co to wszystko znaczy.

– Mesdames. – W drzwiach kuchni pojawił się Kommandant. Wstałyśmy z wysiłkiem. – Kolacja była wyśmienita. Mam nadzieję, że uda się paniom utrzymać ten poziom.

Patrzyłam w podłogę.

– Madame Lefèvre.

Niechętnie podniosłam wzrok.

– Blado pani wygląda. Czy pani jest chora?

– Nic nam nie jest. – Przełknęłam ślinę. Czułam, jak pali mnie jego spojrzenie. Obok mnie Hélène splatała zaczerwienione palce, nienawykłe do gorącej wody.

– Madame, czy pani i siostra coś jadłyście?

Pomyślałam, że to sprawdzian. Uznałam, że sprawdza, czy wypełniłyśmy co do joty te piekielne zalecenia. Przypuszczałam, że będzie chciał zważyć resztki, by się upewnić, czy nie zjadłyśmy potajemnie kawałka skórki od jabłka.

– Nie ruszyłyśmy ani jednego ziarenka ryżu, Herr Kommandant. – Omal na niego nie splunęłam. Oto co głód robi z ludźmi.

Zamrugał oczami.

– W takim razie powinny panie. Nie da się dobrze gotować, jeżeli człowiek nie je. Co zostało?

Nie byłam w stanie się ruszyć. Hélène wskazała na blachę na piecu. Były tam cztery ćwiartki kurczaka; grzały się, na wypadek gdyby oficerowie chcieli jeszcze jedną dokładkę.

– Wobec tego proszę usiąść. Mogą panie zjeść tutaj.

Nie mogłam uwierzyć, że to nie podstęp.

– To rozkaz – powiedział Kommandant. Niemal się uśmiechał, ale ja nie uważałam tego za zabawne. – Poważnie. Śmiało.

– Czy… czy mogłybyśmy dać coś dzieciom? Nie jadły mięsa od bardzo dawna.

Mężczyzna lekko zmarszczył brwi, jakby nie rozumiał. Nie znosiłam go. Nie mogłam znieść dźwięku mojego własnego głosu błagającego Niemca o resztki jedzenia. Och, Édouardzie, pomyślałam w duchu. Gdybyś mnie teraz słyszał.

– Nakarmcie dzieci i siebie – powiedział krótko Kommandant. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z kuchni.

Siedziałyśmy tam w milczeniu, a w uszach dźwięczały nam jego słowa. A potem Hélène uniosła spódnicę i pobiegła po schodach na górę, przeskakując po dwa stopnie naraz. Od miesięcy nie widziałam, żeby poruszała się w takim tempie.

Kilka sekund później wróciła, niosąc ubranego jeszcze w nocną koszulę Jeana, a przed nią biegli Aurélien i Mimi.

– To prawda? – zapytał Aurélien. Z otwartymi ustami wpatrywał się w kurczaka.

Byłyśmy w stanie tylko skinąć głowami.

Rzuciliśmy się na nieszczęsnego ptaka. Chciałabym móc wam powiedzieć, że moja siostra i ja zachowywałyśmy się jak damy, że wytwornie podnosiłyśmy pojedyncze kąski do ust, niczym prawdziwe paryżanki, i że pomiędzy jednym kęsem a drugim robiłyśmy przerwy na rozmowę i delikatne otarcie warg. Ale byłyśmy jak dzikuski. Rozdzierałyśmy mięso, nabierałyśmy ryż garściami, jadłyśmy z otwartymi ustami i łapczywie zbierałyśmy kawałki, które spadły na stół. Nie obchodziło mnie już, czy to jakiś podstęp Kommandanta. Nigdy w życiu nie jadłam nic tak dobrego, jak ten kurczak. Czosnek i pomidory wypełniały mi usta dawno zapomnianą rozkoszą, a nozdrza zapachem, który mogłabym wdychać bez końca. Jedząc, wydawaliśmy z siebie ciche okrzyki zachwytu, pierwotne i nieskrępowane, każde z nas zamknięte w swoim prywatnym światku przyjemności. Mały Jean śmiał się z buzią umazaną sosem. Mimi gryzła kawałki skórki z kurczaka, radośnie i hałaśliwie oblizując palce z tłuszczu. Hélène i ja jadłyśmy bez słowa, pilnując stale, żeby dzieciom niczego nie brakowało.

Kiedy już nic nie zostało, kiedy każda kość była doszczętnie ogryziona, a na blasze nie uchowało się ani jedno ziarenko ryżu, usiedliśmy wszyscy i popatrzyliśmy po sobie. Z baru dobiegał nas dźwięk rozmów po niemiecku, coraz głośniejszych, w miarę jak oficerowie pili wino, i przerywanych od czasu do czasu wybuchem śmiechu. Otarłam usta rękami.

– Nikt nie może się o tym dowiedzieć – odezwałam się, płucząc dłonie. Czułam się jak ktoś pijany, kto nagle wytrzeźwiał. – To może się nigdy więcej nie powtórzyć. A my musimy zachowywać się tak, jakby nigdy się nie wydarzyło. Jeżeli ktokolwiek odkryje, że jedliśmy niemieckie jedzenie, uznają nas za zdrajców.

Popatrzyłyśmy na Mimi i Auréliena, usiłując przekazać im, jak ważne jest to, co zostało przed chwilą powiedziane. Aurélien skinął głową. Mimi także. Myślę, że w tamtym momencie byliby gotowi zgodzić się mówić do końca życia po niemiecku. Hélène wzięła ścierkę, zmoczyła ją i zajęła się usuwaniem śladów jedzenia z twarzy najmłodszej dwójki.

– Aurélien – rzekła – zaprowadź ich do łóżek. My tu posprzątamy.

Moje złe przeczucia nie udzieliły się bratu. Uśmiechał się. Jego chude nastoletnie ramiona po raz pierwszy od wielu miesięcy się rozluźniły, a ja przysięgłabym, że słyszałam, jak biorąc na ręce Jeana, pogwizduje sobie pod nosem.

– Nikt, pamiętaj – przestrzegłam go jeszcze raz.

– Przecież wiem – odparł tonem czternastolatka, który wie wszystko.

Małemu Jeanowi kleiły się już oczka i zwisał bezwładnie w ramionach wujka, wyczerpany pierwszym sycącym posiłkiem od miesięcy. Dzieci zniknęły na schodach. Dźwięk ich śmiechu, kiedy dotarły na górę, sprawił, że poczułam w sercu ból.

Było już po jedenastej, gdy Niemcy sobie poszli. Od blisko roku obowiązywała nas godzina policyjna; kiedy zapadała noc, a my nie miałyśmy świec ani lampy gazowej, Hélène i ja po prostu kładłyśmy się spać. Bar zamykałyśmy o szóstej, więc od miesięcy nie byłyśmy na nogach tak długo. Byłyśmy wyczerpane. W brzuchach burczało nam od tego wstrząsu, jakim okazało się pożywne jedzenie po miesiącach głodówki. Widziałam, że moja siostra się słania, szorując brytfanny. Sama nie byłam aż tak zmęczona, a przez głowę przelatywały mi wspomnienia tego kurczaka: miałam takie wrażenie, jakby jakieś martwe od dawna nerwy nagle we mnie ożyły. Wciąż czułam jego smak i zapach. Płonęły w mojej pamięci jak maleńki jaśniejący skarb.

Zanim jeszcze kuchnia znów zalśniła czystością, kazałam Hélène iść na górę. Odgarnęła sobie włosy z twarzy. Moja siostra była kiedyś taka piękna. Patrząc na to, jak wojna dodała jej lat, pomyślałam o mojej własnej twarzy i zaczęłam się zastanawiać, co powiedziałby o niej mój mąż.

– Nie chcę zostawiać cię z nimi samej – powiedziała Hélène.

Pokręciłam głową. Nie bałam się: nastrój był pokojowy. Trudno jest poruszyć mężczyzn, którzy dobrze zjedli. Owszem, pili alkohol, ale wina było tyle, że każdy z nich mógł wypić najwyżej trzy kieliszki; to za mało, żeby sprowokować ich do niewłaściwych zachowań. Bóg jeden wie, że ojciec dał nam naprawdę niewiele, ale nauczył nas, kiedy należy się bać. Patrząc na zupełnie obcego człowieka, byłam w stanie na podstawie tego, jak zaciska szczęki, jak mruży oczy, dokładnie rozpoznać moment, w którym wewnętrzne napięcie wyładuje się w wybuchu agresji. A zresztą nie przypuszczałam, by Kommandant coś takiego tolerował.

Zostałam w kuchni i sprzątałam, dopóki odgłos odsuwanych krzeseł nie uświadomił mi, że Niemcy wychodzą. Przeszłam do baru.

– Mogą już panie zamknąć – odezwał się Kommandant. Starałam się nie patrzyć na niego z jawną wrogością. – Moi ludzie pragną przekazać wyrazy uznania za wyborny posiłek.

Zerknęłam na nich. Lekko skinęłam głową. Nie chciałam sprawiać wrażenia osoby wdzięcznej za niemieckie komplementy.

Kommandant nie wydawał się oczekiwać odpowiedzi. Włożył czapkę na głowę, a ja sięgnęłam do kieszeni i wręczyłam mu kwitki za żywność. Rzucił na nie okiem i oddał mi je z lekkim zniecierpliwieniem.

– Nie zajmuję się takimi rzeczami. Proszę dać to jutro ludziom, którzy dostarczą jedzenie.

– Désolée – odparłam, ale dobrze o tym wiedziałam. Jakaś złośliwa część mnie zapragnęła sprowadzić go, choć na chwilę, do roli intendenta.

Stałam tam, podczas gdy oni zabierali swoje płaszcze i czapki. Niektórzy dosuwali krzesła do stołu, wykazując się resztkami kultury osobistej, inni o to nie dbali, jakby mieli prawo traktować każde miejsce jak własny dom. Więc to tak, pomyślałam. Resztę wojny spędzimy, gotując Niemcom posiłki.

Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie powinnyśmy były przyrządzić czegoś gorszego, nie starać się aż tak. Ale maman zawsze wpajała nam, że złe gotowanie samo w sobie jest czymś w rodzaju grzechu. I choćbyśmy były nie wiadomo jak niemoralne i zdradzieckie, byłam pewna, że wszyscy zapamiętamy ten wieczór z pieczonym kurczakiem. Na myśl o tym, że być może będzie ich więcej, zaszumiało mi w głowie.

I wtedy zdałam sobie sprawę, że on patrzy na portret.

Nagle ogarnął mnie strach, przypomniałam sobie słowa siostry. Obraz rzeczywiście sprawiał wrażenie wywrotowego, jego kolory były zbyt intensywne w tym skromnym małym barze, a promienna dziewczyna z tą swoją pewnością siebie wydawała się przekorna. Teraz widziałam, że wygląda niemal tak, jakby sobie z nich kpiła.

Tamten nie odrywał od niego wzroku. Jego ludzie zaczęli wychodzić, a ich donośne ostre głosy rozbrzmiewały echem na pustym placu. Za każdym razem, kiedy otwierały się drzwi, wzdrygałam się lekko.

– Jest taka podobna do ciebie.

Byłam wstrząśnięta faktem, że on to widzi. Nie chciałam się na to zgodzić. To, że widział mnie w tej dziewczynie, sugerowało jakiś rodzaj poufałości. Przełknęłam ślinę. Kłykcie moich kurczowo splecionych dłoni były białe.

– Tak. Cóż, to było dawno temu.

– Przypomina nieco… Matisse’a.

Byłam tak zaskoczona, że odpowiedziałam mu bez zastanowienia.

– Édouard studiował u niego, na Académie Matisse w Paryżu.

– Słyszałem o niej. Zetknęłaś się może z artystą nazwiskiem Hans Purrmann? – Musiałam się na niego zagapić – zobaczyłam, jak jego spojrzenie zwraca się nagle ku mnie. – Jestem wielkim miłośnikiem jego twórczości.

Hans Purrmann. Académie Matisse. Dźwięk tych wyrazów padających z ust niemieckiego Kommandanta sprawił, że zakręciło mi się w głowie.

Chciałam, żeby sobie poszedł. Nie chciałam, by wymawiał te słowa. Te wspomnienia należały do mnie, jak upominki, które mogłam wydobywać na wierzch i pocieszać się nimi w takie dni, kiedy życie mnie przytłaczało; nie chciałam, by moje najszczęśliwsze chwile zostały skażone przez uwagi rzucone od niechcenia przez jakiegoś Niemca.

– Herr Kommandant, muszę posprzątać. Zechce mi pan wybaczyć. – Zaczęłam ustawiać talerze w stosy i zbierać kieliszki. On jednak stał bez ruchu. Czułam jego wzrok, spoczywający na obrazie tak, jakby spoczywał na mnie.

– Dawno już nie rozmawiałem z nikim o sztuce – odezwał się, jakby do portretu. W końcu założył ręce za plecy i zwrócił się ku mnie. – Zobaczymy się jutro.

Nie mogłam na niego spojrzeć.

– Herr Kommandant – powiedziałam, stojąc z rękami pełnymi naczyń.

– Dobrej nocy, madame.

Kiedy wreszcie dotarłam na górę, Hélène spała twarzą w dół na naszej kapie. Wciąż miała na sobie ubrania, w których gotowałyśmy. Rozsznurowałam jej gorset, zdjęłam pantofle i przykryłam ją. Następnie sama położyłam się na łóżku, lecz gorączkowe myśli aż do świtu nie dawały mi zasnąć.

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

Część druga

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

The Girl You Left Behind

Copyright © Jojo Moyes, 2012

Copyright © for the translation by Nina Dzierżawska

Projekt okładki

Katarzyna Borkowska

kb-design@o2.pl

Fotografia na pierwszej stronie okładki

Copyright © Justin Case/Getty Images

Opieka redakcyjna

Alicja Gałandzij

Aleksandra Kamińska

Ewa Polańska

Opracowanie tekstu i przygotowanie do druku

MELES-DESIGN

ISBN 978-83-240-2757-6

Między Słowami

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

E-mail: promocja@miedzy.slowami.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2017

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

We wspólnym rytmie Dziewczyna, którą kochałeś Kiedy odszedłeś Razem będzie lepiej Zanim się pojawiłeś 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy