Filomit. Esej o słowie, którego nie było

Filomit. Esej o słowie, którego nie było

Autorzy: Dobrosław Kot

Wydawnictwo: Copernicus Center Press

Kategorie: Filozofia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 7.13 zł

 W "Filomicie" Dobrosław Kot próbuje dotknąć relacji między myśleniem a mitem. Zaczyna w miejscu dość nieoczywistym: w "Metafizyce" Arystoteles wyraża przekonanie, że miłośnik mitu (philomythos) jest poniekąd filozofem (philosophos). To językowe podobieństwo staje się pretekstem do pytania o obecność mitu w filozofii. Od Arystotelesa autor cofa się do Platona i zastanawia się nad rolą mitu o narodzinach Erosa w samym sercu filozoficznej mowy Sokratesa w Platońskiej "Uczcie". Później sięga do teoretycznych rozważań o micie wielkiego współczesnego mitotwórcy, Bruno Schulza, którego myśli w wielu miejscach zaskakująco spotykają się z filozofią Heideggera.

To sąsiedztwo mitu i myślenia jest zagadkowe. Kota interesuje bardziej to, w jaki sposób pytać o tę relację, niż jakie odpowiedzi można odnaleźć.

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

I. Zapomniany miłośnik

II. Bezdomny filozof

III. Regeneracja słów

IV. Strażnicy mowy

Przypisy

© Copyright by Dobrosław Kot, 2016

© Copyright by Copernicus Center Press, 2016

Korekta: Artur Figarski

Publikacja dofinansowana z grantu Science for Ministry in Poland przyznanego Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych przez John Templeton Foundation

ISBN 978-83-7886-288-8

Wydanie I

Kraków 2016

Copernicus Center Press Sp. z o.o.

pl. Szczepański 8, 31-011 Kraków

tel./fax (+48 12) 430 63 00

e-mail: marketing@ccpress.pl

Księgarnia internetowa: http://en.ccpress.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Pamięci Cezarego Wodzińskiego

I. Zapomniany miłośnik

Nieznane słowo. Czy warto poświęcać esej jednemu słowu, w dziejach filozofii nieistotnemu, nienależącemu do kanonu wielkich pojęć? Czy warto, jeśli dodamy, że tego słowa w ogóle w polszczyźnie nie ma, nigdy nie powstało, bo być może nie było nikomu potrzebne? Na te pytania nie znam teraz odpowiedzi. Arystoteles poucza, że myślenie filozoficzne nie prowadzi do żadnej korzyści. Może zatem te pytania są źle postawione? Może bezinteresowne i nic nie warte myślenie może bez wyrzutu zajmować się słowami, których nie ma? To, co można zrobić, to – parafrazując Heideggera – żłobić myśleniem bruzdy w mowie, przy całej świadomości, że są one zupełnie nieznaczące, „jeszcze bardziej niepozorne od tych, które wieśniak wolnym krokiem żłobi na polu”[1].

Na samym początku Metafizyki Arystoteles napomyka o pewnym nieoczywistym pokrewieństwie. I choć uwaga ta pozostaje na marginesie jego filozofii, daje do myślenia. Być może warto poświęcić owej wzmiance chwilę uwagi. Miejsce jej pojawienia się jest szczególne: filozof rozważa charakter wiedzy o pierwszych zasadach, szukając dla niej miejsca w całej strukturze naszego poznania. Arystoteles pisze, że ludzie oddają się filozofowaniu ze zdziwienia (thaumasion); to sprawa znana z każdego podręcznika filozofii, która nie jest wiedzą praktyczno-wytwórczą, nie prowadzi do żadnej korzyści i chodzi jej o samo poznanie. I tu właśnie, obok filozofa, pojawia się nieoczekiwany sojusznik, zapomniany dziś miłośnik:

Otóż kto dostrzega trudność i dziwi się, ten zdaje sobie sprawę, że czegoś nie wie. I stąd miłośnik mitów jest też poniekąd filozofem, gdyż w micie zawierają się rzeczy dziwne[2].

Ten sam fragment w tłumaczeniu Kazimierza Leśniaka brzmi następująco:

A kto jest bezradny, dziwi się i poznaje własną niewiedzę. (Dlatego nawet miłośnik mitów jest w pewnym sensie miłośnikiem mądrości, bo mit jest pełen dziwów)[3].

W greckim tekście mamy koło siebie dwa słowa: philosophos i philomythos, i nie sposób nie dostrzec ich podobieństwa. To pokrewieństwo – co zaznacza sam Arystoteles – nie ogranicza się tylko do płaszczyzny słowotwórczej.

Ci dwaj miłośnicy nie bez powodu są bliskimi sąsiadami, a jeśli miłość jest czymś najgłębiej naznaczającym ludzką egzystencję, to można powiedzieć, że są bliskimi krewnymi. Arystoteles posługuje się gotowym słowem. Nie mówi opisowo, jak to ma miejsce w polskich tłumaczeniach, że ci, którzy miłują mity, są poniekąd filozofami. Nie chodzi więc o grupę ludzi o pewnych skłonnościach – podobnie jak można wśród ludzi wyznaczyć zbiór tych, którzy miłują wino czy tych, którzy lubią jeść jagnięcinę – lecz o jasno zdefiniowanych philomythoi. To słowo funkcjonuje w słownikach starożytnej greki i oznacza kogoś lubiącego mity, baśnie, podania, ale też osobę gadatliwą. Istnieje też słowo philomythia jako określenie zamiłowania do mitów. Można podejrzewać, choć to jedynie nieuprawniony źródłowo domysł, że byli pośród Greków ludzie, którzy sami o sobie mówili philomythoi, podobnie, jak byli w Grecji świadomi swej szczególnej skłonności do poznawania prawdy filozofowie.

Zastanawiające, że polszczyzna nie przyswoiła słowa philomythos: w żadnym słowniku nie znajduje się słowo „filomit” ani też „filomitia”. Ta językowa bezdomność filomita jest znamienna: porzucony przez Arystotelesa już na początku rozważań metafizycznych, musi ustąpić filozofowi. Jest niczym zapomniany brat, gorszego i wątpliwego pochodzenia.

Thaumasion. Co łączy filozofa i filomita? Według Arystotelesa filomit jest w pewnym sensie filozofem. Nie jest więc tylko miłośnikiem – na co wskazuje pierwszy rdzeń jego imienia – ale jest też poniekąd miłośnikiem mądrości, na co już jego imię wprost nie wskazuje. Właśnie tu pojawia się niejasna na razie bliskość mądrości i mitu. Ogniwem łączącym jest zdziwienie (thaumasion). To słowo, czasem bezdusznie tłumaczone jako ciekawość, wprowadza nas w sam środek tego doświadczenia rzeczywistości, które owocuje filomitią i filozofią. Dziwić się to zarazem podziwiać, ale i dostrzegać dziwność, inność. Dziwy i cuda wytrącają nas z dobrego samopoczucia, że wszystko rozumiemy. Jednak – przynajmniej w odniesieniu do filozofa – Arystotelesowi nie chodzi o dziwność rozumianą jako nadzwyczajność. Kilka zdań przed ujawnieniem pokrewieństwa dwóch miłośników Arystoteles pisze, że pierwszych filozofów najpierw dziwiły zjawiska, z którymi stykali się wprost, następnie zaś sprawy trudniejsze, jak Słońce, Księżyc, gwiazdy i powstanie Wszechświata.

Filozof zatem jest osobą, która dziwi się temu, co napotykane na co dzień. Zdziwienie wyróżnia go spośród innych ludzi, którzy traktują zjawiska codzienne jako coś zwyczajnego. Filozofia jest zatem niecodziennością, przekraczaniem naszego naturalnego (jeśli przez naturalny rozumiemy powszechny i typowy) nastawienia poznawczego. Thaumasios to dziwny, cudowny, zasługujący na podziw, ale też: dziwaczny, osobliwy, niedorzeczny. Miłość filozofa jest więc dwuznaczna: dostrzega w zwyczajnej z pozoru rzeczywistości nie tylko bogactwo godne podziwu, ale też niepokojącą inność, która domaga się wyjaśnienia. Rzeczy nie są do końca tym, czym się wydają, a w każdym razie: do swego wyjaśnienia potrzebują czegoś, co przekracza zwykłe doświadczenie. O tej ambiwalencji pisze w przywołanym fragmencie Arystoteles. Zderzenie nieoczywistości świata i podziwu rodzi trudności (aporie). Polscy tłumacze oddają aporon zwrotami „bezradny” i „dostrzegający trudności”. Zderzenie podziwu i bezradności jest niecodzienne i nieprzypadkowe. Dopiero ten niecodzienny nastrój pozwala dostrzec własną niewiedzę, co owocuje miłością: filozof zaczyna szukać mądrości. Podobny trop znajdziemy w Platońskim micie o narodzinach Erosa, do którego w sposób nieunikniony dotrą prowadzone tu rozważania.

Co zatem łączy filozofa z filomitem? O tym drugim nie dowiadujemy się z Metafizyki zbyt wiele: wiemy tylko tyle, że jest poniekąd filozofem, gdyż mit jest pełen dziwów. Łatwo przejść nad tym spostrzeżeniem w sposób, jaki uczynił to Arystoteles. W greckim tekście – co oddaje układ graficzny tłumaczenia Leśniaka – wtrącenie umieszczono w nawiasie. Filomit wzięty w nawias nigdy nie wyjdzie poza jego ramy. Do tego owo „poniekąd” lub „w pewnym sensie” pozwala stępić hermeneutyczną czujność: skoro bowiem filomit nie jest w ścisłym sensie filozofem, być może nie należy poświęcać mu więcej uwagi. I tak czyni sam Arystoteles.

Dziwy, które możemy znaleźć w mitach, wydają się zupełnie różne od tych, nad którymi zadziwia się filozof. Zwyczajna i oswojona przez codzienne doświadczenie rzeczywistość nie jest pierwotnie dana jako zadziwiająca. Dopiero filozof swym spojrzeniem dostrzega, że pod powierzchnią zjawisk kryje się coś głębszego, jak choćby pierwsze zasady, które potrafią sprowadzić różnorodność natury do jednego lub kilku praw. Mityczne cuda natomiast znajdują się na samej powierzchni: bogowie spotykający ludzi, centaury, nimfy, cyklopi, nadzwyczajne zdarzenia itd. Wszystkie te dziwności dostrzega nawet dziecko, któremu rodzice opowiadają przed zaśnięciem baśnie i mity.

Filomit byłby więc tym, który sięga po mity, by podziwiać to, co w nich bezpośrednio dane. Filozof do dziwności świata musi dochodzić, przełamując naturalnie ludzkie niezadziwienie rzeczywistością. Byłby więc filomit jedynie ubogim krewnym filozofa, zdolnym co prawda do zadziwienia, ale nie wkładającym w owo zadziwienie żadnego wysiłku? Gdyby tak było, jego marginalność na kartach Metafizyki byłaby zrozumiała. Można jednak postawić pytanie, czy ten, kto naprawdę jest miłośnikiem mitu, miłuje w nim owe powierzchowne dziwności? A to pytanie można wesprzeć kolejnym: skąd w opowieściach mitycznych owe dziwności, o czym zaświadczają?

Zdanie o filomicie ściśle łączy się z poprzednim: „dlatego nawet miłośnik mitów...”, „i stąd miłośnik mitów...”. Pokrewieństwo filomita i filozofa nie zasadza się zatem tylko na dziwności. Wspólne im są również bezradność (dostrzeżenie trudności) oraz uświadomienie sobie własnej niewiedzy. A zatem dziwność mitu działa w podobny sposób jak filozoficzne doświadczenie świata: thaumasios wytrąca z dobrego samopoczucia, budowanego na zaradności (w przeciwieństwie do bezradności) i przekonania, że się wie. Filomit jest bezradny i niewiedzący, nawet jeśli w ten stan wprawia go nie bezpośrednie doświadczenie, lecz kontakt z mitami, na których powierzchni zamieszkują bogowie i wyrafinowane potwory.

Bezradność filomita może powodować dysonans pomiędzy codziennym doświadczeniem a doświadczeniem mitu. W świecie rzadko widujemy Minotaura, pegaza czy syreny, które to stworzenia napotykamy w mitach na każdym kroku. Jednak filomit jest nie tylko bezradny, jest miłośnikiem mitu. A zatem, mimo owego dysonansu szuka mitu, dąży do niego, pragnie przebywać w jego pobliżu. Arystoteles widzi w tym rodzaj mądrości. Nie wyśmiewa filomita jako zbiega z rzeczywistości, który dla baśni porzuca świat realny, tylko widzi w nim „poniekąd filozofa”, a więc „w pewnym sensie miłośnika mądrości”. Być może zatem filomit nie pozostaje na powierzchni mitu, lecz schodzi w głąb, do samych korzeni tych opowieści. Przecież owe fantastyczne (cudowne i zadziwiające) stworzenia mityczne i cała powierzchniowa dziwność mitu odnoszą się do czegoś głębszego, czegoś, co mit rozpoznał w osnowie rzeczywistości, a mitotwórca (mythopoietes) opowiedział.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Przypisy

[1] Martin Heidegger, List o „humanizmie”, tłum. Józef Tischner, w: tenże, Znaki drogi, Warszawa 1999, s. 312.

[2] Arystoteles, Metafizyka, tłum. Tadeusz Żeleźnik, Lublin 1998, 982b, t. I. s. 14. W dalszej części pozycja cytowana jako „Arystoteles I”.

[3] Arystoteles, Metafizyka, tłum. Kazimierz Leśniak, Warszawa 1983, 982b, s. 8. W dalszej części pozycja cytowana jako „Arystoteles II”.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Filomit. Esej o słowie, którego nie było Myślenie dramatyczne 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego Małpa w każdym z nas. Dlaczego seks, przemoc i życzliwość są częścią natury człowieka?