Białe zęby

Białe zęby

Autorzy: Zadie Smith

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 528

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 31.99 zł

Genialny debiut jednej z najlepszych współczesnych pisarek. Pełna epickiego rozmachu powieść o losach trzech rodzin emigrantów mieszkających w Londynie.

„Białe zęby” zdobyły Whitbread First Novel Award, Guardian First Book Award, James Tait Black Memorial Prize for Fiction oraz Commonwealth Writers' First Book Prize. Książka ta trafiła w poczet 100 najlepszych angielskich powieści magazynu TIME. 

Moim rodzicom

i Jimmiemu Rahmanowi

To, co należy do przeszłości, jest prologiem.

Inskrypcja w Muzeum Waszyngtona

Podziękowania

Pragnę wyrazić wdzięczność Lisie i Joshui Appignanesim za udostępnienie mi własnego pokoju, kiedy najbardziej go potrzebowałam. Podziękowania należą się także Tristanowi Hughesowi i Yvonne Bailey-Smith za udzielenie autorce i książce gościny w dwóch szczęśliwych domach. Jestem również zobowiązana za świetne pomysły i bystre oko następującym osobom: Paulowi Hilderowi, przyjacielowi i ochotnikowi do testowania pomysłów; Nicholasowi Lairdowi, „obłąkanemu geniuszowi” i bratniej duszy; Donnie Poppy, tak we wszystkim skrupulatnej; Simonowi Prosserowi, najbardziej rozważnemu redaktorowi, jakiego można sobie wymarzyć; i wreszcie mojej agentce, Georgii Garrett, której czujności nic nie umknie.

Archie

1974, 1945

Każda błahostka wydaje się dziś, nie wiedzieć czemu, nieskończenie ważna i kiedy mówi się o czymś, że „nic z tego nie wynika”, brzmi to jak bluźnierstwo. Nigdy nie wiadomo – może tak to ujmę – które z naszych przedsięwzięć lub które z zaniechań będzie dla nas miało nieskończone konsekwencje.

E. M. Forster, Where Angels Fear to Tread

(„Tam, gdzie lękają się stąpać anioły”)

1. Osobliwy drugi ożenek Archiego Jonesa

Początek dnia, schyłek stulecia, Cricklewood Broadway. Pierwszego stycznia 1975 roku, godzina 6.27. Ubrany w sztruksowy garnitur Alfred Archibald Jones siedział z twarzą wspartą na kierownicy w wypełnionym spalinami samochodzie cavalier musketeer estate, żywiąc w duchu nadzieję, że nie będzie osądzony zbyt surowo. A właściwie leżał krzyżem, z opuszczoną szczęką i rozrzuconymi ramionami, niczym jakiś upadły anioł; w dłoniach ściskał swoje wojskowe odznaczenia (w lewej) i akt ślubu (w prawej), postanowił bowiem zabrać z sobą świadectwa swych porażek. Zielone światełko migotało mu w oku, sygnalizując skręt w prawo, którego nigdy już nie miał wykonać. Był całkowicie zdeterminowany. Absolutnie przygotowany. Wcześniej rzucił monetę i poddał się wyrokowi losu. To samobójstwo było przemyślane. W gruncie rzeczy powziął coś w rodzaju noworocznego postanowienia.

Ale nawet gdy jego oddech stawał się spazmatyczny, a iskierka życia gasła, Archie zachował pełną świadomość tego, że Cricklewood Broadway wyda się ludziom dziwnym wyborem. Dziwnym dla tego, kto pierwszy dostrzeże przez przednią szybę jego bezwładne ciało, dziwnym dla policjantów sporządzających raport, dla dziennikarza z lokalnej gazety, któremu każą napisać notkę na pięćdziesiąt słów, dziwnym wreszcie dla bliskich, którzy tę notkę przeczytają. Wciśnięte pomiędzy betonowy masyw multipleksu a olbrzymie wielopoziomowe skrzyżowanie, Cricklewood nie było bynajmniej miejscem odpowiednim. Nie było miejscem, do którego przychodzi się umierać. Docierało się tutaj po to, żeby dostać się szosą A 41 do innych miejsc. Ale Archie Jones nie chciał umierać w żadnym miłym, odległym zagajniku ani na krawędzi klifu obramowanego delikatną lamówką wrzosu. Zdaniem Archiego, wieśniacy powinni umierać na wsi, a mieszczuchy w mieście. Tylko takie rozwiązanie było prawidłowe. „Tak po śmierci jako za życia...” i tak dalej. Było zatem logiczne, że Archibald powinien umrzeć na tej samej nieprzyjemnej wielkomiejskiej ulicy, na której – samotny w wieku czterdziestu siedmiu lat – wylądował w kawalerce nad pustym sklepikiem z rybą i frytkami. Archie nie należał do tych, którzy snują zawiłe plany – zostawiają jakieś listy czy wskazówki dotyczące pogrzebu – nie był, jednym słowem, z tych, co to im głupstwa w głowie. Jedyne, czego potrzebował, to chwila milczenia, minutka ciszy, żeby mógł się skupić. Chciał, żeby było idealnie spokojnie i cicho, jak we wnętrzu pustego konfesjonału lub w momencie, kiedy nowa myśl nie została jeszcze wyrażona w słowach. I chciał zrobić to, co zaplanował, zanim zaczną otwierać sklepy.

W górze stado miejscowej skrzydlatej zarazy zerwało się z jakiejś niewidocznej grzędy, wzbiło się w powietrze i, obrawszy sobie najwyraźniej za cel dach samochodu Archiego, w ostatniej chwili zatoczyło niespodziewanie imponujący łuk, by śmignąć w zwartym szyku z elegancją zgrabnie podkręconej piłki i wylądować na dachu firmy Hussein-Ishmael, słynnej rytualnej masarni halal. Archie odpłynął już zbyt daleko, żeby się tym przejmować; z ciepłym wewnętrznym uśmiechem obserwował, jak ptaki zrzucają swój ładunek, znacząc białe mury strużkami fioletu. Przyglądał się, jak wyciągają badawczo szyje nad ściekiem rzeźni Hussein-Ishmael, obserwował, jak one z kolei przyglądają się powolnemu, nieustającemu potokowi krwi z martwych zwierząt – kurczaków, krów, owiec – rozwieszonych na hakach niczym ubrania na wieszakach w sklepie. Nieszczęsne istoty. Gołębie wyczuwały instynktownie nieszczęście i dlatego przeleciały nad Archiem obojętnie. Bo choć on sam o tym nie wiedział i choć rura od odkurzacza leżała na siedzeniu obok, pompując spaliny z rury wydechowej do jego płuc, tego ranka Archiemu dopisało jednak szczęście. Jego cieniutka warstewka pokrywała go niczym świeża poranna rosa. Kiedy na przemian zanikała i powracała mu świadomość, układ planet, muzyka sfer, trzepot przezroczystych skrzydeł ćmy w środkowej Afryce i cały zespół innych czynników, które decydują o tym, czy człowiek tonie w bagnie czy nie, ktoś uznał, że należy dać Archiemu jeszcze jedną szansę. Gdzieś, nie wiedzieć czemu, ktoś zdecydował, że Archie będzie żył.

Rzeźnia Hussein-Ishmael należała do Mo Husseina-Ishmaela, zwalistego osobnika o byczym karku, z włosami ułożonymi z przodu w czub, a z tyłu zaczesanymi w kaczy kuper. Mo był przekonany, że w sprawie gołębi należy dotrzeć do korzeni, do sedna problemu, którym były nie odchody, ale same ptaki. Gównem nie jest gówno (tak brzmiała mantra Mo), gównem są gołębie. Tak więc poranek prawie-śmierci Archiego zaczął się w firmie Hussein-Ishmael jak każdy inny. Mo, przewieszony wielkim brzuszyskiem przez parapet, wychylił się i machnął tasakiem, usiłując jakoś zastopować tryskający strumień fioletu.

– Jazda stąd! Wynocha, wy pieprzone zasrańce! A masz! Sześć!

Zasadniczo było to coś w rodzaju krykieta – gry Anglików zaadaptowanej przez imigranta – przy czym sześć gołębi za jednym zamachem było liczbą zaiste rekordową.

– Varin! – zawołał Mo w głąb ulicy, wznosząc triumfalnie tasak. – Teraz twoja kolej, chłopcze. Jesteś gotów?

Na dole stał na chodniku Varin, chorobliwie otyły młody Indus, odwalający tu bezsensowne praktyki szkolne uczeń pobliskiej zawodówki. Wyglądał jak wielka zrezygnowana kropa pod znakiem zapytania, jaki tworzył w tej chwili Mo. Do jego obowiązków należało wspięcie się po drabinie, zebranie zmasakrowanych gołębi do plastikowego worka na śmieci, zawiązanie go i wyrzucenie do pojemników po drugiej stronie ulicy.

– Ruszże się, panie Tłuścioch! – zawołał jeden z kuchcików Mo, akcentując każde słowo dźgnięciem Varina w zadek kijem od szczotki. – Ruszże tę swoją tłustą hinduską dupę, ty człowieku-słoniu, i zbierz tę miazgę!

Mo otarł pot z czoła, prychnął pogardliwie i spojrzał w głąb ulicy, prześlizgując się wzrokiem po rozwalonych fotelach i wystrzępionych kawałkach dywanów, tych plenerowych łożach dla miejscowych pijaczków, po budach z automatami do gry, ociekających smarem koparkach i samochodach, po całej tej pokrytej ptasim łajnem scenerii. Kiedyś, Mo był tego pewien, całe Cricklewood i jego mieszkańcy podziękują mu za te codzienne masakry; kiedyś żaden mężczyzna, żadna kobieta ani żadne dziecko, jak ulica długa i szeroka, nie będą więcej musieli mieszać detergentu z wodą w proporcji jeden do czterech, żeby zmyć świństwo, które zalewa świat. – Gównem nie jest gówno – powtórzył z powagą. – Gównem są gołębie. Mo był jedynym członkiem tej społeczności, który naprawdę rozumiał, w czym rzecz. Poczuł się bardzo zen – przepełniała go życzliwość dla całej ludzkości – dopóki jego wzrok nie natrafił na samochód Archiego.

– Arshad!

Odziany w cztery odcienie brązu chudzielec z wąsiskami jak kierownica roweru i ze zbroczonymi krwią rękami wynurzył się ze sklepu.

– Arshad! – Mo, bliski wybuchu, dziobnął palcem powietrze, wskazując na samochód. – Słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał, chłopcze.

– Tak, abba? – rzekł Arshad, przestępując z nogi na nogę.

– Co to jest, do cholery? Co ten tam robi? Mam o wpół do siódmej dostawę. O wpół do siódmej przyjedzie tu piętnaście martwych wołów. Muszę je odebrać. To jest moja praca. Rozumiesz? Przyjeżdża mięso. I wobec tego jestem w prawdziwym kłopocie – twarz Mo przybrała niewinny wyraz zagubienia. – Bo wydawało mi się, że tu pisze wyraźnie „tylko zaopatrzenie” – wskazał na starą drewnianą skrzynkę, na której było napisane wielkimi literami: PARKOWANIE WSZELKICH POJAZDÓW ABSOLUTNIE ZABRONIONE. – No i co ty na to?

– Nie wiem, abba.

– Jesteś moim synem, Arshad. Nie zatrudniam cię po to, żebyś nie wiedział. – Mo wyciągnął rękę i przez okno trzasnął Varina, który balansował na niestabilnej rynnie niczym tancerz na linie. Uderzenie w potylicę było tak potężne, że chłopiec omal nie stracił równowagi. – Zatrudniam cię po to, żebyś wiedział różne rzeczy. Przetwarzał informacje. Wydobywał na światło dzienne mroczne tajemnice niewytłumaczalnego wszechświata, dzieła naszego Stwórcy.

– Abba?

– Dowiedz się, co ten tam robi i usuń go stamtąd.

Mo zniknął z okna. Arshad wrócił po chwili z wyjaśnieniami.

– Abba.

Głowa Mo wyskoczyła znów z okna niczym jakaś zołzowata kukułka z zegara.

– On się truje spalinami, abba.

– Co takiego?

Arshad wzruszył ramionami.

– Zawołałem, żeby się wynosił, a on mi na to przez szybę: „Proszę mi dać spokój, ja się truję”. Ot tak po prostu.

– Nikt się nie będzie truł na moim terenie – warknął Mo, schodząc na dół. – Nie mamy na to licencji.

Znalazłszy się na ulicy, zbliżył się do samochodu Archiego, wyciągnął ręczniki, które uszczelniały niedomknięte okno od strony kierowcy i gwałtownym, brutalnym ruchem wcisnął szybę o kilka cali w dół.

– E, panie, słyszysz mnie pan? Nie mamy tu pozwolenia na samobójstwa. To miejsce jest halal. Koszerne, rozumiesz pan? Jeśli chciałbyś pan tu wykitować, przyjacielu, to najpierw niestety musiałbyś się całkiem wykrwawić.

Archie z trudem uniósł opartą na kierownicy głowę. I nagle w tym krótkim momencie, jaki dzielił koncentrację wzroku na potężnym spoconym torsie ciemnoskórego Elvisa od uświadomienia sobie, że wciąż należy do żywych, Archie Jones doznał czegoś w rodzaju epifanii. Dotarło do niego, że po raz pierwszy od urodzenia Życie powiedziało mu „tak”. I nie było to zwykłe „okej” ani „skoro już zacząłeś, to jakoś ciągnij dalej”, ale dosadna afirmacja. Archie był Życiu potrzebny. Zazdrośnie wyrwało go ze szczęk śmierci i przytuliło z powrotem do łona. Choć Archie nie należał do jego najlepszych okazów, potrzebowało go, Archie zaś, ku swemu zaskoczeniu, potrzebował Życia.

W gorączkowym pośpiechu opuścił obie szyby i łapczywie wciągał do płuc zbawczy tlen. Pomiędzy haustami powietrza wylewnie dziękował Mo, po policzkach spływały mu łzy, palce zaciskały się na fartuchu rzeźnika.

– No dobra, dobra – mruknął Mo, wyswobadzając się z uchwytu i otrzepując fartuch. – A teraz zabieraj się pan już stąd. Zaraz będzie dostawa mięsa. Ja jestem od wykrwawiania, nie od porad. Powinieneś pan jechać na ulicę Samotnych Serc. Tu jest Cricklewood.

Archie, wciąż dławiąc się i krztusząc od podziękowań, cofnął samochód, zjechał z krawężnika i skręcił w prawo.

*

Archie Jones usiłował popełnić samobójstwo, ponieważ właśnie rozwiodła się z nim jego żona Ophelia, fiołkowooka Włoszka z nikłym wąsikiem. Ale nie spędzał noworocznego poranka, trując się spalinami z rury od odkurzacza, dlatego że kochał swoją żonę. Chodziło raczej o to, że tak długo z nią żył, wcale jej nie kochając. Z małżeństwem Archiego było zupełnie jak z kupowaniem butów, które w domu okazują się za ciasne. Dla zachowania pozorów godził się na to. A wtedy niespodziewanie, po trzydziestu latach, buty zerwały się i wyszły z domu. Żona opuściła Archiego. Po trzydziestu latach.

O ile pamiętał, zaczynali jak wszyscy – nieźle. Wczesną wiosną 1946 roku wychynął z mroków wojny i wszedł do florenckiej kafejki, gdzie obsługiwała go piękna jak słońce kelnerka, Ophelia Diagilo, cała w żółciach, roztaczająca wokół siebie aurę ciepła i seksu, kiedy podawała mu cappuccino z pianką. Weszli w to, jakby mieli końskie okulary. Ona nie mogła wiedzieć, że kobiety w życiu Archiego nigdy nie zostawały na długo, że w głębi duszy nie cierpiał ich, nie ufał im i był zdolny kochać je tylko wtedy, kiedy miały nad głową aureolę. Nikt nie przestrzegł Archibalda Jonesa, że w koronie drzewa genealogicznego rodziny Diagilo czaiły się dwie histeryczne ciotki, wuj, który przemawiał do bakłażanów, i kuzyn, który nosił ubrania tyłem do przodu. Pobrali się więc i wrócili do Anglii, gdzie Ophelia szybko uświadomiła sobie swoją pomyłkę; mąż doprowadził ją w krótkim czasie do obłędu, a aureola została zapakowana i złożona na strychu, pokrywając się kurzem z całą resztą starych rupieci i zepsutych urządzeń kuchennych, które Archie zamierzał kiedyś naprawić. Wśród tych rupieci był odkurzacz.

W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, na sześć dni przed tym, jak zaparkował przed sklepem Mo, Archie wrócił do domu-bliźniaka w Hendon, żeby odszukać ten odkurzacz. Była to jego czwarta wyprawa na strych w ciągu tego długiego okresu, kiedy przewoził rozmaite graty do swego nowego mieszkania; odkurzacz był wśród ostatnich odzyskanych przezeń, a przy tym jednym z najbardziej zdezelowanych i najbrzydszych przedmiotów, o jakie walczy się z czystej chęci odegrania się, bo straciło się dom. Oto czym jest rozwód: zabieraniem rzeczy, których już się nie potrzebuje, ludziom, których już się nie kocha.

– Ach, to znów pan – powitała go hiszpańska pomoc domowa, Santa-Maria, Maria-Santa czy jakoś tak. – Co tym razem, panie Jones? Zlewozmywak, sí?

– Hoover – powiedział Archie ponuro. – Odkurzacz.

Wbiła w niego wzrok i splunęła na wycieraczkę tuż obok jego buta.

– Proszę, señor.

Jego dom stał się przystanią dla tych, którzy zawsze go nienawidzili. Oprócz pomocy domowej musiał stawić czoło licznej włoskiej rodzinie swojej żony, jej pielęgniarce, kobiecie z opieki społecznej i oczywiście samej Ophelii, którą znalazł w końcu w jednej z klatek tego domu wariatów, zwiniętą w kłębek na sofie niczym embrion i dmuchającą w butelkę whisky, z której wydobywały się niskie, ponure dźwięki. Samo sforsowanie linii nieprzyjaciela zabrało mu ponad godzinę – i w imię czego cały ten trud? Przewrotnego hoovera, wyrzuconego przed wieloma miesiącami na strych, bo z uporem robił coś wręcz przeciwnego do tego, co jest zadaniem każdego odkurzacza: rozpylał kurz, zamiast go wciągać?

– Po co pan tu przyłazi, mister Jones, skoro to pana tak dołuje? Niech pan się trochę zastanowi. Na co panu ten odkurzacz? – Pomoc domowa szła za nim po schodach na strych, uzbrojona w jakiś płyn do czyszczenia. – Jest zepsuty. Nie jest panu potrzebny. No widzi pan? Widzi pan? – Włożyła wtyczkę do gniazdka i pstryknęła martwym przełącznikiem. Archie wyciągnął wtyczkę i w milczeniu zaczął okręcać hoovera sznurem. Owszem, był zepsuty, ale należał do niego. Wszystko, co zepsute, należało do niego. Zamierzał naprawić wszystkie cholerne zepsute przedmioty, choćby tylko po to, żeby pokazać, że się do czegoś nadaje.

– Jest pan nic niewart! – Santa-Jakaśtam gnała za nim po schodach na dół. – Pańska żona choruje na głowę, a pana stać tylko na to!

Archie przycisnął hoovera do piersi i wniósł do zatłoczonego saloniku, gdzie na oczach patrzących nań z wyrzutem obserwatorów wyjął skrzynkę z narzędziami i przystąpił do naprawy.

– Popatrzcie na niego – powiedziała jedna z jej włoskich babć, ta bardziej wystrojona, poowijana szerokimi szalami i mniej upstrzona pieprzykami – bierze wszystko, capisce? Odebrał jej rozum, odebrał mikser, zabrał starą wieżę stereo, wszystko oprócz desek z podłogi. Rzygać się chce...

Kobieta z pomocy społecznej, która nawet w pogodny dzień przypominała zmokłego długowłosego kota, kiwała potakująco wąską głową. – To wstrętne, nie musi mi pani mówić, naprawdę wstrętne... i oczywiście my zostajemy z tym całym bagnem... a jeszcze ten cham...

– Przecież teraz, kiedy on się wyniósł – zawtórowała jej pielęgniarka – ona nie może tu zostać sama. Biedaczka potrzebuje prawdziwego domu, musi...

Jestem tu, miał ochotę powiedzieć Archie. Jestem tu przecież, do cholery jasnej. I to był mój mikser.

Ale Archie nie należał do tych, którzy chcieliby jakiejkolwiek konfrontacji. Jeszcze przez jakiś kwadrans przysłuchiwał się w milczeniu ich uwagom, testując ssanie odkurzacza na kawałkach gazety, aż do chwili, gdy ogarnęło go przemożne uczucie, że życie jest olbrzymim tobołem, tak nieznośnie ciężkim, że nawet gdyby miało to oznaczać utratę absolutnie wszystkiego, byłoby mu nieskończenie łatwiej zostawić całe to brzemię na skraju drogi i pogrążyć się w mroku. Nie potrzebujesz tego miksera, Archie, nie potrzebujesz hoovera. Te graty są tylko zbędnym balastem. Po prostu zrzuć ten tobół, Arch, i dołącz do beztroskich obozowiczów w niebie. Czy nie byłoby to najwłaściwsze rozwiązanie? Archiemu – z jazgotem byłej żony i byłej rodziny rozbrzmiewającym w jednym uchu i kaszlem odkurzacza w drugim – wydało się nagle, że Koniec jest nieunikniony i bliski. Nie było w nim żadnej osobistej urazy wobec Boga ani nic takiego. Przypominało to raczej koniec świata. Teraz będzie potrzebował silniejszej motywacji niż kiepska whisky, nowy rodzaj krakersów czy pudełko lodów waniliowych (truskawkowych oczywiście zabrakło), żeby wkroczyć w kolejny rok życia.

Cierpliwie złożył hoovera i odkurzył cały salon z dziwną, metodyczną skrupulatnością jakiegoś ostatecznego aktu, wsuwając ssawkę w najbardziej niedostępne zakamarki. Potem z poważną miną rzucił monetę (orzeł – życie, reszka – śmierć) i nie odczuł nic szczególnego, kiedy uzmysłowił sobie, że patrzy na pląsającego lwa. Spokojnie odłączył rurę odkurzacza, włożył ją do walizki i opuścił dom ostatecznie.

*

Ale umieranie to nie bułka z masłem. A samobójstwa nie można umieścić na liście Rzeczy do Zrobienia pomiędzy czyszczeniem rusztu od grilla a podparciem chwiejącej się sofy cegłą. To decyzja o tym, żeby już nigdy nic nie zrobić, całus posłany nicości. Bez względu na to, co ludzie mówią, samobójstwo wymaga charakteru. Jest to coś dla bohaterów i męczenników, dla ludzi prawdziwie próżnych. Archie nie był ani jednym, ani drugim. Był człowiekiem, którego znaczenie w Wyższym Porządku Rzeczy można było przedstawić w postaci proporcji:

Ziarnko piasku : Plaża.

Kropla deszczu : Ocean.

Igła : Stóg siana.

A zatem przez kilka dni ignorował postanowienie monety i jeździł z rurą od hoovera w samochodzie. Nocami patrzył przez przednią szybę na monstrualne w swym bezmiarze niebo i odczuwał w jakiś pierwotny sposób swój rozmiar w stosunku do wszechświata, odczuwał z całą mocą, co znaczy być maleńkim pyłkiem i człowiekiem wykorzenionym. Myślał o tej luce, jaka powstanie, kiedy on, Archie, zniknie, i wydawała mu się ona nic nieznaczącym ubytkiem, zbyt małym, by można go było zmierzyć. Trawił czas na rozmyślaniach, czy „hoover” to nazwa urządzenia czy też, jak utrzymywali niektórzy, po prostu nazwa marki. I przez cały ten czas rura od odkurzacza leżała jak wielki, zwiotczały kutas na tylnym siedzeniu, szydząc sobie z jego cichego lęku, wyśmiewając bojaźliwe kroczki, jakimi zbliżał się do kata, i szydząc bezlitośnie z jego impotenckiego niezdecydowania.

Wreszcie dwudziestego dziewiątego grudnia Archie pojechał odwiedzić swojego starego przyjaciela Samada Miah Iqbala. Choć może brzmi to nieprawdopodobnie, był to najstarszy z jego przyjaciół – muzułmanin z Bengalu, człowiek, u którego boku walczył, kiedy trzeba było walczyć, i który przypominał mu o tamtej wojnie. Wojnie, która innym kojarzyła się z tłustym bekonem i malowanymi na gołym ciele szwami pończoch, ale w pamięci Archiego przywoływała strzelaninę, karty i smak mocnego zagranicznego alkoholu.

– Archie, drogi przyjacielu – powiedział Samad swoim ciepłym, serdecznym głosem. – Musisz zapomnieć o tych wszystkich kłopotach z żoną. Spróbuj nowego życia. Tego ci właśnie potrzeba. A teraz dość tego: stawiam pięć funciaków przeciwko twoim pięciu.

Siedzieli w swojej nowej melinie, w bilardowni O’Connella, grając w pokera na trzy ręce, dwie Archiego i jedną Samada – bo w prawicy tego ostatniego utkwił kiedyś pocisk i teraz spoczywała szara, nieruchoma i absolutnie martwa, jeśli nie liczyć krążącej w niej krwi. Miejsce, w którym spotykali się co wieczór, żeby zjeść kolację, było pół kawiarnią, pół szulernią prowadzoną przez iracką rodzinę, odznaczającą się tym, że jej członkowie mieli w większości kłopoty z cerą.

– Spójrz na mnie. Małżeństwo z Alsaną pozwoliło mi wrócić do życia, rozumiesz? Otworzyło przede mną nowe perspektywy. Jest taka młoda, taka witalna, ożywcza – jak haust świeżego powietrza. Chcesz mojej rady? Proszę cię bardzo: porzuć swoje stare życie – to chore życie, Archibald. Nie ma w nim nic dobrego. Absolutnie nic.

Samad patrzył na niego z wielkim współczuciem, bo zawsze myślał o Archiem z czułością. Ich wojenną przyjaźń poważnie nadwątliła trzydziestoletnia separacja, kiedy to mieszkali na różnych kontynentach. Wiosną 1973 roku Samad, wówczas mężczyzna w średnim wieku, przybył w poszukiwaniu nowego życia do Anglii z nową dwudziestoletnią narzeczoną, filigranową Alsaną Begum, dziewczyną o twarzy jak księżyc w pełni i bystrych, przenikliwych oczach. W przypływie nostalgii, a także dlatego że Archie był jedynym człowiekiem, jakiego znał na tej wysepce, Samad odszukał przyjaciela i zamieszkał w tej samej dzielnicy Londynu. I z wolna, ale pewnie ich przyjaźń odżyła.

– Grasz jak ciota – ciągnął Samad, układając zwycięskie królowe. Potem jednym wprawnym gestem rozłożył je kciukiem lewej ręki i karty spadły na stół, układając się w wachlarzyk.

– Jestem stary – rzekł Archie, rzucając swoje karty. – Jestem stary. Kto mnie teraz zechce? Już za pierwszym razem trudno mi było przekonać dziewczynę do siebie.

– Bzdura, Archibald. Nawet nie spotkałeś jeszcze właściwej kobiety. Ta Ophelia, Archie, nie była dla ciebie. Z tego, co mi napomykałeś, wnioskuję, że ona w ogóle nie jest na te czasy.

Miał na myśli obłęd Ophelii, przekonanej, że jest dziewką służebną słynnego piętnastowiecznego mecenasa sztuki Kosmy Medyceusza.

– Ona się po prostu urodziła i żyje nie w tych czasach. To nie jej pora. Może nawet nie jej tysiąclecie. Nasz wiek nowoczesności zaskoczył kompletnie tę kobietę, złapał ją za dupę. Straciła rozum. Skołowało ją. A ty? Odebrałeś w szatni nie swoje życie i musisz je zwrócić. Poza tym żona nie obdarzyła cię potomstwem... a życie bez dzieci, Archie, cóż to za życie? Ale każdy człowiek ma zawsze jeszcze jedną szansę, tak, tak, zawsze jest jeszcze jedna szansa. Wierz mi, znam się na tym. Ty, Archie – ciągnął, zgarniając bezwładnym przedramieniem stos dziesięciopensówek – nie powinieneś był się z nią żenić.

Świetna rada, pomyślał Archie. Szkoda, że o trzydzieści lat spóźniona.

W końcu dwa dni po tej rozmowie, wczesnym rankiem pierwszego dnia nowego roku ból osiągnął takie natężenie, że rady Samada nie mogły już Archiemu pomóc. Wbrew nim postanowił umartwić swe ciało, odebrać sobie życie, zejść ze ścieżki, która już tyle razy zaprowadziła go na manowce, w głąb dzikich pustkowi i w końcu zniknęła całkowicie, a to, co zostało, rozwiał wiatr.

*

Kiedy wnętrze samochodu zaczęły wypełniać spaliny, Archie dokonał obowiązkowego przeglądu, rekapitulacji swojego dotychczasowego życia. Okazało się ono krótkotrwałym, mało budującym doświadczeniem, niewesołym metafizycznym odpowiednikiem noworocznego orędzia królowej. Nudne dzieciństwo, nieudane małżeństwo, beznadziejna praca – ów klasyczny triumwirat – wszystko to przemknęło mu przez głowę błyskawicznie, cichcem, prawie bez dialogu, ewokując niemal identyczne odczucia jak te, których doznawał wtedy, kiedy to naprawdę przeżywał. Choć Archie nie bardzo wierzył w przeznaczenie, kiedy się nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że podjęło ono jednak szczególny wysiłek i zadbało o to, by wybrać mu życie jak gwiazdkowy prezent od firmy – zawczasu i taki sam dla wszystkich.

Była oczywiście wojna; Archie załapał się na nią jako siedemnastolatek w ostatnim roku, ale to nie miało większego znaczenia. Nie walczył na linii frontu, nic z tych rzeczy. On i Samad, stary Sam, czyli inaczej Sammy-boy, mieli kilka barwnych opowiastek w zanadrzu, a Archie nosił nawet w nodze odłamek, który mógłby pokazać, gdyby ktoś chciał zobaczyć, tyle że nikt nie chciał. Nikt nie chciał już o tym rozmawiać. Było to coś takiego jak szpotawa stopa albo szpecące znamię. Albo jak włosy w nosie. Ludzie odwracali wzrok. Jeśli ktoś zapytał Archiego: „No to czego dokonałeś w życiu?” albo „Jakie jest twoje najważniejsze wspomnienie?”, to nie daj Bóg, żeby pytany napomknął o wojnie; wzrok rozmówcy stawał się szklisty, palce zaczynały bębnić o blat baru, wszyscy proponowali następną kolejkę. Tak naprawdę nikt nie chciał tego słuchać.

Latem 1955 roku Archie, wystrojony w swoje najlepsze buty z modnymi szpicami, wybrał się na Fleet Street w poszukiwaniu pracy w charakterze korespondenta wojennego. Facet o wyglądzie alfonsa, z rzadkim wąsikiem i cienkim głosem zapytał: „Jakiś dorobek, panie Jones?”. I Archie wszystko mu wyjaśnił. Opowiedział mu o Samadzie. O ich czołgu. Wtedy ten alfonsowaty ważniak w garniturze przechylił się przez biurko i powiedział:

– Wymagamy czegoś więcej, nie wystarcza nam, że ktoś walczył, panie Jones. Doświadczenia wojenne nie są tu istotne.

I na tym właśnie to polegało. W wojnie nie było nic istotnego – ani wtedy, w 1955 roku, ani tym bardziej teraz, w roku 1974. Nic z tego, co robił wtedy, teraz się nie liczyło. Umiejętności, jakich człowiek nabył, były, jak to się obecnie mówiło, „irrelewantne”.

– Czy coś jeszcze, panie Jones?

Ale oczywiście, cholera, nic więcej nie było, bo brytyjski system edukacji już przed laty podstawił mu z chichotem nogę. A mimo to Archie miał dobre oko, widział, jak się rzeczy mają, i dzięki temu ostatecznie został przyjęty do pracy w MorganHero, firmie poligraficznej przy Euston Road, gdzie przez dwadzieścia lat z okładem obmyślał różne sposoby składania druków – kopert, ulotek reklamowych, broszur – co nie było może jakimś wielkim osiągnięciem, ale każdy przecież wie, że wszystko wymaga złożenia, bo inaczej życie byłoby jak wielka płachta gazety; łopotałoby na wietrze, który mógłby je porwać, a wtedy straciłoby się najważniejsze kawałki. Co nie oznacza, że Archie marnował czas na lekturę wielkich jak prześcieradła gazet. Skoro nikt nie zadawał sobie trudu, żeby je porządnie złożyć, czemu ja miałbym zadawać sobie trud ich czytania, pytał sam siebie.

Co jeszcze? No więc Archie nie zawsze składał papiery. Kiedyś, bardzo dawno temu, był kolarzem torowym. Najbardziej podobało mu się w wyścigach na torze to, że jeździło się wciąż w kółko. Okrążenie za okrążeniem. Wciąż miało się szansę nadrobienia dystansu, pokonania okrążenia w krótszym czasie, poprawienia wyniku. Tyle że Archiemu nigdy nie udało się go poprawić. Jego czas wynosił 62,8 sekundy. Co jest czasem całkiem niezłym, wręcz na poziomie światowym. Ale przez trzy lata Archie uzyskiwał przy każdym okrążeniu czas identyczny: 62,8. Inni kolarze robili sobie specjalnie przerwy, żeby przyjrzeć się, jak on to robi. Opierali rowery o barierkę i mierzyli mu czas sekundnikami zegarków. Za każdym razem 62,8. Taka niemożność poprawienia wyniku była czymś naprawdę bardzo rzadkim. A taka konsekwencja zakrawała na cud.

Archie lubił wyścigi, był niezłym, bardzo równym zawodnikiem i właśnie kolarstwu zawdzięczał jedyne wspaniałe wspomnienie w życiu. W 1948 roku Archie Jones uczestniczył w olimpiadzie w Londynie, dzieląc trzynaste miejsce (z wynikiem 62,8 sekundy) ze szwedzkim ginekologiem, niejakim Horstem Ibelgauftsem. Niestety fakt ten został pominięty w kronikach olimpijskich przez niedbałą sekretarkę, która wróciła pewnego dnia z porannej kawy z głową zaprzątniętą czymś zupełnie innym i, przepisując listę, pominęła jego nazwisko. Madame Potomność wcisnęła Archiego głęboko w sofę i zapomniała o nim. Jedynym dowodem, że wspomniane wydarzenie w ogóle nastąpiło, były okazjonalne liściki i wiadomości, jakie przez lata dostawał od samego Ibelgauftsa. Na przykład takie jak ten:

17 maja 1957

Drogi Archibaldzie,

załączam zdjęcie, na którym widać moją zacną żonę i mnie w naszym ogrodzie, na tle dość paskudnego placu budowy. Choć może nie wygląda to na Arkadię, to właśnie tu buduję prymitywny welodrom – zupełnie inny niż ten, na którym się kiedyś ścigaliśmy, ale wystarczający jak na moje potrzeby. Skala znacznie mniejsza, ale buduję ten tor dla naszych przyszłych dzieci. Widzę w snach, jak pedałują, i budzę się z błogim uśmiechem na ustach! Kiedy tor będzie gotów, musisz nas odwiedzić. Któż bardziej zasługuje na to, by być ojcem chrzestnym toru zbudowanego przez Twojego oddanego rywala?

Horst Ibelgaufts

Albo jak kartka pocztowa, która tego dnia, w dzień Niedoszłej Śmierci, leżała na tablicy rozdzielczej:

28 grudnia 1974

Drogi Archibaldzie,

uczę się grać na harfie. Można to nazwać moim noworocznym postanowieniem. Zaczynam dość późno, ale przecież nigdy nie jest za późno na naukę, nie uważasz? Mówię Ci, to piekielnie ciężki instrument, ale brzmienie ma prawdziwie anielskie i moja żona uważa, że rozwija moją wrażliwość. Czego nigdy nie powiedziałaby o mojej wyścigowej obsesji! Ale też kolarstwo rozumieli zawsze tylko tacy faceci jak Ty, Archie, i oczywiście autor tego liściku, Twój stary rywal,

Horst Ibelgaufts

Archie nie widział się z Horstem od tamtego wyścigu, ale wspominał go ciepło jako potężnego faceta z ryżymi włosami, pomarańczowymi piegami i krzywym nosem. Horst ubierał się jak międzynarodowy playboy i wydawał się zbyt duży dla swojego roweru. Po wyścigu straszliwie spił Archiego i sprowadził dwie dziwki z Soho, które najwyraźniej dobrze go znały. („Często bywam służbowo w twojej pięknej stolicy”, wyjaśnił Archiemu). Archie po raz ostatni widział Horsta, gdy przypadkiem przez szparę drzwi wspólnego pokoju w wiosce olimpijskiej dojrzał jego olbrzymi różowy tyłek, poruszający się rytmicznie w górę i w dół. Następnego ranka w recepcji czekał na Archiego liścik, który zapoczątkował ich obfitą korespondencję:

Drogi Archibaldzie,

w oazie pracy i współzawodnictwa kobiety są czymś naprawdę rozkosznym i odświeżającym, chyba się ze mną zgodzisz? Niestety, muszę wyjechać wcześnie, żeby zdążyć na samolot, ale bardzo chciałbym, Archie, żebyś myślał o mnie jak o kimś naprawdę bliskim! Bo uważam, że jesteśmy sobie teraz tak bliscy jak nasz wynik na finiszu! Powiadam Ci, ten, co pierwszy stwierdził, że trzynaście to pechowa liczba, był jeszcze większym głupcem niż Twój przyjaciel,

Horst Ibelgaufts

PS Dopilnuj, żeby Daria i Melanie dotarły do domu bezpiecznie.

Daria przypadła w udziale Archiemu. Strasznie chuda, z żebrami jak kosze do połowu homarów i właściwie bez biustu, była jednak bardzo milutka. Całowała czule i z upodobaniem demonstrowała swoje niezwykłe, wyginające się pod niezwykłym kątem przeguby, obciągnięte długimi, jedwabnymi rękawiczkami, które musiały ją kosztować co najmniej cztery kupony. Archie pamiętał, że kiedy zdejmowała te rękawiczki i wkładała pończochy, powtarzał bezradnie „Bardzo mi się podobasz”. Odpowiedziała mu uśmiechem i, choć była zawodową dziwką, Archie odniósł wrażenie, że ona również czuje do niego sympatię. Może powinien był wyjechać z nią gdzieś od razu wtedy, zaszyć się gdzieś wśród wzgórz. Ale wówczas wydawało się to niemożliwe, zbyt ryzykowne, no bo co począć z młodą żoną przy nadziei (ciąża, jak się później okazało, była urojona, miała podłoże histeryczne, wielką banię brzucha wypełniało ciepłe powietrze), co z jego chromą nogą, gdzie wreszcie szukać tych wzgórz?

Co dziwne, to właśnie Daria pojawiła się w ostatnim przebłysku myśli Archiego, zanim stracił przytomność. Myślał o dziwce, którą spotkał przed dwudziestu laty, i to wspomnienie Darii i jej uśmiechu skłoniło go, by zrosił fartuch Mo łzami radości, kiedy rzeźnik uratował mu życie. Widział ją oczyma wyobraźni: piękną stojącą w drzwiach kobietę, której wzrok mówił: „Chodź do mnie”, i uświadomił sobie z żalem, że nie skorzystał wtedy z zaproszenia. Jeśli istniała jakakolwiek szansa na to, żeby napotkać znów podobne spojrzenie, to on, Archie, chciałby dostać jeszcze jedną taką szansę, chciał dodatkowego czasu. Nie tylko tej przelotnej chwilki, ale następnej i jeszcze jednej – całego czasu wszechświata.

Nieco później tego samego ranka objechał w ekstazie osiem razy rondo Swiss Cottage, wystawiając głowę przez okno; strumień powietrza owiewał mu zęby i wypełniał usta niczym rękaw lotniczy. A niech to licho, pomyślał Archie. Więc to jest tak, kiedy jakiś facio uratuje człowiekowi życie. Zupełnie jakby się dostało wielką porcję czasu. Śmiejąc się jak wariat, minął swój blok, potem drogowskaz (Hendon 3 i 3/4 mili). Stojąc na światłach, rzucił monetą; wynik wywołał uśmiech na jego twarzy – los najwyraźniej ciągnął go ku innemu, nowemu życiu. Zupełnie jak psa na smyczy. Kobiety na ogół nie potrafią zerwać z rodziną i przeszłością, ale mężczyźni zachowali tę pierwotną zdolność. Po prostu zrywają z tym, zupełnie tak jakby odklejali sztuczną brodę, i dyskretnie, cichcem wracają do społeczeństwa, kompletnie odmienieni. Nierozpoznawalni. W taki właśnie sposób miał się wyłonić nowy Archie. Przyłapaliśmy go w locie. Bo Archie jest właśnie w nastroju, który doskonale oddają angielskie terminy gramatyczne: past tense, future perfect – przeszłość pełna napięć, przyszłość doskonała. Nastroju właściwie nieokreślonym. Zbliżając się do rozwidlenia szosy, zwalnia, przygląda się swojej banalnej twarzy w bocznym lusterku i odruchowo wybiera drogę, którą nigdy dotąd nie jechał, drogę biegnącą przez willową dzielnicę do miejsca zwanego Queens Park. Jazda, naprzód, śmiało, Archie, mój chłopcze!, mówi do siebie. Wal dwieście na godzinę i nie oglądaj się, na miłość boską, za siebie.

*

Do Tima Westleigha (bardziej znanego jako Merlin) dotarło w końcu, że ktoś natarczywie dzwoni do drzwi. Podniósł się z kuchennej podłogi i, brodząc w oceanie nieruchomych ciał, dotarł do drzwi. Gdy je otworzył, stanął twarzą w twarz z ubranym w szary sztruksowy garnitur mężczyzną w średnim wieku, który trzymał dziesięciopensówkę na otwartej dłoni. Jak sobie później uzmysłowił Merlin, opisując tę sytuację, sztruksowy garnitur to niezależnie od pory dnia ubiór wysoce stresujący, takie ubrania bowiem noszą faceci, którzy ściągają komorne. Poborcy podatkowi. Nauczyciele historii naszywają dodatkowo skórzane łaty na łokciach. Stanąć oko w oko z kimś takim o dziewiątej rano w pierwszy dzień nowego roku to tak, jakby zobaczyć jakąś zjawę naładowaną całą furą negatywnych wibracji.

– O co chodzi, człowieku? – zmrużywszy oczy, Merlin patrzył na mężczyznę w sztruksach, który stał w progu oświetlony zimowym słońcem. – Encyklopedia czy Biblia?

Archie zauważył, że młodzieniec ma deprymujący zwyczaj akcentowania pewnych słów szerokimi, okrągłymi ruchami głowy od prawego ramienia do lewego. Zatoczywszy pełny krąg, kiwał głową potakująco.

– Bo jak to jest encyklopedia, to mamy dość, że tak powiem, informacji... a jak słowo Boże, toś pan źle trafił. To jest spokojny dom. Rozumiesz pan, co mam na myśli – zakończył Merlin, potakując, i wykonał ruch, jakby zamierzał zamknąć drzwi.

Archie potrząsnął głową i nie ruszył się z miejsca.

– E, tego... coś z panem nie tak? – zapytał Merlin z ręką na klamce. – Czego pan właściwie chcesz? Jesteś pan na haju czy co?

– Zobaczyłem ten napis... – powiedział Archie.

Merlin zaciągnął się skrętem; na jego twarzy pojawił się wyraz rozbawienia.

– Ten tam na górze? – Zadarł głowę, podążając wzrokiem za spojrzeniem Archiego. W oknie wywieszone było prześcieradło, na którym widniał wymalowany wielkimi literami tęczowy napis: ZAPRASZAMY NA BALANGĘ Z OKAZJI KOŃCA ŚWIATA, 1975.

Merlin wzruszył ramionami.

– No tak, przykro mi, facet, ale wygląda na to, że końca świata nie było. Szkoda, co? A może i dobrze – dodał przyjaznym tonem. – Zależy, jak na to spojrzeć.

– Może i dobrze – zapewnił go żarliwie Archie. – Stuprocentowe, prawdziwe błogosławieństwo.

– Fajny ten napis, nie? – zapytał Merlin, cofając się o krok na wypadek, gdyby przybysz chciał go zaatakować albo okazał się schizolem. – Lubisz pan takie grepsy? To tylko taki żart, kapujesz pan, nic więcej.

– Przyciągnął mój wzrok, że tak powiem – rzekł Archie, wciąż rozpromieniony jak kretyn. – Przejeżdżałem akurat tędy i rozglądałem się za jakimś miejscem, gdzie mógłbym się czegoś napić, no wie pan, wypić kielicha z okazji Nowego Roku, na kaca i tak dalej – bo miałem w sumie ciężki ranek – i ten napis mnie w pewnym sensie uderzył. Rzuciłem monetą i pomyślałem: a czemu by nie wstąpić?

Merlin wyglądał na lekko stropionego tym, jaki obrót rozmowa przybierała.

– Balanga już dawno się skończyła, chłopie. Poza tym wydaje mi się, że jesteś pan trochę tego, posunięty w latach... no wiesz pan, o czym mówię... – Merlin poczuł się trochę niezręcznie; pod jego podkoszulkiem biło serce poczciwego chłopaka z wpojonym szacunkiem dla starszych. – Znaczy się – dodał po kłopotliwej pauzie – jest tu wiara trochę młodsza niż towarzystwo, do jakiego jesteś pan przyzwyczajony. Taka jakby komuna.

– „Ale miałem wtedy sporo lat... – zanucił Archie żartobliwie, cytując piosenkę Dylana sprzed dziesięciu lat i zaglądając z zaciekawieniem do środka – ... a dzisiaj mam ich mniej”.

Merlin wyciągnął papierosa zza ucha, zapalił go i zmarszczył brwi.

– Słuchaj, gościu... Nie mogę wpuszczać każdego z ulicy, no nie? Przecież możesz być gliniarzem, możesz być zbokiem, możesz być...

Ale coś w twarzy Archiego – dużej, niewinnej, ożywionej rozbrajającą nadzieją – przypomniało Timowi, co jego ojciec, wikary w Snarebrook, mówił co niedzielę ze swojej kazalnicy o chrześcijańskim miłosierdziu.

– A zresztą, co tam, jest w końcu Nowy Rok, do kurwy nędzy. Właź pan.

Archie wyminął Merlina i wszedł do długiego przedpokoju, z którego wchodziło się do czterech sąsiadujących pomieszczeń; schody prowadziły na piętro, a drzwi na końcu do ogrodu. Śmieci rozmaitego pochodzenia – zwierzęcego, mineralnego, roślinnego – walały się po podłodze; morze pościeli, w której spali jacyś ludzie, ciągnęło się przez całą długość holu. Było to istne Morze Czerwone, które rozstępowało się niechętnie przed kroczącym Archiem. W pokojach, w niektórych kątach, można było zaobserwować intensywny przepływ płynów: odchodziło tu na całego całowanie, karmienie piersią, pieprzenie, rzyganie, jednym słowem, to wszystko, co można było znaleźć w opisach komuny zamieszczanych w niedzielnych dodatkach do gazety. Archie rozważał przez chwilę, czy nie dołączyć do tego bajzlu, nie zatracić się wśród tych ciał (miał przecież do dyspozycji całe mnóstwo nowego czasu, całą jego masę, z którą mógł zrobić, co tylko chciał), ale uznał, że lepszy będzie mocny drink. Przebrnął przez przedpokój, dotarł do końca domu i wyszedł do chłodnego ogrodu, gdzie niektórzy lokatorzy, zrezygnowawszy z szukania wolnego miejsca w ciepłym wnętrzu, wybrali zimny trawnik. Myśląc o whisky z tonikiem, skierował się do ogrodowego stołu, na którym spośród bezmiaru opróżnionych butelek po winie wyskoczyło nagle jak miraż coś, co przypominało kształtem i kolorem jacka danielsa.

– Czy mógłbym...

Dwaj czarni młodzieńcy, półnaga Chinka i biała kobieta w todze siedzieli przy stole na drewnianych kuchennych krzesłach i grali w remika. Archie już sięgał po butelkę, kiedy kobieta potrząsnęła głową i wykonała gest gaszenia papierosa.

– Niestety, kochany, to jedno wielkie morze tytoniu. Jakiś wredny sukinsyn wsadził peta do takiej pierwszorzędnej whisky. Ale jest tu gdzieś jeszcze babycham i jakiś inny niepijalny szajs.

Archie uśmiechnął się do niej, wdzięczny za ostrzeżenie i uprzejmą propozycję. Usiadł i nalał sobie duży kieliszek liebfraumilch.

Po wielu, wielu drinkach Archie przysiągłby, że jak daleko sięga pamięcią, zawsze znał doskonale Clive’a, Leona, Wan-Si i Petronię. Mógłby wziąć kawałek węgla i, odwrócony tyłem, wiernie odtworzyć gęsią skórkę wokół sutek Wan-Si i każdy niesforny kosmyk opadający na twarz Petronii, kiedy tylko zaczynała mówić. Do godziny jedenastej pokochał ich wszystkich gorąco, jak dzieci, których nigdy nie miał. W rewanżu powiedzieli mu, że ma, jak na faceta w jego wieku, wyjątkową osobowość. Wszyscy zgodnie orzekli, że wypełnia go i emanuje z niego jakaś niezwykle silna pozytywna energia, silna na tyle, że w krytycznym momencie skłoniła rzeźnika do opuszczenia szyby w samochodzie. Okazało się też, iż Archie był pierwszym mężczyzną po czterdziestce, jakiego zaproszono do komuny. Wyjawili mu, że już od pewnego czasu zastanawiali się, czy nie przydałby się ktoś starszy i dojrzalszy, kto mógłby zaspokoić potrzeby seksualne obdarzonych większym temperamentem kobiet.

– Wspaniale – powiedział Archie. – Fantastycznie. Jestem wasz.

Poczuł się wśród nich tak swojsko, że zaskoczyło go nagłe ochłodzenie ich stosunków, jakie nastąpiło około północy, kiedy dopadł go ostry kac, a do tego wszystkiego wdał się w kłótnię na temat drugiej wojny światowej.

– Nie wiem, po co w ogóle o tym rozmawiamy – stęknęła Wan-Si, która ubrała się w końcu, akurat w chwili, kiedy postanowili wejść do środka. Sztruksowa marynarka Archiego wylądowała na jej wątłych ramionach. – Dajmy sobie spokój z taką gadką. Wolę iść spać, niż wdawać się w takie spory.

– Już się wdaliśmy – zauważył podniesionym głosem Clive. – W tym problem z całym jego pokoleniem: wydaje im się, że mogą wymachiwać tą wojną jak...

Archie był wdzięczny Leonowi, kiedy ten przerwał Clive’owi i skierował kłótnię na inny tor, odchodząc od pierwotnego sporu, który wywołał Archie (wygłaszając trzy kwadranse wcześniej jakąś niemądrą uwagę o tym, jak to służba wojskowa kształtuje charakter młodego mężczyzny), lecz po chwili gorzko tego pożałował, bo atakowany ze wszystkich stron musiał się rozpaczliwie bronić. Kiedy mu wreszcie dali spokój, usiadł na schodach z głową wspartą na dłoniach i słuchał, jak kłótnia toczy się na górze dalej.

Szkoda. Chciałby należeć do jakiejś wspólnoty. Gdyby właściwie rozegrał sprawę, zamiast wszczynać kłótnię, miałby seks za darmo i gołe biusty na zawołanie, a może nawet dostałby spłachetek ziemi, na którym mógłby sobie uprawiać warzywa. Przez chwilę (około drugiej nad ranem, kiedy opowiadał Wan-Si o swoim dzieciństwie) wydawało się, że jego nowe życie będzie bajeczne i że od teraz będzie zawsze mówił co trzeba we właściwym czasie, i że dokądkolwiek pójdzie, wszędzie ludzie będą go kochać. Nikt nie jest temu winien, dumał Archie, przeżywając swoją porażkę, nikt nie jest winien, tylko ja sam. Jednocześnie zastanawiał się, czy nie ma w tym wszystkim jakiegoś wyższego planu. Może zawsze będą tacy, którzy mówią to, co trzeba, wtedy kiedy trzeba, którzy jak Tespis wystąpią zawsze we właściwym momencie – i z drugiej strony tacy jak on, Archie Jones, którzy istnieją tylko po to, żeby zwiększać liczebność populacji, a co gorsza, otrzymawszy w darze od losu swoją wielką chwilę, potrafią już tylko wyzionąć ducha, w pełnym świetle, na oczach wszystkich.

Tu należałoby oddzielić grubą czarną krechą cały incydent i w ogóle cały ten żałosny dzień, gdyby nie zdarzyło się coś, co doprowadziło do absolutnej i gruntownej transformacji Archiego Jonesa i to nie w efekcie jakichś wysiłków z jego strony, ale dzięki całkowicie przypadkowej i brzemiennej w skutki kolizji dwóch osób. Coś się zdarzyło przez czysty przypadek. Tym przypadkiem była Clara Bowden.

Zacznijmy jednak od opisu: Clara Bowden była piękna w każdym sensie, oprócz klasycznego – a to dlatego, że miała czarną skórę. Była imponująco wysoka, czarna jak heban, z włosami zaplecionymi w warkoczyki, które sterczały, kiedy Clara czuła się szczęśliwa, a opadały, kiedy nie. Aktualnie sterczały, ale trudno było stwierdzić, czy to coś znaczyło.

Nie potrzebowała stanika – była całkowicie niezależna, nawet od sił grawitacji – miała na sobie czerwony top, który kończył się tuż pod biustem, niżej zaś zdobił ją tylko pępek (prześliczny). Jeszcze niżej opinały ją bardzo obcisłe żółte dżinsy, całość zaś kończyła się jasnobrązowymi zamszowymi pantofelkami na obcasie. Schodziła, stąpając po stopniach niczym jakieś zjawisko lub też, jak pomyślał Archie, klacz czystej krwi.

Archie znał z filmów czy rewii tak oszałamiające piękności, że kiedy zstępowały po schodach, cała widownia zamierała. W prawdziwym życiu jednak nigdy czegoś podobnego nie widział. I oto teraz przeżył takie olśnienie dzięki Clarze Bowden. Schodziła z góry w zwolnionym tempie, otoczona świetlistą aureolą rozproszonego blasku. I była nie tylko najpiękniejszą istotą, jaką widział w życiu, lecz także kobietą, której widok działał nań niezwykle kojąco. Jej uroda nie była agresywną, a zarazem chłodną urodą z reklamy. Clara pachniała kobietą, swojsko, tak jak pachną fatałaszki ukochanej. Choć była „fizycznie zdezorganizowana” – długie nogi i ramiona przemawiały w nieco innym dialekcie niż jej ośrodkowy układ nerwowy – nawet jej nieskoordynowane ruchy wydawały się Archiemu niezwykle wytworne. Demonstrowała swoją seksualność ze swobodą dojrzalszej od siebie kobiety, a nie (jak większość dziewcząt, z którymi chodził kiedyś Archie) jak nieporęczną torebkę, z którą nigdy nie wiadomo co zrobić: gdzie ją powiesić albo kiedy po prostu odłożyć.

– Głowa do góry, bracie – rzekła ze śpiewnym karaibskim akcentem. – Może to się nigdy nie zdarzy.

– Myślę, że już się zdarzyło – odparł Archie i rzucił na podłogę peta, którego Clara błyskawicznie rozdeptała czubkiem pantofla, choć niedopałek dawno zgasł. Posłała mu przy tym szeroki uśmiech, który ujawnił jej jedyną chyba skazę: całkowity brak górnych zębów.

– Poszły wszystkie, bracie – wysepleniła, widząc jego zaskoczenie. – Ale myślę, że kiedy nadejdzie koniec świata, Panu Bogu będzie wszystko jedno, czy mam zęby czy nie. – Zaśmiała się cicho.

– Archie Jones – przedstawił się Archie, częstując ją papierosem.

– Clara – powiedziała z mimowolnym poświstem, zaciągając się głęboko, i uśmiechnęła się do niego. – Jest pan gościem w moim typie, panie Archie Jones. Clive i ta zgraja nagadali ci pewnie jakichś bzdur. Clive, pastwiłeś się nad tym biedakiem?

Clive burknął coś w odpowiedzi – Archie całkiem wywietrzał mu z głowy razem z winnym kacem – i powrócił do przerwanego wątku, czyli do oskarżania Leona o brak rozumienia różnicy między politycznym i fizycznym poświęceniem.

– Och, nie, to nic takiego – wybełkotał Archie, bezradny jak dziecko w obliczu jej doskonałego oblicza. – Troszkę się pospieraliśmy i to wszystko. Różnimy się z Clive’em poglądami na kilka spraw. Myślę, że to kwestia różnicy pokoleń.

Clara trzepnęła go po ręce.

– Nie gadaj! Nie jesteś taki stary. Widziałam już starszych.

– Jestem, jestem – odparł Archie, a potem dodał, nie mogąc się powstrzymać: – Pewnie mi nie uwierzysz, ale byłem dziś bliski śmierci.

Clara uniosła brwi.

– Nie mów. No to witamy w klubie. Jest tu takich więcej. Co za dziwaczna zbieranina! A wiesz – dodała, przeciągając smukłą dłonią po łysince na czubku głowy Archiego – wyglądasz całkiem nieźle jak na faceta, który o mało nie spotkał się ze świętym Piotrem. Chcesz posłuchać mojej rady?

Archie z zapałem pokiwał głową. Zawsze potrzebował rady, uwielbiał wysłuchiwać opinii postronnych osób i zdawać się na wyroki losu. Dlatego właśnie nie ruszał się nigdzie bez dziesięciopensowej monety.

– Idź do domu i odsapnij trochę. Rano obudzisz się w innym, nowym świecie, zawsze tak jest. Życie nie jest łatwe, chłopie.

Do jakiego domu?, pomyślał Archie. Zerwał z dotychczasowym życiem i wkraczał na zupełnie nieznany sobie obszar.

– Tak, tak, chłopie... – powtórzyła Clara, klepiąc go po plecach – życie nie jest łatwe.

Wydała z siebie kolejny przeciągły świst, zaśmiała się posępnie i Archie pomyślał, że jeśli naprawdę nie zwariował i nie jest to przywidzenie, obdarzyła go spojrzeniem podobnym do tego, jakim obdarzyła go kiedyś Daria: zapraszającym, ale zabarwionym smutkiem i rezygnacją, jakby nie miała zbyt wielkiego wyboru. Liczyła sobie dziewiętnaście wiosen. Archibald miał lat czterdzieści siedem.

Półtora miesiąca później wzięli ślub.

2. Kłopoty z uzębieniem

Ale Archie nie wyłuskał Clary Bowden z nicości. I pora najwyższa, żeby powiedzieć prawdę o pięknych kobietach. Nie spływają one ze schodów w blasku swej urody. Nie zstępują, jak by się nam mogło wydawać, z wysokości, unoszone na skrzydłach i niezwiązane z niczym, co ziemskie. Clara skądś pochodziła, miała jakieś korzenie. A mówiąc ściśle, pochodziła z Lambeth (dokąd trafiła z Jamajki) i była związana, na mocy milczącej młodzieńczej umowy, z niejakim Ryanem Toppsem. Bo zanim Clara stała się pięknością, była typową brzydulą. I zanim powstał układ Clara i Archie, był układ Clara i Ryan. Nie można ignorować Ryana Toppsa. Tak jak dobry historyk pragnie przeniknąć napoleońskie ambicje Hitlera związane ze Wschodem, aby zrozumieć jego niechęć do ataku na Wielką Brytanię na Zachodzie, tak samo Ryan Topps ma zasadnicze znaczenie dla zrozumienia, dlaczego Clara postąpiła później właśnie tak, a nie inaczej. Ryana nie można zlekceważyć. Clara i Ryan stanowili parę już osiem miesięcy przed tym, jak Clara i Archie ruszyli ku sobie z dwóch przeciwnych krańców schodów. I Clara mogła nigdy nie wpaść niejako z rozpędu w ramiona Archiego, gdyby nie uciekała co sił w nogach od Ryana Toppsa.

Biedny Ryan Topps był zlepkiem najfatalniejszych defektów urody. Chudy jak patyk, wysoki jak tyka, rudowłosy i platfusowaty, miał tyle piegów, że ledwie było spod nich widać trochę białej skóry. Ryan lubił sobie wyobrażać, że jest modsem. Nosił źle uszyte szare garnitury do czarnych koszulek polo. Strój uzupełniały buty z cholewką i elastycznymi wstawkami po bokach, tak zwane Chelsea boots, i to w czasach, kiedy nikt już takiego obuwia nie nosił. Podczas gdy reszta świata odkrywała przyjemności, jakich może dostarczyć syntezator, Ryan manifestował swe przywiązanie do małych facetów z wielkimi gitarami: do Kinksów, Small Faces, The Who. Jeździł skuterem, zieloną vespą GS, którą polerował dwa razy dziennie miękką pieluchą i trzymał w zrobionej na zamówienie z blachy falistej budzie. Dla Ryana skuter był nie tylko zwykłym środkiem transportu, ale ideologią, rodziną, przyjacielem i kochanką; to dzieło myśli technicznej końca lat czterdziestych było wcieleniem doskonałości.

Ryan Topps, jak łatwo się domyślić, miał niewielu przyjaciół.

Clara Bowden, wysoka, długoręka i długonoga szesnastolatka z wystającymi zębami, która była świadkiem Jehowy, dostrzegła w Ryanie bratnią duszę. Z typowym dla dziewczyn w jej wieku wścibstwem dowiedziała się o Ryanie Toppsie wszystkiego, zanim zamienili ze sobą choćby słowo. Wiedziała zarówno rzeczy podstawowe – ta sama szkoła (lokalna szkoła pod wezwaniem świętego Judy w Lambeth), ten sam wzrost (sześć stóp i jeden cal) – jak i to, że podobnie jak ona nie był Irlandczykiem ani katolikiem, co czyniło z nich wysepki na „papistowskim” oceanie Szkoły Świętego Judy. Oboje zostali do niej zapisani dzięki przypadkowej zbieżności kodów pocztowych, oboje otaczała pogarda zarówno nauczycieli, jak i uczniów. Wiedziała, jakiej marki jest jego skuter, znała tytuły jego płyt, odczytując je z grzbietów wystających z torby. Wiedziała o nim nawet to, czego on sam nie wiedział: to na przykład, że był Ostatnim Facetem na Świecie. W każdej szkole jest taki jeden i u Świętego Judy, podobnie jak w innych przybytkach nauki, dziewczęta ukuły ten przydomek i ochoczo go rozpowszechniły. Były oczywiście inne warianty:

Facet, z Którym za Żadne Skarby.

Facet, z Którym za Nic, Nawet Gdyby Miała Mi Umrzeć Matka.

Facet, z Którym Nigdy w Życiu, Nawet Gdyby Miała Być Wojna Światowa.

Ale na ogół uczennice Świętego Judy trzymały się wypróbowanej, sprawdzonej formuły. Ryan nie został oczywiście nigdy wtajemniczony w treść rozmów prowadzonych w żeńskich szatniach, ale Clara wiedziała, o czym się tam gada. Wiedziała, co sądzą koleżanki o obiekcie jej uczuć, nadstawiała ucha, wiedziała, jak go oceniają, kiedy już tocząca się przy akompaniamencie ostrych smagnięć mokrych ręczników rozmowa dziewcząt w strojach gimnastycznych zeszła na jego temat.

– O Jezu, ty mnie w ogóle nie słuchasz. Pytam, czy gdyby był ostatnim facetem na świecie!

– I tak bym nie chciała.

– Akurat!

– Ale posłuchaj: cały cholerny świat rozwala bomba, jak w Japonii, rozumiesz? I wszystkie przystojniaki, wszyscy amanci tacy jak ten twój Nicky Laird, wszyscy zginęli. Wszyscy spalili się na popiół. Został tylko Ryan Topps i chmara karaluchów.

– Jak Boga kocham, wolałabym już z karaluchami.

Niechęć do Ryana u Świętego Judy dorównywała tylko niechęci do Clary. W dniu, kiedy miała iść po raz pierwszy do szkoły, matka uprzedziła ją, że idzie do siedliska szatana, upchnęła jej w torbie dwieście egzemplarzy „Strażnicy” i pouczyła ją, żeby oddała się w służbę Panu. Całymi tygodniami Clara chodziła po korytarzach, powłócząc nogami, ze zwieszoną głową, i wciskała każdemu do ręki pisemko, mamrocząc: „Tylko Jehowa może cię zbawić”. W szkole, w której głupia zachciewajka mogła skazać człowieka na całkowity ostracyzm, prawie dwumetrowa czarna misjonarka w podkolanówkach, usiłująca zrobić z sześciuset katolików i katoliczek świadków Jehowy, traktowana była przez otoczenie jak trędowata.

Ryan był rudy jak wiewiórka, a Clara czarna jak smoła. Piegi Ryana mogły się przyśnić entuzjastom łamigłówek typu „połącz kropki”, Clara zaś potrafiła objąć siekaczami jabłko, nie dotykając go językiem. Nawet katolicy nie mogli im tego wybaczyć (a katolicy są równie skorzy do wybaczania jak politycy do składania obietnic, a dziwki do dawania dupy). I nawet święty Juda, którego dawno dawno temu, w pierwszym wieku naszej ery, wmanewrowano w niewdzięczną rolę patrona spraw beznadziejnych (ze względu na brzmieniowe podobieństwo Juda i Judasz), nie był odpowiednio przygotowany, by zająć się tym przypadkiem.

Codziennie o piątej, kiedy Clara ślęczała w domu nad Biblią lub układała treść ulotki potępiającej pogańską praktykę transfuzji krwi, Ryan Topps przemykał na skuterze pod jej otwartym oknem, w drodze do siebie. Salonik Bowdenów mieścił się w suterenie i miał zakratowane okna, więc widok był dość ograniczony. Na ogół Clara widziała nogi, koła, chmury spalin, parasole. Takie przelotne, migawkowe obrazki były często bardzo wymowne: żywa wyobraźnia mogła wycisnąć mnóstwo wzruszającego dramatyzmu z widoku wystrzępionej koronki, pocerowanej skarpety, sunącej nisko nad ziemią torby, która okres świetności miała za sobą. Ale nic nie budziło w Clarze tak silnych emocji, jak odprowadzanie wzrokiem znikającej w perspektywie ulicy rury wydechowej skutera Ryana. Nie umiejąc zidentyfikować stłumionych burczeń, które rozbrzmiewały w takich chwilach w jej podbrzuszu, Clara brała je za sygnały Ducha Świętego. Przeczuwała instynktownie, że uratuje poganina Ryana Toppsa od zguby. Zamierzała przygarnąć tego chłopca do piersi, uchronić go od pokus, które osaczają nas ze wszystkich stron, przygotować do dnia odkupienia. (Ale czy nie kryła się gdzieś tam, w jeszcze niższych rejonach burczącego brzucha – gdzieś w matni jej niewymownych – czyż nie kryła się tam na wpół uświadamiana nadzieja, że to Ryan Topps mógłby zbawić ją?)

Jeśli Hortense Bowden zastawała swoją córkę pogrążoną w zadumie i zasłuchaną w cichnące za okratowanym oknem parskanie silnika, podczas gdy wietrzyk przewracał karty Nowej Biblii, dawała jej kuksańca i prosiła ją, aby raczyła pamiętać, że tylko sto czterdzieści cztery tysiące świadków Jehowy zasiądzie w domu Pana w dniu Sądu Ostatecznego. Wśród której to garstki namaszczonych nie będzie miejsca dla jakichś wstrętnych typków na motocyklach.

– No ale jeśli uda nam się zbawić...

– Niektórzy – zapewniała ją pogardliwie Hortense – mają na sumieniu taką kupę grzechów, że za późno wdzięczyć się do Jehowy. Żeby się do Niego zbliżyć, trzeba pewnego wysiłku. Trzeba poświęcenia i oddania. „Szczęśliwi, którzy są czystego serca, gdyż oni będą widzieć Boga”*; Mateusz, rozdział piąty, werset ósmy. No nie, Darcus?

Darcus Bowden, ojciec Clary, był cuchnącym, dogorywającym, zaślinionym staruchem, spoczywającym niczym w sarkofagu w zapluskwionym fotelu, z którego nigdy się nie ruszał, nawet – dzięki temu, że miał cewnik – do wychodka na podwórzu. Darcus przybył do Europy przed czternastu laty i spędził cały ten okres w kącie saloniku, przed telewizorem. Pierwotny zamysł polegał na tym, że ojciec przyjedzie do Anglii i zarobi dostatecznie dużo pieniędzy, żeby mogły do niego dołączyć i osiąść tu na stałe Clara i Hortense. Jednak wkrótce po przyjeździe obezwładniła go jakaś tajemnicza choroba. Choroba, której fizycznych oznak nie mógł wykryć żaden lekarz, lecz która objawiała się w postaci niewiarygodnego wprost letargu, zaszczepiając Darcusowi – nigdy, co prawda, nie najbardziej energicznemu – nieuleczalną słabość do zasiłku, fotela i brytyjskiej telewizji. W 1972 roku rozwścieczona czternastoletnim czekaniem Hortense postanowiła wreszcie wyruszyć w drogę na własną rękę i to z wielkim impetem. A impet był czymś, czego Hortense zawsze miała w nadmiarze. Stanęła w progu z siedemnastoletnią wówczas Clarą, wyłamała z furią drzwi i – tak przynajmniej głosiła legenda w okolicy – zrobiła Darcusowi Bowdenowi najbardziej piekielną awanturę, jaką ktokolwiek urządził mu w życiu. Jedni twierdzili, że draka trwała cztery godziny, inni utrzymywali, że Hortense cytowała z pamięci wszystkie księgi Biblii i ewangelie i że zajęło jej to całą dobę. Pewne było jedno: że kiedy skończyła, Darcus zapadł się głębiej w przepastną otchłań swego fotela, zapatrzył się ponuro w telewizor, z którym łączyło go tak idealne porozumienie, tak empatyczna relacja, tak nieskomplikowane i niewinne uczucie – i uronił pojedynczą łzę, która zboczyła ze zwykłego toru i zastygła mu w bruździe pod okiem, po czym wydobył z siebie jedno słowo-westchnienie: hm.

To „hm” było jedynym dźwiękiem, jaki odtąd wydawał z siebie Darcus. Poproś go o cokolwiek, zagadnij go na jakikolwiek temat o dowolnej porze dnia czy nocy, spróbuj coś z niego wydusić lub wdać się z nim w pogawędkę, błagaj go, oświadczaj, że go kochasz, oskarż go lub próbuj usprawiedliwiać, a usłyszysz jedną odpowiedź.

– No powiedz, czy nie mam racji, Darcus?

– Hm.

– I tobie wcale nie chodzi o duszę tego młodego człowieka! – wykrzyknęła Hortense do Clary, uzyskawszy uprzednio aprobujące chrząknięcie Darcusa. – Ile razy mam ci powtarzać: nie masz czasu dla chłopaków!

Bo w domu Bowdenów czas naglił. Był rok 1974 i Hortense przygotowywała się do końca świata, którego datę zaznaczyła starannie w ściennym kalendarzu niebieskim długopisem: 1 stycznia 1975. Nie była to indywidualna psychoza Bowdenów. Razem z Hortense na koniec świata czekało osiem milionów świadków Jehowy. Hortense była zatem w licznej, acz dość ekscentrycznej kompanii. Otrzymała (jako sekretarz kongregacji w Lambeth) osobisty list z faksymile podpisu Williama J. Rangefortha z jednego z największych w Stanach Zjednoczonych Domów Królestwa Bożego na Brooklynie. W tym liście, napisanym na złoconym papierze firmowym, koniec świata został oficjalnie potwierdzony i Hortense doceniła jego wagę, oprawiając go w piękną mahoniową ramkę i umieszczając na honorowym miejscu na przykrytym serwetką telewizorze, pomiędzy szklaną figurką Kopciuszka śpieszącego na bal i kapturkiem na imbryk z wyszytym Dekalogiem. Kiedy zapytała Darcusa, czy list ładnie się prezentuje, chrząknął swoje „hm” w tonacji aprobatywnej.

Koniec świata był tuż-tuż. I nie było mowy – zapewniano filię kościoła świadków Jehowy w Lambeth – o pomyłce, tak jak to się zdarzyło w roku 1914 i 1925. Obiecywano im kiedyś, że zobaczą wnętrzności grzeszników poowijane wokół pni drzew, i tym razem wnętrzności grzeszników poowijane wokół pni drzew miały się stać rzeczywistością. Tak długo czekali na rzeki krwi, płynące rynsztokami głównej ulicy, i oto ich pragnienie miało być zaspokojone. Nadszedł czas. I to była właściwa data, data jedyna; wszelkie inne, które podawano w przeszłości, były rezultatem błędnych obliczeń; ktoś zapomniał coś dodać, ktoś inny odjąć, ktoś jeszcze inny zapomniał przestawić jedynkę. Ale teraz nadszedł czas. Prawdziwy. 1 stycznia 1975.

Hortense była zadowolona. Za pierwszym razem, w 1925 roku, szlochała jak dziecko, kiedy po przebudzeniu stwierdziła, że zamiast oślepiającego blasku, siarki i totalnego zniszczenia – życie toczy się jak gdyby nigdy nic, autobusy i tramwaje kursują bez zakłóceń. A więc na nic się nie zdało całe to zamieszanie poprzedniej nocy, czekanie na to, by

tych sąsiadów, którzy nie chcieli słuchać twoich ostrzeżeń, pochłonął gorący i straszliwy ogień, który oddzieli ich skórę od kości, roztopi im oczy w oczodołach i spali niemowlęta przy piersi... a tylu z twoich sąsiadów umrze tego dnia, że gdyby ich ułożyć szeregiem jednego przy drugim, opasaliby kulę ziemską trzysta razy, i po ich zwęglonych szczątkach przejdą prawdziwi Świadkowie Pana, aby zasiąść u Jego boku.

„Przebudźcie się”, numer 245

Jakże gorzkie spotkało ją rozczarowanie! Ale rany z 1925 roku zdążyły się już zabliźnić i Hortense znów była gotowa uwierzyć, że apokalipsa, jak wyjaśniał świątobliwy pan Rangeforth, jest tuż za progiem. Obietnica złożona pokoleniu z 1914 roku miała być dotrzymana: „Zaprawdę wam mówię, że to pokolenie na pewno nie przeminie, dopóki się to wszystko nie stanie” (Mt 24, 34). Ci, którzy byli żywi w 1914, przeżyją, żeby zobaczyć Armagedon. Taka jest obietnica. Hortense, która urodziła się w 1907 roku, była już stara, zmęczona i jej wzrok słabł z dnia na dzień. Rok 1975 wyglądał na ostatnią szansę.

Czyż dwieście najtęższych umysłów jej Kościoła nie strawiło dwudziestu lat na badaniu Biblii i czy ta właśnie data nie została jednogłośnie uznana za właściwą? Czyż nie czytali między wierszami Daniela, nie tropili ukrytych znaczeń Objawienia danego Janowi, czyż nie przewidzieli trafnie azjatyckich wojen (w Korei i Wietnamie) jako tego, o czym anioł powiedział „czas i czasy, i połowę czasu”? Hortense była przekonana, że wszystko to jest znakiem nad znakami. Przeżywali swe ostatnie dni. Ludzkość dzieliło od końca świata osiem miesięcy. Jak strasznie mało czasu pozostało! Trzeba jeszcze było zrobić transparenty, napisać artykuły (Czy Bóg wybaczy onanistom?), oblecieć wszystkie domy w dzielnicy, uderzyć w dzwony. Należało też pomyśleć, w jaki sposób Darcus wejdzie do królestwa Pana, skoro nie mógł bez ich pomocy podejść nawet do lodówki. I w tym wszystkim musiała jej pomóc Clara, nie było więc czasu na chłopaków, na Ryana Toppsa, na niepokoje wieku dojrzewania. Bo Clara była inna niż jej rówieśnice. Była dzieckiem Boga, zrodzonym z cudu dzieciątkiem Hortense. Hortense miała już czterdzieści osiem lat, kiedy patrosząc pewnego ranka 1955 roku w Montego Bay rybę, usłyszała głos Boga. Natychmiast rzuciła marlina, złapała najbliższy trolejbus do domu i oddała się najmniej lubianej czynności, by w wyniku począć dziecko, którego On się domagał. Dlaczego Nasz Pan czekał tak długo? Bo chciał pokazać Hortense cud. Bo Hortense sama była takim dzieckiem cudem: urodziła się podczas słynnego trzęsienia ziemi w Kingston w 1907 roku, kiedy wszyscy inni ginęli jak muchy – cuda nawiedzały więc regularnie jej rodzinę. Hortense widziała to tak: skoro ona mogła przyjść na ten świat w samym środku wielkiej trzęsionki, kiedy całe olbrzymie połacie Montego Bay osuwały się do oceanu i ogień zstępował z gór, to nikt nie miał tu nic do gadania. „Urodzić się to najtrudniejsza rzecz! Jak się to już zrobi, reszta nie jest żadnym problemem”. A zatem teraz, kiedy miała Clarę, na tyle dorosłą, żeby ta mogła jej pomóc w chodzeniu po domach, roznoszeniu broszur, pisaniu kazań i w różnych pracach Kościoła świadków Jehowy, wszystko pójdzie łatwiej. Nie ma więc czasu na chłopaków. Obowiązki jej córki dopiero się zaczynały. Hortense – urodzona w chwili, gdy Jamajka rozpadała się w proch – nie uznawała tego, że apokalipsa ma nadejść przed czyimiś dziewiętnastymi urodzinami, za jakiekolwiek usprawiedliwienie dla opieszałości.

A jednak co dziwne, być może wskutek tak dobrze znanej i udokumentowanej skłonności Jehowy do tajemniczych posunięć, z Jego woli Clara spotkała w końcu na swej drodze Ryana Toppsa. Grupa młodych jehowitów z Domu Królestwa Bożego w Lambeth została pewnego niedzielnego poranka wysłana do miasta, aby „oddzielać owce od kóz...” (Mt 25, 31–46) i Clara, która nie cierpiała młodych świadków Jehowy z ich tandetnymi krawatami i cichymi, łagodnymi głosami, wyruszyła w obchód samotnie, z własną walizeczką, żeby pukać do drzwi domów przy Creighton Road. W pierwszych kilku domach jak zwykle ukazały się w drzwiach zbolałe twarze; miłe kobiety przeganiały ją najuprzejmiej jak się dało, uważając, żeby się do niej zanadto nie zbliżyć, w obawie, że mogą się zarazić religią jak chorobą zakaźną. W miarę jak się zbliżała do uboższego końca ulicy, reakcje stawały się bardziej agresywne; z okien lub zza zamkniętych drzwi dobiegały gniewne okrzyki:

– Jeśli to ci cholerni jehowici, powiedz im, żeby spieprzali!

Lub, z nieco większą inwencją: „Przepraszam, kochanie, nie wiesz, jaki to dzień tygodnia? Niedziela, prawda? Jestem skonany. Spędziłem cały tydzień na tworzeniu lądów i oceanów. To mój dzień wypoczynku”.

Pod numerem 75 spędziła całą godzinę na dyskusji z czternastoletnim biegłym w fizyce mędrkiem o imieniu Colin, który próbował za pomocą intelektualnych argumentów zanegować istnienie Boga, zaglądając jej jednocześnie pod spódniczkę. Potem zadzwoniła pod numer 87. W drzwiach ukazał się Ryan Topps.

– Tak?

Oto stał przed nią, w całej swej rudowłosej, modsowskiej krasie, z pogardliwie wykrzywionymi ustami.

– Ja... Ja...

Usiłowała rozpaczliwie zapomnieć o tym, co ona ma na sobie: o białej koszuli z żabotem, plisowanej spódniczce do kolan i chuście, z dumnym napisem: BLIŻEJ CIEBIE, BOŻE.

– Czegoś potrzebujesz? – powiedział Ryan, sztachnąwszy się głęboko dogasającym papierosem. – Albo co?

Clara zaryzykowała swój najszerszy, króliczozęby uśmiech i ciągnęła, zdając się całkowicie na automatycznego pilota:

– Dzień dobry szanownemu panu, jestem z Domu Królestwa Bożego w Lambeth, gdzie my, świadkowie Jehowy, oczekujemy nadejścia Pana i błogosławieństwa jego ponownego objawienia, takiego jak wtedy, kiedy pojawił się na krótko, choć niestety, niewidzialny, w roku Pańskim 1914. Wierzymy, że kiedy się nam objawi, nastanie potrójne piekło Armagedonu i tego samego dnia garstka wybranych zostanie zbawiona. Czy jest pan zainteresowany...

– Że co?

Clara, bliska płaczu ze wstydu, spróbowała jeszcze raz:

– Czy jest pan zainteresowany naukami Jehowy?

– Czego?

– Jehowy – naukami Pana. No wie pan, co to są jak schodki. – Ostatnią deską ratunku była zawsze dla Clary stosowana przez matkę metafora o świętych stopniach. – Widzę, że schodzisz na dół, a w schodach brakuje jednego stopnia. Więc powiadam ci, uważaj! Ja chcę tylko dzielić z tobą miejsce w niebie. Nie chcę widzieć, jak łamiesz nogi.

Ryan Topps oparł się o futrynę i przypatrywał się Clarze dłuższą chwilę. Miała wrażenie, jakby składała się jak teleskop. Jeszcze chwila, pomyślała, a zniknę bez śladu.

– Mam tu trochę rzeczy do przestudiowania – zaczęła szarpać zamek walizki i podważyła go w końcu kciukiem, ale zapomniała przytrzymać wieko. Pięćdziesiąt egzemplarzy „Strażnicy” wysypało się na próg. –O rany, nic mi dzisiaj nie idzie jak trza...

Rzuciła się gwałtownie na klęczki, żeby pozbierać gazetki, zdzierając sobie przy okazji skórę na lewym kolanie.

– Au!

– Masz na imię Clara – rzekł Ryan z wolna. – Jesteś z mojej budy, co nie?

– Tak, tak – odparła Clara. Była tak uszczęśliwiona tym, że chłopak pamięta jej imię, że zapomniała o bólu. – Ze Świętego Judy.

– Wiem, jak się nazywa nasza buda.

Clara poczerwieniała tak, jak tylko może poczerwienieć czarna dziewczyna, i wbiła wzrok w podłogę.

– Od beznadziejnych przypadków. Święty – powiedział Ryan, wydłubując coś ukradkiem z nosa i strzepując to do doniczki. – Od IRA. Ma z nimi kupę roboty.

Jeszcze raz zmierzył Clarę wzrokiem, poświęcając nieprzyzwoicie dużo czasu bujnym piersiom, których sterczące sutki rysowały się delikatnie pod białą poliestrową tkaniną.

– Może lepiej wejdź – powiedział w końcu, opuszczając wzrok, żeby przyjrzeć się jej krwawiącemu kolanu. – Trza to czymś zakleić.

Tego popołudnia kanapa Ryana była świadkiem ukradkowej kotłowaniny (czegoś, co zaszło znacznie dalej, niż można się było spodziewać po młodej, pobożnej chrześcijance) i diabeł znów zgarnął lewę w rozgrywce z Panem Bogiem. Było ugniatanie i miętoszenie, przyciąganie i odpychanie i zanim w poniedziałek rozbrzmiał ostatni szkolny dzwonek, Ryan Topps i Clara Bowden (ku wielkiemu niesmakowi całej szkoły) stanowili coś w rodzaju pary, czyli jak się mówiło u Świętego Judy, zaczęli z sobą „kombinować”. Czy było to całkowite spełnienie przepoconych dziewczęcych rojeń Clary?

Wkrótce okazało się, że „kombinowanie” z Ryanem składa się z trzech głównych rozrywek (uszeregowanych tu według stopnia ważności): podziwiania skutera Ryana, podziwiania płyt Ryana, podziwiania samego Ryana. Ale choć inne dziewczęta mogły się krzywić na randki, które odbywały się w garażu Ryana i polegały wyłącznie na przyglądaniu mu się, jak ślęczy nad silnikiem skutera, sławiąc jego wyszukaną i zawiłą konstrukcję, dla Clary nie było nic bardziej ekscytującego. Szybko zorientowała się, że Ryan jest straszliwym mrukiem i że ich rzadkie rozmowy dotyczą wyłącznie jego spraw: jego nadziei, lęków (związanych głównie ze skuterem) i jego osobliwego przekonania, że on i jego skuter nie pożyją długo. Z jakiegoś nieznanego powodu Ryan hołdował dewizie z zamierzchłych lat pięćdziesiątych: „Żyć szybko, umrzeć młodo”, i choć jego vespa nie wyciągała więcej niż dwadzieścia dwie mile na godzinę (i to z górki), lubił ostrzegać Clarę ponurym tonem, żeby się zanadto nie „angażowała”, bo on już długo nie pociągnie; „zejdzie” szybko i „z wielkim hukiem”. Wyobrażała sobie, że trzyma broczącego krwią Ryana w ramionach i słyszy, jak wyznaje jej nareszcie nieśmiertelną miłość. Widziała się jako wdowę po modsie, która nosi przez rok czarne koszulki polo i żąda, żeby na pogrzebie zagrali Waterloo Sunset. Niewytłumaczalne oddanie Clary Ryanowi Toppsowi było bezgraniczne. Pokonało opory wobec jego fatalnego wyglądu, nudnej osobowości i odpychających nawyków. W gruncie rzeczy nie chodziło tu o samego Ryana, bo bez względu na to, co mówiła Hortense, Clara była taką samą nastolatką jak inne i obiekt jej namiętnego uczucia był tylko swoistym rekwizytem namiętności jako takiej, namiętności, która długo tłumiona, teraz objawiała się z siłą i nieuchronnością erupcji wulkanu. Z czasem zmienił się sposób myślenia Clary, sposób jej ubierania i poruszania się, zmieniła się jej dusza. Dziewczęta całego świata nadawały takim przeobrażeniom miano Donny’ego Osmonda, Michaela Jacksona albo zespołu Bay City Rollers. Clara wolała ją nazywać Ryanem Toppsem.

Nie umawiali się na randki w zwykłym sensie tego słowa. Żadnych kwiatów ani restauracji, żadnego kina czy prywatek. Od czasu do czasu, gdy zabrakło trawki, Ryan zabierał ją na metę w północnym Londynie, gdzie działki były tanie, a sprzedający, zbyt naćpani, żeby rozróżniać twarze, traktowali każdego jak najlepszego przyjaciela. Tu Ryan zapadał się w hamak i po wypaleniu kilku jointów przechodził od swoich monosylabowych pomruków do stanu kompletnej katatonii. Clara, która nie paliła, siedziała u jego stóp, podziwiała go i usiłowała włączyć się do ogólnej rozmowy. W odróżnieniu od Merlina, Clive’a, Leona, Petronii, Wan-Si i innych, nie miała wiele do opowiedzenia. Żadnych anegdot o odlotach po LSD, o brutalności policji czy marszach na Trafalgar Square. Ale umiała nawiązywać przyjaźnie. Jako dziewczyna pomysłowa, potrafiła wykorzystać całą swą wiedzę, żeby rozbawiać i przerażać to zbiorowisko hipisów, które podobnie jak ona reprezentowało skrajność, tyle że inną. Rozbawiać i przerażać opowieściami o ogniu piekielnym i potępieniu, o namiętności diabła do kału, do obdzierania ze skóry, do wypalania oczu rozpalonym pogrzebaczem i wyrywania genitaliów – jednym słowem, o wszystkich perfidnych planach Lucyfera, tego najwspanialszego z upadłych aniołów, planach, które miały się ziścić pierwszego stycznia 1975 roku.

To coś, co nazywało się Ryan Topps, spychało oczywiście koniec świata do coraz odleglejszych zakamarków świadomości Clary. Tak wiele innych rzeczy pojawiało się w jej życiu, tak wiele nowości! Gdyby to było możliwe, poczułaby się już teraz jedną z wybranych, tu na miejscu, w Lambeth. Im bardziej błogosławiona czuła się na ziemi, tym rzadziej zwracała się myślami ku niebu. Bo właściwie tym, czego Clara nie potrafiła sobie wyobrazić, była sztuczka z całym procesem podziału. Tak wielu było tych, którzy nie dostąpią zbawienia. Z ośmiu milionów świadków Jehowy tylko sto czterdzieści cztery tysiące mogły zasiąść u boku Chrystusa w niebie. Dobre kobiety i wystarczająco dobrzy mężczyźni mieli osiągnąć jedynie raj na ziemi – co, ogólnie biorąc, było nie najgorszą nagrodą pocieszenia – ale w tej sytuacji pozostawały jeszcze jakieś dwa miliony, które się nigdzie nie zakwalifikują. A jeśli dodać do tego pogan, żydów, katolików, muzułmanów, tych biedaków z dżungli amazońskiej, których los opłakiwała Clara jako dziecko, to iluż nie osiągnie zbawienia! Jehowici szczycili się nieobecnością piekła w ich teologii – karą były męki, niewyobrażalne tortury dnia Sądu Ostatecznego, a potem grób, który był rzeczywiście grobem. Ale Clarze to właśnie wydawało się najgorsze – myśl o Wielkim Tłumie, który będzie korzystać z ziemskiego raju, podczas gdy umęczone, zmasakrowane ciała i szkielety potępionych będą leżeć pod cienką warstewką ziemi.

Po jednej stronie stały te nieprzebrane rzesze żyjących na kuli ziemskiej, nieobznajmionych z naukami „Strażnicy” ludzi (część nie miała skrzynek pocztowych), którzy nie mogli nawiązać kontaktu z Domem Królestwa Bożego w Lambeth i otrzymać tak bardzo pomocnych na drodze ku zbawieniu lektur. Po drugiej stronie Hortense, z włosami zakręconymi na lokówki, przewracająca się w pościeli i oczekująca w ekstazie deszczu płonącej siarki, który spadnie na grzeszników, a zwłaszcza na to babsko spod pięćdziesiątego trzeciego. Hortense próbowała to wytłumaczyć: „Ci, którzy umarli, nie poznawszy Boga, zostaną wskrzeszeni i będą mieli jeszcze jedną szansę”. Ale dla Clary i tak pozostawało to niesprawiedliwym i mocno wątpliwym równaniem. Wadliwym bilansem. Z coraz większymi oporami godziła się na odciskanie śladów swoich kolan na czerwonych poduszkach w Domu Królestwa Bożego. Nie chciała nosić szarfy, transparentów ani rozdawać broszur. Nie chciała opowiadać o brakującym stopniu. Od kiedy odkryła uroki prochów, zapomniała o schodach i zaczęła korzystać z windy.

Pierwszy października 1974. Koza. Zatrzymano ją na trzy kwadranse po szkole (za upieranie się, że Roger Daltrey to większy muzyk niż Jan Sebastian Bach) i w rezultacie spóźniła się na spotkanie z Ryanem, z którym umówiła się o czwartej na rogu Leenan Street. Zanim wyszła ze szkoły, zrobiło się zimno i ciemno; biegła przez sterty butwiejących jesiennych liści, wypatrując Ryana jak ulica długa i szeroka, ale nigdzie nie było jego śladu. Wystraszona, skierowała się w stronę domu, zawierając w duchu z Bogiem całe mnóstwo układów (już nigdy nie pójdę z nikim do łóżka, nigdy nie zapalę jointa, nigdy nie włożę spódniczki przed kolana) w zamian za gwarancję, że Ryan Topps, szukając schronienia przed wichurą, nie zadzwoni do ich drzwi.

– Clara! Nie stójże tak na zimnie!

Było to powiedziane tonem, który Hortense przybierała zawsze, kiedy miała towarzystwo – z przesadnie wyraźną artykulacją wszystkich spółgłosek – tonem, jaki rezerwowała zwykle dla pastorów i białych kobiet.

Clara zamknęła za sobą drzwi frontowe i na pół sparaliżowana strachem przeszła – obok Jezusa, który w jednej chwili płakał, a w następnej już nie – przez salonik do kuchni.

– Boże, przecież ona wygląda jak wyjęta z wyżymaczki, no nie?

– Aha – przytaknął Ryan, który siedział za małym kuchennym stołem i ochoczo szuflował bligię z solonym dorszem.

Clarę zatkało; jej królicze zęby odcisnęły wzorek na dolnej wardze.

– A ty co tu robisz?

– Ha! – zawołała Hortense, niemal triumfalnie. – Wydaje ci się, że możesz przede mną ukrywać swoich kolegów w nieskończoność? Chłopak zmarzł, zaprosiłam go, ucięliśmy sobie miłą pogawędkę, prawda, młodzieńcze?

– Aha. Tak jest, pani Bowden.

– Nie bądź taka zaszokowana. Pewnie myślałaś, że go zjem albo co? No nie, Ryan? – powiedziała Hortense. Clara jeszcze nigdy nie widziała jej tak rozpromienionej.

– Dokładnie – przytaknął Ryan z głupkowatą miną. Po czym oboje, Ryan Topps i matka Clary, wybuchnęli śmiechem.

Czy coś może skuteczniej odebrać cały blask romansowi niż nawiązanie przez chłopaka towarzyskich stosunków z matką dziewczyny? W miarę jak noce stawały się coraz ciemniejsze i krótsze i coraz trudniej było wypatrzyć Ryana w kłębiącej się codziennie o wpół do czwartej przed szkołą ciżbie uczniów, coraz częściej zdeprymowana Clara pokonywała długą drogę do domu tylko po to, aby po raz kolejny zastać swego ukochanego, jak gawędzi pogodnie z Hortense, pożerając całe fury przysmaków ze spiżarni państwa Bowdenów: bligię z solonym dorszem, suszoną wołowinę, kurczaka z ryżem i zielonym groszkiem, imbirowe ciasto z wiórkami kokosowymi.

Rozmowy te, niezwykle ożywione, kiedy Clara przekręcała klucz w zamku, milkły zawsze, gdy stawała w progu kuchni. Niczym dzieci przyłapane na psocie posępnieli i tracili cały rezon, po czym Ryan znajdował jakąś wymówkę i wychodził. Clara zauważyła też współczujące spojrzenia, jakimi zaczęła ją obrzucać cała szkoła. Co więcej, wszyscy zaczęli komentować jej ciuchy, które stawały się coraz bardziej młodzieżowe i kolorowe, podczas gdy Ryan (cóż się na Boga działo z Ryanem?) przestał nosić koszulki polo, unikał jej w szkole i kupił sobie krawat.

Oczywiście, podobnie jak matka narkomana lub sąsiadka seryjnego mordercy, Clara dowiedziała się, w czym rzecz, na samym końcu. Kiedyś wiedziała o Ryanie wszystko, zanim jeszcze on sam to wiedział – była prawdziwym ekspertem od Ryana. Teraz musiała się ograniczyć do podsłuchiwania stanowczych stwierdzeń koleżanek-Irlandek, że Clara Bowden i Ryan Topps już z sobą nie kombinują – że między nimi wszystko już skończone.

Może Clara domyślała się, co się dzieje, ale nie chciała w to uwierzyć. Kiedy pewnego razu zaskoczyła Ryana przy kuchennym stole zasypanym broszurkami – i zobaczyła, jak Hortense pośpiesznie zgarnia je i wsuwa do kieszeni fartucha – postanowiła jak najszybciej o tym zapomnieć. Nieco później tego samego miesiąca, kiedy Clara namówiła dziwnie smutnego Ryana na szybki numerek w nieczynnej toalecie, mrużyła oczy, więc nie zobaczyła tego, czego zobaczyć nie chciała. Ale to coś było tam pod jego swetrem i, kiedy oparł się o umywalkę, błysnęło, ledwie widoczne w posępnym półmroku – choć wydaje się to niemożliwe, a jednak błysnęło – i ten błysk był srebrzystym refleksem srebrnego krzyżyka.

Niemożliwe, a jednak się zdarzyło. Tak mówią ludzie o cudach. W jakiś przedziwny sposób przeciwieństwa charakteryzujące Hortense i Ryana spotkały się na swoich biegunach, a ich upodobanie do wizji bólu i mąk piekielnych połączyło ich jak zbiegające się linie perspektywy na jakimś upiornym horyzoncie. I oto nagle wybrana i grzesznik zatoczyli cudowny pełny krąg. Teraz zaś oboje usiłowali zbawić ją, Clarę.

– Wskakuj.

Clara wyszła właśnie ze szkoły i zobaczyła w półmroku zmierzchu skuter, który zahamował gwałtownie tuż przed nią.

– Wskakuj, Clar.

– Przewieź moją matkę.

– Proszę cię – powiedział Ryan, podając jej zapasowy kask. – To ważne. Muszę z tobą pogadać. Mamy mało czasu.

– Niby dlaczego? – warknęła Clara, kołysząc się nerwowo na koturnach swoich butów. – Wyjeżdżasz gdzieś?

– Wyjeżdżamy razem – mruknął Ryan. – Mam nadzieję, że tam, gdzie powinniśmy.

– Nie.

– Proszę cię, Clar.

– Powiedziałam: nie.

– Proszę... To ważne. Sprawa życia i śmierci.

– Ale człowieku... No dobrze. Ale tego nie chcę – oddała mu kask i usiadła po damsku na skuterze. – Nie będę sobie burzyć fryzury.

Pognali przez Londyn do Hampstead Heath, na sam szczyt Primrose Hill, gdzie patrząc z góry na jaskrawopomarańczową, fosforyczną poświatę nad miastem, ostrożnie i zawile, jakimś nie swoim językiem, przedstawił sprawę. Konkluzja jego wywodu brzmiała następująco: do końca świata pozostał jeszcze tylko miesiąc.

– Rzecz w tym, że i ona, i ja, po prostu my oboje...

– My!

– Twoja mama... twoja mama i ja – wybąkał Ryan – oboje się martwimy. O ciebie. Niewielu przeżyje te ostatnie dni. A ty wpadłaś w złe towarzystwo, Clar...

– Stary – powiedziała Clara, potrząsając głową i cmokając ze zniecierpliwieniem. – Ja w tę całą aferę nie wierzę. A oni to przecież twoi kumple.

– Wcale nie. Już nimi nie są. Przez trawę. W trawie tkwi całe zło. A ta banda – Wan-Si, Petronia...

– To moje przyjaciółki!

– To nie są porządne dziewczyny, Clar. Powinny być ze swoimi rodzinami, inaczej się ubierać i nie zadawać się z tymi facetami, co tam mieszkają. Ty też nie powinnaś tego robić. I nie ubierać się jak... jak... jak...

– Jak kto?

– Jak kurwa! – wypalił Ryan, tak jakby wyrzucenie z siebie tego słowa bardzo mu ulżyło. – Jak ulicznica!

– O, bracie. Teraz przeholowałeś... Odwieź mnie do domu.

– Dostaną, na co zasłużyli – powiedział Ryan, kiwając głową w zamyśleniu i omiatając szerokim gestem cały Londyn, od Chiswick po Archway. – Ty masz jeszcze szansę. Po czyjej chcesz być stronie, Clar? Po czyjej? Chcesz żyć w niebie ze stu czterdziestoma czterema tysiącami tych, którzy będą panować razem z Chrystusem? Czy być jedną z tej wielkiej rzeszy, która będzie żyć w ziemskim raju, co niby jest w porządku, ale... A może chcesz być jedną z tych, którzy dostaną za swoje, będą torturowani i zabici, co? Ja tylko oddzielam owce od kóz, Clar, owce od kóz. To ze świętego Mateusza. I myślę, że ty jesteś owcą, co nie?

– Coś ci powiem – rzekła Clara, ruszając w stronę skutera i sadowiąc się na tylnym siodełku. – Ja jestem kozą. I to mi pasuje. Chcę być kozą. I wolę się smażyć w siarce z moimi przyjaciółmi, niż siedzieć w niebie i zanudzić się na śmierć z tym koszmarnym Darcusem, moją starą iz tobą!

– Nie powinnaś tak mówić, Clar – powiedział Ryan z powagą, wkładając kask. – Szkoda, że to powiedziałaś. Nie powinnaś dla swojego dobra. O n może nas słyszeć.

– A ja mam dość słuchania twojej gadki. Odwieź mnie do domu.

– To prawda, co mówię! On nas słyszy! – wrzasnął Ryan, odwracając głowę i przekrzykując ryk skutera, kiedy ruszyli i pomknęli w dół po zboczu. – On to wszystko widzi! On na nas patrzy!

– A ty lepiej patrz na drogę – odkrzyknęła Clara, bo właśnie grupa chasydów rozpierzchła się przed nimi w popłochu na wszystkie strony. – Patrz, jak jedziesz.

– Tylko nieliczni – tak mówi Pismo Święte – tylko garstka. Każdy dostanie to, na co zasługuje, jak jest powiedziane w Deureto... Deuteronomii. Każdy dostanie to, na co zasługuje, i tylko garstka...

W samym środku tej natchnionej biblijnej egzegezy Ryana Toppsa jego byłe fałszywe bóstwo, vespa GS, wyrżnęło prosto w czterystuletni dąb. Natura zatriumfowała nad arogancją wytworu technicznej myśli ludzkiej. Drzewo wyszło z tego cało, skuter poległ. Ryana wyrzuciło w jedną stronę, Clarę w drugą.

Zasady chrześcijaństwa i prawo Murphy’ego są takie same: Wszystko przydarza się mnie i dla mnie. Jeśli więc człowiek upuści kromkę chleba i ta upadnie masłem w dół, ten niefortunny przypadek traktuje się jako potwierdzenie zasadniczej prawdy o pechu – chleb upadł właśnie w ten sposób tylko po to, żeby udowodnić panu, panie Pechowiec, że we wszechświecie istnieje pewna określona siła i jest nią pech. Nie ma w tym nic przypadkowego. Chleb nigdy nie upadnie właściwą stroną, brzmi argument, bo takie jest to prawo. Krótko mówiąc, dopada ono człowieka po to, żeby dowieść, że istnieje. A jednak w odróżnieniu od prawa ciążenia, nie działa absolutnie niezależnie od okoliczności; kiedy chleb wyląduje na podłodze właściwą stroną, prawo to w tajemniczy sposób przestaje obowiązywać. I podobnie teraz, kiedy Clara upadła, wybijając sobie górne zęby, Ryan podniósł się, zdrów i cały, bez jednego zadraśnięcia, i od razu wiedział, że stało się tak dlatego, iż Bóg zaliczył go do grona zbawionych, a Clarę do potępionych. Nie zaś dlatego, że jedno miało na głowie kask, a drugie nie. A gdyby stało się odwrotnie, gdyby prawa fizyki sprawiły, że to zęby Ryana potoczyłyby się po zboczu Primrose Hill jak emaliowane śnieżnobiałe kuleczki – no cóż, wtedy stwierdziłby z całą stanowczością, że Bóg zniknął w tajemniczy sposób niczym prestidigitator.

Ten właśnie wypadek był ostatecznym znakiem, którego potrzebował Ryan. Kiedy do Nowego Roku pozostały już tylko godziny, rozpoczął czuwanie w saloniku, siedząc z Hortense w kręgu świec i modląc się gorąco o zbawienie duszy Clary, gdy tymczasem Darcus sikał do swojej rurki i oglądał Generation Game na BBC One. Clara natomiast włożyła parę żółtych spodni dzwonów i czerwony top i z gołym brzuchem poszła na prywatkę. Wcześniej zaproponowała hasło noworoczne, pomagała malować transparent i zwieszać go z okna; tańczyła i paliła razem z pozostałymi i czuła się, bez fałszywej skromności, najpiękniejszą dziewczyną, prawdziwą ozdobą mety. Ale kiedy nieuchronna północ wreszcie wybiła i minęła, a jeźdźcy Apokalipsy jakoś się nie pojawiali, Clarę, ku jej własnemu zaskoczeniu, ogarnęła melancholia. Utrata wiary jest bowiem jak gotowanie morskiej wody, żeby uzyskać sól – coś się zyskuje, ale też coś się traci. Choć jej przyjaciele – Merlin, Wan-Si i inni – zaczęli ją klepać po plecach i gratulować tego, że pozbyła się swych gorączkowych rojeń o zagładzie i odkupieniu, Clara w duchu opłakiwała owo ciepłe dotknięcie, na które czekała całe dziewiętnaście lat, ów wszechogarniający uścisk Zbawiciela, tego, który był Alfą i Omegą, początkiem i końcem, tego, który miał ją wybawić od tego wszystkiego, od apatycznego, prozaicznego bytowania w suterenie w Lambeth. I co z nią teraz będzie? Ryan znajdzie sobie innego bzika, Darcusowi wystarczy przełączenie się na inny kanał, Hortense zmaterializuje się oczywiście w umyśle kolejna data, czemu towarzyszyć będzie jeszcze więcej broszurek i jeszcze głębsza wiara. Ale Clara była zupełnie inna niż Hortense.

A jednak osad pozostały po wyparowaniu wiary nie znikał. Wciąż pragnęła przyjścia jakiegoś zbawcy. Wciąż marzyła o człowieku, który ją stąd wyrwie, wybierze ją spośród innych, tak by mogła chodzić z Nim w białych szatach, bo jest godna (Objawienie dane Janowi 3, 4).

Być może nie jest to więc aż tak trudne do wytłumaczenia, że kiedy Clara Bowden zobaczyła nazajutrz rano Archiego Jonesa u stóp schodów, dostrzegła w nim kogoś więcej niż tylko niewysokiego, pucołowatego białego mężczyznę w średnim wieku i w źle skrojonym garniturze. Zobaczyła Archiego przez szarozielony woal straty; jej świat właśnie przestał istnieć, wiara, którą żyła, cofnęła się jak fala odpływu i Archie, zupełnie przypadkowo, stał się facetem z dowcipu – ostatnim człowiekiem na świecie.

* Jeżeli tekst tego wymagał, cytaty zaczerpnięto z Pisma Świętego w Przekładzie Nowego Świata, którym posługują się świadkowie Jehowy; stąd inne nazwy ksiąg biblijnych, np. Objawienie dane Janowi. W pozostałych przypadkach posłużono się Biblią wydaną przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne.

3. Dwie rodziny

Rozdział dostępny w pełnej wersji

4. Trójka w drodze

Rozdział dostępny w pełnej wersji

5. Korzenie Alfreda Archibalda Jonesa i Samada Miaha Iqbala

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Samad

1984, 1857

6. Kuszenie Samada Iqbala

Rozdział dostępny w pełnej wersji

7. Trzonowce

Rozdział dostępny w pełnej wersji

8. Mitoza

Rozdział dostępny w pełnej wersji

9. Bunt!

Rozdział dostępny w pełnej wersji

10. Korzenie Mangala Pande

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Irie

1990, 1907

11. Meandry edukacji Irie Jones

Rozdział dostępny w pełnej wersji

12. Kły: zęby, które rozszarpują mięso

Rozdział dostępny w pełnej wersji

13. Korzenie Hortense Bowden

Rozdział dostępny w pełnej wersji

14. Bardziej angielski niż Anglik

Rozdział dostępny w pełnej wersji

15. Chalfenizm kontra bowdenizm

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Magid, Millat i Marcus

1992, 1999

16. Powrót Magida Mahfooza Mursheda Mubtasima Iqbala

Rozdział dostępny w pełnej wersji

17. Mediacje [pokojowe] i taktyka działań na ostatnią chwilę

Rozdział dostępny w pełnej wersji

18. Koniec Historii kontra Ostatni Człowiek

Rozdział dostępny w pełnej wersji

19. Ostateczna przestrzeń

Rozdział dostępny w pełnej wersji

20. Myszy i pamięć

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Tytuł oryginału

White Teeth

Copyright © by 2000 by Zadie Smith

Projekt okładki

Oksana Shmygol

Fotografia na pierwszej stronie okładki

© LondonPhotos – Homer Sykes/Alamy

Fotografia autorki na czwartej stronie okładki

Dominique Nabokov

Adiustacja

Agnieszka Pokojska

Korekta

Anna Krzyżak

Piotr Mocniak

Opracowanie typograficzne

Irena Jagocha

Łamanie

Piotr Poniedziałek

Copyright © for the translation by the Estate of Zbigniew Batko

ISBN 978-83-240-4035-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Widzi mi się Swing Time Białe zęby Lost and Found. Opowiadania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie