Kamienne węże

Kamienne węże

Autorzy: Jason Goodwin

Wydawnictwo: 12 Posterunek

Kategorie: Kryminał / sensacja Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 400

Cena książki papierowej: 35.90 zł

cena od: 28.91 zł

Kolejny tom przygód detektywa Jeszima i polskiego ambasadora w Stambule, Stanisława Palewskiego zapoczątkowanych w powieści „Drzewo Janczarów” (2006).

Pewien sekret i oszustwo połączą sułtański pałac, świat dyplomatów, badaczy starożytności, patriarchów Kościoła wschodniego, greckich powstańców, członków tajemnego stowarzyszenia i starego miejskiego cechu oraz ostatnie dni lorda Byrona. Gdy francuski archeolog zostanie zamordowany, a w ślad za tym zabójstwem potoczą się kolejne, rozkochany w kulinariach i francuskich powieściach Jeszim, „oko i ucho” sułtana, będzie musiał odnaleźć drogę do prawdy w tym labiryncie… Co gorsza, sam stanie się jednym z podejrzanych…

Pasjonująca powieść kryminalna, z wymyślną intrygą, pełną przygód, zaskakujących zwrotów akcji i… skarbem w roli głównej, a także wspaniale nakreślonym tłem historycznym. Historia i legendy związane ze Stambułem – miastem magicznym, odwiecznym, podlegającym nieustannej przemianie niczym wąż, który zrzuca skórę – przeplatają się z arcyciekawym opisem życia jego mieszkańców, ich zwyczajów, tradycji, nawet tych kulinarnych oraz licznymi ciekawostkami.

Jason Goodwin

Kamienne Węże

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Przypisy

Tytuł oryginału: THE SNAKE STONE

Przekład: AGNIESZKA KUC

Skład i łamanie: 12 Posterunek

Copyright © Jason Goodwin, 2007

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo 12 Posterunek, Warszawa 2016

Wydanie drugie

Data I wydania: Kraków, 2009

ISBN 978-83-63737-10-8

www.12posterunek.pl

kontakt@12posterunek.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Izaaka

Król z tronu rządzi, ksiądz moralność głosi,

Doktor uśmierca – życie mknie jak woda.

Lord Byron, Don Juan

(przeł. Edward Porębowicz)

1

Głos był przytłumiony i szorstki, dobiegał gdzieś z tyłu, z ciemności, jako że właśnie zapadł zmierzch.

– Witaj Giorgos.

Nastała pora wieczornej modlitwy, kiedy to naturalne światło nie pozwalało już odróżnić nitki czarnej od białej. Giorgos wydobył zza pasa ostry nóż, służący do obierania warzyw, i zamachnął się nim, jednocześnie wykonując obrót. Ze wszystkich minaretów Stambułu rozległ się monotonny śpiew muezinów, którzy odchylając głowy, nawoływali wiernych.

Idealny moment, by w ciemnym zaułku zadać komuś śmierć.

Jękliwe zawodzenia niosły się po wodach Złotego Rogu, gdzie greccy wioślarze sunący kaikami po toni zatoki zaczynali zapalać swoje lampki. Kilka światełek migotało na tle ciemnego grzbietu wzgórza Galata. Już po chwili czerwona łuna przygasła, a potem zlała się z czarną ścianą gór. Dźwięki modlitwy rozbrzmiewały w europejskiej części miasta, Perze, i szybowały nad Bosforem, docierając aż do Skutari. Tam, po azjatyckiej stronie, łączyły się z nawoływaniami dobiegającymi z nadbrzeżnych meczetów.

Giorgos poczuł uderzenie – czyjaś stopa zadała mu cios w plecy. Rozpostarł ramiona i słaniając się, ruszył w stronę mężczyzny, na którego twarzy malował się bezbrzeżny smutek.

Modlitewne wezwania wciąż się wzmagały, gdy kolejni muezini dołączali do chóru. Rozedrgane dźwięki dobiegające z minaretów oplatały całe miasto, na tysiąc sposobów wyrażając miłość człowieka i wszechmoc Boga.

Nóż stał się bezużyteczny.

Wezwanie do modlitwy trwa zaledwie dwie i pół minuty, ale Giorgos nie zdążył go wysłuchać. Człowiek o smutnej twarzy schylił się i podniósł zbyteczne narzędzie. Było bardzo ostre, ale miało ułamany czubek. Taki nóż nie nadawał się do walki. Mężczyzna odrzucił go gdzieś w ciemność.

Gdy ludzie odeszli, z pobliskich drzwi ostrożnie wysunął się żółtawy pies. Chwilę później pojawił się drugi. Chyłkiem sunął do przodu, czołgając się na brzuchu. Przycupnął w pobliżu, wydając pełne nadziei skomlenia. Jego ogon uderzał głucho o podłoże. Pierwszy z psów warknął i obnażył kły.

2

Maximilien Lefèvre wychylił się nad relingiem i cisnął cygaro na falującą wodę, która kłębiła się wzdłuż kadłuba statku. Z lewej burty ukazał się w oddali Cypel Pałacowy i ciemna masa zwartych drzew, wciąż słabo widoczna w świetle wstającego dnia. Gdy statek opływał cypel, a pośród Pery zarysowała się wieża Galata, Lefèvre wyciągnął z rękawa chusteczkę, żeby osuszyć ręce, słone morskie powietrze bowiem sprawiło, że jego dłonie stały się lepkie i wilgotne.

Podniósł wzrok i wycierając teraz chusteczką kark, spojrzał na mury pałacu sułtańskiego. Na czwartym dziedzińcu seraju pięła się w górę starożytna kolumna zwieńczona korynckim kapitelem. Niekiedy widać ją było od strony morza, gdy wyłaniała się spomiędzy drzew. Być może stanowiła relikt akropolu i wznosiła się tutaj już wieki temu, gdy Bizancjum było tylko jedną z wielu greckich kolonii, zanim jeszcze nazwano je drugim Rzymem, pępkiem świata. Większość ludzi w ogóle nie zwracała uwagi na zabytkową kolumnę.

Statek wykonał zwrot i Lefèvre mruknął z zadowoleniem. Przed jego oczami wolno przesuwał się stambulski brzeg Złotego Rogu, procesja kopuł i minaretów, które wyłaniały się jedne po drugich, by za chwilę skromnie usunąć się z pola widzenia. Poniżej ich linii, na wysokości nabrzeża, gdzie panował nieustanny ruch, w porannym świetle połyskiwały czerwone i pomarańczowe dachy domów. Panorama ta zawsze podobała się przybyszom – Konstantynopol, Stambuł, miasto patriarchów i sułtanów, orientalny kalejdoskop pełen wschodniego przepychu, duma piętnastu stuleci.

Rozczarowanie przychodziło później.

Lefèvre wzruszył ramionami, zapalił kolejne krótkie cygaro i z uwagą obserwował pokład. Czterech bosonogich marynarzy w brudnych podkoszulkach nachylało się nad łańcuchem kotwicznym, czekając na znak kapitana. Inni pięli się w górę po olinowaniu. Sternik ostrożnie wprowadzał statek do portu. Przybliżał się do brzegu, próbując wykorzystać przeciwny prąd, ułatwiający zacumowanie. Kapitan podniósł rękę. Kotwica runęła w dół z hukiem armatniego działa, łańcuch naprężył się i statek wolno stanął.

Spuszczono łódź, do której najpierw trafił kufer Lefèvre’a, a zaraz potem on sam.

Na przystani w Perze młody grecki marynarz wyskoczył na brzeg z kijem w ręku, żeby odepchnąć nachalną gawiedź oferującą swe usługi. Drugą rękę wyciągnął po napiwek. Lefèvre położył na jego dłoni małą monetę i młody człowiek splunął.

– Miejska pieniądz – rzucił ze wzgardą. – Niewiele to warte, panie. – Nadal trzymał wyciągniętą dłoń.

Lefèvre mrugnął wymownie.

– Piastres de Malta[1] – powiedział cicho.

– Noo! – powiedział Grek, zerkając kątem oka na monetę. Jego twarz wyraźnie się rozpromieniła. – To co innego. – Jeszcze gorliwiej odpychał naganiaczy. – Te ludzie tutaj to same złodzieje. Pan chce, co bym ja wyszukał łaskawemu panu tragarza? Albo jaki zajazd? Czyściuteńki, jak się należy, ekscelencjo.

– Nie, dziękuję.

– Bardzo złe ludzie. Pan tu pierwszy raz?

– Nie – Lefèvre pokręcił głową.

Mężczyźni na przystani zamilkli. Niektórzy odwrócili się, by odejść. W kierunku Lefèvre’a drewnianym pomostem zdążał człowiek w zielonych pantoflach. Był średniego wzrostu, miał białe jak śnieg włosy i niewiarygodnie błękitne oczy. Nosił luźne niebieskie spodnie i dosyć już wypłowiałą rozpiętą koszulę z czerwonej bawełny.

– Doktor Lefèvre? Proszę iść za mną. – Na odchodnym rzucił jeszcze przez ramię: – Proszę nie martwić się o bagaż. Ktoś się nim zajmie.

Lefèvre wzruszył ramionami.

– A la prochaine[2].

– Adio, m’sieur[3] – odparł wolno marynarz.

3

Tego samego ranka w feneryjskiej części Stambułu Jeszim obudził się w strudze ciepłego wiosennego światła. Usiadł i sennym ruchem przeciągnął dłońmi po kręconych włosach. Po chwili odrzucił brzeg perskiej narzuty i spuścił nogi z otomany, odruchowo wsuwając stopy w orientalne pantofle z szarej skóry – wyrób beludżystańskich rękodzielników. Szybko się ubrał i zszedł po schodach w kierunku wyjścia. Odrzwia w domu wdowy były niskie i pamiętały czasy bizantyjskie. Już po chwili znalazł się na ulicy. Minąwszy kilka zakrętów, dotarł do swojej ulubionej kawiarni przy Kara Davut, gdzie człowiek stojący obok kuchennego pieca pozdrowił go skinieniem głowy i postawił na ogniu miedziany tygielek.

Jeszim usadowił się na otomanie, z której mógł obserwować ulicę. Nad sobą miał rząd okien wykuszowych. Cofnął stopy, kryjąc je w cieniu szerokiego płaszcza. Jego ubiór stapiał się z tłem, przez co można było odnieść wrażenie, że jest niewidzialny.

Jeszim wciąż nosił się w sposób tradycyjny. Upłynęło już dobrych kilka lat, od kiedy sułtan zaczął zachęcać swych poddanych do zmiany ubioru na bardziej zachodni. I wielu mężczyzn zastąpiło turbany czerwonymi fezami, luźne stroje spodniami, wkładali też stambuliny, lecz tylko nieliczni zdecydowali się nosić sznurowane buty. Niektórzy mężczyźni siedzący obok Jeszima przypominali czarne żuki. Mieli bose stopy i wyglądali tak, jakby składali się wyłącznie z łokci i kanciastych kolan. W brunatnej pelerynie i szacie w kolorze szafranu Jeszim idealnie zlewał się z narzutą okrywającą otomanę. Jedynie jego turban był lśniąco biały.

Ale to, że Jeszim wydawał się niewidzialny, wynikało przede wszystkim z jego natury. Takim już był mężczyzną, jeśli „mężczyzna” to odpowiednie w stosunku do niego określenie. Cechował go spokój. Badawcze spojrzenie szarych oczu, miękkie ruchy i dyskretny sposób bycia raczej odwracały uwagę, niż ją przyciągały. Ludzie widzieli go, ale jakby nie dostrzegali. Jego sylwetka pozbawiona była kanciastego konturu, posiadał też dar bezkonfliktowości, co czyniło go kimś wyjątkowym nawet w dziewiętnastowiecznym Stambule.

Jeszim nigdy nie prowokował ani mężczyzn, ani kobiet. Jego przyjemnej twarzy i ciemnych kędziorów niemal zupełnie nie dotknął upływ czasu, choć Jeszim miał już czterdzieści lat. Potrafił słuchać, a pytania zadawał cicho, bez natarczywości. Nie do końca jednak mógł uchodzić za mężczyznę. Był eunuchem.

Postawił przed sobą kawę, wsparł się na łokciu i zaczął jeść çörek[4], od czasu do czasu strzepując z wąsów okruchy. Ponieważ nie miał ochoty na fajkę, pozostawił na tacy srebrnego piastra i udał się w kierunku Wielkiego Bazaru.

Zanim zniknął za rogiem, obejrzał się jeszcze za siebie i zauważył, jak właściciel kawiarni podnosi monetę i sprawdza ją zębami. Westchnął. Fałszywe pieniądze były zmorą tego miasta i zatruwały je niczym jad, na który nie było lekarstwa. Jeszim przez chwilę ważył w dłoniach sakiewkę. Jej zawartość zadźwięczała. W takich chwilach jak ta uświadamiał sobie, że pieniądze potrafią znikać równie szybko jak cukier, który rozpuszcza się w kawie, ale nie mają tej samej słodyczy. Sułtan umierał, a wszystko wokół wypełniała gorycz.

Na ulicy Antykwariuszy Jeszim zatrzymał się przed kramem Goulandrisa, który handlował książkami i innymi mniej lub bardziej cennymi starociami. Czasami można było u niego znaleźć francuskie powieści, do których Jeszim miał szczególną słabość.

Goulandris wpatrywał się jedynym zdrowym okiem w Jeszima i zacisnął zęby. Nie był ani tak pewny siebie, ani tak nachalny jak inni Grecy. Sprzedawał książki i dlatego nie mówił zbyt wiele, więcej się przyglądał. Jedno oko zasnuwało bielmo, ale drugie spoglądało bystro i pracowało podwójnie. Śledziło sposób, w jaki klient się poruszał, szybkość, z jaką sięgał po wybrany tom, a także wyraz jego twarzy, kiedy otwierał wolumin i zaczynał czytać. Dimitrios Goulandris skupował i gromadził na chybił trafił księgi stare i nowe, greckie, tureckie, a także pojedyncze niezwykle cenne dzieła napisane po ormiańsku, hebrajsku, a czasem również... francusku. Książki tak naprawdę go nie interesowały, co nie znaczy, że nie umiał ich wycenić. Tak więc obserwował wszystko dookoła swoim jedynym zdrowym okiem zapamiętując każdy gest i ruch.

Eunucha uważał za dobrego klienta, nawet bardzo dobrego. Był postawnym mężczyzną w średnim wieku, kulturalnym i starannie ubranym, o nienagannych manierach. Spod niewielkiego turbanu wymykały mu się czarne, z lekka szpakowate pasma włosów. Tylko jego miękko układająca się peleryna miała trudny do zdefiniowania kolor. Goulandris był przekonany, że potrafi przejrzeć każdego klienta i żadna poza go nie zwiedzie – ani udawana obojętność, ani napuszone uwagi wtrącane mimochodem, ani też sprytnie zagrane działanie pod wpływem emocji. Uważnie wsłuchiwał się w to, co do niego mówiono. Obserwował gesty i najmniejsze drgnięcia powiek. Tylko ten przeklęty eunuch był dla niego wciąż nieodgadniony.

– Rozgląda się pan za książką?

Jeszim wyprostował się i powiódł wzrokiem dookoła. Myślami był daleko – stary przyjaciel Benjamin Constant zabrał go w podróż do krainy niespełnionej miłości, bólu i cierpienia. Nagle uświadomił sobie, gdzie się znajduje – w dobrze mu znanym zakątku Wielkiego Bazaru. Zauważył przyćmione światło, stosy książek piętrzące się pod ścianami aż po sufit i samego Goulandrisa w brudnym szarym fezie, siedzącego ze skrzyżowanymi nogami na stołku za biurkiem wykonanym wedle europejskich wzorów. Uśmiechnął się. Nie planował kupować tej książki. Ostrożnie zamknął Adolphe[5] i wsunął z powrotem na półkę.

Następnie z uśmiechem skłonił się, przykładając dłoń do piersi. Lubił tę małą jaskinię wypełnioną książkami. Nigdy nie było wiadomo, na co się trafi. Nawet sam Goulandris, jak podejrzewał Jeszim, nie do końca był świadom, czym dysponuje. Wątpił, żeby antykwariusz potrafił czytać i pisać w języku innym niż grecki. A tu, proszę, obok europejskich podręczników balistyki leżały sobie imperialne zwoje z pieczołowicie wykaligrafowaną, ozdobną tuğrą sułtana, zawiłe greckie traktaty religijne i czasami francuskie powieści, a wśród tego wszystkiego – prawdziwy skarb, niezwykłe dzieło, które natychmiast przykuło jego uwagę. Z pewnością nie było go tu w zeszłym miesiącu i całkiem możliwe, że w następnym także go nie będzie.

Jeszim wyjął z półki trzy książki, które szczególnie go zainteresowały. Nad jedną chwilę się zastanawiał. Bardzo chciał ją nabyć, to oczywista, ale gdy kładł woluminy na biurku antykwariusza, położył ją na samym spodzie. Goulandris ssał wargę. Nie targował się ani nie próbował niczego uzasadniać. Po prostu podał cenę. Jeszim ledwo zdołał ukryć zawód, gdy Grek z poważną miną wycenił trzecią z ksiąg ciut powyżej tego, co był gotów zapłacić. Tak więc pozostały mu tylko dwie książki. Jedną z nich niechętnie odłożył na bok, a następnie sięgnął do sakiewki. Goulandris wydobył z szuflady biurka zeszyt i odnotował sprzedaż.

Na koniec Jeszim ukłonił się staremu antykwariuszowi i wyszedł na ulicę, którą wypełniały podobne kramy z książkami. Pod pachą ściskał tom Carême’a L’art. De la cuisine française au 19me siècle[6].

Gdy znalazł się u podnóża wzniesienia, skręcił w stronę targowiska.

Zauważył sprzedawcę ryb obsługującego szacowną jejmość i kamiennym wzrokiem przyglądającego się wadze, na której spoczywał okoń. Dwóch innych mężczyzn kłóciło się o należność za pęczek marchewek. Fałszywe pieniądze wszędzie budziły lęk i podejrzliwość, ale Giorgos z pewnością nie dałby się wciągnąć w podobne utarczki, pomyślał Jeszim. Grek zawsze miał najlepszy towar, a do tego potrafił świetnie doradzić, co przygotować na kolację. Najwyżej mruknąłby pod nosem, że pieniądze cuchną i nie warto sobie nimi zaprzątać głowy.

Jeszim popatrzył przed siebie, lecz nigdzie nie zauważył Giorgosa.

– On już nie będzie tu sprzedawał, efendi – wyjaśnił ormiański handlarz zieleniną. – Mówią, że był jakiś wypadek.

– Wypadek? – Jeszimowi stanął przed oczyma sprzedawca warzyw i jego ogromne ręce.

Ormianin odwrócił głowę i splunął.

– Przyszły tu jakieś ludzie wczoraj i powiedziały, że Giorgosa już na rynku nie będzie. I że jego stragan przejmie jeden z braci Konstantinedes.

Jeszim zmarszczył brwi. Bracia Konstantinedes mieli identyczne cieniutkie wąsiki i byli w ciągłym ruchu. Krążyli między stertami warzyw niczym wytrawni tancerze. Ale Jeszim zawsze kupował u Giorgosa.

– Witaj, efendi! Czym możemy służyć? – Jeden z braci nachylił się, po czym szybkim i zręcznym ruchem zaczął układać na stosie bakłażany. – Mamy dzisiaj fasulye po zeszłorocznej cenie! Tylko przez jeden dzień!

Jeszim wybierał potrzebne mu składniki. Konstantinedes zważył dwie okki ziemniaków i wsypał je do koszyka. Zamaszystym ruchem odłożył na miejsce szuflę, którą nakładał towar.

– Cztery piastry, dwadzieścia... dwadzieścia... dwadzieścia... osiemdziesiąt pięć ziemniaki... razem pięć i pół piastra. Jeszcze coś, efendi?

– Co się przytrafiło Giorgosowi?

– Fasolę mamy dzisiaj po starej cenie!

– Podobno macie przejąć jego stragan.

– Pięć i pół, efendi.

– Okkę cukinii, poproszę.

Sprzedawca położył na wadze warzywa.

– Słyszałem, że miał wypadek. Jak to się stało?

– Proszę, oto pańskie cukinie.

Gdy Konstantinedes przechylił szuflę nad koszem Jeszima, ten chwycił ją, przytrzymał i odchylił w drugą stronę.

– Jestem jego przyjacielem. Jeżeli miał jakieś kłopoty, może będę mógł pomóc.

Konstantinedes ściągnął w zamyśleniu usta.

– Mogę zapytać kadiego – powiedział Jeszim cicho, puszczając szuflę.

Kadi pilnował, aby rynek funkcjonował jak należy. Cukinie wpadły do koszyka.

– Proszę zatrzymać resztę.

Mężczyzna zawahał się, a następnie wziął monety i bez przyglądania się im wrzucił obie do płóciennego woreczka, który nosił przytwierdzony do pasa.

– Za pięć minut – powiedział cicho.

PRZYPISY

[1] (fr.) piastry maltańskie (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] (fr.) Niebawem się spotkamy.

[3] (wł. i fr.) Do widzenia panu.

[4] Trudniejsze wyrazy pochodzenia tureckiego objaśniono w słowniczku na końcu książki (przyp. redakcji)

[5] Adolphe – tytuł powieści francuskiego pisarza Benjamina Constanta, wydanej w Paryżu i Londynie w 1816 roku.

[6] „Kuchnia francuska XIX wieku”. Marc-Antoine Carême (1784-1833) – wybitny kuchmistrz francuski, znany jako „król kucharzy i kucharz królów”.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kamienne węże Drzewo janczarów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mężczyzna, który gonił swój cień Przeklęty prom Szóste okno Belfer Zombie Syreny