Po prostu przyjaźń

Po prostu przyjaźń

Autorzy: Hanna Rydlewska

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Literatura faktu Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 264

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 23.99 zł

W książce Hanny Rydlewskiej, współautorki bestsellerowego poradnika „Slow sex. Uwolnij miłość”, znajdziecie poruszające opowieści o niezwykłych, głębokich i dramatycznych przyjaźniach, a także rozmowy ze znanymi psychologami i socjologami, m.in. o tym, czy przyjaźń może być konkurentką miłości, jak przyjaźń nas leczy, do czego są nam potrzebni wirtualni przyjaciele, czy możliwa jest przyjaźń z eks-, jak przetrwać kryzys w przyjaźni.

„Lojalność w przyjaźni jest bezwarunkowa. Przyjaciela powinniśmy wspierać nawet wówczas, kiedy nas zawiedzie, gdy zachowa się niegodnie lub nieprzyzwoicie. Wspieranie to niepotakiwanie. Przyjaciel powinien pomóc odzyskać pion, naprowadzić na właściwą ścieżkę. Bez tak pojmowanej lojalności nie ma przyjaźni – może być znajomość, kumplowanie się, wspólnota interesów. Natomiast przyjaźń, relacja piękna i szlachetna, ratująca człowieka przed samotnością, opiera się na zaufaniu, ale także na wzajemnej trosce” – dr Ewa Woydyłło, psycholog, terapeutka uzależnień

„Dla zawiązania przyjaźni niezbędne jest dostrzeganie podobieństw, umiejętność przyjmowania perspektywy drugiej osoby. Jednak w późniejszych etapach jej trwania nieuchronnie pojawią się różnice. Nie jesteśmy podobni do siebie we wszystkim. Różnice mogą ożywiać i wzbogacać związek, tylko musimy potrafić o nich otwarcie rozmawiać. Inaczej nie uda się nam zbudować trwałych i dobrych relacji z drugą osobą. O przyjaźń trzeba się troszczyć, jest wspólnym dobrem. Dbanie o nią wiąże się między innymi z odwagą mówienia o rzeczach, które nas dzielą” – Sylwester Bielas, psycholog i psychoterapeuta

Redakcja: Karolina Oponowicz

Korekta: Monika Ochnik

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Projekt makiety i skład: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2017

© copyright by Hanna Rydlewska 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-1940-7 (epub), 978-83-268-1941-4 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

WSTĘP

SIOSTRY OD KRYZYSÓW – Katarzyna MARCINKIEWICZ, Dorota ŻUREK

ROZDZIAŁ 1. Przyjaźń – inny wariant miłości. Rozmowa z DR. KONRADEM MAJEM

ROZDZIAŁ 2. Przyjaciel z piaskownicy. Rozmowa z AGNIESZKĄ BINKUL

Oczywiście, że się różnimy – Anna TATARSKA, Barbara TATARSKA-MATUSZEWSKA

ROZDZIAŁ 3. Lojalność przede wszystkim. Rozmowa z DR EWĄ WOYDYŁŁO

ROZDZIAŁ 4. My kontra reszta świata. Rozmowa z SYLWESTREM BIELASEM

Nie pójdziemy razem na dyskotekę – Halina JĘDRZEJEWSKA, ps. Sławka, Małgorzata BRAMA

ROZDZIAŁ 5. Wszystko płynie. Rozmowa z DR MAGDALENĄ NAMYSŁOWSKĄ

ROZDZIAŁ 6. Przyjaciele – rodzina XXI wieku. Rozmowa z PROF. KATARZYNĄ POPIOŁEK

Skończył się związek, zaczęła się przyjaźń – Joanna JEZIERSKA, Jan KRIWOL

ROZDZIAŁ 7. Przyjaźń i seks. Mieszanka wybuchowa. Rozmowa z MICHAŁEM POZDAŁEM

ROZDZIAŁ 8. Przyjaźń w czasach zarazy. Rozmowa z DR EWĄ WOYDYŁŁO

Dobra, rób, co chcesz – Anna PIĘTA, Magda KORCZ

ROZDZIAŁ 9. Toksyczna przyjaźń. Rozmowa z DR MAGDALENĄ NAMYSŁOWSKĄ

ROZDZIAŁ 10. Wirtualna przyjaźń. Rozmowa z DR. TOMASZEM SOBIERAJSKIM

Bibliografia

Łukaszowi

Nasza przyjaźń żyje we mnie

WSTĘP

Każdy, kto mnie bliżej zna, wie, jak ważna jest dla mnie przyjaźń. Dla przyjaciół jestem w stanie zrobić wiele. Są mi drodzy niczym rodzina. A właściwie – są moją rodziną. Może dlatego, że nie mam rodzeństwa, chociaż myślę, że to zbyt proste wyjaśnienie. Związki przyjacielskie wielokrotnie dawały mi siłę w trudnych momentach, a w tych dobrych były paliwem pozytywnych zmian. Pozwalały mi się rozwijać, doświadczać stanów, których istnienia wcześniej nawet nie podejrzewałam. O wszystkich bliskich mi ludziach myślę często i z czułością. Również o tych, z którymi dziś nie mam już kontaktu lub też których po prostu już nie ma. Dzięki nim jestem dzisiaj tym, kim jestem. A tych, którzy są ze mną, na wyciągnięcie ręki, nieodmiennie hołubię. I wciąż narzekam, że nie mam dla nich tyle czasu, ile bym chciała. Nigdy nie mam ich dosyć.

Dlatego gdy Paweł Goźliński zaproponował mi, żebym przygotowała książkę o przyjaźni, zgodziłam się bez wahania. To mój temat. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego w sztuce, popkulturze czy mediach ciągle przegrywa on z miłością. Przyjaźń bywa trwalsza, a jednak poświęcamy jej znacznie mniej uwagi. O miłości wciąż powstają kolejne filmy, seriale, piosenki, a związki przyjacielskie pojawiają się zazwyczaj gdzieś w tle, na marginesie opowiadanych historii. Mimo że w obliczu postępującego osłabienia więzi opartych na pokrewieństwie to właśnie grupa przyjaciół nierzadko staje się dla nas opoką. Wspólnotą, w której możemy się schronić. W polskiej literaturze również brakuje opracowań, które wielowymiarowo mówiłyby o psychologii przyjaźni. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę. A eksperci, których spotkałam przy okazji pracy nad tą książką, powtarzali: Wreszcie! Jak dobrze, że ktoś w końcu zajął się przyjaźnią.

Nie ukrywam, że niniejsza książka to pean na cześć przyjaźni. Psychologowie, socjologowie, terapeuci opowiadają w niej o różnych aspektach przyjacielskich relacji: archetypie przyjaciela z dzieciństwa, erotycznej fascynacji, która może się wytworzyć w pierwotnie platonicznym związku, różnych fazach przyjaźni – od inicjacji przypominającej stan zakochania, aż po głębokie, dojrzałe przywiązanie. Zaproszeni przeze mnie eksperci na przyjaźń patrzą też przez pryzmat ekspansji nowych technologii. W królestwie smartfonów, rodem z serialu „Black Mirror”, coraz trudniej jest odróżnić sztukę przyjaźni od sztuki autoprezentacji. A jednak – a może właśnie dlatego – przyjaźń jest czymś, o czym każdy marzy.

Uzupełnieniem części psychologicznej są wywiady z ludźmi, którzy wprowadzają nas w świat swoich przyjaźni. Przyjaźń między matką a córką, zawodowo-przyjacielski duet, bliska przyjaźń między byłymi kochankami – to tylko niektóre z możliwych konfiguracji. Przyjaźń w tej książce zostaje doceniona. Okazuje się uczuciem wielowymiarowym, magicznym. I, co ważne, bezinteresownym. Zwrócił na to uwagę już Ray Pahl, brytyjski socjolog, na którego słowa będę się jeszcze powoływać, a który zauważył: „Przyjaźń (...) może jawić się jako coś, co podkopuje ugruntowane instytucje i utrwalone formy społeczne. Jest ze swej istoty anarchistyczna; pozostaje w zasadniczej opozycji wobec mentalności rynkowej i zaborczego indywidualizmu”.

Jak to rozumiem? Przyjaźń to coś skrajnie prywatnego. Najbardziej intymnego i w pewnym sensie wywrotowego. To w jej obrębie możemy pielęgnować to, co w nas najlepsze. Dawać i nie oczekiwać niczego w zamian. A korzyści i tak pojawią się same. Jak wykazały badania przeprowadzone przez duńskich naukowców, obecność przyjaźni w naszym życiu zmniejsza ryzyko wystąpienia u nas zawału serca nawet o 50 proc.

Hanna Rydlewska

SIOSTRY OD KRYZYSÓW

Katarzyna MARCINKIEWICZ, 36 lat, fotografka

Dorota ŻUREK, 36 lat, psycholożka społeczna, kuratorka sądowa

Jaki obraz przychodzi wam do głowy, kiedy myślicie o swojej przyjaźni? W pierwszym momencie, bez żadnej analizy.

DOROTA ŻUREK: Liny, splątane liny. Znak nieskończoności, który obydwie nosimy przy sobie.

KATARZYNA MARCINKIEWICZ: Dorka w przedszkolu, w stroju wiewiórki. Dobra, wiem, miało być bez obciachu.

D: Co ci powiedziałam wcześniej? Nie pierzemy brudów, tak?

K: No dobrze, pomyślałam o gwieździe. Ostatnio zrobiłyśmy sobie identyczne tatuaże. Są symbolem naszych życiowych zmagań, naszej przyjaźni, która trwa od ponad trzydziestu lat.

Serio? Macie identyczne tatuaże? Jak to się stało?

D: David Bowie umarł.

K: Wybiegasz w przyszłość. Zacznijmy od początku.

Kiedy moja mama chorowała na raka, obie ją pielęgnowałyśmy. Dorota mieszka piętro niżej, pod mieszkaniem, w którym się wychowałam, a w którym moja mama spędziła wiele lat, w tym swoje ostatnie chwile. Znamy się z Dorką od zawsze, czyli od trzeciego roku życia. Od dnia, kiedy nasze rodziny wprowadziły się do jednego bloku na warszawskim Bemowie. Nie mam rodzeństwa, Dorka też nie. Kiedy mama zachorowała, zostałam z tym sama. Tata zmarł półtora roku wcześniej. No i Dorka bardzo mnie wsparła. Właściwie było tak, że opiekowałyśmy się moją mamą na zmianę, jeszcze mama Doroty była w to zaangażowana.

Parę dni po tym, jak mama odeszła, David Bowie wydał swój ostatni album „Blackstar”.

D: Jakoś nas to uderzyło. Byłyśmy świeżo po tych traumatycznych doświadczeniach. Wpadłam na pomysł, żebyśmy wytatuowały sobie gwiazdę z okładki płyty.

K: Tym bardziej że jak oglądałyśmy teledysk Bowiego, to obie wyłyśmy, nie przesadzam. To było dokładnie to, co przeżywałyśmy w poprzednich miesiącach. Używam liczby mnogiej, bo działałyśmy ramię w ramię. Dorota robiła zastrzyki mojej mamie trzy razy dziennie, bo ja nie zawsze byłam na miejscu. Mam córkę, Alę, mieszkam w innej dzielnicy, czasem musiałam być na planie zdjęciowym. Dorota i jej mama były obok.

Musiałaś je poprosić o pomoc?

K: Nie. Same mi to zaproponowały.

D: Zastrzyki trzeba było robić co sześć godzin. O 15.00, potem o 21.00...

K: Zresztą to nie były tylko zastrzyki. To było dużo więcej.

D: Dla mnie to było logiczne, że skoro mieszkam tak blisko, piętro niżej, to nie ma sensu, żeby Kasia dojeżdżała na każdy zastrzyk z Ochoty na Bemowo.

Wcześniej łączyły cię z mamą Kasi rodzinne relacje?

D: Tak. Kiedy zaprzyjaźniłyśmy się z Kasią, a nastąpiło to szybko, nasi rodzice też się polubili. Wyobraź sobie: koniec lat 80., wszyscy młodzi, biedni. Ale imprezy w bloku były na całego.

K: Brydżyki. Tak się na to mówiło.

D: Spędzaliśmy nawet razem święta. Rodzice Kasi to byli dla mnie „ciocia” i „wujek”. Do moich Kasia zwracała się tak samo.

K: Powiedzmy sobie szczerze, że scaliły nas z Dorką podobne historie. Obie miałyśmy trudne żywoty. Bo najpierw były te imprezy naszych rodziców, a później się okazało, że to już nie są żadne brydżyki, tylko nasi tatusiowie są alkoholikami.

Pili ze sobą?

K: Tak. Dopóki ojciec Doroty nie umarł.

Z powodu picia?

D: Nie, był chory na serce, ale wiadomo, że alkohol mu nie posłużył. To był jego trzeci zawał w karierze.

K: Dla mojego ojca to był wstrząs, ale chwilowy. Potem pił dalej sam.

I jak ten alkoholizm waszych ojców wpływał na waszą znajomość?

K: Miałyśmy sztamę, już od małego. Wiadomo, że to nie są tematy, o których rozmawiasz z każdym. Nie idziesz do obcych i nie mówisz: mój ojciec jest alkoholikiem. A my miałyśmy o tyle komfortową – w tym całym syfie – sytuację, że miałyśmy bardzo mądre mamy...

D: ...które były świadome wszystkiego.

K: Nie ukrywały przed nami tego, że nasi ojcowie są chorzy. U nas w domach nie było przedstawienia pod tytułem: oj cichutko, bo tatuś śpi, tatuś jest zmęczony. Żadnego zakłamania. W domu się też nie piło. Jak mamy zrozumiały, że to jest choroba, a nie zabawowy styl życia, imprezy się skończyły. Doroty ojciec, jak już ci mówiłyśmy, szybko się zawinął, a mój wychodził i pił gdzieś na zewnątrz.

Wasze mamy wspierały się nawzajem, jak wy z Dorotą?

K: O ile w czasach brydżyków były takimi przyjaciółeczkami, to później już nie. Ale nadal się szanowały i lubiły. Myślę, że moja mama miała potrzebę ucieczki od wszystkiego, co się wiązało z alkoholizmem. No i poszła w stronę wiary. Znalazła nowe koleżanki we wspólnocie religijnej. Inna sprawa, że ich chrześcijańskie miłosierdzie okazało się picem na wodę. Kiedy mama była w potrzebie – chora, już po śmierci męża – tych koleżanek nagle zabrakło. Straszna hipokryzja. I wtedy się okazało, że Dorota i jej mama są na posterunku.

A oprócz sytuacji z ojcami były jeszcze jakieś inne trudne momenty, które razem przezwyciężyłyście?

K: Potem była Doroty depresja. I choroba kręgosłupa.

D: Zachorowałam jakieś osiem lat temu. Nieprawidłowo mnie leczono i w pewnym momencie praktycznie przestałam chodzić. Byłam na skraju życia i śmierci. Drastycznie schudłam, nie miałam apetytu, leciałam ciągle na lekach przeciwbólowych. Spałam na podłodze, na łóżku nie mogłam, było dla mnie za miękkie. No i Kasia mi pomogła.

K: Brzmi to słodko, ale nie byłam żadną bohaterką. To nie było tak, że jak chorowałaś, to przy tobie czuwałam. Miałam wtedy taką fazę, że chciałam być jak najdalej od Bemowa, które kojarzyło mi się z problemami, z rodzinnym dramatem. Próbowałam się odciąć, wieść inne, osobne życie.

Chciałaś się odciąć od Bemowa? Od Doroty też?

K: Trochę tak było. To znaczy nie od niej bezpośrednio, ale od tego, w co siłą rzeczy była zamieszana.

D: Wtedy nie wiedziałam, że Kasia coś takiego czuje. W zasadzie dopiero po latach powiedziała mi, że miała nerwowe reakcje, kiedy na komórce wyświetlał się jej mój numer. Bo ja często dzwoniłam, żeby jej powiedzieć, że coś się z jej tatą dzieje. Czasem pomagałam cioci, czyli jej mamie. I te moje telefony kojarzyły się Kasi z czymś złym.

K: Oczywiście mimo tych nerwowych reakcji przejmowałam się stanem zdrowia Dorki. Traf chciał, że robiłam w tamtym czasie zdjęcia świetnemu ortopedzie. On przyjmował pacjentów prywatnie, ale za ciężkie pieniądze, a żadna z nas takimi nie dysponowała. Postawiłam wszystko na jedną kartę i opowiedziałam temu lekarzowi o Dorce, o jej przypadku. Chyba dosyć sugestywnie, bo zgodził się nią zająć. Pojechał nawet sam do niej do domu.

D: To było niesamowite. Okazało się, że to fantastyczny facet, który – widząc, w jakiej jestem sytuacji życiowej – nie wziął ode mnie nawet złotówki. Dzięki niemu wyszłam z choroby. No i dzięki Kasi, która go do mnie ściągnęła. Czasami jej mówię, że gdyby nie ona, tobym cały czas na tej glebie leżała.

Jesteście wspólniczkami w nieszczęściu?

K: Oj tak, teraz jeszcze bardziej niż kiedyś.

A dobre chwile razem? Macie takie? Czy umiecie być ze sobą, kiedy nie ma żadnego dramatu, kiedy nic się nie dzieje?

K: Rzeczywiście długo byłyśmy siostrami od kryzysów. Dorota miała swoje grono przyjaciółek, a ja swoje. Miałam też swoje przeboje osobiste. Bemowa, jak już wspomniałam, unikałam. Nasze drogi nie zawsze się przecinały. Dopiero uczymy się cieszyć tym, co dobre.

D: Bemowa unikasz do dziś.

K: To Dorka administruje moim mieszkaniem po śmierci mojej mamy.

To mieszkanie tam zostało? Nie sprzedałaś go?

D: Nie. Ma zakaz sprzedaży.

K: Dorka i jej mama mi nie pozwoliły.

Dlaczego?

D: Bo to jest jedyne, co Kasia ma. Cokolwiek się wydarzy w jej życiu, ma zabezpieczenie.

K: Być może za jakiś czas trzeba będzie podjąć jakąś decyzję. Może warto to sprzedać, kupić coś innego... Teraz o tym nie myślę. Przez pół roku po odejściu mamy nie byłam w ogóle w stanie tam pojechać. Dorka i jej mama wpadały tam, podlewały kwiatki, otwierały okna. Próbowały delikatnie skłonić mnie do tego, żebym się zajęła mieszkaniem, wynajęła je. Wymigiwałam się. W końcu zebrałam się w sobie, ale bez ich pomocy nie dałabym rady. Razem wszystko pakowałyśmy, segregowałyśmy, wyrzucałyśmy to, co zbędne.

D: To były rzeczy osobiste, ubrania po rodzicach Kasi. Bardzo intymne doświadczenie.

K: Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś inny mógł tego dotykać. Likwidowałam z Dorką swój dom rodzinny.

Patrząc na to z boku, można powiedzieć, że Dorota jest twoim łącznikiem z przeszłością. Oderwałaś się od tego, co było, ale dzięki niej zachowałaś ciągłość.

K: Myślę, że tak, Dorka jest strażniczką mojej rodzinnej pamięci.

D: To działa w obie strony. Kasia jest jedyną osobą z mojego bliskiego grona, która znała mojego ojca, moją babcię. Ja też znałam jej rodziców, jej babcię, która zmarła w latach 90. Mało tego, obie utrzymujemy kontakt z drugą babcią Kasi, która mieszka w Szwecji.

Czy po tylu latach znajomości potraficie siebie jeszcze czymś zaskoczyć?

D: Nie jestem pewna, czy to możliwe. Kiedy do siebie dzwonimy, to już po sposobie, w jaki druga odbierze, powie „halo”, potrafimy ocenić, czy coś się dzieje.

A bywacie zazdrosne o inne przyjaźnie? O jakieś koleżanki, o których słyszycie i do których wy nie macie dostępu?

D: Teraz już nie. Ale w czasach licealnych byłam zazdrosna o to, że Kasia ma inne przyjaciółki. Bałam się, że ją stracę, że sobie znajdzie kogoś innego.

I robiłaś jej awantury?

D: Nie.

K: Dorota jest taka zamknięta w sobie.

D: Obie jesteśmy, raczej nie mówimy o swoich uczuciach.

K: To nieprawda!

D: Dopiero się otwieramy na wyrażanie uczuć, ale obydwie miałyśmy taką tendencję, żeby zamykać się w sobie, jak tylko pojawią się kłopoty.

K: Zdaje się, że Dorota ma na myśli to, że my bardziej siebie nawzajem czujemy, niż o tym mówimy. Czujemy siebie, to dobre określenie. Nie babrzemy się w swoich emocjach, nie zawsze nazywamy głośno to, co nas boli. Wszystko rozgrywa się między słowami. Kiedy mówię, że mam doła, Dorota już wie, co i jak.

I co wtedy robi?

K: Często na mnie krzyczy.

D: Tak, potrafimy ostro ze sobą rozmawiać. Ostatnio bardzo źle się czułam. Powtarzałam, że życie nie ma sensu, że chcę umrzeć. Wtedy do akcji wkroczyła Kasia. Powiedziała: „Co ty gadasz, ile ty masz lat? Jesteś mi potrzebna, bez ciebie sobie nie poradzę, nawet się nie wygłupiaj”. W ten sposób stawiamy siebie do pionu.

Czy przez to, że się razem wychowywałyście, że obie jesteście DDA [Dorosłe Dziecko Alkoholika – przyp. red.], upodobniłyście się do siebie psychicznie?

D: Chyba tak. Mamy podobny sposób myślenia, patrzenia na życie. Zresztą ja w ogóle tej relacji z Kasią nie traktuję już teraz, po tym wszystkim, jak przyjaźni. Dla mnie to jest coś więcej. Najbardziej pasuje mi tutaj określenie soul sisters. Mamy porozumienie dusz, bo tyle przeżyłyśmy różnych sytuacji...

K: Graniczne doświadczenia niesamowicie łączą.

Kasiu, kiedy odchodziła twoja mama, inni też próbowali ci pomóc? Dopuszczałaś ich? Czy tylko Dorota była dla ciebie do zaakceptowania?

K: W takich momentach to wsparcie to jest trochę mit. Ludzie się boją zbliżyć do cudzego nieszczęścia. Jednocześnie ja też jestem osobą, która nie oczekuje niańczenia. Dużo przeszłam i wiem, że jakoś tam zawsze sobie poradzę. W obliczu chorób, umierania człowiek w gruncie rzeczy jest sam. A jeśli ma obok siebie oddanego przyjaciela, który jest gotowy pomóc, to już jest niesamowitym szczęściarzem. Ja tak miałam, w dodatku mam wspaniałego partnera, Michała, który pomagał mi w codziennym życiu, w całej tej logistyce, której wymaga funkcjonowanie w cieniu choroby.

Byli też brat mamy i jej siostra z córkami, ale to Dorota była non stop.

Czyli nie było tak, że odtrącałaś pomoc innych ludzi, a raczej – że tej pomocy nie było?

K: Nie chcę nikogo oceniać. Dużo osób pisało do mnie na przykład wiadomości na Facebooku. Ale trudno oczekiwać, żeby ktoś, kto nie znał mojej mamy, nagle przyjeżdżał i zmieniał jej opatrunki.

D: Mama Kasi mogłaby się w takiej sytuacji krępować. Jej choroba postępowała szybko, ona też się przez to zmieniała. Była w pełni świadoma tego, co się z nią dzieje, i wiedziała, jak to się skończy. Zdiagnozowano ją tak późno, że nie było już nadziei. Było jej łatwiej z tym, że opiekuje się nią osoba, którą zna od trzydziestu lat.

A rozmawiałaś z mamą Kasi o Kasi? Czy ona poprosiła cię na przykład, żebyś zaopiekowała się jej córką?

D: Tak, miałyśmy takie rozmowy. Powiedziałam jej, żeby się nie martwiła, bo ja Kasi nigdy nie zostawię. Ciocia Tereska miała świadomość, że Kasia zostaje sama. To znaczy wiedziała, że Kasia ma Michała i Alę, ale jej dom rodzinny przestaje istnieć. Dla cioci było bardzo ważne, żeby Kasia miała takie oparcie, kogoś, kto zna ją od lat.

K: Mama widziała, że mogę na Dorkę liczyć. Codziennie coś nowego wychodziło. Stan zdrowia mamy pogarszał się błyskawicznie, więc trzeba było siedzieć w internecie, szukać informacji, kontaktów, dzwonić po szpitalach, załatwiać rozmaite preparaty.

D: W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że musimy załatwić hospicjum domowe, bo same sobie nie damy rady. Potrzebna była stała opieka lekarska.

K: To Dorota mi o tym powiedziała. Pojechałyśmy nawet razem do hospicjum, żeby wypełnić te wszystkie papiery. Jestem przekonana, że bez Dorki bym sobie nie poradziła. Wzruszało mnie też to, że to wszystko odbywało się tak naturalnie, że ona nie oczekiwała ode mnie wdzięczności. Mówiłam: „Dobra, jadę to załatwić”, a Dorota na to: „OK, jadę z tobą”.

Pod koniec przy mamie trzeba już było być non stop. Czasem nocowała u niej Dorka, czasem ja, ale zdarzyło się, że nocowałyśmy tam razem. Pamiętasz?

D: Tak, to była ostatnia noc, kiedy ciocia była przytomna. Spędziłyśmy z nią też ostatni dzień, ostatni dzień jej świadomości. Później zapadła już w coś, co przypominało śpiączkę.

K: Pamiętam, że uparłam się tego dnia, że zrobię pranie. Mama mówiła: „Nie pierzcie, nie pierzcie dziewczynki”. A ja nawaliłam do tej pralki wszystkiego i wysadziło korki. Nie miałyśmy prądu. Śmiałyśmy się z tego we trzy.

D: Potem usiadłyśmy obok łóżka, w którym leżała ciocia. Popatrzyła na nas i zapytała: „Czy to już jest koniec?”. Nie wiedziałyśmy, co odpowiedzieć. W końcu ty, Kasiu, powiedziałaś: „Nie wiem, mamo”. „Tak, to już koniec” – stwierdziła. Zamurowało nas. Zapadła cisza. Milczałyśmy tak dłuższą chwilę. I nagle ciocia: „A obiad to dzisiaj będzie?”. Zreflektowałyśmy się, że nie mamy nic do jedzenia. Poleciałyśmy gotować zupę pomidorową. Tak to się wszystko ze sobą przeplatało, te chwile dramatyczne i te bardziej zabawne.

Czy przez te wszystkie doświadczenia związane z chorobami i śmiercią teraz boicie się nawzajem o swoje zdrowie?

D: Tak. Pilnujemy swoich badań. Ochrzaniamy się, kiedy trzeba. Ale też staramy się nie przesadzać. Kiedy Kasię w boku kłuje i mówi, że ma raka, to jej mówię, że jest wariatką, bo miała wszystkie badania robione niedawno i wyszły w porządku.

K: Chcemy odetchnąć, ale nie zawsze się udaje. Niedawno Dorota miała problemy z tarczycą, nie było wiadomo, co to jest. Od razu się wkręciłam, pytałam znajomych, czy wiedzą, co się w takich przypadkach robi. U nas już chyba musi tak być, że zawsze coś się dzieje. Opiekujemy się sobą nawzajem. I marzymy o tym, żeby przeżyć coś beztroskiego.

D: Mamy pomysł, żeby polecieć do Szwecji, odwiedzić babunię.

Jak często się widujecie?

D: To zależy, że tak powiem, od potrzeby. Czasami raz w tygodniu, czasami raz w miesiącu, ale cały czas jesteśmy w kontakcie.

K: Zdarzają się też dłuższe okresy odłączenia. W wakacje siedziałam w Dębkach i właściwie nie widziałyśmy się i nie słyszałyśmy przez dwa miesiące.

D: Ale jak wpadłaś na jeden dzień do Warszawy, od razu przyjechałaś do mnie.

W takich momentach – jak to ładnie mówicie – odłączenia nie boicie się o waszą przyjaźń?

K: Nie, jestem jej w stu procentach pewna.

D: Ja też. Nie muszę wisieć z Kasią na telefonie, żeby czuć, że o mnie pamięta. Nie mam potrzeby wiedzieć, co robi w każdej godzinie, każdego dnia. Gdyby coś było u niej nie tak, wiedziałabym o tym pierwsza.

K: Czasem mam tylko wyrzuty sumienia, że dawno nie gadałyśmy, ale to nie wynika z mojej obawy, że coś się między nami psuje. Nasza relacja jest tak dojrzała, że wiem, że nawet jakbyśmy się ze sobą nie słyszały przez pół roku – co ciężko mi jest sobie wyobrazić – to i tak by się nie skończyła. Troszczymy się o siebie, potrzebujemy tego bardziej niż omawiania codziennych spraw. Troska to klucz do naszej bliskości.

A potrafiłyście interweniować nawzajem w swoim życiu, jeśli czułyście, że ta druga trochę zbacza z właściwego kursu? No, że z jakimś niefajnym facetem się wiąże na przykład. Potrafiłyście powiedzieć: „Ogarnij się, on cię wykorzystuje, nie możesz z nim być”?

D: Kiedy Kasia po raz pierwszy wychodziła za mąż, to ja wiedziałam, że to nie jest facet dla niej, że ona popełnia błąd.

Powiedziałaś jej to?

D: Nie, bo rozumiałam, dlaczego ona to robi, znałam całą otoczkę. Poza tym i tak by mnie nie posłuchała. Wytłumaczyłam sobie, że widocznie musi coś z tego wynieść, musi sama dojść do wniosku, że to nie to. Ja za nią życia nie przeżyję, prawda? Natomiast później, jak mi powiedziała: „Hej, właściwie to się rozwodzę”, odpowiedziałam od razu: „Bardzo dobrze. Wiedziałam, że nie jesteś szczęśliwa, że się dusisz”.

Wspieramy się w trudnych chwilach, cieszymy się ze swoich sukcesów, ale nie dajemy sobie złotych rad. Nie mówimy: „Ja bym to zrobiła inaczej”.

K: Ja miałam wątpliwości co do niektórych relacji, w które wchodziła Dorota, nie zgadzałam się z jej decyzjami. Ale nie manifestowałam tego. Jesteśmy integralne – możemy się wspierać, ale nie sterujemy sobą nawzajem.

Czy kiedykolwiek się na sobie zawiodłyście?

K: Znamy się szmat życia. Chodziłyśmy razem do przedszkola i do podstawówki. Miałyśmy różne fazy, czasem się rozłączałyśmy, nie zawsze byłyśmy ze sobą tak blisko. Ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nigdy nie wyrządziłyśmy sobie świństwa. Kłótnie były, jasne. Chyba nie ma wieloletniej relacji, która obyłaby się bez kłótni. Ale nie było obgadywania ani podstawiania sobie nogi. Różne znajomości wykruszały nam się po drodze, a nasza trwa do dziś.

D: Wydaje mi się, że to przychodzi z wiekiem. Człowiekowi nie chce się już tracić czasu. Ma tyle do zrobienia w życiu, że nie chce mu się spotykać z ludźmi, z którymi łączy go jakaś gra pozorów. Czas weryfikuje, które relacje są wartościowe.

K: Myślę, że to jest niewykluczone, że zamieszkamy razem na starość.

Za co siebie najbardziej doceniacie?

D: Cenię Kasię za to, że jej nie odbija sodówka. Obraca się w takich światkach różnych, artystycznych, ale się nie zmieniła. Nie stała się przez to jakaś dziwna, obca. Jest normalna. To znaczy, my jesteśmy porąbane, ale Kasia jest normalna w ten nasz porąbany sposób.

K: A ja doceniam Dorkę za dobro. To jest taki człowiek, który bezinteresownie czyni dobro. I to nie tylko w naszej relacji, ale w ogóle. Wiem, że to brzmi patetycznie, ale taka jest prawda.

Rozdział 1

PRZYJAŹŃ – INNY WARIANT MIŁOŚCI

Rozmowa z DR. KONRADEM MAJEM

DR KONRAD MAJ – psycholog społeczny, Kierownik Centrum Innowacji Uniwersytetu SWPS, adiunkt w Katedrze Psychologii Społecznej. Specjalizuje się w psychologii grup społecznych, komunikacji, psychologii wpływu społecznego oraz innowacjach społecznych. Prowadzi zajęcia na kierunku psychologia oraz dziennikarstwo i komunikacja społeczna oraz szkolenia w ramach Centrum Kształcenia Praktycznego SWPS.

Dlaczego dyskryminujemy przyjaźń? Jak to się dzieje, że relację miłosną uznaje się za głębszą, ważniejszą, wymagającą większego zaangażowania od tej przyjacielskiej?

– Miłość jest mocno obecna w kulturze. Proszę spojrzeć, ile poematów napisano o miłości, a ile o przyjaźni. Miłosne uniesienia odbieramy jako niezwykłe, natomiast przyjaźń wydaje nam się czymś ważnym, potrzebnym, ale zwyczajnym. Być może ma to związek z tym, że o miłości zwykło się powtarzać, że łączy nas z jednym, przeznaczonym nam człowiekiem, a przyjaciół można mieć wielu. Oczywiście mówię tu o miłości romantycznej, a nie tej, którą żywimy chociażby do członków naszej rodziny.

To przekonanie o mniejszej sile przyjaźni jest fałszywe z wielu względów. Po pierwsze, przyjaciół w dorosłym życiu wcale nie mamy na pęczki. Znalezienie kogoś bliskiego i umiejętne podtrzymywanie z nim platonicznego związku przez długi czas nie jest łatwe. Po wtóre, w psychologii mówi się o tym, że można kochać miłością romantyczną więcej niż jedną osobę. Takie przypadki zdarzają się stosunkowo często, tyle że poligamia nie jest w naszej kulturze mile widziana, więc ludzie dokonują wyborów. Nie przesadzałbym zatem z tym, że przyjaźń jest taka pospolita, a miłość to magiczne uczucie na wyłączność.

A może w ogóle podział na miłość i przyjaźń jest bez sensu? Bo czym właściwie przyjaźń różni się od miłości: tylko aspektem erotycznym, czyli przyjaźń to miłość bez seksu?

– Podobieństwa oczywiście występują: i tu, i tu mówimy o zaufaniu, chęci przebywania razem, tęsknocie, akceptacji. Współczesna neuropsychologia udowodniła jednak, że jest też sporo różnic. Można je zaobserwować już na poziomie fizjologii. Początki miłości to przecież potężna dawka hormonów. Oksytocyny, wazopresyny, adrenaliny, fenyloetyloaminy, dopaminy i endorfin. Za ich sprawą dwanaście obszarów mózgu zostaje bardzo silnie pobudzonych. Ta mieszanka działa na nas trochę jak kokaina – na haju nic nas nie boli, jesteśmy pełni energii i wigoru, możemy przenosić góry. Stan zakochania to chemiczna burza.

Mam wrażenie, że podobnie możemy czuć się w towarzystwie przyjaciela, kiedy widzimy, że on nas rozumie, akceptuje i wspiera. Przyjacielska pełnia może być doskonałym źródłem endorfin.

– Hormony, o których wspomniałem, wytwarzają się również w relacjach przyjacielskich, ale w zupełnie innym natężeniu. Pierwsza faza zakochania w miłości romantycznej to kop, który nie jest porównywalny z niczym innym. Co więcej, wykazano, że do zakochania może dojść błyskawicznie, czasem to ułamek sekundy, który wyzwala hormonalną lawinę. W przypadku bliskich, ale platonicznych, relacji takich nagłych efektów nie będzie.

Ale z całą pewnością ci, którzy mają przyjaciół, mogą liczyć na więcej endorfin, a te hormony z kolei pozwalają nie tylko doświadczać przyjemności, lecz także lepiej radzić sobie z bólem. W badaniach przeprowadzonych przez Uniwersytet Oksfordzki wykazano, że ci, którzy deklarowali większą liczbę bliskich relacji z innymi ludźmi, byli w stanie łatwiej znosić zlecone im – dość niewygodne, związane z bólem – aktywności fizyczne.

Może to dobrze, że w przyjaźni nie grozi nam lawina? Relacje przyjacielskie są zbudowane na znacznie bardziej stabilnym podłożu, na mozolnie wypracowanych więziach, a nie na czymś ulotnym, wynikającym z naszej fizjologii.

– Niewątpliwie tak, na przykład w przypadku przyjaźni nie ma dla nas aż takiego znaczenia to, jak ktoś wygląda.

Nie ma?

– Wiadomo, że to się nie sprawdza w stu procentach. Zdarza się, że ktoś o doborze przyjaciół decyduje, biorąc pod uwagę określone cechy ich powierzchowności. Generalnie nie jest to jednak główny czynnik, na którym się koncentrujemy, zawiązując z kimś przyjacielską znajomość.

Chciałbym tu od razu obalić mit, który głosi, że przyjaźń to coś bezinteresownego. Ludzie czerpią z przyjaźni konkretne korzyści: wsparcie, pocieszenie, pomoc w kryzysowych sytuacjach. Także samo przebywanie w towarzystwie kogoś atrakcyjnego, również fizycznie, może być przyjemne, nawet jeśli to nie ma podtekstu erotycznego i nie zmierza do seksu.

A właśnie miałam pana pytać o to, czy zaryzykowałby pan stwierdzenie, że przyjacielska bliskość jest unikalna, bo bezinteresowna, bazująca wyłącznie na wzajemnej fascynacji, a nie na dzieciach, kredycie, wspólnych życiowych planach, jak to ma miejsce w przypadku wielu związków.

– Przyjaźń nie jest przejawem naszego altruizmu, co wcale nie umniejsza jej wartości. Bo to, że z kontaktów z innymi ludźmi czerpiemy jakieś korzyści, jest stanem naturalnym i pożądanym. Ważne, żeby zachować tu zasadę dwustronności, no i skupiać się raczej na korzyściach niematerialnych. Wśród podstawowych profitów, jakie przynosi nam przyjaźń, wyróżniłbym poczucie bezpieczeństwa, którą ona daje.

Bo przyjaźń bywa trwalsza niż miłość, mniej kapryśna?

– Przyjaciół dobieramy sobie zazwyczaj ze względu na jakieś wrażenie wspólnoty, które wraz z kolejnymi zdobytymi doświadczeniami tylko się pogłębia. To współdzielenie doświadczeń konsoliduje relację. Bywa tak, że wchodzimy w kolejne związki, wychodzimy z nich mniej lub bardziej niespodziewanie, szukamy miłości, a jedyną stałą w naszym życiu są przyjaciele, którym opowiadamy o tych przygodach. Możemy liczyć na zrozumienie z ich strony, wiemy, że bez względu na wszystko nas nie odtrącą. To chyba kwintesencja bezpiecznego układu.

Dla wielu osób to jest istotne, że w przyjaźni mogą liczyć właśnie na ciągłość relacji. Z czego ta ciągłość wynika? Czy w przyjaźni jesteśmy bardziej wyrozumiali niż w miłości?

– Kiedy jesteśmy w związku, czyli w relacji silnie współzależnej, praktycznie codziennie jesteśmy w stałym kontakcie z partnerem, bezustannie coś razem ustalamy, planujemy. Błąd partnera może w nas uderzyć znacznie mocniej niż ten popełniony przez przyjaciela, choćby najbliższego. Potknięcia w miłosnym układzie trudniej się wybacza, wobec kochanków mamy mniej wyrozumiałości. Badania nad emocjami wskazują zresztą, że więcej trudnych emocji rozmaitej treści generujemy właśnie wobec osób nam najbliższych.

Równolegle trzeba zauważyć, że związek to instytucja, która ma wyznaczone cele do zrealizowania. Wojna domowa nie może się zatem przedłużać w nieskończoność. Obowiązki związane z utrzymaniem rodziny czy domu, zaplanowane wcześniej wspólne wakacje czy święta wymuszają na partnerach zawarcie pokoju. A w przyjaźni... No cóż, nawet drobnostka może spowodować milczenie, które trwać będzie długie lata. Krótko mówiąc – w miłości ból związany z doznanym zawodem może być większy, ale zwykle szybciej przechodzi, ewentualnie zostaje głęboko ukryty.

Powiedział pan, że dobieramy sobie przyjaciół ze względu na pewne emocjonalne połączenie. Czyli próbujemy załatać relacjami przyjacielskimi deficyty w kontaktach z rodzicami czy rodzeństwem?

– Badania, które przeprowadzili Nicholas A. Christakis z Uniwersytetu Yale oraz James H. Fowler z Uniwersytetu Kalifornijskiego, pokazały, że ci, których sobie wybieramy na przyjaciół, są do nas bardziej podobni pod względem struktury DNA niż inne obce nam osoby pochodzące z tej samej populacji. Co ciekawe, te podobieństwa skutkują na przykład tym, że przyjaciołom podobają się te same zapachy.

System rodzinny to dla nas pewien wzór, naturalny punkt odniesienia. Istnieje koncepcja, że w dorosłym życiu człowiek kopiuje schematy zachowań, które nabył w dzieciństwie. Załóżmy, że dziecko ma opiekuńczych rodziców, że w rodzinie panują stabilne relacje. W takiej sytuacji nie boi się ono zostać samo w pokoju, nie wszczyna alarmu, kiedy na chwilę brakuje mu towarzystwa dorosłych. Z kolei dziecko rodziców, którzy zaniedbują swoje obowiązki, którzy nie dają mu poczucia stabilności, będzie reagowało inaczej: szybko zrobi się marudne, nieufne. Kiedy mama wyjdzie z pokoju, zacznie płakać, bo nie będzie pewne, czy ona wróci. Kiedy takie osoby dorosną, schematy z przeszłości wciąż będą promieniować na ich decyzje życiowe. Człowiek, który nie potrafił zaufać w przeszłości opiekunom, nie będzie ufać również partnerowi, przyjaciołom. Może wytworzyć się u niego tzw. styl lękowo-ambiwalentny, ze skłonnością do zazdrości, huśtawek nastrojów, podawania w wątpliwość siły tworzonych przez siebie związków.

Nie twierdzę, że jesteśmy skazani na powielanie wzorców z dzieciństwa, jednak nie da się zaprzeczyć, że to podstawa naszego funkcjonowania. Rodzina to pierwszy model relacji społecznych, z którymi mamy kontakt.

Szukamy w dzieciństwie, a może powinniśmy przyjrzeć się pierwszej istotnej przyjaźni, którą w życiu zawiązaliśmy? Niektórzy seksuolodzy przekonują, że przebieg inicjacji seksualnej może mieć wpływ na to, jak zachowujemy się potem w naszym życiu erotycznym. Czy tak samo jest w przyjaźni?

– Osobowość człowieka kształtuje się przez całe życie. Ale w sensie społecznym kluczowym momentem są okolice piątego roku życia. To okres, w którym dziecko nawiązuje pierwsze znajomości, wchodzi w pierwsze przyjaźnie. Wczesne doświadczenia mają olbrzymie znaczenie, bo tworzą społeczną mapę świata. Na ich podstawie dziecko uczy się, że świat jest pozytywny, wspierający lub odwrotnie – doświadcza czegoś nieprzyjemnego i wytwarza u siebie mechanizmy obronne. Później ewentualna zmiana tych nawyków wymaga wytężonej pracy.

Czyli jeśli w dzieciństwie, wśród rówieśników, byłam raczej typem obserwatorki, a nie prowodyrką zabaw, to potem w dorosłym życiu właśnie w ten sposób będę się ustawiać społecznie?

– To bardzo prawdopodobne. Młody człowiek próbuje się sprawdzać w różnych rolach społecznych: lidera, szarej eminencji, błazna. W tym ostatnim przypadku nie ma to negatywnych konotacji. Błazen to po prostu osoba, która potrafi rozbawić towarzystwo.

To jest jej strategia przetrwania?

– Tak, bo znajduje swoje miejsce w grupie, dzięki temu dobrze się w niej czuje. Można powiedzieć, że życie polega między innymi na testowaniu tego, która rola społeczna do nas pasuje. Jeśli jakaś wyjątkowo nam przypadnie do gustu w dzieciństwie czy okresie nastoletnim, to nie będziemy chcieli z niej wychodzić w późniejszym okresie. Po co zmieniać coś, co się sprawdziło, co w naszym przekonaniu jest dobre? Ważny jest tutaj motyw afiliacji, czyli potrzeba bycia z ludźmi i między ludźmi. Zawsze chcemy gdzieś przynależeć, stowarzyszać się, wchodzić w skład jakiejś, choćby małej, zbiorowości.

A przede wszystkim: chcemy być akceptowani przez członków tej grupy.

– Poza nielicznymi wyjątkami – wszystkim nam zależy na tym, żeby dobrze funkcjonować w grupie. Wspólnota ta opiera się przede wszystkim na rozmowie, na wymianie danych. To atawizm, jedno z naszych pierwszych społecznych dążeń. Przejawiamy je już w początkowej fazie życia. Potrzeby związane z miłością, związkami, założeniem rodziny pojawiają się dużo później. I można powiedzieć, że w realizowaniu tych potrzeb odwołujemy się do sfery relacji grupowych, przyjacielskich.

Bez miłości da się żyć. Bez przyjaźni to raczej niemożliwe. Obroniłby pan taką tezę?

– Byłoby mi pewnie ciężko. Są przecież ludzie, którzy funkcjonują bez przyjaźni, którzy z różnych powodów, również osobowościowych, wybierają wyłącznie powierzchowne więzi. Są i tacy, którzy wszystkie swoje potrzeby realizują w związku opartym na zlaniu się osobowości, więc na przyjaźń w ich życiu nie starcza już miejsca.

To jest niebezpieczne, bo w tym modelu stawiają wszystko na jedną kartę.

– Ciężko porównywać, co tu jest bardziej wartościowe – taka miłość czy przyjaźń.

Mam teorię, że zlanie się osobowości partnerów nie służy związkowi. To ważne, żeby poza nim mieć coś jeszcze. Nawet nie chodzi o to, że to jakieś koło ratunkowe na wypadek miłosnej katastrofy, ale o posiadanie własnej przestrzeni. To chyba fajne, jeśli my też coś do związku wnosimy, jeśli możemy coś naszemu partnerowi pokazać, opowiedzieć, zaskoczyć go czymś?

– Zgoda, ale bardzo ciężko obronić pani tezę o tym, że to niebezpieczne, bo przecież na świecie jest mnóstwo osób, które pozostają w bliskich związkach, mają tę swoją miłość i świata poza nią nie widzą. I w ogóle nie zadają sobie pytania o przyjaźń. „Jak to, przecież mój partner jest moim przyjacielem i to mi w zupełności wystarcza” – powiedziałby pani ktoś taki. Chyba że możemy przyjąć taką perspektywę, że nasz partner może być naszym najlepszym przyjacielem.

A może? Nie ma tu konfliktu interesów? Nie jest tak, że przyjaciel jest potrzebny na przykład po to, by móc ponarzekać na partnera?

– W momencie gdy problem, o którym chcemy porozmawiać, dotyczy partnera, czy też partner jest w jakiś sposób w niego zamieszany, podobny konflikt wystąpi. Przyjaciel to dla nas często ktoś w rodzaju doradcy, zewnętrznego superwizora czy recenzenta. Taka osoba zna nas dobrze – nasze potrzeby, zwyczaje, sposób myślenia, a jednocześnie nie bywa tak surowa i tendencyjna jak rodzic. Przyjacielowi można się wygadać.

Bez wątpienia wtedy, gdy przeżywa się problemy w związku, a nie ma się u boku przyjaciela, można dopiero docenić, jak bardzo jest on ważny. A kłopoty dnia codziennego zwykle omawiamy sobie z naszym „przyjacielem pierwszego kontaktu”, czyli mężem, żoną, partnerem czy partnerką.

Inna sprawa, że przyjaźń powinna być komponentem każdej miłosnej relacji. Bo kiedy mija początkowy szał uniesień, to właśnie przyjaźń jest spoiwem.

– Kiedy namiętność opada, związek przechodzi w inną fazę, jest wtedy napędzany przez to, że jesteśmy dla siebie przyjaciółmi. To składa się na kluczową dla każdego związku intymność, czyli świat wspólnych doświadczeń, tajemnic, wiedzy niedostępnej dla innych. Przykładowo – wszyscy na forum publicznym gramy pewne role, mamy jakieś swoje schematy postępowania, gdzie zachowanie regulowane bywa przez określone ukryte intencje. To wszystko jest czytelne dla naszych partnerów i przyjaciół, oni wiedzą, o co nam chodzi, co się z nami dzieje. I to z nimi, w kuluarach, omawiamy później szczerze różne sytuacje, w których braliśmy udział.

Kilka dni temu oglądałem koreański film pt. „Nie opuszczaj mnie”, niezwykły obraz przedstawiający starsze małżeństwo, które jest ze sobą od 70 lat. To wspaniałe studium intymności dwojga dojrzałych osób. Niebywałą przyjacielską więź łączącą bohaterów widać praktycznie w każdej scenie, choć można również dostrzec elementy namiętności, którą małżonkowie wciąż odczuwają.

Może i początek przyjaźni pod względem hormonalnym nie przypomina stanu zakochania, jednak w przyjaźni można wyróżnić typowe dla miłosnego związku fazy: od gwałtownej fascynacji aż po kryzys wynikający z uczuciowej rutyny. Przyjaciół dopadają podobne problemy i rozterki co kochanków, prawda?

– Problemy, rozterki, kłótnie czy nawet przejawy zazdrości to oczywiście część przyjaźni, ale dynamika relacji jest zupełnie inna. Zwykle wystarczy nam kilka minut, aby zdecydować, czy wejdziemy z kimś w kontakt, czy nie. Z kolei zakochać się możemy w mgnieniu oka.

Dalej też jest inaczej – w przyjaźni nie występuje przecież namiętność, a to ona dodaje najwięcej emocji do relacji. Nie można mówić o przyspieszonym biciu serca, niechęci do jedzenia, nie ma w niej tych wszystkich ochów i achów. Brak zastrzyku z dopaminy, który ma miejsce w wypadku zakochania, możemy więc zachować w miarę trzeźwy ogląd sytuacji. Zatem przyjaciół dobieramy sobie bardziej racjonalnie i utrzymujemy z nimi więzi w sposób bardziej przemyślany, niż bywa to w przypadku związków miłosnych. W związku przyjacielskim nie powinno być również wzrostu poziomu testosteronu, który odpowiada za pożądanie seksualne, czy skoków noradrenaliny uwalnianej w odpowiedzi na stres. Wśród przyjaciół niewątpliwie uwolnią się za to spore ilości oksytocyny (u kobiet) i wazopresyny (u mężczyzn), które to odpowiadają za uczucie komfortu i zaufania, a także endorfin, które wpływają na poprawę samopoczucia.

W przyjaźni mówimy o silnie rozbudowanej sferze intymnej bazującej na wspólnych upodobaniach, powiedzonkach, na braku wstydu. Ta sfera w zasadzie stale się powiększa, choć bywa zaburzona jakimiś przejściowymi problemami. Gdy jednak w takiej relacji zaczyna się pojawiać silne uczucie tęsknoty, zazdrości, chęć stałego przebywania z drugą osobą, obsesyjne myślenie o niej – to po prostu już nie jest przyjaźń. To znak, że zaczął się stan zakochania.

Miłosny afekt może pojawić się niezwykle gwałtownie, wyzwolić go może subtelne spojrzenie czy dotyk. Potem taki stan się pogłębia i rozwija. Ale na początku można się z tego wyleczyć, gdy dostrzeże się w obiekcie westchnień jakąś poważną wadę, zwłaszcza coś, co ma tzw. charakter wspólnotowy, np. niemoralność, skąpstwo, nieuprzejmość. Później już jest trudniej – zaczyna pracować wyobraźnia, pojawiają się omówione już efekty psychofizjologiczne. W starszym wieku, gdy nie ma już tyle neurohormonalnej ekscytacji, zakochanie aż tak gwałtowne nie jest. Mniej istotny jest błysk w oku niż umysł, mądrość życiowa, wartości czy też posiadane zasoby. A to wszystko wymaga głębszego poznania kogoś.

Prof. Zimbardo twierdzi: „Lubimy ludzi, dla których już jesteśmy atrakcyjni i którzy okazują nam to, wyświadczając przysługi i mówiąc o nas miłe rzeczy”. Czyżbyśmy byli aż tak łasi na komplementy?

– To naturalne, bo komplemenciarze zaspokoją jeden z najsilniejszych motywów ludzkiego postępowania – dążenie do posiadania pozytywnego obrazu siebie. Przeglądamy się codziennie w lustrze społecznym. Komplement to sygnał, że w tym lustrze wyglądamy dobrze. Ale nie zawsze komplementy tak działają. Zbyt duża ich dawka, zwłaszcza przekazana w nieadekwatnej do tego sytuacji, jest sygnałem alarmowym, że ktoś próbuje nami manipulować. Ludzie są też bardzo podatni na komplementy w dziedzinach, do których aspirują. Powiedzenie miss świata, że jest ładna, nie zrobi na niej wrażenia, ale pochwalenie jej za świetną grę w tenisa – już tak. Szczególnie jeśli niedawno rozpoczęła naukę gry.

Tutaj potwierdza się spostrzeżenie wielu psychologów, że przyjaźń ma umacniać naszą samoocenę.

– Ale chyba nie ma w tym niczego złego, przyjaciele są tu przecież komplementarni – zwykle nawzajem się wzmacniają, grają w jednej drużynie. A motyw dążenia do pozytywnej samooceny jest jednym z najsilniejszych. Trudno sobie wyobrazić przyjaźń, w której dwoje ludzi nie zgadza się w kwestiach fundamentalnych, nie podziela wspólnych wartości. Nas bardzo wzmacnia to, że inni myślą podobnie. Wierząc, że naszym bliskim zależy na nas, budujemy poczucie własnej wartości. Rozmowa z dobrym znajomym może dać nam nadzieję, przywrócić kontrolę i poczucie własnej skuteczności albo dać konkretną pomoc – bo przecież do kogo mamy się zwrócić, kiedy nasz związek się rozsypał i na gwałt potrzebujemy się dokądś wyprowadzić?

A szczerość? Czy to nie jest podstawa przyjaźni? Fakt, że możemy liczyć na to, że bliski nam człowiek powie, co myśli o naszym zachowaniu, o naszych poglądach?

– Jeżeli traktujemy kogoś jak przyjaciela, to liczymy na to, że nie tylko wspomoże nas w potrzebie, ale i przekaże prawdę, nawet gorzką. Podobnie jak zakładamy, że będzie nam otwarcie mówił o swoich przeżyciach, że nie będzie stosował żadnych form autoprezentacji w kontaktach z nami. Wymiana intymnych informacji daje szansę zbudowania świata, do którego nikt poza przyjaciółmi nie ma dostępu. Nierzadko wystarczy im jedno słowo, żeby zrozumieć, do czego odnosi się jakieś nawiązanie, co się za nim kryje.

Trzeba jednak przyjąć, że przyjaciel może okazać się równie tendencyjny jak my sami – zna daną sprawę jedynie z naszych relacji, zatem powierzchownie i jednostronnie. Bywa, że ludzie w przyjaźni poszukują stale, świadomie lub nie, jedynie potwierdzenia skonstruowanego już wcześniej poglądu. Wtedy, gdy przyjaciel zgłasza inną opinię, przestaje być przyjacielem. Ale można w tym wypadku mieć wątpliwość, czy takie instrumentalne wykorzystywanie relacji to jeszcze przyjaźń.

Przyjaciele wytwarzają własny kod porozumiewania się, który w sytuacjach publicznych umożliwia im przekazywanie sobie ukrytych komunikatów. To potęguje poczucie bliskości.

– Oczywiście wspólny język skutecznie zbliża. W stosunkach towarzyskich przyjaciele grają też często na siebie – jedna osoba robi wszystko, żeby druga wypadła jak najlepiej. Ten kod porozumiewania się, tak istotny w przyjaźni, nawiązuje do wspólnoty doświadczeń, o której mówiliśmy wcześniej. Przyjaciel jest świadkiem naszego życia. To ktoś, kto jest stale w pobliżu, kto ma wiedzę na nasz temat i w stosownym momencie może nam przypomnieć, kim jesteśmy, porównać nasze teraźniejsze wcielenie do naszego „ja” z przeszłości.

Badania pokazały również, że to właśnie przyjaciele są dla nas głównym obiektem do robienia porównań. A jak wiadomo – wiedzę o tym, jacy jesteśmy, czerpiemy z porównywania się do innych. Bo niby jak inaczej mamy się dowiedzieć, czy jesteśmy atrakcyjni i zdolni, czy myślimy dobrze? Informacje o sobie zdobywamy, przyglądając się innym, a pod ręką kogo mamy? Przyjaciół. Oni wiedzą o nas wszystko.

Trzymają na nas „haki”?

– Raczej prowadzą za nas coś na kształt pamiętnika.

Klasyczna już analiza brytyjskiego antropologa i psychologa ewolucyjnego Robina Dunbara pokazała, że ludzie utrzymują kontakty tylko ze 150–250 osobami. To, że Facebook pozwala nam zgromadzić nawet pięć tysięcy znajomych, nie ma znaczenia. Realnie musimy krąg znajomych ograniczyć, jakoś zawęzić. Utrzymując rzeczywisty kontakt z mniej więcej stałą liczbą osób, redukujemy własną niepewność – ludzie, którzy są wokół nas, muszą nam dawać poczucie przewidywalności, stabilności. Czujemy się dobrze w sytuacjach, w których jesteśmy w stanie z góry określić, według jakiego scenariusza będą przebiegać.

Zazwyczaj funkcjonujemy na zasadzie pewnych skryptów zachowań, a wśród przyjaciół nawet nie musimy siedzieć prosto, nie musimy się obawiać o nasze nerwowe reakcje, wiemy też, czego możemy się po nich spodziewać, co nam powiedzą. Spotkanie z nimi to rozmowa z naszym poszerzonym „ja”. W takich warunkach skupiamy się na samej opowieści, na dialogu, a wszystkie elementy autoprezentacyjne możemy odstawić. I to jest duża wartość przyjaźni, że nie musimy się drugiej osoby uczyć od nowa. Łączy nas wspólnota pojęć, no i – to się tak fajnie nazywa – shared reality. Współdzielimy rzeczywistość. Rozmawiając ze sobą, mamy poczucie, że wywodzimy się z podobnej kultury, że podobnie postrzegamy świat.

Przyjaźń to również wymiana intelektualna, a nie tylko emocjonalna. Często to w przyjaźni najmocniej rozwijamy swoje możliwości intelektualne.

– To zależy w dużym stopniu od intelektu naszego rozmówcy. Ale poważnie mówiąc – zgadzam się całkowicie. W badaniach neuropsychologicznych wykazano, że osoby deklarujące posiadanie wielu przyjaciół mają więcej istoty szarej w mózgu, w rejonie ciała migdałowatego, który jest związany z pamięcią i przetwarzaniem emocji. Osoby towarzyskie są zatem w tym zakresie lepiej rozwinięte.

Posiadanie przyjaciela to stała obecność kogoś, kto przygląda się temu, co robimy i jak to robimy. Widzi nasz rozwój, także intelektualny. Może go zrecenzować, wskazać inne drogi postępowania, otworzyć nam na coś oczy. Prawdziwy przyjaciel to, jak wspomniałem, poszerzone „ja”. Mając go, mamy dostęp do większej liczby danych oraz zasobów, którymi on czy ona chętnie się z nami dzieli. W zasadzie każda rozmowa nas rozwija, a rozmowa z życzliwą nam osobą daje komfort szerokiej wymiany informacji. To jak z bezpiecznym połączeniem w sieci informatycznej – nie musi być ono szyfrowane, wszystkie porty otwarte, a firewall i antywirus można wyłączyć.

Ale nie tylko intelektualnie możemy się rozwijać w gronie przyjaciół. Brytyjscy naukowcy dowiedli, że ci, którzy mają przyjaciół, m.in. chętniej uprawiają aktywność fizyczną. Wyjaśnienie jest proste – przyjaciele nawzajem się motywują, a jednocześnie rywalizują ze sobą. Wykazano, że kiedy ćwiczymy razem z przyjacielem, uwalniamy więcej endorfin.

Przyjaźń jest relacją, która wykracza poza doraźne i przyjemne przeżycia, ale radość, wspólna zabawa to też w przyjaźni coś ważnego, prawda?

– Tak. Proszę zwrócić uwagę, jak często dzieci tworzą sobie wyimaginowanych przyjaciół, z którymi dyskutują, współpracują, na których się obrażają. Tak się również rozwija ich podmiotowość. Świat wspólnych przeżyć jest niezwykle ważny. To z przyjaciółmi świętujemy odniesione sukcesy, bo nawet jeśli oni nie mieli z daną sprawą nic wspólnego, to chcemy, aby nasze zwycięstwo stało się również ich udziałem. Zatem przyjaciel to nie tylko właściciel cudownego rękawa, w który możemy się wypłakać, ale również ktoś, z kim możemy podzielić się czymś radosnym.

A co do podmiotowości – przyjaciel, w odróżnieniu od partnera, respektuje nasze prawo do wolności, odmienności, posiadania innych poglądów. Zdaje sobie sprawę z naszej niezależności. Przyjaźń, w której jedna strona próbuje przejąć kontrolę nad drugą, szybko się rozpada. Przecież nie tego potrzebujemy, aby ktoś nami sterował – z trudem godzimy się na to w związku. O ile w ogóle się godzimy.

Czy przyjaźń może człowiekowi pomóc pozbyć się tego podstawowego poczucia izolacji, z którym boryka się przez całe życie?

– Skutki wchodzenia w relację z innymi ludźmi bywają różne, ale generalnie lepiej mieć ludzi wokół siebie niż ich nie mieć. Związki, w tym relacje przyjacielskie, potrafią nam czasami podnieść ciśnienie, ale to samotność zabija.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Po prostu przyjaźń Slow sex 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Gdańsk jako wspólnota Strach. Trump w Białym Domu Wyzwolenie zwierząt Bóg nie jest automatem do kawy. Rozmowa z księdzem Zbigniewem Czendlikiem Pokochawszy: O miłości w języku Porwanie Edgarda Mortary