Tańcz, tańcz, tańcz

Tańcz, tańcz, tańcz

Autorzy: Haruki Murakami

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 536

Cena książki papierowej: 44.99 zł

cena od: 23.34 zł

Trzydziestoczteroletni bohater to wolny strzelec, dziennikarz piszący na zlecenie. Nie potrafi sobie ułożyć życia: rozwiódł się z żoną, czuje się samotny i opuszczony. Nękają go sny o hotelu Dolphin, w którym przed laty mieszkał ze swą przyjaciółką Kiki - luksusową call girl. Kiki zaginęła bez wieści, a teraz w snach wzywa go do tamtego hotelu. Haruki - nasz bohater - wraca do hotelu Dolphin, który przeszedł zaskakującą transformację z obskurnej nory w luksusowy hotel. Tam, próbując wpaść na trop Kiki, wkracza w inny świat mieszczący się na 16 piętrze budynku, świat równoległy, który jest dla niego jedynym realnym. W hotelu poznaje też recepcjonistkę, Yumiyoshi, która przeżyła podobne doświadczenie i w której Haruki się zakochuje. Jedynym śladem Kiki jest film, w którym zagrała epizodyczną rólkę u boku kolegi Haruki z gimnazjum. Prowadząc swe prywatne śledztwo w sprawie zaginionej, przeżywa jedną przygodę po drugiej i poznaje wiele fascynujących osób. Tańcz, tańcz, tańcz to połączenie tajemniczości, rzeczywistości ze światem nierealnym i mistycyzmu. Fantastyczna narracja, bogate portrety bohaterów i doskonały, gawędziarski styl, w czym Murakami jest niezawodny.

Tytuł oryginału:

Dansu-dansu-dansu

Tytuł przekładu angielskiego: Dance dance dance

Projekt okładki i opracowanie graficzne: Agnieszka Spyrka

Redakcja: Małgorzata Burakiewicz i Maja Lipowska

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Maria Śleszyńska

© 1988 by Haruki Murakami

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2005, 2016

© for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott

ISBN 978-83-287-0586-9

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

Spis treści

Marzec 1983

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42 (Sen o Kiki)

43

44

Marzec 1983

1

Często śni mi się hotel Pod Delfinem.

We śnie jestem jego częścią. Stałem się nią w rezultacie pewnego ciągu wydarzeń. Sny jednoznacznie ukazują ten ciąg. Hotel Pod Delfinem jest w nich zniekształcony, bardzo długi i wąski. Tak długi i wąski, że nie wygląda na hotel, a raczej na most pokryty dachem. Ten most rozciąga się od starożytności do końca wszechświata, a ja jestem jego częścią. Ktoś w nim płacze. Płacze nade mną.

Należę do niego. Czuję wyraźnie jego tętno i ciepło. We śnie jestem jego częścią.

Takie są moje sny.

Budzę się. Gdzie ja jestem? – zastanawiam się. Nie tylko się zastanawiam, ale głośno zadaję sobie to pytanie. – Gdzie ja jestem? – mówię. Lecz to pytanie nie ma sensu, ponieważ znam odpowiedź. Jestem w swoim życiu. W swojej codzienności, wśród okoliczności towarzyszących memu rzeczywistemu bytowi. Okoliczności, spraw i rzeczy, które nie wiadomo kiedy stały się atrybutami mojej egzystencji, mimo że wcale się na to nie zgodziłem. Zdarza się, że śpi obok mnie kobieta, lecz zazwyczaj jestem sam. Pomruk autostrady biegnącej dokładnie naprzeciw moich okien, szklanka przy łóżku (na dnie zostało pół centymetra whisky), wrogie – a może nie wrogie, lecz po prostu obojętne – światło poranka wypełnione kurzem. Czasami pada deszcz. Kiedy pada, zostaję w łóżku i nic nie robię. Jeżeli w szklance jest whisky, wypijam ją i wpatrując się w skapujący z dachu deszcz, myślę o hotelu Pod Delfinem. Powoli wyciągam ramiona. Upewniam się, że jestem po prostu sobą, a nie częścią czegoś innego. Nie jestem częścią niczego. Lecz pamiętam jeszcze wrażenia ze snu. Jeżeli wyciągnę rękę, w odpowiedzi drgnie ta całość, której jestem częścią. Zareaguje po kolei jak poruszana wodą skomplikowana zabawka. Z leciutkim stuknięciem przesuną się jedna po drugiej poszczególne części na różnych poziomach. Gdy wytężam słuch, udaje mi się dosłyszeć, w którym kierunku się przesuwają. Wytężam więc słuch. Dobiega mnie czyjś cichy szloch. Bardzo cichy. Szloch dobiegający skądś w ciemności. Ktoś nade mną płacze.

Hotel Pod Delfinem naprawdę istnieje. Znajduje się w Sapporo, w niczym się niewyróżniającej dzielnicy. Przed kilku laty zatrzymałem się w nim na tydzień. Nie, muszę sobie dokładnie przypomnieć. Ustalić, kiedy to było. Ile to już lat? Cztery. Ściśle mówiąc, cztery i pół. Nie miałem jeszcze wtedy trzydziestu lat. Zatrzymałem się tam z pewną dziewczyną. To ona wybrała hotel. Powiedziała: „Zamieszkajmy w tym hotelu”. Twierdziła, że musimy się w nim zatrzymać. Gdyby nie nalegała, pewnie nie zdecydowałbym się na hotel Pod Delfinem.

Był to mały, podupadły hotelik, w którym byliśmy nieomal jedynymi gośćmi. W ciągu tygodnia natknąłem się w holu na dwie, może trzy osoby, lecz nie wiedziałem, czy mieszkają w hotelu. Zauważyłem, że na tablicy w recepcji brakuje jednak kilku kluczy, więc musiało prócz nas być jeszcze paru gości. Pewnie niewielu, ale kilku było. Przecież w końcu to hotel w wielkim mieście, z szyldem nad wejściem, wymieniony pod hasłem „hotele” w książce telefonicznej, dlatego niemożliwe, żeby w ogóle nikt do niego nie trafił. Nawet zakładając, że byli tam inni goście, musieli być wyjątkowo cisi i nieśmiali. Praktycznie ich nie widywaliśmy, nie słyszeliśmy i nie czuliśmy ich obecności. Tylko rozmieszczenie kluczy na tablicy codziennie trochę się zmieniało. Musieli wstrzymywać oddech i pełzać po ścianach korytarza jak wątłe cienie. Czasami dobiegały nieśmiałe stukoty poruszającej się windy, lecz kiedy ustawały, zapadała cisza, która zdawała się jeszcze głębsza niż przedtem.

W każdym razie był to przedziwny hotel.

Przywodził na myśl zatrzymanie się procesu ewolucji, genetyczną recesję. Jak zdeformowane stworzenie rozwinięte w niewłaściwym kierunku, z którego nie ma powrotu. Po zniknięciu wektora wskazującego kierunek ewolucji osierocone kuli się w półmroku historii, w przepaści czasu. Nikt nie jest temu winien. Nikt nie wywołał tego procesu i nikt nie może pomóc. Przede wszystkim nie powinien mu podlegać żaden hotel. To był pierwszy błąd. Wszystko wydawało się nie tak od samego początku. Jeden guzik został zapięty na złą dziurkę i powstał fatalny chaos. Próby naprawienia błędu wywołały pojawienie się nowych, drobnych – nie można ich nazwać wyrafinowanymi, po prostu drobnych – chaosów. W rezultacie wszystko zaczęło się po trochu wydawać zniekształcone. Chodzi mi właśnie o taki rodzaj zniekształcenia, który powoduje, że patrząc na dany obiekt, w naturalny sposób przechyla się o kilka stopni głowę. Mówię o przechyleniu pod bardzo niewielkim kątem, które nie przeszkadza i jest prawie niezauważalne. Gdyby człowiek widział to przez cały czas, może przywykłby do tego zniekształcenia, lecz w zwyczajnym życiu wydawałoby się ono nieco denerwujące (poza tym gdyby się do niego przywykło, przypuszczalnie należałoby też przechylać głowę przy patrzeniu na normalny świat).

Taki właśnie był hotel Pod Delfinem. Brakowało w nim normalności i na pierwszy rzut oka dla każdego było jasne, że wkrótce, w niedalekiej przyszłości, zostanie wciągnięty i wchłonięty przez wir czasu, ponieważ jeden chaos nałożył się na drugi, aż osiągnęły punkt nasycenia. Żałosne miejsce. Żałosne jak czarny pies na trzech łapach w strumieniach grudniowego deszczu. Oczywiście na świecie jest na pewno wiele żałosnych hoteli, lecz ten Pod Delfinem nieco się od nich różnił. Był żałosny w sensie pojęciowym i dlatego zdawał się jeszcze żałośniejszy.

Nie muszę dodawać, że prócz ludzi, którzy o niczym nie wiedząc, trafiali tam przez pomyłkę, raczej nikt normalny nie zatrzymałby się w takim hotelu.

Oficjalnie nie nazywał się Pod Delfinem, lecz Dolphin, a ponieważ ta nazwa nie pasowała do wrażenia, jakie wywierał (nazwa Dolphin przywodzi mi na myśl jakiś hotel w miejscowości wypoczynkowej nad Morzem Egejskim, biały jak oprószone cukrem pudrem ciasteczko), więc sam go tak nazwałem. Przy wejściu wisiała wspaniała płaskorzeźba przedstawiająca delfina. Był też szyld, bez którego budynek ten wcale nie wyglądałby na hotel. Nawet z szyldem nie bardzo wyglądał. Przypominał raczej podupadłe muzeum. Nietypowe muzeum z nietypowymi eksponatami, do którego cichaczem przychodzą zwiedzający o nietypowych zainteresowaniach.

Jeżeli goście odnosili takie wrażenie, stanąwszy przed wejściem, nie był to wcale żaden nieuzasadniony wybryk wyobraźni, ponieważ część hotelu Pod Delfinem naprawdę stanowiła muzeum.

Kto chciałby się zatrzymać w takim hotelu? W hotelu, którego część zmieniła się w jakieś muzeum? W hotelu, w którym ciemne korytarze wypełnione są wypchanymi owcami, zakurzonymi skórami, pachnącymi pleśnią dokumentami i pożółkłymi fotografiami? W hotelu, gdzie do ścian przylgnęły jak wyschnięte błoto niespełnione marzenia?

Wszystkie meble spłowiały, stoły trzeszczały, żaden zamek nie działał tak jak trzeba, korytarze były wydeptane, a żarówki słabe. Ktoś wygiął zatyczkę w umywalce i woda uciekała. Gruba pokojówka (o nogach przywodzących na myśl słonia) chodziła po korytarzu i złowieszczo pokasływała. Właściciel, który zawsze stał za kontuarem recepcji, był człowiekiem w średnim wieku o smutnych oczach. Brakowało mu dwóch palców. Wyglądał na jednego z tych ludzi, którym nic się nie udaje, bez względu na to, czym się zajmują. Klasyczny przykład nieudacznika. Jego istnienie było do głębi przesycone cieniem niepowodzenia, klęski i zniechęcenia, jakby ktoś zostawił je na cały dzień zamoczone w bladoniebieskim roztworze atramentu. Miało się ochotę włożyć właściciela do szklanej gabloty i zanieść na lekcję biologii. Do gabloty przyczepiłoby się tabliczkę: „Nieudacznik”. Na jego widok każdy popadał w większe lub mniejsze przygnębienie, wiele osób wpadało nawet w gniew. Pewien typ ludzi wpada w bezsensowny, bezcelowy gniew na sam widok takiego nieszczęśnika. Kto chciałby się zatrzymać w takim hotelu?

Jednak my właśnie tam się zatrzymaliśmy. Dziewczyna powiedziała, że musimy. A potem odeszła. Zniknęła, zostawiając mnie samego. Powiedział mi o tym Człowiek-Owca. „Poszła sobie” – stwierdził. Wiedział, że musiała odejść. Ja też to teraz rozumiem. Jej celem było doprowadzenie mnie na miejsce. Było to przeznaczenie, zupełnie jak to, że Wełtawa płynie do morza. Myślę o tym, patrząc na kapiący deszcz. Przeznaczenie.

Kiedy zacząłem śnić o hotelu Pod Delfinem, najpierw przypomniałem sobie dziewczynę. Nagle uświadomiłem sobie, że musi mnie potrzebować. Przecież inaczej nie prześladowałby mnie ten sen.

Dziewczyna. Nie wiem nawet, jak miała na imię, chociaż mieszkałem z nią przez kilka miesięcy. W gruncie rzeczy nic o niej nie wiem. Wiedziałem tylko, że była call girl w eleganckim klubie, który miał stałych członków, i dziewczyny spotykały się wyłącznie ze znanymi i sprawdzonym klientami. Luksusowa prostytucja. Prócz tego miała jeszcze kilka innych zawodów. W ciągu dnia była korektorką w małym wydawnictwie, a także pracowała na zlecenia jako wyspecjalizowana modelka uszu. Krótko mówiąc, była bardzo zajęta. Oczywiście miała jakieś imię. Naprawdę, miała nawet kilka imion, lecz jednocześnie nie miała żadnego. Na rzeczach będących jej własnością – które były bardzo nieliczne – nie było imienia. Nie miała biletu miesięcznego, prawa jazdy ani kart kredytowych. Nosiła przy sobie mały notesik zabazgrany jakimiś niezrozumiałymi kodami. Nie było żadnego klucza do jej tożsamości. Być może prostytutki mają imiona, lecz żyją w świecie, w którym imiona nie istnieją.

W każdym razie prawie nic o niej nie wiedziałem. Nie wiedziałem, gdzie się urodziła, ile ma lat. Nie wiedziałem nawet, kiedy są jej urodziny. Nie miałem pojęcia, jakie ma wykształcenie i czy ma rodzinę. Nic nie wiedziałem. Nadeszła nie wiadomo skąd, jak deszcz, i tak samo odeszła. Zostawiła po sobie jedynie wspomnienia.

Czuję jednak, że teraz wspomnienia te znów zaczynają nabierać pewnego realnego wymiaru. Czuję to wyraźnie. Że woła mnie z hotelu Pod Delfinem. Znowu mnie potrzebuje. I tylko dzięki temu, że stanę się częścią tego hotelu, będę mógł się ponownie z nią spotkać. Prawdopodobnie to ona tam nade mną płacze.

Patrząc na kapiący deszcz, zastanawiam się, co oznacza bycie częścią czegoś innego. Myślę też o tym, że ktoś nade mną płacze. Czuję, że to się dzieje w strasznie, strasznie dalekim świecie. Jakby na księżycu lub w tego typu miejscu. We śnie. Mam wrażenie, że nie uda mi się tam dotrzeć, choćbym wyciągał ręce, choćbym biegł jak najszybciej.

Dlaczego ktoś nade mną płacze?

Ona mnie niewątpliwie potrzebuje. Wzywa skądś w hotelu Pod Delfinem. I ja też w głębi serca potrzebuję tego miejsca, pragnę być jego częścią. Częścią tego dziwnego, fatalnego miejsca.

Niełatwo będzie jednak wrócić do hotelu Pod Delfinem. Nie wystarczy po prostu zarezerwować pokój przez telefon, wsiąść do samolotu i polecieć do Sapporo. Chodzi nie tylko o hotel, ale również o pewne okoliczności. Okoliczności, które przybrały formę hotelu. Powrót oznacza konfrontację z cieniami przeszłości. Na tę myśl ogarnęły mnie nieprawdopodobnie przygnębiające refleksje. Przez te cztery lata ze wszystkich sił starałem się pozbyć tego zimnego, mrocznego cienia. Powrót do hotelu byłby całkowitym odrzuceniem i pozbyciem się wszystkiego, co z takim trudem przez cztery lata osiągnąłem. Nie znaczy to oczywiście, że osiągnąłem coś wspaniałego. Jakkolwiek na to patrzeć, były to w większości prowizoryczne i funkcjonalne rupiecie, lecz zrobiłem, co mogłem, kolekcjonując owe rupiecie i tworząc połączenia między sobą a rzeczywistością. Zbudowałem sobie nowe życie oparte na niewielkim systemie wartości. Mam znowu wracać do tej pustki? Mam jeszcze raz wyrzucić wszystko na śmietnik?

Ale wszystko miało początek w hotelu Pod Delfinem. Zdawałem sobie z tego sprawę. A więc tylko tam mogło się znowu rozpocząć.

Przewracając się na łóżku i patrząc w sufit, głęboko westchnąłem. Daj sobie spokój, pomyślałem. Daj sobie spokój, to i tak na nic. To przekracza twoje siły. Nic innego nie wymyślisz, choćbyś myślał i myślał. Tylko tam może być początek. Tak zostało postanowione.

@@@@

Opowiem o sobie.

Przedstawię się.

Dawno temu często robiłem to w szkole. Kiedy zaczynał się rok szkolny w nowej klasie, trzeba było stanąć przed resztą uczniów i opowiedzieć o sobie. Naprawdę tego nie lubiłem. Co więcej, nie mogłem się w tym doszukać żadnego sensu. Co ja właściwie wiem o sobie? Czy ja, którego postrzegam za pośrednictwem własnej świadomości, to prawdziwy ja? Czy obraz siebie, który postrzegam, jest zniekształcony, odpowiednio ulepszony, inny, tak samo jak własny głos słyszany z taśmy magnetofonowej brzmi obco? Zawsze w ten sposób o tym myślałem. Kiedy musiałem się przedstawiać, opowiadać o sobie, stojąc przed całą klasą, czułem się niepewnie, jakbym poprawiał stopnie w dzienniku. Dlatego w takiej sytuacji zawsze starałem się mówić jedynie o obiektywnych faktach niewymagających interpretacji ani wyjaśnienia (Mam psa. Lubię pływać. Nie lubię sera itd.), ale i tak jakoś wydawało mi się, że opowiadam fikcyjne wydarzenia z życia fikcyjnej osoby. A kiedy z tym samym nastawieniem słuchałem wypowiedzi innych, też czułem, że opowiadają nie o sobie, ale o innych ludziach. Wszyscy żyliśmy w fikcyjnym świecie, oddychając fikcyjnym powietrzem.

W każdym razie o czymś opowiem. Wszystko zaczyna się od opowiedzenia czegoś o sobie. To pierwszy krok. Potem będzie można ocenić, czy jest fałszywy, czy nie. Mogę ocenić ja lub ktoś inny. Tak czy inaczej przyszedł czas na opowiadanie i muszę się nauczyć opowiadać.

Teraz lubię ser. Nie wiem kiedy, ale kiedyś jakoś go polubiłem. Mój pies zmókł na deszczu i zmarł na zapalenie płuc w roku, w którym poszedłem do gimnazjum. Od tego czasu nigdy nie miałem psa. Nadal lubię pływać.

Koniec.

Ale tak łatwo się to nie skończy. Kiedy ludzie oczekują czegoś od życia (Czy są tacy, którzy nie oczekują?), życie wymaga od nich więcej danych. Do sporządzenia dokładnego diagramu potrzeba więcej punktów. Bez tego nie otrzyma się żadnej odpowiedzi.

Odpowiedź niemożliwa z powodu niewystarczających danych.

Naciśnij „Anuluj”.

Naciskam „Anuluj”. Ekran wypełnia się bielą. Cała klasa zaczyna mnie obrzucać różnymi przedmiotami. Mów dalej! Powiedz więcej o sobie! Nauczyciel marszczy brwi. Brak mi słów i kulę się, stojąc przy tablicy.

Opowiem. Inaczej nic się nie zacznie. Będę mówił jak najdłużej. Później się zastanowię, czy to prawda, czy fałsz.

@@@@

Czasami dziewczyna zostawała u mnie na noc. Rano jedliśmy razem śniadanie i szła do pracy. Ta dziewczyna też nie ma imienia, lecz nie ma go dlatego, że nie jest bohaterką tej opowieści. Za chwilę zniknie, więc nie nadam jej imienia, chcąc uniknąć zamieszania, lecz nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że ją lekceważyłem. Bardzo ją lubiłem i dalej lubię, mimo że zniknęła.

Byliśmy tak zwanymi przyjaciółmi. Przynajmniej dla mnie była jedyną osobą, którą mogłem nazwać przyjacielem. Prócz mnie miała prawdziwego chłopaka. Pracowała w urzędzie telefonicznym i za pomocą komputera obliczała należność za telefon. Nie pytałem jej dokładnie o to, co robi, ona też specjalnie nic na ten temat nie mówiła, lecz miałem wrażenie, że jej praca mniej więcej na tym polega. Podsumowanie należności za każdy numer i wystawienie rachunku, coś w tym rodzaju. Dlatego widząc co miesiąc w skrzynce rachunek telefoniczny, czuję się tak, jakbym dostał od kogoś list.

Lecz to nie ma związku z faktem, że sypiała ze mną ze dwa, może trzy razy w miesiącu. Myślała, że jestem z Księżyca albo z jakiegoś miejsca tego typu. – Słuchaj, nie wracasz jeszcze na Księżyc? – pytała, chichocząc, kiedy leżeliśmy nadzy przytuleni do siebie. Przyciskała piersi do mego boku. Często tak rozmawialiśmy nad ranem. Z zewnątrz dobiegał nieprzerwany szum autostrady. Z radia słychać było monotonną piosenkę The Human League. Human League. Liga ludzka. Co za głupia nazwa! Po co się tak głupio nazwali? Dawniej zespoły miały normalniejsze, bardziej wyważone nazwy: The Imperials, The Supremes, The Flamingoes, The Falcons, The Impressions, The Doors, The Four Seasons, The Beach Boys.

Mówię jej to, a ona się śmieje i twierdzi, że jestem zwariowany. Nie wiem, co jest we mnie zwariowanego. Uważam, że jestem niezwykle normalnym człowiekiem o niezwykle normalnym sposobie myślenia. Human League.

– Lubię spędzać z tobą czas – mówi dziewczyna. – Czasami mam straszną ochotę się z tobą zobaczyć. Na przykład kiedy jestem w pracy.

– Uhm – odpowiadam.

– Czasami – podkreśla. Potem milczy przez około pół minuty. Kończy się piosenka The Human League i zaczyna utwór jakiegoś nieznanego mi zespołu. – Na tym właśnie polega twoja wada – ciągnie. – Bardzo lubię tak sobie z tobą pobyć, ale nie chciałabym codziennie od rana do wieczora. Nie wiem dlaczego.

– Uhm – odpowiadam.

– Nie chodzi o to, że się z tobą czuję nieswojo, tylko kiedy jesteśmy razem, czasami zdaje mi się, że powietrze nagle się przerzedza. Zupełnie jakbym była na Księżycu.

– „To mały krok dla człowieka…”

– Słuchaj, ja nie żartuję – powiedziała, unosząc się na łóżku i uważnie mi się przyglądając. – Mówię to dla twojego dobra. Czy ktoś inny mówi ci coś dla twego dobra? No jak? Jest ktoś taki prócz mnie?

– Nie ma – odpowiadam szczerze. Nie ma nikogo takiego.

Znowu się kładzie i lekko przyciska piersi do mego boku. Delikatnie głaszczę jej plecy.

– Kiedy jesteśmy razem, czasami powietrze staje się rzadkie, jak na Księżycu.

– Powietrze na Księżycu nie jest rzadkie – informuję ją. – Na powierzchni Księżyca w ogóle nie ma powietrza. Dlatego…

– Jest rzadkie – mówi cicho dziewczyna. Nie wiem, czy zignorowała to, co powiedziałem, czy też wcale nie usłyszała, lecz jej cichy głos budzi we mnie niepokój. Nie wiem dlaczego, ale jest w nim coś, co mnie zdecydowanie niepokoi. – Czasami nagle się przerzedza. I myślę, że oddychasz wtedy zupełnie innym powietrzem niż ja. Ja to poznaję.

– Masz niewystarczające dane – mówię.

– Chodzi ci o to, że nic o tobie nie wiem?

– Ja też niewiele o sobie wiem – odpowiadam. – Naprawdę. Nie mówię tego w znaczeniu filozoficznym, a w bardziej dosłownym. Ogólnie dane są niewystarczające.

– Ale masz już trzydzieści trzy lata, prawda? – pyta. Ona ma dwadzieścia sześć.

– Trzydzieści cztery – poprawiam ją. – Trzydzieści cztery i dwa miesiące.

Kręci głową. Potem wstaje, podchodzi do okna i odsuwa zasłonę. Przez okno widać autostradę. Nad nią unosi się biały jak szkielet Księżyc. Jest szósta rano. Dziewczyna ma na sobie moją piżamę.

– Wracaj na Księżyc – mówi, wskazując go.

– Tam jest chyba zimno?

– Na Księżycu jest zimno?

– Nie, tam gdzie stoisz – odpowiadam. Jest luty. Stoi przy oknie i widać jej biały oddech. Dopiero na moje słowa zdaje sobie sprawę z zimna panującego w pokoju.

Pospiesznie wraca do łóżka. Obejmuję ją. Jej piżama zrobiła się strasznie zimna. Przyciska mi do szyi czubek nosa. On też jest bardzo zimny. – Lubię cię – mówi.

Chcę coś powiedzieć, lecz nie mogę znaleźć słów. Czuję w stosunku do niej dobrą wolę. Bardzo przyjemnie spędzam czas, leżąc tak z nią w łóżku. Lubię ją ogrzewać i lekko głaskać po głowie. Lubię słuchać jej cichego pochrapywania, odwozić ją rano do pracy, dostawać rachunek telefoniczny, który – wierzę w to głęboko – sama sporządziła, patrzeć na nią w mojej piżamie. Lecz kiedy przychodzi co do czego, trudno wyjaśnić to w kilku słowach. Co nie znaczy oczywiście, że ją kocham ani nawet że ją lubię.

Jak to wyrazić?

W każdym razie nie udaje mi się niczego powiedzieć. Nie przychodzą mi do głowy żadne słowa. Czuję też, że rani ją moje milczenie. Próbuje mi tego nie okazać, lecz ja i tak wiem. Wyczuwam to, wodząc palcami po jej miękkiej skórze i dotykając kręgów na plecach. Czuję bardzo wyraźnie. Przez pewien czas obejmujemy się w milczeniu i słuchamy piosenki, której tytułu nie znam. Lekko kładzie dłoń na moim podbrzuszu.

– Ożeń się z kobietą z Księżyca i zrób wspaniałe księżycowe dzieci – mówi łagodnie. – Tak będzie najlepiej.

Przez odsłonięte okno widać Księżyc. Trzymając ją w objęciach, wpatruję się w niego nad jej ramieniem. Co pewien czas autostradą przejeżdżają wielkie ciężarówki załadowane ciężkimi towarami, wydając złowieszcze odgłosy przypominające kruszenie się góry lodowej.

– Co masz na śniadanie? – pyta dziewczyna.

– Nie mam nic specjalnego. Mniej więcej to co zwykle. Szynka, jajka, grzanki, wczorajsza sałatka ziemniaczana i kawa. Podgrzeję mleko i zrobię ci café au lait – odpowiadam.

– Fajnie! – mówi z uśmiechem. – Usmażysz mi jajka na szynce, zaparzysz kawę i zrobisz grzanki?

– Oczywiście. Z przyjemnością.

– Wiesz, co najbardziej lubię?

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia.

– Najbardziej lubię – mówi, patrząc mi w oczy – kiedy w chłodny zimowy poranek nie chce mi się w ogóle wstać, lecz czuję zapach kawy, woń skwierczących na szynce jajek, słyszę odgłos grzanek wyskakujących z tostera i nie mogąc się im oprzeć, wyskakuję z łóżka.

– Dobrze. Spróbujemy – śmieję się.

@@@@

Nie mam w sobie nic zwariowanego.

Naprawdę tak uważam.

Może nie można mnie nazwać przeciętnym, ale nie jestem zwariowany. Jestem wyjątkowo normalny na swój sposób. Bardzo prosty. Prosty jak strzała. Istnieję jako ja w bardzo neutralny, nieunikniony sposób. Jest to oczywisty fakt i nie przejmuję się za bardzo tym, jak inni mnie postrzegają. To, jak inni mnie widzą, nie ma ze mną żadnego związku. To nie mój problem, lecz ich.

Pewnego typu ludzie uważają mnie za wyjątkowego głupca, inni uznają mnie za wyjątkowo wyrachowanego. Mnie to specjalnie nie robi różnicy. Nie jest to ważny problem. Na świecie nie ma nieporozumień, są tylko różnice zdań. Przynajmniej taka jest moja opinia.

Są także ludzie, których pociąga ta moja normalność. Jest ich bardzo niewielu, lecz niewątpliwie istnieją. Przyciągamy się wzajemnie i oddalamy bardzo naturalnie, jak planety zawieszone w ciemnej przestrzeni kosmosu. Przychodzą do mnie, stykamy się, a pewnego dnia odchodzą. Stają się moimi przyjaciółmi, kochankami, a nawet żonami. W niektórych przypadkach dochodzi między nami do konfrontacji, ale tak czy inaczej wszyscy ode mnie odchodzą. Rezygnują albo tracą nadzieję, milkną (odkręcają kurek, lecz nic już nie leci) i odchodzą. W moim pokoju jest dwoje drzwi. Jedne są wejściem, drugie wyjściem. Nie działają wymiennie. Nie można wejść wyjściem ani wyjść wejściem. Tak jest ustalone. Ludzie przychodzą wejściem i odchodzą wyjściem. Są różne sposoby wchodzenia i wychodzenia, lecz tak czy inaczej wszyscy wychodzą. Niektórzy odeszli, chcąc wypróbować inne możliwości, inni nie chcieli tracić czasu. Niektórzy zmarli. Nie pozostał nikt. W pokoju nie ma nikogo. Tylko ja. Zawsze jestem świadom nieobecności tych, którzy odeszli. Widzę, jak tu i tam po kątach unoszą się niczym pył w powietrzu wypowiedziane przez nich słowa, ich oddechy i piosenki, które nucili. Zdaje mi się, że widzieli mnie takim, jakim byłem w rzeczywistości. Dlatego przyszli prosto do mnie i wkrótce odeszli. Uznali moją normalność i szczere intencje (nie przychodzi mi do głowy inne określenie), by tę normalność zachować. Próbowali mi coś powiedzieć, otworzyć się przede mną. Większość z nich miała dobre serce, lecz ja nie mogłem im nic dać. Nawet gdyby udało mi się coś dać, nie byłoby to wystarczające. Zawsze starałem się dać im tyle, ile mogłem. Zrobiłem wszystko, co mogłem. Ja też czegoś u nich szukałem, ale w końcu nic z tego nie wyszło. I odeszli.

Oczywiście bardzo mnie to bolało.

Jeszcze boleśniejsze było, że odchodzili o wiele smutniejsi, niż kiedy do mnie przyszli. Odchodzili, lecz coś się w nich zużywało. Zdawałem sobie z tego sprawę. O dziwo, wyglądali na znacznie bardziej zużytych ode mnie. Dlaczego? Dlaczego zawsze jestem opuszczany? Dlaczego zawsze zostaje mi w dłoni czyjś zużyty cień? Dlaczego? Nie wiem.

Dane są niewystarczające.

Dlatego nigdy nie ma odpowiedzi.

Czegoś brakuje.

Pewnego dnia wróciłem do domu po zebraniu w pracy i znalazłem w skrzynce widokówkę. Przedstawiała zdjęcie astronauty w kombinezonie stąpającego po powierzchni Księżyca. Nie było nazwiska nadawcy, ale od razu domyśliłem się, kto ją przysłał.

„Myślę, że nie powinniśmy się więcej spotykać, pisała, ponieważ ja pewnie niebawem wyjdę za mąż za Ziemianina”.

Słyszę odgłos zamykających się drzwi.

Odpowiedź niemożliwa z powodu niewystarczających danych.

Naciśnij „Anuluj”.

Ekran wypełnia się bielą.

Zastanawiam się, jak długo to potrwa. Mam już trzydzieści cztery lata. Jak długo to potrwa?

Nie czułem smutku. Przecież to była wyłącznie moja wina. Nic dziwnego, że ode mnie odeszła, i od początku jasne było, że tak się to skończy. Było to jasne i dla niej, i dla mnie, lecz oczekiwaliśmy maleńkiego cudu: tego, że przy jakiejś okazji nadejdzie gruntowna zmiana. Ale oczywiście nic takiego nie nastąpiło. I dziewczyna odeszła. Po jej zniknięciu poczułem się samotny, lecz była to samotność, której już przedtem doświadczyłem. I wiedziałem też, że potrafię sobie z nią poradzić.

Na tę myśl wpadłem w zły humor. Miałem wrażenie, że z moich wnętrzności wydobywa się jakaś czarna ciecz i podchodzi mi do gardła. Stając przed lustrem w łazience, pomyślałem: Oto ja. To ty. Sam siebie zużyłeś. Jesteś znacznie bardziej zużyty, niż myślisz. Moja twarz zdawała się o wiele bardziej nieświeża i starsza niż zwykle. Starannie umyłem ją mydłem, posmarowałem balsamem, następnie powoli umyłem ręce i wytarłem czystym ręcznikiem. Poszedłem do kuchni i popijając piwo z puszki, zrobiłem porządek w lodówce. Wyrzuciłem nadgniłe pomidory, ustawiłem piwo, poukładałem różne pojemniki i zrobiłem listę rzeczy do kupienia.

O świcie leżałem sam, patrząc na Księżyc, i zastanawiałem się, jak długo to potrwa. Pewnie wkrótce spotkam gdzieś jakąś inną dziewczynę. Przyciągniemy się wzajemnie, naturalnie jak dwie planety. I znów będziemy na próżno czekali na cud, marnowali czas, zużywali serca i rozstaniemy się.

Jak długo to potrwa?

2

W tydzień po nadejściu kartki ze zdjęciem powierzchni Księżyca wysłano mnie z pracy do Hakodate. Jak zwykle nie można było tej delegacji nazwać szczególnie atrakcyjną, lecz moja sytuacja nie pozwala mi być wybrednym. Poza tym zazwyczaj i tak nie ma co przebierać w zleceniach, bo niewiele się między sobą różnią. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, że w większości przypadków im bliżej jest się krawędzi, tym mniejsze są różnice jakościowe. To tak jak z częstotliwością fal. Po przekroczeniu pewnego punktu prawie nie można odróżnić, który z sąsiadujących ze sobą dźwięków jest wyższy, aż w końcu nie tylko nie można ich odróżnić, ale nawet dosłyszeć.

Zlecono mi napisanie artykułu do pisma kobiecego, w którym zaprezentowałbym restauracje w Hakodate, na wyspie Hokkaido, podające smaczne jedzenie. Wraz z fotografem mieliśmy obejść kilka restauracji. Ja będę opisywał, a on będzie fotografował. Razem pięć stron. Kobiece pisma domagają się takich artykułów i ktoś musi je pisać. Tak jak wywóz śmieci i odśnieżanie. Ktoś musi to robić. Bez względu na to, czy to lubi, czy nie.

Od trzech i pół roku przyjmowałem tego typy prace z pogranicza kultury. Kulturalne odśnieżanie.

Z powodu pewnych okoliczności zrezygnowałem z pracy w firmie, którą prowadziłem z przyjacielem, i spędziłem pół roku, praktycznie nic nie robiąc. Nie miałem ochoty nic robić. Naprawdę wiele się zdarzyło jesienią i zimą tamtego roku. Rozwiodłem się. Zmarł jeden z moich przyjaciół. Była to przedziwna śmierć. Dziewczyna odeszła bez słowa. Spotkałem dziwnych ludzi i zostałem zaplątany w dziwne wydarzenia. A kiedy wszystko dobiegło końca, całkowicie spowiła mnie głucha cisza, jakiej nigdy przedtem nie doświadczyłem. W moim mieszkaniu zapanowała przerażająco namacalna pustka. Zamknąłem się w nim na pół roku. Prawie nie wychodziłem w ciągu dnia, z wyjątkiem robienia prostych zakupów – minimum koniecznego do przeżycia. O świcie spacerowałem bez celu po wyludnionym mieście. Kiedy na ulicach zaczynali się pojawiać ludzie, wracałem do domu i szedłem spać.

Budziłem się po południu, przygotowywałem coś do jedzenia i dawałem jeść kotu. Po posiłku siadałem na podłodze i przypominając sobie w nieskończoność różne wydarzenia, próbowałem je w myśli uporządkować. Zmieniałem kolejność, rozważałem możliwe drogi postępowania w sytuacjach, które wymagały dokonania wyboru, rozmyślałem nad słusznością lub niesłusznością własnego postępowania. Robiłem to do świtu, a potem znów wychodziłem i bez celu wędrowałem po bezludnym mieście.

Powtarzało się to codziennie przez pół roku, od stycznia do czerwca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego dziewiątego roku. Nie przeczytałem ani jednej książki. Nie otworzyłem nawet gazety. Nie słuchałem muzyki. Nie oglądałem telewizji i nie włączałem radia. Z nikim się nie spotykałem i z nikim nie rozmawiałem. Prawie nie piłem alkoholu. Nie miałem ochoty na picie. Nie wiedziałem, co się dzieje na świecie, kto stał się sławny, kto umarł. Nie znaczy to, że uparcie odrzucałem wszelkie informacje. Po prostu nie chciałem wiedzieć. Czułem jednak, że świat idzie naprzód. Nawet siedząc bezczynnie w pokoju, czułem przez skórę jego ruch, lecz w ogóle mnie to nie interesowało. Wszystko przelatywało obok mnie jak bezszelestny powiew wiatru.

Siedziałem tylko na podłodze i w myślach odtwarzałem przeszłość. Dziwne, że robiąc to codziennie przez pół roku, nie czułem ani nudy, ani znużenia. Działo się tak dlatego, że ogromnie dużo przeżyłem i moje przeżycia miały wiele różnych aspektów. Były ogromne i realne. Nieomal mogłem ich dotknąć ręką. Przypominały oświetlony pomnik strzelający w górę w ciemnościach nocy. Specjalnie dla mnie postawiono taki wysoki pomnik. Zbadałem wszystko dokładnie. Oczywiście nie wyszedłem z tego bez szwanku. Odniosłem poważne rany. Straciłem dużo krwi. Niektóre rany z czasem się zagoiły, inne zaczęły boleć dopiero później. Ale to nie z powodu ran siedziałem bezczynnie w domu przez pół roku. Po prostu potrzebowałem czasu. Potrzebowałem pół roku na to, żeby konkretnie, praktycznie zbadać, uporządkować wszystko, co się wiązało z tymi wydarzeniami. Nie stałem się wcale autystyczny, nie odrzucałem uparcie zewnętrznego świata. Była to tylko kwestia czasu. Potrzebowałem zwykłego, fizycznego czasu na uzdrowienie, odbudowanie własnego ja.

Starałem się nie myśleć o tym, co to oznacza i jaki potem obiorę kierunek. Uważałem, że to osobna kwestia. Mogę się nad nią później zastanowić. Najpierw muszę odzyskać równowagę.

Nie odzywałem się nawet do kota.

Parę razy zadzwonił telefon. Nie odebrałem.

Czasami ktoś pukał do drzwi, lecz nie reagowałem.

Przyszło też kilka listów. Mój dawny wspólnik firmy pisał, że się o mnie martwi. Nie wie, gdzie jestem i co robię. Postanowił na wszelki wypadek napisać pod ten adres. Mam mu dać znać, jeżeli może mi w czymś pomóc. Jak na razie praca idzie nie najgorzej. Podał też trochę wiadomości o wspólnych znajomych. Przeczytałem list kilka razy i po uchwyceniu treści (żeby go zrozumieć, musiałem przeczytać cztery albo pięć razy) włożyłem do szuflady biurka.

Dostałem list od byłej żony. Pisała o kilku praktycznych sprawach. List miał niezwykle rzeczowy ton. Na końcu był dopisek, że wychodzi za mąż za kogoś, kogo nie znam. Pisała szorstko, bez ogródek, jakby chciała powiedzieć, że nie znam i nie poznam. To znaczyło, że rozstała się z mężczyzną, dla którego się ze mną rozwiodła. Wcale mnie to nie dziwi, pomyślałem. Dobrze go znałem i nie był zbyt wartościowym człowiekiem. Niezbyt utalentowany gitarzysta jazzowy. Nie był też specjalnie interesujący. Nie miałem pojęcia, co ją w nim pociągało. No, ale ta kwestia mnie nie dotyczy. Pisała, że się o mnie nie martwi, dlatego że zawsze jakoś sobie poradzę, bez względu na to, co będę robił. Martwi się raczej o osoby, które się w przyszłości ze mną zwiążą. Ostatnio z jakiegoś powodu nie daje jej to spokoju.

Przeczytałem list kilka razy, a potem wsadziłem go do tej samej szuflady biurka.

I tak mijał czas.

Nie miałem problemów finansowych. Zgromadziłem oszczędności, za które da się przeżyć pół roku, a o przyszłości mogłem pomyśleć w przyszłości. Minęła zima, przyszła wiosna i wypełniła pokój ciepłym spokojnym światłem. Codziennie wpatrywałem się w linie tworzone przez zaglądające zza szyby promienie i zorientowałem się, że kąt ich padania powoli się zmienia. Wiosna też przywołała mnóstwo różnych starych wspomnień. O ludziach, którzy odeszli, i o tych, którzy zmarli. Przypomniałem sobie bliźniaczki. Przez pewien czas mieszkaliśmy razem. To było zdaje się w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku. Mieszkałem wtedy przy polu golfowym. Po zmierzchu przełaziliśmy przez siatkę, włóczyliśmy się bez celu po trawie i zbieraliśmy zgubione piłki. Wiosenny zmierzch przypomniał mi takie sceny. Dlaczego wszyscy sobie poszli?

Wejście i wyjście.

Przypomniałem sobie też mały bar, do którego chodziłem ze zmarłym przyjacielem. Spędzaliśmy tam czas na niczym, lecz kiedy teraz o tym myślę, zdaje mi się, że były to najbardziej wypełnione treścią chwile w całym moim życiu. To dziwne. Pamiętałem muzykę, którą tam puszczali. Byliśmy na studiach. Piliśmy piwo i paliliśmy papierosy. Potrzebowaliśmy takiego miejsca. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, lecz nie mogę sobie przypomnieć o czym. Pamiętam tylko, że rozmawialiśmy na różne tematy.

On też nie żyje. Umarł, zabierając ze sobą swoje cierpienia.

Wejście i wyjście.

Robiło się coraz bardziej wiosennie. Wiatr pachniał inaczej. Zmienił się też odcień wieczornej ciemności. Dźwięki przybrały inne brzmienie. Potem nadeszło wczesne lato.

Pod koniec maja zdechł kot. Niespodziewanie. Nic na to nie wskazywało. Wstałem pewnego ranka i odkryłem, że leży martwy, zwinięty w kłębek na kuchennej podłodze. Pewnie sam się nie zorientował, że umiera. Był sztywny jak zimny pieczony kurczak, a sierść miał bardziej skudloną niż za życia. Nazywał się Szprot. Nie miał zbyt szczęśliwego życia. Nikt go szczególnie nie kochał i on sam niczego szczególnie nie kochał. Zawsze patrzył na ludzi niespokojnym wzrokiem, jakby się zastanawiał, co za chwilę straci. Inne koty nie potrafią tak patrzyć. W każdym razie zdechł. Po śmierci nie miał już nic do stracenia. To bardzo dobra strona śmierci.

Włożyłem zwłoki kota do papierowej torby z supermarketu, umieściłem na tylnym siedzeniu samochodu i w pobliskim sklepie żelaznym kupiłem łopatę. Po raz pierwszy od wielu dni włączyłem radio i słuchając rocka, pojechałem na zachód. W większości nadawali nudne utwory: Fleetwood Mac, Abba, Mellisa Manchester, The Bee Gees, KC and The Sunshine Band, Donna Summer, The Eagles, Boston, The Commodores, John Denver, Chicago, Kenny Loggins… Taka muzyka pojawia się jak piana i znika. Beznadziejne, pomyślałem. Przypominająca śmieci muzyka do masowej konsumpcji mająca wyłudzić kieszonkowe od nastolatków.

Potem nagle zrobiło mi się smutno.

Czasy się zmieniły. To wszystko.

Ściskając kierownicę, starałem się przypomnieć sobie kilka beznadziejnych utworów, które nadawano, gdy byliśmy nastolatkami. Nancy Sinatra, tak, to był śmieć, pomyślałem. The Monkees też byli straszni. Nawet Elvis śpiewał mnóstwo beznadziejnych piosenek. Był też jakiś Trini Lopez. Większość utworów Pata Boone’a przypominało mi mydło toaletowe. Fabian, Bobby Ryder, Annette Funicello i oczywiście Herman’s Hermits. To było dno. Brytyjskie zespoły bez znaczenia, które pojawiały się jeden po drugim. Ich członkowie mieli długie włosy i dziwne głupie stroje. Ile uda mi się przypomnieć? The Honeycombs, The Dave Clark Five, Jerry and The Pacemakers, Freddy and The Dreamers… nie ma końca. Jefferson Airplane przypominający zesztywniałe zwłoki. Tom Jones – na sam dźwięk sztywnieję – i powstały w wyniku jego nieudanego klonowania Engelbert Humperdinck. Herb Alpert and The Tihuana Brass, których każdy utwór brzmi jak reklama. Ci obłudni Simon i Garfunkel. Znerwicowani The Jackson Five.

To samo co teraz.

Nic się nie zmieniło. Zawsze, w każdej epoce, wszystko jest takie samo, zmieniają się tylko daty i ludzie. Taka pozbawiona znaczenia muzyka do jednorazowego użytku istnieje w każdej epoce i dalej będzie istniała, jak pełnia i nów Księżyca.

Zatopiony w rozmyślaniach na takie tematy, zajechałem dość daleko. Tymczasem nadali Brown Sugar Rolling Stonesów. Nieświadomie się uśmiechnąłem. Był to świetny utwór. Taki jak trzeba, pomyślałem. Stał się przebojem chyba w siedemdziesiątym pierwszym. Zastanawiałem się przez chwilę, lecz nie mogłem sobie dokładnie przypomnieć. Wszystko jedno. Nie ma znaczenia, czy to był siedemdziesiąty pierwszy czy drugi rok. Dlaczego ciągle poważnie zastanawiam się nad takimi rzeczami?

Gdy dotarłem w góry, zjechałem z autostrady. Znalazłem odpowiedni zagajnik i pogrzebałem kota. Wszedłem trochę w głąb, wykopałem dół około metra głębokości, wrzuciłem do niego Szprota zawiniętego w papierową torbę ze sklepu Seiyu i zasypałem ziemią. Przykro mi, ale tak to się odbywa, powiedziałem na koniec do Szprota. Gdy zasypywałem dół, przez cały czas śpiewał gdzieś jakiś ptaszek. Śpiewał głosem przypominającym flet grający w wysokiej tonacji.

Zasypałem do końca, włożyłem łopatę do bagażnika i wróciłem na autostradę. Potem znów włączyłem radio i ruszyłem z powrotem do Tokio.

O niczym nie myślałem, wsłuchiwałem się jedynie w muzykę.

Nadawali Roda Stewarda i J. Geils Band. Potem spiker powiedział, że puszczą utwór z rodzaju oldies. Było to Born to Lose Raya Charlesa. Bardzo smutna piosenka.

All my life I’ve always been so blue – śpiewał. – Born to lose and now I am losing you. Słuchając, poczułem prawdziwy smutek. Prawie się rozpłakałem. Czasami mi się to zdarza. Coś przypadkiem porusza najdrażliwszą strunę mego serca. Wyłączyłem radio, zatrzymałem się na parkingu przy autostradzie, wszedłem do restauracji i zamówiłem kanapkę z sałatką jarzynową oraz kawę. Poszedłem do łazienki, starannie zmyłem z rąk resztki ziemi. Zjadłem część kanapki i wypiłem dwie kawy.

Zastanawiałem się, co teraz robi kot. Musi tam być zupełnie ciemno. Przypomniałem sobie odgłos ziemi uderzającej o papierową torbę z Seiyu. Ale wiesz co, Szprot? To był odpowiedni sposób. I dla mnie, i dla ciebie.

Przez godzinę siedziałem w tej restauracji i bezmyślnie przyglądałem się talerzowi z kanapką. Dokładnie po godzinie pojawiła się kelnerka ubrana w fioletowy strój służbowy i nieśmiało zapytała, czy może zabrać talerz. Skinąłem głową.

Już czas, pomyślałem.

Czas na powrót do społeczeństwa.

3

Znalezienie pracy w tym mrowisku zaawansowanego kapitalizmu nie przedstawia większych trudności, oczywiście pod warunkiem, że nie ma się wymagań dotyczących jej rodzaju i treści. Kiedy prowadziłem firmę, często zajmowałem się pracą redakcyjną, sam też pisywałem wtedy różne drobne teksty, miałem więc kilku znajomych w kręgach dziennikarskich i dlatego łatwo mi było utrzymać się z pisania na zlecenie. Nigdy nie wydawałem zbyt wiele na życie.

Wyciągnąłem stare kalendarzyki i zadzwoniłem do kilku osób. Zapytałem wprost, czy nie mają dla mnie jakiejś pracy. Tak się złożyło, że przez pewien czas nic nie robiłem, ale teraz chcę pracować. Od razu podrzucili mi kilka zamówień. Nie były zbyt imponujące: głównie pisanie artykułów do zapełnienia broszur PR i folderów reklamujących przedsiębiorstwa. Konserwatywnie oceniając, połowę tego, co pisałem, stanowiły całkowicie pozbawione znaczenia namiastki, które nie mogły się nikomu na nic zdać. Strata papieru i atramentu. Lecz wykonywałem te zlecenia porządnie, bezmyślnie, nieomal mechanicznie. Na początku nie miałem wiele pracy – zajmowała mi dwie godziny dziennie, a potem chodziłem na spacery i do kina. Obejrzałem dość dużo filmów i tak spędziłem beztrosko trzy miesiące. Poczułem ulgę, że przede wszystkim mam trochę kontaktu ze społeczeństwem.

Na początku jesieni moja sytuacja zaczęła się zmieniać. Liczba zleceń gwałtownie wzrosła. Telefon dzwonił bez ustanku i dostawałem więcej przesyłek. W związku z pracą spotykałem się z wieloma ludźmi i jadałem z nimi posiłki. Byli dla mnie życzliwi i mówili, że podrzucą mi więcej zamówień.

Przyczyna okazała się jasna. Nie przebierałem w zleceniach i przyjmowałem jedno po drugim. Kończyłem przed terminem, nigdy nie narzekałem i pisałem czytelnie[1]. Pracowałem sumiennie. Porządnie robiłem nawet to, co inni pomijali. Nigdy się nie krzywiłem, nawet kiedy płaca była niska. Jeżeli o pół do trzeciej nad ranem dzwonił telefon i ktoś mówił, że koniecznie potrzebuje na szóstą dwadzieścia stron tekstu (na przykład o zaletach systemu analogowego albo o uroku kobiet po czterdziestce, albo o pięknie Helsinek, w których oczywiście nigdy nie byłem), tekst był gotów o pół do szóstej. Gdy kazano mi coś poprawić, poprawiałem do szóstej. To oczywiste, że cieszyłem się dobrą opinią.

Tak jak z odśnieżaniem. Gdy spadł śnieg, efektywnie odgarniałem go na brzeg ulicy.

Nie miałem żadnych ambicji i żadnych oczekiwań, po prostu systematycznie wykonywałem jedno po drugim wszystkie zlecenia. Szczerze mówiąc, zastanawiałem się czasem, czy to nie jest marnowanie życia, lecz doszedłem do wniosku, że skoro marnuje się tyle papieru i atramentu, nie mogę sobie pozwolić na narzekanie, że marnuje się też moje życie. Żyjemy w zaawansowanym kapitalizmie. Marnotrawstwo uznaje się za jego największą zaletę. Politycy nazywają to wyrafinowaniem popytu na rynku wewnętrznym, a ja bezsensownym marnotrawstwem. Różnica zdań. Lecz choć istnieją takie różnice zdań, żyjemy w takim a nie innym społeczeństwie. Jeżeli się to komuś nie podoba, musi się przenieść do Bangladeszu albo Sudanu.

Nie interesował mnie specjalnie ani Bangladesz, ani Sudan.

Dlatego w milczeniu pracowałem dalej.

Wkrótce zacząłem dostawać nie tylko zamówienia na teksty do broszur reklamowych, ale także zlecenia dla zwykłych czasopism. Z jakiegoś powodu często pochodziły z pism kobiecych. Zacząłem próbować swoich sił w wywiadach i niewielkich reportażach. Nie było to o wiele bardziej interesujące od broszur PR. Z powodu rodzaju czasopism większość osób, z którymi przeprowadzałem wywiady, należała do świata artystycznego. Na wszelkie pytania dostawałem tylko sztampowe odpowiedzi. Mogłem przewidzieć, co odpowiedzą, zanim zadałem pytanie. Czasami dochodziło nawet do tego, że agent danej osoby wzywał mnie i prosił o wcześniejsze podanie pytań. Wszystkie odpowiedzi były zawczasu starannie przygotowane. Jeżeli zadawałem siedemnastoletniej piosenkarce jakieś nieuzgodnione wcześniej pytanie, wtrącał się siedzący obok agent i mówił: „O tym nie rozmawialiśmy, więc nie możemy odpowiedzieć”. O rany, chwilami szczerze martwiłem się, że bez pomocy agenta te dziewczyny nie umiałyby nawet powiedzieć, jaki miesiąc przychodzi po październiku. Czegoś takiego nie można oczywiście nazwać prawdziwym wywiadem, lecz robiłem, co mogłem. Przygotowywałem się, starannie zbierałem informacje i wymyślałem nietypowe pytania. Uważnie opracowywałem strukturę artykułu. Nikt tego specjalnie nie doceniał i nikt nie chwalił. Wkładałem w pracę wszystkie siły, ponieważ tak było mi najłatwiej. Samodyscyplina. Męczenie palców i głowy, którym tak długo dawałem odpocząć, przy praktycznej i możliwie pozbawionej znaczenia pracy.

Powrót do społeczeństwa.

Codziennie byłem zajęty, jak nigdy przedtem. Otrzymałem kilka regularnych zleceń i miałem też wiele niespodziewanych i pilnych. Trafiały do mnie zamówienia, których nikt inny nie chciał przyjąć. Mogłem też liczyć na wszystkie kłopotliwe zlecenia wymagające zawracania głowy. Pełniłem w społeczeństwie rolę wysypiska śmieci na obrzeżach miasta. Kiedy coś się zepsuło, wszyscy zwalali to na mnie. Późno w nocy, gdy inni spali.

Dzięki temu moje oszczędności wzrosły do sum, jakich nigdy przedtem nie posiadałem, a ja byłem zbyt zajęty, żeby je wydawać. Pozbyłem się poprzedniego samochodu, który sprawiał mi tyle kłopotu, i odkupiłem tanio od znajomego subaru leone. Był to zeszłoroczny model, lecz miał mało na liczniku, radio stereo i klimatyzację. Po raz pierwszy w życiu jeździłem takim wozem. Mieszkałem trochę za daleko od centrum, więc przeniosłem się w okolice Shibuya. Przed oknami przebiegała autostrada i dokuczał hałas, ale jeśli człowiek się tym nie przejmował, mieszkanie było całkiem niezłe.

Spałem z kilkoma dziewczynami poznanymi w pracy.

Powrót do społeczeństwa. Wiem, z którymi dziewczynami powinienem się przespać. Wiem też, z którymi mogę się przespać, a z którymi nie mogę. I z którymi nie powinienem sypiać. Z wiekiem naturalnie zaczyna się rozumieć takie rzeczy. Wiem też, kiedy przychodzi czas na rozstanie. Nie czułem tylko tego drżenia serca.

Najbliżej związałem się z dziewczyną z urzędu telefonicznego. Poznałem ją na jakimś przyjęciu pod koniec roku. Oboje się upiliśmy, żartowaliśmy, przypadliśmy sobie do gustu, wróciliśmy do mnie i poszliśmy do łóżka. Była inteligentna i miała bardzo ładne nogi. Jeździliśmy na przejażdżki moim używanym subaru. Kiedy przychodziła jej ochota, dzwoniła do mnie i pytała, czy może spędzić ze mną noc. Była jedyną partnerką, z którą udało mi się choć trochę zbliżyć. Oboje wiedzieliśmy, że nasz związek do niczego nie prowadzi, lecz spokojnie spędzaliśmy razem ten okres przejściowy. Po raz pierwszy od długiego czasu czułem się uspokojony. Trzymaliśmy się w ramionach i rozmawialiśmy szeptem. Gotowałem dla niej, na urodziny dawaliśmy sobie prezenty. Chodziliśmy do klubów jazzowych i piliśmy koktajle, ani razu się nie pokłóciliśmy. Wiedzieliśmy, czego od siebie oczekujemy. Ale to też dobiegło końca. Pewnego dnia urwało się nagle jak taśma filmowa.

Jej zniknięcie wywołało we mnie niespodziewane poczucie straty. Przez pewien czas miałem w sobie nieznośną pustkę. W końcu sam do niczego nie dochodzę. Inni znikają jedno po drugim, a ja zatrzymałem się na zawsze w zbyt długim okresie przejściowym. Życie rzeczywiste, a zarazem nierzeczywiste.

Ale to nie była główna przyczyna mojej pustki.

Największy problem polegał na tym, że w głębi serca wcale mi na tej dziewczynie nie zależało. Lubiłem ją. Lubiłem z nią przebywać. Razem spędzaliśmy przyjemne chwile. Okazywałem jej nawet czułość, lecz nie zależało mi na niej. Uświadomiłem to sobie wyraźnie w trzy dni po jej odejściu. Tak, będąc przy niej, byłem jednocześnie na Księżycu. Czując jej piersi u swego boku, naprawdę pragnąłem czegoś innego.

W ciągu czterech lat jakoś wróciłem do równowagi. Wykonywałem porządnie jedną po drugiej zlecone mi prace i ludzie zaczęli mnie darzyć zaufaniem. Może nie było ich tak wielu, ale kilka osób jakby mnie nawet polubiło. Nie muszę chyba dodawać, że to mi nie wystarczało. Wcale nie wystarczało. Krótko mówiąc, zużyłem dużo czasu na to, żeby wrócić do punktu wyjścia.

A więc – pomyślałem – w wieku lat trzydziestu czterech jestem znowu w punkcie wyjścia. Co mam teraz zrobić? Od czego zacząć?

Nie było się nad czym zastanawiać. Od początku wiedziałem, co mam zrobić. Rozwiązanie od dawna unosiło mi się nad głową jak gęsta chmura, tylko nie mogłem się zdecydować na wprowadzenie go w życie i dzień po dniu to odkładałem. Muszę pojechać do hotelu Pod Delfinem. To jest punkt wyjścia.

Tam muszę się z nią spotkać. Z tą luksusową prostytutką, która mnie do niego zaprowadziła. A to dlatego, że Kiki mnie teraz potrzebuje. (Do czytelnika: Musi mieć imię. Nawet jeżeli będzie to imię prowizoryczne. Na imię ma Kiki. Potem się tego dowiem. Wytłumaczę to dokładnie później, lecz postanowiłem już teraz zacząć tak ją nazywać. Będzie miała na imię Kiki. Przynajmniej w pewnym, niewielkim środowisku tak ją nazywano). Kiki ma kluczyki do stacyjki. Muszę ją sprowadzić z powrotem do tego pokoju, do którego nikt nie wraca, wszyscy jedynie go opuszczają. Nie wiem, czy to będzie możliwe. W każdym razie muszę spróbować. Od tego zacznie się nowy cykl.

Spakowałem rzeczy, uporałem się kolejno z najpilniejszymi pracami i odwołałem te zaplanowane na przyszły miesiąc. Zadzwoniłem do wszystkich i powiedziałem, że z powodu sytuacji rodzinnej koniecznie muszę wyjechać na miesiąc z Tokio. Kilku redaktorów miało pretensję, ale pierwszy raz robiłem coś takiego, poza tym informowałem ich z wyprzedzeniem, więc mogli jeszcze zorganizować zastępstwo, i dlatego w końcu wszyscy się zgodzili. Powiedziałem, że na pewno za miesiąc wrócę i znów będę dla nich pracował. Potem wsiadłem do samolotu i poleciałem na Hokkaido. Był początek marca osiemdziesiątego trzeciego roku.

Jednak oczywiście moja dezercja przeciągnęła się i trwała dłużej niż miesiąc.

4

Wynająłem taksówkę na dwa dni i wraz z fotografem objechałem jedną po drugiej restauracje pogrążonego w śniegu Hakodate. Systematycznie i efektywnie zebrałem materiały do reportażu. W tego rodzaju pracy najważniejsze jest wcześniejsze zebranie informacji i ustalenie dokładnego planu. Można powiedzieć, że na tym się wszystko opiera. Przed wyjazdem gromadzę wszelkie dostępne informacje. Istnieją różne organizacje, które zbierają dane dla ludzi pracujących w moim zawodzie. Jeżeli się do nich przystąpi i płaci składki, są gotowe sprawdzić większość źródeł. Gdy na przykład powiem, że potrzebuję informacji na temat restauracji w Hakodate, zbiorą ich dość dużo. Posługując się wielkimi komputerami, przeczesują labirynt informacji i efektywnie wynajdują te potrzebne. Kopiują, segregują i dostarczają. Oczywiście trzeba za to odpowiednio zapłacić, ale gdy pomyśleć, że unika się zawracania głowy, kwota nie wydaje się wcale duża.

Prócz tego sam wędruję i zbieram dane. Są biblioteki z materiałami dotyczącymi turystyki, inne z regionalnymi gazetami i wydawnictwami. Kiedy to wszystko zbiorę, mam pokaźny materiał. Wybieram z niego restauracje, które mogą się nadać do artykułu. Dzwonię do nich i dowiaduję się, w jakich godzinach są otwarte i którego dnia są nieczynne. Robiąc to wszystko z wyprzedzeniem, można na miejscu oszczędzić dużo czasu. Rysuję w zeszycie tabelkę i planuję każdy dzień. Z mapą w ręku decyduję i układam trasę. Nieznane elementy ograniczam do minimum.

Po dotarciu na miejsce odwiedzam wraz z fotografem wszystkie restauracje. Razem jest ich około trzydziestu. Oczywiście zjadam tylko po odrobinie potraw, resztę po prostu zostawiam. Sprawdzam jedynie smak. Wyrafinowanie konsumpcji. Na tym etapie ukrywamy fakt, że przygotowujemy reportaż. Nie robimy zdjęć. Po wyjściu z restauracji dyskutujemy z fotografem o smaku potraw i oceniamy w skali jeden do dziesięciu punktów. Jeżeli wynik jest dobry, restauracja zostaje na liście, a jeśli zły, skreślamy ją. Zakładamy, że skreślimy trochę ponad połowę. Jednocześnie kontaktujemy się z miejscowymi gazetami o małym nakładzie i prosimy o polecenie pięciu restauracji, które nie trafiły na naszą listę. Odwiedzamy je również. Wybieramy. Kiedy dokonamy ostatecznej selekcji, dzwonimy do wybranych restauracji, mówimy, jakie pismo reprezentujemy, i prosimy o pozwolenie na zebranie informacji do reportażu i zrobienie zdjęć. Na tym upływają dwa dni. Wieczorami kreślę w hotelu ramy artykułu.

Następnego dnia fotograf szybko robi zdjęcia dań w każdej restauracji, a w tym czasie ja rozmawiam z właścicielem. Krótko. Po trzech dniach jest po wszystkim. Oczywiście niektórzy dziennikarze potrafią się z tym uporać jeszcze szybciej, lecz oni niczego nie sprawdzają. Wybierają na chybił trafił znane restauracje i idą tylko do nich. Są też tacy, którzy piszą reportaże, nawet nie spróbowawszy potraw. Jeśli człowiek musi napisać, to jakoś napisze. Szczerze mówiąc, niewielu jest ludzi, którzy poświęcają tyle czasu co ja na tego typu reportaże. Jeżeli się człowiek do tego przyłoży, praca jest ciężka, a jeśli postanowi zrobić po łebkach, można to zrobić i po łebkach. Reportaże niewiele się od siebie różnią, bez względu na to, czy napisane są porządnie, czy byle jak. Na pozór wyglądają tak samo, dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się widać drobną różnicę.

Nie piszę tego, żeby się pochwalić. Chciałem po prostu wyjaśnić, na czym polega moja praca i z jakim rodzajem konsumpcji i marnotrawstwa mam do czynienia.

Kilka razy pracowałem już z tym fotografem. Raczej dobrze się dogadujemy. Jesteśmy takimi profesjonalistami jak pracownicy zakładu pogrzebowego w czystych białych rękawiczkach, nieskazitelnych tenisówkach i z dużymi maskami na twarzach. Pracujemy szybko i składnie. Nie gadamy niepotrzebnie i szanujemy się nawzajem. Obaj wiemy, że wykonujemy nudną pracę, żeby zarobić na utrzymanie, ale mimo to wykonujemy ją porządnie. W tym sensie jesteśmy profesjonalistami. Trzeciego dnia wieczorem skończyłem pisanie.

Czwarty dzień zostawiliśmy sobie na wszelki wypadek, ale ponieważ reportaż był gotowy i nie mieliśmy nic do roboty, wynajęliśmy samochód, pojechaliśmy za miasto i pobiegaliśmy na nartach biegowych, a wieczór spędziliśmy przy drinkach nad parującą miską zupy z mięsem i jarzynami. Był to bardzo relaksowy dzień. Przekazałem fotografowi reportaż. Ustalone zostało, że pod moją nieobecność ktoś zajmie się resztą. Przed pójściem spać zadzwoniłem do informacji w Sapporo i poprosiłem o numer hotelu Dolphin. Od razu mi go podano. Usiadłem na łóżku i westchnąłem. Dowiedziałem się dzięki temu, że hotel Pod Delfinem jeszcze istnieje. Chyba poczułem ulgę. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby go już nie było – zdawało się, że w każdej chwili może zostać zamknięty. Wziąłem głęboki oddech i wykręciłem numer. Ktoś od razu odebrał, jakby tylko czekał na mój telefon. Trochę mnie to speszyło. Jakoś za dobrze poszło.

Zgłosiła się młoda dziewczyna. Dziewczyna? Co się dzieje? Hotel Pod Delfinem nie należał do hoteli, w których są młode recepcjonistki.

– Hotel Dolphin. Czym mogę służyć?

Nie byłem pewien, co jest grane, więc na wszelki wypadek potwierdziłem adres. Nie zmienił się. Pewnie zatrudnili nową dziewczynę. W zasadzie nie ma się czym przejmować. Powiedziałem, że chciałbym zrobić rezerwację.

– Proszę bardzo. Połączę pana z działem rezerwacji – oznajmiła żywo.

Dział rezerwacji? Znowu się speszyłem. Tego to już nijak się nie da wytłumaczyć. Co się mogło stać w hotelu Pod Delfinem?

– Rezerwacje. Słucham – odezwał się głos młodego mężczyzny. Energiczny, sympatyczny głos. Musiał być zawodowym hotelarzem.

Na początek zarezerwowałem na trzy dni pokój jednoosobowy. Podałem nazwisko i tokijski numer telefonu.

– Przyjąłem. Rezerwuję od jutra na trzy noce pokój jednoosobowy – potwierdził mężczyzna.

Nie przychodziło mi do głowy nic więcej, toteż podziękowałem i wciąż zdumiony odłożyłem słuchawkę. Potem moje zaskoczenie jeszcze się pogłębiło. Przez pewien czas wpatrywałem się w telefon, jakbym się spodziewał, że ktoś zadzwoni i mi to wszystko wyjaśni. Ale wyjaśnienia nie było. Jakoś to będzie, poddałem się. Kiedy dotrę na miejsce, wszystko zrozumiem. Muszę tam pojechać. Jakkolwiek na to popatrzeć, nie mam innego wyjścia. Nie widzę żadnej oczywistej alternatywy.

Zadzwoniłem do recepcji i poprosiłem o sprawdzenie w rozkładzie jazdy pociągów do Sapporo. Przed dwunastą był ekspres, który mi odpowiadał. Następnie zadzwoniłem do room service i poprosiłem o przyniesienie pół butelki whisky i lodu. Pijąc, obejrzałem w telewizji film. Był to western z Clintem Eastwoodem, który ani razu się nie roześmiał. Nawet się nie uśmiechnął ani nie skrzywił. Kilka razy roześmiałem się z niego, lecz on ani drgnął. Film się skończył, wypiłem też prawie całą whisky, więc zgasiłem światło i spałem smacznie do rana. Nic mi się nie śniło.

@@@@

Z okna ekspresu widać było jedynie śnieg. Był to pogodny dzień i po chwili od wpatrywania się w śnieg zaczęły mnie boleć oczy. Nikt prócz mnie nie wyglądał przez okno. Pewnie wszyscy wiedzieli, że za oknem widać tylko śnieg.

Ponieważ nie jadłem śniadania, przed dwunastą poszedłem do wagonu restauracyjnego na lunch. Wypiłem piwo i zjadłem omlet. Naprzeciw mnie siedział mężczyzna koło pięćdziesiątki w garniturze i krawacie. On też pił piwo i jadł kanapki z szynką. Jakoś mi wyglądał na inżyniera mechanika i rzeczywiście okazał się inżynierem mechanikiem. Zagadnął mnie i powiedział, że jest inżynierem mechanikiem i zajmuje się wyposażaniem samolotów dla Sił Samoobrony[2]. Opowiedział mi dokładnie o tym, jak radzieckie bombowce i samoloty bojowe naruszają naszą przestrzeń powietrzną, lecz zdawało się, że nie bardzo się przejmuje tym nielegalnym naruszaniem. Przejmował się za to ekonomicznym aspektem eksploatacji samolotów Phantom F4. Powiedział mi, ile paliwa zużywają w jednej potyczce. Mówił, że to straszna strata paliwa. „Gdyby je zaprojektowała firma japońska, kosztowałyby o wiele mniej. Można by skonstruować tańszy odrzutowiec, który nie ustępowałby w niczym F4. Można by to bardzo szybko zrobić”.

Powiedziałem mu, że marnotrawstwo to największa zaleta zaawansowanego kapitalizmu. Dzięki temu, że Japonia kupuje od Ameryki odrzutowce Phantom, odbywa ćwiczenia i zużywa na darmo paliwo, gospodarka światowa szybciej się kręci, a kapitalizm staje się jeszcze bardziej zaawansowany. Gdyby nikt niczego nie marnował, zrobiłaby się wielka panika i w gospodarce światowej zapanowałby zamęt. Marnotrawstwo jest paliwem, które wywołuje paradoksy, paradoksy ożywiają gospodarkę, a ożywienie wywołuje więcej marnotrawstwa.

Zastanowił się chwilę i powiedział, że może mam rację, ale on wychował się podczas wojny, w okresie, kiedy absolutnie wszystkiego brakowało, więc nie mógł do końca zrozumieć współczesnej rzeczywistości.

– W odróżnieniu od was, młodych, my nie możemy jakoś przywyknąć do takich skomplikowanych rzeczy – powiedział z wymuszonym uśmiechem.

Ja też wcale do nich nie przywykłem, ale nie chciałem przedłużać rozmowy, więc specjalnie nie zaprzeczałem. Nie przywykłem. Po prostu rozumiem, uświadamiam to sobie. To zasadnicza różnica. Skończyłem omlet, pożegnałem się z inżynierem i wstałem.

W pociągu przespałem się około pół godziny i przeczytałem kupioną niedaleko dworca w Hakodate biografię Jacka Londona. W porównaniu z jego burzliwym życiem moje własne wydawało się spokojne, jak spokojna wydaje się wiewiórka drzemiąca w dziupli na czubku dębu, oparta o orzech i czekająca wiosny. Przynajmniej przez pewien czas tak mi się wydawało. Ale biografie takie są. Kto przeczytałby biografię pracownika biblioteki miejskiej w Kawasaki, który przeżył spokojne niczym niewyróżniające się życie? Krótko mówiąc, poszukujemy jakiejś kompensacji.

Dojechałem do dworca w Sapporo i postanowiłem pójść spacerem do hotelu Pod Delfinem. Było bezwietrzne popołudnie, a mój jedyny bagaż stanowiła torba na ramię. W całym mieście leżały sterty brudnego śniegu. Powietrze było mroźne i szczypiące, ludzie szli prosto przed siebie, uważając pod nogi. Wszystkie licealistki miały zaróżowione policzki i energicznie wypuszczały białe obłoczki oddechu, na których nieomal można byłoby coś napisać – jak w komiksie. Szedłem powoli, oglądając te miejskie sceny. Przyjechałem do Sapporo po czterech i pół roku, lecz miałem wrażenie, że już bardzo dawno nie widziałem takiej scenerii.

Po drodze wstąpiłem do kawiarni, odpocząłem trochę przy gorącej mocnej kawie z brandy. Wokół mnie ludzie zajmowali się swymi zwykłymi miejskimi sprawami. Zakochani rozmawiali przyciszonymi głosami, biznesmeni sprawdzali liczby na rozłożonych przed sobą dokumentach, grupa studentów rozmawiała o wyjeździe na narty i o nowej płycie Police. Były to sceny, jakie codziennie rozgrywają się w każdym mieście Japonii. Gdyby przenieść wnętrze tej kawiarni do Jokohamy albo Fukuoki, nic nie wydawałoby się nie na miejscu, lecz mimo to – a może właśnie dlatego – siedząc w tej kawiarni i pijąc kawę, poczułem gwałtowną dojmującą samotność. Zdawało mi się, że jedynie ja jestem kompletnym outsiderem. Nie należę ani do tego miasta, ani do tego codziennego życia.

Oczywiście po namyśle doszedłem do wniosku, że nie należę też do żadnej kawiarni tokijskiej, lecz w kawiarniach w Tokio nie czuję się tak gwałtownie samotny. Piję kawę, czytam książki, zupełnie zwyczajnie spędzam w nich czas. A to dlatego, że to część mojego codziennego życia, nad którym się specjalnie głęboko nie zastanawiam.

Jednak w tej kawiarni w Sapporo poczułem się niewiarygodnie samotny, jakby mnie pozostawiono samego w strefie podbiegunowej. Zwykłe kawiarniane sceny – można je wszędzie znaleźć. Lecz po zdarciu górnej warstwy to tylko forma kryjąca zupełnie inną, nieznaną mi treść. Podobna, lecz jednak inna, myślałem. Zupełnie jakbym był na innej planecie. Język, ubrania, twarze są takie same, lecz jest to inna, zasadniczo różna planeta. Inna planeta, na której nie używa się pewnych funkcji. Żeby się dowiedzieć, które funkcje są w użyciu, trzeba je wypróbować jedną po drugiej. Jeżeli raz się pomylę, wyda się, że jestem z innej planety. Wszyscy wstaną i zaczną mnie wytykać palcami. Jesteś inny! Jesteś inny, jesteś inny, jesteś inny!

Zastanawiałem się nad tym, pijąc kawę. To mrzonki.

Lecz to, że jestem samotny – to fakt. Nie jestem z nikim związany. Na tym właśnie polega problem. Próbuję odzyskać siebie samego, lecz nie jestem z nikim związany.

Kiedy ostatni raz naprawdę kogoś kochałem?

Bardzo dawno temu. Między jednym okresem lodowcowym a drugim. W każdym razie bardzo dawno. W prehistorycznej przeszłości. W okresie jurajskim czy jakimś innym, w zamierzchłej przeszłości. Wszystkie zniknęły: dinozaury, mamuty i tygrysy szablozębne. I gaz łzawiący w parku Miyashita[3]. A potem nadszedł zaawansowany kapitalizm i zostawiono mnie samego w takim społeczeństwie.

Zapłaciłem rachunek, wyszedłem na ulicę i o niczym nie myśląc, ruszyłem prosto do hotelu Pod Delfinem.

Ponieważ nie pamiętałem dokładnego adresu, obawiałem się, że będzie mi trudno trafić. Niepotrzebnie, od razu go znalazłem. Przeobraził się w ogromny, dwudziestopięciopiętrowy budynek. Modernistyczne krzywe linie w stylu Bauhausu, lśniące szkło i stal nierdzewna. Przy podjeździe rząd tyczek z powiewającymi flagami różnych krajów, pracownik hotelu w dobrze skrojonej liberii, który pokazywał taksówkom, gdzie mają stanąć, przeszklona winda jeżdżąca bezpośrednio do restauracji na ostatnim piętrze… kto mógłby to przegapić? W marmurowej kolumnie przy wejściu umieszczono płaskorzeźbę delfina, a pod nią był napis: Hotel Dolphin.

Stałem zaskoczony przez dwadzieścia sekund i z otwartymi ustami gapiłem się na hotel. Potem westchnąłem tak głęboko, że moje westchnienie mogłoby sięgnąć Księżyca. Delikatnie mówiąc, zamurowało mnie.

* * *

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Z powodu dużej ilości znaków używanych w japońskim maszyny do pisania nigdy nie były w powszechnym użyciu (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

[2] Siły Samoobrony – zastąpiły armię japońską, która została rozwiązana po drugiej wojnie światowej.

[3] Prawdopodobnie mowa tu o gazie łzawiącym używanym przez oddziały specjalne podczas tłumienia demonstracji w latach 1969–70.

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Zawód: powieściopisarz Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland Tańcz, tańcz, tańcz O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu Mężczyźni bez kobiet Kafka nad morzem 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej