Wśród przyjaciół

Wśród przyjaciół

Autorzy: Maciej Sieńczyk

Wydawnictwo: Czarne

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 192

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 16.95 zł

Koedycja z dwutygodnikiem.com i Narodowym Instytutem Audiowizualnym

Książka Macieja Sieńczyka może wywoływać skojarzenia z Dekameronem Boccaccia, bo i tu kulturalne towarzystwo zabawia się wyrafinowanymi opowieściami. Tyle że na zewnątrz mieszkania, w którym biesiadują i gadają, nie panuje zaraza, ale Polska. Albo z tym opowiadaniem Pielewina o kolonistach próbujących tęsknotę za domem i rodzicami zagłuszyć nocnym turniejem ostentacyjnie makabrycznych baśni, wspomnień i ściem. Wśród przyjaciół to również a może i przede wszystkim popis umiejętności narracyjnych i hipnotycznych Gospodarza, tego arcyopowiadacza, nadwiślańskiej Szeherezady.

Gospodarz z dyskretną swadą prawi godzinami o swoich przygodach i pasjach. Kolekcjonowanie ulotek medycznych i starych plakatów BHP, oglądanie zamkniętych fabryk, opuszczonych domów, cudzego życia, z którego zostają przedmioty i zapachy, rysowanie komiksów, badania nad okupacyjną literaturą propagandową, twórczość obłąkanych, sąsiedzka pomoc, poezja rymowana, sporadyczne wyjazdy zagraniczne, w tym all inclusive na Krecie, dyskopatia. Mogło się zakręcić w głowie od tych cudów.

Goście nie pozostają dłużni i w rewanżu dzielą się horrorami dzieciństwa, koszmarami dorosłości i snami. Już za chwilę Gospodarz opowie o swoich kontaktach z urzędami skarbowymi w Lublinie i Warszawie. Zgroza narasta

seria dwutygodnik.com

Maciej Sieńczyk

Wśród przyjaciół

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Maciej Sieńczyk

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Ilustracje wewnątrz tomu © by Maciej Sieńczyk

Copyright © by Maciej Sieńczyk, 2016

Redakcja Łukasz Najder

Korekta Katarzyna Rycko / d2d.pl, Gabriela Niemiec / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

W książce wykorzystano teksty publikowane w antologii 20 lat pod Lampą, na łamach miesięcznika „Lampa” oraz magazynu internetowego dwutygodnik.com

Książka powstała we współpracy z Narodowym Instytutem Audiowizualnym, wydawcą magazynu dwutygodnik.com

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-451-0

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Motto

Kolofon

Zbyt szybko minęła radosna godzina!

Wszystkich was milczących, kiedy On wspominał

Widziałem… I wkrótce zaduma ponura

Przebrzmiała. O cudownych przygodach

I o dziadku w chmurach

On nam opowiadał…

Jakiś czas temu znajomy zaprosił mnie na imieniny, a że był prawie kimś z rodziny, nie mogłem odmówić. Podobno w dzieciństwie bawiliśmy się razem, bo moja matka lubiła jego rodziców. Później, zupełnie o sobie nie wiedząc, wywędrowaliśmy do tego samego miasta. I oto nadarzyła się okazja do powtórnego spotkania. Przyszedłem pierwszy, więc było trochę czasu na swobodną rozmowę. Z początku byliśmy skrępowani i nawet bałem się, że mój gospodarz pożałuje swojego zaproszenia. Ale lody zostały przełamane i wkrótce nabrałem śmiałości, a nawet poufałości, jak to bywa u osób z natury nieśmiałych. Zacząłem rozglądać się po mieszkaniu i moją uwagę zwrócił obrazek, który wisiał koło drzwi. Przedstawiał samochód, któremu zastąpił drogę mężczyzna z uniesionym policyjnym lizakiem. Na dole był napis „Stop. Droga wolna tylko dla trzeźwych”. Zastanowiło mnie, po co wiesza takie obrazki, a jeśli już wiesza, czy nie stosowniejsze byłoby jakieś bardziej eksponowane miejsce. Objaśnił, że przez lata uzbierał kilkaset plakatów o tematyce zdrowotnej i obecnie ma jedną z największych kolekcji w kraju. Żeby mu zrobić przyjemność, zapytałem, czy nie zechciałby o tym opowiedzieć. Zadumał się, co mnie zaniepokoiło, bo nie spodziewałem się aż takiej zadumy, i udzielił wyjaśnień, które daleko wykraczały poza to skromne pytanie.

Losy osób, które zbierają plakaty z przychodni, są przeważnie nieznane. Ludzie ci wegetują na obrzeżach środowisk inteligenckich w fatalnym zapuszczeniu. Na szczęście los obszedł się ze mną łagodnie i jak pan widzi, nie jestem biedny, choć nie jestem też bardzo bogaty.

Pewnego dnia, a było to w czasach studenckich, szedłem z dziewczyną ulicą. Zwierzyłem jej się, że zawaliłem wszystkie egzaminy i moja sytuacja na uczelni przybrała rozpaczliwy obrót. Aby o tym nie myśleć, chciałem znaleźć sobie jakąś pasję, najlepiej zbierać tanie, a zarazem wyjątkowe przedmioty. Dziewczyna pochwaliła mój pomysł. Mijaliśmy właśnie szpital. Powiedziałem, że warto by wejść do środka i sprawdzić, czy wiele zmieniło się od dawnych czasów, a zwłaszcza czy wiszą jeszcze owe cudowne plakaty zdrowotne. Wtedy zobaczyłem plakat Matko, oddaj swój pokarm do laktarium i moje wątpliwości się rozwiały. Odtąd niemal codziennie chodziliśmy od przychodni do przychodni i pukając do pokoju pielęgniarek, udawaliśmy, że chcemy zrobić wystawę plakatów na korytarzu uczelni. Panie, mając do czynienia z tak porządnymi ludźmi, dziwowały się bardzo i dawały na odczepnego nędzną ulotkę. Było pewne, że w ten sposób do niczego nie dojdę. Uzbierałem już nieco plakacików, ale nie umiałem się nimi cieszyć, bo przed oczami stały mi liczne niedosiężne jeszcze skarby. Zaczęliśmy czekać wśród chorych, aż zrobi się pusto. Babiny pytały: „Czy państwo do doktora takiego i takiego?”, wówczas odpowiadaliśmy: „Nie, my tu tylko czekamy”. Światła gasły, sprzątaczki postukiwały miotłami, a wtedy rzucaliśmy się na upatrzony plakat. W stanie wielkiego rozzuchwalenia, jako fałszywi studenci dziennikarstwa piszący pracę semestralną o służbie zdrowia, weszliśmy do szpitala. W podziemnym korytarzu wisiały niezliczone rzędy plakatów w ramach. Zdjęliśmy je ze ścian i specjalnymi nożykami delikatnie przecięliśmy paski taśmy klejącej, niczym chirurdzy, którzy cierpliwie i ze znawstwem oddają się swemu rzemiosłu. Wtem hałas, drzwi otworzyły się i ruszyła na nas grupa lekarzy w białych kitlach. Zupełnie wytrącony z równowagi nerwowo zakręciłem nożykiem, ale lekarze minęli nas obojętnie. Obładowani plakatami i winszując sobie ocalenia, wyszliśmy ze szpitala.

Niestety, niepomyślnie zakończyła się próba kradzieży w rodzinnej miejscowości mojej dziewczyny. W tamtejszej przychodni zobaczyłem piękny plakat, który zachęcał do samokontroli piersi. Przedstawiał kobietę całą z żarówek, przy czym na wysokości piersi jedna świeciła ostrzegawczo. Jak zwykle usiedliśmy pośród poczciwych ludzi na korytarzu, a gdy opustoszał, błyskawicznie zdjąłem ramę ze ściany, znanym sposobem wyjąłem plakat, po czym oddaliliśmy się w pośpiechu. Nie minęło pół godziny i do matki przyjaciółki zadzwoniła pielęgniarka z żądaniem jego natychmiastowego zwrotu. Chwilę później, pod surowym wzrokiem pielęgniarek, które nie szczędziły nam ostrych słów, pakowaliśmy ów plakat z powrotem do ramy.

W takimże świecie dwuznaczności przyszło żyć mnie i mojej dziewczynie, ale ci nowocześni Bonnie i Clyde, którymi byliśmy, nie zasługują wyłącznie na potępienie. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych plakaty oświatowe poszły na śmietnik i zastąpiono je rekla­mami firm farmaceutycznych. W tym miejscu przypomina mi się niejaki Ponomariow, archeolog, którego Niemcy podczas okupacji zrobili burmistrzem Nowogrodu w Rosji. W 1944 roku, na wieść o nadciągających wojskach radzieckich, wywiózł skarby sztuki do Niemiec w obawie, że kiedy miasto stanie się terenem walk, bezcenne zbiory ulegną zniszczeniu lub rozproszeniu. Miasto legło w gruzach i ocalały tylko przedmioty wywiezione przez Ponomariowa, a po wojnie wróciły do odbudowanych świątyń. Człowiek ten resztę życia ukrywał się na Zachodzie, bo w ZSRR groziła mu kara za współpracę z okupantem.

Ciekawa i w miarę uczciwa była akcja pozyskania ulotek i plakatów z sanepidu. Poszedłem tam i znów powiedziałem, że jestem studentem, który pragnie zorganizować wystawę zdrowotną na korytarzu. Panie, widocznie przywykłe do obcowania z różnymi aktywistami, nie zdziwiły się, tylko skierowały mnie wprost do magazyniera. Ten poprowadził do piwnicy, gdzie na metalowych półkach leżały plakaty i ulotki. Mężczyzna osobiście chodził wśród nich i wybierał, a kiedy mijał obojętnie szczególnie cudną ulotkę, wtrącałem nieśmiało: „Może ta też byłaby dobra?”. Mężczyzna niecierpliwym gestem dawał mi ją i szliśmy dalej. Były tam pudła z napisami „1950”, „1960”, „1970”…, łatwo sobie wyobrazić, jakie kryły skarby.

To udane przedsięwzięcie nasunęło mi pomysł wysyłania do sanepidu różnych podstawionych osób. Miałem kolegę, do którego zalecała się pewna ambitna dziewczyna. Nieszczęsna, miała nadzieję, że ją zarekomenduję. Posłałem więc tam ową dziewczynę z zaleceniem, aby jako studentka pragnąca zrobić wystawę na korytarzu wyciągnęła od magazyniera wszystko, co umknęło mojej uwadze lub co przemilczałem przez zbytnią nieśmiałość. Później chciałem posłać tam również moją dziewczynę. To miała być prawdziwa epidemia chęci robienia wystaw zdrowotnych na korytarzach. Dziewczyna poszła i przyniosła nowe plakaty. Zrobiła dobre wrażenie, bo ci z ­sanepidu powiedzieli, aby znów przyszła, tylko odpowiednio ubrana, bo w piwnicy może się ubrudzić. Gratulowałem sobie zaradności i przed oczami paradowały mi już nowe skarby. Moje rozczarowanie było wielkie, bo dziewczyna nie poszła do sanepidu, w międzyczasie zaczęła interesować się innym chłopakiem i moja rekomendacja nie była potrzebna.

Po ogólnopolskiej zmianie wystroju przychodni na bardziej nowoczesny chodziliśmy z przyjaciółką bez celu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Czasem jeszcze kupiłem ulotkę na pchlim targu, znalazłem na śmietniku lub w starej książce. Myślałem, że nastąpił kres poszerzania kolekcji. Szczęśliwie kilka lat później pojawiły się aukcje internetowe…

Zapytałem Gospodarza, czy mógłby pokazać mi swoje ulotki, na co odparł, że nie ma ich tutaj, prócz jednej, którą niedawno znalazł w szufladzie. Zatytułowana była Kto miał rację? i opowiadała o dwóch siostrach. „Anusia została zaszczepiona przeciw gruźlicy zaraz po urodzeniu. Basia nie została zaszczepiona. Wnuczki pojechały na święta z wizytą do babci. Babcia nie leczyła się nigdy i nikt nie wiedział o tym, że jest chora na gruźlicę. Dzieci zaraziły się gruźlicą od babci. Anusia dzięki szczepieniu została uodporniona. Mimo styczności z chorą babcią nie zachorowała. Na równi z innymi szczepionymi dziećmi chowa się zdrowo. Basia, nieuodporniona, zaraziła się od babci i zachorowała. Gruźlica umiejscowiła się w stawie biodrowym. Choroba trwała długo. Basia trzy lata przebywała w sanatorium. Matka musi nieustannie nad nią czuwać. Anusia przed pójściem do szkoły razem z innymi dziećmi była poddana kontroli i doszczepiona. Przez wszystkie lata szkolne była kontrolowana, czy zachowuje nadal odporność na gruźlicę. Anusia wyrosła na silną, zdrową dziewczynkę. Będzie się dalej uczyć. Basia również ukończyła szkołę. Osłabiona chorobą, często podupada na zdrowiu. Gdy przyszedł niebezpieczny okres pokwitania, nastąpił nawrót choroby gruźliczej. Chory staw biodrowy musiał być operowany. Pozostał ślad – Basia ma nieco krótszą nogę i utyka na nią. Sprawia jej to dużą przykrość”.

Gospodarz uśmiechnął się, gdy z powagą oglądałem ten skrawek papieru i delikatnie obracałem go w dłoniach. Chyba wyczytał z mojej twarzy niedowierzanie, że zbieranie ulotek może być tak przyjemne, bo zaraz zaczął mi to tłumaczyć.

Moi rówieśnicy spotykali się z przyjaciółmi albo w sztormową pogodę wiązali liny na jeziorze, a ja przeglądałem segregator z ulotkami. „Małe ulotki – szeptałem nieraz – nawet nie macie pojęcia, ile mi dajecie radości”. Chciałbym przekazać je potomkowi, któremu ulotki medyczne będą równie drogie. Ale czy można mieć pewność, że tak się stanie? Przychodzi mi do głowy pewien kolekcjoner. Jest młodszy, prowadzi się zdrowo i poważnie podchodzi do życia, co daje prawie gwarancję, że nie wyrzuci ich do śmieci albo nie da dzieciom do zabawy. Choć później zapatrzyłem się w swoim zbieractwie i rozciągnąłem je na inne dziedziny, te skromne plakaciki wciąż są bliskie sercu. Mam nadzieję, że kiedy przyjdzie zdać sprawę, Stwórca powie: „Źle robiłeś, kradnąc po szpitalach, i wiesz o tym – we właściwym czasie będzie ci to policzone. Z drugiej strony ty i twoja przyjaciółka nie jesteście mi całkiem niemili. Robiliście to, ona z miłości do ciebie, a ty z pasji, może źle pojętej, w każdym razie nie z chęci zysku”. I uśmiecham się na wspomnienie, że w smutnych i ciężkich czasach właśnie w ten sposób rozniecałem w sobie płomyczek idealizmu…

Gospodarz umilkł, po czym stanął w oknie, jak mi się zdawało, aby ukryć wzruszenie. Wskazał na dzieci grzebiące w ziemi szkiełkiem i powiedział, że kiedyś też tak grzebał. Wskazał przez okno na dzieci grzebiące w ziemi szkiełkiem i powiedział, że kiedyś też tak grzebał. Popadł w zamyślenie, które, o czym się przekonałem, zwiastowało wybuch inwencji. Położył dłoń na anginusie i podsunął mi zmięty listek. Sam podniósł do nosa przepalony bezpiecznik. Niewątpliwie myślał o czymś przyjemnym. Czekałem, aż zechce wyjawić mi znaczenie wąchania tych przedmiotów. Naraz zajęły go rzeczy poważne, groźne i blask na jego twarzy zmarniał, jak śnieg na rozgrzanej blasze. Wreszcie zapytałem o treść tak jawnie malującego się wspomnienia.

– Wszystko ma swój zapach – powiedział – rozgrzany porcelit, wrzątek i inne przedmioty. Proszę podać mi ten oprawiony album, nie, tamten niebieski, chciałem coś pokazać. Przez lata chemia dawała nam tworzywa ładne, lecz szybko ulegające rozkładowi. Zdjęcia, długopisy oraz przechowujący zapachy filc prażą się i przejadają, w istocie płonąc niewidzialnym ogniem. Zamknięte rzeczy dają jedyny w swoim rodzaju bukiet, zapach właściciela i jego domu. Jeśli po dłuższym czasie uchyli się drzwiczki, w twarz bucha woń materiałów, które odchodząc, śpiewają. Gdy wyśpiewają wszystko, staną się cienkie jak opłatek.

Podał mi album, który zacząłem przeglądać, ale nie znalazłem tam zdjęć ani Gospodarza, ani nikogo znajomego. Przybliżyłem go więc do twarzy, aby ponapawać się specyficznym zapachem.

– Kiedy dał mi pan ten album – powiedziałem z nieco wymuszoną zadumą – stanęła mi przed oczami moja babka. Ale obraz babki zbladł i obecnie już jej prawie nie widzę.

– Pańskie wspomnienie, choć słabe, rusza się jeszcze. Niech pan nie wącha zbyt łapczywie, bo pamięć wieczorów spędzonych z babką uleci. Te najstarsze wspomnienia są najcenniejsze, często z delikatną pikantną nutą.

Zabrał albumy i wyszedł do drugiego pokoju. Zauważyłem, że w mojej obecności jest zupełnie swobodny, a nawet, co wziąłem za dowód szczególnego zaufania, długi czas zajmuje się własnymi sprawami, jakby w mieszkaniu nie było nikogo obcego. Po piętnastu minutach poczułem się zwolniony z dalszego oczekiwania i znalazłem go w drugim pokoju, gdzie stał wpatrzony w sufit. Powiedział, że robił ostatnio remont i w trakcie robót malarskich odkrył prowizoryczną wnękę. Wydobył stamtąd starą szmatę, jakby zawiniątko. Przypuszczał, że w zawiniątku mogły być kosztowności, ale bezmyślnie wsadził szmatę na miejsce i zamurował. Gospodarz zapytał, czy pomógłbym mu przynieść drabinę, bo chce wydobyć ową szmatę w mojej obecności. Odparłem, że trzeba zrobić dziurę w suficie, i powątpiewałem, czy szmata rzeczywiście zawiera kosztowności. Gos­podarz powiedział, że wiele sensacyjnych znalezisk było dziełem przypadku. W swoim czasie angielscy myśliwi ścigający tygrysa odkryli w ścianie wąwozu w Indiach trzydzieści jaskiń pokrytych malowidłami. Dodał, że niedawno dokonał bardzo ciekawego odkrycia, i zaraz usłyszałem następującą historię:

Ostatnio na podwórku zalęgły się małe kotki, więc próbowaliśmy z przyjaciółką wyłapać je i ocalić. Stara kotka uciekła do piwnicy, więc właśnie tam należało zacząć poszukiwania. Na miejscu zobaczyłem, że korytarz biegnie w obie strony i ginie wśród licznych rozgałęzień, po części ciemnych, a po części zawalonych gruzem. „Wszędzie stoją zapewne kompoty mirabelkowe” – szepnąłem. Tylko ktoś, kto dłuższy czas wędrował piwnicami, ma pojęcie wyjątkowej ciszy, przetykanej rzadkimi odgłosami życia powyżej. Słusznie robią ci, którzy porównują korytarze piwniczne z podmiejskimi fabryczkami, bo tu i tam czuć jedyną w swoim rodzaju mieszaninę zapachu smarów, wilgoci i miału cementowego. Zobaczyłem pędzącą w oddali kotkę. Zniknęła za uchylonymi drzwiami, na których był napis „Tu się złodzieju nie obłowisz, ale czeka na ciebie nieszczęście”. Otworzyłem je na oścież, poświeciłem latarenką i stanąłem urzeczony. Od brzegów ku wierzchołkowi wyłoniła się, niczym morze lodowe, góra gratów. Ogarnęła mnie niepojęta pożądliwość, wlaz­łem do środka i zacząłem w tym grzebać. Coś potoczyło się, grzechocząc. Była to grzechotka. W mieszkaniu nade mną rozbrzmiały odgłosy awantury; mogłem rozróżnić cienką mowę dziecka i szybkie zdania wyrzucane przez matkę. Coraz szybciej przebierałem śmiecie, dźwignąłem pudło i wór ze zdenaturowanymi jabłkami. Ale wkrótce zmęczyłem się i posmutniałem. Widocznie na wyrost mówiło się o skarbach sezamu, o bajecznych uczuciach, jakich doświadcza człowiek grzebiący w cudzych rzeczach. Zadudniło, rodzina przetoczyła się i awantura wybuchła na nowo. W tej chwili znalazłem plik podartych, brudnych kartek, przede wszystkim rysunków. Jeden przedstawiał coś w rodzaju precelka – stylizowaną parę w miłosnym splocie. Nie było wątpliwości – miałem w rękach drugą część spuścizny po panu X, zmarłym artyście, a moim sąsiedzie, którego rzeczy ocaliłem mniej więcej rok wcześniej. Wtedy to, spacerując nieopodal śmietnika, zobaczyłem robotników dźwigających pudła. Kiedy odeszli, zajrzałem do kubła i ukazały się parę niemieckich encyklopedii, talerze, rulony i teczki powiązane sznurkiem oraz wielka ilość przeważnie podartych zdjęć. Niezwłocznie przeniosłem to wszystko do mieszkania. Były to wspaniałe czasy, gdy na śmietniku nieustannie znajdowałem coś ciekawego. Obecnie hossa, z nieznanych powodów, się skończyła.

W domu obejrzałem przedmioty z piwnicy oraz porównałem je z tymi ze śmietnika. Miałem do czynienia z dorobkiem kogoś o niesłychanie rozległych zainteresowaniach, tytana pracy. Byłem pewien, że ocalone papiery są znikomą częścią jego dorobku. Według sporządzonego własnoręcznie życiorysu X przyszedł na świat na początku XX wieku w Prusach Wschodnich. Ojciec zmarł wcześnie i matka przeniosła się z małym X-em do rodzinnej miejscowości. Po ukończeniu szkoły powszechnej wstąpił do gimnazjum, a potem studiował na uniwersytecie. Mimo trudnych warunków i pracy zarobkowej zdołał o własnych siłach ukończyć studia z wynikiem dobrym. Celem X-a była „praca na stanowisku odpowiadającym ściśle jego wiedzy fachowej, umożliwiającym dalszy rozwój umysłu, z równoczesnym zużytkowaniem swego dorobku duchowego dla dobra innych”, dlatego objął posadę nauczyciela w Pułtusku. Brak jest zdjęć X-a z wczesnej młodości. Najstarsza fotografia przedstawia go mniej więcej czterdziestoletniego, a ostatnia niespełna siedemdziesięcioletniego. Trzeba przyznać, że ciało miał jak rzemień, gładkie i muskularne. Twarz była urodziwa, a wzrok zdradzał inteligencję oraz siłę woli, przypominał nieco Boga z Kaplicy Sykstyńskiej. Nosił szeroki kapelusz lub chustę zawiązaną na sposób cygański.

Prawdopodobnie w latach pięćdziesiątych X zajął się fotografią, a zwłaszcza aktem. Jest w moich rękach album z charakterystycznym i jego ulubionym motywem precelka na okładce. Wszystkie zdjęcia powyrywano i tylko na ostatniej karcie zachował się fragment przedstawiający gołą kobietę na łące. Choć nie sposób było odtworzyć oryginalnego zamysłu, miałem już niejakie pojęcie o zawartości albumu, więc zacząłem pobieżną rekonstrukcję. Ułożyłem fotografie ze śmietnika w porządku chronologicznym, czyli te z najmłodszym X-em wkleiłem na początku, a z najstarszym na końcu. W środku znalazło się miejsce na długi cykl, zawierający dwadzieścia siedem zdjęć, przypuszczam, z niemieckiej wyspy Rugii. Początek jest niewinny, najpierw portrety X-a, potem ktoś na leżaku. Nagle pojawia się pani o jasnych włosach, już za chwilę stoi naga wśród skał i na koniec mamy zdjęcie jej krocza. W piwnicy znalazłem wykonaną domowym sposobem małą harmonijkę, która zawierała ponumerowane zdjęcia innej gołej pani na tle firanki. Ponieważ harmonijka się rozlatywała, zdjęcia powędrowały do albumu. X fotografował modelki we wdzięcznych pozach, zwykle na tle firanki lub zasłonki, i często dodawał skromne akcesoria, na przykład plastikowy miecz, dzbanek lub po prostu lekko zsunięte majtki. Nagi artysta czasem towarzyszył paniom i je obejmował. W kadrze pojawiały się jego obrazy przedstawiające jakby krasnoludki rozpięte na krzyżu. To dziwne, ale jeszcze kilka lat po odkryciu papierów po panu X znajdowałem jego rysunki i listy rozproszone po innych piwnicach, uprzednio otwartych i okradzionych. Jeśli chodzi o dość liczne próby literackie, wszystkie pozostają w cieniu osobliwego dokumentu z lat pięćdziesiątych, którym jest skierowany do władz partyjnych donos na dentystę…

W tym miejscu Gospodarz wyszedł na chwilę, po czym wrócił z kilkoma pożółkłymi kartkami i zaczął głośno czytać.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Współwydawca: DWUTYGODNIK.COM

Narodowy Instytut Audiowizualny

ul. Wałbrzyska 3/5, 02-739 Warszawa

tel. +48 22 380 49 00

e-mail: redakcja@dwutygodnik.com

dwutygodnik.com

nina.gov.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wśród przyjaciół 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie