Opowieści i przypowieści

Opowieści i przypowieści

Autorzy: Franz Kafka

Wydawnictwo: PIW - Państwowy Instytut Wydawniczy

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 37.05 zł

"Kafka nalezy do osobliwego typu pisarzy, których wysiłek skupia się na formułowaniu i komplikowaniu problemu, a nie na jego rozwiązywaniu. Wszystkie jego dzieła reprodukują [...] w przeróżnych odmianach jednakową sytuację, zasadniczą, ich fabuła, zresztą bardzo nikła [...] krąży w miejscu i stale powraca do punktu wyjścia - jej treścią są bowiem niekończące się rozważania ludzi [...], jak osiągnąć cel dla człowieka nieosiągalny". Tak pisał Roman Karst w przedmowie do wydania nowel i miniatur Kafki z 1961 roku.

Najobszerniejszy jak dotąd po polsku - wybór opowiadań, przypowieści, miniatur i aforyzmów. Granica między tymi rodzajami jest u Kafki nieostra, łączy je forma paraboli, a przenika tajemnica, otwierająca pole do interpretacji, przez co tak doniosłe jest to dzieło. Zwykło się chyba krótkie utwory autora Procesu stawiać niżej niż jego powieści. Ten tom - gromadzący klasyczne teksty ale i teksty mniej znane - ma przekonać, że niesłusznie.

Spis treści

Widok z okna, oglądany w roztargnieniu

Kupiec

Droga do domu

Odprawiony zalotnik

Pasażer

Mijający nas ludzie

Przygotowania do ślubu na wsi

Jeźdźcom wyścigowym pod rozwagę

Dzieci na drodze

Opis walki

Gdy jesteś nieszczęśliwy

Niedola kawalera

Nagły spacer

Postanowienia

Okno na ulicę

Zdemaskowanie oszusta

Wyrok

Przemiana

Stać się indianinem

Kolonia karna

Przed prawem

Olbrzymi kret

Stary kawaler blumfeld

Sen

Strażnik grobowca

Prometeusz

Lekarz wiejski

Bratobójstwo

Most

Jazda na kuble

Na galerii

Nowy adwokat

Uderzenie w bramę

Budowa chińskiego muru

Sąsiad

Stara kartka

Mieszaniec

Sprawozdanie dla akademii

Szakale i arabowie

Myśliwy grakchus

Jedenastu synów

Najbliższa wieś

Wizyta w kopalni

Troska ojca rodziny

Powszedni zamęt

Milczenie syren

Rozważania o grzechu, cierpieniu, nadziei i słusznej drodze

List do ojca

Odmowa

Pobór rekruta

W kwestii praw

Posejdon

Wspólnota

Sternik

Nocą

Egzamin

Sęp

Herb miasta

Mała bajka

Bąk

Obrońcy

Wyjazd

Prawda o Sanczo Pansie

Głodomór

Dociekania psa

Małżonkowie

O przypowieściach

Daj spokój!

Jama

Powrót

Posłowie

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

WIDOK Z OKNA, OGLĄDANY W ROZTARGNIENIU

Co robić w te dni wiosenne, które teraz w pośpiechu nadchodzą? Dzisiaj rano niebo było szare, ale gdy zbliżymy się obecnie do okna, staniemy zaskoczeni i przyłożymy policzek do klamki okiennej.

W dole światło zachodzącego już niestety słońca widoczne jest na dziecinnej twarzy dziewczyny, która idzie z wolna i ogląda się za siebie, lecz zarazem na tej samej twarzy można dostrzec cień mężczyzny, który idąc szybciej, przybliża się do dziewczyny.

Potem mężczyzna ją mija i twarz dziecka jest zupełnie rozjaśniona.

przełożył Alfred Kowalkowski

KUPIEC

Możliwe, że kilku ludzi darzy mnie współczuciem, niestety, nie czuję tego w ogóle. Mały sklep przysparza mi trosk, które powodują ból głowy w okolicach czoła i skroni, nie stwarzając jednak perspektyw lepszej przyszłości, ponieważ przedsiębiorstwo moje jest niewielkie.

Muszę wydawać z góry dyspozycje na całe godziny, przypilnować, żeby służący niczego nie zapomniał, ostrzegać przed zagrażającymi pomyłkami i przewidywać w każdej porze roku modę mającą obowiązywać w następnym okresie, ale nie tę, która będzie panować wśród ludzi mojej sfery, lecz wśród nieprzystępnych mieszkańców wsi.

Moje pieniądze są w rękach obcych ludzi; nie mogę dokładnie poznać ich sytuacji materialnej, nie przeczuwam nieszczęść, które mają na nich spaść, czyż mógłbym zresztą odwrócić od nich katastrofę? Być może, że stali się rozrzutni i właśnie urządzają uroczyste przyjęcie w ogrodzie restauracji, a inni, którzy akurat uciekają do Ameryki, przez chwilę bawią się na tym przyjęciu.

Kiedy więc po dniu pracy wieczorem zamyka się sklep i nagle widzę, że czekają mnie długie godziny bezczynności, w których nie będę mógł nic zdziałać dla zaspokojenia ciągłych potrzeb swego przedsiębiorstwa, wówczas mój niepokój, sięgający nad ranem daleko w przyszłość, zaczyna się burzyć jak powracająca fala, ale trudno mu wytrwać we mnie i na oślep porywa mnie z sobą.

Nie mogę jednak wykorzystać tego nastroju i muszę udać się do domu, gdyż mam brudną i zapoconą twarz i ręce, ubranie poplamione i pełne kurzu, na głowie czapkę używaną do pracy, a buty porysowane gwoździami. Mój chód jest chwiejny, palce mi drżą, a dzieci, które spotykam, obrywają ode mnie po uszach.

Ale droga nie trwa długo. Za chwilę jestem już w domu, otwieram drzwi windy i wchodzę do niej.

Czuję, że w tej chwili staję się nagle zupełnie samotny. Inni, którzy są zmuszeni piąć się po schodach, trochę się męczą i zadyszani muszą czekać, aż ktoś otworzy im drzwi od mieszkania, znajdują przy tym jakiś powód do złości lub zniecierpliwienia, następnie wchodzą do przedpokoju, gdzie wieszają kapelusz, i dopiero będą sami z sobą, gdy miną w korytarzu kilkoro oszklonych drzwi i znajdą się u siebie w pokoju.

Ja natomiast jestem sam jeden już w windzie i wsparty na kolanach, spoglądam w wąskie lustro. Gdy winda zaczyna się wznosić, mówię:

„Bądźcie spokojni, idźcie sobie, może chcecie się skryć w cieniu drzew, za draperiami przy oknach lub pod sklepionym dachem altany?”.

Mówię przez zęby, a poręcz schodów sunie wzdłuż matowych szyb w dół jak lecąca w przepaść woda.

„Lećcie sobie, niech wasze skrzydła, których nigdy nie widziałem, zaniosą was w wiejskie doliny albo do Paryża, jeśli was nęci to miasto.

Ale rozkoszujcie się także widokiem z okna, kiedy procesje z trzech ulic wkroczą na skrzyżowanie i żadna z nich nie usunie się z drogi, lecz przechodzą wzajemnie przez siebie, a pomiędzy ich ostatnimi szeregami znowu tworzy się pustka placu.

Wymachujcie chusteczkami, poddawajcie się przerażeniu i wzruszeniom, unoście się w pochwałach nad pięknością damy, która przejeżdża obok was.

Przejdźcie po drewnianym mostku przez strumień, pokiwajcie kąpiącym się dzieciom i z podziwem wysłuchajcie okrzyku hura tysiąca marynarzy na odległym pancerniku.

Prześladujcie tylko szarego człowieka i kiedy go już zapędzicie w ciemną bramę, obrabujcie go i potem wszyscy, z rękami w kieszeniach, popatrzcie za nim, jak zasmucony odchodzi i skręca na lewo w boczną uliczkę.

Galopujący tyralierą żandarmi osadzają w miejscu konie i spychają was wstecz. Zostawcie ich w spokoju, puste ulice unieszczęśliwią ich, to pewne. Proszę, już teraz odjeżdżają stąd parami, powoli omijają narożniki ulic, galopem pędzą przez place”.

Potem wychodzę z windy, spuszczam ją na parter, dzwonię, a gdy służąca otwiera mi drzwi, pozdrawiam ją w wejściu.

przełożył Alfred Kowalkowski

DROGA DO DOMU

Pomyślcie tylko, jaki dar przekonywania ma powietrze po burzy! Ukazują mi się wszystkie moje zasługi i po prostu mnie przytłaczają, chociaż, co prawda, niezbyt się przed tym bronię.

Kroczę przed siebie, a tempo mego marszu to zarazem tempo tego chodnika, tej ulicy, tej części miasta. Słusznie więc jestem odpowiedzialny za wszelkie stukanie do drzwi, za uderzenia w stół, za wszystkie toasty, za pary kochanków spoczywające w łóżkach, stojące pod rusztowaniami nowych budowli, przyciśnięte w ciemnych zaułkach do murów, leżące na otomanach w domach publicznych.

Oceniam swoją przeszłość i porównując ją z przyszłością, dochodzę do wniosku, że obie są świetne, żadnej z nich nie mogę przyznać pierwszeństwa i tylko ganię niesprawiedliwość Opatrzności, która tak mnie uprzywilejowała.

Jedynie gdy wejdę do pokoju, popadam w jakąś zadumę, mimo że na schodach nie przyszło mi na myśl nic godnego zastanowienia. I niewiele mi pomaga to, że otwieram okno na oścież i że z jakiegoś ogródka rozbrzmiewa jeszcze muzyka.

przełożył Alfred Kowalkowski

ODPRAWIONY ZALOTNIK

Jeśli spotykam piękną dziewczynę i proszę ją: – Zrób mi tę łaskę, chodź ze mną – a ona mija mnie w milczeniu, tym samym daje mi do zrozumienia:

„Nie jesteś księciem o szlachetnym nazwisku ani barczystym Amerykaninem indiańskiej postawy, o spokojnym skupionym spojrzeniu i o skórze wygładzonej od powietrza, murawy i opływających ją rzek, nie odbyłeś nigdy podróży do wielkich mórz ani po owych oceanach, których nie wiem, gdzie trzeba szukać. A więc, przepraszam, dlaczego ja, piękna dziewczyna, miałabym z tobą pójść?”.

„Zapominasz, że nie wiezie cię limuzyna, kołysząca się posuwistymi zrywami po ulicy, nie widzę strojnych w obcisłe ubrania panów z twego orszaku, którzy szepcąc słowa uwielbienia, idą za tobą, otaczając cię półkolem, masz skrępowane starannie stanikiem piersi, ale twe uda i biodra szukają sobie rekompensaty za tę powściągliwość, ubrana jesteś w taftową suknię z plisowanymi fałdami, według mody, która nam wszystkim bardzo się podobała zeszłej jesieni, a mimo to – mając na sobie ten strój, który zagraża życiu ludzkiemu – uśmiechasz się od czasu do czasu”. „Tak, oboje mamy rację i aby sobie tego całkowicie nie uświadamiać, niech doprawdy każde z nas pójdzie już raczej z osobna do domu”.

przełożył Alfred Kowalkowski

PASAŻER

Stoję na platformie tramwaju i nie mam najmniejszej pewności co do swojego miejsca na tym świecie, w tym mieście, w swojej rodzinie. Nie potrafiłbym również, chociażby pobieżnie, wymienić, jakie pretensje mógłbym z pewną dozą słuszności rościć o to do kogokolwiek. Nie mógłbym nawet uzasadnić, że stoję na tej platformie, trzymam się tego uchwytu, pozwalam się nieść temu wagonowi, że ludzie usuwają się tramwajowi z drogi, albo też idą sobie spokojnie lub wreszcie stają przed wystawami sklepów. Nikt wprawdzie tego ode mnie nie wymaga, ale to już obojętne.

Tramwaj zbliża się do przystanku, jakaś dziewczyna staje blisko stopni, gotowa do wyjścia. Ukazuje się moim oczom z taką wyrazistością, jak gdybym jej dotykał. Ubrana jest w czerń, fałdy spódniczki prawie się nie poruszają, bluzkę ma obcisłą, a kołnierzyk z białej koronki o delikatnym wzorze; lewą dłoń przyłożyła płasko do ściany wagonu, w prawej trzyma parasolkę opartą o drugi stopień, licząc od góry. Ma śniadą twarz, nos, z boku nieco płaski, u końca jest szerszy i zaokrąglony. Dziewczyna jest szatynką o bujnych włosach, drobne włoski rozwiewają się nad prawą skronią. Małe ucho ciasno przylega do głowy, a ponieważ stoję blisko, widzę całą zewnętrzną stronę muszli ucha i cień u jej nasady.

Zadałem sobie wówczas pytanie: Jak to się dzieje, że ona nie dziwi się sama sobie, usta ma zamknięte i nic na ten temat nie mówi?

przełożył Alfred Kowalkowski

MIJAJĄCY NAS LUDZIE

Jeśli przechadzamy się nocą po ulicy i w naszą stronę biegnie jakiś człowiek, widoczny już z daleka – gdyż ulica wznosi się przed nami stromo w górę i jest pełnia księżyca – nie będziemy próbowali pochwycić biegnącego, chociażby był słaby i obdarty, chociażby nawet pędził za nim z krzykiem jakiś inny człowiek, ale pozwolimy mu pobiec przed siebie bez przeszkód.

Albowiem jest noc i nie z naszej winy ulica w pełnym blasku księżycowym wznosi się stromo w górę, a ponadto jest możliwe, że tamci dwaj wdali się w tę gonitwę dla rozrywki, może też obydwaj ścigają kogoś trzeciego, może zresztą ściga się tego pierwszego bezpodstawnie, być może, że ten drugi chce pierwszego zamordować, a my staniemy się współwinni morderstwa, możliwe również, że ci dwaj nic o sobie nawzajem nie wiedzą i każdy z nich spieszy na własną odpowiedzialność do swego łóżka, może to są lunatycy, może ten pierwszy jest uzbrojony.

A wreszcie, czyż nie wolno nam odczuwać zmęczenia, czy wypiliśmy dosyć wina? Jesteśmy więc zadowoleni, że również ten drugi człowiek zniknął nam już z oczu.

przełożył Alfred Kowalkowski

PRZYGOTOWANIA DO ŚLUBU

NA WSI

[fragmenty]

I

Kiedy Edward Raban, wychodząc z korytarza, wszedł w bramę, spostrzegł, że pada deszcz. Trochę mżyło.

Tuż przed nim po chodniku z różną szybkością przesuwało się wielu ludzi. Czasami ktoś mijał innych i przechodził na drugą stronę jezdni. Jakaś mała dziewczynka niosła na wyciągniętych rękach zmęczonego pieska. Dwaj panowie dzielili się nowinami. Jeden z nich poruszał rytmicznie dłońmi odwróconymi wewnętrzną stroną ku górze, jak gdyby podtrzymywał w powietrzu jakiś ciężar. Obok można było zobaczyć damę, której kapelusz przeładowany był wstążkami, agrafami i kwiatami. Pewien młody człowiek z cienką laską kroczył spiesznie przed siebie i przyciskał do piersi lewą rękę, jak gdyby była sparaliżowana. Od czasu do czasu zjawiali się palący papierosy mężczyźni, nad którymi wlokły się pionowe, podłużne obłoczki dymu. Trzej panowie – dwaj z nich trzymali na ramieniu lekkie płaszcze – podchodzili raz po raz spod muru budynku na brzeg chodnika, przyglądali się wszystkiemu, co się tam działo, i zatopieni w rozmowie – wracali na poprzednie miejsce.

Gdy tworzyły się luki między przechodniami, widać było ułożone regularnie kostki bruku. Jechały tędy powozy na cienkich, wysokich kołach, zaprzężone w konie o wysmukłych szyjach. Ludzie rozparci na wyściełanych siedzeniach spoglądali w milczeniu na przechodniów, na sklepy, balkony i na niebo. Gdy powozy miały się minąć, wówczas konie szły tuż obok siebie i uprząż zwisała swobodnie. Konie szarpały dyszel, pojazd sunął, kołysząc się w pośpiechu, dopóki nie zatoczył pełnego łuku dokoła poprzedzającego go powozu, po czym konie znowu się rozstępowały i tylko pochylały ku sobie wąskie, spokojne głowy.

Paru ludzi weszło szybko do bramy, stanęli tutaj na suchej mozaice, z wolna się odwrócili i zaczęli przypatrywać się kroplom deszczu, które – wciskając się w tę wąską ulicę – opadały bezładnie na ziemię.

Raban czuł się zmęczony. Wargi miał tak blade jak wyblakła czerwień jego krawatu, tkanego w mauretańskie wzory. Stojąca na progu po przeciwnej stronie dama, która dotychczas patrzała na swoje trzewiki, całkowicie widoczne spod wąskiej spódniczki, teraz zaczęła się przyglądać Rabanowi. Spojrzenie jej było obojętne, a zresztą przypatrywała się może tylko padającym przed nim kroplom deszczu albo niewielkim szyldom firmowym, umocowanym na drzwiach tuż nad jego głową. Rabanowi jednak zdawało się, że patrzy na niego ze zdziwieniem. „A przecież – myślał – gdybym jej mógł wszystko wyjaśnić, nie miałaby się czemu dziwić. Człowiek tak się przepracowuje w biurze, że potem zbyt jest zmęczony nawet, żeby się rozkoszować należycie urlopem. Ale nikt, nawet najciężej pracujący, nie może żądać od ludzi, żeby go za to kochali, tak pozostaje się więc samotnym, obcym dla wszystkich człowiekiem i jest się tylko przedmiotem zaciekawienia. I dopóki mówisz «się» – zamiast «ja», nic to jeszcze nie znaczy i można na ten temat spokojnie rozmawiać, ale gdy sobie uświadomisz, że dotyczy to ciebie, wtedy wydaje ci się po prostu, że jakiś grot przeszył ci serce, i jesteś wstrząśnięty”.

Postawił na ziemi walizkę obciągniętą płóciennym, kraciastym pokrowcem i zgiął kolana. Woda deszczowa ściekała już wzdłuż rynsztoków potoczkami, które niecierp­liwie wlewały się do podziemnych kanałów.

„Jeśli jednak sam robię różnicę między «się» i «ja», czy mogę się wówczas uskarżać na innych? Prawdopodobnie nie są oni wcale niesprawiedliwi, ale ja nazbyt jestem zmęczony, żeby zdobyć się we wszystkich sprawach na wyrozumiałość. Jestem nawet tak bardzo znużony, że przebycie tej krótkiej drogi na dworzec stanowi dla mnie nadmierny wysiłek. Dlaczego więc podczas paru dni urlopu nie pozostanę w mieście, żeby przyjść jakoś do siebie? Postępuję przecież zupełnie nierozsądnie. Podróż przyprawi mnie o chorobę, to niemal pewne. Mój pokój nie będzie wcale wygodny, na wsi inaczej być nie może. A poza tym mamy dopiero pierwszą połowę czerwca, w tym czasie na wsi jest jeszcze nieraz bardzo chłodno. Przewidując to, ubrałem się wprawdzie odpowiednio, ale będę musiał dotrzymywać towarzystwa ludziom, którzy lubią spacerować późnym wieczorem. Jest tam kilka stawów, nad te stawy będziemy chodzić na przechadzki. Na pewno się przy tym zaziębię. Natomiast nie bardzo będę brylował w rozmowach towarzyskich. Nie będę mógł porównać tamtejszego stawu ze stawami w różnych dalekich krajach, nigdy bowiem nie podróżowałem, a na to, żeby gadać o księżycu i wpadać przy tym w zachwyt albo wdrapywać się w rozmarzeniu na jakieś kupy gruzów, jestem już za stary i tylko bym się ośmieszył”.

Mijali go ludzie, schylając nieco głowy, nad którymi trzymali chwiejące się ciemne parasole. Przejechał także wóz, na jego wypchanym słomą furmańskim siedzeniu jakiś mężczyzna wyciągnął przed siebie nogi tak niedbale, że jedna stopa dotykała prawie ziemi, podczas gdy druga spoczywała wygodnie na słomie i szmatach. Wyglądało to, jakby ów człowiek siedział sobie w słońcu gdzieś w polu. Trzymał jednak cugle uważnie, toteż wóz, na którym sztaby żelaza uderzały wzajemnie o siebie, przeciskał się zręcznie przez zatłoczoną ulicę. W kałużach na ziemi widoczne było odbicie tego żelastwa, ślizgające się i skręcające powoli od jednego do drugiego rzędu kamieni. Mały chłopczyk, towarzyszący damie z przeciwka, był ubrany jak stary właściciel winnicy. Jego mocno pofałdowany płaszczyk rozszerzał się koliście ku dołowi i tylko w górze, już prawie pod pachami, przewiązany był skórzanym paskiem. Kopulasta czapka nasunięta była aż po brwi, a z jej czubka długi chwaścik zwisał aż do lewego ucha. Deszcz sprawiał mu radość. Wybiegał z bramy i szeroko otwarte oczy podnosił ku niebu, żeby pochwycić więcej spadających kropel. Często podskakiwał, aż woda się rozpryskiwała i przechodnie nie szczędzili mu napomnień. Pani przywołała go i odtąd trzymała za rękę, ale chłopiec nie płakał.

Wtem Raban drgnął z przestrachu. Gotów jeszcze się spóźnić. Ponieważ miał rozpięty płaszcz i marynarkę, szybko wydobył zegarek. Ale zegarek stanął. Raban z kwaśną miną spytał o godzinę sąsiada, który stał nieco głębiej w korytarzu. Tamten właśnie z kimś rozmawiał i jeszcze ze śmiechem, będącym częścią składową tej rozmowy, odpowiedział: – Proszę, już po czwartej – i zaraz się odwrócił.

Raban szybko rozpiął parasol i chwycił walizkę. Kiedy jednak chciał wyjść na ulicę, kilka idących spiesznie kobiet zagrodziło mu drogę, musiał więc jeszcze czekać, aż go wyminą. Przy tym spojrzał na kapelusz jakiejś małej dziewczynki, spleciony z czerwonej farbowanej słomki, z zielonym wiankiem na wygiętym faliście rondzie.

Jeszcze miał go w pamięci, kiedy szedł ulicą wznoszącą się nieco w kierunku, w którym zamierzał się udać. Potem zapomniał o kapeluszu, musiał się bowiem trochę wysilić; walizka nie była wcale lekka, a wiatr dmący w twarz rozwiewał mu palto i podginał z przodu druty parasola.

Przymusił się do głębszego oddychania. Zegar z niżej położonego pobliskiego placu wybił kwadrans na piątą; spod parasola dostrzegał stopy ludzi idących w jego stronę lekkimi, krótkimi krokami, hamowane koła skrzypiały, obracając się wolniej; konie odważnie, jak kozice w górach, wysuwały naprzód cienkie przednie nogi.

Rabanowi przyszło wówczas na myśl, że chyba przetrzyma jeszcze czternaście długich nadchodzących dni. To przecież tylko czternaście dni, a więc ograniczony okres, chociaż przykrości będą się zwiększać, coraz mniej pozostanie czasu, w którym będzie je trzeba znosić. To dodaje człowiekowi odwagi. „Wszyscy, którzy chcą mnie dręczyć i zapełnią teraz całą otaczającą mnie przestrzeń, dzięki dobroczynnemu przemijaniu tych dni zostaną ode mnie stopniowo odsunięci i nawet w najmniejszym stopniu nie będę im musiał do tego dopomóc. I będę mógł – do czego zresztą naturalną koleją rzeczy dojdzie – cicho i potulnie poddawać się temu, czego będą ode mnie wymagać, a w końcu wszystko znowu zmieni się na lepsze, i to jedynie dzięki upływającym po kolei dniom.

I czy nie mogę urządzić się w taki sposób, jak to robiłem w czasach swego dzieciństwa, gdy narażałem się na jakieś niebezpieczeństwo? Nie potrzebuję przecież nawet jechać na wieś osobiście, nie jest to wcale konieczne. Poślę tylko swoje przyodziane ciało. Jeśli ono chwiejnie wysunie się za drzwi mojego pokoju, ta chwiejność nie będzie oznaczała trwogi, lecz tylko jego nicość. I wcale nie na skutek podrażnienia potyka się ono na schodach i jedzie na wieś z gorzkim łkaniem, aby spożywać tam z płaczem wieczerzę. Ja bowiem tymczasem we własnej osobie spoczywam w swoim łóżku gładko przykrytym żółto-brązową kołdrą i oddycham lekkim powiewem powietrza, napływającego przez nieznacznie uchylone okno. Wozy i ludzie na ulicy jadą i idą po lśniącym gruncie z pewnym wahaniem, ponieważ ja śnię jeszcze. Furmani i przechodnie są onieśmieleni i muszą mnie spojrzeniem prosić o pozwolenie na każdy swój krok, o który chcą się posunąć naprzód. Dodaję im odwagi i wtedy nie natrafiają na przeszkody.

Gdy leżę w łóżku, podobny jestem, jak sądzę, do wielkiego żuka, do jelonka albo do chrabąszcza”.

Przystanął przed wystawą sklepu, w której za mokrą szybą wisiały na stojakach małe męskie kapelusze, i patrzał na nią, wysunąwszy naprzód zaciśnięte wargi: „Mój kapelusz jeszcze mi chyba na te wakacje wystarczy – pomyślał i ruszył przed siebie – a jeśli z powodu kapelusza nie będę się nikomu podobał, to nawet lepiej.

Wielki kształt żuka, oczywiście. A potem tak się urządzałem, jakby chodziło o sen zimowy i przyciskałem nóżki do brzucha. A teraz szepcę tych parę słów, to są rozkazy wydawane mojemu smutnemu ciału, które stoi w pokornej postawie tuż przy mnie. Wkrótce skończę, ono się ukłoni, spiesznie ruszy w drogę i podczas gdy ja będę wypoczywał, wszystko jak najlepiej załatwi”.

Doszedł do stojącej oddzielnie okrągło sklepionej bramy, która w najwyższym punkcie stromej ulicy prowadziła na niewielki plac, otoczony oświetlonymi już w tej chwili sklepami. Pośrodku znajdował się posąg jakiegoś siedzącego w zamyśleniu człowieka, trochę przyciemniony z powodu światła rozjaśniającego brzegi placu. Ludzie na tle tych świateł poruszali się jak wąskie przesłony, a ponieważ kałuże odbijały blask we wszystkich kierunkach, widok placu ulegał ciągłym zmianom.

Raban zapuścił się w głąb placu, wymijał jednak z nerwowym pośpiechem pędzące wozy, skakał z jednego suchego kamienia na drugi i wyprostowaną ręką unosił wysoko parasol, żeby widzieć wszystko dookoła siebie. Wreszcie stanął na przystanku tramwajowym przy latarni ustawionej na małym, czworokątnym, wybrukowanym podwyższeniu.

„Na wsi przecież mnie oczekują. Może już się martwią. Nie pisałem do niej cały tydzień, a więc od czasu jej wyjazdu na wieś, i dopiero dzisiaj rano wysłałem list. Może nawet zapomnieli, jak wyglądam. Mogą na przykład myśleć, że zrywam się z miejsca, gdy kogoś zagadnę, chociaż nie mam takiego zwyczaju, albo że ściskam ludzi na powitanie, ale i tego przecież nie robię. Na pewno ją rozgniewam, gdy będę usiłował ją udobruchać. Ach, gdybym tak mógł ją rozzłościć do ostateczności przy próbie uśmierzenia gniewu”.

Wtem minął go jadący powoli powóz, za dwoma zapalonymi latarniami widoczne były dwie damy siedzące na ciemnych skórzanych ławeczkach. Jedna z nich, przechylona do tyłu, miała twarz zasłoniętą welonem oraz cieniem kapelusza, ale druga pani siedziała wyprostowana; jej kapelusz, otoczony cienkimi piórami, był bardzo mały. Każdy mógł ją oglądać. Dolną wargę miała nieco cofniętą.

Gdy tylko powóz przejechał obok Rabana, jakiś słup przesłonił konia zaprzężonego z prawej strony, potem wyrósł przed owymi paniami jakiś woźnica w wielkim cylindrze, siedzący na niezwyczajnie wysokim koźle – ale to już działo się znacznie dalej – później ich powóz skręcił i zniknął z pola widzenia za narożnikiem niewielkiego domu, który teraz dopiero zwrócił uwagę Rabana.

Spoglądał za powozem, pochyliwszy głowę, przy czym rączkę parasola oparł na ramieniu, żeby lepiej wszystko obserwować. Kciuk prawej ręki włożył do ust i pocierał go zębami. Walizka stała obok, węższym bokiem oparta o ziemię.

Wozy pędziły poprzez plac z ulicy w ulicę, ciała koni leciały poziomo jak wyrzucone z procy, ale w podnoszących się miarowo głowach i szyjach ujawniał się rozmach i wysiłek, jaki wkładały w swe ruchy.

Dookoła, na skraju trotuaru wszystkich trzech zbiegających się tutaj ulic, stało wielu gapiów, którzy stukali w bruk małymi laskami. Wśród tych gromad ludzi widoczne były wieżyczki kiosków, w których dziewczęta sprzedawały lemoniadę, a także ciężkie zegary uliczne na cienkich słupkach i mężczyźni z wielkimi tablicami na plecach i piersiach, reklamującymi imprezy rozrywkowe, a wreszcie posłańcy... [Brak dwóch stron.] małe towarzystwo. Dwa powozy dworskie, jadące w poprzek placu ku biegnącej w dół ulicy, zatrzymały kilku panów z tego towarzystwa, lecz gdy drugi powóz ich minął – a już po przejeździe pierwszego próbowali nieśmiało to uczynić – połączyli się znowu z poprzednimi w jedną gromadę i razem, długim rzędem, weszli na chodnik, po czym stłoczyli się w drzwiach wiodących do jakiejś kawiarni, przynagleni światłem żarówek wiszących nad wejściem.

Wagony tramwajowe, doskonale widoczne, przejeżdżały w pobliżu, inne, ledwie majaczące, stały bez ruchu daleko w głębi ulic.

„Jakaż jest pochylona – myślał Raban, gdy przyjrzał się fotografii – właściwie nigdy nie chodzi prosto i może ma okrągłe plecy. Będę musiał na to stale zwracać uwagę. Jej usta są takie szerokie, a dolna warga jest tu tak widocznie wysunięta, tak, teraz nawet sobie to przypominam. I ta suknia! Oczywiście nie znam się zupełnie na sukniach, ale te ciasne rękawy są na pewno brzydkie, wygląda to, jakby ręka była obandażowana. I co to za kapelusz, którego rondo podgięte jest nad twarzą w każdym miejscu pod innym kątem! Ale oczy ma ładne, chyba brązowe, jeśli się nie mylę. Wszyscy mówią, że jej oczy są piękne”.

Gdy tramwaj zatrzymał się przed Rabanem, wokoło niego stłoczyło się przy stopniach wielu ludzi z trochę rozchylonymi, ostro zakończonymi parasolami, które trzymali pionowo, przyciskając je rękami do siebie. Raban, który miał pod pachą walizkę, został zepchnięty z chodnika i wdepnął głęboko w niewidoczną kałużę. W wagonie na ławce klęczało dziecko i trzymało końce palców obu rąk przy wargach, jak gdyby żegnając się z kimś odchodzącym. Paru pasażerów wysiadło i musiało przejść kilka kroków wzdłuż wozu, żeby wydostać się z tłoku. Potem jakaś pani weszła na pierwszy stopień – tren jej sukni, który unosiła oburącz, opinał ciasno jej nogi. Pewien pan trzymał się mosiężnej sztaby i podnosząc głowę, opowiadał coś owej damie. Wszyscy, którzy chcieli dostać się do środka, zaczęli się niecierpliwić. Konduktor krzyczał.

Raban, który teraz stał z brzegu w kolejce czekających, odwrócił się, gdyż ktoś zawołał go po nazwisku.

– Ach, Lement – powiedział powoli i podał zbliżającemu się młodemu człowiekowi mały palec tej dłoni, w której trzymał parasol.

– A więc to jest narzeczony, który jedzie do swej narzeczonej. Widać po nim, jak strasznie jest zakochany – rzekł Lement i następnie uśmiechnął się, nie otwierając ust.

– Tak, wybacz, że jadę już dzisiaj – rzekł Raban. – Zresztą po południu wysłałem do ciebie list. Chętnie oczywiście pojechałbym z tobą jutro, ale jutro sobota i wszędzie będzie przepełnienie, a podróż trwa długo.

– To nieważne. Wprawdzie mi obiecałeś, ale jeśli ktoś jest zakochany... Po prostu będę sam musiał jechać. – Lement postawił jedną stopę na chodniku, drugą na bruku i ciężar ciała przenosił raz na tę, raz na tamtą nogę. – Chciałeś właśnie wsiąść do tramwaju. Niestety, już odjeżdża. Chodź, pójdziemy pieszo, odprowadzę cię trochę. Jeszcze jest czas.

– Przepraszam cię, ale zdaje mi się, że mogę się spóźnić.

– Nic dziwnego, że się tak lękasz spóźnienia, ale rzeczywiście masz jeszcze czas. Ja nie jestem taki niecierpliwy i dlatego rozminąłem się teraz z Gillemannem.

– Gillemann? Czy on też nie wybiera się do tej samej wsi?

– Tak, w przyszłym tygodniu chce wyjechać z żoną i dlatego właśnie obiecałem Gillemannowi, że dzisiaj się z nim spotkam po wyjściu z biura. Chciał mi dać pewne wskazówki co do urządzenia ich mieszkania, i umawialiśmy się nawet z tego powodu. Ale jakoś się spóźniłem, miałem jeszcze pewne sprawy do załatwienia. I właśnie kiedy się zastanawiałem, czy nie pójść do nich do domu, zauważyłem ciebie i zrazu zdumiałem się, widząc cię z walizką, więc zawołałem na ciebie. A zresztą jest już za późno, żeby wybierać się do kogoś w odwiedziny, i chyba nie mogę już pójść do Gillemanna.

– Oczywiście. A więc jednak spotkam się na wsi ze znajomymi. Co prawda pani Gillemann nigdy nie widziałem.

– To bardzo piękna kobieta. Blondynka, i w dodatku blada, gdyż niedawno chorowała. Ma najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widziałem.

– Powiedz mi, proszę, jak wyglądają piękne oczy? Czy chodzi o spojrzenie? Bo same oczy nie wydawały mi się nigdy piękne.

– Przypuśćmy, że trochę przesadziłem. Ale to śliczna kobieta.

Przez szybę znajdującej się na parterze kawiarni widać było siedzących ciasno przy trójkątnym stole pod oknem, czytających i jedzących panów; jeden z nich opuścił na stół gazetę, uniósł w górę małą filiżankę i kątem oka spoglądał na ulicę. Poza stolikami przy oknie resztę mebli i całe urządzenie tej wielkiej sali zasłaniali goście, którzy siedzieli obok siebie w nielicznych grupkach... [Brak dwóch stron.] Przypadkiem nie jest to wcale nieprzyjemna sprawa, prawda? Wielu ludzi, jak sądzę, chętnie wzięłoby na siebie to brzemię.

Weszli na dosyć ciemny plac, rozpoczynający się już po tej stronie ulicy, gdy przeciwległa nadal biegła prosto. Po tej stronie placu, po której szli, stał nieprzerwany szereg budynków, z którego narożników dwa dalsze, zrazu od siebie bardzo odległe, szeregi domów wybiegały w nieznaną dal, gdzie jednak, jak się zdawało, łączyły się z sobą. Chodnik przed tymi, przeważnie małymi, domami był wąski, nie widać było nigdzie sklepów, nie przejeżdżał tędy żaden wóz. Żelazny słup stojący niemal przy końcu ulicy, z której wyszli, dźwigał kilka lamp umocowanych na dwóch pionowo nad sobą wiszących obręczach.

Płomień mający kształt trapezu palił się jak gdyby w małej komórce między dwiema złączonymi szklanymi płytkami pod szeroką, piętrzącą się jak wieża ciemnością i przebijał mrok tylko na kilka kroków.

– Teraz jest już chyba za późno, zataiłeś to przede mną i nie zdążę na pociąg. Dlaczego? [Brak czterech stron.]

– Tak, co najwyżej spotkasz Pirkershofera, no a ten...

– Takie nazwisko, zdaje mi się, spotkałem w listach od Betty; jest aspirantem kolejowym, prawda?

– Tak, aspirant kolejowy i nieprzyjemny człowiek. Przyznasz mi rację, jak tylko zobaczysz ten jego mały, gruby nochal. Mówię ci, z takim człowiekiem chodzić po tych nudnych okolicach... Zresztą przenoszą go już do innej miejscowości i – jak sądzę i jak się spodziewam – wyjeżdża stamtąd już w przyszłym tygodniu.

– Czekaj, mówiłeś przed chwilą, że radzisz mi pozostać tutaj jeszcze dzisiejszej nocy. Zastanowiłem się nad tym, ale to chyba niemożliwe. Pisałem przecież, że przybędę dzisiaj wieczorem. Będą na mnie czekali.

– To przecież proste, wyślesz depeszę.

– Owszem, można by i tak – ale byłoby przecież nieładnie z mej strony, gdybym nie przyjechał – jestem zresztą zmęczony, chyba już więc pojadę; jeśli dostaną telegram, gotowi się jeszcze przerazić. – I po co to, a zresztą do czego by to miało doprowadzić?

– Tak, może więc lepiej będzie, jeśli pojedziesz. Myślałem tylko... Poza tym nie mógłbym nawet dzisiaj nigdzie pójść z tobą, jestem niewyspany, zapomniałem ci o tym powiedzieć. Już się pożegnam, przez ten mokry park nie chciałbym ci już towarzyszyć, bo zamierzam jednak wstąpić do Gillemannów. Jest za kwadrans szósta, chyba więc można się jeszcze wybrać w odwiedziny do dobrych znajomych. Addio. A więc szczęśliwej podróży, pozdrów ode mnie wszystkich!

Lement zwrócił się w prawo i podał Rabanowi dłoń na pożegnanie, tak iż przez chwilę zbliżał się ku swej wyciągniętej ręce.

– Adieu – rzekł Raban.

Z niewielkiej odległości Lement zawołał jeszcze: – Hej, Edwardzie, słyszysz mnie? Zamknij parasol, od dawna już nie pada. Nie zdążyłem ci tego powiedzieć.

Raban nic nie odrzekł, zamknął parasol, zwarło się nad nim zaciemnione blade niebo.

„Gdybym chociaż – myślał Raban – wszedł przez pomyłkę do innego pociągu, wtedy wydawałoby mi się przynajmniej, że już jestem w podróży, i gdybym potem po wyjaśnieniu pomyłki wrócił do stacji początkowej, czułbym się już znacznie lepiej. Jeśli jednak ostatecznie, jak mówi Lement, okolice są tam mało ciekawe, nie jest to wcale taką niepowetowaną stratą. Raczej więc będzie się przebywało w mieszkaniach i nigdy dokładnie nie będzie wiadomo, gdzie inni w danej chwili się znajdują, bo jeśli w okolicy jest jakaś ruina, to organizuje się do niej oczywiście wspólną wycieczkę, co bez wątpienia należy poprzednio uzgodnić. Potem zaś trzeba się na tę wycieczkę cieszyć i dlatego nie można na nią nie pójść. Jeśli jednak taki zabytek tam nie istnieje, nie będzie trzeba niczego omawiać, bo gdyby nagle wbrew wszelkim zwyczajom ktoś uważał, że warto urządzić jakąś większą wycieczkę, to oczekiwano by, że wszyscy natychmiast się zbiorą, ponieważ wystarczyłoby wysłać służącą do mieszkania znajomych, którzy siedzą właśnie nad listem albo nad książkami, i będą zachwyceni taką wiadomością. Naturalnie nietrudno uniknąć takiego zaproszenia. A jednak nie wiem, czy będę mógł się w ten sposób zachować, nie jest to takie łatwe, jak sobie wyobrażam teraz, gdy jestem jeszcze samotny i gdy mogę zrobić wszystko, nawet powrócić do domu, jeśli zechcę; ale na wsi nie będę przecież miał nikogo, kogo mógłbym odwiedzić, gdybym miał na to ochotę, nikogo, z kim mógłbym wybrać się na trudniejszą wycieczkę, kto by mi tam pokazał, jak obrodziło zboże albo jak wyglądają kamieniołomy, którymi zarządza. Bo nawet nie można być pewnym starych znajomych. Czy Lement na przykład nie był dziś w stosunku do mnie uprzejmy? Przecież wyjaśnił mi wiele spraw i wszystko przedstawił tak, jakbym sam na to patrzył. Zagadnął mnie i potem mi towarzyszył w drodze, chociaż nie chciał się ode mnie niczego dowiedzieć i sam miał jeszcze pewną sprawę do załatwienia. Teraz jednak nagle odszedł, nie wiadomo dlaczego, a przecież ani jednym słowem go nie dotknąłem. Co prawda wzbraniałem się pozostać na ten wieczór w mieście, ale było to przecież rzeczą naturalną i jako człowiek rozsądny nie mógł się z tego powodu obrazić”.

Zegar dworcowy wybił godzinę, było trzy kwadranse na szóstą. Raban stanął, ponieważ poczuł, że serce bije mu niespokojnie, potem minął szybko staw, doszedł do wąskiej, słabo oświetlonej dróżki biegnącej między wielkimi krzewami, wpadł następnie na jakiś plac, na którym stało wiele pustych ławek opartych o drzewka, już wolniej wbiegł przez lukę w parkanie na ulicę, przeszedł ją w poprzek, dopadł drzwi dworca, odkrył wkrótce okienko kasy i musiał przez chwilę pukać w blaszaną zasuwę. Dopiero wówczas pokazał się urzędnik, powiedział, że pozostała tylko chwila do odjazdu pociągu, wziął banknot i rzucił z hałasem na deskę parę drobnych monet oraz żądany bilet. Raban chciał jeszcze szybko resztę przeliczyć, gdyż myślał, że należy mu się więcej, ale jakiś przechodzący w pobliżu kolejarz zaciągnął go spiesznie na peron. Raban rozejrzał się i jednocześnie głośno podziękował kolejarzowi, ponieważ jednak nie dostrzegł żadnego konduktora, wszedł po stopniach do najbliższego wagonu, przy czym walizkę stawiał za każdym razem o stopień wyżej, a potem sam piął się za nią, wspierając się jednym ramieniem na rączce parasola, drugim na uchwycie walizy. Wagon, do którego wszedł, był rozjaśniony licznymi światłami hali dworcowej, w której stał pociąg: za niejedną szybą – wszystkie zaś były dokładnie zasunięte – znajdowała się widoczna z bliska lampa łukowa, krople deszczu, których wiele rozsianych było na szkle szyb, wydawały się białe, niekiedy któraś z nich zsuwała się w dół.

Raban słyszał jeszcze gwar dochodzący z peronu, gdy zamknął już drzwi i usiadł na ostatnim wolnym skrawku jasnobrązowej drewnianej ławki. Przed sobą widział plecy i odwrócone od niego głowy, a między nimi cofnięte twarze ludzi na przeciwległej ławce. Gdzieniegdzie snuł się dym z fajek i cygar, i raz przesunął się wolno obok twarzy jakiejś dziewczyny. Od czasu do czasu pasażerowie zamieniali się miejscami i omawiali tę zamianę albo przenosili w inne miejsce bagaż złożony na wąskiej niebieskiej siatce rozwieszonej nad ławką. Jeśli jakaś laska lub okuty róg kufra wystawały z siatki, wówczas zwracano na to właścicielowi uwagę. Tamten podchodził i doprowadzał wszystko do porządku. Również Raban po zastanowieniu wsunął swą walizę pod ławkę.

Po lewej stronie przy oknie siedzieli naprzeciw siebie dwaj panowie i rozprawiali o cenach towarów. „To komiwojażerowie – pomyślał Raban i przyglądał się im, oddychając przy tym rytmicznie. – Hurtownik wysyła ich na wieś, w myśl poleceń wyjeżdżają koleją i chodzą od sklepu do sklepu w każdej wiosce. Czasami jadą wozem z jednej wsi do drugiej. Nigdzie nie potrzebują się długo zatrzymywać, wszystko bowiem trzeba załatwiać szybko, a muszą mówić zawsze tylko o towarach. Z jakąż radością i jak chętnie można by wkładać cały swój wysiłek w tak przyjemną pracę”.

Młodszy jednym ruchem wyciągnął notes z tylnej kieszeni spodni, poślinił szybko palec wskazujący, zaczął nim przewracać kartki i wreszcie jedną z nich odczytał, przy czym przesuwał po niej z góry na dół grzbietem serdecznego palca.

Gdy uniósł głowę znad notesu, spojrzał na Rabana i teraz, kiedy rozmawiał z kolei o cenach nici, nie odwracał od niego oczu, jak człowiek, który wlepia nieruchome spojrzenie w dowolnie obrany punkt, żeby nic z tego, co ma do powiedzenia, nie zapomnieć. Marszczył przy tym brwi, a przymknięty do połowy notes trzymał w lewej ręce, kciuk zaś wsunął między kartki, by w razie potrzeby łatwo odnaleźć przeczytaną właśnie stronicę. Notes drżał mu w ręce, ponieważ na niczym jej nie oparł, a pędzący wagon uderzał o szyny jak młot.

Drugi podróżny, wsparłszy się plecami o poręcz, przysłuchiwał się tamtemu i w regularnych odstępach kiwał głową. Widoczne było, że wcale ze wszystkim się nie zgadza i że potem wypowie swój własny pogląd na te sprawy.

Raban położył dłonie na kolanach i schyliwszy się, patrzył między głowami komiwojażerów w okno, a poprzez okno na światła przelatujące obok oraz inne, które cofały się w dal. Nic nie rozumiał z tego, co mówił komiwojażer, nie zrozumiałby również odpowiedzi jego rozmówcy. Konieczne byłoby do tego długie przygotowanie, bo to byli przecież ludzie, którzy od młodych lat mieli do czynienia z towarami. Gdy się tyle razy brało do rąk szpulkę nici, wówczas wie się, ile ona kosztuje, i można na ten temat rozmawiać, podczas gdy wioski wybiegają nam naprzeciw i mijają nas, jednocześnie zaś odwracają się w głąb okolicy, gdzie znikają nam z oczu. A przecież te wsie są zamieszkane i może komiwojażerowie wędrują tam właśnie od sklepu do sklepu.

Z kąta w drugim końcu wagonu podniósł się wysoki mężczyzna trzymający w dłoniach karty do gry i zawołał:

– Słuchaj, Mario, zapakowałaś muślinowe koszule?

– A jakże – odpowiedziała kobieta siedząca naprzeciw Rabana. Zdrzemnęła się trochę i kiedy teraz obudziło ją to pytanie, od niechcenia rzuciła odpowiedź przed siebie, jakby powiedziała te słowa do Rabana.

– Jedzie pani na jarmark do Młodego Bolesławca, cóż? – spytał ją ów ruchliwy komiwojażer.

– Tak, do Młodego Bolesławca.

– Tym razem będzie to wielki jarmark, prawda?

– Tak, wielki jarmark. – Była senna, lewy łokieć oparła na niebieskim tobołku, a jej głowa ciężko opadła na dłoń przyciśniętą do twarzy na szerokość całego policzka.

– Jaka to młoda kobieta – rzekł komiwojażer.

Raban wyjął z kieszeni kamizelki pieniądze otrzymane od kasjera i zaczął je przeliczać. Każdą monetę przez dłuższy czas trzymał pionowo między kciukiem i palcem wskazującym, i toczył ją ponadto końcem wskazującego palca w górę i w dół po wewnętrznej stronie kciuka. Przyglądał się długo podobiźnie cesarza, potem zwrócił uwagę na wieniec wawrzynu i na to, w jaki sposób był on z tyłu głowy umocowany węzłami i kokardkami. Wreszcie stwierdził, że wydano mu resztę co do grosza, i włożył pieniądze do wielkiej czarnej portmonetki. Lecz teraz, gdy chciał się odezwać do komiwojażera: „Jak pan myśli, to chyba małżeństwo?” – pociąg się zatrzymał. Dudnienie pociągu ustało, konduktorzy wywoływali nazwę miejscowości i Raban nic nie powiedział.

Pociąg ruszył tak wolno, że można było sobie wyobrazić, jak obracają się poszczególne koła, już wkrótce jednak zjeżdżał z wielką szybkością w dolinę i zupełnie niespodziewanie zaczął – jak się zdawało – rozrywać i odginać na bok długie przęsła jakiegoś mostu.

Raban ucieszył się teraz, że pociąg jedzie z takim pośpiechem, nie miałby bowiem chęci pozostać w poprzedniej miejscowości. „Jeśli tam jest tak ciemno, jeśli się tam nikogo nie zna, jeśli stąd tak daleko do domu, to i za dnia musi być tam okropnie. Ale czy na następnej stacji albo na poprzednich, albo też na dalszych, albo wreszcie w wiosce, do której jadę, będzie inaczej?”.

Komiwojażer zaczął nagle mówić głośniej. „Jeszcze mam przed sobą długą drogę” – pomyślał Raban.

– Panie, wie pan nie gorzej ode mnie, że ci fabrykanci wysyłają swoich ludzi do najmniejszej dziury, lezą do najmarniejszego kramarza i czy pan myśli, że sprzedają im towar za inną cenę niż nam, hurtownikom? Panie, niech mi pan wierzy, za tę samą dokładnie cenę, nie dawniej jak wczoraj widziałem to czarno na białym. Według mnie to złodziejstwo. Dobija się nas: w dzisiejszych warunkach nie możemy po prostu już nic zarobić: dobija się nas. – Patrzał znowu na Rabana i nie wstydził się łez w oczach: kostki palców przycisnął do ust, ponieważ drżały mu wargi. Raban oparł się wygodniej i lewą ręką zaczął lekko szarpać wąsy.

Handlarka z przeciwka obudziła się i z uśmiechem pocierała dłonią czoło. Komiwojażer mówił już ciszej. Kobieta jeszcze raz zmieniła pozycję, jak gdyby przygotowując się do snu, na pół leżąc, wsparła się na swym tobołku i westchnęła. Spódnica prężyła się na jej prawym biodrze.

Za nią siedział jakiś pan w czapce podróżnej i czytał dużego formatu gazetę. Dziewczyna siedząca naprzeciw niego, prawdopodobnie jego krewna, przechylając głowę w prawo, poprosiła go, żeby zechciał otworzyć okno, gdyż jest bardzo gorąco. Tamten, nie odrywając oczu od gazety, odpowiedział, że zaraz to zrobi, tylko musi jeszcze przeczytać do końca artykuł w gazecie i jednocześnie pokazał jej, jaki artykuł ma na myśli.

Handlarka, nie mogąc zasnąć, usiadła wyprostowana i wyglądała przez okno, potem zaś przypatrywała się długo lampie naftowej oświetlającej wagon żółtym płomieniem. Raban na chwilę przymknął powieki.

Kiedy je znowu otworzył, handlarka właśnie jadła kawałek placka pokrytego brunatną marmoladą. Tobołek obok niej był rozwiązany. Komiwojażer, milcząc, palił cygaro i bez przerwy stukał w nie palcem, jak gdyby strzepywał z niego popiół. Drugi scyzorykiem gmerał w różnych kółkach zegarka, aż słychać było ich skrzypienie.

Spod spuszczonych niemal powiek Raban dostrzegł jeszcze niewyraźnie, jak ów pan w podróżnej czapce szarpał rzemień przy oknie. Do wnętrza wdarło się chłodne powietrze, jakiś słomkowy kapelusz zleciał z wieszaka. Rabanowi zdawało się, że budzi się ze snu i dlatego odczuwa taki chłód na policzkach lub że ktoś otwiera drzwi i wciąga go do pokoju, albo że ulega jakiemuś złudzeniu, i szybko zasnął, oddychając głęboko.

II

Stopnie wagonu drżały jeszcze lekko, kiedy Raban wysiadał. W twarz ogrzaną powietrzem wagonu powiało deszczem, przymrużył więc oczy. Krople uderzały hałaśliwie w blaszany dach przed budynkiem stacji, ale na szerokie pola deszcz padał tylko tak, jak gdyby słyszało się szum wiatru. Niezauważony przez Rabana nadbiegł jakiś bosy chłopak i, ogromnie zdyszany, poprosił, żeby Raban ze względu na deszcz pozwolił mu odnieść walizkę, ale on odpowiedział, że owszem, pada i dlatego pojedzie omnibusem, a jego usług nie potrzebuje. Na to chłopiec wykrzywił twarz z takim grymasem, jak gdyby uważał, że znacznie wytworniej jest iść w deszcz i oddać tragarzowi walizkę aniżeli jechać, po czym natychmiast odwrócił się i oddalił biegiem. Gdy Raban postanowił go jednak przywołać, decyzja okazała się spóźniona.

Widać było dwie zapalone latarnie, a w drzwiach ukazał się jakiś urzędnik kolejowy. Nie zwlekając, poszedł poprzez deszcz w kierunku lokomotywy, stanął tam bez ruchu z założonymi rękami, poczekał, aż maszynista wychyli się przez poręcz, i wdał się z nim w rozmowę. Wezwano kogoś ze służby kolejowej i zaraz go znów odesłano. W niektórych oknach pociągu stali pasażerowie, a ponieważ patrzyli na zupełnie zwyczajny budynek stacyjny, spojrzenia ich były chyba posępne i mrużyli powieki, zupełnie jak w czasie jazdy. Jakaś dziewczyna, która niosła nad głową słoneczny parasol ozdobiony deseniem w kwiaty, z drogi prowadzącej do wsi weszła pośpiesznie na peron, złożyła otwarty parasol na ziemi, usiadła i rozstawiła szeroko nogi, ażeby jej spódniczka lepiej wyschła, a koniuszkami palców wygładzała naprężone sukno spódnicy. Świeciły się tylko dwie latarnie, twarz jej nie była więc nazbyt widoczna. Przechodzący kolejarz zaczął ubolewać, że pod parasolem utworzyły się kałuże, okrągłym gestem wyciągnął przed siebie ramiona, aby zademonstrować rozmiary tej kałuży, po czym jedną dłoń za drugą – jak ryby, które zanurzają się głębiej w wodzie – przesuwał w powietrzu, ażeby wyjaśnić, że ten parasol tarasuje również ruch na peronie.

Pociąg ruszył, zniknął jak długa odsuwana brama i za topolami po drugiej stronie toru ukazał się ogrom zapierającej oddech przestrzeni. Nie wiadomo, czy było to przeświecające pasmo pól, czy las, staw czy też dom, w którym ludzie udali się już na spoczynek, wieża kościelna albo parów między wzgórzami, nikt nie powinien się tam zapuszczać, któż jednak mógłby się od tego powstrzymać?

Gdy Raban znowu zauważył urzędnika ze stacji, który już stał przed progiem swego biura, podbiegł do niego i zatrzymał go:

– Przepraszam najmocniej, czy daleko stąd do wsi? Chciałbym się tam jakoś dostać.

– Niedaleko, kwadrans drogi, ale omnibusem – bo przecież pada – będzie się na miejscu w pięć minut, proszę pana.

– Owszem, pada deszcz. Wiosna w tym roku nie jest zbyt piękna – odpowiedział Raban.

Urzędnik podparł się w bok prawą ręką i przez trójkąt powstały między jego ramieniem i tułowiem Raban dostrzegł siedzącą na ławce dziewczynę, która zamknęła już parasol.

– Jeśli człowiek teraz wyjeżdża na letnisko i musi tam pozostać, jest rzeczywiście godny pożałowania. Właściwie spodziewałem się, że ktoś wyjdzie mi na spotkanie – rozejrzał się, żeby jego słowa wydały się bardziej wiarygodne.

– Obawiam się, że nie zdąży pan do omnibusu. Tak długo nie będzie czekał. Nie ma za co dziękować. Droga prowadzi tam, między żywopłotem.

Szosa przed dworcem nie była oświetlona, tylko z trzech okien na parterze stacji padał zamglony blask, niesięgający jednak daleko. Raban ruszył na palcach przez błoto i wołał: „Furman!”, „Halo!”, „Hej, omnibus!” i „Jestem tutaj” – i tak wielokrotnie. Kiedy jednak po drugiej ciemnej stronie szosy wpadł w niekończące się kałuże, musiał już brnąć dalej, dopóki nagle jego czoła nie dotknął mokry pysk konia.

A więc tu był omnibus; szybko wskoczył do pustego wnętrza, usiadł przy szklanej szybce za kozłem furmana i odchylony do tyłu, wsunął się w kąt między dwoma ścianami, uczynił już bowiem wszystko, co do niego należało. Bo jeśli furman śpi, to chyba nad ranem się obudzi, a jeśli umarł, zjawi się nowy furman albo gospodarz zajazdu, jeśli zaś i to nie nastąpi, rannym pociągiem przyjadą pasażerowie – ludzie, którym się będzie spieszyło i podniosą wrzask. W każdym razie można siedzieć spokojnie, można nawet zaciągnąć zasłony na oknach i czekać na szarpnięcie zwiastujące, że wóz ruszył w drogę.

„Tak więc po tym wszystkim, co już przedsięwziąłem, jest pewne, że jutro zjawię się u Betty i u mamy, nikt temu nie może przeszkodzić. Ale moje obawy się sprawdziły – można było zresztą przewidzieć, że mój list nadejdzie dopiero jutro, byłbym więc mógł równie dobrze pozostać jeszcze w mieście i spędzić przyjemną noc u Elvy’ego, nie potrzebując się obawiać, że nazajutrz będę musiał pójść do pracy, co zwykle psuje mi wszelką przyjemność. Ale patrzcie, zamoczyłem stopy”.

Zapalił ogarek świecy, który wydobył z kieszeni kamizelki, i postawił go na przeciwległej ławce. Było teraz dosyć jasno i wskutek ciemności panującej na zewnątrz pozbawione szyb ściany nabrały czarnego koloru. Nie potrzeba było od razu myśleć o tym, że pod spodem są koła, a na przedzie zaprzężony koń.

Raban wytarł sobie dobrze stopy na ławce, włożył świeże skarpetki i usiadł wyprostowany. Wtem usłyszał, że ktoś od strony dworca woła:

– Hej, jeśli jest jakiś pasażer w omnibusie, niech się odezwie.

– Owszem, jest pasażer i chętnie by już pojechał – odpowiedział Raban wychylony z otwartych drzwi, przy czym prawą ręką trzymał się bocznej belki, a lewą, otwartą dłoń przyłożył do ust. Potok wody deszczowej chlusnął mu za kołnierz.

Okutany w zgrzebne płachty dwóch rozciętych worków zjawił się wreszcie woźnica, blask stajennej latarni skakał pod nim po kałużach. Z niezadowoleniem w głosie zaczął się tłumaczyć: Trzeba zważyć, że grał w karty z Lebedą i właśnie rozkręcili się na dobre, kiedy nadszedł pociąg. Doprawdy nie mógł wtedy rozglądać się za pasażerami, ale oczywiście nie chciałby powiedzieć nic obelżywego pod adresem ludzi, którzy tych spraw nie rozumieją. A zresztą ta wioska jest paskudną dziurą od początku do końca i nie sposób pojąć, co taki pan ma tutaj do roboty, a poza tym jeszcze dosyć szybko będzie na miejscu, tak iż nie potrzebuje iść do nikogo z zażaleniem. Bo dopiero teraz pan Pirkershofer – przepraszam, to jest pan adiunkt – zjawił się i powiedział, że – jak mu się zdaje – jakiś mały blondyn chciał jechać omnibusem. Cóż, wtedy on zaraz zaczął szukać tego pasażera, czy też może zaraz nie zaczął go szukać?

Latarnia została przymocowana do końca dyszla, koń popędzony głuchym okrzykiem ruszył naprzód i przelewająca się teraz na dachu omnibusu woda zaczęła przez szparę z wolna kapać do wnętrza.

Droga prowadziła chyba przez wzgórza, na pewno też błoto pryskało w szprychy, wachlarze wody z kałuż, szumiąc, spływały z kręcących się tylnych kół, furman przeważnie popuszczał cugle ociekającemu wodą koniowi. Czy nie można by za to wszystko winić właśnie Rabana? Latarnia drżąca na dyszlu niespodziewanie oświetlała kałużę za kałużą, każda z nich rozdzielała się pod kołami i tworzyła wzburzone fale. To wszystko działo się tylko dlatego, że Raban jechał do swej narzeczonej, do Betty, starszawej, ładnej dziewczyny. Któż zaś, jeśli już te sprawy rozpatrywać – zechciałby ocenić wielkość zasług Rabana, chociażby tylko przejawiających się w tym, że znosił wszystkie zarzuty, których mu co prawda nikt nie mógł stawiać otwarcie. Oczywiście znosił je chętnie, Betty była jego narzeczoną, kochał ją, byłoby nawet obrzydliwe, gdyby mu miała jeszcze za to dziękować, ale bądź co bądź...

Niechcący uderzał często głową o ścianę, o którą się opierał, spoglądał wówczas przez chwilę na dach wozu. Raz jego prawa ręka zsunęła się z kolan, na których ją trzymał. Ale łokieć nadal spoczywał w załamaniu między brzuchem a nogą.

Omnibus jechał już obok zabudowań, tu i ówdzie wnętrze wozu zgarniało trochę światła z jakiejś izby, murowane schody prowadziły do kościoła – Raban musiał wstać, żeby je zobaczyć – przed bramą parku paliła się wysokim płomieniem lampa, a statua świętego widoczna była w czarnych zarysach na tle światła padającego z jakiegoś kramiku, teraz też Raban zobaczył wypaloną świecę, której wosk się rozpłynął i zwisał nieruchomo z ławki.

Kiedy omnibus stanął przed gospodą, można było usłyszeć pluszczący deszcz i głosy gości we wnętrzu, gdyż prawdopodobnie któreś okno było otwarte; wówczas Raban zaczął się zastanawiać, czy lepiej będzie wysiąść od razu, czy też poczekać, aż właściciel gospody podejdzie do wozu. Nie wiedział, jaki jest zwyczaj w tej osadzie, ale Betty bez wątpienia już zawiadomiła o przyjeździe narzeczonego i zależnie od pierwszego, imponującego lub nieudanego jego wystąpienia, poważanie, jakim się ona tutaj cieszy, wzrośnie lub zmaleje, a tym samym również jego własny autorytet. Jednakże ani nie wiedział, jakim darzy się ją teraz poważaniem, ani nie domyślał się, co ona tutaj o nim opowiadała, wszystko więc było tym bardziej nieprzyjemne i trudne. Jakież piękne jest miasto i droga do własnego domu! Jeśli tam pada deszcz, jedzie się po mokrym bruku tramwajem do domu, podczas gdy tutaj trzeba się tłuc w tej budzie przez bagna do zajazdu. – „Ale daleko stąd do miasta i jeślibym miał nawet umrzeć z tęsknoty, nikt mnie tam dzisiaj już nie przewiezie. – Co prawda nie mam zamiaru umrzeć, ale tam postawiono by mi na stół oczekiwane dzisiaj na wieczerzę danie, z prawej zaś strony obok talerza gazetę, z lewej lampę, a tutaj dadzą mi okropne, tłuste jakieś pożywienie – nie wiedzą przecież, że mam słaby żołądek, a zresztą cóż z tego, gdyby nawet wiedzieli – dadzą mi też obcą gazetę, asystować przy tym będzie wielu ludzi, których już teraz słyszę, a lampa będzie wspólna dla wszystkich. I jakież może być światło takiej lampy, wystarczy chyba do gry w karty, ale czy można przy nim czytać gazetę?

Gospodarz nie nadchodzi, nie zależy mu wcale na gościach, możliwe, że to jakiś nieuprzejmy człowiek. Albo też wie, że jestem narzeczonym Betty, i to jest przyczyną, że do mnie nie wychodzi? Dlatego też może woźnica na stacji kazał mi tak długo czekać, jedno zgadzałoby się z drugim. Betty przecież często mi opowiadała, ile przykrości sprawiają jej zaloty lubieżnych mężczyzn i jak musiała nieraz dawać im ostrą odprawę, może więc i w tym wypadku...”. [Rękopis się urywa.]

przełożył Alfred Kowalkowski

JEŹDŹCOM WYŚCIGOWYM

POD ROZWAGĘ

Skoro się wszystko rozważy, nic nas nie będzie mogło skusić, żebyśmy pragnęli zająć pierwsze miejsce w wyścigu hipicznym.

Sława pierwszego jeźdźca w kraju, zwłaszcza w momencie gdy na naszą cześć zagra orkiestra, sprawia zbyt wielką radość, żebyśmy nazajutrz nie odczuli pustki i smutku.

Zawiść przeciwników, ludzi podstępnych, posiadających znaczne wpływy, będzie nas napawać bólem wśród tego ciasnego szpaleru, przez który wypadnie nam defilować na koniu, gdy jeszcze przed chwilą owa równina była pusta, jeśli nie liczyć paru zdublowanych jeźdźców, którzy prawie niewidoczni galopowali na skraju horyzontu.

Wielu naszych przyjaciół biegnie spiesznie podejmować wygrane i tylko przez ramię wołają „wiwat” w naszym kierunku sprzed odległych kas totalizatora, najlepsi jednak przyjaciele wcale nie stawiali na naszego konia, obawiali się bowiem, że będą mieli do nas żal, jeśli przegramy; ale teraz, gdy koń nasz zwyciężył, oni zaś nic nie wygrali, odwracają się od nas i kiedy obok nich przejeżdżamy, wolą spoglądać na trybuny.

Konkurenci, zdążający za nami, trzymając się mocno w siodle, próbują zbagatelizować nieszczęście, które ich spotkało, i krzywdę, którą im wyrządzono, siedzą dziarsko na koniach, jak gdyby za chwilę miał się na nowo rozpocząć wyścig, tym razem poważny – w przeciwieństwie do poprzedniej, dziecinnej zabawy.

Wielu damom zwycięzca wydaje się śmieszny, gdyż puszy się jak paw, a przecież nie wie, co począć z ciągłym potrząsaniem dłoni, salutowaniem, kłanianiem się i pozdrawianiem na odległość, gdy tymczasem zwyciężeni nie otwierają ust i mimochodem poklepują szyje swoich koni rżących niemal bez przerwy.

Wreszcie z zachmurzonego nagle nieba zaczynają nawet spadać krople deszczu.

przełożył Alfred Kowalkowski

DZIECI NA DRODZE

Słyszałem, jak wozy przejeżdżają za parkanem ogrodu, niekiedy widziałem je także przez lekko rozchylające się luki w listowiu. Jakże na tym letnim upale trzeszczało drewno szprych i dyszli! Robotnicy wracali z pól i śmiali się bezwstydnie.

Siedziałem na małej huśtawce, właśnie wypoczywałem wśród drzew w ogrodzie moich rodziców.

Zgiełk za płotem nie ustawał. Biegnące szybko dzieci mijały go w mgnieniu oka, potem znowu wozy drabiniaste z mężczyznami i kobietami siedzącymi na snopach, a dokoła coraz ciemniejsze stawały się kwietne rabaty. Pod wieczór ujrzałem przechadzającego się powoli pana z laską; dwie dziewczyny, ująwszy się pod ręce, nadchodziły z przeciwka, pozdrawiając go, usunęły się na rosnącą obok trawę. Wówczas niby iskry poderwały się ptaki, śledziłem je spojrzeniem, widziałem, jak w jednej chwili wzbiły się w górę, aż wreszcie trudno już było uwierzyć, że wciąż jeszcze się wznoszą, zdawało mi się raczej, że ja lecę w dół, trzymając się więc mocno sznurów, zacząłem się w swej bezradności troszeczkę huśtać. Po chwili, gdy powiew stał się nieco chłodniejszy i zamiast wzlatujących ptaków pojawiły się drżące gwiazdy, huśtałem się już mocniej.

Wieczerzę podano mi przy blasku świec. Obydwa łokcie opierałem raz po raz na drewnianej płycie stołu i, zmęczony, zajadałem chleb z masłem. Lekkie, ażurowe firanki wzdymały się w ciepłym wietrze i niekiedy ktoś przechodzący za oknem przytrzymywał je rękoma, jeśli chciał mnie lepiej zobaczyć i porozmawiać ze mną. Niemal zaraz zgasła świeca i w ciemnym jej dymie jeszcze przez jakiś czas krążyła gromadka much. Gdy ktoś mnie spytał o coś przez okno, spoglądałem na niego, jakbym patrzał na góry lub w pustkę, jemu zaś również niewiele zależało na mej odpowiedzi.

A gdy potem któryś przeskoczył przez parapet okna i powiadomił mnie, że inni zgromadzili się już przed domem, wstałem, ale z westchnieniem.

– Jak to, dlaczego tak wzdychasz? Co się stało? Czy to jakieś niezwykłe, nieodwracalne nieszczęście? Czy nigdy już się z niego nie dźwigniesz? Czyżby wszystko już było stracone?

Nic nie było stracone. Wybiegliśmy z domu.

– Bogu dzięki, jesteście wreszcie. – Naturalnie, zawsze się spóźniasz! – Co znowu, ja? – Właśnie ty, zostań w domu, jeśli nie chcesz iść z nami. – Tylko bez łaski! – Co? Bez łaski? Jak ty się wyrażasz?

Głowami przebijaliśmy ciemność. Nie było już ani dnia, ani nocy. Czasami guziki naszych kamizelek zgrzytały jeden o drugi jak zęby, czasami biegliśmy w równej od siebie odległości z płonącym oddechem jak zwierzęta w tropikalnych krajach. Niby kirasjerzy z dawnych wojen, tupiąc i wysoko unosząc stopy, razem pobiegliśmy w dół krótką uliczką i tym samym rozpędem znowu drogą pod górę. Niektórzy zeszli do rowu i ledwie zniknąwszy przed ciemną skarpą, stali już jak obcy ludzie wysoko na polnej drodze i spoglądali w dół.

– Zejdźcie do nas! – Najpierw chodźcie wy na górę! – Żebyście nas zrzucili! Ani myślimy, jeszcześmy nie tacy głupi. – Tacy z was tchórze, chcieliście powiedzieć. Przyjdźcie tylko, no przyjdźcie! – Rzeczywiście? Co, może wy nas stamtąd zrzucicie? – Akurat na takich wyglądacie!

Odważyliśmy się na atak, zepchnięci, legliśmy w rowie przydrożnym na trawie, padając lub kładąc się dobrowolnie. Wszystko było równomiernie ogrzane, nie odczuwaliśmy wśród traw ani ciepła, ani chłodu, tylko zmęczenie.

Jeśli odwróciłeś się na prawy bok i podsunąłeś dłoń pod głowę, miałeś ochotę zasnąć. Co prawda, zadarłszy w górę podbródek, pragnąłeś raz jeszcze się dźwignąć, aby z kolei spaść tylko do głębszego rowu. Potem z wysuniętym przed siebie zgiętym ramieniem, ze zwisającymi skośnie nogami chciałeś się rzucić w przestrzeń i oczywiście wpaść do jeszcze głębszego rowu. I tak bez końca.

Ale jak tu w ostatnim rowie ułożyć się naprawdę do snu, cały wyprostowany, zwłaszcza w kolanach, o tym jeszcze nie pomyślałeś, spoczywałeś na wznak – bliski już płaczu, jak gdybyś był chory. Mrugałeś tylko, gdy przypadkiem jakiś chłopak, przycisnąwszy łokcie do bioder, z ciemnymi podeszwami u stóp, przeskakiwał ponad tobą ze skarpy na drogę.

Księżyc stał już dosyć wysoko na niebie, w jego świetle przejechał obok nas wóz pocztowy. Dokoła powiał lekki wiatr – czuło się go nawet w rowie, a w pobliżu zaszumiał wiatr. Toteż już tak bardzo nie zależało ci na samotności.

– Gdzie jesteście? – Chodźcie tutaj! – Wszyscy razem! – Dlaczego się kryjesz, przestań się wygłupiać! – Nie wiecie, że poczta już pojechała? – Niemożliwe! Przejeżdżała już tędy? – Naturalnie, minęła nas, kiedy spałeś. – Ja spałem? Co ty wygadujesz? – Cicho bądź, jeszcze to widać po tobie! – Ależ proszę cię... – Chodźcie!

Biegliśmy ciaśniej stłoczeni, niektórzy chwycili się za ręce, trudno było wyżej zadrzeć głowę, droga bowiem prowadziła w dół. Ktoś wzniósł indiański okrzyk wojenny, nogi ruszyły galopem jak nigdy dotychczas, przy podskokach wiatr chwytał nas wpół i unosił w górę. Nic nie mogło nas zatrzymać; tak się rozpędziliśmy, że – nawet prześcigając się wzajemnie – mogliśmy skrzyżować ramiona i spokojnie spojrzeć za siebie.

Zatrzymaliśmy się na moście nad potokiem; ci, którzy go minęli, wrócili na most. W dole woda uderzała o głazy i korzenie, jak gdyby wieczór nie był jeszcze tak późny. Nie wiadomo dlaczego, nikt nie skoczył na poręcz mostu.

Za krzewami w oddali pojawił się pociąg, wszystkie przedziały były oświetlone, na pewno pospuszczano szyby. Ktoś spośród nas zanucił jakiś szlagier, ale wszyscy chcieliśmy śpiewać. Nasz śpiew był szybszy od biegu pociągu, machaliśmy rękami, ponieważ głos już nie wystarczał, nabraliśmy w śpiewie rozpędu i w tym natłoku dźwięków czuliśmy się doskonale. Kiedy się swój głos zmiesza z innymi głosami, bywa tak, jakby się połknęło haczyk od wędki.

I tak na skraju lasu śpiewaliśmy dalekim podróżnym. Dorośli we wsi jeszcze nie spali, matki rozścielały na noc łóżka.

Trzeba było już iść. Pocałowałem tego, który stał przy mnie, trzem najbliższym podałem mimochodem dłoń, zacząłem biec z powrotem, nikt na mnie nie zawołał. Przy pierwszym skrzyżowaniu, gdy już tamci nie mogli mnie dojrzeć, skręciłem w boczną drogę i polnymi ścieżkami pobiegłem znowu do lasu. Podążałem na południe, do miasta, o którym w naszej wsi mówiono:

– Co to za ludzie! Pomyślcie tylko, oni w ogóle nie śpią!

– Dlaczego nie śpią?

– Ponieważ nigdy nie są zmęczeni.

– A to dlaczego?

– Bo są głupi.

– Czy więc głupcy nie czują zmęczenia?

– Jakże głupcy mogliby się zmęczyć?

przełożył Alfred Kowalkowski

OPIS WALKI

A przed nami strojni ludzie

chwiejnie łażą ścieżynkami

pod otwartym wielkim niebem,

które od wzgórz w dal się ciągnie

ku dalekim innym wzgórzom.

(przeł. J. Iwaszkiewicz)

I

Około godziny dwunastej niektórzy ludzie zaczęli już wstawać z miejsc, kłaniali się, podawali sobie wzajemnie dłonie, mówili, że było bardzo przyjemnie, i potem przez wielkie odrzwia podążali do przedpokoju, żeby włożyć płaszcze. Pani domu stała pośrodku salonu i żwawo rozdawała ukłony, a ozdobne fałdy jej spódnicy kołysały się miarowo.

Siedziałem przy małym stoliku o trzech wygiętych cienkich nóżkach, sączyłem właśnie trzeci kieliszek ziołowego likieru i pijąc, ogarniałem spojrzeniem swój niewielki zapas ciastek, które sam sobie wyszukałem i pięknie ułożyłem.

Wtem ujrzałem mojego nowego znajomego z potarganymi lekko włosami i w stroju nieco wymiętym, zjawiającego się w drzwiach jednego z sąsiednich pokoi. Chciałem odwrócić wzrok, bo nic mnie to nie obchodziło, on jednakże zbliżył się do mnie i śmiejąc się w roztargnieniu z mojego zajęcia, powiedział:

– Proszę mi wybaczyć, że do pana podchodzę. Ale do tej chwili siedziałem obok w pokoju sam na sam ze swoją dziewczyną. Od pół do jedenastej. Panie kochany, cóż to był za wieczór! Oczywiście wiem, że nie wypada mi panu o tym opowiadać, bo przecież prawie się nie znamy. Spotkaliśmy się dziś na schodach, prawda, i jako goście tego samego domu zamieniliśmy kilka słów. I teraz, ale musi mi pan wybaczyć, proszę, teraz po prostu przepełnia mnie szczęście i nie mogę się pohamować. A ponieważ nie mam tutaj żadnych znajomych, którym mógłbym zaufać...

Spojrzałem na niego ze smutkiem – kawałek owocowego ciastka, który miałem w ustach, nie smakował mi specjalnie – i podnosząc głowę ku jego ślicznie zarumienionej twarzy, powiedziałem:

– Cieszy mnie naturalnie, że wydaję się panu godnym zaufania, ale nie jestem zadowolony z tego, że zwierza mi pan swoje sekrety. I gdyby pan nie był tak podniecony, musiałby pan sam wyczuć, jak niestosownie jest opowiadać o kochającej dziewczynie komuś, kto siedzi samotnie i pije.

Gdy to rzekłem, nagle usiadł bez namysłu, przechylił się do tyłu i zwiesił ramiona. Potem zgiął łokcie pod ostrym kątem, cofnął je trochę i dosyć głośno, jakby do siebie samego, zaczął mówić:

– Jeszcze przed chwilą byliśmy tam sami w pokoju, Anusia i ja. Całowałem ją, całowałem – tak to było – ja... całowałem jej usta, uszy, ramiona. O Boże mój i Panie!

Wielu gości, którzy oczekiwali tu bardziej ożywionej rozmowy, ziewając, zaczęli się do nas przybliżać. Dlatego wstałem i powiedziałem głośno tak, żeby mnie wszyscy usłyszeli:

– A więc dobrze, jeśli pan sobie życzy, pójdę z panem, ale nadal jestem przekonany, że teraz, w zimie i na dodatek w nocy, nie ma sensu chodzić na Wzgórze Świętego Wawrzyńca. Ponadto ochłodziło się, a ponieważ spadło trochę śniegu, ścieżki zamieniły się w ślizgawki. No cóż, jak pan uważa.

Zrazu spojrzał na mnie w zdumieniu i otworzył szeroko usta o wilgotnych wargach; potem jednak, widząc owych panów, którzy stali już zupełnie blisko, zaśmiał się, wstał i rzekł:

– A jednak chłód dobrze nam zrobi, ubrania nasze przesycone są gorącem i dymem; zresztą jestem trochę pijany, chociaż niewiele piłem; tak, pożegnamy się i ruszymy.

Podeszliśmy wobec tego do pani domu, a gdy pocałował ją w rękę, powiedziała:

– Jakże mnie cieszy, że widzę pana dzisiaj tak uszczęś­liwionym. – Wzruszyła go dobroć tych słów i jeszcze raz ucałował jej dłoń, z czego ona zaczęła się śmiać. Musiałem go pociągnąć ku drzwiom. W przedpokoju stała pokojówka, którą ujrzeliśmy teraz po raz pierwszy.

Pomogła nam włożyć płaszcze i potem wzięła do ręki małą, przenośną lampę, żeby nam poświecić na schodach. Szyję miała odsłoniętą i przewiązaną tylko pod brodą czarną aksamitką, a jej luźno odziane ciało chyliło się i prostowało co chwila, gdy tak szła przed nami po schodach, nisko trzymając lampę. Policzki miała zaczerwienione od wina, w słabym wypełniającym całą klatkę schodową blas­ku lampy drżały jej usta.

W dole na schodach postawiła lampę na jednym ze stopni, podeszła nagle do mojego znajomego, wzięła go w ramiona, pocałowała i nie puszczała go ze swych objęć. Dopiero gdy jej włożyłem w dłoń monetę, ospale rozluźniła uścisk, z wolna otworzyła małą furtkę i wypuściła nas w noc.

Nad pustą, równomiernie oświetloną ulicą wielki księżyc stał na lekko zachmurzonym i wskutek tego jakby rozleglejszym niebie. Po zamarzniętym śniegu można było posuwać się tylko drobnymi krokami.

Ledwie wyszliśmy na świeże powietrze, poczułem najwyraźniej znaczne ożywienie. Podnosiłem wysoko stopy, aż stawy trzeszczały, wykrzyknąłem poprzez ulicę jakieś nazwisko, jak gdyby mi za narożnikiem zniknął właśnie któryś z przyjaciół, w podskoku podrzucałem kapelusz i z fanfaronadą łapałem go w powietrzu.

Mój znajomy szedł beztrosko obok mnie. Głowę miał schyloną. Nic nie mówił.

Dziwiło mnie to, ponieważ sądziłem, że będzie szalał z radości, gdy mu pomogę wydostać się z tego towarzys­twa. Teraz więc ja również mogłem zachowywać się ciszej. Właśnie klepnąłem go dla zachęty po ramieniu, kiedy nagle przestałem rozumieć stan jego ducha i cofnąłem rękę. Ponieważ nie była mi już potrzebna, włożyłem ją do kieszeni płaszcza.

Szliśmy w milczeniu. Zwróciłem uwagę na odgłos naszych kroków i nie mogłem pojąć, dlaczego w żaden sposób nie mogę utrzymać się w rytmie kroków mojego znajomego. A było jasno i dokładnie widziałem jego nogi. Tu i ówdzie stał nawet ktoś w oknie i nam się przyglądał.

Kiedy weszliśmy w ulicę Ferdynanda, zauważyłem, że mój znajomy zaczął nucić jakąś melodię z Księżniczki dolara; nucił cicho, ale słyszałem go zupełnie wyraźnie. Co to miało znaczyć? Czy chciał mnie obrazić? Ostatecznie byłem gotów natychmiast zrezygnować z tej muzyki, i w dodatku z całego spaceru. Dlaczego ze mną nie rozmawiał? Bo jeśli nie byłem mu potrzebny, czemu nie zostawił mnie w spokoju przy moim likierze i przy słodyczach? Doprawdy, nie ja przecież wyrywałem się na tę przechadzkę. Zresztą mogłem pospacerować sam. Byłem w towarzys­twie, uratowałem niewdzięcznego młodego człowieka od kompromitacji i teraz przechadzałem się bez celu w świetle księżyca. Ostatecznie można i tak. Cały dzień w biurze, wieczorem w towarzystwie, w nocy na ulicy, wszystkiego w miarę. Po prostu tryb życia niczym już w swojej naturalności nieograniczony.

Ale mój znajomy szedł wciąż za mną i nawet przyspieszył kroku, kiedy zauważył, że pozostaje z tyłu. Nie rozmawialiśmy w ogóle, nie można też powiedzieć, żebyśmy biegli. Zastanawiałem się jednak, czy nie zboczyć w jakąś przecznicę, bo przecież właściwie nie byłem zobowiązany do wspólnego odbywania przechadzki. Mogłem pójść samotnie do domu i nikt nie miał prawa mi w tym przeszkodzić. Jeszcze bym zobaczył, jak mój znajomy, nic nie podejrzewając, przejdzie obok wylotu tego zaułka. Żegnaj, drogi znajomku! Gdy wrócę, ogrzeję się w swoim pokoju, na stole zaświecę lampę na żelaznym postumencie i kiedy się z tym uwinę, legnę sobie w fotelu stojącym na podartym wschodnim dywanie. Jakież piękne widoki! Dlaczegóż by tego nie zrobić? Ale co potem? Nie ma potem. W ciepłym pokoju blask lampy będzie padał na mnie spoczywającego w fotelu, na moją pierś. Cóż, wreszcie jednak zziębnę i będę trawił samotne godziny wśród malowanych ścian, na podłodze, która opada pochyło odbita w lustrze o złotych ramach, wiszącym na tylnej ścianie.

Nogi rozbolały mnie ze zmęczenia i już byłem zdecydowany, nie zważając na nic, pójść do domu i położyć się do łóżka, kiedy zaczęły mnie dręczyć wątpliwości, czy odchodząc teraz, powinienem czy też nie powinienem pożeg­nać się z moim znajomym. Nazbyt byłem bojaźliwy, żeby odejść bez pozdrowienia, i nazbyt słaby, ażeby pożegnać się głośnym okrzykiem. Dlatego stanąłem, oparłem się o mur domu oświetlony księżycem i czekałem.

Mój znajomy szedł po trotuarze prosto ku mnie tak szybko, jakbym miał go pochwycić w biegu. Mrugał na mnie oczyma, pewnie ze względu na jakieś ciche porozumienie, o którym widocznie zapomniałem.

– No i co, i co? – zapytałem.

– Ależ nic – odparł – chciałem tylko dowiedzieć się, jakie jest pańskie zdanie o tej pokojówce, która mnie pocałowała w korytarzu. Co to za dziewczyna? Czy pan już ją kiedyś widział? Nie? Ja też nie. Czy to była w ogóle pokojówka? Chciałem ją o to spytać, już kiedy szła przed nami po schodach.

– Że jest pokojówką, i to nawet nie pierwszą pokojówką, poznałem od razu po jej czerwonych dłoniach, a kiedy wsuwałem jej do ręki pieniądze, wyczułem stwardniałą skórę.

– Lecz to dowodzi jedynie, że już od dłuższego czasu jest na służbie, tak mi się też zresztą zdaje.

– Może pan ma rzeczywiście rację. Przy tym oświetleniu nie można było wszystkiego należycie rozróżnić, ale mnie także przypominała z twarzy starszą córkę pewnej znanej mi rodziny oficerskiej.

– Mnie nie – odparł.

– Ale to mi nie przeszkodzi pójść teraz do domu; jest już późno, a jutro rano muszę być w biurze; tam śpi się niewygodnie. – To mówiąc, podałem mu dłoń na pożegnanie.

– Tfu, jaka zimna dłoń! – zawołał. – Z taką dłonią nie chciałbym iść do domu. Powinien był pan także pozwolić się pocałować, mój kochany; cóż, było to zaniedbanie, chociaż może je pan sobie powetować. Ale spać? Tej nocy? Niech pan się zastanowi, ile szczęśliwych myśli zostaje zaduszonych pod kołdrą, kiedy się samotnie śpi w swoim łóżku, i ile nieszczęsnych snów się nią ogrzewa.

– Niczego nie duszę i niczego nie ogrzewam – powiedziałem.

– Ależ niech pan da spokój, prawdziwy z pana komik – zakończył rozmowę.

Mówiąc to, ruszył przed siebie, a ja podążyłem jego śladem, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, zastanowiła mnie bowiem jego wypowiedź.

Z tej wypowiedzi, jak sądzę, mogłem wywnioskować, że mój znajomy przeczuwał we mnie coś, czego wprawdzie we mnie nie było, ale co podnosiło mnie w jego oczach właśnie dlatego, że we mnie to przeczuwał. A więc dobrze się stało, że nie poszedłem do domu. Kto wie, może ten człowiek, który idąc obok mnie z buchającymi parą ustami, myślał o pokojówkach, potrafi mi przysporzyć wartości w oczach ludzkich, mimo że go nawet nie będę musiał sobie zjednywać. Żeby mi go tylko dziewczęta nie zepsuły! Niech go całują i ściskają, ostatecznie to ich obowiązek i jego prawo, ale nie mogą mi go uwieść. Gdy go całują, całują od biedy również mnie po trochu, żeby tak powiedzieć, kącikiem ust, ale ukradną mi go, jeśli go uwiodą. A on musi na zawsze zostać przy mnie, na zawsze, bo kto, jeśli nie ja, będzie go chronił. Zresztą jest taki głupi. W lutym można mu powiedzieć: – Ty, chodź na Wzgórze Świętego Wawrzyńca! – i on pobiegnie za tobą. I co będzie, jeśli teraz upadnie, jeśli się zaziębi, co będzie, jeżeli ktoś zazdrosny napadnie go, wybiegłszy z ulicy Pocztowej? Co się wówczas stanie ze mną, czy mam zostać wyrzucony poza nawias świata? A więc dobrze, zobaczymy! Nie, już on się mnie nigdy nie pozbędzie!

Jutro będzie rozmawiał z panną Anią, zrazu o powszednich sprawach, jak to zwykle bywa, ale w pewnej chwili nie będzie już mógł tego dłużej zataić: „Wczoraj, Anusiu, po tym przyjęciu, wiesz, znalazłem się w towarzystwie człowieka, jakiego na pewno jeszcze w swoim życiu nie widziałaś. I taki ma wygląd, jakże go tu opisać, wygląda jak puszczona w ruch wahadłowy tyka, z czarno owłosioną czaszką na górze. Jego ciało jest obwieszone całą masą matowożółtych szmatek, które go okrywały dokładnie, bo w dniu wczorajszym, przy bezwietrznej pogodzie, gładko do niego przylegały. Co, Anusiu, straciłaś apetyt? Tak, oczywiście, to moja wina, widocznie źle opowiedziałem całe to zdarzenie. Gdybyś go tylko zobaczyła, jak nieśmiało kroczył obok mnie, jak poznał, że jestem zakochany, co rozpoznać nie jest zresztą sztuką, i nie chcąc mi przeszkadzać, długi odcinek drogi samotnie szedł przodem. Myślę, Anusiu, że śmiałabyś się trochę, a troszeczkę byś się bała, ale mnie jego obecność sprawiła przyjemność. Bo gdzie ty byłaś, Aniu? W łóżku, i Afryka nie znajdowała się dalej niż twoje łóżko. Niekiedy jednak doprawdy mi się zdawało, że wraz z oddechem jego płaskiej piersi wznosi się nade mną rozgwieżdżone niebo. Sądzisz, że przesadzam? Nie, Anusiu; na moją duszę, nie; na moją duszę, która należy do ciebie, nie przesadzam”.

Nie darowałem więc mojemu znajomemu – a właśnie stawialiśmy pierwsze kroki na Bulwarze Króla Franciszka – nawet drobnej części tego zawstydzenia, jakie musiał odczuwać wskutek swojej wypowiedzi. Tylko że wtedy moje myśli zlewały się z sobą, gdyż Mołdawa i dzielnice miasta na drugim brzegu tonęły we wspólnej ciemności. Płonęło tam jednak parę świateł, które migotały ku patrzącym na nie oczom.

Przeszliśmy przez jezdnię, żeby znaleźć się przy nadbrzeżnej barierze, tam przystanęliśmy. Znalazłem drzewo, o które się oparłem. Ponieważ od wody wiało mrozem, włożyłem rękawiczki, westchnąłem bez powodu, jak to na ogół nocą nad rzeką zwykło się chyba czynić, potem chciałem ruszyć w dalszą drogę. Ale mój znajomy spoglądał w wodę i nie ruszał się z miejsca. Następnie zbliżył się jeszcze bardziej do balustrady i przystawiwszy nogi do żelaznych prętów, oparł na niej łokcie i skrył w dłoniach czoło. I co jeszcze? Ja zaś marzłem i musiałem podnieść kołnierz płaszcza. Mój znajomy podciągnął się w górę, wyprostował plecy, barki oraz szyję, a górną część ciała, spoczywającą na wyprężonych rękach, przechylił przez balustradę.

– Wspomnienia, prawda? – odezwałem się. – Tak, smutne jest już samo wspominanie, a cóż dopiero jego przedmiot! Niech się pan nie poddaje takim nastrojom, nie jest to zajęcie odpowiednie ani dla pana, ani dla mnie. Wskutek tego osłabiamy – nic bardziej oczywistego – swoją obecną pozycję i nie wzmacniamy wcale poprzedniej, pominąwszy nawet fakt, że poprzednia pozycja nie potrzebuje już wzmocnienia. Czy pan może uważa, że brak mi wspomnień? Och, mam ich dziesięć na jedno pańskie. Teraz na przykład mógłbym wspominać, jak w L. siedziałem pewnego razu na ławce. Był wieczór, działo się to tak samo nad brzegiem rzeki. Naturalnie w lecie. Jest zaś w moim zwyczaju, że w taki wieczór podciągam nogi w górę i obejmuję je rękami. Głowę złożyłem na drewnianej poręczy ławki i przyglądałem się podobnym do obłoków górom na drugim brzegu. Skrzypce rozbrzmiewały cichutko w hotelu zdrojowym. Po obu brzegach od czasu do czasu sunęły pociągi i dym rozbłyskiwał w słońcu.

Mój znajomy przerwał mi, odwrócił się bowiem nagle i mogło się niemal wydawać, że jest zdumiony, widząc mnie jeszcze obok siebie.

– Ach, potrafiłbym jeszcze znacznie więcej opowiedzieć – rzekłem i na tym skończyłem.

– Niech pan tylko pomyśli, zawsze się tak zdarza – zaczął. – Kiedy dzisiaj zstępowałem ze schodów, aby przed wieczorkiem towarzyskim jeszcze odbyć małą przechadzkę, ogarnęło mnie po prostu zdumienie na widok moich rąk bujających się na wszystkie strony w mankietach; śmiesznie to robiły! Zaraz więc sobie pomyślałem: „Czekaj, dziś coś się zdarzy”. I zdarzyło się. – Ostatnie słowa powiedział już w marszu i z uśmiechem spojrzał na mnie swymi wytrzeszczonymi oczyma.

Do tego więc już doprowadziłem. Mógł mi opowiadać takie historie, uśmiechać się i wytrzeszczać na mnie oczy. A ja, ja musiałem się powstrzymywać, żeby go nie objąć ramieniem i nie ucałować jego oczu w nagrodę za to, że mu tak kompletnie do niczego nie byłem potrzebny. Ale najgorsze było przecież, że i to już w niczym nie mogło zaszkodzić i nic się już nie dało tym zmienić, ponieważ teraz musiałem odejść, odejść bez względu na wszystko.

Kiedy szybko zacząłem szukać jakiegoś pretekstu, który by mi chociaż na chwilę umożliwił pozostanie przy moim znajomym, przyszło mi do głowy, że razi go może mój nadmierny wzrost, wobec którego jego postać musiała wydawać mu się nieco zbyt niska. Ta okoliczność bardzo mnie dręczyła – chociaż była późna noc i nie spotykaliśmy prawie nikogo – dręczyła mnie tak bardzo, że zacząłem z wolna schylać plecy, aż rękami w czasie marszu dotykałem kolan. Ażeby zaś mój znajomy nie spostrzegł tych zamysłów, powoli i stopniowo zmieniałem swoją postawę i próbowałem odwrócić jego uwagę od siebie, nawet raz przemocą skierowałem go w stronę rzeki, pokazując mu gestem ręki drzewa Strzeleckiej Wyspy i odblask latarni na rzece.

Ale nagle gwałtownie się odwrócił, spojrzał na mnie – a jeszcze nie byłem całkowicie gotowy – i rzekł:

– Ha, cóż to takiego? Jest pan zupełnie pokrzywiony! Co pan wyprawia?

– Bardzo słusznie pan to zauważył – rzekłem z głową na wysokości szwów jego spodni, z którego to powodu nie mogłem też normalnie spojrzeć w górę. – Ma pan bystry wzrok!

– Dalejże, hopla! Niech się pan podniesie! Co to za niedorzeczności!

– Nie – odparłem i spoglądałem na pobliską ziemię – pozostanę taki, jaki jestem.

– Muszę to jednak panu powiedzieć w oczy, że może pan człowieka doprowadzić do złości. Taka niepotrzebna strata czasu! Niech pan wreszcie z tym skończy.

– Strasznie pan wrzeszczy! W taką spokojną noc! – odpowiedziałem.

– Zresztą, jak pan chce – dodał, a po chwileczce oznajmił: – Już za kwadrans pierwsza. – Widocznie odczytał godzinę z zegara Wieży Młyńskiej.

I oto stałem wyprostowany, jak gdyby ktoś mnie za włosy poderwał w górę. Na chwilę otworzyłem usta, żeby podniecenie wyparowało wraz z oddechem. Zrozumiałem go, odsyłał mnie do domu. Nie ma dla mnie miejsca przy nim, a jeśliby nawet było, nie umiałbym go sobie znaleźć. Ale nawiasem mówiąc, dlaczego uwziąłem się, aby przy nim pozostać? Nie, muszę koniecznie sobie pójść – i to natychmiast – do moich krewnych i przyjaciół, którzy mnie oczekują. Gdybym zaś nie miał krewnych i przyjaciół, musiałbym bez wątpienia sam dać sobie radę (cóż pomogą skargi!), ale odejść musiałbym stąd tak samo szybko. Bo przy nim już niczym sobie nie mogłem pomóc, ani swoim wzrostem, ani apetytem, ani zimną dłonią. Gdybym jednak był zdania, że muszę przy nim wytrwać, byłoby to mniemanie nader niebezpieczne.

– Pańska informacja nie jest mi potrzebna – oznajmiłem, zresztą zgodnie z prawdą.

– Bogu dzięki, że pan wreszcie się wyprostował. Ale przecież powiedziałem tylko, że jest za kwadrans pierwsza.

– Już dobrze – rzekłem i włożyłem dwa paznokcie w szpary między szczękającymi zębami. – Jeśli nie była mi konieczna tamta informacja, jeszcze mniej potrzebne jest mi to wyjaśnienie. Potrzeba mi jedynie pańskiej łaski. Proszę, proszę, niech pan cofnie to, co pan powiedział.

– Że jest za kwadrans pierwsza? Ależ z przyjemnością, tym bardziej że teraz jest już znacznie później.

Podniósł prawe ramię, potrząsnął dłonią i słuchał podobnego do dźwięku kastanietów brzęczenia łańcuszka przy mankiecie.

Teraz widocznie dojdzie do morderstwa. Pozostanę przy nim, a on wyjmie nóż, który już pewnie trzyma w kieszeni za rękojeść, poderwie go wzdłuż płaszcza do góry, a potem zwróci przeciwko mnie. Nie jest prawdopodobne, żeby się miał dziwić, jak łatwo tego dokonać, ale może się jednak zdziwi, któż to może wiedzieć. A ja nie będę krzyczał, będę tylko patrzał na niego, dopóki oczy to zniosą.

– Cóż dalej? – rzekł.

Przed odległą kawiarnią o czarnych szybach jakiś policjant – niczym łyżwiarz – urządził sobie ślizgawkę na bruku. Przeszkadzała mu szabla, przytrzymał ją więc ręką i teraz, ślizgając się, przemierzył znaczny kawał drogi, a na zakończenie prawie pełnym łukiem okręcił się dokoła siebie. Wreszcie jeszcze krzyknął coś niezbyt głośno i z głową pełną melodii, ślizgając się, na nowo ruszył przed siebie.

Dopiero ten policjant, który, oddalony o dwieście kroków od mającego się rychło dokonać morderstwa, widział i słyszał tylko siebie, wzbudził we mnie pewien rodzaj strachu. Stwierdziłem, że tak czy inaczej koniec ze mną, obojętne, czy pozwolę się przebić nożem, czy też ucieknę. Czy jednak nie lepiej umknąć i wybrać przez to bardziej skomplikowany, a tym samym boleśniejszy rodzaj śmierci? Na poczekaniu nie znajdowałem wprawdzie argumentów przemawiających za tego rodzaju śmiercią, ale ostatniej, pozostałej mi chwili nie mogłem zmarnować na poszukiwanie argumentów. Na to będzie czas później, gdy powezmę decyzję, a właśnie już się zdecydowałem.

Powinienem uciekać; to zupełnie łatwe zadanie. Teraz, przy zakręcie wiodącym w lewo do mostu Króla Karola, mogłem skoczyć na prawo w Zaułek Króla Karola. Można tam znaleźć różne załomy, ciemne bramy domów i otwarte jeszcze winiarnie; nie było więc powodu do zwątpienia.

Kiedy na końcu bulwaru przechodziliśmy pod łukiem i wkraczaliśmy na plac Krzyżowców, rzuciłem się z podniesionymi rękami w zaułek. Ale przed małą furtką kościoła Seminaryjnego upadłem, znajdował się tam bowiem jakiś próg, którego nie przewidziałem. Wywołało to trochę hałasu, a że do najbliższej latarni było dosyć daleko, leżałem w ciemności.

Z winiarni naprzeciwko wyszła gruba kobieta z niewielką lampką, żeby popatrzeć, co się stało na ulicy. Z wnętrza rozbrzmiewało dalej pianino, ale grano tylko jedną ręką, gdyż pianista odwrócił się ku drzwiom, które, dotychczas tylko do połowy odchylone, teraz zostały całkowicie otwarte przez jakiegoś mężczyznę w zapiętym pod szyję tużurku. Mężczyzna splunął i następnie przycisnął kobietę tak mocno do siebie, że chroniąc lampę, musiała podnieść ją w górę.

– Nic w ogóle się nie stało! – krzyknął w głąb izby, po czym obydwoje odwrócili się, weszli do wnętrza, a drzwi znowu zamknięto.

Spróbowałem wstać, ale zaraz znowu upadłem.

– Gołoledź – rzekłem i poczułem ból w kolanie. Lecz mimo wszystko ucieszyłem się, że ludzie z winiarni mnie nie spostrzegli i że będę mógł tutaj poleżeć do świtu.

Mój znajomy doszedł pewnie aż do mostu, nie zauważywszy mojego odejścia, wrócił bowiem do mnie dopiero po chwili. Kiedy się ku mnie schylił, nie spostrzegłem, żeby był zdumiony, zgiął tylko mocno szyję – zupełnie jak hiena – i gładził mnie ręką. Przesuwał ją po mojej kości policzkowej w dół i w górę, potem wierzchem dłoni dotknął czoła:

– Potłukł się pan, prawda? Cóż, jest gołoledź i trzeba być ostrożnym, czy pan mi tego sam nie powiedział? Boli pana głowa? Nie? Ach, kolano. Tak. To bardzo niedobrze.

Ale nie pomyślał wcale, że trzeba mnie podnieść. Wsparłem głowę na prawej ręce – przy czym łokieć spoczywał na kamieniu – i powiedziałem:

– A więc znowu się spotykamy. – Ponieważ zaś ponownie ogarnął mnie ten sam strach, obydwie ręce oparłem na jego goleniach, żeby go od siebie odepchnąć. Jednocześnie mówiłem: – Odejdź no, odejdź!

Ręce miał w kieszeniach i patrzał w górę ponad pustą ulicą, potem na kościół Seminaryjny i wyżej na niebo. Wreszcie, gdy w którejś z sąsiednich ulic zaturkotała głoś­no dorożka, przypomniał sobie o mnie:

– No, dlaczego pan nic nie mówi, mój drogi? Może źle się pan czuje? I dlaczego pan właściwie nie wstaje? Czy znaleźć panu dorożkę? Jeśli pan sobie życzy, przyniosę trochę wina z winiarni. Ale nie może pan tu nadal leżeć na mrozie. A poza tym chcieliśmy przecież iść na Wzgórze Świętego Wawrzyńca.

– Oczywiście – powiedziałem i sam się dźwignąłem, choć nie bez silnego bólu. Zaraz zachwiałem się jednak i musiałem spojrzeć bystro na pomnik Karola Czwartego, żeby upewnić się co do swej pozycji. Ale i to nie zdałoby się na nic, gdyby mi nie zaświtała myśl, że kocha mnie, co prawda nie płomiennie, ale wiernie, pewna dziewczyna z czarną aksamitką dokoła szyi. I łaskawy był dla mnie również księżyc, który świecił na mnie tak, że przez skromność chciałem stanąć pod sklepieniem wieży mostowej, ale doszedłem do przekonania, że to rzecz najzupełniej naturalna, jeśli księżyc oświeca wszystko. Dlatego radośnie rozłożyłem szeroko ramiona, żeby się w pełni nacieszyć księżycem. I już łatwo mi było bez bólu i trudu posuwać się naprzód, gdyż zacząłem rękami wykonywać niedbale takie ruchy jak przy pływaniu. Że też dotychczas tego nigdy nie wypróbowałem! Moja głowa płynęła w chłodnym powietrzu i właśnie moje prawe kolano wzlatywało najraźniej; poklepałem je, wyrażając mu swe uznanie. I przypomniałem sobie, że kiedyś nie znosiłem pewnego znajomego, który zapewne ciągle jeszcze szedł tam pode mną, i w tym wszystkim cieszyło mnie tylko to, że dopisywała mi doskonale pamięć przechowująca nawet takie drobne sprawy. Ale nie mogłem się wielce zastanawiać, musiałem bowiem płynąć dalej, jeśli nie chciałem zbytnio się zanurzyć. Ale żeby mi później nie powiedziano, że ponad brukiem każdy potrafi płynąć, uniosłem się jednym zamachem ponad balustradę i płynąc, okrążałem wszystkie figury napotkanych świętych.

Przy piątej – a właśnie ledwie dostrzegalnymi ruchami utrzymywałem się nad chodnikiem – mój znajomy chwycił mnie za rękę. I oto stałem znowu na bruku, i odczuwałem ból w kolanie.

– Zawsze – rzekł mój znajomy, przytrzymując mnie jedną ręką, a drugą wskazując statuę świętej Ludmiły – zawsze podziwiałem ręce tego anioła z lewej strony. Niech pan tylko popatrzy, jakie one delikatne! Prawdziwe ręce anioła! Czy widział pan kiedykolwiek coś podobnego? Nie widział pan, ale ja widziałem, bo dziś wieczorem całowałem czyjeś dłonie...

Dla mnie jednak otwierała się teraz trzecia możliwość rozstania się ze światem. Nie potrzebowałem czekać na cios noża, nie musiałem uciekać, mogłem po prostu rzucić się w powietrze. Niechże sobie idzie na swoje Wzgórze Świętego Wawrzyńca, nie będę mu przeszkadzał, nawet nie przeszkodzę mu w tym ucieczką.

Zawołałem:

– Jazda, opowiadaj pan swoje historie. Nie będę już słuchał jakichś nędznych urywków. Niech pan powie wszystko od początku do końca. Mówię panu, że nie wysłucham żadnego krótszego opowiadania. Pragnę tylko całości. – Gdy jednak na mnie spojrzał, nie krzyczałem już tak głośno. – A na mojej dyskrecji może pan ślepo polegać! Niech mi pan powierzy wszystko, co panu leży na sercu. Jeszcze nigdy nie miał pan tak dyskretnego słuchacza.

I dosyć cicho, pochyliwszy się do jego ucha, rzekłem:

– I nie potrzebuje się pan mnie obawiać; to doprawdy zbyteczne.

Słyszałem jeszcze, jak się śmiał.

Dodałem:

– Tak jest. Takie jest moje przekonanie. Nie mam żadnych wątpliwości – przy czym szczypałem go w łydki, jeśli tylko udawało mi się uwolnić palce z jego uścisku. Ale on tego nie czuł. Więc powiedziałem sobie:

„Dlaczego chodzisz z tym człowiekiem? Ani go nie kochasz, ani nie żywisz do niego nienawiści, bo jego całe szczęście to tylko pewna dziewczyna i nawet nie można mieć pewności, czy nosi ona białą suknię. Tak więc ten człowiek jest ci obojętny – powtórz to – obojętny. Ponadto, jak się okazało, nie jest również niebezpieczny. Idź z nim wprawdzie jeszcze na Wzgórze Świętego Wawrzyńca, skoro już wybrałeś się w drogę podczas tej pięknej nocy, ale pozwól mu opowiadać i zabaw się na swój sposób, bo tym samym – powiedz to po cichu – będziesz najlepiej chronił samego siebie”.

Podstawą obecnego wydania są dwutomowe Dzieła wybrane Franza Kafki (PIW 1994) oraz Cztery opowiadania. List do ojca (PIW 2003). Utwory ułożono chronologicznie, wedle dat ich powstawania; oczywiście, biorąc pod uwagę, że precyzyjne datowanie większości tekstów nie jest możliwe. To zatem chronologia przybliżona, ale daje choćby sugestię przebiegu procesu twórczego Kafki.

Sen w przekładzie Anny Wołkowicz miał swój polski pierwodruk na łamach „Literatury na Świecie” (nr 2/1987) – publikujemy jego wersję poprawioną przez tłumaczkę. Dociekania psa zostały przejrzane i poprawione przez tłumacza.

Pisownię i interpunkcję zmodernizowano wedle współczesnych reguł.

Na okładce wykorzystano rysunek Franza Kafki Der Denker (Myśliciel) z 1913 roku

Redaktor prowadzący

Kamil Piwowarski

Korekta

Katarzyna Bury-Słabicka

Małgorzata Denys

Maria Dziedzic-Wesołowska

polub PIW na Facebooku:

fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy

© Copyright for this Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016

Staraliśmy się dotrzeć do tłumaczy i ich spadkobierców. Prosimy o kontakt z sekretariatem: piw@piw.pl

Dystrybucja:

Dictum sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22 663 98 13

e-mail: biuro@dictum.pl

Państwowy Instytut Wydawniczy Sp. z o.o., Warszawa 2016

ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa

e-mail: piw@piw.pl www.piw.pl

Wydanie pierwsze w tej edycji

ISBN 978-83-64822-81-0

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Proces Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców Proces Proces Proces Proces 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość