Odrodzić się z popiołów

Odrodzić się z popiołów

Autorzy: Akiko Mikamo

Wydawnictwo: Prószyński i s-ka

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 256

Cena książki papierowej: 34.00 zł

cena od: 24.96 zł

Niewiarygodna historia młodego Japończyka, który cudem przeżył pierwszy atak jądrowy w dziejach ludzkości.

Oto autentyczna, choć wprost nieprawdopodobna historia młodego Japończyka nazwiskiem Shinji Mikamo, który cudem przeżył pierwszy atak jądrowy w dziejach ludzkości. Rankiem 6 sierpnia 1945 roku Shinji pracował na dachu swojego domu, znajdującego się w odległości zaledwie 1200 metrów od punktu zerowego eksplozji bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę. Co jednak odróżnia go od większości ocalałych ofiar Hiroszimy i Nagasaki? To mianowicie, że nigdy nie widział w amerykańskiej armii agresora. Jakimś sposobem potrafił spojrzeć na te sprawy znacznie szerzej, pomimo iż podczas wojny zmilitaryzowany rząd Japonii sprawował ścisłą kontrolę nad umysłami japońskiego społeczeństwa. Spuścizną po Shinjim Mikamo opiekują się trzy jego córki; jedna z nich, dr Akiko Mikamo, napisała niniejszą książkę, aby pokazać, jaką moc mają przebaczenie oraz miłość do drugiego człowieka i przypomnieć światu, że nawet zagorzali wrogowie mogą zostać serdecznymi przyjaciółmi. 

Dr Akiko Mikamo urodziła się i wychowała w Hiroszimie. Zarówno jej matka, jak i ojciec przeżyli wybuch bomby atomowej. Jeszcze w dzieciństwie obiecała sobie, że będzie pracować na rzecz obrony człowieczeństwa oraz pokoju na świecie. Po ukończeniu wydziału pedagogiki na Uniwersytecie Hiroszimskim zamieszkała w Stanach Zjednoczonych, gdzie zdobyła - między innymi - tytuły doktora psychologii w zakresie psychologii klinicznej w California School of Professional Psychology w San Diego oraz Executive Master in Consulting and Coaching for Change w instytucie INSEAD, a także odbyła studia podoktoranckie w zakresie psychofarmakologii klinicznej w Alliant International University.

Tytuł oryginału

RISING FROM THE ASHES

A True Story of Survival and Forgiveness from Hiroshima

Copyright © 2013 Dr. Akiko Mikamo

Polskie wydanie opublikowano we współpracy

z Agencją Literacką Ekstensa, www.ekstensa.com i erzähl:

perspektive Literary Agency M. & K. Gröner GbR,

www.erzaehlperspektive.de

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcia w tekście i na okładce za zgodą

The Hiroshima Peace Media

Redaktor prowadzący

Monika Kalinowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Mirosława Kostrzyńska

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8097-815-7

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

DEDYKACJA

Książkę dedykuję moim rodzicom, Shinjiemu oraz Miyoko Mikamo, a także moim wspaniałym dzieciom, Seirze i Andrew

PODZIĘKOWANIA

W pierwszej kolejności chciałabym podziękować mojemu ojcu Shinjiemu Mikamo oraz mojej matce Miyoko Mikamo za to, że mieli dość siły i odporności, aby przeżyć wybuch bomby atomowej, odbudować swoje życie od zera i sprowadzić na ten świat nas: moje siostry oraz mnie. Dzięki rodzicom zrozumiałam, jak ważne są przebaczenie i empatia, zwłaszcza wobec ludzi innej narodowości, posiadających odmienne przekonania oraz system wartości. Moi rodzice poświęcili całe swoje życie, aby nas wychować, wykształcić i pokierować – nie po to, abyśmy kontynuowały rodzinną historię, lecz po to, abyśmy pracowały na rzecz ludzkości.

Pragnę również złożyć wyrazy głębokiej wdzięczności wszystkim moim mentorom, kolegom i przyjaciołom, którzy pomogli mi odkryć, co w życiu jest najważniejsze, i wspierali mnie na drodze osobistej i zawodowej. Te osoby to: dr Mikihachiro Tatara, dr Neil Ribner, dr Donald Viglione, dr Michiko Tari, dr Katsuhiko Takahashi, dr Michael Lardon, dr Ruth McKercher, dr Particia Heras i wiele innych.

Nie byłabym w stanie ukończyć pracy nad niniejszą książką bez olbrzymiej pomocy ze strony redaktor prowadzącej, Billie Fitzpatrick, która, zaintrygowana tematem, była moją przewodniczką od początku do samego końca. Dziękuję także Angelique Gianas za jej wspaniałą, niewyczerpaną serdeczność i poświęcenie, którym wykazała się na etapie redakcji.

W dniu, gdy z Ikunosuke „Mike” Kawamura i Ben Collins założyliśmy organizację charytatywną San Diego-WISH, aby promować wartości, takie jak pokój i człowieczeństwo, spełniło się marzenie mojego życia. Jestem im szczerze wdzięczna za bezinteresowny wkład i wspólną wizję.

Esencją siły życiowej jest dla mnie rodzina, a moje dzieci, Seira Mikamo Flores i Andrew J. Flores, udzieliły mi cennych życiowych lekcji, pokazując, jak być wiernym sobie. Zawdzięczam im także wsparcie w pracach nad niniejszą książką. Seira odegrała znaczącą rolę na etapie końcowej redakcji tekstu, natomiast Andrew wziął na siebie przygotowanie wszystkich zdjęć i ilustracji. Oboje włączają się też aktywnie w działalność San Diego-WISH, pracując na rzecz pokoju i człowieczeństwa. Moje siostry, dr Keiko Shintaku i Sanae Mikamo, oraz dalsi członkowie naszej rodziny również okazali mi bezwarunkową miłość i wsparcie.

Książka ta jest owocem pracy wielu osób, a każdej z nich jestem niewyobrażalnie wdzięczna za pomoc w jej stworzeniu.

Rozdział pierwszy

NIEBO BŁĘKITNE, NIEBO SZKARŁATNE

Hiroszima, 6 sierpnia 1945 roku, poniedziałek

Tamtego poranka, zapowiadającego kolejny zwyczajny dzień, ojciec obudził mnie o siódmej. Usiedliśmy na podwiniętych nogach przy małym stole w kuchni, aby zjeść śniadanie, które w trudnych czasach wojennego racjonowania żywności składało się zazwyczaj z gotowanego prosa. Przez ostatnie kilka lat, po tym, jak Japonia – prowadząca już jedną wojnę z Chinami – zaangażowała się w walkę z USA i aliantami na Pacyfiku, borykaliśmy się z coraz dotkliwszym brakiem produktów spożywczych i wszelkich artykułów pierwszej potrzeby. Ryż niemal zniknął z naszego jadłospisu, ponieważ jego zapasy podlegały surowej reglamentacji. Ustał także import cukru i słodkich owoców z Azji Południowo-Wschodniej, ponieważ wrogie wojska systematycznie zatapiały nasze statki towarowe. Nikt już nie pamiętał życia bez wojny i wydawało się, że potrwa jeszcze całe lata.

Rząd nieustępliwie mobilizował wojennego ducha narodu. „Przez wyrzeczenia do zwycięstwa! Marnotrawstwo najgorszym wrogiem!”. Takiej treści slogany oraz hasła wykrzykiwane na wiecach nie mogły stłumić głodu skręcającego moje wnętrzności ani choćby o jotę poprawić smaku rzadkiego kleiku, na który byliśmy skazani.

Ojciec komentował nasze trudne położenie z typowym dla siebie sarkazmem i ciętym humorem. Kiedyś w rozmowie z sąsiadem zażartował z reglamentacji żywności: „No cóż, jem teraz karmę dla ptaków, więc budzę się z samego rana”. Po czym śmiał się chrapliwie.

W powietrzu unosiła się zapowiedź sierpniowego upału, choć słońce stało jeszcze dość nisko. Latem Hiroszima dusiła się od spiekoty. Skąpe podmuchy świeżego powietrza, wciskające się przez szczeliny w papierowych drzwiach i w ścianach z czerwonej gliny, krążyły po domu, kpiąc sobie z nas w żywe oczy. Wiedzieliśmy, że wkrótce upał i wilgoć mocno dadzą nam się we znaki.

Tamtego dnia, zamiast ze zwykłą dyscypliną zabrać się do codziennych zajęć, posiedzieliśmy nieco dłużej przy stole. Obu nas dręczyło dziwne niezdecydowanie, ale żaden nie powiedział ani słowa. Bo tego dnia miało się wydarzyć coś bardzo niecodziennego. Otóż był to ostatni dzień przygotowań naszego domu do wyburzenia.

Wielomiesięczne naloty sił powietrznych wroga na miasta w całym kraju dokonały straszliwego spustoszenia; miliony osób straciły życie, a ogień obrócił w ruinę całe dzielnice. Wobec nieustających bombardowań i straszliwej skali zniszczeń rząd wydał nakaz ewakuacji mieszkańców wielu miast, między innymi Hiroszimy, z dotychczasowych miejsc zamieszkania.

Domy przeznaczono do wyburzenia; gdyby doszło do bombardowania, miało to pomóc w opanowaniu pożarów. Władze uznały, że gdy znikną zabudowania z drewna i papieru, które na zatłoczonych ulicach Hiroszimy wyrastały jak grzyby po deszczu, to jeśli nas także zbombardują Amerykanie, ogień będzie rozprzestrzeniał się znacznie wolniej. Próbne alarmy przeciwlotnicze urządzane nocami, o dowolnej porze, przypominały nam, że bomby spadną na pewno – pytanie tylko: kiedy.

Nasz rodzinny dom znajdował się w strefie przeznaczonej do wyburzenia. Mieliśmy zabrać wszystko, co tylko zdołamy, i przygotować go do rozbiórki. Ten sam los spotkał dziesiątki innych domów w tej części miasta. Władz nie obchodziło, gdzie się podzieją mieszkańcy, którzy stracili dach nad głową. O to musieliśmy zatroszczyć się sami. Na szczęście przyszli nam z pomocą mieszkający w pobliżu państwo Tanaka. Nie obejmował ich nakaz wyburzenia, a nam zaofiarowali niewielki domek gościnny stojący na ich posesji. Mieliśmy wyrzuty sumienia, że się im narzucamy, byliśmy jednak zmuszeni przyjąć ich propozycję. Nie mogliśmy opuścić miasta. Wyłącznie dzieci w wieku szkolnym i osoby chore otrzymały rządowe przepustki upoważniające do wyjazdu na wieś.

Utrata własnego domu budziła w nas frustrację i złość, lecz mimo to uważaliśmy, że uśmiechnęło się do nas szczęście: dzięki uprzejmym, życzliwym sąsiadom mieliśmy gdzie się podziać. Wiedziałem, że zawdzięczamy to mojemu ojcu, którego państwo Tanaka darzyli wielkim szacunkiem, podobnie jak wielu ludzi w okolicy.

Poprzedniego dnia ojciec i ja pracowaliśmy w pocie czoła przez wiele godzin, aby przygotować dom do wyburzenia. Nie udało nam się zrobić wszystkiego. Zamiast więc pójść do wojskowego zakładu, gdzie byłem zatrudniony na stanowisku cywilnym, zostałem w domu, aby doprowadzić przygotowania do końca. Z niechęcią opuściłem dzień pracy. Z wielkimi oporami udałem się w niedzielę wieczorem, gdy zapadał już zmierzch, do gabinetu mojego zwierzchnika, i poprosiłem o wolny dzień. Nie mogłem postąpić inaczej. Mój stary ojciec miał sześćdziesiąt trzy lata i nie poradziłby sobie sam z takim zadaniem.

Nakazy ewakuacji i wyburzenia domów mieszkalnych, podobnie jak wiele innych kwestii związanych z długą, przeciągającą się wojną, były bezsensowne. Wraz z ojcem uznaliśmy zaskakujący pomysł rządu za chybiony i tamtego poranka, dojadając nasze gotowane proso, pomstowaliśmy na niego, ile wlezie.

– To nie ma sensu! – narzekał mój ojciec.

Widziałem na własne oczy, jakiego zniszczenia potrafią dokonać naloty wroga. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej, pod koniec maja, przejeżdżałem przez Tokio w drodze powrotnej do Hiroszimy z miasta Sendai, położonego w północno-wschodniej części wyspy Honsiu. Wyjechałem w miesięczną delegację, aby poprowadzić szkolenia w tamtejszej nowej zbrojowni. Wracałem przez stolicę, którą oglądałem dwudziestego czwartego maja, czyli niecałą dobę po czwartym zmasowanym ataku bombowym od tragicznego marca tamtego roku. Inne miasta również ucierpiały, ale na Tokio spadło najwięcej bomb. Naszą stolicę zaatakowano z powietrza ponad sto razy. Podczas majowego nalotu setki superfortec B-29 zrzucały pociski na miasto od jedenastej wieczorem aż do świtu dnia następnego. Najbardziej niszczycielska była jednak noc z dziewiątego na dziesiąty marca; gdy atak dobiegł końca i oszacowano zniszczenia, okazało się, że ponad sto tysięcy ludzi straciło życie, a połowa miasta legła w gruzach. Sporą część najstarszych i najmłodszych mieszkańców ewakuowano wcześniej na prowincję, lecz mimo to zginęły tysiące kobiet i dzieci. Ci, którzy ocaleli, podczas nalotów kryli się w podziemnych obozowiskach, niczym rynsztokowe szczury, i cierpieli z braku żywności i wody.

Mój pociąg zbliżał się do Tokio z północy, jadąc w nieprzeniknionych ciemnościach. Kiedy do celu pozostały jeszcze dwie godziny, zobaczyliśmy czerwoną łunę nad stolicą: niebo rozpłomieniło się od pożarów wznieconych bombami. Dotarliśmy na miejsce już po wschodzie słońca. Dookoła wciąż się tliło i dymiło. Po większości budynków pozostały zgliszcza i ruiny.

Dlatego mój ojciec i ja mieliśmy świadomość, że nakazy wyburzenia domów w Hiroszimie to absurdalny pomysł. Jak to możliwe, aby rząd nie rozumiał, że to niedorzeczne i bezcelowe? Ja, który oglądałem na własne oczy okrutną siłę broni wroga, wiedziałem, że nic nie powstrzyma zniszczenia, jeśli nad naszym miastem pojawi się flota superfortec B-29 i zasypie je gradem bomb.

Pomimo najgłębszego szacunku dla naszego Żyjącego Boga cesarza Hirohito, mój ojciec i ja zaczęliśmy tracić wiarę w politykę i metody stosowane przez japoński rząd. Nakazy wyburzenia zakrawały na absurd, a wprowadzone drastyczne środki oszczędnościowe mocno dawały się nam we znaki.

Wszyscy wyglądaliśmy końca tej długiej wojny z niezachwianą wiarą, że szala zwycięstwa musi przechylić się na naszą stronę. Chociaż coraz bardziej urągało to wszelkiej logice, rząd oraz sztab generalny przekonywali nas uparcie, że zdarzy się cud i Japonia wygra zbrojny konflikt na Pacyfiku. W roku 1905, gdy toczyła się wojna rosyjsko-japońska, nasz kraj, wbrew wszelkim oczekiwaniom, pokonał Rosję, państwo olbrzymie i potężne, przewyższające nas niemalże dziesięciokrotnie liczebnością swojej armii. Kilkaset lat wcześniej, w 1281 roku, kiedy Mongołowie podbili Chiny pod rządami dynastii Song, a potem usiłowali najechać Japonię, nadciągnął potężny tajfun, a huraganowe wiatry uniemożliwiły wrogiej flocie manewry na Morzu Japońskim. Później otrzymały one nazwę kamikaze, „boski wiatr”. Dzięki tym huraganom kraj zdołał obronić się przed mongolską inwazją. Nasi przywódcy twierdzili, że nigdy nie możemy zwątpić w boskie prawo Japonii do zwycięstwa, i stawiali nam za przykład tamte cudowne wichury. Specjalna jednostka do ataków samobójczych, utworzona w szeregach cesarskiej floty, przybrała nazwę Kamikaze, w nadziei na kolejny cud, który pomoże zwyciężyć naszego najnowszego, jeszcze potężniejszego i przebieglejszego wroga.

Zaczynało we mnie kiełkować zwątpienie. Nie potrafiłem już dłużej wierzyć, że Japonia wygra tę wojnę. Wróg miał znacznie więcej okrętów, żołnierzy, broni i amunicji. Przewyższał nas potencjałem lotniczym, a z całą pewnością także zasobami finansowymi. Od wszystkich japońskich cywilów oczekiwano, że spełnią obywatelski obowiązek i włączą się do akcji na rzecz wojny, więc oddaliśmy swoje gwoździe, garnki i patelnie. Do pieca trafił nawet wielki dzwon z ważnej pagody buddyjskiej oraz brązowy pomnik byłego premiera. Każdy wyrób z metalu miał zostać przetopiony i posłużyć do wyrobu amunicji.

Sztab cesarskiej marynarki wojennej oraz armii pod dowództwem admirała, a zarazem premiera, szanownego Hideki Tōjō, bombardował nas propagandą: „Amerykanie są źli! Japończycy wygrywają! Japończycy zajęli Singapur, Filipiny, Hongkong i nie tylko, zajmują coraz więcej!”. Widziałem takie hasła w nagłówkach artykułów w gazetach, słyszałem w programach radiowych, lecz nie trafiały mi już do przekonania.

Ziarno, które zrodziło moje zwątpienie, zostało zasiane znacznie wcześniej, gdy praktykowałem jako elektryk w zbrojowni; stamtąd właśnie przeniesiono mnie na obecne stanowisko w kwaterze głównej Drugiej Grupy Armijnej. Pracowałem tam między innymi w warsztacie, gdzie naprawiano radia krótkofalowe. Używanie takich odbiorników było surowo wzbronione. Transmisje na falach krótkich można odbierać z dużej odległości, a wojsko nie chciało, aby obywatele słuchali audycji nadawanych przez inne państwa, a zwłaszcza naszych wrogów. Cywile przyłapani na używaniu radia pracującego na falach krótkich musieli liczyć się z konfiskatą sprzętu i karą aresztu – w najlepszym wypadku.

Kiedy żołnierze piechoty lub urzędnicy państwowi wracali do kraju z zagranicznego wyjazdu, radia krótkofalowe były konfiskowane w urzędzie celnym albo przerabiane tak, aby nie mogły odbierać fal krótkich, na których nadawały służby wojskowe. Do moich zadań należała modyfikacja i naprawa tych urządzeń.

Pewnego dnia, w pierwszych tygodniach 1945 roku, majstrowałem z kolegą przy takim radiu. Nagle z głośnika posypał się grad dźwięków.

Stuk, stuk, stuk… Odgłos kroków na ruchliwej ulicy; tłum ludzi obutych w geta, drewniane chodaki, kobiecy głos mówiący nienagannym japońskim:

– Witajcie, mieszkańcy Japonii! Czy wiecie, co właśnie słyszycie? Ludzi na jednej z ruchliwych ulic dzielnicy Ginza [luksusowego regionu Tokio, znanego ze sklepów i rozrywek]. Tak było przed wojną. Pamiętacie, jak przyjemnie się wtedy żyło? W sklepach można było kupić czekoladę. Na półkach leżało mnóstwo słodkich bananów, a nie kilka zgniłych mandarynek, tak jak teraz. Nie brakuje wam tego? Nie tęsknicie za tamtymi czasami, kiedy było tak miło? Nie chcielibyście, żeby wróciły? Ta audycja jest nadawana z pokładu statku, który pływa bardzo blisko waszych brzegów! Byłoby znacznie lepiej, gdyby Japonia zaprzestała walki, gdybyśmy mogli zakończyć tę wojnę. Możemy powrócić do czasów pokoju.

To był dla nas szok. Wysłuchaliśmy – ja i mój młody kolega żołnierz – tej audycji wiele razy z fascynacją i podnieceniem. Wiedzieliśmy też, że nikomu nie możemy o niej powiedzieć. Gdyby nasi zwierzchnicy albo któryś ze współpracowników dowiedział się, że słuchamy transmisji wroga, zostalibyśmy aresztowani i oskarżeni o zdradę.

Później zwierzyłem się ojcu z nielegalnego odkrycia. Opowiedziałem mu szczegółowo o tej dziwnej, lecz autentycznie brzmiącej audycji. W przeciwieństwie do mnie, ojciec nie był zdziwiony. Nadchodzi czas bitew, powiedział mi, więc to jasne, że wróg uderza w taki ton.

W tamtym stadium wojny zabroniono już nawet mówienia po angielsku. Był to język wroga, więc rząd nakazał wycofać go z programu nauczania. Przeżyłem wielkie rozczarowanie, bo miałem wtedy zacząć szkołę średnią i cieszyłem się na te lekcje.

Mój ojciec renegat oczywiście to skomentował.

– Nie znać angielskiego? To najgłupsze, co można zrobić: zakazać uczniom nauki tego języka. Jeśli Japonia chce wygrać wojnę z Ameryką, tym bardziej musimy się go uczyć. W jaki sposób oni chcą rządzić krajem wroga, kiedy już zwyciężą? Bez znajomości angielskiego nie możemy nawet rozmawiać z jeńcami wojennymi – mówił, bo wierzył w potęgę Japonii.

Ojciec nie był jednak człowiekiem lekkomyślnym. Podobne komentarze wygłaszał wyłącznie w domu. Nigdy nie było wiadomo, kto doniesie na ciebie władzom. Ufaliśmy większości naszych sąsiadów, wierzyliśmy, że nas nie wydadzą, ale kiedy jest wojna nie można mieć żadnej pewności, czyje uszy słuchają i czyje oczy patrzą.

A zdrada wobec rządu, słowem czy też czynem, groziła poważnymi konsekwencjami. Zdradę karano śmiercią. Przeczuwaliśmy, że wojna nie przebiega zgodnie z oficjalnym przekazem rządu, ale wątpliwości zachowywaliśmy dla siebie. Kiedy ogłoszono nakaz wyburzenia, bez szemrania zastosowaliśmy się do poleceń.

Słońce pięło się po niebie, a my zwlekaliśmy ze wstaniem od stołu. Ojciec – jak gdyby zbierał siły potrzebne do wykonania czekającej nas pracy – podniósł ze stołu swój kieszonkowy zegarek. Często go tam kładł, żeby nie chodzić do pokoju obok, aby sprawdzić godzinę. Dobiegło mnie dobrze znane pobrzękiwanie wiszących na dewizce kluczy do naszego pięknego domu; pomyślałem, że po jego wyburzeniu nie będą już do niczego przydatne.

Przynajmniej byliśmy razem i mogliśmy liczyć na siebie w tych burzliwych czasach. Reszty rodziny nie było z nami. Takaji, mój starszy brat, służył w piechocie i stacjonował gdzieś na Filipinach. Moja matka mieszkała na wsi u ciotki. Cierpiała na zaawansowaną marskość wątroby i z powodu ciężkiej choroby zezwolono jej opuścić miasto.

Był to, jak się miało okazać, uśmiech losu.

Po śniadaniu wspiąłem się na drewniany dach naszego domu, pokryty glinianymi dachówkami. Ponieważ w gościnnym domku państwa Tanaka nie było ubikacji, postanowiliśmy zbudować ją z materiałów rozbiórkowych. Wziąłem w dłoń młotek i zacząłem po kolei podważać grube gliniane dachówki.

Ojciec sprzątał i zbierał różne rzeczy z podwórka. Miał już swoje lata i poruszał się coraz wolniej. Nie mógł pracować przez kilka dni bez przerwy. Ja – dziewiętnastolatek – siłą rzeczy wziąłem na swoje barki bardziej forsowne zadania.

Z góry rozejrzałem się po naszej okolicy. Mieszkaliśmy w dzielnicy Kamiyanagi-cho, która w tej części była bardzo ładna. Znajdował się tutaj ogród wodny sentei, pełen sezonowych kwiatów. W pobliżu płynęła rzeka Kyobashi, o wartkim nurcie i czystych, roziskrzonych wodach. Domy bogaczy, na przykład byłego dyrektora Cesarskiego Szpitala Wojskowego albo byłego dyrektora naczelnego dużej spółki prasowej, wyróżniały się elegancką architekturą.

Sprowadziliśmy się do tej zamożnej okolicy zaledwie kilka lat wcześniej, niedługo po tym, jak zakończyłem naukę i rozpocząłem praktyki jako elektryk w zbrojowni. Mój ojciec, z racji tego, że był fotografem, człowiekiem szanowanym i uważanym za mądrego i dobrze zorientowanego, otrzymał zaproszenie, aby zamieszkać wraz z rodziną w domu należącym do państwa Kake. Dom ten wcześniej zajmował ich syn ze swoją rodziną; wyprowadzili się, gdy przeniesiono go do pracy w innym mieście. Jego rodzice mieszkali w przyległym domu. Pan Kake był bardzo stary, a pani Kake ceniła sobie rady mojego mądrego ojca, który pomagał jej prowadzić rodzinne sprawy. Dom był piękny i mieszkało się tam doskonale. Z radością korzystaliśmy ze specjalnych udogodnień, czyli własnej łaźni oraz przydomowego kawałka gruntu, gdzie uprawialiśmy warzywa: pomidory, ogórki oraz ziemniaki.

Kiedy byłem młodszy, mieszkaliśmy w biedniejszej części Kamiyanagi-cho. Mój ojciec pracował wtedy w dużym studiu fotograficznym. Robił portrety rodzinne, a także zdjęcia do ksiąg pamiątkowych dla roczników szkół półwyższych i wyższych w Hiroszimie. Przynosił do domu całe stosy tych zdjęć i pracował nad nimi. W dzieciństwie ja i mój brat Takaji uwielbialiśmy je oglądać.

Gdy byłem w czwartej klasie, zbankrutowało studio zatrudniające mojego ojca. Japonia rozpoczęła wojnę z Chinami i nawet uczniowie szkół półwyższych otrzymali powołanie do wojska, w stopniach oficerskich. Szkoły i uczelnie nie mogły już wydawać ksiąg pamiątkowych, a rodziny nie chciały zamawiać wspólnych portretów, na których nie mógł pojawić się ojciec albo syn. Dla mojego ojca oznaczało to koniec godziwych zarobków: fotografowanie sąsiadów i znajomych nie zapewniało wystarczających dochodów.

Trzeba było pogodzić się z ubóstwem i wszelkim niedostatkiem. Mój brat i ja pragnęliśmy kontynuować naukę, ale usłyszeliśmy: musicie iść do pracy. Cieszyłem się, że po szkole podstawowej pójdę do średniej, ale ponieważ nasza rodzina miała bardzo mało pieniędzy, obaj ukończyliśmy tylko dwuletnią szkołę podstawową i w wieku czternastu lat podjęliśmy pracę. Byłem dobrym uczniem, drugim w klasie. Rozstanie ze szkołą sprawiło mi zawód, ale nie mieliśmy innego wyjścia.

Mój ojciec, chociaż był biedny, cieszył się głębokim szacunkiem jako artysta i mądry człowiek. Wszyscy w okolicy podziwiali go i tytułowali „panem Mikamo”, jak nauczyciela albo przywódcę wioski. Nosiliśmy rzadkie rodowe nazwisko „Mikamo”, co oznacza „piękny i ujmujący”. Mój ojciec odznaczał się pewnością siebie, a jednocześnie skromnością. Posiadał też talent twórczy. Umiał rozwiązywać problemy innych ludzi. W naszej części dzielnicy Kamiyanagi-cho mój ojciec, Fukuichi Mikamo, słynął z tego, że potrafi znaleźć radę na wszystko, od zepsutego urządzenia po głęboko skrywane rodzinne problemy naszych sąsiadów.

Była dopiero siódma czterdzieści pięć, ale dzień zapowiadał się upalny. Pot spływał mi po twarzy, gdy zrywałem młotkiem dachówki. Moje myśli krążyły wokół tego, co będzie działo się wieczorem, ponieważ umówiłem się z moim przyjacielem Teruo w pobliżu mostu Sakae; mieliśmy kąpać się w rzece. Tymczasem poranek emanował spokojem. Pod bezchmurną kopułą błękitnego nieba widziałem niewysokie wzgórza w cudnej rzecznej delcie, a dookoła – góry, rzeki i morze; to była Hiroszima. Gęsto zaludnione, wręcz przeludnione miasto miało przeważnie parterową zabudowę, z garścią piętrowych budynków i zaledwie kilkoma wyższymi. Pełno w nim było drewnianych domów, takich jak nasz, większych i mniejszych. Na ulicach dzielnic handlowych kłębiły się tłumy, ludzie uwijali się pracowicie pomimo wczesnej pory i upału. Hiroszima, która była jednocześnie miastem akademickim i garnizonem wojskowym, miała wiele szkół oraz kilka obiektów o przeznaczeniu militarnym.

W dole dostrzegłem sąsiadów, którzy z radosnymi okrzykami polewali ziemię wodą z niewielkiego garnka, aby ją schłodzić i tym samym uczynić znośniejszym letni skwar. Przywitali się wesoło ze sobą, a potem zaczęli pozdrawiać przechodniów. W przeciwieństwie do Tokio i wielu innych japońskich miast, takich jak Osaka, Nagoja i Kobe, Hiroszima nie była bombardowana i nie została spustoszona. Być może mieliśmy lepszą karmę niż tamte miasta. Na to właśnie liczyłem, żywiąc nadzieję, że ta karma ustrzeże też mojego brata Takajiego, który walczył na Filipinach. Bardzo za nim tęskniłem.

Z zamyślenia wyrwał mnie nagle okrzyk ojca.

– Shinji, przestań bujać w obłokach! Później będzie trudniej pracować.

– Dobrze, ojcze! – zawołałem, uwijając się z młotkiem i dachówkami. Dla mnie słowo ojca było rozkazem, który musiał zostać wykonany.

– Skończ o ósmej trzydzieści. Nie potrzeba nam wielu dachówek – dodał. – Musimy jeszcze sporo przenieść. – Nasza prowizoryczna ubikacja miała być maleńka: pół metra kwadratowego.

– Tak jest – odparłem.

Ojciec wrócił do pracy na podwórzu, gdzie sprzątał i porządkował rzeczy. Pomyślałem o tym, jak wiele ten człowiek osiągnął. Kiedy miał szesnaście lat, opuścił swoją małą wioskę w górach Chūgoku w prefekturze Okayama. Uznał, że na wsi do niczego nie dojdzie, więc wyjechał do Kioto, aby realizować swoją pasję – fotografię. Od najmłodszych lat przejawiał talenty artystyczne: biegle opanował wysoko cenioną w Japonii sztukę kaligrafii, a stronicom zapisanym jego ręką dorównywały pięknem jego zdjęcia ukazujące miejskie życie. Około trzydziestki osiadł w Hiroszimie. Nigdy się nie dowiedziałem, dlaczego wybrał właśnie to miasto. Zawsze był wolnomyślicielem, a może nawet trochę wędrownym duchem.

Ożenił się dopiero w wieku trzydziestu dziewięciu lat, czyli dość późno jak na tamte czasy. W dzieciństwie i wczesnej młodości nigdy nie słyszałem, żeby wspominał swoje życie przed ślubem.

– Byłem wtedy biedny, ale szczęśliwy. A teraz dalej jestem biedny i dalej szczęśliwy. Ha, ha! – Tylko tyle usłyszeliśmy od niego ja, moja matka i starszy brat Takaji. Po tych słowach zaczynał się śmiać. Taki miał zwyczaj: śmiać się z życiowych sytuacji, nawet trudnych. Nie dodał już niczego więcej. W ogóle nie wspominał często, co robił przed ślubem, czy to w Kioto, czy w Hiroszimie.

Moja pierwsza matka, czyli ta, która wydała mnie na świat, nosiła imię Chiyono. Wychowała mnie jednak inna kobieta. Mój ojciec poślubił Chiyono i mieli dwóch synów: najpierw urodził się mój brat Takaji, a potem ja. Kiedy byliśmy bardzo mali, moja matka zachorowała na gruźlicę. Umarła, gdy miałem dwa lata. Nie pamiętam jej wcale, opowiadano mi, że miała czułe, oddane serce i bardzo kochała mnie i mojego brata. Matką, którą pamiętam, była Nami, starsza siostra Chiyono, którą mój ojciec wziął za żonę, kiedy miałem pięć lat.

Dochodziła godzina ósma piętnaście. Zrobiłem niezły początek, pomyślałem, unosząc prawą rękę, aby obetrzeć skroń. Potem obróciłem twarz w prawo i nagle…

BŁYSK

Ni stąd, ni zowąd pojawiła się przede mną gigantyczna kula ognia. Była co najmniej pięć razy większa i dziesięć razy jaśniejsza od słońca. Toczyła się prosto na mnie, a żarłoczne płomienie, z których była ulepiona, miały szczególną barwę – bladożółtą, niemalże białą.

A potem…

GRZMOT

W następnej kolejności dotarł do mnie ogłuszający huk. Nigdy w życiu nie słyszałem, żeby piorun uderzył z taką mocą. Ten dźwięk ogarnął mnie ze wszystkich stron. Jakby wszechświat eksplodował. Po moim ciele rozlał się palący ból. Skóra piekła mnie tak, jakby ktoś oblał mnie wiadrem wrzątku.

Pogrążyłem się w absolutnej ciemności. Co się stało? Przestałem widzieć cokolwiek. Byłem w szoku. Nic nie czułem.

Wreszcie dotarło do mnie, że leżę pogrzebany pod połamanymi deskami i belkami – szczątkami domu, który się zawalił. Choć pokryły mnie od stóp do głów, to jakimś cudem nic nie spadło mi na głowę.

Straciłem poczucie czasu. Czy to jawa, czy tylko zły, bardzo zły sen? Czy jeszcze żyję? Nie mogłem się poruszać. Gdy gęsty kurz opadł nieco, mój wzrok zaczął oswajać się z otoczeniem. Było ciemno i widziałem tylko na lewe oko. Panika chwyciła mnie za gardło. Czyżby prawe pękło? Uniosłem dłoń do głowy, pomacałem palcami brew i oczodół. Miałem ranę na czole i mocno krwawiłem. Rozłożyłem ręce, by odzyskać orientację w przestrzeni. Czy znajdowałem się jeszcze w swoim domu, czy też może rzuciło mnie gdzie indziej? Wszystko runęło. Wszędzie walały się odłamki szkła i porcelany, zwęglone ubrania, połamane belki i roztrzaskane meble.

W pobliżu nie widziałem i nie słyszałem żywej duszy. Zdrowym okiem byłem w stanie sięgnąć zaledwie kilka metrów przed siebie. Leżałem pod stosem szczątków i nie mogłem się ruszyć, a nawet gdybym mógł, to nie byłem pewien, czy dam radę wstać i iść o własnych siłach. Miałem zawroty głowy i czułem się słaby.

Nagle usłyszałem głos ojca.

– Shinji! Shinji! – wołał. – Gdzie jesteś?

– Ojcze! – krzyknąłem, ile sił w płucach. – Tutaj! Nie mogę się wydostać!

Mój słaby, łamiący się głos brzmiał obco w moich własnych uszach. Słyszałem chroboty i trzaski w rumowisku, wiedziałem, że ojciec się zbliża.

W końcu dotarł do mnie. Wciąż byłem zasypany szczątkami i nie mogłem się poruszyć. Ojciec zaczął pracować zajadle, aby wyciągać mnie spod tego stosu.

– Musimy stąd uciekać – powiedział.

Przez kolejnych kilka minut rozpaczliwie i z mozołem wydobywaliśmy się spod gruzów własnego domu, który runął nam na głowy.

Wreszcie mój ojciec, w nadzwyczajnym przypływie siły, zdołał odsunąć przygniatające mnie ciężkie słupy i belki. Z najwyższym trudem udało mi się wydostać z gęstwiny ostrych drzazg i odprysków szkła.

Twarz miałem sparaliżowaną. Mało co widziałem. Całe ciało płonęło potwornym bólem. W nozdrzach kręciło od swądu skóry spalonej aż do mięśni.

Nagle poczułem ciepło i pieczenie na łydce. Opuściłem wzrok – to paliły się moje spodnie. W tym samym momencie ojciec doskoczył do mnie i zgasił płomień pełzający po mojej nodze.

Pierś i prawą rękę miałem całkowicie poparzone. Straszny piekący ból kąsał moje uda. Skóra zwisała ze mnie w strzępach, niczym podarte ubranie. Przyjrzałem się zdrowym okiem swoim rękom, nogom i brzuchowi. Poparzone do żywego mięsa przedramiona wyglądały jak słodkie ciasto, które moja matka piekła przed wojną. To ciasto śniło mi się po nocach, marzyłem o nim. Co dziwne, moja skóra w tym stanie wyglądała pięknie. Przez jedną krótką chwilę poczułem spokój. A potem uderzyła mnie świadomość tego, co naprawdę się stało.

– Ojcze, nie widzę na prawe oko – powiedziałem, ogarnięty paniką.

Ojciec ujął moją twarz w dłonie i przyjrzał się jej uważnie.

– W porządku – uspokoił mnie. – Gałka oczna jest na swoim miejscu. Masz na czole ranę i krew zalewa oczodół.

Wtedy usłyszeliśmy krzyki. Ze wszystkich stron dobiegały ludzkie głosy nabrzmiałe bólem, strachem i rozpaczą. Wszędzie wokół niosły się rozdzierające wołania o pomoc. Słysząc tę potworną wrzawę, zaniemówiliśmy z przerażenia i spojrzeliśmy po sobie, zastygli w bezruchu.

Nie mogliśmy tam zostać. Miałem trudności z poruszaniem, więc ojciec objął mnie w pasie i podtrzymał; tak zrobiliśmy pierwsze kroki i wydostaliśmy się z rumowiska. Powietrze było ciemne od popiołu i dymu, które ograniczały widoczność. Gdy moje zdrowe oko przywykło do półmroku, zmartwiałem na widok ogromu zniszczeń. Wszystkie budynki runęły. Dookoła piętrzyły się gruzy, leżały przewrócone słupy energetyczne, sterczały płonące kikuty połamanych drzew. Domy naszych sąsiadów były zniszczone, a oni sami zapewne leżeli pogrzebani pod ich szczątkami. Nie zawaliło się tylko kilka nowych budynków, zbudowanych na stalowych szkieletach.

Jak okiem sięgnąć, Hiroszima zamieniła się w bezkresne morze popiołu i ruin.

Co się stało? Czy to słońce wybuchło? Czułem, że zbiera mi się na wymioty.

Mój ojciec zachował spokój.

– Bomby. W końcu zrzucili je i tutaj. Wyręczyli nas w wyburzaniu domów. Dachy, dachówki, wszystko zniszczone – oznajmił, wyjaśniając rzecz w prosty sposób, bez dramatyzowania i histerii.

– Oszczędzili nam pracy – dodał po chwili, a potem wybuchnął głośnym śmiechem.

Mnie jednak nie było do śmiechu.

Marzyłem o jednym: uciec z tego piekła. Rozglądałem się rozpaczliwie w poszukiwaniu oznak życia, śladów normalności, bezpieczeństwa. Schronienia, gdzie moglibyśmy znaleźć jedzenie i wodę. Nic z tego. Wokół zniszczenie, dym i ogień.

– Shinji, musimy się pospieszyć. – Ojciec starał się zmobilizować mnie do działania. Powiedział, że wie, dokąd pójdziemy, ale najpierw poszukamy naszego plecaka z żelaznymi zapasami. Nawet w tym totalnym chaosie zachował spokój.

Wymamrotałem, że się zgadzam. Z powodu ran nie mogłem mu pomóc. Przyglądałem się, jak grzebie w rumowisku, które było naszym domem, jak stara się zlokalizować zapasy, które przechowywaliśmy na czarną godzinę. Unosił rozwalone meble, odsuwał popękane drewniane słupy i przekopywał się przez stos szczątków.

Wydawało mi się, że gorzej już być nie może. I wtedy usłyszeliśmy narastający huk nadciągających płomieni. Ogień, zanim się pokazał, było słychać i czuć w powietrzu; monstrualna pożoga pędziła w naszą stronę.

Mój ojciec zmierzył płomienie surowym spojrzeniem. Widziałem, jak wytęża siły, aby zachować spokój.

– Gdzie on jest? Gdzie ten przeklęty plecak?!

Ogień był już zatrważająco blisko. Palił wszystko na swojej drodze, wszystko, czego nie obrócił w popiół tamten wybuch, wszystko – łącznie z ludźmi. Słyszeliśmy przeraźliwe krzyki tych, których dopadł. Czuliśmy smród ich płonących ciał. Smak popiołu wciskał się nam do ust.

To było piekło na ziemi.

– Musimy uciekać, natychmiast! – zawołał mój ojciec naglącym tonem.

Ze strachu dostałem zawrotów głowy. Nie miałem pojęcia, gdzie moglibyśmy się schronić, ale mój ojciec najwidoczniej coś już wymyślił.

– Most Sakae – powiedział, chwytając mnie za rękę.

Ten most znajdował się najbliżej naszego domu. Wzniesiono go z betonu i stali; jeśli cokolwiek w tej okolicy oparło się sile eksplozji, to jedynie on, tylko tam mogliśmy się schronić.

Nasz dom stał zaledwie dziewięćdziesiąt metrów od mostu Sakae, ale dotarcie tam zajęło nam całą wieczność. Wiszące w powietrzu gęste kłęby pyłu i popiołu ograniczały widoczność. Ja w dalszym ciągu nie widziałem na prawe oko, ponieważ rana na głowie nie przestawała krwawić. Uciekając przed potężnym, lecz odległym pożarem, musieliśmy unikać mniejszych, które szalały wszędzie dookoła. Czołgaliśmy się pod przewodami elektrycznymi i zwalonymi słupami, stąpaliśmy po ostrych, wyszczerbionych odłamkach. Moje bose pokaleczone stopy krwawiły. Prawą stronę tułowia oraz prawą rękę miałem w podobnym stanie. Bolało mnie wszystko, całe ciało. Nie przejmowałem się jednak bólem, mój ojciec też się nim nie martwił. Musieliśmy dotrzeć do mostu Sakae; w przeciwnym razie pochłonąłby nas straszliwy pożar, który był coraz bliżej.

Wszędzie dookoła widzieliśmy naszych sąsiadów, którzy tak jak my wlekli się przed siebie, mimo ran i obrażeń, rozpaczliwie szukając ocalenia. Pewien mężczyzna, niewiele młodszy od mojego ojca, dźwigał na plecach starszą kobietę zalaną od stóp do głów krwią. Z jej pleców sterczało mnóstwo odłamków potłuczonego szkła. Ludzi niosących ciężko rannych było więcej; wytężając wszystkie siły, szukali dla nich schronienia.

Po ziemi snuły się ludzkie szepty i krzyki: „Pomocy. Pomóżcie mi. Wody…”.

Wśród tych głosów nabrzmiałych cierpieniem słyszałem też słowa odwagi i otuchy: to ci, którzy jeszcze byli w stanie utrzymać się na nogach, mobilizowali innych, aby szli dalej.

Wreszcie dotarliśmy do mostu Sakae. Jak dotąd mogłem stać o własnych siłach. Na miejscu zebrało się już około stu osób, a kolejne setki ciągnęły nad rzekę, pod most.

Z niemałym wysiłkiem otworzyłem szeroko oczy, by przeliczyć ten tłum. Gdzie spojrzeć, wszędzie byli mężczyźni i kobiety oszpeceni strasznymi oparzelinami. Szybko straciłem rachubę. Odwróciłem głowę, nie mogąc znieść widoku tej masakry. Ale nie dało się od niej uciec. Za każdym zakrętem wpadaliśmy między poranionych, zakrwawionych, krzyczących ludzi, kurczowo czepiających się życia. Jednym sprawnym okiem niewiele mogłem zobaczyć, ale to nie miało znaczenia. Wszędzie widać było tylko niezliczoną ilość spalonych, martwych ciał.

– Co się dzieje? – zapytałem ojca, ale on tylko potrząsnął głową.

– Idziemy tam – odparł, wskazując tłum gromadzący się na lewym brzegu rzeki.

Za ogrodem Sentei znaleźliśmy pusty skrawek ziemi, gdzie dało się usiąść pod drzewem, w cieniu.

Chwila wytchnienia szybko dobiegła końca.

– Ogień! Pali się! Do rzeki! – krzyknął ktoś.

Ojciec pomógł mi wstać. Sam nie dałbym rady. Chwycił mnie mocno pod lewą rękę – tylko w tym miejscu nie byłem poparzony. Noga za nogą posuwaliśmy się w stronę wody płynącej nie dalej jak dziesięć metrów od nas. Z każdym krokiem miałem wrażenie, że moje ciało jest odlane ze stali, ciężkie i oporne. Z pomocą ojca zanurzyłem je w wodzie. Nie pozostał na mnie ani skrawek zdrowej skóry, ale nie czułem już nawet bólu. Zapadłem w otępienie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI

DEDYKACJA

PODZIĘKOWANIA

Rozdział pierwszy. NIEBO BŁĘKITNE, NIEBO SZKARŁATNE

Rozdział drugi. RZEKA

Rozdział trzeci. NAZAJUTRZ

Rozdział czwarty. DEMONY

Rozdział piąty. ZUPA MISO

Rozdział szósty. TERUO

Rozdział siódmy. ROZSTANIE

Rozdział ósmy. BOGINI

Rozdział dziewiąty. EUTANAZJA

Rozdział dziesiąty. BYĆ MĘŻCZYZNĄ

Rozdział jedenasty. POCZTÓWKA

Rozdział dwunasty. PO WYJŚCIU ZE SZPITALA

Rozdział trzynasty. OKAYAMA

Rozdział czternasty. KIESZONKOWY ZEGAREK

Rozdział piętnasty. MIYOKO

Rozdział szesnasty. OSTATNI Z RODZINY

Rozdział siedemnasty. SPUŚCIZNA

POSŁOWIE

O AUTORCE

DODATEK: ZDJĘCIA I MAPA

Spis treści

DEDYKACJA

PODZIĘKOWANIA

Rozdział pierwszy. NIEBO BŁĘKITNE, NIEBO SZKARŁATNE

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Odrodzić się z popiołów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI Człowiek z małą bombą. O terroryzmie i terrorystach