The King Slayer. Królobójczyni

The King Slayer. Królobójczyni

Autorzy: Virginia Boecker

Wydawnictwo: Jaguar

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 392

Cena książki papierowej: 37.90 zł

cena od: 19.20 zł

Kontynuacja powieści „The Which Hunter: Łowczyni”.

Elizabeth Grey przebywa w magicznie chronionej miejscowości Harrow, starając się ukryć się przed uzurpatorem Anglii, który wyznaczył nagrodę za jej głowę. Po ostatnim spotkaniu z Elizabeth Lord Blackwell pragnie większej władzy i przygotowuje się do wojny z czarownicami i czarownikami, którzy stali się sojusznikami Elizabeth.

Po utracie źródła swojej mocy Elizabeth jest wyczerpana fizycznie i psychicznie. Wojna zawsze wiąże się z poświęceniem oraz zatarciem granic pomiędzy dobrem i złem. Teraz dziewczyna musi zdecydować, jak daleko jest w stanie posunąć się, by ocalić tych, których kocha.

Tytuł oryginału: The King Slayer

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Paweł Gabryś-Kurowski

Skład i łamanie: Ekart

Jacket art by kid-ethic.com

Jacket design by Marcie Lawrence

Jacket © 2016 Hachette Book Group, Inc.

Copyright © 2016 by Virginia Boecker

By arrangement with the author. All rights reserved

Map art © 2016 James Madsen

Polish language translation copyright © 2016 by Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ISBN 978-83-7686-526-3

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. Jawna

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Hollanda i Augusta

Rozdział 1

Siedzę na skraju łóżka i czekam, bo nastał dzień, którego nadejścia obawiałam się już od kilku miesięcy. Rozglądam się po pokoju, chociaż nie ma tu zbyt wielu rzeczy, którymi mogłabym zająć myśli. Wszystko jest białe: białe ściany, białe zasłony i kominek z białego kamienia. Nawet meble są białe – łóżko, szafa i niewielka toaletka z lustrem. Przy pochmurnej pogodzie ten całkowity brak barw pomaga ukoić nerwy. Jednak teraz, gdy mamy jeden z rzadkich zimą słonecznych dni, jasność staje się przytłaczająca.

Ktoś łagodnie puka do drzwi.

– Proszę! – wołam.

Skrzypią zawiasy i w wejściu pojawia się John. Opiera się ramieniem o futrynę i przez chwilę spogląda na mnie w milczeniu. Czoło przecina mu głęboka zmarszczka.

– Jesteś gotowa? – pyta.

– Myślisz, że to ma jakiekolwiek znaczenie?

John wchodzi do pokoju i siada obok mnie. Wydaje się lekko onieśmielony. Ubrał się bardzo porządnie. Włożył świeżo wykrochmalone niebieskie spodnie i również niebieski płaszcz. Spod płaszcza wystaje biała koszula, jakimś cudem wcale niewymięta. Włosy Johna jak zwykle skręcają się w loki, lecz zdołał je poskromić. Wygląda tak, jakby wybierał się na potańcówkę czy świąteczne spotkanie z rodziną. A przecież czeka nas coś zupełnie innego.

– Poradzisz sobie – podejmuje. – Wszyscy damy sobie radę. Będzie dobrze. A jeśli zmuszą cię do wyjazdu, cóż… – Uśmiecha się, aczkolwiek ten uśmiech nie rozświetla oczu. – Iberia jest piękna nawet o tej porze roku. Pomyśl tylko, jak świetnie moglibyśmy się bawić.

Kręcę głową. Czuję się winna. To przeze mnie John musi udawać, że nie wydarzy się dziś nic poważnego. A to nieprawda – czeka mnie przesłuchanie przed radą. Stanę twarzą w twarz z własnymi występkami, zarzucą mi zdradę wobec Harrow.

Pierwsze wezwanie otrzymałam w tydzień po balu maskowym u Blackwella, po którym John z Peterem przywieźli mnie do swojego domu. Tydzień po odkryciu przez nas planu Blackwella. Chciał przejąć tron, korzystając z armii setek czarownic i czarowników, których osobiście pomagałam mu chwytać. Tydzień od czasu, kiedy przekazałam Johnowi znamię – tę czarną jak atrament, wyrysowaną na moim brzuchu eleganckimi znakami liczbę XIII; symbol, który dodawał mi sił i pozwalał szybko dochodzić do zdrowia po odniesieniu ran. Tydzień od dnia, w którym omal nie umarłam.

Nie byłam wtedy przytomna. Nie byłam również przytomna, kiedy nadeszło wezwanie drugie i trzecie. W sumie, zanim otworzyłam oczy, otrzymałam ich sześć. Kolejne pół tuzina przysłano, zanim zdołałam wykonać pierwszy samodzielny krok. Wzywano mnie raz lub dwa razy na tydzień, aż położył temu kres Nicholas – złożył członkom rady obietnicę, że stanę przed ich obliczem, gdy tylko w pełni wyzdrowieję.

Dojście do siebie zajęło mi dwa miesiące.

Przez ten czas żyłam w cieniu nadchodzącego przesłuchania. To były dwa miesiące wypełnione myślami o przyszłości, o tym, co się ze mną stanie. Mało prawdopodobne, by rada zezwoliła mi tu zostać i spokojnie żyć. Za taki luksus musiałabym zapewne w jakiś sposób zapłacić. Peter obstawia, że uczynią ze mnie swoją zabójczynię. John uważa, iż zrobią ze mnie szpiega. Ja jednak myślę, że czeka mnie wygnanie: dostanę godzinę na spakowanie się, a potem odwiozą mnie na granicę Harrow i wydalą, zabraniając kiedykolwiek wracać.

– Nie możesz ze mną wyjechać. Nawet jeśli rada skaże mnie na banicję – zauważam. – Pomyśl o Fifer, o ojcu i pacjentach. Nie wolno ci ich porzucić.

– Przecież już o tym rozmawialiśmy. – John wstaje z łóżka.

Prawdę powiedziawszy, mówił tylko on, ja ograniczyłam się do protestowania.

– Widzisz, myśl o rozstaniu z nimi bardzo mi się nie podoba, ale na rozłąkę z tobą nie zgodzę się za żadne skarby – dodaje. – Zresztą, nie ma o czym dyskutować, i tak do tego nie dojdzie. Nicholas nie pozwoli im ciebie wyrzucić. – Bierze mnie za rękę i zachęcająco lekko pociąga. – Chodź, miejmy to już za sobą.

Opornie podnoszę się z materaca. Ja również jestem dzisiaj elegancko ubrana. Włożyłam nową sukienkę – prezent od Fifer. Spódnica z połyskliwego bladoniebieskiego jedwabiu, stan w lekko ciemniejszym odcieniu błękitu, ozdobiony wytłaczanym deseniem i obszyty srebrną nicią i białymi perełkami. To najładniejsza sukienka, jaką kiedykolwiek miałam na sobie. Fifer postanowiła zmienić moją fryzurę. Zaplotła mi spływający po ramieniu wyrafinowany warkocz. Chciałam mieć rozpuszczone włosy, lecz przyjaciółka okazała się nieugięta.

– Z warkoczem wyglądasz na czternastolatkę – zauważyła – a im młodziej się prezentujesz, tym bardziej niewinne sprawiasz wrażenie. Jestem przekonana, że rada zastanowi się dwa razy, zanim postanowi skazać dziewczynkę na wygnanie.

John unosi dłoń i lekko ujmuje mój warkocz. Gładzi go, obraca w palcach. Czując to, przymykam powieki. Stoimy blisko siebie. Kiedy na powrót otwieram oczy, widzę, że wpatruje się we mnie bardzo uważnie. Zdaję sobie sprawę, że odpowiadam mu tym samym.

Czar pryska, gdy na korytarzu rozlega się charakterystyczne chrząknięcie. John odsuwa się ode mnie i zaraz potem w progu pojawia się Peter. Na jego twarzy, naznaczonej przez życie głębokimi zmarszczkami, maluje się troska. Podobnie jak John, pirat wygląda dziś inaczej niż zwykle. Starannie przyczesał ciemne kręcone włosy i schludnie przystrzygł czarną brodę. Jest świeżo wykąpany, ma wykrochmalone i wyprasowane ubranie. W zasadzie gdyby nie wiszący u jego boku miecz – szerokie ostrze, zakrzywiona rękojeść, ulubiona broń morskich rozbójników – mogłabym go nie poznać.

Obrzuca nas oceniającym spojrzeniem.

– Brawo, brawo. Oboje wyglądacie jak trzeba. Przyjemni dla oka, ale nie wymuskani. Pachnący, ale bez przesady z wonnościami. – Pochyla się ku nam, zauważa coś w naszych obliczach. – Moglibyście się przyłożyć i przybrać trochę bardziej poważne miny. Na świętowanie będzie czas potem, rozumiemy się?

Cofam się o krok od Johna, ale on po prostu parska śmiechem i wznosi oczy do góry.

– Powinniśmy ruszać – ciągnie Peter. – Dobrze będzie stawić się jak najwcześniej. Nie mamy pojęcia, jak będą nastawieni ludzie.

Na dźwięk słowa „ludzie” żołądek skręca mi się w ciasny węzeł. Lękam się tego, odkąd otrzymałam wezwanie. Boję się stanąć przed mieszkańcami Harrow, boję się ich opowieści. Mogę usłyszeć, że ja – lub któryś z moich dawnych kompanów – zabił jednego z ich bliskich; że ja – lub któryś z moich dawnych kolegów – zniszczył całe ich życie.

Na dole John pomaga mi narzucić płaszcz. Długi, uszyty z niebieskiej wełny i obrębiony króliczym futerkiem – to również prezent od Fifer. We troje wychodzimy z domu prosto na przenikliwy chłód. Powiewy lutowego wiatru kąsają nam twarze i pozbawiają policzki czucia.

Dom Johna i Petera (ze względu na zamontowane przy ścianie stodoły wielkie koło wodne ochrzczony Młynem) stoi na skraju wioski Whetstone, w północnym Harrow, u kresu wąskiej bitej drogi, biegnącej brzegiem leniwie płynącej rzeczki. Dzisiaj, jak zwykle zresztą, panuje tu cisza i spokój. Słychać jedynie plusk ociekającej z łopat młyńskiego koła wody i kwakanie pary dzikich kaczek, które domagają się od nas poczęstunku.

Młyn jest uroczą posiadłością. W przeszłości składały się na nią trzy oddzielne mniejsze domki, które Peter z czasem połączył w jeden większy. Całość sprawia nieco chaotyczne wrażenie. Frontowa część domu jest niska i długa. W ścianach z brązowego kamienia otwierają się podniszczone niebieskie drzwi i spore okna o błękitnych szybach. Środkową część, zbudowano z kolei z czerwonej cegły. Fasadę zdobią niewielkie okna, nad którymi wyciąga się pod niebo ceglany komin. Najdalsza część Młyna, w której znajduje się moja sypialnia, cieszy oko ciemnoszarą cegłą i słomianą strzechą. Otacza ją bujny zielarski ogród Johna. Opowiadał mi, że wiosną gnieździ się tam mnóstwo ptaków. Między ziołami aż gęsto wtedy od gniazd i piskląt. Bezustanny, niemilknący śpiew podobno nie daje mieszkańcom spokoju.

Powracają do mnie dręczące pytania: Czy wiosną wciąż będę z nimi mieszkać? Czy Młyn będzie jeszcze wtedy na swoim miejscu? A całe Harrow?

Z Whetstone na miejsce przesłuchania, do Hatch End, mamy godzinę drogi piechotą. Peter wyjaśnił, że zgodnie z tradycją posiedzenia rady odbywają się w domu przewodniczącego. Obecnie Nicholas nie piastuje już tego stanowiska – pełnienie obowiązków uniemożliwiła mu choroba. Teraz radą kieruje niejaki Gareth Fish. Widziałam go raz w życiu, właśnie u Nicholasa – wysoki, kościsty i blady jak trup. Zawsze ubrany na czarno. Peter twierdzi, że to człowiek uczciwy, aczkolwiek nieco nadgorliwy. John i Fifer nie wyrazili o nim żadnej opinii, ale ich wymowne milczenie powiedziało mi wszystko, co powinnam wiedzieć.

Ścieżka prowadzi przez pofalowane łąki. Mijamy podniszczone przez wiatry i deszcze drewniane drogowskazy, których strzałki wskazują składające się na Harrow, pomniejsze siedliska. Theydon Bois – 3,2 mile. Mudchute – 17 mil. Hatch End – 3,7 mil. Nazwa Upminster – 62 mile została przekreślona czarnym krzyżem, a czyjaś niewprawna ręka dopisała pod spodem trzy słowa: „Droga do piekła”.

Gdzie nie spojrzę, widać, że zima rozgościła się w okolicy na dobre. Ziemię porośniętą kępkami zbrązowiałej trawy i podobnego odcienia odległe wzgórza pokrywają białe plamy śniegu. Nagie drzewa wyglądają jak umarłe. Z kominów licznych farm snują się pod chmury wstęgi dymu. Owce, krowy i konie zbijają się w ciasne, milczące i rozdygotane stada. Zwierzęta próbują się ogrzać w promieniach bladego słońca.

Z pozoru pejzaż tchnie spokojem, lecz gdzieś pod powierzchnią wyczuwam napięcie: wieś się przyczaiła i czeka.

– Nicholas i Fifer spotkają się z nami na miejscu – w mroźną ciszę wdziera się głos Petera. – Zastanawialiśmy się, czy nie zaprosić też Schuylera, ale uznaliśmy, że nie warto ryzykować. Lepiej uniknąć skojarzeń jego, powiedzmy, kapryśnej przeszłości z twoją osobą.

Schuyler. Zjawa. Człowiek, który powrócił zza grobu. Nieżywy i nieśmiertelny zarazem, obdarzony niezwykłą siłą i mocą. Uratował Nicholasa. Pomógł mi zniszczyć tablicę uroku, z pomocą której Blackwell chciał zgładzić Nicholasa. Schuyler ocalił życie nam wszystkim – wyprowadził nas z pałacu Blackwella i bezpiecznie pokierował na czekający już okręt Petera. Nie wolno jednak zapominać, że pomimo tego wszystkiego Schuyler nie przestał być kłamcą, łotrem i złodziejem. Co prawda, pirat wyraził się oględnie, ale chodziło mu o to, że przeszłość Schuylera pełna jest przemocy i tajemnic. Zupełnie jak moja.

– Co do George’a – mówi dalej Peter. – Napisał fantastyczny list, który zostanie dołączony do materiału dowodowego. Oczywiście przedstawił cię w jak najlepszym świetle.

W czasie gdy uzurpator Blackwell przejął tron i uwięził króla Malcolma, lecz jeszcze nie zdążył zamknąć granic Anglii, George – niegdyś szpieg w przebraniu królewskiego błazna – zdążył wsiąść na statek płynący do Galii. Ma się tam spotkać z tamtejszym władcą i poprosić go o żołnierzy i broń. Nie ulega wątpliwości, iż wcześniej lub później, prawdopodobnie wcześniej, Blackwell zaatakuje Harrow. Mieszka tu zbyt wielu ludzi potężnych na tyle, by pokrzyżować mu plany. Dopóki Harrow istnieje, dopóty jest zagrożona pozycja Blackwella – niepewnego władcy na chwiejnym tronie.

– Jest jeszcze Nicholas – ciągnie Peter. – Rzeczywiście po ostatnich wydarzeniach – macha zdawkowo ręką, lecz wiem, że ma na myśli mnie – nieco zmalał w sensie politycznym, ale wciąż posiada spore wpływy w kręgach dawnych reformistów. Naturalnie, w radzie zasiadają też osoby, które twierdzą, że to działania Nicholasa pozwoliły Blackwellowi przejąć władzę. Gdyby nie uparł się pomóc tobie, nie starał się za wszelką cenę uratować ci życia… – w tym momencie Peter zerka na Johna, który krzywi się nieładnie – … moglibyśmy mieć szansę na powstrzymanie przewrotu.

Koncepcja wydaje mi się tak absurdalna, że o mało nie wybucham śmiechem.

– Przecież Blackwell planował to wszystko od lat – przypominam. – Być może od dekad. Od kiedy wywołał epidemię zarazy, która zabiła króla i królową, a także moich rodziców i połowę mieszkańców kraju.

Peter unosi dłonie w pojednawczym geście. Jednak nie milknę.

– Nawet gdybyście o wszystkim wiedzieli, w niczym byście mu nie przeszkodzili. Powiedziałabym to samo, zanim jeszcze stało się jasne, że Blackwell jest czarownikiem.

Myślę o człowieku, którego kiedyś znałam, a raczej wydawało mi się, że znam. Dawniej był inkwizytorem poświęcającym życie zniszczeniu i wyplenieniu wszelkich przejawów magii, a jednocześnie snującym tajne plany i okłamującym własnego władcę. Wykorzystał mnie, Caleba i wszystkich pozostałych łowców czarownic. Chwytaliśmy dla niego magów i wiedźmy po to tylko, by mógł stworzyć z nich armię, obalić króla – swojego bratanka – i przejąć władzę w Anglii.

– Nie znacie Blackwella tak dobrze jak ja – podkreślam. – Nie macie pojęcia, do czego jest zdolny.

Przystaję i teraz zamiast drżeć na chłodzie, pocę się pod wełnianym płaszczem. John lekko ściska moją dłoń i dopiero wtedy uświadamiam sobie, że podniosłam na Petera głos.

– Rozumiem – odzywa się pirat. – Rada też musi to zrozumieć. Muszą się dowiedzieć, co zrobił Blackwell, muszą się dowiedzieć o wszystkim. Przy odrobinie szczęścia pozwoli nam to przeniknąć jego plany na przyszłość.

Tę strategię omawialiśmy już niezliczoną ilość razy. Nicholas chce, żebym wystąpiła przed radą i opowiedziała im o tym, o czym mówiłam dotąd tylko jemu jednemu i nikomu więcej. O swoim szkoleniu, o tym, jak zostałam łowczynią czarownic, o Calebie…

Caleb.

Czuję w brzuchu silny, bolesny skurcz. Taki właśnie, jaki pojawia się zawsze, gdy o nim myślę. A myślę o nim często… Wspominam chwilę, kiedy podniosłam miecz, by zgładzić Blackwella, a Caleb zasłonił go własnym ciałem. Zamiast Blackwella, zabiłam Caleba. On chciał się mnie pozbyć, teraz to rozumiem. Widział we mnie przeszkodę, która stała na drodze realizacji jego rozbuchanych ambicji. Niemniej ta świadomość nie wystarcza, by uciszyć pożerające mnie od wewnątrz wyrzuty sumienia, dręczące mnie codziennie przez dwa miesiące, które minęły od jego śmierci.

– …i to wszystko – kończy Peter. – Niczego więcej nie musisz mówić. Wiem, że rozmawialiśmy o tym już ze sto razy, ale naprawdę jest ważne, żebyś była odpowiednio przygotowana.

Potakuję skinieniem głowy, mimo iż nie dotarło do mnie ani jedno jego słowo. Zawsze, kiedy porusza ten temat, moje myśli ulatują ku Calebowi i zamykam się na cały świat.

Resztę drogi pokonujemy we względnym milczeniu. Jestem za bardzo zdenerwowana, by rozmawiać, Peter jest zbyt spięty, a John nazbyt zmartwiony. Idzie obok mnie, ściąga brwi i raz po raz przeczesuje włosy dłonią, aż w końcu te starannie ułożone rano loki rozsypują się na wszystkie strony. W tej bezładnej fryzurze wygląda chłopięco, z pewnością nie na swoje dziewiętnaście lat.

Dróżka przed nami zaczyna się zwężać, przeciska się pomiędzy rosnącymi po bokach drzewami. Pnie są wysokie i sękate. Pozbawione liści gałęzie wiją się i splatają niczym palce, tworząc nad naszymi głowami swoisty baldachim, rzucający cień na wilgotną ziemię i przesłaniający niebo.

– Uważajcie tutaj. – Peter wskazuje powalony pień, leżący na samym środku ścieżki. – Latem te drzewa wyglądają prześlicznie, ale gdy tylko spadną pierwsze zimowe deszcze, co najmniej połowa się przewraca… Mocno to irytu… Rany Boskie!

John gwałtownie wciąga powietrze. Podnoszę wzrok i widzę setki, może nawet tysiąc ludzi. Czekają przy drodze do domu Garetha. Przez moment wszyscy troje stoimy jak wryci, wpatrując się w oblicza mężczyzn i kobiet, na których maluje się cała paleta emocji. Od zaciekawienia przez odrazę aż po nienawiść.

Przepychamy się naprzód, drżąc pod wełnianymi płaszczami, kapeluszami, szalikami i rękawicami. Nie poznaję żadnego z tych ludzi, lecz dobrze znam takie spojrzenia, sposób, w jaki ich oczy omiatają moje zbyt eleganckie odzienie – sukienkę i płaszcz. Nagle cały wysiłek, jaki Fifer włożyła w to, bym wyglądała porządnie i niewinnie, okazuje się dla tych gapiów w najlepszym razie farsą, w najgorszym – obrazą. Nie jestem tutaj u siebie i oni wszyscy dobrze o tym wiedzą.

– Głowa do góry – szepce Peter. – Masz minę winowajcy.

– Bo czuję się winna – odpowiadam.

– Uczucie a jego okazywanie to dwie zupełnie różne sprawy – zauważa Peter. – Patrzcie, tam stoi Gareth. Wprowadzi nas do środka.

Bezkresne morze ludzi urywa się pod niskim kamiennym murkiem, otaczającym dom Garetha. To piętrowy budynek z cegły w kolorze piaskowca, otoczony ze wszystkich stron zadbanymi ogródkami, w których wszystkie rośliny zabezpieczono słomą przed zimowymi chłodami. Z jednej strony dom graniczy ze zboczem wzgórza, gęsto porośniętym ciemnymi mocnymi drzewami, z drugiej znajduje się katedra. To oddzielna budowla, lecz wzniesiona z identycznej piaskowej cegły. Świątynię okala żelazny parkan, w którym otwiera się wysoka brama, a przed wejściem rozłożył się stary cmentarz, pełen niszczejących nagrobków. Nieregularnie spękane płyty i krzyże. Wszystko omszałe i murszejące.

Gareth, odziany w czarną szatę radcy, z wyhaftowanym na przedzie czerwono-pomarańczowym symbolem reformistów, rusza ku nam raźnym krokiem. Wygląda dokładnie tak, jak go zapamiętałam – jest patykowaty i siwy. Bladoniebieskie oczy pobłyskują zza okularów w drucianych oprawkach. Podaje rękę Peterowi, a potem wita się z Johnem, który ściska jego dłoń bez większego entuzjazmu.

– Ufam, że dotarliście bez większych niespodzianek? – zagaja Gareth.

– Widzisz przecież – mruczy pod nosem John.

Peter obrzuca syna ostrym spojrzeniem, lecz John nie zwraca na niego uwagi.

– Bez niespodzianek – potwierdza. – Chociaż myślę, że to raczej zasługa przypadku niż ludzkich zamiarów. Zdaje mi się, że chciałeś, by przesłuchanie odbyło się w kameralnej atmosferze, tymczasem mam wrażenie, że przyszli wszyscy mieszkańcy północnego Harrow.

Gareth odpowiada słabym, lekko przepraszającym uśmiechem.

– W Harrow wieści rozchodzą się błyskawicznie. Dobrze o tym wiesz. Zwłaszcza wieści tej wagi – zauważa.

Spogląda na tłum napierający tak bardzo, że praktycznie otacza nas ze wszystkich stron. Gapie zamilkli. Stojący w dalszych rzędach wyciągają szyje, próbują wychwycić słowa Garetha, który wyjaśnia:

– Wiele osób dopiero teraz dowiedziało się o chorobie Nicholasa. To naturalne, że przejęli się jego losem. W końcu to popularna osobistość. – W tym momencie uśmiech Garetha przygasa. – Jestem też pewien, iż wielu jest wdzięcznych Elizabeth za darowanie mu życia.

– Ona mu nie darowała życia, ona je ocaliła. – W tonie Johna słychać irytację. Ojciec kładzie mu dłoń na ramieniu, lecz on i na to nie zwraca większej uwagi. – A skoro ludzie są jej tak bardzo wdzięczni, to dlaczego musimy uczestniczyć w przesłuchaniu?

– Obawiam się, że przepisy nie wyglądają tak, jak ci się wydaje. – Gareth rozkłada ręce, jakby nie miał wpływu na postępowanie rady, jakby nie był jej przewodniczącym. – Przesłuchania zarządza rada, nie mieszkańcy. Aczkolwiek jestem pewien, iż podczas głosowania zdanie ludzi zostanie wzięte pod uwagę.

W żadnym z wbitych we mnie spojrzeń nie jestem w stanie dostrzec czegokolwiek choćby zbliżonego do wdzięczności.

– Tak czy inaczej, wszyscy radcy czekają wewnątrz. Możemy już iść? – Gareth wskazuje nie na swój dom, lecz na gmach katedry. – Biorąc pod uwagę liczbę zebranych, musieliśmy zmienić miejsce obrad. Rozumiem, że nie macie nic przeciwko?

– A gdybyśmy mieli, to co? – warczy John.

– Nie mamy zupełnie nic przeciwko – rzuca wesoło Peter. – Chodźmy.

Gareth prowadzi nas ścieżką do bramy świątyni, tłum wciąż jest blisko, napiera z tyłu. Przewodniczący otwiera bramę i rusza żwawo do drzwi. Czarny płaszcz rozdyma się za nim niczym burzowa chmura. Peter zmierza za nim zdecydowanym krokiem, lecz ja się waham. Znienacka opadają mnie złe przeczucia. Te wszystkie bramy i wrota tak bardzo podobne do tych w Ravenscourt – wysokie i groźne. Ten tłum tak bardzo przypominający wściekłą ciżbę, zbierającą się przed tamtejszym pałacem. Wieńcząca katedrę wieża to z kolei wyciągnięty oskarżycielsko palec sędziego. A nagrobki – ławnicy szykujący się do wydania wyroku.

– Spokojnie, niedługo będziesz to mieć za sobą – szepce mi na ucho John.

Na plecach czuję kojący dotyk jego mocnej dłoni.

Odwracam się do niego i wtedy to widzę: raptowne poruszenie, rozmyta w ruchu sylwetka w czerni. Słyszę znajomy dźwięk – skrzypnięcie drewna, jakie wydaje naprężony konopną cięciwą kawałek cisu. Gotowy do strzału łuk. Okrzyk wyrywa mi się z ust dokładnie w chwili, gdy pierzasty pocisk przeszywa gardło mężczyźnie stojącemu tuż obok Johna.

Rozdział 2

Trafiony otwiera szeroko usta, szok miesza się na jego twarzy z przerażeniem. Z rany w szyi tryska fontanna krwi, zalewająca koszulę, zanim jeszcze ciało padło z głuchym odgłosem na ziemię, bezwładne jak worek z rzepą.

Dokoła rozlegają się wrzaski. Kolejna strzała – nie, dwie strzały – rozcinają powietrze. Pada następny mężczyzna, zaraz potem – kobieta. Peter wyszarpuje miecz z pochwy, wolną ręką wskazuje katedrę.

– Dalej! Do środka! Oboje! Błyskiem! – Wymija nas pędem, wyskakuje za bramę i znika w tłumie.

John chwyta mnie za ramię żelaznym uściskiem i ciągnie ścieżką naprzód. Wyprzedzamy stłoczonych, krzyczących ludzi. John otwiera pchnięciem wrota katedry i ukazuje się nam stojąca na progu Fifer – blada i śliczna w szmaragdowozielonej sukience. Włosy ma splecione w ciasny koczek.

– Co się dzieje? – W jej zazwyczaj szorstkim głosie pojawia się piskliwa nuta strachu. – Słyszałam jakieś wrzaski…

– Atakują nas. – John wpycha mnie do wnętrza. Oblewają go strumienie tłoczących się ludzi, rozdzielają nas. Wypuścił mnie z uścisku i zniknął przed świątynią. – Zostańcie w środku! – dolatuje mnie jego wołanie. – Nie wychodźcie pod żadnym pozorem!

– John!

– Zostańcie w środku! – powtarza.

Słyszę go, lecz nie widzę. Raz jeszcze wołam go po imieniu, lecz rozpłynął się na dobre w tłumie.

Przemykam wzdłuż tylnej ściany katedry i dalej, boczną nawą, w stronę transeptu. Fifer depcze mi po piętach. Ludzie wypełniają główną nawę i przestrzenie między ławkami. Z krzykiem przepychają się jeden przez drugiego.

– Gdzie Nicholas?! – wołam.

– Z członkami rady! – odpowiada równie głośno Fifer. – Przed przesłuchaniem zebrali się w krypcie. Mieli wyjść dopiero wtedy, kiedy się pojawisz.

Zatrzymuję się przy łukowato sklepionym, wysokim oknie, wychodzącym na cmentarz. Kilkunastu ludzi, wśród nich John i Peter, stoi tuż za bramą. Peter wciska synowi miecz do ręki i rozbiegają się, zanim dociera do mnie, co się dzieje, nim mam szansę pogodzić się z widokiem uzbrojonego Johna.

Zrzucam z ramion płaszcz i pozwalam mu opaść na posadzkę. Podnoszę przód spódnicy i oddzieram szerokie pasmo.

Zdjęta grozą Fifer otwiera szeroko usta.

– Co robisz?

– A jak myślisz? – odrzucam tkaninę kopnięciem. – Chcę pomóc.

– To widzę, ale dlaczego niszczysz moją sukienkę?

Gromię ją spojrzeniem.

– Nie możesz tam wyjść. – Fifer zmienia taktykę. – To niebezpieczne. – Rozgląda się ukradkiem dokoła, lecz kłębiący się ludzie nie zwracają na nas uwagi. A nawet gdyby zwracali, nie usłyszeliby wśród ogólnego jazgotu ani słowa. – Możesz zginąć.

– Właśnie dlatego potrzebuję broni – odpowiadam. – Ktoś tutaj na pewno przyszedł uzbrojony. Muszę zdobyć miecz lub noże, ale zadowolę się czymkolwiek.

Fifer krzywi się z wahaniem. Ostatecznie jednak zadziera rąbek ciężkiej aksamitnej spódnicy i wciska się w tłum. Odwracam się z powrotem do okna. Strzały fruwają we wszystkie strony; mężczyźni – nie widzę ich wyraźnie, nie wiem, kto to – przemykają między drzewami, za żywopłotami, wśród nagrobków. Krzyki słychać na zewnątrz i w katedrze. Nie mam pojęcia, co się dzieje.

Po kilku chwilach wraca Fifer. W dłoni trzyma kilka noży o srebrnych trzonkach. Podaje mi jeden po drugim, rękojeścią naprzód.

– Nie wiem, czy o takie ci chodziło – mówi – ale musiałam je ukraść, więc nie chcę słyszeć narzekań.

Czując w dłoni krzepiący chłód i ciężar metalu, uśmiecham się przelotnie. Podnoszę oderwany kawałek tkaniny i przewiązuję się nim w pasie. Zatykam za ten prowizoryczny pas noże, podchodzę do niewielkich drzwi obok okna i odsuwam rygiel.

– Kiedy wyjdę, zamknij – zwracam się do Fifer – a potem nikomu nie otwieraj.

– Tylko nie zrób jakiegoś głupstwa – przestrzega, po czym zatrzaskuje za mną drzwi i zasuwa rygiel.

Przed sobą mam cmentarz, płot i bramę. Dalej widać drzewa i brązowe wzgórza. Z prawej strony zmagają się ze sobą krzyczący mężczyźni. Wypatruję wśród nich Petera. Johna nie widzę, lecz zauważam dwóch innych – to nie łucznicy w czerni, lecz zwykli wieśniacy w prostych zimowych strojach. Leżą na plecach w trawie. Z piersi sterczą im strzały. Obaj nie żyją.

Ukradkiem przemykam się na przód katedry. Już po kilku krokach tuż obok mnie świszczy strzała i wbija się w szczelinę między cegłami. Kolejna, i jeszcze jedna. Tworzą zgrabny szereg, nie dalej niż sześć cali przed moją twarzą. To nie był błąd w sztuce strzeleckiej, to musiała być przestroga. Padam na ziemię i czołgam się w trawie i błocie, aż wreszcie kryję się za zniszczonym omszałym nagrobkiem. Próbuję pozbierać i uporządkować myśli. Powinnam działać równie precyzyjnie jak niewidoczny łucznik.

Po pierwsze, muszę go znaleźć. Strzały nadleciały z wysoka, uderzyły nisko, zatem ukrył się gdzieś na drzewie. Po drugie, muszę go zabić. Wysuwam nóż zza pasa i gnam od jednego grobu do drugiego, nie odrywając wzroku od cienistych gałęzi. To zaproszenie. Prowokuję go. Chcę, żeby się ujawnił.

Gdzie jesteś? – pytam w duchu.

Odpowiedź przychodzi pod postacią kolejnej strzały. Pocisk trafia w kamienną płytę, dokładnie pomiędzy trzecim a czwartym palcem mojej zaciśniętej na niej dłoni. Wydaję z siebie stłumiony okrzyk i gwałtownie cofam rękę. Po palcach spływa mi strużka krwi, szkarłatne pasemko na bladej skórze. Odruchowo czekam, lecz nie dzieje się nic. Nie czuję żaru w żołądku, nie czuję łaskotania. Nawyk sprawił, że zapomniałam, że nie noszę już znamienia.

Ponownie kucam za nagrobkiem i oceniam sytuację. Krwawię. Jeśli wyjdę, strzelec będzie mnie miał jak na dłoni. Jestem uzbrojona, lecz nie do końca tak, jakbym sobie tego życzyła. Nie widzę przeciwnika. Nie mam żadnego atutu. Niemniej przeszłam dwuletnie szkolenie łowcy czarownic i potrafię sobie radzić nawet w takich tarapatach. Nagle w głowie rozlega mi się nieproszony głos Blackwella: „Aby odzyskać utraconą przewagę, musisz zrobić coś nieprzewidywalnego”.

Ostatnie, co powinnam uczynić w pobliżu ukrytego wroga, to wstać, więc podnoszę się na nogi. I wtedy słyszę bardzo cichy dźwięk – szelest listowia, ledwie stłumiony pomruk zdziwienia. To mi wystarcza. Wypatruję go na nisko zawieszonym konarze dębu. Zamaskował się zielonymi gałęziami rosnącej opodal sosny. Wyciągam zza pasa ciężki srebrny nóż. Biorę zamach, mierzę i rzucam.

Pudłuję.

Jasna cholera.

Rwany drwiący śmiech. Odgłos uderzających o ziemię stóp. Ktokolwiek siedział na drzewie, już go tam nie ma. W tej chwili idzie prosto na mnie. Kroki. Szmer napinających cięciwę palców. Tym razem robię coś zupełnie przewidywalnego, zwłaszcza wobec ukrytego przeciwnika.

Odwracam się i uciekam.

Strzała śpiewa mi nad głową. Chybia o cal. Stopa przypadkowo zaplątuje mi się w sukience i padam jak długa na ziemię. Przetaczam się na plecy i sięgam po kolejny nóż. Za późno. Łucznik stoi tuż nade mną. Ciemnowłosy, przysadzisty, dwadzieścia kilka lat. Nie znam go, lecz on najwyraźniej zna mnie. Przypatruje mi się z lekkim uśmieszkiem. Kręci głową.

– Po wszystkim, co na twój temat słyszałem, liczyłem na godniejszego przeciwnika.

– Kim jesteś? – pytam.

Nie kłopocze się odpowiedzią. Dobywa z kołczanu kolejną strzałę, spokojnie układa ją na cięciwie. Ani na mgnienie nie spuszcza mnie z oka.

– Lubię, żeby zdobycz była na moim poziomie – podejmuje. – Blackwell zapewniał, że właśnie taka się okażesz. Podejrzewam, że kiedy mu opowiem, będzie mocno rozczarowany.

Cofam się przed nim, przed strzałą, której grot mierzy prosto w moją twarz. Nie udaje mi się dotrzeć zbyt daleko. Zderzam się plecami z jednym z nagrobków. Szorstki kamień drapie mnie w plecy.

Nieznajomy z wolna porusza łukiem, jakby oceniał mój wygląd.

– Masz takie ładne oczy – stwierdza. – Aż szkoda, ale najlepiej celować właśnie w oczy. Wtedy boli tylko przez chwilę.

W tym momencie zauważam symbol na jego czarnym wełnianym płaszczu. Emblemat jest groteskowy: czerwona róża dławiona przez własną kolczastą łodygę i przeszyta mieczem o zielonej rękojeści. Nigdy wcześniej tego znaku nie widziałam, ale wiem, czym jest. To nowy herb Blackwella.

– On nie wygra – szepcę. To moje ostatnie słowa. Powinny zabrzmieć dumnie, dostojnie. – Blackwell nie wygra. Jest przekonany, że zwycięstwo ma w kieszeni, ale to nieprawda.

Wzruszenie ramion.

– Już wygrał.

Nie odpowiadam. Czekam. Na strzałę, która przeszyje mi czaszkę, na śmierć. Zamykam oczy, jakby dzięki temu miało mniej boleć.

I wtedy, między jednym oddechem a drugim, coś się dzieje. Tupnięcie, szmer kroków w miękkiej trawie, trzask pękającej gałązki. Podnoszę gwałtownie powieki i widzę, że łucznik odwraca się na pięcie. Nie zdążył. Ostrze tnie go przez szyję i plecy, niemal rozpłatując na pół. Ciemne oczy zalewa pustka. Krew bucha mu z ust, bryzga mi prosto na twarz, ramiona, sukienkę. Mężczyzna kołysze się raz, dwa, po czym pada na ściółkę niczym ścięte drzewo.

Za nim stoi John. Niebieska kurtka i spodnie straciły wcześniejszą elegancję, są wymięte i podarte. Biała koszula straciła biel, czerwienieje od krwi.

Pada obok mnie na kolana.

– Nic ci nie jest? – Ujmuje moją twarz w dłonie i delikatnie obraca z boku na bok. – Nie trafił cię, prawda?

Odrywam oczy od zabitego łucznika, którego krew barwi pobliskie nagrobki i zbiera się w kałuży pod zwłokami, i spoglądam na ociekający szkarłatem miecz w dłoni Johna.

– Elizabeth… – Przykłada mi palec do podbródka i zmusza do spojrzenia sobie w oczy.

– Trafił mnie w dłoń – odpowiadam wreszcie – ale wszystko w porządku.

John przesuwa kciukiem po wciąż krwawiącej rance.

– Nie jest głęboka, potem obejrzę cię dokładniej. – Pomaga mi wstać. – Zauważyłem, że cię obserwuje. Siedział na drzewie i szył w nas strzałami, ale gdy tylko wyszłaś z katedry, przestał. Dlaczego to zrobiłaś? Mówiłem przecież, żebyś nawet nie wyściubiła nosa na zewnątrz. Mogłaś zginąć.

W milczeniu wymieniamy się spojrzeniami. Bez słowa uświadamiam sobie, jak wiele się zmieniło. Nie jestem tą samą osobą, którą byłam wówczas, gdy się poznaliśmy. Nie jestem taka jak jeszcze trzy miesiące temu. Wtedy byłam niezwyciężoną łowczynią czarownic, nosiłam znamię i mówiła o mnie przepowiednia. Byłam najbardziej poszukiwanym przestępcą w całej Anglii. A teraz? Teraz nie wiem, kim jestem.

– Nie powinnaś tu być – podejmuje John. – To zbyt niebezpieczne. Jeszcze nie wydobrzałaś. I nie jesteś… – Urywa, lecz nie pozwalam mu na unik.

– Jaka nie jestem? – odsuwam się. – Silna? Przydatna? Nie potrafię już walczyć, więc powinnam trzymać się z boku? – Słowa wylewają się ze mnie, zanim mogę je przemyśleć.

– Dobrze wiesz, że nie to miałem na myśli.

– Przepraszam – rzucam pospiesznie, ponieważ rzeczywiście wiem. – Nie powinnam była tego mówić i….

Tym razem ja milknę i w tym momencie dociera do mnie, że John posłużył się bronią. Uzdrowiciel, który dotąd poświęcał się ratowaniu życia, zabił człowieka.

– Zabiłeś go. – Zerkam na leżącego u naszych stóp łucznika.

– Tak – mówi John – ale nie żałuję. Gdybym musiał, zrobiłbym to ponownie, aby ochronić ciebie lub kogokolwiek innego.

Aż mrugam oczami, bo w jego głosie słychać tyle zaciętości…

– Nie chcę, żebyś to robił – stwierdzam. – To nie twoja działka.

– Myślę, że zanim ta historia dobiegnie końca, wszyscy będziemy zmuszeni uczynić to, czego w normalnej sytuacji wolelibyśmy uniknąć – zauważa John. – Chodźmy. Trzeba się przeliczyć. Sprawdzimy, czy kogoś nie brakuje.

Wracamy przez cmentarz do wrót świątyni, gdzie zastajemy grupkę mężczyzn. To Peter, Gareth, kilku nieznajomych. Stoją nad szeregiem zwłok, od których krwawe smugi ciągną się w trawę.

– Ilu? – pytam. – Kiedy wyszłam, zobaczyłam jednego zabitego, jednego z naszych. Dopadli kogoś jeszcze? A ich ilu?

– Piątka. – John posyła mi ponure spojrzenie. – Czterech mężczyzn, jedna kobieta. To nasi. Z tamtych udało nam się wykończyć tylko tego jednego. Reszta, naliczyliśmy jeszcze czterech, ulotniła się, gdy tylko za nimi ruszyliśmy.

Harrow zajmuje długą na dziesięć mil połać terenu i otoczone jest magiczną barierą ochronną, przepuszczającą jedynie mieszkańców, bądź – jak w moim przypadku – osoby przez mieszkańców wprowadzone. Odkąd jednak Blackwell przejął tron i wyszło na jaw, że i on posiada magiczne zdolności, Harrow zaczęło być narażone na ataki. Od czterech lat, czyli od czasu, gdy rozpoczęła działalność inkwizycja, zaginęły setki czarownic i magów i nie ma obecnie sposobu, by stwierdzić, którzy z nich zginęli, a którzy zdradzili dobrowolnie bądź pod przymusem. Część jednak z pewnością przeszła na stronę Blackwella i teraz pomaga jego zwolennikom pokonać granice Harrow.

Pierwszy taki wypadek miał miejsce miesiąc temu. Znaleziono wtedy samotnego mężczyznę – szpiega czy też zwiadowcę – w wiosce More-on-the-Marsh, położonej w pół drogi między domem Johna w Whetstone a rezydencją Garetha w Hatch End. Nakryto go dzięki ślepemu trafowi. Spał na drzewie i spadł. Przestraszył dwóch czarowników, którzy o świcie wybrali się z wędkami nad pobliski staw. Niestety, szpieg uciekł, zanim zdołali go schwytać.

Druga sytuacja była znacznie bardziej groźna. Tym razem trzech obcych znaleziono, gdy przekradali się przez Mudchute, niemal bezludne rolnicze tereny, rozciągające się na południe od zaludnionych okolic Harrow aż ku granicy. Nieznajomi w momencie spotkania nie próbowali nawet rzucić się do ucieczki. Po prostu rozpłynęli się w powietrzu.

Mimo powszechnych obaw, jakie w Harrow wywołała wiadomość o pojawieniu się służących Blackwellowi intruzów, zaświtał też promyk nadziei. Otóż wielu osobom sama myśl o tym, że ktoś bliski, kogo uważali za zabitego, może się okazać żywym zdrajcą, wydała się niezwykle krzepiąca. John jednak nie może się uczepić nawet takiej pociechy. Na własne oczy widział, jak jego matka i siostra giną spalone na stosie.

Minął już ponad rok, a on wciąż zmaga się z tym wspomnieniem. Ja, aczkolwiek chyba nie brałam osobistego udziału w pojmaniu jego rodziny, jestem oczywiście współwinna. Wiem, że również dla niego stanowi to problem.

– Gdzie nauczyłeś się fechtunku? – pytam.

– Walczyć mieczem umiałem, właściwie zanim jeszcze nauczyłem się chodzić – odpowiada John z nikłym uśmiechem na ustach. – Tak to jest, kiedy masz ojca pirata.

– Naprawdę dobrze ci poszło – chwalę ostrożnie.

John niezobowiązująco kiwa głową.

– Nie miałem wielu okazji, by sięgać po broń, ale dzisiaj bardzo się z tej umiejętności cieszę.

Mam ochotę powiedzieć mu, by uważał. Chcę mu wytłumaczyć, jak to jest. Najpierw zabija się z konkretnych powodów, a potem wystarczy byle wymówka. Wreszcie zabija się ot tak, po prostu, i z każdym odebranym życiem traci się, kawałek po kawałku, własną duszę. Obserwowałam ten proces na przykładzie Caleba, sama też to czułam. Nie chcę, by coś podobnego spotkało Johna. Nim jednak udaje mi się dobyć z siebie choć słowo, w zasięgu wzroku pojawia się Nicholas. Na widok czarownika, żywego i zdrowego, zalewa mnie fala ulgi, lecz to uczucie szybko przechodzi w strach, gdy Nicholas dołącza do pozostałych mężczyzn. Wskazują to na mnie, to na katedrę. Gareth potakuje skinieniem.

Podchodzimy i Peter odłącza się od grupki. Nicholas idzie tuż za nim. Pirat zamyka syna w niedźwiedzim uścisku. Po chwili tuli także i mnie. Nicholas przygląda mi się uważnie. Bystre ciemne oczy suną po moim zakrwawionym ubraniu, zatrzymują się na krwi plamiącej mi dłoń. Oboje milczymy i zaraz potem otaczają nas pozostali, pogrążeni w ożywionej rozmowie.

– Co się dzieje? – pyta John.

– Chciałem zebrać kobiety i dzieci, podzielić je na niewielkie grupki i odeskortować do domów – tłumaczy Peter. – Wymyśliłem też, że powinniśmy zorganizować stałe zbrojne patrole wzdłuż bariery chroniącej Harrow. Ludzie Blackwella będą mieli większy problem z przekraczaniem naszej granicy.

– Zgodziłem się z tymi propozycjami – wtrąca Nicholas. – Zgodziłem się również, że przesłuchanie Elizabeth może zaczekać. W związku z dzisiejszymi wydarzeniami mamy pilniejsze sprawy na głowie.

Słysząc o odroczeniu wyroku, wydaję z siebie westchnienie ulgi. Pojawia się myśl, że dostanę na przygotowania kilka dodatkowych dni, może nawet tydzień. Nagle odzywa się Gareth.

– Wręcz przeciwnie, myślę że trudno o lepszy dzień niż dzisiejszy.

Rozdział 3

John staje przede mną, jakby chciał mnie obronić.

– To przesłuchanie naprawdę może się odbyć kiedy indziej – mówi. – Odłóżmy je.

– Niestety, prawo stanowi inaczej – odpiera Gareth. – Rada stawiła się w komplecie, chrzcielnica została odpowiednio przygotowana do głosowania. W tej sytuacji wyrok musi zapaść. – Spogląda na Nicholasa. – Powołując radę, sam te zasady ustanowiłeś.

– Jak dobrze wiesz, miały zapobiec oszustwom ze strony członków rady – przypomina czarownik. – Miały chronić przed zagrożeniami wewnętrznymi, nie zewnętrznymi.

– Właśnie – stwierdza Gareth. – Mieszkańcy Harrow zgromadzili się tu dzisiaj w nadziei uzyskania wyjaśnień i je otrzymają.

– Przyszli po wyjaśnienia, a tymczasem zostali napadnięci – zauważa Peter. – Boją się. Pozwól im rozejść się do domów.

– Jeśli prosisz, bym odwołał i przełożył spotkanie rady po to, by nasi przeciwnicy zyskali szansę zaatakować nas kiedy indziej, jeszcze większymi siłami, to muszę odmówić – oznajmia Gareth. – Nie przez przypadek akurat dzisiaj doszło do ataku. Ludzie Blackwella wiedzieli, gdzie zaplanowaliśmy przesłuchanie, jak również gdzie ją znajdą. – Obrzuca mnie spojrzeniem i uświadamiam sobie, iż ta odrobina życzliwości, jaką mógł czuć do mnie wcześniej, ulotniła się bezpowrotnie. – To jej szukali, co do tego nie ma cienia wątpliwości. Musimy zdecydować, co w tej sprawie począć, i to teraz. Niemniej, jeżeli zdecydujesz się nie wziąć udziału, nie będę cię powstrzymywał – ciągnie Gareth, zwracając się ku Nicholasowi. – Statut głosi, że w imieniu nieobecnego członka może zagłosować przewodniczący rady. Z przyjemnością cię w tym obowiązku wyręczę.

Czarnoksiężnik nie odpowiada, lecz gniew, który błysnął w jego ciemnych oczach mówi sam za siebie.

Kiedy spotkałam Garetha po raz pierwszy, uznałam go za zwykłego gryzipiórka, skrybę. Dopiero Peter, jeszcze tamtej nocy, powiedział mi, że to ważny członek rady. Obecnie jest jej przewodniczącym. Ta kariera kojarzy mi się w pewien sposób z Blackwellem, wykorzystującym dla własnej korzyści cudze nieszczęścia. Właśnie dlatego podejmuję błyskawiczną decyzję. Być może rzeczywiście mogłabym na odroczeniu przesłuchania skorzystać, lecz nie chcę, by ucierpiało przeze mnie Harrow.

– Gareth ma rację – oznajmiam, patrząc na Nicholasa. – Przesłuchanie powinno się odbyć dzisiaj. Nie ma sensu dłużej zwlekać.

Niewykluczone, że czarnoksiężnik spodziewał się, że to powiem; możliwe nawet, że miał na to nadzieję. W każdym razie jego jedyną reakcją jest sztywne skinienie głowy.

– Wybornie. – Gareth zaciera ręce, po czym wskazuje katedrę. – Idziemy?

– Czy Elizabeth mogłaby się przynajmniej przebrać? – odzywa się John. – Jest cała we krwi. Nie ma potrzeby, by ktokolwiek oglądał ją w tym stanie.

Nie dodaje nic więcej, lecz nie musi – wszystkie usiłowania Fifer, która próbowała mnie ubrać i uczesać tak, bym wyglądała jak niewinna dziewczynka, poszły na marne. Stanę przed obliczem rady, prezentując się dokładnie w ten sposób, którego moi przyjaciele próbowali uniknąć.

Jak zabójczyni.

– Obawiam się, że to niemożliwe. – Tym razem odpowiada Nicholas. – Jeżeli rada zebrała się w komplecie, a osoba powołana przed oblicze rady znalazła się fizycznie w wyznaczonym obiekcie, nie może już tego terenu opuścić, o ile nie dojdzie do przerwy w obradach.

– Zaiste, tak brzmią przepisy. – Gareth kiwa głową.

John zerka na mnie, po czym zsuwa z ramion płaszcz i okrywa nim moje ramiona. Piękna sukienka z błękitnego jedwabiu jest podarta i pokryta plamami trawy, ziemi i krwi. Schludnie zaplecione w warkocz włosy rozsypały się na ramiona. Strój Johna częściowo mnie osłania, lecz tak naprawdę znacznie więcej odsłania: ukazuje, jak bardzo jestem od niego zależna oraz jak bardzo on jest mnie oddany. Ukazuje nasz związek, który dla niego stanowi źródło bólu w równym stopniu jak dla mnie źródło pociechy.

Gareth napiera na ciężkie wrota katedry i rozlega się suchy zgrzyt zawiasów. Wewnątrz panuje względny spokój i zauważam to, czego nie dostrzegłam wcześniej. W przedsionku stoi zdobna kamienna chrzcielnica. Woda w niej wiruje, jakby wiedziona własną wolą. Widzę też rzędy połyskliwych dębowych ław, krwawoczerwone poduszki do klękania, wiszące na maleńkich haczykach. Pod drewnianą powałą kołysze się czerwono-niebiesko-biała flaga Anglii w towarzystwie sztandaru reformistów – czarno-czerwono-pomarańczowego. Wnętrze wypełnione jest ostrą wonią kadzidła, mirry i żywicy. To zapachy przynoszące najczęściej ukojenie. Jednak nie dzisiaj.

W ławach, podobnie jak przedtem, tłoczą się ludzie. Zebrało się ich tak wielu, że zajmują też wolne przestrzenie między siedzeniami i miejsce z tyłu, przy drzwiach. Wszyscy wpatrują się we mnie.

Może to przez mieniące się niczym w kalejdoskopie mroczne światło, może z powodu panującego w katedrze chłodu lub strachu, który mnie obleciał, tak czy inaczej krawędzie świata ciemnieją mi w oczach i ogarnia mnie przemożna chęć ucieczki. Z powrotem przez te ciężkie wrota, tunel padających drzew, przez falujące łąki, daleko poza granice Harrow. Tylko dokąd miałabym się udać? To pytanie zadaję sobie od chwili, gdy zioła wysypały mi się z kieszeni, co sprawiło, że zostałam napiętnowana, uznana za czarownicę i wtrącona do więzienia. Stałam się zdrajczynią, a moje życie zmieniło się na zawsze.

Czyjaś dłoń opada mi na ramię i mnie odwraca. Nicholas podchodzi krok bliżej. Jego wysoka ciemna sylwetka majaczy wysoko nade mną.

– Z pewnością poczujesz taką pokusę, ale nie wolno ci kłamać – odzywa się cicho. – Usłyszysz pytania, na które nie będziesz chciała odpowiadać, lecz jeżeli nie wyjawisz prawdy, oni się o tym dowiedzą. Opowiedz o wszystkim ze swojej perspektywy. Dokładnie tak jak mnie. A reszta – kończy czarnoksiężnik – potoczy się swoim trybem.

„Reszta potoczy się swoim trybem”. Te słowa niczym katechizm wciąż wymagają ode mnie posłuchu. Najpierw Nicholas prosił, żebym postępowała w zgodzie z cudzą przepowiednią, teraz prosi, bym pozwoliła, aby cudzy osąd zdecydował o moim losie. Swoją ufnością chciał zapewne dodać mi otuchy, lecz ta sama ufność wymaga, bym złożyła swoje życie w obce ręce, a przecież dotychczasowe doświadczenie nauczyło mnie, że to nigdy nie kończy się dobrze.

Gareth podchodzi i bierze mnie za ramię. John mnie uwalnia i niechętnie idę środkiem świątyni wraz z przewodniczącym. Mijani ludzie nie wstają. Czuję na sobie ich spojrzenia, słyszę szepty. Jestem niczym panna młoda, która ma lada moment wziąć z góry skazany na porażkę, nieszczęsny ślub.

Docieramy pod ambonę. Jest pokryta wyrafinowanymi grawerunkami i złotą farbą. Podstawa ma kształt kruka: posłańca prawdy, lecz zarazem symbolu nieszczęścia i oszustwa. Przed mównicą stoi rząd krzeseł. To proste meble, z wyjątkiem jednego, czekającego pośrodku. Jest duże i sprawia wrażenie niewygodnego. Same ostre kąty i sfatygowane drewno, trójkątne oparcie kończy się cienkim szpicem. Cztery grube nogi zostały wyrzeźbione na kształt lwów.

Po chwili otwierają się drzwi za ołtarzem. Wychodzi z nich szereg mężczyzn. Wszyscy ubrani są identycznie jak Gareth i Nicholas. Sięgające posadzki proste czarne płaszcze z kapturami, ozdobione herbem reformistów: niewielkim słońcem zamkniętym w kwadracie, wpisanym w trójkąt, wokół którego owija się wąż pożerający własny ogon. Uroboros. Członkowie rady. Moi sędziowie i jednocześnie ławnicy.

Gareth prowadzi mnie ku temu środkowemu krzesłu i przykazuje gestem, bym zajęła miejsce. Ledwie siadam, z podparć i nóg mebla wysuwają się kajdany i zaciskają na moich przegubach i kostkach. Rzeźbione drewniane lwy z rykiem ożywają – kłapią paszczami, powarkują, prężą zjeżone drzazgami pazurów łapy.

Szarpię się, lecz nie mogę nawet drgnąć. John – siedzący w pierwszym rzędzie obok Fifer i Petera – zrywa się na równe nogi i protestuje. Ojciec łapie go za rękę i pociąga z powrotem na krzesło.

Gareth zajmuje miejsce na ambonie – siedemnasty członek rady, jedyna naprawdę licząca się w niej osoba – odchrząkuje i zabiera głos.

– Myślę, że zanim zaczniemy, powinniśmy uczcić minutą ciszy pamięć osób zabitych podczas dzisiejszej napaści. – Odczytuje nazwiska piątki uśmierconych mieszkańców Harrow, czterech mężczyzn i kobiety, po czym wiedzie spojrzeniem po zebranych i podejmuje: – Jak wszyscy wiecie, zgromadziliśmy się tu dzisiaj, by ustalić, czy Elizabeth Grey powinna uzyskać przywilej pozostania w granicach Harrow, czy też może zasługuje na wygnanie bez prawa powrotu.

Z ław dolatuje mnie stłumiony pomruk.

– Dzisiaj po raz trzeci – ciągnie Gareth – Blackwell, świeżo obwołany, samozwańczy król Anglii, zdołał przeniknąć nasze granice. Zarazem jednak pierwszy raz wysłał swych ludzi po to, by odzyskali coś, co według mnie, uważa za swoją własność. Chociaż jest i zawsze było naszą polityką, polityką reformistów, udzielać schronienia potrzebującym, to obecnie musimy podjąć decyzję, czy wolno nam to czynić kosztem własnego bezpieczeństwa.

– Elizabeth nie jest winna napaści na Harrow – odzywa się Nicholas. – Słudzy Blackwella pojawiliby się tutaj, nawet gdyby jej wśród nas nie było.

– Mieszkaliśmy w Harrow przez wiele lat w spokoju i przez ten czas nie dochodziło do żadnych incydentów – odpiera Gareth. – Nie jestem w stanie uwierzyć, iż jej przybycie i te ataki nie są ze sobą powiązane.

– Przypomnę, że do niedawna nikt z nas nie był w stanie dać wiary, iż inkwizytor może się okazać utalentowanym magiem – zauważa Nicholas. – A jednak tak wygląda prawda.

– Dziewczyna jest niebezpieczna – zabiera głos jeden z pozostałych członków rady. Najstarszy wśród nich, starszy nawet od Nicholasa. Blada cera i cienkie kosmyki siwych włosów ostro kontrastują z czernią szaty. – Temu nie zaprzeczę. Niemniej ocaliła Nicholasowi życie i o tym również nie mogę zapominać. Gdyby nie ona, Nicholasa zabrakłoby dziś wśród nas.

Dwóch siedzących obok siebie radców kiwa zgodnie głowami.

– Nie inaczej. Ocaliła ludzkie życie – odzywa się jeden z nich. – Z drugiej jednak strony, można zauważyć, iż ocalenie jednego żywota nie do końca wyrównuje rachunek za życia, które odebrała. – Wbija we mnie spojrzenie różnokolorowych oczu, jedno ma intensywnie orzechowe, drugie żółte niczym kanarek. – A ileż to żyć odebrałaś, panno Grey?

Waham się przez chwilę, zastanawiam się, czy nie skłamać. Jak na zawołanie zauważam nieznaczny ruch głowy Nicholasa. Odradza mi kłamstwo. Czuję na sobie ciężar tysiąca spojrzeń, zaczynam się pocić pod grubym niebieskim płaszczem Johna. Odwracam spojrzenie i odpowiadam na pytanie, którego nawet on nigdy nie odważył mi się zadać.

– Czterdzieści jeden – mamrocę.

– Że co proszę? – W żółtym oku pojawia się jadowity błysk. – Nie sądzę, by ludzie z tylnych rzędów usłyszeli cię wyraźnie.

– Czterdzieści jeden – powtarzam głośniej.

Mężczyzna posępnie kiwa głową.

– Jak powiedziałem. Czterdzieści jeden żywotów odebranych, jeden podarowany.

– Ocalony – poprawia radcę Nicholas, tak samo jak John poprawił Garetha. – Elizabeth nie darowała mi życia, nie oszczędziła mnie. Ona mnie uratowała. Zresztą, nie mnie jednego. – Czarnoksiężnik spogląda na Fifer, lecz już nie na Johna. Nikt w radzie nie wie, co zrobiłam, by wyrwać go śmierci. – Jeśli otrzyma taką możliwość, to być może ocali kolejnych.

– Nie sugerujesz chyba, byśmy dozwolili łowczyni czarownic…

– Byłej łowczyni czarownic – wtrąca spokojnie Nicholas.

– …walczyć u naszego boku? Razem z nami? – Obaj radcy nadymają się jak wrony i wymieniają spojrzeniami. – Skąd możemy mieć pewność, że to nie jest spisek? Pułapka? Plan, który uknuła wspólnie z Blackwellem, by przeniknąć do Harrow i ostatecznie się z nami rozprawić?

Zapada cisza. Wszyscy w katedrze rozważają usłyszane słowa. Ludzie zastanawiają się, czy mogę być wspólniczką Blackwella i czy wraz z nim planowałam zastawić śmiertelną pułapkę na mieszkańców Harrow. To niemożliwe.

A przecież możliwe.

– To nie jest spisek. – Mocno zaciskam dłonie na twardych prostokątnych oparciach krzesła. Mówię drżącym, słabym głosem, lecz boję się go podnieść. – W życiu nie pomogłabym Blackwellowi. Nigdy więcej.

Radcy spoglądają po sobie, wymieniają się spojrzeniami. Na niektórych twarzach widnieje zaskoczenie, na innych niedowierzanie. Przeważa niedowierzanie.

– Nie pragnę niczyjej krzywdy. Nigdy jej szczerze nie chciałam – podejmuję. – Łowczynią czarownic zostałam właściwie jeszcze jako dziecko. Nie rozumiałam, co się z tym wiąże, ale… nie miałam pojęcia, co innego mogłabym w życiu robić… – Wymówka jest żałosna, najgorsza z możliwych. Niemniej, tak przecież wygląda prawda. – Wiedzcie, że bez względu na to, czy zostanę w Harrow, czy nie, Blackwell nie przestanie was prześladować – mówię dalej. – On chce Harrow zniszczyć lub sobie podporządkować. I nie spocznie, póki nie dopnie swego. Musicie coś zrozumieć, ten człowiek zawsze dostaje, czego chce.

Członkowie rady ponownie obrzucają się spojrzeniami.

– Jeśli pozwolicie mi zostać, będę w stanie was wesprzeć. Pomogę wam powstrzymać jego ludzi i pozbyć się samego Blackwella. – Z premedytacją nie używam słowa „zabić”. – Pracowałam dla niego przez trzy lata, dwa lata mieszkałam pod jego dachem. Miałam okazję go poznać.

– Moim zdaniem, nie znasz go zbyt dobrze – wtrąca radca z żółtym okiem. – Twierdzisz, że poznałaś go dogłębnie, a tymczasem jedna rzecz zupełnie ci umknęła. Mimo że miałaś ją tuż przed nosem.

– Byłam przekonana, że wykorzystuje jednego z was! – W mój głos wkrada się cienka, piskliwa nuta. Lwy ostrzegawczo szczerzą kły. – Myślałam, że posługuje się jakimś magiem, by dla niego czarował. Zawsze powtarzał, że sam magii nie cierpi! Nie miałam pojęcia, że kłamie!

– Jak mogłaś nie wiedzieć? – Pytanie pada z ust siwowłosego starego mężczyzny. Nie wydaje się zły, raczej głęboko zdumiony. – Nicholas zapewniał nas wszystkich, że jesteś wykształconą inteligentną dziewczyną.

– Wygląda na to, że jestem jednak dziewczyną zupełnie zwyczajną – odpowiadam spokojniejszym już głosem. – W każdym razie byłam taka, kiedy zamieszkałam u Blackwella. Miałam ledwie trzynaście lat. Upatrywałam w nim nauczyciela, mistrza… – Na moment milknę przed kolejnym słowem, lecz postanawiam je z siebie wyrzucić. – Szukałam w nim ojca, którego tak wcześnie straciłam. Nie myślałam, że może być czarownikiem.

I od tego momentu wyjawiam im wszystko. Wyznaję prawdę, tak jak oczekiwał tego Nicholas. Przyznaję, że byłam królewską kochanką. Opowiadam o aresztowaniu za posiadanie ziół, które nie pozwoliły mi począć jego dziecka, o uwięzieniu i skazaniu na śmierć oraz udzielonym mi przez Nicholasa ratunku. Mówię o odkryciu magicznych talentów Blackwella i o wyprawie w poszukiwaniu tablicy uroku, która miała odebrać życie Nicholasowi. Tłumaczę, iż odnalazłam ją – w tamtym mrocznym, wilgotnym, zapleśniałym, tchnącym śmiercią grobowcu – wyłącznie dlatego, że Blackwell chciał mnie zabić.

– Mnie również zdradził – dodaję na koniec. – Głęboko wierzyłam we wszystko, co mówił. Nie miałam powodu, by mu nie ufać. Inaczej niż teraz, nie węszyłam kłamstwa na każdym kroku. Teraz jednak wiem o wszystkim i mogę wam pomóc go powstrzymać. – Kieruję spojrzenie na Johna. Orzechowe oczy uzdrowiciela otwierają się szeroko; widocznie domyślił się, co chcę powiedzieć. – Mogę dla was wal…

John zrywa się jak oparzony, zanim zdążyłam dokończyć obietnicę.

– Ona nie może walczyć! – protestuje. – Nie doszła jeszcze do zdrowia. Nie odzyskała pełni sił. I nie ma już… – John gryzie się w język, tuż zanim wyjawił wszem i wobec, że straciłam ochronne znamię.

To Nicholas zdecydował, iż powinniśmy tę wiadomość zachować w sekrecie. Obawiał się, że gdyby radcy poznali prawdę, dziś nie groziłoby mi jedynie wygnanie – zawisłoby nade mną widmo stracenia.

– Elizabeth była bliska śmierci – kończy John. Na miejsce siada dopiero po dłuższej chwili, gdy buńczuczność ustępuje rezygnacji.

– Obawiam się, że muszę się zgodzić – odzywa się milczący dotąd radca, siedzący po mojej prawej stronie. – To jeszcze dziecko. W dodatku chore dziecko, jak był uprzejmy zauważyć pan Raleigh. – Omiata mnie spojrzenie jego intensywnie błękitnych oczu. Patrzy czujnie, lecz wcale nie wrogo. – Nie jestem w stanie wyobrazić sobie niczego, co mogłaby dla nas zrobić, a czego nie zdołamy uczynić sami.

Słysząc to, lekko się jeżę: nazwał mnie dzieckiem, najwyraźniej mnie nie docenia.

– Elizabeth zaliczała się do najlepszych łowców oddziału Blackwella – przypomina Gareth, na co czuję przypływ wdzięczności. Wziął mnie w obronę. Moment później dociera do mnie jednak, że to wstęp do kolejnego ataku. – Nie możemy zapominać, że ta dziewczynka zdołała przeniknąć do fortecy Blackwella, wydostała się z grobowca i zniszczyła tablicę uroku.

Z ust członków rady padają komentarze.

– Wykazała się niebywałą odwagą….

– Wróciła do grobowca, w którym niemal zginęła za pierwszym razem…

– Już raz zakradła się do pałacu Blackwella, być może powiedzie się jej i teraz…

– Elizabeth może nam pomóc na wiele sposobów – ucina Nicholas. – Nie tylko walcząc. Może na przykład wspomóc szkolenie żołnierzy. Jest też w stanie przekazać nam dużo użytecznych informacji na temat strategii Blackwella, jego rezydencji, zabezpieczeń i samych łowców czarownic. Rozumiecie, że właśnie dlatego Blackwell na nią poluje. Wie, że tego rodzaju wiadomości mogą stać się w naszych rękach potężną bronią.

– Wspomniałeś o szkoleniu wojskowym – zwraca się do Nicholasa jeden z radców. – O jakim wojsku mówisz? Jak dotąd zebraliśmy tylko gwardzistów, garstkę piratów i nielicznych arystokratów. – Wymownie spogląda po siedzących w ławach ludziach. – Nie mamy znaczących sił i jest nas niewielu. Jedynym wyjściem byłoby zmuszanie do walki osób, które nie mają żadnego doświadczenia w boju.

– Zdobędziemy armię – zapewnia Nicholas. – Negocjacje jednak nie są rzeczą prostą. Galia zaproponowała nam pomoc wojskową, lecz ze zrozumiałych względów pozostaje ostrożna. Muszą chronić własne granice, a mimo iż żadną miarą nie sympatyzują z Blackwellem, wolą go nie prowokować. Władca Galii nie chce powtórzyć losu króla Malcolma.

W noc balu maskowego, po tym jak przybył po nas Peter i zniknęliśmy z Greenwich Tower, Malcolm wraz z królową Margaret zostali aresztowani i wtrąceni do lochu w twierdzy Fleet, najcięższym więzieniu Anglii. Pojmanie królewskiej pary wywołało strach u wszystkich mieszkańców Harrow. Pomysł uwięzienia – a być może i zabójstwa – monarchy nie przyszedłby do głowy nawet najbardziej zagorzałym reformistom.

– A zanim to nastąpi? – Niebieskooki radca zwraca się do Nicholasa. – Nie możemy zakładać, że Blackwell zaczeka, aż zbierzemy wojska. Zaatakuje wcześniej, niż dotrą do nas posiłki, których możemy się spodziewać najszybciej za kilka tygodni. Co począć do tego momentu?

– Przygotować się – odpowiada Nicholas. – Gromadzić gwardzistów, rekrutować nowych ludzi. Doświadczonych i chętnych do dalszego szkolenia oraz tych, którym brakuje doświadczenia, lecz nie zapału. Należy też otworzyć granice dla ludzi z zewnątrz, którzy popierają naszą sprawę. – Sunie spojrzeniem po słuchaczach, siedzącym najbliżej patrzy prosto w oczy. – Nie wystarczy czekać, nie wystarczy zaprzeczać. Nie ma też sensu we wzajemnych pretensjach, wytykaniu się palcami i karaniu. – W tym momencie zerka kolejno na wszystkich członków rady. – Ukrywaliśmy się już dość długo. Wojna nie zagląda nam po prostu do okien, weszła już do środka i stoi z mieczem w dłoni w naszym przedsionku. Wygnanie Elizabeth nie zamknie drzwi przed wojną, podobnie jak w niczym nie pomoże oddanie jej w ręce nieprzyjaciół. Musimy pokazać Blackwellowi, że nie może tak po prostu brać wszystkiego, czego zapragnie. Musimy dowieść, że póki w Harrow są obrońcy, nikt tutaj się nie podda. A Elizabeth może nam w tym wszystkim pomóc.

Siedzący w ławach mężczyźni i kobiety, poruszeni słowami czarnoksiężnika, zaczynają szeptać i kiwać głowami. Gareth odrywa wzrok od Nicholasa, kieruje go ku mnie i wreszcie na pozostałych radców.

– Przygotujmy się do głosowania.

Rozdział 4

Członkowie rady podnoszą się z krzeseł i ruszają między ławami ku wejściu, gdzie przystają wokół wypełnionej wodą chrzcielnicy. Stojący najbliżej mężczyzna unosi dłoń, wyciąga ku niebu palec wskazujący. Drugą ręką podwija powłóczysty aksamitny rękaw i zanurza palec w kamiennej misie.

Ze swojego miejsca widzę, jak woda, krążąca w chrzcielnicy powoli, leniwie, zaczyna przyspieszać. Kilka kropel tryska w powietrze. Po chwili z wiru bucha niewielki kłąb pary i radca wyciąga dłoń z misy. Podobnie postępują wszyscy pozostali.

Gdy ostatni z głosujących odstępuje od chrzcielnicy, wir nieruchomieje. Wkrótce tafla przypomina srebrzyste zwierciadło. To wcale nie jest chrzcielnica z wodą święconą, jak uznałam, wchodząc do katedry. To misa wróżbiarska.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

The King Slayer. Królobójczyni The Witch Hunter. Łowczyni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Krucze pierścienie. 2. Zgnilizna Star Wars. Dziedzic Jedi Star Wars. Przebudzenie mocy Wyprawa asów Pomnik Cesarzowej Achai. Tom 5 Królowie Dary. Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu. Tom I