Cytrynowy chleb z ziarnkami maku

Cytrynowy chleb z ziarnkami maku

Autorzy: Cristina Campos

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 34.99 zł

cena od: 23.09 zł

Miasteczko na Majorce. Dwie siostry, Anna i Marina, spotykają się po piętnastu latach, aby sprzedać młyn i piekarnię, które odziedziczyły po nieznajomej kobiecie. Anna prowadzi wygodne życie u boku mężczyzny, którego już nie kocha. Marina oddaje się pracy w szeregach Lekarzy bez Granic w krajach trzeciego świata.

Nieoczekiwanie Marina postanawia zatrzymać piekarnię i dowiedzieć się, kim była zmarła właścicielka. Podczas swoich poszukiwań odkrywa rodzinne tajemnice, poznaje tajniki wypieku chleba i zbliża się do Anny. Być może uda się im wspólnie odzyskać stracone lata, zmierzyć z duchami przeszłości i przejąć kontrolę nad własnym życiem.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

WSTĘP

MACIERZYŃSTWO LUB PODPŁOMYKI INDŻERA

PRZYJAŹŃ LUB CZAPATI

RODZINA ALBO CYTRYNOWY CHLEBEK Z MAKIEM

MIŁOŚĆ „ALBO Z TOBĄ CHLEB I CEBULA”

PRZESZŁOŚĆ LUB CIEMNY CHLEB Z MĄKI XEIXA

PLEMIĘ LUB SŁODKIE TOSTY ŚWIĘTEJ TERESY

MOJE ŻYCIE BEZ CIEBIE I KAWAŁEK CHLEBA

CHLEB I MASZYNA DO PISANIA

PODZIĘKOWANIA

przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału:

PAN DE LIMÓN CON SEMILLAS DE AMAPOLA

Redakcja

Beata Kołodziejska

Projekt okładki

Izabella Marcinowska

Zdjęcia na okładce:

© Margie Hurwich / Arcangel

© Evgladysh / Shutterstock

Korekta

Maciej Korbasiński

Redaktor prowadzący

Małgorzata Głodowska

Copyright © Cristina Campos, 2016

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-329-5

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Anna starannie zaplanowała własny pogrzeb. To jej kochanek, pieszcząc piersi Anny, wykrył ziarno śmierci, która zabrała ją rok później. Ale podczas tego ostatniego roku doczesnej wędrówki Anna przejęła wreszcie kontrolę nad swoim życiem.

Wszystko zawarła w liście, który wysłała do siostry Mariny na kilka dni przed śmiercią. W pogrzebie mają uczestniczyć tylko córka, mąż i nieliczne grono przyjaciółek. Spotkają się na klifie pasma górskiego Tramontana na Majorce. Odczytają słowa, które do nich napisała, i wspólnie wysypią jej prochy do morza.

Nikt z biorących udział w tej intymnej uroczystości nie wiedział, dlaczego Anna zebrała ich w tym odległym miejscu. Niemniej, spełniając jej życzenie, stawili się na klifie Sa Foradada. Zdawało się, że nawet wiatr jej posłuchał i wiał delikatnie, tak jakby sobie tego życzyła. Morze było spokojne, wyglądało jak ogromna tratwa.

Córka Anny wzięła urnę z rąk ojca i przeszła samotnie kilka metrów, pragnąc zatrzymać matkę przy sobie jeszcze parę chwil. Usiadła na brzegu urwiska i objęła urnę ramionami. Przymknęła oczy i pozwoliła, aby łzy spływały powoli na prochy matki.

Marina zrobiła kilka kroków w stronę siostrzenicy i zatrzymała się. Spuściła wzrok i ponownie przytoczyła w myślach słowa listu, który siostra przekazała jej przed śmiercią.

Kochana Siostro, Kochana Przyjaciółko

Chciałabym, abyś zawsze, myśląc o mnie, o nas, wymazywała z pamięci ostatnie trzydzieści lat naszego życia i cofała się w czasie, aż do chwili, kiedy nas rozdzielono. Ja odczułam to tak: byłaś moją młodszą siostrzyczką, moją przyjaciółką, moją powiernicą, i wtedy, tego dnia, kiedy odjechałaś prawie na zawsze, miałam wrażenie, że pęka mi serce. Właśnie skończyłaś czternaście lat. Nigdy nie zrozumiałam powodu twojego wyjazdu.

Kiedy wyjechałaś, z nostalgią wspominałam nasze przejażdżki łódką taty. Pamiętasz, jak bardzo kochał tę starą drewnianą łajbę? Kochał ją chyba bardziej niż nas…

Spojrzała na morze, to samo, które je przyjęło i widziało, jak dorastały. Powoli popłynęła myślami ku wspomnieniom z dzieciństwa, do zatoczek po północnej stronie wyspy, na tej starej łódce. Gdy niezmiennie szukały miejsc osłoniętych od wiatrów. Ujrzała Annę siedzącą na dziobie łodzi, młodą, kruchą, o jasnej cerze, wystrojoną w sukienkę z białego lnu z niewielkim dekoltem i związaną cienkimi wstążkami, które podkreślały smukłą figurę. Jej jasne włosy wzburzone lekkim wiatrem wiejącym podczas letnich miesięcy na wyspie. Lubiła wyciągać przed siebie ręce i bawić się niewielkimi falami uderzającymi o kadłub łodzi. Nabierała wodę dłonią, robiąc małe naczyńko, a potem otwierała ją powoli, aby woda przepływała między jej palcami. Jeszcze raz, i jeszcze.

Tam, na tej starej drewnianej łódce, zwierzały się sobie, śmiały się, kłóciły, godziły albo pozwalały po prostu mijać godzinom w ciszy, kołysane morską bryzą, dopóki ojciec nie wrócił z jakimś skarbem… przynajmniej tak twierdził. Marina wsunęła list do koperty i przypomniała sobie ostatnią wspólną przejażdżkę łodzią. Nie wydarzyło się nic szczególnego, nic godnego zapamiętania. Wypowiedziały tylko te dwa słowa, których zazwyczaj siostry sobie nie mówią.

Jako pierwsi wyprowadzili llaüt1 z portu Valldemossy. Popłynęli w poszukiwaniu najbardziej ustronnej zatoczki, do której nie dotarli jeszcze letnicy. Zbadali dno w Deià, urokliwym zakolu otoczonym górami. Néstor rzucił kotwicę i nim minęło kilka chwil, już był w wodzie. Tymczasem one rozwiesiły biały kawałek płótna, aby schronić się przed słońcem.

– Zapleciesz mi warkocz?

Marina usiadła na dziobie. Zdjęła gumkę, którą przytrzymywała niesforne, długie, czarne włosy. Anna rozczesała je palcami. Podzieliła na trzy części i zwilżyła kroplami morskiej wody. Zaplatała je powoli. Bawiła się każdym ruchem, krzyżując pasma włosów. Pomyślała mimo woli, że już nigdy więcej nie uczesze Mariny, że już nigdy nie wypłyną razem. Przestraszyła się, że widzi ją po raz ostatni. Krople morskiej wody zmieszały się z jej łzami we włosach siostry. Popatrzyły na siebie smutno oczami w kolorze laskowych orzechów odziedziczonymi po ojcu, wzrokiem, który na zawsze miały zapamiętać. I wtedy Anna wypowiedziała te dwa słowa, których siostry zazwyczaj sobie nie mówią. Usiadłszy obok Mariny, oparła głowę na jej ramieniu i wyznała:

– Kocham cię.

Marina włożyła list do kieszeni kurtki. Przyjrzała się wystraszonej dziewczynie, która nadal obejmowała urnę z prochami swojej matki, zanosząc się płaczem.

„Proszę cię, zaopiekuj się moją córką – pisała Anna. – Jest zagubiona, poszukuje siebie. Bądź przy niej w czasie tego jej dziwnego dojrzewania, proszę cię”.

Marina podeszła do siostrzenicy i usiadła obok na brzegu urwiska.

– Pozwolimy jej odejść? – spytała miękko.

Dziewczyna skinęła głową, delikatnie głaszcząc urnę po raz ostatni.

Ryk ciężkiego motocykla przerwał ciszę. Marina się odwróciła. Motocyklista wyjął kluczyki ze stacyjki i zsiadł. Zdjął kask i położył na siodełku. Sprawiał wrażenie niepewnego, jakby nie wiedział, jak się zachować. Wydawało się, że nikt go nie zna.

Marina od razu zorientowała się, kim jest ten mężczyzna, nieoczekiwany przez nikogo, jedyny, który wiedział, dlaczego Anna wybrała to miejsce, aby pożegnać się z najbliższymi. Ze światem. Z nim.

1

MACIERZYŃSTWO LUB PODPŁOMYKI INDŻERA

SKŁADNIKI

300 g mąki teff2

250 ml wody

szczypta soli

PRZYGOTOWANIE W CERAMICZNYM MOGOGO3

Wymieszaj w misce mąkę teff z wodą i solą. Następnie odstaw, żeby ciasto odpoczęło, przykrywając miskę ściereczką. Musisz odczekać jeden, dwa dni, aż ciasto sfermentuje.

Nalej odrobinę oliwy do mogogo i postaw naczynie na średnim ogniu. Włóż ciasto do mogogo i poczekaj, aż się zrumieni. Indżerę smaży się tylko z jednej strony.

* * *

Zapadała noc. Bezlitosny wiatr gwizdał w najbardziej gorącym i przepastnym miejscu planety, na pustyni Danakil, na północnym wschodzie Etiopii. Tylko sól, piasek i siarka w tej bezkresnej przestrzeni kontynentu afrykańskiego, gdzie temperatury sięgają sześćdziesięciu stopni i gdzie nic nie wskazuje na to, że życie jest możliwe. Właśnie tam, w głębi ciszy i nicości, ukryta w małym, białym domku z betonu, po uniesieniach miłosnych, Marina oddawała się pieszczotom Mathiasa.

– Bäckerei – szepnął.

– Ciągle o tym myślę – powiedziała, splatając swoje dłonie z dłońmi Mathiasa. – Dlaczego nam? Dlaczego Annie i mnie? Nikt nie oddaje swojego domu i własnej firmy nieznajomym.

– Nie zostawiła żadnego listu poza testamentem?

– W zasadzie nie. Moja siostra wciąż sprawdza nazwiska, ale na razie nic nie wskazuje na to, że coś łączy nas z tą kobietą.

– A młyn nadal działa? – spytał Mathias.

– Jest zrujnowany. Ale piekarnia tak. To jedyna w Valldemossie.

Marina zamyśliła się przez chwilę.

– María Dolores Molí… Ilekroć bym powtarzała to nazwisko, i tak nic mi nie mówi.

– Dolores. Po niemiecku mówi się Schmerzen, prawda? – spytał Mathias.

Marina przytaknęła.

– To dziwne nazwać córkę Dolores. To tak jakby nazwać ją Niepokój albo Melancholia – kontynuował.

– Dolores to bardzo popularne imię w Hiszpanii – wyjaśniła Marina.

– Chętnie bym ci towarzyszył. Jestem chyba jedynym Niemcem, który nie zna Malorki – powiedział Mathias, ziewając.

– Tę nazwę pisze się przez dwa „ll” – uśmiechnęła się czule. – Dwie litery „ll” obok siebie wymawiamy jak „j”.

Ale ten dźwięk nie istnieje w języku niemieckim. Choćby nie wiadomo ile go uczyła hiszpańskiego, Mathias zawsze popełniał ten sam błąd. Za to Marina nie była w stanie wymówić ä i ö. Zazwyczaj mówili po angielsku, ale od czasu do czasu uczyli siebie nawzajem swoich rodzimych języków. Dwa lata wcześniej, w księgarni na lotnisku Barajas kupili notes Moleskine w czarnej oprawie i założyli w nim własny słowniczek. Zapisywali słowa, które wydawały im się ważne w obu językach. W prawej kolumnie słowa po hiszpańsku, w lewej tłumaczenie na niemiecki.

Marina wyciągnęła rękę i wzięła notes z nocnej szafki.

Otworzyła futerał i wyjęła czarny długopis.

– Z dierezą?

– Nad a.

Marina napisała piekarnia, a obok Bäckerei.

Odłożyła notes na nocną szafkę i westchnęła, a potem powiedziała z lekkim smutkiem:

– Od przeszło dziesięciu lat nie byłam na Majorce.

Mathias zgasił gołą żarówkę wiszącą pod sufitem.

– Dobranoc, dziedziczko, i nie zastanawiaj się nad tym więcej. Dobrze cię znam. Będąc tutaj, nie uda ci się niczego rozwikłać. – Marina odwróciła się plecami, a on ją objął.

Po kilku minutach Mathias już spał. Jej zawsze trudno było zasnąć. Wędrowała myślami, przypominając sobie sprawy zawodowe minionego dnia, planując rozwiązania na następny. Zdawała sobie sprawę, że w nocy nie rozwiąże problemów świata, i była na siebie zła, gdy wybijała pierwsza, a ona znów robiła to samo. Tej nocy również wyruszyła w wędrówkę przez swoje życie. Ale nie myślała o pracy, tak jak to miała w zwyczaju, tylko o podróży na Majorkę, na którą nie miała ochoty, ale którą musiała odbyć. Przypomniała sobie słowa z e-maila od Anny:

W końcu ten tajemniczy spadek doprowadzi do naszego spotkania i, wreszcie, do twojego powrotu do domu.

To zdanie ubodło Marinę.

– Majorka nie jest moim domem – powiedziała do siebie, czytając. – To miejsce, gdzie się urodziłam i spędziłam część dzieciństwa. Gdzie mieszkali moi rodzice i gdzie teraz pozostała już tylko Anna. Nie, to nie mój dom. Nic nie łączy mnie z tą wyspą.

Ponieważ Marina nie miała miejsca, które by do niej należało, nie miała też dokąd wracać na Boże Narodzenie. Nie miała miejsca, gdzie spędzałaby dni zaznaczone w kalendarzu, jak to robią normalne rodziny. Owszem, miała pieniądze na zakup domu. Ale nigdy nie pragnęła mieć własnych czterech ścian. Jej psycholożka, parafrazując pisarza, którego nazwiska nie pamiętała, powiedziała pewnego dnia: „Dom to miejsce, gdzie ktoś na ciebie czeka”. I to zdanie wkradło się do głowy Mariny na wiele dni i nocy. Rodzice już nie żyli. Miała dalekich krewnych, z którymi prawie nie utrzymywała kontaktu. No i oczywiście była starsza siostra Anna. Anna i jej realia, które oddaliły siostry od siebie na zbyt długo.

Już jako młoda dziewczyna Marina zaczęła tracić swoje korzenie. Rozpoczęła wędrówkę jako czternastolatka i teraz, mając lat czterdzieści pięć, nadal była w drodze. Praca zmuszała ją do podróżowania. Ale dlaczego wybrała to koczownicze życie? Przenosząc się wciąż z miejsca na miejsce. Nie chcąc zapuścić korzeni. Gdzie jest twój dom, Marino? Kto na ciebie czeka? Brak odpowiedzi na tak proste pytanie nie dawał jej spokoju.

Latami zastanawiała się nad tym. Po długich rozmyślaniach doszła do wniosku, że jej dom, jej prawdziwy dom, to cały świat u boku Mathiasa. Taka odpowiedź uspokoiła ją, a poza tym była słuszna, bo dokądkolwiek na świecie docierali, choćby do najmniejszych, najbardziej ukrytych i odległych miejsc, mieszkańcy przyjmowali ich zawsze z otwartymi ramionami.

Mimo że znalazła tę zasadną odpowiedź, czasem ciążył jej fakt, że nie miała stałego miejsca, tej Itaki, na którą mogli liczyć jej przyjaciele i koledzy z pracy, oraz to, że Mathias miał mieszkanie po rodzicach, pod numerem 11 na Bergmanstrasse w berlińskiej dzielnicy Kreuzberg.

Oczywiście mogłaby wybrać życie bardziej konwencjonalne. Bardziej bezpieczne. Bardziej stabilne. Mogłaby pozostać na tym otoczonym morzem kawałku ziemi mierzącym sto kilometrów z północy na południe i siedemdziesiąt osiem ze wschodu na zachód.

Gdyby wróciła na Majorkę, być może wyszłaby za mąż, jak siostra, za jednego z chłopaków z Jachtklubu Królewskiego w Palmie, tak jak radziła matka. Albo tak jak tego pragnął ojciec, pracowałaby na oddziale położnictwa i ginekologii w Uniwersyteckim Szpitalu Son Dureta w okręgu Poniente, w Palmie.

Ale nie. Znajdowała się o siedem tysięcy osiemset czterdzieści trzy kilometry od miejsca, gdzie się urodziła, na pustyni Danakil, w ramionach mężczyzny, którego kochała.

Nadal nie mogła zasnąć. Zwróciła się w stronę Mathiasa i przyglądała się, jak spokojnie śpi. Byli tak różni, on wysoki, mocno zbudowany, tak niemiecki. Ona, smagła, z czarnymi włosami opadającymi na plecy, malutka, silna, tak bardzo hiszpańska. Pogłaskała go po kasztanowej, zawsze potarganej brodzie

Odsunęła włosy, które opadały mu na twarz, i jej palce otarły się delikatnie o jego gładką i młodą skórę dookoła oczu. Powtarzając ten gest, pomyślała o nieśmiałych zmarszczkach, które pojawiły się wokół jej oczu. Mathias miał trzydzieści pięć lat, ona skończy czterdzieści sześć w sierpniu. Przez kilka sekund czuła niepokój, ale natychmiast odsunęła tę myśl. Objęła Mathiasa w pasie, szczęśliwa, że tuli się do tego mężczyzny, naprawdę dobrego człowieka, dziesięć lat młodszego od niej, który ją kochał i podziwiał.

Zamknęła oczy i wreszcie usnęła. On, nieświadomie, przycisnął ją do swojego ciała. Jej ognisko domowe. Jej dom.

* * *

Głuche uderzenie. Spała dopiero od godziny. Otworzyła oczy. Poderwała się zaskoczona. Po cichu wstała z łóżka i skierowała się ku drzwiom sypialni. Uderzenia dochodziły z zewnątrz. Wyjrzała na dwór. Było zbyt ciemno. Nie zobaczyła nikogo. Ktoś znów łomotał, tym razem słabiej.

Podeszła do drzwi i je otworzyła. Na ziemi leżała półprzytomna, młoda Etiopka w ciąży.

– Mathiasie! – krzyknęła Marina.

Uklękła przy dziewczynie, która nie wyglądała na więcej niż piętnaście lat.

– Spokojnie – powiedziała do niej.

Przyłożyła czubki palców do jej nadgarstka. Nacisnęła. Puls był zbyt szybki.

Mathias wybiegł z sypialni i wziął dziewczynę na ręce. W miejscu, gdzie leżała, na jałowej ziemi została plama krwi. Pobiegli do domu obok, gdzie Mathias położył Etiopkę na znajdującej się wewnątrz leżance. Marina wzięła stetoskop z metalowego stolika z narzędziami chirurgicznymi i przyrządami do osłuchiwania. Mathias rozciął ciemnogranatową chustę okrywającą ciało dziewczyny. Działali szybko, nic do siebie nie mówiąc. Każde wiedziało, co ma robić. Dziewczyna też milczała, poddając się im z zamkniętymi oczyma.

Marina zbliżyła stetoskop do jej brzucha i stwierdziła, że bicie serca płodu jest słyszalne, czyli dziecko nadal żyło. Włożyła lateksowe rękawiczki. Rozchyliła nogi Etiopki i usiadła na małym taborecie, aby ją zbadać.

Jak wszystkie kobiety z plemienia Afarów miała okaleczone narządy płciowe, a malutki otwór pozostawiony po infibulacji utrudniał wyjście płodu.

Marina wsunęła palce do pochwy dziewczyny. Szyjka macicy była skrócona, a rozwarcie wynosiło siedem centymetrów. Płód nie przyjął pozycji wyjściowej. Poród zaczął się prawdopodobnie przeszło dwanaście godzin wcześniej i dziecko przestało napierać.

Mogłaby zastosować zabieg, polegający na rozcięciu blizn, aby w ten sposób pochwa mogła się rozszerzyć, spełniając swoje funkcje, gdyby dziewczyna nie została okaleczona.

Musiała zadecydować. Wykonała palpację. Płód był ułożony za wysoko, dziewczyna traciła zbyt dużo krwi.

– Cesarka, szybko. Nie ma czasu – powiedział Mathias.

Wziął rękę dziewczyny, poszukał żyły i założył wenflon.

– Sëmëwot man nô? Jak się nazywasz? – spytał w języku afar.

Nie odpowiedziała.

– Sëme Mathias nô. Nazywam się Mathias.

– Sëme Marina nô. Nazywam się Marina.

Mathias podniósł Etiopkę. Marina stanęła za nią ze strzykawką wypełnioną nowokainą. Pochyliła dziewczynę do przodu i ucisnęła ostatnie kręgi w dolnej części jej pleców. Wstrzyknęła środek znieczulający do przestrzeni zewnątrzoponowej i znów ostrożnie położyli dziewczynę na leżance. Musieli odczekać długie dwadzieścia minut, aż znieczulenie zadziała.

Nie przestając do niej mówić pół po angielsku, pół w języku afar, żeby nie zasnęła, rozłożyli serwety na polu operacyjnym i przetarli je roztworem jodu. Przygotowali skalpel, pęsety chirurgiczne, kleszcze hemostatyczne, igły i nici chirurgiczne.

Krople potu bezustannie spływały z czoła rodzącej. Musiało być około trzydziestu pięciu stopni. Marina zmoczyła szmatkę, przetarła czoło pacjentki i podniósłszy jej głowę, napoiła ją. Znów zapytała, jak się nazywa, czy mieszka w pobliskiej wsi, czy ma męża. Dziewczyna nie odpowiadała.

– Jak nazwiesz dziecko? – Marina pomogła sobie gestem, aby nastolatka ją zrozumiała.

Też nie odpowiedziała. Z trudem udawało jej się nie zamykać swoich młodziutkich, wystraszonych oczu.

– Traci za dużo krwi – stwierdził zaniepokojony Mathias.

Jeszcze dziesięć minut, aż znieczulenie zadziała. Marina położyła dłonie na włosach dziewczyny. Powoli przesunęła ręką po czterdziestu czarnych warkoczykach pokrywających jej głowę. Stanęła przed nią, tak aby Etiopka mogła ją dobrze widzieć, udając, że obiema rękami zaplata warkocz w powietrzu, i dając do zrozumienia, że kiedy dziecko się urodzi, powinna tak samo zapleść mu włosy. Młoda Etiopka zrozumiała czułe gesty białej kobiety i uczyniła wysiłek, aby się słabo uśmiechnąć.

Skalpel wszedł poniżej pępka. Dociskając, Marina wykonała pionowe nacięcie, aż do brzegu spojenia, otwierając powłoki skórne. Nożyczki. Bardzo ostrożnie przecięła powięź. Włożyła palce i rozsunęła powłoki, aż dotarła do mięśni. Kleszcze. Precyzyjnym ruchem przecięła otrzewną i mięsień macicy, aż do worka owodniowego. Płyn wymieszał się z krwią, której dziewczyna za dużo traciła.

Włożyła precyzyjnie rękę do wnętrza macicy i stwierdziła, że łożysko ulokowało się w pobliżu szyjki. Dotknęła płodu i ułożyła w prawidłowej pozycji. Ciągnąc za stopy, szybkim ruchem wyjęła go z jamy macicy. Nie dawał oznak życia. Mathias odciął pępowinę, ale reakcja na wywołane w ten sposób odcięcie dopływu matczynego tlenu nie nastąpiła.

Marina położyła noworodka na brzuchu. Dała mu kilka klapsów. Cisza. Spróbowała powtórnie. Chwyciła go jedną ręką na wysokości szyi i z pomocą drugiej podniosła, pochylając główkę w dół. Brak reakcji, cisza. Zdjęła rękawiczki. Położyła go na stole, odchyliła mu lekko głowę do tyłu i uniosła podbródek. Przyłożyła ucho do jego piersi. Średnim i serdecznym palcem dotknęła mostka noworodka i delikatnie i rytmicznie wykonała pięć szybkich uciśnięć. Pomyślała, że prawdopodobnie zachłysnął się smółką z macicy i że jego drogi oddechowe stały się niedrożne.

Marina spojrzała z niepokojem na Mathiasa, który usunął już łożysko i zszywał Etiopkę. Miała otwarte oczy i nie wydając żadnego dźwięku, patrzyła na dziecko. Na córkę, którą wydała na świat.

Z nieruchomym noworodkiem na ręce Marina podeszła do dziewczyny. Usiadła obok i ułożyła go przy niej. Chwyciła jej rękę i razem spróbowały zrobić mu masaż serca.

Minęła już ponad minuta, odkąd dziecko znalazło się poza ciałem matki, bez tlenu. Zostało niewiele czasu. Marina to wiedziała. Mathias spojrzał na nią. Ona odwzajemniła spojrzenie. Spuścił wzrok. Dwie śmierci więcej spośród tylu, którym usiłowali zapobiec w ciągu wspólnych pięciu lat pracy dla Lekarzy bez Granic. I niezależnie od liczby zgonów, których byli świadkami, nie uodpornili się na wrażenie, jakie wywołuje śmierć kogoś, kto umierał na ich rękach. Marina, trzymając nadal swoją dłoń na dłoni dziewczyny, ponownie nacisnęła ciało noworodka, tym razem mocniej.

Niespodziewanie młoda Etiopka zebrała ostatnie siły i położyła sobie córeczkę na piersi. Dziecko przytulone do mamy usłyszało, jak to czyniło od miesięcy, bicie jej serca. Dziewczyna głęboko westchnęła. Powiedziała kilka słów w swoim języku, tuląc córkę w ramionach. I jakby słysząc błaganie swej matki, dziewczynka wreszcie uwolniła oddech z małych płuc i zapłakała.

Matka, słysząc płacz córki, uśmiechnęła się uspokojona. Spojrzała z nieskończoną wdzięcznością na białą kobietę, która pomogła urodzić się jej dziecku, zamknęła oczy i umarła.

* * *

„Współpraca międzynarodowa”. Tego terminu użył doktor Sherman podczas ostatnich zajęć z położnictwa prowadzonych dla studentów Szkoły Medycznej Perelmana. Wyświetlił slajdy, na których lekarze, ubrani w białe kitle z czerwonym logo z literami MSF, udzielali pomocy pacjentom podczas kryzysów humanitarnych na kontynencie afrykańskim. Do tej chwili Marina wiedziała tylko to, co większość studentów Uniwersytetu Pensylwanii: że świat jest niesprawiedliwy i że medycyna to przywilej tylko niektórych.

Minęło dziewiętnaście lat od tego wykładu na jednym z najbardziej prestiżowych uniwersytetów świata, ale dopiero trzymając na rękach tę afrykańską dziewczynkę, zrozumiała lepiej niż kiedykolwiek słowa doktora Shermana, kiedy mówił, jak potrzeba wielkoduszności tych niewielu ludzi zdolnych do rezygnacji z wygód świata zachodniego, aby ratować życie w najbardziej odległych i niegościnnych miejscach planety.

Mathias wyniósł z ambulatorium bezwładne ciało dziewczyny, dotąd spoczywające na leżance przykrytej zielonym prześcieradłem. Marina została sama z noworodkiem. Przestała postrzegać go jako płód i zobaczyła ludzką istotę. Uświadomiła sobie, że ma przed oczami ciemnoskórą, lepką, maleńką osóbkę, która właśnie została sierotą.

Podczas dziesięciu lat, jakie spędziła, pracując dla Lekarzy bez Granic, Marina przyjęła nieskończoną liczbę porodów, ale po raz pierwszy matka umarła na jej oczach przy porodzie. To nią wstrząsnęło. Zdała sobie sprawę z ogromnej samotności tej afrykańskiej dziewczynki. Mokrą szmatką usunęła resztki krwi, wód płodowych i łożyska, które oblepiały ciałko. Owinęła małą w zielone prześcieradło, takie jak to, które okrywało jej martwą matkę, i położyła ją sobie na ręce. Dziecko otworzyło buzię, szukając piersi, sutka mamy, chcąc wziąć go do ust. Marina otworzyła lodówkę. Z kartonowego pudełka z logo Lekarzy Bez Granic wyjęła butelkę gotowej mieszanki wody z mlekiem w proszku. Postawiła ją w oknie, aby ogrzała się w pierwszych promieniach słońca.

Dziewczynka bawiła się przez chwilę smoczkiem, i tak jakby nauczyła się tego w brzuchu matki, zaczęła ssać z szybkością nietypową dla noworodka. Poruszała wargami, prosząc o więcej, ale Marina uznała, że na razie wystarczy. Ukołysała dziecko delikatnie w ramionach i ułożyła jego główkę blisko piersi, tak aby mała mogła słyszeć bicie jej serca. Bicie serca, które czuła przez dziewięć miesięcy w brzuchu matki. Dziewczynka była niespokojna, więc Marina wyszła z nią z ambulatorium. Wstawał świt przy czterdziestoośmiostopniowym upale. Niebo malowało się pomarańczową i różową barwą, jak każdego poranka, tworząc przepiękny krajobraz. Dziecko zapłakało. Marina pogłaskała je i cichutko zanuciła:

A la nanita nana nanita…

Lulaj, dziecinko, lulaj…

Małe błogosławione oczka na szczęście już zamykasz.

Szemrze jasne źródełko w lesie i słowik śpiewa ciszej,

kiedy kołyska kołysze,

A la nanita nana nanita…

To była kołysanka, którą babcia Nerea śpiewała jej w pogodne majorkańskie noce.

Mała zasnęła. I tak zostały we dwie, same na pustyni Danakil, wśród piasku, soli i siarki.

* * *

Pretensje Mariny do świata dawno już minęły. Tak jak kobieta w pierwszym roku małżeństwa zarzuca mężowi, że nie spełnia danych jej obietnic, tak i Marina przez pierwszy rok pracy dla organizacji pozarządowej zarzucała światu, że nie spełnia tego, co obiecał.

Wkrótce po ukończeniu dwudziestu lat, pełna tej cudownej naiwności typowej dla swego wieku, sądziła, że świat się zmieni. Mając trzydzieści lat, była pełną pasji działaczką na rzecz praw człowieka. Bez trudu potrafiła łączyć pracę lekarza z zaangażowaniem w walkę przeciwko globalnej niesprawiedliwości. A przede wszystkim w walkę o prawa kobiet. Kobiet takich jak ta, która właśnie umarła na jej oczach, i jak ta, która nadal żyła, śpiąc w jej ramionach.

Ale naiwność dwudziestolatki i siła trzydziestolatki słabły w miarę upływu lat, ustępując miejsca pogodzie ducha i umiarowi. Teraz Marina była kobietą dojrzałą, z doświadczeniem zawodowym, zaangażowaną w swoją pracę. Trafiała do serca każdego człowieka, któremu niosła pomoc. Bez innych ambicji niż pragnienie polepszenia życia tych ludzi. Była świadoma tego, że utulenie etiopskiego dziecka, które właśnie przyszło na świat, jest ważniejsze od jakiejkolwiek walki, rewindykacji, petycji czy próśb kierowanych do rządzących światem organizacji ponadnarodowych.

Zegarek wskazywał siódmą dwadzieścia. Upalna duchota doskwierała coraz bardziej, więc wróciła ze śpiącą dziewczynką do ambulatorium. Spojrzała na małą. Ta czarna, chudziutka i owłosiona istotka wydała jej się prześliczna. Spała błogo. Marina usiadła, nie przestając na nią patrzeć. Poczuła spokój, który emanuje od nowo narodzonych dzieci, gdy śpią. Wyczerpana oparła głowę o ścianę i ogarnęła ją błogość.

Przez otwarte drzwi zauważyła niewyraźne postaci kobiet, wynurzające się z obłoków rudawego pyłu. To pewnie krewne dziewczynki, pomyślała z ulgą. Pogłaskała ją po policzku. I wyobraziła sobie, jak odda małą innej kobiecie. Zdejmie z niej zielone prześcieradło i owinie ją w śliczną tkaninę w żywych kolorach, jak te, które noszą afrykańskie kobiety. Pomyślała o czekającym dziewczynkę życiu. Wiedziała, że nie zabraknie jej miłości. Afarowie są ludem dobrodusznym i uprzejmym, uwielbiają swoje dzieci. Mimo że matka ją osierociła, otoczy ją czułość reszty plemienia, ojca, ciotek, niezliczonych kuzynek, babć, przyjaciółek matki. W Afryce wszystkie kobiety klanu dzielą się opieką nad dziećmi. Pomagają sobie nawzajem.

Mimo że Marina nie była matką, często zastanawiała się nad macierzyństwem kobiet europejskich, odizolowanych w aseptycznych miejskich domach, gdzie wychowanie dzieci stawało się synonimem samotności. Tak jak macierzyństwo jej siostry Anny i samotność jej siostrzenicy w rezydencji o powierzchni pięciuset metrów kwadratowych, wyłożonej białym marmurem, z basenem z widokiem na morze. Marina nauczyła się nie osądzać, ale zdawała sobie sprawę, że Europejki i Afrykanki mogłyby się dużo od siebie nauczyć.

Głaszcząc policzek trzymanej w ramionach czarnej dziewczynki, pomyślała, że małą czeka też ciężkie życie. Życie koczowników. Ta wysuszona ziemia będzie jedynym krajobrazem, który pozna. Nigdy nie ujrzy innego. Zawsze ponad czterdzieści stopni ciepła. Jak wiatr, przez całe życie będzie przemieszczać się w poszukiwaniu wody. Niosąc na plecach maty, z których zbuduje dom na jakimkolwiek kawałku ziemi. Prawdopodobnie nie nauczy się ani czytać, ani pisać. Będzie doiła kozy, szukała opału, męłła ziarno, ugniatała ciasto. Ale nim zajmie się tymi wszystkimi zajęciami domowymi, kiedy skończy dwa lata, któregoś dnia o świcie, zgodnie z tysiącletnią tradycją, cztery kobiety zabiorą ją pod jakieś drzewo, położą na ziemi, dwie z nich przytrzymają ją za ramiona, a pozostałe dwie rozsuną jej nóżki i będą trzymały mocno, gdy plemienna znachorka będzie okaleczała jej genitalia brudnym narzędziem. Zamknęła oczy, myśląc o tym. Przycisnęła ciałko niemowlęcia do swego ciała, jakby pragnąc je ochronić.

– Śpi? – spytał Mathias od progu.

Marina przytaknęła.

– Przyszła Samala. Teraz ja tu zostanę.

Bardzo ostrożnie podała mu dziewczynkę. Oddaliła się w stronę drzwi i usłyszała, jak Mathias mówi kilka słów po niemiecku, po cichutku, żeby jej nie obudzić.

– Wilkomen zum leben, meine lieblich Mädchen.

Marina odwróciła się do nich. I ten piękny obrazek znów ją poruszył: Mathias, taki masywny, europejski, wpatrywał się wielkimi, zielonymi oczami w malutką, czarną dziewczynkę, kołysząc ją w ramionach.

– Prawdopodobnie któreś z tych słów mamy zanotowane w notesie – odezwała się Marina od progu.

Mathias spojrzał na nią, czekając, aż sama je przetłumaczy:

– Witaj na świecie, moja ty śliczna dziewczynko.

* * *

– Mają chyba GPS-y w podwzgórzach – stwierdziła Marina, widząc idące przez pustynię afrykańskie kobiety.

Każdego ranka zadawała sobie to samo pytanie. Jak to możliwe, że potrafią znaleźć drogę w ciągnącym się kilometrami rozległym morzu piasku, w jej oczach wyglądającym zawsze tak samo, w którąkolwiek stronę spojrzeć? Ruchome kliniki organizacji przenosiły się z miejsca na miejsce, instalując się w pobliżu osad Afarów. Ale przychodziły też kobiety z odległych plemion. Wędrowały godzinami, orientując się, jak mówiły, dzięki pofalowaniom piasku i gwiazdom o świcie.

Marina obserwowała, jak kierują się powoli ku niej z niemowlętami przywiązanymi chustami na plecach i grupą dzieci w wieku od dwóch do ośmiu lat biegających dookoła nich. Afarki były smukłymi kobietami o wrodzonej elegancji, potrafiły zakrywać szczupłe ciała wielkimi, obszytymi lamówką chustami w desenie o żywych kolorach kontrastujących z czernią ich skóry.

– Ëndemën aderu – zwróciła się do nich.

Kobiety roześmiały się, słysząc powitanie Mariny w języku afar. Były niezwykle naiwne i zawsze pełne wdzięczności. Niektóre niemowlęta krzyczały wniebogłosy, wystawiając główki spośród fałd tkaniny. Prawdopodobnie po raz pierwszy widziały białą kobietę. Żadna z nich nie zapytała o ciężarną dziewczynę i Marina, pomagając sobie gestami i używając bardzo prostych słów, opowiedziała im po angielsku o wydarzeniach tej nocy.

– Czy wiecie, kto to jest? Czy ją znacie? – spytała.

Nic o niej nie wiedziały. Żadna kobieta nie zniknęła z osady, w której mieszkały. Mimo to poprosiła je, żeby poszły z nią za betonowy budynek, gdzie Mathias postawił leżankę z ciałem zmarłej dziewczyny przykrytym zielonym prześcieradłem. Może ją kiedyś spotkały. Marina musiała coś zjeść, wziąć prysznic, a przede wszystkim napić się wody, zanim zacznie przyjmować te kobiety i wielu innych pacjentów, którzy mieli nadejść w ciągu dnia.

Weszła do domu. Samala piekła indżerę, chleb, który w Etiopii jada się na śniadanie. Należała do miejscowego personelu zatrudnionego przez Lekarzy bez Granic i zajmowała się sprzątaniem pokoi, praniem, zakupami żywności i gotowaniem dla członków organizacji. Jej dzieci były już duże, przed pięciu laty owdowiała. Żyła w ciężkich warunkach w jednej z najbiedniejszych wspólnot sąsiedzkich, kebeles, w Addis Abebie, gdzie wszystkie wiadomości przekazuje się z ust do ust. Dzięki temu dowiedziała się, że europejscy lekarze zatrudniają miejscowy personel. Przede wszystkim szukali ludzi do pracy w logistyce, mężczyzn z prawem jazdy, znających się na budownictwie, elektryczności i hydraulice, potrzebnych do montowania ruchomych klinik w całym kraju. Ale ona i tak się stawiła, umiała gotować i sprzątać, robiła to całe życie. Codziennie przez dwa miesiące siadała pod drzwiami biura, mając nadzieję, że któregoś dnia biali lekarze będą jej potrzebowali. I pewnego poniedziałku jedna z zatrudnionych przez organizację kobiet po prostu przestała przychodzić. W ten sposób Samala weszła w skład wielkiej rodziny Lekarzy bez Granic. Od tego czasu upłynął już rok. Razem z odpowiedzialnym za miejscową logistykę Kalebem tworzyli zespół, który wraz z Mariną i Mathiasem brał udział w projekcie w zakresie żywienia dla matek i dzieci w Kotlinie Danakilskiej.

Marina domyśliła się, że Mathias opowiedział już Samali, co się wydarzyło, więc o tym nie wspomniała, tylko przywitała się z nią serdecznie. Podziękowała za śniadanie, wypiła duży łyk wody i poszła do sypialni.

Prysznic polegał na cieniutkim strumieniu wody, płynącym nie dłużej niż przez dwie minuty. Ale te dwie minuty dawały tyle przyjemności, że czasami Marina odliczała w myślach sto dwadzieścia sekund, aby nie myśleć o niczym innym, tylko o tym rzadkim skarbie pustyni, który spływał po jej ciele. Lecz umysł ludzki jest tak dziwny, że wbrew własnej woli przypomniała sobie lot LH2039 Lufthansy, który za trzy dni miał zawieźć ją z Addis Abeby „do domu”.

* * *

Siedząc na ziemi, oparte o ścianę ambulatorium, kobiety z dziećmi czekały, aż zostaną przyjęte przez lekarzy. Opowiadały sobie, co się wydarzyło tej nocy, i prowadziły nowo przybyłe do leżanki, na której spoczywała zmarła. Ponad sześćdziesiąt kobiet obejrzało zwłoki. Nikt nie wiedział, kim była ta dziewczyna.

O zmroku fetor śmierci był nie do wytrzymania.

Z okna kuchni, gdzie karmiła niemowlę butelką, Marina zobaczyła, że Kaleb położył bezwładne ciało Etiopki na tylnym siedzeniu jeepa należącego do organizacji.

Zatrzasnął drzwiczki, odpalił silnik i odjechał w głąb pustyni, aby kilka kilometrów dalej wykopać dół i pochować zwłoki, ułożywszy je w kierunku Mekki. Przykryje dół stosem kamieni, jak nakazuje rytuał Afarów, i pomodli się do Allacha.

Pył wzniecony przez jeepa całkiem opadł. Ten nieistotny fakt zaniepokoił Marinę. Poczuła, że serce jej przyspiesza, i odniosła wrażenie, że w ciągu kilku sekund temperatura powietrza znacznie się podwyższyła. Podczas dwunastu godzin, gdy zwłoki znajdowały się w domu, ta mała istota, którą trzymała na ręce, należała do zmarłej kobiety. I tak to przekazywano każdemu, kto przychodził do ambulatorium. Teraz, bez zwłok kobiety, dziecko było niczyje. Nikogo nie obchodziło. Gdyby płakało, było spragnione, głodne, miało mokro, chciało się poruszyć, żaden inny człowiek poza Mariną nie przyszedłby mu z pomocą. Ogarnął ją głęboki smutek wobec ogromnej samotności tej bezimiennej dziewczynki z Rogu Afryki. Poczuła się przygnębiona i winna, mimo że postąpiła tak, jak postąpiłby każdy lekarz. Ale niepokoiło ją nie to, tylko pytanie, które już sobie zadawała przy innych interwencjach medycznych w ciągu długich lat pracy w organizacji.

– Czy życie było najlepszym rozwiązaniem dla tej istoty ludzkiej?

Ujrzała siebie jako dumną, zachodnią lekarkę ratującą życie ludzi w pełnym nędzy Trzecim Świecie. Być może to wszystko było błędem i jedynie prawo natury powinno decydować o tym, kto ma przeżyć, a kto nie. I być może dziewczynka, którą kołysała w ramionach, powinna teraz spoczywać w pokoju, w ziemi, obok swojej mamy.

Marina przesunęła dłoń po czole i spróbowała odsunąć od siebie tę myśl.

– Dziwne, że nikt po nią nie przyszedł. Pewnie to niechciana córka, owoc gwałtu – oświadczył Kaleb.

Marina i Mathias nie spodziewali się takiego stwierdzenia i poczuli się nieswojo.

– Mogę ją zawieźć do sierocińca w Addis Abebie – kontynuował Kaleb.

– Poczekajmy jeszcze kilka dni, może ktoś po nią przyjdzie – odparła Marina. – Jeśli nikt się nie zgłosi, zostawimy ją w sierocińcu przed wyjazdem na lotnisko.

* * *

Wiatr uderzał w betonowy dom, w którym spali Marina, Mathias i dziecko. Mała ponownie rozpaczliwie zapłakała, jak to robią noworodki, gdy są głodne.

– To nienormalne. Naprawdę uważasz, że nic jej nie jest? – spytał zaniepokojony Mathias, otwierając oczy.

Dziewczynka obudziła się tej nocy już trzeci raz. Marina wzięła ją na ręce.

Mathias wstał. To do niego należało przyniesienie butelki z mlekiem.

– Teraz rozumiem, dlaczego mój starszy brat rozwiódł się rok po narodzinach syna.

– Moja siostrzenica płakała bez przerwy w dzień i w nocy – dodała Marina. – Któregoś dnia o czwartej nad ranem zdesperowani wsiedliśmy do samochodu, żeby jazda ją uspokoiła.

– I zasnęła? – spytał Mathias.

– Tak, zasnęła. Do momentu, kiedy zaparkowaliśmy i wyjęliśmy kluczyki ze stacyjki.

W ten sposób Marina i Mathias spędzili kolejne dwa dni i dwie noce. Prawie nie spali. Niosąc pomoc setkom kobiet i dzieci, które przybywały do ambulatorium, jednocześnie zajmowali się bezimienną dziewczynką, po którą nikt się nie zgłaszał.

* * *

Stary plecak Mariny był pełny. Pięć białych bluzek, trzy pary spodni w kolorach ziemi, bielizna, kurtka, kosmetyczka i afrykańska tkanina obszyta lamówkami w kolorze zielonym, żółtym i jasnofioletowym, którą kupiła z Mathiasem w Kongu i używała jako kapy na łóżko, gdziekolwiek pojechała. Otworzyła notes, włożyła do środka bilet i paszport i umieściła w bocznej kieszeni plecaka. Wyjęła z szafy stetoskop ojca. Miała go ze sobą w ponad trzydziestu krajach, w których pracowała. Zawsze ten sam. Nigdy nie chciała innego. Nie było sensu zabierać go na Majorkę, bo miała wrócić przed upływem tygodnia, ale bez tych starych słuchawek lekarskich nie ruszała się z domu. Ostrożnie zwinęła giętki przewód słuchawki, po czym schowała swój amulet i zamknęła plecak.

Noworodek leżał na łóżku i mimo że miał dopiero dwa dni, śledził oczkami ruchy Mariny. Pachniało indżerą. Marina oddaliła się na chwilę, żeby pójść po swoje śniadanie. Dziewczynka wydała z siebie cichy dźwięk. Marina odwróciła się i przyglądała się dziecku przez kilka sekund. Mała znów zakwiliła. Kobieta uśmiechnęła się, zrozumiawszy, że ją woła. Podeszła do łóżka. Uświadomiła sobie, że mała już ją rozpoznaje. Była z nimi od trzech dni. Słuchała ich głosów, śmiechu, codziennych rozmów. Marina usiadła przy niej i wzięła ją za rączkę. Dziewczynka zacisnęła piąstkę wokół wskazującego palca kobiety i zakwiliła, jakby chciała powiedzieć: „Zostań ze mną”.

– Pójdę po kawę i kawałek indżery z masłem i zaraz wracam. – Marina uspokoiła małą po hiszpańsku.

Dziecko ponownie zakwiliło.

– Zobaczysz, zaraz będę… i przyniosę ci też twoją butelkę.

Dziewczynka znów odpowiedziała.

Marina pogłaskała ją i mała mocniej ścisnęła jej palec. Ten subtelny gest, tak nieznaczny, typowy dla wszystkich dzieci na świecie, sprawił, że Marina zadrżała.

* * *

Jeep zagłębiał się w pustynię z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Kaleb znał drogę jak własną kieszeń i prowadził, opowiadając z dumą o swoich korzeniach tkwiących w regionie Keffa, skąd pochodzi kawa. Etymologia słowa mówi sama za siebie: caffa, kawa, jak zapewniał, patrząc zbyt często na Mathiasa, który siedział na miejscu pilota i przytakiwał lekko zaniepokojony prędkością, trzymając się jedną ręką deski rozdzielczej, a drugą uchwytu pod oknem.

Na tylnym siedzeniu Marina ze śpiącym niemowlęciem na ręce patrzyła przez okno na kilometry piasku, nie biorąc udziału w rozmowie. W oddali rząd wielbłądów obładowanych solą wędrował równolegle do horyzontu.

Minęli osadę koczowników, gdzie kobiety budowały szałasy. Niektóre układały kamienie na ziemi, tworząc podstawę, inne przytrzymywały konstrukcję z gałęzi mającą stanowić szkielet, podczas gdy niemowlęta siedziały na matach przeznaczonych na pokrycie dachu.

Jeep przejechał przez osadę. Dzieci pobiegły za samochodem, który zmniejszył prędkość.

– Hello, hello! – wołały radośnie. – Doktorze, doktorze!

Marina uśmiechnęła się do nich. Lubiła, kiedy ją rozpoznawały.

Kilometrami tylko piasek. Jeep zagłębił się w przepastny, rozpalony krajobraz. Zobaczyła pagórek z kamieni tworzący krąg – znak, że były tam pochowane zwłoki. Kaleb potwierdził. Pod tymi kamieniami spoczywało ciało matki dziewczynki śpiącej w ramionach Mariny.

Spojrzała na niemowlę. Tej nocy obudziło się pięć razy, a teraz, dzięki wstrząsom samochodu, smacznie spało. Zostało jeszcze siedem godzin podróży. Przejechali przez góry soli, jeziora siarki, po stokach wulkanu Erta Ale, aż wjechali na obszar w pobliżu granicy z Somalią.

Zobaczyli grupę Etiopczyków w wojskowych mundurach z kałasznikowami w rękach. Jeden z nich podniósł dłoń. Kaleb zatrzymał jeepa i opuścił szybę. Wojskowy podszedł, zerkając na boczne drzwi samochodu, do których przyczepiono wielkie, czerwone logo Lekarzy bez Granic. Wymienili parę słów po amharsku i Kaleb podał mu banknot o wartości dziesięciu birrów. Wojskowy uśmiechnął się uprzejmie do lekarzy i pozwolił im jechać dalej. Ta krótka chwila, kiedy stali, wystarczyła, aby dziewczynka poczuła brak ruchu. Obudziła się. Marina popatrzyła na nią i pogłaskała ją palcem po brodzie. Mała się uśmiechnęła. Marina powtórzyła gest i mała znów się uśmiechnęła. Poruszyła rączkami i przeciągnęła się w ten szczególny dla niemowląt sposób. Marina się zamyśliła. Coś ją na moment zaniepokoiło. Pochyliła się w stronę przedniego siedzenia.

– Nie ma imienia – powiedziała.

– Co? – spytał Mathias.

– Mała. Nie ma imienia – powtórzyła.

– Dadzą jej w sierocińcu – wtrącił Kaleb.

Marina z powrotem oparła się plecami o siedzenie. Dziewczynka zapłakała. Mathias odruchowo otworzył plecak i podał butelkę do tyłu.

W sierocińcu? Kto jej tam nada imię? „Imię jest ważne”, powiedziała do siebie w myślach.

Zastanowiła się, dlaczego rodzice dali jej na imię Marina. Nigdy ich o to nie zapytała. Będąc w klasie maturalnej, na zajęciach z łaciny odkryła, że „Marina” znaczy „kobieta urodzona w morzu”, i wywnioskowała, że to imię wybrał ojciec, który chełpił się w żartach, że jest lekarzem i marynarzem. „Jestem prawdziwym wilkiem morskim”, zwykł mówić z uczuciem, rozśmieszając córki, gdy wypływali swoją llaüt.

Dlatego doszła do wniosku, że swoje imię zawdzięcza miłości, którą Néstor, jej ojciec, darzył wody Morza Śródziemnego. Marina była córką człowieka morza, wilka morskiego.

Jej starszej siostrze nadali imię noszone przez wszystkie najstarsze córki w matriarchalnej rodzinie, w której się urodziła. Ana. Jednak do jej imienia dodano literę „n”, Anna, tak jak nazywa się Any na Majorce. Anna kontynuowała tradycję rodzinną i ochrzściła swoją córkę tym samym imieniem, które otrzymały jej praprababcia, prababcia, babcia, matka i ona sama, ale tym razem bez jednego „n”.

Głaszcząc niemowlę, Marina przypomniała sobie rozmowę z Anną, kiedyś, na którejś z plaż Majorki, o tym, jakie imię da swojej córce. Anna miała wielki brzuch. Wchodziła w trzydziesty ósmy tydzień ciąży i argumentowała z przekonaniem, dlaczego jej córka będzie miała na imię Ana.

– Moja córka będzie Ana. Bez drugiego „n”. To dla mnie jasne. Całe życie muszę poprawiać swoje imię na tablicach szkolnych i w dokumentach urzędowych, wolę jej tego oszczędzić. Po prostu Ana. Anita. – Była tego pewna. – Anita. Nazwiemy ją Anita.

Dziecko rozglądało się i krzywiło buzię, bo raziło je światło słoneczne wpadające przez okno.

– Potrzebne ci jest imię, dziecinko, ładne imię na całe życie – stwierdziła Marina.

Litery jej imienia przesuwały się powoli w jej myślach. M, A, R, I, N, A. Powtórzyła to z literami imienia siostry. A, N, N, A, i z literami M, A, T, H, I, A, S. Zauważyła, że cztery litery imienia jej i Mathiasa są takie same, podobnie jak dwie ostatnie litery imienia jej i siostry. Tak oto, bawiąc się literami, znalazła imię, które przez resztę życia miało nosić niemowlę kołysane przez nią w ramionach. Naomi.

* * *

Wreszcie w oddali zarysowały się kontury Addis Abeby. Luksusowe drapacze chmur u stóp zbocza góry Entoto. Marina westchnęła z ulgą. Była wyczerpana. Miała obolałe ciało i zdrętwiałe ręce od trzymania przez siedem godzin dziecka. Wjechali na lepszą, asfaltową drogę, przejechali obok szkieletu biurowca w budowie, gdzie setka robotników pracowała nad przyszłą, olśniewającą siedzibą Unii Afrykańskiej. Minęli hotele Hilton i Sheraton, pałac cesarski, stadion lekkoatletyczny, aż wjechali w aleję Churchilla. Otyły strażnik miejski wymachiwał rękami, usiłując zapanować nad ruchem. Dźwięk klaksonów. Taksówki. Samochody. Motocykle. Afrykanie ubrani w stroje od Armaniego. Piękne Etiopki w kostiumach i na szpilkach. Sklepy z rękodziełem. Wystawy z manekinami w ubraniach marki Nike. Turyści. Żebracy. Europejska aleja, fatamorgana w Rogu Afryki, która nigdy nie była Marinie obojętna, ile razy tu była… A obok tego luksusu rozciągała się nędza, setki glinianych bud krytych azbestem, bez bieżącej wody, prądu, jakiejkolwiek przyszłości.

Pojechali wijącą się uliczką, między stadami kóz i małymi bazarkami pełnymi ludzi, aż dotarli do polnej drogi. Przejechali półtora kilometra, oddalając się od centrum miasta, znów zagłębiając się w prawdziwą Etiopię. Droga prowadziła ku polom zbóż, na których pochylone kobiety zbierały plony. Jeszcze półtora kilometra i dotarli do rozpadającego się budynku w bladoróżowym kolorze. Państwowy sierociniec Minem Aydelem Children Orphanage.

Kaleb zaparkował. Marina patrzyła przez zakurzoną szybę na nędzny dom, w którym mieścił się sierociniec. Mathias otworzył drzwi samochodu. Wahała się przez kilka sekund, badając wzrokiem otoczenie. Wydało jej się wyjątkowo smutne. Spojrzała na dziewczynkę, która nadal spokojnie spała na jej rękach.

– Jaka cisza – zdziwiła się.

Wysiadła z samochodu, starając się nie obudzić małej. Podeszli do drzwi sierocińca. Mathias zastukał. Otworzyła im Etiopka o dobrodusznym spojrzeniu.

– Mówisz po angielsku? – spytała Marina.

Kobieta przytaknęła. Marina wytłumaczyła jej, kim są i w jaki sposób Naomi przyszła na świat. Jednocześnie, nieświadomie, obserwowała milczące niemowlęta w żelaznych łóżeczkach, wypełniających korytarz. Niektóre nie spały i patrzyły przed siebie, w pustkę. Śmierdziało moczem, zjełczałym mlekiem i niemowlęcymi kupami. Cisza tego miejsca nie spodobała się jej. Zbyt duża cisza jak na schronisko dla dzieci pozbawionych rodziców. Było to najbardziej ponure miejsce, jakie kiedykolwiek widziała przez wszystkie lata współpracy z organizacją. Jej ręce leczyły okaleczone dzieci z Konga, dzieci zarażone ebolą, wycieńczone dziewczynki, które przebyły długą drogę, uciekając do Sudanu przed wojną. Ale zawsze wykonywała swoją pracę pod uważnym spojrzeniem ich matek, babci, brata, jakiegoś krewnego. Nigdy dotąd nie była w miejscu takim jak to, gdzie dzieci nie płakały, niczego się nie domagały, z nikim nie nawiązywały kontaktu wzrokowego.

Kobieta wskazała łóżeczko, w którym miała zostawić Naomi. Połamane, żelazne łóżeczko z plastikowym materacem, na razie bez prześcieradła, obok łóżeczka równie malutkiego niemowlęcia. Marina poszukała wzrokiem Mathiasa. Naomi, pogodna, przeciągała się z zamkniętymi jeszcze oczkami. Mathias zbliżył dłoń do buzi dziewczynki i pogłaskał ją. Przyglądał jej się przez chwilę, pocałował ją w policzek i położył na ceratowym materacu w zepsutym łóżeczku. I wtedy Marina poczuła nagle, że serce pęka jej na tysiąc kawałków.

Odwróciła się w stronę drzwi i odeszła ze spuszczoną głową. Nie oglądając się za siebie. Budząc się, Naomi kwiliła po cichutku, w oczekiwaniu na ramiona kobiety, która kołysała ją przez pierwsze trzy dni jej życia. Nagle wydała z siebie głośniejszy dźwięk. Jeszcze jeden. Krzyknęła. Jeszcze raz. I rozpłakała się w głos, chcąc wtulić się w znajome ramiona. Marina przymknęła oczy. Miała serce w tysiącu kawałkach. Poczuła rozpaczliwy żal, mieszający się z gniewem, wstydem i smutkiem. Wychodząc z sierocińca, słyszała histeryczny płacz małej. Poczuła ucisk w piersi i westchnęła, a westchnienie przeszło w szloch. Wzięła głęboki oddech, kierując się do jeepa. Dopiero teraz zrozumiała ciszę sierocińca. Nie było w tym miejscu wystarczająco dużo rąk, aby ukoić płacz pięćdziesięciu niemowląt pozostawionych w łóżeczkach. Płakały przez pierwsze dni, aż przyzwyczajały się do pustki i stopniowo milkły.

Kaleb włożył kluczyki do stacyjki. Siedzący na miejscu pilota Mathias spojrzał ze smutkiem na Marinę. Wsiadła, zamknęła drzwi i otworzyła okno. Płacz Naomi był tak głośny, że słychać go było w samochodzie. Kierowca ruszył. Nagle Marina odwróciła się w stronę zniszczonego budynku w bladoróżowym kolorze.

– Zatrzymaj się.

– Jak to? – spytał kierowca, nie rozumiejąc.

– Proszę cię, zatrzymaj samochód, Kalebie.

– Marino, pozostało niecałe dwie godziny do odlotu – powiedział Mathias.

– Zatrzymaj się – powtórzyła.

Kaleb zahamował. Marina otworzyła drzwi i pobiegła do sierocińca. Odszukała żelazne łóżeczko, w którym niepocieszona Naomi rozpaczliwie płakała. Wzięła ją na ręce i przytuliła do siebie.

– Spokojnie – szepnęła łagodnie. – Jesteś głodna, prawda, malutka? Prawda, Naomi?

Ostatni raz dostała butelkę cztery godziny temu. Dziewczyna obok, o wiele za duża, aby nadal leżeć w niemowlęcym łóżeczku, obserwowała je smutnymi oczami.

Z Naomi na rękach Marina wyszła tylnymi drzwiami. Znalazła się na małym podwórku, na którym stał betonowy barak, skąd dobywał się dym z zaimprowizowanego paleniska. Wewnątrz jakaś kobieta stawiała na ogniu wielki gar z brudnymi butelkami na mleko. Usłyszała płacz Naomi i zwróciła się w ich stronę.

– Przepraszam – odezwała się Marina – czy może mi pani dać mleko dla małej?

Nie zwracając uwagi na Naomi, kobieta podeszła do drewnianej półki, na której stała duża puszka z mlekiem w proszku.

– Kiedy się wygotują, przyniosę pani butelkę – powiedziała, pokazując gar.

– Amesegënallô – podziękowała Marina.

Amharka uśmiechnęła się na ten wyraz szacunku, który okazała jej biała kobieta, dziękując w języku tubylców.

Naomi nadal płakała. Marina zmieniła ułożenie dziecka przytulonego do jej piersi tak, aby mogło się rozglądać. Pokołysała je, przeszła podwórzem i zajrzała przez okno. Wewnątrz dostrzegła dziesięcioro milczących dzieci w łóżeczkach.

Głodna Naomi płakała coraz głośniej, a Marinę z każdą chwilą bolało to bardziej. Żałosny płacz niemowlęcia przeniknął ją do głębi. Nigdy dotąd nie czuła się tak bardzo potrzebna drugiej istocie. Niepostrzeżenie łza spłynęła po jej policzku. Cicho zanuciła małej do ucha A la nanita nana, kołysankę, którą babcia Nerea śpiewała jej w łagodne noce na Majorce.

* * *

Kontrola paszportowa międzynarodowego lotniska w Addis Abebie była przeciążona. Uśmiechnięte stewardesy towarzyszyły dumnym pilotom, chińscy biznesmeni ściskali dłonie swoim afrykańskim kolegom, obładowani walizkami turyści wybierali wśród wędrownych sprzedawców, a sprzątaczki nieustannie zamiatały futurystyczny budynek, w którym mieściło się lotnisko. Marina czekała w kolejce, trzymając Mathiasa za rękę.

Kiedy zdjął ze swoich ramion plecak Mariny, ona chwyciła swój warkocz i przełożyła go do przodu, aby mógł umieścić ekwipunek na jej plecach.

– Będę za tobą tęsknił.

– Nie dłużej niż dziesięć dni – odpowiedziała, stając na palcach i przybliżając usta do jego ust.

Odwróciła się i odeszła w kierunku kontroli paszportowej. Mathias zrobił kilka kroków i ją zawołał. Zawróciła, a on chwycił jej rękę.

– Kochasz mnie? – szepnął.

Marina spojrzała na niego ze zdziwieniem. Była prawdziwie zaskoczona, tak jakby te proste słowa były ostatnią rzeczą, której się spodziewała w tej chwili. Objęła go.

– Oczywiście.

– To mów mi to, proszę cię. Od czasu do czasu.

Marina pogłaskała go po policzku. Była świadoma swoich braków, nie była kobietą czułą, która często okazuje uczucia. Raczej powściągliwa i dyskretna w związkach. Był to zarzut, który wielokrotnie słyszała w ciągu swego życia. Z natury wierna i prostolinijna, kochała jak każda kobieta, być może mniej namiętnie, ale z całą szczerością, do jakiej była zdolna. Mathias miał tego świadomość, podobnie jak tych niewielu mężczyzn, z którymi była w życiu związana. Objęła go mocno i szepnęła:

– To tylko słowa. Ale jeśli tego pragniesz, mogę ci je mówić codziennie, co noc, ile tylko zechcesz.

– Wystarczy od czasu do czasu.

Z ust Mariny popłynęły ostatnie słowa.

– Ich liebe dich.

* * *

Etiopska książka kucharska, taki tytuł miała książka, którą Marina trzymała w ręce w sklepie wolnocłowym w terminalu lotniska. Kupiła ją. Wyszła ze sklepu i podczas szukania bramki wejściowej na pokład samolotu jej wzrok przyciągnął napisany wielkimi literami slogan mający na celu zainteresowanie turystów krajem: „Witajcie w Etiopii, kolebce ludzkości”. Tak paleontolodzy ochrzcili Etiopię. To kraj, w którym odkryto szkielet pierwszej kobiety na Ziemi, pochowanej ponad trzy miliony lat temu. Marina nie mogła powstrzymać się od wspomnienia matki Naomi, spoczywającej w piasku pustyni.

Podeszła do bramki. Była jeszcze zamknięta. Usiadła na nowoczesnej, przezroczystej, długiej ławie obok innych pasażerów oczekujących na lot do Europy.

Na ilu lotniskach już czekała? Do ilu samolotów wsiadła w życiu? Do ilu jeszcze wsiądzie? Loty międzynarodowe na pięć kontynentów, loty krajowe, loty małymi śmigłowcami do odległych miejsc. Takie życie prowadziła oddana pracy humanitarnej od dziesięciu lat, przenosząc się z kraju do kraju.

Przyjazd do Etiopii paradoksalnie oznaczał odnalezienie stabilizacji. Organizacja Lekarze bez Granic działała tu od dwudziestu lat. To jedyny kraj, w którym prowadziła stałą misję, gdyż tutejsza sytuacja uważana była za permanentnie kryzysową ze względu na stałe niedożywienie dużej części ludności. W wieku czterdziestu trzech lat Marinie zaproponowano na rok stanowisko szefa misji w afrykańskim kraju. Od tamtej pory upłynęły już prawie trzy lata…

Wyjęła z kieszeni książkę kucharską i przesunęła dłonią po okładce. Otworzyła książkę i przekartkowała. Na pierwszej fotografii afrykańska kobieta ugniatała ciasto na chleb. Do zdjęcia dodano przepis na to podstawowe danie Etiopczyków.

Dźwięk startującego samolotu sprawił, że Marina skierowała wzrok na płytę lotniska. Niebieskie niebo. Żadnej chmurki.

Annie ta książka się spodoba. Już jako małe dziewczynki obie pomagały babci Nerei w wyrabianiu ciasta na chleb. Każdego popołudnia, kiedy wracały ze szkoły, babcia już na nie czekała. Na długim, drewnianym stole przygotowywała wszystkie składniki do ciemnego chleba z żytniej mąki, pa moreno amb farina de xeixa, który, jak twierdziła, był niezwykle pożywny. Mieszały wodę z mąką i wciskały palce do masy. Wprost nie do wiary, ale po tylu latach nadal pamiętała proporcje składników do pa moreno. I kontakt palców z ciastem. I zapach. Zapach świeżo pieczonego chleba, który rozchodził się po całym domu i przenikał do jej serca. Zapach jej domu.

Your attention, please. This is a boarding announcement for flight number 2039 destination Frankfurt. Please, passengers proceed to gate number eleven.

2

PRZYJAŹŃ LUB CZAPATI

SKŁADNIKI

200 g mąki

pół łyżeczki drobnej soli

łyżka oliwy z oliwek

filiżanka ciepłego mleka lub wody

PRZYGOTOWANIE

Połącz mąkę z solą. Dolej oliwę i wymieszaj. Powoli dolewaj wodę, mieszając, aż ciasto będzie gładkie i przestanie się kleić do palców. Odstaw ciasto na pół godziny, żeby odpoczęło. Uformuj małe kuleczki i rozwałkuj je na cieniutkie placki. Rozgrzej suchą patelnię, połóż na niej czapati. Kiedy na cieście pojawią się małe pęcherzyki, odwróć placek. Ciasto będzie powoli puchło. Gdy się zrumieni, zdejmij je z patelni.

* * *

Marina zapięła pasy. Była zmęczona. Ostatnie dni należały do intensywnych. Oparła głowę na oparciu i wyjrzała przez iluminator. Mathias pewnie dojeżdżał już do miasta. Tej nocy będzie spał w apartamencie, który organizacja wynajmowała dla swojego personelu w Addis Abebie. Wyobraziła go sobie popijającego moritza w towarzystwie Sigfrieda, również współpracownika organizacji, ich wspólnego przyjaciela, fanatyka klubu sportowego Bayer Leverkusen i Michaela Schumachera. Przyjaciela, któremu obiecali pewnej nocy, wypiwszy o dwa piwa za dużo, że jeśli kiedyś się pobiorą, to zostanie ich drużbą.

W apartamencie będzie też Bask Aritz Goikoetxea, inżynier i surfer, wspominający z nostalgią fale w Mundaka, i Ona, katalońska księgowa, która wieczorami koiła tęsknotę inżyniera piosenkami Serrata.

Oczywiście będzie też Manolo, uroczy sewilczyk (z dzielnicy Triana, co zawsze podkreślał), zajmujący się logistyką, wytatułowany od stóp do głów były najemnik. Z pewnością przygotuje tortillę z kartofli, z dużą ilością cebuli; podzieli się ze wszystkimi, chcąc szczególnie zrobić wrażenie na nowej współpracownicy organizacji, pretensjonalnej Francuzce, która niedawno dołączyła do projektu.

Marina pomyślała, że chętnie by ich zobaczyła. Zawsze spotykała się z nimi z przyjemnością, tak jak z innymi członkami organizacji, którzy wymieniali się w ramach misji medycznych prowadzonych w sytuacjach kryzysowych na całym świecie. Tworzyli wielką rodzinę, rodzinę ludzi samotnych, jej rodzinę.

Rozległ się warkot silników, Marina zamknęła oczy i samolot wystartował.

Kolory. One pierwsze rzucały się w oczy, kiedy wracała do Europy. Od roku nie wyjeżdżała z Afryki, gdzie, mimo krańcowej biedy, wszystko zdawało się być pomalowane na radosne kolory: pomarańczowy, zielony, żółty… Wysiadając na lotnisku we Frankfurcie, odniosła wrażenie, że świat zgasł. Wydawał się smutny. Niebo prawie zawsze zaciągnięte chmurami przykrywało miasto będące hiperłączem dla setek Europejczyków w garniturach, którzy mijali się, nie patrząc na siebie, z czarnymi walizkami w rękach.

Marina przeszła szybkim krokiem przez mrowie anonimowych, szarych ludzi do bramki numer 45A, aby wejść na pokład samolotu do Barcelony.

Wychodząc z terminalu drugiego na lotnisku w Prat, zauważyła wydobywającą się z jej ust parę. Zapadła już noc. Roztarła zimne dłonie. Chuchnęła w nie i podciągnęła suwak kurtki. Zawsze silnie reagowała na nagłe zmiany temperatury. Miała nauczkę w zeszłym roku, kiedy pojechała z Mathiasem na święta do jego rodziny, do Berlina. Przeniosła się wtedy w ciągu kilku godzin z czterdziestu stopni gorąca w Etiopii do minus dziesięciu w Niemczech, co skończyło się najgorszą grypą w jej życiu.

Rozejrzała się i od razu rozpoznała rozklekotanego białego mercedesa swojej przyjaciółki Laury, dyskutującej ze strażnikiem miejskim. Niezależnie od tego, ile czasu by miało upłynąć, choćby całe lata, Laura zawsze czekałaby na nią w swoim starym, białym gracie.

Marina przyśpieszyła kroku i podbiegła do przyjaciółki, która już otwierała uczynnie bagażnik, mówiąc do strażnika: „Widzi pan? Przecież mówiłam, że zaraz będzie”.

Uściskały się, a tymczasem strażnik odszedł, kiwając głową i mrucząc coś pod nosem.

Szybko wsiadły do samochodu i oczywiście ledwo Laura przekręciła kluczyk w stacyjce, ze starej kasety zabrzmiała piosenka Leonarda Cohena. Marina uśmiechnęła się, słysząc Kanadyjczyka. Wjechawszy na A7, przyjaciółka przyśpieszyła.

Laura miała pięćdziesiąt lat i pracowała w jednostce zajmującej się poradnictwem psychospołecznym, w głównej siedzibie Lekarzy bez Granic na Hiszpanię, w starym budynku w barcelońskiej dzielnicy Raval.

Kiedy w 1971 roku utworzono w Paryżu tę pozarządową organizację, okazało się niebawem, że ludzie wracający z misji potrzebują pomocy psychologicznej. Nie jest łatwo powrócić do dawnego trybu życia naocznym świadkom horroru, okaleczeń, klęsk głodu i wszystkich potworności świata, któremu usiłowali nieść pomoc. Dlatego wkrótce zadecydowano o utworzeniu specjalnego departamentu, aby ułatwić współpracownikom organizacji powrót do pracy w kraju, bez lęków i traumy.

Nikt nie był zmuszany do terapii z Laurą, ale większość miała z nią w końcu do czynienia. Aby się wygadać, wypłakać, spróbować zrozumieć. Aby poszukać odpowiedzi.

Pięćdziesiąt pięć procent wyjeżdżających na pierwszą misję postanawiało po powrocie zaniechać pracy dla organizacji. Siadali w przytulnym gabinecie Laury rozbici i zawstydzeni i przyznawali, że nie są psychicznie przygotowani do dalszych interwencji na terenach objętych konfliktem. Tamtejsza rzeczywistość okazała się dla nich zbyt trudna. I to była prawda. Nie jest łatwo patrzeć na dzieci umierające z głodu i pragnienia, słuchać rozdzierającego płaczu ich matek, opatrywać młodych, zakrwawionych żołnierzy.

Dziesięć lat wcześniej Marina usiadła w fotelu, w gabinecie Laury, po powrocie ze swojej pierwszej misji. Wróciła po sześciu miesiącach udziału w programie opieki zdrowotnej nad matką i dzieckiem w indyjskim stanie Ćhattisgarh. Po minucie rozmowy Laura wiedziała już, że Marina należy do tych czterdziestu pięciu procent współpracowników Lekarzy bez Granic, którzy nie zrezygnują. Obecnie Laura nadal była psychologiem Mariny, ale w miarę upływu lat coraz trudniej było rozpoznać, kto był kim w relacji pacjentka – terapeutka. Nie wiedziały, kiedy zawiązała się między nimi silna przyjaźń.

Biały mercedes zjechał w dół Ramblą de les Flors. Była prawie dziesiąta wieczorem. Sobota. Mimo zimna Rambla pełna była turystów, a sklepy spożywcze nadal były otwarte, zagraniczni goście wchodzili i wychodzili z hoteli, oszklone restauracje pękały w szwach, młode, wystrojone dziewczęta uśmiechały się do swoich telefonów komórkowych. Afrykańczycy przemieszczali się w grupkach, obładowani wielkimi, białymi torbami pełnymi podrabianych ubrań, Hinduski w sari przechadzały się, trzymając za rękę swoje dzieci, poważni Maghrebczycy… Barcelona.

Pojechały ulicą Hospital, aż do Rambli del Raval i zaparkowały.

– A co u Mathiasa?

– W porządku. Nadal tworzymy dobry zespół – odparła Marina z uśmiechem.

Weszły po schodach starego budynku, gdzie mieszkała Laura. Znalazły się w mieszkaniu, w którym niewiele pozostało z wprowadzanych przez nią przed laty zasad feng shui. Przytulnemu chaosowi panującemu w domu winna była prześliczna dziewczynka z jasnymi lokami, która podbiegła teraz do matki.

– Córeczko, dlaczego nie śpisz o tej porze?

– Chciała na panią poczekać. Usiłowałam ją położyć, ale mowy nie było, przykro mi – powiedziała młoda, łagodna Tybetanka, słabo mówiąca po hiszpańsku.

Osiemdziesięciometrowy loft był wypełniony książkami psychologicznymi i obwieszony pogryzmolonymi kartkami i dziecięcymi rysunkami. Wszędzie zalegały lalki Barbie, inne zabawki i kredki świecowe. Kaloryfery zawsze były gorące.

– Jest śliczna – odezwała się Marina, patrząc na chrześniaczkę, której nie widziała od prawie półtora roku.

– To pewnie prawo kompensacji – odpowiedziała Laura z przekąsem, co jej się czasem zdarzało.

Jej córka była blondynką o bladej cerze i bardzo jasnych oczach. Słowiańska uroda, wręcz niezwykła, biorąc pod uwagę typ jej matki. Raczej nieatrakcyjna Laura miała szerokie czoło, małe oczy, wydatny nos i cienkie, siwiejące włosy. „Inteligentna, to pewne, ale brzydka jak sam grzech, biedaczka”, powiedział jej ojciec, gdy była dzieckiem, w któreś z tych świąt, kiedy wypito za dużo. To krótkie zdanie utkwiło w sercu Laury i oczywiście nawet psychologia, którą studiowała latami, nie zdołała go usunąć.

Laura zapłaciła trzydzieści euro Tybetance. Kobieta wzięła swoją torebkę i wyszła dyskretnie, jak przystało na Azjatkę.

– No, pora spać. Czy ty wiesz, która jest godzina?

Dziewczynka podbiegła do tatami, które dzieliła z matką. Marina i Laura również poszły, aby się z nią położyć. Mimo że miała już sześć lat, nadal ssała palec. Była to przyjemność, której matka nigdy jej nie broniła. Mała włożyła palec do buzi i spojrzała na chrzestną szeroko otwartymi oczami, prosząc o bajkę.

– Zaraz, zaraz. – Marina jeszcze nigdy w życiu nie opowiedziała żadnej bajki. – Pewnego razu…

Nic nie przychodziło jej do głowy.

– Wiesz, kochanie… Nie umiem opowiadać bajek. Mama zrobi to lepiej.

Laura się roześmiała.

– Nie, poczekaj. Już mam – kontynuowała Marina. – Była sobie księżniczka, która mieszkała w dalekim kraju zwanym Etiopią. Nazywała się Naomi i miała czarną skórę. Mieszkała pośród uprawnych pól, w domu w kolorze… w kolorze różowym.

– Różowym? – spytała dziewczynka, wyjmując palec z buzi.

– Zamknij oczy – poleciła córce Laura.

Marina mówiła powoli, ściszając głos coraz bardziej, wymyśloną, pierwszą bajkę w swoim życiu, aż dziewczynka zasnęła.

Wstały z tatami i rozstawiły parawan.

– Sama nie wiem… to całe wspólne spanie… ile lat będzie to jeszcze trwało. Kopie mnie, że aż strach.

Laura w pełni przeżywała swoje macierzyństwo. I w pełni naprawdę oznaczało w pełni. Nim zaszła w ciążę, pracowała bez przerwy przez piętnaście lat. Nie była kobietą pozwalającą sobie na wiele przyjemności, zaoszczędziła więc wystarczająco dużo pieniędzy, aby móc, po wykorzystaniu przysługujących jej krótkich czterech miesięcy urlopu macierzyńskiego, poprosić o dwuletni urlop wychowawczy, podczas którego całkowicie poświęciła się córce. Karmiła ją piersią na zawołanie przez dwa lata. Nosiła ją zawsze w mbotou, tradycyjnym nosidełku afrykańskim, które Marina kupiła jej w małym sklepiku w Kongu, nad rzeką Ebolą. Bardzo rzadko używała wózka dziecięcego, prezentu od kolegów z organizacji. No i oczywiście od dnia urodzin małej matka i córka sypiały razem.

Poza tym od chwili urodzenia się małej Laura zwracała się do niej jak do osoby dorosłej. Nie było mowy o używaniu zwrotów w trzeciej osobie ani o „dzidziuniach”, „kupeczkach” i „babciuniach”. Była przekonana, że forma zwracania się do dziecka ma związek z rozwojem jego inteligencji. I prawdą było, że dziewczynka posługiwała się wyjątkowo bogatym słownictwem jak na swoje sześć lat.

– Co chcesz na kolację?

– Coś lekkiego, mój żołądek jeszcze się nie pozbierał po locie.

– Zrobimy czapati? Mam też trochę sałaty.

Laura wyjęła mąkę z szafy, a Marina wałek do ciasta z szuflady. Wiele razy przygotowywały razem ten prosty indyjski chleb. Laura nie widziała sensu w codziennym kupowaniu pieczywa, jeśli z mąki, wody i soli w dziesięć minut mogła przygotować własne.

– Kim jest ta etiopska księżniczka? – spytała, dolewając szklankę wody do mąki.

Marina spojrzała na nią porozumiewawczo. Niewiele umykało uwadze przyjaciółki.

– Przyjmowałam poród, jej matka umarła – odpowiedziała szybko, wyrabiając ciasto.

Laura milczała, pozwalając jej mówić.

– Czasem wydaje mi się… – Marina zamyśliła się, nie przestając zagniatać ciasta. – Być może ta dziewczynka nie powinna była przeżyć.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Lläut (kat.) – typowa dla Balearów łódź kabinowa (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

Teff – miłka abisyńska – gatunek rośliny zbożowej rosnącej w północno-wschodniej Afryce. [wróć]

Mogogo – ceramiczna patelnia do smażenia naleśników, jej oryginalna wersja pochodzi z Etiopii i Erytrei: to okrągła płyta gliniana obramowana niskimi brzegami do smażenia na ogniu kwaśnych podpłomyków o nazwie indżera. [wróć]

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Cytrynowy chleb z ziarnkami maku 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy