Damy ze skazą

Damy ze skazą

Autorzy: Kamil Janicki

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 432

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 31.99 zł

ICH AMBICJA POZWOLIŁA ZBUDOWAĆ IMPERIUM.

ICH DUMA UNICESTWIŁA KRÓLESTWO.

 

Matylda to dziedziczka najpotężniejszej dynastii świata. Głupota rodzonego brata zamienia jej życie w piekło. Nieodpowiedzialny szczeniak z koroną na głowie przegrywa ją podczas partii kości.

Rycheza angażuje cały swój spryt i nieustępliwość, by zmazać hańbę matki. Przybywa do kraju rządzonego przez ogarniętego obsesją tyrana. To ona zrobi z niego bohatera. I ona zapewni mu królewską koronę.

Przedsława, zgwałcona i odarta z marzeń przez nienawistnego furiata, poprzysięga zemstę. Za jej sprawą na rodzące się polskie mocarstwo spada klątwa.

Poznaj historię polskiej korony, odartą z mitów i fałszerstw. W świecie pełnym nienawiści, w którym ludzkie życie jest warte tylko tyle, ile gotowi są za nie zapłacić handlarze niewolników, te wielkie damy zrobią wszystko, by zdobyć sławę silniejszą od śmierci.

Urażona duma, poniżenie, zdrada, której nie wolno wybaczyć. Grzechy ludzi zbyt ambitnych, by uznać własne potknięcia, zepchną cały ród i imperium na drogę prowadzącą ku zagładzie. I tylko kobiety będą mogły je uratować.

 

Maćkowi G.,

Towarzyszowi niedoli,

wyrozumiałemu wydawcy,

Bezprymowi polskiego rynku książki.

MATKA CHRZESTNA KRÓLESTWA

CESARZÓWNA MATYLDA

Poznań, listopad 1031 roku

Ciężkie, lodowate krople deszczu smagały twarz i dłonie, przyprawiając Rychezę o dreszcze. Listopadowy wiatr, zimny i nieustępliwy, mierzwił jej włosy. Dym pożarów wdzierał się do oczu, wyciskając łzy. Ciekły po policzkach, zmieszane z sadzą i deszczem. To nie były jednak łzy kobiety przegranej, zdezorientowanej ani bezsilnej. Całe ciało Rychezy pulsowało jednym, obezwładniającym uczuciem. Była wściekła.

Szybkim krokiem przemierzała dziedziniec poznańskiego pałacu. Jej trzewiki grzęzły w potokach krwi zmieszanej z jesiennym błotem. Zaraz za nią sunął Embrycho. Jak zawsze wierny i niezawodny. W rękach trzymał płaszcz i wciąż próbował ją przekonać, by się nim opatuliła. Zziębnięta Rycheza wiedziała jednak, że teraz nie wolno jej się kulić pod miękkim materiałem. Nie wolno okazać słabości. Szła dumnie wyprostowana. Nawet gdy kątem oka dostrzegła stos zwęglonych ludzkich ciał, nie odwróciła wzroku. Nie zatrzymały jej ani ohydny swąd palonych włosów, ani świadomość, że wśród pohańbionych trupów są członkowie jej świty. Nie zawahała się, gdy powietrze przeciął wrzask jednej z jej służących. Nastoletniej dziewczyny ciągniętej za włosy przez dwóch skandynawskich drabów prosto do pustej, ciemnej szopy pod wałem.

Była już pod samą bramą pałacu. Strażnicy, z szyderczymi uśmieszkami na twarzach, zastąpili jej drogę.

– Dokąd to, paniusiu? Nie pomyliłaś drogi? – rzucił jeden z nich, wyraźnie podchmielony. Drugi już wyciągał ku niej swoje brudne, utytłane krwią łapy. Wystarczyło jedno spojrzenie Rychezy, by jego dłonie zastygły w powietrzu w kuriozalnej pozie.

– Jestem królową tej ziemi, a ty zagradzasz drzwi mojego domu. Precz – wycedziła z pogardą. Nie musiała dodawać nic więcej. W jej głosie brzmiała cesarska duma i nieustępliwość. Siła woli przynależna tylko potomkini rzymskich imperatorów. Żaden kmiot nie ośmielił się już stanąć jej na drodze. Po kamiennych schodach wspięła się na piętro rezydencji. Wytarła twarz chustą i rzuciła ją na ziemię. Rzecz jasna nie zapukała.

Obrzydzenie raz jeszcze odmalowało się na jej twarzy. Na wielkim królewskim łożu, wśród puchowych poduch i pierzyn leżała ta kreatura. Bezprym. Widząc gości, mężczyzna podniósł się nieznacznie na łokciach i założył nogę na nogę. Wstawać jednak nie zamierzał.

– Ach, Rykso! Jak miło znowu cię widzieć – rzucił, natychmiast wybuchając śmiechem. Wystudiowanym, sztucznym i nieco szczekliwym. – Oj, nie krzyw się tak – ciągnął dalej. – Chyba nie dziwisz się mojej wesołości? Kiedy twój mężulek skazywał mnie na wygnanie, raczej nie sądził, że tak szybko wejdę mu z buciorami do łóżka. Ty pewnie też nie spodziewałaś się mnie w swojej sypialni, co? Tylko po co ci to towarzystwo, nie lepiej zostać sam na sam?

Rycheza już nawet na niego nie patrzyła. Skinęła na Embrycha, wskazując stojącą przy ścianie skrzynię. Sługa skłonił się, podszedł do kufra i wyciągnął z niego butelkę czerwonego wina. Znalazł złocony kielich, napełnił go i podał królowej1.

Bezprym, niezrażony, kontynuował swój monolog.

– No dobrze, dobrze, przejdźmy do rzeczy. Zastanawiasz się pewnie, po co cię tu wezwałem… – urwane w połowie zdanie zawisło w powietrzu, domagając się odpowiedzi. Ta nie nadeszła. Rycheza stała obrócona do okna. Wydawało się, że całą swoją uwagę koncentruje na rozpościerającej się przed nią panoramie Poznania. Deszcz ustał. Teraz krzyki mordowanych mężczyzn i gwałconych kobiet było słychać znacznie wyraźniej. Nad grodem na nowo zabłysły też łuny pożarów.

Rycheza jako dziedziczka niemieckich imperatorów nie zamierzała dać sobą bezkarnie pomiatać. Poprzysięgła zemstę.

Rysunek wykonany przez Kamila Jadczaka

Bezprym wyszczerzył zęby. Rycheza nie widziała tego, ale też nie musiała. Triumfalny ton jego głosu zdradzał wszystko.

– Widzę, że się niecierpliwisz, więc już nie kluczmy. Nie chciałbym przecież zranić twoich uczuć. Przybyli posłowie z Czech i sądziłem, że będziesz chciała się dowiedzieć, co tam u mojego ukochanego brata, a twojego męża… Dziwna sprawa, ale nie przyjęli go z otwartymi ramionami…

Mężczyzna znów urwał, ale jeśli oczekiwał reakcji, to ponownie się przeliczył. Rycheza stała w milczeniu. W półmroku, jaki panował w komnacie, robiła wrażenie raczej marmurowego posągu niż żywego człowieka. Fakt, że Rycheza jest istotą z krwi i kości, zdradzała tylko dłoń powoli unosząca kielich z winem do ust.

– Jeśli dobrze słyszałem – kontynuował Bezprym, już nieco zirytowany tym, że królowa popsuła mu spektakl – to wszystko sprowadza się do rzemieni. Schwytali naszego drogiego Mieszka na jakimś wiecu, związali mu klejnoty tymi rzemieniami, no i zaczęli zaciskać. Biedaczek krzyczał, wyrywał się, ale sama wiesz, jak to jest. Czasem można prosić o przebaczenie, a i tak nic z tego nie wyniknie. Oszczędzę ci szczegółów, nie chciałbym przecież, żebyś mi tu zemdlała… W każdym razie w łożnicy Mieszko już ci się na niewiele przyda…

Rycheza dopiła wino, odłożyła kielich i powoli odwróciła się w stronę Bezpryma. Na jego twarzy na nowo zagościł szyderczy uśmiech. Wreszcie mógł zasmakować zwycięstwa. Poniżyć ją. Zobaczyć łzy w jej oczach.

– Ach, widzisz, widzisz… – ciągnął głosem, który miał chyba brzmieć zalotnie. Ale nie brzmiał. Jego sapanie przywodziło na myśl raczej wieprza w rui niż dworskiego amanta. – Dlatego właśnie czekałem w łożu. Ktoś przecież powinien je dla ciebie zagrzać… Najwyższa pora uszanować decyzję naszych rodziców. Może i trzy dekady po fakcie, ale lepiej późno niż wcale…

Wpatrywał się w jej twarz. Ale wcale nie widział łez. W oczach Rychezy zapłonął ogień.

– Wasza wysokość… – wyrecytowała powoli, zupełnie jakby mówiła do małego dziecka. Bezprym aż klasnął w dłonie. Szybko jednak zrozumiał, że się pospieszył. – Nie jestem dla ciebie Ryksą ani Rychezą. Będziesz do mnie mówić: wasza wysokość – kontynuowała lodowatym głosem. Bezprym próbował jej przerwać, ale uciszyła go ruchem dłoni. – To po pierwsze. Po drugie, nie przybyłam na twoje wezwanie, bo nikt nie będzie mnie wzywać do mojego własnego pałacu. Po trzecie, jesteś głupcem, jeśli myślałeś, że nie znałam losu swojego męża. Ta sprawa nie ma dla mnie żadnego znaczenia.

Bezprym nie po to wyrąbywał sobie mieczem drogę do Wielkopolski, by teraz znosić wyzwiska jakiejś niemieckiej wycieruchy. Zerwał się z łoża z twarzą czerwoną jak kapłańska stuła. Rozwarł usta, nabrał powietrza i już miał wzywać straże. Ale głos ugrzązł mu w gardle.

– Doskonale, że wreszcie wstałeś. Starczy, że będę musiała wietrzyć pierzyny z twojego smrodu przez tydzień. Nie chciałabym robić tego przez miesiąc – mówiąc to, Rycheza sama podeszła do drzwi i otworzyła je na oścież. Tak by każdy doskonale słyszał wszystko, co zamierzała przekazać szwagrowi. Wartownicy pilnujący komnaty spoglądali na nią zdezorientowani. Bezprym też.

– Jak śmiesz… przed nowym księciem… – wysapał.

– Jesteś nikim, a nie księciem – żachnęła się, ale brat jej męża już odzyskał rezon.

– Nikim to był twój ojciec – warknął.

Rycheza tylko spojrzała na niego z politowaniem.

– Twoi ludzie przyprowadzą moich dworzan i dwórki. Za każdego sługę, któremu choćby włos spadł z głowy, zapłacisz mi jak za dziesięciu niewolników. Za każdą zgwałconą jak za pięciu. Później wyprosisz tych zbirów z mojego grodu. Niech tylko wpierw przyniosą ze skarbca korony – moją i mojego męża.

Bezprym próbował się odezwać, ale Rycheza znowu mu przerwała.

– Milcz. Zrobisz to wszystko i to nie ze względu na mnie ani na mojego ojca. Zrobisz to, bo najwyższa pora, żebyś przypomniał sobie, kim była moja matka.

Kości zostały rzucone

Trzydzieści osiem lat wcześniej, Akwizgran. Król Otton III z nerwową miną spoglądał, jak trzy bogato zdobione, wykonane ze zwierzęcych kości sześciany toczą się po blacie. Zacisnął dłonie w pięści i pospiesznie odczytał wynik. Nie musiał nawet przesuwać pionków po drewnianej planszy. Było jasne, że właśnie przegrał drugą partię.

Gdy przed paroma minutami popełnił błąd i przegapił szansę na zwycięstwo w pierwszej rozgrywce, zebrani wokół dworzanie nie kryli wesołości. Tym razem nikt nie odważył się otworzyć ust. Mina monarchy zdradzała wszystko. Otton przewrócił pionki niecierpliwym ruchem dłoni i podniósł się z miejsca. Siedzący naprzeciwko Ezzon wiedział, że ma tylko jedną szansę, by go zatrzymać.

– Najjaśniejszy panie, będzie dla mnie honorem rozegrać trzecią z partii, które obiecałem z Wami stoczyć…

Chłopak spiorunował go wzrokiem. A przynajmniej próbował to zrobić, ale jako trzynastolatek nie miał jeszcze żelaznego spojrzenia swoich przodków, potężnych cesarzy odrodzonego imperium Franków. Popatrzył ze wzgardą po zebranych. Wszyscy oczekiwali, że pojedynek będzie toczyć się dalej. Niechętnie opadł z powrotem na siedzisko. Może i był młody, ale nie aż tak, by nie rozumieć, co pociąga za sobą królewskie przyrzeczenie.

– Ustaw planszę i podaj kości – wysyczał. Choć dla zebranych było jasne, że tak naprawdę chciał powiedzieć: „Znudziło mi się. Wszyscy precz”.

Przed kwadransem jego głos brzmiał zupełnie inaczej. Nie trzeba było uchodzić za znawcę cesarskich kaprysów, by wychwycić w nim nutę głębokiego znudzenia. Była zima, a małoletni król wraz ze swoją świtą przebywał w starym pałacu Karola Wielkiego. W samej stolicy państwa, w centrum swej uświęconej władzy2. A jednak, zamiast wydawać wyroki, rozsądzać spory i planować wojny, był tu skazany na zupełną bezczynność. Może i był królem, ale tylko malowanym. Prawdziwą władzę nadal sprawowała regentka – jego babka Adelajda. Ottonowi pozostawało się bawić i czekać.

Doskwierała mu nuda, ale na pewno nie samotność. Na swe usługi miał całe zastępy zdeklarowanych przyjaciół. Młodzieńców z najzamożniejszych i najbardziej wpływowych rodzin Rzeszy. Niektórzy sami dołączyli do orszaku władcy, oczekując, że łaska chłopca przyniesie im w przyszłości profity i stanowiska. Innych wysłali zapobiegliwi ojcowie: po to, by podnieść rangę swojego rodu, wywrzeć większy wpływ na regentkę i zapewnić potomkom jak najlepszy start w dorosłość. Niemal każdy odliczał dni do chwili, gdy Otton III zostanie ogłoszony pełnoletnim. Wówczas miesiące nadskakiwania zniewieściałemu, chuderlawemu ekscentrykowi miały wreszcie wydać owoce. Byli jednak i tacy, którzy liczyli, że zdobędą swoją nagrodę tu i teraz. Wystarczyło przecież, by łaknący niezależności i już koronowany władca zapomniał na chwilę, że podlega swojej babce…

W tej drugiej grupie dość niespodziewanie znalazł się Ezzon zwany również Erenfriedem. Rodzina nie musiała go nigdzie wysyłać. Tak jak król, on też był u siebie w domu. Sam Ezzon nie nosił wprawdzie żadnego tytułu, ale za to jego leciwy ojciec sprawował urząd palatyna reńskiego. Do jego zadań należała opieka nad monarszymi posiadłościami w Nadrenii, w tym przede wszystkim – nad pałacem Karola Wielkiego w Akwizgranie. Wizyta młodego króla w rezydencji sprawiła, że Ezzon z dnia na dzień stał się jego współdomownikiem3. I nie zawahał się wykorzystać okazji.

Był wprawdzie dorosłym, niemal czterdziestoletnim mężczyzną, ale nie miał nic przeciwko temu, by na chwilę wcielić się w rolę beztroskiego młodzieńca. Brał udział w zabawach urządzanych przez Ottona, śmiał się z dziecinnych dowcipów jego otoczenia i jadł z jednej miski z trzy razy od siebie młodszymi królewskimi druhami. Siłą rzeczy nie był w stanie zginąć w tłumie gołowąsów. Wyróżniał się wiekiem, życiowym doświadczeniem, elokwencją. Ale też samą swoją obcością. I wszystko to działało na jego korzyść. Otton łaknął atrakcji, był gotów zrobić cokolwiek, byle przełamać rutynę dworskiego życia4.

– W schematach gry w kości nie mam sobie równych – rzucił w pewnym momencie mały król, spoglądając na nowego członka świty. – Wszyscy zgromadzeni tu młodzieńcy doskonale o tym wiedzą. Każdego pokonałem. Szczękają zębami na samą myśl o zmierzeniu się ze mną na planszy. Z tobą jednak jeszcze nie miałem okazji się pojedynkować.

– Najjaśniejszy panie – zaoponował Ezzon, skłaniając się nisko. – Przecież nie godzi się, bym wyzywał do walki własnego suwerena!

Otton roześmiał się.

– Nie do walki, bo polegniesz w trzech ruchach. Ale dobrze, to ja ciebie wyzywam. Stawaj do boju!

– Panie, zmiłuj… – zaskomlał Ezzon, może aż nazbyt teatralnie. Manewr zadziałał jednak wyśmienicie.

– Czyżbyś odmawiał mi satysfakcji? – naburmuszył się Otton.

– Nie satysfakcji, panie, bo przecież pojedynek toczyć się musi o stawkę. Między nami, wasza królewska mość, nie ma sporu, który wymagałby rozstrzygnięcia, nie ma urazy, domagającej się ukarania. Stanę, panie, z chęcią, ale do przyjacielskiej rozgrywki, by sprawić przyjemność waszemu majestatowi…5

– Przyjemność? Będę ją mieć bez wątpienia, ale przecież nie mówimy tu o dziecięcych igraszkach! – oburzył się trzynastoletni król. – Powstań! Wyzywam cię i ustalam stawkę. Jeśli przegrasz ze mną w trzech partiach, będziesz zmuszony spełnić każde moje życzenie. Każde, mówię!

Na moment zapadła cisza. Przerwał ją wreszcie Ezzon. Głowę miał pochyloną. Mówił ściszonym, wyraźnie stremowanym głosem:

– Najjaśniejszy panie… Godzi się też ustalić, co nastąpi, jeśli z Bożej łaski to mnie zdarzyłoby się wygrać…

Śmiechy przetoczyły się po sali, choć trudno było poznać, jaka była ich prawdziwa przyczyna. Czy zgraja młodzieniaszków tylko reagowała na oczekiwania butnego władcy? A może naprawdę nie wierzyli w to, że ktokolwiek będzie w stanie pokonać Ottona w kości?

– Cicho już, cicho! – szeroko uśmiechnięty król podniósł na moment głos. – Macie rację, Ezzonie. Niechaj regułom stanie się zadość. Jeśli wygrasz trzy razy, poprzysięgam, że to ja spełnię dowolną twoją prośbę.

Służący przynieśli planszę, kości i pionki. Przeciwnicy zasiedli do stołu. Wokół gęstniał tłum gapiów, czekających na poniżenie zapędzonego w kozi róg czterdziestolatka. Ezzo, wciąż w roli, złożył ręce do modlitwy i począł prosić o pomoc Trójcę Świętą. Po towarzystwie przebiegły rozbawione szmery. „Desperat!” – rzucił chłopiec stojący przy ścianie. „Tutaj Bóg nic nie pomoże” – dopowiedział ktoś inny, wydając z siebie teatralny chichot. Ani oni, ani sam Otton, nie wiedzieli, że Ezzon wcale boskiej pomocy nie potrzebuje. Znając pasje młodego władcy, od dawna przygotowywał się do tej partii. Tabula alearum – gra przypominająca nieco dzisiejszego chińczyka – nie miała przed nim tajemnic. Doskonale wiedział, jak przemieszczać piony po torze złożonym z dwóch dwunastopolowych segmentów. Orientował się, kiedy warto je cofnąć, kiedy wstawić do „bazy”, a kiedy – zbić figurę przeciwnika. Jeśli nad czymś nie miał kontroli, to tylko nad szczęściem. W ostatecznym rozrachunku wyniki rzutów kośćmi były niemal równie ważne jak bystrość i doświadczenie6. Fortuna tymczasem od dawna stała po stronie Ottona.

Tego dnia postanowiła go jednak opuścić.

***

„Ta opowieść jest rzecz jasna bajeczką” – skomentowała biografka rodziny Ezzona7. Nie ona pierwsza, bo podobne opinie utrzymują się od stuleci. Badaczom zwyczajnie nie mieści się w głowach, że król mógłby stanąć do prawdziwego pojedynku o wszystko ze swoim poddanym. Już dziewiętnastowieczny nestor niemieckich historyków, Rudolf Köpke, naigrawał się z relacji o grze w kości. Stwierdził, że dla każdego powinno być jasne, iż mamy do czynienia z fikcją literacką. Bądź co bądź, od podobnych opowiastek roi się w tekstach z wczesnego średniowiecza8. Na tym zamknął sprawę. Czy jednak słusznie?

Historia pojedynku budziła nieufność już ze względu na samo jej pochodzenie. Została zrelacjonowana tylko w jednej księdze: kronice klasztoru w Brauweiler. Krótkim dziełku, które do niedawna uważano za odtwórczą mieszaninę fałszerstw i konfabulacji. Na dodatek mieszaninę bardzo późną. Bo choć kronika traktuje o wydarzeniach z X i XI wieku, to jest znana tylko z rękopisu z XVI stulecia.

W Polsce nikomu by to raczej nie przeszkadzało. Niemal wszystkie z naszych najcenniejszych dzieł historycznych to właśnie późne odpisy. Weźmy chociażby pierwszą polską kronikę, spisaną przez anonima nazywanego Gallem. Najstarszy jej rękopis pochodzi dopiero z czasów Kazimierza Wielkiego9. Bagatela, ćwierć tysiąclecia po śmierci autora! Wszystkie wcześniejsze wersje bezpowrotnie zaginęły, ale nikt nie proponuje, by z tego powodu uznawać tekst Galla za bezwartościowy. Nawet jeśli kolejni kopiści wprowadzili do kroniki pewne błędy, to trudno grymasić w sytuacji, gdy źródła pisane traktujące o pierwszych stuleciach historii Piastów da się wyliczyć na palcach dwóch rąk. W Niemczech sytuacja wygląda jednak zgoła inaczej. O X czy XI wieku opowiadają setki kronik, roczników, żywotów świętych i dokumentów. W obliczu takiego zatrzęsienia materiałów zachodni historycy stali się niesamowicie kapryśni. Ofiarą ich wybredności padła między innymi kronika z Brauweiler.

Najpierw twierdzono, że nie ma w niej nawet krztyny prawdy. Relacja miała powstać dopiero w XVI albo wręcz XVII wieku, jako bezczelne fałszerstwo. Później upowszechniło się stanowisko, wedle którego kronika pochodzi ze średniowiecza, ale jednak nie wczesnego. Spisano ją w XII lub XIII stuleciu. W każdym razie zbyt późno, by mogła się w niej odbijać jakakolwiek prawdziwa tradycja10. Dopiero najnowsze badania wreszcie zwróciły honor dziejopisarzowi z Brauweiler. Okazuje się, że pracował on niedługo po roku 108011. Taka data każe zupełnie inaczej spojrzeć na wiarygodność tekstu. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, kto i gdzie go spisał.

Anonimowy mnich, znany tylko z inicjału „G.”, nie był wcale żadnym oszustem. Należałoby w nim widzieć po prostu leciwego członka konwentu – jednego z braci, któremu ze względu na wiek i elokwencję powierzono misję przypomnienia dziejów klasztoru. Co jednak najważniejsze, nie był to człowiek obcy Ezzonowi. Właśnie ten ostatni założył opactwo w Brauweiler – skromnej osadzie nieopodal Kolonii. Zrelacjonowanie historii mniszej wspólnoty musiało się wiązać także z upamiętnieniem fundatora. I rzeczywiście kronika z Brauweiler to w dużym stopniu po prostu życiorys Ezzona. Najważniejsze źródło informacji o jego postaci.

Brauweiler było małym, prowincjonalnym zgromadzeniem, skupiającym nie więcej niż kilkunastu braci. W takich wspólnotach rotacja była minimalna. Ci sami mnisi spędzali w danym klasztorze całe swoje życie. Braciszkowie wywodzili się najczęściej z rodzin blisko związanych z fundatorem. Byli to synowie możnowładczych urzędników lub żołnierzy. „G.” nie musiał niczego zmyślać. Powtarzał historie, które zasłyszał od swoich rodziców, krewniaków, od otoczenia Ezzona i jego rodziny. Niewykluczone nawet, że jako młodzieniec miał okazję osobiście poznać swojego bohatera12.

To wszystko znajduje odbicie w tekście kroniki. Wbrew dawnym opiniom, wcale nie jest ona nieudolnym zlepkiem innych dzieł. „G.” stworzył pracę może i mało wyrafinowaną, ale za to – oryginalną. Także historia o grze w kości nie została znikąd splagiatowana13. Oczywiście w średniowiecznych kronikach roi się od relacji z różnorakich rozgrywek między władcami i poddanymi. Diabeł tkwi jednak w szczegółach. A te są zupełnie unikalne.

Ewidentnie „G.” czerpał ze starej tradycji, krążącej po Lotaryngii od co najmniej kilkudziesięciu lat. Świadczy o tym sama informacja o toczonym pojedynku. Za czasów „G.” nikt już nie grał w tabulę alearum. Gdyby legenda powstała po śmierci Ezzona, to jej autor na stole, przy którym siedzieli możnowładca i król, ustawiłby szachy. Grę, która w XI wieku zastąpiła tabulę i święciła triumfy na niemieckich dworach14.

Także zachowanie bohaterów odróżnia opowieść o akwizgrańskiej rozgrywce od innych, podobnych historii. Oczywiście autor nie spisał dialogów ani nie podał detali pojedynku. Te dzisiaj można sobie tylko wyobrażać. Na co w takim razie zwrócił uwagę „G.”? Podkreślił, że to Otton przymusił Ezzona do gry, przechwalając się swoimi niezwykłymi talentami. Zaakcentował, że ten drugi otwarcie zwrócił się o wstawiennictwo Trójcy Świętej. I wreszcie – grubym pędzlem odmalował emocje uczestników spotkania. Z rozmysłem przedstawił rozgrywkę jako zupełnie poważną konfrontację. To nie jest zabawa ani znany z innych kronik przypadek, gdy władca celowo się podkłada, by przegrać i nagrodzić zasłużonego wasala. Tutaj chodzi o czysty hazard. Z relacji przezierają wyrachowanie Ezzona i kompletna dezorientacja króla15.

Otton spodziewał się wszystkiego – ale na pewno nie zupełnej przegranej. I nie tego, że Ezzon będzie mieć tyle tupetu, by zażądać swojej nagrody.

***

Syn palatyna obrócił pionek w dłoniach, odetchnął głęboko i odstawił go na planszę. Zwycięstwo było jego. I tak naprawdę to dopiero teraz, a nie przed pierwszym rzutem kością, poczuł, że przydałaby mu się pomoc Opatrzności.

Rozejrzał się po zebranych. Wiedział, że klakierzy króla na nic mu się nie przydadzą. Ta dzieciarnia włóczyła się za Ottonem w nadziei, że spadnie jej jakiś ochłap z monarszego stołu. Jeśli mógł się czegoś po nich spodziewać, to tylko przymilnych kłamstw i wybiórczej głuchoty. Ledwie wypowie zdanie, a zaczną jeden przez drugiego wzywać do puszczenia pojedynku w niepamięć. Będą udawać, że to wszystko to był tylko dowcip. Niezobowiązująca igraszka. A jeśli zrobi się gorąco, wypomną mu, że przecież król jest niepełnoletni. Ezzon miał przewagę, bo szczeniaki nie wiedziały, co się święci. Jego ludzie tymczasem już byli w tłumie. Kilku urzędników niższego szczebla, kapelan, służba pałacowa, dwie czy trzy dobrze sytuowane damy.

– Najjaśniejszy panie… – zaczął nieśmiało, łamiącym się głosem. Gdyby później ktoś go o to zapytał, zapewniłby rzecz jasna, że to był dalszy ciąg gry. Czyste aktorstwo. Prawda była inna. Autentycznie czuł, jakby język miał wykuty z żelaza. Z trudem składał słowa w zdania.

Gra w kości była dla młodego cesarza sposobem na nudę, zaś dla przebiegłego Ezzona szansą na wżenienie się do cesarskiej familii. Przez głupotę brata cesarska córka musiała poślubić nic nieznaczącego cwaniaka.

Archiwum autora/domena publiczna

Otton zauważył wahanie i szybko wykorzystał lukę w obronie. Flinta była nienaganna. Prawie.

– Doskonała partia, Ezzonie, szczęście ci dopisało. Gratuluję. I oczywiście pomyślę nad odpowiednią nagrodą dla was. Nie chciałbyś może… hmmm… wielbłąda? Piękne zwierzę z dalekiego południa. Dostałem go swego czasu od samego księcia…16

– Ależ, wasza wysokość – Ezzon, wbrew wszelkim zasadom etykiety, niemal bez myślenia, przerwał władcy. Samemu królowi i przyszłemu cesarzowi! Jedynemu człowiekowi pod słońcem, którego słów nie wolno było przerywać pod żadnym pozorem. Ale przecież nie mógł pozwolić, by prawdziwa nagroda wyślizgnęła mu się z rąk. Jeszcze kilka zdań i wszystko poszłoby na marne.

– Panie, jeśli łaska… pragnę dotrzymać wiary zasadom pojedynku, które wyznaczyłeś, przymuszając mnie do rywalizacji – teraz syn palatyna wyrzucał z siebie słowa tak szybko, jakby był słowiańskim łucznikiem walczącym z całym oddziałem ciężkozbrojnych rycerzy. I jakby jego słowa były strzałami. – Nakazałeś w swoim majestacie, nim sięgnęliśmy po kości, by to zwycięzca pojedynku wyznaczył nagrodę. Gotów jestem postąpić w zgodzie z twą wolą…

Jego dworzanie nie zawiedli. Nim zbity z tropu – i wciąż wahający się, czy ma odpowiedzieć, czy raczej zbesztać Ezzona za bezczelność – Otton znalazł właściwe słowa, akwizgrańczycy już zaczęli urabiać grunt. Ściszonym tonem dopingowali władcę. Rzecz jasna nie do odwołania pojedynku, ale do zaakceptowania ceny, jaką niosła ze sobą przegrana. „Jeśli Ezzon wygrał, to tylko z Bożą pomocą” – dało się słyszeć z jednej strony. Z drugiej ktoś potwierdzał: „Klęska tak wielkiego mistrza tabuli to musi być znak z niebios!”. „Honor królewskiego słowa ponad wszystko!” – rzucił wreszcie ktoś szczególnie odważny17.

– Panie, pomny wygranej i wsparcia Trójcy Świętej, jako twój wierny sługa – przejął inicjatywę Ezzon – upraszam jednej tylko nagrody. Ręki cesarskiej córki, a twej siostry, Matyldy.

Dozwolone od lat… dwunastu

Czy król mógł przegrać rodzoną siostrę w kości? Czy to mogła być prawda? Udowodnienie wiarygodności kroniki z Brauweiler zbliża nas do odpowiedzi na te pytania, ale w żadnym razie nie zamyka sprawy. Mnich „G.” mógł przecież słowo w słowo powtarzać treść historii krążących po Nadrenii. To, że wiernie zrelacjonował legendę o grze w kości, wcale jednak jeszcze nie oznacza, że ta legenda była prawdziwa.

Jedno jest pewne. Historia pojedynku, jak zresztą każda relacja przekazywana z ust do ust przez całe pokolenia, zawierała błędy. Problem jest przede wszystkim z jedną postacią. „G.” upierał się, że do rozgrywki doszło jeszcze za życia matki Ottona III, regentki Teofano – a więc najpóźniej w 991 roku. To oznaczałoby, że Ezzon grał z chłopcem mającym jedenaście lat o rękę niewiele starszej, bo dwunastoletniej Matyldy18. Brzmi to w istocie dość absurdalnie. Ustalono też, że ani w 990, ani w 991 roku Otton III nie zatrzymywał się na dłużej w Akwizgranie. Słowem – do pamiętnej partii kości w ogóle nie było okazji19.

Pomyłka brzmi poważnie, ale wcale nie podważa całej opowieści. Wystarczy przypomnieć, że w 991 roku doszło do unikalnej sytuacji. Jedna regentka została zastąpiona przez drugą. Obie były potężnymi, niezależnymi kobietami, obdarzonymi cesarskim tytułem. W X wieku oczywiście nikt ich nie mylił. Ale sto lat później dwie sylwetki zwyczajnie zaczęły się ze sobą zlewać. Bardzo łatwo uwierzyć, że „G.” napisał o matce Ottona Teofano, podczas gdy chodziło mu o jego babkę, Adelajdę. To z kolei pozwala bezpiecznie przesunąć całe wydarzenie nawet o dwa lata w przód. Z roku 991 na 993.

Czy w efekcie cokolwiek się zmienia? Jeśli będziemy uparcie trzymać się naszego, dwudziestopierwszowiecznego rozumienia dorosłości, to nie. Trzynastolatek wydaje się dzieckiem w takim samym stopniu jak jedenastolatek. A może nawet bardziej, bo przecież to akurat początek nauki w gimnazjum. Ludzie wczesnego średniowiecza spoglądali jednak na tę sprawę zupełnie inaczej. Frankowie, od których Niemcy wywodzili swoją kulturę prawną, nigdy nie powiedzieliby o rzeczach „dozwolonych od latach osiemnastu”. W świetle ich tradycji chłopcy stawali się dorośli po dwunastych lub najpóźniej piętnastych urodzinach. I nie była to żadna teoretyczna granica, ważna wyłącznie dla spraw dziedziczenia. Znane są niezliczone przykłady piętnastolatków sprawujących władzę, dowodzących armiami, zawierających pakty polityczne, a nawet – buntujących się zbrojnie przeciw ojcom20.

Oczywiście fakt, że dawne społeczeństwa pozwalały młodzieńcom na bardzo wczesne przyjmowanie przeznaczonych im ról, wcale nie oznaczał, że ci byli do tego bardziej gotowi niż dzisiejsi gimnazjaliści. Otton III był niedojrzały emocjonalnie i brakowało mu właściwej prawdziwym politykom ostrożności. Był dzieckiem i to dzieckiem szczególnie trudnym, bo całe tabuny dworzan rozpieszczały go i walczyły o jego względy. On z kolei o wiele za łatwo obdarzał kompanów swoją łaską i to z wyraźną szkodą dla królewskiego majestatu. Opowiadano ze wstrętem, że młody władca posuwał się nawet do… jedzenia tą samą łyżką i wymieniania się ubraniami z jednym ze swoich znacznie niżej urodzonych przyjaciół21.

Pozycja starej, schorowanej cesarzowej Adelajdy słabła z każdym dniem. W 993 roku Otton podejmował już starania w kierunku uzyskania pełnej samodzielności. Sprawdzał, jak daleko może się posunąć, wydawał pierwsze decyzje, sprzeciwiał się regentce22. I popełniał błędy. Jednym z nich mogła być właśnie spontaniczna partia tabuli o absurdalnie wysoką stawkę. Nie sposób przyjąć, że na taką zabawę mógłby się zdecydować nawet najbardziej nierozsądny, ale dorosły władca. Z drugiej strony: czy aż tak trudno uwierzyć, że grę w kości o siostrę podjął chłopak będący w wieku, w którym do głowy zakradają się najgłupsze pomysły23? Cała ta afera mogła być nawet początkiem upadku Adelajdy. W odniesieniu do 994 roku kronikarz Thietmar informował, że Otton III, „ulegając namowom swawolnych młodzieńców”, pozbył się babki z dworu „ku jej wielkiemu smutkowi”24. I niewykluczone, że zrobił to po tym, jak Adelajda bezskutecznie próbowała anulować wynik nieszczęsnej rozgrywki.

Jak widać, wiek postaci wcale nie stał na przeszkodzie pojedynkowi. Zostaje już tylko jedna wątpliwość. Wielu historyków twierdziło, że akwizgrańska afera to bajka, bo Ezzon wcale nie potrzebował uciekać się do tak haniebnych sztuczek, by wziąć ślub z siostrą imperatora. Zamieszanie wprowadził sam „G.”. Na kartach kroniki z Brauweiler czytamy: „Cesarzowa Teofano, wspaniale była wspomagana opieką pana Ezzona, który drugie miał imię po królach”25. I brzmi to zupełnie tak, jakby Ezzon był na początku lat dziewięćdziesiątych X wieku niemalże regentem. Albo i wicekrólem. A na pewno: jednym z najważniejszych ludzi w Niemczech. Kimś, komu najlepsza partia po prostu się należała! W tę opowieść o wpływach Ezzona wierzyli najwybitniejsi naukowcy. Gerard Labuda zastanawiał się nawet, jakim cudem Ezzon nie posiadał własnego księstwa, jeśli był aż tak znaczącą personą26. Problem w tym, że… wcale nie był.

Rodzina krętaczy

„G.” pełnił, mówiąc krótko, funkcję propagandzisty. Oczekiwano od niego, że będzie opowiadać o fundatorze klasztoru w Brauweiler w samych superlatywach. Miał z niego zrobić nadludzkiego herosa, odgrywającego kluczową rolę w Bożym planie zbawienia. I wcale nie chodziło o to, że „G.” świadomie kłamał. Po prostu tak w tamtej epoce uprawiano prowincjonalną historię. Musiało się w niej roić od pustych komplementów i hiperbol27.

We frazesy o pozycji swojego bohatera nie wierzył chyba nawet… sam kronikarz. Nie potrafił powiedzieć nic o wielkich przodkach możnowładcy ani o namacalnych zasługach jego rodu. Na temat młodości Ezzona wiedział tylko tyle, że chłopak przez jakiś czas wychowywał się pod okiem biskupa Augsburga, Udalryka. Nie licząc tej zdawkowej wzmianki, pierwsze trzydzieści pięć lat życia bohatera to biała karta. Na jakich bywał dworach? W jakich wziął udział bitwach, zjazdach państwowych, ucztach? Z kim zawierał pakty, z kim toczył spory? Jakich dokonał bohaterskich czynów? Nie wiadomo. Zamiast twardych faktów są banały maskujące brak informacji. Ezzon od najmłodszych lat nie pozwalał sobie na żadną gnuśność. Ćwiczył się w jeździe konnej i sztuce polowania. Odmawiał sobie luksusów i z rozmysłem narażał swój organizm na niewygody. Cechowały go „umiarkowanie duszy” i „powabność ciała”. Słowem: był mężczyzną doskonałym28. I doskonale enigmatycznym.

„G.” tylko dwa razy wysilił się na konkrety. W efekcie dwa razy podał nieprawdę – choć łatwo uwierzyć, że były to raczej kłamstwa puszczone w obieg przez samego Ezzona niż wymysły kronikarza. O ojcu Ezzona, Hermanie Pusillusie, czytamy, że okrył się chwałą w jednej z najsłynniejszych bitew w historii Niemiec. W wielkim starciu na Lechowym Polu, które pozwoliło powstrzymać węgierskie najazdy na ziemie Rzeszy. Rzecz jednak w tym, że nie miał jak się wsławić. Niezależne źródła podają, iż wojska lotaryńskie (z którymi ruszyłby do boju Pusillus) w ogóle nie wzięły udziału w walkach w 955 roku29. Także druga wzmianka odnosząca się do zamierzchłych czasów cesarza Ottona I Wielkiego śmierdzi na milę. Zdaniem „G.” władca „widząc oznaki przyszłej cnoty” Ezzona, „nie tylko obdarzał młodzieńca przyjaźnią i dobrodziejstwami, ale też słuchał jego rad”30. A jak wyglądała rzeczywistość?

Ezzon wcale nie był przyjacielem cesarza. Ani pierwszego, ani drugiego, ani nawet trzeciego Ottona. Władcy w żadnym razie nie wsłuchiwali się w jego sugestie. Mówiąc krótko i brutalnie: Ezzon był w Niemczech nikim.

W 993 roku wciąż nie sprawował żadnego urzędu. Był tylko synem palatyna reńskiego31. Ze względu na pochodzenie mógłby posługiwać się tytułem hrabiego, ale i po tym nie ma żadnego śladu. Pozycja polityczna ludzi tej epoki znajdowała odbicie w dokumentach. Jeśli ktoś przebywał w otoczeniu władcy, był częstym gościem dworu, a już tym bardziej doradcą imperatora, to jego imię lądowało na dyplomach produkowanych przez cesarską kancelarię. Weźmy dowolnego naprawdę ważnego biskupa, księcia lub możnowładcę. Znajdziemy go na liście świadków nie w paru, ale w dziesiątkach cesarskich pergaminów. Często z adnotacją, że wywalczył królewską decyzję, wypowiedział się w określonej sprawie lub wsparł danego petenta. Ezzona tymczasem nie ma nigdzie. Do czasu gry w kości w 993 roku nie wspomina o nim żaden dokument. Nie znają go autorzy innych kronik ani rocznikarze32.

Niemal równie nieznaczącą postacią jest jego ojciec. Herman Pusillus dopiero u schyłku życia, w latach osiemdziesiątych X wieku, został palatynem reńskim33. Wizerunkowo niewiele zresztą z tego wynikało. Palatyn liczył się na arenie polityki, ale tylko w granicach Dolnej Lotaryngii. Z pomocą kilku sąsiednich margrabiów mógł wpływać na decyzje miejscowego księcia. Ale na dworze cesarskim jego pozycja była niemal zerowa. Jeśli urząd do czegoś mu się przydał, to przede wszystkim… do napełnienia własnej kiesy. Trzeba jasno powiedzieć, że Pusillus nie był żadnym krezusem. Dysponował zaledwie paroma znaczącymi posiadłościami, rozrzuconymi po Nadrenii. Z kolei o tym, co działo się pokolenie wcześniej, w ogóle trudno mówić – dziadek Ezzona zupełnie ginie w morzu setek nic nieznaczących szlachciurów34. Prawdziwa odmiana przyszła dopiero wraz z politycznym awansem.

Palatyn był nadzorcą królewskiego majątku na danym obszarze. Opiekował się monarszymi posiadłościami, chronił puszcze władcy przed intruzami, ściągał od ludności podatki w naturze. Taki urząd powinien trafiać w ręce ludzi nieskazitelnie uczciwych i praworządnych. Na pewno nie do takich typów jak Pusillus. Wykorzystując zamęt towarzyszący regencji, palatyn stopniowo uwłaszczał się na spłachetkach cesarskich włości. A syn tylko mu w tym pomagał. Swoją uwagę skupili przede wszystkim na tych paru lennach, które dostali w bezpośredni zarząd. Były to posiadłości królewskie, które po śmierci Pusillusa powinny wrócić na własność monarchy. Powinny, bo nigdy do tego nie doszło. Pusillus nawet nie musiał się wysilać: przecież w Nadrenii to on był reprezentantem cesarza. Komu jak komu, ale jemu nie patrzono na ręce. A jeśli nawet trzeba było kogoś przekupić lub sfałszować jakiś dokument, to czego nie czyni się dla dobra sprawy. Po latach wystarczyło iść w zaparte, a w tym akurat Ezzon był prawdziwym ekspertem. Twierdził, że wszystkie skradzione posiadłości są jego prywatną, dziedziczną własnością. Przekazywaną od wieków, z dziada pradziada. Dotyczyło to dochodowych winnic w Klotten, a być może także osady Brauweiller. Nawet rodowe gniazdo, warownia Tomburg, zostało zbudowane pośrodku monarszego lasu. Zgodnie z ponadczasową filozofią wszystkich drobnych kombinatorów: Bo co mi pan zrobisz?35

Małżeństwo Ezzona i Matyldy postrzegano jako mezalians stulecia. Kroniakarz z Brauweiler musiał się nieźle napracować, aby zatuszować skandal.

Archiwum autora/domena publiczna

Pytanie o prawdziwość legendy o grze w kości trzeba ułożyć inaczej. W świetle życiorysu Ezzona nie powinniśmy dociekać, czy cesarz mógł przegrać swoją siostrę w hazardowej zabawie. Należy raczej zapytać: czy człowiek taki jak Ezzon mógł wziąć ślub z cesarzówną w jakikolwiek inny sposób? Na usta ciśnie się jedna, stanowcza odpowiedź. Nie.

Wszystko wskazuje na to, że akwizgrańska rozgrywka była kolejną z machlojek Ezzona. Zagraniem va banque, do którego doskonale przygotowały go lata manipulacji wyczynianych u boku ojca. Nawet autor kroniki z Brauweiler, mnich mający fundatora klasztoru w najwyższym poważaniu, poplątał się w swoich zeznaniach. Z jednej strony przedstawił Ezzona jako drugiego człowieka w państwie i najbliższego współpracownika cesarzowej. Z drugiej: przyznał, że Otton III wcale nie chciał dotrzymać swojej obietnicy. Kluczył, wahał się, szukał innego rozwiązania. Uległ dopiero pod wpływem otoczenia – dworzan zebranych nad planszą do gry, którzy domagali się honorowego rozwiązania sprawy36.

Ta historia w żadnym razie nie była opowieścią o godnym pamięci sukcesie Ezzona. Jako rycerz i pan królestwa nie zyskiwał on żadnej chwały dzięki temu, że wygrał żonę w kości. Tym bardziej nie przynosiło to chluby samej Matyldzie. Gdyby opowieść była stekiem kłamstw, cesarzówna na pewno nie pozwoliłaby na jej kolportowanie. I na to, by przetrwała w otoczeniu jej własnej rodziny przez całe kolejne stulecie.

Do gry w kości rzeczywiście doszło. Ezzon w istocie zrobił z Ottona swoją prywatną złotą rybkę. A mnich z Brauweiler tylko dwoił się i troił, by zamaskować, jak wielki wyniknął z tego skandal. Bez skutku.

Dziewczyna warta korony

Słowo się rzekło. Król zapewnił Ezzona, że ten rychło zostanie włączony do cesarskiej familii. Możnowładca wcale jednak nie zaczął się zachowywać jak na powinowatego Ottonów przystało. Węszył spisek. Powątpiewając w wartość królewskiego przyrzeczenia, natychmiast zebrał kompanów. W otoczeniu uzbrojonych drabów wyruszył prosto do Essen: położonego w odległości stu kilometrów od Akwizgranu cesarskiego klasztoru. To właśnie tam, pod okiem swojej znacznie starszej kuzynki, wychowywała się czternastoletnia Matylda.

Gdy bogactwo idzie w parze z pobożnością, łatwiej zagwarantować sobie niebiańskie rozkosze. Na fotografii złota Madonna z Essen ufundowana przez Matyldę – jedno z najwspanialszych dzieł epoki. Naprawdę!

Fot. Martin Engelbrecht

Przełożona opactwa – również nosząca imię Matylda, jedno z najpopularniejszych w dynastii Ottonów – wiele w swoim życiu widziała. Miała ponad czterdzieści lat, a ksienią była od przynajmniej dwóch dekad. Odbyła szereg podróży po Niemczech, utrzymywała kontakty z najważniejszymi dostojnikami kościelnymi od Trewiru po Lyon i Moguncję. Uchodziła za wielką patronkę sztuki i intelektualistkę. Po śmierci cesarza Ottona II w 983 roku dołączyła też do grona najbardziej znaczących kobiet na niemieckiej scenie politycznej37.

Nieprzypadkowo to właśnie jej powierzono opiekę nad jedną z trzech córek osieroconych przez imperatora. I nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że opatka Matylda niezwykle poważnie potraktowała swoją misję wychowawczą. Właśnie w tym czasie, zapewne na jej polecenie, powstało jedno z najbardziej imponujących dzieł całej epoki: złota figura Matki Boskiej, zwana madonną z Essen. To nie tylko pierwsza znana rzeźba Madonny i najstarszy zachowany średniowieczny posąg z całego obszaru na północ od Alp. To też obezwładniający symbol cesarskiego dziedzictwa. Maryja lewą dłonią podtrzymuje Bożego Syna, w prawej natomiast dzierży jabłko panowania. Jedno z podstawowych insygniów władzy niemieckich imperatorów38.

Można się domyślać, że statua ta oddawała wyobrażenia przełożonej klasztoru o jej własnej uświęconej roli. Tak jak Matka Boska dbała o Jezusa, a imperatorowa Teofano o małego Ottona III, tak ona zapewniała chwałę i ciągłość dynastii, wychowując cesarską córę Matyldę.

Teraz ta dumna, nieustępliwa kobieta przecierała oczy ze zdumienia. Bo wiele widziała, ale nigdy czegoś takiego. Pod murami jej klasztoru – pod samym Essen, w którym imię Boże wychwalano niemal od czasów Karola Wielkiego – stanęła zgraja uzbrojonych awanturników. Na dodatek nie byli to wcale żadni barbarzyńcy z Północy ani nawet bezbożni rabusie. Oddziałem dowodził syn cesarskiego urzędnika. I bezceremonialnie, z bezczelnością godną jakiegoś słowiańskiego dzikusa, zażądał wydania mu królewskiej siostry.

Piszący dziewięćdziesiąt lat później „G.” twierdził, że Ezzon ekspresowo rozwiał wszelkie wątpliwości matki przełożonej. Przekazał, że przybywa „z rozkazu brata” Matyldy i „za zgodą jej babki”. Następnie, na nic nie czekając, zaczął… wygłaszać pogróżki. To z kolei sprawiło, że „przerażona jego potęgą” opatka nakazała podopiecznej pakować klamoty39.

Rzeczywistość wcale nie wyglądała tak prosto. Dla przełożonej klasztoru wizyta Ezzona nie była niczym więcej jak tylko próbą porwania. Zrobiła się z tego olbrzymia afera. Do Essen pofatygował się sam Otton III wraz ze swoim dworem. Zresztą właśnie dzięki królewskim odwiedzinom w pierwszych dniach lutego 993 roku wiemy, na kiedy dokładnie należy datować hazardowy pojedynek i jego konsekwencje40.

Monarcha próbował przekonać kuzynkę, że chodzi o honor. I że już nic nie można począć. Kobieta nie zamierzała jednak słuchać argumentów bezmyślnego szczeniaka – nawet jeśli ten był jej suwerenem. Przełamanie oporu matki przełożonej sporo Ottona kosztowało. Podarował jej wspaniałe ostrze z damasceńskiej stali w pokrytej złotem pochwie. I chyba nawet to nie wystarczyło. Wedle niepewnej tradycji drugim prezentem króla była jego własna korona. Nie chodziło oczywiście o cesarski diadem: symbol najwyższej władzy odziedziczony po ojcu. Jeśli Otton w istocie przekazał Matyldzie jakąś koronę, to było to mniejsze insygnium, przygotowane w związku z jego własną koronacją w 983 roku – gdy miał zaledwie trzy latka. I tak był to prezent o niezwykłej wartości. Symbol władczego prestiżu, z którym nie mogły równać się żadne precjoza przechowywane w konkurencyjnych klasztorach41. Historycy od wieków próbowali dociec, dlaczego Otton nieodpowiedzialnie przekazał kuzynce przedmiot odzwierciedlający jego prawa do władzy nad chrześcijańskim światem. Cóż – najwidoczniej nie był to żaden nowy wygłup, a tylko kolejny epizod w znacznie większej aferze. Otton wymienił koronę na swoją siostrę. I chcąc nie chcąc, oddał tę ostatnią w ręce Ezzona.

Skandal próbowano oczywiście zatuszować, by nie nadwerężać monarszego autorytetu. Nie do końca się to udało. O sprawie dowiedział się jeden z najważniejszych kronikarzy tej epoki – biskup Merseburga Thietmar. W swoim dziele zanotował zdawkową, ale niezwykle charakterystyczną informację. Podał, że mezalians Matyldy wywołał powszechne oburzenie, a Otton III zgodził się na niego tylko z tego względu, że „w zgodzie z prawem nie mógł go powstrzymać”. Zrezygnowany obdarzył Ezzona i Matyldę ogromnym majątkiem, tak by przynajmniej „nie spodlała cześć” imperatorskiej siostry42. Nic więcej o podłożu małżeństwa Thietmar nie chciał powiedzieć. Może nie znał szczegółów hazardowej rozgrywki, a może było mu zwyczajnie wstyd.

Ezzon tymczasem nie próżnował. Zaręczyny z Matyldą odbyły się natychmiast: w lutym 993 roku, jeszcze przed opuszczeniem Essen. Wesele zorganizowano niewiele później w zawłaszczonym przez Hermana Pusillusa Brauweiler. Pan młody w ogóle nie przejmował się ponaddwudziestoletnią różnicą wieku. I w żadnym razie nie zamierzał traktować Matyldy jak dziecka. Dziewczyna miała czternaście, góra piętnaście lat, gdy po raz pierwszy zaszła w ciążę. Pierwszy, ale nie ostatni. Ezzon wiedział, że sam nigdy nie wespnie się na szczyt politycznej drabiny. Co innego jego dzieci, chlubiące się cesarskim pochodzeniem. Łącznie tej parze miało się urodzić trzech synów i aż siedem córek, dających początek nowemu rodowi Ezzonidów. I król Otton III bardzo szybko dostrzegł, że jest to dla niego olbrzymi problem.

Los zaklęty w imieniu

Rozliczne królowe na przestrzeni dziejów wybuchały płaczem, gdy okazywało się, że zamiast wyczekiwanego syna wydały na świat córkę. W kolejnej generacji rzecz wyglądała już jednak zupełnie inaczej. Królewnom i ich mężom paradoksalnie zależało przede wszystkim na córkach. I chyba nigdzie nie było to w większym stopniu prawdą niż w Niemczech epoki Ottonów.

W tym państwie – czy też raczej niestabilnym zlepku państw, które łączyło przede wszystkim posiadanie wspólnego króla – istniała tylko jedna legitymizacja najwyższej władzy. Oczywiście zasługi przodków, majątek rodu czy osobiste przymioty pomagały wykazać zdatność do rządzenia, ale nie one były najważniejsze. I nigdy nie były wystarczające. Wśród niemieckich elit panowało przeświadczenie, że królem może być tylko człowiek, w którego żyłach krąży cesarska krew. I to w bardzo wąskim rozumieniu: krew cesarza, czyli krew Karola Wielkiego. Nie należy dawać się zwieść późniejszej nomenklaturze, z Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego na czele. W tej epoce nic takiego jeszcze nie istniało. Ottonowie rządzili cesarstwem Franków. Oczywiście koronę przyjmowali w Rzymie, z rąk papieży. Nie robili tego jednak za przykładem ginących w pomroce dziejów władców Imperium Romanum, ale właśnie – na wzór Karola. Aż trudno w to uwierzyć, ale ten jeden jedyny człowiek jeszcze dwieście lat po swojej śmierci determinował polityczne układy na obszarze obejmującym ponad milion kilometrów kwadratowych. To on był symbolicznym źródłem i uzasadnieniem praw imperatorów do zwierzchności nad chrześcijańskim światem43.

Na tym rzecz się nie kończyła. Krew Karolingów uświęcała władzę na każdym poziomie. Rody książęce prześcigały się w tworzeniu legend na temat swoich związków z najważniejszą dynastią kontynentu. W dokumentach często większy nacisk kładziono na wzmianki o pokrewieństwie z Karolem Wielkim niż na bieżące tytuły. Odpowiednie drzewo genealogiczne ułatwiało zdobywanie urzędów i niebotycznie zwiększało prestiż. Dawało argumenty przeciwko konkurentom i uzasadniało akty agresji względem sąsiadów. Zmieniało też znacząco relacje z imperatorem. Potomek Karola Wielkiego mógł rozmawiać z monarchą jak ze swym krewniakiem. Zwyczajnie było mu wolno więcej44.

Te wyobrażenia rosły w siłę z upływem lat. A wraz z nimi rósł też opór cesarzy przed dopuszczaniem do „rozlewania się” imperatorskiej krwi. Nieprzypadkowo córki Ottonów przeznaczano najczęściej do kariery kościelnej. Tylko w wyjątkowych przypadkach pozwalano na ich małżeństwa. Gdy nawet do tego dochodziło, królowie skrzętnie pilnowali sytuacji w kolejnym pokoleniu. W Niemczech tego okresu jak grzyby po deszczu wyrastały żeńskie wspólnoty klasztorne. W X wieku powstało ich ponad trzydzieści. I były to idealne miejsca do ulokowania – rzecz jasna w roli matek przełożonych – cesarskich wnuczek, siostrzenic i dalszych krewniaczek45.

Linia sporu była oczywista. Możni, którym udało się spowinowacić z domem panującym, robili, co mogli, by wydać córki za mąż, zawierając korzystne sojusze. Bądź co bądź, te niewiasty były najlepszą partią w całej zachodniej Europie. Wiele można było za nie dostać na matrymonialnej giełdzie. Cesarze tymczasem wykorzystywali wszelkie środki, byle tylko podobne związki powstrzymać. Zwykle to ci drudzy stawiali na swoim. W efekcie, aby zostać cesarskim zięciem lub szwagrem, trzeba było świadomie oddać prawo do prowadzenia własnej polityki małżeńskiej46. W przypadku Ezzona o podobnym ultimatum nie mogło jednak być mowy. On w końcu wszedł do rodziny cesarskiej na zupełnie innych zasadach. I, jak się zdaje, wcale nie zamierzał dostosowywać się do przyjętych reguł.

Nie każdy mógł się poszczycić pokrewieństwem z samym cesarzem. Dzięki przebiegłości Ezzona i głupocie szczeniaka w koronie nawet ktoś tak nieznaczący jak syn palatyna niespodziewanie ogrzał się w blasku cesarskiego majestatu. Na ilustracji drzewo genealogiczne Ludolfingów.

Archiwum autora/domena publiczna

Nie ma co się oszukiwać. Relacje pomiędzy synem palatyna i królem pozostały szorstkie. Nie zmieniły tego ani koronacja Ottona III na cesarza, ani przejęcie przez Ezzona urzędu palatyna po śmierci Hermana Pusillusa w 996 roku. Nawet jako powinowaty imperatora Ezzon nie pojawia się w jego otoczeniu. Nie występuje na żadnym dokumencie Ottona III, także po ślubie z Matyldą47. Na tym etapie milczenie źródeł to już coś więcej niż dowód braku wpływów. Znane są trasy podróży Ottona III. Wiemy z całą pewnością, że wielokrotnie zatrzymywał się w majątkach znajdujących się pod opieką Ezzona. Jeśli mimo to nie dopuszczał palatyna do siebie, nie słuchał jego rad i nie zapraszał go na znajdujące odbicie w dokumentach narady, to najwidoczniej nie darzył go sympatią. Albo nawet – zwyczajnie się nim brzydził.

Ezzon ze swojej strony chyba niewiele robił, by naprawić relacje. Nie wziął udziału w żadnej wyprawie zbrojnej Ottona. Nie był z nim w Italii, ani nawet – na opanowanym przez pogańskich Słowian Połabiu. Nie awansował też już w hierarchii politycznej. Z uwagi na siostrę król pozwolił mu odziedziczyć palatynat, ale poza tym Ezzon dostawał tylko okruchy z pańskiego stołu. Za największy jego sukces po 993 roku można uznać to, że został prawnym opiekunem klasztoru w Essen48. I to zresztą stało się chyba tylko ze względu na Matyldę.

Nie należy jednak mylić niechęci z otwartą wrogością. Ezzon może i zrobił świetną partię, ale wciąż był tym samym, małym człowieczkiem. Nie myślał o spiskach, ale o machlojkach. Największy bunt, na jaki odważył się przeciwko królowi, sprowadzał się do… nadania pierwszej córce nieodpowiedniego imienia.

Dziewczynka urodziła się prawdopodobnie w 996 roku. Dokładnej daty nie podało żadne źródło, ale kronikarz z Brauweiler zanotował, że była „pierworodną z córek”. Przed nią na świat przyszedł tylko syn49. Nazwano go Ludolfem i na pewno nie był to przypadek. We wczesnym średniowieczu do imion przywiązywano olbrzymią wręcz wagę. To w nich odbijały się: rodowa tradycja, związki krwi z silniejszymi partnerami, polityczne aspiracje, a nawet plany „zawodowe” względem wybranych potomków. Otrzymanie odpowiedniego imienia mogło zdecydować o całym życiu. Przykładowo książęta sascy imię Widukind nadawali wyłącznie synom przeznaczonym do kariery duchownej. Także Brunonowie niemal zawsze zostawali biskupami lub opatami50. Każdy potężny ród miał pod tym względem własne tradycje, pewne zasady były jednak wspólne. Jeśli Ezzon nazwał pierworodnego Ludolfem, to chciał przez to podkreślić swój związek z rodem panującym. Nieprzypadkowo dynastia ottońska jest też znana jako dynastia Ludolfingów. Jej symboliczny założyciel, żyjący w IX wieku książę Saksonii, miał na imię właśnie Ludolf. I było to miano niejako zarezerwowane dla krewniaków cesarza. Według tego samego klucza imiona otrzymała też reszta dzieci Ezzona. Młodszy syn to Otton – bardziej imperialnie już się nie dało. Wśród córek były z kolei między innymi Teofano, Adelajda, Matylda i Sofia. Wszystkie nazywały się tak samo jak żony i córki ottońskich cesarzy51.

Ezzon zrobił wyjątek tylko dwukrotnie. Trzeciego syna ochrzcił Hermanem i ta decyzja nie budzi żadnych kontrowersji. Po prostu uczcił swojego ojca i poprzednika na urzędzie palatyna. Herman Pusillus zmarł niedawno, a to wręcz nakazywało zadbać o zachowanie go w rodzinnej pamięci. Drugi przypadek jest już o wiele bardziej znaczący. Szczególnie że nie dotyczy jednego z późno narodzonych dzieci, ale pierworodnej córki.

Dziewczynka została nazwana Rychezą. Nie po swoich wielkich imperatorskich przodkiniach, ale po antenatce ze strony ojca. Prababce Richiwarze – noszącej to samo imię, ale w nieco bardziej archaicznej wersji52. Decyzja Ezzona na pewno nie była wynikiem kaprysu. O zbyt wysoką chodziło stawkę. Najwidoczniej mężczyzna coś chciał zasygnalizować – tak cesarzowi, jak i elitom Rzeszy. Co jednak konkretnie?

Odpowiedź zdaje się kryć w losie jego pozostałych córek. Wszystkie sześć otrzymało cesarskie imiona. I wszystkie czekał los odpowiedni dla potomkiń zazdrosnych o swoją krew imperatorów. Zostały mniszkami. W stosunku do Rychezy Ezzon miał jednak inne plany. Nadając jej imię właściwe dla swojego rodu, oznajmiał, że to on, a nie cesarz, będzie decydować o przyszłości dziewczynki. Dla wyczulonych na subtelności ludzi tej epoki sygnał był zupełnie zrozumiały. Licytacja została rozpoczęta. Czy Otton tego chciał, czy nie, ta córka miała zostać wydana korzystnie za mąż53.

Społeczny awans kolejnego możnowładcy – tym razem pewnie nawet bardziej problematycznego od Ezzona – był rzecz jasna nie w smak królowi. Jeśli nie mógł łatwo zatrzymać mariażu, postanowił przynajmniej podjąć się roli swata54. Szczególnie że dla pewnego konkretnego człowieka rzeczywiście zamierzał zrobić wyjątek i zgodzić się na wprowadzenie go do rodziny cesarskiej. Chodziło o kogoś, kim sam Otton był od lat szczerze zafascynowany. Co innego Ezzon. Palatyn na pewno nie ucieszył się, gdy usłyszał, kto zostanie jego zięciem.

Król jest tylko jeden

Nadszedł rok tysięczny, a wraz z nim nadeszło też nieprzyjemne otrzeźwienie. Ludzie pokroju Ezzona – majętni dostojnicy dobrze znający dworskie plotki, ale nienależący do grona bezpośrednich współpracowników cesarza – nie mogli już się dłużej okłamywać. Władca nie był po prostu młody i niedoświadczony. On był ni mniej, ni więcej tylko nieobliczalny.

Najpierw, zupełnie bez przyczyny, monarcha obraził pół dworu. Zdecydował, że już dłużej nie wypada mu jadać w towarzystwie motłochu. Jego ojciec i dziad, nawet po cesarskiej koronacji, spożywali uczty ramię w ramię ze swoimi książętami i urzędnikami. Ale nie Otton III. On, gdy tylko przywdział rzymską koronę, kazał ustawić dla siebie osobny, podwyższony stół. Specjalne miejsce wyłącznie dla imperatora. „Różni ludzie różne rzeczy myśleli na ten temat” – skomentował powściągliwie kronikarz Thietmar55. Gdyby miał dłuższy język, mógłby jeszcze sporo dopowiedzieć. Przecież możni aż gotowali się ze złości. Z jednej strony pozbawiano ich często jedynej okazji, by przedstawić władcy swoje sprawy, prośby i problemy. Z drugiej: ten uparty młokos nie miał za grosz konsekwencji. Brzydził się ich towarzystwem, odmawiał przyjmowania rad dworzan, a jednak – kompletnie ulegał swoim wychowawcom. Dla tych kilku Greków, Włochów i Francuzów zawsze znajdował czas. Całymi dniami rozmawiał z nimi na osobności. I nawet nie dbał o swój cesarski majestat. Gdy zapałał sympatią do pewnego pobożnego męża, biskupa Pragi Wojciecha, kazał mu spać we własnej sypialni, tak by móc bez przerwy z nim obcować. Innego księdza nazywał „swoim sumieniem”. Co może i brzmi niegroźnie, ale musiało być odczytywane jako zupełnie niedopuszczalna oznaka familiarności. Cesarz nie potrafił zachować powagi także na piśmie. Układał żartobliwe wierszyki, a kiepskim kawałem rzucił nawet w dokumencie, którym przyznawał arcybiskupstwo jednemu ze swoich współpracowników56.

Ottońskie córki przeznaczano zwykle do stanu duchownego. Klasztorne życie nie było jednak pisane ani Matyldzie, ani jej córce Rychezie (na ilustracji).

Archiwum autora/domena publiczna

To nie była niewinna dziecinada. Doradcy tak bardzo omotali cesarza, że ten uwierzył w niestworzone bajki. W to, że jego przeznaczeniem jest prawdziwa władza nad całym światem. Że pokłonią mu się, jak zapowiadał biskup Rawenny (i przyszły papież) Gerbert z Aurillac, mieszkańcy Imperium Bizantyjskiego, Egiptu, Syrii i Babilonii. I że nowym centrum jego władzy powinien zostać Rzym – serce „Odrodzonego Imperium Romanum”. Te mrzonki rozpalały wyobraźnię cesarza. I padały na wyjątkowo podatny grunt. Od najmłodszych lat Ottona toczyła dziwna gorączka mocarstwowych ambicji. Czuł, że na jego barkach spoczywa ciężar chrześcijaństwa. Że jest wysłannikiem Apostołów, ba! – że odbija się w nim sylwetka samego Jezusa Chrystusa. Skłonności do religijnej ekstazy walczyły w nim z głębokim poczuciem własnej grzeszności. Cesarska duma – z szaleńczym wręcz gniewem. Potrafił całe tygodnie spędzać w kryptach w towarzystwie rozmodlonych pustelników. Potrafił też jednak bezlitośnie rozprawiać się z wrogami, organizować popisowe egzekucje i nawoływać do gwałtów57.

Stało się jasne, że po niespełna dwudziestoletnim cesarzu można się spodziewać wszystkiego. A jednak – decyzja, którą podjął pod koniec 999 roku, znów wywołała szok. Imperator wyruszył w podróż do leżącego daleko poza granicami Rzeszy Gniezna. To była inicjatywa bez precedensu. Do tej pory niemieccy władcy przekraczali limes swojego imperium tylko w jednym celu: by poskramiać wrogów i rozszerzać zasięg chrześcijańskiej cywilizacji. By palić i mordować.

Wczesne średniowiecze nie znało czegoś takiego jak wizyty dyplomatyczne głów państw. Jeśli władcy spotykali się pokojowo, to wyłącznie na granicy. Gdy któryś ją przekraczał, to tym samym sygnalizował, że jest gotów podporządkować się sąsiadowi. Lub że dąży do konfrontacji58. Otton III postawił tę zasadę na głowie. On, przywódca chrześcijańskiej Europy, widzący w sobie samym Bożego namiestnika na ziemi, zapuścił się do dzikich puszcz Słowiańszczyzny. Pojechał do państwa, w którym prawdziwa wiara dopiero zaczynała się zadomawiać. I w którym tylko do nielicznych, głównych grodów zdążyło dotrzeć światło kultury.

Konsternacja mieszała się z obawami. Wśród niemieckich elit rozprawiano o tym, czy cesarz w ogóle wróci do kraju zdrowy i żywy. Czy przetrwa pobyt wśród bałwochwalców i fałszywych neofitów. I usilnie próbowano zrozumieć, o co właściwie w tym wszystkim chodzi.

Otton III odwiedził tajemniczy słowiański gród, by odprawić modły przed grobem Wojciecha: tego samego biskupa, którego gościł na dworze parę lat wcześniej i któremu przy tej okazji stanowczo zabraniał opuszczać swoje prywatne komnaty. Był urzeczony jego osobą. A chyba też czuł się po części odpowiedzialny za jego los. Na skutek serii politycznych wstrząsów, podlanych krwią i nienawiścią, Wojciech wylądował w Polsce jako pozbawiony rodziny i znienawidzony w swojej czeskiej ojczyźnie uchodźca. Stąd wyruszył na szaleńczą misję do Prus, gdzie szybko stracił życie. Wielu, nawet w tej przesiąkniętej dewocją epoce, mogłoby w nim widzieć tylko naiwnego nieszczęśnika. Ale nie Otton III. On w sylwetce biskupa-tułacza, niczym w lustrze, dostrzegał własne obawy i ciągoty. Instynktownie czuł to absolutne oddanie wierze, które zaprowadziło misjonarza na pruskie mokradła. Tę obsesję na punkcie męczeńskiej śmierci – jedynej, która gwarantuje miejsce w niebie i nimb świętości. To poczucie, że w brudnym, pozbawionym nadziei świecie tylko wybrańcy tacy jak on i Wojciech gotowi są dźwigać Chrystusowy krzyż…

Podróż przesiąknięta była religijną atmosferą. I z perspektywy tysiąca kilometrów łatwo było przegapić, że nie była ona wyłącznie pielgrzymką. Otton jechał na spotkanie z dwoma przyjaciółmi. Tym zamordowanym przez Prusów, ale też z tym, który był cały i zdrowy: władcą Polski i potomkiem rodu Piastów, Bolesławem Chrobrym. W Nadrenii niewiele wiedziano o tym człowieku, a już tym bardziej o kraju, którym rządził. Tak daleko na zachód nikt nie interesował się słowiańskim pograniczem. Wszystkie tamtejsze państewka zlewały się Lotaryńczykom w jedną, barbarzyńską masę. Ezzon pewnie nie wiedział nawet, jak nazywa się domena Bolesława i gdzie właściwie leży. A już na pewno nie orientował się, że Polska to coraz potężniejsze mocarstwo, obejmujące setki warowni, przynajmniej kilka ważnych węzłów handlowych i kluczowy szlak prowadzący z Czech na Ruś.

Bolesław zwany później Chrobrym nie był głupcem. Nie zamierzał przepuścić okazji, jaką była dla niego cesarska wizyta u grobu świętego Wojciecha. Obraz Jana Bogumiła Jacobiego.

Archiwum autora/domena publiczna

Co do samego księcia z dynastii Piastów, mógł o nim słyszeć najgorsze rzeczy: że to krzywoprzysięzca, nieokrzesany prostak i poganin tylko udający sługę Bożego. Bolesław miał w tym czasie w Niemczech paskudną opinię. Dopiero co przegnał z kraju macochę Odę i trzech braci przyrodnich. Wszyscy wylądowali w Saksonii i już się postarali, by oczernić swojego prześladowcę. Teraz do wianuszka inwektyw doszło jeszcze jedno, hańbiące oskarżenie: że Bolesław to krętacz, bezczelnie wykorzystujący młodego cesarza. Ten konkretny zarzut dla odmiany w zupełności odpowiadał prawdzie.

Ezzonowi nawet nie przyszłoby do głowy, że ten rzekomy prymityw ze wschodu to człowiek, od którego on – dumny palatyn – powinien uczyć się sztuki manipulacji. Obaj postępowali bardzo podobnie, ale Bolesław nie ograniczył się do jednego hazardowego przekrętu. Był długodystansowcem. Od lat uczestniczył w cesarskich kampaniach zbrojnych przeciwko poganom zamieszkującym tereny między Łabą i Odrą. Wykorzystywał każdą okazję, by zaimponować władcy. Był rubaszny, bezpośredni, popisywał się męstwem i pogardą dla śmierci. A że był zarazem tylko o jakieś trzynaście lat starszy od Ottona, odgrywanie roli cesarskiego druha nie sprawiało mu problemu59.

W przeciwieństwie do Ezzona nie musiał uciekać się do żadnego podstępu ani wymuszenia. Podczas wystawnych uczt i rewii wojskowych60, które towarzyszyły spotkaniu w Gnieźnie w marcu tysięcznego roku, na tyle zmiękczył Ottona, że ten sam postanowił sowicie go nagrodzić. Publicznie ogłosił Bolesława „cesarskim bratem” i współpracownikiem imperium. Zwolnił go z obowiązku płacenia trybutu. Ale zrobił też coś więcej. Jak donosił pierwszy polski kronikarz, Gall Anonim, imperator „zdjął ze swej głowy diadem cesarski i włożył go na głowę Bolesława na zadatek przymierza i przyjaźni”61.

Historycy od dziesiątków lat toczą zaciekłe spory, próbując ustalić, co konkretnie kryło się za tym gestem. Czy Bolesław właśnie został koronowany na króla? Niepewność i konsternacja naukowców nie powinny dziwić. Na to pytanie nie potrafiliby odpowiedzieć nawet… ludzie, którzy towarzyszyli Ottonowi podczas pamiętnego spotkania. A już tym bardziej inni niemieccy możnowładcy tej epoki.

***

Całe stulecia historii zrobiły swoje. Słysząc o koronach (czy też diademach) i królach, odruchowo wyobrażamy sobie uporządkowany świat ancien régime’u. Pedantyczną rzeczywistość, w której rangi władców są jasno ustalone: baronowie podlegają książętom, książęta królom, królowie cesarzom. Z każdą szarżą wiążą się określone rytuały i insygnia. A także: oczywiste ambicje. Książęta nieodmiennie marzą o byciu królami. Wiadomo też, kto przyznaje dany tytuł, jakie są wymagane sakry i kiedy konieczne jest zatwierdzenie ze strony papieża lub cesarza. Słowem: wszystko ma sens. Trudno powstrzymać się przed przenoszeniem tej kuszącej, czytelnej wizji rzeczywistości aż do X czy XI wieku. Tak właśnie postępują wszyscy historycy pytający, czy Bolesław został ukoronowany w tysięcznym roku. I jest to totalne nieporozumienie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Odnośnie do mebli obecnych w tej epoce we władczych rezydencjach zob. H. Kóčka-Krenz, Wyposażenie palatiów w Europie Środkowej, „Archaeologia Historica Polona”, t. 14 (2004), s. 20–21.

2 Odnośnie do ideologicznej roli Akwizgranu zob. np.: R. Michałowski, Princeps fundator. Studium z dziejów kultury politycznej w Polsce X–XIII wieku, Warszawa 1993, s. 72–73; J.L. Nelson, Aachen as a place of power [w:] Topographies of Power in Early Middle Ages, red. M. de Jong, F. Theuws, C. van Rhijn, Leiden–Boston–Köln 2001, s. 217–237.

3 Por. J. Banaszkiewicz, Jak Erenfried Ezzo wygrał od Ottona III jego siostrę Matyldę [w:] Trzy po trzy o dziesiątym wieku, Kraków 2014, s. 179.

4 Odnośnie do wieku Ezzona zob. np. M. Parisse, Ezzo, Pfalzgraf von Lothringen [w:] Lexikon des Mittelalters, t. 4, München–Zürich 1989, s. 197–198. Odnośnie do możliwości wcielenia się czterdziestolatka w królewskiego „rówieśnika” zob. J. Banaszkiewicz, Jak Erenfried Ezzo wygrał, dz. cyt., s. 181–182.

5 To, w jaki sposób Ezzon wzbraniał się przed pojedynkiem, można sobie wyobrażać na podstawie innych, podobnych historii, np. pochodzącej z tego samego okresu legendy o Ruodliebie. Jej bohater zarzekał się, że „grać z królem jest rzeczą straszną”. Zob. M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy. Średniowieczna narracja o opactwie Brauweiler i rodzie królowej Rychezy, Kraków 2007, s. 132–133.

6 Opis gry za: J. Banaszkiewicz, Jak Erenfried Ezzo wygrał, dz. cyt., s. 176. Zob. też: H.J.R. Murray, The medieval games of tables, „ Medium Aevum”, t. 2 (1941), s. 57–69.

7 U. Lewald, Die Ezzonen. Das Schicksal eines rheinischen Furstengeschlechtes, „Rheinische Vierteljahrsblätter”, t. 43 (1979), s. 126.

8 Brunwilarensis Monasterii Fundatio [w:] Monumenta Germaniae Historica. Scriptores, t. 11, oprac. R. Köpke, Hannoverae 1854, s. 397 przyp. 24.

9 T. Michałowska, Literatura polskiego średniowiecza, Warszawa 2011, s. 446.

10 Zob. np. T. Ilgen, Kritische Beiträge zur rheinisch-westfälischen Quellenkunde des Mittelalters, „Westdeutschlands Zeitschrift für Geschichte und Kunst”, t. 30 (1911), s. 284–294; O. Oppermann, Die ältesten Urkunden des Klosters Brauweiler. Ein Beitrtag zur Geschichte d. mittelalterlichen Grundbesitzes and der Mosel und am Niederrhein, „Westdeutschlands Zeitschrift für Geschichte und Kunst”, t. 22 (1903), s. 184–230.

11 M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 82.

12 Tamże, s. 143. Zob. też: W. Bader, Brauweiler, „Rheinische Kunststätten”, t. 10 (1974), s. 1 i n.

13 J. Banaszkiewicz, Jak Erenfried Ezzo wygrał, dz. cyt., s. 182.

14 Tamże, s. 183; H.J.R. Murray, A History of Chess, Oxford 1962, s. 418.

15 Akt fundacyjny klasztoru w Brauweiler, rozdz. 6–7; J. Banaszkiewicz, Jak Erenfried Ezzo wygrał, dz. cyt., s. 176–177; M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 103, 127–128, 131–133. Bazuję w dużym stopniu na ustaleniach tego autora, należy jednak uczciwie zaznaczyć, że w jego opinii: „Dociekanie racjonalnego jądra w opowieści na temat zaślubin Ezzona i Matyldy wydaje się bezcelowe” (tamże, s. 127).

16 Nic nie wiadomo o tym, by Otton proponował Ezzonowi wielbłąda. Nie można tego jednak wykluczyć, biorąc pod uwagę, że ten osobliwy prezent otrzymał zaledwie kilka lat wcześniej. Darczyńcą był polski książę Mieszko I: G. Althoff, Otto III, Pennsylvania 2003, s. 47; K. Janicki, Żelazne damy. Kobiety, które zbudowały Polskę, Kraków 2015, s. 237.

17 Oczywiście te dialogi nie zachowały się w tekście kroniki. Nie ma natomiast wątpliwości co do tego, że Ezzon wykorzystał rzekome wsparcie Trójcy Świętej jako argument, gdy cesarz wahał się z zaakceptowaniem kosztu porażki. Zob. M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 134.

18 Data narodzin Matyldy nie jest pewna. Przyjmuje się najczęściej, że przyszła na świat w 978 lub 979 roku. Zob. np. O. Perst, Zur Reihenfolge der Kinder Ottos II. und der Theophano, „Deutsches Archiv für Erforschung des Mittelalters”, t. 14 (1958), s. 235–236; G. Athoff, Mathilde, Tochter Ottos II. († 1025) [w:] Lexikon des Mittelalters, t. 6, München–Zürich 1993, s. 392.

19 U. Lewald, Die Ezzonen, dz. cyt., s. 127; J. Banaszkiewicz, Jak Erenfried Ezzo wygrał, dz. cyt., s. 180. Część badaczy mimo to uważa, że do ślubu Matyldy i Ezzona doszło w 991 roku: P. Schreiner, Królowa Rycheza, Polska i Nadrenia. Stosunki między Polakami i Niemcami w XI wieku, Poznań–Kolonia 1996, s. 40; M. Delimata, […] Quae primogenita errat […]. Dzieciństwo, młodość i lata dojrzałe królowej Rychezy (do wygnania z Polski po 1031 roku), „Studia Historica Slavo-Germanica”, t. 25 (2003/2004), s. 32.

20 F. Harris-Stoertz, Adolescence [w:] Women and Gender in Medieval Europe. An Encyclopedia, red. M. Schaus, New York 2006, s. 8–10; H. Wolfram, Conrad II, 990–1039. Emperor of Three Kingdoms, University Park 2006, s. 24, 73; P. Żmudzki, Władca i wojownicy. Narracje o wodzach, drużynie i wojnach w najdawniejszej historiografii Polski i Rusi, Wrocław 2009, s. 127–160; B. Śliwiński, Bezprym. Pierworodny syn pierwszego króla Polski (986–zima/wiosna 1032), Kraków 2014, s. 91; J.L. Nelson, Politics and Ritual in Early Medieval Europe, London 1986, s. 8; S. Shahar, Growing Old in the Middle Ages, London–New York 1997, s. 15 i n.

21 Piotr Damiani, Żywot świętego Romualda, Warszawa 1991, rozdz. 25; G. Althoff, Otto III, dz. cyt., s. 143.

22 Por. G. Althoff, Otto III, dz. cyt., s. 52–55.

23 Por. M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 131–132.

24 Thietmar, Kronika, ks. IV, rozdz. 15. Por. J. Strzelczyk, Otton III, Wrocław 2000, s. 35–37.

25 Akt fundacyjny klasztoru w Brauweiler, rozdz. 6; M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 145.

26 G. Labuda, Mieszko II król Polski (1025–1034). Czasy przełomu w dziejach państwa polskiego, Poznań 2008, s. 110. Podobnie: S. Trawkowski, Rycheza [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. 33, Wrocław 1991–1992, s. 368.

27 Odnośnie do klasztornych kronik zob. M.R. Pauk, Mnisi – fundatorzy – pismo. „Cronica Domus Sarensis” na tle dziejopisarstwa klasztornego XI–XIV wieku [w:] Christianitas Romana. Studia ofiarowane Romanowi Michałowskiemu, red. K. Skwierczyński, Warszawa 2009, s. 247–253.

28 M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 162–166.

29 J. Banaszkiewicz, Jak Erenfried Ezzo wygrał, dz. cyt., s. 174; U. Lewald, Die Ezzonen, dz. cyt., s. 124.

30 M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 87.

31 Podkreśla to: Thietmar, Kronika, ks. IV, rozdz. 60.

32 M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 156.

33 F. Steinbach, Die Ezzonen. Ein Versuch territorialpolitischen Zusammenschlusses der französischen Rheinlande [w:] Das erste Jahrtausend Kultur und Kunst im werdenden Abendland an Rhein und Ruhr Tafelband, red. K. Böhner, V.H. Elbern, t. 3, Düsseldorf 1962, s. 856–857.

34 R.E. Barth, Der Herzog in Lotharingien im 10. Jahrhundert, Sigmaringen 1990, s. 188; M. Schaab, Geschichte der Kurpfalz, t. 1: Mittelalter, Stuttgart–Köln 1988, s. 18–21.

35 Odnośnie do Klotten i Tomburga: M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 24, 29–30. Odnośnie do Brauweiler: S. Corsten, Flamersheim und Kirchheim. Über die Pfarrorganisation rheinischer Krongutbezirke, „Annalen des Historischen Vereins für den Niederrhein”, t. 174 (1972), s. 20. Odnośnie do stanu posiadania rodziny zob. też: P. Schreiner, Królowa Rycheza, Polska i Nadrenia, dz. cyt., s. 40–42.

36 Akt fundacyjny klasztoru w Brauweiler, rozdz. 6; J. Banaszkiewicz, Jak Erenfried Ezzo wygrał, dz. cyt., s. 177; M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 128, 134–135.

37 E. Freise, Mathilde [w:] Neue Deutsche Biographie, t. 16, Berlin 1990, s. 374; L. Körntgen, Zwischen Herrschern und Heiligen: Zum Verhältnis von Königsnähe und Eigeninteresse bei den ottonischen Frauengemeinschaften Essen und Gandersheim [w:] Herrschaft, Liturgie und Raum. Studien zur mittelalterlichen Geschichte des Frauenstifts Essen, red. K. Bodarwé, T. Schilp, Essen 2002, s. 20; E. van Houts, Women and the Writing of History in the Early Middle Ages: The Case of Abbess Matilda of Essen and Aethelweard, „Early Medieval Europe”, t. 1 (1992), s. 53–68.

38 K.M. Collins, Visualizing Mary. Innovation and Exegesis in Ottonian Manuscript Illumination, Ann Arbor 2007, s. 85–86; A. Pothmann, Der Essener Kirchenschatz aus der Frühzeit der Stiftsgeschichte [w:] Herrschaft, Bildung und Gebet. Gründung und Anfänge des Frauenstifts, red. G. Berghaus, T. Schilp, M. Schlagheck, Essen 2000, s. 138.

39 W oryginalnym tekście zapisano oczywiście: z rozkazu matki. Przyjmijmy jednak konsekwentnie, że chodziło o babkę. Akt fundacyjny klasztoru w Brauweiler, rozdz. 6; J. Banaszkiewicz, Jak Erenfried Ezzo wygrał, dz. cyt., s. 188; M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 128–129.

40 To powiązanie zaproponowano w: Die Regesten des Kaiserreiches unter Otton III, oprac. J.F. Böhmer, M. Uhlirz, Graz–Köln 1956, s. 556. Zob. też: J. Banaszkiewicz, Jak Erenfried Ezzo wygrał, dz. cyt., s. 179; J. Fried, Kaiserin Theophanu und das Reich [w:] Köln – Stadt und Bistum in Kirche und Reich des Mittelalters, red. H. Vollrath, S. Weinfurter, Köln 1993, s. 174; John W. Bernhardt, Itinerant Kingship and Royal Monasteries in Early Medieval Germany, c. 936–1075, Cambridge 1993, s. 192.

41 J.H. Shaffer, Essen [w:] Medieval Germany. An Encyclopedia, red. J.M. Jeep, New York 2001, s. 213–214; H. Mayr-Harting, Artists and patrons [w:] The New Cambridge Medieval History, t. 3: c. 900–1024, red. R. McKitterick, T. Reuter, Cambridge 1995, s. 219–220.

42 Thietmar, Kronika, ks. IV, rozdz. 60. Co charakterystyczne, o ślubie nie poinformowało żadne inne źródło. Zob. M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 126. O „mezaliansie stulecia” pisał: P. Schreiner, Królowa Rycheza, Polska i Nadrenia, dz. cyt., s. 40. Odnośnie do majątków otrzymanych przez Matyldę zob. też: G. Labuda, Mieszko II król Polski, dz. cyt., s. 110.

43 A. Pleszczyński, Niemcy wobec pierwszej monarchii piastowskiej (963–1034). Narodziny stereotypu, Lublin 2008, s. 252, 297–304. Zob. też: D. Borawska, Kryzys monarchii wczesnopiastowskiej w latach trzydziestych XI wieku, Warszawa 2013, s. 38; R. Michałowski, Świadomość saskiej grupy rządzącej w wiekach X–XI. „Nobilis, dives, pauper” – próba analizy semiotycznej, „Studia Źródłoznawcze”, t. 19 (1974), s. 13 i n.; H. Wolfram, Conrad II, 990–1039, dz. cyt., s. 44. Odnośnie do pokrewieństwa Rychezy – i całego rodu Ludolfingów – z Karolem Wielkim zob. K. Jasiński, Rycheza, żona króla polskiego Mieszka II, „Herald. Historia, Genealogia, Heraldyka”, nr 8 (1994), s. 11.

44 Por. J. Fried, Otton III i Bolesław Chrobry. Miniatura dedykacyjna z „Ewangeliarza” z Akwizgranu, zjazd gnieźnieński a królestwa polskie i węgierskie, Warszawa 2000, s. 43, 46.

45 K. Leyser, Rule and Conflict in an Early Medieval Society. Ottonian Saxony, London 1979, s. 63. Zob. też: L. Eckenstein, Woman under Monasticism. Chapters on Saint-Lore and Convent Life between AD 500 and AD 1500, Cambridge 1896, s. 151–152.

46 G. Althoff, Namengebung und adliges Selbstverständnis [w:] Nomen et gens. Zur historischen Aussagekraft frühmittelalterlicher Personennamen, red. D. Geuenich, W. Haubrichs, J. Jarnut, Berlin 1997, s. 133–134; G. Pac, Kobiety w dynastii Piastów. Rola społeczna piastowskich żon i córek do połowy XII wieku. Studium porównawcze, Toruń 2013, s. 559. O tej polityce pisałem też w: K. Janicki, Żelazne damy, dz. cyt., s. 193.

47 M. Tomaszek, Klasztor i jego dobroczyńcy, dz. cyt., s. 27–28, 156.

48 Konkretnie Ezzon został wójtem klasztornym posiadłości Essen położonych na lewym brzegu Renu: K.G. Beuckers, Die Ezzonen und ihre Stiftungen. Eine Untersuchung zur Stiftungstätigkeit in 11. Jahrhundert, Hamburg 1993, s. 37. Odnośnie do odziedziczenia palatynatu ze względu na żonę zob. np. S. Trawkowski, Rycheza, dz. cyt., s. 368.

49 Nie jest zupełnie pewne, co miał na myśli „G.”: „najstarszą z córek” czy w ogóle „najstarszą”. K. Jasiński dopuszczał, że Rycheza była pierworodnym dzieckiem (Tenże, Rycheza, żona króla polskiego, dz. cyt., s. 11). Inny fragment kroniki z Brauweiler wskazuje jednak na starszeństwo Ludolfa. Zob. M. Delimata, […] Quae primogenita errat […], dz. cyt., s. 31. Odnośnie do roku narodzin zob. też: S. Trawkowski, Rycheza, dz. cyt., s. 368. Dla czytelności wywodu przyjmuję rok 996. Rycheza mogła się jednak urodzić także w roku 995.

50 Więcej na ten temat pisałem w artykule: Czy twoje imię decyduje o tym, kim jesteś? W średniowieczu dokładnie tak było!, „Ciekawostki historyczne.pl”, 11 czerwca 2015 [http://ciekawostkihistoryczne.pl/?p=32815/].

51 G. Althoff, Namengebung und adliges, dz. cyt., s. 133; G. Pac, Kobiety w dynastii Piastów, dz. cyt., s. 558–560.

52 E. Kimpen, Ezzonen und Hezeliniden in der rheinischen Pfalzgrafschaft, „Mitteilungen des Österreichischen Instituts für Geschichtsforschung”, t. 12 (1933), s. 2; M. Schaab, Geschichte der Kurpfalz, t. 1, dz. cyt., s. 18–21.

53 Takie rozwiązanie zagadki ostrożnie sugerował: G. Althoff, Namengebung und adliges, dz. cyt., s. 133–134.

54 Por. podobnie interpretowaną politykę kolejnego władcy, Henryka II: S. Weinfurter, Die Zentralisierung der Herrschaftsgewalt im Konflikt. Das Beispiel Kaiser Heinrichs III. [w:] Gelebte Ordnung – Gedachte Ordnung, red. H. Kluger, H. Seibert, W. Bomm, Ostfildern 2005, s. 252–253.

55 Thietmar, Kronika, ks. IV, rozdz. 47.

56 Wymieniłem przykłady zachowań Ottona, które w świetle nowych badań porównawczych rzeczywiście wykraczały poza przyjęte w tej epoce gesty i rytuały. Zob. G. Althoff, Otto III, dz. cyt., s. 139–148. O niezwykłej poufałości między cesarzem i Wojciechem: Brunon z Kwerfurtu, Żywot św. Wojciecha, rozdz. 20; J. Fried, Otton III i Bolesław Chrobry, dz. cyt., s. 60. Odnośnie do jadania przy osobnym stole zob. też: A. Pleszczyński, Niemcy wobec pierwszej monarchii piastowskiej, dz. cyt., s. 166.

57 J. Fried, Otton III i Bolesław Chrobry, dz. cyt., s. 89; J. Strzelczyk, Otton III, dz. cyt., s. 161 i n.

58 Zob. np. J. Strzelczyk, Bolesław Chrobry, Warszawa 2014, s. 37; G. Labuda, Mieszko II król Polski, dz. cyt., s. 46.

59 O polskim podłożu zjazdu gnieźnieńskiego, postrzeganiu Słowian w Niemczech, świętym Wojciechu, relacjach Ody z Bolesławem i osobowości polskiego władcy pisałem już szerzej w: K. Janicki, Żelazne damy, dz. cyt. Tam szczegółowa literatura. Zob. też: A.F. Grabski, Polska X–XIII wieku w opiniach współczesnych, Warszawa 1964; J. Strzelczyk, Zjazd gnieźnieński, Poznań 2000; J. Fried, Otton III i Bolesław Chrobry, dz. cyt., s. 18 i n.; A. Pleszczyński, Niemcy wobec pierwszej monarchii piastowskiej, dz. cyt., s. 124 i n.; P. Wiszewski, Domus Bolezlai. W poszukiwaniu tradycji dynastycznej Piastów (do około 1138 roku), Wrocław 2008, s. 209.

60 Odnośnie do rewii wojskowych Chrobrego zob. T. Jasiński, Czy Bolesław Chrobry lubił zagadki matematyczne?, „Świat Nauki”, nr 8 (2000), s. 86.

61 Gall Anonim, Kronika Polska, ks. I, rozdz. 6.

ZBUNTOWANA DZIEDZICZKA IMPERATORÓW

DZIECIŃSTWO I MŁODOŚĆ RYCHEZY

Dostępne w wersji pełnej

PRZEKLĘTY TRON

KLĄTWA ZHAŃBIONEJ PRZEDSŁAWY

Dostępne w wersji pełnej

GASNĄCY BLASK KORONY

RYCHEZA NA POLSKIM TRONIE

Dostępne w wersji pełnej

NA GRUZACH IMPERIUM

KOBIETY W WALCE O WŁADZĘ

I GODNOŚĆ

Dostępne w wersji pełnej

Nota Autora

Dostępne w wersji pełnej

Wybrana bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Indeks osób

Dostępne w wersji pełnej

CHCESZ WIEDZIEĆ JESZCZE WIĘCEJ?

Czy twoje imię decyduje o tym, kim jesteś?

W średniowieczu dokładnie tak było!

Czy syn Bolesława Chrobrego był beksą?

Tysiącletnie kłamstwo.

Nie było żadnego Bolesława Chrobrego!

Imię odkryte tysiąc lat później.

Kim była matka Mieszka I?

Czy najważniejszy polski święty był nekromantą?

To nie była żadna fanaberia.

Wiemy po co syn Bolesława Chrobrego uczył się mówić po grecku

Co Gall Anonim ma wspólnego ze świętym Mikołajem?

O TYM WSZYSTKIM (I NIE TYLKO!) PRZECZYTASZ POD ADRESEM:

www.CiekawostkiHistoryczne.pl/DamyZeSkaza/

MUSIAŁY BYĆ SILNE, BY PRZEŻYĆ W BEZWZGLĘDNYM ŚWIECIE POLSKIEJ POLITYKI.

W MROKACH ŚREDNIOWIECZA POLSKĄ RZĄDZIŁY KOBIETY.

I BYŁY DIABELNIE SKUTECZNE!

Dobrawa wie, że jej przyszły mąż Mieszko to zatwardziały poganin i morderca. Mimo to dla dobra swego rodu wyrusza do kraju Polan.

Rycheza jednym skinieniem palca może sprawić, że Polska Piastów przestanie istnieć. I tylko ona jest zdolna ją uratować.

Agnieszka pragnie korony i jest gotowa dla niej zabijać.

Judyta uwodzi potężnego palatyna Sieciecha, by z jego pomocą zapewnić tron swojemu synowi.

Helena chwyta w swoje ręce rządy nad Krakowem, gdy jej mąż ginie otruty przez odrzuconą kochankę.

Przyszło im żyć w czasach, gdy panowało tylko jedno prawo – prawo silniejszego. Przybyły do kraju rządzonego przez brutalnych władców, których całym życiem były podbój i mord. Stanęły u ich boku, a gdy nadeszła odpowiednia chwila, same sięgnęły po ster polityki.

Dla dobra rodu, swoich dzieci i dla władzy nie wahały się użyć trucizny czy sztyletu. Przekupstwo, podstęp, nawet własne ciało – każdy sposób był dobry, jeśli pozwalał im realizować zamierzone cele.

Polskie władczynie. Żelazne damy…

POTĘŻNE, AMBITNE, OSAMOTNIONE.

CZY TO ONE STWORZYŁY POTĘGĘ RZECZPOSPOLITEJ?

Opływały w luksusy, na zawołanie miały setki dworzan i służących. Oczekiwano od nich, że będą statystkami w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Ale damy złotego wieku nie pozwoliły uwięzić się w złotych klatkach. Wzięły sprawy w swoje ręce.

Księżniczka z podrzędnego włoskiego rodu steruje zza kulis najpotężniejszym państwem Europy. Czy jej największym wrogiem okaże się ukochany syn?

Magnatka nosi w łonie nieślubne dziecko młodego władcy. Czy dzięki tej ciąży jej ród zostanie wywyższony? A może spadnie na nią hańba i powszechne potępienie?

Świat dworskich intryg, politycznych rozgrywek, nieograniczonych ambicji i namiętności. Autor bestsellerowych Pierwszych Dam II Rzeczpospolitej i Upadłych Dam II Rzeczpospolitej prezentuje zaskakująco współczesny teatr gry o polski tron. W takim świecie żyły Bona Sforza, Barbara Radziwiłłówna i Anna Jagiellonka.

Projekt okładki

Adam Pietrzyk

Fotografia na pierwszej stronie okładki

Agnieszka Rzymek, www.agarzymek.com

Sesja zdjęciowa

Modelka Helena Annapurna Michaluk

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Maciej Gablankowski

Wybór ilustracji

Natalia Gawron

Adiustacja

Elżbieta Kot

Korekta

Judyta Wałęga

Grażyna Rompel

Indeks

Agnieszka Wolnicka

Konsultacja merytoryczna

dr Małgorzata Delimata-Proch

Opracowanie ilustracji

Katarzyna Leja

Copyright © by Kamil Janicki

© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2016

ISBN 978-83-240-3467-3

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Damy polskiego imperium Damy ze skazą Żelazne damy Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce Damy złotego wieku Pierwsze damy II Rzeczpospolitej 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Królowie przeklęci. Tom II Turniej cieni Moja piątka z Cambridge