Niebiańskie Grzechy

Niebiańskie Grzechy

Autorzy: Laurell K. Hamilton

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 720

Cena książki papierowej: 49.00 zł

cena od: 31.20 zł

Wyrzuty sumienia i poczucie winy to cudowny motywator,

nawet wśród umarłych...

Anita Blake, egzekutorka i szeryf federalny, przyjmuje zlecenie od tajemniczego przybysza, który chce ożywić swego dawnego przodka, nie kwapi się jednak z udzieleniem Anicie szczegółowych informacji na jego temat. W tym samym czasie w St. Louis dochodzi do serii wyjątkowo okrutnych i brutalnych morderstw, a sądząc po stanie ofiar, sprawca nie był istotą ludzką. Dodając do tego nagłą i niespodziewaną wizytę Musette, protegowanej Belle Morte, członkini Rady Wampirów i rozłam w triumwiracie pomiędzy Richardem, Jean-Claude’em i Anitą, sytuacja staje się coraz bardziej napięta i wystarczy tylko jeden drobny błąd, czy to w procedurach, czy w przestrzeganiu dworskich konwenansów, aby polała się krew... I nie sposób przewidzieć, czy tym razem wszyscy przyjaciele Anity Blake wyjdą cało z tych tarapatów i czy ona sama zdoła uporać się z własnymi problemami, zanim okrutny morderca, prawdziwa bestia w ludzkiej skórze, przybije gwoździami do ściany kolejną niewinną kobietę...

Laurell K. Hamilton

Niebiańskie Grzechy

Tytuł oryginału

Cerulean Sins

ISBN

Copyright © 2003 by Laurell K. Hamilton

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016

Redaktor

Robert Cichowlas

Ilustracja na okładce

Craig White/lottreps.com

Opracowanie graficzne i techniczne

Barbara i Przemysław Kida

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Podziękowania

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Rozdział 57

Rozdział 58

Rozdział 59

Rozdział 61

Rozdział 61

Rozdział 62

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Dla J.,

który częściej mówi tak niż nie;

który nigdy nie sprawia,

że czuję się jak dziwoląg

i który wymyślił tytuł dla tej książki

Podziękowania

Dla Karen i Niedźwiadka, którzy pomogli mi znaleźć nowe miejsca, aby ukryć tam ciała. Dla Joanie i Melissy, które pomagały zajmować się Trinity, kiedy potrzebowała więcej czasu na zabawę, niż może zapewnić pracująca mama. Dla Trinity, która pomogła mi dokończyć tę książkę, bo była już na tyle duża, że mogła bawić się sama.

Z każdym rokiem jest coraz lepiej. Dla Carniffexa i Maerdy, którzy pomagali mi przy zbieraniu materiałów i o których powinnam była wspomnieć wiele książek temu. Dla Darli, bez której wiele rzeczy by się nie udało. Dla Sherry za to, że dbała, aby w domu dało się jakoś mieszkać. Dla sierżanta Roberta Cooneya z Mobilnej Jednostki Rezerwowej Policji Miejskiej St. Louis za odpowiedzi na zadawane w ostatniej chwili pytania. Nie miał czasu przeczytać tego manuskryptu, więc wszystkie błędy są tylko i wyłącznie moją winą. I jak zawsze dla mojej grupy pisarskiej: Toma Drennana, N.L. Drew, Rhetta McPhearsona, Deborah Millitello, Marelli Sands, Sharon Shinn i Marka Sumnera.

1

Był początek września. Gorąca pora roku, jeżeli chodzi o ożywianie zmarłych. Przedhalloweenowa gorączka zaczynała się, jak wszystko na to wskazywało, z każdym rokiem coraz wcześniej. Wszyscy animatorzy w naszej firmie mieli zarezerwowane wszelkie dostępne terminy. Ja nie stanowiłam pod tym względem wyjątku, prawdę mówiąc, oferowano mi więcej zleceń, niż byłabym w stanie zrealizować, nawet przy minimalnej potrzebie snu?

Pan Leo Harlan powinien się cieszyć, że znalazłam dla niego czas. Nie wyglądał, jakby się cieszył. Prawdę mówiąc, w ogóle nie zdradzał emocji. Harlan był średniakiem. Średniego wzrostu, o ciemnych, ale nie bardzo ciemnych włosach. Skórę też miał nie za bladą i nie za ciemną. Oczy brązowe, lecz w niemożliwym do określenia odcieniu brązu. W sumie cechą wyróżniającą pana Harlana było to, że niczym konkretnym się nie wyróżniał. Nawet garnitur miał ciemny, konserwatywny. Strój biznesmena, który był w modzie od dwudziestu lat i który nie wypadnie z łask przez kolejnych dwadzieścia. Miał białą koszulę, starannie zawiązany krawat, a dłonie, nie za duże i nie za małe, były zadbane, choć niewymanikiurowane.

Jego wygląd mówił mi tak niewiele, że samo to było interesujące i odrobinę mnie zaniepokoiło.

Upiłam łyk kawy z mojego kubka z napisem: „Jeśli uraczysz mnie bezkofeinową, urwę ci głowę”. Przyniosłam go do pracy, kiedy nasz szef, Bert, załadował do ekspresu kawę bezkofeinową, nikogo o tym nie informując i licząc na to, że się nie zorientujemy. Połowa firmy przez tydzień myślała, że cierpi na mononukleozę, dopóki nie odkryliśmy podstępnego planu Berta.

Kawa, którą nasza sekretarka Mary przyniosła dla pana Harlana, stała na skraju mego biurka. Na jego kubku widniało logo naszej firmy: Animatorzy sp. z o.o. Harlan upił łyk kawy, ledwie Mary przyniosła kubek. Poprosił o czarną, ale pił z taką miną, jakby mu nie smakowała albo jakby nie dbał o to, jak smakuje. Pił z uprzejmości, nie z upodobania.

Ja sączyłam swoją kawę, z dużą ilością cukru i śmietanki, próbując zrekompensować sobie pracę do późna ubiegłej nocy. Kofeina i cukier, dwie podstawowe grupy żywieniowe.

Jego głos był jak cała reszta, tak zwyczajny, że aż niezwykły. Mówił bez jakiegokolwiek akcentu mogącego zdradzić, z jakiego kraju czy regionu pochodził.

— Chciałbym, aby wskrzesiła pani mojego przodka, panno Blake.

— Już pan to mówił.

— Wydaje się pani powątpiewać w moje słowa, panno Blake.

— Powiedzmy, że jestem sceptyczna.

— Czemu miałbym panią okłamywać?

Wzruszyłam ramionami.

— Ludzie już to robili.

— Zapewniam panią, że mówię prawdę.

Sęk w tym, że mu nie uwierzyłam. Może jestem paranoiczką, ale moje lewe ramię pod materiałem granatowego żakietu przecinały liczne blizny, począwszy od piętna w kształcie krzyża, wypalonego przez wampirzego sługusa, aż po ślady pazurów zmiennokształtnego czarownika. Do tego jeszcze blizny od noża, wąskie i czyste w porównaniu z innymi. Na prawym ramieniu miałam tylko jedną bliznę od noża, w sumie nie było o czym gadać. No i były też inne blizny, ukryte pod granatową spódnicą i błękitną bluzką. Jedwab nie dba o to, czy zakrywa blizny czy gładką, nieskazitelną skórę. Miałam podstawy, by być paranoiczką.

— Jakiego przodka chce pan wskrzesić i po co? — Uśmiechnęłam się, gdy to powiedziałam, ale uśmiech nie dotarł do moich oczu. Będę musiała nad tym popracować, bo na razie moje uśmiechy nie wyglądały przekonująco.

On także się uśmiechnął bez emocji w oczach. Znów sięgnął po kubek z kawą i tym razem zwróciłam uwagę na coś ciężkiego, co miał w lewej przedniej kieszeni marynarki. Nie nosił kabury pod pachą — zauważyłabym to — ale w lewej kieszonce na piersi miał jakiś ciężki przedmiot. Cięższy od portfela. To mogło być wiele rzeczy, ale ja z miejsca pomyślałam: spluwa. Nauczyłam się ufać swojemu instynktowi. To nie paranoja, jeżeli ludzie naprawdę chcą cię załatwić.

Ja miałam pistolet w kaburze pod lewą pachą. To nieco wyrównywało szanse, ale nie chciałam, żeby moje biuro zmieniło się w O.K. Corral. Facet miał broń. Najprawdopodobniej. Równie dobrze mogła to być jedynie ciężka papierośnica. Ale mogłabym się założyć niemal o wszystko, że to jednak była spluwa. Mogłam tak tu siedzieć, próbując stłumić w sobie to przekonanie, albo zachowywać się tak, jakbym miała rację. Jeśli się pomyliłam, później za to przeproszę, a jeżeli miałam rację, to przynajmniej przeżyję. Lepiej być nieuprzejmą i żywą niż uprzejmą i martwą,

Przerwałam jego wywód o drzewie genealogicznym. W sumie nawet go nie słuchałam. Skupiłam się na tym czymś ciężkim, co miał w kieszeni. Zamierzałam dowiedzieć się, co to było, cała reszta przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Uśmiechnęłam się i wymusiłam, by ten uśmiech dotarł aż do moich oczu.

— Czym właściwie się pan zajmuje, panie Harlan?

Wziął nieco głębszy oddech i usadowił się wygodniej na krześle. To był jedyny przejaw napięcia, jakie zaobserwowałam z jego strony. Pierwszy prawdziwy przejaw ludzkiego zachowania. Ludzie się wiercą. Pan Harlan tego nie robił.

Ludzie nie lubią mieć styczności z kimś, kto ożywia zmarłych. Nie pytajcie mnie dlaczego, ale zwykle nasza obecność ich denerwuje. Harlan nie wyglądał na zdenerwowanego, w ogóle nie zdradzał żadnych emocji. Po prostu siedział naprzeciw mnie, przed biurkiem, chłodny, zdystansowany, ale jego przeciętne, zwykłe oczy wydawały się puste i sympatyczne. Mogłam się założyć, że skłamał, podając powód swej wizyty tutaj, i że miał przy sobie ukrytą broń, schowaną w miejscu, które trudno byłoby od razu wypatrzyć.

Coraz mniej lubiłam Leo Harlana.

Delikatnie odstawiłam kubek z kawą na podkładkę i wciąż się uśmiechałam. Uwolniłam ręce i to był krok pierwszy. Krokiem drugim miało być wyjęcie broni; choć liczyłam na to, że zdołam tego uniknąć.

— Chcę, żeby wskrzesiła pani jednego z moich przodków, panno Blake. Nie rozumiem, co mogłaby mieć z tym wspólnego moja praca.

— Mimo wszystko proszę odpowiedzieć — powiedziałam, wciąż się uśmiechając, ale czułam, że radość wypływa z moich oczu jak roztapiający się lód.

— Czemu miałbym to zrobić? — zapytał.

— Bo w przeciwnym razie nie przyjmę pańskiego zlecenia.

— Pan Vaughn, pani szef, już wziął ode mnie pieniądze. Przyjął je w pani imieniu.

Uśmiechnęłam się, tym razem szczerze.

— Prawdę mówiąc, Bert jest w naszej firmie jedynie kierownikiem zarządzającym. Większość z nas ma w niej pełnoprawne udziały jako partnerzy, jak w kancelarii prawniczej. Bert zajmuje się prowadzeniem interesu, ale w sumie nie jest już moim szefem.

Jego twarz, o ile to w ogóle możliwe, jeszcze bardziej się rozluźniła, a równocześnie stała się bardziej zamknięta i tajemnicza. Zupełnie jakbym miała przed sobą kiepski portret, taki, który technicznie oddaje wszystkie walory modela, ale nie potrafi uchwycić ani odrobiny życia. Ludzie, których widywałam równie zamkniętych, byli naprawdę przerażający.

— Nie zdawałem sobie sprawy ze zmiany pani statusu, panno Blake. — Jego głos stał się o ton głębszy, ale pozostawał pusty, jak wyraz jego twarzy.

Facet sprawiał, że w moim wnętrzu włączyły się wszystkie alarmy, byłam cała spięta, rozpaczliwie pragnęłam sięgnąć po broń. Odruchowo opuściłam ręce, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dopiero kiedy on lekko uniósł swoje, zdałam sobie sprawę, co zrobiłam. Oboje staraliśmy się przyjąć możliwie najlepszą pozycję, gwarantującą szybkie i płynne wyjęcie broni.

Nagle atmosfera w całym pomieszczeniu zgęstniała, zupełnie jakby zbierało się na burzę. Nie było już żadnych wątpliwości. Dostrzegłam to w jego pustych oczach i uśmieszku malującym się na twarzy. To był prawdziwy uśmiech, żadnej ściemy, żadnego udawania. Tylko sekundy dzieliły nas od zrobienia najbardziej realnej rzeczy, jaką jeden człowiek może uczynić drugiemu. Zamierzaliśmy spróbować pozabijać się nawzajem. Obserwowałam górną część ciała, w oczekiwaniu na ruch, który go zdradzi. Oboje wiedzieliśmy, że nie ma już mowy o żadnych wątpliwościach.

Pośród tej atmosfery gęstniejącego napięcia jego głos zabrzmiał jak odgłos kamienia wrzuconego do głębokiej studni. Już sam ten głos mógł skłonić mnie do wyjęcia broni.

— Jestem płatnym zabójcą, ale nie przyszedłem tu po ciebie, Anito Blake.

Nie odrywałam od niego wzroku, napięcie ani trochę nie zelżało.

— Wobec tego czemu mi to mówisz? — Mój głos był delikatniejszy niż jego, bardziej zdyszany.

— Bo nie przybyłem do St. Louis, by kogokolwiek zabić. Naprawdę chcę, żeby mój przodek został wskrzeszony z martwych.

— Po co? — spytałam, wciąż obserwując jego ciało i próbując rozładować napięcie.

— Każdy zabójca ma jakieś hobby, panno Blake. — Mówił rzeczowym tonem, ale jego ciało zastygło w kompletnym bezruchu. I nagle zdałam sobie sprawę, że starał się mnie nie sprowokować. Nie chciał mnie wystraszyć.

Przeniosłam wzrok na jego twarz. Wciąż była pusta, nienaturalnie zdystansowana, ale dostrzegłam w niej również... oznaki rozbawienia.

— Co cię tak bawi? — spytałam.

— Nie wiedziałem, że spotkanie z tobą to takie kuszenie losu.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — Próbowałam zachować w sobie chłód i napięcie, ale zaczęło mi już umykać. On mówił zbyt zwyczajnie, zbyt realistycznie, abym mogła myśleć o wyjęciu broni i rozpoczęciu strzelaniny w moim biurze. Nagle wydało mi się to trochę głupie, a jednak... spojrzenie w te martwe oczy, które nie do końca wypełnił humor, wcale głupie nie było.

— Na całym świecie są ludzie, którzy chcieliby, żebym umarł, panno Blake. Są ludzie, którzy nie szczędziliby pieniędzy ani wysiłku, aby do tego doprowadzić, ale nikt nie był tak bliski, aż do dziś.

Pokręciłam głową.

— To nie było wcale blisko.

— Normalnie zgodziłbym się z panią, ale wiem co nieco o pani reputacji, więc nie włożyłem broni, jak to mam w zwyczaju. Zauważyła pani, że pistolet obciążył mi kieszeń, kiedy ostatni raz się pochyliłem, prawda?

Przytaknęłam.

— Gdybyśmy musieli dobyć broni, to wyjęcie jej z pani olstro byłoby szybsze o kilka sekund niż z wewnętrznej kieszeni marynarki, w której mam spluwę.

— Więc po co w ogóle zadałeś sobie tyle trudu? — spytałam.

— Nie chciałem pani zdenerwować, przychodząc tu uzbrojony. Ale ja zawsze mam przy sobie broń, pomyślałem więc, że pozwolę sobie na drobny wybieg, a pani niczego nie zauważy.

— Niewiele brakowało, a faktycznie bym to przeoczyła.

— Dziękuję za uznanie, jednak oboje wiemy, że to nieprawda.

Nie wiedziałam, czy chciał mi się tylko przypochlebić, ale odpuściłam. Po co się kłócić, kiedy się wygrywa.

— Czego naprawdę pan chce, panie Harlan, jeśli to pańskie prawdziwe nazwisko?

Uśmiechnął się.

— Jak już mówiłem, naprawdę zależy mi na wskrzeszeniu z martwych jednego z moich przodków. To nie jest kłamstwo. — Zamyślił się przez chwilę. — To dziwne, ale w ogóle nie skłamałem, w żadnej kwestii. — Wydawał się trochę zaskoczony. — Już dawno coś takiego mi się nie przydarzyło.

— Moje kondolencje — powiedziałam.

Spojrzał na mnie z powagą.

— Co?

— Musi być panu ciężko nigdy nie mówić prawdy. Wiem, że to bywa męczące.

Uśmiechnął się i znów dostrzegłam to lekkie skrzywienie ust, które mogło być szczerym uśmiechem.

— Nie myślałem o tym od dawna. — Wzruszył ramionami. — Chyba się przyzwyczaiłem.

Teraz to ja wzruszyłam ramionami.

— Może. Jakiego przodka chce pan wskrzesić i po co?

— Po co?

— W jakim celu chce pan wskrzesić tego konkretnego przodka?

— Czy to ważne? — zapytał.

— Tak.

— Czemu?

— Ponieważ wiem, że zmarłych nie należy niepokoić bez uzasadnionego powodu.

Znów ten drobny uśmieszek.

— W tym mieście są animatorzy, którzy każdej nocy ożywiają zombie dla rozrywki.

Pokręciłam głową.

— Wobec tego proszę zgłosić się do któregoś z nich. Zrobią, cokolwiek pan zechce, jeśli tylko cena będzie odpowiednia.

— A czy mogą ożywić zwłoki, które mają prawie dwieście lat?

— To wykracza poza ich możliwości.

— Słyszałem, że animator może wskrzesić niemal każde zwłoki, gdyby tylko był gotów złożyć w tym celu ofiarę z człowieka — mówił cichym, spokojnym głosem.

Znów pokręciłam głową.

— Niech pan nie wierzy we wszystko, co mówią, panie Harlan. Niektórzy animatorzy faktycznie mogą ożywić kilkusetletnie zwłoki z pomocą ofiar z człowieka. Oczywiście byłoby to morderstwo, a co za tym idzie, działanie nielegalne, niezgodne z prawem.

— Plotki głoszą, że robiła to pani.

— Plotki nie mają nic wspólnego z prawdą. Nie składam ofiar z ludzi.

— A więc nie może pani wskrzesić mojego przodka. — To było stwierdzenie faktu. Suche i zwięzłe.

— Tego nie powiedziałam.

Jego oczy rozszerzyły się, co było wyrazem zaskoczenia, okazanego po raz pierwszy.

— Może pani wskrzesić prawie dwustuletnie zwłoki bez ludzkiej ofiary?

Skinęłam głową.

— Na ten temat też krążą plotki, ale nie chciałem w nie wierzyć.

— A więc wierzył pan, że składałam ofiary z ludzi, ale nie w to, że mogę sama ożywić kilkusetletnich zmarłych.

Wzruszył ramionami.

— Przywykłem do ludzi zabijających innych ludzi, lecz nigdy dotąd nie widziałem, jak się ożywia zmarłych.

— Szczęściarz z pana.

Uśmiechnął się, a jego oczy trochę odtajały.

— Więc jak, wskrzesi pani mego przodka?

— Jeżeli poda mi pan uzasadniony powód, dla którego miałabym to zrobić.

— Jest pani bardzo konkretna, panno Blake.

— Ten typ tak ma — odparłam i uśmiechnęłam się.

Może zbyt wiele czasu spędzałam w towarzystwie naprawdę złych ludzi, ale skoro już wiedziałam, że Leo Harlan nie przyjechał tu, żeby zabić mnie albo kogokolwiek innego w tym mieście, nie miałam z nim żadnych problemów. Dlaczego mu uwierzyłam? Z tego samego powodu, dla którego wcześniej miałam wobec niego podejrzenia. Instynkt.

— Prześledziłem kroniki mojej rodziny w tym kraju, tak daleko wstecz, jak tylko byłem w stanie, ale o moim najstarszym przodku nie ma wzmianki w oficjalnych dokumentach. Jestem przekonany, że od początku posługiwał się fałszywym nazwiskiem. Dopóki nie poznam jego prawdziwego nazwiska, nie będę mógł odnaleźć śladów mojej rodziny na terenie Europy. A bardzo mi na tym zależy.

— Chodzi o to, aby wskrzesić go, zapytać o jego prawdziwe nazwisko, prawdziwy powód przyjazdu do tego kraju i ponownie odesłać go do grobu? — zapytałam.

— Dokładnie tak — odrzekł Harlan.

— To brzmi dość przekonująco.

— A więc zrobi to pani — powiedział.

— Tak, ale to będzie kosztowało. Jestem przypuszczalnie jedyną animatorką w tym kraju, która jest w stanie ożywić kogoś tak starego bez korzystania z ofiary z człowieka. Popyt określa podaż, jeżeli rozumie pan, co mam na myśli.

— Na swój sposób, panno Blake, jestem równie dobry jak pani w tym, co robię. — Silił się na pokorę, lecz bez powodzenia. Wyglądał na zadowolonego z siebie, aż po te zwyczajne i przerażające brązowe oczy. — Stać mnie, żeby za to zapłacić, panno Blake, niech się pani nie obawia.

Wzięłam cenę z sufitu. Nawet mu powieka nie drgnęła. Zaczął sięgać do wewnętrznej kieszeni.

— Nie — powiedziałam.

— To karta kredytowa, panno Blake, nic więcej.

Rozłożył ręce, abym mogła je zobaczyć.

— Może pan wypełnić dokumenty i zapłacić w sekretariacie. Mam inne spotkania.

Prawie się uśmiechnął.

— Oczywiście.

Wstał. Ja również. Nie uścisnęliśmy sobie dłoni na pożegnanie. On na moment przystanął przy drzwiach. Ja też się zatrzymałam, w bezpiecznej odległości od niego, choć zwykle wychodziłam tuż za klientem. Tym razem potrzebowałam nieco więcej przestrzeni. Wolnego miejsca, aby mieć swobodę działania.

— Kiedy może pani się tym zająć?

— Ten tydzień mam już zajęty. Może uda mi się wcisnąć pana na przyszłą środę lub czwartek.

— A co z następnym poniedziałkiem i wtorkiem? — zapytał.

Wzruszyłam ramionami.

— Już mam pozajmowane wszystkie terminy.

— Powiedziała pani, cytuję, ten tydzień mam już zajęty. A potem wspomniała pani o środzie.

Znów wzruszyłam ramionami. Kiedyś nie umiałam dobrze kłamać, nawet teraz kiepsko mi to wychodzi, choć z nieco innych powodów. Czułam, że moje oczy stają się puste i zimne, gdy rzeklam:

— Chciałam powiedzieć, że mam pozajmowane terminy prawie na dwa tygodnie naprzód.

Spojrzał na mnie tak przenikliwie, że omal nie zaczęłam się wić pod wpływem siły jego wzroku. Zwalczyłam to w sobie i popatrzyłam na niego bezosobowo przyjaznym wzrokiem.

— W przyszły wtorek jest pełnia księżyca — powiedział półgłosem.

Zamrugałam, próbując pozbyć się z twarzy wyrazu zdziwienia i chyba mi się udało, ale zawiódł mnie język ciała. Moje ramiona się naprężyły, a dłonie rozluźniły. Większość osób zwracała uwagę na twarz, nie na resztę ciała, ale Harlan musiał to zauważyć. Niech go diabli.

— No dobrze, to noc pełni i co z tego? — Wysiliłam się, by mój głos zabrzmiał lekceważąco.

Uśmiechnął się pod nosem.

— Skromność i nieśmiałość do pani nie pasują, panno Blake.

— Owszem, ale ponieważ nie jestem taka, nie ma o czym mówić.

— Panno Blake — rzekł nieomal z wyrzutem — proszę nie obrażać mojej inteligencji.

Już miałam odparować, że to takie proste, ale nie zrobiłam tego. Po pierwsze dlatego, że to wcale nie było proste. Po drugie, trochę się niepokoiłam, do czego Harlan zmierzał tym tokiem rozumowania. Ale nie starałam się mu pomóc, udzielając informacji z własnej woli. Im mniej mówisz, tym rzadziej drażnisz ludzi.

— Nie próbowałam obrazić pańskiej inteligencji.

Zmarszczył brwi w geście równie szczerym jak cień uśmiechu błąkający się na jego ustach. Harlan ukazywał mi cząstkę swego prawdziwego ja.

— Plotki głoszą, że już od kilku miesięcy nie pracuje pani podczas pełni księżyca. — Nagle w jego głosie pojawiła się głęboka powaga, choć brakowało w niej łowieszczego tonu, zupełnie jakbym wykazała się nieuprzejmością, brakiem manier lub czymś takim, a on mnie poprawiał.

— Może jestem Wikanką. Jak pan wie, pełnia księżyca to dla nich dzień święty. Albo raczej noc.

— Jest pani Wikanką, panno Blake?

Gierki słowne zawsze mnie szybko męczyły.

— Nie, panie Harlan. Nie jestem.

— Wobec tego czemu nie pracuje pani podczas pełni księżyca?

Przypatrywał mi się badawczo, lustrując moją twarz, jakby z jakiegoś powodu odpowiedź była ważniejsza, niż być powinna.

Wiedziałam, co chciał, abym powiedziała. Chciał, żebym przyznała się, że jestem zmiennokształtną jakiegoś rodzaju. Sęk w tym, że nie mogłam tego wyznać, bo to nie była prawda. Byłam pierwszą ludzką Nimir-Rą, królową lampartów, pierwszą taką przywódczynią lampartołaków w całej ich historii. Przejęłam lamparty w spadku po tym, jak zostałam zmuszona do zabicia ich dawnego przywódcy, aby on nie zabił mnie. Byłam także Bolverkiem lokalnej sfory wilkołaków. Bolverk to ktoś więcej niż ochroniarz, to prawie egzekutor. Był to po prostu ktoś, kto robił rzeczy, których Ulfryk nie mógł lub nie chciał zrobić. Lokalnym Ulfrykiem był Richard Zeeman. Byliśmy razem i rozchodziliśmy się przez ostatnich kilka lat. Aktualnie nie byliśmy ze sobą. Rozstaliśmy się. Definitywnie. Na odchodne powiedział: „Nie chcę kochać kogoś, kto lepiej się czuje wśród potworów niż ja”. Co miałam mu na to odpowiedzieć? Co mogłabym powiedzieć? Za cholerę nie wiem. Mówi się, że miłość jest w stanie pokonać wszystko. To kłamstwo.

Jako Nimir-Ra i Bolverk mam ludzi, którzy są ode mnie zależni. W noce pełni nie pracowałam, więc mogłam być do ich dyspozycji. To tyle, ale nie chciałam dzielić się tymi informacjami z Leo Harlanem.

— Czasami biorę sobie parę dni wolnego, panie Harlan. Jeżeli akurat wypada to w okolicach pełni, zapewniam pana, że to całkowity przypadek.

— Plotki głoszą, że parę miesięcy temu została pani zraniona przez zmiennokształtnego, a teraz jest pani jedną z nich. — Wciąż mówił cicho, ale byłam przygotowana na te słowa. Moja twarz, moje ciało przepełniał spokój, bo wiedziałam, że on się mylił.

— Nie jestem zmiennokształtną, panie Harlan.

Przymrużył powieki.

— Nie wierzę pani, panno Blake.

Westchnęłam.

— Nie obchodzi mnie to, czy mi pan wierzy, panie Harlan. To, czy jestem lykantropem, czy też nie, nie ma żadnego wpływu na to, jak dobra jestem w przywoływaniu zmarłych.

— Plotki głoszą, że jest pani najlepsza, ale wciąż mi pani powtarza, że te plotki nie mają potwierdzenia w prawdzie. Czy naprawdę jest pani tak dobra, jak o pani mówią?

— Lepsza.

— Podobno ożywiała pani całe cmentarzysko.

— Takie pogłoski działają na wyobraźnię.

— Chce pani powiedzieć, że to prawda?

— Czy to ważne? Pozwolę sobie powtórzyć: mogę przywołać pańskiego przodka, panie Harlan. Jestem jedną z niewielu, jeśli nie jedyną osobą w tym kraju, która może tego dokonać, nie składając ofiary z człowieka. — Uśmiechnęłam się do niego zawodowym uśmiechem, który choć pogodny i szeroki, był pusty jak wydmuszka. — Czy odpowiada panu przyszła środa lub czwartek?

Pokiwał głową.

— Zostawię numer mojej komórki. Jestem pod tym telefonem przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.

— Tak się panu spieszy?

— Powiedzmy, że nie wiem, kiedy mogę otrzymać następną ofertę, która okaże się na tyle intratna, że nie będę mógł się jej oprzeć.

— I nie chodzi tylko o pieniądze — dodałam.

Znów uśmiechnął się w ten sposób.

— Nie, panno Blake, nie chodzi tylko o pieniądze. Mam forsy jak lodu, ale zawsze szukam zleceń, które będą dla mnie nowym odkryciem... nowym wyzwaniem.

— Niech pan lepiej uważa, o co pan prosi, panie Harlan. Zawsze może znaleźć się ktoś większy i groźniejszy niż pan.

— Jak dotąd się nie znalazł.

Uśmiechnęłam się.

— Albo jest pan bardziej przerażający, niż się wydaje, albo nie spotkał pan właściwych osób.

Przyglądał mi się przez dłuższą chwilę, dopóki nie poczułam, że uśmiech znika z moich oczu. Jego martwe oczy spotkały się z moimi oczami. Wypełniła mnie cisza i spokój. Znalazłam się w studni ciszy. To było miejsce, do którego trafiałam po każdym dokonanym zabójstwie. Ciche miejsce wypełnione jednostajnym szumem, gdzie nic nie mogło mnie zranić i gdzie nic nie czułam. Spoglądając w puste oczy Harlana, zastanawiałam się, czy w jego głowie też królowała pustka, cisza i jednostajny szum. Omal o to nie spytałam, ale nie zrobiłam tego, bo przez chwilę wydawało mi się, że kłamał na temat tego wszystkiego, i zamierzał wyjąć spluwę z wewnętrznej kieszeni marynarki. Przez sekundę lub dwie myślałam, że mogłabym być zmuszona zabić Leo Harlana. Nie bałam się już ani nie byłam zdenerwowana, po prostu się szykowałam. To był jego wybór — życie lub śmierć. Nie było nic prócz wiecznej sekundy, która mijała powoli — w tym czasie zapadały kluczowe decyzje, a ludzie tracili życie.

W końcu jednak się opanował, prawie jak ptak, który wygładza sobie piórka.

— Zamierzałem przypomnieć pani, że sam też jestem bardzo niebezpieczną i straszną osobą, ale tego nie zrobię. To byłoby głupie tak z panią igrać. Równie dobrze mógłbym drażnić patykiem grzechotnika.

Spojrzałam na niego pustymi oczami, wciąż pozostając w ostoi ciszy.

— Mam nadzieję, że mnie pan dziś nie okłamał, panie Harlan. — Mój głos brzmiał cicho i spokojnie.

Posłał mi ten niepokojący uśmiech.

— Ja również, panno Blake. Ja również. — Z tymi dziwnymi słowami ostrożnie otworzył drzwi, ani na chwilę nie odrywając ode mnie wzroku. Wreszcie odwrócił się i pospiesznie wyszedł, zdecydowanie zamykając za sobą drzwi i pozostawiając mnie samą z nagłym adrenalinowym przypływem, który wyciekał z mego ciała, rozlewając się u stóp w szeroką wyimaginowaną kałużę.

To nie strach sprawił, że poczułam się słabo, lecz właśnie adrenalina. Żyłam z ożywiania zmarłych i byłam zaprzysiężoną egzekutorką wampirów. Czy to nie było dostatecznie niezwykłe? Czy musiałam też przyciągać strasznych klientów?

Wiedziałam, że nie powinnam była nic mówić Harlanowi, ale w sumie powiedziałam mu prawdę. MOGŁAM ożywić tego nieboszczyka, nie posiłkując się ofiarą z człowieka, i prócz mnie nikt inny w tym kraju nie był do tego zdolny. Byłam prawie pewna, że gdybym odmówiła, Harlan znalazłby kogoś innego, kto wykonałby to zlecenie. Kogoś innego, kto nie miał takich umiejętności jak ja i kto kierował się innym kodeksem moralnym. Niekiedy zawierasz pakt z diabłem nie dlatego, że chcesz, ale dlatego, że jeśli ty tego nie zrobisz, uczyni to ktoś inny.

2

Cmentarz Lindel był jedną z tych nowych współczesnych nekropolii, gdzie wszystkie nagrobki znajdowały się tuż przy ziemi i gdzie nie wolno było sadzić kwiatów. To ułatwiało poruszanie się, ale sprawiało również, że miejsce wydawało się puste i przygnębiające. Nic, tylko płaska przestrzeń z niedużymi ukośnymi płytami majaczącymi w ciemnościach. Była równie pusta i nieciekawa jak ciemna strona księżyca. Zero charakteru. Dajcie mi cmentarz z grobowcami i mauzoleami, kamiennymi aniołkami szlochającymi nad portretami dzieci i Matką Boską modlącą się za nas wszystkich z oczami uniesionymi ku niebu. Cmentarz powinien mieć coś, co przypominałoby przechodzącym ludziom, że niebo istnieje i jest coś więcej niż dziura w ziemi z położonym na niej kamieniem nagrobnym.

Zjawiłam się tu, by wskrzesić z martwych Gordona Benningtona, ponieważ firma ubezpieczeniowa Fidelis miała nadzieję, że popełnił on samobójstwo, a nie poniósł śmierć wskutek nieszczęśliwego wypadku. W grę wchodziło wielomilionowe ubezpieczenie. Policja twierdziła, że była to śmierć wskutek wypadku, ale firmy ubezpieczeniowej to nie usatysfakcjonowało. Fidelis wolało zapłacić moją dość wygórowaną gażę w nadziei, że zaoszczędzi miliony. Byłam droga, ale nie aż tak droga. W porównaniu z tym, ile mogli stracić, moje honorarium to było małe piwo.

Na cmentarzu stały trzy grupy samochodów. Dwie z nich dzieliło co najmniej piętnaście metrów, ponieważ pani Bennington i główny prawnik Fidelisa Arthur Conroy musieli przestrzegać zakazu wzajemnego zbliżania się. Trzecia grupa aut stała pomiędzy dwiema wcześniej wspomnianymi. Był to oznakowany radiowóz i nieoznakowany wóz policyjny. Nie pytajcie, skąd wiedziałam, że to był wóz policyjny, było coś w jego wyglądzie, co wywołało we mnie takie, a nie inne przypuszczenia.

Zaparkowałam nieco z tyłu za pierwszą grupą aut. Wysiadłam z nowiutkiego jeepa grand cherokee, którego nabyłam po części z pieniędzy z mojego nieodżałowanego jeepa country squire’a. Firma ubezpieczeniowa nie chciała zapłacić forsy, której od niej zażądałam. Nie chciała uwierzyć, że mój wóz został pożarty przez hienołaki. Wysłali swoich ludzi, aby zrobili zdjęcia, pomiary i obejrzeli plamy krwi. W końcu zapłacili, ale straciłam u nich swoją polisę. Teraz płacę miesiąc w miesiąc nowej firmie, która zapewni mi pełen pakiet ubezpieczenia, o ile uda mi się przez następne dwa lata nie zniszczyć kolejnego auta. Małe szanse. W pełni współczułam rodzinie Gordona Benningtona. Oczywiście trudno współczuć firmie ubezpieczeniowej, która próbuje wykpić się od zapłacenia należnej kwoty wdowie z trójką dzieci.

Wozy stojące najbliżej okazały się należeć do firmy ubezpieczeniowej Fidelis. Arthur Conroy podszedł do mnie, wyciągając rękę. Był wysoki, miał rzednące blond włosy, które zaczesywał, by zakryć łysinkę, a do tego nosił okulary w srebrnych oprawkach, zza szkieł których wyzierały duże szare oczy. Gdyby jego rzęsy i brwi były ciemniejsze, oczy stanowiłyby największy atut jego wyglądu. Ale oczy miał tak duże i nieprzyozdobione, że przypominał raczej ropuchę. A może byłam nieobiektywna po moich niedawnych przejściach z firmą ubezpieczeniową. Może.

Conroyowi towarzyszył istny mur facetów w ciemnych garniturach. Uścisnęłam dłoń Conroya i spojrzałam na dwóch mężczyzn mierzących prawie po metr dziewięćdziesiąt.

— Goryle? — sprawiłam, że zabrzmiało to jak pytanie.

Oczy Conroya rozszerzyły się.

— Skąd wiesz?

— Wyglądają na ochroniarzy, panie Conroy.

Uścisnęłam dłonie dwóm kolejnym facetom z firmy ubezpieczeniowej. Nie przywitałam się z gorylami. Większość z nich nie podaje ręki, nawet gdy próbujesz się z nimi przywitać. Nie wiem, czy to rujnuje wizerunek twardziela, czy może chcą mieć wolne ręce, którymi sięgają po broń. Tak czy owak nie wyciągnęłam do nich ręki i oni do mnie też nie.

Ciemnowłosy goryl, mierzący w barach niemal tyle, ile ja miałam wzrostu, uśmiechnął się do mnie.

— A więc to ty jesteś Anita Blake.

— A ty to...?

— Rex, Rex Canducci.

Uniosłam brwi i spojrzałam na niego.

— Naprawdę masz na imię Rex?

Zaśmiał się tym zdumiewająco męskim, wyrażającym zdziwienie śmiechem, który często kobiety mają okazję słyszeć — na swoją niekorzyść.

— Nie.

Nie zapytałam, jak miał naprawdę na imię, pewnie brzmiało ono dość żenująco, w rodzaju Florence albo Rosie. Drugi goryl był jasnowłosym milczkiem. Obserwował mnie małymi, jasnymi oczami. Nie polubiłam go.

— A ty to kto? — spytałam.

Zamrugał, jakby moje pytanie go zaskoczyło. Większość ludzi ignoruje ochroniarzy, niektórzy ze strachu, bo nie wiedzą, co mają robić, nigdy żadnego nie spotkali, a inni dlatego, że już mieli z nimi styczność i traktują ich jak meble, które należy ignorować do czasu, aż będą potrzebne.

Zawahał się, po czym odparł:

— Balfour.

Odczekałam chwilę, ale nic więcej nie dodał.

— Balfour, jedno imię, jak Madonna lub Cher? — spytałam łagodnie.

Przymrużył oczy, a jego ramiona nieznacznie się spięły. Tego faceta zbyt łatwo można było wytrącić z równowagi. Miał groźny wzrok i wydawał się niebezpieczny, ale był tylko mięśniakiem. Zdawał sobie sprawę, że budzi przerażenie, ale może nie było go stać na wiele.

Rex zainterweniował.

— Myślałem, że jesteś wyższa. — To zabrzmiało żartobliwie, ale ton jego głosu świadczył, że cieszył się z tego spotkania.

Ramiona Balfoura rozluźniły się, napięcie ustępowało. Widocznie wcześniej ze sobą pracowali i Rex wiedział, że jego partner nie był zbyt zrównoważony.

Odnalazłam spojrzenie Rexa. Balfour mógł stanowić problem, gdyby zrobiło się paskudnie, jego reakcja byłaby przesadzona. Z Rexem powinno być inaczej.

Usłyszałam podniesione głosy, w tym jeden kobiecy. Cholera. Powiedziałam prawnikom pani Bennington, aby zatrzymali ją w domu. Albo mnie zignorowali, albo nie byli w stanie poradzić sobie z władczą osobowością kobiety.

Gliniarz po cywilnemu właśnie z nią rozmawiał spokojnym głosem, a jego słowa nikły w ogólnym harmidrze, gdy stróż prawa najwyraźniej starał się nie dopuścić kobiety blisko Conroya. Parę tygodni temu dała prawnikowi w twarz, a on odpłacił jej zamaszystym uderzeniem na odlew. Wtedy ona walnęła go pięścią w twarz, tak mocno, że aż klapnął na tyłek. Na szczęście wkroczyli do akcji strażnicy sądowi i położyli kres rozróbie.

Byłam świadkiem całego tego zajścia, bo stanowiłam poniekąd element ugody przed sądem. Tej nocy wszystko się rozstrzygnie. Jeżeli Gordon Bennington powstanie z grobu i powie, że zginął w wypadku, Fidelis będzie musiało zapłacić. Gdyby przyznał się do samobójstwa, pani Bennington nie dostanie ani grosza. Nazywałam ją panią Bennington na jej wyraźne żądanie. Kiedy raz przez przeoczenie tego nie zrobiłam, omal nie urwała mi głowy. Nie była jedną z tych wyzwolonych kobiet. Podobało jej się bycie żoną i matką. Cieszyłam się jej szczęściem, to oznaczało więcej swobody dla reszty z nas.

Westchnęłam i przeszłam po białym żwirowanym podjeździe w stronę, z której dobiegały podniesione głosy. Minęłam mundurowego gliniarza opierającego się o swój wóz. Skinęłam głową i rzuciłam:

— Cześć.

Też kiwnął głową, nie spuszczając wzroku z facetów z ubezpieczalni, jakby ktoś powiedział mu, że jego zadaniem jest dopilnować, aby nie doszło do kolejnej rozróby. A może nie spodobały mu się gabaryty Rexa i Balfoura. Obaj byli od niego o dobre czterdzieści kilo ciężsi. Gość był szczupły jak na gliniarza i sprawiał wrażenie żółtodzioba, jakby nie pracował w tym fachu dość długo i nawet nie był do końca przekonany, czy faktycznie nadawał się do tej roboty.

Pani Bennington wydzierała się na miłego gliniarza, który zastępował jej drogę.

— Ci dranie ją wynajęli, a ona zrobi wszystko, co jej każą. Ona sprawi, że Gordon skłamie, ja to wiem!

Westchnęłam. Wyjaśniłam wszystkim, że umarli nie kłamią. Sędzia raczej mi uwierzył, gliniarze również. Myślę, że prawnicy z Fidelis uznali, że moje honorarium było gwarancją wyniku i pani Bennington podzielała ich zdanie.

W końcu dostrzegła mnie ponad szerokimi barami gliniarzy. W szpilkach była wyższa od policjanta. Oznaczało to, że ona była wysoka, a on nie bardzo. Mógł mieć maksymalnie metr siedemdziesiąt trzy wzrostu.

Próbowała przecisnąć się obok niego i teraz wydzierała się na mnie. On wciąż stał jej na drodze, lecz nie próbował zatrzymywać jej siłą. Szturchnęła go w ramię i spojrzała na niego z góry. Ale przynajmniej na chwilę przestała krzyczeć.

— Z drogi — warknęła.

— Pani Bennington — zagrzmiał głębokim głosem. — Panna Blake zjawiła się tu z nakazu sądu. Musi pani pozwolić jej wykonywać swoją pracę. — Miał krótkie, szpakowate włosy, nieco dłuższe na czubku głowy. To raczej nie było wyrazem jakiejś mody, po prostu od jakiegoś czasu się nie strzygł.

Znów próbowała go ominąć i tym razem go schwyciła, jakby chciała usunąć go na siłę z drogi. Nie był wysoki, ale szeroki owszem, muskularny, krępy i kanciasty. Kobieta szybko zorientowała się, że nie zdoła go przepchnąć, więc spróbowała go obejść, nadal zdeterminowana, aby powiedzieć mi prosto w oczy to, co leżało jej na wątrobie.

Musiał chwycić ją za ramię, aby ją zatrzymać. Podniosła na niego rękę, a jego głęboki głos rozbrzmiał pośród cichej październikowej nocy.

— Jeżeli mnie pani uderzy, zakuję panią w kajdanki i zamknę w radiowozie aż do zakończenia przewidzianych tu działań.

Zawahała się z ręką uniesioną do góry, ale musiała dostrzec coś w jego twarzy, co uświadomiło jej, że nie żartował.

Ton jego głosu w zupełności mi wystarczył. Zrobiłabym to, co on kazał.

W końcu opuściła rękę.

— Jeżeli mnie dotkniesz, dopilnuję, abyś stracił odznakę.

— Uderzenie policjanta jest przestępstwem, pani Bennington — powiedział głębokim głosem.

Nawet w blasku księżyca można było dostrzec zdumienie na jej twarzy, jakby nie zdawała sobie sprawy, że te zasady także jej dotyczą. Gdy to sobie uświadomiła, straciła rezon. Pozwoliła też, aby gromada prawników w garniturach odprowadziła ją na stronę, z dala od miłego policjanta.

Tylko ja byłam dostatecznie blisko, aby usłyszeć, jak powiedział:

— Gdyby była moją żoną, też palnąłbym sobie w łeb.

Zaśmiałam się, nie mogłam się powstrzymać.

Odwrócił się z gniewnym wzrokiem, szykując się do obrony, ale to, co dostrzegł na mojej twarzy, sprawiło, że się uśmiechnął.

— Masz szczęście — powiedziałam. — Miałam okazję widzieć panią Bennington przy różnych okazjach. — Wyciągnęłam do niego rękę.

Uścisk dłoni miał zdecydowany, stanowczy.

— Porucznik Nicols, i wyrazy współczucia, że musisz mieć do czynienia z... — zawahał się.

Dokończyłam za niego:

— ...z tą szurniętą zdzirą. Chyba to chciałeś powiedzieć.

Skinął głową.

— Dokładnie. Współczuję wdowie i dzieciakom, a te pieniądze im się należą — dodał — ale jej charakter sprawia, że trudno współczuć jej jako osobie.

— Zauważyłam — odparłam z uśmiechem.

Zaśmiał się i sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów.

— Mogę?

— Ale raczej nie tu, na widoku. Poza tym zasłużyłeś na fajkę, radząc sobie z naszą cudowną panią Bennington.

Wprawnym ruchem, typowym dla kogoś, kto od wielu lat jest palaczem, wystukał z paczki papierosa.

— Jeżeli Gordon Bennington wstanie z grobu i powie, że sam ze sobą skończył, ta kobieta wpadnie w szał, panno Blake. Nie wolno mi jej zastrzelić, ale obawiam się, że nie uda się nam zatrzymać jej w inny sposób.

— Może jej prawnicy mogliby na niej usiąść. Myślę, że jest ich dostatecznie wielu, aby ją unieruchomić.

Włożył papierosa do ust i mówił dalej.

— Te skur... te łajzy są kompletnie nieprzydatne, za bardzo boją się stracić swoje honoraria.

— Te skurwysyny, poruczniku. Chyba to chciałeś powiedzieć, prawda?

Znów się zaśmiał, tak energicznie, że aż musiał wyjąć fajkę z ust.

— Dokładnie tak, przyznaję. — Ponownie włożył papierosa do ust i wyjął jedną z tych dużych, metalowych zapalniczek, których prawie już się nie widuje. Błysnął czerwonopomarańczowy płomyk, a policjant zaraz osłonił zapalniczkę dłonią, mimo iż wcale nie było wiatru. Kiedy koniec papierosa rozżarzył się jaskrawo, gliniarz kciukiem zamknął zapalniczkę i wsunął do kieszeni, po czym wyjął papierosa z ust i wypuścił długą smużkę dymu.

Odruchowo cofnęłam się o krok, by dym mnie nie dosięgnął, ale znajdowaliśmy się na otwartej przestrzeni, a pani Bennington stanowiła dostateczny powód, aby każdy miał ochotę strzelić sobie w płuco. Albo może golnąć kielicha?

— Możesz wezwać więcej ludzi?

— Im też nie byłoby wolno jej zastrzelić — odparł Nicols.

Uśmiechnęłam się.

— Wiem, ale może mogliby utworzyć mur i nie dopuścić, aby zrobiła komuś krzywdę.

— Pewnie mógłbym ściągnąć tu jeszcze jednego, może dwóch mundurowych, ale to w sumie wszystko. Ona ma powiązania z grubymi rybami w policji, bo ma forsę, a możliwe, że po dzisiejszej nocy będzie jeszcze bardziej dziana. Ale jest również kurewsko antypatyczna. — Wydawał się rozkoszować słowem na „k”, podobnie jak papierosem, jakby musiał liczyć się ze słowami, będąc w pobliżu wdowy, i to go krępowało.

— Jej wizerunek ostatnio trochę ucierpiał, no nie? — rzuciłam.

— Na pierwszych stronach gazet pojawiły się zdjęcia, na których daje w dziób Conroyowi. Grube ryby martwią się, że może się z tego zrobić niezła afera i nie chcą, żeby ich też to dosięgło.

— Dlatego wolicie trzymać się na dystans, na wypadek gdyby zrobiła coś jeszcze bardziej niefortunnego — mruknęłam.

Zaciągnął się porządnie, jakby palił skręta, a potem, wydmuchując dym ustami i nosem, oznajmił:

— Trzymamy się na dystans, to właściwe określenie tego, co robimy.

— Ewakuacja, skok za burtę, opuszczenie tonącego statku...

Znów się zaśmiał, a ponieważ nie wydmuchnął dymu do końca, trochę zakasłał, ale wcale się tym nie przejął.

— Nie wiem, czy naprawdę jesteś tak zabawna, czy po prostu potrzebowałem się pośmiać.

— To stres — odparłam. — Większość ludzi w ogóle nie uważa, abym była zabawna.

Spojrzał na mnie z ukosa zdumiewająco jasnymi oczami. Mogłam się założyć, że w blasku słońca były niebieskie.

— Słyszałem o tobie, że jesteś prawdziwym wrzodem na tyłku i lubisz zaleźć ludziom za skórę.

Wzruszyłam ramionami.

— Dziewczyna musi się czasem wyszaleć.

Uśmiechnął się.

— Ale ci sami ludzie, którzy narzekają, jaki z ciebie wrzód na tyłku, jednocześnie chętnie z tobą współpracują. Prawdę mówiąc — rzekł, upuszczając niedopałek na ziemię — większość z nich twierdzi, że wolałaby mieć ciebie jako wsparcie niż innych kolegów po fachu.

Nie wiedziałam, co mam na to powiedzieć. Nie ma lepszej pochwały ze strony gliniarzy niż pragnienie, abyś to ty była dla nich wsparciem w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia.

— Zaraz się zaczerwienię, poruczniku Nicols.

Wciąż gapił się na tlący się niedopałek leżący na białym żwirze.

— Zerbrowski z RPIT* twierdzi, że rzadko się czerwienisz.

— Zerbrowski to rozpustny gnojek — odparowałam.

Zachichotał, a potem szczerze się zaśmiał i zdeptał niedopałek, i nawet ten drobny żar zgasł w ciemnościach.

— To fakt. To fakt. Poznałaś jego żonę?

— Tak, znam Katie.

— Zastanawiałaś się kiedykolwiek, jak Zerbrowski zdołał ją usidlić?

— Za każdym razem, kiedy ją widzę — odparłam.

Westchnął.

— Wezwę jeszcze jeden radiowóz z dwoma mundurowymi. Miejmy to już za sobą i spieprzajmy stąd, byle jak najdalej od tych ludzi.

— W sumie racja — przyznałam.

Poszedł wezwać posiłki. A ja ruszyłam po mój sprzęt do przywoływania zombie. Jako że jednym z moich pod-

stawowych narzędzi pracy jest maczeta większa od mego przedramienia, zostawiłam ją w aucie. Takie rzeczy budzą w ludziach strach. Ja zamierzałam tej nocy naprawdę się postarać, aby nie wystraszyć ochroniarzy ani tych miłych policjantów. Byłam prawie pewna, że nic, co zrobię, nie zdoła przestraszyć pani Bennington. I byłam równie przekonana, że nic, co mogłabym uczynić, nie sprawi, że zmieni swoje nastawienie do mnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

* RPIT (Regional Preternatural Investigation Taskforce) — Regionalny Zespół ds. Badań Paranormalnych i Nadnaturalnych.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Niebiańskie Grzechy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione