Tragedie

Tragedie

Autorzy: Wiliam Shakespeare

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Klasyka Powieść, opowiadanie, poezja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 768

Cena książki papierowej: 60.80 zł

cena od: 27.92 zł

Nowe wydanie największych dzieł Williama Szekspira w przekładzie Macieja Słomczyńskiego

Wydawnictwo Literackie w Światowym Roku Williama Szekspira przedstawia trzytomową edycję dzieł genialnego dramaturga w wybitnym tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego.

W tomie I arcydzieła leżące u podstaw świadomości nowożytnego Europejczyka Tragedie Romea i Julii, Hamleta, Makbeta i Króla Leara.

Życie jest cieniem ruchomym jedynie,

Nędznym aktorem, który przez godzinę

Pyszni i miota się po scenie, aby

Umilknąć później na zawsze; jest bajką

Opowiedzianą przez głupca, pełnego

Furii i wrzasków, które nic nie znaczą.

Tragedia Macbetha

Maciej Słomczyński (1922-1998) jako pierwszy przetłumaczył na język polski wszystkie utwory mistrza ze Stratfordu.

Spis treści

Karta redakcyjna

TRAGEDIA ROMEA I JULII

Prolog

Akt I

Akt II

Akt III

Akt IV

Akt V

TRAGICZNA HISTORIA HAMLETA KSIĘCIA DANII

Akt I

Akt II

Akt III

Akt IV

Akt V

TRAGEDIA MACBETHA

Akt I

Akt II

Akt III

Akt IV

Akt V

WIERNIE SPISANE DZIEJE ŻYWOTA I ŚMIERCI KRÓLA LEARA I JEGO TRZECH CÓREK

Akt I

Akt II

Akt III

Akt IV

Akt V

Copyright for this edition © by Wydawnictwo Literackie, 2016

Wydanie oparte na edycji Dzieł Williama Shakespeare’a Wydawnictwa Literackiego w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego

Podstawa tłumaczenia:

The Works of William Shakespeare

ROMEO AND JULIET

The Shakespeare Head Press

Odhams Press LTD and Basil Blackwell 1947

Copyright for the Polish translation © by the Estate of Maciej Słomczyński, 1983

The Arden Shakespeare

THE TRAGEDY OF HAMLET

Edited by Edward Dowden

Mathuen and Co LTD, London 1933

Copyright for the Polish translation © by the Estate of Maciej Słomczyński, 1982

The Arden Shakespeare

MACBETH

Edited by Kenneth Muir

Mathuen & CO LTD, London 1976

Copyright for the Polish translation © by the Estate of Maciej Słomczyński, 1980

The Arden Shakespeare

KING LEAR

Edited by Kenneth Muir

Mathuen and Co., London 1968

Copyright for the Polish translation © by the Estate of Maciej Słomczyński, 1979

Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Redakcja: BARBARA TABORSKA-CEPIL

Opracowanie graficzne: MAREK PAWŁOWSKI

z wykorzystaniem opracowania LECHA PRZYBYLSKIEGO

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

ISBN 978-83-08-05928-9

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

.

Dramatis Personae

ESCALUS, książę Werony.

PARIS, młody szlachcic, krewny księcia.

MONTEKI, CAPULET, głowy dwu skłóconych rodów.

STARZEC, z rodu Capuletów.

ROMEO, syn pana Monteki.

MERCUTIO, krewny księcia i przyjaciel Romea.

BENVOLIO, siostrzeniec pana Monteki i przyjaciel Romea.

TYBALT, bratanek pani Capulet.

BRAT WAWRZYNIEC, franciszkanin.

BRAT JAN, z tego samego zakonu.

BALTAZAR, sługa Romea.

SAMPSON, GRZEGORZ, słudzy Capuleta.

PIOTR, sługa piastunki Julii.

ABRAHAM, sługa Montekich.

APTEKARZ.

TRZEJ MUZYKANCI.

PAŹ Parisa; inny PAŹ; OFICER.

PANI MONTEKI, żona pana Monteki.

PANI CAPULET, żona Capuleta.

JULIA, córka Capuleta.

PIASTUNKA Julii.

OBYWATELE Werony; KREWNI obu rodów, Maski, Straż, Pachołkowie i Służba.

Miejsce: Werona, a raz w akcie piątym Mantua.

Prolog

Wchodzi CHÓR.

CHÓR

Dwa rody, równą odziane godnością,

W pięknej Weronie, gdzie przebiega sztuka,

Gniew dawny nową podsycają złością

I krew szlachetna dłonie szlachty bruka.

Z lędźwi dwu wrogów zrodziło się życie

Pary kochanków, przez gwiazdy przeklętych,

A wraz z ich śmiercią smętną, jak ujrzycie,

Zmarła nienawiść rodziców zawziętych.

Dzieje miłości, śmiercią naznaczonej,

I nienawiści dwu skłóconych rodzin,

Jedynie zgonem dzieci ugaszonej,

Ukaże scena ta w ciągu dwu godzin.

Słuchajcie zatem, a co umknie uszom,

Aktorzy sztuką swą nadrobić muszą.

.

Scena I

Werona. Plac miejski.

Wchodzą SAMPSON i GRZEGORZ, słudzy domu Capuletów, niosąc miecze i tarcze.

SAMPSON

Daję słowo, Grzegorzu, że nie będziemy siedzieli na rozżarzonych węglach.

GRZEGORZ

Nie będziemy; musielibyśmy mieć kamienne zadki.

SAMPSON

Chcę rzec, że będąc w gniewie przeszyję obnażonym mieczem jak żołnierz.

GRZEGORZ

Tak, ale póki co, wystawiasz obnażoną szyję nad kołnierz.

SAMPSON

Gdy mnie co poruszy, uderzam prędko.

GRZEGORZ

Ale nieprędko poruszy cię coś tak, byś uderzył.

SAMPSON

Poruszy mnie nawet pies z domu Montekich.

GRZEGORZ

Poruszyć to wprawić w ruch, a waleczni stoją niewzruszenie; jeśli więc poruszy cię, uciekniesz.

SAMPSON

Pies z tego domu poruszy mnie każąc stać niewzruszenie. Oprę się o mur widząc mężczyznę lub dziewkę Montekich.

GRZEGORZ

Widać z tego, że jesteś osłabłym chłystkiem, gdyż tylko najsłabsi opierają się o mur.

SAMPSON

To prawda; dlatego kobiety, jako słabsze, bywają przypierane do muru. – Tak więc, odeprę mężczyzn Montekich od muru, a przyprę do niego ich dziewki.

GRZEGORZ

To spór naszych panów i nas, ich ludzi.

SAMPSON

Wszystko mi jedno: okażę się tyranem. Pozarzynam mężczyzn, a później będę rżnął okrutnie dziewki, gdy oręż spocznie w pochwie.

GRZEGORZ

Będziesz rżnął orężem w pochwie?

SAMPSON

Przyjmij to tak, jak pojmujesz.

GRZEGORZ

Pojmie to ten, kto poczuje.

SAMPSON

Mnie poczują, póki stoję. Wiadomo, że kawał chłopa ze mnie.

GRZEGORZ

Dobrze, że nie ryby, bo byłbyś płotką. Obnaż swe narzędzie; oto nadchodzi dwóch z domu Montekich.

Wchodzą ABRAHAM i BALTAZAR, dwaj słudzy Montekich.

SAMPSON

Już obnażyłem oręż. Rozpocznij sprzeczkę, a ja za tobą stanę.

GRZEGORZ

Co? Za mną? Żeby uciec?

SAMPSON

Nie lękaj się o mnie.

GRZEGORZ

Nie, Matko Boża, lękam się ciebie!

SAMPSON

Prawo winno być po naszej stronie. Niechaj oni zaczną.

GRZEGORZ

Zmarszczę się przechodząc i niechaj uczynią, jak zechcą.

SAMPSON

Nie, jak się odważą. Zwrócę się ku nim i chwycę kciuk w zęby. Okryją się hańbą, jeśli to zniosą.

ABRAHAM

Czy przeciw nam chwyciłeś kciuk w zęby, panie?

SAMPSON

Chwyciłem kciuk w zęby, panie.

ABRAHAM

Czy przeciw nam chwyciłeś kciuk w zęby, panie?

SAMPSON

Na stronie do Grzegorza.

Czy prawo będzie po naszej stronie, jeśli powiem, tak?

GRZEGORZ

Na stronie.

Nie.

SAMPSON

Nie, panie, nie chwyciłem kciuka w zęby przeciw tobie, panie; ale chwytam go sobie w zęby, panie.

GRZEGORZ

Szukasz sprzeczki, panie?

ABRAHAM

Sprzeczki, panie! Nie, panie.

SAMPSON

Jeśli szukasz, panie, jestem do usług jako sługa pana nie gorszego niż twój, panie.

ABRAHAM

I nie lepszego.

SAMPSON

To prawda, panie.

GRZEGORZ

Na stronie do Sampsona.

Powiedz „lepszego”. Nadchodzi jeden z krewnych mego pana.

SAMPSON

Lepszego, panie.

ABRAHAM

Kłamiesz.

SAMPSON

Obnażcie miecze, jeśli jesteście mężami – Grzegorzu, pamiętaj, byś ciął z rozmachem.

Walczą.

Wchodzi BENVOLIO.

BENVOLIO

Rozejść się, głupcy!

Podbija ich miecze.

Oręż do pochew. Jest to szał bezmyślny.

Wchodzi TYBALT.

TYBALT

Co, z obnażonym mieczem wśród prostaków?

Benvolio, obróć się; spójrz na śmierć swoją.

BENVOLIO

Pokój przywracam tu; włóż miecz do pochwy

Albo wraz ze mną rozdziel nim tych ludzi.

TYBALT

Co? Gdy miecz nagi, mówisz o pokoju?!

Brzydzę się słowem tym, jak brzydzę piekłem,

Każdym z Montekich i tobą, ty tchórzu.

Broń się!

Walczą.

Wchodzą Stronnicy obu rodów i dołączają do walki;

później wchodzi trzech lub czterech Obywateli z pałkami.

OBYWATELE

Bij ich berdyszem, pałką, partyzaną!

Bijcie Montekich! Bijcie Capuletów!

Wchodzą stary CAPULET w porannej szacie

i PANI CAPULET.

CAPULET

Cóż to za wrzawa? Miecz długi podajcie!

PANI CAPULET

Laskę, tak, laskę! – Czemu o miecz wołasz?

CAPULET

Mój miecz, powiadam! Już stary Monteki

Nadchodzi, godząc we mnie nagim ostrzem.

Wchodzą stary MONTEKI i PANI MONTEKI.

MONTEKI

To łotr Capulet! – Puśćcie mnie do niego.

PANI MONTEKI

Nie zrobisz kroku w stronę wroga swego.

Wchodzi KSIĄŻĘ ESCALUS z orszakiem.

KSIĄŻĘ ESCALUS

Ludzie niesforni, wrogowie pokoju,

Którzy brukacie swą stal krwią sąsiada –

Co, nie chcą słuchać? – Pół ludzie, pół bestie,

Którzy zaciekłych sporów żar tłumicie

W żywych fontannach swej krwi purpurowej –

Pod grozą tortur wypuśćcie bez zwłoki

Z dłoni skrwawionych rozwścieczone miecze.

Oto co gniewny książę postanawia:

Trzy bójki z waszych błahych słów powstały,

Tak, z twych, Monteki, i z twych, Capulecie;

I trzykroć pierzchnął spokój z naszych ulic,

Każąc sędziwym mieszkańcom Werony

Odrzucić godne i dostojne laski

I dłonią starą ująć stary oręż,

By ostrzem rdzą nadżartym wśród pokoju

Rozdzielać waszą zajadłą nienawiść.

Jeśli raz jeszcze zechcecie zakłócić

Spokój tych ulic, zapłacicie życiem

Cenę pokoju. Teraz precz stąd, wszyscy –

Ty, Capulecie, pójdź niezwłocznie ze mną –

Monteki w sali dawnego ratusza,

Gdzie odprawiamy sądy, ma się stawić,

Byśmy swą wolę mogli mu objawić.

Powtarzam, precz stąd. Zginie, kto zostanie.

Wychodzą wszyscy prócz PANA MONTEKI,

PANI MONTEKI i BENVOLIA.

MONTEKI

Kto znów rozpalił tę starą nienawiść? –

Mów, mój siostrzeńcze; widziałeś początek?

BENVOLIO

Kiedy nadszedłem, ludzie twego wroga

Już bój zacięty toczyli z twoimi;

Nagim orężem chciałem ich rozdzielić,

Gdy nagle nadszedł rozogniony Tybalt

Z wzniesionym mieczem i tchnąc w moje uszy

Wyzwaniem, począł powietrze nad głową

Ciąć; na co ono, zgoła niezranione,

Odpowiadało mu wzgardliwym świstem.

Gdy nastąpiła cięć i pchnięć wymiana,

Już ze stron obu tłum do boju pędził,

Aż nadszedł książę i wszystkich przepędził.

PANI MONTEKI

Ach, gdzie Romeo? Czyś widział go dzisiaj?

Jestem szczęśliwa, że go tu nie było.

BENVOLIO

Pani, godzinę wcześniej niźli słońce

Zerknęło z okna złotego na wschodzie,

Myśl niespokojna wygnała mnie z miasta;

I tam, gdzie rośnie na zachód od grodu

Sykomorowy gaj, ujrzałem twego

Syna. Pragnąłem się do niego zbliżyć,

Lecz gdy mnie dostrzegł, skrył się między drzewa.

Ja, mierząc jego uczucia własnymi,

Które kazały mi dążyć do miejsca,

Gdzie mnie najtrudniej mógłby ktoś odnaleźć,

I sam dla siebie będąc towarzystwem

Zbyt licznym, własny mój nastrój ścigałem,

Chcąc umknąć temu, który chciał mi umknąć.

MONTEKI

Nieraz widziano go tam o poranku,

Mieszającego łzy z poranną rosą

I chmury westchnień ślącego ku chmurom;

Lecz kiedy tylko słońce, szczęście świata,

Poczyna w dali na wschodzie rozsuwać

Firanki mroku przy łożu Aurory,

Mój syn markotny ucieka od świata

I w samotności, skryty w swej komnacie

Przed ślicznym blaskiem dnia, zamyka okna,

By sztuczną nocą tam siebie otoczyć.

Nastrój ów mroczne chwile zapowiada;

Musi przyczynę zwalczyć dobra rada.

BENVOLIO

Wuju szlachetny, czy znasz tę przyczynę?

MONTEKI

Nie znam, a on mi jej nie chce wyjawić.

BENVOLIO

Czy próbowałeś go może wybadać?

MONTEKI

Sam próbowałem, próbowali inni,

Lecz on, jedyny powiernik swych uczuć,

Jest wobec siebie – nie powiem, tak szczery –

Lecz tak zamknięty, skryty, tak daleki

Od wyjawienia głębi swego wnętrza,

Jak pąk kąsany przez złego robaka,

Nim słodkie płatki rozwinie w powietrzu

I swej urody obraz prześle słońcu.

Wiedząc, skąd biorą się te jego smutki,

Można uleczyć je, ręcząc za skutki.

Wchodzi ROMEO.

BENVOLIO

Oto nadchodzi; odejdźcie na chwilę;

Poznam ból jego, lub wielce się mylę.

MONTEKI

Obyś mógł poznać to, co zatajono;

Pozostań tutaj – a my pójdźmy, żono.

Wychodzą Pan i Pani Monteki.

BENVOLIO

Dobrego ranka życzę ci, kuzynie.

ROMEO

Ranka? Więc słońce nie stoi wysoko?

BENVOLIO

Biła dziewiąta.

ROMEO

Ach, jakże się wloką

Smutne godziny. Czyżby to mój ojciec

Odszedł tak szybko stąd?

BENVOLIO

Tak, to on był. Jaki

Smutek wydłuża godziny Romea?

ROMEO

Brak tego, co by umiało je skrócić.

BENVOLIO

Zakochany?

ROMEO

Nie –

BENVOLIO

Nie zakochany?

ROMEO

Nie; zakochany, ale niekochany.

BENVOLIO

To źle, że miłość, obraz łagodności,

Szorstka i władcza jest w rzeczywistości.

ROMEO

To źle, że miłość, choć ślepa i głucha,

Idzie, gdzie zechce i czego chce słucha.

Gdzie jeść będziemy? – O! – walczono tutaj?

Nie opowiadaj mi, już wiem o wszystkim.

Tu jest nienawiść, lecz więcej miłości.

O zła miłości, nienawiści miła!

Nicość z niczego ciebie urodziła!

O ciężki blasku! Poważna próżności!

Kształtów powabnych bezkształtny chaosie!

Dymie świetlisty i piórko z ołowiu,

Płomieniu zimny i chorobo w zdrowiu!

O, niebędący sobą śnie na jawie! –

Łask mi udziela miłość niełaskawie.

Czy się nie śmiejesz?

BENVOLIO

Płakałbym, kuzynie.

ROMEO

Nad czym, me serce?

BENVOLIO

Nad sercem twym drogim.

ROMEO

Cóż, miłość bywa uczuciem złowrogim. –

Ból ciężki gniecie biedne serce moje;

Wzrośnie, gdy dodasz mu współczucie twoje.

Tak okazane twe uczucie wierne

Pomnoży troski me, i tak nadmierne.

Miłość to opar, co z westchnień uchodzi;

Rosnąc, w kochanków oczach płomień rodzi;

Cierpiąc kochanek w łez morze ją zmienia.

Czymże jest więcej? Szaleństwem milczącym,

Dławiącą żółcią i lekiem kojącym. –

Żegnaj, kuzynie.

BENVOLIO

Stój! Przykrość mi sprawiasz,

Gdy tak odchodzisz i mnie pozostawiasz.

ROMEO

Cóż, zagubiłem się. Nie stoję tutaj.

To nie Romeo. On gdzie indziej błądzi.

BENVOLIO

Kogo miłujesz? Zawierz mi twe smutki.

ROMEO

Co, czy mam jęcząc powiedzieć ci?

BENVOLIO

Jęcząc?

Nie, ale powiedz mi ze smutkiem, kogo.

ROMEO

Prosić chorego, by zrobił testament

Ze smutkiem? – Słowo to wzbudzi w nim lament!

Ze smutkiem: kocham kobietę, kuzynie.

BENVOLIO

Niemal odgadłem to, myśląc, że kochasz.

ROMEO

Trafiłeś w środek tarczy! – Gdyż jest piękna.

BENVOLIO

Ów piękny środek daje się ugodzić.

ROMEO

Pudło; ma ona Diany obyczaje:

Trafić Kupida strzałą się nie daje,

Jak w zbroi skryta żyje w swej czystości

I nie przebije jej strzała miłości.

Nie dba o słówek czułych oblężenie

Ani o szturmy natarczywych spojrzeń,

Ani o złoto, które kusi świętych.

Biedna jest jednak, choć w piękność bogata,

Gdyż skarb przepadnie, gdy zejdzie ze świata.

BENVOLIO

A więc w czystości życie pragnie strawić?

ROMEO

Tak oszczędzając będzie marnotrawić.

Gdyż piękność dzięki takiej surowości

Odcięta musi być od potomności.

Zbyt piękna, mądra zbyt, zbyt mądrze piękna,

By ją zbawiły mej rozpaczy piętna.

Przysięgła nigdy nie kochać, dlatego

Choć zmarłem, żyję, na świadectwo tego.

BENVOLIO

Chciej mnie posłuchać, nie myśl o niej więcej.

ROMEO

O, ucz mnie, proszę, jak nie myśleć więcej.

BENVOLIO

Zwróciwszy wolność oczom, badaj inne

Piękności.

ROMEO

Jest to droga, by przywołać

Ponownie na myśl jej niezwykłą piękność.

Szczęśliwe maski na licach dam pięknych

Czarne są, każą więc sądzić, że jasne

Jest to, co kryją. Dotknięty ślepotą

Jak ma zapomnieć o straconym wzroku?

Ukaż mi damę o wielkiej urodzie;

Czym będzie ona? Jedynie stwierdzeniem,

Że choć ta piękna, tamta jest piękniejsza.

Bądź zdrów. Me serce zapomnieć nie może.

BENVOLIO

Niech skonam w nędzy, jednak się założę!

Wychodzą.

.

Scena II

Miejsce to samo. Ulica.

Wchodzą CAPULET, HRABIA PARIS i Sługa.

CAPULET

Lecz jest podobną karą zagrożony

Także Monteki. Dwóm tak starym ludziom

Nietrudno pokój zachować, jak sądzę.

PARIS

Z równie szlachetnych rodów pochodzicie

I żal to wielki na spór wasz spoglądać.

Lecz o zalotach mych cóż powiesz, panie?

CAPULET

To samo, co ci już wcześniej mówiłem:

Jeszcze me dziecko nie poznało świata,

Nie ukończyło nawet lat czternastu;

Niech jeszcze dwakroć lato się rozśmieje,

A do małżeństwa, jak sądzę, dojrzeje.

PARIS

Młodsze niż ona matkami zostają.

CAPULET

Więdną, gdyż nazbyt szybko rozkwitają.

Ziemia połknęła wszystkie me nadzieje

Prócz niej, nadziei jedynej ziem moich.

Staraj się jednak o jej serca względy,

Do zgody mojej wiedzie droga tędy.

Jeśli się zgodzi, wówczas w tym wyborze

I zgoda ojca pomieścić się może.

Dziś wieczór ucztę u siebie wydaję,

Będą tam tańce dawnym obyczajem.

Jeśli i ciebie nie zabraknie przy tym

Wśród miłych gości, będzie to zaszczytem;

Ty, najserdeczniej z wszystkich zaproszony,

Będziesz wśród cennych najbardziej ceniony.

Tego wieczora w mej siedzibie biednej

Zejdą się gwiazdy; przyjrzyj się niejednej,

Bo choć stąpając zdobią ziemię naszą,

Przecież blask świateł na niebiosach gaszą.

Uciechy, którą jurny młodzian czuje,

Gdy w pięknej szacie Kwiecień następuje,

A z pól umyka Zima, zła i chora,

Zaznasz w domostwie mym tego wieczora

Wśród świeżych pąków urody dziewczęcej.

Obejrzyj wszystkie, lecz patrz najgoręcej

Na najgodniejszą. Będzie między nimi

I moja, choć jej nie równam z innymi.

Pójdź.

Do Sługi, dając mu papier.

Chłopcze, obiegnij uroczą Weronę,

Znajdź każdą tutaj spisaną personę

I nie mieszkając oświadcz wszystkim grzecznie,

Że ja i dom mój witamy serdecznie.

Wychodzą Capulet i Paris.

SŁUGA

Odnaleźć wszystkie spisane persony! A napisano tu, żeby szewc zajmował się swym łokciem, krawiec kopytem, rybak pędzlem, a malarz sieciami. Wysłano mnie, bym odnalazł persony tu spisane, lecz nigdy nie dowiem się, co wypisała persona, która je tu spisała. Muszę zwrócić się do uczonych w piśmie: – oto nadchodzą w dobrej chwili.

Wchodzą BENVOLIO i ROMEO.

BENVOLIO

Fraszka, człowieku, ogień w ogniu ginie;

Ból jeden mija, gdy drugi się zrodzi;

Spojrzyj za siebie, zawrót głowy minie;

Stara choroba przy nowej przechodzi;

Nowa zaraza do oka wpuszczona

Sprawi, że stary, zatęchły jad skona.

ROMEO

Listek bobkowy dopomaga świetnie.

BENVOLIO

Na co pomaga?

ROMEO

Na złamany goleń.

BENVOLIO

Czyś ty oszalał, Romeo?

ROMEO

Nie. Wpadłem w gorszy stan niźli szaleństwo:

Siedzę w więzieniu, pozbawiony jadła,

Torturowany, chłostany. – Człowieku

Dobry; dobrego popołudnia życzę.

SŁUGA

I tobie, panie. Lecz czy umiesz czytać?

ROMEO

Tak, los mój czytam z mojego nieszczęścia.

SŁUGA

Tego mogłeś się nauczyć bez książki. Lecz pytam o to, czy możesz przeczytać to, co widzisz.

ROMEO

Tak, jeśli język ten znam i litery.

SŁUGA

Uczciwie rzekłeś; pozostańcie z Bogiem.

ROMEO

Czekaj, człowieku; umiem czytać.

Czyta.

„Signior Martino z małżonką i córkami; hrabia Anselme ze swymi urodziwymi siostrami; pani wdowa po Vitruviu; signior Placentio ze swymi uroczymi siostrzenicami; Mercutio i jego brat Valentino; mój stryj Capulet z małżonką i córkami; moja piękna siostrzenica Rosalina; Livia; signior Valentio i jego kuzyn Tybalt; Lucio i wesoła Helena”.

Oddaje papier.

Piękne zgromadzenie. Gdzie mają przybyć?

SŁUGA

Tam.

ROMEO

Gdzie?

SŁUGA

Na wieczerzę do naszego domu.

ROMEO

Czyjego domu?

SŁUGA

Mego pana.

ROMEO

Powinienem był doprawdy wcześniej cię o to spytać.

SŁUGA

Powiem ci bez pytania: pan mój to potężny i bogaty Capulet, więc jeśli nie jesteście z domu Montekich, przybądźcie, proszę, i wychylcie puchar wina. Niech się wam szczęści!

Wychodzi.

BENVOLIO

Na tej dorocznej uczcie Capuleta

Wieczerzać będzie piękna Rosalina –

Którą tak kochasz – a z nią wszystkie inne

Podziwu godne piękności Werony.

Idź tam i okiem bezstronnym porównaj

Jej lico z każdym innym, które wskażę.

Jeśli się uda, będzie odmieniona,

Ujrzysz, że nie jest to łabędź, lecz wrona.

ROMEO

Jeśli mych oczu spojrzenie nabożne

Stworzy fałsz taki, niechaj w ogniu tonie,

A że zatopić oka w łzach nie można,

Niechaj na stosie jak heretyk spłonie!

Inna piękniejsza? Słońce, które biegło,

Odkąd świat światem, równej nie dostrzegło.

BENVOLIO

Fraszka! W twych oczach jej wdzięki ważyłeś,

Gdy ją jej samej w nich przeciwstawiłeś.

Lecz rzuć na owe szale kryształowe

Ją, a naprzeciw połóż liczko nowe,

Które ci podczas wieczerzy tam wskażę;

I tę najlepszą łatwo nim przeważę.

ROMEO

Pójdę nie po to, bym wierzył w twe słowa,

Lecz by mą wiarę umocnić od nowa.

Wychodzą.

.

Scena III

Miejsce to samo. Komnata w domu Capuletów.

Wchodzą PANI CAPULET i PIASTUNKA.

PANI CAPULET

Gdzie moja córka? Poproś ją tu, nianiu.

PIASTUNKA

Na me dziewictwo – mające lat tuzin –

Już ją wołałam. Hej, jagniątko! Ptaszku!

Boże uchowaj! – Gdzie ona jest? – Julio!

Wchodzi JULIA.

JULIA

Co? Kto mnie woła?

PIASTUNKA

Twoja matka.

JULIA

Pani, tu jestem; czego sobie życzysz?

PANI CAPULET

Jest pewna sprawa – nianiu, wyjdź na chwilę,

Musimy w cztery oczy to omówić;

Nianiu, wróć, gdyż coś sobie przypomniałam;

Chcę, żebyś była przy naszej rozmowie.

Wiesz, że ma córka wchodzi w wiek prześliczny?

PIASTUNKA

Klnę się, że znam jej wiek, co do godziny.

PANI CAPULET

Nie skończyła jeszcze czternastu lat.

PIASTUNKA

Postawię w zakład czternaście zębów – choć

z żalem trzeba przyznać, że mam ich tylko cztery –

nie skończyła jeszcze czternastu. Ile jeszcze do

Zielonych Świąt?

PANI CAPULET

Nieco więcej niż dwa tygodnie.

PIASTUNKA

Czy mniej, czy więcej, lecz w jednym dniu roku,

W wigilię Świąt Zielonych, skończy latek

Czternaście. Ona i Suzanna – Niechaj

Da Pan Bóg wszystkim duszom chrześcijańskim

Odpoczywanie wieczne! – Były w równym

Wieku; Suzanna jest teraz u Boga;

Za dobra była dla mnie – lecz, jak rzekłam,

Nocą w wigilię Świąt Zielonych skończy

Czternaście. Pewne to jest, Matko Boża,

Dobrze pamiętam. Od trzęsienia ziemi

Rok jedenasty mija; odłączyłam

Ją wtedy właśnie od piersi. – O, tego

To nie zapomnę nigdy; właśnie w dzień ten

Z wszystkich dni roku; bo natarłam sobie

Cycek piołunem siedząc na słoneczku

Przy gołębniku, pod murem; pan z panią

Byli w Mantui; – No, czy złą mam pamięć?

Ale, jak rzekłam, kiedy to poczuło

Piołun na sutce i całą tę gorycz,

Jak nie zawrzaśnie. Zachwiał się gołębnik,

Nie było jednak z pewnością przyczyny,

By dalej pod nim siedzieć.

Lat jedenaście od dnia tego przeszło,

Bo stać umiała już, tak, na Krzyż Święty,

Umiała biegać i wędrować wkoło.

A o dzień wcześniej czoło sobie stłukła;

I wówczas mąż mój – Panie, świeć nad jego

Duszą! A był to człek wielce ucieszny –

Podniósł to dziecko. „Na wznak padasz?” mówi,

„Na wznak upadniesz, gdy będziesz mądrzejsza.

Nieprawda, Julciu?” I, na me zbawienie,

Śliczne biedactwo zaprzestało płaczu

I „Tak” odparło. Taki to żart wyszedł!

I choćbym miała tysiąc lat żyć, ręczę,

Że nie zapomnę go. „Na wznak upadniesz,

Julciu?”, a mały ów, śliczny głuptasek

„Tak” odparł.

PANI CAPULET

Dość już. Ucisz się już, proszę.

PIASTUNKA

Tak, pani – ale muszę śmiać się, kiedy

Przypomnę sobie, że ten mały głuptas

Zaprzestał płaczu i „Tak” odpowiedział.

A przecież, ręczę, że miała na czole

Guza wielkiego jak kogucie jajo;

Ból był niemały i płakała gorzko.

„No”, mówi mąż mój, „na twarz padasz teraz;

Na wznak upadniesz, gdy będziesz mądrzejsza.

Czy nie tak, Julciu?” A ona ucichła

I „Tak” odparła.

JULIA

I ty ucichnij, nianiu; zamilcz, błagam.

PIASTUNKA

Milknę, skończyłam. Niech ci Bóg da zdrowie!

Z tych wszystkich dzieci, które wykarmiłam,

Ty najpiękniejsza byłaś. Gdybym mogła

Ujrzeć wesele twe na własne oczy;

Więcej nie pragnę.

PANI CAPULET

Ślub ten przedmiotem ma być tej rozmowy;

Wesele! Właśnie tu przyszłam, by mówić

O tym weselu. – Córko moja, Julio,

Powiedz, co sądzisz o swym zamążpójściu?

JULIA

Że jest to zaszczyt, o którym nie marzę.

PIASTUNKA

Zaszczyt! Ach, gdybym nie była jedyną

Twą karmicielką, rzekłabym, że pewnie

Takie mądrości wyssałaś wprost z cycka.

PANI CAPULET

Cóż, pomyśl teraz o swym zamążpójściu;

Tutaj w Weronie panny z dobrych domów,

Młodsze niż jesteś ty, są już matkami,

A według mego obliczenia byłam

Już matką twoją w wieku, w którym panną

Ty jesteś. Tak więc, by rzec to pokrótce:

Waleczny Paris prosi o twą miłość.

PIASTUNKA

Panienko, oto człowiek! A równego

Świat nie zna! – Forma to żywa na posąg.

PANI CAPULET

To najwspanialszy kwiat lata Werony.

PIASTUNKA

Tak, tak, to kwiat jest; klnę się, kwiat nad kwiaty.

PANI CAPULET

Powiedz, czy możesz kochać tego pana?

Wieczorem ujrzysz go u nas na uczcie.

Lico młodego Parisa odczytaj

Jak księgę piórem piękna nakreśloną.

Przypatrz się rysom idącym w zawody,

By każdy wszystkim mógł dodać urody.

A co ta księga urocza ukryje,

Na marginesie oczu wnet ożyje.

Miłosna księga ta, kochanek prawy,

Wadę ma jedną, braknie jej oprawy.

Morze okrywa rybę, a uroda

W pięknej oprawie piękna sobie doda.

Dzieło tym większą okryje się chwałą,

Gdy treść wspaniała ma szatę wspaniałą.

Zostawszy twoim, ów mąż najpiękniejszy

Urodą swoją twojej nie umniejszy.

PIASTUNKA

Powiększy. Baby przez mężczyzn pęcznieją.

PANI CAPULET

Mów krótko: spełni Paris twe marzenia?

JULIA

Zobaczę, jeśli dość na to patrzenia,

Lecz nie zapuszczę głębiej oka mego,

Niż to wynika z nakazu twojego.

Wchodzi Sługa.

SŁUGA

Pani, przybyli już goście, wieczerzę podają, ciebie wołają, panienkę wzywają, piastunkę klną w kredensie, a wszystko to w największym pośpiechu. Muszę iść stąd, by podawać. Błagam was, panie, ruszajcie za mną bez zwłoki.

PANI CAPULET

Tak.

Wychodzi Sługa.

Julio, czeka hrabia niecierpliwy.

PIASTUNKA

Szczęśliwe noce niech da dzień szczęśliwy.

Wychodzą.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tragedie Komedie Hamlet Otello Makbet