Przebudzenie króla

Przebudzenie króla

Autorzy: Maggie Stiefvater

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 448

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 15.90 zł

Elektryzujące jak linia mocy zakończenie magicznego cyklu bestsellerowej autorki.

Poszukiwania Glendowera trwają. Gansey i jego przyjaciele – Adam, Ronan, Noah i Blue – z każdym dniem są coraz bliżej znalezienia kryjówki legendarnego walijskiego króla. Czasu jest jednak coraz mniej. By ocalić Ganseya, który według przepowiedni niedługo umrze zabity pocałunkiem Blue, muszą obudzić go jak najszybciej. Krok za nimi czają się jednak ciemność i groza, bardziej przerażające niż cokolwiek, czego do tej pory zaznali… Czy i tym razem dadzą radę stawić jej czoła? I czy wszyscy wyjdą cało z tego ostatniego starcia?

Przebudzenie króla to ostatnia część bestsellerowego cyklu Maggie Stiefvater. Przekonaj się, jak kończy się opowieść o magii i miłości, która porwała czytelników na całym świecie.

Maggie Stiefvater

PRZEBUDZENIE KRÓLA

przełożył Piotr Kucharski

Tytuł oryginału: The Raven King

Copyright © 2016 by Maggie Stiefvater. All rights reserved.

Published by arrangement with Scholastic Inc., 557 Broadway, New York, NY 10012, USA.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Piotr Kucharski, MMXVI

Wydanie I

Warszawa MMXVI

Spis treści

Dedykacja

Motto

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

Epilog

Podziękowania

O autorce

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Sarah, która dzielnie zasiadła w fotelu zguby

Spać, pływać i śnić, na wieki.

Algernon Charles Swinburne, A Swimmer’s Dream [przeł. Piotr Kucharski]

To były znaki mej nadzwyczajności,

A mego życia świadczy bieg, żem nie jest

Wpisany w rejestr ludzi pospolitych.

William Szekspir, Henryk IV [przeł. Leon Ulrich]

Mój drogi, kompozytor wstąpił już w ogień.

Anne Sexton, Pocałunek [przeł. Teresa Truszkowska]

Prolog

Richard Gansey III zapomniał już, ile razy mówiono mu, że jest przeznaczony do rzeczy wielkich.

Miał po temu odpowiednie pochodzenie, ponieważ szlachetność i niezłomność cechowały obie gałęzie rodzinne, z których wyrósł. Ojciec jego matki był dyplomatą, architektem fortun, zaś ojciec ojca – architektem, swoistym dyplomatą. Matka matki pracowała jako guwernantka europejskich księżniczek. Matka ojca z odziedziczonego spadku wybudowała szkołę dla dziewcząt. Ganseyowie bywali dworzanami i królami, zaś jeśli żaden zamek nie chciał ich przyjąć, sami go sobie budowali.

Był królem.

Dawno, dawno temu młody Gansey został śmiertelnie użądlony przez szerszenie. Otrzymał przewagę we wszystkim, co możliwe, i śmiertelność nie stanowiła tu wyjątku. Głos wyszeptał mu do ucha: „Będziesz żył dzięki Glendowerowi. Ktoś inny na linii mocy umiera, choć nie powinien, a ty będziesz żył, choć nie powinieneś”.

Umarł, lecz nie pozostał martwy.

Był królem.

Jego matka, również arystokratka, postanowiła kandydować do Kongresu z ramienia stanu Wirginia i co niezbyt zaskakujące, z gracją wspinała się na szczyt sondaży. Coraz wyżej. Czy ktokolwiek miał jakieś wątpliwości? Owszem, w zasadzie zawsze miał, ponieważ Ganseyowie nie żądali od innych przysług. Zwykle nawet nie prosili o nie. Wyświadczali je innym z cichą nadzieją, że ci inni w odpowiedzi będą wyświadczać je im.

Zwątpienie – jedyne, co robił Gansey, to wątpił. Sięgnął dzielnie do czarnej jak noc wody, nie znając swego losu, dopóki nie poczuł rękojeści miecza wciskanej w jego ufną dłoń.

Wyjątek – tyle że zaledwie kilka miesięcy wcześniej tenże Gansey sięgnął w mroczną niepewność jutra, szukając obietnicy miecza, lecz zamiast niego wyciągnął lustro.

Sprawiedliwość – w pewien pokrętny sposób wydawało się to słuszne.

Był 24 kwietnia, wigilia świętego Marka. Przed laty Gansey przeczytał Wielką tajemnicę: linie mocy na świecie Rogera Malory’ego. Autor wyjaśniał tam z namaszczeniem, że czuwanie w wigilię świętego Marka pozwala przyjrzeć się duchom tych, którzy mają umrzeć w ciągu następnego roku. Do tamtej chwili Gansey doświadczył już rozmaitych cudów dokonywanych na liniach mocy bądź w ich pobliżu: dziewczyna czytała książkę w pełnej ciemności, staruszka unosiła skrzynkę owoców siłą umysłu, urodzone na linii mocy trojaczki o śniadej skórze płakały krwawymi łzami i krwawiły słoną wodą. Żadna z tych rzeczy nie dotyczyła go jednak osobiście. Nie wymagała jego obecności. Nie wyjaśniała jego istoty.

Nie wiedział, dlaczego został uratowany.

Musiał się tego dowiedzieć.

Odbył więc całonocne czuwanie na linii mocy, która stała się jego labiryntem, drżąc samotnie z zimna na parkingu przed kościołem Świętego Odkupiciela. Niczego nie zobaczył, niczego nie usłyszał. Następnego poranka przykucnął przy swym camaro, zmęczony do stanu ogłupienia, i odtworzył zarejestrowane w nocy dźwięki.

Na nagraniu jego własny głos wyszeptał „Gansey”. Krótka przerwa. „To wszystko”.

Wreszcie się stało. Przestał być jedynie obserwatorem na tym świecie, a został uczestnikiem.

Już wtedy niewielka część Ganseya podejrzewała, co tak naprawdę oznaczało brzmienie jego nazwiska. Wiedział to zapewne, gdy godzinę później przyjaciele pojawili się przy jego samochodzie, by go uratować. Wiedział to zapewne, gdy jasnowidzki z Fox Way 300 stawiały mu tarota. Wiedział to zapewne, gdy opowiadał osobiście całą historię Rogerowi Malory’emu.

Gansey wiedział, czyje głosy szeptały na linii mocy w wigilię świętego Marka. Przez poprzednie lata skuwał jednak swe obawy łańcuchami i nie był jeszcze gotowy, by zrzucić więzy.

Dopiero gdy zginęła jedna z jasnowidzek z Fox Way 300, śmierć znów stała się namacalna i Gansey nie potrafił już dłużej zaprzeczać prawdzie.

Ogary z Klubu Łowieckiego Aglionby wyły tej jesieni: „Odejdzie, odejdzie, odejdzie”.

Był królem.

I w tym roku miał umrzeć.

1

Niezależnie od tego, w którym miejscu zacząć tę opowieść, mówiła ona o kobietach z Fox Way 300.

Opowieści mogą rozciągać się w rozmaitych kierunkach. Dawno, dawno temu była sobie dziewczyna, której świetnie wychodziła zabawa z czasem. Kroczek w bok: dawno, dawno temu była sobie córka dziewczyny, której świetnie wychodziła zabawa z czasem. A teraz skok w tył: dawno, dawno temu była sobie córka króla, której świetnie wychodziła zabawa z czasem.

Początków i zakończeń po horyzont.

Z istotnym wyjątkiem Blue Sargent, wszystkie pozostałe kobiety z Fox Way 300 posiadały moce parapsychiczne. Może to sugerować, że wszystkie mieszkanki domu posiadały coś wspólnego, lecz w istocie łączyło je tyle samo co grupę muzyków, lekarzy albo przedsiębiorców pogrzebowych. Moce parapsychiczne oznaczały nie tyle typ osobowości, ile zespół umiejętności. System wierzeń. Ogólne przekonanie, że czas, niczym opowieść, nie miał natury liniowej, lecz był jak ocean. Jeśli ktoś nie potrafił odnaleźć konkretnej chwili, której szukał, być może nie dopłynął wystarczająco daleko. Możliwe, że po prostu nie stał się jeszcze odpowiednio biegłym pływakiem. Było również możliwe, co kobiety z niechęcią przyznawały, iż pewne momenty ukrywały się na tyle daleko w czasie, że tak naprawdę powinno się je pozostawić głębinowym stworzeniom. Takim jak te żabnice – ryby z garniturem zębów i latarniami zwisającymi nad pyskiem. Albo jak Persefona Poldma. Nie żyła już jednak, więc być może stanowiła kiepski przykład.

Był poniedziałek, gdy pozostałe przy życiu kobiety z Fox Way 300 postanowiły wreszcie zająć się przeanalizowaniem nadciągającej zguby Richarda Ganseya, końca ich życia w dotychczasowej postaci oraz tego, co te dwie rzeczy miały ze sobą wspólnego, jeśli w ogóle cokolwiek. Poza tym Jimi przeprowadziła zabieg oczyszczania czakry w zamian za butlę porządnej torfowej whisky i nie mogła się doczekać, by obalić ją z ferajną.

Calla wyszła na gryzący październikowy chłód, by odwrócić umieszczoną przy skrzynce pocztowej tabliczkę na stronę z napisem „ZAMKNIĘTE, WRÓĆ WKRÓTCE!”. Z kolei Jimi, wielka zwolenniczka magii ziół, przyniosła kilka poduszeczek wypchanych bylicą pospolitą (mającą wzmocnić projekcję duszy na inne płaszczyzny egzystencji) oraz rzuciła na rozgrzane węgle rozmaryn (poprawiający pamięć i zdolności jasnowidzenia, a więc tę samą umiejętność działającą w dwóch różnych kierunkach). Orla dymiącą wiązką szałwii okadzała talie tarota. Maura napełniała misę wróżebną z czarnego szkła. Gwenllian śpiewała wesołą, sprośną piosenkę, rozpalając ustawione w kręgu świece i zaciągając zasłony. Calla wróciła do czytelni, trzymając na ręku trzy rzeźby.

– Pachnie tu jak w cholernej włoskiej restauracji – rzuciła w stronę Jimi, która, nie przestając nucić, rozpraszała dym wachlarzem i kołysała sporym zadkiem.

Calla ustawiła srogą rzeźbę Oji na własnym fotelu, zaś tańczącą statuetkę Oszun obok Maury. Następnie złapała trzecią figurkę, Jemaję, wodną boginkę Jorubów, która gdy nie znajdowała się na komodzie w sypialni Calli, stała zawsze przy miejscu Persefony.

– Mauro, nie wiem, gdzie umieścić Jemaję.

Maura wskazała palcem Gwenllian, która odpowiedziała podobnym gestem skierowanym w jej stronę.

– Mówiłaś, że nie chcesz tego robić z Adamem, więc musi stanąć koło niej.

– Wcale nie – odparła Calla. – Mówiłam, że jest zbytnio powiązany z całą sytuacją.

Problem w tym, że każda z nich była zbytnio powiązana z całą sytuacją, i to już od miesięcy. Na tyle mocno, że trudno było stwierdzić, czy same nie stały się jej częścią.

Orla przestała przeżuwać gumę na wystarczająco długą chwilę, by zapytać:

– Jesteśmy gotowe?

– YhmmmmmmaleczyjestBluehmmmmmmmmm – odezwała się Jimi, wciąż nucąc i kołysząc się.

Owszem, nieobecność Blue rzucała się w oczy. Jej silne umiejętności intensyfikowania mocy psychicznych przydałyby się w takim przypadku, ale zgodnymi szeptami ustaliły zeszłej nocy, że okrucieństwem byłoby dyskutować przy niej o Ganseyu w stopniu większym niż to absolutnie niezbędne. Musiała im wystarczyć Gwenllian, choć była dwukrotnie słabsza i dwukrotnie bardziej kłopotliwa.

– Później przekażemy jej wynik – powiedziała Maura. – Chyba lepiej wyciągnę Artemusa ze spiżarni.

Artemusa: dawnego kochanka Maury, biologicznego ojca Blue, doradcę Glendowera, mieszkańca kanciapy na Fox Way 300. Został wydobyty z magicznej jaskini zaledwie przed tygodniem z niewielkim okładem i przez ten czas udało mu się wnieść absolutnie zerowy wkład w ich zasoby emocjonalne oraz intelektualne. Calla uważała go za tchórzliwego (nie myliła się). Maura sądziła, że jest niezrozumiany (nie myliła się). Jimi uznała, że miał największy nos, jaki kiedykolwiek widziała (nie myliła się). Orla nie wierzyła, by zabarykadowanie się w spiżarni dawało wystarczającą ochronę przeciwko jasnowidzce, która go nienawidziła (nie myliła się). Natomiast Gwenllian sądziła, że ma powód, by go nienawidzić (nie myliła się).

Maura musiała podjąć niemały wysiłek, by przekonać go do opuszczenia kryjówki, jednak nawet gdy dołączył do nich przy stole, wyglądał, jakby czuł się zdecydowanie nie na miejscu. Po części dlatego, że był mężczyzną, po części zaś, ponieważ wzrostem znacznie przewyższał zebrane kobiety. Głównie chodziło wszakże o jego ciemne, wiecznie zmartwione oczy, wskazujące, że sporo widziały i że było to dla niego o wiele za dużo. Jego szczery strach pozostawał w zdecydowanej sprzeczności z rozmaitymi stopniami pewności siebie, jaką emanowały jasnowidzki.

Maura oraz Calla znały go przed narodzinami Blue i obie uważały, że obecny Artemus stanowił zaledwie cień dawnego siebie. A przynajmniej Maura tak sądziła. Calla po prostu miała o nim kiepskie zdanie, jako że jej opinia na jego temat już wcześniej nie była zbyt dobra. Wychudzeni mężczyźni wyłaniający się z mistycznych zagajników nigdy nie byli w jej typie.

Jimi nalała whisky.

Orla zamknęła drzwi czytelni od środka.

Kobiety zasiadły.

– Co za ekipa – odezwała się Calla, by jakoś zagaić (nie myliła się).

– Nie można go ocalić, zgadza się? – spytała Jimi.

Miała na myśli Ganseya.

W jej oczach połyskiwały lekko łzy. Nie przepadała jakoś szczególnie za Ganseyem, jednak była bardzo sentymentalna i wizja przedwczesnej śmierci dowolnego młodzieńca wprawiała ją w niepokój.

– Mmm – stwierdziła Maura.

Kobiety napiły się. Artemus nie. Zerknął nerwowo na Gwenllian. Gwenllian, jak zwykle rzucająca się w oczy dzięki gniazdu splątanych włosów pełnych ołówków i kwiatów, w odpowiedzi zmierzyła go spojrzeniem. Gdyby w jej szklaneczce został alkohol, żar obecny w jej wzroku zapewne by go podpalił.

– A więc czy powinniśmy to powstrzymać? – zapytała Maura.

Orla, najmłodsza i najgłośniejsza z obecnych, roześmiała się młodzieńczo i głośno.

– A jak właściwie chciałabyś go powstrzymać?

– Powiedziałam to, nie go – odrzekła nieco arogancko Maura. – Nie zamierzam sobie roić, że dysponuję jakąkolwiek mocą pozwalającą powstrzymać tego chłopca przed przetrząsaniem całej Wirginii w poszukiwaniu własnego grobu. Chodzi o pozostałych.

Calla z trzaskiem odstawiła naczynie.

– Och, potrafiłabym go powstrzymać. Nie o to jednak chodzi. Wszystko trafiło już na swoje miejsca.

(Wszystko trafiło już na swoje miejsca: emerytowany płatny zabójca obecnie sypiający z Maurą; jego były szef owładnięty obsesją na punkcie wszystkiego, co ponadnaturalne, obecnie sypiający w Bostonie; przerażająca istota przysypana skałami pod linią mocy; nieznane stworzenia wyłażące z jaskini w pobliżu porzuconego gospodarstwa; wzrost mocy płynącej przez linię; leżący na niej magiczny świadomy las; układ pewnego chłopca z owym magicznym lasem; zdolność innego chłopca do urzeczywistniania przedmiotów ze snów; martwy chłopiec, który nie chciał udać się na wieczny spoczynek; pewna dziewczyna w ponadnaturalny sposób wzmacniająca dziewięćdziesiąt procent zjawisk z powyższej listy).

Kobiety znów się napiły.

– Czy powinni dalej jeździć do tego szalonego lasu? – odezwała się Orla.

Niezbyt przejmowała się Cabeswater. Pojechała tam kiedyś wraz z pozostałymi i podeszła do lasu wystarczająco blisko, by... poczuć go. Jej moce najlepiej działały za pośrednictwem kabli telefonicznych lub e-maili, ponieważ twarze wchodziły jedynie w drogę prawdzie. Cabeswater nie miało twarzy, zaś linia mocy stanowiła w zasadzie najlepszy kabel telefoniczny na świecie. Poczuła, że las ją o coś prosi. Nie zdołała stwierdzić, o co konkretnie, i nie sądziła, by chodziło o coś złego. Wiedziała, że prośby posiadały ogromne znaczenie i wiele sobą obiecywały. Sugerowały odmianę w życiu. Orla była jednak zadowolona ze swego życia, ukłoniła się więc uprzejmie i oddaliła stamtąd.

– Las jest w porządku – skomentował Artemus.

Kobiety spojrzały na niego.

– Zdefiniuj „w porządku” – odparła Maura.

– Cabeswater ich uwielbia.

Artemus złożył ogromne dłonie na kolanach i wymierzył w nie równie ogromny nos. Wzrok umykał mu wciąż ku Gwenllian, zupełnie jakby obawiał się, że kobieta na niego skoczy. Gwenllian wymownie nakryła jedną ze świec szklaneczką. W czytelni zrobiło się o jeden malutki płomyk ciemniej.

– Mógłbyś rozwinąć myśl? – poprosiła Calla.

Artemus nie uczynił tego.

– Weźmiemy tę opinię pod rozwagę – uznała Maura.

Kobiety się napiły.

– Czy ktokolwiek z nas tu obecnych umrze? – zapytała Jimi. – Czy ktoś nam znany pojawił się podczas czuwania w kościele?

– To nie dotyczy nikogo z nas. Czuwanie w kościele zazwyczaj przewidywało jedynie śmierć tych, którzy urodzili się (czy też, jak w przypadku Ganseya, odrodzili) w mieście lub bezpośrednio na drodze duchów, zaś wszyscy obecni pochodzili z innych miejsc.

– Ale dotyczy Blue – wskazała Orla.

Maura agresywnymi gestami składała swoje karty w stosiki, po czym demontowała je.

– To nie jest gwarancja bezpieczeństwa. Istnieje los gorszy niż śmierć – skomentowała.

– A zatem potasujmy – zaproponowała Jimi.

Wszystkie kobiety przyłożyły swe talie do serc, potasowały je, po czym wybrały przypadkową kartę. Umieściły je odkryte na stole.

Tarot to niezwykle osobista rzecz i w związku z tym grafiki każdej talii stanowiły odzwierciedlenie ich właścicielek. W przypadku Maury urzeczywistniało się to w ciemnych liniach i prostych barwach, zarazem niedbałych i dziecinnych. U Calli wzory były bogate, przesycone barwami oraz szczegółami. Na każdej karcie w talii Orli widniała para całująca się lub uprawiająca miłość, niezależnie od tego, czy jej znaczenie dotyczyło całowania bądź uprawiania miłości. Gwenllian stworzyła swoją, bazgrząc ciemne, szaleńcze symbole na zwykłych kartach do gry. Jimi trzymała się talii „Święte koty i przenajświętsze kobiety”, którą znalazła w sklepie ze starzyzną w 1992.

Wyciągnęły pięć różnych wersji Wieży. W przypadku Calli grafika chyba najlepiej obrazowała znaczenie karty: zamek podpisany „Stabilność” był bombardowany przez błyskawice, palony i szturmowany przez coś wyglądającego niczym węże pończoszniki. Kobieta w oknie doświadczała pełnych efektów pioruna. Na szczycie budowli mężczyzna został wyrzucony z blanków, a być może sam z nich skoczył. W każdym razie również płonął i leciał za nim wąż.

– A zatem wszyscy umrzemy, jeśli nic nie zrobimy – skomentowała Calla.

– Owynus dei gratia Princeps Waliae, ha la la, Princeps Waliae, ha la la... – zaśpiewała Gwenllian.

Artemus zaskomlał i wyglądał, jakby chciał wstać. Maura położyła uspokajająco dłoń na jego rękach.

– Wszyscy umrzemy – powiedziała. – Kiedyś. Nie panikujmy.

Calla spojrzała na Artemusa.

– Tylko jedno z nas panikuje.

– Pora znaleźć jakieś rozwiązanie, moje drogie – stwierdziła Jimi, puszczając butelkę w obieg. – Jak zamierzamy go szukać?

Kobiety spojrzały na ciemną misę wróżebną. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, była po prostu szklanym naczyniem kupionym za jedenaście dolarów w jednym z tych sklepów pełnych karmy dla kotów, ściółki ogrodniczej i przecenionych sprzętów elektronicznych. Wypełniający ją sok żurawinowo-winogronowy nie posiadał żadnych mistycznych właściwości, a jednak emanowało z niej coś złowróżbnego. Płyn wydawał się niespokojny, odbijał jedynie ciemny sufit, ale wyglądał, jakby chciał pokazać coś więcej. Misa nasuwała możliwości i nie wszystkie z nich były dobre.

(Jedna z możliwości: użycie odbicia, by oddzielić swą duszę od ciała, co kończyło się śmiercią).

Wprawdzie to Maura podsunęła pomysł z naczyniem, jednak teraz je odepchnęła.

– Wykonajmy pełny odczyt – zasugerowała Orla, po czym zrobiła balon z gumy.

– Uch, nie – skomentowała Calla.

– Dla nas wszystkich? – spytała Maura, jakby nie usłyszała sprzeciwu Calli. – Jako grupy?

Orla machnęła ręką, wskazując wszystkie talie. Jej ogromne drewniane bransolety zaklekotały o siebie z satysfakcją.

– Podoba mi się – uznała Maura.

Calla i Jimi westchnęły.

Zazwyczaj do odczytu używało się jedynie części talii liczącej siedemdziesiąt osiem kart. Trzech albo dziesięciu. Może jednej lub dwóch więcej, jeśli potrzebne było dodatkowe wyjaśnienie. Pozycja każdej karty oznaczała pytanie: Jaki jest stan twojej podświadomości? Czego się obawiasz? Czego potrzebujesz? Umieszczona na odpowiednim miejscu karta stanowiła odpowiedź.

Siedemdziesiąt osiem kart to mnóstwo pytań i odpowiedzi.

Zwłaszcza jeśli pomnożyć to przez pięć.

Calla i Jimi znów westchnęły, lecz zaczęły tasować. Nie można było zaprzeczyć, że miały wiele pytań. I potrzebowały wielu odpowiedzi.

W tej samej chwili przestały tasować, zamknęły oczy i przyłożyły talie do serc, skupiając się jedynie na sobie samych i tym, w jaki sposób ich żywoty splatały się ze sobą. Świece zamigotały. Długie, krótkie i znów długie cienie zatańczyły za statuetkami bogiń. Gwenllian zaczęła nucić, a Jimi po chwili dołączyła do niej.

Jedynie Artemus siedział odsunięty, marszcząc brwi.

Kobiety uwzględniły go jednak, gdy zaczęły wykładać karty. Najpierw splotły je w krzepki pień, szepcząc przy tym do siebie pozycje i znaczenia. Następnie ułożyły gałęzie wskazujące Artemusa, Jimi oraz Orlę. Później umiejscowiły korzenie celujące w Callę, Maurę i Gwenllian. Zderzały się głowami, kładły karty na innych, śmiały się przy pomyłkach, kłóciły nad odpowiednią kolejnością.

Wreszcie wyłoniła się opowieść. Mówiła o ludziach, których zmieniły, oraz tych, którzy zmienili je. Odczyt nie pomijał żadnych pikantnych szczegółów: Maury zakochującej się w Artemusie, Jimi uderzającej Callę, Orli opróżniającej po kryjomu wspólne konto bankowe, by sfinansować internetową stronę firmową, która jeszcze nie zaczęła przynosić dochodów, Blue uciekającej z domu i przywożonej przez policję, umierającej Persefony.

Gałąź prowadząca do Artemusa była ciemna i zbutwiała, usiana mieczami i strachem. Jej mrok biegł z powrotem do pnia, łącząc się z czymś złowieszczym, gnijącym w korzeniu należącym do Gwenllian. Było oczywiste, że to właśnie ta ciemność zabije ich wszystkich, jeśli nic nie zrobią, choć nie dawało się określić jej natury. Jasnowidzące zdolności kobiet nigdy nie były w stanie przeniknąć obszaru leżącego bezpośrednio na linii mocy, a mrok skupiał się właśnie tam.

Rozwiązanie związanego z nim problemu znajdowało się jednak poza linią mocy. Było nieokreślone, niepewne i trudne. Wynik wydawał się jednak nieskomplikowany.

– Mają ze sobą współpracować? – odezwała się z niedowierzaniem Calla.

– Tak mówią karty – odparła Maura.

– A nie możemy po prostu same się tym zająć? – spytała Jimi, sięgając po butelkę, która jednak okazała się pusta.

– Jesteśmy tylko ludźmi – skomentowała Maura. – Tylko zwykłymi ludźmi. Oni są wyjątkowi. Adam jest powiązany z linią mocy. Ronan to śniący. Blue wzmacnia to wszystko.

– Pan Nadziany jest tylko człowiekiem – wtrąciła Orla.

– Owszem, i to on zginie.

Kobiety znów przyjrzały się układowi.

– Czy to oznacza, że ona wciąż żyje? – spytała Maura, stukając palcem kartę na jednej z gałęzi: Królową Mieczy.

– Możliwe – mruknęła Calla.

– Czy to oznacza, że ona odejdzie? – dopytywała Orla, stukając palcem inną kartę i mając na myśli inną „oną”.

– Możliwe – westchnęła Maura.

– Czy to oznacza, że ona wróci? – chciała wiedzieć Calla, wskazując trzecią kartę i mając na myśli trzecią „oną”.

– Możliwe – zaskrzeczała Gwenllian, odskakując od stołu.

Zaczęła się obracać, trzymając wysoko ręce.

Żadna z nich nie mogła już dłużej siedzieć. Calla odsunęła fotel.

– Idę po kolejnego drinka.

Jimi klasnęła językiem z aprobatą.

– Jeśli czeka nas koniec świata, to ja też nie pogardzę.

Gdy opuściły stół, Maura została, spoglądając na zatrutą gałąź kart Artemusa i jego samego zgarbionego nad nią. Przypadkowi mężczyźni z mistycznych zagajników nie byli już w jej typie. Wciąż pamiętała jednak miłość, jaką do niego żywiła, a dzisiejszy Artemus był cieniem siebie dawnego.

– Artemusie? – odezwała się łagodnie.

Nie uniósł głowy.

Gdy dotknęła palcem jego podbródka, wzdrygnął się. Uniosła mu głowę, by znaleźli się twarzą w twarz. Nigdy nie spieszył się z wypełnianiem przestrzeni słowami i nie uległo to zmianie. Wyglądał, jakby zamierzał nigdy już się nie odezwać, gdyby zależało to tylko od niego.

Odkąd wypełzli oboje z jaskini, Maura nie pytała go o nic, co miało miejsce w czasie, odkąd ostatni raz go widziała. Teraz jednak zdecydowała się na to.

– Co się stało, że zrobiłeś się taki jak teraz?

Zamknął oczy.

2

Gdzie, do cholery, jest Ronan? – spytał Gansey, powtarzając słowa, które wypowiedziały tysiące osób, odkąd ludzkość wykształciła mowę. Gdy wychodził z budynku nauk ścisłych, odchylił głowę w tył, zupełnie jakby Ronan Lynch, senny śniący, pogromca ludzi, omijacz lekcji, z jakiegoś powodu miał przelatywać mu nad głową. Nie przelatywał. Po ciemnoniebieskim niebie nad kampusem Aglionby sunął jedynie bezgłośnie samolot. Po drugiej stronie żelaznego ogrodzenia miasteczko Henrietta wydawało z siebie produktywne popołudniowe odgłosy pracujących ludzi. Po tej stronie uczniowie Aglionby wydawali z siebie bezproduktywne popołudniowe odgłosy nastolatków. – Był na technologii?

Adam Parrish – mag i zagadka, uczeń i logik, mężczyzna i chłopiec – przełożył ambitnie przeładowaną torbę kurierską na drugie ramię. Nie widział powodu, dla którego Gansey miałby sądzić, że Ronan przebywał gdzieś w okolicy kampusu. Sam Adam potrzebował całej swej siły woli, by po tygodniu wypełnionym magicznymi jaskiniami oraz tajemniczymi śniącymi skupić się znów na szkole, a był przecież jej najbardziej zmotywowanym uczniem. Ronan natomiast pokazywał się z zauważalną regularnością wyłącznie na łacinie, a teraz, gdy wszystkim uczęszczającym dotąd na łacinę haniebnie zamieniono ją na dodatkowe lekcje francuskiego, co mu zostało?

– Był? – powtórzył Gansey.

– Sądziłem, że to pytanie retoryczne.

Gansey wyglądał na rozzłoszczonego przez czas potrzebny spóźnionemu motylowi na przemknięcie obok nich na jesiennym wietrze.

– Nawet się nie stara.

Minął tydzień z okładem, odkąd z plątaniny jaskiń wyciągnęli Maurę – matkę Blue – oraz Artemusa – jej... ojca? Trzy dni, odkąd zapakowali Rogera Malory’ego, sędziwego brytyjskiego przyjaciela Ganseya, do powrotnego samolotu. Dwa dni od powrotu do szkoły.

W tym zero obecności Ronana.

Czy było to głupie zachowanie? Owszem. Czy odpowiedzialność spoczywała wyłącznie na Ronanie Lynchu? Owszem.

W budynku nauk ścisłych rozbrzmiał hałaśliwie dzwonek – dwie minuty po faktycznym zakończeniu lekcji. Był to porządny dzwonek poruszany porządną liną, za którą powinien porządnie ciągnąć porządny uczeń. Dwuminutowe spóźnienie sprawiło, że Adam Parrish postarzał się przedwcześnie. Lubił, gdy ludzie porządnie wykonywali swoje obowiązki.

– Powiedz coś – odezwał się Gansey.

– Ten dzwonek.

– Wszystko jest straszne – zgodził się Gansey.

Przyjaciele zeszli z chodnika i ruszyli przez tereny sportowe. Spacer od gmachu nauk ścisłych do Budynku Grubera, zajmujący dziesięć luksusowych minut pomiędzy zajęciami, wypełnionych haustami czystego powietrza i słońca, był niczym dar. Sam pobyt w kampusie zwykle uspokajał Adama. Przewidywalna rutyna dawała mu ukojenie. Ucz się pilnie. Chodź na lekcje. Podnoś rękę. Odpowiadaj na pytania. Zmierzaj ku zakończeniu tego poziomu edukacji. Inni uczniowie narzekali na ilość pracy. Pracy! Praca była niczym wyspa. Adam płynął ku niej przez targane sztormem morze.

Sztorm był silny. Potwory kłębiły się pod nimi na linii mocy. Las rozkwitał w dłoniach i oczach, które Adam przehandlował Cabeswater. Zaś Gansey miał umrzeć przed kwietniem. Ocean był niespokojny, Glendower był wyspą. Po przebudzeniu go dysponowaliby przysługą, dzięki której ocaliliby życie Ganseyowi. Ta zaklęta kraina potrzebowała zaklętego króla.

W miniony weekend Adam dwukrotnie śnił, że odnaleźli już Glendowera i teraz szukają go ponownie. Pierwszej nocy sen okazał się koszmarem. Drugiej – ulgą.

– Gdzie teraz szukamy Glendowera? – spytał ostrożnie.

– W jaskini Dittleya – odparł Gansey.

Odpowiedź zaskoczyła Adama. Zazwyczaj Gansey preferował ostrożne podejście, zaś jaskinia Dittleya stanowiła tego przeciwieństwo. Po pierwsze, gdy wyciągnęli z jej środka Gwenllian, córkę Glendowera, zaczęły stamtąd wyłazić dziwne zwierzęta. Po drugie zaś, w wejściu do niej Piper Greenmantle zastrzeliła Jessego Dittleya. Wokół jaskini aż cuchnęło dawną i przyszłą śmiercią.

– Nie uważasz, że Gwenllian powiedziałaby nam, gdyby sądziła, że jej ojciec znajduje się bardziej w głąb, zamiast kazać nam łazić po grocie pełnej kości?

– Uważam, że Gwenllian służy swoim własnym celom – odrzekł Gansey. – I jeszcze nie ustaliłem, jakie one są.

– Po prostu myślę, że to ryzyko niemieszczące się w granicach rozsądku. Poza tym to miejsce zbrodni.

Gdyby Ronan był z nimi, powiedziałby: „Wszędzie jest miejsce zbrodni”.

– Czy to znaczy, że masz inne pomysły? – spytał Gansey.

Pomysły? W liczbie mnogiej? Adam ucieszyłby się, gdyby miał jeden pomysł. Najbardziej obiecująca droga w głąb, grota w Cabeswater, zawaliła się podczas ich ostatniej wyprawy i nie pojawiły się nowe możliwości, które by ją zastąpiły. Gansey stwierdził, że to jak sprawdzian przydatności, zaś Adam musiał się z nim zgodzić. Cabeswater wyznaczyło im próbę, wzięli się do jej wykonania i z jakiegoś powodu zostali uznani za niedoskonałych. Wszystko wydawało się jednak takie słuszne. Wraz z Ronanem pracowali nad tym, by oczyścić jaskinię z zagrożeń, a później cała grupa połączyła swe talenty, by na krótko ożywić szkielety pradawnego stada, które doprowadziło Ronana oraz Blue do Maury. Od tamtych chwil każdej nocy Adam przed snem przeżywał na nowo te wydarzenia. Sny Ronana, Adam koncentrujący się na linii mocy, Blue wzmacniająca, Gansey wprowadzający cały plan w ruch. Adam nigdy wcześniej nie czuł się tak... naturalnie. Razem stanowili świetnie działającą maszynę.

Nie zaprowadziło ich to jednak do Glendowera.

– Może porozmawiać z Artemusem? – zasugerował Adam.

Gansey wydał z siebie „hmm”. W ustach kogokolwiek innego zabrzmiałoby pesymistycznie, lecz w jego przypadku niosło w sobie podwójną moc.

– Nie sądzę, byśmy mieli kłopot z mówieniem do Artemusa. Martwi mnie natomiast skłonienie go do odpowiedzi.

– Chyba zawsze powtarzałeś, że masz dar przekonywania – przypomniał Adam.

– Doświadczenie wcale tego nie potwierdza.

– Gansey, stary! – zagrzmiał głos po drugiej stronie boiska.

Whitman, jeden z dawnych towarzyszy Ganseya z drużyny wioślarskiej, uniósł trzy palce w geście salutu. Gansey nie odpowiadał, dopóki Adam nie dotknął lekko jego ramienia grzbietem dłoni. Gansey zamrugał, po czym na jego twarzy wykwitł uśmiech Richarda Campbella Ganseya III. Jakimże skarbem był ów uśmiech, przekazywany przez wieki z ojca na syna, ukryty głęboko w kufrach nadziei podczas pokoleń bez synów, pielęgnowany i dumnie wywieszany, gdy wymagała tego sytuacja.

– Cześć, Whit! – odkrzyknął Gansey, szczodrze wlewając w samogłoski przeciągły, południowy akcent. – Winda ci zjechała!

Śmiejąc się, Whitman zapiął rozporek. Podbiegł do nich i rozpoczął z Ganseyem niezobowiązującą rozmowę. Po paru chwilach dołączyło do nich dwóch innych chłopców, a później dwóch kolejnych. Przekomarzali się pogodnie, z humorem, młodzieńczo i przyjaźnie, niczym chodzące reklamy zdrowego stylu życia oraz dobrego wykształcenia.

Adam nigdy nie zdołał osiągnąć wysokich wyników w tym przedmiocie, choć poświęcił całe miesiące na pilną naukę. Analizował zachowanie Ganseya, rozkładał na czynniki pierwsze reakcje innych chłopców i katalogował wzorce dialogowe. Obserwował, w jaki sposób prosty gest otwierał cały bukiet męskiej rozmowy – elegancko niczym w magicznej sztuczce. Zwracał szczególną uwagę na to, co działo się za kulisami: jak przygnębiony Gansey w zaledwie chwilę stawał się serdeczny. Sam nie potrafił jednak nigdy przekuć tego wszystkiego w praktykę. Ciepłe powitania w jego ustach skuwały się lodem. Niedbałe gesty stawały się lekceważące. Pewne spojrzenie przeradzało się w niepokojące mierzenie wzrokiem.

Co kwartał na nowo zapisywał się na te zajęcia, ale choć wydawało się to nieprawdopodobne, dochodził do wniosku, że pewne umiejętności leżały poza zasięgiem nawet Adama Parrisha.

– Gdzie Parrish? – spytał Engle.

– O, tam – odparł Gansey.

– Nie wiem, jak mogłem przegapić wicher wiejący od lodowca – stwierdził Engle. – Co tam, stary?

Było to pytanie retoryczne, na które odpowiedź stanowił jedynie lekki sztuczny uśmiech. Chłopcy przyszli tu dla Ganseya. Gdzie Parrish? W miejscu zbyt odległym, by dało się tam dotrzeć w jeden dzień.

Dawno, dawno temu takie reakcje niepokoiłyby Adama. Czułby się zagrożony. Teraz jednak był pewien swej pozycji jako jednego z dwóch faworytów Ganseya, wsadził więc tylko dłonie do kieszeni i szedł cicho wraz z resztą.

Nagle Adam poczuł, jak idący obok Gansey spiął się. Pozostali wciąż pokrzykiwali i śmiali się, lecz na twarzy Ganseya pojawiła się zaduma. Adam podążył za jego wzrokiem do wielkich kolumn podtrzymujących dach Budynku Grubera. U szczytu schodów stał dyrektor Child, trzymając w dłoni podręcznik czy coś podobnego. Był żylastym człowiekiem, a swoim wyglądem propagował rozsądek stosowania filtrów przeciwsłonecznych oraz kapeluszy o szerokich rondach.

– Posłuchajcie, panowie – zawołał. – Słyszałem was ze swego gabinetu. Zachowujecie się jak kruki? Zajęcia czekają.

Wymieniono żółwiki, poczochrano włosy, trącono się barkami. Pozostali chłopcy rozproszyli się, zostali Gansey i Adam. Child uniósł lekko dłoń, jakby machając do Ganseya, po czym zniknął w części biurowej Budynku Grubera.

Gansey znów przez chwilę wyglądał na rozzłoszczonego, po czym przybrał zupełnie obojętną minę i podjął marsz w stronę klasy.

– O co chodziło? – chciał wiedzieć Adam.

Gansey udawał, że nie usłyszał, i wspinał się po schodach, na których zaledwie przed chwilą stał dyrektor.

– Ganseyu. O co chodziło?

– Z czym?

– Z dłonią. Childa.

– Przyjazny gest.

Nie było nic dziwnego w tym, że świat wydawał się bardziej przyjazny wobec Ganseya niż Adama, jednak takie zachowanie nie pasowało do dyrektora Childa.

– Powiedz, że mi nie powiesz, ale mnie nie okłamuj.

Gansey zaczął starannie wsuwać mundurkową koszulę w spodnie i wygładzać sweter. Nie spoglądał na Adama.

– Nie chcę się kłócić.

– Ronan – domyślił się Adam.

Gansey zerknął na niego ukradkiem, po czym wrócił spojrzeniem ku swetrowi.

– Nie ma mowy – odezwał się Adam. – Nie. Nie mógłbyś.

Nie miał pojęcia, o co właściwie oskarżał Ganseya. Wiedział jedynie, czego Gansey pragnął dla Ronana i w jaki sposób osiągał to, czego chciał.

– Nie chcę się kłócić – powtórzył Gansey.

Wyciągnął dłoń do klamki. Adam przykrył ją swoją, zatrzymując go.

– Rozejrzyj się. Widzisz Ronana? Ma to gdzieś. Jeśli będziesz mu wpychał szkołę do gardła, nie sprawisz, że poczuje głód.

– Nie chcę się kłócić.

Uratowało go brzęczenie jego telefonu. W zasadzie uczniowie nie powinni odbierać rozmów podczas pobytu w szkole, jednak Gansey wyciągnął aparat i obrócił go w stronę Adama. Dwie rzeczy uderzyły Parrisha: po pierwsze, telefon identyfikował rozmowę jako pochodzącą od matki Ganseya, co zapewne było prawdą, po drugie zaś, telefon twierdził, iż była 6.21, co już zdecydowanie nią nie było.

Adam zmienił lekko pozycję. Nie blokował już Ganseyowi wejścia do budynku, lecz raczej służył za wartownika.

Gansey przyłożył telefon do ucha.

– Halo? O, mamo. Jestem w szkole. Nie, weekend skończył się wczoraj. Nie. Oczywiście. Nie, ale pospiesz się.

W czasie, gdy Gansey rozmawiał, Cabeswater odzywało się do Adama, proponując, że wesprze jego zmęczone ciało, i zezwolił mu na krótką chwilę. Przez kilka swobodnych oddechów czuł wokół siebie jedynie liście, wodę, pnie, korzenie, kamienie oraz mech. Linia mocy pulsowała w nim, nasilając się i słabnąc w rytm jego tętna, a może odwrotnie. Adam rozumiał, że las chciał mu coś powiedzieć, ale nie był pewien, o co chodziło. Po szkole musiał przeprowadzić wieszczenie albo wręcz znaleźć czas, by pojechać do Cabeswater.

Gansey rozłączył się i schował aparat.

– Chciała wiedzieć, czy podoba mi się pomysł przeprowadzenia w ten weekend ostatniej kampanii tu w kampusie. Gdyby przeszkadzało to w Dniu Kruków, czy mógłbym poprosić Childa o zgodę. Powiedziałem, że... Sam zresztą słyszałeś.

Tak naprawdę Adam nie słyszał. Nasłuchiwał Cabeswater, i to tak usilnie, że gdy las nagle, niespodziewanie zamarł, on sam się zachwiał. Złapał z zaniepokojeniem klamkę, by się uziemić.

Brzęcząca w nim energia rozproszyła się.

Adam ledwo miał czas, by zastanowić się, co się stało i czy energia wróci, ponieważ linia mocy powróciła do życia w jego wnętrzu. W jego umyśle znów rozkwitły liście. Puścił klamkę.

– O co chodziło? – spytał Gansey.

– Z czym?

Adam lekko dyszał, jednak niemal idealnie zdołał naśladować wcześniejszy ton Ganseya.

– Nie bądź dupkiem. Co się stało?

Stało się to, że ktoś właśnie pobrał olbrzymią ilość energii z linii mocy. Tak dużo, że nawet Cabeswater musiało złapać z powrotem oddech. Niewielkie doświadczenie Adama sugerowało ograniczoną liczbę wyjaśnień.

Energia powoli wracała do wcześniejszego poziomu.

– Jestem niemal pewien, co Ronan właśnie robi.

3

Tego poranka Ronan Lynch zbudził się wcześnie, bez budzika, myśląc: dom, dom, dom.

Zostawił Ganseya wciąż śpiącego z telefonem ściśniętym w dłoni i okularami złożonymi we śnie kilkanaście centymetrów dalej na materacu, po czym zszedł po schodach ze swą kruczycą przyciśniętą do piersi, by nie wydawała dźwięków. Na zewnątrz nieskoszona trawa moczyła mu buty rosą, a wokół opon grafitowego bmw kłębiła się mgła. Niebo nad Monmouth Manufacturing miało kolor błotnistego jeziora. Było zimno, lecz napędzane benzyną serce Ronana płonęło. Wsiadł do samochodu, pozwalając, by stał się dla niego niczym druga skóra. Nocne powietrze wciąż czaiło się pod siedzeniami i w schowkach na drzwiach. Drżał, przywiązując ptaka do klamry pasa przy fotelu pasażera. Nie było to może zbyt wymyślne rozwiązanie, ale skutecznie powstrzymywało kruczycę przed szamotaniem się po wnętrzu. Piła ugryzła go, ale mniej dotkliwie niż poranny chłód.

– Podasz mi kurtkę, gnojówo? – odezwał się do ptaka.

Dziobała właśnie na próbę przycisk otwierania szyby, sam więc wziął okrycie. Marynarka mundurkowa Aglionby też leżała z tyłu, niemiłosiernie zmięta pod pudełkiem łamigłówką, wyśnionym przedmiotem tłumaczącym słowa z kilku języków, w tym jednego wymyślonego, na angielski. Kiedy zamierzał znów pójść do szkoły? Kiedykolwiek? Pomyślał, że być może następnego dnia oficjalnie się wypisze. W bieżącym tygodniu. W kolejnym tygodniu. Co go powstrzymywało? Gansey. Declan. Wspomnienie ojca.

Nawet tak wczesnym rankiem do Singer’s Falls jechało się dwadzieścia pięć minut, lecz wciąż było jeszcze długo przed świtem, gdy mijał nieistniejące miasteczko i wreszcie wjeżdżał do Stodółek. Wrzośce, gałęzie i drzewa otulały samochód, gdy sunął kilkusetmetrowym podjazdem. Posiadłość, wykrojona z zadrzewionych wzgórz i dostępna wyłącznie za pośrednictwem krętej drogi przez splątany las, tętniła od odgłosów okolicznej wirginijskiej puszczy: dębowe liście ocierały się o siebie, kojoty albo jelenie deptały ściółkę, szemrała wyschnięta trawa, sowy nawoływały się nawzajem, wszystko oddychało i przemieszczało się poza zasięgiem wzroku. Było zbyt zimno dla świetlików, ale ich mrowia i tak połyskiwały nad polami.

Wszystko to było jego. Wydumane, pozbawione celu, ale cudowne.

Ronan Lynch lubił śnić o świetle.

***

Dawniej Stodółki stanowiły dla Ronana cały ekosystem. Za jego dzieciństwa Lynchowie rzadko wyjeżdżali, ponieważ nie musieli, ponieważ było mnóstwo pracy, ponieważ Niall Lynch nie ufał wystarczającej liczbie ludzi, by mogli zająć się posiadłością pod ich nieobecność.

Lepiej było spotykać się ze znajomymi w ich domach, jak wyjaśniała ich matka Aurora, ponieważ na farmie tata miał zbyt wiele łatwo niszczących się rzeczy.

Jedną z nich była Aurora Lynch. Złotowłosa Aurora, oczywista królowa miejsca takiego jak Stodółki, łagodna i wesoła władczyni spokojnej, tajemniczej krainy. Wspierała swych synów w wymyślnych dziedzinach sztuki (choć najstarszy Declan rzadko okazywał się wymyślny) i niestrudzenie towarzyszyła im w udawanych zabawach (choć najstarszy Declan rzadko się bawił). Kochała Nialla, rzecz jasna – wszyscy kochali wybijającego się ponad przeciętność Nialla, samozwańczego poetę, króla muzyków – lecz w przeciwieństwie do pozostałych wolała go w spokojniejszym nastroju. Kochała prawdę i trudno jej było kochać zarówno prawdę, jak i Nialla Lyncha, gdy ten się odzywał.

Była jedyną osobą, której nie potrafił oślepić swym blaskiem, i kochał ją za to.

Dopiero wiele lat później Ronan odkrył, że król wyśnił swą królową. Z perspektywy czasu widział w tym jednak sens. Jego ojciec również kochał śnić o świetle.

***

W domu Ronan włączył kilka lamp, by odepchnąć mrok na zewnątrz. Po kilku minutach poszukiwań znalazł wiaderko klocków z literami alfabetu, które przekazał do posortowania Pile. Następnie włączył jedną z ojcowych płyt Bothy Band i gdy skrzypce oraz dudy grzmiały w wąskich korytarzach, ścierał kurze z półek oraz naprawiał zepsuty zawias szafki w kuchni. Poranne słońce, wlewające się wreszcie złotym blaskiem do osłoniętej doliny, zastało go w trakcie usuwania plam z podniszczonych drewnianych schodów prowadzących do dawnego pokoju rodziców.

Wciągnął głęboko powietrze. Wypuścił.

Gdy nie przebywał w domu, zapominał, jak się oddycha.

Czas biegł tutaj własnym rytmem. Dzień w Aglionby to pocięte niezgrabnie obrazki, które nie miały znaczenia, oraz rozmowy, których nie zapamiętywał. Jednak ten sam dzień spędzony w Stodółkach biegł z impetem, wypełniony czterokrotnie wyższą liczbą rzeczy. Czytanie przy oknie, stare filmy w salonie, leniwe majsterkowanie przy zatrzaskujących się drzwiach stodoły. Godziny trwały tyle, ile trzeba.

Wspomnienia tego co dawniej – wszystko, czym to miejsce było dla niego, gdy mieściło w sobie całą rodzinę Lynchów – zostawały powoli zastępowane wspomnieniami i nadziejami tego, co będzie później – każdą minutą, w której Stodółki należały do niego, wszystkimi chwilami, jakie spędził tu samotnie bądź z Adamem, śniąc i planując.

Dom, dom, dom.

Nadszedł czas na sen. Śnienie. Ronan starał się stworzyć konkretny przedmiot i nie był na tyle głupi, by sądzić, że osiągnie cel za pierwszym razem.

***

„Zasady dla snów”, zadeklamował Jonah Milo.

Ronan znajdował się na lekcji angielskiego. Profesor Milo stał przed jaśniejącą elektroniczną tablicą, ubrany w tartan. Palce wystukiwały rytm na tablicy, akompaniując słowom: „Zasady dla śniących. Zasady dla tego, co wyśnione”.

„Cabeswater?” – spytał Ronan klasę.

Nienawiść wygładziła jego myśli. Nigdy nie zapomni tutejszego zapachu: guma, detergenty, pleśń i teriyaki ze stołówki.

„Panie Lynch, czy chce się pan z nami czymś podzielić?”.

„Pewnie. Nie zostanę w tej cholernej klasie ani sekundy...”.

„Nikt tu pana nie zatrzymuje, panie Lynch. Aglionby to wybór”. Milo wyglądał na rozczarowanego. „Skoncentrujmy się. Zasady dla snów. Proszę przeczytać na głos, panie Lynch”.

Ronan nie czytał. Nie mogli go zmusić.

„Ze snów łatwo wypaść” – recytował Milo. Jego słowa brzmiały niczym piosenka z reklamy środków czyszczących. „Niełatwo jest utrzymać konieczną równowagę pomiędzy świadomością a podświadomością. Na czwartej stronie w waszych podręcznikach znajduje się tabela”.

Trzecia strona okazała się czarna. Czwartej strony nie było. Tabeli również nie.

„Zasady dla tego, co wyśnione. Panie Lynch, może usiądzie pan bardziej prosto, wsunie koszulę w spodnie i okaże skupienie godne ucznia Aglionby? Psychopompa pomogłaby panu w utrzymaniu myśli z jawy. Niech wszyscy sprawdzą, czy jest tu ich senny kompan”.

Nie było sennego kompana Ronana.

W ostatnim rzędzie siedział jednak Adam. Czujny. Pilny. Ten uczeń Aglionby odzwierciedlał dziedzictwo Ameryki. W komiksowym dymku nad głową widać było jego podręcznik, usiany zapiskami oraz schematami.

Milo miał dłuższą brodę niż na początku lekcji. „Zasady dla śniących. Tak naprawdę chodzi o butę, czyż nie? Panie Lynch, czy chce pan porozmawiać o tym, jak to jest, że Bóg nie żyje?”.

„To bzdury” – powiedział Ronan.

„Jeśli wie pan lepiej, może pan tu podejść i sam nauczać tego przedmiotu. Staram się jedynie zrozumieć, dlaczego pan sądzi, że nie skończy martwy jak pański ojciec. Panie Parrish, zasady dla śniącego?”.

Adam zaczął odpowiadać z podręcznikową precyzją. „Na stronie dwudziestej Heaney wyraźnie stwierdza, że śniący powinni być klasyfikowani jako broń. W analizach naukowych widzimy, w jaki sposób przekłada się to na rzeczywistość. Przykład A: ojciec Ronana nie żyje. Przykład B: K nie żyje. Przykład C: Gansey nie żyje. Przykład D: ja również nie żyję. Przykład E: Bóg nie żyje, jak już pan wspomniał. Dodałbym do tej listy również Matthew i Aurorę Lynchów, jednak zgodnie z badaniami Glasera z 2012 nie są oni ludźmi. Mam tutaj schematy”.

„Pierdol się” – skomentował Ronan.

Adam wyglądał, jakby usychał. Nie był już Adamem, lecz Declanem. „Odrób pracę domową, Ronanie, choć raz w swoim cholernym życiu. Nie wiesz nawet, czym jesteś?”.

***

Ronan obudził się zły i z pustymi rękoma. Wstał z kanapy, by potrzaskać drzwiami szafek w kuchni. Mleko w lodówce skwaśniało, a Matthew przy ostatniej bytności zjadł wszystkie parówki. Ronan wypadł na zalaną słabym porannym światłem werandę i zerwał dziwny owoc z rosnącego w donicy drzewa, które rodziło opakowania orzeszków w czekoladzie. Przechadzał się niespokojnym krokiem, a Piła dreptała i trzepotała się za nim, dziobiąc ciemne plamy, które w jej nadziejach były opuszczonymi orzeszkami.

Zasady dla śniących: wyśniony Milo spytał go, gdzie jest jego senny kompan. Dobre pytanie. Sierotka nawiedzała jego sny, odkąd tylko sięgał pamięcią. Smutna mała istotka w białej czapce naciągniętej na jasne, krótkie włosy. Kiedyś uważał ją za starszą, ale może to on sam był młodszy. Pomagała mu się ukrywać podczas koszmarów. Teraz to częściej ona chowała się za Ronanem, ale wciąż pomagała mu koncentrować umysł na bieżących zadaniach. To dziwne, że nie pokazała się, gdy Milo o niej wspomniał. Cały sen był dziwny.

„Nie wiesz nawet, czym jesteś?”.

Ronan nie wiedział, nie do końca, lecz sądził, że coraz lepiej żyje mu się z wyjaśniającą się tajemnicą jego istoty. Sen mógł iść się walić.

– Brek – stwierdziła Piła.

Ronan rzucił jej orzeszek i ciężkim krokiem wrócił do środka domu, by poszukać inspiracji.

Czasami dotknięcie czegoś rzeczywistego bardzo mu pomagało, gdy miał kłopoty ze śnieniem. Aby udało się wynieść przedmiot ze snu, musiał wiedzieć, jaki był w dotyku i smaku, w jaki sposób rozciągał się i zginał, czy działała na niego grawitacja, czy też nie – cechy, które nadawały mu fizyczność, a pozbawiały ulotności.

W pokoju Matthew jego uwagę przykuła jedwabna sakiewka z magnetycznymi kamykami. Gdy przyglądał się materiałowi, Piła przeszła mu bezceremonialnie między nogami, wydając z siebie niski, charkotliwy odgłos. Nigdy nie rozumiał, dlaczego tak często postanawiała chodzić i skakać. Gdyby sam miał skrzydła, latałby cały czas.

– Nie ma go tutaj – poinformował ją Ronan, gdy wyciągała szyję, starając się dojrzeć powierzchnię łóżka.

Stęknąwszy w odpowiedzi, zaczęła bezskutecznie szukać rozrywek. Matthew był głośnym, wesołym dzieciakiem, lecz w jego skromnie urządzonym pokoju panował porządek. Dawniej Ronan sądził, że jest tak, ponieważ brat trzymał cały bałagan w swej kędzierzawej głowie, teraz jednak podejrzewał, że jemu samemu zabrakło wyobraźni, aby wyśnić w pełni ukształtowanego człowieka. Trzyletni Ronan pragnął brata, który w pełni kochałby go nieskomplikowaną miłością. Trzyletni Ronan wyśnił Matthew, który w każdym aspekcie stanowił przeciwieństwo Declana. Czy był człowiekiem? Wyśniony Adam/Declan wydawał się tak nie uważać, lecz wyśniony Adam/Declan najwyraźniej był również kłamcą.

Zasady dla śniących.

„Śniący powinni być klasyfikowani jako broń”.

Ronan wiedział już, że był bronią, lecz starał się to nadrabiać. Dzisiejszy cel stanowiło wyśnienie czegoś, co zapewniłoby bezpieczeństwo Ganseyowi w razie kolejnego ukąszenia. Wcześniej udawało mu się oczywiście wyśnić surowice, autostrzykawki i lekarstwa, ale problem polegał na tym, że dopóki nie było za późno, nie miał pojęcia, czy zadziałają.

Teraz miał lepszy plan: wzmocnioną skórę. Coś, co ochroniłoby Ganseya, zanim zostałby w ogóle użądlony.

Ronan nie potrafił pozbyć się wrażenia, że kończył mu się czas.

Musiało zadziałać. Będzie dobrze.

***

W porze obiadowej Ronan opuścił łóżko po dwóch kolejnych nieudanych próbach uzyskania działającego pancerza. Naciągnął kalosze i mocno już zabrudzoną bluzę z kapturem, po czym wyszedł na zewnątrz.

Stodółki były zbiorowiskiem komórek, szop oraz wielkich obór. Ronan zatrzymał się przy jednej z nich, by napełnić wiadra paszą i by położyć na wierzchu jednego z nich bryły soli, co stanowiło wariację na temat jego zwyczaju z dzieciństwa. Następnie ruszył w stronę wyżej położonego pastwiska, mijając ciche cielska wyśnionych przez ojca krów, uparcie śpiące na polach po obu stronach. Po drodze skręcił do jednej z większych szop ze sprzętem. Stojąc na palcach, macał nad framugą wrót, dopóki nie znalazł pozostawionego tam wyśnionego kwiatka. Gdy rzucił go w powietrze, kwiat zawisł mu tuż nad głową, rzucając utrzymujący się żółty blask wystarczający do oświetlenia w niewielkim promieniu drogi przez pozbawione okien wnętrze. Przedzierał się przez kurz obok zniszczonych i niezniszczonych maszyn, aż dotarł do swego albinotycznego nocnego koszmaru skulonego na masce starego zardzewiałego samochodu w całej swojej poszarpanej i groźnej postaci. Blade, paskudne szpony podrapały karoserię do gołego metalu, koszmar musiał tu już spędzić co najmniej kilka godzin. Stwór otworzył różowawe oko, by na niego spojrzeć.

– Potrzebujesz czegoś, mały gnojku? – spytał go Ronan.

Koszmar znów zamknął oko.

Ronan zostawił go i szedł dalej z grzechoczącymi obiecująco wiadrami, pozwalając, by wyśniony kwiatek leciał za nim, choć nie potrzebował go w świetle dnia. Gdy dotarł do największej obory, nie był już sam. W trawie po obu stronach szeleściło. Świstaki, szczury i stworzenia, które nie istniały, wybiegały spomiędzy źdźbeł i tuptały po jego śladach oraz przed nim. Z krawędzi lasu wyłoniły się jelenie o ciemnej sierści, niewidoczne, dopóki się nie poruszyły.

Niektóre ze zwierząt były prawdziwe. Większość jeleni stanowiły zwykłe wirginijskie mulaki białoogonowe, karmione i oswajane przez Ronana bez żadnej konkretnej przyczyny, nie licząc własnej przyjemności. Udomowienie okazało się łatwiejsze dzięki obecności wyśnionego cielaka, który żył wśród nich. Był blady i uroczy, o długich, drżących rzęsach i lisich rudych uszach. Teraz jako pierwszy wbiegł na pole i polizał podaną przez Ronana bryłę soli, po czym pozwolił chłopakowi pogładzić krótką, szorstką sierść w kłębie oraz wyciągnąć parę patyczków z miękkich włosów za uszami. Jeden z jeleni skubnął paszę trzymaną przez Ronana w złożonych dłoniach, a później reszta stała cierpliwie, gdy chłopak wysypywał ją na trawę. Zapewne karmienie ich było nielegalne. Ronan nigdy nie potrafił zapamiętać, co w Wirginii można było zgodnie z prawem karmić albo odstrzeliwać.

Mniejsze zwierzęta podeszły bliżej. Niektóre trącały mu kopytkami kalosze, część układała się obok niego na trawie, jeszcze inne się płoszyły. Dla nich również rozrzucił karmę, po czym zaczął sprawdzać, czy nie mają zranień i drzazg.

Wciągnął głęboko powietrze. Wypuścił.

Zastanawiał się, jak wyobrażał sobie skórny pancerz. Być może nie musiał być niewidzialny. Mógł być srebrny, a nawet się świecić.

Ronan wyszczerzył zęby na tę myśl, nagle czując się głupio i leniwie. Stał, pozwalając, by całodzienne zmęczenie spływało mu z ramion i lądowało na ziemi. Gdy się przeciągał, biały cielak uniósł głowę, by obserwować go uważnie. Pozostałe dostrzegły to i również skupiły wzrok. Były tak piękne, jak tylko piękne potrafiły być sny Ronana, jak tylko piękne potrafiło być Cabeswater, tyle że teraz nie śnił. W jakiś sposób, choć nie zauważył konkretnej chwili, różnica pomiędzy jego jawą a snem zaczęła się zacierać. Chociaż po śmierci chłopaka połowa dziwnego stada zapadłaby w sen, to dopóki tu przebywał, dopóki wdychał i wydychał powietrze, był królem.

Pozostawił zły nastrój na polu.

***

Gdy wrócił do domu, śnił.

Przekład: Piotr Kucharski

Redakcja: Jerzy Wachowski

Korekta: Magdalena Marciniak

Projekt okładki: Christopher Stengel

Ilustracja na okładce: © 2016 by Adam S. Doyle

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-3717-5

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Przebudzenie króla Atlas magicznych stworzeń Pip Bartlett Wiedźma z lustra Złodzieje snów Spirit Animals. Tom II. Polowanie Drżenie 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona