Wenecka intryga

Wenecka intryga

Autorzy: Steve Berry

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 504

Cena książki papierowej: 38.00 zł

cena od: 22.10 zł

Niezwykły wyścig z czasem, w którym stawką jest istnienie ludzkości!

Cotton Malone, były agent amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości, przemierza wybrzeże Danii, zabytkową Wenecję i odludne azjatyckie góry Pamiru, by odnaleźć tajemniczy grób

Aleksandra Wielkiego i zapobiec zagładzie świata.

Na gruzach ZSRR powstało nowe państwo. Byłe radzieckie republiki utworzyły Federację Środkowoazjatycką, której przewodzi premier Irina Zowastina, przebiegła despotka, wielbicielka krwawego sportu i historii starożytnej Grecji. Federacji, wspieranej przez Ligę Wenecką, tajemnicze i potężne stowarzyszenie, udało się zgromadzić zatrważający arsenał broni biologicznej, Zowastina w każdej chwili może więc zdecydować o zdziesiątkowaniu ludności innego kraju. Powstrzymuje ją jedynie brak antidotum, które zapewniłoby jej bezpieczeństwo...

Tajemnicy tej cudownej leczniczej mikstury strzeże starożytna zagadka. Jej rozwiązanie ukryte jest wraz ze zmumifikowanymi szczątkami Aleksandra Wielkiego. Problem polega na tym, że lokalizacja grobu wciąż pozostaje marzeniem archeologów i poszukiwaczy skarbów...

Zowastina rozpoczyna poszukiwania miejsca pochówku legendarnego władcy. Na jej drodze staje jednak Cotton Malone, były agent amerykańskiego Departamentu Sprawiedliwości, a obecnie antykwariusz. Mężczyzna doskonale wie, że od tego, kto pierwszy znajdzie tajemniczy grób, zależą losy ludzkości.

Tytuł oryginału:

THE VENETIAN BETRAYAL

Copyright © 2007 by Steve Berry

Copyright © 2009 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2009 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Urszula Gardner

Korekta: Jolanta Olejniczak-Kulan, Joanna Rodkiewicz, Anna Gauza

ISBN: 978-83-7999-999-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Podziękowania

Ramy czasowe – istotne wydarzenia historyczne

Prolog

Część I

Jeden

Dwa

Trzy

Cztery

Pięć

Sześć

Siedem

Osiem

Dziewięć

Dziesięć

Jedenaście

Dwanaście

Trzynaście

Czternaście

Piętnaście

Szesnaście

Siedemnaście

Osiemnaście

Dziewiętnaście

Dwadzieścia

Część II

Dwadzieścia jeden

Dwadzieścia dwa

Dwadzieścia trzy

Dwadzieścia cztery

Dwadzieścia pięć

Dwadzieścia sześć

Dwadzieścia siedem

Dwadzieścia osiem

Dwadzieścia dziewięć

Trzydzieści

Trzydzieści jeden

Trzydzieści dwa

Trzydzieści trzy

Trzydzieści cztery

Trzydzieści pięć

Trzydzieści sześć

Trzydzieści siedem

Trzydzieści osiem

Trzydzieści dziewięć

Część III

Czterdzieści

Czterdzieści jeden

Czterdzieści dwa

Czterdzieści trzy

Czterdzieści cztery

Czterdzieści pięć

Czterdzieści sześć

Czterdzieści siedem

Czterdzieści osiem

Czterdzieści dziewięć

Pięćdziesiąt

Pięćdziesiąt jeden

Pięćdziesiąt dwa

Pięćdziesiąt trzy

Pięćdziesiąt cztery

Pięćdziesiąt pięć

Pięćdziesiąt sześć

Część IV

Pięćdziesiąt siedem

Pięćdziesiąt osiem

Pięćdziesiąt dziewięć

Sześćdziesiąt

Sześćdziesiąt jeden

Sześćdziesiąt dwa

Sześćdziesiąt trzy

Sześćdzesiąt cztery

Sześćdziesiąt pięć

Sześćdziesiąt sześć

Sześćdziesiąt siedem

Sześćdziesiąt osiem

Sześćdziesiąt dziewięć

Siedemdziesiąt

Siedemdziesiąt jeden

Siedemdziesiąt dwa

Siedemdziesiąt trzy

Część V

Siedemdziesiąt cztery

Siedemdziesiąt pięć

Siedemdziesiąt sześć

Siedemdziesiąt siedem

Siedemdziesiąt osiem

Siedemdziesiąt dziewięć

Osiemdziesiąt

Osiemdziesiąt jeden

Osiemdziesiąt dwa

Osiemdziesiąt trzy

Osiemdziesiąt cztery

Osiemdziesiąt pięć

Osiemdziesiąt sześć

Osiemdziesiąt siedem

Osiemdziesiąt osiem

Osiemdziesiąt dziewięć

Dziewięćdziesiąt

Dziewięćdziesiąt jeden

Dziewięćdziesiąt dwa

Dziewięćdziesiąt trzy

Dziewięćdziesiąt cztery

Dziewięćdziesiąt pięć

Od Autora

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Dla Karen Elizabeth

za podróż doskonałą

PODZIĘKOWANIA

Przede wszystkim należą się Pam Ahearn, a przy okazji pewna uwaga: agent z nową wersją BlackBerry jest bardzo niebezpieczny. Poza tym jak zawsze całemu cudownemu zespołowi Random House: Ginie Centrello, mojemu wydawcy (co stwierdzam z wielką dumą), Libby McGuire za nieustanne wsparcie, Markowi Tavaniemu za jak zwykle świetną redakcję, Cindy Murray, która uwielbia wysyłać mnie gdzieś daleko, Kim Hovey, która jakimś cudem potrafi wszystkich do mnie przekonać, Rachel Kind, która rozsyła książki po całym świecie, Beck Stvan, doskonałej ilustratorce okładek, Carole Lowenstein oraz wszystkim pracownikom działu marketingu i sprzedaży, bez których niezwykłego wysiłku nic byśmy nie osiągnęli.

Dodatkowo chciałbym podziękować Vicki Satlow, naszej agentce literackiej we Włoszech, która zadbała o efektywność mojej podróży do Włoch, Micheleowi Benzoniemu i jego żonie, Leslie, którzy ugościli nas w Wenecji, Cristinie Cortese, która pokazała nam Bazylikę Świętego Marka i podzieliła się bezcennymi informacjami, całemu cudownemu zespołowi wydawnictwa Nord we Włoszech oraz Damaris Corrigan, wspaniałej damie, która pewnego wieczoru przy kolacji pobudziła moją wyobraźnię. Serdecznie wam wszystkim dziękuję.

Dziękuję także mojemu bratu Bobowi, jego żonie Kim, córce Lyndsey i synowi Grantowi, którym od dawna należy się szczególna wzmianka. To mało powiedziane, ale wszyscy jesteście dla mnie bardzo ważni.

Na koniec chciałbym zadedykować tę książkę mojej żonie w podziękowaniu za ostatnich kilka miesięcy. Obserwowała, jak ta powieść z ogólnego zamysłu przemienia się w kolejne zapisane strony. W trakcie całego procesu była dla mnie źródłem wsparcia, cennych uwag i zachęty.

Znój i niebezpieczeństwa to cena chwały,

lecz to wspaniała rzecz żyć z wielką odwagą

i umrzeć w wieczystej chwale.

ALEKSANDER WIELKI

Boskim prawem szaleńców jest nie dostrzegać zła,

które tkwi tuż przed ich nosami.

ANONIMOWY DUŃSKI DRAMATOPISARZ

RAMY CZASOWE – ISTOTNE WYDARZENIA HISTORYCZNE

20 lipca 356 p.n.e.

Narodziny Aleksandra Wielkiego.

336 p.n.e.

Filip II zostaje zamordowany.

Aleksander zostaje królem.

334 p.n.e.

Aleksander wkracza do Azji Mniejszej i rozpoczyna serię podbojów.

Wrzesień 326 p.n.e.

Kampania azjatycka kończy się w Indiach buntem armii Aleksandra.

Aleksander powraca na Zachód.

Październik 324 p.n.e.

Śmierć Hefajstiona.

10 czerwca 323 p.n.e.

Aleksander umiera w Babilonie. Generałowie dzielą między siebie jego imperium. Ptolemeusz obejmuje władzę w Egipcie.

321 p.n.e.

Kondukt pogrzebowy Aleksandra wyrusza do Macedonii. Ptolemeusz napada na procesję, a ciało Aleksandra trafia do Egiptu.

305 p.n.e.

Koronacja Ptolemeusza na faraona.

283 p.n.e.

Śmierć Ptolemeusza.

215 p.n.e.

Ptolemeusz IV wznosi Somę, by umieścić tam szczątki Aleksandra.

100 n.e.

Św. Marek umiera męczeńską śmiercią w Aleksandrii, a jego ciało zostaje ukryte.

391 n.e.

Soma zostaje zniszczona, a szczątki Aleksandra Wielkiego znikają.

828 n.e.

Ciało św. Marka zostaje wykradzione z Aleksandrii przez weneckich kupców, którzy przewożą je do Wenecji i umieszczają w Pałacu Dożów. Z czasem miejsce jego przechowywania zostaje zapomniane.

Czerwiec 1094 n.e.

Ciało św. Marka znów pojawia się w Wenecji.

1835 n.e.

Ciało św. Marka zostaje przeniesione z krypty pod główny ołtarz bazyliki pod jego wezwaniem.

PROLOG

BABILON,

MAJ 323 R. P.N.E.

Aleksander Macedoński podjął wczoraj decyzję, że sam zabije tego człowieka. Zwykle zlecał wykonanie takich zdań podwładnym, ale nie dziś. Ojciec nauczył go wielu rzeczy, które bardzo mu się przydały, a jedną z jego lekcji zapamiętał szczególnie dobrze.

Egzekucje są dla żywych.

Wokół stało sześciuset jego najlepszych żołnierzy. Nieustraszeni wojownicy, którzy bitwa za bitwą rzucali się prosto na szeregi wroga lub z poświęceniem bronili najsłabszej flanki. To dzięki nim niezniszczalna macedońska falanga zdobywała Azję. Ale dziś nie będzie walki. Żaden z żołnierzy nie miał na sobie zbroi i nie trzymał broni. Choć zmęczeni, zebrali się tutaj w lekkim odzieniu, a ich czujne oczy spoglądały spod czapek.

Aleksander również przyglądał się tej scenie bardzo zmęczonymi oczami.

Był przywódcą Macedonii i Grecji, panem Azji, władcą Persji. Niektórzy nazywali go królem świata. Inni bogiem. Jeden z jego dowódców stwierdził kiedyś, że jest jedynym filozofem wśród wojskowych.

Lecz Aleksander był też człowiekiem.

A jego ukochany Hefajstion leżał martwy.

Był dla niego wszystkim: jego zaufanym, dowódcą kawalerii, wielkim wezyrem i kochankiem. Gdy Aleksander był dzieckiem, Arystoteles nauczył go, że przyjaciel jest dla człowieka niczym drugie ja, i tym właśnie był dla niego Hefajstion. Z przyjemnością przypomniał sobie, jak kiedyś wzięto Hefajstiona za niego samego. Ta pomyłka spowodowała ogólne zakłopotanie, lecz Aleksander tylko się uśmiechnął i stwierdził, że nic nie szkodzi, bo przecież Hefajstion „też jest Aleksandrem”.

Zsiadł z konia. Dzień był ciepły i słoneczny. Wiosenny deszcz przestał padać. Znak? Możliwe.

Przez dwanaście lat podążał na wschód, zdobywając Azję Mniejszą, Persję, Egipt i tereny Indii. Teraz planował wyprawę na południe i zdobycie Arabii, a następnie wyruszenie na zachód do Afryki Północnej, na Sycylię i do Iberii. Już gromadził statki i wojska. Wkrótce wymarsz, ale najpierw musi załatwić sprawę niespodziewanej śmierci Hefajstiona.

Przeszedł po miękkiej ziemi, a jego sandały zapadały się w świeżym błocie.

Chodził szybkim krokiem i równie szybko mówił. Jego niewysokie, krępe i jasne ciało nosiło ślady niezliczonych ran. Po albańskiej matce odziedziczył prosty nos, krótki podbródek i usta, które nie potrafiły skrywać emocji. Podobnie jak jego żołnierze był gładko ogolony. Jego jasne włosy były potargane, a oczy, jedno niebieskoszare, a drugie brązowe, zawsze czujne. Chlubił się swoją cierpliwością, lecz ostatnio z coraz większym trudem opanowywał złość. Lubił czuć, że wzbudza strach.

– Medyku – powiedział cichym głosem, podchodząc bliżej – ponoć najlepsi prorocy to ci, którzy najtrafniej zgadują.

Mężczyzna nie odpowiedział. Przynajmniej znał swoje miejsce.

– To z Eurypidesa. Z mojej ulubionej sztuki. Ale od proroków oczekuje się czegoś więcej, nie uważasz?

Nie sądził, że Glaukus odpowie. Wytrzeszczone oczy medyka wyrażały jedynie przerażenie.

I słusznie. Wczoraj, gdy jeszcze padał deszcz, za pomocą koni przygięto do ziemi pnie dwu wysokich palm. Przywiązano je, a następnie spleciono sznury w prosty węzeł i przymocowano do kolejnej potężnej palmy. Teraz w centrum litery V utworzonej przez drzewa znajdował się medyk, a oba jego ramiona przytroczono do sznurów. Aleksander trzymał w ręku miecz.

– Twoim obowiązkiem było zgadnąć jak najtrafniej – rzucił przez zaciśnięte zęby, a jego oczy wypełniły łzy. – Dlaczego go nie uratowałeś?

Medyk szczękał zębami ze strachu.

– Próbowałem.

– Niby jak? Przecież nie podałeś mu mikstury.

Przerażony Glaukus potrząsnął głową.

– Kilka dni temu zdarzył się wypadek. Rozlała się większość zapasu. Wysłałem posłańca po nową dostawę, ale nie zdążył wrócić przed… ostatnią fazą choroby.

– Czy nie nakazano ci, byś zawsze trzymał duży zapas mikstury?

– Tak robiłem, mój panie. To był wypadek… – Medyk zaczął szlochać.

Aleksander zignorował jego łzy.

– Ustaliliśmy przecież, że nie chcemy, żeby znowu zdarzyło, się to co ostatnim razem.

Wiedział, że medyk pamięta, jak to było dwa lata temu, gdy on i Hefajstion zachorowali na gorączkę. Wtedy również skończyły się zapasy, ale udało się zdobyć więcej mikstury, która uleczyła ich obu.

Strach skapywał z czoła Glaukusa. Jego przerażony wzrok błagał o litość. Ale Aleksander widział tylko martwe spojrzenie swojego kochanka. W dzieciństwie obaj byli uczniami Arystotelesa: Aleksander, syn króla, i Hefajstion, syn wojownika. Zbliżyli się do siebie dzięki wspólnej fascynacji Homerem i Iliadą. Hefajstion był dla Aleksandra niczym Patrokles dla Achillesa. Zepsuty, nadęty, złośliwy i do tego nie najmądrzejszy, ale i tak cudowny. A teraz go nie ma.

– Czemu pozwoliłeś mu umrzeć?

Jego słowa docierały tylko do Glaukusa. Ustawił żołnierzy w takiej odległości, by wszystko widzieli, ale niekoniecznie słyszeli. Pierwsi wojownicy, którzy razem z nim wkroczyli do Azji, Grecy, w większości albo nie żyli, albo zakończyli już służbę. Perscy rekruci, zwerbowani do wojska po tym, jak zdobył ich kraj, stanowili teraz trzon jego armii. Dobrzy żołnierze, bez wyjątku.

– Jesteś moim medykiem – powiedział szeptem. – Zawierzyłem ci własne życie. I życie wszystkich tych, którzy są mi drodzy. Lecz ty mnie zawiodłeś. – Opanowanie zaczęło ustępować rozżaleniu i Aleksander musiał walczyć ze łzami. – Przez jakiś wypadek.

Położył miecz płasko na naprężonych sznurach.

– Błagam, mój panie. Błagam cię. To nie moja wina. Nie zasłużyłem na to.

Aleksander wpatrywał się w medyka.

– Nie twoja wina? – Jego żal natychmiast przerodził się w gniew. – Jak możesz mówić coś takiego? – uniósł miecz. – Twoim obowiązkiem było mu pomóc.

– Mój panie. Potrzebujesz mnie. Poza tobą tylko ja wiem o tej miksturze. Jeśli będzie potrzebna, a ty będziesz zbyt chory, kto ci ją poda? – Mężczyzna mówił bardzo szybko. Chwytał się każdej szansy.

– Można kogoś przyuczyć.

– Ale to wymaga wiedzy, umiejętności.

– Twoje umiejętności nie pomogły Hefajstionowi. Nie skorzystał z twojej rozległej wiedzy. – Słowa z łatwością formowały się w głowie Aleksandra, ale wypowiadał je z trudem. W końcu zebrał się na odwagę i raczej do siebie niż do swojej ofiary powiedział: – On umarł.

Okres spędzony poprzedniej jesieni w Ekbatanie miał być jednym wielkim widowiskiem, festiwalem na cześć Dionizosa z zawodami atletów, muzyką i trzema tysiącami aktorów i innych artystów, którzy właśnie dotarli z Grecji, by zabawiać armię Aleksandra. Pijaństwo i zabawa miały trwać tygodniami, ale hulanka skończyła się, gdy Hefajstion zachorował.

– Mówiłem mu, żeby nie jadł – powiedział Glaukus. – Ale on to zignorował. Jadł drób i pił wino. Mówiłem, żeby tego nie robił.

– Powinieneś był przy nim czuwać! A ty gdzie byłeś? – zapytał Aleksander, ale nie czekał na odpowiedź. – W teatrze. Oglądałeś przedstawienie, gdy mój Hefajstion leżał na łożu śmierci.

On sam był wtedy na stadionie, by obserwować wyścigi, i teraz poczucie winy jeszcze bardziej wzmocniło jego gniew.

– Gorączka, mój panie. Wiesz, jaką ma moc. Przychodzi nagle i zwala z nóg. Nie wolno jeść żadnego jedzenia. Wiemy to od poprzedniego razu. Gdyby się powstrzymał, zyskalibyśmy czas i zapas mikstury zdążyłby dotrzeć.

– Powinieneś tam być – krzyknął i zorientował się, że słyszą go żołnierze. Opanował się i niemal szeptem rzekł: – I mikstura też powinna tam być.

Zauważył jakiś niepokój wśród żołnierzy. Musiał odzyskać kontrolę. Co mówił Arystoteles? „Król przemawia wyłącznie czynami”. To dlatego zerwał z tradycją i nakazał zabalsamować ciało Hefajstiona. Nawiązując do prozy Homera, kazał ściąć koniom grzywy i ogony, tak jak uczynił to Achilles po śmierci Patroklesa. Zakazał gry na wszelkich instrumentach i wysłał posłańców do wyroczni Amona, by wskazano, jak najlepiej uczcić pamięć jego ukochanego. A potem, by ukoić swój żal, zaatakował Kasytów i wybił cały naród, składając w ten sposób ofiarę blednącemu cieniowi swego umiłowanego Hefajstiona.

Zawładnął nim wtedy gniew.

I wciąż nim kierował.

Gwałtownym ruchem uniósł miecz i zatrzymał go tuż przy pokrytej brodą twarzy Glaukusa.

– Znowu mam gorączkę – wyszeptał.

– W takim razie będziesz mnie potrzebować, mój panie. Mogę ci pomóc.

– Tak jak pomogłeś Hefajstionowi?

Choć minęły już trzy dni, wciąż miał przed oczami stos pogrzebowy Hefajstiona. Wysoki na pięć pięter, o podstawie długości czterystu łokci, ozdobiony pozłacanymi orłami, dziobami statków, lwami, wołami i centaurami. Posłowie z całego śródziemnomorskiego świata przybyli, by patrzeć, jak płonie.

A wszystko to przez niekompetencję tego człowieka.

Wywinął mieczem młynka.

– Nie będę potrzebować twojej pomocy.

– Nie, błagam! – zawołał Glaukus.

Aleksander zaczął przecinać napięte liny ostrzem. Każde uderzenie zdawało się uwalniać go z gniewu. Zamachnął się na ostatni węzeł. Sznury uwalniały się z trzaskiem, jakby łamano kości. Jeszcze jedno uderzenie i miecz przeciął ostatnie więzy. Dwie palmy, do których przywiązany był Glaukus, uwolnione z lin, wystrzeliły w górę, jedna w lewą stronę, druga w prawą.

Medyk krzyknął, gdy jego ciało na moment zatrzymało ruch drzew, a potem jego ramiona oderwały się od tułowia, a klatkę piersiową zalała kaskada krwi.

Liście palm zaszumiały niczym wodospady, a pnie jęknęły z wysiłku.

Ciało Glaukusa opadło z głuchym odgłosem na miękką ziemię, gdy jego ramiona i część klatki piersiowej wciąż kołysały się na palmach. Gdy drzewa uspokoiły się, ponownie zapadła cisza. Żaden z żołnierzy nie wydał z siebie najlżejszego dźwięku.

Aleksander odwrócił się do swoich żołnierzy i zawołał:

– Alalalalai!

Jego ludzie powtórzyli macedoński okrzyk wojenny, a ich głosy zadudniły na wilgotnej równinie i odbiły się od fortyfikacji Babilonu. Ludzie obserwujący to zdarzenie ze szczytów miejskich murów krzyknęli w odpowiedzi. Aleksander poczekał, aż hałas ucichnie, a potem zawołał:

– Nigdy go nie zapomnijcie.

Wiedział, że będą się zastanawiać, czy miał na myśli Hefajstiona, czy też nieszczęsnego człowieka, który właśnie zapłacił wysoką cenę za to, że zawiódł swojego króla.

Ale to nie miało znaczenia.

Już nie.

Wbił miecz w mokrą ziemię i wrócił do konia. Powiedział medykowi prawdę. Znów trawiła go gorączka.

A on się z tego cieszył.

CZĘŚĆ I

JEDEN

KOPENHAGA, DANIA,

SOBOTA 18 KWIETNIA, CZASY WSPÓŁCZESNE,

GODZINA 23:55

Dziwny zapach przywrócił Cottonowi Malone'owi świadomość. Ostry, drażniący, jakby z dodatkiem siarki i czegoś jeszcze. Słodki i mdlący. Niczym śmierć.

Otworzył oczy.

Leżał na podłodze na brzuchu, z rozrzuconymi ramionami i dłońmi ułożonymi płasko na podłodze. Od razu poczuł, że parkiet jest lepki.

Co się stało?

Był na kwietniowym spotkaniu Duńskiego Stowarzyszenia Antykwariuszy, które odbywało się kilka ulic od jego księgarni, niedaleko parku rozrywki Tivoli. Lubił te comiesięczne spotkania, a to nie było wyjątkiem. Parę drinków, kilkoro przyjaciół i mnóstwo gadania o książkach. Jutro rano miał się zobaczyć z Cassiopeią Vitt. Był zaskoczony, gdy wczoraj do niego zadzwoniła. Nie kontaktowała się z nim od Bożego Narodzenia, kiedy na kilka dni wpadła do Kopenhagi. Wracał do domu na rowerze, ciesząc się ciepłem wiosennej nocy, i nagle postanowił, że sprawdzi niezwykłe miejsce, które wybrała na spotkanie – Muzeum Kultury Greków i Rzymian. Został mu taki nawyk ze starej pracy. Cassiopeia zwykle nie kierowała się impulsem, więc mały rekonesans nie zaszkodzi.

Gdy znalazł budynek muzeum, który stał nad kanałem Frederiksholms, zauważył, że drzwi do ciemnego wnętrza są uchylone. Drzwi, które powinny być przecież zamknięte i podłączone do alarmu. Zaparkował rower. Zamknie chociaż te drzwi, a po powrocie do domu zadzwoni na policję.

Ostatnie, co zapamiętał, to moment, gdy chwycił gałkę od drzwi muzeum.

A teraz był w środku.

W słabym świetle przesączającym się przez dwa oszklone okna dostrzegł wnętrze urządzone w typowo duńskim stylu – eleganckie połączenie stali, drewna, szkła i aluminium. Poczuł łupanie po prawej stronie głowy i rozmasował spory guz.

Otrząsnął się z otępienia i wstał.

Odwiedził już kiedyś to muzeum, a prezentowane w nim obiekty kultury materialnej Greków i Rzymian nie zrobiły na nim wrażenia. Była to jedna z ponad setki kopenhaskich prywatnych kolekcji, których tematyka wydawała się równie urozmaicona jak populacja zamieszkująca to miasto.

Wstał, opierając się o szklaną gablotę. Na palcach znowu poczuł lepką i cuchnącą substancję o przyprawiającym o mdłości zapachu.

Zauważył, że jego koszula i spodnie są wilgotne, podobnie jak włosy, twarz i ręce. Tajemnicza substancja, która pokrywała wnętrze muzeum, znajdowała się również na jego ciele.

Niepewnym krokiem ruszył do drzwi i spróbował je otworzyć. Zamknięte. Zamek z podwójną zasuwką. Musiałby mieć klucz, żeby otworzyć je od środka.

Odwrócił się w stronę holu muzeum. Był wysoki na dziesięć metrów. Wykonane z drewna i chromu schody prowadziły na piętro, które ginęło w jeszcze większych ciemnościach. Poniżej rozciągał się parter.

Znalazł włącznik światła. Bez efektu. Chwiejnym krokiem podszedł do stojącego na biurku telefonu. Brak sygnału.

Jakiś hałas zakłócił panującą we wnętrzu muzeum ciszę. Malone usłyszał jakieś klikania i szmery, niczym dźwięki wydawane przez pracujące tryby. Dochodziły z piętra.

Jako wyszkolony agent Departamentu Sprawiedliwości wiedział, że należy zachować ostrożność, ale czuł jednocześnie, że musi to sprawdzić.

Po cichu ruszył schodami w górę.

Chromowana balustrada była tak samo wilgotna jak każdy stopień schodów. Pokonał piętnaście stopni i ujrzał kolejne gabloty z chromu i szkła rozsiane po parkiecie. Marmurowe reliefy i odlewy z brązu przypominały duchy. Jakiś ruch w odległości około ośmiu metrów przyciągnął jego uwagę. Coś toczyło się po podłodze. Półmetrowej szerokości obiekt o zaokrąglonych brzegach i jasnej barwie poruszał się tuż przy podłodze. Przypominał automatyczną kosiarkę do trawy, jaką widział kiedyś w reklamie. Kiedy tajemnicze urządzenie natykało się na gablotę lub posąg, zatrzymywało się, cofało, a następnie ruszało w innym kierunku. U góry wystawał z niego rodzaj dyszy, za pomocą której automat co kilka sekund rozpylał jakąś substancję.

Malone podszedł bliżej.

Urządzenie przestało się poruszać. Jakby wyczuło jego obecność. Dysza skierowała się w jego stronę. Chmura aerozolu zmoczyła mu spodnie.

Co to jest?

Automat jakby stracił zainteresowanie i popędził w głąb ciemności, rozsiewając po drodze coraz więcej cuchnącej mgiełki. Malone spojrzał znad poręczy na parter i zauważył jeszcze jedno urządzenie stojące obok szklanej gabloty.

Nie wyglądało to dobrze.

Musi się stąd wydostać. Od ostrego odoru zaczął go boleć brzuch.

Automat zakończył swoją wędrówkę, a Malone usłyszał jakiś nowy dźwięk.

Dwa lata temu, przed rozwodem, odejściem z rządowej agencji i nagłą przeprowadzką do Kopenhagi, kiedy mieszkał jeszcze w Atlancie, wydał kiedyś kilkaset dolarów na grill ze stali nierdzewnej. Był on wyposażony w czerwony przycisk, przy użyciu którego rozpalało się gazowy płomień. Przypomniał sobie dźwięk, który wydawał zapalnik po każdym naciśnięciu przycisku.

Dokładnie taki dźwięk usłyszał teraz.

Rozbłysły iskry.

Podłoga ożyła barwami, najpierw słoneczną żółcią, potem ciemnym pomarańczem, a na koniec bladym błękitem, gdy płomienie jęły rozchodzić się na wszystkie strony, trawiąc drewniany parkiet. Jednocześnie ogień zaczął wspinać się po ścianach. Temperatura gwałtownie wzrosła, więc Malone uniósł ramię, by osłonić twarz. Strop również już się palił i w ciągu mniej niż piętnastu sekund całe piętro stało w ogniu.

Czujniki przeciwpożarowe zadziałały i umieszczone na suficie spryskiwacze trysnęły wodą.

Malone zszedł kilka stopni na dół i czekał, aż ogień zostanie ugaszony.

Ale coś było nie tak.

Woda wzniecała jeszcze większy pożar.

Urządzenie, które wywołało całą katastrofę, nagle rozpadło się z delikatnym błyskiem, wzbudzając nowe płomienie, a te rozeszły się we wszystkie strony niczym fale zmierzające do brzegu.

Masa ognia unosiła się coraz wyżej, jakby cieszyła się ze spotkania z rozpryskiwaną wodą. Powietrze zrobiło się gęste od pary. Nie był to zwykły dym, tylko jakaś substancja chemiczna, od której kręciło mu się w głowie.

Zeskoczył w dół, biorąc po dwa schodki naraz. Z piętra doszedł go kolejny szum. A potem jeszcze dwa. Usłyszał pękające szkło. I jakiś rumor.

Podbiegł do ściany frontowej budynku.

Drugi automat, który tkwił w uśpieniu, nagle ożył i zaczął krążyć wokół gablot na parterze.

Wypuszczał coraz więcej cuchnącej mgiełki w rozpalone powietrze.

Malone musiał się wydostać. Ale zamknięte drzwi wejściowe otwierały się do środka. Metalowa framuga, grube drewno. Nie miał szans ich wyważyć. Patrzył, jak ogień spływa po schodach, pożerając kolejne schodki niczym diabeł idący mu na spotkanie. Nawet chrom nie miał z nim szans.

Malone z trudem oddychał z powodu gwałtownie zmniejszającej się ilości tlenu w tej chemicznej mgle. Na pewno ktoś zadzwoni po straż pożarną, ale to mu nie pomoże. Wystarczy, że jedna iskra spadnie na jego nasiąknięte ubranie…

Płomienie dotarły do dołu schodów.

Były trzy metry od niego.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wariacka intryga Trzecia tajemnica Przepowiednia dla Romanowów Bursztynowa komnata Dziedzictwo templariuszy Czternasta kolonia 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione