Jedenaście dni w Berlinie

Jedenaście dni w Berlinie

Autorzy: Hakan Nesser

Wydawnictwo: Czarna Owca

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 328

Cena książki papierowej: 29.99 zł

cena od: 19.24 zł

Świetnie napisana powieść, pełna charakterystycznego dla Nessera inteligentnego humoru.

Arne Murberg, wskutek wypadku w dzieciństwie, ma poważne trudności z koncentracją i kojarzeniem bardziej złożonych faktów. Mimo to jest bardzo obowiązkowym i serdecznym człowiekiem. Kiedy umiera mu ojciec, postanawia wypełnić jego ostatnią wolę i odnaleźć matkę, która żyje i mieszka w Berlinie. W trakcie podróży spotyka stukniętego profesora, kobietę na wózku i… staje się świadkiem polowania na czarownice. Czy Arne odnajdzie matkę i przekaże jej tajemniczą szkatułkę?

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog I

1

2

3

4

5

Prolog II

1

2

3

Prolog 3

1

2

3

4

5

Dzień pierwszy

1

2

3

Dzień drugi

1

2

3

Dzień trzeci

1

2

3

Przygotowania I

1

2

Dzień czwarty

1

2

3

Dzień piąty

1

2

3

4

5

Dzień szósty

1

2

3

Przygotowania II

1

2

Dzień siódmy

1

2

3

4

Dzień ósmy

1

2

3

4

5

6

Dzień dziewiąty

Dzień dziesiąty

1

2

Dzień jedenasty

Przypisy końcowe

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

Tytuł oryginału

ELVA DAGAR I BERLIN

Redakcja

Grażyna Mastalerz

Projekt okładki

Pola Raplewicz & Daniel Rusiłowicz DEERHEAD Sp. z o.o.

Zdjęcia na okładce

© Sergey Nivens / Shutterstock

© SP-Photo / Shutterstock

Korekta

Beata Wójcik

Redaktor prowadzący

Anna Brzezińska

Copyright © Håkan Nesser, 2015

First published by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden

Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2016

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Cytat na s. 249–250 pochodzi z piosenki Fritiof i Carmencita

Muzyka i tekst: Evert Taube

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-318-9

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o.

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa

www.czarnaowca.pl

Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl

Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl

Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

dla Elke

Uwaga wstępna

Niektóre szczegóły dotyczące ulic Fasanenstraße, Knobelsdorffstraße i Kyffhäuserstraße nie mają odbicia w rzeczywistości. Są wytworem wyobraźni autora. To samo odnosi się tak naprawdę do całej książki.

Nie mam jakiegoś szczególnego przesłania. Ale chciałabym opowiedzieć się za tolerancją wobec ludzkiego obłędu.

Astrid Lindgren

Prolog I

1

Kiedy ojciec Arnego Murberga skończył sześćdziesiąt lat, sposępniał i pięć lat później umarł.

Było to w listopadzie, padało wtedy od rana do wieczora. Arne i wuj Lennart czuwali przy nim w szpitalu przez półtorej doby, ale w tej wyjątkowej chwili, gdy przekroczona została granica, Arne leżał na wysłużonej leżance na korytarzu i drzemał. Dochodziła jedenasta wieczorem. Wuj Lennart potrząsnął go za ramię i oświadczył, że to już koniec.

– Umarł we śnie. Cicho i spokojnie, trzymałem go za rękę.

Arne przetarł oczy i zastanowił się, czy powinien powiedzieć: świetnie, a może nawet: super, zdecydował się jednak milczeć. Skąd miał to wiedzieć? Jego tata umarł po raz pierwszy, a jedynym, co czuł w tamtej chwili, była wielka pustka. Albo coś w rodzaju sierocego i zapomnianego łaskotania, które ściskało mu gardło. Prawie tak samo jak kiedyś, gdy Peppe Sakwa próbował go udusić szalikiem.

– W końcu rak zwyciężył – ciągnął wuj Lennart. – Teraz Torsten już nie musi walczyć. Tak lepiej dla niego. Dobrze, że zdążył ci jeszcze powiedzieć to o twojej mamie.

– No – bąknął Arne i usiadł na leżance. Kiedy się wyprostował, odbiło mu się lekko. Pomyślał, że to pewnie po tych trzech ciastkach migdałowych, które zjadł do kawy, zanim zasnął.

– Chcesz wejść i go zobaczyć? Tak by wypadało.

– No – powtórzył Arne, po czym obaj weszli do sali numer osiem, gdzie Torsten Murberg spędził ostatnie tygodnie życia.

I ta łaskocząca pustka wydała mu się jeszcze bardziej beznadziejna i smutna, może dlatego, że deszcz akurat bębnił w blaszany parapet za oknem i w różne blaszane dachy domów. Tata nie chciałby, żebym tak tu stał i beczał, pomyślał Arne, dlatego przygryzł policzek od środka i starał się wytrzymać.

To o mamie zostało wspomniane znowu, kiedy następnego dnia siedzieli z wujem Lennartem w kąciku kuchennym i popijali przedpołudniową kawę. Ale najpierw w drzwiach sklepu zawiesili tabliczkę: ZAMKNIĘTE Z POWODU ŚMIERCI W RODZINIE. Wuj Lennart to napisał. Niebieskimi drukowanymi literami na żółtym tle, bo nie znaleźli nic czarnego ani białego.

– Twoja matka, no tak – zaczął. – Była, jaka była, i pewnie nadal taka jest. A dla kogoś takiego jak Torsten była oczywiście o wiele za ładna.

Arne pokiwał głową i pomyślał, że chyba to rozumie. Przypomniał sobie fotografię mamy Violetty, za szkłem, oprawioną w ramkę. Stała na należnym jej miejscu na rodowej komodzie w stołowym pokoju. Między czaplą z drewna teakowego, którą zrobił na pracach ręcznych jakiś rok przed wypadkiem, i drugą fotografią: dziadka Albina i babci Helgi. Oboje umarli na długo przed jego przyjściem na świat, z czego w skrytości ducha się cieszył, bo wyglądali na tak ponurych i żmijowatych, że raczej nie mogli nikomu dać radości.

Mamę było widać tylko od pasa w górę, ale Arne zawsze mówił sobie, że to jest ta jej ładniejsza połowa. Miała ciemne kręcone włosy sięgające do ramion, szerokie usta, które śmiały się i odsłaniały równy rząd lśniących białych zębów, i iskry w oczach. Nawet on widział, że była piękną kobietą. I może jeszcze jest. Jak daleko sięgał pamięcią, zawsze wiedział, że umarła, ale teraz okazało się, że najwyraźniej żyje. Ani tata Torsten, ani wuj Lennart nie lubili o niej mówić, a ciocia Polly za każdym razem kiedy ktoś jednak o niej wspomniał, tylko wzdychała i wznosiła oczy do nieba.

Mimo to przed tygodniem Arne został poinformowany o nowych – z drugiej strony dosyć starych – szczegółach.

Sala osiem. Na skraju łóżka było mu trochę niewygodnie, ale tata Torsten chciał, aby usiadł właśnie tam. Ujął w dłonie jego rękę, co – trzeba powiedzieć – było dosyć nietypowe, i utkwił w nim swoje złamane spojrzenie. Wyglądał na strasznie zgorzkniałego, prawie jak jego rodzice na zdjęciu z komody albo jak on sam, kiedy kończyły się pieniądze i sklep schodził na psy.

– Arne, synu – zaczął. – Jesteś moim jedynym dzieckiem, a ja niedługo odejdę. Tyle już chyba zrozumiałeś?

Kiwnął głową i w porę zdołał przełknąć „no jasne”, bo są rzeczy, których nie powinno się mówić, kiedy śmierć stoi za progiem. Po prostu się nie godzi. Trzymaj język za zębami – często radził mu wuj Lennart, przy odpowiedniej i mniej odpowiedniej okazji. Mowa jest srebrem, milczenie złotem.

– Chciałbym z tobą o czymś porozmawiać, zanim będzie za późno. Tylko słuchaj mnie uważnie.

– Słucham – odpowiedział, bo naprawdę tak było.

Wuj Lennart siedział na krześle przy oknie i patrzył na deszcz. Odwrócony plecami do brata i bratanka.

– No więc… – ciągnął tata Torsten – …w życiu nie zawsze układa się tak, jak byśmy chcieli. Człowiek zdaje sobie z tego sprawę, kiedy dojdzie do takiego momentu jak ja. Ale trzeba je doprowadzić do końca, a są rzeczy, których nie wolno zostawić nieuregulowanych.

– Słusznie – powiedział.

– Rozumiesz, co to znaczy nieuregulowane?

– No jasne – potwierdził.

– Raczej nigdy nie dostaniesz Nagrody Nobla, mój synu, ale jesteś dobrym człowiekiem, a to dużo więcej, niż można powiedzieć o lwiej części ludzkości.

– Lwiej części? – powtórzył Arne ze zdziwieniem.

– O większości – wyjaśnił tata Torsten.

Arne kiwnął głową. Tata odchrząknął i wypluł flegmę do przeznaczonego na to plastikowego kubka.

– Prawda… – powiedział w zamyśleniu, studiując ze zmarszczonym czołem zawartość garnuszka, a zabrzmiało to tak, jakby to słowo nie było dla niego wygodne albo jakby dopiero sobie przypominał, co ono znaczy – p r a w d a o twojej mamie jest taka, że nie umarła podczas tamtego rejsu żaglowcem u zachodniego wybrzeża Danii.

– Naprawdę? – zdziwił się. – To jak umarła?

Tata Torsten odstawił kubek.

– Wcale nie umarła. Zwiała z jednym takim trubadurem. Miałeś wtedy trochę ponad roczek. Tak się sprawy mają. I teraz nadeszła pora, żebyś ją odszukał.

– Z trubadurem? – spytał.

– To taki rodzaj poety, śpiewał piosenki i takie tam.

– Rozumiem – powiedział, chociaż nie rozumiał. Nie całkiem.

– Chudy, ckliwy typ – dodał tata Torsten, ciężko westchnąwszy. – Ni mniej, ni więcej. Z bakami. Nazywał się Lummersten i razem wyjechali do Berlina. Egon Lummersten.

Wuj Lennart zakaszlał na krześle i wymamrotał coś pod nosem. I to wszystko. Nie dodał nic ponadto, tylko gapił się dalej przez okno, mimo że nie było przez nie widać nic poza kawałkiem burzowego nieba i tylnej ściany zamkniętej już na dobre fabryki butów Gahna.

– Berlin – powtórzył tata Torsten. – To jest w Niemczech.

– Wiem – wtrącił, bo rzeczywiście wiedział.

– Wcześniej był w Niemczech Wschodnich i Zachodnich, a teraz jest tylko w Niemczech.

Zdaje się, że Arne wiedział także i to, ale nie wspomniał już o tym. Nastąpiła długa przerwa. Jego tata zamknął oczy i zrobił kilka głębokich, lekko charkotliwych oddechów. Arne zadawał sobie pytanie, o co właściwie chodzi w tej rozmowie. Wuj Lennart wyjął telefon komórkowy i wpatrywał się w niego przez chwilę. Mający sto trzy lata Grönberg na łóżku za parawanem przy drzwiach puścił bąka, po czym sapnął z zadowoleniem, pogrążony w swej wiecznej drzemce. Wuj Lennart wyjaśnił Arnemu, że on w ten sposób rozmawia sam ze sobą, tylna część z częścią przednią, bo bywa, że starzy ludzie w oczekiwaniu na świętego Piotra i z braku czegoś lepszego spędzają czas właśnie na czymś takim.

Tata Torsten uniósł powieki i mocniej uścisnął jego rękę.

– Pojedź do niej – powiedział. – Odszukaj swoją matkę w Berlinie. To jest zadanie, które ci daję, mój synu.

– No dobrze, ale jak? – zapytał.

– Odszukaj ją!

– To słyszałem.

– Mam jej adres, jest w moim notesie w szufladzie w nocnej szafce. Tym starym, czerwonym, z gumką dookoła. Może się oczywiście zdarzyć, że się przeprowadziła, ale to nie powinno cię powstrzymać. W każdym razie trubadur nie żyje, rąbnął z balkonu po pijaku. Wiem to z pewnego źródła.

– Bywa – stwierdził.

– Jest coś, co musisz przekazać swojej mamie. W tej samej szufladzie co notes leży też mała szkatułka. Obiecaj mi, że to zrobisz, kiedy mnie już nie będzie.

– Jasne, tato – odpowiedział. – Obiecuję.

– Ta szkatułka jest zamknięta. Nie wolno ci jej otworzyć. Kupiłem ją od pewnej jasnowidzki, nie była tania.

Wiele więcej nie zostało na ten temat powiedziane, ponieważ jedna z pielęgniarek, ta z krótko obciętymi rudymi włosami i niedużą wytatuowaną nerką albo bumerangiem na szyi, wjechała z klekoczącym wózkiem i oznajmiła, że pora znowu przyjąć lekarstwa.

Ale teraz, przy chybotliwym stole we wnęce kuchennej w sklepie – w dzień po śmierci taty – zostało powiedziane więcej. Jedli do kawy ciasto z malinami, które ciocia Polly wyjęła z zamrażarki i które jeszcze nie całkiem się rozmroziło, dawało się jednak zjeść.

– Nie miała czasu, żeby upiec świeże – napomknął wuj Lennart. – Albo ochoty. Można ją zrozumieć, przecież ona też bardzo lubiła Torstena. Na swój sposób.

Arne był ciekaw, co znaczy to „na swój sposób”, ale nie spytał. Powiedział tylko:

– Tak to już jest. Śmierć może się dać we znaki.

Czekał, aż wuj Lennart sięgnie dalej w przeszłość. Często tak mówił. Co ty na to, żebyśmy się cofnęli trochę dalej w przeszłość? Żeby się zagłębić w problematykę.

– Jak już ci wspomniałem, była o wiele za ładna – powiedział po chwili. – Twoja mama, źródło twojego istnienia. Uroda zawsze, wcześniej czy później, prowadzi do złego. Zapamiętaj moje słowa!

– Przecież ciocia Polly jest brzydka – rzucił Arne, żeby pokazać, że podąża tokiem jego myśli.

– Z drugiej strony liczą się oczywiście wartości wewnętrzne – odparł wuj z lekkim rozdrażnieniem i odkroił sobie solidny kawał na wpół rozmrożonego ciasta z malinami. – Tylko one się liczą, i nic innego. Ale co się tyczy ostatniego życzenia twojego ojca, musimy sięgnąć trochę głębiej. Mówię o Berlinie.

– Pojadę tam – oświadczył Arne, bo już się zdecydował, kiedy poprzedniego dnia wieczorem leżał w łóżku i długo nie mógł zasnąć. – Pojadę do Berlina i odnajdę mamę. Dla mnie nie ma znaczenia, czy jest ładna czy brzydka.

– Bardzo słusznie – przytaknął wuj Lennart z pełnymi ustami. – To rzeczywiście nie odgrywa żadnej roli. Poza tym nie możesz się sprzeciwić ostatniej woli ojca, niezależnie od tego, jak bardzo jest idiotyczna. Ale zanim wyruszysz, musimy cię trochę przygotować.

– Przygotować? – powtórzył.

– Oczywiście chętnie pojechałbym z tobą, tyle że trzeba przecież pamiętać o sklepie. Torsten na pewno by nie chciał, żebyśmy zamknęli go bez powodu, zwłaszcza że czasy są ciężkie. A kto dopilnuje, żeby interes się kręcił, jeśli nie ja?

Arne pokiwał głową. Było jasne jak słońce, że teraz, kiedy taty nie ma już wśród żywych, za ladą będzie musiał stanąć wuj Lennart. Zresztą tak już było przez ostatnie miesiące, a nawet dużo dłużej. Ciocia Polly też mogła w razie czego wskoczyć na godzinkę, ale jej wciąż coś dolegało. Torsten Murberg przed śmiercią zdradził synowi, że jego gruba szwagierka cierpi na wszystkie możliwe choroby znane w zachodnim świecie i na co najmniej tyle samo nieznanych. To cud, że rano podnosiła się z łóżka.

– Ale przede wszystkim musimy złożyć Torstena do grobu – mówił dalej wuj Lennart. – A potem powinieneś się nauczyć niemieckiego. Przynajmniej rzeczy rudymentarnych.

– Jakich?

– Rudymentarnych. To znaczy, że nie musisz znać wszystkich słów. Wystarczą te najważniejsze. Scheiße i Krankenhaus, że podam dwa przykłady.

– Scheiße – powtórzył Arne.

– Brawo. Przy odrobinie dobrej woli i z porządnym podręcznikiem da się to zrobić w ciągu kilku miesięcy. Bo przecież nie możesz pojechać do Berlina i mówić jedynie po szwedzku.

– Cwaj bir. Zer szen – przesylabizował Arne, aby pokazać, że nie jest żadnym półgłówkiem i że już chwycił to i owo.

– Najwyżej w ciągu pół roku – dodał wuj Lennart, westchnąwszy. – Sam będę ci dawał lekcje. W latach sześćdziesiątych uczyłem się niemieckiego w szkole realnej.

2

Arne Murberg przyszedł na świat na początku lat osiemdziesiątych w następstwie spermatoidalnego strzału w dziesiątkę. Torsten Murberg i Violetta Dufva poznali się na wycieczce autokarowej do Włoch, dziesięciodniowej wyprawie, podczas której trzy tuziny osób były obwożone w towarzystwie na wpół profesjonalnej pilotki po okolicach nad jeziorami Como i Maggiore. Potem wszyscy nocowali w niedużych malowniczych pensjonatach na łonie przepięknej alpejskiej natury. Był maj. Dwa ostatnie dni spędzili w Wenecji, w najbardziej romantycznym mieście świata, i to właśnie tam zdarzył się ów strzał w dziesiątkę.

Violetta Dufva zdecydowała się na tę podróż pośpiesznie i w ostatniej chwili, chciała w ten sposób przepracować zakończony właśnie związek z uzależnionym od narkotyków i mającym skłonność do przemocy duńskim solistą rockowym o imieniu Truls. Szukała przygody, a tymczasem w ciągu trwającej pół roku relacji dostała znacznie więcej, niż się spodziewała, a kiedy Torsten już później próbował zrozumieć, co ona, u licha, w nim widziała, nie potrafił znaleźć odpowiedzi innej niż najbardziej brutalna ze wszystkich: poczucie bezpieczeństwa. Zamknięty w sobie, lekko zablokowany chłopski syn z pogranicznego regionu między Värmlandem a Närke nie był z pewnością facetem ani pięknym jak z obrazka, ani czarującym, nigdy jednak nie przyszłoby mu do głowy, żeby podnieść rękę na kobietę. I tak oto po paru kieliszkach wina i wyjątkowo urokliwej przejażdżce gondolą stało się to, co stać się musiało.

Nie bez znaczenia było może również i to, że pełny skład wycieczki to trzydzieści dwie kobiety i trzech – poza Torstenem – mężczyzn, z których każdy przekroczył sześćdziesiątkę. Violetta miała lat dwadzieścia dwa, a on niewiele więcej.

W ostatniej sekundzie, kiedy ona już doszła, a Torsten był u progu punktu kulminacyjnego, krzyknęła do niego, żeby wyszedł.

Co też, jako dżentelmen w każdym calu, uczynił, lecz niestety o sekundę za późno. Miesiąc później, hen, daleko od gondoli i alpejskich jezior, zadzwoniła do niego pewnego wieczoru i przedstawiła, jak się sprawy mają.

– Nie zamierzam usunąć ciąży – oznajmiła także. – Musisz mi obiecać, że się ze mną ożenisz.

Na co Torsten, jako dżentelmen, którym był nadal, zgodził się, zasięgnąwszy najpierw rady swego o pięć lat starszego brata i jego żony Polly. W ciągu następnych trzydziestu lat ostatnia z wymienionych często podkreślała, że to obaj naiwni bracia podjęli taką decyzję, ona natomiast od samego początku stanowczo Torstena do tego zniechęcała.

Tak czy inaczej już w sierpniu tego samego roku Torsten Murberg i Violetta Dufva związali się węzłem małżeńskim w kościele w K., a pół roku później bez większych komplikacji przyszedł na świat Arne Albin Hektor. Imię Albin dostał po dziadku ze strony ojca, Hektor – po dziadku ze strony matki. Arne to wspólny wybór rodziców (ale było to także imię pierwszego kochanka Violetty, którą to okoliczność trzymała w tajemnicy aż do chwili, gdy na zmianę imienia zrobiło się już za późno).

A dlaczego Torsten wybrał się na tę wycieczkę?

Wygrał ją jako nagrodę za to, że wymyślił hasło reklamujące jedną z najbardziej popularnych w Szwecji karm dla kotów. Można by ewentualnie utrzymywać, że Arne Murberg był późnym owocem duńskiego piosenkarza rockowego i karmy dla kotów ze Smålandu, ale o ile wiadomo, nikt tak nigdy nie twierdził.

To, że Arne Murberg nigdy nie poznał własnej matki – i dlatego nigdy za nią nie tęsknił – należy uznać za fakt pożałowania godny, ale i niezaprzeczalny. Violetta nie karmiła go piersią; gdy w pierwszych miesiącach budził się w nocy głodny, niezmiennie wstawał do niego tata Torsten i grzał mu butelkę ze sztucznym mlekiem. A potem z kaszką. W tym pierwszym (i właściwie jedynym) wspólnym okresie mieszkali w trzypokojowym mieszkaniu nad kinem Saga przy rynku w K. Violetta nierzadko cierpiała na ataki migreny, ponadto przeszkadzały jej odgłosy wieczornego seansu, które przenikały do nich przez podłogę. Problem ten rozwiązała w końcu w taki sposób, że schodziła na dół i zasiadała w fotelu w sali kinowej. Z czasem weszło jej to w nawyk i oglądała seans zarówno o siódmej, jak i o dziewiątej, po mocno obniżonej cenie, by nie powiedzieć gratis, miała bowiem ładne fiołkowoniebieskie oczy, a bileter Rundström był ostatecznie tylko człowiekiem, i właśnie na filmie Zakochać się z Meryl Streep i Robertem De Niro w rolach głównych spotkała trubadura i poetę Egona Lummerstena, który akurat tamtego wieczoru nocował w hotelu miejskim przed swoim występem na gali jubileuszowej Klubu Rotary dzień później.

Między innymi w celu dogłębnego przedyskutowania filmu, który ich oboje szczerze wzruszył, Violetta Dufva udała się ze swym nowym znajomym do jego pokoju do hotelu po drugiej stronie rynku, co wydawało się jej jak najbardziej naturalne, bo przecież i on, i ona wykazywali szczególne zainteresowanie kulturą, zainteresowanie, które u Torstena po powrocie z Włoch niemal całkowicie zanikło, a ponieważ nic nie bierze się znikąd, trudno się dziwić, że… że gdy poczucie bezpieczeństwa staje człowiekowi w gardle jak zimna kasza, trzeba wziąć łyżkę do ślicznej rączki, zdławić odruch wymiotny, a następnie oddać się swojej ulubionej zabawie. Tyle że tym razem z kondomem.

Czy jakkolwiek by to określić inaczej. W każdym razie relacja pozamałżeńska trwała kilka miesięcy – trwała i ulegała pogłębieniu – a gdy wreszcie tacie Torstenowi spadły łuski z oczu i urządził Violetcie coś, co mimo wszystko należałoby nazwać sceną, tamci dwoje następnego ranka wzięli nogi za pas. Małżonka i trubadur.

Nie wiadomo, dokąd uciekli. Na stole w kuchni leżała kartka.

Pół roku później przyszedł list z Berlina. Były w nim pozdrowienia dla małego Arnego Albina Hektora i żądanie, by odesłać na wskazany adres paczkę z ubraniami Violetty.

Wezwanie to nigdy jednak nie spotkało się z odzewem. Torsten bowiem do tego czasu podarował wszystko, co mogło mu przypominać zbiegłą żonę, aż po ostatnie figi, Armii Zbawienia. Z wyjątkiem portretu w ramce: w końcu nie trzeba od razu wylewać dziecka z kąpielą.

Poza tym przeniósł się do spokojniejszego mieszkania, też trzypokojowego, przy Frithiofs gata, za boiskiem sportowym.

Ponadto za radą starszego brata kupił sklep tytoniowy w dobrej lokalizacji, na rogu Rutevägen i Floras gata.

Mały Arne miał wtedy rok i siedem miesięcy i żył w błogiej niewiedzy o tym wszystkim. Tata Torsten skończył dokładnie trzydzieści trzy lata. Życie toczyło się dalej.

3

Pięć domów dalej przy Frithiofs gata mieszkali Lennart i Polly Murbergowie. Było to praktyczne rozwiązanie, ponieważ nie mieli własnych dzieci i Arne czuł się jak u siebie i w jednym, i w drugim domu. Tata Torsten znienacka został starym kawalerem z małym synem na karku, toteż było zupełnie oczywiste, że jego jedyny brat i jego żona mu pomagali. Co najmniej dwa razy w tygodniu Arne spał u wujostwa, u których miał własny pokoik za kuchnią, i wzbudził niemałe zdziwienie, kiedy potem w pierwszej klasie szkoły podstawowej dobitnie oświadczył swojej nauczycielce, pani Månsson, że ma nie dwoje rodziców, jak większość jego kolegów i koleżanek, ale troje.

O rodzicu numer cztery natomiast nigdy nie było mowy, mimo że tatę Torstena czasami odwiedzały kobiety. Zdarzało się to wtedy, kiedy Arne nocował u wujka Lennarta i cioci Polly, lecz żadna z nich nie zostawała dłużej niż do śniadania i żadna nie była warta tego, aby zapamiętać jej imię.

Ciocia Polly pracowała jako cukiernik w cukierni Svea, tylko na pół etatu, a wujek Lennart był urzędnikiem magistrackim. Co to właściwie oznaczało, Arne nigdy do końca nie zrozumiał, ale każdego ranka za piętnaście dziewiąta wujek wsiadał na swój czarny rower marki Fram i pedałował osiemset metrów do ratusza przy rynku. Kwadrans po piątej był z powrotem. Czy deszcz, czy słota, na bagażniku miał teczkę, a w niej pojemnik na lunch i dwa jabłka, z których jedno zawsze przywoził z powrotem.

To na wypadek, gdybym musiał zostać po godzinach. Ta groźba jednak, o ile Arne się orientował, nigdy się nie spełniła. Aż do dnia, gdy po czterdziestu dwóch latach służby dla społeczeństwa wujek Lennart, otrzymawszy złoty zegarek, przeszedł na emeryturę. Tyle że przez pierwszych piętnaście lat Arnego nie było jeszcze na świecie, nie mógł więc twierdzić tego na pewno.

W soboty wujek Lennart najczęściej pomagał w sklepie, a gdy przeszedł w stan spoczynku, mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Torsten Murberg popadł w melancholię, chętnie spędzał codziennie kilka godzin za ladą, wśród papierosów, tytoniu fajkowego, snusu, kolorowych tygodników i słodyczy. Czasami razem ze swoim od niedawna ponurym młodszym bratem, ale zwykle w towarzystwie bratanka, który po wypadku niezbyt się nadawał do normalnej pracy.

Pytanie o przyczynę słabnącej chęci do życia Torstena Murberga znalazło odpowiedź, gdy w jego żołądku odkryto guz nowotworowy. W każdym razie tej właśnie, początkowo dość nieokreślonej udręce, przypisano główną rolę w historiografii – to znaczy w historiografii w wersji wuja Lennarta i cioci Polly, a tylko taka była obowiązująca. To przecież pewne jak amen w pacierzu, że trudno czuć się dobrze, jak człowiek chodzi z bolącą piłką w brzuchu, co mogła poświadczyć zwłaszcza ciocia Polly. Warto dodać, że jedna trzecia sklepiku należała do niej i wujka Lennarta, dlatego oboje niewątpliwie byli zainteresowani tym, by interes się kręcił, również gdy biedny Torsten nie mógł już angażować się tak bardzo jak wcześniej.

Aż do tamtego nieszczęścia – jego własnego, nie taty – Arne miał sporo przyjaciół. Byli Jimmy i Niklas, a także Krille i Hassan – dwaj pierwsi to koledzy z klasy, ostatni to dzieci sąsiadów. Była też jedna potajemna przyjaciółka o imieniu Beata. Była o rok starsza od Arnego i mieszkała w starej drewnianej willi, która stała dokładnie pośrodku między jego oboma domami. Na podwórzu rósł ogromny kasztanowiec i gdy on szedł chodnikiem w jedną albo w drugą stronę, Beata często bujała się na huśtawce wiszącej na jednej z niższych gałęzi.

Beata była słodka, ale miała ojca, który pił, a w tamto lato przed wypadkiem urosły jej piersi. Tak naprawdę ona wcale nie chciała ich mieć, Arne jednak uważał, że są ładne, i wyobrażał sobie, że prawdopodobnie przyjemnie byłoby ich dotknąć, a później często myślał, że pewnie by się z nią ożenił, gdyby wszystko nie potoczyło się tak, jak się potoczyło.

Był dwudziesty czwarty sierpnia, sobota. Pierwszy tydzień lekcji po wakacjach dobiegł końca, szósta klasa. Dostali nowego nauczyciela, który nazywał się Lindblom i na przerwach palił fajkę za stojakami na rowery. Pogoda była piękna, wspaniały dzień późnego lata, i Arne z Hassanem postanowili pojechać na rowerach nad jezioro Mörtsjön, żeby ostatni raz w roku się wykąpać. Na bagażnikach mieli prowiant, co najmniej dwadzieścia pięć komiksów oraz małą paczkę papierosów Prince Denmark, którą Arne podwędził ze sklepu, gdy nikt na niego nie patrzył. W końcu skończyli już po dwanaście lat, więc najwyższa pora zafundować sobie jakieś nałogi.

Jazda rowerami przez lasy zajęła im dobrą godzinę. Zdecydowanie krócej wracali karetką, tyle że Arne nie był tego świadom, ponieważ leżał przywiązany do noszy i szybował na granicy między życiem a śmiercią.

Nigdy nie uświadomił sobie również tego, co tak naprawdę się stało, bo jego wspomnienia z tamtej soboty zakończyły się po wszystkie czasy na tym, że postawili z Hassanem rowery przy drzewie niedaleko niedużego parkingu nad Mörtsjön. Resztę stopniowo opowiedział mu później Hassan; nie była to szczególnie skomplikowana historia.

Kiedy więc każdy wypalił swojego prince’a – który okazał się obrzydlistwem, jak powiedział Hassan, lepiej czegoś takiego w ogóle nie tykać – postanowili pójść popływać. Mimo ładnej pogody nad jeziorem nie było wielu ludzi, najwyżej z dziesięć osób, ale oni i tak nie zamierzali skakać do wody z chybotliwego pomostu, jak robili to zawsze, tylko poczłapali przez zarośla wzdłuż brzegu do wcinającej się w jezioro skały, pięćdziesiąt metrów od właściwego kąpieliska. Arnemu wydawało się, że z niej też można skakać, niewykluczone, że Hassan również tak uważał, choć akurat specjalnie się przy tym nie upierał. Może nawet odradzał.

W każdym razie Arne skoczył. Albo raczej zanurkował, na główkę, jak należy, a nie jak dziewczyna czy jakaś fujara. Hassan stał na skraju skały i patrzył. Najpierw zobaczył, jak jego kumpel znika pod ciemną taflą wody, a potem wypływa w wielkiej kałuży krwi, następnie zanurza się z powrotem. Później znowu się pokazał i znowu poszedł na dno.

Hassan zareagował przytomnie, tak przytomnie, jak tylko można było sobie życzyć. Zaczął krzyczeć i wzywać pomocy, i natychmiast zjechał na siedzeniu po stromej skarpie obok skały na sam dół. Rzucił się do wody i po chwili, która jemu wydawała się tak długa jak pół roku, a w rzeczywistości nie mogła trwać dłużej niż minutę, udało mu się chwycić Arnego. Był cały we krwi i zupełnie bez życia. Hassan zawlókł go na brzeg, gdzie stało już kilku innych kąpielowiczów, a wśród nich szczęśliwym trafem także kierowca karetki pogotowia. Wprawdzie nie przyjechał nad jezioro ambulansem, ale trochę niezgodnie z przepisami trzymał go pod swoim domem, nie więcej niż trzy kilometry od Mörtsjön.

W ciągu dwudziestu minut na miejscu znaleźli się zarówno ambulans, jak i żona kierowcy, która przez przypadek była pielęgniarką, i wkrótce nadal nieprzytomny Arne Albin Hektor jechał już do powiatowego szpitala w Ö-bro. W oczekiwniu na karetkę na brzegu kąpieliska podjęto pewne czynności ratujące życie: oddychanie usta-usta, masaż serca i różne takie. Hassan był w stanie szoku i nie wykrztusił ani jednego rozsądnego słowa. Dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że również ten chłopiec potrzebuje opieki medycznej, tyle że innego rodzaju, toteż naturalne było, że pozwolono mu się zabrać ambulansem. W tę najpiękniejszą sierpniową sobotę panował jeden wielki chaos.

Kiedy sześć tygodni później Arne Murberg wrócił do domu przy Frithiofs gate, nastał już październik, a on nie był już taki sam. Był cieniem samego siebie, co bez trudu dało się dostrzec gołym okiem, i należało się z tym pogodzić. Jego troje rodziców na zmianę wylewało łzy z powodu zaistniałego stanu rzeczy, nigdy jednak tak, aby Arne cokolwiek zauważył. Wychodzili do kuchni albo do łazienki i płakali. Dyskrecję stawiali sobie za punkt honoru.

Nie żeby Arne mógł mieć im to za złe czy choćby odnotować ich rozpacz, ale mimo wszystko. Poza tym przecież ostatecznie żył. Mógł ruszać zarówno rękami, jak i nogami i wyglądał mniej więcej tak samo jak wcześniej.

Uszkodzeniu uległa jego głowa. W środku.

– Uszło z niego powietrze – powiedział wujek Lennart.

– Jest taki smutny – dodała ciocia Polly. – Nie wydaje się całkiem obecny.

Sam Arne, gdyby ich słyszał, prawdopodobnie zgodziłby się z obiema diagnozami. Czuł się tak, jakby uszło z niego powietrze i jakby gruba warstwa tłustej waty znalazła się między nim a resztą świata. Wszystko toczyło się ultraszybko albo ulegało wyhamowaniu, gdy tylko trafiało do jego czaszki. Kiedy ktoś coś mówił, najpierw docierała do niego jedynie nieokreślona papka dźwięków, z której musiał dopiero po kolei wyłowić poszczególne słowa, aby w końcu móc z nich złożyć zrozumiały komunikat. Dużym wysiłkiem było już samo czuwanie. Wyglądało też na to, że zapomniał nazw mnóstwa rzeczy, co do których był pewien, że je znał przed tamtą nieszczęsną sobotą nad jeziorem.

Na przykład korkociąg. Wąż do wody. Patelnia. Zamek błyskawiczny. Żeberka oraz cała masa innych słów, których musiał uczyć się od nowa. Poza tym irytowało go ciągłe dopytywanie, bo tata Torsten od razu miał takie smutne oczy, kiedy Arne chciał się dowiedzieć, jak się nazywa taki podłużny, lekko wygięty owoc, albo jak się mówi, kiedy chce się podzielić sznurek albo włosy za pomocą nożyczek.

Ale najbardziej nieprzyjemnie zrobiło się w szkole. Miał kłopoty ze zrozumieniem nawet najprostszych poleceń i wyglądało na to, że zapomniał całą tabliczkę mnożenia. Test, który z zachowaniem największej dyskrecji przeprowadził magister Lindblom, wykazał, że nie wie, ani z jakimi krajami graniczy Szwecja, ani kim był Jezus z Nazaretu. Nie potrafił też wymienić miesięcy w należytej kolejności – chociaż znał nazwy wielu z nich. Poza tym pod koniec lekcji nierzadko zasypiał i miał wyraźne problemy w kontaktach z kolegami z klasy, którzy coraz bardziej zaczynali go uważać za dziwoląga albo czubka. To, że był na tyle głupi i skoczył na główkę w nieznanym mu miejscu, raczej nie poprawiało jego sytuacji, toteż kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem postanowiono, że musi zostać przeniesiony do tak zwanej klasy specjalnej. Tę małą trzódkę tworzyła wataha skorych do bijatyki chłopaków w wieku od dziesięciu do piętnastu lat, nauczanych – stosownie do indywidualnych predyspozycji – przez byłego majora o nazwisku Kornblatt, nazywanego jednak przez wszystkich nazistą.

Rok później po feriach wielkanocnych Arne Murberg w ogóle został zabrany ze szkoły. W wymiarze dydaktycznym nie odnotowano żadnych postępów, poza tym jego tak zwani koledzy z klasy specjalnej wielokrotnie nieźle przetrzepali mu skórę. Zwłaszcza niejaki Percy, który nawet zranił go nożem w udo.

E d u k a c j a d o m o w a – to było rozwiązanie, które znaleziono dla Arnego Murberga. Przez dobry rok rzeczywiście przychodziła na Frithiofs gata młoda, pracująca w szkole tylko na pół gwizdka nauczycielka i ćwiczyła ze swoim coraz bardziej opornym uczniem czytanie ze zrozumieniem, wbijała mu też do głowy ortografię i matematykę. Jej starania spełzły jednak na niczym, zwłaszcza że panna Myllymäki, jak się nazywała, znalazła się w szpitalu z powodu anoreksji, a ponieważ w sklepie z tytoniem potrzebna była każda para rąk do pomocy, Arne wstąpił na tę ścieżkę kariery. Gdy skończył piętnaście lat, potrafił niezawodnie zarówno wbić na kasę prawidłową cenę za najczęściej kupowane artykuły, jak i w miarę prawidłowo wydać klientowi resztę. Ze względu na wszystkich zainteresowanych rzadko jednak zostawiano go w sklepie samego. Towarzystwa dotrzymywali mu albo tata Torsten, albo wuj Lennart. Ten ostatni początkowo jedynie w soboty, a po przejściu na emeryturę i złotym zegarku także w niektóre dni w tygodniu. Wkrótce znali Arnego wszyscy klienci, a ponieważ nie była im obca także jego historia, mówili mu dzień dobry grzecznie i szczególnie wolno, pytali, jak się miewa i czy ma jakiś pogląd na temat panującej pogody.

Z czasem Arne nabrał zwyczaju, by każdego ranka go sobie wyrabiać. W drodze do sklepu (szedł na piechotę, ponieważ zapomniał sztuki jeżdżenia na rowerze) starał się zwracać uwagę zarówno na niebo, jak i na wiatr i temperaturę. Tę ostatnią odczytywał, nawiasem mówiąc, na dużym termometrze umieszczonym na ścianie sąsiedniego sklepu z urządzeniami elektrycznymi: EEE. Zajmowało mu to jedynie kilka sekund, a lepsza jedna konkretna informacja niż mnóstwo próżnej gadaniny tylko dlatego, że ubrał się za grubo albo za cienko.

I tak mijały lata. Kiedy wuj Lennart dostał swój kieszonkowy zegarek, a tata Torsten popadł w melancholię, Arne dobiegał trzydziestki.

A pięć lat później przyszła pora, by stawić czoło Berlinowi.

4

– Mam na imię Arne – powiedział wuj Lennart.

– Isz bin Arne – odpowiedział Arne.

– Może być – ocenił wuj. – Jestem ze Szwecji.

– Isz bin Schweden – wyrecytował Arne.

– Alright, najważniejsze są podstawowe słowa. Tymi mniej ważnymi można nie zawracać sobie głowy. – Wuj Lennart zdławił ziewnięcie. – Poza tym masz przecież słownik. Możesz w nim sprawdzić, co chcesz. Chyba pamiętasz, jak się sprawdza słówka.

– Abber klar – odparł Arne i ziewnął. Niemiecki naprawdę nie był łatwy. Po trzech miesiącach dosyć intensywnych studiów zarówno on, jak i wuj Lennart zrozumieli, że jest granica. Nie da się wcisnąć do torebki nie wiadomo jakiej ilości słodyczy, a wszystko wskazywało na to, że torebka, którą był mózg Arnego Albina Hektora, w ostatnich tygodniach została już tak wypchana, że wydawała się bliska pęknięcia. Kiedy wciskał do środka nowe słówko, bywało, że od razu wypadały dwa stare, a taki rozwój sytuacji nie służył ani jemu, ani Niemcom. To oczywiste.

– Sprawdź, jak jest papierowy talerz – polecił wuj Lennart.

Arne się zamyślił.

– Kiedy się tak zastanowić, wydaje się, że nie będę potrzebował takiego słówka.

– Mimo to sprawdź – nie ustępował wuj.

Arne zaczął przerzucać kartki swojego grubego słownika i minutę później znalazł.

– Pappteller.

– Brzmi dobrze. Kurnik?

– Hühnerstall – odpowiedział Arne po kolejnych dwóch minutach.

– Brawo. To teraz chyba pozwolimy sobie na filiżankę kawy. Co ty na to?

– Genua – zgodził się Arne.

– Nie, to jest miasto we Włoszech. Mówi się genau. Musisz uważać, żeby nie przekręcać słów.

– Genau – powtórzył Arne.

Oczywiście był już kiedyś poza granicami Szwecji. Naturalnie. Był w Kopenhadze i w Trysil. Poza tym na Wyspach Kanaryjskich, dwa razy, i na jakiejś wyspie greckiej, której nazwy nie pamiętał. No i jeszcze w Finlandii. Tyle że tam nie zszedł na ląd, tylko przepłynął tam i z powrotem na gigantycznym promie.

Leciał samolotem i lądował, i przechodził przez kontrole paszportowe. Wylegiwał się na leżakach między ludźmi, którzy mówili wszystkimi językami świata, i płacił przy stoiskach z pizzą banknotami wyglądającymi jak pieniądze do zabawy.

Ale nigdy całkiem sam. Zawsze w towarzystwie taty albo ciotki i wuja. Albo – jak ostatnio na Kanarach – całej trójki.

I nigdy w Niemczech. Nawet w Hamburgu, gdzie wuj Lennart spędził w młodości kilka dni i gdzie jego zdaniem wcześniej czy później trafi prawie każdy Szwed. Choćby po to, żeby w drodze na południe Europy zrobić sobie przerwę i kupić piwo i pieczoną kiełbaskę.

Bier i Bratwurst – tego Arne nie musiał sprawdzać. Znaczenie tych słów już znał, podobnie nazwy części innych artykułów spożywczych, które mogły mu się przydać: Brot, Milch, Kaffee, Käse i Kartoffelsalat. Na wszelki wypadek miał je wypisane w zeszycie ze słówkami, razem z co najmniej setką innych, które według wuja należały do najbardziej powszechnych. Na przykład Guten Morgen, verdammt i Auf Wiedersehen. Chociaż to ostatnie było długie i nie chciało wejść do jego zapchanej czaszki.

Oprócz zeszytu ze słówkami miał też mapy. Dwie różne: jedna to mapa Berlina, druga – całych Niemiec. A właściwie Deutschland, bo tak się ten kraj nazywał – kolejne słowo trudne do zapamiętania, a jeszcze trudniejsze do wymówienia.

Oczywiście mapa Berlina była ważniejsza. Po rozłożeniu zajmowała pół stołu w jadalni wujostwa, gdzie po odejściu taty mieszkał. Pokazywała całe ogromne miasto i były na niej dwa wyraźnie zaznaczone krzyżyki – jeden czerwony, drugi czarny. Czerwony na ulicy Knobelsdorffstraße, numer 38b. To tam powinien znaleźć mamę Violettę. Czarny na Fasanenstraße, gdzie miał mieszkać podczas całego pobytu w tym wielomilionowym mieście. Hotel Munck, dwanaście nocy, od dwudziestego szóstego marca aż do siódmego kwietnia. Na mapie była też narysowana ołówkiem linia łącząca oba krzyżyki, oznaczająca drogę, którą będzie musiał pokonać od hotelu do mamy. Nie wyglądała na szczególnie długą, miała co najwyżej dwadzieścia centymetrów, ale wuj Lennart wyjaśnił mu, że w rzeczywistości to kilka kilometrów. Trzy kilometry i siedemset pięćdziesiąt metrów, jeśli ktoś chciałby być dokładny, a należało być dokładnym, ponieważ tacy są wszyscy Niemcy. Ordnung muss sein. Jeśli na żadnym skrzyżowaniu nie pomyli kierunku, dojdzie na miejsce mniej więcej w godzinę.

Oczywiście można by też wziąć taksówkę, ale Arne i wuj Lennart byli zgodni co do tego, że to kiepski plan. Z taksówkarzami nigdy nie wiadomo, bo jeżeli się zorientują, że człowiek nie zna miasta, mogą do woli krążyć po ulicach i nieźle go naciągnąć. Nie, nie: lepiej liczyć na własne możliwości i własne kończyny.

– Kończyny? – spytał Arne.

– Nogi – wyjaśnił wuj Lennart. – Żeby nie powiedzieć zelówki.

Nakreślono też kilka planów, jak powinien się zachować, gdyby się okazało, że Violetta Dufva (czy jak tam się obecnie nazywa; zresztą nigdy nie zadała sobie trudu, żeby zmienić nazwisko na Murberg, to wiadomo na pewno) nie mieszka już pod starym adresem. Oczywiście niełatwo było określić z góry, jak należy postąpić w takiej sytuacji: można ewentualnie mieć nadzieję, że zostawiła nowy adres któremuś z sąsiadów albo właścicielowi domu, poza tym on zawsze mógł, rzecz jasna, zadzwonić z komórki do wuja Lennarta, omówić z nim sytuację i zdecydować co dalej.

Ciocia Polly uważała, że wszystkie plany są jednakowo złe. Twierdziła, że to chory pomysł, żeby wysyłać go zupełnie samego, by szukał takiej kobiety. I to w takim siedlisku grzechu jak Berlin. Pamiętała pewien film, który oglądała w młodości z Lennartem. Dochodziło w nim do wszelkich możliwych ekscesów i widać było na wpół nagich ludzi w mrocznych barach i kabaretach oraz różne inne rzeczy.

– To było sto lat temu – wtrącił wuj Lennart. – Ten film przedstawiał lata trzydzieste.

– Nieważne. A kto ci powiedział, że teraz jest tam lepiej? To może się źle skończyć dla chłopca.

– On już nie jest chłopcem – zaprotestował wuj Lennart. – Ma trzydzieści cztery lata i jest duży jak na swój wiek.

– I taki mądry jak główka kapusty – odpowiedziała ciocia Polly.

– Torsten przed śmiercią powierzył mu zadanie. Uważasz, że ma się uchylić od spełnienia ostatniej woli własnego ojca?

– Ja nic nie mówię. I nic takiego nie mówiłam – odparła ciocia Polly, następnie umyła ręce i zaczęła wcierać w swoje żylaki ekologiczną maść z ekstraktu z dzioba papugi. Dostała na nią dziesięć procent rabatu w Oazie Pielęgnacji Skóry i Duszy u Mary przy Nåtlaregatan.

Sam Arne podchodził do swojego wielkiego wyzwania nadspodziewanie spokojnie, wręcz tym spokojniej, im bliżej był dzień wyjazdu. Wuj Lennart uważał, że powinien się denerwować trochę bardziej. Że powinien zdradzać takie czy inne symptomy niepewności i mieć rajzefiber. Tymczasem nic z tych rzeczy.

Możliwe, że Arne myślał sobie tak:

Posłuchaj, drogi Arne Albinie Hektorze Murbergu. Prawie całe życie spędziłeś tutaj, na Frithiofs gata i w sklepie z tytoniem. W gruncie rzeczy niewiele się w nim działo. Dzień mijał za dniem, jeden podobny do drugiego. Czasami świeciło słońce, ale najczęściej była niepogoda. Nigdy nie pocałowałeś żadnej dziewczyny. Obejrzałeś dziewięćdziesiąt tysięcy filmów w telewizji i przeczytałeś trzydzieści pięć i pół książki. Może pora zrobić coś innego. Kto wie.

Tą do połowy przeczytaną książką była Ned in the block-house Edwarda S. Ellisa. Zastanawiał się, czy ma ją zapakować do walizki. Postanowił jednak zostawić ją w domu. Wziął się do niej na kilka dni przed wypadkiem nad jeziorem, a skoro nie udało mu się jej przeczytać przez ponad dwadzieścia lat, to raczej mało prawdopodobne, żeby zrobił to w Berlinie.

Poza tym ważne było, aby walizka nie ważyła za dużo, bo gdyby się okazała zbyt ciężka, musiałby zapłacić w samolocie karę. Wieczorem przed wyjazdem wuj Lennart pomyślał o tym, żeby ją zważyć, i stwierdził, że obliczenia były perfekcyjne. Osiemnaście i trzy czwarte kilograma, co oznaczało, że Arne mógł kupić kilo i ćwierć niemieckich upominków, co wydawało się całkiem akurat.

Plus oczywiście sto czy dwieście gramów po pudełeczku, które miał przekazać mamie Violetcie. Przecież nie będzie wiózł go z powrotem. I wuj Lennart, i sam Arne zachodzili w głowę, co w nim jest, nie mówiąc już o cioci Polly, która miała wyraźną skłonność do ciekawości. Tata Torsten przechowywał tę szkatułkę w tajemnicy przed wszystkimi; była wykonana z twardego ciemnobrązowego drewna i zamykana na klucz. Ale chociaż szukali wszędzie, w całym mieszkaniu nie znaleźli pasującego do zamka kluczyka. Arne pomyślał, że może jest w posiadaniu jego mamy, zachował jednak tę myśl dla siebie. Gdy potrząsnęło się szkatułką, nie było nic słychać, co najwyżej ledwie uchwytny szelest. Wuj Lennart zasugerował, że w środku może być jakaś biżuteria zawinięta w watę albo w miękki materiał, ciocia Polly zaś skłaniała się raczej ku papierowi. Może to jakiś dokument – mapa prowadząca do skarbu albo testament – złożony kilkakrotnie, więc prawie nie może się poruszyć w całkiem płaskim pudełku, które miało w przybliżeniu dziesięć na piętnaście centymetrów i nie więcej niż trzy centymetry wysokości.

– Jeśli będziesz miał szansę być przy otwieraniu, to jej, do cholery, nie przegap – upominał go wuj Lennart kilka razy.

On mnie ma za kompletnie stukniętego – pomyślał Arne. A przecież wcale taki nie jestem, może mam nie najlepszą pamięć i nie należę do najszybszych, ale rozumiem więcej, niż wujowi Lennartowi i ciotce Polly się wydaje.

Istotnie, wujowi i ciotce niewiele było wiadomo o wewnętrznym życiu Arnego, podobnie zresztą jak wszystkim innym ludziom.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Intrigo Oczy Eugena Kallmanna Jedenaście dni w Berlinie Żywi i umarli w Winsford Karambol Sprawa Ewy Moreno 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Trwaj przy mnie