Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE

Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE

Autorzy: Phil Knight

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Biografie Biznes

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 488

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.12 zł

Bestsellerowe wspomnienia twórcy NIKE.

Firmy Nike nie trzeba nikomu przedstawiać - to jeden z najpotężniejszych graczy na rynku odzieży, obuwia i sprzętu sportowego, z roczną sprzedażą rzędu 30 miliardów dolarów. Nie każdy jednak wie, kim jest Phil Knight - człowiek, który stworzył tę markę za garść dolarów pożyczonych od ojca, a potem przez dziesięciolecia kształtował jej potęgę. Jego wspomnienia są fascynującą podróżą w czasie i zaskakująco szczerą, intymną opowieścią o tym, jak realizować marzenia. Knightowi dopisało szczęście: jak większość młodych ludzi, krótko po studiach nie miał szczegółowego planu na życie, ale miał swój Szalony Pomysł. Kochał bieganie i czuł, że nie będzie szczęśliwy, jeśli nie zwiąże kariery zawodowej z pasją. I właśnie o tym, jak zmienić zamiłowanie do sportu w niewyobrażalny sukces komercyjny, opowiada ten pamiętnik - zaskakujący, skromny, niefiltrowany, zabawny i pięknie napisany.

To wspaniała, amerykańska opowieść o szczęściu, determinacji, znajomości rzeczy oraz magicznej alchemii, która połączyła grupkę ekscentryków, twórców sukcesu Nike. To, że odnieśli sukces, jest cudem, bo - jak dowiedziałem się z tej książki - choć jako naród cenimy sobie wolność gospodarczą, to jednocześnie jesteśmy niezrównani w jej tłamszeniu. To, co Phil Knight ma do powiedzenia na temat przedsiębiorczości oraz przeszkód, które trzeba pokonać na drodze do sukcesu, jest wręcz bezcenne. Trudno zliczyć zakładki, które zostawiłem między stronicami tej książki. - Abraham Verghese, autor Powrotu do Missing, bestsellera z listy „New York Timesa”

Byłem jeszcze dzieciakiem, gdy po raz pierwszy spotkałem Phila Knighta, ale tak naprawdę poznałem go dopiero teraz, gdy przeczytałem tę piękną, przejmującą, intymną opowieść. To samo mogę powiedzieć o Nike - z dumą nosiłem stroje tej firmy, ale nie miałem pojęcia, że za popularnym symbolem zwanym swoosh kryje się tak niezwykła historia ludzkiej pomysłowości, woli przetrwania oraz triumfu. Szczery, zabawny, trzymający w napięciu, prawdziwie literacki - oto pamiętnik dla ludzi, którzy kochają sport, lecz nade wszystko dla tych, którzy kochają pamiętniki. - Andre Agassi, tenisista, jego autobiografia Open stała się bestsellerem „New York Timesa”

Moim wnukom – żeby wiedziały

W umyśle początkującego istnieje mnóstwo możliwości, lecz w umyśle eksperta jest ich niewiele.

Shunryu Suzuki, Umysł zen, umysł początkującego

ŚWIT

Wstałem najwcześniej ze wszystkich, przed ptakami, przed słońcem. Wypiłem filiżankę kawy, pochłonąłem grzankę, włożyłem szorty i bluzę, a potem zasznurowałem moje zielone buty do biegania. Wreszcie wymknąłem się po cichu tylnymi drzwiami.

Rozciągnąłem mięśnie czworogłowe i dwugłowe ud, potem odcinek lędźwiowy kręgosłupa i jęknąłem, stawiając pierwsze, niechętne kroki w chłodnej mgle. Dlaczego zawsze tak trudno jest zacząć?

Nie było samochodów, nie było ludzi, żadnych oznak życia. Byłem całkiem sam i cały świat miałem dla siebie – może tylko drzewa, co dziwne, wydawały się świadome mojej obecności. Cóż, taki jest Oregon: tu drzewa po prostu wiedzą i stają za tobą murem.

Jak tu pięknie, myślałem, rozglądając się. Tak cicho, spokojnie, zielono – byłem dumny, mogąc nazywać Oregon moim domem, dumny, że przyszedłem na świat w małym Portlandzie. Lecz jednocześnie czułem coś jakby żal. Oregon bowiem, choć piękny, dla wielu ludzi był miejscem, w którym nic wielkiego nigdy się nie wydarzyło i zapewne się nie wydarzy. Jeżeli my, oregończycy, słynęliśmy z czegokolwiek, to chyba z owego starego szlaku oregońskiego, który musieliśmy pokonać, by tu dotrzeć. To jednak były dawne dzieje; od tamtej pory w naszym stanie panował spokój.

Najlepszy nauczyciel, jakiego kiedykolwiek miałem, i jeden z najwspanialszych ludzi, jakich miałem szczęście spotkać, często wspominał o szlaku. „To nasze dziedzictwo”, warczał po swojemu. Nasz charakter, nasze przeznaczenie – nasze DNA. „Tchórze nigdy nie wyruszyli tą ścieżką”, mówił, „a słabi pomarli w drodze – zostaliśmy tylko my”.

My. Mój nauczyciel wierzył, że na owym szlaku ujawniła się rzadka odmiana pionierskiego ducha: poczucie nieskończonych możliwości splecione z wytłumioną skłonnością do pesymizmu. Naszym zadaniem, zadaniem współczesnych oregończyków, było podtrzymanie tej tradycji.

Kiwałem głową z szacunkiem, słuchając jego wywodów. Uwielbiałem go. Ale czasem, włócząc się po okolicy, myślałem: Jezu, przecież to zwyczajna droga gruntowa.

Jednakże owego mglistego, pamiętnego ranka w 1962 roku i ja niosłem w sobie świeże wspomnienie o niełatwym szlaku: wróciłem do domu po siedmiu długich latach. Osobliwe to było uczucie, gdy znowu niemal co dnia smagały mnie znajome deszcze. Na powrót mieszkałem z rodzicami i siostrami bliźniaczkami pod jednym dachem, spałem w łóżku, które znałem od dzieciństwa, lecz czułem się obco. Nocami leżałem na plecach, spoglądając na podręczniki z uczelni i błękitne wstążki medali zdobytych jeszcze w szkole średniej, zastanawiając się: czy to nadal ja?

Przyspieszyłem nieco. Krągłe obłoczki moich oddechów mieszały się z tumanem mgły. Rozkoszowałem się chwilą fizycznego przebudzenia, owym cudownym momentem, w którym umysł nie jest jeszcze całkiem jasny, za to stawy w kończynach zaczynają się rozluźniać, a ciało jakby się topi – sztywność zmienia się w płynność.

Prędzej, pomyślałem. Prędzej.

W papierach byłem już dorosłym człowiekiem. Skończyłem dobry college – University of Oregon. Najlepsza szkoła biznesu – Stanford – dała mi dyplom magistra. Przetrwałem roczną służbę w Armii Stanów Zjednoczonych – najpierw w Fort Lewis, a potem w Fort Eustis. Z mojego życiorysu wynikało jasno, że jestem wykształconym człowiekiem, wyszkolonym żołnierzem, dwudziestoczteroletnim mężczyzną w pełni sił... Dlaczego więc wciąż czuję się jak dzieciak? – zachodziłem w głowę.

Co gorsza, jak ten sam nieśmiały, blady, chudy jak patyk dzieciak, którym zawsze byłem.

Może dlatego, że jeszcze niczego w życiu nie doświadczyłem, zwłaszcza z tych rzeczy, które powszechnie uważa się za kuszące czy podniecające. Nie miałem w ustach papierosa. Nie próbowałem narkotyków. Nie złamałem żadnej zasady, nie wspominając o prawie. To były lata sześćdziesiąte, czas buntu, a ja byłem bodaj jedyną osobą w Ameryce, która jeszcze się nie zbuntowała. Nie mogłem sobie przypomnieć, żebym choćby raz zerwał się z łańcucha, uczynił coś nieoczekiwanego.

Nie byłem nawet z dziewczyną.

Powód, dla którego tyle czasu poświęcałem na rozmyślania o tym, kim nie jestem, był prosty: znałem ten temat na wylot. Znacznie trudniej było mi określić, kim lub czym jestem i kim mógłbym się stać. Podobnie jak wszyscy moi znajomi, pragnąłem sukcesu, jednakże w przeciwieństwie do nich nie wiedziałem, co by to mogło oznaczać. Pieniądze? Być może. Żona? Dzieci? Dom? Jasne, jeśli tylko dopisze mi szczęście. Uczono mnie, żebym właśnie do takich celów aspirował – i jakąś cząstką siebie instynktownie to robiłem. Jednakże w głębi duszy szukałem czegoś innego, czegoś więcej. Żyłem w bolesnym poczuciu, że dano nam niewiele czasu, mniej niż się spodziewamy, może tylko tyle, ile trwa ta poranna przebieżka – i za wszelką cenę chciałem sprawić, żeby mój czas okazał się znaczący. Bym spędził go w drodze do celu. Twórczo. Istotnie. A nade wszystko – odmiennie.

Pragnąłem zostawić po sobie ślad.

Pragnąłem zwyciężyć.

Nie, niezupełnie. Po prostu nie chciałem przegrać.

I właśnie wtedy to się stało. Gdy moje młode serce biło jak młot, gdy różowe płuca rozciągały się i kurczyły rytmicznie jak skrzydła ptaka, gdy drzewa zmieniły się w rozmazaną, zielonkawą plamę, miałem wizję i wiedziałem już, czym pragnę uczynić moje życie: niech będzie jak sport, jak zabawa, jak gra.

Tak, pomyślałem, to jest to. Oto właściwe słowo. Zawsze podejrzewałem, że sekret szczęścia i esencja piękna oraz prawdy, a może i cała wiedza o nich, której nam potrzeba, kryją się w owej ulotnej chwili, gdy piłka zawisa w powietrzu, gdy dwaj bokserzy wyczuwają bliskość ostatniego gongu, gdy biegacze pędzą ku mecie, a tłum kibiców podrywa się z miejsc. W ułamku sekundy przed końcem, gdy decydują się losy wygranej, nadchodzi chwila radosnej pewności – i tego właśnie pragnąłem. Czymkolwiek była, chciałem, by stała się całym moim życiem.

Marzyłem niekiedy, by zostać wybitnym pisarzem, wybitnym dziennikarzem, wybitnym mężem stanu, lecz tak naprawdę największym z moich marzeń było to o karierze wybitnego sportowca. Niestety, los uczynił mnie dobrym, ale nie wybitnym biegaczem. Miałem dwadzieścia cztery lata i byłem gotów pogodzić się z tym faktem. Studiując w Oregonie, sporo biegałem i w trzech z czterech sezonów nawet się wyróżniałem, ale na tym koniec. Teraz, połykając co sześć minut kolejną milę i patrząc, jak wschód słońca rozpala igły na najniższych gałęziach sosen, zadałem sobie pytanie: A gdyby tak istniał sposób, aby nie będąc sportowcem, czuć to, czego doświadczają sportowcy? Żeby bawić się, a nie pracować? A może raczej cieszyć się pracą tak bardzo, by stała się zabawą.

Świat z trudem łapał oddech, przytłoczony ciężarem wojen, bólu, powszechnego pesymizmu. Codzienna walka o przetrwanie – często niesprawiedliwa – odbierała ludziom siły. Może więc, dumałem, jedyną odpowiedzią jest podążanie za wielkim, niemal niedorzecznym marzeniem. Niech będzie zabawne, niech będzie stworzone dla mnie, a będę je ścigał z zaangażowaniem i niezłomnością prawdziwego sportowca. Bo przecież, czy się to komuś podoba czy nie, życie jest grą. Ktokolwiek zaprzeczy tej prawdzie, odmówi udziału w zabawie, prędzej czy później zostanie gdzieś na bocznym torze – a tego nie chciałem. Nie chciałem tego bardziej niż czegokolwiek innego.

Idąc tym tropem, powróciłem, jak zawsze, do mego Szalonego Pomysłu. Być może, myślałem, być może wystarczy przyjrzeć mu się raz jeszcze. Być może mój Szalony Pomysł po prostu... zadziała?

Być może.

Nie, nie, zmitygowałem się zaraz, znowu przyspieszając kroku. Biegłem tak prędko, jakbym kogoś ścigał, a jednocześnie sam był ścigany. On zadziała. Na Boga, to ja sprawię, że zadziała. Żadne „być może”.

Poczułem nagle, że się uśmiecham; ba, omal nie roześmiałem się w głos. Mokry od potu, mknąc lekko, bez wysiłku, jak nigdy dotąd, niemal widziałem w oddali mój Szalony Pomysł – lśnił pięknie i wcale nie wyglądał aż tak niedorzecznie. Nie wyglądał nawet jak pomysł. Wyglądał jak miejsce. Wyglądał jak osoba albo siła życiowa, która istniała na długo przede mną, oddzielna, ale i będąca cząstką mnie. Czekała na mnie, ale i ukrywała się przede mną. Wiem, że pewnie brzmi to trochę górnolotnie, może nawet szaleńczo... Ale naprawdę właśnie tak się wówczas czułem.

A może i nie? Może to tylko moja pamięć wyolbrzymia ów moment objawienia albo zlewa liczne chwile w jedno wielkie „eureka!”. A może całe to objawienie było tylko ubocznym skutkiem euforii biegacza? Sam nie wiem. I nie będę wiedział. Wiele wspomnień z tamtych dni, miesięcy i lat gdzieś umknęło, jak krągłe obłoczki pary, które wydmuchiwałem rytmicznie tamtego ranka. Twarze, liczby, decyzje, które wydawały się ważne, pilne, niezmienne – wszystko to gdzieś przepadło.

Pozostała jedynie przyjemna, pocieszająca pewność, prawda, która jest dla mnie opoką i pozostanie ze mną na zawsze: gdy miałem dwadzieścia cztery lata, skrystalizował się w mojej głowie Szalony Pomysł. I choć targały mną egzystencjalne lęki, choć bałem się przyszłości i nie wierzyłem w siebie – jak wszyscy ludzie w tym wieku, rzecz jasna – to naprawdę właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że cały świat jest zbudowany z szalonych pomysłów, że jego dzieje to nic innego jak niekończący się pochód szalonych pomysłów. Przecież wszystko to, co najbardziej ukochałem – książki, sport, demokracja, swoboda przedsiębiorczości – zaczęło się kiedyś jako czyjś szalony pomysł.

A skoro już o tym mowa, to trudno o ideę bardziej zwariowaną niż moja ulubiona: bieganie. Jest trudne. Bolesne. Niebezpieczne. Zwycięstwa bywają rzadkie, nigdy nie są pewne. Biegacz, czy to na owalnym torze, czy na pustej drodze, tak naprawdę nie zdąża do żadnego celu, a przynajmniej nie do takiego, który uzasadniałby tak wielki wysiłek. Czynność biegania sama w sobie jest celem. I nie chodzi o to, że nie ma wyraźnej linii mety; rzecz w tym, że każdy sam ją sobie wyznacza. Każdy też musi sam znaleźć przyjemność czy pożytek płynące z biegania. Wszystko zależy od tego, jak sobie ten wysiłek zaprezentujemy, jak zdołamy go sobie sprzedać.

Wie o tym każdy biegacz. Biegnie bez końca, mila za milą, a w gruncie rzeczy nawet nie wie dlaczego. Powtarza sobie w duchu, że ma jakiś cel, że coś gna go naprzód, lecz prawda jest taka, że nie ma wyboru, bo sama myśl o alternatywie – o zatrzymaniu się – budzi w nim śmiertelne przerażenie.

I dlatego właśnie owego ranka w 1962 roku powiedziałem sobie: Kto chce, niech nazywa twój pomysł szalonym, a ty... pędź naprzód. Nie zatrzymuj się. Nawet nie myśl o odpoczynku, dopóki nie dotrzesz do celu, i nie zastanawiaj się zbyt często nad tym, gdzie ów cel się znajduje. Cokolwiek się zdarzy, nie zatrzymuj się.

Taką oto ważną, dalekowzroczną, zaskakująco dojrzałą radę dałem sobie na początku drogi i, całkiem niespodziewanie, wziąłem ją sobie do serca. Pół wieku później jestem zdania, że to najlepsza rada – a może i jedyna – jaką można komukolwiek dać.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

CZĘŚĆ PIERWSZA

1962

Dostępne w wersji pełnej

1963

Dostępne w wersji pełnej

1964

Dostępne w wersji pełnej

1965

Dostępne w wersji pełnej

1966

Dostępne w wersji pełnej

1967

Dostępne w wersji pełnej

1968

Dostępne w wersji pełnej

1969

Dostępne w wersji pełnej

1970

Dostępne w wersji pełnej

1971

Dostępne w wersji pełnej

1972

Dostępne w wersji pełnej

1973

Dostępne w wersji pełnej

1974

Dostępne w wersji pełnej

1975

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ DRUGA

1975

Dostępne w wersji pełnej

1976

Dostępne w wersji pełnej

1977

Dostępne w wersji pełnej

1978

Dostępne w wersji pełnej

1979

Dostępne w wersji pełnej

1980

Dostępne w wersji pełnej

ZMIERZCH

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Dedykacja

Motto

ŚWIT

CZĘŚĆ PIERWSZA

1962

1963

1964

1965

1966

1967

1968

1969

1970

1971

1972

1973

1974

1975

CZĘŚĆ DRUGA

1975

1976

1977

1978

1979

1980

ZMIERZCH

PODZIĘKOWANIA

Karta redakcyjna

Tytuł oryginału: Shoe Dog

Copyright © 2016 by Phil Knight

All rights reserved

Originally published by Gallery Books, a Division of Simon & Schuster, Inc.

Nazwiska niektórych osób występujących w książce zostały zmienione

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Agnieszka-Horzowska

Projekt okładki

Jaya Miceli and Jonathan Bush

Swoosh courtesy of NIKE

Opracowanie graficzne polskiej wersji okładki: Zbigniew Mielnik

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE, wyd. I, Poznań 2016)

ISBN 978-83-8062-777-2

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jan Karski. Jedno życie. Tom 2. Inferno. Inferno (1939–1945) Lem. Życie nie z tej ziemi Małżeństwo doskonałe. Czy ty wiesz,że ja cię kocham... Zabić Reagana Dziennik 2000-2002 George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia