Mimo twoich łez

Mimo twoich łez

Autorzy: Tarryn Fisher

Wydawnictwo: Otwarte

Kategorie: Romans / Erotyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 320

Cena książki papierowej: 36.90 zł

cena od: 26.99 zł

„Mam wszystko, bo ciężko na to zapracowałam”. Gdy ktoś tak mówi, to zazwyczaj myślimy o bogactwie, spełnionych marzeniach i szczęśliwej rodzinie. Czy pod tym pojęciem mogą kryć się kłamstwa, krzywdy i rany? Czy ktoś może sobie zapracować na wszystkie nieszczęścia świata?

Cóż, ja naprawdę mam wszystko i nie pozwolę, by ktokolwiek mi to odebrał.

Ta żmija ciągle próbuje wślizgnąć się w nasze życie i nadszedł czas, by skosztowała własnej trucizny. Ja też potrafię kąsać – każda z nas potrafi, gdy ktoś podstępem chce zniszczyć nasze związki, rodziny, życie. Czujesz złość na samą myśl o zdradzieckich żmijach, prawda?

Wypowiedzenie mi wojny to nie najlepszy pomysł. Nie poddam się bez walki, bo zawsze dostaję to, czego chcę. Tym razem poleją się łzy i nie będą to moje łzy. Powiem Ci więcej: mam w zanadrzu coś, co definitywnie przeważy szalę na moją stronę. O tak, w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone.

Leah

Dla Maryse Couturier Black

oraz

jej książkowych stręczycielek

(Jenny Aspinall, Patricii Nesbitt, Gitte Doherty

i wspaniałej Rebeki Espinozy).

Dziękuję, że odmieniłyście moje życie

1

Teraz

Patrzę na wrzeszczącą różową istotę, którą trzymam na rękach, i ogarnia mnie panika.

Panika jest jak wir wodny. Najpierw obraca się w głowie, potem nabiera prędkości, by w końcu rozlać się po całym ciele. Sprawia, że serce zaczyna szybciej bić, a żołądek się zaciska i podchodzi do gardła. Przez nią miękną kolana, palce u nóg zaś są jak z waty. Podkurczasz je, robisz kilka głębokich wdechów i chwytasz się resztek zdrowego rozsądku, zanim panika pożre cię całkowicie.

Tak wygląda pierwsze dziesięć sekund mojego macierzyństwa.

Dziecko wraca do ojca.

– Musimy zatrudnić nianię – mówię.

Wachluję się egzemplarzem „Vogue’a”, ale nagle wydaje mi się zbyt ciężki, więc upuszczam go na podłogę.

– Mogę się napić pellegrino? – Pokazuję ręką na butelkę wody, która stoi zbyt daleko, by udało mi się jej dosięgnąć, a potem opieram głowę na płaskiej szpitalnej poduszce. Fakty są takie: po dziewięciu miesiącach dorastania moje ciało opuściła istota ludzka. Skojarzenia z pasożytem są tak silne, że z trudem powstrzymuję się przed złapaniem za klapy lekarza i zażądaniem, by zawiązał mi jajowody na kokardkę. Mój brzuch wygląda jak przekłuty balon w kolorze skóry. Jestem zmęczona, obolała i chcę do domu. Nikt się nie kwapi, żeby mi podać wodę. Otwieram szeroko oczy i rozglądam się po sali. Czy wszyscy nie powinni biegać wokół mnie po tym niesamowitym wyczynie, którego właśnie dokonałam?

Mój mąż stoi z dzieckiem na ręku przy oknie. W przyćmionym popołudniowym świetle wygląda jak żywcem wyjęty z tandetnej reklamy szpitala. Brakuje tylko jakiegoś chwytliwego hasła w stylu: „Twoja rodzina – naszą rodziną”.

Przyglądam mu się uważnie. Pochyla głowę tak nisko, że nosem niemal dotyka nosa dziecka. Ten widok powinien mnie rozczulić, ale kiedy widzę jego pełen miłości wzrok, czuję, jak zazdrość ściska mi serce. Zazdrość ma tak cholernie silną dłoń, że zwijam się z bólu pod wpływem jej dotyku. Głupio mi, że do niej dopuściłam.

Dlaczego to coś nie jest chłopcem? To coś... czyli moje dziecko. Rozczarowanie sprawia, że wtulam twarz w poduszkę, żeby tylko nie patrzeć. Dwie godziny temu lekarz wypowiedział słowo „dziewczynka” i rzucił to sine, pokryte śluzem ciałko na moje piersi. Nie miałam pojęcia, co robić. Mąż się na mnie gapił, więc wyciągnęłam rękę i dotknęłam dziecka, podczas gdy słowo „dziewczynka” miażdżyło mi klatkę piersiową niczym stado słoni.

Dziewczynka.

Dziewczynka.

Dziewczynka.

Wygląda na to, że będę się dzielić mężem z inną kobietą... Znowu.

– Jak ją nazwiemy? – pyta, nawet na mnie nie patrząc. A przecież zasługuję choćby na spojrzenie. A niech to, już teraz jestem na drugim planie.

Nagle dociera do mnie, że nie wybrałam imienia dla dziewczynki. Byłam pewna, że urodzi się chłopiec, więc tego nie zrobiłam. Miał się nazywać Charles Austin – po moim tacie.

– Nie wiem. Masz jakieś propozycje? – Wygładzam prześcieradło i gapię się na swoje paznokcie. To tylko imię. Nawet nie używam tego, które nadali mi rodzice.

Wpatruje się przez dłuższą chwilę w córkę, podtrzymując dłonią jej głowę. Przestała wymachiwać piąstkami i leży spokojnie w jego ramionach. Znam to uczucie.

– Estella – odpowiada bez zastanowienia. Mam wrażenie, że całe życie czekał, żeby to powiedzieć.

Unoszę gwałtownie głowę. Spodziewałam się czegoś mniej staroświeckiego. Marszczę nos.

– To imię dobre dla staruszki – zauważam.

– Wziąłem je z pewnej książki.

Caleb i jego książki.

– Z której?

Wprawdzie nie czytam nic poza czasopismami, ale jeśli tę książkę zekranizowano, może będę wiedzieć, o co chodzi.

– Wielkie nadzieje.

Mrużę oczy i nagle czuję mdłości. To musi mieć coś wspólnego z nią. Jestem tego pewna.

Nie dzielę się z nim myślami. Jestem zbyt sprytna, żeby kierować uwagę na swoje słabości. Wzruszam ramionami i uśmiecham się do niego.

– Z jakiegoś konkretnego powodu? – pytam słodkim głosikiem.

Przez chwilę wpatruje się we mnie niewidzącym wzrokiem, zupełnie jakby odtwarzał w głowie jakiś film. Przełykam ślinę. Znam ten wyraz twarzy.

– Kotku?

Film dobiega końca i Caleb powraca do mnie.

– Zawsze podobało mi się to imię. Ona wygląda jak Estella.

Wypowiada te słowa łamiącym się głosem.

Dla mnie wygląda bardziej jak łysy staruszek, ale kiwam głową. A ponieważ nie umiem odmówić swojemu mężowi, wygląda na to, że nasze dziecko będzie miało przerąbane.

Kiedy Caleb jedzie do domu wziąć prysznic, wyciągam spod poduszki komórkę i szukam w Google’u Estelli z Wielkich nadziei.

Na jednej ze stron nazywają ją olśniewającą pięknością, zimną jak ryba i z kompleksem wyższości. Na innej twierdzą, że symbolizowała wszystko to, czego Pip pragnął, ale nie mógł mieć. Odkładam telefon i patrzę na małą. Caleb nie robi niczego bez celu. Zastanawiam się, od jak dawna chciał mieć córkę. Zastanawiam się, czy przypadkiem przez te dziewięć miesięcy, kiedy ja oczekiwałam syna, on nie oczekiwał córki.

Nie ma we mnie żadnych egzaltowanych macierzyńskich uczuć, o których opowiadały mi przyjaciółki. Podobno przepełniała je bezwarunkowa, wszechogarniająca miłość. Uśmiechałam się i kiwałam głową, starając się zapamiętać te słowa na wypadek, gdybym miała własne dziecko. I oto je mam i nic nie czuję. Te słowa nic dla mnie nie znaczą. Czy byłoby inaczej, gdybym urodziła chłopca? Dziecko zaczyna kwilić, więc wciskam guzik przywołujący pielęgniarkę.

– Potrzebuje pani pomocy? – Do sali wpada pięćdziesięciokilkulatka w fartuchu w misie. Szczerzy się do mnie, a ja podziwiam jej szczerbaty uśmiech i kiwam głową.

– Czy mogłaby ją pani zabrać? Chcę się trochę przespać.

Kiedy Estella znika z sali, oddycham z ulgą.

Będę beznadziejną matką. Co ja sobie myślałam? Wciągam powietrze przez nos, a wypuszczam ustami, tak jak wtedy, gdy ćwiczę jogę.

Muszę zapalić. Koniecznie. I muszę zabić tę wywłokę, którą kocha mój mąż. To wszystko jej wina. Zaszłam w ciążę, żeby utrzymać przy sobie faceta, którego poślubiłam. Kobieta nie powinna tego robić. Powinna czuć się bezpiecznie w małżeństwie. To dlatego wychodzi za mąż – żeby uciec od tych wszystkich mężczyzn, którzy starają się posiąść jej duszę. Oddałam duszę Calebowi. Złożyłam mu ją w ofierze. I jak to się skończyło? Muszę konkurować nie tylko ze wspomnieniem innej kobiety, ale jeszcze z pomarszczonym noworodkiem. Już teraz patrzy w oczy córce tak, jakby mógł w nich zobaczyć Wielki Kanion.

Z westchnieniem zwijam się w kłębek, przyciągam kolana do brody i chwytam się za kostki.

Zrobiłam dużo, żeby mieć dla siebie tego mężczyznę. Kłamałam i oszukiwałam. Byłam seksowna i łagodna jak baranek, gwałtowna i bezbronna. Byłam wszystkim, tylko nie sobą.

I co z tego, że jest teraz mój, skoro mu nie wystarczam. Czuję to, widzę, jak na mnie patrzy. Zawsze bada mnie wzrokiem, czegoś szuka. Nie mam pojęcia czego. Szkoda, że nie wiem. Nie mogę konkurować z dzieckiem – i to do tego ze swoim dzieckiem.

Jestem, kim jestem.

Mam na imię Leah i zrobię wszystko, żeby zatrzymać przy sobie męża.

2

Czterdzieści osiem godzin później wychodzę ze szpitala. Caleb czeka ze mną na wypis. Trzyma Estellę na rękach. Skręcałoby mnie z zazdrości, gdyby nie to, że bezustannie mnie dotyka – trzyma rękę na moim ramieniu, kreśli kciukiem kółka na mojej dłoni, przyciska usta do mojej skroni. Wcześniej byli tu jego matka i ojczym. Przez godzinę na zmianę tulili dziecko, a potem poszli na lunch ze znajomymi. Ulżyło mi, kiedy wyszli. Nie czuję się zbyt komfortowo w towarzystwie, gdy z piersi sączy mi się mleko. Przynieśli butelkę whisky Bruichladdich dla Caleba, świnkę skarbonkę od Tiffany’ego dla dziecka i dres od Gucciego dla mnie. Trzeba przyznać, że mimo swojego zadzierania nosa matka Caleba ma świetny gust. Od razu włożyłam ten dres. Pocieram materiał między palcami, czekając, aż mnie zwiozą na dół.

– Nie mogę uwierzyć, że to zrobiliśmy – mówi Caleb po raz milionowy, patrząc na swoją córkę. – Zrobiliśmy to.

W zasadzie to ja to zrobiłam. Symptomatyczne, jak łatwo mężczyźni przypisują sobie zasługę powołania do życia tych małych istot, podczas gdy ich udział sprowadzał się do tego, że mieli orgazm i złożyli łóżeczko. Wyciąga rękę i żartobliwie ciągnie mnie za włosy. Uśmiecham się z trudem. Nie umiem się na niego długo gniewać. Jest idealny.

– Ma rude włosy – zauważa, jakby potwierdzał, że to na pewno moje dziecko. No dobra, jest rudzielcem. Biedaczka, będzie miała pod górkę. Nie tak łatwo dokonać czegoś, będąc rudym.

– Co? Ten puszek? To nie włosy. – Drażnię się z nim.

Przyniósł lawendowy kocyk z pluszu. Nie mam pojęcia, skąd go wytrzasnął, bo większość rzeczy naszego dziecka jest zielona lub biała. Patrzę, jak zawija w niego małą, tak jak uczyły go pielęgniarki.

– Zadzwoniłeś do agencji nianiek? – pytam nieśmiało. To drażliwy temat, podobnie jak karmienie piersią, które Caleb usilnie popiera, choć mnie się to nie uśmiecha. W końcu osiągnęliśmy kompromis: przez kilka miesięcy będę ściągać pokarm, a potem zrobię sobie operację powiększenia biustu.

Marszczy brwi. Nie wiem, czy dlatego że powiedziałam coś nie tak, czy po prostu nie wychodzi mu z kocykiem.

– Nie zatrudnimy niani, Leah.

Nie cierpię tego. Caleb po prostu wie lepiej, jak wszystko powinno wyglądać. Myślałby kto, że jego matka była jakimś pieprzonym ideałem.

– Sama mówiłaś, że nie zamierzasz wrócić do pracy.

– Moje przyjaciółki... − zaczynam, ale mi przerywa.

– Nie obchodzi mnie, co te rozpieszczone puste lale robią ze swoimi dziećmi. To ty jesteś jej matką i to ty będziesz ją wychowywać, a nie jakaś obca baba.

Zagryzam wargi, żeby się nie rozpłakać. Kiedy patrzę na jego minę, dociera do mnie, że nie wygram. Powinnam była wiedzieć, że Caleb Drake będzie strzegł tego, co ma, z obnażonymi zębami i nikomu nie pozwoli tego dotknąć.

– Nie mam pojęcia o niemowlakach. Pomyślałam, że przydałby mi się ktoś do pomocy... − Chwytam się ostatniej deski ratunku: wydymam wargi. To zwykle działa.

– Jakoś to rozwiążemy – mówi chłodnym tonem. – Skoro większość innych mam radzi sobie bez niani, to i my damy sobie radę.

Kończy zawijać Estellę w kocyk i podaje mi ją. Przychodzi pielęgniarka i wiezie mnie na wózku do samochodu. Przez całą drogę mam zamknięte oczy, bojąc się spojrzeć na małą.

Kiedy Caleb podjeżdża do krawężnika moim nowym „maminym” samochodem, okazuje się, że nie damy rady umieścić opatulonego w kocyk dziecka w foteliku. Do reszty psuje mi to humor. Gdy coś idzie nie po mojej myśli, rezygnuję. Caleb śmieje się i mówi dziecku, jaki jest głupi, równocześnie rozwijając kocyk. Mała zasypia, a on dalej do niej gada. To głupie, że dorosły mężczyzna tak się zachowuje. Kiedy dziecko jest już zapięte w foteliku, pomaga mi wsiąść do samochodu. Przed zamknięciem drzwi całuje mnie delikatnie w usta. Zamykam oczy i delektuję się tym pocałunkiem, rozkoszuję się jego uwagą. Tak rzadko mnie całuje... Ciągle jest gdzie indziej... z kim innym. Jeśli dziecko nas do siebie zbliży, warto było je urodzić.

Po raz pierwszy jestem w swoim nowym aucie, które Caleb odebrał dziś rano od dilera. Żadna z moich przyjaciółek nie ma tak drogiego SUV-a. Mój jest najlepszy. Jednak mimo początkowej radości czuję się w nim jak w więziennej celi za dziewięćdziesiąt tysięcy dolarów. W trakcie jazdy Caleb wyjaśnia mi różne sprawy. Słyszę jego głos, ale nie docierają do mnie słowa. Ciągle myślę o tej istotce w foteliku za nami.

W domu Caleb wyciąga Estellę z fotelika i kładzie ją delikatnie w łóżeczku. Zaczął ją już nazywać Stellą. Wyciągam się na swoim ulubionym szezlongu w naszym wielkim salonie i przełączam kanały w telewizorze. Wzdrygam się, kiedy przynosi mi odciągacz pokarmu.

– Dziecko musi jeść. No, chyba że wolisz to zrobić w tradycyjny sposób...

Biorę odciągacz i przystępuję do roboty.

Urządzenie zaczyna mruczeć i warczeć, a ja czuję się jak krowa w trakcie dojenia. To niesprawiedliwe, że kobieta nosi dziecko przez czterdzieści dwa wyczerpujące tygodnie tylko po to, by potem podłączono ją do maszyny i zmuszono do jego karmienia. Caleb sprawia wrażenie, jakby cieszyły go moje cierpienia. Ma dziwne poczucie humoru. Ciągle kpi sobie ze mnie i rzuca dowcipne uwagi. Zwykle nie reaguję, jednak teraz, gdy patrzy na mnie z lekkim uśmiechem, zaczynam się śmiać.

– Leah Smith – mówi. – Matka.

Przewracam oczami. Te słowa przyprawiają mnie o kołatanie serca. Po wszystkim dwie butelki są pełne wodnistego mleka. Mam nadzieję, że Caleb zajmie się resztą, on jednak wraca z Estellą na rękach i podaje mi małą. Dopiero trzeci raz trzymam ją w ramionach. Staram się wyglądać naturalnie, żeby zrobić na nim wrażenie, i chyba mi się to udaje, bo wręczając mi butelkę, uśmiecha się i dotyka mojej twarzy.

Może właśnie o to chodzi – muszę udawać, że kocham całe to macierzyństwo, najwyraźniej tego ode mnie oczekuje. Patrzę na małą, która wessała się w butelkę. Ma zamknięte oczy i wydaje przeraźliwe odgłosy, sprawiając wrażenie straszliwie wygłodzonej. To nie takie straszne. Trochę się odprężam i wpatruję w jej twarz, próbując dostrzec jakieś podobieństwo do mnie. Caleb miał rację – pewnie będzie rudzielcem. Poza tym jednak to wykapany tatuś: pełne usta pod zaskakująco małym nosem. Na pewno będzie piękna.

– Pamiętasz, że w poniedziałek wyjeżdżam w interesach? – pyta Caleb, siadając naprzeciwko mnie.

Unoszę raptownie głowę, nie robiąc nic, by ukryć panikę malującą się na mojej twarzy. Mój mąż często wyjeżdża służbowo, ale myślałam, że weźmie kilka tygodni wolnego, żeby mi pomóc przyzwyczaić się do nowej sytuacji.

– Nie możesz wyjechać.

Patrzy na mnie, mrugając powiekami, po czym przechyla kieliszek i pije łyk jakiegoś trunku.

– Nie chcę cię zostawiać, Leah, ale dziecko przyszło na świat przedwcześnie i nie ma kto pojechać za mnie, nie udało mi się znaleźć zastępstwa. – Pochyla się ku mnie i całuje mnie w rękę. – Wszystko będzie dobrze. W poniedziałek przyjeżdża twoja matka. Pomoże ci. Nie będzie mnie tylko trzy dni.

Z trudem powstrzymuję jęk. Moja matka to zakochana w sobie egocentryczka ze skłonnościami do teatralnych gestów. Dzień z nią jest jak tydzień. Na widok mojej miny Caleb marszczy brwi.

– Ona się naprawdę stara, sama chciała przyjechać. Tylko proszę, nie traktuj jej źle.

Zagryzam usta, żeby nie powiedzieć czegoś brzydkiego. To moja zła strona, Caleb tego nie znosi i staram się przy nim opanowywać. Co innego, kiedy go nie ma – wtedy klnę jak szewc i rzucam wszystkim, co mam pod ręką.

– Na jak długo przyjeżdża? – burczę.

– Musi się jej odbić...

– Co takiego? – Jestem tak zbita z tropu wiadomością o wizycie matki, że nie zauważam, że Estella się krztusi, a między jej różowymi usteczkami pojawiają się bąbelki mleka. – Pomóż, nie wiem, co robić.

Podchodzi, bierze ode mnie dziecko, przytula je do piersi, po czym klepie je po plecach tak delikatnie, że ten odgłos przypomina bicie serca.

– Zostanie tu jakiś tydzień.

Przewracam się na brzuch i chowam twarz w poduszce. Ze śmiechem klepie mnie po wypiętej pupie.

– Nie będzie tak źle.

– A właśnie że będzie – odpowiadam przez zaciśnięte zęby.

Poduszki szezlongu uginają się pod jego ciężarem, kiedy siada obok mnie. Zerkam na niego zza włosów, które przypominają czerwoną woalkę. Trzyma dziecko jedną ręką, a drugą odgarnia mi włosy z twarzy.

– Popatrz na mnie – prosi. Spełniam tę prośbę, omijając wzrokiem mały kształt przytulony do jego piersi. – Wszystko dobrze?

Przełykam z trudem ślinę.

– Tak.

Zaciska usta i kiwa głową.

– „Tak”... Czy już kiedyś wspominałem, że zawsze kiedy czujesz się bezradna, odpowiadasz półsłówkami?

– Nie próbuj poddawać mnie psychoanalizie, chłopczyku.

Śmieje się i przewraca mnie na plecy. Uwielbiam, kiedy się ze mną przekomarza. Ostatnio jednak robi to coraz rzadziej...

– Wszystko będzie dobrze, ruda. Jeśli będziesz mnie potrzebowała, wskoczę do samolotu i przylecę do domu.

Uśmiecham się i kiwam głową.

Jednak nie ma racji. Nie będzie dobrze. Ostatni raz widziałam się z matką, kiedy byłam w siódmym miesiącu. Przyleciała na baby shower i przez całą drogę narzekała, jakie okropne miejsce wybrały na imprezę moje przyjaciółki.

– To herbaciarnia, mamo, nie bar.

Na samej imprezie nie odzywała się do nikogo i siedziała w kącie, dąsając się, bo nikt nie przedstawił jej jako matki przyszłej matki. A potem o mało nie pobiła właścicielki herbaciarni, ponieważ w karcie nie było brazylijskiego organicznego miodu. Od tamtej pory nie chciałam jej widzieć.

Caleb, jak zwykle wielkoduszny i wyrozumiały, zachęca mnie, bym nie zwracała uwagi na jej wady i pomogła jej zrozumieć, jak stać się lepszą matką. Uwielbiam w nim te cechy, ale już dawno do mnie dotarło, że nigdy nie będę taka jak on. Udaję, że wiem, o co mu chodzi, a potem i tak robię swoje. Zwykle oznacza to bierną agresję. Również tym razem się z nim zgadzam i obiecuję, że postaram się być dobra dla matki, a potem idę na górę, żeby uciec od niego i hałaśliwego dziecka. Straszliwie chce mi się palić. Wchodzę do łazienki, rozbieram się, po czym długo i krytycznie wpatruję się w swoje odbicie w lustrze. Mój brzuch na szczęście się zmniejszył, jeszcze kilka kilogramów i powrócę do normalności. Tylko że do normalności musi powrócić także moje życie.

3

Matka, zgodnie z zapowiedzią, przylatuje w poniedziałek. Wyjeżdżamy po nią wszyscy na lotnisko. Caleb ma wątpliwości, czy nie za szybko zabieramy dziecko w tak zatłoczone miejsce, ale przekonuję go, że nic się nie stanie, jeśli weźmiemy wózek. Mam dosyć siedzenia w domu, trzymania butelek i udawania, że te trzy i pół kilograma wrzeszczącego ludzkiego ciała jest urocze. Poza tym mam ochotę na sok z Jamba Juice. Sączę go właśnie i chodzę za pchającym wózek Calebem po terminalu, gdy dostrzegam ohydne blond włosy matki. Właśnie zjeżdża ruchomymi schodami. Przewracam oczami. Ma na sobie biały kostium. Kto odbywa dalekie podróże w białych ciuchach? Macha i podbiega do nas. Najpierw ściska Caleba, potem mnie.

Następnie pochyla się nad wózkiem i zasłania dłonią usta, zupełnie jakby ogarnęło ją ogromne wzruszenie.

Zbiera mi się na wymioty.

– Ojojoj... – szczebiocze. – Wygląda zupełnie jak Caleb.

Kompletna bzdura. Poprzedniego dnia uznałam, że wygląda jak ja. Ma rudawy puszek na głowie i twarz w kształcie serca. Mimo to mój mąż uśmiecha się szeroko i wdają się w pięciominutową pogawędkę o nawykach żywieniowych i wypróżnieniach Estelli. Jestem zdziwiona, że moja matka w ogóle coś na ten temat wie – w końcu moją siostrą i mną opiekowała się niania. Nerwowo tupię nogą w tandetną wykładzinę z palmami i wpatruję się tęsknie w wyjście. Mam ochotę stąd uciec. Jak to możliwe, że uznałam przyjazd tutaj za dobry pomysł?

Kiedy Caleb przenosi uwagę na dziecko, matka szturcha mnie w brzuch i z niesmakiem kręci głową. Wciągam brzuch i rozglądam się dookoła z poczuciem winy. Czy ktoś jeszcze zauważył jego rozmiary? Od porodu minęło zaledwie parę dni, ale cały czas staram się pilnować. Ta chwila nieuwagi strasznie mnie zawstydza. Przez całą drogę z lotniska myślę tylko o tym. Ślubuję uroczyście nic nie jeść, dopóki nie odzyskam dawnej figury.

W domu matka nalega, żeby zamieszkać obok pokoju Estelli, mimo że przygotowałam już dla niej większy pokój gościnny.

– Mamo, jaki to ma sens? – pytam, kiedy Caleb stawia jej walizkę przy łóżku.

– Chcę ci pomóc, Leah. Będę wstawać do niej w nocy i w ogóle.

Trzepocze rzęsami, spoglądając na Caleba, który uśmiecha się do niej.

Z trudem się powstrzymuję przed przewróceniem oczami.

Udaje, że jest zachwycona dzieckiem, ale ja wiem swoje. Publiczne okazywanie czułości to jej specjalność, budowanie wizerunku. Kiedy znika publiczność, znika również jej miłość. Gdy byłam dzieckiem, pieszczotliwie ciągnęła mnie za włosy, całowała po twarzy i komplementowała mój wygląd – wszystko to w obecności przyjaciółek. Po ich wyjściu wysyłała mnie do pokoju, gdzie miałam się uczyć lub ćwiczyć grę na skrzypcach, w każdym razie nie zawracać jej głowy aż do kolejnego przedstawienia.

– Serio? – cedzę przez zęby. – Niby jakim cudem usłyszysz jej płacz, skoro jak zwykle nafaszerujesz się tabletkami?

Na jej twarzy pojawiają się czerwone plamy. Caleb trąca mnie łokciem w żebra. Mieliśmy nie mówić o jej uzależnieniu od środków nasennych.

– Tym razem ich nie wezmę – odpowiada stanowczo. – Nakarmię małą, żebyś miała chwilę wytchnienia.

Caleb przytula córkę, a potem idziemy wszyscy na dół.

Siedząc na stołku barowym w kuchni, patrzę podejrzliwie, jak matka nosi Estellę i jej śpiewa. Prowadzimy niezobowiązująca pogawędkę, czy też raczej oni ją prowadzą. Ja skubię rozdwojone końcówki włosów.

– Po wyjeździe tatusia będziemy się tu świetnie bawić – zwraca się matka pieszczotliwym głosem do dziecka. – Ty, mamusia i ja.

Caleb patrzy na mnie ostrzegawczo, po czym idzie na górę, żeby się spakować przed podróżą. Korci mnie, by jakoś złośliwie skomentować jej poczynania, ale przypominam sobie obietnicę złożoną mężowi i trzymam język za zębami. Poza tym, jeśli ma ochotę odgrywać rolę babci i zaspokajać wszelkie potrzeby Estelli, nie będę jej w tym przeszkadzać. To tylko zaoszczędzi mi kłopotów.

– Ma rude włoski – mówi matka, gdy już jest pewna, że Caleb nas nie słyszy.

– Tak, zauważyłam.

Cmoka.

– Zawsze myślałam, że moje wnuki będą miały ciemne włosy jak Charles.

– Ona nie będzie miała, bo jest moja – odgryzam się.

Patrzy na mnie kątem oka.

– Nie bądź taka obrażalska, Johanno. To do ciebie nie pasuje.

Jak zawsze krytyczna. Nie mogę się doczekać jej wyjazdu.

A potem to do mnie dociera. Kiedy już wyjedzie, wtedy nie Caleb będzie zostawał w domu z dzieckiem, tylko ja. Ten wyjazd służbowy jest pierwszym z wielu, podczas których będę musiała czuwać nocami, sprzątać... ekskrementy... i – o rany – kąpać dziecko. O mało nie spadam ze stołka. Muszę koniecznie pogadać z Calebem i przekonać go, jak bardzo potrzebuję pomocy.

– Mamo – mówię słodkim głosikiem, chyba za słodkim, bo spogląda na mnie ze zdziwieniem. – Caleb nie chce zatrudnić niani.

Mam nadzieję, że stanie po mojej stronie i pogada z moim mężem.

Patrzy w górę schodów, gdzie kilka chwil temu zniknął Caleb. Zwilża usta, a ja pochylam się, by lepiej słyszeć mądrości, które zamierza mi przekazać. Matka jest bardzo zaradną kobietą. Przez małżeństwo z moim ojcem, który był kontrolującym manipulatorem, musiała się nauczyć, jak osiągać cele bez pokazywania, że je osiąga.

Kiedy Court miała osiemnaście lat, chciała polecieć z przyjaciółkami do Europy. Ojciec odmówił. Nie wyraził tej odmowy słowami. Po prostu przeciął ręką powietrze, gdy tylko ośmieliła się o to zapytać. Machnięcie ręką. To był częsty widok w naszym greckim domu. Nie smakował mu obiad? Machnięcie. Miał kiepski dzień w pracy i nie chciał z nikim gadać? Machnięcie. Leah po raz piąty rozbija swój samochód za pięćdziesiąt tysięcy dolarów? Machnięcie. Ostatecznie jednak Court dzięki matce poleciała do Europy. A wyglądało to tak:

Matka: „Pamiętasz czasy, gdy byłeś biednym chłopcem? Jak bardzo chciałeś podróżować?”.

Ojciec: „Ona wciąż jeszcze jest dzieckiem”.

Matka: „Niech leci, póki jeszcze mamy nad nią kontrolę. Opłacimy jej przeloty, hotele i zapewnimy bezpieczną podróż... O wiele lepiej, żeby poleciała tam teraz, niż gdy będzie po dwudziestce i prześpi się z połową Francji”.

Ojciec nienawidził Francji.

Zamyślił się. Trudno było odmówić logiki rozumowaniu matki. Tydzień później dokonał stosownych rezerwacji. Court była uważnie obserwowana, ale, kurczę, poleciała do Europy! Ja natomiast poszłam do college’u. Po powrocie podarowała mi niewielki obraz, który kupiła u ulicznego sprzedawcy. Przedstawiał czerwoną parasolkę wiszącą w powietrzu na deszczu, jakby trzymaną przez niewidzialną rękę. Jeden rzut oka na ten obrazek wystarczył, bym wiedziała, co chce mi powiedzieć. Zaczęłam płakać, a Court roześmiała się i pocałowała mnie w policzek. „Nie becz, Leah. Dobrze wiemy, o co chodzi na tym obrazku, tak?”.

Dwa miesiące w Europie i już każde zdanie kończyła słówkiem „tak”.

Court jest... była... taka słodka. Mam ochotę o niej napomknąć, zapytać matkę o jej ostatniego chłopaka, ale to wciąż delikatna kwestia.

– Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. – Głos matki przywraca mnie do teraźniejszości.

To wszystko? Wpatruję się w nią pustym wzrokiem. Jak ta bezsensowna sentencja ma się do sprawy pomocy przy dziecku?

Matka ciężko wzdycha.

– Leah, kochanie... Caleb ciągle jest w rozjazdach, prawda?

Zaczynam rozumieć, o co jej chodzi, i kiwam głową. Dotąd nie brałam pod uwagę tej możliwości. Naprawdę mogłabym to zrobić? Zatrudnić nianię, żeby przychodziła i zajmowała się dzieckiem w dni, w które nie będzie Caleba?

Moja matka nie ma sobie równych, jeśli chodzi o intrygi i krętactwa. Pomogła mi, kiedy przed ślubem Caleb miał wypadek i stracił pamięć. Ku mojemu przerażeniu nie pamiętał, kim jestem. Nie mieściło mi się w głowie, jak to się mogło stać. Mężczyzna moich marzeń patrzył na mnie, jakbym była kimś zupełnie obcym. Szybko wzięłam się w garść i uznałam, że muszę go wspierać, dopóki nie odzyska pamięci. Wiedziałam, że w końcu przypomni sobie, jak bardzo chciał ze mną być, i założy mi na palec pierścionek zaręczynowy od Tiffany’ego, który znalazłam w jego szufladzie ze skarpetkami. Tyle że on, zamiast stawać mi się bliższy, zaczął się ode mnie oddalać i coraz więcej czasu spędzał sam.

Wkrótce poinformował mnie, że spotyka się z inną dziewczyną, o ile można nazwać „spotykaniem się” to, co się działo między nimi, a słowem „dziewczyna” określić tę przebiegłą sukę, która o mało nie zniszczyła mi życia. Natychmiast zadzwoniłam do matki i opowiedziałam jej o wszystkim.

– Nie spuszczaj go z oka – poradziła. – Ustal, czy to poważna sprawa, i zrób wszystko, żeby to zakończył.

Posłuchałam tej rady i pewnego wieczoru pojechałam za nim na tandetne osiedle w jeszcze bardziej tandetnej dzielnicy. Klockowate budynki miały łososiowe elewacje. Przyglądając się żałosnej roślinności, która na próżno starała się ożywić to miejsce, zatrzymałam się w pewnej odległości od audi Caleba. Byłam roztrzęsiona, wiedząc, że zapewne idzie na spotkanie z tą dziewczyną. Widziałam w lusterku wstecznym, jak podchodzi do drzwi i puka. W ogóle ich nie szukał, nie patrzył na kartkę ani w telefon, jakby doskonale wiedział, dokąd iść. Drzwi się otworzyły i chociaż nie widziałam osoby stojącej za nimi, wiedziałam, że to musi być ona, bo na jego twarzy pojawił się uśmiech, który do tej pory był zarezerwowany dla mnie: kokieteryjny i seksowny. Jezu, co tutaj się wyprawia?

Odczekałam kilka minut, a potem wysiadłam z samochodu i podeszłam do drzwi. Chcąc się upewnić, że dobrze robię, napisałam SMS-a do matki, a ona odpowiedziała stanowczym: „Wejdź tam, zanim zrobi coś głupiego!”. Kilka chwil później dodała: „Płacz”.

Posłuchałam i zabrałam stamtąd Caleba. Jednak było to krótkotrwałe zwycięstwo. Okazało się, że to jego dawna dziewczyna ze studiów. Chcąc go odzyskać, udawała, że dopiero co go poznała. Dowiedziałam się tego dzięki włamaniu do jej mieszkania.

Zaraz potem pojechałam do niego. W ręce trzymałam dowód na to, jaka z niej intrygantka. Od razu powinnam się była domyślić, że ta dziewczyna oznacza kłopoty. Od chwili, gdy ją po raz pierwszy zobaczyłam, powinnam była wiedzieć, że to nie jest jakiś przypadkowy związek z przypadkową dziewczyną. Jednak minęło trochę czasu, zanim się w tym połapałam.

Nie zastałam go w domu, na szczęście miałam klucz (o czym nie wiedział). Dzięki temu dokonałam przeszukania, zupełnie jakbym była jakimś pieprzonym śledczym. Przyrządził kolację dla dwóch osób. W przedpokoju ciągle wyczuwało się charakterystyczny zapach steków. Czy ta dziewczyna była tu z nim? Zrobiło mi się niedobrze. Kiedy w salonie ujrzałam dwa kieliszki po winie, spanikowana pobiegłam do sypialni. Szukałam dowodów na to, że byli razem. Jego łóżko było niepościelone, ale nie zauważyłam żadnych niepokojących śladów. Chociaż co by to miały być za ślady? Nie znalazłabym opakowań po prezerwatywach, bo Caleb ich nie używał. Twierdził, że na ich widok chce mu się rzygać. Dlatego od początku naszego związku stosowałam tabletki antykoncepcyjne.

Mimo to odetchnęłam z ulgą, po czym podeszłam do komody i otworzyłam szufladę. Po chwili napotkałam dłonią kwadratowe pudełeczko od Tiffany’ego, w którym znajdował się mój pierścionek zaręczynowy. Otworzyłam je i poczułam pod powiekami łzy. Tak niewiele brakowało! Już miał mi się oświadczyć, kiedy spotkał go ten cholerny wypadek i po prostu o mnie zapomniał.

Zasługiwałam na to, żeby z nim być i nosić na palcu pierścionek z dwukaratowym brylantem.

Pozbyłam się jej.

Przynajmniej na jakiś czas.

Podwożę Caleba na lotnisko, a potem idę na zakupy. Wydaje się to trochę płytkie i pewnie myślicie, że mam poczucie winy... Nic z tego. Chcę poczuć między palcami gładkie jedwabie.

Uznaję po prostu, że skoro mój brzuch nie przypomina już piłki do kosza, przydałyby mi się całkiem nowe ciuchy.

Zajeżdżam swoim nowym SUV-em na parking w Gables i idę prosto do sklepu sieci Nordstrom. W przymierzalni staram się nie patrzeć na swój brzuch. To świetne uczucie mieścić się w sukienkach z wcięciem w talii. Wychodzę z torbami, w których znajdują się zakupy za ponad trzy tysiące dolarów. Wrzucam je na tylne siedzenie i postanawiam wyskoczyć na drinka z moją przyjaciółką Katine.

– Nie karmisz piersią? – dziwi się, siadając obok mnie. Patrzy przez chwilę na moje nabrzmiałe piersi, biorąc wisienkę z tacki leżącej na barze.

Wzruszam ramionami.

– Odciągam pokarm. A co?

Uśmiecha się z wyższością, żując owoc. Kiedy Katine zadziera nosa, przypomina polityka Newta Gingricha, z blond fryzurą i nabotoksowanego. Zlizuję sól z krawędzi szklanki z margaritą. Żal mi tej Katine.

– Nie powinnaś pić, kiedy karmisz piersią.

Przewracam oczami.

– W lodówce mam spore zapasy. Do czasu, kiedy znowu będę musiała odciągnąć pokarm, w moim organizmie nie będzie już alkoholu.

Katine otwiera szeroko oczy, przez co wygląda jeszcze głupiej, niż zwykle wyglądają blondynki.

– Co słychać u ukochanej mamusi? – pyta.

– Pilnuje ukochanego dziecka – odpowiadam. – Możemy zmienić temat?

Wzrusza ramionami, jakby chciała powiedzieć, że i tak jej to nie obchodzi. Zamawia gin z tonikiem i opróżnia szklankę stanowczo zbyt szybko.

– Kochałaś się już z Calebem?

Wzdrygam się. Katine nie ma oporów przed zadawaniem najintymniejszych pytań. Próbuję wytłumaczyć to sobie tym, że pochodzi z innego obszaru kulturowego, ale prawda jest taka, że mieszka w Stanach od wczesnego dzieciństwa. Zamawiam drugą margaritę. Kelner to kawał przystojniaka. Z jakiegoś powodu nie chcę, by wiedział, że jestem matką. Ściszam głos.

– Dopiero co urodziłam, Katine. Muszę odczekać przynajmniej sześć tygodni.

– Ja miałam cesarkę – ona na to.

Oczywiście wiem o tym. Katine dziesiątki razy raczyła mnie okropną historią swojego porodu.

Ze znudzeniem odwracam wzrok, jednak jej następne słowa sprawiają, że znów na nią patrzę.

– Twoja pochwa jest teraz rozciągnięta i bezużyteczna.

Przede wszystkim upewniam się, czy kelner słyszał te słowa. Potem mrużę oczy i pytam:

– O czym ty mówisz?

– O porodzie naturalnym. A co? Myślałaś, że wszystko jak gdyby nigdy nic wróci na miejsce? – Śmieje się niczym hiena, odrzucając głowę do tyłu, tak że prawie widzę jej migdałki. Zastanawiam się, ile razy miałam ochotę spoliczkować swoją najlepszą przyjaciółkę. Wreszcie opanowuje się i wzdycha ciężko.

– Spokojnie, Leah, ja tylko żartowałam. Szkoda, że nie widziałaś swojej miny. Zupełnie jakbym powiedziała, że umarło ci dziecko.

Bawię się serwetką. A jeśli ma rację? Korci mnie, żeby wyjąć komórkę i sprawdzić to w Google’u. Dobrze, że ćwiczę mięśnie Kegla.

Czy Caleb zauważy różnicę? Pocę się na samą myśl. Nasz związek zawsze opierał się na seksie. Podczas gdy w naszych znajomych stopniowo gasł żar i ograniczali się do pospiesznych numerków w pozycji misjonarskiej, kiedy dzieci poszły spać, my wciąż byliśmy nienasyceni. W początkach naszego związku widziałam ulgę malującą się na jego twarzy za każdym razem, gdy mnie dotykał, a ja momentalnie reagowałam. Nigdy go nie odepchnęłam. Nigdy nie chciałam go odepchnąć. Teraz jednak niewykluczone, że to on odepchnie mnie.

Zamawiam kolejnego drinka.

A więc nie obejdzie się bez nowych lęków. Chyba muszę się spotkać ze swoim psychoterapeutą.

– Słuchaj – odzywa się Katine i nachyla się do mnie. Kręci mnie w nosie od zapachu jej słodkich waniliowych perfum. – Po urodzeniu dziecka nic nie jest takie jak dawniej. Zmienia się twoje ciało, zmienia się dynamika związku, w którym jesteś... Musisz wykazać się nie lada pomysłowością. Przede wszystkim jednak musisz zrzucić trochę kilogramów... I to jak najszybciej.

Pstryka palcami, przywołując kelnera, po czym zamawia frytki i smażone kalmary.

Suka.

4

Dostępne w wersji pełnej

5

Dostępne w wersji pełnej

6

Dostępne w wersji pełnej

7

Dostępne w wersji pełnej

8

Dostępne w wersji pełnej

9

Dostępne w wersji pełnej

10

Dostępne w wersji pełnej

11

Dostępne w wersji pełnej

12

Dostępne w wersji pełnej

13

Dostępne w wersji pełnej

14

Dostępne w wersji pełnej

15

Dostępne w wersji pełnej

16

Dostępne w wersji pełnej

17

Dostępne w wersji pełnej

18

Dostępne w wersji pełnej

19

Dostępne w wersji pełnej

20

Dostępne w wersji pełnej

21

Dostępne w wersji pełnej

22

Dostępne w wersji pełnej

23

Dostępne w wersji pełnej

24

Dostępne w wersji pełnej

25

Dostępne w wersji pełnej

26

Dostępne w wersji pełnej

27

Dostępne w wersji pełnej

28

Dostępne w wersji pełnej

29

Dostępne w wersji pełnej

30

Dostępne w wersji pełnej

31

Dostępne w wersji pełnej

32

Dostępne w wersji pełnej

33

Dostępne w wersji pełnej

34

Dostępne w wersji pełnej

35

Dostępne w wersji pełnej

36

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Dirty Red

Copyright © 2012 by Tarryn Fisher

Copyright © for the translation by Piotr Grzegorzewski

Opieka redakcyjna: Natalia Karolak

Adiustacja: Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK

Korekta: Maria Armata / Wydawnictwo JAK,

Joanna Hołdys / Wydawnictwo JAK

Projekt okładki: Eliza Luty

Fotografie na okładce: © copyright by Wydawnictwo Otwarte, 2016

ISBN 978-83-751-5709-3

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o., ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ciemna strona. Mud Vein Bad Mommy. Bad Mommy. Zła Mama Mimo naszych kłamstw Margo Mimo twoich łez 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Mroczny las Sztuka kochania Kocham Rzym Czas pokaże Nie tacy oni straszni After 4. Bez siebie nie przetrwamy