Kostuszka

Kostuszka

Autorzy: Carla Mori

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 272

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 11.21 zł

Brzostowscy wraz z ośmioletnią córką wiodą spokojne i szczęśliwe życie na południu Anglii. Z dala od rodziny, z którą nie zawsze się dogadywali, snują plany i marzenia na długie, wspólne lata. Jednak któregoś dnia w ich domu pojawia się włamywacz, z zimną krwią mordując Annę. Jej mąż staje się głównym podejrzanym i wspólnie z opieką społeczną decyduje o przekazaniu tymczasowej pieczy nad dzieckiem babce i ciotce, pozostałym w Polsce. Dotknięta głęboką traumą dziewczynka, z dnia na dzień pozbawiona obojga rodziców, ląduje w obcym kraju, wśród obcych dla siebie ludzi. Jeśli wydaje Ci się, że najgorszym dziecięcym koszmarem jest utrata rodziców, spróbuj sobie wyobrazić, co czuje mała dziewczynka, kiedy najbliżsi jej ludzie okazują się również najbardziej okrutni. Czasami jedynym schronieniem przed bólem bywa miejsce mroczne i niepokojące. Miejsce, w którym można dowiedzieć się zaskakującej prawdy o sobie…

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Da­riusz Ko­cu­rek

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3 C

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

Tekst © Car­la Mori

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

ISBN 978-83-7835-552-6

Kisz­kom-Sio­strzycz­kom

Dia­nie na­to­miast, uwa­ża­nej we­dług wie­rzeń po­gań­skich za nie­wia­stę i dzie­wi­cę za­ra­zem, ma­tro­ny i dzie­wi­ce od­da­wa­ły cześć przez skła­da­nie przed jej po­są­ga­mi wień­ców. Rol­ni­cy zaś i pro­wa­dzą­cy go­spo­dar­kę rol­ną czci­li Ce­re­rę, na wy­ści­gi skła­da­jąc jej w ofie­rze ziar­na zbóż […].

Jan Dłu­gosz, Rocz­ni­ki, czy­li kro­ni­ki sław­ne­go Kró­le­stwa Pol­skie­go

1.

Do­cho­dzi­ła dwu­na­sta. Żar lał się z nie­ba, a na ze­wnątrz było tak par­no, że w ustach nie­mal czuć było mdły po­smak su­szy. Go­rą­cy as­falt zda­wał się skwier­czeć jak tłuszcz na roz­grza­nej pa­tel­ni. Ro­ze­dr­ga­ne po­wie­trze nad na­wierzch­nią ulic two­rzy­ło wra­że­nie roz­le­głych ka­łuż, oszu­ku­jąc spra­gnio­nych prze­chod­niów, ni­czym mi­ra­że Sa­ha­ry. Pta­ki umil­kły, chro­niąc się w swo­ich gniaz­dach, a lu­dzie po­spiesz­nie zni­ka­li z wi­do­ku, kry­jąc się w chłod­nych klat­kach scho­do­wych. Omdla­łe od upa­łu ro­śli­ny trwa­ły w bez­ru­chu, ocze­ku­jąc choć­by naj­mniej­sze­go po­dmu­chu wia­tru. Osie­dlo­we traw­ni­ki daw­no już wy­schły na wiór i ko­lo­rem nie­wie­le róż­ni­ły się od za­ku­rzo­nych chod­ni­ków, zaś po mi­ster­nie za­pla­no­wa­nych ra­bat­kach nie było już śla­du. Bez­dom­ny kot wy­grze­wał się na klom­bie, po­śród spło­wia­łej, ze­schnię­tej ma­cie­rzan­ki. Z da­le­ka sły­chać było nie­mra­we po­krzy­ki­wa­nia dzie­ci, któ­re w tym roku znów nie po­je­cha­ły na let­nie obo­zy. Z czy­jejś kuch­ni do­cho­dził od­głos tłu­cze­nia ko­tle­tów, a od stro­ny otwar­te­go na oścież okna na jed­nym z niż­szych pię­ter czuć było cha­rak­te­ry­stycz­ną woń go­to­wa­nej ka­pu­sty. W chwi­li, kie­dy Pol­skie Ra­dio wy­emi­to­wa­ło pierw­sze dźwię­ki hej­na­łu ma­riac­kie­go, z nie­od­le­głej ko­ściel­nej wie­ży za­grzmia­ły dzwo­ny.

Spo­glą­da­jąc z pew­nej od­le­gło­ści w głąb nie­du­że­go osie­dla przy uli­cy Sło­wac­kie­go, mia­ło się wra­że­nie, że lu­dzie daw­no już opu­ści­li to miej­sce. Wpraw­dzie wie­ko­wa szko­ła sta­ła za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej, ale w sło­necz­ną let­nią nie­dzie­lę próż­no było szu­kać tu choć­by jed­ne­go dziec­ka. Be­ton bo­iska świe­cił pust­ka­mi, nie wi­dać było dziew­czy­nek gra­ją­cych w gumę albo chłop­ców urzą­dza­ją­cych ro­we­ro­we wy­ści­gi. Ide­al­nie nud­nej sza­ro­ści chod­ni­ków nie mą­ci­ły żad­ne ko­lo­ro­we ba­zgro­ły. Sracz­ko­wa­te czte­ro­pię­tro­we bu­dyn­ki róż­ni­ły się od sie­bie tyl­ko ko­lo­ra­mi za­sło­nek w oknach. Wszyst­ko tu wy­glą­da­ło iden­tycz­nie nie­cie­ka­wie, nu­żą­co i ospa­le. Przy śmiet­ni­kach, cuch­ną­cych zgni­li­zną i mo­czem, po­za­wie­sza­no fo­lio­we tor­by na su­chy chleb. Z ła­wek przy trze­pa­kach od­cho­dzi­ły ko­lej­ne war­stwy far­by. Pia­skow­ni­ce od lat już słu­ży­ły wy­łącz­nie bez­pań­skim ko­tom, a pod kil­ko­ma drze­wa­mi roz­kła­da­ły się wy­rzu­ca­ne tu dla pta­ków obia­do­we reszt­ki.

– Nie­ład­nie tu – za­wy­ro­ko­wa­ła re­zo­lut­na pię­cio­lat­ka, zgrab­nie dro­bią­ca u boku swo­jej od­święt­nie wy­stro­jo­nej mat­ki. – I śmier­dzi.

– Nie­ład­nie to ty mó­wisz. Nie wy­ra­żaj się. Ma­mu­sia tyle razy pro­si.

– Ale śmier­dzi. To mó­wię, że śmier­dzi.

– Ska­ra­nie bo­skie z tobą, dziec­ko. Nie­moż­li­wa je­steś, wiesz?

Przez chwi­lę szły bez sło­wa.

– Mamo, a może ty je­steś cho­ra?

– Co ty mó­wisz? Skąd ci to przy­szło do gło­wy?

– Bo jak ja by­łam cho­ra kie­dyś, to nie czu­łam, jak ka­la­fior śmier­dział, co bab­cia go­to­wa­ła.

– Jezu, jaki zno­wu ka­la­fior?!

– Taki bia­ły. Lu­bię bar­dzo, jak bab­cia robi z bu­łecz­ką, tyl­ko śmier­dzi jak pier­dzioch. A po­tem się pier­dzi jak śmier­dzioch. – Dziew­czyn­ka za­chi­cho­ta­ła, te­atral­nie za­sła­nia­jąc dło­nią usta.

– Boże, nie mów tak, to jest bar­dzo brzyd­ko! Jak jesz­cze raz usły­szę, że tak mó­wisz, to ci wpio­rę. Ro­zu­mie­my się? Dupę ci zle­ję – skar­ci­ła małą mat­ka. – I żaba ci uro­śnie – do­da­ła, nie znaj­du­jąc wi­docz­nie lep­sze­go ar­gu­men­tu. – Uspo­kój się i chodź szyb­ciej, już je­ste­śmy spóź­nio­ne.

Dziew­czyn­ka po­słusz­nie przy­spie­szy­ła i chwi­lę szła w mil­cze­niu, ko­piąc przed sobą ka­myk. Koł­nie­rzyk czer­wo­nej su­kien­ki naj­wy­raź­niej ją uwie­rał, bo raz po raz od­chy­la­ła go i ob­cią­ga­ła w dół, mnąc upra­so­wa­ny na sztyw­no ma­te­riał.

– Prrr, prrr… prrr… – wy­da­ła z sie­bie na­gle, a po­tem jesz­cze raz.

– Co ty ro­bisz?! – ofuk­nę­ła ją mat­ka.

– Nie mogę ci po­wie­dzieć.

– Mów na­tych­miast!

Dziew­czyn­ka zde­cy­do­wa­nie po­krę­ci­ła gło­wą i wró­ci­ła do prze­rwa­ne­go za­ję­cia.

– Prrr, prrr… prrr…

– Pier­dzisz! Pier­dzisz bu­zią! Na­tych­miast prze­stań, gno­ju je­den! – wrza­snę­ła na nią mat­ka.

– Uro­śnie ci! Uro­śnie ci!

– Co ty tam zno­wu pie­przysz?! – Ko­bie­ta z ca­łej siły szarp­nę­ła cór­kę za ra­mię i od­wró­ci­ła do sie­bie. – Nie mo­żesz się za­cho­wy­wać jak nor­mal­ne dziec­ko? Nie­nor­mal­na je­steś czy co?! Masz ja­kiś, kur­wa, au­tyzm czy je­steś po pro­stu głu­pia?!

Mała sta­ła na chod­ni­ku, raz po raz po­trzą­sa­na przez mat­kę. Łka­ła. Bu­zię, wy­krzy­wio­ną w pod­ków­kę, za­sła­nia­ła drob­ny­mi piąst­ka­mi i roz­my­wa­ła po twa­rzy łzy i smar­ki.

Na wi­dok łez pier­wo­rod­nej ko­bie­ta oprzy­tom­nia­ła. Za­wsty­dzo­na swo­im na­głym wy­bu­chem, ro­zej­rza­ła się z lę­kiem. Nie­my lincz, gło­wy krę­cą­ce się z po­li­to­wa­niem, znak krzy­ża kre­ślo­ny nie­dba­le w po­wie­trzu i kar­cą­cy wzrok lu­dzi, któ­rych przy ży­ciu trzy­ma wy­łącz­nie pra­gnie­nie oce­nia­nia in­nych. Była pew­na, że je­śli któ­ryś z daw­nych są­sia­dów był świad­kiem jej ro­dzi­ciel­skiej po­raż­ki, bę­dzie na ję­zy­kach wszyst­kich przez dłu­gie ty­go­dnie. Omia­ta­jąc wzro­kiem okna blo­ko­wi­ska, spo­dzie­wa­ła się zo­ba­czyć tłum ga­piów z no­sa­mi przy­kle­jo­ny­mi do szyb. Nie za­uwa­żyw­szy jed­nak ni­cze­go nie­po­ko­ją­ce­go, wy­raź­nie ode­tchnę­ła z ulgą. Przy­kuc­nę­ła i otar­ła cór­ce twarz, a po­tem za­bra­ła się za po­pra­wia­nie jej su­kien­ki.

– Już się uspo­kój, no! No opa­nuj się już, nic ci się nie sta­ło prze­cież, no – po­wie­dzia­ła ma­łej pro­sto w nos. Spu­ści­ła po­now­nie wzrok i za­uwa­ży­ła wy­gnie­cio­ny koł­nie­rzyk, ale nie po­wie­dzia­ła nic na jego te­mat. Za­miast tego wcią­gnę­ła ze świ­stem po­wie­trze i w my­ślach po­li­czy­ła do dzie­się­ciu. – Po­wiesz mi te­raz, co mi uro­śnie?

Dziew­czyn­ka dą­sa­ła się jesz­cze przez mo­ment, ale w koń­cu za­dar­ła dum­nie głów­kę i wy­raź­nie ośmie­lo­na wy­pa­li­ła:

– Żaba, bo mó­wisz brzyd­ko. O, tu ci uro­śnie! – wy­krzyk­nę­ła zde­cy­do­wa­nie zbyt gło­śno i po­ka­za­ła mat­ce ję­zyk.

***

Gdy­by spoj­rzeć w dół uli­cy na ciąg iden­tycz­nych bu­dyn­ków, o do­wol­nej po­rze dnia w oknie jed­ne­go z miesz­kań na wy­so­kim par­te­rze już z da­le­ka moż­na było do­strzec dwie, nie­mal iden­tycz­ne, ko­bie­ce syl­wet­ki. Od świ­tu do nocy wspar­te łok­cia­mi o we­wnętrz­ny pa­ra­pet, ob­ser­wo­wa­ły bacz­nie uli­cę Sło­wac­kie­go i jej miesz­kań­ców. Po obu stro­nach okna za­mon­to­wa­ły lu­ster­ka, żeby zwięk­szyć pole wi­dze­nia i zli­kwi­do­wać ewen­tu­al­ne „mar­twe punk­ty”. Mu­sia­ły wi­dzieć wszyst­ko, wszyst­ko wie­dzieć. Mo­ści­ły się wy­god­nie na pu­cho­wych po­du­chach i każ­de­go dnia ra­mię w ra­mię trwa­ły na po­ste­run­ku. Ulu­bio­na roz­ryw­ka po­chła­nia­ła obie ko­bie­ty bez resz­ty. Były uza­leż­nio­ne od kon­tro­lo­wa­nia oto­cze­nia tak bar­dzo, że na­wet chwi­lo­we opusz­cze­nie sta­no­wi­ska po­wo­do­wa­ło u nich drże­nie nie­po­ko­ju i pe­wien ro­dzaj dys­kom­for­tu, uczu­cie, jak­by wy­szły z domu, nie bę­dąc pew­ny­mi, że wy­łą­czy­ły że­laz­ko. Obiad czy za­ku­py ro­bi­ły zwy­kle na zmia­nę. W ten spo­sób za­wsze po­zo­sta­wa­ły na bie­żą­co. Wie­dzia­ły wszyst­ko o wszyst­kich. Zna­ły każ­dą hi­sto­rię osie­dla. Każ­dy po­wód kłót­ni są­sia­dów. Ad­res każ­dej me­li­ny, datę każ­dej nie­przy­zwo­itej schadz­ki. Nie umknę­ła im żad­na rand­ka na­sto­la­tek w ob­rę­bie kil­ku blo­ków, żad­na li­ba­cja, żad­na mał­żeń­ska zdra­da i żad­na nie­uprząt­nię­ta z traw­ni­ka psia kupa. Re­gu­lar­nie do­no­si­ły do spół­dziel­ni o tym, któ­ry z są­sia­dów dep­cze świe­żo po­sia­ną tra­wę albo trza­ska drzwia­mi od klat­ki. Dzię­ki ich bez­u­stan­nej ob­ser­wa­cji po­li­cja już w kil­ka mi­nut po dwu­dzie­stej dru­giej wie­dzia­ła o każ­dym na­ru­sze­niu ci­szy noc­nej, a dy­rek­cja szko­ły była bez­zwłocz­nie in­for­mo­wa­na o wszyst­kich mło­do­cia­nych wa­ga­ro­wi­czach. Każ­dą są­siad­kę zna­ły z imie­nia i na­zwi­ska, cho­ciaż nie­czę­sto od­po­wia­da­ły na grzecz­no­ścio­we ukło­ny. Z za­sa­dy nie roz­ma­wia­ły z pi­ja­ka­mi, pa­la­cza­mi, ma­ło­la­ta­mi, roz­wód­ka­mi, po­sia­da­cza­mi ha­ła­śli­wych psów i roz­wrzesz­cza­nych dzie­ci, z tymi, któ­rzy nie cho­dzą do ko­ścio­ła, krzy­wo par­ku­ją, uży­wa­ją wul­gar­ne­go ję­zy­ka, mają szem­ra­ne to­wa­rzy­stwo, źle się pro­wa­dzą lub mają złą opi­nię oraz – oczy­wi­ście – z tymi, któ­rzy kie­dyś na­dep­nę­li im na od­cisk. Skut­kiem tego nie mia­ły zbyt wie­lu zna­jo­mych i spę­dza­ły czas głów­nie we wła­snym to­wa­rzy­stwie, da­jąc się po­rwać swo­jej ulu­bio­nej roz­ryw­ce. Wy­jąt­kiem były nie­dziel­ne, wcze­sne po­ran­ki, kie­dy to za­my­ka­ły okno na czte­ry spu­sty i od­święt­nie wy­stro­jo­ne uda­wa­ły się na mszę. Sia­da­ły ra­zem w pierw­szej ław­ce i naj­gło­śniej ze wszyst­kich od­śpie­wy­wa­ły psal­my. Za­wsze przyj­mo­wa­ły eu­cha­ry­stię, a na tacę rzu­ca­ły po dzie­się­cio­zło­to­wym bank­no­cie. Po na­bo­żeń­stwie spa­ce­ro­wa­ły chwi­lę wo­kół ko­ścio­ła, po czym wra­ca­ły na swój zwy­kły po­ste­ru­nek. Dziś nie było ina­czej. Chwi­lę po tym, kie­dy za ro­giem znik­nę­ła czer­wo­na su­kien­ka dziew­czyn­ki i ucichł stu­kot ob­ca­sów jej mat­ki, w drzwiach do sa­lo­nu po­ja­wi­ła się Jó­ze­fa.

– I jak? – zwró­ci­ła się do cór­ki.

– Ooo, spóź­ni­ła się ma­mu­sia na wi­do­wi­sko – od­po­wie­dzia­ła Ce­li­na, od­wra­ca­jąc się od okna. Ton jej gło­su wy­ra­żał głę­bo­kie współ­czu­cie. – Niech ma­mu­sia ża­łu­je, to by się ma­mu­si spodo­ba­ło.

– Nie wy­ra­żaj się do mnie „niech”, dziec­ko. „Niech” to moż­na mó­wić do psa. Do Mu­rzy­na ewen­tu­al­nie, jak­by się mia­ło ja­kie­goś aku­rat, a nie do ro­dzo­nej mat­ki, ste­ra­nej ży­ciem w do­dat­ku. Tyle razy ci to po­wta­rzam. Tro­chę sza­cun­ku!

– Prze­pra­szam, ja­koś tak mi się wy­psnę­ło, ma­mu­siu. Niech mi ma­mu­sia wy­ba­czy. Ops! – Dziew­czy­na skry­ła gło­wę w ra­mio­nach, jak­by spo­dzie­wa­ła się ude­rze­nia. – To zna­czy, pro­szę mi wy­ba­czyć, ma­mu­siu.

– Wy­ba­czam – ła­ska­wie od­par­ła Jó­ze­fa po chwi­li, mach­nę­ła ręką i cięż­ko opa­dła na swo­je zwy­kłe miej­sce. – No i cóż tam zo­ba­czy­łaś, dziec­ko? Co by mi się tak spodo­ba­ło, hm? – Ro­zej­rza­ła się po uli­cy i uważ­nie otak­so­wa­ła wzro­kiem po­dwór­ko przed blo­kiem. – O! So­fu­ro­wa zno­wu bie­li­zną świe­ci. Nie no, lu­dzie! – za­wo­ła­ła, wzno­sząc oczy do nie­ba. – To jest nie do po­ję­cia, żeby w nie­dzie­lę, dzień świę­ty, zo­sta­wić na sznu­rze spra­ne ga­cie i po­zwa­lać po­boż­nym lu­dziom się na to be­ze­ceń­stwo pa­trzeć. Ja nie wiem, gdzie ta baba gło­wę ma, chy­ba w du­pie, za prze­pro­sze­niem! Żeby ta­kie rze­czy…

– Nie, ma­mu­siu. To nie o So­fu­ro­wą cho­dzi­ło, cho­ciaż ma ma­mu­sia ra­cję z tym pra­niem jej. To jed­nak nie wy­pa­da, tak przy nie­dzie­li…

– A pew­no, że nie wy­pa­da! – obu­rzy­ła się sta­ra. – Pew­no, że nie wy­pa­da. Ale mów­że wresz­cie, co za cyrk prze­ga­pi­łam? Bo się za­bie­rasz do tego jak pies do jeża, na­praw­dę.

– A bo tu mło­da Ucie­kla­ków­na szła z dziec­kiem. Jak to jej jest te­raz? Pa­mię­ta ma­mu­sia?

– Ucie­kla­ków­nie? Naj­młod­sza to zda­je się Bie­lak po mężu, czy ja­koś tak.

– Bie­lak, Bie­lak. Ma ma­mu­sia ra­cję. A ten dzie­ciak to już du­uuży, z pięć lat bę­dzie. I ład­na taka dziew­czyn­ka, krę­co­ne wło­ski, oczka duże, tyl­ko no­sek tro­chę za­dar­ty, jak to u nich wszyst­kie te dziew­czy­ny zresz­tą. Po Ucie­kla­ku chy­ba, bo mat­ka ich to inny ma, taki orli, nie uwa­ża ma­mu­sia? A dziew­czyn­ka ład­nie ubra­na, w taką czer­wo­ną su­kie­nu­się. No wi­dać, że tam się po­wo­dzi. Tam pie­niądz jest.

– A pew­no! – pod­ję­ła za­raz Jó­ze­fa. – Ona do­brze za mąż wy­szła, ta Ewka. Nie moż­na po­wie­dzieć, bo przy­stoj­ny ten jej ka­wa­ler był, tyl­ko hu­la­ka okrop­ny. I je­ba­ka wi­dać, sko­ro dzie­ciak pięć mie­się­cy po ślu­bie uro­dzo­ny. Bę­kar­cie na­sie­nie, jak rany Boga. Ale jak ta wy­wło­ka nogi roz­ło­ży­ła byle komu przed ślu­bem, to i nie ma się co dzi­wić, że te­raz nie ma u męża sza­cun­ku. A on ani za koł­nierz nie wy­le­wa, ani też od bab szcze­gól­nie nie stro­ni chy­ba. To na­wet sama sta­ra Ucie­kla­ko­wa na nie­go na­rze­ka­ła, że się dziec­kiem nie in­te­re­su­je, a w domu jest go­ściem. No, ale nie ma zno­wu tak źle ta Ewka wi­dać. A i do mat­ki za­cho­dzi. To cho­ciaż tyle, bo te star­sze to tyl­ko od wiel­kie­go dzwo­nu. Taka to wdzięcz­ność od dzie­ci na sta­re lata. Czło­wiek cza­sem nie wie, że na wła­snej pier­si żmi­je cho­wa, a po­tem to już za póź­no i pod ko­niec tyl­ko sa­mot­ność czło­wie­ko­wi zo­sta­je i cze­ka­nie na ko­stu­chę chy­ba. I ciem­ność. I zgrzy­ta­nie zę­ba­mi.

– Pro­szę tak nie mó­wić, pro­szę ma­mu­si. Jak czło­wiek jest do­bry, to i dzie­ci po­tra­fią do­ce­nić. Ja bym ma­mu­si ni­g­dy…

– A jesz­cze by tego bra­ko­wa­ło! – prze­rwa­ła Ce­li­nie mat­ka, wy­raź­nie roz­we­se­lo­na. – I gdzie ty byś po­szła niby, hę? Co byś sama na tym bo­żym świe­cie ro­bi­ła? Le­d­wie so­bie pal­cem do buzi po­tra­fisz tra­fić, sie­ro­to. Ha! Ha! – za­śmia­ła się ru­basz­nie. – To mnie uba­wi­łaś te­raz, no!

Ce­li­na po­ki­wa­ła gło­wą i chwi­lę obie trwa­ły w mil­cze­niu. Tyl­ko Jó­ze­fa raz po raz uśmie­cha­ła się pod no­sem, naj­wy­raź­niej roz­pa­mię­tu­jąc nie­do­rzecz­ność, ja­ko­by cór­ka mia­ła ją opu­ścić i spró­bo­wać ży­cia na wła­sną rękę.

– No i co z tego? – po­wie­dzia­ła w koń­cu do wciąż mil­czą­cej Ce­li­ny.

– Z cze­go co, ma­mu­siu?

– Oj, Boże, jaka ty je­steś roz­trze­pa­na! No a o czym mó­wi­my cały czas?

– Ach, no tak. O Ucie­kla­ków­nie prze­cież – przy­po­mnia­ła so­bie dziew­czy­na. – No i faj­ny ten dzie­ciak, wszyst­ko ład­nie-pięk­nie, tyl­ko śmiet­nik w buzi strasz­li­wy i sza­cun­ku zero. Zero! Mó­wię ma­mie. Ani do mat­ki, ani w ogó­le chy­ba do ni­cze­go. Ka­mie­nie roz­ko­py­wać, bu­ci­ki po­nisz­czyć, a żeby ma­mu­sia sły­sza­ła, jak to-to się wy­ra­ża, toby ma­mu­si uszy chy­ba zwię­dły! Le­d­wo od zie­mi od­ro­śnię­te, a klnie jak sta­ry chłop, mó­wię ma­mu­si.

– Ano wi­dzisz, dziec­ko, ta­kie cza­sy, że dzie­ci się te­le­wi­zo­rem wy­cho­wu­je, a pasa wca­le nie zna­ją. Od tego to wszyst­ko, bo od ni­cze­go in­ne­go. Mat­ki mło­de za­miast się zna­ne­go trzy­mać, to ja­kieś dyr­dy­ma­ły w tych in­ter­ne­tach wy­szu­ku­ją i wszyst­ko naj­le­piej wie­dzą. Ro­zu­my wszyst­kie po­zja­da­ły, a po­tem płacz jest, że ba­cho­ra się ogar­nąć nie da. Te wy­cho­wy te­raz wy­my­śla­ją, bez­stre­so­we ja­kieś czy coś, to mają po­tem. A dzi­wią się… – wy­ar­ty­ku­ło­wa­ła śpiew­nie i na mo­ment za­wie­si­ła głos. – A kom­bi­nu­ją… jak łyse ko­nie. Pod górę w do­dat­ku. Prze­cież to nie od dzi­siaj wia­do­mo, że z dzie­cia­kiem trze­ba krót­ko, bo na gło­wę wej­dzie. Wy­ście z Anką pas zna­ły i mia­łam u was po­słu­cha­nie. Nie było to tam­to – po­wie­dzia­ła, ki­wa­jąc gło­wą, jak­by sama so­bie chcia­ła przy­tak­nąć. – Ale co ja tam wiem. Sta­ra je­stem, to i nikt mo­ich rad nie po­trze­bu­je. Kto by tam głu­pią babę py­tał.

– Prze­sa­dza ma­mu­sia. Jak­bym ja mia­ła dziec­ko, to­bym na pew­no ma­mu­si się we wszyst­kim…

– No da­ruj! – Jó­ze­fa znów nie po­zwo­li­ła jej skoń­czyć i za­nio­sła się śmie­chem. – Chcesz mnie udu­sić?! – Śmia­ła się do roz­pu­ku, z tru­dem ła­piąc od­dech. – Udu­si mnie, nor­mal­nie udu­si! Ty to po­tra­fisz mat­ce dow­cip opo­wie­dzieć, że boki zry­wać. Ha, ha! To by chy­ba było nie­po­ka­la­ne po­czę­cie! Ha, ha, ha! Kto by cię chciał trą­cić niby, głu­pia gęsi ty! Ha! Ha! Ha! Ale nie miej ta­kiej ża­ło­snej miny – zwró­ci­ła się do cór­ki, naj­wy­raź­niej wi­dząc, że spra­wi­ła jej przy­krość. – Uszy do góry. Masz jesz­cze mat­kę i nikt ci inny nie­po­trzeb­ny. Za­ufaj mi, dziec­ko. A z chło­pa­mi to tyl­ko uże­ra­nie całe ży­cie. Wiem, co mó­wię. Z ta­tu­siem two­im, Ka­zi­mie­rzem, Pa­nie świeć nad jego du­szą, pra­wie sie­dem­na­ście lat prze­ży­łam i Pan Bóg mi świad­kiem, że or­der mi jaki za to po­win­ni na pier­si po­wie­sić. I dwo­je dzie­ci mu uro­dzi­łam. A ro­dze­nie też nic przy­jem­ne­go. – Po­kle­pa­ła Ce­li­nę po ra­mie­niu. – Idź, po­staw wodę na her­ba­tę, na­pi­je­my się za­raz. Jak coś cie­ka­we­go bę­dzie, to cię za­wo­łam. I plac­ka może ukrój, to so­bie zje­my.

2.

– Mamo, nu­dzi mi się! – ma­ru­dzi­ła Kon­stan­cja. Od­kąd wró­ci­ła ze szko­ły, nie mo­gła zna­leźć so­bie miej­sca. Desz­czo­wa aura za oknem unie­moż­li­wia­ła jej za­ba­wę w ogro­dzie, a czy­ta­ną wła­śnie książ­kę nie­opatrz­nie zo­sta­wi­ła w swo­jej szaf­ce w szko­le. Te­raz snu­ła się z kąta w kąt, zu­peł­nie nie wie­dząc, co po­cząć z tym nad­mia­rem ener­gii, któ­ry roz­pie­rał ją od środ­ka.

Anna przyj­rza­ła się cór­ce z tro­ską. Odło­ży­ła trzy­ma­ną w rę­kach ro­bót­kę i przy­gar­nę­ła dziec­ko do sie­bie.

– O co cho­dzi?

– Mam ja­kiś taki… – Za­sta­no­wi­ła się chwi­lę. – Nie wiem, mamo. Smu­tek mam w środ­ku.

– Smu­tek? W środ­ku? – zdzi­wi­ła się Anna. – A pró­bo­wa­łaś my­śleć o czymś przy­jem­nym?

– A o czym?

– To za­le­ży. Na pew­no masz ja­kieś miłe wspo­mnie­nie, spró­buj się na nim sku­pić, to zły hu­mor sam ci przej­dzie.

– A mamy lody? – oży­wi­ła się dziew­czyn­ka.

– Nie mamy, nie­ste­ty.

– Bo lody, mamo, mi się aku­rat bar­dzo do­brze ko­ja­rzą i jak się na nich sku­pi­łam na chwi­lę, to mi te­raz strasz­nie śli­na ciek­nie, a wca­le mi nie prze­szło.

Anna przy­bra­ła po­waż­ną minę i wes­tchnę­ła cięż­ko.

– To jest po­waż­na spra­wa, wi­dzę. Z ta­kim smut­kiem to nie ma żar­tów. Zwłasz­cza w środ­ku. I jesz­cze bez lo­dów… Ale cze­kaj, może jed­nak coś za­ra­dzi­my, niech po­my­ślę. Po­ba­wi­my się? – za­ga­iła, jed­nak Ko­stusz­ka (bo lu­bi­ła, żeby tak ją na­zy­wać) nie za­szczy­ci­ła jej na­wet spoj­rze­niem. – No chodź… – na­ma­wia­ła cór­kę. – Może po­wró­ży­my?

Dziew­czyn­ka w mgnie­niu oka wdra­pa­ła się jej na ko­la­na. Szczu­pły­mi ra­mion­ka­mi ob­ję­ła mat­kę za szy­ję i moc­no się w nią wtu­li­ła.

– To co, masz ocho­tę? – spy­ta­ła Anna.

W od­po­wie­dzi dziec­ko wy­cią­gnę­ło do niej rękę i wska­zu­jąc na otwar­tą dłoń, za­ko­men­de­ro­wa­ło:

– Wró­ży­my!

Anna uję­ła szczu­płą rącz­kę có­recz­ki i od­gi­na­jąc po ko­lei pa­lusz­ki, za­czę­ła re­cy­to­wać dzie­cię­cą wy­li­czan­kę:

– Wa­rzy­ła srocz­ka kasz­kę, wa­rzy­ła. Ogo­nek so­bie spa­rzy­ła. Temu dała na mi­secz­kę, temu dała na ły­żecz­kę, temu dała do gar­nusz­ka, temu dała do dzba­nusz­ka. A temu nic nie dała i frrr… po­le­cia­ła.

Wraz z ostat­nim wer­sem uwię­zi­ła dziew­czyn­kę w swo­ich ra­mio­nach, a Kon­stan­cja za­nio­sła się wdzięcz­nym śmie­chem. Z ra­do­ścią od­da­wa­ła się piesz­czo­tom mat­ki, wi­jąc się w spa­zmach od draż­nie­nia wraż­li­wych na ła­skot­ki że­ber. Jed­nak po kil­ku chwi­lach jej wą­tłe ciał­ko na­pię­ło się i usztyw­ni­ło, a na twa­rzy znać było nie­po­kój, jak­by do­tar­ło do niej coś, co z tru­dem ogar­nia­ła ro­zu­mem. Kil­ko­ma zręcz­ny­mi ru­cha­mi wy­swo­bo­dzi­ła się z ob­jęć Anny i z po­waż­ną miną zaj­rza­ła jej głę­bo­ko w oczy.

– Mamo, ko­chasz mnie? – spy­ta­ła i jak­by ze stra­chu przed tym, co usły­szy, moc­no przy­gry­zła war­gę. – Ale po­wiedz praw­dę.

– Pew­nie – od­par­ła Anna z uśmie­chem. – Skąd ci to przy­szło… – Nie do­koń­czy­ła, bo Kon­stan­cja na­tych­miast uci­szy­ła ją, przy­kła­da­jąc pa­lu­szek do jej ust. Pach­nia­ła kred­ka­mi świe­co­wy­mi i kre­mem cze­ko­la­do­wym.

– I za­wsze bę­dzie­my ra­zem?

– Za­wsze. – Tym ra­zem Anna była śmier­tel­nie po­waż­na.

– Na pew­no? – drą­ży­ła dziew­czyn­ka.

– Na bank.

– Z ręką na ser­cu?

Ko­bie­ta po­ki­wa­ła gło­wą, po czym, wi­dząc ocze­ki­wa­nie na twa­rzy có­recz­ki, szyb­ko na­ry­so­wa­ła pal­cem mały krzy­żyk na pier­si i uca­ło­wa­ła dziec­ko w czo­ło.

– No to ufff… – Ko­stusz­ka bez­wład­nie opa­dła na po­dusz­ki ka­na­py, jak­by wy­zwo­lo­na spod wiel­kie­go cię­ża­ru. – Ka­mień z ser­ca, moż­na po­wie­dzieć. Wie­rzę ci, bo je­steś moją mamą i ni­g­dy nie kła­miesz, praw­da?

– Ni­g­dy – przy­tak­nę­ła Anna, z ca­łych sił po­wstrzy­mu­jąc się od śmie­chu.

– To do­brze. – Mała po­ki­wa­ła gło­wą z apro­ba­tą, a po chwi­li do­da­ła: – Nie wol­no kła­mać.

Za­mil­kła na chwi­lę i le­żąc nie­ru­cho­mo, wpa­try­wa­ła się w su­fit. Anna uło­ży­ła się obok. Słu­cha­jąc rów­ne­go od­de­chu cór­ki, za­sta­na­wia­ła się, co też mała roi so­bie w gło­wie. Nie­wia­ry­god­ne, jaka była cza­sa­mi doj­rza­ła. Po­tra­fi­ła spoj­rzeć na świat nie jak dziec­ko, ale jak stu­let­ni fi­lo­zof my­śli­ciel. Wciąż za­ska­ki­wa­ła. Nie prze­sta­wa­ła py­tać, ale też sama prze­my­śli­wa­ła wie­le rze­czy. Rze­czy, któ­rym do­ro­śli zu­peł­nie nie po­świę­ca­ją cza­su. Skąd się bie­rze mi­łość? O co cho­dzi w ży­ciu? Co zna­czy by­cie szczę­śli­wym? Dla­cze­go lu­dzie po­tra­fią być wred­ni? Ko­stusz­ka sta­wia­ła cza­sem py­ta­nia, o któ­rych Anna my­śla­ła po­tem przez dłu­gie mie­sią­ce.

– Chcę, że­byś wie­dzia­ła, że je­śli kie­dyś mnie opu­ścisz, to… – pod­ję­ła Kon­stan­cja i za­raz prze­rwa­ła, szu­ka­jąc od­po­wied­nich słów – to…

– To co? – prze­ko­ma­rza­ła się Anna.

– To ja się nie od­zy­wam! – wy­pa­li­ła Ko­stusz­ka, pod­nio­sła się i wy­sta­wi­ła do mat­ki ję­zyk. Na­pię­cie wy­raź­nie mi­nę­ło, a w jej oczach zno­wu po­ja­wił się zna­jo­my, fi­glar­ny błysk. – I się ob­ra­żam do koń­ca ży­cia i znik­nę! I mnie nie bę­dzie!

– Ta­kaś har­da?!

– Taka – za­śmia­ła się dziew­czyn­ka.

– Do­brze, niech tak bę­dzie. Tyl­ko pa­mię­taj, obiet­ni­ca to obiet­ni­ca.

– Obiet­ni­ca to obiet­ni­ca!

***

Poza sobą nie mia­ły na świe­cie ni­ko­go. Jó­ze­fa owdo­wia­ła lata temu i mimo że ni­g­dy na­praw­dę nie ko­cha­ła swo­je­go męża, do dziś no­si­ła po nim ża­ło­bę. Uwa­ża­ła, że czerń przy­da­je jej do­sto­jeń­stwa i że ko­bie­cie w pew­nym wie­ku po pro­stu wy­pa­da się umar­twiać. Wła­ści­wie są­dzi­ła, że lu­dzie po­win­ni pie­lę­gno­wać w so­bie ból bez wzglę­du na wiek, po­nie­waż cier­pie­nie uszla­chet­nia i jest ła­ską od Boga. Z tego też po­wo­du szcze­rze nie­na­wi­dzi­ła wi­do­ku ro­ze­śmia­nych, dzie­cię­cych bu­ziek i au­ten­tycz­nie brzy­dzi­ła się zwy­kłą ludz­ką ra­do­ścią. Sama nie cie­szy­ła się ni­g­dy, poza tymi krót­ki­mi chwi­la­mi, kie­dy uda­wa­ło jej się ko­muś do­piec, ale na­wet wów­czas sta­ra­ła się za­cho­wać po­wścią­gli­wość i na jej su­ro­we ob­li­cze wy­peł­zał naj­wy­żej wsty­dli­wy cień pół­u­śmie­chu – gry­mas, po­dob­ny bar­dziej do tiku ner­wo­we­go niż rze­czy­wi­stej ozna­ki en­tu­zja­zmu. Na krót­kie chwi­le roz­luź­nie­nia po­zwa­la­ła so­bie wy­łącz­nie w to­wa­rzy­stwie cór­ki, a i to nie­zbyt czę­sto i tyl­ko w do­mo­wym za­ci­szu.

Głę­bo­ka czerń jej ubrań skry­wa­ła nie­wy­so­kie, choć pulch­ne cia­ło. Ni­ska i kor­pu­lent­na, na krót­kich, opuch­nię­tych no­gach i z lek­ko tyl­ko przy­pró­szo­ny­mi si­wi­zną ciem­ny­mi wło­sa­mi, wy­glą­da­ła na znacz­nie młod­szą, niż była na­praw­dę. Okrą­gła, pu­co­ło­wa­ta twarz, tłu­sta cera i licz­ne po­pę­ka­ne na­czyn­ka krwio­no­śne na po­licz­kach spra­wia­ły, że uro­dą bli­ska była ba­ro­ko­wym anioł­kom. Mia­ła nie­wie­le zmarsz­czek i gdy­by nie po­wol­ny i ocię­ża­ły spo­sób po­ru­sza­nia, z po­wo­dze­niem moż­na by­ło­by ją uznać za za­nie­dba­ną ko­bie­tę tuż po czter­dzie­st­ce.

Ce­li­na była młod­szą z có­rek Jó­ze­fy, choć z da­le­ka bra­no je ra­czej za sio­stry. Nad­mier­na tu­sza, od­wrot­nie niż mat­ce, do­da­wa­ła jej lat, a spo­sób ubie­ra­nia się tyl­ko pod­kre­ślał ten, wy­so­ce po­żą­da­ny przez dziew­czy­nę, efekt. Ciem­ne, lek­ko krę­co­ne wło­sy upi­na­ła zwy­kle w bez­kształt­ny ni to kok, ni pal­mę na czub­ku gło­wy. Ten zwi­chrzo­ny koł­tun przy­po­mi­nał tro­chę, zwłasz­cza z pew­nej od­le­gło­ści, splą­ta­ny kłę­bek weł­ny albo małe zwie­rzę i od za­wsze był po­wo­dem żar­tów osie­dlo­wej dzie­ciar­ni. Ce­li­na jed­nak, nie­zra­żo­na do­cin­ka­mi mło­dzie­ży, co­dzien­nie od nowa ta­pi­ro­wa­ła wło­sy, cie­sząc się w du­chu, że dzię­ki nim w ogó­le przy­cią­ga czy­jąś uwa­gę.

Od­kąd się­ga­ła pa­mię­cią, sta­ra­ła się za­do­wo­lić mat­kę i każ­de­go dnia w mia­rę moż­li­wo­ści pró­bo­wa­ła spro­stać jej wy­gó­ro­wa­nym ocze­ki­wa­niom. Już jako dziec­ko stłu­mi­ła w so­bie więk­szość emo­cji. Ni­g­dy nad­mier­nie się nie eks­cy­to­wa­ła, nie była ha­ła­śli­wa ani prze­sad­nie po­bu­dzo­na. Nie po­zwa­la­ła so­bie na żad­ne eks­ce­sy i wy­sko­ki. W pod­sta­wów­ce ko­lek­cjo­no­wa­ła ró­żań­ce i świę­te ob­raz­ki. Cho­dzi­ła z mat­ką na wszyst­kie sto­sow­ne dla da­ne­go okre­su li­tur­gicz­ne­go na­bo­żeń­stwa i z pa­sją wczy­ty­wa­ła się w Ży­wo­ty świę­tych. Za­miast na ba­let za­pi­sa­ła się do Dzie­ci Ma­ryi, a w ad­wen­cie re­zy­gno­wa­ła z naj­mniej­szych na­wet przy­jem­no­ści. W li­ceum jako je­dy­na przy­szy­wa­ła szkol­ne tar­cze do bu­rych swe­trów i ubie­ra­ła się wy­łącz­nie w prze­pi­so­we ko­lo­ry. Ni­g­dy nie mia­ła przy­ja­ciół ani na­wet ko­le­ża­nek. Na po­tań­ców­kę wy­bra­ła się tyl­ko raz, ale szyb­ko ucie­kła stam­tąd, obu­rzo­na wy­uz­da­ny­mi stro­ja­mi ró­wie­śni­ków i gor­szą­cą za­chod­nią mu­zy­ką. Kil­ka lat póź­niej pró­bo­wa­ła na wła­sną rękę sa­bo­to­wać stud­niów­kę swo­jej szko­ły, świę­cie prze­ko­na­na, że za grzech urzą­dza­nia hucz­nych za­baw w okre­sie Wiel­kie­go Po­stu od­po­wie­dzą nie tyl­ko uczest­ni­cy i or­ga­ni­za­to­rzy im­pre­zy, ale na­wet ku­char­ki za­trud­nio­ne na tę oko­licz­ność. Mło­dość skoń­czy­ła się dla niej na dłu­go przed tym, nim na­praw­dę się za­czę­ła. Z upły­wem lat Ce­li­na sta­ła się sta­tecz­na, po­waż­na i su­ro­wa. Żyła bli­sko Ko­ścio­ła, nie wie­dząc tak na­praw­dę, czy wie­rzy w jego na­uki, czy tyl­ko po­wie­la sche­mat, któ­ry zo­stał jej na­rzu­co­ny. Była wier­ną ko­pią swo­jej mat­ki, a ta była dla niej wzo­rem w każ­dym aspek­cie ży­cia.

Skrom­na eme­ry­tu­ra Jó­ze­fy star­cza­ła im aku­rat na ży­cie. Ce­li­na za­raz po stu­diach pra­co­wa­ła w pod­sta­wów­ce, ale szyb­ko oka­za­ło się, że nie jest w sta­nie pod­po­rząd­ko­wać się no­wym re­gu­łom, pa­nu­ją­cym w pla­ców­kach oświa­ty. Trud­no było jej zre­zy­gno­wać z ob­ra­ża­nia uczniów, po­krzy­ki­wa­nia na nich lub na­wet dys­cy­pli­no­wa­nia li­nij­ką. Po kil­ku skar­gach ze stro­ny ro­dzi­ców zo­sta­ła za­wie­szo­na w obo­wiąz­kach na­uczy­ciel­ki i raz na za­wsze po­że­gna­ła się z ka­rie­rą pe­da­go­ga. Od tam­tej pory do­ra­bia­ła, udzie­la­jąc ko­re­pe­ty­cji z przed­mio­tów ści­słych. Ucznio­wie bali się jej jak ognia i cho­ciaż jej me­to­dy na­ucza­nia po­zo­sta­wia­ły wie­le do ży­cze­nia, to ro­dzi­ce z chę­cią po­wie­rza­li Ce­li­nie swo­je po­cie­chy, żeby tyl­ko po­mo­gła im zdać do na­stęp­nej kla­sy. „Sza­nu­ją mnie” – my­śla­ła z dumą, kie­dy ko­lej­ne dzie­cia­ki sia­da­ły na wprost niej przy sto­le, drżąc na ca­łym cie­le. Ina­czej niż w szko­le, w domu ni­g­dy nie pod­no­si­ła na nie gło­su. Tre­no­wa­ła tyl­ko pod­pa­trzo­ne u mat­ki me­to­dy upo­ka­rza­nia swo­ich uczniów, tak że ża­den z nich ni­g­dy nie od­wa­żył się na­wet spoj­rzeć jej w oczy. Te kil­ka go­dzin w ty­go­dniu, kie­dy zo­sta­wa­ła sam na sam ze słab­szy­mi od sie­bie, po­zwa­la­ły jej od­re­ago­wać. W tym cza­sie nikt nią nie po­mia­tał.

***

Po­łu­dnie za­sta­ło je na zwy­kłych miej­scach. Słoń­ce sta­ło wy­so­ko na nie­bie, z każ­dą mi­nu­tą pra­żąc co­raz moc­niej. W ro­ze­dr­ga­nym od upa­łu, gę­stym po­wie­trzu roz­cho­dzi­ły się za­pa­chy nie­dziel­nych obia­dów. Od­gło­sy ubi­ja­nia ko­tle­tów tu i ów­dzie za­stą­pi­ło mia­ro­we szczę­ka­nie sztuć­ców i przy­tłu­mio­ne roz­mo­wy przy sto­le. Pol­skie Ra­dio wy­emi­to­wa­ło przed chwi­lą skrót wia­do­mo­ści, a spi­ker za­po­wia­dał pro­gno­zę po­go­dy. Za­nim do­no­śne dźwię­ki do­cho­dzą­ce z nie­od­le­głej dzwon­ni­cy na do­bre uci­chły, w miesz­ka­niu pań Szczę­snych roz­legł się dzwo­nek te­le­fo­nu.

Ce­li­na pierw­sza po­de­rwa­ła się ze swo­je­go miej­sca i truch­tem pod­bie­gła do apa­ra­tu, sto­ją­ce­go na okrą­głym sto­li­ku w rogu sa­lo­nu. Ode­bra­ła ze zwy­cza­jo­wym: „Szczę­sna, słu­cham”, ale od­po­wie­dział jej tyl­ko prze­ry­wa­ny sy­gnał ze­rwa­ne­go po­łą­cze­nia. Zre­zy­gno­wa­na, odło­ży­ła słu­chaw­kę i już mia­ła odejść, gdy te­le­fon roz­dzwo­nił się na nowo.

– Halo? – Ode­bra­ła nie­mal na­tych­miast.

– Ce­li­na? To ty? – od­po­wie­dział nie­pew­ny mę­ski głos.

– Kto mówi?

– Jest mama?

– Kto mówi?! – Dziew­czy­na nie da­wa­ła za wy­gra­ną.

– Pro­szę, za­wo­łaj mamę – po­wie­dział jej roz­mów­ca, a w jego gło­sie sły­chać było roz­pacz i bła­ga­nie.

– W ta­kim ra­zie że­gnam – ofuk­nę­ła roz­mów­cę i już mia­ła odło­żyć słu­chaw­kę, kie­dy po­czu­ła cię­żar czy­jejś dło­ni na ra­mie­niu.

– Daj mi te­le­fon i idź do sie­bie. – Mat­ka ode­zwa­ła się do niej zwy­kłym, lo­do­wa­tym i nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu to­nem.

Ce­li­na spu­ści­ła wzrok, od­su­nę­ła się i bez sło­wa od­da­ła słu­chaw­kę, po czym szyb­ko wy­szła z po­ko­ju, ci­chut­ko za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Jó­ze­fa wes­tchnę­ła cięż­ko i po­krę­ci­ła gło­wą w ge­ście mil­czą­cej dez­apro­ba­ty. Po­wo­li przy­sia­dła na pod­nisz­czo­nym ru­dym fo­te­lu i me­cha­nicz­nie wy­gła­dza­jąc ko­ron­ko­wą ser­we­tę zdo­bią­cą sto­lik, pod­nio­sła do ucha apa­rat.

– Jó­ze­fa Szczę­sna, słu­cham. – Głos ko­bie­ty był tak bez­na­mięt­ny i po­zba­wio­ny wy­ra­zu, jak­by na ni­czym w ży­ciu już jej nie za­le­ża­ło. To, co mó­wi­ła, brzmia­ło au­to­ma­tycz­nie, jak ko­mu­ni­kat na dwor­cu ko­le­jo­wym.

Po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki sły­chać było tyl­ko szmer przy­spie­szo­ne­go od­de­chu.

– Słu­cham! – po­wtó­rzy­ła na­praw­dę po­iry­to­wa­na i kie­dy już mia­ła zwy­my­ślać żar­tow­ni­sia, usły­sza­ła przy­ga­szo­ny, dziw­nie zna­jo­my, mięk­ki mę­ski głos.

– To ja, Sła­wek. Mo­że­my po­roz­ma­wiać?

***

Pod­czas po­by­tu u bab­ci dni były do sie­bie bliź­nia­czo po­dob­ne, jed­nak ni­g­dy się nie nu­dzi­łam. Z en­tu­zja­zmem wy­ska­ki­wa­łam z łóż­ka już o świ­cie, bu­dzo­na przez sta­re­go ko­gu­ta są­sia­dów. Sta­ro­win­ka wy­prze­da­ła daw­no wszyst­kie ho­dow­la­ne zwie­rzę­ta i ka­wał uro­dzaj­nej zie­mi za wsią, zo­sta­wia­jąc so­bie tyl­ko kil­ka grzą­dek wa­rzyw­nych koło domu. Cały te­ren wo­kół par­te­ro­we­go, nie­du­że­go do­mo­stwa po­ra­sta­ły dzi­ko roz­sia­ne ro­bi­nie, o za­pa­chu tak słod­kim, że aż krę­ci­ło się w gło­wie. Z po­cząt­kiem lip­ca, kie­dy bia­łe kwia­ty gę­sto zdo­bi­ły te drze­wa, zbie­ra­łam ich całe na­rę­cza i bła­ga­łam bab­cię, żeby usma­ży­ła z nich plac­ki. Po­tem sia­da­łam za­do­wo­lo­na przed całą górą sma­ko­ły­ków i ja­dłam aż do wy­pę­ku. Mat­ka ni­g­dy by mi na to nie po­zwo­li­ła.

Tuż przy domu sta­ła buda Miś­ka – sta­re­go przy­błę­dy, któ­ry ko­chał moją bab­cię z wza­jem­no­ścią. Żyli ra­zem w nie­sa­mo­wi­tej sym­bio­zie, sza­nu­jąc na­wza­jem swo­je zwy­cza­je i upodo­ba­nia. Mi­siek ni­g­dy nie od­wa­żył się wejść za próg domu. Bab­cia ani razu na­wet nie po­my­śla­ła o smy­czy czy łań­cu­chu. Pies, żół­ta­wo­ru­dy kun­del śred­niej wiel­ko­ści, miał wła­sną dziu­rę w pło­cie, któ­rą przy­naj­mniej raz dzien­nie od­da­lał się w so­bie tyl­ko zna­nym kie­run­ku. Wra­cał na ko­la­cję. Choć­by nie wiem co. Bab­cia za­wsze pa­mię­ta­ła o kil­ku ką­skach spe­cjal­nie dla nie­go. Żad­ne tam kar­my, śmier­dzą­ce tro­ci­na­mi. Mi­siek był człon­kiem ro­dzi­ny i ja­dał to, co my. Od cien­kie­go krup­ni­ku, przez scha­bo­we, kne­dle ze śliw­ką, aż po ka­nap­ki z ogór­kiem i kom­pot. Mi­skę za­wsze wy­li­zy­wał do czy­sta. Na noc mo­ścił się w swo­jej wy­ło­żo­nej sta­rym ko­żu­chem bu­dzie, skła­da­jąc pysk na ła­pach, i pil­no­wał, żeby nikt nie za­kłó­cał spo­ko­ju jego pani.

Rano my­łam tyl­ko zęby i prze­cze­sy­wa­łam pal­ca­mi wło­sy, po czym ła­pa­łam sto­ją­cą już w sie­ni bań­kę, gwiz­da­łam na Miś­ka i ra­zem ma­sze­ro­wa­li­śmy do Ku­ro­nio­wej, na sam ko­niec wsi. Ku­ro­nio­wa była na­praw­dę sta­ra. Cza­sa­mi wy­da­wa­ło mi się, że może być na­wet star­sza od mo­jej bab­ci. Lata moc­no przy­gię­ły ją do zie­mi, a twarz i ręce, ogo­rza­łe od słoń­ca i wia­tru, wy­glą­da­ły jak wy­cio­sa­ne z ciem­ne­go drew­na. Mimo po­de­szłe­go wie­ku da­lej utrzy­my­wa­ła się z go­spo­dar­stwa. Mia­ła kro­wy i kury, a kie­dy za­cho­dzi­łam do niej ra­niut­ko, zwy­kle wła­śnie wra­ca­ła z wia­dra­mi z po­ran­ne­go udo­ju. Prze­le­wa­ła cie­płe jesz­cze mle­ko przez wy­pra­so­wa­ną pie­lu­chę te­tro­wą do mniej­szych na­czyń, a po­tem na­peł­nia­ła moją bań­kę. Li­czy­ła so­bie zło­tów­kę za litr. I dużo, i mało. Ale co to było za mle­ko! Czy­sty nek­tar, am­bro­zja! Bra­łam od niej jesz­cze sześć jaj i oseł­kę ma­sła i czym prę­dzej czmy­cha­łam na ze­wnątrz, żeby przy­kuc­nąć tuż za pło­tem i na­pić się wprost z bań­ki. By­wa­ło, że za­nim do­tar­li­śmy z Miś­kiem do domu, opróż­ni­łam już pół na­czy­nia, ale bab­cia ni­g­dy nie była na mnie zła.

– Na zdro­wie, dziec­ko! – mó­wi­ła tyl­ko, a w jej oczach wi­dzia­łam ni­czym nie­zmą­co­ną mi­łość.

Gdy­by mat­ka wie­dzia­ła o mo­ich śnia­da­nio­wych zwy­cza­jach, chy­ba do­sta­ła­by za­wa­łu. Na samą myśl o nie­prze­go­to­wa­nym mle­ku ro­bi­ło jej się sła­bo. Na sta­rą Ku­ro­nio­wą pew­nie na­sła­ła­by sa­ne­pid, a bab­cię za­mknę­ła­by w domu star­ców. Na szczę­ście w lip­cu by­łam poza jej kon­tro­lą.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kostuszka Krew, pot i łzy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione