Księżyc nad Arabią

Księżyc nad Arabią

Autorzy: Nicole C. Vosseler

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 536

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 26.31 zł

Oksford, rok 1853.

Maya Greenwood jest fascynowana opowieściami Ralpha Garretta, oficera armii brytyjskiej stacjonującej w Indiach. Kiedy Ralph prosi ją o rękę Maya czuje, że spełnia się jej największe marzenie i otwiera się przed nią życie pełne przygód i podróży do dalekich krain. Rodzice kobiety sprzeciwiają się małżeństwu, dlatego Maya bez namysłu ucieka z Ralphem. Gdy jej mąż zostaje oddelegowany do Arabii, ona sama wpada w ręce Beduinów. Poznaje prawdziwe oblicze Orientu. Jej serce skrada charyzmatyczny przywódca pustynnych wojowników – Raszad al-Szahin…

Tytuł oryginału:

UNTER DEM SAFRANMOND

Copyright © 2010 by Bastei Lübbe AG, Köln

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Małgorzata Najder

Korekta: Edyta Malinowska-Klimiuk, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-651-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Motto

Dedykacja

Prolog

I. W cieniu wież

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

II. Oko Arabii

1

2

3

4

5

6

7

8

III. Pod szafranowym księżycem

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

IV. Koleje losu

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

Epilog

Posłowie

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Gdybym miał niebios wyszywaną szatę

Z nici złotego i srebrnego światła,

Ciemną i bladą, i błękitną szatę

Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,

Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,

Lecz biedny jestem: me skarby – w marzeniach,

Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy,

Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.

WILLIAM BUTLER YEATS

Dla wszystkich dzikich serc tego świata,

które nigdy nie pozwolą się złamać

Prolog

OKSFORD, KWIECIEŃ 1842 R.

Dzwony kościoła Świętego Idziego wybiły na końcu uliczki kolejną godzinę nocy. Trzy, cztery, pięć, liczyła po cichu Maya. Sześć, siedem… A może osiem? Zaspana dziewięciolatka szybko straciła rachubę, toteż gdy wybrzmiało ostatnie uderzenie, nie była pewna, czy minęła dopiero jedenasta, czy może wybiła już północ. Z westchnieniem obróciła się na drugi bok i otuliła kołdrą, którą – jak zwykle – zrzuciła przez sen. W pokoju było zimno. Chociaż za dnia wiosenne słońce mocno już przygrzewało, nocami wciąż panowały zgoła niewiosenne chłody. Mimo to w domu Greenwoodów, których ród chełpił się tym, iż w każdym pokoleniu ofiarowuje światu co najmniej jednego lekarza, obowiązywała zasada, że w nocy – zarówno w lecie, jak i zimą – okna mają być uchylone, by zapewnić domownikom dopływ świeżego powietrza i hartować ich ciała. Zwyczaj ten panował, odkąd Maya sięgała pamięcią.

Dziewczynka nastawiła uszu. Głęboki, równy oddech świadczył o tym, że jej młodsza siostrzyczka śpi mocno, tak jak zazwyczaj. Fakt, iż Angelina nawet we śnie była całkowicie posłuszna życzeniom matki i niani, podczas gdy Maya i w tej kwestii nie potrafiła uszanować matczynej woli, był tylko jedną z wielu cech różniących siostry. Każdy bowiem, kto po raz pierwszy spotykał Marthę Greenwood w towarzystwie córek, skonsternowany mimowolnie zaczynał popatrywać to na jedną, to na drugą dziewczynkę. Angelina wyglądała jak lustrzane odbicie matki: dwie filigranowe blondynki o bladej cerze i tych samych wielkich, intensywnie niebieskich oczach przywodziły na myśl laleczki z biskwitowej porcelany. Na tle wytwornej, acz kruchej postaci młodszej siostry Maya wyglądała jak okaz zdrowia. Jej cera nawet w zimie nie traciła kolorów, a pukle ciemnych jak kawa kręconych włosów były tak niesforne, że tylko przy wyjątkowych okazjach i z wielkim mozołem udawało się je ułożyć w którąś z tych kunsztownych fryzur, tak uwielbianych przez młodsze i starsze dziewczęta. Najbardziej niezwykłe były wszelako oczy Mai: w jej jasnobrązowych tęczówkach połyskiwały złote plamki, przywodząc na myśl ciemny bursztyn lub kroplę miodu w promieniach słońca. Ci, którzy bliżej znali rodzinę i wiedzieli, że Martha jest drugą żoną Geralda Greenwooda, myśleli zrazu, że Maya, podobnie jak jej starszy brat Jonathan, jest dzieckiem z pierwszego małżeństwa.

Nieco ponad trzy lata wcześniej Greenwoodowie przeprowadzili się z ciasnego domku przy Turl Street do bardziej obszernej siedziby przy St. Giles. Dwa pokoje na parterze zajął dziadek Mai, który przekroczywszy siedemdziesiąty rok życia, rezygnował z praktyki lekarskiej. Pewnego dnia, gdy w całym domu stały jeszcze nierozpakowane skrzynie, Angelina zaś grzecznie odbywała poobiednią drzemkę, Mayę usadzono ze szklanką mleka i kawałkiem keksu na dziadkowej sofie, by nie plątała się pod nogami rzemieślników wykonujących jeszcze tu i ówdzie ostatnie prace wykończeniowe. Maya lubiła spędzać czas z małomównym dziadkiem. Nie przeszkadzało jej jego milczenie, tym bardziej że całymi dniami musiała wysłuchiwać paplaniny młodszej siostry i nieustannych napomnień matki lub niani – że ma się nie garbić, stawiać drobniejsze kroczki, ciszej mówić.

Siedziała przeto na sofie i leniwie machając nogami, rozglądała się po nowo urządzonym pokoju z wychodzącymi na ulicę wielkimi witrażowymi oknami. Wtem jej wzrok zatrzymał się na portrecie w złoconych ramach, na który wcześniej nie zwróciła uwagi. W starym domu dziadka musiał wisieć w jednym z tych pokoi, do których dzieci nie miały wstępu podczas coniedzielnych wizyt (z tego też względu aż do chwili, gdy podczas przeprowadzki tragarze wnieśli przez frontowe drzwi ciężkie dębowe łoże, Maya była święcie przekonana, że dziadek nie ma łóżka, lecz sypia na obitym skórą szezlongu w swoim gabinecie, w którym spędzał większą część dnia). Obraz w pozłacanych ramach musiał być dziadkowi wyjątkowo drogi, skoro zawiesił go na ścianie, zanim jeszcze rozpakowano jego ukochane księgi medyczne. Portret przedstawiał damę w staroświeckiej, powłóczystej sukni, zupełnie niepodobnej do monstrualnych konstrukcji noszonych przez matkę Mai i panie spotykane na ulicy. Czarne jak heban włosy nieznajomej były lekko zebrane i w porównaniu z nienagannym przedziałkiem i pieczołowicie ułożonymi lokami na głowie matki sprawiały wrażenie lekkiego nieładu. Gdy Maya przyjrzała się damie nieco uważniej, pod powłoką patyny dostrzegła, że nieznajoma ma niezwykłe oczy. W całej rodzinie takie oczy miała tylko Maya.

– Dziadku – spytała wówczas – kto jest na tym obrazie?

Doktor John Greenwood przez chwilę wpatrywał się w milczeniu w obraz, po czym spojrzał na Mayę, a jego sękate dłonie mocniej zacisnęły się na gałce laski.

– To twoja babcia Alice, kochanie. Umarła dawno temu. Ciebie i Jonathana nie było jeszcze na świecie. Wiesz, że jesteś do niej bardzo podobna?

Słowa te dziadek wypowiedział z takim smutkiem, że Maya nie wiedząc, co odpowiedzieć, spuściła oczy i zawstydzona zaczęła pogryzać keks. Mimo to od tego dnia była dumna, że ma te same oczy co zmarła babcia.

Dzwony znowu zaczęły bić. Maya z westchnieniem obróciła się na drugi bok, a ponieważ było jej za gorąco, wysunęła stopę spod kołdry.

Ostatniej zimy dziadek również odszedł do nieba, tak jak mama Jonathana, której Maya w ogóle nie pamiętała. Matka nie lubiła, gdy Maya zamiast „jest w niebie” mówiła „nie żyje”; twierdziła, że taki sposób wyrażania jest przywarą lekarzy. Maya nie rozumiała ani oburzenia matki, ani dlaczego jest strofowana nieporównanie częściej niż Angelina, lecz mimo to starała się stosować do matczynych napomnień – i w tej, i wielu innych sprawach. Czasami, gdy budziła się w nocy udręczona złym snem, rozmyślała o śmierci i o niebie. I o stosunkach panujących w jej rodzinie, które czasami wydawały jej się tak zagmatwane, że od tych rozmyślań zaczynała ją boleć głowa. I o Jonathanie, który, choć miał dopiero piętnaście lat, wydawał jej się tak dorosły i którego tak rzadko widywała, odkąd wyjechał do szkoły w Winchesterze. Zresztą tak naprawdę był tylko w połowie jej bratem. Czy kochałaby go bardziej, gdyby był jej „prawdziwym” bratem? Angelina była jej „prawdziwą” siostrą, a mimo to Maya, choć tak się starała, nie kochała jej nawet w połowie tak bardzo jak Jonathana. W jej głowie rodziły się coraz to nowe myśli i coraz to nowe pytania. Nic dziwnego, że rano budziła się tak znużona, że nie miała siły wstać z łóżka, podczas gdy Angelina wyskakiwała z niego wesoła i rześka.

Natrętne myśli sprawiły, że senność zupełnie opuściła Mayę. Czasem, kiedy nurtowały ją tego rodzaju rozterki, szukała pomocy w rozmowie z ojcem, który – gdy inni członkowie rodziny już dawno spali – często pracował jeszcze w swoim gabinecie na półpiętrze lub w bibliotece na parterze. A mimo to rano wychodził z domu, zanim niani udało się wyciągnąć Mayę spod kołdry.

W młodości ojciec odbywał długie podróże, do Włoch i Grecji, a nawet na Bliski Wschód, toteż w całym domu można było podziwiać nadtłuczone talerze i wazy, monety z grynszpanowym ornamentem i kunsztownie rzeźbione, dziś już nadpróchniałe kawałki drewna. Wszystkie te przedmioty były szalenie cenne, dlatego trzymano je w witrynach, z dala od ciekawskich rąk Mai. Gerald Greenwood wiedział wszystko o dawnych epokach – bądź co bądź wykładał studentom Balliol College historię starożytną – lecz mimo to wciąż pogłębiał swą wiedzę. Dla Mai jednak zawsze znajdował chwilę, choćby nawet i w środku nocy. Zdecydowanym ruchem odsuwał wówczas na bok papiery i książki, sadzał sobie córeczkę na kolanach i niespiesznie pykając fajkę, uważnie wysłuchiwał tego, co dziewczynka ma mu do powiedzenia, po czym z namysłem odpowiadał na jej pytania.

Maya ostrożnie uniosła głowę. Przez szczelinę pod drzwiami prześwitywała bladozłota poświata. Dziewczynka przez chwilę jeszcze biła się z myślami, lecz w końcu powoli wstała z łóżka, ostrożnie postawiła bose stopy na posadzce i przemknęła cichutko do drzwi, starając się nie obudzić siostry.

Przeszła po omacku przez spowity w półmroku korytarz, zmyślnie omijając skrzypiące klepki pokrytego dywanem parkietu. Jej matka bez przerwy narzekała na „tę starą ponurą ruderę”, jak zwykła nazywać Black Hall, lecz Maya uwielbiała ten dom – właśnie dlatego, że był jak starożytny labirynt, kryjąc w sobie tyle mrocznych zakamarków wywołujących rozkoszny dreszcz trwogi. Chociaż było w nim dość miejsca, matka uważała, że ulokowanie dziewczynek w osobnych pokojach byłoby przejawem karygodnej rozrzutności, toteż pozostałe sypialnie były zarezerwowane dla gości – profesorów z Cambridge, z Londynu czy z zagranicy, którzy znajdowali w ich domu gościnę, spędzając całe noce na dysputach z ojcem Mai lub w małym gronie studentów. Czasem przez dom przewijało się tylu gości, że prawie nie zamykały się drzwi, co znowuż dawało matce Mai powód do narzekania na nawał związanych z tym obowiązków i prac. Maya dostrzegała jednak w oczach matki ów niepowtarzalny błysk, gdy ta krzątała się, doglądając przygotowania pokoi i przekąsek dla gości, ustawiając świeże kwiaty w wazonach i wreszcie witając gości w jednej ze swych eleganckich sukien.

Maya powoli schodziła po schodach. Z każdym stopniem głosy dobiegające z dołu stawały się coraz wyraźniejsze. Z gabinetu profesora Greenwooda biła łuna światła, a lekko uchylone drzwi odsłaniały skrawek purpurowego dywanu w jasny roślinny deseń i bok masywnego biurka. Ojciec nie był sam; znajomy bas mieszał się z pomrukiem innego głosu, a słodkawy aromat fajczanego dymu z drugim, nieco ostrzejszym. Serce Mai podskoczyło z radości. Richard! Richard przyjechał!

Richard Francis Burton, student drugiego roku Trinity College, był w Black Hall mile widzianym gościem. Gerald Greenwood poznał go w domu zaprzyjaźnionego lekarza, u którego młodzieniec wynajmował pokój, będąc na pierwszym roku studiów. Pani Greenwood spłoniła się niemal jak pensjonarka, gdy Richard szarmancko obsypał ją komplementami, dziękując za zaproszenie na obiad. Od tego czasu obu panów – Geralda i Richarda – często widywano spacerujących po ogrodzie, zatopionych w rozmowie o obcych językach i kulturach lub upajających się wspomnieniami francuskich i włoskich pejzaży mieszkańców tych dwu krajów, w których Richard spędził dzieciństwo i młodość. Nierzadko też panowie zaszywali się w gabinecie Geralda przy kieliszeczku brandy, tak jak teraz, w tej nocnej godzinie. I podczas gdy Gerald pozostawał wierny swej fajce, Richard sięgał po nieodłączną cygaretkę. Wszelako żadnemu z domowników Richard nie zapadł w serce tak głęboko jak Mai.

Dziewczynka zatrzymała się na stopniu, który znajdował się na tym samym poziomie, co drzwi ojcowskiego gabinetu, kucnęła, objęła toczoną kolumnę i przycisnęła doń twarz, by nie uronić ani jednego słowa. Kto wie, może przez chwilę uda się spojrzeć na Richarda?…

– …przekonać mego czcigodnego ojca, że nie ma sensu przymuszać mnie do kariery duchownej. Plama w moich aktach w postaci tymczasowego relegowania z uniwersytetu wydaje mi się zręcznym wybiegiem. – Maya wyczuła w niskim, lekko chropawym głosie Richarda nutę samozadowolenia. – Szczęśliwym trafem wykład zbiegł się w czasie z wyścigiem, toteż zamiast wysłuchiwać profesorskich wywodów, spotkałem się na tyłach Worcester College z kilkoma przyjaciółmi i wyruszyliśmy wynajętym powozem na wyścig!

– Co bez wątpienia odbiło się głośnym echem – mruknął Gerald zza chmury fajczanego dymu.

– Ma się rozumieć! Zostaliśmy wezwani do dziekana, który postanowił okazać nam łaskawość i poprzestał na udzieleniu ustnej nagany. – Maya miała wrażenie, że słyszy w głosie Richarda nutkę żalu. – Wystąpiłem wówczas przed szereg i począłem dowodzić, że oglądanie takiego wyścigu nie jest niczym moralnie nagannym. Oburzyłem się nawet, że zakazując nam bywania na tego rodzaju zabawach, uniwersytet traktuje nas jak sztubaków. A że całą przemowę okrasiłem frazesami w rodzaju „zaufanie rodzi zaufanie”, bez trudu osiągnąłem swój cel i zostałem natychmiast relegowany z uczelni.

Zapadło milczenie, w trakcie którego Gerald najwyraźniej nabijał fajkę, gdyż po chwili z gabinetu dobył się kłąb świeżego dymu. Gospodarz chrząknął.

– Uniwersytet pozwala na tego rodzaju wyścigi wyłącznie poza terenem uczelni i celowo przesuwa na ich czas ważne wykłady, gdyż obawia się o wasze bezpieczeństwo. Zdarzało się już bowiem, że podczas wyścigu ten czy ów z widzów trafiał pod koła lub końskie kopyta. Nie ma to zatem nic wspólnego z bezduszną pryncypialnością czy nadopiekuńczością dziekana. – Gerald Greenwood nie lubił wygłaszać grzmiących kazań. Wychodząc z założenia, że najważniejszy z przymiotów człowieka jest rozum, spokojną i rzeczową argumentacją potrafił sprawić, że winowajca miał ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię, o czym Maya niejednokrotnie przekonała się na własnej skórze. – Jednakowoż – pośpiesznie kontynuował gospodarz, jakby starając się uprzedzić zastrzeżenia Richarda – ty nie przegapisz żadnej okazji, by podtrzymać krążącą o tobie opinię ekscentryka i oryginała. Pozwól, że przypomnę tylko urządzane przez ciebie huczne zabawy czy złośliwe karykatury profesorów i opiekunów akademickich. Fakt zaś, że już w pierwszym trymestrze wyzwałeś innego studenta na pojedynek, świadczy o wyjątkowym tupecie.

Wzmiankowany przez profesora Greenwooda epizod obrósł już pośród studenckiej braci Oksfordu prawdziwą legendą. Richard Burton, ledwie wstąpiwszy na uniwersytet, poczuł się obrażony przez jednego ze studentów wyższego rocznika, który wyśmiał wąsy młodszego kolegi, noszącego je zgodnie z modą włoską – wąziutko przystrzyżone i z długimi, opadającymi końcami. Richard ukłonił się wówczas trefnisiowi, wręczył mu kartę wizytową i zażądał, by ten wybrał rodzaj broni. Ponieważ pojedynki były oficjalnie zakazane, starszy kolega nie przyjął wyzwania, lecz mimo to Richard Burton swym zachowaniem zyskał sobie niemały szacunek wśród braci studenckiej zacnej uczelni.

– Ktoś, kto tak jak ja wychował się na kontynencie, rozumie podobne subtelności kodeksu rycerskiego, które tu najwyraźniej są zupełnie nieznane – zapalczywie bronił się Richard.

Gerald nie miał jednak ochoty zagłębiać się w tego rodzaju niuanse.

– Co czeka twoich kolegów, którzy również uczestniczyli w wyścigu?

– Relegowanie z college’u do końca trymestru. Nic poważnego – w głosie Richarda pobrzmiewało wyraźne rozczarowanie.

– No cóż, mój drogi – westchnął Gerald Greenwood, po czym kontynuował tonem pełnym współczucia – najwyraźniej osiągnąłeś dużo więcej, niż zamierzałeś. Właściwie nawet cię rozumiem, gdyż i mój ojciec nie był zadowolony, gdy swego czasu zrezygnowałem z kultywowania rodzinnej tradycji i nie podjąłem studiów medycznych, a potem musiało upłynąć nieco czasu, nim ja sam pojąłem, że mój syn ma wprawdzie znakomite oceny z łaciny i greki, lecz bardziej niż starożytne pisma pociągają go nauki przyrodnicze. – Gerald pyknął kilkukrotnie fajkę. – A zatem w niełasce opuszczasz te święte przybytki. Szkoda. Wielka szkoda! Niewielu dotąd spotkałem studentów, którzy mogliby się z tobą równać talentem i błyskotliwością umysłu. Z drugiej strony kościelne instytucje nie wydają się odpowiednim miejscem dla takiego wolnego ducha jak twój. Co zatem zamierzasz?

– Wyjadę do którejś z kolonii. Do południowej Australii, Queensland, Nowej Południowej Walii lub Zjednoczonych Prowincji Kanady. A może udam się do Neapolu i zaciągnę do Gwardii Szwajcarskiej albo Legii Cudzoziemskiej? Byle dalej od tej zimnej i mokrej wyspy i jej kołtuńskich mieszkańców!

Głos Richarda był tak przesycony rozpaczą i gniewem, że Mai ścisnęło się serce.

– Najchętniej jednak pojechałbym do Indii. Mam nadzieję, że zdołam przekonać ojca, by kupił mi patent oficerski, nim wojna w górach północno-zachodnich Indii dobiegnie końca. Być może nie nadaję się do niczego więcej, jak tylko do tego, by za sześć pensów dziennego żołdu stać się mięsem armatnim Afganów. – Słowa Richarda dobitnie świadczyły o przepełniającym go rozgoryczeniu. – Chciałbym dać Afganom stosowną lekcję, choćby za masakrę żołnierzy i cywilnych mieszkańców Kabulu w styczniu tego roku! Uważam bowiem, że honor obowiązuje nawet na wojnie.

– Jednakże w armii, Richardzie…

– Wiem, wiem – odparł gość kwaśno. – Tam też będę musiał okiełznać swojego wolnego ducha. – Ostatnie słowa wypowiedział kąśliwym tonem. – Lecz tam będę mógł przynajmniej poznawać nowe języki. Języki, do których nie ma jeszcze akademickich słowników ani gramatyki. Języki, które pozwolą mi się wmieszać między tubylców, jakbym był jednym z nich, i studiować ich kulturę i obyczaje. Gdybym miał pieniądze, mógłbym sobie pozwolić na luksus podróżowania na własny koszt i…

– Nieładnie jest podsłuchiwać. – Za plecami Mai rozległ się cichy głosik. Dziewczynka gwałtownie odwróciła głowę. Dwa stopnie wyżej stała Angelina, ubrana, podobnie jak Maya, w białą nocną koszulę. Lśniące blond włosy, nakręcone na całą masę papilotów, sprawiały, że wyglądała jak cherubinek – a raczej jak rozgniewany anioł, bo na jej dziecinnej buzi malował się wyraz oburzenia, a oczy miotały pioruny.

– Ale to Richard… – szepnęła Maya, nieśmiało próbując się wytłumaczyć. – Muszę usłyszeć, o czym mówi! Kiedy dorosnę, będę taka jak on, odważna i dzielna, i tak samo nieujarzmiona…

– To niemożliwe – odparła pogardliwie Angelina. – Przecież jesteś dziewczynką!

Maya w nagłym przypływie gniewu zerwała się z miejsca, zaciskając dłonie w piąstki.

– Zaraz zobaczymy, co jest możliwe, a co nie! – odparła głośniej, niż zamierzała.

– Co się tu dzieje? – Gerald Greenwood stanął w drzwiach gabinetu, popatrując na dwie białe postaci z mieszaniną zdumienia i rozbawienia. Angelina błyskawicznie popędziła schodami na górę i po chwili zniknęła w ciemnościach, podczas gdy Maya spuściła pokornie głowę, skubiąc palcami stóp brzeg rozłożonego na schodach bieżnika.

– Nie wiedziałem, że w Black Hall straszą nocami tak czarujące upiory. – Na dźwięk głosu Richarda dziewczynka spojrzała spod na wpół opuszczonych powiek w kierunku drzwi. Richard był wysoki – niemal o głowę wyższy od jej ojca – i barczysty. Choć miał na sobie surdut i krawat, a jego czarne włosy rozdzielał pośrodku idealny przedziałek, przypominał bardziej Włocha lub Cygana na jarmarku w St. Giles niż rodowitego Anglika. Jego spojrzenie i cień uśmiechu na zwykle ponurym obliczu sprawiły, że na policzkach Mai zapłonął rumieniec radości.

– Czy księżniczka nie zaszczyci mnie powitaniem? – Richard wyszedł z gabinetu, przykląkł na jedno kolano i rozłożył ramiona. Maya z radosnym sercem zbiegła po ostatnich stopniach, rzuciła się w jego objęcia i wtuliwszy twarz w surdut Richarda, chłonęła ciężki zapach tytoniu, wełny, pomady i mydła oraz ową ciężką, tak typową dla niego nutę egzotycznego drewna.

– Richard przyszedł się pożegnać. Jutro wyjeżdża z Oksfordu i zapewne nieprędko wróci do Anglii. – Maya podniosła głowę i ze zdumieniem spojrzała na ojca, który z wyraźną przykrością przekazał jej tę smutną nowinę. Jej spojrzenie powędrowało z powrotem ku kanciastej twarzy Richarda z wystającymi kośćmi policzkowymi i pytająco, wręcz błagalnie wniknęło w jego ciemne oczy, w płonnej nadziei, że to tylko jeden z tych jego żartów, którymi tak często jej dokuczał. Jednakże tym razem Richard odwzajemnił jej spojrzenie z powagą, niemal przepraszająco.

Odkąd Jonathan zjawiał się w domu wyłącznie w wakacje, Richard był jej jedynym i ulubionym towarzyszem zabaw. Angelina wciąż chciała się z nią bawić swoimi głupimi lalkami, lecz po tym, jak Maya przez nieuwagę stłukła porcelanową filiżankę z serwisu herbacianego, nie miała prawa zbliżać się do domku dla lalek. Tymczasem Richard urządzał z nią w ogrodzie pojedynki szermiercze, a trafiony drewnianą szpadą ochoczo padał na trawę, wspaniale markując bolesną agonię. Kołysał ją na umocowanej do jabłoni huśtawce, coraz wyżej i wyżej – wyżej niż kiedykolwiek odważył się ojciec – aż Maya piszczała z uciechy i strachu. Wspólnie klękali na podłodze biblioteki i, pochyleni nad wielkim atlasem, przekładali kolejne stronice, śledząc – ona dziecinną rączką, a on zaskakująco szczupłymi palcami – trasę, którą przed wiekami przebył Marco Polo. Planowali też własne ekspedycje na Wschód, z których wracaliby do Anglii obładowani jedwabiem, herbatą, przyprawami, złotem i diamentami. I to wszystko miałoby się nagle dziś skończyć? „Do Indii”, przypomniała sobie słowa Richarda i z trudem przełknęła ślinę. Po plecach przeszedł jej lodowaty dreszcz i poczuła, jak ściska jej się żołądek.

– Gdybym się nie obudziła – szepnęła z grozą – odjechałbyś bez pożegnania?

– Wiesz – Richard głęboko westchnął i delikatnie pogładził ją po ramieniu – że pożegnania nie są moją domeną. Wolę powitania.

– Ale – wypaliła Maya – ale ty nie możesz wyjechać!

Jej palce zacisnęły się na rękawie jego surduta, jakby mogły go przymusić, by został. Rozpacz, która ją ogarnęła, była tak wielka, że przemogła się i postanowiła zdradzić Richardowi swój najpilniej strzeżony sekret. Zarzuciła mu ramiona na szyję, przycisnęła policzek do jego skroni, tam gdzie pachniał najintensywniej, jakby lukrecją, i szepnęła mu prosto do ucha:

– Chcę, żebyś się ze mną ożenił.

To powiedziawszy, natychmiast odsunęła się od niego zawstydzona, obawiając się, że ją wyśmieje. Lecz Richard patrzył tylko na nią zdumiony, niemal bezradny. Potem przyciągnął ją do siebie i przysuwając usta do jej ucha tak blisko, że poczuła, jak łaskoczą ją końcówki jego długich wąsów, odpowiedział szeptem:

– To zaskakująca i nieformalna propozycja, Mayeczko – jego głos rozkosznie wibrował. – Lecz gdybym został twym mężem, nie miałabyś ze mnie wiele pociechy, więc powinnaś to sobie raz jeszcze gruntownie przemyśleć! Z przyjemnością wrócę do tej rozmowy, kiedy się znów zobaczymy, tymczasem zaś – odsunął ją od siebie i postukał palcem w czubek jej nosa – grzecznie wykonuj wszystkie polecenia swego ojca. Wiesz, że nie lubię głupich kobiet! Będę do ciebie pisał, tak często, jak tylko to będzie możliwe. Zgoda, młoda damo?

Maya oszołomiona kiwnęła głową. Richard wstał.

– Dziękuję, panie profesorze, za wszystko. – Panowie wymienili krótki, silny uścisk dłoni. – Proszę się nie kłopotać, trafię do wyjścia.

Maya, czując, jak jej place wsuwają się w ciepłą dłoń ojca, kompletnie omdlała patrzyła, jak Richard Burton schodzi po schodach, by zniknąć z jej małego świata.

I

W cieniu wież

Głupcy tratują to, po czym aniołowie ostrożnie stąpają.

ALEXANDER POPE

„Głupcy tratują to, po czym aniołowie ostrożnie stąpają!”

Aniołowie i głupcy są do siebie podobni w tym,

że idą za głosem własnej natury,

nie licząc na pochwałę, nie lękając się kary.

RICHARD FRANCIS BURTON

The Kasidah of Haji Abdu El-Yezdi

1

OKSFORD, TUŻ PRZED ŚWIĘTAMI BOŻEGO NARODZENIA 1853 R.

– Mayu! Wracaj na miejsce! Jeszcze z tobą nie skończyłam! Mayu! – ostry głos Marthy Greenwood niósł się przeraźliwie z galerii na najwyższym piętrze aż po najdalsze zakamarki Black Hall.

– Ale ja skończyłam z tobą, mamo – wykrzyknęła Maya, zbiegając po schodach i zarzucając na ramiona chustę.

W holu o mały włos nie wpadła na Hazel, która w ostatniej chwili zdołała uratować tacę z herbatą i biszkoptami. Pokojówka popatrzyła ze zdumieniem na Mayę, która minęła ją bez słowa i gwałtownie otworzywszy przeszkolone drzwi do ogrodu, wypadła z domu. Lodowaty wiatr wdarł się do środka, nawiewając na podłogę holu kilka płatków śniegu. Hazel nastawiła uszu. Na górze wciąż było słychać stłumione głosy zdenerwowanej pani Greenwood oraz panny Angeliny, która próbowała uspokoić matkę. Hazel z westchnieniem odstawiła tacę na stolik przy schodach i z klamką w dłoni patrzyła, jak Maya, potykając się raz po raz, brnie przez zaśnieżony ogród: ciemna plama chusty w gasnącym świetle zimowego popołudnia. Każdy jej krok wyrażał gniew i bunt.

– Biedactwo – westchnęła ze współczuciem pokojówka. – Ciężkie ma życie z naszą panią.

Hazel delikatnie zamknęła drzwi i pospiesznie zaniosła herbatę na górę, by nie wystygła.

Maya gniewnie rozkopywała nogami śnieg, nie zważając na to, że jej buty i rąbek spódnicy kompletnie przemiękły. Zatrzymała się dopiero pod starą jabłonią. Starła cienką warstwę śniegu z siedziska huśtawki, z której już dawno wyrosła, usiadła, objęła się ramionami, wbiła obcasy w zmarzniętą ziemię i marszcząc czoło, zaczęła się huśtać. Smętnie patrzyła w dal, dzielnie powstrzymując napływające do oczu łzy. To takie niesprawiedliwe!

Z kwadratowego dekoltu sukni wyjęła list, który przed chwilą wyrwała z matczynych rąk, a który był przyczyną dzisiejszej awantury. Zamyślona obracała go przez chwilę w dłoniach, po czym w końcu otworzyła kopertę.

Kair, 4 grudnia 1853 r., Shepheards’ Hotel

Kiciu,

przypadłość, która mnie przykuła do łóżka, gdy do Ciebie ostatnio pisałem, nie była niczym poważnym, lecz też nie zaliczała się do kategorii tych, o których wypadałoby pisać młodej damie. Czuję się już lepiej i wracam do sił, co jest też poniekąd zasługą Twojego listu, najdroższa Mayu.

Spożytkowałem to przymusowe unieruchomienie w łóżku, pracując nad szkicami, które przywiozłem z Mekki i Medyny; tutaj, w przeciwieństwie do Indii, mam pod ręką artystów, którzy mogą mi służyć pomocą. Niestety, prace nad relacją z mojej hadżdż, to jest podróży, jaką odbyłem w przebraniu pielgrzyma do Mekki i Medyny, posuwają się nader powoli. Pisanie nadto trudzi umysł, a umysł ciało.

Spotkawszy doktora Johanna Krapfa, skorzystałem z okazji, by wypytać o jego odkrycia dotyczące źródeł Białego Nilu, o Kilimandżaro i Góry Księżycowe. To, czego się od niego dowiedziałem, oraz historie o arabskich handlarzach, które ze sobą przywiozłem, stały się fundamentem objawienia, jakiego doznałem podczas lektury Ptolemeusza, który pisze: bliskie zapachy i mieszkańcy grot po prawicy, po dwudziestu pięciu dniach marszu, jeziora, do których uchodzi Nil… Oto rozwiązanie zagadki, Mayu, sposób na to, by postawić jajko na sztorc, zerwanie welonu z oblicza Izydy! Od trzech tysięcy lat badacze wędrowali w górę Nilu, próbując dotrzeć do jego źródeł, jak dotąd bez powodzenia. Ten, któremu uda się ta sztuka, zapisze się złotymi zgłoskami na kartach historii!

Toteż, o ile otrzymam urlop, gotów jestem wyruszyć w przyszłym sezonie do serca Afryki. Jestem przekonany, że gdybym tylko uzyskał od rządu potrzebne środki finansowe i kilku zaprawionych towarzyszy, którzy ruszyliby u mojego boku (jednego do pomiarów geograficznych i drugiego do spraw botaniki), nasza wyprawa zakończyłaby się wspaniałym sukcesem. Dość napatrzyłem się na Arabię. Podróże po tej krainie są dla mnie wielką radością i nie wyobrażam sobie większej rozkoszy, jak spędzić trzy albo cztery lata na jej wschodnich krańcach, ale w ten sposób nie zyskałbym nic więcej, jak tylko znajomość pustynnych dolin i tubylczych plemion. Żadnych koni czy przypraw i jedynie namiastka sławy, jako że Wrede w swej książce – śmiesznej, jeśli prawdą jest to, co się słyszy o tym, w jakich okolicznościach powstała – omówił już lwią część tego tematu.

Cieszę się, że spodobała Ci się ta druga książka, którą Ci poleciłem – pewien jestem, że otworzy ona przed Tobą nowe horyzonty. Nie pozwól jednak, by przyłapano Cię podczas lektury; Twoja Pani Matka umarłaby chyba ze strachu o Twoją cnotę! Pamiętaj w swoich świątecznych modlitwach o mojej czarnej duszy i nie zapominaj o starym hultaju.

Na zawsze Twój

Richard

Był to ostatni z listów, które towarzyszyły Mai przez całe dzieciństwo i pierwsze lata młodości. Listy z Bombaju, Gudżaratu, prowincji Sindh, plaż Goa i błękitnych gór Nilgiri, z Hajdarabadu i Aleksandrii. Już same nazwy tych miejsc pachniały i smakowały szafranem i kolendrą, cynamonem i pieprzem, kryjąc w sobie słoneczny żar i dreszczyk przygody. Ilekroć otwierała taki list, miała wrażenie, że za chwilę wysypie się zeń piasek, czerwony pył egzotycznej przyprawy lub zielony proszek henny. Czuła, że każde włókno papieru, na którym je napisano, przesycone jest oceaniczną solą, rozgwarem orientalnego bazaru i ciszą samotnych górskich szczytów.

Wszelako jeśliby miał dojść do skutku zamysł matki, list ten będzie ostatnim, jaki trafił w jej ręce. Reputacja Richarda Burtona kroczyła przed nim, a była ona w tej chwili co najmniej wątpliwa. Z jednej strony Richard cieszył się uznaniem ze względu na swą odwagę i zdecydowanie, językowy geniusz i zachłanną ciekawość odkrywcy, z drugiej jednak stanowczo przekraczał granice dobrego smaku i nie okazywał szacunku obowiązującym normom i obyczajom, choćby wtedy, gdy podczas pobytu w Indiach nie tylko pozostawał w zażyłych stosunkach z tubylcami, lecz – o zgrozo! – jawnie zamieszkiwał z hinduską kochanką. Jedna z plotek głosiła wręcz, że jako tajny agent w służbie generała Napiera szpiegował w domu uciech, w którym bywali angielscy żołnierze. Złożony przezeń raport był ponoć tak szczegółowy, że jego autor musiał osobiście brać udział w opisywanych ekscesach, włączając w to „sprzeczne z naturą obcowanie z chłopcami”. Tak przynajmniej z oburzeniem szeptano w angielskich salonach. Gdyby tego było mało, tegoż lata w arabskim przebraniu wybrał się w podróż do świętych miejsc islamu, odbywając niepojętą dla dobrego chrześcijanina perwersyjną pielgrzymkę, podczas której miał ponoć nawet zabić jakiegoś człowieka.

Martha Greenwood szanowała Richarda Burtona jako człowieka i przyjaciela swego małżonka, nie uważała go jednak za odpowiednie towarzystwo dla córki, nawet gdyby miała ich łączyć znajomość li tylko korespondencyjna. Sprzeciwiała się jej tym bardziej, że znalezienie odpowiedniego męża dla Mai i tak wydawało się przedsięwzięciem nieomal beznadziejnym. Mimo lekcji tańca, fortepianu i jazdy konnej, mimo bezlitosnego ciągania przez matkę po całym mieście na proszone herbatki, Maya nie znalazła ani jednego poważnego adoratora. Nawet te blade książkowe mole, które zbierały się na dyskusjach w gabinecie profesora Greenwooda, szybko traciły zainteresowanie, gdy tylko Maya zapalczywie włączała się do rozmowy i w sposób nieprzystojny dla młodej damy broniła swojego zdania. Toteż gdy Hazel przyniosła pocztę, Martha Greenwood uznała za swój matczyny obowiązek pogwałcić własne zasady, otworzyć list od Richarda i w końcu poważnie rozmówić się z córką. Dwudziestoletnia Maya była już niemal starą panną, więc matka tym bardziej musiała zatroszczyć się o to, by jej opinia pozostała nieposzlakowana. Jedno było pewne: trzeba natychmiast położyć kres wszelkim kontaktom między jej córką a Richardem Burtonem.

Maya z zafrasowaną miną złożyła list, ścisnęła go między dłońmi i dotknęła ustami krawędzi kartki, jakby zmawiała modlitwę.

– Wróć, Richardzie – szepnęła głosem ochrypłym z tęsknoty. – Wróć i zabierz mnie stąd!

Jego listy były jej najcenniejszym skarbem. Listy, z których każdy czytała tyle razy, że znała je już na pamięć, słowo w słowo. Te listy były dla niej bramą do bajecznie kolorowego świata, w którym mogła się zanurzyć, ilekroć jej dni stawały się nieznośnie smutne i szare. Były jedyną nicią łączącą ją z Richardem, gdyż każdy z nich niósł w sobie jego głos, jakby, oddalony o tysiące mil, szeptał do niej:

Jakże cudowne są noce Orientu… Nad wszystkim unosi się słodki zapach wodnych fajek nargili, kadzidła, konopi i opium… Tkaniny tak cudowne, jakby je przeznaczono dla jakiejś bajkowej księżniczki – albo dla Ciebie, moja mała Mayu… I wtedy mój nauczyciel hindi oficjalnie pozwala mi nosić upawitę, święty sznur braminów… Nieustanne dudnienie tam-tamów i zawodzenie tubylczej muzyki mieszają się z wrzaskliwymi głosami krajowców, szczekaniem i ujadaniem zwaśnionych kundli i krzykiem głodnych mew wykłócających się o resztki zdechłej ryby, tworząc kompletnie obcą naszym uszom muzykę… I przypomniałem sobie naszą przejażdżkę łodzią, gdy kwitły cudownie bzy, a „my dwoje”, jak zwykłaś mawiać, wiosłowaliśmy po wodach Cherwell… Powietrze było aksamitne i wonne, a zarazem przyjemnie chłodne. Delikatny welon mgły spowijał ziemię, wznosząc się aż do połowy wzgórz, odsłaniając porośnięte palmami szczyty i chwytając srebrne światło poranka… Jakże przewidujący byli Twoi rodzice, wybierając dla Ciebie imię! „Maya” – bogini ułudy, która tumani i zwodzi ludzkie umysły. Tak i Ty – oddalona w przestrzeni i czasie wydajesz mi się już tylko złudzeniem, choć wiem, że naprawdę istniejesz; tak też każde wspomnienie o Tobie odurza mnie i uwodzi – Mayu, Mayeczko…

Maya zamknęła oczy. Jej policzki pałały żywym ogniem – z gniewu i zimna. Mimo to, wysilając odrobinę fantazję, potrafiła sobie wyobrazić, że świeci słońce, rozgrzewając jej skórę. Słońce, które ogrzewa powietrze i topi śnieg, a wraz z nim miesiące, które upłynęły od owej niedzieli przed dwoma laty, i pozwala jej zanurzyć się w krainie wspomnień…

Maya siedziała na swoim ulubionym miejscu, na huśtawce pod starą jabłonią, plecami oparta o linę. Jedną stopę postawiła na siedzisku i oparła na kolanie książkę, drugą zaś miarowo odbijała się od ziemi. Pantofelki cisnęła w trawę, a obok nich niedbale zwinięte pończochy. To miejsce było niczym zielona altanka. Wysokie krzewy – bzy i ligustry – osłaniały drzewo przed ciekawskimi oczami domowników. Oddalony zaledwie o kilka kroków mur był od środka porośnięty dwubarwnym bluszczem, a wokół łuku bramy owijała się pnąca róża, pyszniąc się swoim kwieciem. Zza wykutej z żelaza furtki prowadzącej na Black Hall Road, harmonijnie współbrzmiąc ze śpiewem ptaków, dobiegało kłapanie końskich podków i skrzypienie kół toczących się po kamienistej drodze. Nozdrza Mai leciutko drgały – jak zawsze, gdy była zadowolona. Napawała się dotykiem chłodnej, aksamitnej trawy i suchej, szorstkiej ziemi pod stopą i między palcami. Kołysząc się na huśtawce, czuła, jak falbany halki pod jasną letnią sukienką łaskoczą jej nagą łydkę. Zamknęła na chwilę oczy i odchyliła głowę, pozwalając, by słońce i cień liści wymalowały na jej twarzy fantazyjny wzór, po czym znów pochyliła się nad zadrukowaną stronicą i pogryzając kwaśne jabłko, wróciła do lektury. Czując na twarzy cień, podniosła oczy. Z jej ust dobył się zduszony okrzyk, a książka wylądowała w trawie.

W ogrodzie stał mężczyzna. W dłoni trzymał wymiętą panamę, a u jego stóp leżał żeglarski worek. Bóg raczy wiedzieć, jak długo tak stał, przyglądając jej się. Spowijał go mrok i choć miał na sobie eleganckie ubranie, wyglądał groźnie: czarne włosy, broda, żar w ciemnych oczach. A mimo to Maya nie czuła lęku – choć jej wyblakłe wspomnienia z czasem ustąpiły miejsca barwnym wyobrażeniom, zmieniając jego obraz nie do poznania. Był wychudzony przez gorączkę i rytualne posty, ogorzały od monsunowych wiatrów, słońca, skwaru i kurzu. Pustynia i tropiki starły z niego resztki młodzieńczej miękkości, wykuwając twarz niczym ze stali. Lata wojskowego drylu i nienasycony głód przygód i wrażeń pozostawiły na nim wyraźny ślad. Wtem jego twarz rozjaśnił uśmiech – tak promienny, że w pierwszej chwili zdawał się zakłócać harmonię tych rysów, w których z natury nie było miejsca na choćby cień serdeczności.

– Czy księżniczka nie zaszczyci mnie powitaniem?

Ileż to razy wyobrażała sobie tę chwilę, gdy pewnego dnia znów przed nią stanie, a ona pofrunie ku niemu, by go uścisnąć, tak jak tamtej kwietniowej nocy, gdy uczyniła to po raz ostatni, będąc jeszcze małą dziewczynką? I oto patrzyła na niego, kompletnie sparaliżowana, niezdolna wykonać najdrobniejszego gestu. Zbyt nierzeczywiste było bowiem to dziwne zjawisko, niczym sen lub fatamorgana. Nie dawała wiary własnemu sercu, które szaleńczo kołatało w jej piersi.

– Nie przyszła góra do Mahometa, więc Mahomet musi się pofatygować do góry! – zawołał Richard i ruszył w jej stronę.

W końcu Maya otrząsnęła się z odrętwienia i powolutku zsunęła z huśtawki. Upuściła na trawę nadgryzione jabłko i dyskretnie wytarła dłoń o sukienkę. Gdy Richard stanął przed nią, ujął jej dłonie i przenikliwie spojrzał w jej oczy. Przez chwilę milczał. Jego broda zabawnie drgnęła, gdy przycisnął usta do jej wciąż lepkiej od jabłka dłoni.

– Oto smak raju! – szepnął wciąż pochylony nad jej ręką.

Maya poczuła, jak krew napływa jej do twarzy. Chciała się od niego uwolnić, lecz nie była w stanie. Nagle spojrzenie Richarda stało się śmiertelnie poważne, jego palce musnęły policzek Mai, a jego oczy badawczo przyjrzały się jej obliczu.

– Jesteś zbyt młoda, by twoją twarz zasnuwał cień troski, Mayeczko! Gdzie się podziała tamta beztroska dziewczynka, którą przez cały ten czas nosiłem w swym sercu?

Pojedyncza łza opadła z jej rzęs i spłynęła po jego dłoni. I nagle zaczęła płakać: ze szczęścia, że wreszcie nastąpił kres jej tęsknoty, z ulgi, że w osobie Richarda zjawił się ktoś, kto wie, czym jest samotność tych, którzy są inni, niż oczekuje od nich świat.

– Nie płacz – szepnął, przytulając ją czule.

Delikatnie dotknął wargami jej czoła, mokrych policzków i brody, i wreszcie – po chwili wahania – jej ust. Smakował słono, nieomal cierpko, dymem i samym sobą – i dalekimi krajami, z których przybywał. Maya drgnęła leciutko, gdy czubek jego języka wsunął się między jej wargi. Pachnąca pomadą broda połaskotała kąciki jej ust, gdy się cichutko zaśmiał.

– Nigdy nawet nie śniłem, że będę pierwszym, który nie zdoła się oprzeć tej cudownej pokusie. – Całował ją, aż zaczęło brakować jej tchu, całował, aż miała wrażenie, że się rozpływa w promieniach słońca i ciepłej ziemi.

– Mayu! Maa-yuu!

Maya wzdrygnęła się i spojrzała przez nagie, zaśnieżone gałęzie krzewów w stronę, skąd dobiegało wołanie. Na werandzie dostrzegła lawendową sukienkę Angeliny.

– Mayu! Jesteś tam?

Tak, to podobne do Angeliny – nie zejdzie do ogrodu, bo śnieg mógłby zniszczyć jej pantofelki. Zamiast tego staje na palcach, wyciąga szyję, wytęża wzrok. Chociaż przez całe życie przeczytała zaledwie kilka książek, była krótkowidzem, lecz wolałaby obciąć sobie palec, niźli założyć okulary. „Okulary są dobre dla emancypantek, a żaden szanujący się mężczyzna za nic w świecie nie pokaże się w towarzystwie emancypantki”, ucinała pogardliwie wszelkie dyskusje na ten temat. Jakby komukolwiek przyszło do głowy określić ją tym pojęciem, zarezerwowanym dla wykształconych, dążących do niezależności i domagających się równouprawnienia kobiet, pomyślała Maya w przypływie trzeźwiącej wrogości. I rzeczywiście – gentlemani, niezależnie od wieku, nieomal mdleli z zachwytu, ilekroć Angelina marszczyła nosek, a jej niebieskie oczy zasnuwały się ową mgłą, gdy próbowała dostrzec coś w dali. Po prawdzie zresztą mdleli na widok wszystkiego, co Angelina robiła lub mówiła.

Maya pospiesznie schowała list i wymknęła się przez furtkę z ogrodu. Wbrew szumnej nazwie Black Hall Road była niczym obrobiony grubą nicią rąbek miasta i niewiele różniła się od wiejskiego traktu. Nie była brukowana, a warstwę śniegu przecinały jedynie dwie koleiny. Po drugiej stronie ulicy pod śnieżną pierzynką drzemały łąki i pola, na horyzoncie szare konary grabów wczepiały się w ołowiane niebo, a nieliczne krzaki głogu rozpościerały swoje mięciutkie gałązki. Poniżej Black Hall ciągnął się szereg pudełkowatych domków, zbudowanych w stylu charakterystycznym dla początków stulecia. Ze stoicką obojętnością spoglądały swoimi wielkimi szprosowymi oknami na elegancką, porośniętą drzewami St. Giles Street, wiedząc, że na tyłach wysokie mury strzegą ich ogrodów przed lisami, które nocami podchodziły tu z pól. Maya szła wzdłuż tych murów, pokrytych liszajami niczym skorupa żółwia, zmierzając w pośpiechu w kierunku miasta, do jedynego miejsca, w którym mogła znaleźć bezpieczną kryjówkę.

2

Dwaj młodzieńcy pędzili przez luksusowy hol Euston Station – jeden w szkarłatnej czerwieni East India Company, drugi w mundurze khaki. Obaj mieli przerzucone przez ramię marynarskie worki. Biegli zygzakiem, omijając ubranych w liberię bagażowych ciągnących za sobą ogromne paki lub pchających ustawione na wózkach walizy i skrzynie. Przeciskali się między podróżnymi, którzy – w przeciwieństwie do owych młodzieńców – nigdzie się nie spiesząc, spokojnie przechadzali się po holu. Mijali tych, którzy przybyli na dworzec, by powitać krewnych i przyjaciół. Dwie starsze damy, które aby uniknąć zderzenia, w ostatniej chwili zdążyły się cofnąć, tak że aż zawirowały ich szerokie suknie, popatrzyły na biegnących z wyrazem oburzenia na twarzach. Mężczyzna z siwą spiczastą brodą i w cylindrze na głowie pogroził młodzieńcom laską i posłał za nimi kilka donośnych złorzeczeń. „Pszaszam”, krzyknął szkarłatny, „szaszam”, powtórzył jak echo jego towarzysz i popędzili dalej, ile sił w nogach, w stronę jednego z przejść wiodących na perony.

Przeraźliwy gwizdek konduktora rozległ się nad zadymionym peronem, odbił się od usztywnionego cienką metalową siatką szklanego dachu i powrócił donośnym echem. Oktawę niżej odpowiedział mu gwizdek lokomotywy, która wypuściła kłąb pary i z sapnięciem ruszyła naprzód. Dwaj spóźnieni pasażerowie wskoczyli w pełnym biegu na schodki końcowego wagonu i ostatni tego dnia pociąg kompanii London & North Western Railway wytoczył się z dworca.

– Ledwie zdążyliśmy! – Jonathan Greenwood wrzucił swój worek na półkę z bagażami, po czym z westchnieniem opadł na śliwkowy plusz kanapy, wyciągając przed siebie obolałe nogi w wysokich butach.

– O mały włos! – przytaknął równie zdyszany towarzysz Jonathana z przeciwległej kanapy. – Gdyby… gdyby ten przeklęty parowiec zacumował kilka minut później, musielibyśmy poszukać jakiegoś noclegu!

– Nie marudź, wszak P&O Steam Navigation Company po raz kolejny udowodniła, że nie bez powodu cieszy się taką renomą, pokonując trasę z Aleksandrii do Londynu dwa dni krócej, niż przewiduje rozkład! Poza tym można powiedzieć, że jedną noc w Londynie już spędziliśmy – stwierdził Jonathan, znacząco mrugając okiem. Odpowiedziało mu wymowne drgnienie jasnych brwi i gardłowy dźwięk, ni to warknięcie, ni to mruknięcie, po którym obaj zgodnie wybuchli śmiechem.

Pociąg przyspieszał, stukając i rzucając na boki na kolejnych zwrotnicach. Za nowoczesnym panoramicznym oknem widać było spowite w niebieskawym świetle popołudnia fasady mijanych domów i słabe odbicie wnętrza przedziału. Gdy towarzysz ocierał spocone czoło, Jonathan skorzystał z okazji i krytycznie przyjrzał się swemu lekko rozmazanemu, przezroczystemu odbiciu. Jego kasztanowe włosy, z natury gęste i kędzierzawe, z powodu obowiązującej w armii krótkiej fryzury układały się w lekkie fale, których wygładzenie wymagało ogromnej wytrwałości i jeszcze większej ilości pomady. Po szalonej gonitwie ulicami Londynu niektóre kosmyki uniosły się niczym diabelskie rogi. Młodzieniec powiódł dłońmi po głowie, próbując przygładzić włosy, lecz jego wysiłki nie przyniosły spodziewanego efektu, gdyż kędziory za każdym razem odskakiwały niczym sprężynki. Nawet w wyblakłym odbiciu rudy odcień włosów gryzł się ze szkarłatem mundurowej kurty. Młodzieniec stłumił westchnienie, a złowiwszy kątem oka rozbawione spojrzenie towarzysza, który przyłapał go na tym przejawie męskiej próżności, zamiast się bronić, z miejsca przeszedł do kontrataku:

– Śmiej się, śmiej, ty zawsze wyglądasz jak wielkanocne jajo!

Jonathan, zwykle tak wielkoduszny, spojrzał z zazdrością na podporucznika, z którym przyszło mu dzielić kajutę podczas rejsu z Kalkuty do Suezu. Oficer ów miał regularne, arystokratyczne rysy i odznaczał się dokładnie tym typem męskiej urody, który potrafił oczarować każdą młodą damę. Mundur w kolorze khaki z bordową lamówką na kołnierzu i takimiż wyłogami rękawa idealnie komponował się z jego piaskowymi włosami i lekko ogorzałą cerą. Podporucznik nosił go z naturalną, pewną siebie elegancją. Tymczasem Jonathanowi przypadła w udziale rola dobrego przyjaciela, któremu tak chętnie wypłakują się przedstawicielki płci pięknej, gdy oficer pokroju jego towarzysza złamie im serce. Fakt, iż na uśmiechniętej twarzy Jonathana pojawiały się rozkoszne dołeczki, a usta odsłaniały maleńką przerwę między górnymi siekaczami, upodabniając blisko trzydziestoletniego już oficera do małego urwisa, bynajmniej nie poprawiał jego samopoczucia.

Wszelako rozbrajająca szczerość szarych jak krzemień oczu Ralpha Garretta, bo tak przedstawił się podporucznik, z miejsca złagodziła nieprzychylne zrazu nastawienie Jonathana. A gdy widząc barwy munduru, zidentyfikował towarzysza jako członka Corps of Guides, do reszty rozwiały się jego uprzedzenia. Ktoś, kto służy w tej elitarnej jednostce wojsk Jej Królewskiej Mości w Indiach, nie może być zniewieściałym dekownikiem! To przypuszczenie zresztą rychło się potwierdziło, gdy Ralph, rozochocony alkoholem, począł opowiadać anegdoty z czasów służby w Indiach – albowiem nawet Ralph Garrett znał ten rodzaj miłosnych udręk, które można zagłuszyć wyłącznie ogromnymi ilościami whisky. Nic przeto dziwnego, że obaj panowie zostali przyjaciółmi, zanim jeszcze „Precursor” wziął kurs na pełne morze.

– Słucham? Raczysz żartować, przyjacielu! A może ci padło na oczy?! – Ralph łagodnie zbeształ Jonathana, po czym z irytacją opuścił wzrok. I faktycznie, obcisłe spodnie Ralpha pokryte były plamami, oficerki zakurzone, a kurtka munduru przepocona pod pachami. Czuł też, że jego zazwyczaj pedantycznie zaczesane włosy są niemiłosiernie zmierzwione i kilka kosmyków klei mu się do rozpalonej skroni, a gdy potarł czubkami palców nieogolone policzki i brodę, rozległo się ciche drapanie. – Twoi rodzice zrobią wielkie oczy, gdy staniemy wieczorem w ich progu jak para włóczęgów.

Jonathan uśmiechnął się, a w jego oczach zabłysły szelmowskie iskierki.

– Dla nich to nie pierwszyzna!

– Myślisz, że naprawdę nie będą mieć nic przeciw temu, żebym przenocował w ich domu? – upewnił się raz jeszcze Ralph, lecz Jonathan machnął tylko niedbale ręką.

– Ależ skąd! Rodzice prowadzą otwarty dom. Moja matka uwielbia troszczyć się o znużonych i głodnych gości, którzy niespodziewanie stają w jej progu.

Ralph kiwnął z wdzięcznością głową, zmrużył oczy i przez chwilę milczał.

– Opowiesz mi o swojej rodzinie?

– Zaczekaj. – Jonathan wydobył z wewnętrznej kieszeni kurty portfel i wyjął z niego sepiowobeżową fotografię. Zdjęcie było już nieco przybrudzone i powyginane, a z jednej strony naddarte. Pożegnalny prezent Greenwoodów, gdy przed trzema laty z ciężkim sercem przyszło im wyprawić syna i brata do Indii, gdzie miał podjąć służbę w armii East India Company jako wojskowy lekarz. Od tej pory Jonathan nie rozstawał się z fotografią, traktując ją jak swoisty talizman.

– Państwo pozwolą – rzekł uroczystym tonem, wykonując dłonią gest w stronę Ralpha – podporucznik Ralph Garrett z Corps of Guides, drugi syn barona Cheltena… auć! – Ralph przypomniał przyjacielowi kopniakiem w piszczel, że nie przywiązuje zbytniej wagi do – jak zwykł się wyrażać – „tytulatury”.

– Typowe – mruknął Jonathan, rozmasowując obolałą nogę. – Arystokrata, bogacz z zamkiem, a maniery szewskiego czeladnika! – Ze śmiechem cofnął nogę, unikając kolejnego kopniaka. – Mam cię przedstawić czy nie?

Słysząc z ust przyjaciela łaskawy pomruk przyzwolenia, Jonathan przesunął się na brzeg kanapy, obrócił nieco fotografię w stronę Ralpha i wskazując palcem, po kolei przedstawił kolejne osoby.

– Mój ojciec, Gerald Greenwood, profesor historii starożytnej i filologii w Balliol College. Moja matka Martha Greenwood, z domu Bentham. Angelina, nasz beniaminek…

Ralph wyrwał fotografię z ręki przyjaciela, przyjrzał się uważnie i gwizdnął przez zęby.

– Cu-dow-na! Do tej pory musiała wyrosnąć na prawdziwą piękność. Jest jeszcze do wzięcia?

– Ostrzegam cię! Trzymaj łapy z dala od mojej siostry, casanovo – wykrzyknął ze śmiechem Jonathan, próbując odebrać Ralphowi zdjęcie. – Poza tym jest humorzasta i strasznie zadziera nosa, i obawiam się, że nawet ciebie nie znajdzie dość godnym – dociął przyjacielowi, zażarcie walcząc z nim o fotografię. Ten jednak dał mu odpór, podniósłszy zdjęcie w górę i trzymając Jonathana na odległość wyciągniętej ręki.

– Nie byłbym taki pewny! – odparł Ralph z szerokim uśmiechem. – Już ja wiem, jak poskromić taką złośnicę! Zobaczysz, będzie mi jeść z ręki!

– Mrzonki, mój drogi! Choć nie zamierzam ci bynajmniej odbierać nadziei! – skontrował Jonathan, siadając obok Ralpha, który znowu skupiwszy się na fotografii Greenwoodów, wskazał na czwartą osobę – młodą ciemnowłosą dziewczynę, która stała nieco z boku, skrywając w fałdach spódnicy zaciśnięte pięści. – A kim jest ta chmurnooka istota?

Dziewczyna spoglądała w obiektyw ze zmarszczonymi brwiami, jakby siłą postawiono ją przed aparatem. Przekornie wysunięta broda kontrastowała z jej niezgrabną postawą, a zacięta mina i wyraz powagi na twarzy zupełnie nie pasowały do młodej dziewczyny.

– To moja druga siostra, Maya. – Jonathan wypowiedział te słowa z nieskrywaną czułością. – Szalenie subtelna osoba, zupełne przeciwieństwo Angeliny. Książki są całym jej światem. Sprzedałaby duszę diabłu, byle tylko pozwolono jej wstąpić na uniwersytet, i nie potrafi przeboleć, że bramy uczelni są otwarte wyłącznie dla mężczyzn.

Jonathan nagle spoważniał, spojrzał w okno, które w zapadających na dworze ciemnościach i świetle zapalonych na korytarzu lamp całkiem zamieniło się w lustro. Mimo to można by pomyśleć, że spojrzenie i myśli Jonathana błądzą gdzieś hen, daleko.

– Czasami martwię się, co z nią będzie. Jest szalenie sentymentalna i często wpada w melancholię. Jakby nie miała miejsca, gdzie mogłaby zapuścić korzenie…

Nie wiedząc, co na to odrzec, Ralph bez słowa oddał przyjacielowi fotografię i poklepał go ze współczuciem po ramieniu. Jonathan przygryzł dolną wargę, schował zdjęcie, wstał, zbliżył twarz do szyby i osłaniając ją dłońmi przed światłem, wyjrzał na zewnątrz.

– Śnieg – szepnął wreszcie z zachwytem. – Prawie już zapomniałem, jak wygląda prawdziwy śnieg.

3

Maya szła przez zaciszną, baśniową wprost okolicę. Powoli zapadał zmierzch, a śnieg, zimny i tajemniczy, zaczynał się skrzyć w blasku księżyca. Gałęzie młodych lip po obu stronach drogi uginały się pod ciężarem oblepiającego je śniegu, a za nimi rozpościerały się rozległe parki i kamienne budowle szacownych college’ów: Wadham po lewej oraz St. John’s Trinity po prawej. Maya wzdrygnęła się, gdy jakaś samotna wrona zatrzepotała w żywopłocie skrzydłami i zerwawszy się do lotu, zniknęła po chwili w śnieżnym tumanie, pozostawiając jedynie echo swego zachrypniętego głosu.

Choć Maya miała na sobie ciepłą wełnianą suknię i flanelowe halki, chłód powoli jął jej się dawać we znaki. Czuła, jak grabieją jej stopy, obute w zapinane na guziczki ciżemki. Była na siebie zła, że nie pomyślała, by narzucić na siebie jakieś cieplejsze okrycie albo przynajmniej wziąć rękawiczki, lecz ani myślała wracać po nie do domu. Wytrwale szła dalej, raz po raz chuchając w czerwone od mrozu dłonie, które zaraz chowała pod pachami. Czując, że poluzowała jej się kolejna szpilka do włosów, potrząsnęła mimowolnie głową, aż skapitulowała ostatnia ze spinek i włosy swobodnie opadły jej na ramiona. Było jej obojętne, co sobie ludzie pomyślą. Matka i tak ją zbeszta za to, że sama chodzi nocą po ulicy, więc co za różnica, czy ma na głowie kapelusz. Zwłaszcza dzisiaj.

Tego bowiem wieczora, przed kolacją, Maya miała dobrowolnie oddać matce wszystkie listy od Richarda. Myśl, że matka przeczyta słowa przeznaczone wyłącznie dla oczu adresatki, była nieznośna, i Maya była zdecydowana sprzeciwić się matce. A jeśli matka zechce spełnić swą groźbę i – jak zapowiedziała – dokładnie przetrząśnie pokój Mai i w razie potrzeby wywróci do góry nogami cały Black Hall? Maya, chociaż na samą myśl o tym krwawiło jej serce, postanowiła własnoręcznie wrzucić gruby pakiet gromadzonych przez lata listów do kominka. Zacisnęła zęby i pomyślała, że najchętniej poszłaby dalej – dużo dalej niż tylko do końca Park Street.

Fasada Wadham College, okryta spiczastym dachem i zwieńczona blankami niczym średniowieczna twierdza, spoglądała ponuro na ulicę ciemnymi oczodołami okien. Tylko za jednym z nich, podzielonym na mnóstwo mniejszych szybek, paliło się jeszcze światło. Studenci już kilka dni wcześniej opuścili college objuczeni workami i pakunkami i rozjechali się po całym kraju, by spędzić święta w rodzinnych domach, więc to zapewne jakiś nadgorliwy profesor, który nie wie, co to świąteczne ferie. Oksford oddychał z ulgą, ilekroć dzika zgraja młodzieńców w czerni wyjeżdżała na święta lub długie letnie wakacje. Na ulice wracały wówczas spokój i cisza, w zaułkach milkły nocne hałasy, a w pubach awantury i niewybredne żarty, w których wyładowywał się nadmiar życiowej energii, nagromadzony w ciągu ściśle uporządkowanego dnia – od porannej modlitwy poprzez wykłady, studium indywidualne i egzaminy. Między town and gown, jak tu mawiano, to jest między obywatelami miasta a studentami, panowały stosunki naznaczone miłością i nienawiścią, która w dawnych czasach prowadziła niekiedy do zbrojnych potyczek. A mimo to mieszkańcy byli dumni z renomy Oksfordu jako krynicy mądrości i wiedzy, a na świątecznych ulicach, pozbawionych widoku wiecznie zagonionych studentów, którzy w swych długich luźnych okryciach wyglądali jak roztrzepotane motyle, zdawało się czegoś brakować.

Niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, Maya zaczekała, aż dwie dorożki skręcą w Broad Street. Latarnie gazowe ustawione wzdłuż szerokiej ulicy wycinały już świetlne kule w zapadających ciemnościach, a w kamiennych murach domów jaśniały pierwsze złote prostokąty okien. Maya pospiesznie minęła skrzyżowanie Park Street z Catherine Street. Końskie kopyta i koła wozów zamieniły śnieg w ohydną maź, która tu i ówdzie już zaczynała zamarzać. Spojrzenie Mai tęsknie powędrowało ku kuszącej ciepłym światłem witrynie na parterze skromnego, pozbawionego ozdób narożnego domu. Również Bagg’s Coffee House był dziś nieomal pusty; tylko dwa stoliki były zajęte przez mężczyzn w średnim wieku. Przechodząc tędy, Maya jak zwykle poczuła niemal nieodpartą pokusę, by wejść do środka. Oprócz kawy i herbaty oraz sandwiczy z zimnym rostbefem, cheddarem i marynowanymi krążkami cebuli można tu było również dostać gazety i magazyny z Anglii, Francji i zza oceanu. W Bagg’s studenci i profesorowie spotykali się, by coś przekąsić, wymienić się najnowszymi wiadomościami i anegdotami oraz podzielić wrażeniami i refleksjami na temat najnowszych karykatur czy przeczytanych ostatnio artykułów i powieści w odcinkach. Prowadzono tu niezobowiązujące pogawędki oraz namiętne dyskusje o polityce, historii, literaturze, gospodarce i życiu uniwersyteckim. Dyskusje, których nie przerywały ani ostrzegawcze spojrzenia matki, ani polecenia, by Maya zaparzyła świeżej herbaty, chociaż dzbanki były jeszcze w połowie pełne, a sprawy kuchenne zasadniczo należały do obowiązków Hazel. Dyskusje w duchu wolności, której dusza Mai tak bardzo łaknęła, a której jej odmawiano. Albowiem Bagg’s, podobnie jak wydziały uniwersytetu, były dla kobiet tabu – nawet dla córki jednego z najznamienitszych profesorów Balliol College. Maya nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wszystko to, co inspiruje i zapładnia ludzkie umysły, jest zarezerwowane dla mężczyzn.

Przeszła na drugą stronę ulicy. Kolumnowy portal klasycznego gmachu Clarendon Building, w którym ulokowano uniwersytecką registraturę, krył się w cieniu. Dwuspadowy kamienny dach, który od zawsze fascynował Mayę, otaczały figury dziewięciu muz, wyglądających tak, jakby zarzuciły sobie na głowy chusty w kolorze lawendowo-szarego nieba. Maya minęła wysoki płot z cienkich żelaznych prętów, zwinnie wbiegła po schodkach, przeszła przez otwartą kratę i przecięła niewielki placyk na tyłach Clarendon. Na wprost majaczyły kontury Sheldonian Theatre – owalnej budowli z płaską fasadą, w której odbywały się koncerty, odczyty i uroczyste ceremonie akademickie. Kiedyś Maya wraz ojcem weszła krętymi schodami na kopułę teatru, z której wielkich okien rozciągał się wspaniały widok na szarobure dachy, cyzelowane pinakle, blanki i kopuły miasta. I mury, z których za dnia biły takie ciepło i złocista poświata, a które teraz srebrzyły się w blasku księżyca. I aksamitne trawniki i parki. Oraz Cherwell i Isis – dwie roziskrzone rzeki opływające Oksford, które kilka mil dalej zlewały się, dając początek Tamizie. Widok rozciągał się aż po porośnięte lasami wzgórza otaczające miasto. To właśnie takie budowle jak Sheldonian i Clarendon, nawiązujące do stylu starożytnych Greków i Rzymian, sprawiały, że Oksford wydawał się prawdziwie wiecznym miastem. Zabudowania uniwersytetu ze swoimi pełnymi rozmachu skrzydłami i subtelnymi przybudówkami. Jakby w tym miejscu czas się zatrzymał, tworząc wyspę wielowiekowej tradycji na wzburzonych falach postępu epoki wiktoriańskiej.

Również potężny kompleks budowli, do którego zmierzała Maya, strzeżony przez wieże i zwieńczony subtelnymi kamiennymi szczytami, wyglądał jak żywcem wyjęty z epoki Tudorów i Stuartów, w której zresztą istotnie został wzniesiony. Echo spotęgowało odgłos jej kroków, gdy minęła łukowatą bramę i weszła na kwadratowy dziedziniec. Za kilkoma otaczającymi podwórze witrażami majaczyło stłumione światło, oświetlając jej drogę po kamiennych płytach, dokładnie oczyszczonych przez sumiennego dozorcę ze śniegu i lodu. Nad dziedzińcem tronował potężny czworokątny fronton, którego kamienie ociosano tak, że przypominały drewniane lamele. Celem Mai nie był główny portal pod imponującym łukowatym oknem, lecz jedna z dwóch bocznych, przypominających wieżyczki przybudówek – ta po lewej. Była spóźniona, nawet bardzo, i gdy wbrew jej obawom okazało się, że drzwi pod łacińską inskrypcją są jeszcze otwarte, z jej piersi dobyło się westchnienie ulgi. Biorąc po dwa stopnie, wbiegła po płaskich schodach, pchnęła obite zieloną włochatą materią wahadłowe drzwi z dwoma okrągłymi okienkami i zdyszana zatrzymała się w długim, wąskim pomieszczeniu. Owionęło ją przyjemne ciepło i znajomy zapach starych ksiąg – słodkawa mieszanina stęchlizny, kurzu i ledwie wyczuwalnej metalicznej nuty. Poczuła się tak błogo, jakby ktoś otulił ją kaszmirowym pledem. Pomieszczenie z belkowanym sufitem przypominało w półmroku tunel. Maya ruszyła dalej, tym razem powoli, jakby znalazła się w świętym przybytku, co zresztą było po trosze prawdą. Minęła przeszkloną gablotę, w której wystawiono kilka szczególnie cennych zabytków piśmiennictwa, i weszła między sięgające sufitu regały wypełnione książkami. Jej wzrok powędrował w górę, ku galerii, z której spoglądali na nią uwiecznieni w oleju mężowie, strzegący przez stulecia tego skarbca mądrości – z Thomasem Bodleyem na czele, który za czasów Elżbiety I położył kamień węgielny pod gmach biblioteki i od którego wzięła ona swą nazwę. Przez łukowate okno wpadał do środka blady snop światła, oświetlając stół z przyborami do pisania i arkuszem papieru. Stare krzesło z wysokim oparciem, zajmowane zwykle przez bibliotekarza, było puste. Maya rozejrzała się po sali.

– Profesorze Reay? – szepnęła.

Gęsty mrok tłumił wszelkie hałasy, lecz Maya i tak wzdrygnęła się na dźwięk własnego głosu. Chrząknęła z zakłopotaniem, zebrała się na odwagę i powtórzyła nieco głośniej:

– Profesorze Reay?

– Żałuję, lecz już… – Zza jednego z poprzecznie ustawionych regałów rozległ się sympatyczny głos, by zaraz zamilknąć w połowie zdania. Zza półki wyłoniła się siwa czupryna okalająca twarz ze zsuniętymi na czubek nosa okrągłymi okularami, znad których para oczu zmierzyła Maję ze zdumieniem tudzież nieskrywaną radością.

– Nanu!

Maya z ulgą pospieszyła ku profesorowi, on zaś wyszedł jej naprzeciw, w obu dłoniach niosąc książki i łopocząc zbyt obszerną togą zarzuconą na wychudzone ciało.

– Zamknęliśmy blisko godzinę temu, miss Maya – rzekł, lecz w jego głosie nie było cienia przygany. Nie, profesor Stephen Reay, jeden z dwóch kustoszy Biblioteki Bodlejańskiej, nie potrafił się gniewać. – Nie zdążyłem jeszcze zamknąć na dole, gdyż najpierw muszę się zająć nieporządkiem – uniósł lekko trzymane w rękach tomiszcza – jaki po sobie zostawił dziekan Trinity.

– Profesorze Reay – wydyszała Maya – czy mogłabym w drodze wyjątku…

W spojrzeniu, które skierowała na sędziwego bibliotekarza, kryła się niewypowiedziana prośba.

Twarz profesora Reaya rozjaśnił uśmiech, na kilka chwil wygładzając zmarszczki.

– Coś często się zdarzają owe wyjątki, miss Maya! Któregoś dnia przyłapie tu panienkę Bandinel, a wtedy niech Bóg ma nas w swojej opiece.

Maya zmieszana spuściła oczy, wlepiając spojrzenie w czubki swoich ciżemek. Doktor Bulkeley Bandinel, pan i władca Bod, jak czule określano bibliotekę, wzbudzał lęk w każdym, kto przekraczał próg zielonych wahadłowych drzwi. Pan Bandinel z całą surowością pilnował przestrzegania obowiązujących w bibliotece reguł: wstęp w ściśle określonych godzinach wyłącznie dla profesorów i studentów ze szczególnym poleceniem ciała pedagogicznego; żadnych lamp – ze względu na zagrożenie pożarowe; kary pieniężne za nieodpowiednie obchodzenie się z książkami, jak na przykład opieranie się na otwartej księdze lub położenie na niej własnych notatek. Wszelako najważniejsze z przykazań obowiązujących w Bibliotece Bodlejańskiej brzmiało: korzystanie z książek wyłącznie na miejscu. Fakt, iż w przeszłości regule tej musieli się podporządkować sam Oliver Cromwell oraz Karol I, podczas gdy dla siebie Bandinel wielkodusznie czynił w tej kwestii wyjątek, najdobitniej świadczył o tym, jaką władzę posiadał obecny dyrektor biblioteki. Już samo to, że Maya przekroczyła próg tego świętego przybytku, w oczach doktora Bandinela byłoby świętokradztwem i skandalem porównywalnym z upadkiem imperium brytyjskiego.

– Proszę! Tylko na chwilę. Chcę szybko coś sprawdzić – Maya uparcie powtórzyła prośbę.

Profesor Reay wcisnął sobie jedną z ksiąg pod pachę, poprawił czubkiem kościstego palca okulary, wyciągnął spod togi kieszonkowy zegarek i wytężając wzrok, spojrzał na cyferblat.

– Obawiam się, że doktor Bandinel po herbacie będzie jeszcze chciał sprawdzić, czy wszystko zostało należycie zamknięte. Wystarczy panience pół godziny?

– Dziękuję – szepnęła Maya, na co bibliotekarz odpowiedział konspiracyjnym mrugnięciem, które pogłębiło wianuszek zmarszczek wokół jego oka. Z natury uprzejmy i skory do pomocy Reay, który zawsze i dla każdego potrafił znaleźć życzliwe słowo, był ulubionym celem szykan doktora Bandinela. Maya zaś od dawna podejrzewała, że profesor Reay tak ochoczo pomaga jej zakradać się do biblioteki nie tylko ze względu na osobistą sympatię, lecz również dlatego, że w ten sposób mógł się po cichu zrewanżować doktorowi Bandinelowi.

Pod surowymi spojrzeniami popiersi Bodleya i Karola I Maya chyżo pobiegła do starej czytelni, która niczym pozioma kreseczka w literze „H” łączyła dwa pozostałe pomieszczenia biblioteczne: Arts End u wejścia i Selden End po drugiej stronie czytelni. Po obu stronach wyłożonej rogożami sali wyrastały regały z książkami, tworząc zaciszne nisze z wygodnymi windsorskimi krzesłami, które uprzyjemniały godziny spędzone na lekturze. Otoczone z zewnątrz bluszczem okna dawały tak niewiele światła, że galerie, zwykle i tak mroczne, całkowicie niknęły w ciemności. Maya miała wrażenie, że z każdym krokiem opuszczają ją wszystkie troski i gniew, tak że gdy dotarła do Selden End i zanurzyła się w tej niepowtarzalnej atmosferze pełnej ciepła i łagodnej ciszy, którą potrafią stworzyć jedynie książki, poczuła się zupełnie bezpieczna i wolna od zmartwień.

Również tutaj księgozbiór rozmieszczono na dwóch kondygnacjach: na parterze, który zwieńczono łukami Rundbögen i drewnianymi filarami, oraz na biegnącej wokół sali galerii, tuż pod pomalowanym kasetonowym sufitem. Pośrodku sali znajdował się stół, z obu stron otoczony wysokimi regałami z encyklopediami, leksykonami i słownikami. Maya podeszła do prawego regału, w którym ustawiono zbiór pana Seldena, orientalisty, od którego imienia wzięła nazwę ta część biblioteki. Czule powiodła opuszkami palców po spękanej czerwonej, żółtej, niebieskiej i zielonej skórze ksiąg, po wytłoczonych na nich złotych literach i po drewnie otaczającym te skarby. Wypatrzywszy księgę, której szukała, wysunęła tom z półki i otworzyła na chybił trafił. Na kartach ciągnęły się płynne linie, pętle i łuki arabskiego pisma, między którymi tu i ówdzie rozsypano maleńkie haczyki i kropki. Skomplikowane znaki skomplikowanego języka, którego Maya zaczęła się uczyć, gdy Richard Francis Burton wyruszył do Mekki.

Mekka, miejsce narodzin proroka Mahometa, najświętsze miasto muzułmanów, pępek islamskiego świata i matka wszystkich miast, zakazane dla wyznawców innych religii. Wielu chrześcijan nęciła pokusa pielgrzymki w przebraniu, lecz niemal wszyscy śmiałkowie zostali zdemaskowani, wyprowadzeni na pustynię, ścięci i pogrzebani. Tylko garstka wróciła cało i zdrowo – wśród nich kapitan Richard Francis Burton. W długich powłóczystych szatach, z ostrzyżoną do skóry głową, długą brodą i twarzą pomalowaną olejkiem z orzecha włoskiego wkroczył na tę samą szalenie wycieńczającą i niebezpieczną drogę, którą co roku o tej porze przemierzały rzesze wiernych wyznawców Proroka. Spływali tu ze wszystkich zakątków islamskiego świata – z Afryki, Półwyspu Arabskiego, Imperium Osmańskiego i subkontynentu indyjskiego – by modlić się wokół Kaaby, pozbawionego okien, przypominającego wielki sześcian gmachu na dziedzińcu głównego meczetu, zbudowanego wedle legendy przez Abrahama, z czarnym kamieniem w południowo-wschodnim narożniku, podarowanym starożytnemu patriarsze przez archanioła Gabriela. Tam właśnie modlił się Richard Francis Burton, który jeszcze w Indiach zaczął studiować sufizm, czyli islamską mistykę, a teraz jako pełnoprawny sufi czuł, że islam jest jego domem dalece bardziej, niż kiedykolwiek było nim chrześcijaństwo. Modlił się po arabsku – w języku, którego nauczył się samodzielnie podczas studiów w Oksfordzie i którym posługiwał się równie sprawnie jak starożytną łaciną i greką czy językami współczesnymi: francuskim i włoskim oraz językami subkontynentu indyjskiego – hindustani, gudżarati, marathi, sindhi i perskim – których podstawy przedstawiał Mai w listach. Jednakże to arabski był tym językiem, który on sam określał mianem swej mowy ojczystej.

Języka tego profesor Reay – jako kierownik katedry języka arabskiego – uczył Mayę dwa wieczory w tygodniu w jej domu w Black Hall. Gdy Maya wyjawiła to swoje pragnienie, matka zrazu uniosła się gniewem i poczęła zapalczywie dowodzić bezsensowności tego rodzaju zajęć, lecz gdy Gerald Greenwood postanowił spełnić prośbę córki, Martha zamilkła i zacisnąwszy zęby, pogodziła się z decyzją męża. Wielkoduszność profesora Reaya i przyjaźń, jaką darzył profesora Greenwooda, były tak wielkie, że bez najmniejszych obiekcji podjął się nauczania młodej panny.

Richard… Maya poczuła, jak do jej oczu napływają łzy, rozmazując litery i w końcu zamieniając je w niewyraźną plamę. Jej myśli wciąż zaprzątało wspomnienie tamtego letniego dnia przed dwoma laty, które tak żywo ogarnęło ją w ogrodzie. A z nim ściśle wiązało się wspomnienie nocy, która nastąpiła po tym nieoczekiwanym spotkaniu…

Przez otwarte okno noc wpełzała do pokoju. Maya leżała w łóżku, wpatrując się w mrok, ledwie rozpraszany przez mleczną poświatę księżycowego sierpa. Świerszcze na chwilę umilkły i zapadła niemal bolesna cisza. Tym bardziej błogie wydało się ich cykanie, gdy wznowiły swój koncert. Białe kwiaty wiciokrzewu na ścianie domu rozsiewały woń wanilii i miodu zmieszaną z zapachem kamieni, które powoli oddawały jedwabistemu powietrzu zgromadzone w ciągu słonecznego dnia ciepło.

Gdy Richard u boku Mai przekroczył próg domu, Greenwoodowie wprost nie posiadali się z radości. Nic dziwnego, że od tej chwili Maya i Richard nie mieli nawet chwili tylko dla siebie. Podczas kolacji Maya lękała się oderwać oczy od talerza, w milczeniu przesuwając po nim kawałek jagnięciny w sosie miętowym. Bała się, że matka lub Angelina mogłyby w jej oczach wyczytać to, co się zdarzyło w ogrodzie. Jakby pocałunki Richarda – te potajemne, niestosowne, cudowne pocałunki – zostawiły na jej twarzy widoczne ślady. Tylko od czasu do czasu, czując na sobie spojrzenie Richarda, zerkała ukradkiem w jego kierunku. W takich momentach przenikało ją uczucie szczęścia, które niemal zapierało jej dech w piersiach. Jednym uchem słuchała opowieści Richarda o Indiach, podczas gdy Gerald, Martha, a nawet Angelina wprost spijali słowa z jego warg. Również dlatego, że opowieść ta pozwalała im poczuć bliskość Jonathana, za którym tak bardzo tęsknili.

Richard zaś mówił o pawiach ukrytych w gałęziach dębów, krzyczących do płomiennej tarczy zachodzącego słońca – przesłoniętego błękitnymi wyziewami, które łącząc się z aromatem korzennych przypraw i oleju kokosowego, tworzyły przenikliwy, lecz bynajmniej nie nieprzyjemny zapach. Opisywał swój podobny do stodoły bungalow z czasów, gdy służył w regimencie w Barodzie. Mówił o księciu Gaikwarze, który uprzyjemniał żołnierzom czas pokazami walk dwóch słoni z tygrysem albo bawołem. Opowiadał o polowaniach, które odbywał na grzbiecie słonia, o nieprzeniknionej, bujnej dżungli interioru, swoich studiach nad językami i obyczajami tubylców oraz o pracy tłumacza. O misji zwiadowczej w przebraniu irańsko-arabskiego kupca o imieniu Mirza Abdullah i swoim rozczarowaniu, gdy przed czterema laty, podczas wojny z sikhami o Pendżab, odrzucono złożone przezeń podanie o przeniesienie na front – i wreszcie o trzech książkach, które napisał po powrocie i które właśnie przygotowywano do druku: Goa, and the Blue Mountains, Scinde; or, the Unhappy Valley oraz etnologicznej rozprawie na temat tamtejszych ludów. Wreszcie po kilku godzinach Martha Greenwood odesłała córki do łóżek, te zaś, grzecznie dygnąwszy i życzywszy Richardowi dobrej nocy, udały się na górę, panowie zaś – jak za starych dobrych czasów – przeszli do gabinetu Geralda na szklaneczkę brandy.

Z dołu dobiegały męskie głosy i chrapliwy śmiech Richarda. Potem rozległy się zdecydowane kroki ojca, który wszedł po schodach, minął drzwi pokoju Mai i poszedł dalej, w głąb korytarza. Ostrożnie zamknął drzwi rodzicielskiej sypialni, za którymi już dawno skryła się Martha, po czym rozległy się stłumione odgłosy jego wieczornej toalety.

Serce Mai waliło jak oszalałe, choć ze wszystkich sił starała się je powściągnąć. Od kilku godzin nie mogła się doczekać chwili, gdy wszyscy udadzą się na spoczynek i w domu zalegnie kompletna cisza. Wreszcie powolutku zsunęła się z łóżka i wymknęła z pokoju, którego od trzech kwartałów nie musiała już dzielić z młodszą siostrą.

By położyć kres niesnaskom między córkami, które niemal każdego dnia kończyły się łzami, Martha Greenwood – głównie przez wzgląd na nerwowe usposobienie Angeliny – kazała urządzić dla niej osobną sypialnię w dawnym pokoju gościnnym na drugim końcu korytarza. Angelina z przyjemnością się doń przeprowadziła, tym bardziej że był dużo większy i posiadał ogromną szafę, w której było aż nadto miejsca na jej nieprzebraną garderobę. Na tej zmianie skorzystała też Maya, gdyż nie ryzykując kłótni z Angeliną, która chciałaby spać, mogła od tej pory przesiadywać do późnej nocy przy lampie, czytając i pisząc. Nadto z radością zrezygnowała z wątpliwej przyjemności nieustannego potykania się o porozrzucane po pokoju buciki, zdejmowania ze swego łóżka części siostrzanej garderoby i szukania książek pośród walających się wszędzie pończoch, kolczyków i szylkretowych grzebyków.

Dziś w nocy Maya była po dwakroć wdzięczna matce za tę salomonową decyzję, która pozwoliła jej wymknąć się z pokoju bez obaw, że nieopatrznym ruchem zbudzi siostrę i tym samym narazi się na nieprzyjemne pytania.

Maya postanowiła nie zakładać peniuaru i w samej tylko koszuli nocnej na ramiączkach zeszła po schodach piętro niżej, gdzie po omacku ruszyła korytarzem, mijając kolejne drzwi. Zatrzymała się przed tymi, które prowadziły do zielonego pokoju, zwanego tak z racji tego, iż jego kotary, dywany i obicia mebli utrzymane były w tonacji szmaragdu, nefrytu i malachitu. Przez moment stała nieruchomo, opierając czoło i dłonie o drewno. Serce boleśnie łomotało w jej piersi, w gardle czuła suchość, a dłonie zrobiły się nagle wilgotne. Wreszcie zebrała się na odwagę, przekręciła metalową gałkę i ledwie uchyliwszy drzwi, wśliznęła się do środka. Dopiero gdy powolutku zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie plecami, odważyła się podnieść wzrok.

Richard stał przy otwartym oknie w rozpiętej koszuli ze zsuniętymi z ramion szelkami. Gdy weszła, obrócił w jej stronę głowę i przez dłuższy czas patrzył na nią z trudnym do określenia wyrazem w oczach – być może oczekiwania, a z całą pewnością zdumienia. Patrzył tak długo, że Maya zdążyła spostrzec, jak dym cygaretki w swej wędrówce ku górze faluje przed otwartym oknem, jakby niezdecydowany, czy ulec pokusie, jaką stanowiła stojąca na stole lampa. Tak długo, że spojrzenie Mai na kilka gwałtownych, nierównych uderzeń serca zatrzymało się na nietkniętych jeszcze poduszkach i narzucie łóżka, które ją nęciły i przerażały zarazem. Richard powoli odłożył cygaretkę na ustawioną na parapecie kryształową popielnicę i podszedł do Mai. Przez chwilę miała ochotę uciec. Uciec przed tym, co wyczytała w oczach Richarda i dlaczego tu przyszła: przed tym, co jej pisał w listach o sprawach między kobietami i mężczyznami. Sprawach dla dziewczyny w jej wieku absolutnie niestosownych. Sprawach, o których zrazu czytała z niedowierzaniem, potem zaś z coraz większym zaciekawieniem i bolesną tęsknotą.

Nie uciekła. Stała w pokoju wypełnionym cykaniem świerszczy i łopotem skrzydeł ćmy bijącej o klosz lampy.

Gdy Richard delikatnie pogładził grzbietem dłoni jej policzek, poczuła, jak po jej plecach przechodzi rozkoszny dreszcz. Richard pochylił się i pocałował ją. Ostrożnie, niemal pytając, a ona odpowiedziała z naciskiem, tak jak nauczyła się tego popołudnia w ogrodzie. Wiedziała, że miał wiele kobiet – we Włoszech, Anglii i Indiach. Wiedziała, że igraszką było dla niego zdobywanie ich serc i zaciąganie do łóżka. Plotka i obmowa mają szerokie skrzydła, na których niosą wieści po całym świecie, a Richard nigdy nie robił tajemnicy ze swoich miłostek. Lecz w tym momencie przebaczyła mu każdą z nich. I każdą z nocnych godzin, które z jego powodu bezgłośnie przepłakała w poduszkę. Bo od tej chwili będzie należał do niej, o czym wiedziała już jako mała dziewczynka. Wrócił, a ona już nigdy nie pozwoli mu odejść. Jej twarz rozjaśnił uśmiech, gdy delikatnie wbił zęby w nasadę jej szyi, a jego wargi musnęły obojczyk i wróciły do jej ust, przepełniając jej ciało kolejnymi falami gorąca.

– Mayu, Mayeczko – szeptał, muskając wargami jej skórę. Jego pocałunki stały się niecierpliwe i gorączkowe, bolesne i rozkoszne zarazem. Całym ciężarem ciała przycisnął ją do drzwi. Gdy jego dłonie zsunęły się na jej talię, lędźwie i biodra, ich ciepło zdawało się przepalać cienką materię jej nocnej koszuli. Ogarnęła ją nieznana dotąd żądza. Jej dłonie poczęły wędrować po jego silnych, muskularnych ramionach, wyrobionych podczas niezliczonych godzin ulubionych ćwiczeń szermierczych. Po omacku, niecierpliwie szarpnęła rąbek jego koszuli, odrywając guziki. Jej twarz wtuliła się w jego szyję, a następnie zsunęła w trójkąt, który rozpięta koszula odsłaniała na jego potężnej, pokrytej gęstym, czarnym włosem piersi. Gorący oddech Richarda uderzał wprost w jej ucho, podczas gdy ona upajała się ciężkim i ziemistym zapachem jego skóry; zapachem, który znała od najmłodszych lat, a który dziś po raz pierwszy mogła smakować.

– Nie – usłyszała niespodziewanie jego szept. – Nie.

Poczuła, jak gwałtownie ją od siebie odsuwa. Zmieszana spojrzała na niego, gdy ujął jej twarz w dłonie i przenikliwie spojrzał w jej oczy – dzikim, nieubłaganym spojrzeniem zniewolonego lamparta.

– Nie, Mayu. Nie w ten sposób. Nie tutaj.

Czuła, że cały drży, jakby musiał wytężyć wszystkie siły, tocząc wewnętrzny bój. W jego czarnych oczach dostrzegła ogień. A może to było tylko odbicie światła lampy na ścianach, zmąconego w chwili, gdy skrzydła ćmy ze skwierczeniem dotknęły płomienia?

– Ale ja tego chcę, Richardzie – odparła spieczonymi wargami, które bynajmniej nie wody pragnęły. – Chcę tego od tak dawna! Dlatego do ciebie przyszłam.

Jeden z kącików jego ust uniósł się, jakby chciał się uśmiechnąć, lecz w uśmiechu tym kryła się nuta ironii.

– Może jestem hultajem, ale na pewno nie skończonym łajdakiem. Chcę jutro rano móc spojrzeć twojemu ojcu w oczy, jak to dotąd czyniłem. A nade wszystko chcę w każdej chwili móc stanąć przed tobą z czystym sumieniem.

– W swoich listach pisałeś przecież, że nie ma w tym nic złego! – Chwyciła go za nadgarstki, jakby przez chwilę nie była pewna, czy chce go przytrzymać, czy od siebie odepchnąć. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, łagodząc twarde rysy. Leciutko potrząsnął głową i oparł się czołem o jej czoło.

– Nie, Mayeczko, nie ma w tym nic złego. Czysty jest ten, kto zachowuje czyste serce. Mimo to nie byłoby to właściwe. Zawsze jest coś po. A ja po tym znowu odjadę, a nie mógłbym cię zostawić.

– Więc weź mnie ze sobą – Maya wręcz wydyszała te słowa. Jej oddech stał się drżący. Richard wziął ją w ramiona, lecz Maya nie zaznała pociechy. Trzask, z którym ćma spłonęła w płomieniu lampy, wydał jej się echem tego, co stało się właśnie z nią samą.

– Tego uczynić nie mogę i nie chcę. Planuję podróż badawczą do Arabii, a to nie jest kraj dla ciebie.

– Nawet jako twoja… twoja… – Dziś nie miała tyle odwagi, by wypowiedzieć to, co małej dziewczynce tak łatwo przeszło przez gardło.

– Nie zapomniałem, co mi tamtego dnia szepnęłaś na pożegnanie – wymamrotał Richard, przyciskając policzek do jej skroni. – I nigdy nie zapomnę. Ale nie mogę się z tobą ożenić, Mayu. Jeszcze nie teraz. Moje uposażenie jest śmiesznie niskie, a z owoców moich podróży i badań nie da się wyżyć. Minie sporo czasu, nim moja sytuacja się ustabilizuje.

Maya zaczęła protestować. Próbowała go od siebie odepchnąć, lecz Richard z lekkim rozbawieniem ją obezwładnił.

– Proszę bardzo, zaproponuj mi swój posag! Znam dom Greenwoodów dość długo, by wiedzieć, że stać was na beztroskie życie, lecz w żadnym wypadku nie należycie do krezusów. Nie możesz liczyć na zbyt wielki posag. A poza tym – Maya poczuła drapanie jego brody, gdy złożył na jej kości jarzmowej delikatny pocałunek – poza tym jestem co najmniej tak samo dumny jak ty. Dumny z tego, czym i kim jestem, dumny z tego, że zawsze robię to, co zamyślę. Każdy, kto żyjąc pośród tego ludu kramarzy, chce czegoś dokonać, musi studiować w Eton lub Cambridge i zanurzyć się w sieć wzajemnych powiązań z podobnymi sobie. I być we wszystkim prawdziwym Anglikiem – nie wyłączając fryzury. A ja mam w sobie więcej z Irlandczyka niźli z Anglika, choć i to nie jest do końca prawdą. Kiedy zatem mój ojciec postanowił nie wysyłać mnie i mojego brata do angielskiej szkoły, tylko wrócić z nami do Francji, mój los autsajdera został ostatecznie przypieczętowany.

Richard uwolnił się z objęć Mai i powoli powiódł palcami po jej policzkach i brodzie.

– To właśnie nas łączy, Mayeczko: oboje jesteśmy indywidualistami, którzy nigdzie nie czują się równie obco jak we własnej ojczyźnie.

Przełknęła kilka razy ślinę, nim wreszcie z trudem zdołała wykrztusić:

– A… co będzie z nami?

– Musimy się pogodzić z losem. Kismet, jak mówią w Arabii. Może uda mi się porozmawiać z twoim ojcem w cztery oczy.

Pocałował ją delikatnie w czoło, przez chwilę – o wiele za krótką – tulił jeszcze w ramionach i wreszcie otworzył drzwi i wypchnął ją na korytarz.

– A teraz wracaj do łóżka. Zobaczymy się rano.

Gdy zamknęły się drzwi, Maya przez kilka chwil stała przed nimi bez ruchu, po czym oszołomiona powlokła się na górę, do własnego łóżka, które choć noc była ciepła, wydało jej się przeraźliwie zimne i puste. Gniew, smutek i nawracające raz po raz pożądanie nie pozwalały jej zasnąć. W końcu zaczęła się rozpaczliwie pocieszać, że w świetle dnia wszystko będzie wyglądać inaczej, bardziej przyjaźnie i mniej posępnie. Czyż nie tego właśnie nauczyło ją życie? Na pewno znajdzie się jakieś rozwiązanie, dodawała sobie otuchy, gdy ciało i umysł poczęło ogarniać znużenie. Pomówi z ojcem – wszystko się jakoś ułoży, jutro…

Lecz gdy rankiem Maya ubrawszy się, zeszła na śniadanie, Richarda nie było już w Black Hall. O brzasku opuścił dom Greenwoodów, nie żegnając się z domownikami. Jak złodziej, pomyślała Maya i myśl ta w przyszłości miała ją jeszcze wielokrotnie nawiedzać.

Minęły miesiące, nim znów do niej napisał – w dawnym tonie poufałej czułości. Wszelako w żadnym ze swoich listów nigdy nie wrócił do tamtej nocy i nie wspomniał o możliwości małżeństwa.

Maya wzdrygnęła się. Słysząc lekkie szuranie i nierówny rytm kroków, domyśliła się, że to profesor Reay – przyszedł jej przypomnieć, że czas opuścić czytelnię. Szybko otarła wierzchem dłoni mokre policzki, zamknęła książkę i wstała, by ją odstawić na miejsce. Nagle jednak zawahała się, na sekundę, dwie. Prędko poprzesuwała pozostałe tomy, maskując lukę na półce, przycisnęła książkę do piersi, przykryła ją końcami chusty i objąwszy się ramionami, odwróciła się w stronę bibliotekarza.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Księżyc nad Arabią 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Królowie przeklęci. Tom II Turniej cieni Moja piątka z Cambridge