Krótka historia siedmiu zabójstw

Krótka historia siedmiu zabójstw

Autorzy: Marlon James

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 752

Cena książki papierowej: 59.90 zł

cena od: 28.00 zł

Nagroda Bookera 2015!

Mocny jamajski głos na literackiej mapie świata.

Rozkołysana muzyką reggae historia zamachu na Boba Marleya.

Ta książka jest jak remake filmu Nierówna walka, w reżyserii Quentina Tarantino, do muzyki Boba Marleya, ze scenariuszem Olivera Stone’a i Williama Faulknera, doprawiony szczyptą marihuany najlepszego sortu! – tak o Krótkiej historii siedmiu zabójstw Marlona Jamesa napisała Michiko Kakutani, najważniejsza recenzentka „The  New York Times”, umieszczając książkę w czołówce zestawienia 10 najważniejszych powieści roku.

Jamajka, rok 1976. Siedmiu uzbrojonych w karabiny maszynowe gangsterów szturmuje dom Boba Marley’a. Gwiazda reggae przeżyje, ale napastnicy nigdy nie zostaną pojmani… Ten głośny i jednocześnie osnuty tajemnicą zamach to punkt wyjścia niezwykłej powieści Marlona Jamesa. W Krótkiej historii siedmiu zabójstw jamajski pisarz odsłania kulisy tego ważnego w historii Jamajki zdarzenia, po mistrzowsku przeprowadza nas przez kolejne kręgi wtajemniczenia, nie szczędząc wulgaryzmów, nie stroniąc od krwi i przemocy, brutalnie wciąga w świat narkotyków i korupcji, sącząc do naszych uszu muzykę reggae i raz po raz dmuchając nam w twarz dymem o charakterystycznym, słodkawym zapachu. Obejmująca przeszło trzy dekady, przekraczająca granice kontynentów powieść Jamajczyka jest kroniką życia wielu niezapomnianych postaci – dzieci slumsów, baronów narkotykowych, dziennikarzy, prostytutek, gangsterów, a nawet agentów CIA.

Napisana z rozmachem, pomysłowa, ambitna, hipnotyzująca, jedna z najbardziej niezwykłych powieści XXI wieku! Nic dziwnego, że decyzję o przyznaniu Krótkiej historii siedmiu zabójstw prestiżowej nagrody Man Booker Prize jury podjęło jednomyślnie, w niespełna dwie godziny. Marlon James tym samym zdeklasował m.in. tak głośne tytuły ubiegłorocznej selekcji, jak Małe życie Hanyi Yanagihary. Stacja HBO, producent słynnej Gry o tron,  już pracuje nad serialem będącym ekranizacją książki Jamajczyka.

To nadzwyczajna powieść o władzy, korupcji i kłamstwach.  Nie przychodzi mi na myśl lepsza książka, którą przeczytałem w tym stuleciu. - Irvine Welsh

Epicka w każdym znaczeniu tego słowa: wszechogarniająca, mitologizująca, przerysowana, przepastna i oszałamiająca czytelnika swoją złożonością. Bardzo gęsta, surowa, pełna agresji, ciętego dowcipu i czarnego poczucia humoru. Jednocześnie porywa i wciąga czytelnika, nie dając mu chwili wytchnienia – jest świadectwem olbrzymich ambicji autora i jego kolosalnego talentu. - Michiko Kakutani, „The New York Times”

Marlon James w mistrzowski sposób naśladuje głosy i dialekty, nie stroni od tematyki nacechowanej brutalnością, podsycaną narkotykowym nałogiem, opisywania zbrodni popełnianych z zimna krwią w jamajskich gettach. (…) James tworzy w swojej powieści niezwykły obraz XIX-wiecznej i XX-wiecznej Jamajki. - „Kirkus Reviews”

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Postacie

Motto

Sir Arthur George Jennings

ORIGINAL ROCKERS (2 grudnia 1976)

Bam-Bam

Barry Diflorio

Tytuł oryginału: A BRIEF HISTORY OF SEVEN KILLINGS

Opieka redakcyjna: PAWEŁ CIEMNIEWSKI

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: ANETA TKACZYK, KAMIL BOGUSIEWICZ

Projekt okładki: Oneworld Publications

Zdjęcia wykorzystane na okładce: Shutterstock and Alamy

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Copyright © 2014 by Marlon James

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Robert Sudół

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Literackie, 2016

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05909-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Maurice’a Jamesa,

dżentelmena jedynego w swoim rodzaju.

POSTACIE

KINGSTON od 1959

Sir Arthur George Jennings – zmarły polityk

Śpiewak – światowej sławy artysta reggae

Peter Nasser – polityk, strateg

Nina Burgess – była recepcjonistka, obecnie bezrobotna

Kim-Marie Burgess – siostra Niny Burgess

Ras Trent – kochanek Kim-Marie Burgess

Doktor Love/Luis Hernán Rodrigo de las Casas – konsultant CIA

Barry Diflorio – szef placówki CIA na Jamajce

Claire Diflorio – żona Barry’ego Difloria

William Adler – były funkcjonariusz CIA, obecnie wolny strzelec

Alex Pierce – dziennikarz „Rolling Stone”

Mark Lansing – filmowiec, syn Richarda Lansinga

Louis Johnson – agent terenowy CIA

Pan Clark – agent terenowy CIA

Bill Bilson – dziennikarz jamajskiej gazety „The Gleaner”

Sally Q – informatorka

Tony McFerson – polityk

Watson – policjant

Nevis – policjant

Grant – policjant

KOPENHAGA

Papa-Lo/Raymond Clarke – don Kopenhagi w latach 1960–1979

Josey Wales – główny egzekutor, don Kopenhagi w latach 1979–1991, szef Storm Posse

Beksa – egzekutor, szef Storm Posse na Manhattanie/Brooklynie

Demus – członek gangu

Heckle – członek gangu

Bam-Bam – członek gangu

Funky Chicken – członek gangu

Renton – członek gangu

Leggo Beast – członek gangu

Tony Pavarotti – egzekutor, snajper

Kapłan – kurier, informator

Junior Soul – informator/domniemana wtyczka Ośmiu Ulic

Wang Gang – gang z siedzibą w Wang Sang Lands, powiązany z Kopenhagą

Copper – egzekutor

Kitajec – przywódca gangu w pobliżu Kopenhagi

Treetop – członek gangu

Bullman – egzekutor

OSIEM ULIC

Shotta Sherrif/Roland Palmer – don Ośmiu Ulic w latach 1975–1980

Funnyboy – egzekutor i zastępca Rolanda Palmera

Buntin-Banton – współprzywódca i don Ośmiu Ulic w latach 1972–1975

Ściera – współprzywódca i don Ośmiu Ulic w latach 1972–1975

POZA JAMAJKĄ 1976–1979

Donald Casserley – handlarz narkotykami, prezes Jamajskiej Ligi Wolności

Richard Lansing – dyrektor CIA w latach 1973–1976

Lindon Wolfsbricker – amerykański ambasador w Jugosławii

Admirał Warren Tunney – dyrektor CIA w latach 1977–1981

Roger Theroux – agent terenowy CIA

Miles Copeland – szef placówki CIA w Kairze

Edgar Anatoliewicz Szeporow – dziennikarz agencji Nowosti

Freddy Lugo – agent, Alfa 66, Połączone Organizacje Rewolucyjne, AMBLOOD

Hernán Ricardo Lozano – agent, Alfa 66, Połączone Organizacje Rewolucyjne, AMBLOOD

Orlando Bosch – agent, Omega 7, Połączone Organizacje Rewolucyjne, AMBLOOD

Gael i Freddy – agenci, Omega 7, Połączone Organizacje Rewolucyjne, AMBLOOD

Sal Resnick – dziennikarz „New York Timesa”

MONTEGO BAY 1979

Kim Clarke – bezrobotna

Charles/Chuck – inżynier Alcorp Bauxite

MIAMI I NOWY JORK 1985–1991

Storm Posse – jamajski syndykat narkotykowy

Ranking Dons – konkurencyjny jamajski syndykat narkotykowy

Eubie – szef Storm Posse na Queens/Bronxie

A-Plus – wspólnik Tristana Phillipsa

Kitka – egzekutor Storm Posse na Queens/Bronxie

Ren-Dog – egzekutor Storm Posse na Queens/Bronxie

Omar – egzekutor Storm Posse na Manhattanie/Brooklynie

Romeo – handlarz narkotykami w Storm Posse na Brooklynie

Tristan Phillips – więzień w zakładzie karnym na wyspie Rikers, członek Ranking Dons

John-John K. – zamachowiec, złodziej samochodów

Paco – złodziej samochodów

Griselda Blanco – przedstawicielka kartelu narkotykowego z Medellín

Baxter – egzekutor na usługach Griseldy Blanco

Hawajskie Koszule – egzekutorzy na usługach Griseldy Blanco

Kenneth Colthirst – mieszkaniec Nowego Jorku

Gaston Colthirst – syn Kennetha Colthirsta

Gail Colthirst – synowa Kennetha Colthirsta

Dorcas Palmer – opiekunka

Millicent Segree – pielęgniarka

Pani Betsy – kierowniczka God Bless Employment Agency

Monifah Thibodeaux – narkomanka

Powiem o tym prawdę,

Skarbie, a to najtrudniejsze.

Bonnie Raitt, Poplątane i mroczne

Jak się całkiem nie da,

to nie całkiem da się.

Jamajskie porzekadło

SIR ARTHUR GEORGE JENNINGS

Posłuchajcie.

Umarli nigdy nie przestają gadać. Może dlatego, że śmierć to nie śmierć, tylko raczej coś w rodzaju siedzenia w kozie. Wiemy, skąd przyszliśmy, i ciągle stamtąd wracamy. Wiemy, dokąd idziemy, chociaż nigdy nie docieramy do celu, po prostu jesteśmy martwi. Martwi. Brzmi to jak wyrok; to nie jest czasownik. Spotykamy ludzi nieżyjących dłużej niż my, snują się bez przerwy, ale zmierzają donikąd, słyszymy, jak wyją i syczą, bo wszyscy jesteśmy duchami, bo wszyscy uważamy się za duchy, ale rzecz w tym, że nie żyjemy. Że jesteśmy duchami, które wślizgują się w inne duchy. Czasem kobieta wślizgnie się w mężczyznę i zawodzi, jakby na wspomnienie stosunku. Jęczą i lamentują głośno, lecz brzmi to jak szelest zza okna albo szmer pod łóżkiem, i wtedy małe dzieci myślą, że kryje się tam potwór. Umarli uwielbiają leżeć pod żywymi z trzech powodów: 1) najczęściej i tak leżymy, 2) łóżko od spodu wygląda jak wieko trumny, 3) wyżej jest ciało, ludzkie ciało, w które możemy się wślizgnąć i przybrać na wadze, słuchamy wtedy bicia serca i patrzymy na pompowaną krew, słyszymy szmer w nosie, gdy płuca tłoczą powietrze, i zazdrościmy nawet najbardziej ulotnego tchnienia. Trumien w ogóle nie pamiętam.

Umarli nigdy nie przestają gadać i żywi czasem ich słyszą. To chciałem powiedzieć. Gdy człowiek nie żyje, mowa jest manewrem, lawirowaniem, pozostaje więc się włóczyć, wałęsać przez chwilę. Tak przynajmniej robią inni. Zmierzam do tego, że martwi uczą się od martwych, ale to śliska sprawa. Mógłbym słuchać samego siebie, jak tłumaczę każdemu, kto mnie słyszy, że nie spadłem z balkonu w hotelu Sunset Beach w Montego Bay, tylko zostałem zepchnięty. I nie mogę kazać Artiemu Jenningsowi zamknąć japy, bo gdy budzę się co rano, muszę od nowa poskładać swoją głowę rozkwaszoną jak arbuz. I nawet w tej chwili, gdy mówię, słyszę, jak to wtedy brzmiało, kumacie, wy kukunamunie?, co znaczy, że życie pozagrobowe nie jest happeningiem, nie jest odjazdową bibką, stary, widzisz tych luzaków na materacu? Nigdy by nie skumali, nie pozostaje więc nic innego, jak czekać na człowieka, który mnie zabił, kłopot w tym, że on nie chce umrzeć, tylko się starzeje i zmienia żony na młodsze i płodzi całe czeredki mało rozgarniętych chłopaczków i doprowadza kraj do ruiny.

Umarli nigdy nie przestają gadać i żywi czasem ich słyszą. Zdarza się, że go porządnie dopadnę, i wtedy udziela mi odpowiedzi, oczy mu się poruszają we śnie, mówi, dopóki żona go nie szturchnie. Ale ja wolę słuchać tych, którzy nie żyją dłużej ode mnie. Widzę mężczyzn w rozprutych bryczesach i zakrwawionych kurtkach, próbują coś mówić, lecz z ich ust wydobywa się tylko krew, rany boskie, to powstanie niewolników było makabrą, a z królowej to oczywiście mamy cholernie wielki pożytek, odkąd Kompania Zachodnioindyjska spsiała w porównaniu ze Wschodnioindyjską, i dlaczego aż tylu Murzynów potrafi spać czujnym snem, kiedy tylko chcą, i żeby jeszcze bardziej skomplikować sprawy, to zdaje się, że zapodziałem gdzieś lewą połowę twarzy. Nie żyć to rozumieć, że śmierć nie oznacza odejścia, tylko przebywanie na polach umarłych. Czas biegnie dalej. Widzimy, jak płynie, ale sami pozostajemy w bezruchu, niczym obraz z uśmiechem Mony Lisy. W przestrzeni między gardłem poderżniętym przed trzystu laty a zgonem noworodka, który przyszedł na świat dwie minuty temu, śmierć jest taka sama.

Jeśli nie będziecie czujni, kiedy śpicie, zobaczycie siebie tak samo, jak widzieli was żywi. Ja leżę na chodniku, głowę mam rozkwaszoną jak arbuz, prawa noga wykręcona za plecy, obie ręce wygięte tak, jak ręce się nie wyginają, a z góry, z balkonu, przypominam martwego pająka. Jestem tam w górze i tu na dole i stamtąd widzę siebie tak, jak widział mnie mój zabójca. Umarli odtwarzają ruch, działanie, krzyk, znowu tam są, pociąg jedzie i jedzie, dopóki się nie wykolei, parapet na szesnastym piętrze, bagażnik samochodowy, w którym zabrakło powietrza. Ciała rudeboyów pękające jak przekłute balony, pięćdziesiąt sześć kul.

Nikt tak nie spada, jeśli nie został zepchnięty. Wiem to. I wiem, co się wtedy czuje i jak to wygląda, człowiek przez całą drogę na dół boksuje się z powietrzem, chwyta się źdźbeł niczego, błaga, tylko ten jeden raz, ten cholerny raz, Jezusie, ty mimozowaty synu parszywej kurwy, tylko ten raz spraw, żeby można się było czegoś złapać. I lądujesz w rowie głębokim na półtora metra albo na marmurowej posadzce pięć metrów niżej, ciągle stawiasz opór, gdy podłoga się unosi i wali w ciebie z impetem, bo już się jej znudziło czekanie na krew. I nadal jesteśmy martwi, ale się budzimy, ja zgruchotanym na miazgę pająkiem, on spalonym karaluchem. Żadnych trumien nie pamiętam.

Posłuchajcie.

Żywi czekają i patrzą, bo oszukują samych siebie, że mają czas. Umarli patrzą i czekają. Pewnego razu spytałem nauczycielkę ze szkółki niedzielnej: skoro niebo jest krainą życia wiecznego, a piekło jego przeciwieństwem, to czym w takim razie jest piekło? Miejscem dla takich paskudnych brązowych urwisów jak ty, odparła. Ona wciąż żyje. Widuję ją w domu opieki Eventide, bardzo starą i otępiałą, nie pamięta już, jak się nazywa, mówi takim cichym charkotliwym szeptem, którego nikt nie słyszy, mówi, że boi się zmierzchu, bo wtedy szczury wychodzą i polują na jej stopy. Widzę więcej. Wystarczy spojrzeć uważniej, może odrobinę w lewo, i zobaczy się kraj taki sam jak wtedy, gdy go zostawiłem. Nic się nie zmienia, a będąc blisko ludzi, przekonuję się, że są tacy sami jak wtedy, gdy odszedłem, upływ czasu nie ma znaczenia.

Człowiek, który był ojcem narodu i który dla mnie był ojcem w większym stopniu niż mój ojciec, rozpłakał się jak owdowiała kobieta, gdy usłyszał o mojej śmierci. O tym, jak bardzo marzenia innych wiążą się z nami, dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy odchodzimy, i nic już nie można poradzić, pozostaje tylko patrzeć, że oni konają inaczej, stopniowo, kończyna za kończyną, narząd za narządem. Zawał serca, cukrzyca, powoli postępujące choroby o powoli wymawianych nazwach. W ten sposób zniecierpliwione ciało garnie się do śmierci, krok po kroku. On dożyje czasów, kiedy zrobią z niego bohatera narodowego, a umierając, jako jedyny pomyśli, że nie sprostał zadaniu. Tak to jest, gdy się swoje nadzieje i marzenia utożsamia z jedną osobą. Wtedy ktoś taki zostaje zredukowany do rangi symbolu.

To historia kilku zabójstw, zabójstw chłopaków, którzy nic nie znaczyli w tym wciąż wirującym świecie, ale każdy z nich, mijając mnie, wydziela smrodliwie słodką woń człowieka, który mnie uśmiercił.

Pierwszy wrzeszczy tak, że byłoby mu widać migdałki, gdyby go nie zakneblowali, więc krzyk więźnie u wrót ust, a szmata ma smak rzygowin i kamienia. Ktoś skrępował mu mocno ręce za plecami, ale chłopak czuje, jakby miał swobodę ruchów, bo skórę sobie starł do żywego mięsa i sznury zrobiły się śliskie od krwi. Wierzga nogami, obiema naraz, bo są związane, aż kurz się wzbija na półtora metra, potem na dwa, ale nie może wstać, spada deszcz ziemi i pył, pył, z prochu w proch, i kamienie. Jeden kamyk wali go w nos, drugi trafia w oko, gałka pęka, a on krzyczy, ale krzyk dociera tylko do ust, a potem wraca w głąb, coś jak refluks, i ziemia jest wzbierającą, wzbierającą powodzią i już nie widzi swoich stóp. Potem obudzi się martwy i nie będzie chciał mi powiedzieć, jak się nazywa.

ORIGINAL

ROCKERS

2 GRUDNIA 1976

.

BAM-BAM

Miałem czternaście lat, tyle wiem. Wiem też, że za dużo ludzi za dużo gada, zwłaszcza Amerykanin, jadaczka mu sie nie zamyka, tylko co raz wybuha śmiechem, jak mówi o nas, i to brzmi dziwnie, bo łączy nasze nazwiska z ludźmi, o których śmy nigdy nie słyszeli, jakiś Allende Lumumba, co brzmi jak nazwa kraju, z którego sie wziął ten Kunta Kinte. Amerykanin prawie cały czas chowa gały za ciemnymi okularami, jak jakiś kaznodzieja z Ameryki, co przyjechał nauczać czarnych. On i Kubańczyk czasem przychodzą razem, a jak jeden mówi, drugi siedzi cicho. Kubańczyk sie nie pierdoli z bronią, bo broń zawsze koniecznie konieczna, tak mówi.

Wiem, że spałem na poluwce, wiem, że matka była kurwa, a ojciec był ostatni dobry człowiek w gecie. I wiem, że obserwujemy ten twuj duży dom przy Hope Road całe dnie i jednego razu to nawet wyszedłeś, żeby z nami porozmawiać jak Jezus, a my jak Iskariota, i kiwałeś głową, jakbyś mówił, żebyśmy zrobili, co mamy do zrobienia. Ale nie pamiętam, czy sam cie widziałem, czy ktoś mi mówił, że cie widział, aż pomyślałem, że sam cie widziałem, ty zeszłeś z werandy od tyłu, jadłeś kawałek chlebowca, ona wylazła jak spot ziemi, jakby miała sprawe do załatwienia na ulicy o tej porze i taka zeszokowana, zeszokowana była, że nie masz na sobie ubrania, aż wyciągnęła ręke po chlebowca, chciała zjeść, choć rasta nie lubią, jak kobieta za chętna, i zaczynacie nocne figle, a ja sie łapie za siebie i też figluje, bo albo to widziałem, albo słyszałem, a potem ty piszesz o tym piosenke. Już czwarty dzień będzie, jak o ósmej rano i czwartej po południu chłopak z Betonowej Dżungli przyjeżdża na tym samym dziewczyńskim zielonym skuterze po szarą koperte, aż wreszcie nowi ochroniarze go przepędzają. O tej sprawie też wiemy.

W Ośmiu Ulicach i Kopenhadze można tylko patrzeć. Słodki głos w radiu mówi, że przestępczość i agresja panoszą sie w kraju, a jeśli ma nastąpić jakakolwiek zmiana, to trzeba będzie poczekać i patrzeć, ale nam tutaj w Ośmiu Ulicach zostaje tylko patrzeć i czekać. I widze ścieki z kibla płynące ulicą, i czekam. I widze matke przyjmującą dwuh facetuw za dwadzieścia dolarów od głowy i jeszcze jednego za dwadzieścia pięć, bo chce zostać zamiast sie spulić, więc czekam. I widze, jak ojciec tak miał już jej dosyć, że zbił ją jak kundla. I widze cynk rdzewiejący na brązowo na dachu, a potem deszcz wybija w nim dziure jak w zagranicznym serze i widze siedem osób w jednym pokoju, jedna w ciąży, ale ludzie i tak sie ruhają, bo ludzie są tacy biedni, że nie stać ich nawet na wstyd, no i czekam.

Mały pokój robi sie coraz mniejszy i mniejszy, więcej bracisiótrkuzynów przyjeżdża ze wsi, miasto coraz większe i większe, nie ma miejsca, żeby odwalić rub-a-dub, skręcić jakieś gówno, zrobić kurczaka w curry, a nawet jak jest, to kosztuje za dużo, a ta mała oberwała kosą, bo wiedzieli, że co wtorek dostaje pieniądze na lunch, chłopaki jak ja coraz starsze, do szkoły rzadko hodzą, nie znają czytanek, ale znają Coca-Cole, chcą wejść do studia i nagrać dobry numer, robić hity i riddim riddim, pożegnać sie z getem, ale Kopenhaga i Osiem Ulic są za duże i za każdym razem jak sie dowleczesz do granicy, to granica sie przesuwa do przodu jak cień, aż cały świat jest getem, i tylko czekasz.

Widze, że jesteś głodny i wyczekujesz, wiem, że to fart, sie wałęsasz po studiu, Desmond Dekker mówi facetowi, żeby ci odpuścił, no to ci odpuszcza, bo słyszy głód w twoim głosie nawet jak jeszcze nie słyszał, jak śpiewasz. Robisz piosenke, ale to nie jest hit, za ładna na geto, bo już mineły czasy, kiedy coś ładne ułatwiało ludziom życie. Widzimy, że kombinujesz, że sie sadzisz z gadką, i czekamy, żebyś sie potknoł. I wiemy, że nikt by nie chciał ciebie mieć za rudeboya, bo wyglądasz na kombinatora.

A jak przepadasz w Delaware, a potem wracasz, to prubujesz śpiewać ska, ale ska już wyszło z geta, zamieszkało na aptaunie. Ska lata samolotami zagranice, żeby pokazać sie białym jako drugi twist. Może z tego są dumni Syryjczycy i Libańczycy, ale jak ich widzimy w gazecie pozujących ze stewardesą, to my nie czujemy dumy, tylko tempy szok. Robisz następny numer, ten raz to hit. Ale jeden hit nie wyciągnie cie z geta, skoro nagrywasz hity dla wampira. Jeden hit nie zrobi z ciebie Skeeter Davis ani tego faceta, co śpiewał Gunfighter Ballads.

Jak matka wypluje takiego gluta jak ja na świat, to od razu kładzie lache. Kaznodzieja mówi, że w życiu każdego człowieka jest pustka, co ją zapełni bóg, ale ludzie z geta pustke mogą zapełnić tylko pustką. Siedemdziesiąty drugi to nie sześćdziesiąty drugi, ale ludzie ciągle szepczą, bo krzyczeć nie mogą, a jak zginął nagle Artie Jennings, to marzenia zabrał ze sobą do grobu. Marzenia o czym, to ja nie wiem. Ludzie są głupi. Marzenia nie odeszły, ludzie tylko siedzą w środku koszmaru i nawet sie nie umieją połapać. Więcej ludzi sprowadza sie do geta, bo Delroy Wilson śpiewa, że muszą nadejść lepsze dni, a facet, który zostanie premierem, też to śpiewa. Muszą nadejść lepsze dni. Męszczyzna, co wygląda jak biały, ale potrafi gadać jak czarnuh jak potrzeba, śpiewa, że nadejdą lepsze dni. Kobieta, co sie ubiera jak królowa i co geto zaczyna ją obhodzić dopiero, jak wezbra i sie przeleje na Kingston, śpiewa, że muszą nadejść lepsze dni.

Ale najpierw nadhodzą gorsze.

Patrzymy i czekamy. Dwaj ludzie przynoszą broń do geta. Jeden mi pokazuje, jak jej używać. Ale ludzie z geta zabijali sie dużo wcześniej. Wszystkim, co tylko udało sie znaleźć: kijem, maczetą, nożem, szpikulcem do lodu, butelką sodowej. Zabijali dla jedzenia. Zabijali dla pieniędzy. Czasem człowiek ginie, bo spojrzał na drugiego tak, że tamtemu sie nie spodobało. Do zabijania nie potrzeba powodów. To geto. Powody są dla bogaczy. My mamy obłęd.

Obłęd to jak sie idzie elegancką ulicą na dauntaunie i widzi kobiete ubraną w modne ciuhy i chce sie podbiec do niej i wyrwać jej torebke, a sie wie, że to nie torebki ani pieniędzy sie chce aż tak bardzo, tylko sie chce usłyszeć ten jej krzyk, jak widzi, że wyskakujemy przed tą jej śliczną buzią i jednym uderzeniem możemy zetrzeć to szczęście z gemby, jednym ciosem wybić to zadowolenie z oczu, zakatować ją na miejscu, zgwałcić najpierw albo potem, bo właśnie takie rzeczy tacy rudeboye jak my lubimy robić przyzwoitym kobietom takim jak ona. Obłęd, który każe ci iść za facetem w garniturze na King Street, gdzie biedni nigdy sie nie pokazują, patrzeć, jak wyrzuca kanapke, kurczak, czuć kurczaka, i zastanawiać sie, jakim cudem ludzie są tacy bogaci, że kurczaka wkładają między takie cienkie kromki i mijasz kosz i widzisz tą kanapke, ciągle w celofanie, ciągle świeża, nie szara jak reszta śmieci, nawet much jeszcze nie ma, i myślisz, że może by, myślisz, że tak, myślisz, że musisz, że trzeba sie przekonać, jak smakuje kurczak bez kości. Ale mówisz sobie, że przecież nie jesteś świr, że obłęd, co w sobie nosisz, to nie jest szaleństwo wariatów, ale szaleństwo gniewu, bo ten człowiek wyrzucił kanapke na pokaz. I obiecujesz sobie, że pewnego dnia rudeboy ruszy z nożem na miasto, że dorwiesz go i mu wytniesz bjede na klacie.

Ale on wie, że taki chłopak jak ja nie może długo łazić po dauntaunie, bo go zaraz dorwie Babilon. Wystarczy, że policja zobaczy, że nie mam butuw, i zaraz będzie: co tu robisz piździelcu czarnuhu parszywy, co sie tak kręcisz w pobliżu porządnych ludzi? I daje do wyboru: uciekać i będzie mie gonić po tych zaułkach, co biegną przez miasto, żeby mie zastrzelić po kryjomu. Pełno kul w magazynku, jedna na pewno trafi. Albo sie nie ruszać i dostać wpierdol na oczach porządnych obywateli, wywija pałą, wybija mi boczne zęby, wali w skroń, że już tym uchem nigdy nie będe dobrze słyszał, mówiąc, żeby to była nauczka, żebyś już nigdy więcej nie ściągał na dauntaun śmierdzącego geta w swojej osobie. Widze ich i czekam.

Ale potem wracasz, chociaż nikt nie widział, jak wyjechałeś. Kobiety chcą wiedzieć, czemu wróciłeś, skoro w Ameryce zawsze możesz mieć dobre rzeczy, jak ryż Uncle Ben’s. Ciekawi nas, czy tam pojechałeś, żeby śpiewać hity. Niektórzy z nas patrzą, jak sie ruszasz po gecie jak mała ryba w dużej rzece. Teraz to ja wiem, w co grasz, wtedy nie wiedziałem, że sie skumałeś z tutejszymi cynglami, z Rasta, co mają głos, z tym bandytą, z tamtym rudeboyem, nawet z moim ojcem, żeby wszyscy cie poznali i polubili, ale nie aż tak bardzo, żeby cie chcieć zwerbować. Śpiewasz o czym sie da, o czymkolwiek, żeby mieć hita, nawet o tym, co tylko ty wiesz, bo nikogo innego to nie obhodzi. And I Love Her, bo Prince Buster robi cover You Won’t See Me i ma hita. Używasz wszystkiego, co masz, nawet nie swojej melodii, śpiewasz do bulu, długo, śpiewem wyrywasz sie z geta. W siedemdziesiątym pierwszym już jesteś w TV. A ja w tym samym roku strzelam swój pierwszy strzał.

Miałem dziesięć lat.

Życie w gecie znaczy tyle co nic. Zabić chłopaka to jak pierdnąć. Pamiętam ten ostatni raz, jak ojciec próbował mie ratować. Przybiegł z fabryki do domu. Pamiętam, bo mu głową sięgałem do piersi, jak staliśmy razem, a dyszał jak pies. Przez reszte wieczora w domu my dwaj na kolanach i rękach, mówi, że to taka zabawa, za głośno i za szybko mówi. Kto pierwszy nie wytrzyma i wstanie, przegrywa. To ja wstaje, bo duży już jestem, dziesięć lat, znudziła mi sie ta zabawa, ale on wrzeszczy, łapie mie, wali w klatke piersiową. Ja dyham i hryham, ciężko sie oddyha, aż płakać sie chce, aż go normalnie nie nawidze, i wtedy wlatuje pierwsza jakby kto rzucił żwirem, odbija sie od ściany. Potem druga i tszecia. A potem to już walą w ścianę pap-pap-pap-pap-pap-pap, tylko ostatnia trafia z hukiem w garnek, potem sześć siedem, dziesięć dwadzieścia wali w ściane, takie normalnie czakczakczakczakczakczakczak. Ojciec mie łapie, chce mi zatkać uszy, ale tak mocno, że nie wie, że mie w oko dźgnoł. Słysze kule, słyszę pap-pap-pap-pap-pap-pap i szszszsz bum i podłoga sie trzęsie normalnie. Kobieta wrzeszczy, męszczyzna wrzeszczy, chłopiec wrzeszczy, ale tak jak wtedy, jak życie nagle przecięte, słychać krzyk, co sie gubi w harkocie krwi walącej z zatkanego gardła do ust. On mie trzyma przy podłodze, knebluje mi krzyk, ja chce go ugryźć w ręke, gryze w ręke, bo mi zatyka nos, tato, weź, bo mie udusisz na śmierć, a on sie trzensie, a ja myśle, że może to śmierć nim tak trzensie, i podłoga się znowu trzensie, i wszendzie nogi, nogi, ludzie biegają obok, obok biegają, śmieją sie, wrzeszczą, krzyczą, że ci z Ośmiu Ulic wszyscy będą załatwieni. Tato mie dociska do podłogi, zasłania sobą, ale taki jest ciężki i nos mie boli, tato cuchnie silnikiem z auta, wbija mi kolano w plecy czy co, podłoga ma kwaśny smak, wiem, że to czerwona pasta do podłogi, i chce, żeby ze mie wstał i nie nawidze go i wszystko słychać jak przez pończoche. W końcu wstaje ze mie, ludzie na dworzu wrzeszczą, ale nie ma już papapapapapapap ani szszsz bum, ojciec tylko płacze, a ja go nie nawidze.

Dwa dni potem matka przyhodzi cała roześmiana, bo wie, że jej nowa sukienka to jedyna ładna rzecz w całym tym piździelskim gecie, on ją widzi, bo nie poszedł do pracy, no bo sie ludzie bali hodzić po ulicach, no to ją od razu dopadł, złapał, kurewska dziwko jedna, normalnie jedzie od ciebie kiślem z siura. Złapał za włosy i pięścią walnął w brzuh, a ona wrzeszczy, że z niego nie jest facet, bo nawet muhy nie wydymał, a on, że aha dymania ci sie zachciewa, tak? Już ja ci znajde dobrego siura, mówi, i ciongnie ją za włosy do pokoju, a ja patrze spod prześcieradła, bo mie shował, jakby źli ludzie znowu przyszli w nocy, i łapie za miotłe, i okłada ją całą, od głowy po stopy, z przodu i z tyłu, a ona wrzeszczy, choć już nie może, tylko skamla i jęczy, a on, że chcesz dużego siura, dam ci ja dużego siura, ty kurewska pizdo dziwkarska, i bierze znowu miotłe i kopniakiem jej nogi rozsuwa. Na kopniakach wywala ją z domu, ciuhy jej wyrzuca za nią, a ja myśle, że pewnie ostatni raz matke widze, ale przyszła na drugi dzień, w bandażach jak mumja w tym filmie, co go w Rialto pokazują za trzydzieści centów, a z nią trzej faceci.

No i ci trzej złapali ojca, ale walczył, walczył jak męszczyzna, nawet pięściami ich walił jak John Wayne w jednym westernie, tak jak powinien walczyć prawdziwy męszczyzna. Ale on był jeden, a ich trzech, zaraz potem czterech. A ten czwarty to przyszedł, jak już ojca pobili na zgniecionego pomidora, i mówi mu, że jest Funnyboy, pierwszy po donie, i czy wie, kim on sam jest, no kim jest? Wiesz, kim jesteś? Pytam, kim jesteś, docipniku, a matka sie śmieje, ale to bardziej jak świst, a Funnyboy mówi, że jak pracujesz w fabryce, to myślisz, żeś taki ostry? To ja ci załatwiłem robote w fabryce i ja ci moge ją zabrać, pizdocipie jeden. Wiesz, kim jesteś, pizdocipie? Kablem jesteś. I każe wszystkim wyjść.

I pyta, czy wie, czemu wołają go Funnyboy. Bo ze mną nie ma żartów, mówi. Ze mną nie jest funny.

Nawet po ciemku Funnyboy jest jaśniejszy niż prawie wszyscy, skóra u niego taka czerwona, jakby zaraz pod spodem miał krew albo tak jak ci biali, jak sterczą za długo na słońcu, a oczy szare jak u kota. I Funnyboy mówi mojemu ojcu, że wykituje tu na miejscu, tutej na miejscu, chyba że mu zrobi dobrze, to wtedy może żyć jak ta Elza z tego filmu o lwach, ale musi spadać z geta. I mówi, że innego sposobu nie ma, i mówi jeszcze inne rzeczy, i rozporek rozpina, i wyjmuje, i pyta ojca, czy chce żyć. Chcesz żyć? Ojciec chce żyć, ojciec pluje, to Funnyboy przystawia mu broń do ucha. I mówi ojcu o wsi, gdzie może jechać, możesz zabrać tego nygusa ze sobą, a jak tak mówi, to sie trzense normalnie, ale nikt nie widzi mie pod przykryciem. Chcesz żyć?, pyta. Ciągle tak pyta, raz, drugi, trzeci, jak upierdliwa mała dziewczynka, i pociera ojcu wargi pistoletem, ojciec otwiera usta i Funnyboy mówi, jak mie ugryziesz w główke, to ci przestrzele szyje, żebyś słyszał, jak zdyhasz, no i mu go wkłada do ust, Funnyboy, i mówi, ej, ssasz jak zdehła ryba, to przynajmniej wylisz. I jęczy, jęczy i jęczy, ruhając ojca w usta, potem go wyciąga, przytrzymuje ojcu głowe i strzela. Pap. Nie taki paf jak w filmach kowbojskich, nie jak strzela Harry Callahan, tylko jedno ostre pap, od którego pokój sie trzensie. Krew tryska na ściane. Mój wrzask i strzał w tym samym czasie, więc nikt mie nie słyszy pod tym kocem.

Matka przybiega i sie śmieje, kopie ojca, Funnyboy podhodzi do niej i strzela jej w twarz. Ona leci prosto na mie, więc jak on mówi, żeby znaleźli małolata, to szukają wszędzie, ale nie pod matką. Wyobrażacie sobie, Funnyboy mówi, że ten mały cwel mówił, że mi obciągnie jak zawodowy lachociąg, zrobi mi dobrze, żebym tylko dał mu żyć? I mie zboczek łapie za dyszla. Wyobrażacie sobie, pyta tych męszczyzn, co mie szukają, ale matka na mie leży, palce ma przy mojej twarzy, ja jak w klatce, patrze przez jej palce, nie płacze, a Funnyboy nadaje, jak to mój ojciec był ciota, nie inaczej, skoro jego kobieta tak sie kurwiła, bo inaczej nikt by sie nie zajął jej cipą, a potem im mówi, żeby o tym wszystkim nie mówili Shotta Sherrifowi.

W domu cicho. Spycham matke z siebie, zadowolony, że sie ciemno zrobiło, ale nie moge wyjść, bo by mie złapali, to patrze i czekam. Jak tak czekam, ojciec leży na podłodze przy drzwiach, wstaje, podhodzi i mówi, że angielski to najlepszy przedmiot w szkole, bo nawet jak sie chce dostać robote hydraulika, to nikt ci jej nie da, jak źle sie wyrażasz, a dobrze mówić to ważniejsze przed wszystkim, nawet przed konkretnym fachem. I że męszczyzna sie musi nauczyć gotowania, chociaż to do kobiety należy, i mówi, mówi, mówi, tak dużo mówi, tak jak zawsze, a czasem to mówi tak głośno, że myśle, że chce, żeby sąsiedzi słyszeli i też sie uczyli od niego, ale teraz znowu leży bez ruchu na podłodze i mówi mi, żebym uciekał, bo wrócą, żeby mu clarksy zdjąć z nóg i wziąć z domu wszystko, co sie nada, bo rozpirzą cały dom, bo będą szukać pieniędzy, chociaż przecież wszystkie trzyma w banku. On przy drzwiach. Ja ściągam mu clarksy, ale widze głowe i rzygam.

Buty za duże, człap-człapie pod ściane, na dworze tylko stare tory i krzaki, i sie potykam o tą moją kurwe matke, aż podskakuje, jakby żyła, ale nie żyje. Właże na okno i hops. Clarksy za duże, żeby biec, to je zdejmuje i biegne po krzakach i rozbitych butelkach, świeże gówno i stare gówno, ogień jeszcze nieugaszony i starymi torami ide z Ośmiu Ulic, uciekam, uciekam, howam sie w kolczastych krzakach, aż niebo robi sie pomarańczowe, potem różowe, potem szare i wreszcie słońce gaśnie i księżyc wyhodzi wielki. Widze trzy ciężaruwki przejeżdżające na pusto, tylko z kierowcą, i biegne dalej, aż do Wysypisk, tam tylko śmieci i złom, gówno ciągnące sie milami. Tam tylko to, co ludzie z aptaunu wyrzucają, śmiecie usypane jak góry, doliny i wydmy na pustyni, wszendzie sie pali i biegne, i zatrzymuje sie dopiero, jak widze znowu geto i droge zablokowaną przez ciężaruwke, i wciskam sie pod sput i dalej biegne, i męszczyzna krzyczy, kobieta wrzeszczy, ich dom jakiś inny, mniejszy, ciasny, biegne, a jakiś wyhodzi z karabinem maszynowym, ale kobieta krzyczy, że to przecież dziecko i do tego zakrwawione, sie o coś potykam, przewracam i zaczynam beczeć, dwaj podhodzą, jeden celuje z broni, ja zipie jak ojciec przez sen, a ten z karabinem podhodzi i wrzeszczy, pyta, skont jestem. Że śmierdze jak jeden z tych pedków z Ośmiu Ulic, a ten drugi mówi, że to nygus jeszcze, ale krew ma na sobie, a tamten pyta, ktoś cie postrzelił, gnojku? Nie moge mówić, tylko że clarksy to świetne buty, clarksy są dobre bu... a ten z karabinem pstryka karabinem i ktoś krzyczy, że docipnik Josey Wales to lubi strzelać!, a nie wszystko da sie załatwić pam-pam, no i ci dwaj odhodzą, ale zbiera sie kupa innych, kobiety też. A potem sie przestrzeń otwiera, jak Mojżesz otworzył Morze Czerwone, i wtedy on podhodzi i przystaje.

To Shotta Sherrif zabija teraz swoich? Zdrowi męszczyźni sie nie potrafią wyżywić? Pewnikiem tak wygląda kontrola urodzeń w Ośmiu Ulicach. Wszyscy sie śmieją. Mówie mama, tata, nic innego nie moge, ale on kiwa głową, rozumie. Chcesz sie mu zrewanżować?, pyta, a ja bym chciał odpowiedzieć, że za ojca tak, ale za matke to nie, ale tylko yyyyyy mówie, kiwam głową mocno, jakbym oberwał i nie mógł mówić. To niedługo, on mówi, niedługo, woła jedną kobiete, ona chce mie podnieść, ale ja cap za clarksy i męszczyzna sie śmieje. Jest wielki i ma biały siatkowy podkoszulek, co sie świeci pod latarnią, aż mu sie twarz rozjaśnia, chociaż prawie całą zasłania broda, ale nie oczy, duże takie i też sie jakby świecą, i sie tak uśmiecha, że ledwo widać, jakie ma grube wargi, dopiero jak przestaje, policzki sie zapadają, a wtedy broda sie ściąga w takie ostre V i oczy patrzą zimno. I on mówi, żeby powszechnie było wiadome, że w Kopenhadze nie mieszkają żadne getokundle, a potem patrzy na mie, jakby mówił bez słów, a ja wiem, że zobaczył coś, co mu sie przyda. Mówi, dajcie temu chłopcu wody kokosowej, a kobieta na to, tak jest, Papa-Lo.

Od tamtej pory mieszkam w Kopenhadze, patrze na Osiem Ulic i czekam na okazje. I najpierw widze w Kopenhadze męszczyzn z nożem, potem z kowbojskim rewolwerem, potem z M16, a potem z takim ciężkim karabinem, że ledwo unieść można, i mam już dwanaście lat, a przynajmniej tak myśle, bo dzień, w którym mie znaleźli, Papa-Lo ogłosił dniem moich urodzin, i dał mi broń, i dlatego nazwał Bam-Bam. I chodzę na Wysypiska z innymi chłopakami uczyć sie strzelać, ale sie wywracam od odrzutu i tamci sie śmieją, przezywają mie mała pizda, a ja odpowiadam, że tak nazywałem ich matki, jak je dymałem, to oni jeszcze więcej sie śmieją, i inny człowiek, Josey Wales, wkłada mi broń do ręki i pokazuje, jak celować. Dorastam w Kopenhadze i patrze, jak sie zmienia broń, i wiem, że ona nie jest od Papa-Lo. Tylko od dwóch takich, co sprowadzają broń do geta, i jednego, co mi pokazał, jak strzelać.

My, Syryjczyk, Amerykanin i Doktor Love przy szopie nad morzem.

.

BARRY DIFLORIO

Na zewnątrz wisi tylko jeden szyld, ale jest taki duży, że nawet ze środka widać żółte krzywizny liter przechylonych na dachu. Takie to wielkie, że pewnego dnia na pewno spadnie, przypuszczalnie wtedy, gdy jakiś dzieciak wbiegnie, bo go wcześniej z lekcji zwolnili. Dzieciak doskoczy do drzwi akurat wtedy, gdy wielki szyld zacznie trzeszczeć, ale on nawet tego nie usłyszy, bo mu w brzuchu będzie głośno burczeć, a jak szarpnie za klamkę, całe to cholerstwo spadnie z dachu. Kiedy duch biednego dzieciaka skuma, co go załatwiło, będzie klął jak najgorszy marynarz: King Burger, Home of the Whamperer.

Dalej przy Halfway Tree Road jest McDonald. Logo mają niebieskie, a ludzie, którzy tam pracują, przysięgają, że pan McDonald siedzi na zapleczu. Ja jednak wolę firmę King Burger, Home of the Whamperer. Tutaj nikt nie słyszał o Burger Kingu. W środku są żółte plastikowe krzesła i czerwone stoliki z włókna szklanego, a menu ma litery jak na tych tablicach na kinach, głoszących, że już wkrótce będą wyświetlać taki a taki film. O trzeciej po południu nie ma tam dużo klientów i właśnie dlatego przychodzę. W większych skupiskach zawsze robię się nerwowy; wystarczy jedna niedobra iskra i grupa przeradza się w motłoch. Zastanawiam się, czy to nie dlatego wszędzie na dworze są kraty. Na Jamajce jestem od stycznia.

Za kasjerką wisi wywieszka, że jeśli nie przygotują zamówionego burgera w ciągu piętnastu minut, to klient dostanie go gratis. Dwa dni temu po upływie szesnastu minut popukałem się w zegarek, ale powiedziała, że to dotyczy tylko cheeseburgerów. Wczoraj, gdy spóźnili się z moim cheeseburgerem, powiedziała, że to dotyczy tylko kanapek z kurczakiem. Biedaczce niedługo skończy się menu. Tu nikt nie przychodzi. Właśnie tego kurewsko nie cierpię u moich krajanów: jak tylko polecą gdzieś za granicę, to od razu chcą tam znaleźć jak najwięcej Ameryki, choćby gówniane żarcie w gównianym barze. Sally, która jest tutaj jeszcze od czasów Johnsona, nigdy nie jadła solonej ryby z aki, chociaż pewnie byłem milion pierwszą osobą, która mówiła jej, to jak jajecznica, złotko, tylko lepsze. Moje dzieci to uwielbiają. Żona z kolei chciałaby manwich, ragú albo chociażby hamburger helpera, ale jeśli macie nadzieję znaleźć coś z tego w supermarkecie, to życzę powodzenia. Życzę powodzenia, jeśli w ogóle chcecie coś znaleźć.

Jerk chicken jadłem pierwszy raz, gdy u zbiegu Constant Spring Road i jakiejś innej podbiegł do mnie facet i zanim zdążyłem wymacać urwaną rączkę i odkręcić szybę, wrzasnął, szefie, jadł pan kiedy kurczaka po jamajsku? Był wysoki i chudy, w białym podkoszulku, ogromne afro, połyskujące zęby i połyskujące mięśnie, za dużo mięśni jak na takiego młodziaka, lecz ten facet, chłopak właściwie, pachniał drzewem pimentowym, wysiadłem więc i poszedłem za nim do sklepiku, małej szopy, deski zbite z blaszanym dachem, pomalowane w niebieskie, zielone, żółte, pomarańczowe i czerwone pasy. Złapał największą kurewską maczetę, jaką w życiu widziałem, i odciął nogę kurczaka, jakby kroił kostkę masła. Podał mi ją i już chciałem ugryźć, ale zamknął oczy i pokręcił głową. Tak po prostu: stanowczo, spokojnie i nieodwołalnie. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, wskazał wielki słój, półprzezroczysty, jakby stał tam już jakiś czas. Ej, lubię przygody, moja żona powiedziałaby, że lubię wariactwa. To był ogromniasty słój z pastą z papryki. Zanurzyłem kurczaka i wszamałem całość od razu. Znacie ten moment w Strusiu Pędziwiatrze, kiedy Wiluś E. Kojot połyka bombę i bomba wybucha, a z uszu i nosa wali mu dym? Albo to, jak dureń pierwszy raz jedzący sushi myśli, że połknie całą łyżeczkę wasabi? Tak się w tamtej chwili poczułem. Facet chyba dotąd nie wiedział, że biali ludzie mogą się zrobić czerwoni aż w tylu odcieniach. Oczy miałem załzawione i dostałem czkawki na dobrą minutę. Ktoś nalał mi do ust benzyny z cukrem, zapalił zapałkę i szuuu! Żeżkurwajegomaćwpizdęjebana. O mało nie wykasłałem z siebie duszy.

Spytałem kasjerkę w King Burgerze, czy nie myśleli, żeby serwować jerk burgery. Że co?, zapytała. Żarcie z getta? Prychnęła, jak to robią Jamajki, zamknęła oczy, uniosła podbródek i pokazała mi plecy. Przychodzę tu prawie codziennie i zawsze jest ta sama dziewczyna. Czy mogę przyjąć zamówienie?, pyta. Cheeseburgera poproszę. Do zamówienia życzy pan sobie lemoniadę czy koktajl mleczny? Nie, dziękuję, sodową D&G Grape. Czy to będzie wszystko? Tak. Whamperer smakuje tak samo jak whomper, tylko smak ma inny. Nawet sałata zdaje sobie sprawę, że mogłaby być lepsza, bo jest namokła i gorzka w tym burgerze, a ja zamawiam to samo codziennie dla gównianej frajdy, po prostu po to, żebym mógł spytać swoje dzieci, ej, wiecie, co dzisiaj jadłem? Wasz tata jadł whamperera. Myślą, że ich ojczulek się jąka.

Słońce ma już dosyć na dzisiaj, zbliża się wieczór. Ten kraj potrzebuje porządnego disco. Jak dotąd nie zwariowałem tylko dlatego, że co trzy, pięć lat zmieniam miejsce. Tyle że normalni to w Firmie nie awansują. Inicjatorem jednych z najbardziej świrniętych akcji, jakie widziałem, był mój dawny szef, zanim ruszyło go sumienie. Jego syn jest tutaj, przyleciał amerykańskim DC301 z Nowego Jorku. Siedzi tu od trzech dni i nie ma pojęcia, że wiem o jego pobycie. Nie żebyśmy się znali ani nic. Jego tata nie był zwolennikiem programu „Przychodź do pracy z dzieckiem”. To nie żadna tajemnica, że facet tu jest, ale kiedy syn byłego szefa agencji nagle zjawia się na Jamajce, to nawet ci, co siedzą w środku tego interesu, zaczynają się zastanawiać, czy czegoś nie przegapili.

Podobno jest filmowcem, czyli jednym z tych bogatych gówniarzy, których stać na kupno kamery. Przyjechał z grupą fotografów i realizatorów na ten koncert na rzecz pokoju tego muzyka od reggae. Ten muzyk ma obecnie większe wzięcie niż krojony chleb. Koncert będzie duży i chociaż siedzę tu dopiero od stycznia, to nawet ja wiem, że ten kraj potrzebuje odrobiny spokoju. Nie załatwi tego ten facet z gabinetu premiera, choć przydałoby się. No więc ta fisza od reggae daje wielki koncert, organizowany przez kancelarię premiera, dzięki czemu ta fisza od reggae prawie zasługuje na moje zainteresowanie. Ambasada dostała info, że przyleci Roberta Flack, a Mick Jagger i Keith Richards już tu są. Jebani Rolling Stonesi.

Nie, nie słucham tej fiszy od reggae. Reggae jest monotonne i leniwe, bębniarz ma chyba najnudniejszą robotę na świecie obok tej kasjerki z King Burgera. Wolę ska, wolę Desmonda Dekkera. Wczoraj zapytałem kasjerkę z King Burgera, czy lubi Ob-La-Di, Ob-La-Da, ale spojrzała na mnie, jakbym ją poprosił, aby mi dała po ryju. Ja to nie wiem, odpowiedziała. Nie dawałem za wygraną: no to czego słuchasz? Co się gra na jam session? Odpowiedziała, że Big Youtha i Mighty Diamonds. No dobra, mówię, Big Youth i Mighty Diamonds są okej, ale czy o nich wspomnieli kiedykolwiek w jakiejś swojej pierdolonej piosence Beatlesi, tak jak o Desmondzie Dekkerze? Proszę nie używać wulgarnego języka, proszę pana, upomniała mnie, to porządny lokal.

Jak się finguje wypadek? Nikt w Firmie nie jest niezastąpiony i czasem się zastanawiam, dlaczego nie wezwą kogoś innego. No, przynajmniej nie kazali mi przygotowywać gruntu w Montevideo. Ale się z tego zrobił bajzel. Lubię mieć pracę, o której nie mogę mówić. Dzięki temu łatwiej dotrzymać innych sekretów. Do żony w końcu dotarło, że dopóki jesteśmy małżeństwem, o pewnych sprawach nie będzie wiedziała. Musiała przywyknąć do tego, do czego muszą przywyknąć wszystkie nasze żony. Wiedzą o dwóch z czterech faktów. O pięciu podróżach na dziesięć. O jednym z pięciu zgonów. Chyba nie jest zorientowana, co dokładnie robię. Przynajmniej takiej wersji trzymam się w tym tygodniu. Jestem na Jamajce i prawie wszystko idzie zgodnie z planem. Co łopatologicznie znaczy, że sprawy wyglądają jak w podręczniku, właściwie więc praca tutaj to nuda. Nic dziwnego, bo Jamajczycy mają skłonność do reagowania zgodnie z oczekiwaniami. Dla niektórych to może duża odmiana, a może po prostu ulga.

Wracając do tego faceta z kurczakiem, to było w maju, a ja znalazłem się tam nie dlatego, że nagle zachciało mi się zasmakować prawdziwej Jamajki. Śledziłem kogoś w samochodzie cztery auta z przodu. Osobnika zasługującego na duże zainteresowanie. Zgarnął go z hotelu Constant Spring jakiś kierowca. Z początku myślałem, że sprowadzono mnie tutaj, żebym mu deptał po piętach, ale wkrótce się przekonałem, że to on mi depcze po piętach. Pracował w Firmie, ale potem też złapał śmiertelną chorobę zwaną wrażliwym sumieniem. Tak się dzieje, gdy góra rekrutuje pracowników spośród odpadów z Ivy League, pedziów ze szkół prywatnych, amerykańskich Kimów Philbych czekających, żeby wyjść z szafy, a nie ze śmiertelnego zimna. Zanim się zorientowałem, że przebywa na Jamajce, on się zorientował, że ja tutaj jestem. Właściwie nie działam pod przykryciem – za późno na to. Co nie znaczy, że należało pozwolić, żeby ten facet narobił syfu, który potem musiałbym posprzątać. Szkoda, że nie miałem pozwolenia na działanie. Zimna wojna jeszcze nie dobiegła końca, a ja już za nią tęsknię.

Bill Adler wypisał się z Firmy w sześćdziesiątym dziewiątym jako bardzo rozgoryczony człowiek. Być może był rozgoryczonym komuchem, rzesza takich ciągle pracuje w Firmie. Czasem ci najlepsi okazują się najgorsi, a przeciętniacy to po prostu urzędnicy z umiejętnością zakładania podsłuchu. Najlepsi stają się albo takimi jak on, albo takimi jak ja. On bywał bardzo dobry. Gdy już skończył w Ekwadorze, czteroletnia robota to była, powiem śmiało, brio, to musiałem tylko posprzątać trochę porozrzucanych resztek. Oczywiście chętnie bym mu przypomniał tę śliczną jatkę na Tlatelolco. Szef nazwał mnie innowatorem, ale ja tylko trzymałem się reguł z podręcznika Adlera. Mikrofony sufitowe, takie, jakich użył w Montevideo. Tak czy siak, odszedł z CIA w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym dziewiątym roku, gdy obudziło się w nim sumienie. Odtąd stwarza problemy i stanowi śmiertelne zagrożenie dla innych.

W zeszłym roku popełnił książkę, niezbyt dobrą, ale było w niej kilka min. Wiedzieliśmy, że się na to zanosi, ale machnęliśmy ręką, bo uznaliśmy, że przyciągając uwagę swoimi nieaktualnymi rewelacjami, pozwoli nam bez przeszkód wykonywać porządną robotę. Okazało się jednak, że miał informacje prawie z najważniejszego źródła, i właściwie co w tym dziwnego, jak się nad tym zastanowić? Podał też nazwiska. Z Firmy. Góra nie przeczytała tej książki, ale przeczytał ją Miles Copeland, następny mazgajowaty pedzio, który prowadził wcześniej placówkę w Kairze. Nakazał restrukturyzację londyńskiej placówki od piwnicy po dach. Potem Richard Welch został zamordowany w Atenach przez Organizację Rewolucyjną 17 listopada – drugorzędną grupę terrorystyczną, której nie poświęcilibyśmy nawet pół sekundy – zamordowany razem z żoną i szoferem.

Mimo tego wszystkiego, mimo tego, że wiedziałem, do czego Adler jest zdolny, wciąż nie miałem pojęcia, po co tu przyjechał. Nie został oficjalnie zaproszony przez władze; coś takiego byłoby niewybaczalnym faux pas ze strony premiera, zwłaszcza po tym gównie z Kissingerem sprzed kilku miesięcy. Ale premier wyraźnie się ucieszył, że Adler tu jest. Ja tymczasem czekam na rozkazy z sekcji głównej, żeby zneutralizować zagrożenie ze strony tego człowieka, a przynajmniej to zagrożenie zminimalizować. Adlera zaprosiła Jamajska Rada na rzecz Praw Człowieka, przez co musiałem założyć zupełnie nową teczkę w mojej przepełnionej już kartotece. Nie minęły dwa dni i facet wygłaszał przemówienia, długie przemówienia o różnych pierdołach, jakby nazywał się Castro czy coś. Stwierdził, że ludzie mojego pokroju stacjonują w Ameryce Łacińskiej i że z obrzydzeniem zareagował na to, co zobaczył, zwłaszcza w Chile, gdzie pomogliśmy Pinochetowi przejąć władzę.

Oczywiście nie wymienił mojego nazwiska, ale wiedziałem, że to o mnie chodzi. Nazwał nas jeźdźcami apokalipsy, destabilizującymi każdy kraj na swoim szlaku. Urządził niezły melodramat, przez cały czas skrzętnie ukrywając, że sporo z tego, o czym mówi, było skutkiem jego wytycznych. A premier właśnie czegoś takiego potrzebował, wielosylabowego słowa w rodzaju „destabilizacja”, które mógłby przerobić na jebany polityczny dżingiel. Adler zepchnął nas do głębokiej defensywy i muszę dopilnować, aby to się nigdy więcej nie powtórzyło. Oczywiście słuchali tego wyłącznie ludzie z „Penthouse’a”. Jasna cholera, co to znaczy, gdy „sumieniem Ameryki” zostaje gazeta utrzymująca się z pokazywania cipek? I faceci tacy jak Adler, faceci, w których nagle budzi się poczucie misji, aby obnażyć oblicze złych Stanów Zjednoczonych – a są tylko białymi fagasami z nieczystym sumieniem, którzy nie wiedzą, kiedy przyhamować? Niestety Firma nie umiała podjąć decyzji, czy w takim razie ja powinienem go przyhamować.

W pewnym momencie stwierdził, że ma dowody na to, że Firma stała za podpaleniem kamienicy przy Orange Street, za zabójstwem co najmniej paru Kubańczyków na Jamajce i rozruchami na nabrzeżu. Stwierdził, że ma dowody na to, że Firma przekazuje pieniądze partii opozycyjnej – co za niedorzeczność, przecież dawanie pieniędzy komuś z Trzeciego Świata byłoby naprawdę fatalnym posunięciem. Nie wiem, dlaczego po prostu nie wysłał artykułu do „Mother Jones” albo „Rolling Stone” czy coś. Zanim Firma dała mi wyraźne wytyczne, co powinienem zrobić, Adler ulotnił się na Kubę – jak donoszą moje uszy i oczy. Tak czy owak, skurwiel narobił szkód. Podał Jamajczykom nazwiska. Pierdolone nazwiska. Mojego nie, ale jedenastu innych z personelu ambasady, niszcząc przykrycie co najmniej siedmiu. Należało ich wywieźć, zanim ktokolwiek by się zorientował, że zna ich pod przybranymi nazwiskami. Przez Adlera musiałem zaczynać od nowa. W połowie września w połowie roku, którego już wszyscy mają dosyć. Wszystko od zera, a to oznaczało duże problemy.

Przechodząc obok pokoju Louisa, usłyszałem, że gada przez telefon – o tym, że zawieruszyła się jakaś dostawa na nabrzeżu. Sprawdziłem. Nikt z biura nie zamawiał żadnego transportu, a gdyby ktoś to zrobił, to na pewno nie tak, żeby to szło przez cło jamajskie, bo wtedy dwie trzecie by wyparowało. Obaj dobrze wychodzimy na tym, że trzymamy się zasady, żeby wiedzieć tylko tyle, ile trzeba, a jednak nie lubię, gdy jakiś urwany ze smyczy agent gdzieś na Kubie sygnalizuje, że coś zniknęło, a ja nawet jeszcze nie podejrzewam, że mi tego czegoś zabraknie. Co znaczy, że jego wtyki mają większe uprawnienia niż ja, a przecież to ja prowadzę tutaj ten jebany kram. Louis nie wyglądał na przybitego, kiedy mówił Bóg raczy wiedzieć komu o tej dostawie, a mnie znudziło się stać pod jego drzwiami, jakbym był złakniony plotek.

Przed chwilą zadzwoniła żona, żeby powiedzieć, że znowu zabrakło jej wiśni koktajlowych. Powtarzam, zimna wojna jeszcze się nie skończyła, a ja już za nią tęsknię.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Księga nocnych kobiet Krótka historia siedmiu zabójstw 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Jankeski fajter We wspólnym rytmie Umami Lato Świat dla ciebie zrobiłem Opowieść podręcznej