Wikingowie. Najeźdźcy z Północy

Wikingowie. Najeźdźcy z Północy

Autorzy: Radosław Lewandowski

Wydawnictwo: Muza

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 416

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 20.74 zł

W drugiej części trylogii opisana jest samotna wędrówka młodego wikinga Oddiego po iglastych lasach Labradowu (dzisiejsza Kanada). W jej trakcie Oddi natyka się na plemię Indian Beothuk (wyginęło na początku XIX wieku). Norman, syn Asgota z Czerwoną Tarczą zdobywa serce niewiasty o imieniu Shaa-naan-dithit i, pomimo niechęci jej ziomków, przyłącza się do plemienia. Właściwie nie ma innego wyjścia, gdyż jego krajan wyrżnęli ludzie konunga Eryka Zwycięskiego, którzy przypłynęli za nimi w pościgu aż z Norwegii. Młodzieniec trafia w sam środek wielkiej bitwy pomiędzy mieszkającymi na olbrzymiej wyspie (dzisiejsza Nowa Fundlandia) Beothukami a próbującymi ich podbić plemionami ze stałego lądu. Do akcji zostają włączeni w końcu wikingowie Eryka Zwycięskiego. Okazuje się też, iż wielkim wodzem Beothuków jest Duńczyk, który wiele lat temu rozbił swój okręt u wybrzeży wyspy. Co ciekawe z pomocą miejscowych zbudował całkiem solidną łódź, którą Oddi zamierza wrócić do Norwegii.

Ilustracje oraz projekt okładki: Tomasz Maroński

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Elżbieta Steglińska, Barbara Milanowska (Lingventa)

Copyright © for the text by Radosław Lewandowski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

Cytaty z książki: Edda poetycka, przekład i opracowanie Apolonia Załuska-Stromberg, Wrocław 1986.

Druk dzięki uprzejmości Zakładu Narodowego im. Ossolińskich.

ISBN 978-83-287-0412-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2016

FRAGMENT

Tobie, Czytelniku.

My, piszący, tworzymy mapy,

ale to w Twojej głowie rodzą się światy.

Wesół ma być mąż i miły dla gości,

Mądry – dla własnej korzyści,

I pamięć ma mieć dobrą, by go rozumnym mieniono,

Wesołe gadki często niech opowiada;

Bałwan zwie się ten, co mówić nie umie –

To jest głupiego znamię.[1]

Spis treści

Wikingowie. Najeźdźcy z Północy

Posłowie

Dodatek

Sosna na skale schnie i umiera,

Igliwie nie chroni ni kora;

Tak jest z człowiekiem, którego nikt nie kocha,

Po co ma żyć długo?

To był pierwszy śnieżny poranek w tej obcej krainie. Świeży puch niemal w jednej chwili przykrył wszystko cienką warstwą i świat nałożył na swoje wielobarwne, roześmiane oblicze białą maskę. Młody wiking szedł na zachód, stawiając równe kroki człowieka nawykłego do długich pieszych wędrówek. Z każdą chwilą oddalał się od wybrzeża, okrętów i, na bogów, tylko dzięki temu uszedł z życiem! Uciekał. Jedna myśl, choć odpędzana, uparcie wracała niczym giez do końskiego zadka: Przybyliśmy tu czterema knörrami, zdolnymi pomieścić pięćdziesięciu ludzi każdy, a teraz…

Za plecami miał martwych lub umierających rodaków, dla których na tym świecie nie było już ratunku. Stawali już zapewne przed Jednookim, który najdzielniejszych z nich przyjmie do swojej drużyny w Walhalli. Resztę czeka marny, nudny i niegodny sagi los.

Oddział pościgowy konunga Eryka spadł na nich niczym sokół na mysz albo wróbel na dorodne ziarno i większość wybił jeszcze we śnie. To była rzeź, gdzie dwóch stawało przeciwko jednemu i to na wpół uzbrojonemu, gdzie powinowaty w służbie jarla zabijał krewnego, który pozostał wierny kuzynowi władcy. Może i bogowie nie pochwalają przelewu bratniej krwi, ale Asowie lubią patrzeć na tłukących się ludzi, tak jak gapie przepadają za widokiem tańczących białych niedźwiedzi czy biegających po linie karłów. Nie odmówili sobie i tym razem, napuszczając wzajem dwa oddziały szwedzkich wojów.

Wysoki młody mężczyzna zadrżał i bezwiednie pogładził dłonią rękojeść miecza. Czuł pod palcami płytkie rowki, które powstały na skutek tysięcy spotkań spoconej dłoni z grubymi pasami świńskiej skóry. Pomogło. Solidny kawał ostrego żelaza przy boku jest niczym ogień i róg z piwem zimą, koń na pustkowiu, chętna dziewka pijanym wieczorem i ramię przyjaciela w potrzebie. Nieco już spokojniejszy sięgnął myślami poza ostatnie, pełne zamieszania, strachu i… wstydu godziny.

Przybili do tego dzikiego, nieznanego lądu po wielu doegrach morskiej tułaczki. Musieli gdzieś przeczekać zimę, więc rozpoczęli budowę domów. Nie były to typowe hofy, utworzone z wbitych w ziemię bali, zwieńczone dachem krytym gontem, ale ziemianki, których większa część znajdowała się poniżej linii traw i mchów. Kilka dni temu rosnąca w oczach osada była jeszcze pełna życia i śmiechu, sprośnych docinków i poklepywania co dorodniejszych niewolnic po tyłkach. To wtedy stary Vingor, żłobiąc runy wysoko w nabrzeżnej skale, które miały być drogowskazem i przesłaniem dla potomnych, zobaczył w głębi lądu dym ogniska. Cienka smużka wiła się zakosami, wypływając spomiędzy wysokich sosen niczym węgorz w przybrzeżnych szuwarach. Ponad czubkami drzew porywisty wiatr błyskawicznie wciągał sine pasma i rozszarpywał na strzępy. Jednak stary był pewien, że do powstania tego dymu przyczyniła się ludzka dłoń. To musieli być miejscowi, zapewne leśni ludzie, czyli skogarmadrowie, jak ich nazywał, jako że Normanowie nie byli jedynymi mieszkańcami tej części Winlandii, krainy, do której dotarli dzięki dokładnym instrukcjom kupca Bjarniego Herjolfssona.

Vingor podzielił się swoim odkryciem z młodym podopiecznym i tylko z nim, bo jak wówczas powiedział: Im mniej ludzi wie o ukrytej zatoczce, tym większa szansa, że ujrzysz jeszcze schowaną tam łódź.

– Dlaczego nie powiesz tego braciom, starcze? – dopytywał się wtedy chłopak. – To obcy dla nas ląd, mogą tu grasować nie tylko ludzie, ale i potwory, trolle, bękarty Thursów, bogowie wiedzą co jeszcze.

– To ludzie, synku, a mówię o tym tylko tobie, bo dożyłem sędziwych lat nie dlatego, że władałem toporem lepiej niż moi martwi towarzysze wypraw na wiking czy strandhogg, ale ponieważ potrafiłem wybiec myślą do przodu, co i tobie polecam. – Potem, pomimo nagabywań młodzieńca, nie wyrzekł już ani słowa na ten temat. Wrócił do wycinania runów i jedynymi odgłosami, które dochodziły od strony ogromnego skalnego palucha, było stukanie młota uderzającego o stalowe dłuto i od czasu do czasu syk bólu i przekleństwa, gdy rzeźbiarz nie trafił narzędziem tam, gdzie zamierzał.

Tak więc teraz właśnie w stronę owego dymu, w kierunku żywych istot, zmierzał Oddi – syn Asgota z Czerwoną Tarczą – a właściwie to uciekał z pogromu z podkulonym ogonem. Był sam niczym baran, którego braci i siostry zarżnięto na królewską ucztę, nie wiedział też, czy zmierza ku przyjaciołom, czy włochatym łapom właściciela jatki. Przy ogniskach wcale nie należały do rzadkości opowieści o skogarmadrach zjadających innych ludzi.

Nagle wielka drewniana belka poczęła wysuwać się spomiędzy podtrzymujących ją gałęzi w koronie rozłożystego drzewa, a na ziemię posypały się drobiny dziewiczego śniegu. Zaskoczony hałasem młody wędrowiec zamarł na mgnienie oka i to wystarczyło. Rzemienna pętla zacisnęła się na jego kostce z taką siłą, że poczuł ostre smagnięcie bólu jak po przyłożeniu do nagiej skóry rozgrzanego do czerwoności pręta. Potem jakaś ogromna siła wyrwała mu grunt spod stóp. Zdążył jeszcze poczuć, jak uderza tyłem głowy w wystający korzeń, i świat okrył się nieprzeniknioną czarną mgłą. Bölthorn – Cierń Zła – wziął go w swoje władanie i zapewne przez nieuwagę – choć kto wie, bo to złośliwa bestia – zbyt mocno przydzwonił magiczną laską zsyłającą na człowieka sny.

Oddi przez jakiś czas wisiał głową w dół, bujając się niczym świerk targany silnym podmuchem skrzydeł siedzącego na północnym skraju niebios orła Hraeswelga, nim kowal tłukący w jego łepetynie wielkim młotem o jeszcze większe kowadło walnął za którymś razem tak mocno, że młodzieniec wrócił do świata żywych. Oplecionej powrozem stopy nie czuł zupełnie, gęba paliła, jakby włożył ją do gorącej wody, przed oczami latały czerwone plamy, a pod skórą biegały mrówki. Jakby tego było mało, z rozciętej głowy na ziemię kapały gęste czerwone krople krwi.

– Na Odyna. – Usta miał chyba przymrożone, wargi nie chciały układać słów. Zresztą kogo wołać na pomoc, wiewiórki? Wiedział, że wpadł w starą pułapkę i to pewnie zastawioną jeszcze przed rzezią przez któregoś z braci. Może nie tylko on jeden uszedł tego dnia śmierci? Nieśmiała iskra nadziei zatliła się w sercu młodzieńca, ale zgasła równie szybko. Jeśli nawet, to na pewno woleli zemstę i chwalebną śmierć od ucieczki, czego nie można powiedzieć o mnie, pomyślał.

Sięgnął do pasa po nóż, ale pętla była pusta, a ostry saks leżał na ziemi, daleko poza zasięgiem długich rąk. Czerwony Ślad, miecz, który dostał od Vingora w wieczór poprzedzający krwawy świt, również wysunął się ze skórzanej pochwy i błyszczał teraz wśród przyprószonego śniegiem rdzawoburego mchu niczym gwiazda na niebie. Jak i ona był niedostępny. Najbliżej leżał topór, ale Oddi ledwie zdołał musnąć go czubkami palców, popychając tym samym jeszcze dalej, więc o pochwyceniu nie było mowy.

Cóż począć, pomimo słabości w członkach powoli, z grymasem bólu na czerwonej twarzy zaczął zginać się wpół, by w końcu uchwycić zębami sploty krępującego stopę rzemienia. Lina była naprężona pod ciężarem ludzkiej zdobyczy i sztywna niby kij. Od tego wiszenia skóra na dłoniach przypominała podeszwę dobrego buta, a palce miały problem z mocnym uściskiem, ale młodość i wola życia to potężni sprzymierzeńcy. Na szczęście rzemień był stary i miał wiele mniejszych i większych węzłów i zgrubień. Kowale, bo było ich już co najmniej kilku, przystąpili do pracy ze zdwojoną energią, jednak po chwili głośne łupanie rozbrzmiewające w łepetynie zmieniło natężenie i przypominało odgłos fal rozbijających się o oddalony brzeg. Nie minęło dziesięć oddechów, a pozostało jedynie delikatne pulsowanie. Silne ramiona z trudem, ale wytrwale pięły się w górę, ciało jednak niezmiennie pozostawało w tej samej pozycji.

Nie da się, będąc człowiekiem, dokonać niemożliwego, więc już po kilku chwilach zrezygnowany młodzieniec znowu bujał się na końcu skórzanej liny niczym ryba na haczyku tuż po wyciągnięciu z wody. Gdy w końcu nadszarpnięty zębem czasu rzemień pękł, ziemia głucho jęknęła pod ciężarem młodzieńca, a może był to dźwięk ulgi, który Oddi wypluł z siebie zaraz po tym, gdy szczęknęły mu zęby.

Długo trwało, nim do kulasa powróciło czucie: najpierw drobnymi nakłuciami, potem falą żywego ognia. Na głowie zrobił się solidny strup albo młodemu wojowi skończyła się już krew, bo nie czuł jej nowych kropli na policzku.

– Masz nauczkę, trupi zadku – rzucił do siebie bardziej zły niż przestraszony. – Patrz, piętogryzie, gdzie stawiasz stopy, póki masz co stawiać. – Mrucząc pod nosem obelgi pod własnym adresem, bo na przeklinanie bogów nie starczało mu odwagi, zebrał niezdarnie porozrzucany ekwipunek i przezornie dołożył doń rzemień z wnyków, ten sam, który o mało nie zakończył w tym miejscu jego wędrówki. Samotnemu człowiekowi w obcej krainie wszystko może się przydać.

Kilka razy odetchnął głębiej, żeby uspokoić myśli, i utykając, ruszył w dalszą drogę. Idąc, strofował się dalej za brak ostrożności, gdy nagle jeden z krzewów ożył i z rytmicznym dudnieniem pogalopował w głąb bezlistnego o tej porze roku lasu. Młodzieńca oblał zimny pot, bo niemal wszedł na stojącego w bezruchu wśród krzaków i gałęzi dýr – karibu, którego gęste poroże i biało-brązowe umaszczenie prawie zupełnie zlały się z otoczeniem. Gdyby to był drapieżnik, troll lub wrogo nastawiony tubylec, ta wyprawa zakończyłaby się nim tak naprawdę się rozpoczęła. Szedł więc dalej, utyskując pod nosem, że bogowie nie stworzyli człowieka z oczami, z których każde może patrzeć w inną stronę, a trzecie do środka głowy, tam, gdzie kłębią się ludzkie myśli. Nie trwało to jednak długo, albowiem przeżycia ostatnich miesięcy były tak żywe, że odgonione wracały niczym muchy do stołu rzeźnika albo długi, albo niewolnice, które wolny mężczyzna przygarnia na jedną pijaną, zimną noc, a im się wydaje, że to coś więcej.

Wspominał ucieczkę po przegranej bitwie o Birkę, bitwie, która miała być początkiem drogi do Uppsali i władzy nad Szwedami, a stała się pogrzebem dla armii i ambicji ojca, Asgota z Czerwoną Tarczą. Renegat, ratując własną skórę, pozostawiwszy dalszych i bliższych krewnych na pastwę zwycięzców, wsiadł wraz z niedobitkami i pochwyconymi w osadzie niewolnicami na cztery ocalałe kupieckie kaupskipy i uciekł, jakby mu ktoś chciał zanurzyć męskie atrybuty w gorącej smole. W rodzinnej osadzie, w wielkim hofie zostały jego żona Helda i córka Jofridda. Marny los czekał te dwie niewiasty, być może nawet gorszy od śmierci, ale nie można było ich wtedy uratować. Dom i Birkę dzieliło wiele dni drogi i armia powracającego ze zwycięskiej wyprawy konunga Eryka. Oddi każdego ranka podczas pierwszej modlitwy do bogów solennie obiecywał, że wróci i wyrwie z rąk zdobywców ten łup. A gdyby czekały na niego zimne i pohańbione trupy, pomści ich śmierć, choćby za cenę własnego życia. Niekiedy też, tuż przed zaśnięciem, widział swoją siostrę i matkę w tłumie podpitych brodatych postaci, jak spętane rzemieniami… To były straszne obrazy i odpędzały sen niczym lodowaty deszcz padający na gołą głowę. Wtedy, przewracając się z boku na bok, jakby spał na kamieniach, przez pół nocy nadaremnie próbował je odpędzić, a rano budził się niewyspany i z potwornym bólem czerepu.

Popłynęli więc w nieznane, by po wielu dniach żeglugi dotrzeć do obcego lądu. No może tak niezupełnie w nieznane, gdyż jarl dysponował instrukcjami żeglarskimi dobrego kupca, niejakiego Bjarniego Herjolfssona, i to dzięki nim dane im było po raz kolejny w życiu ujrzeć ląd.

Pierwszą napotkaną krainą była Hellulandia, nosząca taką nazwę, bo poza głazami i gniazdami ptaków nie miała ludziom nic do zaoferowania. Któryś z marynarzy zażartował wówczas, że bogowie, gdy skończyli tworzyć nasz świat z ciała olbrzyma Ymira, zgarnęli resztki na wielką szuflę i usypali z nich właśnie Hellulandię, Krainę Płaskich Kamieni. Nie było tu czego szukać, chyba że miało się skrzydła.

Wymęczeni podróżnicy obrali południowo-wschodni kurs i płynęli dalej wzdłuż wybrzeży nieznanego lądu. Po dwóch doegrach żeglugi ich oczom ukazały się piaszczyste plaże pełne wylegujących się fok, przechodzące w głębi lądu w bujne lasy iglaste. Właśnie z uwagi na obfitość drzew miejsce to, jak wynikało z instrukcji Bjarniego Herjolfssona, nosiło nazwę Marklandia. W jednej z zatok dla podkarmienia bydła, które zabrali ze sobą z Birki, i uzupełnienia zapasów wody i mięsa wikingowie renegaci postanowili zejść na ląd. Okolica okazała się dogodna do założenia tymczasowej osady, ze źródłem świeżej słodkiej wody i pastwiskami, więc na thingu zdecydowali, że odpoczną tu dłuższy czas, nim ruszą w dalszą drogę.

Wszystko szło dobrze do momentu, gdy natknęli się na wędrujący rzeką wielki klan miejscowych migdałowookich i prostowłosych skraelingów, z którymi w wyniku nieporozumienia doszło do krwawej waśni. Co było robić, grupa wojów, by uchronić się przed zemstą, jeszcze raz wsiadła na cztery smocze łodzie, zamocowała rzeźby na dziobach i popłynęła wzdłuż brzegu tej dziwnej i pełnej nieznanych cudów krainy. Za sobą zostawili niedokończone domy i zagrody, no i kilka ciał miejscowych, odartych z odzienia i porzuconych na pastwę wilków i lisów. Odpływali nie z tchórzostwa, które jest niemiłe bogom i ludziom, ale dla wygody. Nikt nie chciał podczas polowań oglądać się przez ramię w poszukiwaniu rozsierdzonych i żądnych zemsty tubylców, których kościane ostrza zabijały równie pewnie, jak te metalowe, wieńczące brzechwy normańskich strzał.

Trzy dni pomyślnej pogody i Odyn, bóg wielu imion, zwany niekiedy: Ganglerem – Wędrownikiem, Udrem – Dowcipnym, czy też Jardarem – Synem Ziemi, łaskawym wzrokiem spojrzał na swoje dzieci. Może to dlatego, że miał tylko jedno oko, jako że drugie oddał olbrzymowi Mimirowi w zamian za łyk wody ze źródła mądrości, i nic innego nie przyciągało jego uwagi? A może dlatego, że donoszące mu o wszystkim mądre kruki: Hugin – Myśl i Munin – Pamięć, dostrzegły w niedalekiej przyszłości dobrą krwawą zabawę? W każdym razie renegaci znaleźli idealną zatokę, hoop, do której wpadały wody wielkiej rzeki. Krainę tę, z uwagi na obfitość soczystych, dobrych do wypasu łąk, nazwali Winlandią Dobrą. Była kłótnia, czy ona na pewno taka dobra, ale dyskusję uciął sam Asgot, twierdząc, i nie bez racji, że przyszli osadnicy ciągną do marzenia o ziemi, które noszą we własnych sercach, a nie do samej ziemi, a taka nazwa rozpali ich wyobraźnię i zaćmi rozsądek. Pięćset kroków od brzegu rozpościerał się wysoki las, co zwiastowało dobre tereny łowieckie i źródło budulca. Uciekinierzy postanowili postawić tu domy, tym razem jednak na wyraźny rozkaz swego dowódcy zamierzali żyć w pokoju z miejscowymi skraelingami. Oczywiście, o ile nie nadarzy się okazja, by poderżnąć im gardła i ograbić ich w skrytości i bez świadków. Ku wielkiej radości Asgota okolica okazała się bezludna. Znaleźli wprawdzie kilka rozsypujących się ze starości, krytych brzozową korą szałasów, ale te były od wielu miesięcy, jeśli nie lat, opuszczone. Kolejny dar bogów, choć mogli tu przywędrować za nimi krewni tych, których poharatali przy Świńskim Cycku, ale na to już nic nie można poradzić.

Osadnicy nieopodal żyznych brzegów rzeki zbudowali nową kolonię z okazałą, leżącą nieco na uboczu kuźnią i sposobili się do nadejścia zimy. Asgot z Czerwoną Tarczą przygotowywał nawet swój okręt do krótkiej wyprawy, gdyż chciał wiedzieć, czy ląd ten jest wyspą, czy nie. Niektórzy na tę okoliczność porobili zakłady, ale nikt nie wtajemniczał w sprawy osady syna wodza. Ten miał się cieszyć, że w ogóle żyje. I cieszył się, aż z tej radości, przy współudziale Vingora i Piaskowego Nosa, niewolnika, który wolał, jak na niego wołano Ramiro, zaplanował wyprawę, która od ucieczki różniła się tylko… niczym się nie różniła.

Nie porzucił całkiem myśli o porwaniu jednego skipu i powrocie do domu w celu ratowania młodszej siostry i matki, ale z jednym niewolnikiem i ze starcem mógłby co najwyżej żeglować przybrzeżnym karfim, a nie wielkim pełnomorskim knörrem.

To wszystko przestało mieć znaczenie, gdy dosięgła ich zemsta Eryka Zwycięskiego, truhtina wszystkich Szwedów. Ten mściwy, a może po prostu rozsądny, władca, po stłumieniu buntu ambitnego kuzyna, wysłał w pogoń za zdrajcą liczny oddział swoich najdzielniejszych drengów. A może nie byli dzielni? Oddi wolał myśleć, że wojów jego ojca pokonali najlepsi z najlepszych, a to przecież od skalda zależy, jaka jest prawda. Fakt, iż był jedynym słuchaczem własnej sagi, nie miał tu nic do rzeczy.

Jednooki odwrócił oblicze od renegatów i dał posłuch Erykowi, choć niewykluczone, że odpłynęli tak daleko od rodzimej Skandynawii, iż jego moc tu nie docierała, w każdym razie wojowie konunga odnaleźli obóz uciekinierów i spadli na nich niczym głodne wilki na ludzi pijanych lub śpiących w złudnym poczuciu bezpieczeństwa. Zaatakowali od strony otwartego morza, czego nikt się nie spodziewał. Zresztą od strony lądu też nie oczekiwano nadejścia wroga.

Kiedy rozpoczęła się bitwa, Oddi, prześladowany niechęcią ojca, szykował się do wymarszu w głąb nieznanego lądu i przebywał po drugiej stronie rozlewiska wielkiej rzeki. Od kilku dni nie widział czerwieni zdobiącej tarczę rodziciela i nie tęsknił za poniżaniem i bolesnymi razami. Od kiedy sięgał pamięcią, Asgot traktował go gorzej niż psa, obwiniając o wszystko, poczynając od gorzkiego piwa, a kończąc na miękkim kutasie, który coraz częściej odmawiał mu posłuszeństwa. Każdy pretekst był dobry. Gdyby nie żarcie i niewolnice, które sporadycznie udawało mu się dosiąść, Oddi w ogóle nie pojawiałby się w tej nowej osadzie.

Od kilku dni, wraz z niewolnikiem Ramiro Mendezem, sposobili się do ucieczki w głąb gęstych i niezbadanych lasów Winlandii. Lepsze to niż pobudka z saksem w kiszkach lub z szerokim uśmiechem na szyi, gdyż los taki mogli im zgotować zbyt usłużni poplecznicy wodza. I pal licho dupczenie niewolnic. Ale trzeba przyznać jedno – gorzej od Oddiego Czerwona Tarcza traktował właśnie tego potomka Thralla. Piaskowy Nos zabił w Birce ukochanego starszego syna Asgota – Thorda Wrzaskliwego. Zabił go w honorowej walce w obronie własnej i dlatego jeszcze żył, choć nie miało to trwać zbyt długo. Oddi wiedział, że ojciec był pamiętliwy i potrafił rozłożyć zemstę na długie miesiące. Już teraz Ramiro miał więcej siniaków niż zdrowej skóry na gębie i bardziej przypominał górskiego trolla niż człowieka, a z przednich zębów chyba nie zachował mu się ani jeden.

Tego ranka chmurne niebo i wiejące od morza coraz zimniejsze oddechy lodowych olbrzymów zwiastowały pierwszy tegoroczny śnieg, który ludzie Północy tak wyczuwają węchem, jak smak soli językiem. Podobnie sprawa ma się z deszczem. Oddi na przykład potrafił na godzinę przed opadem złowić jego zapach w powietrzu. Dwójkę młodych, nielicho zmarzniętych konspiratorów zbudziły okrzyki i niosący się po wodzie szczęk metalu. Gdy słońce okryło ziemię nieśmiałym blaskiem, z miejsca, gdzie obozowali, ujrzeli w odległej przystani obce długie łodzie. Potem szary zimowy świt dodatkowo rozświetliły łuny pożarów.

Oddi przypasał Czerwony Ślad, gotów oddać życie choćby i dla samego honoru, ale po kilkudziesięciu krokach zwolnił, aż w końcu stanął na szczycie porośniętego mchem pagórka. To nie jego bitwa, nie miał w osadzie żadnych przyjaciół z wyjątkiem Vingora, ale ten marzył o zakończeniu długiego żywota z bronią w garści i właśnie to marzenie się spełniało. Im dłużej myślał o ostatnim spotkaniu ze starym doradcą, o rozmowie i jego wyjątkowym darze, tym więcej światła padało na dotychczasowe niełatwe życie młodzieńca. Jakby widział drobne nici zdarzeń, plecione w gruby sznur losu przez wszystkowiedzące Norny. Vingor zdradził mu wtedy sekret wart życia. Jak twierdził, to nie Asgot z Czerwoną Tarczą był prawdziwym ojcem chłopaka, a co gorsza, hövding przeczuwał, choć nie był pewien, jak wyglądała prawda. To by wiele tłumaczyło, ale Oddi przyzwyczaił się nazywać ojcem tego pijaka, choć wspaniałego woja, i upłynie wiele wody, nim to się zmieni. To tak, jakby szczęśliwy i upojony piwem mężczyzna w sile wieku zdybał na osobności cudną i chętną dzierlatkę. A gdy rozochocony zdarł z niej szaty, okazało się, że ma ona za dużo tego i owego, a na dodatek musi golić brodę. By sobie ulżyć, wydupczyłby pewnie z rozpędu tego argra, choć przecież erga jest zakazana, ale zaraz potem poderżnąłby mu gardło i poszedł szukać kompanów do picia. Tak samo było z nazywaniem Asgota ojcem, w myślach zabijał go setki razy, ale z wpajanego latami przyzwyczajenia…

Było jeszcze coś poza strachem, co powstrzymało młodego wikinga od chwalebnej, acz pewnej śmierci. Może nawet, jak sam siebie próbował przekonać, to był główny powód. Daleko za morzem czekały na ratunek dwie bezbronne teraz niewiasty, które zapewne sprzedano w niewolę jakiemuś bogatszemu kmieciowi. Póki stąpał po ziemi ich syn i brat, istniała szansa, choć nikła, na odmianę parszywego losu, ale gdy jego zabraknie, pozostanie im jedynie wbić nóż we własne serce, o ile znajdą tyle siły.

Niewolnik, jak sam twierdził syn wielkiego bonda z zamorskiej krainy zwanej Leónem, zdecydował się szukać łaski u zwycięzców, bo tylko w ten sposób miał szansę powrotu do ojczyzny. Oddi, choć bardzo tego pragnął, nie poszedł w jego ślady. Gdyby oddał się w ręce wroga, jako syn zdrajcy Asgota nie mógł liczyć nawet na łaskę szybkiej śmierci. Ramiro dał słowo i zaklął się na krzyż tego swojego Białego Chrystusa, że nie puści pary z gęby i nie wyjawi wojom Eryka Zwycięskiego informacji o umykającym z obławy kompanie. Gdyby stało się inaczej, pościg był tak pewny jak to, że stworzenie mające cztery nogi biega szybciej od tego, któremu bogowie dali tylko dwa kulasy.

Tym sposobem młody wiking został sam w obcej krainie, zdany jedynie na własne szczęście, silne ramiona i młode ciało. Właśnie w tym momencie jego żołądek dał o sobie znać głośnym, przeciągłym burczeniem, wyrywając młodzieńca ze świata wspomnień. U lewego boku bujał mu się w rytm kroków, niekiedy obijając o nogę, solidny miecz i o wiele krótszy saks. Z prawej strony w skórzanej pętli wisiała bojowa siekiera z długim trzonkiem. Całości tego wyposażenia dopełniał podskakujący rytmicznie wór z prowiantem, do którego przymocowano okrągły drewniany skjold z metalowym umbem. Oddi jako syn wodza, za takiego przynajmniej dotychczas uchodził, miał na sobie drogą, niezłej jakości kolczugę, skrytą teraz pod grubymi warstwami ciepłych futer. W dłoni ściskał wygięte niczym piersi kobiety łęczysko kościanego thundu i dzidę z długim na dwie dłonie metalowym ostrzem. Łuk był miejscowej produkcji i młody Asgotsson otrzymał go od skośnookiego chudego skraelinga w ramach wymiany jeszcze przy Sflaczałym Cycku.

W każdym razie chłopak przypominał swoim wyglądem wołu idącego na targ, a nie woja z ludu budzącego postrach w całym Midgardzie. Ale nie chciał niczego zostawiać w obozie, niczego, co może kiedyś stanowić o jego życiu lub śmierci.

Oddi Asgotsson był bardzo wysokim ciemnowłosym młodzieńcem, o barach szerokich, solidnie rozwiniętych od najcięższych prac, którymi, od kiedy sięgał pamięcią, tak ochoczo raczył go ojciec, wąskiej talii i białej niczym mleko, lekko piegowatej skórze. Szedł teraz krok za krokiem, powłócząc nogami, przygięty ku ziemi dźwiganym ładunkiem. Na dodatek wszystkiego był sam! Sam! Bogowie darowali mu życie, czyniąc pierwszym Askomanem przemierzającym wnętrze tej krainy, ale co z tego. Może już nigdy nie usłyszeć ojczystej mowy! Może nie zakosztować do końca dni ciała jasnowłosej kobiety i pozostaną mu tylko te skraelingowe! Może wreszcie zginąć samotnie na obcej ziemi i nikt nie pochowa go jak należy! Czy trzeba czegoś więcej? To wszystko powodowało, że z wielkim trudem zwalczał chęć powrotu do opanowanej teraz przez wroga osady. Śmierć w boju jest dla mężczyzny jedyną drogą do Walhalli i warto zapłacić tę cenę, by ucztować przy stole Odyna, pić jego piwo, toczyć potyczki w jego pałacu. Za każdym razem jednak wola życia okazywała się silniejsza, ale nie tylko ona. Na ojczystej ziemi czekały na pomoc dwie kobiety, o których pragnął pamiętać: ciepła i kochająca Helda, biorąca na swój grzbiet przeznaczone dla młodszego syna ojcowskie razy, i smutna delikatna Jofridda, jedyna bratnia dusza, nie licząc matki. Żyły przymuszane do ciężkiej niewolniczej pracy lub gryzły ziemię i krwawa zemsta uraduje ich udręczone dusze. Oddi, ostatni męski bliski krewny, bo nie miał wątpliwości, że konung Eryk wyłapał i zabił wszystkich pozostałych spiskowców, był dla nich jedyną nadzieją na odmianę losu.

– Wiesz, że po ciebie wrócę, matko – wyszeptał. – Gdybym zginął, powrócę z zaświatów, błagając Heimdalla, by pozwolił mi kroczyć Bifrostem, lub jeśli trafię do Niflheimu, stoczę bój o drogę z samym Garmem z Hel. Nie upadaj na duchu, czekajcie. – Potrząsnął głową, by przywrócić jasność spojrzenia. Zaglądanie do własnej głowy i serca zawsze osłabiało czujność mężczyzny.

Przecież gdzieś tam, wewnątrz lądu, mieszkały istoty umiejące rozpalać ogień. Być może byli to mali czarnoocy skraelingowie, których spotkali wiele dni drogi stąd przy Sflaczałym Cycku, a być może… Ciekawość i obawę podsycała wyobraźnia, rozbudzona opowieściami starych sagnamadów snutymi przy ogniu i piwie: o bohaterach toczących boje z draugami – żywymi trupami; o pazernych, ale honorowych czarnych elfach; o wielkich bogactwach chronionych przez seidr – brudną, ciemną magię; czy wreszcie o raczej nieprzychylnych ludziom koboldach, trollach i Niksach. Gdyby tak słuchający tych sag człowiek zastanowił się głębiej, to doszedłby do wniosku, że na dziewięciu światach wiszących na Yggdrasilu więcej jest istot wrogich potomkom Wiązu i Jesionu niż im przychylnych. Jakim więc cudem w Midgardzie żyje coraz więcej ludzi?

Ani o krok nie wolno mężowi

Oddalić się od swej broni,

Bo nie wiadomo, czy wieść się nie rozniesie

Po drogach, że mu brak oszczepu.

Dwoje ubranych w ciepłe futra tubylców z plemienia Beothuków przedzierało się przez gęsty w tym miejscu las, pełen splątanych krzewów i bezlistny o tej porze roku. Ich klan ostatnie lato i jesień spędził w głębi lądu, ale wraz z nadejściem mrozów wrócili na wybrzeże, by wypełnić spiżarnie mięsem i tłuszczem fok, morsów, a nawet morskich olbrzymów. Do tych ostatnich, o ile myśliwi zyskają przychylność Ducha Morza, uda się niedługo podejść, stąpając po grubych krach. Łowy takie zawsze były niebezpieczne, bo ranne zwierzę rzucało się i kruszyło lód, jakby to były zeschnięte liście, ale nagroda w postaci góry dobrego tłustego mięsa i mocnych długich kości, idealnych do budowy namiotów, była warta dla plemienia każdego ryzyka.

Mężczyzna wciśnięty w prostą, ale mocną uprząż ciągnął bez wysiłku drewniane włóki – trzy żerdzie związane z jednej strony skórzanymi pasami, których końce zostawiały potrójny ślad na świeżym śniegu. Chcieli upolować karibu, albo przynajmniej kilka śnieżnych zajęcy, ale do tej pory znaleźli jedynie wiatr i niezbyt świeże tropy zwierząt.

Byli wysocy, znacznie wyżsi od Mikmaków czy Huronów, którzy sami siebie zwali Wyspiarzami – Wyandotami, oraz od zjadaczy surowego mięsa, walecznych skośnookich ludzi morza i śniegu – Askipoków. Ale co się dziwić, od pokoleń wzrost decydował o randze i pozycji wojownika w szczepie. I jeszcze jedno odróżniało ich od sąsiadów – skryte pod czerwonym barwnikiem twarze były prawie białe.

– Duchy zwierząt nie są dla nas dzisiaj łaskawe. – Shaa-naan-dithit, córka wodza plemienia Kamiennego Ostrza, poprawiła sakwę, w której niosła skórę zdartą z jedynego śnieżnego zająca, jakiego udało im się pochwycić. Zwierzę wpadło we wnyki dość dawno temu i było nadgryzione przez lisy, a jego cenne futro nie na wiele się przyda, ale zawsze to coś.

– Są – powiedział z przekonaniem w głosie młodzieniec, kiwając przy tym energicznie głową. – Zgodziłaś się na wspólne polowanie, a duchy pilnują, by nic nam nie przeszkadzało.

Wesołe iskry w oczach kobiety wyraźnie zgasły, a zastąpiły je smutek i nadciągająca furia.

– Zgodziłam się, bo jesteś dla mnie jak brat, Samotny Jeleniu, ale nie zbudujemy wspólnie mamateeku ani nie zanurzymy rąk w strumieniu Splecionych Dłoni. Mówiłam to już poprzedniej wiosny, powiem tej i następnej, i kolejnej, aż do czasu gdy Wielki Duch pokryje moją głowę bielą i zabierze mi wszystkie zęby.

– Mikmakowie zabili Stąpającego po Liściach dwie zimy temu, najwyższy czas pozwolić duchom wody na uleczenie tej rany – nie dawał za wygraną wojownik.

Choć był jeszcze młody, szerokie plecy znamionowały dużą siłę, a wąski pas – gibkość i szybkość. Już teraz niewielu starszych mężczyzn mogło się z nim równać w walce w kręgu.

– Co nie znaczy, że mam ją leczyć z własnym bratem! – Teraz Shaa-naan była wyraźnie zła. Niepotrzebnie przypominał jej o Stąpającym, który jako najwyższy mężczyzna w sąsiednim odłamie plemienia Beothuków zostałby nowym wodzem po śmierci Burych Stóp. A ona, Shaa-naan-dithit, miała być jego pierwszą kobietą.

– Nie jestem z tej samej krwi, przygarnął mnie nasz ojciec po białej śmierci prawdziwych rodziców. Przecież wiesz. – W męskim już głosie wojownika słychać było jeszcze chłopięce, płaczliwe echa.

– Dla mnie jesteś Samotnym Jeleniem, synem Kamiennego Ostrza i nic tego nie zmieni – powiedziała to spokojniej, chcąc zażegnać kłótnię, która zawsze kończyła się jednakowo: do obozu wracali oddzielnie.

Długa strzała, niczym duch pierzastego łowcy ryb, pojawiła się nagle i trafiła w drzewo tuż nad głowami pary kłócących się myśliwych. Za nią nadleciały cztery następne, ale tylko jedna sięgnęła celu, trafiając Samotnego Jelenia tuż pod obojczykiem. Uderzenie było tak mocne, że wojownik zachwiał się i tylko tkwiący mocno w ziemi solidny pień, który miał za plecami, uchronił go od upadku. Po dwóch oddechach przyszło mrowienie i ręka zwisła mu bezwładnie, jakby należała do kogoś innego. Nie tracił czasu na wyciąganie ostrza, zresztą drzewce czopowało ranę i nie pozwalało duchom krwi na szybkie opuszczenie ciała. Jednym ruchem – zagryzając z bólu wargi do krwi – zrzucił jarzmo sań. Potem sięgnął zdrową ręką za okalającą pas linę ze skóry morsa i wyciągnął drewnianą maczugę z okrągłą bulwą na końcu. Wytwarzano je z niezwykle rzadkich i owocujących raz na wiele wiosen kamieniodrzew.

– Złam strzałę, Shaa-naan, sam nie dam rady… – wystękał. Siostra w milczeniu skinęła głową, a jego syk bólu zlał się w jeden dźwięk z trzaskiem pękającego drewna. W ranie pozostał wystający z ciała na grubość dwóch palców ułomek. Potem odrzuciła bezużyteczny kij i zacisnęła dłoń na rękojeści własnego krótkiego kościanego noża.

Oparci plecami o grube drzewo czekali na nadejście przeciwników. Kłótnia stępiła czujność i na ucieczkę było za późno. Tak samo jak na użycie łuków. Zresztą Samotny Jeleń z jedną zdrową ręką mógłby co najwyżej pomachać nadchodzącemu wrogowi łęczyskiem albo rzucić w niego pierzastą strzałą i nic więcej. Oczy mieli szeroko otwarte i zastygli w bezruchu, jak podczas podchodzenia wołu piżmowego, by nie uronić żadnego ruchu, szelestu czy głośniejszego oddechu. I tam, i tu śmierć zaglądała myśliwym w oczy, a Ten, Który Jest Wszędzie – Wielka Tajemnica, otwierał szeroko swoje ramiona.

Pięciu Mikmaków wyłoniło się zza gęsto rosnących drzew niby duchy lasu. Nie powinno ich tu być o tej porze roku, a jednak… Ich sprężyste ruchy dowodziły, że są to wojownicy w sile wieku, a nie starcy szukający padliny. Byli niżsi od Beothuków, ale o głowę przerastali skośnookich Surojadów i, o czym wiedziały wszystkie klany Długich Ludzi, unikali walki, jeśli nie byli pewni zwycięstwa. Tym razem łup sam wpadł w ich ręce.

– Kobieta jest moja; jak skończę, oddam. – Idący przodem rzucił spojrzenie towarzyszom, ale nikt nie protestował, więc oblizał się niczym myśliwy na widok parującej jeszcze wątroby karibu.

– To, co możesz jej zrobić tym swoim robakiem, opuszczony przez duchy synu psa, może zadowolić co najwyżej sukę, i to pod warunkiem, że będzie już stara i chora. – Samotny Jeleń splunął krwawą pianą daleko przed siebie, wprost na pierś dowódcy małego oddziału. Jeśli miał zginąć, to z okrzykiem wściekłości na ustach, a po śmierci otrzyma ciało orła, który swoim podniebnym zawołaniem budzi strach wśród mniejszej zwierzyny. Poza tym rozjuszony wróg staje się mniej ostrożny. Tak przynajmniej twierdził Kamienne Ostrze.

– No to zobaczymy cieniu cienia, sługo cieniopodobnego Nagili, czy sobie poradzisz z psim pomio… – Mikmak, nie kończąc zdania, rzucił się do przodu i zrobił to tak szybko, że młodzieniec nie zdołał wykorzystać swojej śmiercionośnej pałki. Trwało to mgnienie oka, a wróg był tuż przy nim. Potem twardą pięścią uderzył w miejsce, z którego wystawało ułamane drzewce, wbijając je jeszcze głębiej. Młody wojownik zacharczał, a w kącikach ust pojawiła się jaśniejsza czerwień. W drugiej ręce napastnika zalśnił wyciągnięty nie wiedzieć kiedy zza pasa kościany nóż do oprawiania fok i z cichym mlaśnięciem zagłębił się w brzuchu Samotnego Jelenia. Młode, silne i tak głodne życia mięśnie stężały z bólu, niezdolne do wykonania ruchu. Młodzieniec mimowolnie sapnął, a gdy wiedzione silnym ramieniem ostrze zaczęło przesuwać się wolno ku górze, jego skórzane nogawice zrobiły się ciepłe i wilgotne. Nie wydał jednak z siebie głośnego dźwięku, by przodkowie nie musieli wstydzić się za niego w Odległej Krainie, w miejscu, gdzie Wakan Tanka trzyma ludzkie dusze, nim z powrotem ześle je na ziemię. Tylko szeroko otwarte brązowe oczy patrzyły na oprawcę zdziwione, jakby ich właściciel nie mógł się pogodzić z tak szybką porażką. Samotny Jeleń tak bardzo chciał żyć, tak bardzo… Poczuć wiatr we włosach podczas biegu, smak zimnej wody w wysuszonym gardle, zapach budzącego się do życia lasu czy dymu obozowych ognisk. Przecież jeszcze niedawno planował dalszą wspólną wędrówkę z Shaa-naan, chciał mieć kilku synów i wiele roześmianych córek… Usta otwierały się i zamykały jak u ryby wyrzuconej na brzeg, nadając wojownikowi wygląd dziecka, którym przestał być ledwie kilka wiosen temu. Rubinowe błyszczące ostrze opuściło ciało, tak samo zresztą jak podążająca w ślad za nim gęsta i ciemna krew z uszkodzonej wątroby.

– Psie – syknął Mikmak, przysuwając swoją twarz do bladego oblicza młodzieńca. Kropelki jego śliny zlały się z tłustymi łzami potu i na jedną chwilę ich oddechy złączyły się w jeden, jakby napastnik chciał w ten sposób połknąć umykającego ducha umierającego wojownika. Ten stał jeszcze, ale tylko dlatego, że potężne drzewo podpierało mu plecy. – Zjem twoje ciepłe serce, a potem serce twojej kobiety. Ale zanim odejdzie do krainy duchów, poczuje w sobie prawdziwego wojownika. Mój pień będzie napierał tak mocno, że porozrywa jej muszlę niby oścień brzuch ryby. Kto wie – zaśmiał się chrapliwie – może to się jej nawet spodoba.

Nagle zawył i chwycił się za głowę. Potrząsał nią niczym wychodzący z wody pies, a spomiędzy zakrwawionych palców wystawała pięknie rzeźbiona rękojeść z kości morsa. Kapała z niej teraz posoka zmieszana z jakąś białawą pulpą. To Shaa-naan wbiła mu w ucho własny nóż, wkładając w to całą siłę, wzmocnioną przez przerażenie i nienawiść.

Chwilę trwało, nim czterej kompani umierającego zrozumieli, co się stało, zresztą i sam trup zamarł na kilka uderzeń serca, nim zwalił się na ziemię niczym sakwa z kamieniami do gotowania wody. Jego wściekli towarzysze z wyciem rzucili się na młodych Beothuków i ostatnim, co zapamiętała kobieta, był widok lecącej w kierunku jej głowy kościanej pałki. Potem świat skrył się w mroku, a Unchi, Babcia Ziemia, jęknęła cicho, chwytając padające bezwładnie ciało.

Shaa-naan-dithit ocuciło szarpanie, gdy ktoś rozrywał ciasne rzemienne sploty jej odzienia. Jedno zapuchnięte oko nie przepuszczało światła prawie zupełnie, ale to drugie wystarczyło, by zobaczyć leżącego obok martwego już Samotnego Jelenia. Na jego niemal dziecięcym obliczu zastygł strach i Shaa-naan wiedziała, że to nie o siebie się bał. Jego oczy, choć już bez blasku, patrzyły na przyjaciółkę, towarzyszkę zabaw, psikusów i pierwszą, młodzieńczą miłość, jakby nie chcąc uronić ani chwili z tego, co im pozostało.

– Lepiej, że tego nie widzisz. Niech Wielki Duch przyjmie cię do siebie z otwartymi ramionami, braciszku. – Usta kobiety poruszyły się bezgłośnie. Oblizała spierzchnięte wargi, czując słodki smak własnej krwi.

– Śmierć za śmierć. – Napastnik zobaczył, że odzyskała świadomość, i uśmiechnął się lubieżnie. – Ulżymy sobie po kolei, a potem wbijemy ci oścień w serce, bo jeden Mikmak jest wart wielu Długich Ludzi, tak jak jedna foka warta jest dziesięciu tłustych ryb.

Las przychodził do kobiety i odchodził niczym fala odbijająca się od skały. To, co tu i teraz, mieszało się ze wspomnieniami jak rzeczny muł z piaskiem. Wojna między Beothukami a Mikmakami trwała od niepamiętnych czasów. Shaa-naan nie oczekiwała litości, nie od synów tchórzliwego zająca i oślizłej ropuchy. Słyszała opowieści o okrucieństwie tych wrogów, którzy niekiedy przypływali wąskimi kanu na Wielką Wyspę, o tym, że zjadają dzieci, a jeńców śmiertelnie ranią i przywiązują do drzew, by jeszcze żywym kruki wydłubały oczy. Że zakopują po szyję krzyczących ludzi w mrowiskach, że… W każdym razie matki straszyły nimi swoje niegrzeczne pociechy, a ojcowie z dumą wieszali skalpy wrogów na wioskowych totemach. We włosach bowiem ukrywa się duch każdego dwunożnego człowieka. Niekiedy udawało się zerwać skórę aż do ust i te skalpy były najcenniejsze. Podobno wiele pokoleń temu plemiona czerwonoskórych Mikmaków i bielszych Beothuków żyły w pokoju, walcząc ramię w ramię z Ludami Morza i Huronami o łowiska i lepsze tereny pod zimowe obozy. Gdy jednak pewnego roku duchy świata zagniewały się na lud i zesłały trwającą i trwającą zimę, głodni Mikmakowie zaatakowali osady swoich braci. Gdy się okazywało, że w wioskach nie ma żywności, zjadali pokonanych wrogów, w pierwszej kolejności wojowników, a potem trzymane w klatkach ich żony i córki. Na koniec zostawili sobie małe dzieci.

Lato w końcu wróciło, ale nienawiść pozostała. Głodni wrogowie zrobili bowiem rzecz niesłychaną – obrazili wszechobecnego Ducha Wszystkiego, tego samego, który znajduje się w każdym stworzeniu, kamieniu czy drzewie. To on najpierw stworzył siebie, potem Niebo, Słońce, Księżyc i Matkę Ziemię, zamykając w ten sposób wielki krąg – Święte Koło. To On wreszcie powołał do życia człowieka, napełniając puste naczynie ruchem i rozumem, i nakazał mu strzec Unchi i opiekować się nią. Mikmakowie pogwałcili odwieczne prawo natury, gdyż zjadając innych ludzi, niszczyli zawarte w nich drobinki Wakan Tanki, przez co zmarli nie mogli odrodzić się w kolejnych pokoleniach. Liczba strażników ziemi bezpowrotnie zmalała. Beothukowie wypędzili z wyspy tych zdradzieckich synów Nagili i od tego czasu malują swoje twarze i odzienie czerwonym barwnikiem z ochry, by wszystkie duchy pamiętały o tym wielkim smutku. Tak przynajmniej głosiły śpiewane przez czarowników stare pieśni.

Przez chwilę myśli Shaa-naan biegły nieco leniwie i miała wrażenie, że to straszny sen, że zaraz z krzykiem obudzi się w swoim mamateeku i z ulgą padnie na miękkie skóry posłania. Jednak ból sprowadził dziewczę z powrotem na polanę. Poczuła, jak napastnik wpycha jej między nogi kolana, miażdżąc drżące teraz mięśnie ciężarem swojego ciała. Próbowała zaciskać uda z całych sił, ale była zbyt słaba. Załkała bezgłośnie.

– Duchy ziemi i drzew, dlaczego nie mam dość siły, dlaczego… – Z przerażeniem spostrzegła, że to nie człowiek się nad nią pochylał, ale dzikie, wściekłe zwierzę, któremu z rozwartego pyska kapała ślina, a szalone oczy zaszły mgłą. Jakimś kącikiem umysłu uświadomiła sobie, że ta twarz bardzo przypomina maskę Ptaka Pioruna, najstraszniejszą, jaką miał w swoim namiocie wioskowy czarownik Czerwony Kamień.

Mężczyzna wdarł się w nią niczym kościane ostrze w muszlę morskiego małża, rozwarł jej zaciśnięte brzegi i pojękując, zaczął rytmicznie podrygiwać. Shaa-naan nie miała jeszcze mężczyzny i towarzysza życia, choć wielu dzielnych wojowników przychodziło w tej sprawie do namiotu ojca, więc jej wargi były wąskie i suche. Czuła ból rozrywanego ciała, każdy ruch sprawiał cierpienie, nim z głośnym okrzykiem ulgi zaśliniony Mikmak zostawił w jej wnętrzu swoje ohydne nasienie. Ono i krew spowodowały, że podrygi kolejnego stały się nieco mniej bolesne, co nie znaczy, że duch dziewczyny nie cierpiał równie mocno. Z trudem utrzymywała się na powierzchni, choć niekiedy jej kanu zanurzało się i z tych momentów nic nie pamiętała. Od przesiąkniętego rybim odorem oddechu oprawcy robiło się jej niedobrze, ale nie miała sił nie tylko, by się wyrwać, ale nawet by ruszyć się czy krzyknąć. A może jednak miała?

Nagle z piersi młodej kobiety wydobył się okrzyk pełen cierpienia, strachu, żalu i bezradności. Szczególnie bezradności. Wbrew wstydowi, bólowi, wspomnieniu o martwym Samotnym Jeleniu chciała żyć, tak bardzo chciała żyć. W odpowiedzi wojownik z chrapliwym rykiem uderzył ją pięścią w twarz tak mocno, że poczuła, jak jej puchnie okolica drugiego oka. Niedługo oślepnę, pomyślała, jakby mogło mieć to jakiekolwiek znaczenie.

Dwaj kompani Śmierdziucha, bo tak nazwała w myślach drugiego Mikmaka, po kolei robili to samo, ale na szczęście przestała czuć swoje ciało, jakby to od pasa w dół należało do całkiem obcej kobiety. Tylko gdy któryś z nich w zapamiętaniu ugryzł ją mocno w małą dziewczęcą pierś, uchyliła oko, ale nie wydała z siebie dźwięku. Nie broniła się, uciekła myślami do wioski i namiotu ojca, Kamiennego Ostrza. Przypomniała sobie jego śmiech, gdy sadzał ją na kolanach i dawał wysysać pyszny szpik z najlepszych kości. Potem zobaczyła tańczących ludzi, cieszących się z udanego polowania, i Samotnego Jelenia, jak bił się ze starszym i wyższym o głowę Leniwym Bykiem, który nazwał ją Sikającą na Stojąco. Już nigdy nie ruszą razem na polowanie, już nigdy…

Nagle inny, fizyczny ból wyrwał ją z odrętwienia. To ostatni z napastników, poruszając rytmicznie biodrami, zaczął drapać swoją ofiarę po twarzy. Tym razem nie zdołała się powstrzymać i z poobijanych ust wyszedł przeciągły jęk. Słysząc go, oprawca zdwoił wysiłki, a Shaa-naan usłyszała jego szept:

– Dobrze ci, focza suko? Chcesz jeszcze? – Wojownik miał wyraźne problemy z męskością, więc zaczął pomagać sobie tak, jak umiał i lubił.

W pewnym momencie wepchnął przedramię pod jej brodę. Czuła na szyi każdy jego ruch, bo oparł się na niej niemal całym swoim ciężarem. Każdemu pchnięciu bioder towarzyszył dodatkowy ucisk, tak że w pewnym momencie zaczęło jej brakować tchu. Powietrze zatrzymało się w okolicy ust, a pozbawione go płuca uderzały w klatkę piersiową kobiety z rozpaczliwym dudnieniem. Mężczyźnie widocznie się to podobało, bo jego pień nabrał wreszcie sztywności i mocy. Biało-czarne plamy znowu zaczęły swój wirujący taniec i dla dziewczyny świat stawał się coraz bardziej odległy… i ciemny.

– Niech tak będzie, idę do was moi, przodkowie, idę do ciebie, mój bracie Samotny Jeleniu. Wakan Tanko, przyjmij mego ducha, a ciało daj zwierzętom, by domknęło się wielkie koło życia – szeptała bezgłośnie. Nagle ponad ramieniem oprawcy zobaczyła okoloną słońcem, wysoką postać. Shaa-naan uśmiechnęła się, przynajmniej próbowała to zrobić, ponieważ to Stąpający po Liściach przyszedł, żeby być jej przewodnikiem do krainy duchów, gdzie mieli czekać na powtórne narodziny. Ale nim to się stało, głowa pastwiącego się nad nią oprawcy zniknęła, a na kobietę opadł bezgłowy trup. Z jękiem zbolałych płuc nabrała nieco powietrza, ale drugi oddech zdławiła ciepła lepka jucha, która zalała jej gardło. Ciałem Shaa-naan targnął gwałtowny atak kaszlu. Wypluła krwawą pianę, ale na jej miejsce zaraz napłynęła nowa, tak jakby martwy Mikmak miał jej w sobie całe morze. Próbowała przełykać, ale brakowało czasu. Chciała przekręcić na bok głowę, ale ta tkwiła we wgłębieniu, zrobionym w miękkiej ziemi przez ostatniego z tych suczych synów. Płuca ponownie paliły żywym ogniem, domagając się choćby haustu powietrza. Nie miała siły, by strząsnąć z siebie bezgłowy zewłok, a musiała nabrać powietrza, musiała…

To już nie były nieregularne czarne plamy, przeplatane jasnymi rozbłyskami, to nadchodziła sama śmierć. Tak będzie lepiej. To była ostatnia myśl młodej kobiety, córy dumnego plemienia Długich Ludzi. Potem wszystko zakryła ciemność.

koniec darmowego fragmentu

zapraszamy do zakupu pełnej wersji

[1] Ta i kolejne zwrotki pochodzą z Pieśni Najwyższego (Hávamál) z Eddy poetyckiej w przekładzie Apolonii Załuskiej-Strömberg (wszystkie przypisy pochodzą od autora).

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wikingowie. Topory i sejmitary Wikingowie. Najeźdźcy z Północy Wikingowie. Wilcze dziedzictwo Yggdrasil. Tom 2. Exodus Yggdrasil. Tom 1. Struny czasu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Królowie przeklęci. Tom II Turniej cieni Moja piątka z Cambridge