Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949

Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949

Autorzy: Alex Kershaw

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Historia

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 676

Cena książki papierowej: 69.90 zł

cena od: 46.99 zł

Nawet ci, którzy dobrze znają historię, znajdą wiele szokujących faktów na stronach tej książki. Jeszcze więcej się z niej nauczą, bo to nie tylko katalog okropności, ale też dokładna analiza ich przyczyn.

„THE TIMES”

Kershaw stworzył bezstronną, opartą na gruntownych badaniach i przystępnie napisaną książkę, która będzie punktem wyjścia dla każdego, kto chce zrozumieć najstraszniejsze dekady europejskiej historii.

„THE WALL STREET JOURNAL”

 

Europejska katastrofa trwająca nieprzerwanie od 1914 do 1949 roku. Czas niedający się porównać z niczym innym w historii. Dramatyczny okres zmagań narodów w dwóch wielkich wojnach.

I powojenny ład, który nie spełnił niczyich oczekiwań.

Wielokrotnie nagradzany brytyjski profesor łączy oryginalne podejście naukowe z trzymającą w napięciu opowieścią. Przedstawia najważniejsze postacie i wywołane przez wojnę gwałtowne wstrząsy, które dotknęły cały kontynent, zmieniając kurs europejskiej i światowej historii.

Znakomicie napisane, pełne przenikliwych i celnych spostrzeżeń Do piekła i z powrotem to pasjonująca panorama kluczowego półwiecza europejskiej historii, którego skutki odczuwamy do dziś.

 

Przedmowa

Drogi Czytelniku, trzymasz w swoich dłoniach pierwszy z dwóch tomów poświęconych historii Europy od 1914 roku do współczesności. Jest to zdecydowanie najtrudniejszy projekt wydawniczy, w jakim kiedykolwiek zdecydowałem się uczestniczyć. Do tej pory każda moja książka była w pewnym sensie próbą lepszego zrozumienia jakiegoś konkretnego zagadnienia w naszych dziejach. W tym przypadku nie tak znów odległa przeszłość charakteryzuje się szeregiem wyjątkowo złożonych problemów. Jednak bez względu na trudności, niezmiennie czułem ogromną potrzebę, aby spróbować lepiej zrozumieć siły kształtujące świat, w którym przyszło nam żyć dzisiaj.

Nie ma wątpliwości, że na historię Europy w XX wieku można spojrzeć z kilku stron. Powstało wiele wspaniałych dzieł o różnej konstrukcji, których autorzy oferowali intrygujące interpretacje niedawnych wydarzeń historycznych – warto tu wymienić chociażby książki Erica Hobsbawma, Marka Mazowera, Richarda Vinena, Harolda Jamesa i Bernarda Wassersteina – wzbogacające naszą wiedzę na ten temat dzięki przedstawieniu różnych perspektyw i niejednolitym przekonaniom twórców. Podobnie niniejsza książka (a także druga książka z serii, która ukaże się w przyszłości) bez wątpienia wyróżnia się indywidualnym, subiektywnym podejściem do doniosłych wydarzeń minionego wieku. I tak jak każda próba omówienia zagadnienia rozciągającego się na dłuższy przedział czasu, w dużej części musi bazować na wynikach pionierskich badań innych historyków.

Jestem boleśnie świadomy faktu, że praktycznie każde moje zdanie jest w zasadzie efektem pracy wielu ekspertów specjalizujących się w konkretnej tematyce i udostępniających swoje wyniki szerszemu gronu odbiorców. Podstawowe prace analityczne prowadziłem tylko w ograniczonym zakresie – konkretnie w ramach badania źródeł opisujących historię Niemiec w latach 1918–1945. W pozostałej części musiałem opierać się na doskonałych pracach innych badaczy z różnych dziedzin. Nawet gdybym dysponował większą kompetencją językową, byłoby to nieuniknione. Żaden bowiem badacz nie byłby w stanie wykonać badań w archiwach rozrzuconych po całej Europie w pojedynkę, a ponieważ eksperci w poszczególnych krajach, zajmujący się wycinkiem tematów historycznych świetnie wykonali swoje zadania, takie próby właściwie można by nawet uznać za bezcelowe. Przegląd zagadnień w mojej książce musi zatem, w dużej części, bazować na osiągnięciach innych historyków.

Format wydawniczy serii Penguin History of Europe1 wyklucza liczne odwołania w formie przypisów dolnych do wielu niezbędnych prac historycznych – monografii, kopii współcześnie udostępnianych dokumentów, analiz statystycznych i specjalistycznych badań przeprowadzanych w poszczególnych krajach – które wykorzystywałem w swojej pracy. Znajdująca się na końcu książki Bibliografia zawiera zatem część z ważniejszych pozycji referencyjnych. Mam nadzieję, że ich autorzy wybaczą mi niemożność powoływania się na ich prace w przypisach w tekście i przyjmą wyrazy wdzięczności za wykonaną pracę w niniejszej Przedmowie. Tym samym można pokusić się o stwierdzenie, że oryginalność mojej książki bazuje wyłącznie na unikalnej konstrukcji oraz interpretacji faktów i przedstawianiu bazowych przesłanek do analizy.

We wprowadzeniu zatytułowanym Europa na drodze do autodestrukcji zdefiniowałem ramy interpretacji tego tomu. Opisuję w nim również podstawowe założenia dotyczące tomu drugiego2. Rozdziały zostały podzielone strukturalnie, zgodnie z porządkiem chronologicznym, a także według tematyki poszczególnych podkategorii. Powodem takiego, a nie innego podziału, jest przede wszystkim chęć zwrócenia uwagi Czytelnika na kolejność zdarzeń oraz unikalny przebieg kształtowania historii, koncentrując się przy tym na stosunkowo krótkich okresach, gdy konieczne okazuje się oddzielne omówienie zróżnicowanych sił wpływających na losy Europy. Dlatego właśnie nie ma rozdziałów poświęconych wyłącznie gospodarce, społeczeństwu, kulturze, ideologii i polityce, choć oczywiście tematy te zostają omówione – nawet jeśli nie poświęcam im tyle samo uwagi w poszczególnych rozdziałach.

Tematyka pierwszej połowy XX wieku, której to poświęcony jest niniejszy tom, została zdominowana przez wojny światowe. Fakt ten sam w sobie wiąże się z koniecznością rozwiązania pewnych problemów natury edycyjnej. Jak bowiem wyczerpująco opisać tak złożone zagadnienia pierwszej i drugiej wojny światowej w tomie poświęconym tylu dekadom? Przecież na temat tych globalnych konfliktów powstało tyle książek, że wypełniają one całe biblioteki! Czytelnik nie może oczekiwać, że autor po prostu odeśle go do prac innych ekspertów (choć oczywiście warto potraktować wszystkie książki z bibliografii jak pozycje uzupełniające). Pomyślałem więc, że powinienem rozpocząć każdy rozdział odnoszący się bezpośrednio do dwóch wojen światowych od bardzo zwięzłych analiz rozwoju sytuacji na frontach. Niemniej, mimo zwięzłości tych opisów – wszak mają one służyć głównie za punkty orientacyjne, dla podkreślenia w największym skrócie skali klęsk i wynikających z nich konsekwencji – oczywistym jest, iż miały one kluczowe znaczenie dla zmian zachodzących na kontynencie. W innym przypadku zastanawiałem się też, czy powinienem przyjąć za pewnik, że wszyscy Czytelnicy znają, na przykład, okoliczności związane z rozwojem faszyzmu we Włoszech lub wiedzą, jak potoczyły się losy wojny domowej w Hiszpanii. Ostatecznie uznałem, że także i w tych przypadkach przydadzą się krótkie wprowadzenia.

Postanowiłem uzupełniać poszczególne rozdziały wspomnieniami zwykłych ludzi, relacjami często opisującymi osobiste doświadczenia, aby w ten sposób unaocznić Czytelnikom, jak wyglądało życie w czasach, które wydają się tak nieodległe, a równocześnie tak różnią się od rzeczywistości, z jaką mamy do czynienia obecnie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tego rodzaju doświadczenia mają charakter wyjątkowo subiektywny. Nie można uznać głosów poszczególnych jednostek społeczeństwa za statystycznie reprezentatywną próbkę. Niemniej jednak mogą one służyć za punkty orientacyjne, obrazujące postawy i mentalność ludzi żyjących w tamtych czasach. W każdym przypadku dołączenie takich wspomnień pozwoli urozmaicić przekaz o element jakże różny od abstrakcji i bezosobowej analizy, a dotyczący czysto ludzkiej reakcji na zmiany i wpływ potężnych sił, które kształtowały życie zwykłych ludzi.

Historia Europy nie może oczywiście być sumą historii poszczególnych narodów. Jednak kształtowały ją te same siły, które odegrały istotną rolę w kształtowaniu kontynentu jako całości lub przynajmniej większości jego elementów składowych. Ogólna synteza musi naturalnie przybierać formę oceny z perspektywy „lasu, a nie pojedynczych drzew”. Musi być w jakimś sensie uogólnieniem, a nie koncentrować się na osobliwościach, choćby nie wiadomo jak unikalnych, mimo że poszczególne, pojedyncze zjawiska w gruncie rzeczy stają się widoczne tylko w perspektywie, jaką daje obiektyw szerokokątny. Starałem się nie pominąć żadnego odniesienia do poszczególnych obszarów Europy, często poświęcając wiele miejsca tragicznej historii wschodniej części kontynentu. Jednak pewne kraje odegrały większą rolę niż inne (lub miały bardziej zgubny wpływ na losy tego kontynentu) i dlatego konieczne okazało się poświęcenie im większej uwagi. W obu tomach mówiąc o „Europie”, mam na myśli także Rosję (a potem także ZSRR); trudno byłoby bowiem zignorować wydarzenia w kraju, który odegrał kluczową rolę w kształtowaniu losów Europy, nawet jeśli duża część rosyjskiego, a następnie radzieckiego imperium składała się z obszarów znajdujących się poza kontynentem europejskim. Równie istotny wpływ na historię naszego kontynentu miała Turcja, choć jej rola znacznie zmniejszyła się po roku 1923, gdy rozpadło się Imperium Osmańskie i powstało tureckie państwo narodowe.

Ten tom zaczyna się od krótkiego opisu sytuacji w Europie w przededniu pierwszej wojny światowej. Kolejne rozdziały poświęcone zostały: przebiegowi wojny, jej bezpośrednim następstwom, a potem także krótkotrwałemu ożywieniu pierwszej połowy lat 20. XX wieku, konsekwencjom Wielkiego Kryzysu, coraz większemu zagrożeniu kolejną wojną światową, a następnie wybuchowi drugiej w jednym pokoleniu, dewastującej świat pożogi. Kolejny rozdział opisuje załamanie się porządku światowego powstałego po zakończeniu drugiej wojny światowej. Na tym etapie zdecydowałem się uczynić wyjątek od chronologicznej struktury, umieszczając w tym miejscu element (rozdział 9), który zawiera analizę szeregu długoterminowych zmian wykraczających poza krótkoterminowe granice chronologiczne wcześniejszych rozdziałów, a dotyczących demografii, sytuacji społeczno-ekonomicznej, sytuacji Kościołów chrześcijańskich, postaw intelektualistów i zmian w kontekście popularnych rozrywek. W kolejnym, finalnym rozdziale wracam już ponownie do układu chronologicznego.

Na początku wydawało mi się, że pierwszy tom powinien naturalnie skończyć się w 1945 roku, gdy doszło do zakończenia walk na frontach drugiej wojny światowej. Jednak choć formalnie działania wojenne w Europie przerwano w maju tego roku (Japonia skapitulowała dopiero w sierpniu), tragiczne wydarzenia lat 1945–1949 były oczywistą konsekwencją tego, co zdarzyło się w czasie wojny i reakcją na zmianę sytuacji w Europie, uznałem więc, iż powinienem rozbudować pierwszy tom i zakończyć go na latach późniejszych, już po tym, jak w Europie (jak się wydawało) zapanował pokój. W 1945 roku nikt jeszcze nie potrafił powiedzieć, jak wyglądać będzie nowa, powojenna rzeczywistość w Europie. Pełen jej obraz wyłaniał się stopniowo z mgły niewiedzy dopiero wraz z upływem czasu. Stwierdziłem zatem, że należy dodać ostatni rozdział opisujący bezpośrednie następstwa wojny, gdy w wielu krajach Europy wciąż jeszcze dochodziło do kolejnych aktów przemocy, ale i tworzył się, a potem utrwalał, zimnowojenny podział kontynentu. Tym samym pierwszy tom mojej książki nie kończy się w 1945, ale dopiero w 1949 roku.

Komentatorzy sportowi często podsumowują przebieg meczu piłkarskiego, w którym jedna z drużyn niespodziewanie odwróciła losy spotkania, słowami: „To było spotkanie o dwóch jakże różnych połowach”. Bardzo kuszącą jest wizja historii Europy XX wieku jako „wieku dwóch różnych połówek”, z ewentualną „dogrywką” w latach 90. A zatem pierwszy tom mojej książki dotyczy pierwszej połowy tego niezwykle dramatycznego i niesamowicie interesującego wieku. Wieku, w którym narody zmagały się w dwóch wielkich wojnach światowych, które wstrząsnęły fundamentami cywilizacji, gdy wyglądało na to, że Europa zmierza prostą drogą do samozagłady.

Ian Kershaw

Manchester, listopad 2014 r.

1 Pierwotnie niniejsza książka ukazała się w tej właśnie serii w Wielkiej Brytanii (przyp. red.).

2 Który w 2016 r. nie jest jeszcze gotowy (przyp. red.).

WPROWADZENIE

Europa na drodze do autodestrukcji

Wojny narodów będą o wiele straszniejsze niż te, które prowadzili królowie.

Winston Churchill (1901)

Wiek XX w Europie był wiekiem wojen. Po dwóch konfliktach światowych nastąpiła ponadczterdziestoletnia „zimna wojna”, będąca konsekwencją i produktem drugiej wojny światowej. To właśnie te wielkie zmagania kształtowały historię tamtych dziesięcioleci. Był to niezwykle dramatyczny, tragiczny, ale też nieskończenie fascynujący okres w dziejach świata, era wielkiego przewrotu i zdumiewającej transformacji. W XX wieku Europa znalazła się na drodze prowadzącej prosto do piekła na ziemi. Na szczęście z niej zawróciła. Kontynent, który przez prawie sto lat po zakończeniu wojen napoleońskich w 1815 roku można było uznać za główny ośrodek cywilizacji, w latach 1914–1945 cofnął się w rozwoju i pogrążył w szaleństwie barbarzyństwa. Tymczasem po okresie wielkich zmagań narodów nadszedł czas wyjątkowego rozwoju, stabilności i dobrobytu, choć naznaczonego głębokimi podziałami politycznymi. Obecnie zjednoczona Europa wciąż musi radzić sobie z wewnętrznymi zawirowaniami wynikającymi z intensywnej globalizacji i staje przed koniecznością rozwiązania poważnych problemów zewnętrznych, zaczyna się również gotować pod wpływem narastających napięć, jakie pojawiły się jeszcze przed krachem finansowym z 2008 roku, który pogrążył kontynent w nowym, wciąż jeszcze trwającym kryzysie.

Drugi tom tej serii będzie opisywał losy Europy od 1950 roku do czasów współczesnych, tymczasem w pierwszym przyjrzymy się przyczynom i konsekwencjom wspomnianego podążania „drogą ku autodestrukcji” pierwszej połowy XX wieku, gdy przez Europę przetoczyły się dwie straszne wojny o zasięgu globalnym. Wyjaśnię, jak siły mające źródła w konsekwencjach nowego porządku świata po pierwszej wojnie światowej doprowadziły do wielkiego wybuchu, w którym zrodziły się straszliwe demony bestialstwa i pożogi drugiej wojny światowej. Ta katastrofa, napiętnowana nierozerwalnie związanym z wojną ludobójstwem – tym razem na niewyobrażalną wcześniej skalę – sprawiła, że drugą wojnę światową można uznać za główne, deterministyczne znamię trudnej historii Europy XX wieku.

W kolejnych rozdziałach tej książki omówię przyczyny nieskończonego kataklizmu wojen, które można podzielić na cztery, wzajemnie się uzupełniające, unikalne dla tych czasów elementy kryzysu: (1) eksplozję etniczno-rasistowskiego nacjonalizmu; (2) gorzkie i niemożliwe do pogodzenia żądania rewizjonizmu terytorialnego; (3) ostry konflikt klasowy, którego jednoznacznym symbolem stała się rewolucja bolszewicka w Rosji; oraz (4) przedłużający się kryzys kapitalizmu (gdy wielu obserwatorów życia polityczno-ekonomicznego uważało, że system kapitalistyczny ma się ku upadkowi). Triumf bolszewizmu po 1917 roku okazał się istotnym elementem kształtującym nową rzeczywistość, równie istotnym, co niemal ciągły kryzys kapitalizmu, złagodzony na jakiś czas w połowie lat 20. XX wieku. Dwa pozostałe elementy, które tworzyły ową mieszankę wybuchową, dostrzegalne były jeszcze przed 1914 rokiem, choć w znacznie mniej ostrej formie. Jednocześnie żaden z tych czynników w swojej podstawowej formie nie mógł stać się główną przyczyną wybuchu pierwszej wojny światowej. A jednak na podstawie ich DNA powstały nowe „szczepy wirusa”, jeszcze bardziej niebezpieczne. I to właśnie im zawdzięczać można kluczowy przełom, który pchnął Europę na drogę do piekła. Wszystkie cztery razem tworzyły śmiertelnie niebezpieczną mieszankę, która długo groziła wybuchem i ostatecznie eksplodowała w chaosie niezwykłej przemocy, poprzedzającej znacznie większy kataklizm: drugą wojnę światową. Największe straty w tym nowym, globalnym konflikcie poniosły kraje ze środkowej, wschodniej i południowo-wschodniej Europy – w większości najbiedniejsze regiony kontynentu. Europa Zachodnia poradziła sobie znacznie lepiej (choć Hiszpanię można uznać za ważny wyjątek od tej reguły).

Rozpad Austro-Węgier i Imperium Osmańskiego pod koniec pierwszej wojny światowej, a także gwałtowne wstrząsy rosyjskiej wojny domowej, która przerodziła się w rewolucję bolszewicką, uwolniły potężne, przerażające siły skrajnego nacjonalizmu, w którym tożsamość narodu definiowano najczęściej etnicznie. Nacjonalistyczne i etniczne konflikty wybuchały ze zdwojoną siłą na uboższych terenach wschodniej części kontynentu, w regionach, gdzie od wielu lat mieszały się wpływy różnych społeczności. Często zdarzało się, że przedstawiciele biedniejszych warstw społecznych winę za swoją nędzę i niedolę zrzucali na Żydów, którzy stali się kozłami ofiarnymi. Społeczność żydowska w środkowej i wschodniej części Europy była znacznie większa niż w zachodniej, ale były to środowiska wyraźnie słabiej zintegrowane i wywodzące się z niższych klas społecznych niż ich współwyznawcy w krajach Europy Zachodniej. We wschodniej i centralnej części kontynentu, o wiele bardziej nawet niż w Niemczech, od zawsze tliły się nastroje antysemickie. Większa jednorodność etniczna w Europie Zachodniej oraz fakt, iż państwa narodowe w tej części Europy miały więcej czasu na wykształcenie mniejszej lub większej spójności, oznaczały, że choć i tu pojawiały się tego rodzaju napięcia, nie miały one takiej intensywności jak na wschodzie.

Pierwsza wojna światowa zakończyła się zwycięstwem państw leżących na zachodnich obszarach kontynentu. Państwa, które zachowały neutralność w tym konflikcie również znajdowały się w Europie Zachodniej. W związku z tym to właśnie na wschodzie Europy częściej podnosiły się głosy o urażonej dumie, utracie prestiżu, tam też toczono ciężką walkę o kurczące się zasoby surowców, co wprost prowadziło do agresywnego nacjonalizmu etnicznego. Pokonane Niemcy – największy przegrany pierwszej wojny światowej, ale i kraj stanowiący klucz do pokoju w Europie – leżące w centralnej części kontynentu, sąsiadujące z Francją i Szwajcarią na zachodzie oraz z Polską i Litwą na wschodzie, z trudem radziły sobie z falą ogromnego oburzenia społeczeństwa, które nie zgadzało się na to, w jaki sposób potraktowali je zwycięscy alianci. Rewizjonistyczne ambicje udało się stłumić na krótko. Dalej na południu i na wschodzie, na ruinach Austro-Węgier, imperium rosyjskiego i ottomańskiego, powstawały państwa narodowe, często połatane w jedną całość w najmniej sprzyjających okolicznościach, jakie można sobie wyobrazić. Nie może dziwić fakt, że nacjonalizm i konflikty etniczne, które zatruły politykę, uczyniły z tych ziem największe cmentarzysko drugiej wojny światowej.

Konflikty nacjonalistyczne i napięcia rasowo-etniczne znacznie zintensyfikowały się w konsekwencji zmian granic terytorialnych w Europie, które nastąpiły po zakończeniu pierwszej wojny światowej. Architekci traktatu wersalskiego z 1919 roku, niezależnie od swoich dobrych intencji, stanęli bowiem w obliczu niemożliwych do przezwyciężenia problemów. Próbowali spełnić wymagania terytorialne nowych państw, powstałych na ziemiach dawnych imperiów. O charakterze znacznej części nowych tworów państwowych w Europie Środkowej, Wschodniej i Południowo-Wschodniej decydowały mniejszości etniczne. Konflikty polityczne na tle etnicznym były więc tylko kwestią czasu. Prawie w każdym kraju kwestionowano nowy układ granic i prawie wszędzie uciskane mniejszości podnosiły lament, donosząc o dyskryminacji przez większość społeczeństwa. Ukształtowany w Wersalu nowy układ granic sprzyjał niebezpiecznym tendencjom rewizjonistycznym w krajach, które nie czuły się sprawiedliwie potraktowane. Chociaż we Włoszech nie było problemu z wewnętrznymi podziałami etnicznymi (może oprócz przyłączonego już po zakończeniu wojny Tyrolu Południowego, gdzie większość mieszkańców tych terenów stanowili ludzie posługujący się językiem niemieckim), nacjonaliści i faszyści wykorzystywali poczucie niesprawiedliwego podziału korzyści wynikających z pierwszej wojny światowej wśród krajów zwycięskiego bloku mocarstw zachodnich. Włosi przypisywali sobie prawo do zysków terytorialnych na obszarze, który później zostanie zintegrowany w jedno ciało nazywane Jugosławią. Znacznie bardziej niebezpieczne dla pokoju w Europie okazały się jednak nastroje w Niemczech – gdzie, tak jak we Włoszech, nie zauważano istotnych podziałów etnicznych – bowiem po okrojeniu terytorium tego kraju pojawiły się żądania rewizji traktatu wersalskiego, które później stanowiły dobrą pożywkę dla rosnącego w siłę nazizmu, a także dążenia do zwiększenia praw mniejszości niemieckiej zamieszkującej w Polsce, Czechosłowacji i w innych częściach Europy.

Groźne formy nacjonalizmu, które zaczęły pojawiać się po zakończeniu pierwszej wojny światowej, rozwijały się nie tylko z powodu coraz ostrzejszej rywalizacji etnicznej, ale bazowały na coraz bardziej rzucającym się w oczy konflikcie klasowym. Poczucie jedności narodowej może przybrać ekstremalnie skrajną formę, jeśli niechęć tłumów skieruje się w stronę rzekomych „wrogów klasowych”, wewnątrz i na zewnątrz państwa narodowego. Ogromne zawirowania gospodarcze, do których doszło po pierwszej wojnie światowej, a także tragiczne konsekwencje załamania ekonomicznego lat 30. znacznie spotęgowały antagonizmy klasowe w całej Europie. Konflikty klasowe, często bardzo brutalne, oczywiście zdominowały erę szybkiego rozwoju przemysłowego. Jednak w tym czasie, za sprawą rewolucji październikowej i powstania Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, miały one wyjątkowo krwawe konsekwencje. Powstał wówczas alternatywny model społeczeństwa, które obaliło kapitalizm i stworzyło „dyktaturę proletariatu”. Eliminacja klasy kapitalistycznej, wywłaszczenia środków produkcji i prowadzona na masową skalę redystrybucja ziemi wydawały się zubożałym masom społeczeństwa w 1917 roku niezwykle atrakcyjnym przejawem nowego porządku. Jednocześnie sowiecki komunizm podzielił lewicę, śmiertelnie ją osłabiając, a skrajnie wzmacniając przez to prawicę i siły nacjonalistyczne. Odrodzona prawica potrafiła umiejętnie wykorzystać nastroje w społeczeństwie, gromadząc i ukierunkowując energię tych, którzy czuli się zagrożeni bolszewizmem – głównie tradycyjnych elit, przedstawicieli klasy średniej i posiadaczy ziemskich – przekonując ich do nowych, bardzo agresywnych ruchów politycznych.

Siły kontrrewolucyjne, podobnie jak lewicowi przywódcy rewolucyjni, również bazowali na poczuciu rozgoryczenia i niepokojach wywołanych konfliktem klas. Ruchy kontrrewolucyjne zyskiwały sympatię coraz szerszych mas społecznych tam, gdzie były zdolne do łączenia skrajnego nacjonalizmu z wielką niechęcią do bolszewizmu. I w tym przypadku idee kontrrewolucyjne zyskiwały największe poparcie w krajach Europy Środkowej i Wschodniej, gdzie zagrożenie bolszewizmem wydawało się bardzo realne. Jednak najbardziej niebezpieczne okazało się łączenie skrajnego nacjonalizmu i niemal paranoicznej nienawiści wobec bolszewizmu, które doprowadziło do powstania prawicowych organizacji politycznych – we Włoszech, a potem w Niemczech – zdolnych do przejęcia władzy w państwie. Gdy w tych przypadkach nastroje nacjonalistyczne i antybolszewickie udało się skrajnie prawicowym partiom przetworzyć na dążenie do agresji skierowanej na zewnątrz, pokój w Europie znów znalazł się w wielkim niebezpieczeństwie.

Czwartym elementem, wzbudzającym negatywne nastroje i reagującym z pozostałymi trzema wspomnianymi już niekorzystnymi okolicznościami, był długotrwały kryzys kapitalizmu w okresie międzywojennym. Wielkie wstrząsy w światowej gospodarce będące konsekwencją pierwszej wojny światowej, poważnego osłabienia głównych gospodarek europejskich Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec, a także brak gotowości do zaangażowania Stanów Zjednoczonych w ich odbudowę, zapowiadały zbliżającą się katastrofę. Problemy Europy zostały zaostrzone przez globalne konsekwencje wojny światowej. Japonia rozpoczęła ekspansję na rynki dalekowschodnie. Podporządkowała sobie między innymi dużą część gospodarki chińskiej – niszczonej przez chaos polityczny – co odbywało się kosztem państw europejskich. Imperium brytyjskie stanęło w obliczu poważnych wyzwań natury politycznej i gospodarczej, zwłaszcza w Indiach, gdzie szybki rozwój lokalnego przemysłu włókienniczego i utrata rynków eksportowych boleśnie odbiły się na kondycji gospodarki Wielkiej Brytanii. Rosja z okresu rewolucji i wojny domowej właściwie przestała się liczyć jako rynek zbytu czy gospodarka mająca jakikolwiek wpływ na sytuację ekonomiczną na kontynencie. Kryzys kapitalizmu miał charakter globalny, ale okazał się szczególnie niebezpieczny właśnie w Europie.

Dwa wydarzenia gospodarcze – kryzys inflacyjny z początku lat 20. i deflacja z lat 30. – stały się punktami granicznymi o wiele za krótkiego boomu gospodarczego, który, jak się okazało, można było uznać za dość efemeryczny. Te dwie fazy kryzysu, rozdzielone tylko krótkim okresem szczytowego rozwoju, doprowadziły do wielkiej dyslokacji zasobów gospodarczych i społecznych, tworząc klimat, w którym strach przed pozbawieniem źródeł dochodu i utrzymania napędzał ekstremalnie niebezpieczne ruchy polityczne.

Zawirowania gospodarcze nie mogły jednak same doprowadzić do przewrotów politycznych. Do tego potrzebny był kryzys państwa prawa, powiązany ze schizmą ideologiczną i głębokimi podziałami kulturowymi, które obnażyły słabość elit u sterów władzy, poddających się naciskom ze strony zmobilizowanych do działania, aktywnych i zdeterminowanych grup społeczeństwa. I dokładnie takie warunki tworzyły się w wielu częściach Europy, gdzie skrajny nacjonalizm, bazując na powszechnym poczuciu spadku narodowego prestiżu i rozczarowaniu wynikającym z utraty roli wiodącego mocarstwa, mógł wykorzystywać i wzmacniać energię nienawiści, skierowaną na jakichś rzekomych „diabolicznych wrogów”, mimo nieudolnych prób przeciwdziałania słabej władzy państwowej.

Jednak aby doszło do poważnego, politycznego, socjoekonomicznego i ideologiczno-kulturowego kryzysu, który doprowadził Europę na skraj przepaści, potrzebna była odpowiednia mieszanka wszystkich czterech wspomnianych elementów. W mniejszym lub większym stopniu ta interakcja wpłynęła na zmianę sytuacji w większości krajów europejskich, nawet tych, leżących w zachodniej części kontynentu. Jednak tylko w jednym z nich – w Niemczech – wszystkie cztery wymienione czynniki przybrały najbardziej skrajne formy, prowadząc do powstania niestabilnej mieszanki wybuchowej. A kiedy Adolf Hitler, po mistrzowsku wykorzystując nastroje i okoliczności kryzysu, umocnił swoją dyktatorską władzę w państwie, korzystając przy tym z rozwiązań siłowych, prawdopodobieństwo wybuchu nowej wojny w Europie dramatycznie wzrosło. W związku z wielkim potencjałem militarnym i gospodarczym Niemiec (nawet jeśli po pierwszej wojnie światowej został on mocno ograniczony) oraz w związku z tym, że coraz silniejsze roszczenia rewizjonistyczne i ambicje ekspansjonistyczne bezpośrednio uderzały w integralność terytorialną i niepodległość polityczną wielu krajów, gwałtownie rosło prawdopodobieństwo, że kryzys europejski doprowadzi do katastrofy. Nie było żadnym zaskoczeniem, że najbardziej zaszkodził on państwom Europy Środkowej i Wschodniej w najbardziej zdestabilizowanej części kontynentu. Nie może też dziwić, że gdy wojna już wybuchła, ziemie wschodnie stały się sceną dla największych aktów zniszczenia i przerażającej dehumanizacji.

Druga wojna światowa przyniosła niewyobrażalne zniszczenia. Konsekwencje moralne głębokiego upadku cywilizacji były odczuwalne przez wszystkie lata drugiej połowy XX wieku i jeszcze dłużej. Jednak co dziwne, w przeciwieństwie do chaosu po pierwszej wojnie światowej, ta druga utorowała drogę do prawdziwego odrodzenia Europy. Podczas gdy pierwszy konflikt narodów europejskich zostawił po sobie spuściznę tlących się, nierozwiązanych konfliktów natury etnicznej, terytorialnej i klasowej, oraz przyniósł głęboki i długotrwały kryzys kapitalizmu, druga wojna światowa wypaliła te konflikty do cna w wielkim piekle zniszczenia. Dominująca rola Związku Radzieckiego w Europie Wschodniej spowodowała stłumienie wewnętrznych podziałów etnicznych i wyciszenie konfliktów. Zmiany dokonane bezpośrednio po wojnie oczyściły atmosferę i na nowo ukształtowały mapę etniczną Europy Środkowej i Wschodniej. Niemieckie marzenia o dominacji na kontynencie runęły niczym domek z kart. Kraj został podzielony na strefy wpływów. W Europie Zachodniej w miejscu nacjonalistycznych antagonizmów pojawiły się silne dążenia do współpracy i integracji. Nowe supermocarstwa gwarantowały nienaruszalność granic. Przekształceniu ideologii państwowych w krajach Europy Zachodniej, zwłaszcza w odniesieniu do dawnych antybolszewickich prądów skrajnej prawicy, sprzyjała stabilna, konserwatywna polityka. Nie bez znaczenia był także udział Stanów Zjednoczonych w umacnianiu zreformowanego kapitalizmu, dzięki któremu mieszkańcy zachodniego świata mogli cieszyć się dobrobytem na nieznaną dotychczas skalę, co z kolei przyczyniło się do wzrostu stabilności politycznej. Wszystkie te fundamentalne zmiany po 1945 roku pozwoliły zneutralizować składniki mieszanki wybuchowej, przez którą w dobie dwóch wojen światowych omal nie doszło do całkowitej destrukcji cywilizacji europejskiej.

Co najważniejsze, druga wojna światowa raz na zawsze zniszczyła system konkurencyjnych europejskich mocarstw, walczących o dominację na kontynencie, którego źródeł można doszukiwać się w wydarzeniach historycznych wiele lat wstecz, od epoki Bismarcka do końca epoki napoleońskiej w 1815 roku. W odrodzonej Europie, nawet jeśli ideologicznie i politycznie rozdartej, wielką rolę odgrywały dwa mocarstwa: Stany Zjednoczone i Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, spoglądające na siebie nieufnie zza żelaznej kurtyny i pracujące nad odbudową z ruin państw i społeczeństw na swoje podobieństwo. Ale to nie wszystko. Jako że oba supermocarstwa dysponowały arsenałem atomowym (od 1949 roku, a po czterech latach obie strony dodatkowo, były w posiadaniu jeszcze potężniejszych bomb wodorowych), ewentualna wojna nuklearna na skalę globalną groziła unicestwieniem całej cywilizacji, nieograniczonej tylko do jednego regionu czy kontynentu. Taka perspektywa zmuszała do obrania bezpiecznej drogi umiaru i zniechęcała do zbyt pochopnych działań. Paradoksalnie widmo wojny atomowej zapoczątkowało w Europie erę pokoju, w którą w 1945 roku jeszcze mało kto wierzył.

Jak świadomość niszczącej wojny nuklearnej wpłynęła na przekształcenie całej Europy – zarówno wschodniej, jak i zachodniej części – omówię w następnym tomie. W tej książce spróbujemy zrozumieć, jak to się stało, że Europa pogrążyła się w otchłani szaleństwa wojen w pierwszej połowie burzliwego XX wieku, a potem, zaledwie w ciągu czterech lat po tym, jak sięgnęła dna w 1945 roku, przeszła błyskawiczną, zadziwiającą odnowę, gdy z popiołów starego porządku wyłoniła się nowa Europa. Europa, która zawróciła z drogi do piekła na ziemi.

ROZDZIAŁ 1

Na krawędzi

Na sprawę pacyfizmu zapatrujemy się jak najpoważniej, tylko że chcemy przeforsować budżet naszej artylerii (…).

Generał Stumm, Człowiek bez właściwości, tom III (1930–1942) autorstwa Roberta Musila

Nawet w tamtych trudnych czasach ludzie zdawali sobie sprawę, że jeśli Europa pogrąży się w otchłani wojny, może to oznaczać zakończenie pewnej ery. Chyba najlepiej oddają to przeczucie słowa brytyjskiego ministra spraw zagranicznych, sir Edwarda Greya, który 3 sierpnia 1914 roku stwierdził: „W całej Europie gasną światła lamp. Nie zobaczymy ich ponownie za naszego życia”. Kanclerz Cesarstwa Niemieckiego, Theobald von Bethmann Hollweg, przeczuwając europejską katastrofę, w ostatnich dniach lipca 1914 roku ostrzegał: „Widzę zagładę większą niż moc człowieka wiszącą nad Europą i naszym narodem”. Trzy lata wcześniej w przemówieniu przed przedstawicielami niemieckiego Reichstagu socjalista August Bebel stwierdził, że Europa zmierza nieuchronnie ku wojnie, która będzie oznaczać dla kontynentu prawdziwy kataklizm: „Nadchodzi Götterdämmerung burżuazyjnego świata”. Wtedy jego przepowiednia spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem. Nikt w nią nie wierzył. Wojna nie doprowadziła jednak, jak zapowiadał Bebel, do upadku kapitalizmu i triumfu socjalizmu. Miał jednak rację w tym sensie, że zapoczątkowała ona nową erę. Amerykański dyplomata, George Kennan, nazwał później konflikt europejski „wielką, brzemienną w skutkach katastrofą”. I miał rację. Z pewnością była to katastrofa. Jednak był to też taki rodzaj kataklizmu, z którego zrodziła się nowa era. Era konfliktów. Nowa „wojna trzydziestoletnia” w XX wieku, gdy cały kontynent stanął na krawędzi samozagłady.

Złoty wiek?

W pamięci tych, którzy przeżyli horror pierwszej wojny światowej – szczególnie przedstawicieli klas uprzywilejowanych – lata poprzedzające jej wybuch zapisały się jako okres stabilności, dobrobytu i pokoju. Amerykanie mówili o tym czasie – The Gilded Age. Europejczycy również używali podobnego określenia, nazywając go „złotym wiekiem”. W środowisku paryskiej burżuazji pojawiał się termin la Belle Époque, gdy francuska kultura stawiana była za wzór dla całego świata, a Paryż wydawał się centrum cywilizacji. Zamożni berlińczycy nazywali ten okres erą wilhelmińską, również podkreślając powszechny dobrobyt, bezpieczeństwo, dynamiczny rozwój niedawno zjednoczonych Niemiec. Wiedeń także pretendował do miana centrum kultury jako historyczna, piękna stolica intelektualna dawnego imperium Habsburgów. Kwitło życie kulturalne w Monachium, Pradze, Budapeszcie, Petersburgu, Moskwie i w wielu innych miastach na całym kontynencie. Z wielkiej eksplozji kreatywności artystów i twórców zrodziły się nowe, wyrafinowane, prowokacyjne formy artystycznego wyrazu we wszystkich dziedzinach sztuki: w literaturze, muzyce i w teatrze.

W Londynie osiągnięcia ekonomiczne ceniono znacznie bardziej niż te z obszaru kultury. W tej stolicy światowego imperium pokolenie, które przeżyło okropności pierwszej wojny światowej wspominało „złoty wiek” jako czas szybkiego wzrostu gospodarczego, rozkwitu handlu i stabilnych kursów walut. Wielki brytyjski ekonomista John Maynard Keynes napisał po wojnie, że „zwykły mieszkaniec Londynu przy herbacie popijanej w łóżku mógł zamówić przez telefon różne produkty spożywcze pochodzące ze wszelkich zakątków globu, w dowolnej ilości i spodziewać się, że zakupy zostaną czym prędzej dostarczone na próg jego domu”. Naturalnie, tego rodzaju perspektywa bardziej pasowała do przedstawiciela uprzywilejowanej wyższej klasy średniej, który osiągał znaczne dochody i cieszył się odpowiednio wysoką pozycją społeczną w tym centrum światowego handlu. Tego rodzaju luksusy były wszak jeszcze poza zasięgiem mieszkańców sztetli w Europie Wschodniej czy rolników z ubogich wsi na południu Włoch, w Hiszpanii, Grecji czy w Serbii, albo ubogich ze slumsów Berlina, Wiednia, Paryża, Petersburga czy samego Londynu. Niemniej jednak taki obraz „złotego wieku” nie był jedynie fantazją czy idyllicznym wyobrażeniem o tamtych czasach.

Wszystkie kraje europejskie czerpały korzyści ze swobodnego przepływu towarów i kapitału w ramach powiązanej, globalnej międzynarodowej gospodarki kapitalistycznej, mimo wewnętrznych podziałów i rodzących się nacjonalistycznych trendów. Stabilność, dzięki której mogły rozwijać się gospodarki, bazowała na zaakceptowaniu złota jako światowej waluty rozliczeniowej, zakorzenionej na stałe w dominującej na rynkach tradycji londyńskiego City. Można pokusić się o stwierdzenie, że klucz do stabilności gospodarki światowej zdeponowany był w skarbcach Banku Anglii. Dochody z usług: transportu, ubezpieczeń, odsetek i obsługi eksportu wystarczały z zapasem na pokrycie tradycyjnej brytyjskiej nadwyżki importu. W latach 1897–1898 pojawiły się nowe zasoby złota, pochodzącego głównie z kopalń Afryki Południowej. Jednak Bank Anglii ani nie gromadził zbyt dużych rezerw złota, co byłoby szkodliwe dla gospodarek innych krajów, ani nie starał się ich zmniejszać. Tymczasem gospodarki Stanów Zjednoczonych i Niemiec charakteryzowały się większą dynamiką. Rozwijały się znacznie szybciej niż gospodarka brytyjska. Coraz większe grono ekspertów przewidywało, że gospodarka światowa zostanie w przyszłości zdominowana przez Amerykę. Niemniej jednak Wielka Brytania wciąż dysponowała największym udziałem w światowym handlu (choć zaczynał się powoli zmniejszać) i bez wątpienia kraj ten dzierżył palmę pierwszeństwa jako największy eksporter kapitału inwestycyjnego. Rywalizacja wielkich mocarstw w obszarze ekonomicznej eksploatacji świata z pewnością prowadziła do zwiększania presji na stabilność międzynarodowej gospodarki kapitalistycznej. Jednak aż do roku 1914 nic nie groziło systemowi, który przynosił Europie dobrobyt, zwłaszcza przez wcześniejsze dekady, w odniesieniu do uprzemysłowionych części kontynentu. Większość obserwatorów rynków globalnych szczerze wierzyła, że gospodarka ma się dobrze.

Gdy w 1900 roku, w Paryżu rozpoczynała się wystawa światowa, wydarzenie to miało stać się symbolem wejścia cywilizacji w nowy wiek, w którym wiodącą rolę odgrywać będzie właśnie Europa wśród głośnych peanów na cześć postępu. Przepowiadano, że nowy wiek będzie erą wynalazków technologicznych. W pawilonach targowych pokazywano ogromne maszyny, które zadziwiały swoim rozmachem i potęgą. Blask „Pałacu Energii Elektrycznej” bił po oczach mocą 5000 żarówek i robił niesamowite wrażenie na wszystkich odwiedzających. Zresztą swoje pawilony wystawowe przygotowały dwadzieścia cztery państwa europejskie, a także afrykańskie, azjatyckie oraz kraje Ameryki Łacińskiej (i Stany Zjednoczone). Przez kolejnych sześć miesięcy odwiedziło je nie mniej niż 50 mln ludzi, często z trudem ukrywających swoje oszołomienie postępem i nowinkami technologicznymi. Swoją obecność na wystawie zaznaczyły także państwa Europy Wschodniej, a przede wszystkim Rosja, która ustawiła aż dziewięć pawilonów. Istotnym przekazem tych wystaw była realizacja „misji cywilizacyjnej” Europy. Gdy imperializm osiągał nowe szczyty, nietypowe, egzotyczne obrazy z odległych, zamorskich kolonii stanowiły dowód europejskiej dominacji. Globalny handel, dobrobyt i pokój wydawały się gwarantować kontynuację tej misji. Świetlana przyszłość Europy rysowała się w jasnych barwach.

Optymizm wydawał się uzasadniony. W porównaniu z tym, czego Europa doświadczyła w przeszłości, nie mówiąc już o tym, co miało nadejść, wiek XIX można uznać za czas spokoju. Od czasu zakończenia ery wojen napoleońskich w 1815 roku nie doszło do żadnego wielkiego, kontynentalnego konfliktu zbrojnego. Wojna na dalekim Krymie w latach 1853–1856, ani wojny poprzedzające zjednoczenie Niemiec i Włoch w 1871 roku, nie zagrażały pokojowi na całym kontynencie. Dziesięć lat po wielkiej wystawie w Paryżu brytyjski pisarz, Norman Angell, opublikował książkę zatytułowaną The Great Illusion, która stała się międzynarodowym bestsellerem. Posunął się w niej do stwierdzenia, że bogactwo płynące z handlu i połączenie zależnych gospodarek krajów na całym świecie sprawiają, że wojna staje się bezcelowa. Taka teoria zyskała wielu zwolenników, nie tylko wśród Brytyjczyków. Trudno było sobie wyobrazić, że dobrobyt, pokój i stabilność mogą nie trwać wiecznie, że sytuacja może zmienić się tak szybko i gwałtownie.

Europa miała jednak również inne, znacznie mniej atrakcyjne oblicze. Tkanka społeczna zmieniała się szybko i bardzo nierównomiernie na całym kontynencie. W niektórych regionach kwitł przemysł i dochodziło do intensywnej industrializacji, podczas gdy na wielkich obszarach w innych zakątkach nie działo się nic, a ludzie w większości żyli z prymitywnego rolnictwa. Około cztery piąte populacji zdolnej do pracy w Serbii, Bułgarii i Rumunii jeszcze w 1913 roku utrzymywało się z rolnictwa. W całej Europie odsetek ten wynosił ponad 40%. Tylko w Wielkiej Brytanii spadł do nieco powyżej 10%. W tym samym roku tylko w Wielkiej Brytanii, Belgii i, co zaskakujące, w Szwajcarii (za to nie w Niemczech!) ponad dwie piąte populacji czynnej zawodowo znalazło zatrudnienie w przemyśle. Większa część mieszkańców Europy mieszkała w wioskach i w małych miasteczkach. Standard życia stale się poprawiał, choć większość Europejczyków nie korzystała z efektów postępu, niezależnie czy zdecydowała się szukać lepszego życia wśród mas przyjezdnych, żyjących w opłakanych warunkach slumsów szybko pęczniejących miast takich jak Berlin, Wiedeń czy Petersburg, czy godziła się na niepewną egzystencję na wsi. Wielu z tych zawiedzionych głosowało nogami i opuściło swoje miejsca zamieszkania. Bieda i brak szans rozwoju sprawiały, że wielu ludzi porzucało ojczyzny. Ci, którym obce były luksusy dobrobytu i cywilizacji, po prostu nie czekali biernie na rozwój wypadków. W 1907 roku liczba emigrantów, którzy zdecydowali się na podróż przez Atlantyk i osiedlenie w Stanach Zjednoczonych, przekroczyła milion. Na wielką falę emigracji początku nowego wieku – trzykrotnie większą niż ta z poprzedniej dekady – składały się rzesze uciekinierów z Austro-Węgier, Rosji oraz, w bardzo dużej części, ze zubożałego południa Włoch.

Szybkie zmiany społeczne sprawiły, że pojawiły się nowe, silne trendy polityczne, które zaczęły zagrażać ustalonemu porządkowi. W latach poprzedzających wybuch pierwszej wojny światowej władza w Europie znajdowała się w rękach nielicznych przedstawicieli ziemiaństwa, elit starych rodów arystokratycznych wrodzonych w nowe dynastie, czerpiących olbrzymie zyski z przemysłu i obrotu kapitałem. To oni wchodzili w skład rządów i to oni dowodzili armiami większości krajów. Europa w zasadzie wciąż była kontynentem monarchii dziedzicznych. Tylko Szwajcaria (gdzie w 1848 roku wiekowa konfederacja przyjęła formę nowoczesnej, federalnej republiki konstytucyjnej), Francja (od 1870 roku) i Portugalia (od 1910 roku) wyłamały się z tego schematu i podążyły drogą republiki. Austro-Węgry rządzone od 1848 roku przez cesarza Franciszka Józefa, rozległe wielonarodowe imperium Habsburgów z ponad 50 mln podanych, były symbolem trwałości monarchizmu.

Mimo wszystko niemal w każdym kraju europejskim w tamtym czasie istniały jakieś konstrukcje szkieletowe konstytucyjnych rządów, pluralistyczne partie polityczne (choć prawo wyborcze najczęściej miało bardzo restrykcyjny charakter), a także system prawny. Nawet w warunkach rosyjskiej autokracji po nieudanej jeszcze rewolucji z 1905 roku car Mikołaj II został zmuszony do ustępstw i przyznania pewnej, choć w praktyce niewielkiej, władzy zgromadzeniu parlamentarnemu nazwanemu Dumą. Nie zmieniało to faktu, że duża część populacji (nawet w Wielkiej Brytanii, którą stawiano wszędzie za wzór demokracji parlamentarnej), wciąż nie miała swoich reprezentantów w instytucjach rządowych. W części krajów obowiązywał od dawna niezmieniany system wyborczy, w którym prawo głosu należało wyłącznie do mężczyzn. Na przykład w Niemczech, konstytucja Rzeszy z 1871 roku przyznawała prawo głosu w wyborach do Reichstagu wszystkim mężczyznom, którzy ukończyli dwadzieścia pięć lat (choć akurat w wyborach do parlamentu w Prusach, czyli na obszarze dwóch trzecich całego terytorium Rzeszy, obowiązywała inna ordynacja, która gwarantowała przewagę głosów wpływowych właścicieli ziemskich). We Włoszech zmiany (prawie całkowite) powszechnej zasady dopuszczania do głosu jedynie mężczyzn dokonały się znacznie później, bo w 1912 roku. Niemniej jednak na przełomie XIX i XX wieku kobiety nie miały możliwości udziału w wyborach parlamentarnych w żadnym z krajów europejskich. W wielu krajach pojawiły się ruchy feministyczne, które kwestionowały tę dyskryminację, choć wysiłki sufrażystek przed pierwszą wojną światową nie przyniosły wielkich sukcesów, może poza Norwegią i Finlandią (gdzie, mimo że kraj ten był częścią imperium rosyjskiego, po 1905 roku udało się wprowadzić pewne zmiany na rzecz powszechnej demokracji).

Kluczową zmianą, którą elity we wszystkich krajach postrzegały jako bezpośrednie zagrożenie dla ich władzy, było powstanie partii politycznych reprezentujących klasę robotniczą oraz pojawienie się związków zawodowych. W 1889 roku została ustanowiona „Druga Międzynarodówka” europejskich partii socjalistycznych. Organizacja ta stawiała sobie za cel skoordynowanie działań programowych na rzecz realizacji żądań partii narodowych. Większość z tych partii w większym lub mniejszym stopniu bazowała na rewolucyjnej doktrynie przedstawionej przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Ich atak na kapitalizm, który żeruje na wyzysku klasy pracującej, a także propagowanie nowej idei społeczeństwa opartego na równości i sprawiedliwym podziale dóbr, przyciągały do partii coraz większą rzeszę biednych i pozbawionych złudzeń przedstawicieli klasy robotniczej. Elity podejmowały różne próby walki lub stłamszenia marksistowskich partii politycznych i rosnących w siłę związków zawodowych, jednak te nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Robotnicy zaczęli się coraz sprawniej organizować, broniąc swoich interesów lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Dowodził tego właśnie szybki rozwój związków zawodowych. W 1914 roku liczba członków związków zawodowych w Wielkiej Brytanii wyniosła ponad 4 mln, w Niemczech ponad 2,5 mln, a we Francji około 1 mln.

W większości krajów europejskich partie socjalistyczne oraz różnego typu stowarzyszenia i organizacje coraz częściej dochodziły do głosu od pierwszych lat nowego wieku, zyskując sobie coraz większe poparcie. W 1905 roku francuscy socjaliści zapomnieli o podziałach i zjednoczyli się, oświadczając, że nie są „partią reformatorską, ale partią walki klasowej i rewolucji”. W przededniu wybuchu pierwszej wojny światowej Section Française de l'Internationale Ouvriere osiągnęła w wyborach powszechnych 17% poparcia, zdobywając tym samym 103 mandaty w Izbie Deputowanych parlamentu francuskiego. W Niemczech próby stłumienia socjaldemokracji czynione przez Bismarcka zakończyły się wielką klapą, obracając się przeciwko partiom rządzącym. Po 1890 roku, w ramach programu marksistowskiego, Socjaldemokratyczna Partia Niemiec wyrosła na największy ruch socjalistyczny w Europie, zyskując przed wojną ponad 1 mln członków. W wyborach do Reichstagu (parlamentu niemieckiego) w 1912 roku socjaldemokraci osiągnęli niesamowity sukces, zgarniając prawie jedną trzecią mandatów. Wynik wyborów naprawdę wstrząsnął elitami rządzącymi w Niemczech.

W bardziej rozwiniętych ekonomicznie częściach Europy zorganizowany socjalizm, bez względu na to, jaką retoryką się posługiwał, ograniczał konfrontacyjne zapędy członków i wybrał pokojową drogę ewolucji parlamentarnej, a nie rewolucyjną pożogę. Wielu zwolenników zyskał sobie we Francji Jean Jaurès, który opowiadał się, pomimo rewolucyjnej retoryki Partii Socjalistycznej, której był członkiem, za cywilizowaną drogą do socjalizmu. Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (niem. Sozialdemokratische Partei Deutschlands), choć pod względem retoryki związana z doktryną marksistowską, w praktyce skoncentrowała się na działaniach mających na celu zdobycie władzy dzięki sukcesowi przy urnach wyborczych. Partia Pracy w Wielkiej Brytanii (nazwę przyjęła w 1906 roku) rozwinęła się na bazie związków zawodowych i zajęła się kwestiami pragmatycznymi interesów robotników, nie łudząc nikogo jakąkolwiek rewolucyjną utopią. Idea marksistowska była w Wielkiej Brytanii w zasadzie ignorowana na korzyść nierewolucyjnego, niekonfrontacyjnego przekazu, że kapitalizmu nie trzeba obalać siłą, ponieważ można go zreformować z korzyścią dla klasy robotniczej. Aparat państwa można zmienić przy pomocy środków pokojowych tak, aby reprezentował też interesy proletariatu. Robotnicy żyjący w większości zachodniej, północnej i środkowej Europy byli ubodzy, choć nie można powiedzieć, aby dotknęła ich prawdziwa nędza. Ludzie ci również nie opowiadali się za rozwiązaniami siłowymi tak, jak rewolucjoniści w poprzednich wiekach. Mieli o wiele więcej do stracenia niż tylko łańcuchy. W większości chowali się zatem za plecami nastawionych bardziej reformatorsko liderów.

Na mniej rozwiniętych ekonomicznie obszarach kontynentu sytuacja wyglądała inaczej. Tam bowiem konfrontacja z aparatem państwa miała ostrzejszy przebieg. Nie istniały żadne (lub prawie żadne) organizacje pośredniczące w dyfuzji władzy ani struktury społeczne, które mogłyby pośredniczyć w dostarczaniu obywatelom korzyści wynikających z zysków osiągniętych przez państwo. Władza znajdowała się w całości w rękach despotów, opierających swoje rządy na strukturze hierarchicznej, przymusie, układach elit, skorumpowanej biurokracji i słabych lub wręcz nieistniejących instytucjach reprezentujących zwykłych obywateli. Idee pozornie nieograniczonego postępu cywilizacyjnego zbudowanego na przekonaniu o łagodnej władzy państwowej i szacunku dla prawa, które później stanowiły źródło melancholijnych wspomnień przedstawicieli klasy średniej w Europie Środkowej, Północnej i Zachodniej o utraconym „złotym wieku”, na południu i na wschodnich peryferiach kontynentu wyglądały dość dziwacznie. Dochodziło tam bowiem regularnie do strajków, zamieszek i ograniczonych terytorialnie powstań przeciwko władzy państwowej i „rządom burżuazji” – choćby takich jak w Katalonii i w Kraju Basków w pierwszych latach XX wieku. Anarchia, której często towarzyszyły nieregularne akty przemocy wymierzone w aparat państwa, zyskała dużą rzeszę zwolenników na przykład wśród bezrolnych robotników z Andaluzji. W południowych Włoszech, gdzie skorumpowani urzędnicy państwowi w większości znajdowali się na listach płac dużych właścicieli ziemskich, systematycznie dochodziło do rozruchów. Grupy zwykłych bandytów pustoszyły wsie i miasteczka, podając się przy tym często za bojowników rewolucyjnych, występujących w obronie bezrolnych chłopów i robotników przeciwko władzy państwowej i wielkim właścicielom ziemskim. Największe zaniepokojenie przywódców europejskich budziły rewolucyjne hasła proletariatu podczas wielkiej fali strajków i zamieszek w 1905 roku. Gdy właśnie wtedy w Rosji sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli i pojawiła się realna groźba obalenia caratu, wprowadzono ciężkie represje, które jeszcze w tym samym roku przerodziły się w kontrrewolucyjną przemoc – żołnierze w Petersburgu zmasakrowali dwustu robotników i ranili setki innych. Rewolucja została krwawo stłumiona. Car Mikołaj II zgodził się na zmiany, które miały raczej transformacyjne znaczenie, wprowadzając minimalną formę reprezentacji parlamentarnej. Jednak władza w dalszym ciągu należała do cara i mianowanych przez niego ministrów. Dla tych, którzy tej władzy na razie tylko pożądali, zwłaszcza dla liderów ruchu socjalistycznego, niezależnie od jego doktrynalnych podziałów, wszystko stało się jasne. Autokracji caratu nie da się zreformować. Cara trzeba zrzucić z tronu siłą. W rezultacie rosyjski socjalizm przybrał formę zintensyfikowanego, surowego radykalizmu.

Populistyczne ruchy kontrrewolucyjne powstawały nie tylko jako odpowiedź na rzekome zagrożenie ze strony partii lewicowych, ale organizowano je po to, aby pomóc rządom z małym lub wręcz żadnym poparciem wśród szerokich mas społeczeństwa. Często były one sponsorowane bezpośrednio lub pośrednio przez przemysłowców i posiadaczy ziemskich, zainteresowanych skierowaniem energii potencjalnych przeciwników klasowych w innym kierunku. Dążyli oni do „nacjonalizacji” społeczeństwa, chcąc zaszczepić w nim bezkompromisowe idee nacjonalistyczno-imperialistyczne i podsycać rasistowskie nastroje dla zachowania politycznego status quo. Wysiłki te do pewnego stopnia okazały się przynosić oczekiwane rezultaty. W kręgach nieprzekonanych do doktryny międzynarodowego socjalizmu szerzył się wojujący nacjonalizm, antysemityzm i inne idee bazujące na rasizmie. Coraz lepszy dostęp do szkolnictwa podstawowego, skuteczna walka z analfabetyzmem i pojawienie się tanich, popularnych gazet pozwalały myśleć o zwiększeniu grupy docelowej tego przekazu. Wielka polityka dopiero otwierała się na nowe formy mobilizacji sił – zarówno na prawicy, jak i po lewej stronie sceny politycznej. To, co dawniej wydawało się wieczne i niezniszczalne, teraz zaczynało się sypać. Polityczny establishment konserwatystów i liberalnych elit czuł się coraz bardziej niepewnie.

To, że taka mobilizacja wielkich mas społeczeństwa może stanowić poważne zagrożenie dla istniejącego porządku politycznego i społecznego, skłoniło francuskiego psychologa Gustave'a Le Bona do opublikowania w 1895 roku analizy czynników decydujących o zachowaniu tłumu w dziele zatytułowanym La psychologie des foules. Autor dowodził, że racjonalizm znika, gdy człowiek znajduje się pod wpływem irracjonalnych, emocjonalnych inspiracji tłumu. Koncepcja ta stała się jedną z kluczowych idei w czasie, gdy świat wkraczał w nowy wiek. Książka Le Bona była wznawiana i przedrukowywana czterdzieści pięć razy i doczekała się przekładów na siedemnaście języków, a później stała się lekturą obowiązkową przyszłych faszystowskich dyktatorów. W całej Europie emocjonalne impulsy, które Le Bon uważał za charakterystyczne dla dużych zbiorowisk ludzkich, mogły być łatwo generowane poprzez odwołania do nacjonalistycznych idei. Europejskie elity rządzące nie widziały w nacjonalizmie zagrożenia porównywalnego z socjalizmem. Przed wybuchem pierwszej wojny światowej nacjonalistyczny zapał rzeczywiście wydawał się łatwy do kontroli. A jednak te nowe koncepcje wyznaczyły szlak prowadzący do osłabienia, a następnie całkowitego zniszczenia ustalonego porządku rzeczy, którego przecież miały bronić!

Nacjonalistyczna retoryka kształtowana była przez polityczną polaryzację, podsycanie napięć w relacjach z sąsiednimi krajami, uwikłanie w zewnętrzne konflikty. Hiszpańska próba zjednoczenia społeczeństwa wokół pojęcia takiego jak „odrodzenie narodowe” skończyła się fatalnie po katastrofalnej w skutkach utracie kolonii w konsekwencji porażki w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi w 1898 roku, która pierwotnie wydawała się akceptowaną przez ogół społeczeństwa. Wysiłki były w każdym razie skazane na niepowodzenie z powodu głębokich, wewnętrznych podziałów, zarówno regionalnych, jak i ideologicznych. Już wkrótce ów wielki zapał, który w założeniu miał ukształtować odrodzony naród Hiszpanii, został wykorzystany do walki z wrogami wewnętrznymi, by ostatecznie doprowadzić do wybuchu strasznej wojny domowej.

W większości krajów obrazy wrogów – zarówno tych wewnętrznych, jak i zewnętrznych – stały się stałymi elementami retoryki, z której zrodziła się coraz większa i bardziej niebezpieczna agresja. Środki masowego przekazu podsycały animozje – zazwyczaj intensywnie ksenofobiczne i często jednoznacznie rasistowskie – które rządy starały się wykorzystać na swoją korzyść. Druga wojna burska toczona w latach 1899–1902 dała nowy impuls skrajnej, nacjonalistycznej wojowniczości, nazwanej w Wielkiej Brytanii mianem „jingoizmu”. W Niemczech konserwatywny rząd uderzył w nacjonalistyczne tony przy okazji tzw. „wyborów hotentockich” w 1907 roku, gdy socjaldemokratów oskarżano o rzekomy brak patriotyzmu (sukces Socjaldemokratycznej Partii Niemiec, która w porównaniu z wcześniejszymi wyborami zebrała więcej głosów – chociaż i tak straciła znaczną liczbę miejsc w parlamencie – wskazuje, że podobnie jak w Wielkiej Brytanii, jingoizm stawał się znacznie bardziej popularny wśród przedstawicieli klasy średniej niż wśród robotników).

Organizacje nacjonalistyczne takie jak Liga Pangermańska, Stowarzyszenie Floty Niemieckiej i Liga Obrony Niemiec – z których każda zyskiwała swoich zwolenników wśród przedstawicieli średniej i niższych klas społecznych – wzywały do usztywnienia ekspansyjnej polityki zagranicznej. Przed 1914 rokiem były to zaledwie grupy nacisku, znajdujące się poza głównym nurtem polityki, nie mówiąc już o tym, że nie posiadały swoich reprezentantów w rządzie. Jednak z czasem asertywne idee nacjonalistyczne zdominowały całą politykę, dzieląc scenę polityczną na dwie części w miejscu, gdzie zaczynała się lewica socjalistyczna. We Włoszech utrzymujące się poczucie narodowego upokorzenia z powodu tragicznej w skutkach klęski kolonialnych sił ekspedycyjnych w bitwie z armią Etiopii pod Adua w 1896 roku (zginęło ponad 5000 żołnierzy włoskich) i powszechne przekonanie, że Włochy są „narodem proletariackim”, który pozbawiono miejsca przy stole, przy którym zasiadały europejskie imperia, wzmocnione zostało dodatkowo niemal religijnym, nacjonalistycznym zapałem, który przypisywał wielkie znaczenie ideom walki i poświęcenia, dążenia do stworzenia silnego państwa antysocjalistycznego, potęgi wojskowej i wprowadzenia bardziej stanowczej polityki zagranicznej. Jednak mimo całego tego wielkiego szumu i wrzawy otaczającej włoskich nacjonalistów, ludzie ci z pewnością nie reprezentowali większości mocno podzielonego społeczeństwa, a z perspektywy rządu wydawali się tylko irytującymi krzykaczami. Nie zmienia to faktu, że presja nielicznych nacjonalistycznych organizacji zaczęła odgrywać rolę w kształtowaniu polityki zagranicznej liberalnego rządu, który w 1911 roku wydał zgodę na inwazję w Libii. Nowa wojna kolonialna była pierwszym przypadkiem skutecznego wykorzystania lotnictwa do przeprowadzania nalotów, Włosi bowiem z powodzeniem bombardowali wycofujące się wojska osmańskie, używając do tego celu sterowców. Jednak we Włoszech, podobnie jak w Niemczech, radykalny nacjonalizm był w tym czasie zaledwie lokalną ciekawostką. Może gdyby nie doszło do wybuchu wojny światowej idee te pozostałyby w uśpieniu. Niestety raz zasiane ziarno nacjonalizmu przyniosło trujący plon.

Koncepcje nacjonalistyczne definiowały „naród” nie poprzez terytorium, lecz pochodzenie etniczne – przez ludzi, którzy zasługiwali na to, aby uznać ich za godnych tworzenia narodu. Na przykład francuski nacjonalista Edmond Archdéacon przed wyborami w 1902 roku głosił, że jest zdeklarowanym przeciwnikiem internacjonalizmu: „Jako antysemita żądam, aby 150 000 Żydów i ich sługusów, czyli 25 000 masonów, zaprzestało wyzysku i rujnowania 38 mln Francuzów”. Twierdził, że reprezentuje „prawdziwą republikę, republikę francuską”. W rzeczywistości, we Francji, podobnie jak w innych częściach Europy, nacjonalizm jako ruch polityczny nie potrafił pokonać wewnętrznych podziałów i nie był zdolny do sięgnięcia po władzę, a jednocześnie odegrał tak istotną rolę, aby wymusić na rządach zmianę polityki. I chociaż nacjonalistyczni liderzy i politycy skazani byli na marną egzystencję gdzieś na marginesie francuskiej sceny politycznej, ich idee – naród zdefiniowany przez wyłączenie tych uznanych za niegodnych (najczęściej Żydów) – pozostały silne i nierozcieńczone w podzielonej francuskiej kulturze. Podobnie wyglądała sytuacja w dużej części Europy.

Antysemityzm stał się terminem, którym zaczęto nazywać dobrze znane już zjawisko, rozpowszechnione na całym kontynencie europejskim: nienawiść do Żydów. Tradycyjna chrześcijańska niechęć do „zabójców Chrystusa”, zakorzeniona w europejskim społeczeństwie od wielu wieków, nadal była zjawiskiem powszechnym, promowanym na równi przez wszystkich chrześcijańskich duchownych – katolickich, protestanckich, prawosławnych. Innym źródłem tej głębokiej nienawiści były resentymenty o naturze gospodarczej i społecznej, jako że Żydzi umiejętnie wykorzystali wszelkie okazje do wzbogacenia się dzięki wolnemu obrotowi dóbr, garściami czerpiąc korzyści z rozwoju życia ekonomicznego i kulturalnego. Przez to gdy doszło do spowolnienia rozwoju gospodarek, szybko stali się kozłami ofiarnymi. Jednak w drugiej połowie XIX wieku znane od wielu lat, często wyjątkowo agresywne formy nienawiści do Żydów zostały zastąpione czymś znacznie gorszym. Pojawiły się doktryny rasowe, które zawierały pseudonaukowe, czysto biologiczne uzasadnienia dla poparcia nienawiści i uzasadnienia prześladowań. Dawniej zdarzało się (choć nie można uznać tych działań za godne naśladowania), że Żyd mógł zdecydować się na przejście na chrześcijaństwo (czasem bywał zmuszany). Jednak „antysemityzm biologiczny” nie zostawiał nawet takiej furtki. Według tych nowych koncepcji esencja „żydostwa” znajdowała się „we krwi”. Żyd nie mógł już stać się Francuzem lub Niemcem, tak jak kot nigdy nie stanie się psem. Taka doktryna prowadziła prostą drogą nie tylko do dyskryminacji, ale do całkowitego wykluczenia. A od tego już bardzo blisko do fizycznego zniszczenia.

Antysemicka retoryka mogła przerażać. Aby opisać Żydów, niemieccy antysemici używali języka znanego z bakteriologii. Z kolei na przykład, skądinąd popularny i podziwiany burmistrz Wiednia, Karl Lueger nazwał Żydów „drapieżnymi bestiami w ludzkiej skórze”, a wcześniej zasłynął stwierdzeniem, że „problem żydowski zostanie rozwiązany, jeśli wszystkich Żydów wsadzi się na duży statek, a następnie zatopi się go na otwartym morzu”. Bez względu na retorykę, antysemityzm w polityce w czasie „złotej ery” poprzedzającej wybuch pierwszej wojny światowej (przynajmniej w Europie Zachodniej) stopniowo wygasał. Chociaż takie stwierdzenie może być mylące, ponieważ antysemityzm często bywał włączany w główny nurt konserwatyzmu. W żadnym razie nie można zaryzykować stwierdzenia, że wizje negatywnego wpływu Żydów na sytuację w Europie odeszły do lamusa. Jednak przed wybuchem wojny wpływ antysemityzmu na politykę był jednak mocno ograniczony. Pomimo wszystkich tych ksenofobicznych głosów na marginesie polityki, większość Żydów w Cesarstwie Niemieckim mogło czuć się jak w domu. Bardziej zagrożeni mogli czuć się we Francji, która tak niedawno stała się sceną haniebnej afery Dreyfusa (gdy żydowskiego oficera niesłusznie uznano za winnego zdrady stanu, wyrok podzielił Francję i okazał się paliwem podsycającym nastroje antysemickie). Jednak i tam w pierwszych latach nowego stulecia atmosfera wyraźnie się poprawiła. Znacznie gorzej wyglądała sytuacja Żydów w Europie Wschodniej. W latach 1903–1906 na zachodnich obszarach Rosji dochodziło do pogromów, w których tysiące Żydów zginęło lub odniosło rany. Zdarzenia te często były inicjowane przez carską policję lub państwowy aparat represji. Nienawiść do Żydów była na stałe zakorzeniona w kulturze społeczeństw w Polsce, na Ukrainie, na Węgrzech, w Rumunii czy w krajach nadbałtyckich. Nic dziwnego, że tereny te – choć wiele lat później i w innych okolicznościach geopolitycznych – stały się głównymi europejskimi cmentarzyskami społeczności żydowskich.

Mroczne oblicze Europy „złotego wieku” cywilizacji i postępu wzrastało dzięki embrionowi „eugeniki”, blisko związanej z „darwinizmem społecznym”. Początków eugeniki należy szukać w pracach pewnego londyńczyka, sir Francisa Galtona, który zastosował ewolucyjne teorie swojego wuja, Charlesa Darwina, do stworzenia teorii, zgodnie z którą umiejętności i potencjał człowieka mają charakter dziedziczny, a dzięki inżynierii genetycznej można wpływać na „polepszenie” ludzkiej populacji. Już przed wybuchem pierwszej wojny światowej w wielu krajach europejskich – między innymi w Skandynawii, Szwajcarii i Niemczech, ale także i w Stanach Zjednoczonych – poważnie zainteresowano się badaniami eugeniki, która była postrzegana jako nauka „postępowa”. Wśród gorących jej zwolenników w Wielkiej Brytanii znaleźli się na przykład czołowi myśliciele związani z liberalnym establishmentem lub przedstawiciele tworzącej się nowej lewicy, tacy jak: John Maynard Keynes, Lord Beveridge, Herbert George Wells, Sidney Webb i George Bernard Shaw. W prywatnym liście z 1908 roku, ponad trzydzieści lat przed przymusową „akcją eutanazyjną” nazistów, uznany i szanowany angielski pisarz D.H. Lawrence z dość dużym przekonaniem rozważał budowę ogromnej „komory śmierci”, do której, przy akompaniamencie cichej muzyki, wprowadzać się będzie „wszystkich chorych, niepełnosprawnych i ułomnych”, zapewniając im łagodne rozstanie z tym światem.

Eugenika wydawała się oferować szansę „wyrugowania” z genotypu społeczeństwa cech, które prowadziły do wzrostu poziomu przestępczości, alkoholizmu, prostytucji i innych form zachowań „dewiacyjnych”. Naturalnie wkomponowała się w klasyczną imperialistyczną ideologię „darwinizmu społecznego”, w której zakładano, że istnieją rasy wyższe i lepsze od innych. Sam Galton napisał w 1908 roku, że pierwszym zadaniem eugeniki będzie zmniejszenie liczby urodzeń w kręgach ludzi „ograniczonych”. Eliminacja „niezdrowych” dzieci z czasem – jak zakładano – pozwoli stworzyć lepsze, zdrowsze społeczeństwo o większym potencjale. Obawy dotyczące degeneracji rasowej poprzez powszechne środki pomocy społecznej zachęcające do prokreacji wśród przedstawicieli „gorszej” części społeczeństwa przełożyły się na pojęcia, które zagościły w programach narodowego rozwoju.

W 1911 roku niemiecki magazyn ogłosił konkurs, zachęcając czytelników do przesyłania kompleksowych odpowiedzi na pytanie: „Z jakimi kosztami dla państwa i społeczeństwa wiąże się opieka nad ludźmi zdegenerowanymi?”. Zwycięzcą został pewien pracownik schroniska dla ubogich z Hamburga (uwzględnił w swoim opracowaniu prawie wszystkie koszty ponoszone przez organizacje pomocy społecznej). Z czasem coraz większą popularność w kręgach medycznych zaczął zyskiwać pomysł sterylizacji „gorszych” przedstawicieli społeczeństwa. Niemiecki lekarz Alfred Ploetz powiązał eugenikę z pojęciem „higieny rasowej”, tworząc Niemieckie Towarzystwo Higieny Rasowej (niem. Deutsche Gesellschaft für Rassenhygiene), organizację, która do 1914 roku miała zaledwie 350 członków i cztery oddziały w miastach niemieckich. W tym samym roku towarzystwo zażądało wprowadzenia państwowego regulowania zabiegów „aborcji lub sterylizacji tam, gdzie procedury takie są medycznie uzasadnione”. Zaledwie na kilka tygodni przed wybuchem wojny rząd Rzeszy przygotował projekt ustawy, w którym odrzucano możliwość społecznej lub eugenicznej podstawy do sterylizacji lub aborcji, dopuszczając takie działania tylko i wyłącznie wtedy, gdy pojawiało się „bezpośrednie zagrożenie dla życia lub zdrowia”. Zanim ustawa trafiła pod obrady parlamentu, Niemcy znalazły się w stanie wojny. Gdyby nie wojna, zarówno eugenika, jak i antysemityzm – nie mówiąc już o „higienie rasowej” – pewnie nie odegrałyby tak wielkiej roli w kształtowaniu nastrojów Europejczyków, jak stało się to w zupełnie nowych warunkach. Nie zmienia to faktu, że fundamenty umożliwiające tak drastyczne zbrodnie w Europie powstały właśnie w erze „złotego wieku”.

Europę z okresu przed pierwszą wojną światową można by porównać do kotła z buzującym wrzątkiem. Mogło się wydawać, że temperatura wody utrzymywana jest pod kontrolą, ale kocioł mimo wszystko groził wybuchem. Wrogość i nienawiść – bazujące na koncepcjach nacjonalistycznych, różnicach religijnych, nierównościach klasowych i walkach etnicznych – wyczuwalne były w praktycznie każdej społeczności. Szczególnie niebezpiecznym obszarem w tym kontekście były Bałkany i ziemie wchodzące w skład imperium rosyjskiego. Po nieudanej rewolucji w Rosji w 1905 roku, profaszystowskie bandy, często wspierane przez policję, mściły się na swoich wrogach. Najbardziej cierpieli Żydzi. Tylko w październiku 1905 roku doszło do 690 pogromów, podczas których zamordowano ponad 3000 Żydów. Do najtragiczniejszego w skutkach zdarzenia tego rodzaju doszło w Odessie, gdzie zginęło 800 Żydów, 5000 zostało rannych, a ponad 100 000 wysiedlono. Kontrrewolucyjne represje doprowadziły do skazania na śmierć 15 000 przeciwników reżimu carskiego. Jeszcze gorzej jednak wyglądała sytuacja w imperium ottomańskim, rozciągającym się na ziemiach Bliskiego i Środkowego Wschodu (od XV wieku znajdujących się we władaniu Turków), choć obecnie przeżywającym trudne chwile tuż przed rozpadem. Niektórzy historycy oceniają, że podczas brutalnych represji sułtana Abdülhamida II w latach 1894–1896 w Imperium Osmańskim zgładzono ponad 80 000 Ormian. Rzeź ta była konsekwencją obaw, jakie wzbudzał wzbierający nacjonalizm ormiański, napędzany niezadowoleniem z sytuacji gospodarczej, różnicami religijnymi i antagonizmem klas. Aktywną rolę w tych zdarzeniach odegrała turecka policja. W Imperium Osmańskim tego rodzaju masakry zdarzały się regularnie, ponieważ już w 1909 roku zamordowano następne 15 000–20 000 Ormian.

Silne, negatywne emocje, będące przyczyną agresji zaczęły wylewać się także na inne kontynenty. Imperialistyczne mocarstwa, nawet tam, gdzie panował względny spokój i dobrobyt, wykorzystywały narzędzia przymusu, aby podporządkowywać sobie mieszkańców na podbitych terenach oraz tych mieszkających w koloniach. Cztery piąte globu były kontrolowane, bezpośrednio lub pośrednio, przez Wielką Brytanię, Francję i Rosję. Tam, gdzie ktoś ośmielił się sprzeciwić imperium, musiał liczyć się z natychmiastową reakcją. Kajzer Wilhelm II wezwał żołnierzy niemieckich, aby tłumiąc powstanie bokserów w Chinach w 1900 roku, zachowywali się jak Hunowie Attyli. Międzynarodowy korpus ekspedycyjny złożony z oddziałów kilku krajów europejskich żywo zainteresowanych dalszą eksploatacją ekonomiczną Chin, wspierany też wojskami amerykańskimi i japońskimi, dopuszczał się okrucieństw, grabieży i gwałtów. Według niektórych szacunków powstanie kosztowało życie 100 000 Chińczyków.

Nie było takiej siły, która mogłaby powstrzymać akty okrucieństwa w niektórych koloniach. Szacuje się, że w latach 1885–1908 na terytorium Wolnego Państwa Kongo, w praktyce osobistym lennie króla Belgii – Leopolda II, zginęło około 10 mln mężczyzn, kobiet i dzieci rdzennej ludności. Ludzie ci padli ofiarą bestialstwa i morderczej żądzy zysku władcy, który za wszelką cenę chciał wyciągnąć jak największe korzyści z rosnącego popytu na kauczuk. W latach 1899–1902 Brytyjczycy zaangażowali się w trudną, trzyletnią drugą wojnę burską, dążąc do pełnej kontroli nad ziemiami leżącymi w południowej Afryce, posuwając się do bezwzględnego wykorzystania taktyki spalonej ziemi, bezlitośnie niszcząc mienie Burów i tworząc „obozy koncentracyjne” dla wysiedlonych z terenów walk kobiet i dzieci. Jedna czwarta z około 28 000 więźniów (znacząca część z nich miała nie więcej niż szesnaście lat) zmarła z powodu trudnych warunków bytowych, przeludnienia i chorób. Według niektórych szacunków w Afryce Południowo-Zachodniej (dzisiejsza Namibia) pomiędzy 1904 i 1907 rokiem doszło do zagłady 80% populacji plemion tubylczych Herero i Nama (łącznie około 65 000 ludzi). Niemieckie wojska kolonialne w ramach systematycznie zaplanowanej i przeprowadzonej z zimną krwią akcji odwetowej za bunt przeciwko władzy kolonialnej wygnały lokalnych mieszkańców na pustynię, gdzie większość zmarła z pragnienia i głodu. O wiele więcej zapracowało się na śmierć w obozach pracy niewolniczej (które Niemcy, przejmując angielską nomenklaturę, zaczęli nazywać „obozami koncentracyjnymi”).

W miarę jak rosły napięcia między wielkimi mocarstwami, pojawiała się coraz większa presja na rozbrojenie. Rozumiano, że ogromny, destrukcyjny potencjał nowych broni sprawiłby, iż ewentualna wojna kontynentalna nie przypominałaby żadnej z tych, znanych z przeszłości. Sam car Rosji, Mikołaj II, zaprosił w 1899 roku przedstawicieli rządów dwudziestu sześciu krajów do udziału w konferencji w Hadze, która stawiała sobie za cel utrzymanie pokoju i ograniczanie zbrojeń jako „szczęśliwej uwertury do nowego wieku”. Ustalenia konwencji haskich dotyczące zasad rozstrzygania sporów międzynarodowych, praw obowiązujących podczas prowadzenia działań zbrojnych oraz zakazu używania niektórych rodzajów broni na okres pięciu lat szybko okazały się tylko pobożnymi życzeniami. Niemniej jednak już sam fakt, że rozmowy te się odbyły, może stanowić dowód na istnienie przekonania o braku gwarancji trwałego pokoju w Europie oraz na zaniepokojenie rosnącym potencjałem śmiercionośnym produktów nowoczesnego przemysłu zbrojeniowego. Coraz większa rzesza ludzi zdawała sobie sprawę z tego, jak ważne jest zapobieganie wojnom i ochrona cywilizacyjnych osiągnięć politycznych i ekonomicznych. Coraz częściej mówiono o potrzebie utrzymania pokoju w Europie, zapewnieniu dobrobytu oraz kontynuacji wzrostu gospodarczego. Jednak europejscy przywódcy, mając nadzieję na pokój, chcieli być też dobrze przygotowani do wojny. A gdyby ta miała wybuchnąć, najlepiej byłoby odnieść w niej szybkie zwycięstwo.

Opadanie w otchłań wojny?

Brytyjski polityk David Lloyd George jest autorem znanego stwierdzenia, że w 1914 roku narody Europy „prześlizgnęły się nad krawędzią wrzącego kociołka wojny bez śladu lęku czy refleksji”. To przejmujące zdanie trafnie opisuje to, co działo się w Europie w ciągu ostatnich tygodni lipca 1914 roku – poczucie, że sytuacja wymyka się spod kontroli. Jednak sugestia, że politycy działali beztrosko i w większości nie odczuwali nawet strachu przed konsekwencjami swoich działań, jest nieuzasadniona. Z drugiej strony, trudno byłoby obronić tezę, że wojna – gdy już wybuchła – została uznana za jakiś wypadek, tragiczny efekt ciągu pomyłek, którego wynik nie był pożądany przez nikogo, zdarzenie nieprzewidziane i zaskakujące. Wręcz przeciwnie. Choć na ogół wszyscy decydenci mocno wierzyli, że uda się uniknąć pożerającej kontynent pożogi – czy to dzięki jakiemuś przebłyskowi rozsądku w ostatniej chwili, uświadomieniu sobie, że sprawy zaszły za daleko, czy może zawahaniu, lękowi przed ziszczeniem się przepowiedni o zagładzie – gdy przyszło co do czego, parcie ku wojnie okazało się silniejsze niż pragnienie pokoju. Europejscy przywódcy z szeroko otwartymi oczyma zbliżali się do granicy, za którą znajdowała się już tylko konfrontacja zbrojna.

Stwierdzenie Lloyda George'a może ponadto sugerować, że wśród winnych wybuchu wojny nie było nikogo, kto konsekwentnie naciskał na rozwiązania siłowe, że odpowiedzialność za katastrofę można zrzucić na jakieś ogólne, do końca niesprecyzowane warunki otoczenia. Oczywiście, przywódcy i dyplomaci europejscy wykazali się brakiem odpowiedzialności i pychą, bezrefleksyjnie zmierzając na skraj przepaści. Nie ma wątpliwości, że pojawiły się nieporozumienia i ogólna nieufność – duże znaczenie miały charaktery kluczowych postaci decydujących o losach kontynentu – i to właśnie one zaprowadziły Europę na krawędź tego diabelskiego kotła. Prawdą jest jednak, że żadne z państw wciągniętych w konflikt nie parło do wojny tak bezceremonialnie, jak zdarzyło się to pokolenie później. I nie ma też wątpliwości, że wszystkie wielkie mocarstwa ponosiły częściową odpowiedzialność za to, co się stało. Gdy sytuacja w Europie zbliżała się do temperatury wrzenia, Francja zachęcała Rosję do przyjęcia bardziej wojowniczej postawy. Wielka Brytania wysyłała niejednoznaczne sygnały, nie próbując rozładować napięcia, zgadzając się na kolejne kroki, które ostatecznie doprowadziły do wybuchu konfliktu. Mimo wszystko nie można jednak równo podzielić odpowiedzialności za fatalne w skutkach działania, które przyniosły Europie katastrofę.

Największą odpowiedzialność ponoszą kraje, których trudne do obrony interesy i wielkie ambicje zakładały zgodę na podjęcie największego ryzyka – wybuchu wojny europejskiej – i których dyplomaci tak chętnie prężyli muskuły, dążąc do projekcji siły, zamiast stosować rozwiązania i procedury pokojowe. Gdy temperatura sporu osiągnęła punkt kulminacyjny w lipcu 1914 roku, decydującą rolę w rozpętaniu piekła odegrały trzy kraje: Austro-Węgry, Rosja i Niemcy – które okazały się prawdziwym katalizatorem wybuchu.

Niemieckie ambicje, aby stać się dominującą siłą na kontynencie europejskim, łączyły się z niemal paranoicznym strachem przed wzrostem znaczenia Rosji, która miała potencjał, by po tę dominację sięgnąć. Aby temu, zapobiec Niemcy były gotowe zaryzykować straszliwą pożogę europejską. 6 lipca 1914 roku kraj ten udzielił bezwarunkowego poparcia Austro-Węgrom (w formie „carte blanche” – jak zwykło się to nazywać). Niemcy uczyniły tak przy założeniu, że sankcją za zamordowanie przez serbskich nacjonalistów dziedzica tronu austriackiego – arcyksięcia Franciszka Ferdynanda i jego żony Zofii podczas wizyty państwowej w Sarajewie 28 czerwca będą szybkie, ograniczone działania zbrojne przeciwko Serbii. Jednak było to tylko założenie. W tej gwarancji nie było ani słowa o jakiejkolwiek możliwości sprzeciwu w sprawie rodzaju środków odwetowych zastosowanych przez Austro-Węgry, choć wszyscy zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa konfliktu globalnego i wzajemnych powiązań sojuszniczych wszystkich europejskich mocarstw. Niemiecka zachęta do zdefiniowania austro-węgierskiego ultimatum dla Serbii przesłanego 23 lipca, choć zredagowanego z rozmysłem tak, aby jego akceptacja była praktycznie niemożliwa, miała zatem decydujące znaczenie w przemianie konfliktu, który początkowo miał charakter lokalny, w kryzys ogólnoeuropejski. W ultimatum domagano się działań przeciwko serbskim urzędnikom i członkom personelu wojskowego powiązanym z zamachem, aresztowania dwóch wymienionych z nazwiska oficerów i aktywnego przeciwdziałania propagandzie skierowanej przeciwko Austro-Węgrom. Jednak najtrudniejsze do pogodzenia z zachowaniem serbskiej suwerenności były postulaty dotyczące przedstawicieli Austro-Węgier, którzy mieli uczestniczyć w dochodzeniu zmierzającym do wykrycia sprawców i zleceniodawców zamachu oraz tłumienia ruchów wywrotowych w Serbii.

Austro-Węgry traciły kontrolę nad Bałkanami, gdzie coraz większego znaczenia nabierała Serbia. Wielonarodowemu imperium groził rozpad i aby się przed nim uchronić, gotowe było uwikłać Europę w konflikt, który miał służyć tylko jego własnym interesom. Jednak Austro-Węgry nie zdecydowałyby się na taki krok bez wcześniejszego zapewnienia sobie niemieckiego poparcia. Niemożliwe do spełnienia warunki ultimatum dla Serbii (organizacja terrorystyczna o nazwie „Czarna Ręka” właśnie z tamtejszego terytorium dostarczyła broń dla zamachowców z Sarajewa) zostały zdefiniowane przy pełnej świadomości prawdopodobieństwa, że Rosja poprze Serbów, co z kolei znacznie zwiększało szanse wybuchu ogólnoeuropejskiej wojny. A ta, próbując uniemożliwić Austro-Węgrom zdominowanie Bałkanów (Habsburgowie od wielu lat walczyli tam z rosyjskimi zapędami), zareagowała dokładnie tak, jak się spodziewano. Zaoferowała poparcie Serbom absolutnie świadoma, że to może oznaczać wojnę nie tylko przeciwko Austro-Węgrom, ale i, co bardzo prawdopodobne, Niemcom. Z kolei wojna z Niemcami nieuchronnie wciągnęłaby do konfliktu Francję (ponieważ wiadomo było, że niemieckie plany wojenne przewidywały uderzenie przeciwko Francji oraz Rosji) oraz najprawdopodobniej Brytyjczyków.

W 1914 roku ryzykowne strategie Niemiec, Austro-Węgier i Rosji, zakładające eskalację konfliktu lokalnego, nawet jeśli oznaczałoby to wciągnięcie na siłę całej Europy w wir wojny, która miała służyć realizacji tylko polityki siły, ostatecznie doprowadziły do katastrofy. I z tych trzech wymienionych mocarstw to właśnie Niemcy, jak już zauważono, ponosiły największą odpowiedzialność. Bez „carte blanche”, w którym Niemcy gwarantowały bezwarunkowe poparcie Austro-Węgrom, nie byłoby tak bezkompromisowego ultimatum dla Serbii. A bez agresywnej bezwzględności Austro-Węgier nie byłoby rosyjskiego poparcia dla Serbii, ze wszystkimi konsekwencjami, z jakimi się to wiązało. Bezwarunkowe gwarancje stały się podłożem, które czyniło wybuch wojny bardziej, a nie mniej prawdopodobnym.

W 1914 roku równowaga sił między mocarstwami – Wielką Brytanią, Francją, Rosją, Niemcami i Austro-Węgrami, powiązanymi skomplikowanym systemem sojuszy – stawała się coraz bardziej chwiejna, ale wciąż jeszcze można było zawrócić z obranej drogi ku wojnie. Jednym ze źródeł narastającego napięcia było pojawienie się w latach 90. XIX wieku niemieckich marzeń o imperium globalnym, które oznaczały konieczność rzucenia wyzwania Wielkiej Brytanii. Z czasem rywalizacja między Niemcami i Wielką Brytanią tylko nabierała zawziętości. Największe zagrożenie dla Francji i Rosji na kontynencie europejskim stanowiły silne Niemcy (od 1879 roku sprzymierzone z Austro-Węgrami, a od 1882 roku z Włochami). Wspólne interesy doprowadziły do wcześniej uważanego za mało prawdopodobne zbliżenia dwóch mocarstw – Republiki Francuskiej i autokracji monarchistycznej w Rosji – którego symbolem stało się porozumienie podpisane w 1894 roku i sojusz wymierzony przeciwko Niemcom. Nieco ponad dekadę później pozycja Niemiec poprawiła się z powodu rozbicia oddelegowanej na Daleki Wschód floty rosyjskiej, które odbiło się szerokim echem nie tylko w Europie, zaskakując wielu polityków i ekspertów. Klęska rosyjskiej floty w bitwie pod Cuszimą wstrząsnęła podstawami imperium carskiego. Autokracja z trudem przetrwała wewnętrzne zawirowania po ciosach zadanych przez błyskawicznie rozwijającą się Japonię. Co ciekawe, dzięki właściwym decyzjom ekonomicznym i politycznym kolejne lata po tej bolesnej nauczce uznaje się w Rosji za okres boomu gospodarczego. Dzięki dużym kredytom z Francji rosyjska gospodarka w imponującym tempie stanęła na nogi. Wprowadzono szereg zmian w szybko modernizującej się armii. Ponownie odżyły dawne, rosyjskie nadzieje uzyskania kontroli nad Bosforem, kosztem rozpadającego się Imperium Osmańskiego. Ta perspektywa doprowadziła do niezwykłej poprawy stosunków Rosji z Wielką Brytanią.

Rosja i Wielka Brytania rywalizowały ze sobą od zawsze. Wyspiarze od dawna aktywnie reagowali na zakusy Rosji w obszarze cieśnin oddzielających Morze Czarne od Morza Śródziemnego. Byli zaangażowani do tego stopnia, że wsparli Imperium Osmańskie w wojnie krymskiej w 1854 roku. Bosfor i Dardanele zawsze miały kluczowe znaczenie w aspekcie kontroli basenu Morza Śródziemnego i Bliskiego Wschodu, a Wielka Brytania musiała energicznie działać, aby uniknąć zagrożenia żywotnych interesów Brytyjczyków w Indiach, jakie mogło pojawić się w konsekwencji rosyjskiej ekspansji w Azji Środkowej. Jednak w 1907 roku słabość Rosji po porażce z Japonią stała się powodem podpisania porozumienia, w którym oba mocarstwa określały swoje strefy wpływów w Persji, Afganistanie i Tybecie, to znaczy w obszarach, które mogłyby potencjalnie stać się areną konfliktów. Mimo że porozumienie to bezpośrednio nie wpływało na Niemcy, z pewnością miało wpływ pośredni. Umowa między Rosją i Wielką Brytanią, opierająca się na wcześniejszym sojuszu francusko-rosyjskim i porozumieniu Entente cordiale z 1904 roku, zawartym między Francją i Wielką Brytanią (skierowanym bezpośrednio przeciw Niemcom), zmieniało układ sił w Europie. Niemcy oraz ich główny sojusznik, Austro-Węgry (w tym czasie Włochy, choć trudno było uważać to państwo za wielkie mocarstwo, nawet jeśli jego przywódcy karmili swoich obywateli mrzonkami, były uważane za sojusznika niepewnego), stanęli w obliczu nowo utworzonego (a w świetle ostatnich, wrogich zachowań także dość niezwykłego) sojuszu Wielkiej Brytanii, Francji i Rosji. W tej perspektywie całkiem zrozumiałe wydaje się, dlaczego w Niemczech coraz częściej mówiło się o tym, że kraj stał się twierdzą otoczoną przez wrogów.

Sojusze zawarte w pierwszych latach XX wieku zostały uznane przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych za środek odstraszający (tak samo jak wiele lat później traktowana będzie broń jądrowa) i zniechęcający do agresji. Z tego też powodu to samo ministerstwo nie miało wątpliwości, że przyszła wojna, jeśli wybuchnie, na pewno nie będzie wojną lokalną, ale rozleje się po całym kontynencie. Jednocześnie sojusze same w sobie nie były powodem wybuchu wojny, tak jak wcześniejsza dekada obfitowała w poważne kryzysy, choć żaden z nich też do tego nie doprowadził. Napięcia między mocarstwami zwykle bywały szybko zażegnywane: gdy na przykład w 1905 roku Niemcy próbowały rzucić wyzwanie Francuzom w kwestii ich kontroli nad Marokiem, gdy w 1908 roku Austro-Węgry zaanektowały, nie pytając nikogo o zgodę, Bośnię i Hercegowinę (formalnie tereny te należały wciąż do Imperium Osmańskiego, choć przez ostatnie trzydzieści lat znajdowały się pod okupacją Austro-Węgier) i gdy w 1911 roku Niemcy sprowokowały Francuzów do ostrej reakcji, wysyłając do marokańskiego Agadiru swoją kanonierkę. Gdy na chronicznie niestabilnych Bałkanach w 1912 roku w końcu wybuchnie lokalna wojna, kiedy sojusz, w którego skład wchodziła Serbia, Bułgaria i Grecja (spontanicznie utworzona Liga Bałkańska), starał się wykorzystać słabość Imperium Osmańskiego, a w następnym roku kolejna, tym razem gdy Bułgaria zaatakuje Serbię, uznając, że niedawny sojusznik przejął za duże terytorium – mocarstwa uczyniły wszystko, aby konflikt lokalny nie przerodził się w wojnę kontynentalną.

Napięcia między największymi graczami na arenie europejskiej stawały się jednak coraz bardziej zauważalne. Kolejne wojny na Bałkanach dodatkowo destabilizowały region, który i tak uważano za wyjątkowo niestabilny. Wszyscy spodziewali się, że kolejny konflikt jest tylko kwestią czasu. Ponadto chociaż Imperium Osmańskie od dłuższego czasu traciło siły, drugą potęgę w regionie, Austro-Węgry, również postrzegano za gracza słabego, biernego i niezdolnego do prowadzenia nowoczesnej wojny, nawet wtedy, gdy zagrożone były żywotne interesy imperium. Dlatego Bałkany stawały się niebezpieczną beczką prochu. Rosyjscy przywódcy, którzy wciąż marzyli o kontrolowaniu cieśnin tureckich i zabezpieczeniu granic zachodnich przez zajęcie Galicji (część Polski znajdująca się w rękach austriackich), nie mogli nie zauważyć słabości imperium Habsburgów.

Nikt nie uważał wojny kontynentalnej w Europie za nieuniknioną. Jednocześnie nikt nie chciał też ryzykować brakiem przygotowania do ewentualnej konfrontacji. Wzajemne podejrzenia doprowadziły do szybkiej eskalacji wyścigu zbrojeń. Wydatki obronne wielkich mocarstw rosły błyskawicznie: w latach 1911–1913 o 30% w Niemczech i o 50% w Rosji. Niemcy i Wielka Brytania przeznaczały ogromne środki na budowę nowych okrętów wojennych w wyścigu o palmę pierwszeństwa najgroźniejszej marynarki świata. Rosła również liczebność armii lądowych. Gdy w 1913 roku Niemcy zwiększyły liczbę dywizji, Francja uczyniła to samo. Podobnie postąpili Rosjanie. Wyciągając wnioski z porażki w wojnie z Japonią, do 1913 roku Rosjanie zreorganizowali swoją armię i, jak całkiem słusznie spodziewali się Niemcy, planowali dalsze zwiększanie liczebności oddziałów. Austro-Węgry znajdowały się na szarym końcu – ich armia nie dysponowała sprzętem pozwalającym na mierzenie się z mocarstwami lub nawet prowadzenie wojny innej niż regionalna. Liczbę poborowych ustalono w 1889 roku, a nowe prawo pozwalające na zwiększenie ilości oddziałów wprowadzono dopiero w 1913 roku. O wiele za późno, aby myśleć o nadrobieniu wielu lat zaniechań.

Jednak nawet w Austro-Węgrzech, tak jak i na całym kontynencie, na wypadek konfliktu przeszkolony został niezwykle wysoki odsetek mężczyzn w wieku poborowym. W 1914 roku miliony wcielonych już bezpośrednio do armii lub rezerwistów były gotowe do walki. Po pełnej mobilizacji armia rosyjska liczyła 3,5 mln ludzi, niemiecka 2,1 mln, francuska 1,8 mln, austro-węgierska 1,3 mln. Wielka Brytania była jedynym mocarstwem bez wielkiej liczby gotowych do działań dywizji. W skład jej armii ochotniczej wchodziło około 100 000 ludzi, wyszkolonych głównie na potrzeby wojen w koloniach. Siły te wyglądały mizernie w porównaniu z armiami innych mocarstw. Jednak Wielka Brytania mogła liczyć na Royal Navy, potężną flotę, dzięki której mogła kontrolować szlaki morskie, i która w rzeczywistości była fundamentem jej imperialnej dominacji. Mogła też powołać pod broń wielką liczbę rekrutów z całego imperium.

Wiele osób przypuszczało, że elementy równoważące, dzięki którym podczas minionego wieku Europa mogła cieszyć się względnym spokojem, nie znikną nagle i niespodziewanie. Byli jednak i tacy, którzy przewidywali, że wojna wkrótce stanie się nieunikniona. I nie chodziło już tylko o trwający wyścig zbrojeń i rosnące napięcie w relacjach międzypaństwowych. To były bowiem tylko konsekwencje niepokojów elit władzy w różnych krajach, które lękały się, iż ich państwa stają w obliczu zagrożeń egzystencjonalnych i czas działa na ich niekorzyść. To z kolei oznaczało, że eksplozja stawała się coraz bardziej prawdopodobna. W każdym razie żaden hazardzista nie postawiłby wówczas wielkich pieniędzy na to, że pokój w Europie będzie trwał w nieskończoność.

I to jeszcze zanim 28 czerwca 1914 roku zamordowano arcyksięcia Franciszka Ferdynanda. Serbski nacjonalizm nasilił się gwałtownie po austriackiej aneksji Bośni i Hercegowiny w 1908 roku. Zradykalizowani nacjonaliści, z których wielu było oficerami armii serbskiej, w 1911 roku utworzyli tajną organizację o nazwie „Czarna Ręka”. Jej lider, Dragutin Dimitrijević (znany pod pseudonimem „Apis”), został w 1913 roku szefem serbskiego wywiadu wojskowego. Pomysł zabicia arcyksięcia powstał wśród twórców pomniejszych sieci spiskowych, które kontrolował „Apis”. Do przeprowadzenia zamachu wybrano kilku młodych bośniackich Serbów. Wśród nich znalazł się przyszły zabójca: Gawriło Princip. Franciszek Ferdynand – następca tronu cesarskiego – nie był żadnym oprawcą mniejszości słowiańskich. Przeciwnie. Planował nadanie większych praw „południowym Słowianom”, co jego zdaniem mogłoby ustabilizować sytuację w imperium. Jednak to właśnie ta perspektywa była postrzegana przez serbskich radykałów jako zagrożenie dla ambicji narodowych tego kraju. Do zabójstwa doszło podczas wizyty państwowej arcyksięcia z żoną w Sarajewie. Zamach zakończył się powodzeniem tylko dzięki zrządzeniu losu. Szofer otwartej limuzyny arcyksięcia skręcił przez przypadek w niewłaściwą ulicę. Gdy zatrzymał samochód, aby cofnąć, niespodziewanie dał Principowi okazję zrehabilitowania się za błąd popełniony wcześniej przez innego z siódemki fanatycznych serbskich nacjonalistów. Co istotne, nawet zabójstwo Franciszka Ferdynanda i jego żony wcale nie musiało stać się iskrą pod europejską beczką prochu. W podobnych zamachach ginęli już arystokraci, a nawet królowie, a mimo to wojna jakoś nie wybuchała. Na przykład w 1894 roku zamordowano francuskiego prezydenta, Sadi Carnota. 29 lipca 1900 roku zastrzelono króla Włoch – Humberta I.

11 czerwca 1903 roku zamordowano serbskiego króla Aleksandra z żoną. Grecki król Jerzy I został zabity 18 marca 1913 roku. Aż do ostatnich dni lipca 1914 roku wydawało się mało prawdopodobne, że zamach na Franciszka Ferdynanda doprowadzi do wybuchu wojny światowej!

Poważne napięcia dyplomatyczne między mocarstwami ujawniły się dopiero po ponad trzech tygodniach od morderstwa w Sarajewie. Dopiero w ostatnim tygodniu lipca rynki finansowe w Londynie zaczynały reagować na rosnące prawdopodobieństwo wojny. I nawet wtedy pojawiły się głosy, że najgorszego uda się uniknąć. 30 lipca lider socjalistów we Francji, Jean Jaurès, zauważył: „Trzeba oczekiwać wzlotów i upadków. Ale nie ma takiej możliwości, aby wszystko nie zakończyło się dobrze”. Następnego dnia, 31 lipca 1914 roku, Jaurès został zastrzelony przez obłąkanego ultranacjonalistę, który twierdził, że lider socjalistów był zdrajcą, którego trzeba było się pozbyć. Jego „zdradą” miały być działania na rzecz pokoju.

Wydawało się, że oczywistą odpowiedzią Austro-Węgier na zamach powinna być szybka, „satysfakcjonująca” akcja zbrojna – uderzenie na słabą Serbię, uważaną przecież powszechnie za winną tej zbrodni. Serbię, której armia poniosła spore straty podczas niedawnych wojen bałkańskich. Pozostałe mocarstwa najprawdopodobniej przyjęłyby to działanie ze spokojem. Przecież zabito dziedzica tronu Habsburgów! Zresztą powszechnie sądzono, że taka reakcja byłaby naturalna i uzasadniona. W Wiedniu, ale nie tylko tam, uważano, że odwet jest kwestią prestiżu – konieczną reakcją w celu potwierdzenia statusu monarchii habsburskiej jako wielkiego mocarstwa. Około trzy tygodnie po zamachu nawet niemieccy przywódcy uważali, że konsekwencją ostatnich zdarzeń będzie lokalna wojna w Serbii.

Niemniej jednak nawet tak ograniczone terytorialnie działania zbrojne trzeba było zaplanować. Skostniały mechanizm instytucji rządowych, dyplomatycznych i wojskowych w wielonarodowym imperium potrzebował czasu, aby wejść na wyższe obroty i przygotować się do wojny. Uważany za „jastrzębia” szef sztabu generalnego, hrabia Franz Conrad von Hötzendorf, wspierany przez ministra spraw zagranicznych Austrii, Leopolda Berchtolda, namawiał do natychmiastowego rozpoczęcia działań wojennych przeciwko Serbii. Za to szef rządu węgierskiej części imperium, hrabia István Tisza, zachęcał do zachowania umiaru i ostrożności, obawiając się „straszliwego nieszczęścia wojny europejskiej”. Ten brak jednomyślności liderów rządzących cesarstwem austro-węgierskim był przyczyną dążenia do zapewnienia sobie niemieckiego wsparcia. Austriacy uważali armię niemiecką za niezwyciężoną. Dlatego to wsparcie miało dla nich ogromne znaczenie, nawet jeśli z działania przeciwko Serbii miałoby przerodzić się w wojnę kontynentalną. W końcu Austriacy otrzymali wsparcie z Berlina, z którego wynikało, że jeśli wojna jest nieunikniona, to jest to właśnie najbardziej sprzyjający czas, aby ją rozpocząć.

Jednak w imperium Habsburgów znano tylko dwie prędkości: wolno i bez ruchu. Wielu ludzi służących w wojsku akurat w czasie zamachu było tam, gdzie potrzebowano ich najbardziej: w swoich majątkach i na polach. Trwały żniwa. Dlatego natychmiastowe ukaranie Serbii było niemożliwe. Już dwa dni po zamachu stwierdzono, że potrzeba co najmniej szesnastu dni na mobilizację sił zbrojnych i przygotowanie ich do kampanii w Serbii. Tym samym przedłużający się brak austro-węgierskiej odpowiedzi okazał się bombą z opóźnionym zapłonem, która zmusiła wszystkie wielkie mocarstwa do zaangażowania się w konflikt. W miarę upływu kolejnych dni kryzysu o przebiegu zdarzeń decydowały ludzkie charaktery, cele, ambicje i lęki, które kształtowały się od dłuższego czasu.

Niemcy – kraj zjednoczony dopiero od 1871 roku, ale dysponujący najsilniejszą gospodarką przemysłową na kontynencie, miał ambitne plany – uparcie dążył do znalezienia „swojego miejsca” przy stole największych graczy europejskich. Kajzerowskie Niemcy marzyły o tym, aby stać się mocarstwem, które mogłoby rywalizować z imperium brytyjskim o status i wpływy. Jednocześnie Niemcy najbardziej obawiali się, że połączone armie wrogów stworzą potęgę militarną, która zagrozi planom realizacji ich ambicji. Szef Sztabu Generalnego, feldmarszałek Helmuth von Moltke, już w 1912 roku jasno dał do zrozumienia – i to w obecności cesarza – że wojna jest nieunikniona, a „im szybciej wybuchnie, tym lepiej”. Zasugerował, że media powinny podsycać antyrosyjskie nastroje, aby można było wykorzystać je, gdy dojdzie do wybuchu. Moltke był największym zwolennikiem wojny prewencyjnej – czyli uderzenia wyprzedzającego, zanim Niemcy same zostaną zaatakowane przez Rosję, Francję, albo oba te kraje równocześnie. Na kilka tygodni przed wojną nadal twierdził, że Niemcy muszą mieć gwarancję, iż wojna, do której dojdzie tak czy owak, wybuchnie wtedy, gdy będą miały największe szanse na zwycięstwo. W maju 1914 roku przewidywał, że Rosja zakończy swój program zbrojeniowy w ciągu dwóch lub trzech lat, a wtedy przewaga wrogów będzie tak wielka, że nie ma pewności, czy Niemcy sobie z nią poradzą. Doszedł więc do wniosku, że jedynym rozwiązaniem jest „uderzenie prewencyjne i zniszczenie wroga, dopóki możemy efektywnie wykorzystać posiadane siły”.

Niemniej te ponure, pesymistyczne wizje Moltkego, choć odgrywały niezwykle istotną rolę w kształtowaniu stanowiska niemieckiej hierarchii wojskowej, nie przekładały się na linię polityki rządu. Kanclerz Niemiec Bethmann Hollweg miał realne i coraz większe obawy dotyczące konsekwencji ewentualnej wojny. Mówił o niej jako o „skoku w mrok” i uważał, że powinna być traktowana jako „ostateczny obowiązek”. Przewidywał nawet – w przeciwieństwie do tego, co głosili niektórzy niemieccy zwolennicy rozwiązań siłowych – że nie tylko nie zniszczy demokracji społecznej i nie wyeliminuje zagrożenia dla istniejącego porządku społecznego, ale w rzeczywistości doprowadzi do wzmocnienia ruchów oddolnych i „obalenia wielu monarchów”. Pod koniec lipca, gdy kryzys wkroczył w ostatnie stadium, a jego własne inicjatywy polityczne zawiodły, Bethmann Hollweg próbował „ze wszystkich sił zaciągnąć hamulec bezpieczeństwa”, czuł bowiem, że traci kontrolę nad zwolennikami wojny z armii. Mimo to nie mógł pozostać głuchy na główny argument członków sztabu, którzy przekonywali, że sytuacja militarna Niemiec z czasem będzie się tylko pogarszać, jako że z każdym dniem Rosja staje się silniejsza i lepiej byłoby rozpocząć wojnę „teraz niż później”, gdy można jeszcze myśleć o szybkim zwycięstwie, a nie czekać, aż warunki się pogorszą. Ponieważ Rosja sprzymierzyła się z Francją – wielkim wrogiem Niemiec na zachodzie – strach przed okrążeniem stawał się wszechobecny.

Cywilne przywództwo Niemiec, w odróżnieniu od wojskowego, kontrolowało decyzje polityczne aż do czasu rosyjskiej mobilizacji 30 lipca 1914 roku, czyli do dnia, w którym uznało, że wojna stała się nieunikniona. W żadnym innym kraju europejskim armia nie cieszyła się tak wielką autonomią i niezależnością od rządu cywilnego, jak w Niemczech. A gdy kryzys osiągnął apogeum pod koniec lipca, wpływ Moltkego i Sztabu Generalnego okazał się decydujący. Imperatywy militarne stały się ważniejsze niż inicjatywa polityczna. Kajzer, który czasami wydawał się zgadzać z wnioskami analizy Moltkego, mimo całej swej udawanej wojowniczości był człowiekiem niezdecydowanym, który w trakcie trwania kryzysu wielokrotnie zmieniał zdanie. W ostatniej chwili próbował wycofać się z podjętych decyzji. Na tym etapie już nawet kajzer nie był w stanie kontrolować sił znacznie potężniejszych od niego. Niemiecki plan u swojej podstawy zakładał realizację strategii, która przed przystąpieniem do wojny z Rosją miała szybko pokonać Francuzów. Więc kiedy 30 lipca kajzer zażądał, aby Moltke odwołał rozkaz uderzenia na Francję (licząc, że to zapewni brytyjską neutralność) i przekierował wszystkie siły na wschód, rzucając je przeciwko Rosjanom, jego szef sztabu odpowiedział niedwuznacznie, że po prostu nie da się tego zrobić, ponieważ w ten sposób dobrze wyszkolona armia zmieni się w „poruszającą się zupełnie chaotycznie hołotę”. Moltke przekonywał, że rozlokowanie oddziałów jest wynikiem wielu lat planowania i nie można go zaimprowizować na potrzeby jakiegoś kaprysu. W czasie kryzysu kajzer nie miał żadnego wpływu na kształtowanie polityki Niemiec i mógł tylko reagować na decyzje swojego rządu, a ostatecznie także na imperatywy armii.

Zanim pod koniec lipca ostatecznie przychylono się do argumentów Moltkego, działania rządu niemieckiego były tylko konsekwencją wcześniejszego poważnego błędu politycznego, czyli udzielenia bezwarunkowych gwarancji Austro-Węgrom w kwestii reakcji na kryzys w Serbii, który to stanowił iskrę stwarzającą rzeczywiste ryzyko wybuchu wojny europejskiej. Ten kolosalny błąd oznaczał, że przez cały lipiec Niemcy tylko reagowały na ruchy wykonywane przez innych graczy, wydarzenia, które szybko wymknęły się spod kontroli.

Rosyjskie długofalowe interesy były ukierunkowane na zdobycie kontroli nad Bałkanami i cieśninami tureckimi, istotnymi dla rozwoju rosyjskiego handlu oraz, jako że zapewniały one dostęp do Morza Czarnego, gwarantujący bezpieczeństwo rosyjskiego imperium w południowej części. Rosja nie mogła sobie pozwolić na to, aby jakakolwiek inna siła zdominowała ten region. W miarę jak słabość Imperium Osmańskiego stawała się coraz bardziej oczywista, głównym zagrożeniem dla rosyjskich interesów na Bałkanach były zakusy Austro-Węgier. „Jastrzębie” w rosyjskiej marynarce rozważały nawet zajęcie Konstantynopola (jak Rosjanie przez długi czas nazywali Stambuł) i siłowe przejęcie kontroli nad cieśninami, zanim Turcy pozyskają pięć nowych drednotów, na które złożyli zamówienie u Brytyjczyków. Niemniej jednak ta kwestia odegrała niewielką lub wręcz żadną rolę w kształtowaniu rosyjskiego zachowania w czasie lipcowego kryzysu. Reforma armii rosyjskiej miała zakończyć się nie wcześniej niż w 1917 roku. W 1914 roku nie spodziewano się – przynajmniej do 24 lipca, czyli do dnia, w którym świat poznał warunki austriackiego ultimatum dla Serbii – szybkiej konfrontacji z Niemcami. Od tego momentu gwarancje rosyjskie dla Serbii oznaczały wejście na drogę, która nieuchronnie prowadziła do wojny ogólnoeuropejskiej. Nie można już było tego powstrzymać. Żadna ze stron nie chciała stracić twarzy i nie mogła się tak po prostu wycofać.

Postępowanie Austro-Węgier, najsłabszego elementu w triadzie największych potęg, których działania utorowały drogę do wojny w lipcu 1914 roku, wynikało głównie ze strachu o własną przyszłość. Polityków przemierzających wiedeńskie korytarze władzy bardzo niepokoiła niestabilność Bałkanów (wzrastająca z powodu erozji Imperium Osmańskiego), lęk przed utratą kontroli nad regionem, w którym coraz większą rolę odgrywała Rosja (która z kolei nie mogła darować Austro-Węgrom aneksji Bośni i Hercegowiny w 1908 roku), a także coraz większa bezkompromisowość Serbii, czującej za plecami rosyjskie wsparcie. Dlatego w lipcu 1914 roku ukaranie Serbii wydawało się kusząca propozycją, ale tylko jeśli udałoby się zapewnić wsparcie Niemiec, gwarantujące szybkie i zdecydowane zakończenie lokalnej kampanii. Nie podjęto jednak żadnych natychmiastowych działań odwetowych. Zamiast tego wystosowane 23 lipca ultimatum doprowadziło do zaangażowania w konflikt Rosji (a przez to Niemiec i Francji).

Niemcy już 6 lipca 1914 roku zdefiniowały swoje bezwarunkowe poparcie dla działań Austro-Węgier przeciwko Serbii, postrzeganych jako w pełni uzasadnione. Serbia miała tylko dwa wyjścia: albo ulec i ugiąć się przed żądaniami, albo pogodzić się z brutalną karą. W każdym wypadku pozycja głównego sojusznika Niemiec na Bałkanach zostałaby wzmocniona. Nie wierzono w prawdopodobieństwo interwencji Rosji. Przecież car z pewnością nie będzie bronić zabójców, ośmielających się nastawać na członków rodziny panującej! Ponadto – jak powszechnie wierzono – rosyjska armia była nieprzygotowana do wojny. Pozostałe mocarstwa będą przyglądać się z boku i zaakceptują politykę faktów dokonanych. Wkrótce miało się okazać, że niemieckie kalkulacje polityczne bazowały na bardzo słabych argumentach. Świadomość tego, że taka ocena sytuacji może w praktyce okazać się poważnym błędem, że wiąże się z dużym ryzykiem, mieli już politycy w czasie redagowania gwarancji dla Austro-Węgier. Sam kanclerz Bethmann Hollweg ostrzegał, że „działanie przeciwko Serbii może doprowadzić do wybuchu wojny światowej”, która „wywróci świat, jaki znamy, do góry nogami”.

Coraz bardziej przeciągające się wahanie w Wiedniu w praktyce oznaczało dla Niemiec ostateczne pogrzebanie nadziei na szybką, krótką kampanię zwieńczoną sukcesem i zakończeniem kryzysu. Ultimatum dla Serbii zredagowano dopiero 19 lipca i minęły kolejne cztery dni, zanim je wysłano. Działo się to już trzy i pół tygodnia od morderstwa w Sarajewie! Serbom dano na odpowiedź czterdzieści osiem godzin. Co ciekawe, Serbowie spodziewali się najgorszego i na początku nawet gotowi byli pójść na kompromis. Ale było to, zanim we wszystko wmieszali się Rosjanie, którzy od wielu dni znali bezkompromisowe warunki ultimatum. To właśnie oni doprowadzili do usztywnienia serbskiego stanowiska. Z kolei rosyjscy politycy zostali zachęceni do postawienia się Austro-Węgrom i bezwarunkowego wsparcia Serbii przez Francję, która słała swoje zapewnienia o wsparciu i pomocy sojuszniczej głosami prezydenta Poincarégo i premiera Vivianiego, którzy między 20 a 23 lipca przebywali z oficjalną wizytą w Petersburgu.

Prezydent Francji, który jako chłopiec miał okazję na własne oczy widzieć pruską inwazję na rodzinną Lotaryngię, miał własne powody, aby nie ufać Niemcom. Wspierał pomysł rosyjskiej interwencji na Bałkanach w 1912 roku, mając świadomość, że może ona doprowadzić do konfliktu z Niemcami. Wówczas, jak i w 1914 roku, osłabienie pozycji Niemiec w Europie poprzez starcie zbrojne z Rosją leżało w interesie Francji. W 1912 roku Rosja uznała, że nie powinna mieszać się w konflikt na Bałkanach. Dwa lata później decydenci w Petersburgu zdecydowali jednak, że powstrzymanie się przed zaangażowaniem będzie błędem, a wsparcie udzielone Serbii pomoże w realizacji celów strategicznych Rosji. „Jastrzębie” w rosyjskich kręgach władzy były zdania, że jeśli interwencja rosyjska doprowadzi do wojny, Niemcy zmuszone do walki na dwóch frontach, zostaną pokonane. Jednak decyzja o zaangażowaniu sprawiała, że coraz bardziej zmniejszała się liczba alternatywnych rozwiązań konfliktu. Od chwili przekazania Serbii austro-węgierskiego ultimatum sytuacja zmieniała się już bardzo szybko. Prawdopodobieństwo wojny światowej stawało się coraz większe. Jednak nawet na tym etapie, dałoby się ją jeszcze powstrzymać. Tylko że nie było już woli, by tego dokonać.

Ultimatum dla Serbii zostało następnego dnia jednoznacznie skomentowane przez ministra spraw zagranicznych Rosji – Siergieja Sazonowa: „To oznacza wojnę europejską”. Wkrótce potem Sazonow oskarżył Austriaków o celowe działania mające wywołać wojnę, mówiąc do austro-węgierskiego ambasadora: „Podkładacie ogień pod Europę”. Jednak sam Sazonow aż nadto dobrze zdawał sobie sprawę, że działania Rosjan znacznie zwiększały szanse pogrążenia w chaosie wojny całego kontynentu. Jeszcze zanim upłynął termin austro-węgierskiego ultimatum, to znaczy 24 lipca 1914 roku, Rosja wycofała wszystkie swoje depozyty z Berlina (w kwocie 100 mln rubli). Co ważniejsze, podjęto decyzję o rozpoczęciu utrzymywanej w tajemnicy częściowej mobilizacji armii (do liczby ponad miliona ludzi) oraz flot: bałtyckiej i czarnomorskiej. 25 lipca rozpoczęto realizację, tzw. planu „okresu przygotowawczego do wojny”. Ruchy dużych jednostek nie uszły uwadze Niemiec, które niemal od początku były świadome mobilizacji w rosyjskiej armii, mimo że formalnie ogłoszono ją dopiero 28 lipca i starano się do tej pory utrzymywać w tajemnicy. Tego samego dnia Austro-Węgry wreszcie wypowiedziały wojnę Serbii.

Na tym etapie dynamika zdarzeń nieuchronnie prowadziła do wojny europejskiej. Jednakże podejmowano jeszcze szaleńcze próby zatrzymania pędzącej machiny. Rozpoczęły się ostatnie manewry dyplomatyczne. Niektóre wyglądały na szczere, inne sprawiały wrażenie udawanych prób zażegnania konfliktu. Było już za późno. Niemcy nie mieli już złudzeń, że wojna z Serbią pozostanie tylko wojną lokalną. Mimo to pięć dni po rosyjskiej decyzji o rozpoczęciu utrzymywanej w tajemnicy mobilizacji nie podjęli jeszcze żadnych zdecydowanych kroków militarnych. Jeszcze 29 lipca w Berlinie wahano się, czy ogłosić „stan bezpośredniego zagrożenia wojną” (krok poprzedzający pełną mobilizację). Tego samego wieczora decyzję o powszechnej mobilizacji podjął car. Ogłosił ją następnego dnia – 30 lipca. Po jakimś czasie, zdenerwowany, wycofał się z niej, żeby potem znów zgodzić się na pełną mobilizację.

Na tym etapie w Berlinie imperatywy militarne okazały się przeważać nad wszelkimi względami dyplomatycznymi. Stan bezpośredniego zagrożenia wojną ogłoszono 31 lipca. Niemcy zastanawiali się, jak postąpią socjaldemokraci, którzy wcześniej twardo bronili swoich pacyfistycznych przekonań. Dlatego wszystko musiało wyglądać tak, jakby to Niemcy zostały zaatakowane i zmuszone do działań obronnych. Rosyjska powszechna mobilizacja stanowiła argument uzasadniający podjęcie poważnych kroków na drodze do wojny. Kanclerz Bethmann Hollweg najpierw stwierdził z satysfakcją, że Rosjanie teraz nie zaprzeczą, iż są winni, po czym dodał fatalistycznie: „Rzeczy są już teraz poza naszą kontrolą i kamień zaczął się toczyć”. O północy 31 lipca Niemcy wysłały Rosji dwunastogodzinne ultimatum, grożąc rozpoczęciem powszechnej mobilizacji, jeśli ta nie cofnie decyzji o swojej. Gdy 1 sierpnia upłynął termin ultimatum, a Petersburg nie zareagował, Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji. Tego samego dnia Francja ogłosiła powszechną mobilizację, wspierając swojego sojusznika. Dwa dni później, 3 sierpnia 1914 roku, Niemcy wypowiedziały wojnę Francji.

Wielka Brytania była w tym czasie bardziej zajęta działaniami na rzecz niedopuszczenia do wojny domowej w Irlandii niż kryzysem na kontynencie i nie należała do grona tych mocarstw, które dyktowały tempo konfliktu. Spośród wszystkich wielkich mocarstw to właśnie Wielka Brytania najmniej zyskałaby na wojnie w Europie. Przywódcy brytyjscy dobrze wiedzieli, jak pisał 23 lipca sir Edward Grey, minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii, że: „wojna oznacza wydatki tak ogromne, i tak wielką zmianę warunków handlu, że doprowadzi do kompletnego załamania europejskiego rynku kredytowego oraz przemysłu”. Prorokował: „Niezależnie od tego, kto wyjdzie z tego konfliktu zwycięsko, wiele z tego, co znamy, po prostu zniknie”. Większość przedstawicieli brytyjskiego rządu tak jak Grey obawiało się skutków wojny i miało nadzieję, że uda się utrzymać pokój. W ciągu następnego tygodnia minister spraw zagranicznych podejmował niepewne próby na rzecz zbadania możliwości pośrednictwa w rozwiązaniu kryzysu. Warunki porozumienia z Rosją i Francją nie wymuszały wcale na Wielkiej Brytanii natychmiastowej interwencji, a Grey starał się przede wszystkim zadbać o brytyjskie interesy. Zdecydowana deklaracja chęci zachowania neutralności, na którą liczyli Niemcy (ale której tak naprawdę wcale się nie spodziewali), może jeszcze na tym etapie zapobiegłaby wojnie światowej. Jednak fatalne w skutkach wahanie Greya oznaczało, że czas na jakiekolwiek dyplomatyczne inicjatywy błyskawicznie się kurczył. Ostatecznie Wielka Brytania nie mogła pozwolić, aby Niemcy zyskały na kontynencie pozycję dominującą. To właśnie przede wszystkim z tego powodu Wielka Brytania gotowa była zaangażować się w konflikt. Co więcej, wielu członkom rządu brytyjskiego, a także przedstawicielom partii opozycyjnych, wydawało się, że wsparcie Francji i Rosji jest sprawą honoru i prestiżu. Sir Eyre Crowe, wpływowa postać z ministerstwa spraw zagranicznych, przekonywał, że Wielka Brytania nie może sobie pozwolić na to, aby stać z boku, podczas gdy w Europie toczyć się będzie wielka wojna. Nie może się spodziewać, że jej neutralność nie wpłynie negatywnie na prestiż wielkiego mocarstwa.

Ostatecznie, gdy wojska niemieckie przekraczały już granicę neutralnej Belgii, a wystosowane o północy 4 sierpnia ultimatum Wielkiej Brytanii, która żądała od Niemiec poszanowania belgijskiej neutralności, zostało zignorowane, nie pozostało już nic innego, jak wypowiedzieć wojnę. Paradoksalnie ostatnie do wojny przystąpiły Austro-Węgry, państwo, którego działania spowodowały cały kryzys. Dopiero 6 sierpnia Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Rosji. Francja wypowiedziała wojnę Austro-Węgrom pięć dni później, a Wielka Brytania jeszcze dzień później. Serbia, za której przyczyną doszło do tego konfliktu, odczuła na własnej skórze cierpienia wojny dopiero po czternastu miesiącach! Jej terytoria były wtedy już tylko marginalnym teatrem działań wojennych. Tymczasem jednak wróćmy do gabinetów rządów głównych mocarstw europejskich, gdy sytuacja dojrzała do wielkiego wybuchu.

Za fatalnymi w skutkach decyzjami prowadzącymi do wojny stał strach. Każde z zaangażowanych w działania zbrojne państw żywiło obawy o swoją przyszłość. Były one po części kształtowane przez wewnętrzne siły podczas procesu demokratyzacji i socjalizacji społeczeństw albo, szczególnie w przypadku Austrii, przez silną nacjonalistyczną presję grup narodowych, które, jak się obawiano, mogły doprowadzić (i rzeczywiście doprowadziły) do rozpadu imperium. Jednak wielkie mocarstwa przede wszystkim bardzo bały się siebie nawzajem. Niemcy obawiały się oblężenia przez wrogów – Francję i Rosję. Zwłaszcza Rosję. Lękano się potęgi militarnej carskiego reżimu, a także przyszłej rosyjskiej dominacji na Bałkanach – terytorium postrzeganym jako kluczowe w niedalekiej przyszłości dla interesów Rzeszy. Rosja też się bała, że Bałkany znajdą się pod kontrolą niemiecką, ułatwiając Rzeszy ekspansję na Bliski Wschód i przejęcie kluczowej gospodarczej „linii życia”, prowadzącej przez Bosfor. Francja, zaatakowana przez Prusy zaledwie czterdzieści lat wcześniej (w 1870 roku), pielęgnowała w społeczeństwie prawie paranoiczny strach przed Niemcami. Wielka Brytania bała się utraty swojej dominacji handlowej i niemieckiej supremacji w Europie. Myśl o tym, że Niemcy mogłyby kontrolować belgijskie i francuskie wybrzeża tuż „pod nosem”, zaraz po drugiej stronie Kanału La Manche, była wprost nie do zniesienia. Ten strach prowadził do wyścigu zbrojeń. Dlatego wszystkie strony konfliktu z takim optymizmem myślały o tym, by działać, póki nie będzie za późno. Wykorzystać szansę, zanim uczyni to wróg. Na dodatek wszystkie wielkie mocarstwa obawiały się utraty prestiżu i pozycji, gdyby przyszło im zawrócić znad krawędzi.

Gotowość do podjęcia dużego ryzyka wynikała z przekonania, że wojna, jeśli do niej dojdzie, będzie konfliktem krótkotrwałym. Może nie tyle z przekonania, co na skutek nadziei, pozbawionej jednak refleksji dotyczącej tego, co może się stać, jeśli rzeczywistość nie dopasuje się do mrzonek. Pewna liczba decydentów we wszystkich państwach biorących udział w konflikcie – w każdym przypadku grupa nie większa niż kilka jednostek – wyrażała obawy związane z poważnymi konsekwencjami wojny. Jednak bez względu na wewnętrzne obawy także i oni zachowywali się tak, jakby wojna miała być krótkim epizodem. A przecież przywódcy państw europejskich lub ich doradcy wojskowi nie byli ignorantami, nieświadomymi niszczycielskiej mocy nowoczesnej artylerii. Musieli spodziewać się ogromnej liczby ofiar wśród piechoty wysyłanej wprost na stanowiska karabinów maszynowych. Pewnych wyobrażeń o tym, jak wielu ofiar trzeba się spodziewać, mogła dać wojna domowa w Ameryce sprzed kilku dekad. Jednak w Europie nikt jakoś nie próbował analizować olbrzymich strat. Nikomu nie dały do myślenia analizy wojny francusko-pruskiej z lat 1870–1871, gdy zginęło 184 000 żołnierzy. Jeśli już wyciągano z niej jakieś wnioski, to chyba tylko takie, że poziom zaawansowania współczesnych machin destrukcji przyniesie szybkie rezultaty i dlatego właśnie przyczyni się do skrócenia walk. Przecież tamta wojna trwała zaledwie dziesięć miesięcy, a kluczowa dla jej losów bitwa nad Sedanem rozegrała się już po sześciu tygodniach. Analitycy i obserwatorzy znali też oceny dotyczące szeroko relacjonowanej w Europie wojny rosyjsko-japońskiej z lat 1904–1905. Ale przecież i ta wojna była krótka: nie trwała dłużej niż rok.

Założenia tezy o kolejnej, krótkiej wojnie bazowały zatem na stosunkowo niedawnych doświadczeniach. Zamiast czuć respekt przed perspektywą długiego konfliktu, który skończy się impasem krwawych bitew w sieciach okopów, teoretycy wojskowości znajdowali się pod wpływem optymistycznych argumentów zwolenników postępu technologicznego, którzy roztaczali wizje szybkiej, mobilnej ofensywy, która nawet jeśli przyniesie duże straty, doprowadzi do błyskawicznego zwycięstwa. Wydaje się, że zwłaszcza niemieccy stratedzy wojskowi dali się nabrać na te utopijne wizje. Sami wielokrotnie przyznawali, że Niemcy za wszelką cenę powinny unikać długiej wojny na wyczerpanie. Wszak sojusz stworzony przez wrogów dysponował znaczną przewagą liczebną, a niemiecki wysiłek wojenny mógł zostać zdławiony przez brytyjską blokadę morską. Niemiecki Sztab Generalny odpowiedzialny za planowanie operacji stwierdził zatem, że zwycięstwo będzie tym bardziej prawdopodobne, im szybszą i bardziej niszczącą ofensywą zacznie się wojna, gdyż tylko tak uda się zwiększyć prawdopodobieństwo pokonania przeciwników, zanim ci zdążą zmobilizować odpowiednie siły. I tym szybciej wojna dobiegnie końca.

Moltke wykorzystał starszy wariant planu stworzonego w 1905 roku przez jego poprzednika na stanowisku szefa Sztabu Generalnego, generała Alfreda Grafa von Schlieffena – planu bazującego na rozpoczęciu wojny na dwóch frontach, rozbiciu w pierwszej kolejności wroga na zachodzie dzięki błyskawicznej ofensywie z przewagą sił i środków, by w drugim etapie przerzucić oddziały na wschód, zanim Rosjanie zdążą poczynić większe szkody. Schlieffen sądził, że przełom, który przyniesie zwycięstwo, można osiągnąć w ciągu około miesiąca. Jednak Francuzi dobrze wiedzieli, jakie grozi im niebezpieczeństwo, a jako że ich armia polowa dorównywała niemieckiej w liczbach, przygotowywali plany własnej, porównywalnej ofensywy. Plany rosyjskie również przybrały formę śmiałych, szybkich, zdecydowanych działań ofensywnych w Galicji (ofensywa przeciwko Niemcom w Prusach Wschodnich, ku rozczarowaniu Francuzów, była tylko celem pobocznym), aby jak najszybciej dotrzeć do Karpat. Austro-Węgry także wychodziły z założenia, że atak jest najlepszą formą obrony. Zakładały jednak, że w pierwszej fazie zajmą się zajęciem terytorium Serbii, a przeciwko Rosjanom skierują się dopiero w niszczycielskim tandemie z Niemcami. Tym samym każdy z przeciwników kontynentalnych zakładał przede wszystkim działania ofensywne. To właśnie ofensywa miała być drogą do decydującego – i szybkiego – zwycięstwa. Nikt nie przygotowywał planów na wypadek konieczności defensywnego wycofania się na pozycje obronne. Nikt nie zastanawiał się nad tym, co się stanie, gdy nie uda się sięgnąć po szybkie zwycięstwo. Wtedy bowiem trzeba byłoby zaakceptować wizję długiej wojny na wyczerpanie, w której zwycięży ta strona, która będzie dysponować nie tylko większą siłą militarną, ale i większym potencjałem przemysłowym oraz ekonomicznym.

Wiara w to, że wojna jest uzasadnioną koniecznością, a także optymistyczne domniemanie, że walki będą krótkie – na wzór ekscytującej i pełnej heroicznych czynów przygody – a zwycięstwo zostanie osiągnięte błyskawicznie i przy niewielkiej liczbie ofiar, na stałe zakorzeniła się nie tylko wśród przedstawicieli klas rządzących w Europie. Przeniknęła również do szerszych warstw społecznych. To tłumaczy, dlaczego tak wielu ludzi w każdym z zaangażowanych w konflikt krajów reagowało tak entuzjastycznie, nawet euforycznie, gdy napięcie – niewyczuwalne na poziomie ulic aż do ostatnich tygodni lipca – najpierw rosło, a potem eksplodowało z całą siłą. Oczywiście takie optymistyczne wizje przyszłości nie były z pewnością powszechne, a entuzjazm był znacznie bardziej ograniczony, niż mogło sugerować pierwsze wrażenie. W rzeczywistości, jak to zwykle bywa, ludzie reagowali emocjonalnie, różnie, zależnie od krajów, pochodzenia, regionów, klasy społecznej czy politycznych zapatrywań. Skala zachowań była bardzo szeroka: począwszy od histerii prowojennej aż po żarliwy antywojenny pacyfizm, od z trudem wytłumaczalnej radości po duże zaniepokojenie. Nie ma jednak wątpliwości, że na wieść o rychłej wojnie przynajmniej część populacji wielkich miast zareagowała mniej lub bardziej powszechnym wybuchem radości.

Przebywający w Wiedniu brytyjski ambasador, po zerwaniu przez Austro-Węgry stosunków dyplomatycznych z Serbią, donosił o „ogromnych tłumach” w „szale radości” paradujących ulicami miasta „przy akompaniamencie patriotycznych pieśni”. Austriacki pisarz o przekonaniach pacyfistycznych, Stefan Zweig, wspominał później, że był urzeczony tym, jak atmosfera w mieście przekształciła się w patriotyczny entuzjazm: „Organizowano marsze i pochody z flagami, wstążkami i przy dochodzącej zewsząd patriotycznej muzyce. Młodzi rekruci maszerowali triumfalnie z twarzami rozpalonymi entuzjazmem”. Zweig stwierdził, że jego „niechęć, a nawet nienawiść do wojny” została czasowo pokonana przez czyste emocje, które uważał za „majestatyczne, zachwycające, a nawet uwodzicielskie”. „Nastroje wojenne”, gdy wiadomo już było, że decyzja o wojnie w imię obrony przed carską tyranią została już podjęta, przeważały nad początkowymi protestami również w szeregach austro-węgierskich socjalistów, którzy wcześniej sprzeciwiali się działaniom, które groziły pokojowi.

31 lipca 1914 roku, na wieść o rozpoczęciu mobilizacji w Rosji, przed pałacem królewskim w Berlinie zebrał się tłum 50 000 obywateli – głównie przedstawicieli klasy średniej i studentów – aby usłyszeć wystąpienie cesarza. Przekonywał on: „Na wojnie, która nas czeka, moi ludzie nie dzielą się już na partie. Odtąd są wśród nas tylko Niemcy”. W piwiarniach, kawiarniach i ogródkach piwnych ludzie śpiewali patriotyczne pieśni. Młodzi mężczyźni maszerowali ulicami, wznosząc okrzyki prowojenne. W innych miastach niemieckich organizowano radosne manifestacje na rzecz poparcia dla wojny. Z balkonu Pałacu Zimowego w Petersburgu car Mikołaj witał ogromny tłum Rosjan, którzy klękali i wymachiwali transparentami, śpiewając hymn narodowy. W Paryżu przemówienie prezydenta Poincarégo, w którym głosił przezwyciężenie podziałów wewnętrznych w „świętej jedności” Francuzów, zostało przyjęte z niesamowitym, patriotycznym zapałem. Socjaliści dołączyli do głosów poparcia. Gniew przedstawicieli klasy robotniczej po zabójstwie Jaurèsa został skierowany ku zewnętrznemu zagrożeniu przez potrzebę dopełnienia patriotycznego obowiązku i przeciwstawienia się agresji niemieckiej.

U podstaw tak niezwykłych emocji leżały lata nacjonalistycznej indoktrynacji w szkołach i na uniwersytetach, w czasie służby wojskowej, w patriotycznych organizacjach i grupach lobbystycznych, a także w popularnej prasie. To zrobiło swoje. Wśród arystokratów i przedstawicieli klasy średniej, a szczególnie wśród intelektualistów i studentów, nacjonalistyczny zapał był wyraźnie zauważalny. Wielu ludzi uznało wojnę za metodę służącą odnowieniu ducha narodu poprzez wyzwolenie od rzekomej dekadencji moralnej współczesnego społeczeństwa. Widać to wyraźnie w treści manifestu włoskich futurystów z 1909 roku: „Chcemy gloryfikować wojnę, jedyne źródło higieny świata, akt militaryzmu, patriotyzmu i destrukcji”. A zatem wojna postrzegana była jako dzieło heroiczne, wymagające, z gruntu męskie – antidotum dla upadku obyczajów i narodu. Wywoływała poczucie jedności narodowej, czasowo zażegnując wszelkie wewnętrzne podziały. Dla niemieckich intelektualistów nowa jedność wydawała się „ucieleśnieniem ducha 1914 roku”, równoznacznym niemal z poczuciem przebudzenia religijnego. Wzmagającym przekonanie, że niemiecka kultura nie tylko różni się od cywilizacji stworzonej przez Francuzów na bazie rewolucji i koncepcji republikańskiej, ale jest od niej lepsza (nie mówiąc już o materialistycznej demokracji rodem z Wielkiej Brytanii!). Wartości wyższej kultury trzeba bronić, a jeśli zajdzie taka potrzeba – zaszczepić w krajach reszty Europy.

Ani te wzniosłe, intelektualne poczucie wyższości, ani powszechny entuzjazm dla wojny nie definiują jednak w sposób precyzyjny prawdziwych postaw Europejczyków. Radosne reakcje na wieść o wojnie w dużej mierze ograniczały się do mieszkańców większych miast. Jednak nawet tam trudno było mówić o emocjach uniwersalnych i powszechnych. Przebywający w Londynie pacyfista i filozof Bertrand Russell twierdził później, że ze zdumieniem obserwował, jak „zwykli ludzie, kobiety i mężczyźni, byli szczerze zachwyceni perspektywą wojny”. Współcześni mu obserwatorzy życia społecznego i politycznego wskazywali jednak, że w Londynie i w innych częściach Wielkiej Brytanii czuć było wszechogarniające wrażenie niepokoju i nerwowości, a nie powszechny entuzjazm, który wydawał się być w dużej mierze ograniczony do części klasy średniej, a zwłaszcza młodzieży z tej klasy społecznej.

Patriotycznego zapału grup studentów z centrum Berlina nie podzielali robotnicy przemysłowi z pozostałych dzielnic miasta. Tam przeważały raczej nastroje antywojenne, a na pewno obawy na myśl o wojnie oraz pragnienie utrzymania pokoju. Również na terenach wiejskich, wybuch wojny przyjęto z niewielkim entuzjazmem. Donoszono, że „w wielu rodzinach chłopskich zapanował ogromny smutek”, a ludność wiejska niespecjalnie cieszy się na myśl o tym, że wielu ojców, synów, braci i wnuków może stracić życie w tej wojnie. Rosyjscy chłopi często nawet nie wiedzieli, o co mają walczyć. W wioskach francuskich zapanował nastrój niepewności, pesymizmu i fatalistycznej akceptacji konieczności, w przeciwieństwie do oznak dzikiej radości w odpowiedzi na deklarację „świętej jedności” prezydenta.

Wśród pracowników przemysłowych, a zwłaszcza robotników związanych z partiami socjalistycznymi i należących do związków zawodowych – silnie internacjonalistycznych i preferujących idee pacyfizmu – obce były emocje takie jak jingoistyczny szowinizm i entuzjazm dla wojny. Jednak nawet w tych środowiskach raczej nikt głośno i oficjalnie nie protestował przeciwko wojnie. Akty sprzeciwiania się poborowi do wojska były nieliczne. Wszyscy mieli swego rodzaju poczucie obowiązku lub fatalistycznej akceptacji, nawet tam, gdzie nowych rozporządzeń nie przyjęto z entuzjazmem. We Francji tylko 1,5% osób zmobilizowanych stawiło aktywny opór. Rząd spodziewał się 13%. Przedstawiciele niemieckich związków zawodowych zgodzili się na czas wojny zawiesić strajki. Socjaliści w parlamencie niemieckim, francuskim i brytyjskim głosowali za poparciem dotacji rządowych na zbrojenia. W Rosji socjaliści wstrzymali się przed głosowaniem przeciw nadzwyczajnym wydatkom na zbrojenia (choć pięciu bolszewickich członków Dumy zagłosowało przeciw; ci zostali aresztowani).

Tym, co przekonywało zwolenników międzynarodowego socjalizmu do wsparcia działań nacjonalistycznych, była myśl, że ich kraj został wciągnięty do wojny wbrew swojej woli i musi się bronić. Nie dało się tego uniknąć. Wojna była postrzegana jako konflikt, w którym przyjdzie walczyć o wolność, a nie dla potrzeby imperialistycznej dominacji. Późniejsze pokolenia spojrzą wstecz i ujrzą wojnę jako akt bezsensownego marnotrawienia życia ludzkiego na kolosalną skalę. W sierpniu 1914 roku jednak ta wojna wcale nie wydawała się bezcelowa. Robotnicy byli gotowi walczyć i umierać dla kraju, w obronie rodaków i sojuszników w konflikcie, który uważano za sprawiedliwy akt samoobrony przed wrogą agresją. Już jako poborowi w armii zwykli ludzie przechodzili proces indoktrynacji z patriotyzmu i dyscypliny. Teraz mieli być przede wszystkim patriotami, a dopiero w drugiej kolejności socjalistami.

W Niemczech koncepcja obrony kraju przed mrocznymi siłami carskiej autokracji zmotywowała i zjednoczyła socjalistów. W ostatnich dniach lipca w wielu niemieckich miastach socjaldemokraci zorganizowali wielkie wiece antywojenne. Szacuje się, że uczestniczyło w nich pół miliona zwolenników pokoju. Jednocześnie ludzie ci podkreślali, że robotnicy są gotowi bronić ojczyzny, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ta potrzeba zmaterializowała się pod postacią „walki z caratem”. Gdy Niemcy wypowiedziały Rosji wojnę w reakcji na rosyjską mobilizację, nastroje zmieniły się. Mówiono o patriotyzmie w imię obrony ojczyzny. Niemieckojęzyczni socjaliści w Austrii poparli wojnę z tego samego powodu. Rosyjscy socjaliści, ignorując bolszewików z ich antywojennymi hasłami, zjednoczyli się w związku z potrzebą obrony „Matki Rosji” przed Niemcami, postrzeganymi jako „wrogowie depczący wszelkie zasady humanitaryzmu”. Wstrzymano strajki, a pacyfiści i internacjonaliści zostali zmuszeni do emigracji. Socjaliści francuscy również poczuli się zmuszeni od obrony patrie przed hordą znienawidzonych Hunów. Brytyjska Partia Pracy zaakceptowała strategię, zgodnie z którą wojnę należy prowadzić aż do ostatecznego pokonania Niemiec.

Swój wielki udział w wywoływaniu histerii antycudzoziemskiej miały gazety we wszystkich krajach uczestniczących w konflikcie. Owszem, byli tacy, którzy umiejętnie się przed nią bronili. Jednak podkręcana przez media atmosfera zagrożenia sprawiała, że na każdym kroku widziano szpiegów i przedstawicieli „piątej kolumny”. Każdy, kto posługiwał się obcym akcentem lub miał po prostu dziwne imię, musiał czuć się zagrożony. Ci, których germański akcent zdradzał pochodzenie z Alzacji, byli atakowani przez Francuzów. Dwie kobiety, które rozmawiały po francusku w Monachium, ledwo uszły z życiem. Uratowały się tylko dzięki szybkiej reakcji policji. Patriotycznie nastawieni demonstranci w Petersburgu zniszczyli niemiecką ambasadę i plądrowali niemieckie sklepy. Car zmienił nazwę stolicy Rosji na Piotrogród, bo bał się, że Petersburg brzmi zbyt niemiecko.

W pierwszych dniach sierpnia do armii niemieckiej zgłosiło się na ochotnika ponad ćwierć miliona ludzi. Liczbę tę można uznać za imponującą, jeśli uświadomić sobie, że prawie cała męska populacja tego kraju była objęta poborem, z którego zwolniono tylko osoby poniżej siedemnastu i powyżej pięćdziesięciu lat. W Wielkiej Brytanii, która jako jedyny uczestnik wojny nie stosowała powszechnego poboru, na ochotnika do służby wojskowej w sierpniu 1914 roku zgłosiło się 300 000 mężczyzn, a we wrześniu kolejne 450 000. Wielu współpracowników i sąsiadów w miastach przemysłowych zgłaszało się razem, tworząc w ten sposób wyjątkowe „bataliony towarzyszy”. Dużą rolę odgrywała też presja społeczna. Jednak podobnie jak w innych krajach konfliktu, wszędzie tam, gdzie komisje lekarskie zapełniły się poborowymi, dało się wyczuć powszechny entuzjazm i tylko minimalny opór przed poborem. A więc pierwsza wojna światowa, przynajmniej na początku, była wojną popularną.

W każdym kraju żołnierzy wyruszających na front żegnały na dworcach w oficjalny i huczny sposób wielkie tłumy. Płaczom matek, żon i dzieci towarzyszyły pieśni patriotyczne oraz pełne przekonania zapewnienia o szybkim zwycięstwie i równie szybkim powrocie. A jednak wielu, jeśli nie większość tych mężczyzn, którym przyszło wyruszyć na wojnę, bez względu na to, jaką twarz pokazywali żegnającym ich członkom rodzin i przyjaciołom, opuszczano swoje domy, gospodarstwa, biura i miejsca pracy z pewną niechęcią, a także z obawą. Pocieszali siebie nawzajem i wszystkich wokół, że „wszystko się skończy do Bożego Narodzenia”. Niewielu dopuszczało do głosu obawy, które zwerbalizował na przykład austriacki polityk i historyk Josef Redlich, który 3 sierpnia 1914 roku, obserwując tysiące mężczyzn wypełniających wagony pociągów na stacji kolejowej na północnych przedmieściach Wiednia, pisał: „Płacz matek, żon i narzeczonych: jakie nieszczęścia na nich czekają!”.

Mobilizacja odbywała się ściśle według rozkładów kolejowych. Niemcy dysponowali 11 000 składów, a Francuzi 7000. Te pociągi przewoziły oddziały zmierzające na front. Dalej od linii kolejowych trzeba już było zdać się na transport konny. Potrzeba było masy koni! Austriacy, Niemcy i Rosjanie zmobilizowali blisko 2,5 miliona koni. Brytyjczycy i Francuzi kolejne setki tysięcy. Armie 1914 roku nie różniły się wiele od tych z czasów Napoleona w zakresie uzależnienia od siły pociągowej.

Za to zmieniły się mundury. Piechotę ubierano teraz zwykle na szaro lub w mundury w kolorze khaki. Jedynie Francuzi szli na wojnę w jasnoniebieskich uniformach, czerwonych spodniach i w czerwono-niebieskich kapeluszach, jakby wprost z kart historii wojen poprzedniego wieku. W sierpniu 1914 roku na próżno byłoby szukać w wyposażeniu żołnierzy stalowego hełmu (żołnierze francuscy i brytyjscy otrzymali je dopiero w 1915 roku, a wojska niemieckie rok później) lub maski przeciwgazowej, która wkrótce stała się dodatkiem nieodzownym, nawet jeśli nie do końca spełniającym swoje zadanie, bo niechroniącym najlepiej przed nową, śmiertelnie groźną bronią.

W 1914 roku pierwszą wojnę światową rozpoczynały armie XIX wieku, którym przyszło walczyć w nowoczesnych warunkach wojny XX wieku.

ROZDZIAŁ 2

Wielka katastrofa

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Milczący tłum ludzi (…) Regimenty maszerowały przy muzyce swoich zespołów; pamiętaj, że wszyscy ci ludzie szli na rzeź.

Pamiętnik Michela Cordaya, urzędnika służby cywilnej, Paryż (14 lipca 1915 roku)

Gdy nadszedł sierpień 1914 roku, nic już nigdy nie miało być takie samo. Nowe stulecie było jeszcze młode. Trwało zaledwie czternaście lat. Ale wybuch wojny, którą wkrótce będzie się nazywać „wielką wojną”, wyznaczył prawdziwy początek XX wieku w Europie. Lata między kalendarzowym początkiem wieku a sierpniem 1914 roku, który stał się symbolem katastrofy, należały jeszcze do poprzedniej epoki. W tym miesiącu rozpoczął się nowy, straszliwy wiek. Wiek śmierci i nienawiści.

Pierwszy akt tragedii

Dwa lata przed wojną pewien nauczyciel z Hamburga i gorący orędownik pokoju, Wilhelm Lamszus, w powieści zatytułowanej Das Menschenschlachthaus (Ludzka rzeźnia), w ponurych, przerażających słowach opisał, jak bezmyślne, dobrze naoliwione maszyny niosą śmierć i zniszczenie na niespotykaną skalę. Nie przypuszczał wtedy, że jego straszne proroctwo się spełni. Osiem lat później, Ernst Jünger, niemiecki oficer, który służył z zapałem i z wielką odwagą jako dowódca na pierwszej linii frontu przez niemal całą wojnę, zatytułuje swój bestseller, jedno z najbardziej niezwykłych dzieł literackich poświęconych wojnie światowej In Stahlgewittern1. Nie mógł znaleźć bardziej odpowiedniego tytułu przedstawiającego to, z czym mieli do czynienia żołnierze krajów europejskich uczestniczących w wojnie trwającej cztery długie lata.

Obie książki, zarówno ta sprzed wybuchu konfliktu, jak i powojenna, ukazywały prawdziwe oblicze wojny. W odróżnieniu od wszystkich innych dotychczasowych zmagań armii, wojny zorganizowanej – masowej rzezi, możliwej dzięki najnowszym zdobyczom techniki. Wojny, w której ludzie zabijani byli na tak wiele różnych sposobów przez innych ludzi, posługujących się maszynami siejącymi zniszczenie: ciężką artylerią, karabinami maszynowymi, karabinami samopowtarzalnymi, lekkimi moździerzami, umożliwiającymi niszczenie siły żywej wroga, ukrywającej się w okopach, materiałami wybuchowymi o ogromnej energii eksplozji, granatami, miotaczami ognia i zabójczymi gazami trującymi. Nowoczesna broń, zastosowana w wielkiej ilości, zadawała śmierć: bezosobową i absolutną, na niespotykaną dotąd skalę. Podczas układania planów działań ofensywnych stratedzy zaczęli uwzględniać wielkie straty w ludziach. Na polach bitew najwięcej żołnierzy ginęło od ognia artylerii i pocisków odłamkowych, ale tysiące ludzi umierało wskutek ran i chorób zbierających swoje żniwo przez okropne warunki bojowe.

Wojna jako siła napędzająca innowacje technologiczne doprowadziła do wprowadzenia do arsenałów armii nowej broni i metod masowego zabijania, które na zawsze zmieniły oblicze przyszłości. Gazów trujących zaczęto używać powszechnie już w roku 1915 po tym, jak pierwsi zastosowali je Niemcy wiosną tego samego roku, podczas ataku na pozycje aliantów w pobliżu Ypres. Pierwsze czołgi pojawiły się na polu bitwy nad Sommą w ramach brytyjskiej ofensywy w 1916 roku, a dwa lata później były już powszechnie wykorzystywane w dużych formacjach bojowych. Od 1915 roku ważną rolę zaczęły odgrywać także okręty podwodne stosowane do zwalczania alianckiej żeglugi, co zmieniło charakter wojny na morzu. Szybki rozwój technologii lotniczych sprawił, że z przerażającą perspektywą bombardowań z powietrza musiały się liczyć już nie tylko oddziały walczące na frontach, ale i cywile z miast na tyłach. Bomby zrzucone 6 sierpnia 1914 roku na belgijskie Liège z niemieckiego sterowca Zeppelin mogły być przedsmakiem tego, co czeka Europę już za kilka lat. Zresztą ludność cywilna zacznie odgrywać coraz ważniejszą rolę w zmaganiach narodów, ponieważ zwykli ludzie będą wpływać na wysiłek wojenny nie tylko poprzez swoją pracę w zakładach zbrojeniowych, ale i przez to, że sami staną się celami ataków. Propaganda wojenna będzie wykorzystywać środki masowego przekazu, aby zaszczepić nienawiść do wrogów. Państwa znajdujące się w stanie wojny będą mobilizować całą populację na wiele różnych sposobów. Odtąd wojna nabrała już charakteru wojny totalnej. Francuska prasa ukuła termin la guerre totale – wojna totalna – w 1917 roku, aby w ten sposób uzmysłowić wszystkim, że obywatele – zarówno ci na froncie, jak i ci na tyłach – są złączeni w jednym, wszechogarniającym wysiłku wojennym w imię obrony ojczyzny.

Co więcej, choć wojna toczyła się przede wszystkim w Europie, po raz pierwszy stała się konfliktem prawdziwie globalnym, rozlewając się na wszystkie kontynenty. Po części dotyczyło to rozrzuconych na całym świecie obszarów, wchodzących w skład imperiów Wielkiej Brytanii i Francji. Oba te mocarstwa zmobilizowały bowiem na potrzeby tego zrywu wszystkie dostępne siły. Brytyjskie dominia – Australia, Kanada, Nowa Zelandia i Związek Południowej Afryki – udzieliły poparcia Wielkiej Brytanii w sierpniu 1914 roku. Mieszkańcy Afryki i Hindusi byli wcielani do armii, uczestnicząc w zmaganiach na kontynencie europejskim, zwykle ponosząc przy tym wielkie straty. Po stronie aliantów walczyło około 1 mln Hindusów – wielu z nich w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Francja zaciągnęła ponad 600 000 obywateli swoich kolonii, głównie z zachodniej i północnej Afryki. Łącznie w armiach sojuszników znajdowało się ponad 2 mln Afrykanów – walczyli jako żołnierze, ale i pracowali jako robotnicy cywilni. Około 10% z tych żołnierzy nie przeżyło wojny. Śmiertelność wśród robotników – wykorzystywanych w znacznej liczbie we wschodniej Afryce jako tragarze – była nawet dwukrotnie wyższa (wyższa też niż śmiertelność brytyjskich żołnierzy podczas całej wojny).

Jak większość wojen, także i tą łatwiej było zacząć, niż zakończyć. Zamiast wrócić do domu na święta (jak przekonywali żołnierze swoich bliskich i samych siebie), w ciągu pierwszych miesięcy walk zginęło 250 000 żołnierzy francuskich. Łączną liczbę ofiar (zabitych, rannych i wziętych do niewoli) już z końcem listopada 1914 roku oceniano na 450 000. Brytyjskie straty sięgnęły wtedy 90 000. Więcej niż wynosiła liczba korpusu brytyjskiego w przededniu walk! Straty armii Austro-Węgier oszacowano na ponad 300 000 zaledwie po kilku pierwszych bitwach z Rosjanami w Galicji na przełomie sierpnia i września. A w ciągu pierwszych pięciu miesięcy walk na froncie wschodnim wyniosły już 500 000. Niemcy do końca 1914 roku stracili 800 000 żołnierzy, z czego 116 000 uznaje się za zabitych (więcej niż czterokrotność całkowitej liczby zabitych w czasie wojny francusko-pruskiej w latach 1870–1871). Największe straty w pierwszej fazie wojny poniosła Rosja. Na przestrzeni pierwszych dziewięciu miesięcy straciła bowiem 2 mln ludzi, z których 764 000 trafiło do niewoli. Straty walczących w 1914 roku były wyższe niż w którymkolwiek innym roku wojny (w stosunku do wielkości armii).

Coraz większy odsetek w całkowitej liczbie ofiar wojny stanowiły ofiary cywilne. Podczas przemarszu oddziałów niemieckich przez Belgię ponad 6000 cywilów – w tym kobiety i dzieci – zginęło, było maltretowanych lub zostało deportowanych ze swoich ziem już w pierwszych tygodniach wojny. Podczas szkolenia niemieckim żołnierzom zaszczepiano niemal paranoidalny strach przed partyzantką. Żołnierze często pod wpływem nienawiści obarczali cywilów zbiorową winą za rzekome (a w większości przypadków wyimaginowane) działania snajperów lub za incydenty, w których ostrzał własny brany był za zdradzieckie ataki od tyłu. Kolektywne „kary” wymierzano nawet wówczas, gdy żołnierze dobrze wiedzieli, że ich ofiary są niewinne.

Kiedy w czasie decydującej bitwy nad Marną, stoczonej w dniach 6–9 września 1914 roku, Francuzi powstrzymali niemiecką ofensywę nieco ponad 50 km od rogatek Paryża, stało się jasne, że zawiodła strategia błyskawicznego zwycięstwa w oparciu o plan Schlieffena (który dawał Niemcom nadzieję szybkiego pokonania Francuzów, a potem skierowania głównych sił na wschód). Tym samym, czas wojny błyskawicznej na zachodzie dobiegł końca. Teraz każdego dnia myślano już tylko o obronie. Żołnierze po obu stronach frontu wgryzali się głęboko w ziemię i zaczęli konstruować prawdziwy labirynt okopów, tworząc najpierw dość prymitywny, ale z każdym dniem coraz bardziej skomplikowany system umocnień. Wkrótce rozryty dołami po wybuchach pas okopów biegł niemal bez przerwy od wybrzeży kanału La Manche aż po granicę ze Szwajcarią. Wielkie rzesze żołnierzy musiały dostosować się do nowej rzeczywistości w okopach – pełnych robactwa i błota dziurach w ziemi, ciągnących się zygzakami za płotami z drutu kolczastego i uzupełnionych pomocniczymi rowami, wychodzącymi na tyły magazynów amunicji, zapasów sprzętu wojskowego i szpitali polowych. Pod koniec września 1914 roku na froncie zachodnim zapanował impas, który będzie trwał właściwie kolejne cztery długie lata, aż do 1918 roku.

Ogromne straty ponoszone przez walczące kraje nie przekonały żadnego z nich do podjęcia rokowań i próby zakończenia tego szaleństwa. Wszyscy mieli ogromne rezerwy siły ludzkiej. Ponieważ zasadniczo strategia działań bazowała teraz na wykrwawieniu wroga do tego stopnia, że nie będzie on już zdolny do walki, a podstawową metodą osiągnięcia tego celu było ponawianie ataków z wykorzystaniem coraz większych sił przeciwko dobrze przygotowanym liniom obronnym, kolosalny rozlew krwi mógł trwać w nieskończoność.

Na wschodzie, gdzie działania wojenne nigdy nie miały formy stacjonarnej wojny okopowej, podobnej do tej na zachodzie, z uwagi na znacznie dłuższą linię frontu i słabe zaludnienie sytuacja strategiczna wyglądała na bardziej obiecującą dla państw centralnych. Oddziały niemieckie, dowodzone przez generała Paula von Hindenburga, który przeszedł wprawdzie wcześniej w stan spoczynku, ale został ponownie powołany do czynnej służby i wsparty młodszym, dynamicznym, a czasami nawet porywczym szefem sztabu 8. Armii – generałem Erichem Ludendorffem, pod koniec sierpnia 1914 roku zadały ciężkie straty rosyjskiej 2. Armii w bitwie, którą nazywa się bitwą pod Tannenbergiem w Prusach Wschodnich. Niemcy walczyli tu na ojczystej ziemi i umiejętnie odparli uderzenie rosyjskie. To, czego mieszkańcy Prus Wschodnich doświadczyli w czasie krótkiej, dwutygodniowej okupacji części ich ziem przez Rosjan, zintensyfikowało antyrosyjskie uprzedzenia i przyczyniło się do wzrostu okrucieństwa walczących. Rosjanie ponieśli ogromne straty – łącznie prawie 100 000 żołnierzy, z czego 50 000 zginęło lub zostało rannych, a kolejne 50 000 wzięto do niewoli. Krótko potem, między 8 a 15 września 1914 roku, w bitwie nad jeziorami mazurskimi Rosjanie stracili kolejne 100 000 ludzi (z których 30 000 dostało się do niewoli). Dalej na południu, na froncie rosyjsko-austriackim odnieśli jednak spore sukcesy, opanowując Galicję. Austro-Węgry musiały cofnąć się pod naporem przeważających sił rosyjskich i 3 września, ponosząc ogromne straty, armia austro-węgierska została zmuszona do upokarzającego odwrotu.

Podobnie jak w przypadku Niemców, w Belgii przekonanie – w przeważającej mierze niesłuszne – że cywile uczestniczyli w atakach na żołnierzy, stało się przyczyną brutalności, która towarzyszyła rosyjskiej okupacji Galicji. Najbardziej w tym czasie ucierpieli Żydzi, których w Galicji żyło prawie milion. W działaniach tych niepoślednią rolę odegrali kozacy. Duża liczba Żydów opuściła swoje ziemie, spodziewając się, że pod okupacją rosyjską nie czeka ich nic dobrego. Pogromy dokonywane przez najeźdźców rozpoczęły się już w połowie sierpnia. Wraz z eskalacją przemocy ginęło coraz więcej Żydów. Rozboje i gwałty były na porządku dziennym. Ginęły całe gminy żydowskie. Wojsko rosyjskie uwięziło ponad tysiąc Żydów. Uwolniono ich dopiero wtedy, gdy ludzie ci zostali wykupieni z niewoli. Wszędzie, jak Galicja szeroka i długa, konfiskowano majątki Żydów. Latem 1915 roku blisko 50 000 Żydów – i taką samą liczbę mieszkańców tych ziem, niebędących Żydami – wywieziono w głąb Rosji. Wielu z nich zmarło na Syberii i w stepach Turkiestanu.

Austriacy musieli w pierwszych tygodniach wojny przełknąć gorzką pigułkę jeszcze innej porażki, tym razem nawet nie z rąk „wielkiego mocarstwa”, ale zadanej przez armię tego samego kraju, którego działania leżały u podstaw kryzysu, który przerodził się w wojnę europejską: Serbii. Kampania, której celem miało być „ukaranie” Serbii za zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda nie przyciągała uwagi największych graczy, a armia austriacka rozpoczęła ofensywę dopiero 12 sierpnia 1914 roku. Nie spodziewano się, aby ta „ekspedycja karna” trwała długo. I na początku naprawdę wydawało się, że Austriacy wkrótce wejdą do Belgradu. Jednak kontrofensywa słabo uzbrojonych, ale wysoce zmotywowanych Serbów po trzech dniach zażartych walk zmusiła Austriaków do odwrotu. Obie strony poniosły ciężkie straty. Historycy uznają, że mogło zginąć 10 000 Austriaków, a trzy razy tyle zostało rannych. Liczbę ofiar serbskich szacuje się na 3000–5000 zabitych i 15 000 rannych. Nieuzasadniony lęk przed snajperami i działaniami wrogo nastawionej, lokalnej populacji, przygotowanej do prowadzenia wojny partyzanckiej, skłonił Austriaków do niechlubnej brutalności. Liczbę ofiar cywilnych – większość z nich została po prostu zamordowana – szacuje się na blisko 3500.

Wojna zaczynała nabierać rumieńców. 29 października 1914 roku okręty tureckie zaatakowały bez ostrzeżenia rosyjskie bazy morskie na Morzu Czarnym. Gdy na początku listopada Rosjanie zareagowali, wypowiadając wojnę Turcji, wojska tureckie uderzyły na Rosję przez Kaukaz. Jednak pod koniec roku zostały zmuszone do odwrotu. Ta klęska kosztowała Turków co najmniej 75 000 ludzi, którzy zginęli nie tylko w ogniu walk, ale i z powodu chorób oraz zimna. Jednak już w następnym roku Turcy odnieśli istotny sukces, gdy odparli źle zaplanowaną, nieudolnie wykonaną inwazję aliantów, której pomysłodawcą był nie kto inny, jak Winston Churchill – Pierwszy Lord Admiralicji (w praktyce brytyjski minister floty). Jego plan zakładał wysadzenie w kwietniu 1915 roku w Cieśninie Dardanelskiej pod Gallipoli brytyjskich sił ekspedycyjnych. W kampanii tej miało wziąć udział prawie pół miliona żołnierzy alianckich – w tym pochodzących z Indii, Australii, Nowej Zelandii, Francji i Senegalu. Turcy jednak bronili się zawzięcie, budując heroiczną reputację swojego dowódcy – Mustafa Kemala Paszy (później znanego jako Atatürk), a silnie ufortyfikowany teren wybrzeża okazał się za trudny dla sił ekspedycyjnych. Desant zakończył się prawdziwą katastrofą. W grudniu, gdy nie pozostało nic innego, jak tylko przerwać operację i rozpocząć ewakuację, straty aliantów wyniosły blisko ćwierć miliona żołnierzy, z czego około 50 000 zginęło (wielu od chorób). Turcy stracili podobną liczbę żołnierzy.

Kryzys, w obliczu którego stanęła Turcja w 1915 roku, motywował jej armię do wielkich okrucieństw. Zresztą region ten od dawna – jeszcze przed wybuchem wojny – był miejscem straszliwych masakr całych narodów, zmagających się w walkach o terytorium, konfliktach etnicznych i antagonizmach religijnych między muzułmańskimi Turkami i Kurdami oraz chrześcijańskimi Ormianami ze Wschodniej Anatolii. Radykalni nacjonaliści, którzy objęli władzę w Turcji w konsekwencji zamachu stanu w 1913 roku, już przed wojną dążyli do stworzenia większej jednorodności etnicznej i religijnej tego państwa. Wydawało się, że liczna mniejszość ormiańska stanowiła przeszkodę na drodze do tego celu. Wojna między Turcją i Rosją gwałtownie nasiliła tarcia w regionach przygranicznych Anatolii i Kaukazu. Szczególnie niebezpieczne były konflikty między Turkami i Ormianami, które weszły w fazę dojrzałą do rozwiązania.

Ormianie osiedlający się w pobliżu granic z Rosją liczyli na uwolnienie się spod tureckiego panowania, dlatego z nadzieją spoglądali w stronę sąsiedniego imperium. Uważali, że jedyną drogą osiągnięcia wolności jest wojna. Wprawdzie byli wspierani przez Rosję, ale Turcy mieli swoich szpiegów w Piotrogrodzie i wiedzieli o planach sprowokowania ormiańskiego powstania. Takie powstanie byłoby bardzo niebezpieczne dla Turków, choćby dlatego, że Ormianie zamieszkiwali regiony o strategicznym znaczeniu. Przywódcy tureccy uznali zatem współpracę z wrogiem za zagrożenie dla istoty istnienia państwa osmańskiego. Z kolei Ormianie, stale atakowani przez miejscowych Turków, uważali Rosję za najlepszego gwaranta tego, że nie dojdzie do gorszych masakr.

Tymczasem gdy w połowie kwietnia w mieście Van wybuchło ormiańskie powstanie, gdy do gardeł rzucili się nie tylko Ormianie i Turcy, ale i Kurdowie – Rosja nie przyszła nikomu z pomocą. Ormianie zostali zostawieni sami sobie. Turcy zmagający się z inwazją zachodnich aliantów w Dardanelach, obawiając się ataku Rosjan przez Kaukaz i uważając mniejszość ormiańską za rosyjskiego konia trojańskiego, byli skłonni rozwiązać sprawę Ormian raz na zawsze. A wojna dawała okazję realizacji ideologicznego celu homogenizacji etnicznej. Wkrótce po wybuchu powstania rozpoczęły się zakrojone na szeroką skalę deportacje, którym towarzyszyła eskalacja konfliktu i akty przemocy. W ciągu kilku tygodni tureccy liderzy doprowadzili do wysiedlenia całej populacji Ormian ze Wschodniej Anatolii. Półtora miliona ludzi wywieziono w sam środek syryjskiej pustyni. Wielu zmarło z powodu chorób lub złych warunków podczas deportacji, lub w obozach przesiedleńczych już na miejscu. Mnóstwo oddało życie podczas straszliwych pogromów, stanowiących część programu unicestwienia populacji ormiańskiej, wspieranego i realizowanego przez tureckich przywódców. Szacuje się, że w tym czasie zginęło od 600 000 do ponad 1 000 000 Ormian.

Mimo że Alianci wraz z upływem czasu zwiększali swoją przewagę nad wojskami niemieckimi na froncie zachodnim, nic nie świadczyło o tym, że mogłoby dojść do zakończenia impasu. Nowy niemiecki szef Sztabu Generalnego, Erich von Falkenhayn (który we wrześniu zastąpił Moltkego), wiązał wielkie nadzieje z sukcesem ofensywy na wschodzie. Uważał, że kluczem do zwycięstwa na zachodzie jest zmuszenie Rosjan do kapitulacji.

Tymczasem jednak na froncie wschodnim Niemcom przyszło zmierzyć się z coraz bardziej widoczną słabością militarną swojego głównego sojusznika Austro-Węgier. Podczas katastrofalnej w skutkach austro-węgierskiej ofensywy zimowej na przełomie lat 1914 i 1915 w pokrytych śniegiem Karpatach, Austro-Węgry straciły 800 000 żołnierzy, w tym ostatnie dobrze wyszkolone rezerwy strategiczne. Wielu z tych ludzi zamarzło na śmierć lub zginęło od chorób. Dziesiątki tysięcy żołnierzy trafiły do niewoli. Coraz większym problemem stawała się dezercja. Państwa centralne coraz bardziej uzależniały się od siły militarnej Niemiec, zarówno na froncie wschodnim, jak i zachodnim.

Sytuacja Austro-Węgier pogorszyła się jeszcze bardziej 23 maja 1915 roku, gdy Włochy przystąpiły do wojny po stronie Brytyjczyków, Francuzów i Rosjan tworzących Ententę, otwierając tym samym kolejny, południowy front walk. Co ciekawe, osłabiona armia austro-węgierska stawiała silny opór Włochom. W międzyczasie Niemcy zadawali kolejne klęski Rosjanom: w lutym na Mazurach w Prusach Wschodnich (rosyjskie straty oceniano na 92 000 żołnierzy), a następnie także wiosną i latem w Królestwie Polskim. Galicja została odbita z rąk rosyjskich w czerwcu, a większa część polskiego Królestwa Kongresowego (pod berłem Rosji) w lipcu i sierpniu tego roku. 4 sierpnia 1915 roku Niemcy weszli do Warszawy. Kiedy zakończyła się wielka letnia ofensywa, Niemcy zatrzymali się w Kurlandii (nadmorskiej części zachodniej Łotwy) i opanowali Litwę. W okresie od maja do września 1915 roku armia carska poniosła zdumiewająco wysokie straty, sięgające łącznie ponad 2 mln ludzi (w tym ponad 900 000 trafiło do niewoli).

Jesienią państwa centralne umocniły również swoją pozycję na Bałkanach. Serbia, która odegrała swoją niesławną rolę jako przyczyna konfliktu, została ostatecznie zajęta przez dywizje niemieckie i austro-węgierskie na początku października. Bułgaria, która dołączyła do wojny po stronie państw centralnych miesiąc wcześniej, również wysłała swoje oddziały, które uczestniczyły aktywnie w kampanii serbskiej. Na początku listopada Serbia znalazła się już całkowicie pod kontrolą państw centralnych. Dzięki temu można było zapewnić pomoc z dostawami broni dla Imperium Osmańskiego. Po poważnym osłabieniu Rosji, zdobyciu kontroli nad Bałkanami i ustabilizowaniu sytuacji na froncie włosko-austriackim, Niemcy znalazły się w znacznie lepszej sytuacji niż rok wcześniej. Mogli myśleć o przejęciu inicjatywy na zachodzie. Jednak czas płynął nieubłaganie i działał na niekorzyść Niemiec. Z ofensywą nie można było zbyt długo zwlekać.

Falkenhayn planował rozerwanie pierścienia obronnego Francuzów potężnym uderzeniem w pobliżu miasta Verdun, leżącego w centralnym punkcje dużej sieci fortec nad Mozą, około 200 kilometrów na wschód od Paryża. Uważał, że przełamanie obrony i zadanie Francuzom dużych strat będzie ważnym krokiem ku ostatecznemu zwycięstwu na zachodzie. Verdun znajdowało się w oblężeniu od lutego do lipca 1916 roku, a ciężkie walki trwały aż do grudnia. Obrona Verdun przemieniła się w walkę o wolność Francuzów. Obie strony poniosły ogromne straty w ludziach. Wyniosły one łącznie 700 000 żołnierzy – 377 000 francuskich (162 000 ofiar śmiertelnych) oraz 337 000 niemieckich (143 000 zginęło). Mimo wielkiego poświęcenia nie udało się Niemcom dokonać wyłomu we francuskich liniach obronnych. Dla Francuzów bitwa pod Verdun oznaczała, że udało się ocalić kraj. Niemcy ponieśli wielkie straty bez osiągnięcia sukcesu strategicznego. Od połowy lipca ciężar głównych walk przeniósł się nad Sommę.

Skoncentrowano tam główne siły brytyjskie (i oddziały zebrane z całego dominium), które miały doprowadzić do przełamania linii niemieckich. Jeśli bitwa pod Verdun stała się symbolem grozy wojny dla Francuzów, tak Somma uzyskała status równie symboliczny dla Brytyjczyków. Jednak między tymi symbolami była pewna ważka różnica. O ile Verdun zapamiętano jako wielki, patriotyczny zryw dla uratowania Francji, brytyjskie i sprzymierzone z Brytyjczykami oddziały nad Sommą nie walczyły w obronie ojczyzny. Wielu żołnierzy nawet niespecjalnie wiedziało, o co walczy. Plan ofensywy był w dużej mierze dziełem generała (późniejszego feldmarszałka) sir Douglasa Haiga, który w grudniu 1915 roku przejął dowodzenie nad siłami brytyjskimi. Cel ofensywy zmieniał się wraz z upływem czasu. Początkowo w skład oddziałów uderzeniowych wchodziły głównie dywizje francuskie, a planiści liczyli na przełom i przejęcie inicjatywy. Później jednak plan zakładał użycie sił brytyjskich w celu odciążenia Francuzów wykrwawiających się pod Verdun. Zakładano, że w ten sposób Brytyjczycy zadadzą Niemcom znaczne straty, które zmuszą ich do wstrzymania ataków na Verdun. Nikt zatem nie myślał już o odniesieniu zwycięstwa, a jedynie o zadaniu jak największych strat. Niezależnie od patriotycznych nawoływań oficerów, którzy musieli dbać o morale swoich ludzi, nad Sommą większość zwykłych żołnierzy prawdopodobnie pragnęło tylko przetrwać, a nie myślało o zrealizowaniu celów strategicznych dowództwa. Jednak dziesiątki tysięcy młodych ludzi nie przeżyło nawet pierwszego dnia ofensywy. Bitwa nad Sommą stała się dla Brytyjczyków symbolem bezsensownej walki, niepotrzebnie okupionej ogromną daniną krwi.

Po intensywnym ostrzale artyleryjskim trwającym ponad tydzień 1 lipca 1916 roku, pierwszego dnia bitwy, brytyjskie oddziały ruszyły do natarcia i… straciły 57 470 żołnierzy (w tym 19 240 zabitych i 35 493 rannych). To był najtragiczniejszy dzień w brytyjskiej historii wojen. Można by sądzić, że straty okazały się kubłem zimnej wody na głowy sztabowców, którzy szybko zdali sobie sprawę, że marzenia o przełamaniu frontu są wyłącznie niezwykle kosztownym snem. Gdy pod koniec listopada w deszczu, śniegu i błocie walki nad Sommą dobiegały końca, wojska Brytyjczyków i ich sojuszników z całego dominium brytyjskiego przesunęły się o około 10 kilometrów na odcinku frontu o szerokości 35 kilometrów, a Francuzi zyskali mniej więcej dwa razy więcej terytorium. Odbyło się to kosztem życia i zdrowia ponad miliona mężczyzn zabitych lub rannych. Straty po stronie Brytyjczyków i sił dominium zamknęły się liczbą 419 654 żołnierzy (127 751 z nich zginęło), a straty francuskie wyniosły 204 353. Niemcy utracili 465 000 żołnierzy. Uświadamiając sobie, jak wielkie straty poniesiono dla tak marnego zysku, bitwę nad Sommą trzeba uznać za najstraszniejsze starcie całej kampanii na froncie zachodnim, całej pierwszej wojny światowej.

Trzecia wielka ofensywa w tym samym roku, tym razem przeprowadzona na froncie wschodnim, została nazwana na cześć rosyjskiego generała, Aleksieja Aleksiejewicza Brusiłowa. Plan Rosjan zakładał zmasowane uderzenie na siły państw centralnych 4 czerwca 1916 roku na szerokim, południowym froncie pomiędzy bagnami Prypeci (na terytorium południowej Białorusi i północnej Ukrainy) oraz granicami Rumunii. Szybkie postępy ofensywy i ogromny sukces Brusiłow zawdzięczał starannym przygotowaniom uderzenia, poprzedzonego długim ostrzałem artyleryjskim. Jednak w dużej części wynikał on z nieudolności dowódców armii austro-węgierskiej, której morale z każdym tygodniem wojny stawały się coraz niższe. Po dwóch dniach ofensywy wyglądało na to, że siły austro-węgierskie na froncie wschodnim są bliskie dezintegracji. Z północnych Włoch szybko przerzucano odwody, których planowano wcześniej użyć do ofensywy na froncie włoskim. Aby zapobiec całkowitej klęsce, ściągnięto w ten rejon dodatkowe siły niemieckie. Jednak pod koniec września państwa centralne wycofały się o około 90 kilometrów na całej szerokości frontu. Austro-Węgry straciły 750 000 żołnierzy (380 000 z tej liczby trafiło do niewoli). Straty niemieckie również były ogromne i wyniosły około 250 000 żołnierzy. Ofensywa Brusiłowa, choć przyniosła Rosjanom znaczne zdobycze terytorialne, wiązała się również z wielkimi stratami, armia carska bowiem straciła blisko 500 000 ludzi w ciągu pierwszych dziesięciu dni, a łącznie około miliona. Wprawdzie w Rosji zapanowała radość, ale z trudem przychodziło już ukrywanie pęknięć na fasadzie caratu. Jak wkrótce miało się okazać, katastrofa Rosji carskiej była bliższa niż rozpad Austro-Węgier.

Bezpośrednim efektem ofensywy Brusiłowa było wciągnięcie do wojny Rumunii, która 27 sierpnia 1916 roku przystąpiła do niej po stronie Ententy. Rumuni mieli nadzieję na wielkie zyski kosztem Węgier, ponieważ klęska armii państw centralnych wydawała się niemal nieunikniona. Tymczasem jednak świeżo rozbudzone nadzieje zostały brutalnie zgaszone, gdy państwa centralne pod przywództwem Niemiec zareagowały natychmiastową kontrofensywą. Szybko pozbawiono Rumunów wszelkich zdobyczy terytorialnych. Na początku 1917 roku oddziały armii niemieckiej weszły do Bukaresztu i zajęły większą część terytorium tego państwa, włącznie ze strategicznie ważnymi polami naftowymi w okolicach Ploeszti.

Sukcesy odniesione na froncie wschodnim nie mogły zrekompensować braku decydującego przełomu na zachodzie. W sierpniu Falkenhayn zapłacił cenę za brak sukcesów pod Verdun i został odwołany ze stanowiska szefa sztabu. Zastąpił go bohater spod Tannenbergu – feldmarszałek (po niedawnym awansie) Hindenburg, popularny dowódca wojskowy, który miał ratować Niemcy w tej coraz bardziej niepopularnej wojnie. Jego prawa ręka – generał Ludendorff, teraz mianowany pierwszym kwatermistrzem generalnym, wkrótce stał się prawdziwym motorem napędowym nowego dowództwa armii.

Tak wyglądał początek działań, które szybko przekształciły się w coś na kształt dyktatury wojskowej, Hindenburg i Ludendorff bowiem mogli kontaktować się bezpośrednio z przedstawicielami rządu, kształtując w tym czasie politykę zagraniczną Niemiec. Uznali oni, że zwycięstwo może zapewnić jedynie wojna totalna na morzach i oceanach, to znaczy bezlitosne ataki okrętów podwodnych na aliancką żeglugę. Strategię zaczęto realizować w praktyce mimo oporów rządu cywilnego. Problem coraz bardziej dającej się we znaki blokady alianckiej nie został jednak rozwiązany. Niemiecka flota nawodna nie była w stanie sobie z nią poradzić. Mimo ogromnych kwot wydawanych przed wojną przez Niemców i Brytyjczyków na budowę wielkich okrętów wojennych, jedyna, jak dotąd, bitwa morska stoczona w pobliżu Jutlandii 31 maja 1916 roku okazała się nierozstrzygnięta. Niemcy zatopili więcej jednostek wroga – czternaście, podczas gdy stracili jedenaście – i ponieśli mniejsze straty (3058 w porównaniu z 6768 marynarzami po stronie brytyjskiej). Niemniej jednak te straty unieruchomiły mniejszą flotę niemiecką w portach na wiele miesięcy, skutecznie wykluczając jej użycie aż do końca wojny, podczas gdy flota brytyjska mogła podtrzymać blokadę. Dlatego też niemieccy stratedzy zaczęli coraz śmielej i chętniej mówić o użyciu okrętów podwodnych nie tylko do zniesienia blokady, ale również doprowadzenia do decydującej zmiany losów wojny. Niemieckie dowództwo marynarki zakładało, że U-Booty muszą zatapiać miesięcznie statki i okręty o tonażu 600 000 ton, żeby zmusić Wielką Brytanię do kapitulacji w ciągu pięciu miesięcy, zanim gospodarka Stanów Zjednoczonych wpłynie w znaczący sposób na wysiłek wojenny państw sprzymierzonych. Jednak jeśli U-Bootom nie powiedzie się realizacja tego celu, a Stany Zjednoczone dołączą do wojny, perspektywy Niemiec znacznie się pogorszą.

Niemcy zdecydowali się podjąć to ryzyko. Od 1 lutego 1917 roku wprowadzono w życie postanowienia wojny totalnej z wykorzystaniem okrętów podwodnych. Jednostki aliantów i statki neutralne mogły być atakowane na wodach brytyjskich bez ostrzeżenia. Decyzja ta okazała się katastrofalnym błędem. Prezydent USA Woodrow Wilson do tej pory realizował politykę, która miała zapewnić Stanom Zjednoczonym wiodącą pozycję w nowej, powojennej rzeczywistości, ograniczając się do strategii „pokoju bez zwycięstwa”. Unikał zaangażowania swojego kraju w wojnę i otwartego wspierania jednej czy drugiej strony konfliktu niszczącego Europę. Tymczasem decyzja Niemców doprowadziła do natychmiastowej zmiany nastawienia Amerykanów. Po dwóch dniach Wilson zerwał stosunki dyplomatyczne z Niemcami. Straty wśród okrętów amerykańskich pomogły przekonać Kongres 6 kwietnia 1917 roku do wypowiedzenia wojny Niemcom (jednak Amerykański Korpus Ekspedycyjny włączył się do walk w Europie na froncie zachodnim dopiero wiosną 1918 roku). Tylko w kwietniu i czerwcu 1917 roku U-Bootom udało się zatopić wymagany miesięczny tonaż, co było efektem zbyt optymistycznej oceny sytuacji Wielkiej Brytanii. Działania U-Bootów nie przyniosły rozstrzygnięcia wojny. Co gorsza, Niemcy na własne życzenie dorobili się nowego, potężnego wroga.

Impas na froncie zachodnim trwał w najlepsze. W 1917 roku Niemcy uznali, że siły i środki wystarczają im jedynie na obronę zdobyczy terytorialnych. Przeszli do defensywy. Wiosną wycofali się na nowe pozycje, skracając linię frontu, aby ułatwić sobie obronę. Nowa linia otrzymała nazwę Siegfried-Stellung, choć alianci nazywali ją po prostu Linią Hindenburga. Skrócenie frontu pozwoliło uwolnić około dwudziestu dywizji niemieckich. W rezultacie oddziały niemieckie zajmowały o wiele lepszą pozycję obronną przed spodziewanymi nowymi ofensywami aliantów.

Pierwsza z nich rozpoczęła się pod Arras 9 kwietnia. W siekącym deszczu, śniegu i błocie żołnierze ginęli tysiącami po to tylko, aby front przesunął się o kilka kilometrów. Po stronie aliantów zginęło 150 000 żołnierzy. Niemcy stracili 100 000. Uderzenie pod Arras miało osłabić niemiecką armię przed główną ofensywą francuską, zaplanowaną w pobliżu Chemin des Dames – grzbietu wzgórz biegnącego wzdłuż doliny Aisne, na wschód od Soissons i na zachód of Reims. Armią sprzymierzonych dowodził wówczas nowy, zdecydowany szef sztabu – generał Georges Robert Nivelle, powołany na to stanowisko w grudniu 1916 roku w zastępstwie Josepha Joffre'a. Jednak Niemcy wiedzieli o nadchodzącym ataku i dobrze przygotowali się do jego odparcia.

Ofensywa Nivelle'a zakończyła się katastrofą. Pięć dni po jej rozpoczęciu 16 kwietnia 1917 roku straty atakujących wynosiły już 130 000 żołnierzy (29 000 zginęło), a wciąż nie udało się doprowadzić do przełamania.

29 kwietnia Nivelle został zwolniony ze stanowiska. Zastąpiono go generałem Philippem Pétainem, bohaterem spod Verdun.

Niezrażony tym nieszczęściem, które potwierdziło jego nieumiejętność oceny morale żołnierzy, niezniechęcony własną kosztowną porażką poprzedniego lata nad Sommą, feldmarszałek Sir Douglas Haig wciąż wierzył, że może osiągnąć decydujący przełom dzięki wielkiej ofensywie pod Ypres latem 1917 roku. Jej celem miało być opanowanie wybrzeży belgijskich z bazami U-Bootów we Flandrii. Na żadnym etapie nie udało się nawet zbliżyć do realizacji tego celu. Zamiast tego ludzie Haiga utknęli we flamandzkim błocie. Okropności trzeciej bitwy pod Ypres, która dla Brytyjczyków ma jedną nazwę „Passchendaele” (od nazwy niewielkiej wsi na wzgórzach, kilka kilometrów na wschód od Ypres), mogły się równać tylko z horrorem starcia nad Sommą.

Ofensywa rozpoczęła się 31 lipca i przeprowadzono ją w strugach deszczu, który zaczął padać w ostatnich dniach lata i na początku jesieni. Żołnierzom przyszło walczyć w bagnistym terenie, który na dodatek został przemielony ciężkim ogniem artyleryjskim tak, że trzeba było brnąć po pas w kleistym błocie, pełnym dziur i wielkich dołów z wodą. Gdy wstrzymano natarcie, po tym jak żałosne ruiny wioski Passchendaele zostały wreszcie zajęte 6 listopada (po pięciu miesiącach wioska została opuszczona i ponownie zajęta przez Niemców), Brytyjczycy i sojusznicy z całego dominium brytyjskiego nie mogli doliczyć się 275 000 mężczyzn (70 000 zginęło). Niemcy stracili 217 000. Taką cenę trzeba było zapłacić za (tymczasowe) opanowanie pasa ziemi o szerokości kilku kilometrów.

Gdy w listopadzie tego samego roku, alianci uderzyli ponownie w pobliżu miejscowości Cambrai na południowy wschód od Arras (miała to być próba zrekompensowania sobie niepowodzenia pod Ypres), walki toczyły się według dobrze znanego już schematu i zakończyły się podobnym efektem. Uzyskanych terenów – pasa ziemi o głębokości 7 kilometrów na odcinku o szerokości 15 kilometrów – nawet nie udało się utrzymać. Straty wyniosły 45 000 żołnierzy po stronie brytyjskiej, 41 000 po stronie niemieckiej. Aliantom brakowało rezerw, które pomogłyby wykorzystać pierwsze sukcesy, gdy Niemcy wycofywali się w nieładzie, ponieważ oddziały sojusznicze wykrwawiały się w tym czasie pod Ypres. Bitwa pod Cambrai mogła jednak dać aliantom pewną nadzieję na przyszłość. Dzięki dobremu zwiadowi lotniczemu (który już sam w sobie był ważnym elementem realizacji strategii walki lądowej) czołgi brytyjskie w liczbie ponad 300 po raz pierwszy zaatakowały linie przeciwnika w zwartej formacji, za którą przesuwała się masa piechoty i artylerii. Czołgi były niemal bezużyteczne w błocie pod Passchendaele, za to na suchszym, pewniejszym gruncie mogły zostać wykorzystane z lepszym skutkiem. Na razie mało ruchliwe pojazdy słabo radziły sobie z ciężką artylerią, ale ich czas miał dopiero nadejść.

Mimo militarnego impasu na zachodzie sytuacja na frontach zaczęła się zmieniać, wróżąc koniec wojny. Wszędzie odczuwalne było bowiem znużenie konfliktem. Chociaż żołnierze narzekali i utyskiwali, w brytyjskim wojsku udawało się utrzymać wysoką dyscyplinę. Za to coraz liczniejsze przypadki dezercji i spadek morale bardzo niepokoił rząd francuski, jeszcze zanim jakieś 40 000 żołnierzy otwarcie zbuntowało się przeciwko Nivelle'owi. Pétain poradził sobie z tymi niepokojami w szeregach żołnierzy (po odwołaniu Nivelle'a) dopiero, gdy podjął aktywne działania na rzecz zrealizowania ich żądań.

Mimo coraz wyraźniejszych oznak powszechnego zaniepokojenia żadna ze stron nie próbowała szukać porozumienia i pokoju na warunkach, który jakoś uzasadniałyby wielkie straty. Jakiekolwiek ruchy dyplomatyczne były raczej mało prawdopodobne, gdy losy wojny wciąż się ważyły. Na początku próby porozumienia podejmowały wyłącznie Austro-Węgry. W grudniu 1916 roku nowy cesarz Karol I (następca Franciszka Józefa, który zmarł w listopadzie 1916 roku) bez przekonania złożył na ręce amerykańskiego prezydenta Woodrowa Wilsona notę, zawierającą pierwsze wskazówki mogące świadczyć o chęci rozwiązania impasu. Jednak dowództwo niemieckie nie miało zamiaru rezygnować z korzyści terytorialnych w opanowanej Belgii lub innych obszarach. Pokój kosztem ustępstw? Nie do pomyślenia. To nie wchodziło w rachubę. Niezmiennie wszystkie strony konfliktu myślały o bezwarunkowym zwycięstwie, bez względu na koszty. Wojska niemieckie zachowywały swoją zdolność bojową. Reorganizacja produkcji zbrojeniowej, która przyniosła znaczny wzrost produkcji, pozwalała nawet myśleć o końcowym sukcesie. Jednak z czasem, gdy w zmęczonym wojną aparacie rządowym pojawiły się pęknięcia, żądania zawarcia pokoju stawały się coraz głośniejsze. Z nadzieją patrzono teraz nie na zachód, ale na wschód.

Niepokoje w Rosji nasilały się od miesięcy w konsekwencji ogromnych strat na froncie i coraz trudniejszej sytuacji w kraju. Wreszcie w marcu 1917 roku (w lutym według kalendarza rosyjskiego) doszło do eksplozji, która doprowadziła do obalenia cara. Powstał nowy Rząd Tymczasowy, który mimo kryzysu zdecydował się kontynuować walkę, chociaż zdawał sobie sprawę z ewidentnego zmęczenia wojsk. Przyświecała mu idea wynegocjowania „pokoju bez porażki”. Minister wojny w Rządzie Tymczasowym (późniejszy szef rządu), Aleksander Kiereński, nadał nawet swoje nazwisko lipcowej ofensywie na długości frontu w Galicji i Bukowinie. Walki toczyły się w atmosferze zagrożenia przewrotem politycznym, coraz większego sprzeciwu wobec wojny w kraju i pogarszającego się morale wśród żołnierzy na frontach, do których docierały rewolucyjne hasła z Piotrogrodu. Po załamaniu się ofensywy Kiereńskiego osłabione siły rosyjskie nie były w stanie przeciwstawić się niemieckiej armii atakującej Rygę we wrześniu 1917 roku (w sierpniu wg starego kalendarza). Ostatni akord wojny rosyjsko-niemieckiej doprowadził do okupacji Rygi przez wojska niemieckie. W listopadzie (w październiku według starego kalendarza) upadł Rząd Tymczasowy. Kolejna rewolucja doprowadziła do przejęcia władzy przez bolszewików. Wkrótce doszło do dramatycznej zmiany układu sił politycznych w Europie. W krótszej perspektywie czasu przewrót wpływał na losy wojny, gdyż 20 grudnia 1917 roku, już pięć dni po zawarciu rozejmu, nowe bolszewickie władze rozpoczęły bolesny proces negocjowania traktatu pokojowego z Niemcami.

W tych nowych okolicznościach 8 stycznia 1918 roku prezydent Wilson ogłosił program pokojowy, składający się z czternastu punktów. Miał on formę idealistycznej deklaracji, której wypełnienie (zdaniem prezydenta) mogłoby położyć kres wojnie i służyć jako podstawa dla trwałego pokoju w Europie. W sytuacji, gdy Rosja jednostronnie zdecydowała się na zawieszenie działań wojennych, Wilson uznał, iż warto naciskać na pozostałe kraje, aby rozpocząć negocjacje pokojowe. Wśród jego propozycji znajdowało się usunięcie barier ekonomicznych wolnego handlu, rozbrojenie, „rozstrzygnięcie sporów kolonialnych” (tą część zdefiniowano niezbyt jasno), wycofanie sił okupacyjnych (w tym także z terytorium Rosji, która „ma prawo do samookreślenia swojego ustroju politycznego”), a także „udzielenia jej pomocy wszelkiego rodzaju, jakiej tylko będzie potrzebować”); korekta granic wzdłuż linii narodowościowych, stworzenie możliwości autonomicznego rozwoju narodom Austro-Węgier i Imperium Osmańskiego, stworzenie niepodległego państwa polskiego na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską z zapewnieniem integralności terytoriów tego państwa przez konwencję międzynarodową. Mimo całej swojej pozornej precyzji deklaracja Wilsona zawierała zapisy dość ogólnikowe, niejasne, które później podlegały różnej interpretacji lub sporom. Pojęcia takie jak „samostanowienie” i „demokracja” nie pojawiały się w deklaracji, niemniej jednak założenia te zaczęły być postrzegane jako fundament liberalnych, postępowych wizji, ale i dążeń nacjonalistycznych w całej Europie. Pierwotnie jednak deklaracja (nazywana „Czternastoma punktami”) Wilsona nie zachęciła państw walczących do podjęcia jakichkolwiek działań na drodze do zakończenia wojny na zachodzie. A na wschodzie nie odcisnęły żadnego piętna w negocjacjach, toczących się między bolszewikami i przedstawicielami państw centralnych.

Porozumienie podpisane przez bezradnych przedstawicieli nowej władzy radzieckiej 3 marca 1918 roku w Brześciu Litewskim (obecnie na terenie Białorusi), gdzie znajdowała się kwatera dowództwa armii niemieckiej na wschodzie, zawierało najbardziej represyjne i upokarzające warunki znane nowożytnej historii. Jednocześnie było przykładem wyjątkowego traktatu pokojowego o jednym z najkrótszych w historii czasie obowiązywania, postanowienia z Brześcia Litewskiego bowiem zostały uchylone już w listopadzie tego samego roku przez zapisy zawieszenia broni kończącego Wielką Wojnę. Rosja straciła terytoria nadbałtyckie, Ukrainę, Kaukaz i ziemie, które dawniej wchodziły w skład kontrolowanego przez nią Królestwa Polskiego – łącznie jedną trzecią populacji i większą część swojego przemysłu, ziem, z których pochodziła duża część płodów rolnych oraz zasobów naturalnych, takich jak ropa naftowa, rudy żelaza i węgiel. Kaukaz przypadł Turkom, podczas gdy duża część ziem Europy Wschodniej, w tym tereny nad Bałtykiem, znalazły się w niemieckiej strefie wpływów (choć Ukraina nie była w stanie zapewnić poziomu zapasów ziarna rozpaczliwie potrzebnych zarówno Niemcom, jak i Austro-Węgrom).

Tymczasem jednak w maju 1918 roku dokonał się równie brutalny podział Rumunii. Traktat pokojowy podpisany w Bukareszcie przez Rumunię z jednej strony oraz Niemcy, Austro-Węgry, Bułgarię i Imperium Osmańskie z drugiej, zapewniał państwom centralnym znaczne zyski terytorialne. Nawet jeśli w tym przypadku największymi beneficjentami stawali się sojusznicy Niemiec, czyli Austro-Węgry i Bułgaria (Turcy skorzystali tylko w niewielkim stopniu), prawdziwym zwycięzcą okazały się, ponownie na krótko – Niemcy. Obszar dominacji Niemiec rozpościerał się teraz na wielkie terytoria środkowej, wschodniej i południowej Europy. Niemniej jednak Niemcy niezbyt długo cieszyli się z tych korzyści. Co więcej, regiony dzielone tak łatwą ręką miały wkrótce stać się zarzewiem konfliktów etnicznych o wiele poważniejszych, niż wydawało się zwycięskim państwom centralnym, które traktowały je jak pionki na szachownicy.

Nieoczekiwanie szybkie załagodzenie sytuacji na wschodzie zwiększyło szanse zakończenia wojny na zachodzie. Rok 1918 miał stać się rokiem przełomu. Uwolnione dywizje można było skierować na przykład na niepewny, ale sprawiający wiele kłopotów front włoski. Włosi, którzy przyłączyli się do wojny po stronie Ententy prowadzili mniej lub bardziej intensywne walki w dolinie rzeki Isonzo, na długim froncie rozciągającym się od Alp po Adriatyk, w pobliżu Triestu. W październiku 1917 roku na froncie włoskim pojawiły się jednostki niemieckie. Dwunasta, decydująca bitwa o Isonzo (którą Włosi nazywają bitwą pod Caporetto) rozpoczęła się 24 października. Włosi zostali rozbici i w ciągu miesiąca wycofali się na głębokość około 80 kilometrów. Armia włoska składała się z poborowych – więcej niż połowa z nich pochodziła ze wsi i gospodarstw rolnych z południowych Włoch. Była mocno zdemoralizowana i po prostu nie miała serca do walki. Na dodatek żołnierze włoscy byli źle dowodzeni, słabo wyposażeni i kiepsko karmieni. Do 10 listopada 1917 roku łączne straty włoskie wyniosły nie mniej niż 305 000 żołnierzy, choć liczba zabitych (10 000) i rannych (30 000) była stosunkowo niska. Zdecydowana większość (265 000) zdezerterowała lub po prostu przeszła na stronę wrogów i poddała się do niewoli. Trudno się dziwić, że bitwa pod Caporetto stała się symbolem hańby włoskich sił zbrojnych.

Do tej pory na froncie zachodnim przewagą liczebną, ale i technologiczną, zawsze dysponowali alianci. Na froncie zachodnim Niemcy ponosili znacznie większe straty niż na wschodnim. Jednak zneutralizowanie Rosji uwolniło 44 dywizje niemieckie, które można było przerzucić na zachód. Ludendorff, który dysponował w tym czasie praktycznie nieograniczoną władzą, dostrzegł szansę przełomu na zachodzie. Planował kolejną frontalną ofensywę, która miała ruszyć na wiosnę 1918 roku. Operacja Michael zakładała potężne uderzenie znad Sommy, zanim do walki będą mogli włączyć się Amerykanie. Ofensywa miała się rozpocząć 21 marca. Poprzedził ją największy ostrzał artyleryjski tej wojny, w którym użyto 6600 dział. Oszołomione i słabsze liczebnie wojska alianckie zostały odepchnięte o ponad 65 km, aż pod Amiens. Jednak front się nie załamał. Niemiecka piechota robiła niewielkie postępy, szczególnie w północnej części frontu. Obie strony poniosły duże straty. Niemcy w pierwszym dniu ofensywy utracili prawie 40 000 żołnierzy (jedna czwarta zginęła). Straty brytyjskie były tylko nieznacznie niższe. Z perspektywy łącznych jednodniowych strat nowa ofensywa wyznaczała kolejne rekordy rozlewu krwi. Zginęło tego dnia więcej ludzi niż w czasie najtragiczniejszej bitwy nad Sommą. Do czasu zakończenia operacji 5 kwietnia łączne straty niemieckie wyniosły 239 000 żołnierzy, których nie dało się już zastąpić nowymi rekrutami. Brytyjczycy i Francuzi stracili 338 000 żołnierzy (przy czym prawie jedna czwarta z nich dostała się do niewoli). Całkowite straty w ciągu dwóch tygodni przekroczyły te poniesione w czasie pięciomiesięcznych zmagań pod Verdun.

Ofensywa wiosenna stała się dla Niemiec początkiem końca. Kolejna operacja, którą rozpoczęto w kwietniu we Flandrii, a która miała na celu przejęcie portów belgijskich, znów zakończyła się niepowodzeniem, mimo początkowych sukcesów niemieckich. Pomimo wielkich strat (kolejnych 150 000 żołnierzy), alianci wciąż jeszcze ratowali się rezerwami. Za to Niemcy wprowadzili do walki ostatnie odwody, uderzając tym razem wiosną i latem na dobrze znanych kierunkach na szerokim froncie: w pobliżu Chemin des Dames, aż po brzegi Marny, gdzie cztery lata wcześniej doszło do pierwszej w tej wojnie wielkiej bitwy. Od czerwca 1918 roku siły aliantów były już regularnie wzmacniane nowo przybyłymi oddziałami amerykańskimi (200 000 miesięcznie). Wielki francuski kontratak nad Marną, podczas którego wykorzystano setki czołgów Renault i wsparcie lotnictwa, zakończył się wzięciem do niewoli 30 000 żołnierzy niemieckich. Zresztą morale wojsk niemieckich zaczynało upadać. W sierpniu i we wrześniu alianci odbili wszystkie tereny zajęte przez Niemców w marcu. Na początku października przedarli się przez silnie ufortyfikowaną Linię Hindenburga. Niemieckie dywizje ruszyły do odwrotu. W zasadzie armia niemiecka została już wtedy pobita. Nie znaczy to jednak, że zwykli obywatele w miastach i wioskach byli świadomi zbliżającej się nieuchronnej klęski, gdyż propaganda ukrywała przed nimi rzeczywistą sytuację na froncie.

Jednak Hindenburg i Ludendorff dobrze wiedzieli, co się święci. Byli zdecydowani zawrzeć pokój, zanim front załamie się całkowicie, a kompletna porażka militarna stanie się faktem. Chodziło im o utrzymanie pozycji armii (oraz własnych wpływów) w państwie. Podjęli działania, aby pozbyć się winy za zbliżającą się wielkimi krokami klęskę i przesunąć odpowiedzialność za negocjacje pokojowe na oddolne siły demokratyczne – głównie socjalistyczną lewicę – które od dawna domagały się pełni demokracji parlamentarnej. 1 października, informując swoich oficerów sztabowych, że nie ma już żadnej szansy sięgnięcia po zwycięstwo na drodze wojny, Ludendorff powiedział: „Poprosiłem Jego Wysokość [kajzera], aby włączył do rozmów tych, którym musimy podziękować za naszą sytuację. Zobaczymy teraz, jak ci panowie wejdą do rządu. Muszą zawrzeć pokój. Muszą wypić to piwo, które dla nas nawarzyli”. Ta deklaracja stała się później źródłem legendy, która miała zgubny wpływ na losy Niemiec, gdy nacjonaliści z Hitlerem na czele utrzymywali wszem i wobec, że armia niemiecka pozostała niepokonana w boju, a wysiłek wojenny został zmarnowany, siły socjalistyczne bowiem wbiły walczącym na froncie „nóż w plecy” i wywołały niepokoje w państwie.

Tymczasem niemieccy sojusznicy powoli również się wykruszali. Powszechne nastroje rewolucyjne, zmęczenie wojną i poczucie klęski prowadziły do masowych dezercji, coraz bardziej bowiem prawdopodobne stawało się wreszcie zawarcie pokoju. Stojąca w obliczu całkowitej klęski Bułgaria mogła tylko bezradnie patrzeć, jak wojska alianckie niepowstrzymanie przelewają się przez południowo-zachodnie granice. Szerzyły się dezercje, a ogarnięci rewolucyjną gorączką żołnierze i robotnicy w prowincjonalnych miasteczkach i miastach wysuwali coraz to nowe żądania. 30 września 1918 roku Bułgaria zawarła z aliantami porozumienie o zawieszeniu broni. Ostatnimi akordami wojny były działania prowadzone na granicach upadającego Imperium Osmańskiego miesiąc później. Porażki militarne, haniebny odwrót z Kaukazu, żołnierze dezerterujący całymi oddziałami, załamanie się gospodarki i akty bezprawia, coraz bardziej dające się we znaki zwykłym ludziom w kraju, zmusiły Turcję do podpisania 31 października 1918 roku zawieszenia broni.

W pierwszych dniach listopada, gdy wojska państw centralnych znalazły się w kompletnej rozsypce, a rządy z trudem radziły sobie z pogłębiającym się chaosem, stało się oczywiste, że koniec wielkiej wojny zbliża się wielkimi krokami. Gdy 9 listopada ogłoszono obalenie kajzera, a nowy rząd Niemiec wyraził gotowość wdrożenia „Czternastu punktów” z deklaracji prezydenta Wilsona, uznając je za podstawę do negocjacji pokojowych, można było przynajmniej zakończyć działania wojenne.

11 listopada w siedzibie głównej sztabu marszałka Focha – Naczelnego Wodza wojsk alianckich, w lesie Compiègne, pojawił się polityk Partii Centrum Matthias Erzberger, stojący na czele delegacji niemieckiej, która miała umieścić swoje podpisy pod aktem zawieszenia broni, który w końcu położył kres walkom. Działa na frontach zamilkły dokładnie o godzinie jedenastej, jedenastego dnia, jedenastego miesiąca 1918 roku.

Życie na wojnie

„Nie sądzę, abyś mógł wyobrazić sobie ten horror. Nikt nie jest w stanie tego uczynić, jeśli sam tego nie przeżył na własnej skórze” – pisał niemiecki piechur w swoim liście datowanym na 2 lipca 1916 roku, opisując bitwę pod Verdun. Niezliczone rzesze jemu podobnych mężczyzn, którzy przeżyli krwawą łaźnię pierwszej wojny światowej na różnych frontach, niewątpliwie podzielały ten osąd.

Nie da się w żaden sposób uogólniać doświadczeń milionów żołnierzy, którym przyszło walczyć przez kilka lub przez wszystkie cztery lata tego piekła. Listy z frontu i te wysyłane do żołnierzy pozwalają nam jednak wyciągnąć kilka wniosków. Dysponujemy o wiele bardziej obfitą korespondencją tych, którzy walczyli na frontach na zachodzie. Fragmenty tych listów często zawierają tylko sugestie prawdziwych emocji lub jakieś wersje złagodzone, ponieważ musiały one przejść przez ręce cenzorów, którzy dbali o to, aby nie było w nich przekazów mogących zaniepokoić lub zdenerwować najbliższych, którzy czytali je w domach z dala od linii frontu. Doświadczenia i opisywane wrażenia oczywiście były bardzo różne, jednak pewne jest, że odegrały one ważną rolę w zakresie kształtowania nastawienia do wojny. Listy miały różną formę, zależną od temperamentu autora, jego wykształcenia, stopnia, klasy społecznej, z której się wywodził, sytuacji materialnej, podejścia przełożonych, przynależności politycznej, wcześniejszej formacji ideowej i mnóstwa innych czynników. Współczesne wrażenia mogą być wzmocnione przez ogromną liczbę wspomnień wojennych, zebranych z pamiętników tych, którzy służyli w armiach stron walczących. Tego rodzaju wspomnienia, jak wszystkie relacje naocznych świadków wydarzeń opisywane po fakcie – czasem wiele lat po wojnie – podlegają kaprysom pamięci, a także wpływom, nawet jeśli nieświadomie, późniejszych wydarzeń. Powieści wspomnieniowe, choć często są to dzieła niezwykle poruszające i zawierające ważne wskazówki, przekazują tylko obrazy – choć trzeba przyznać, że często bardzo realistyczne – zbudowane przez umysł na podstawie wspomnień i doświadczeń zwykłych mężczyzn i kobiet, którzy musieli radzić sobie z realiami czasu wojny. Tak więc każda próba odpowiedzi na pytanie „Jak wyglądało życie w czasie pierwszej wojny światowej?” w najlepszym razie, zawsze będzie miała tylko formę impresjonistyczną.

Trudno na przykład wyciągać jakieś wnioski na temat tego, jak wojna (walki i czas w cywilu po powrocie do domu) wpłynęła na psychikę żołnierzy, którzy z tak nieodległej perspektywy spoglądali prosto w twarz śmierci. Możemy jednak zakładać, że szybko wyzbywali się emocji. Śmierć nieznanych żołnierzy nie wywoływała ostrych reakcji. „Ta obojętność jest chyba najlepszym, na co można liczyć w ogniu walki” – zauważył pewien francuski piechur, który brał udział w bitwie pod Verdun, opisując swoją reakcję (a raczej jej brak) na widok kolejnych ofiar. „Długi okres potężnych emocji ostatecznie zakończył się śmiercią odczuwania”. „Widziałem przerażające rzeczy, ale byliśmy tak zdyscyplinowani, że nic nie mogło wytrącić nas z równowagi, uważaliśmy bowiem te obrazy za normalne” – wspomina inny szeregowiec z armii brytyjskiej.

Wydaje się, że śmierć – nawet śmierć towarzyszy – szybko została uznana za normalność. „Tylko przez mój pluton przewinęło się kilkuset żołnierzy. Co najmniej połowa z nich skończyła na polach różnych bitew. Ponieśli śmierć lub odnieśli rany uniemożliwiające dalszą walkę” – napisał w kwietniu 1915 roku w swoim pamiętniku pewien rosyjski oficer w oddziale, który składał się w większości z chłopów. „Rok na froncie wystarczył, żebym przestał o tym myśleć”. „To był jeden nieprzerwany strumień rannych, martwych i umierających” – wspomina inny szeregowiec w armii brytyjskiej, weteran bitwy nad Sommą. „Trzeba było zapomnieć o sentymentach. Chodziło tylko o to, aby wykonać zadanie”. Inny żołnierz po pierwszym dniu ofensywy nad Sommą tak pisał o nastrojach w jednostce: „Gdy wróciliśmy, nie było zwyczajowego apelu, bo z ośmiuset [sic!] zostało nas tylko może z dwudziestu pięciu. Nie było kogo liczyć”. Pewien kapral był przeraźliwie szczery: „Kiedy opuściliśmy pierwszą linię po bitwie, w której straciliśmy dużo ludzi… (…) przykro to mówić, ale nie czułem żadnego smutku. Myślałem tylko o tym, że dzięki temu mamy mniej [sic!] gąb do wyżywienia, i że powinniśmy przez dwa tygodnie dostawać więcej racji, zanim ktoś się ich doliczy”. „Z biegiem czasu stawałem się coraz bardziej nieczuły na ludzkie cierpienia” – wspominał sierżant z Korpusu Medycznego Królewskich Sił Zbrojnych. „Musieliśmy przywyknąć do bardzo strasznych rzeczy”. Niemożliwe jest zyskanie pewności co do reprezentatywności tych zachowań w całych siłach zbrojnych Wielkiej Brytanii, nie mówiąc już o oddziałach innych armii. Niemniej podobnie wspominało te dni wielu żołnierzy.

Pojawiały się jednak bardziej humanitarne uczucia i zachowania. Sam Brusiłow, którego powszechnie uważano za służbistę, przekonanego do twardej dyscypliny w armii, napędzany przecież pragnieniem odniesienia zwycięstwa i świadomy tego, że los powierzył mu „trudne i gorzkie zadania” nie był całkiem nieczuły na niedolę ludzką na „zasypanych trupami” polach bitew w Galicji. Po pierwszym miesiącu walk pisał do swojej żony: „Ten ciężar obciąża moje serce”. W liście opublikowanym w listopadzie 1914 roku, w niemieckiej gazecie dla górników, Bergar beiterzeitung, pojawił się fragment opisujący przerażenie towarzyszące widokowi straszliwie okaleczonych ciał żołnierzy piechoty: „Ten piechur zawsze staje mi przed oczyma. Bez głowy i z otwartą ziejącą raną zamiast tułowia. Nie mogę przestać o nim myśleć”. Autor twierdził, że ten obraz był tak straszny, tak wstrząsający, że nie mógł „spać przez dwa dni”.

Oczywiście nikt nie żałował martwych nieprzyjaciół. „Wrogowie są tylko przeszkodami, które trzeba zniszczyć” – tak brzmiało zdanie powtarzane przez wielu żołnierzy, których wspomnienia zebrano w Instytucie Psychologii Stosowanej w Berlinie. Jeden z francuskich żołnierzy pisał w liście do domu w 1915 roku: „Zmieniamy się w zwierzęta. Czuję to w innych. Czuję to w sobie”. Nie wszyscy żołnierze czuli się zbrutalizowani doświadczeniami wojennymi. Wielu jednak tak właśnie wspominało czas walki w okopach. Jako brutalne, pozbawione emocji zabijanie. Najczęściej śmierć zbierała swoje żniwo bezosobowo. Ludzie ginęli od ognia artylerii, karabinów maszynowych, od wybuchu granatów lub od innej śmiercionośnej broni zadającej cierpienie na odległość. Trzy czwarte ogólnej liczby ofiar po stronie francuskiej w latach 1914–1917 przypisuje się nieprzyjacielskiej artylerii. Żołnierze zgadzali się w swoich wspomnieniach, że zabijanie anonimowych przeciwników z dużej odległości nie było trudne. Walka w zwarciu – na przykład w atakowanych okopach, gdy wróg znalazł się na wyciągnięcie ręki i ginął od ciosu bagnetem – zdarzała się znacznie rzadziej. Tylko 0,1% żołnierzy niemieckich, którzy zginęli na wiosnę 1917 roku na froncie zachodnim poniosło śmierć w wyniku walki wręcz, podczas gdy 76% przypisuje się artylerii. W przypadku niektórych żołnierzy walka w zwarciu wymagała bowiem pozbycia się zahamowań i skrupułów. Jednak z wrogiem walczono w każdy możliwy sposób. I byli też tacy, którzy woleli stanąć z nieprzyjacielem twarzą w twarz. Pewien młody brytyjski major przyznał, że nie myśli za dużo o przyszłości. Po prostu wie, że „będą masakrować szkopów w okopach na pierwszej linii”. Inny brytyjski żołnierz zapisał w swoim dzienniku w czerwcu 1915 roku, że zastrzelił z bliska młodego Niemca, mimo że ten trzymał ręce w powietrzu i błagał o litość: „Gdy obserwowałem, jak pada do tyłu odrzucony impetem mojej kuli, czułem się wspaniale”.

Byli i tacy, którzy traktowali wojnę niczym proces oczyszczenia, który pozwoli zniszczyć to, co według nich „zgniło” w społeczeństwie (z pewnością byli w mniejszości). Jeden z żołnierzy niemieckich, który ucieszył się na wybuch wojny, pisał do swojego znajomego jeszcze w 1915 roku, że ofiary poniesione przez naród nie pójdą na marne pozostawią bowiem ojczyznę „lepszą i oczyszczoną z obcości (Fremdländerei)”. Świat wkrótce usłyszy jeszcze o tym żołnierzu. Nazywał się Adolf Hitler.

Narodowe stereotypy wroga znacznie wzmocniły proces podsycania wzajemnej nienawiści. W dużej mierze zadanie to zostało wypełnione jeszcze zanim wybuchła wojna. Gdy doszło już do walk, stereotypy zostały wzmocnione przez propagandę w kraju i na froncie. Oficjalna propaganda każdej ze stron demonizowała wrogów, by zaszczepić w obywatelach nienawiść – zarówno w szeregach armii, jak i wśród ludności cywilnej. Jedna z metod zakładała oskarżanie wrogów o okrucieństwa (prawdziwe lub zmyślone). Te stereotypy często zaczynały z czasem żyć własnym życiem. Zwolennicy lewicy w niemieckim wojsku, bardzo krytyczne nastawieni do militaryzmu, radykalnego nacjonalizmu i rządów kajzera, nie mieli nic przeciwko karykaturom słowiańskich podludzi oraz niemieckiej misji cywilizacyjnej, której celem było oświecenie Wschodu. Niemieccy żołnierze, którzy dotarli na ziemie rosyjskie przekonywali się sami, że te karykatury były prawdziwe. „Azja, step, bagna. (…) zapomniane przez Boga pustkowie pełne szlamu” – wspominał jeden z oficerów – „i bez najmniejszego śladu środkowoeuropejskiej Kultur”. Z kolei niemiecki sierżant, który próbował swoich sił w poezji, napisał w lutym 1918 roku:

Moje oczy widzą tylko obraz nędzy i rozpaczy,

Rosyjskiej armii dłońmi szkody wyrządzone.

Na ich własnej ziemi, dziełom natury!

To, co na zawsze zdało się stracone,

odtworzyły niemieckie bataliony Kultury!

Szerzone przez propagandę obrazy wywodzących się z Azji, zacofanych, nieokrzesanych, barbarzyńskich Rosjan na trwałe zapiszą się w mentalności ludzkiej, przygotowując grunt pod bezkresne okrucieństwa drugiej wielkiej wojny, choć o straszliwych masowych mordach bolszewików na Żydach świat dopiero miał usłyszeć. Niemniej jednak, propaganda nienawiści pierwszej wojny światowej nie zawsze i nie wszędzie odnosiła pełne sukcesy. Na pewno nie na froncie zachodnim. Znane są przecież przypadki bratania się żołnierzy w okopach na przełomie 1914 i 1915 roku w czasie nieoficjalnego „wigilijnego rozejmu” na ziemi niczyjej (dopóki nie zabronili tego wyżsi oficerowie). Obie strony czasami umawiały się na zawieszenie broni celem zebrania zabitych i rannych z przedpola. Zdarzały się nieoficjalne, krótkie okresy milczącego rozejmu, bazującego na niepisanych zasadach, lub przypadki żołnierzy na patrolu, do których się strzelało, ale tak, żeby nie trafić. Podobnie, jak oznaki wzajemnego szacunku wśród zwykłych żołnierzy, podziwiających umiejętności bojowe swoich wrogów w szczątkowym poczuciu człowieczeństwa w tej niewyobrażalnej „ludzkiej rzeźni”, która przeczyła zdrowemu rozsądkowi.

Oczywiście takie ludzkie zachowania należały do rzadkości i nie miały żadnego wpływu na ogólną ocenę okropieństw wojny. Cele ideologiczne, jawne lub te, o których głośno się raczej nie mówiło, zajmowały wyższych oficerów i dowódców, którzy musieli sobie jakoś racjonalnie tłumaczyć szaleństwo wojny. Zwykli żołnierze byli raczej poddawani „praniu mózgów” według ustalonych metod, które ukształtowały ich na etapie szkolenia i przygotowania do wojny w okopach. Co więcej, zabijanie szybko wpłynęło na zmianę postrzegania świata. Żołnierze nie mogli się przed tym ochronić. Czasem chodziło po prostu o to, aby „zabić i nie dać się zabić”. W większości akceptowali to, co musieli zrobić, nie widząc alternatywy, myśleli tylko o tym, aby przetrwać. „Życie to coś dobrego do jedzenia, co można żuć w ciszy zdrowymi zębami” – stwierdził pewien włoski żołnierz w 1917 roku, po strasznej bitwie, w której co drugi jego towarzysz zginął lub został ranny. Rzadko rozmyślano w okopach o wielkich ideach. „Jesteśmy tu, bo tu jesteśmy, bo jesteśmy tu, bo tu jesteśmy” – śpiewali cynicznie brytyjscy żołnierze.

Stałymi towarzyszami żołnierzy na froncie były strach i śmierć, nawet jeśli każdy starał się ukryć swoje prawdziwe emocje. Równie wszechobecny był fatalizm, który zawsze szedł w parze ze strachem. Żołnierze oczywiście nie przez cały czas znajdowali się na pierwszej linii frontu. Ci, którzy spędzali większość czasu w okopach, w rzeczywistości byli w mniejszości. Jednak na tyłach – gdzie żołnierze dochodzili do siebie po odniesionych ranach, odpoczywali, regenerowali siły na przepustkach lub w czasie wolnym (gra w piłkę nożną i wizyty w burdelach wydawały się niezmiennie najpopularniejszymi rozrywkami żołnierzy brytyjskich), ale także podczas regularnych szkoleń i musztry – zawsze towarzyszyła im myśl o zbliżającej się „kolejnej wielkiej ofensywie”. Gdy zaczynano plotkować, rosły obawy i pojawiał się strach. A gdy już nadchodziła właściwa chwila, zdarzało się, że ludzie byli tak przerażeni, że nie potrafili nad sobą zapanować. Inni udawali pewność siebie i opanowanie – bez wątpienia często po to, aby ukryć zdenerwowanie. Zdarzało się też, że często ludzie odważni, którzy przeszli już wcześniej przez ten horror, wpadali w tak wielkie przerażenie, że załamywali się nerwowo i odmawiali wyjścia z okopów, a potem płacili straszliwą cenę za rzekome tchórzostwo lub dezercję, stawiani przed plutonami egzekucyjnymi.

Większość wiedziała, że nie ma innego wyboru jak tylko wykonywać rozkazy i podchodziła do nich fatalistycznie. Rum, sznaps (wódka) lub inne alkohole rozdawane w dużych ilościach tuż przed ofensywą często trochę pomagały ukoić nerwy. Jeden z szeregowców armii brytyjskiej wspomina: „Gdy wydostałem się z okopu, tak naprawdę o niczym nie myślałem. Po prostu musiałem wykonywać rozkazy. I tyle”. Z wielu wspomnień wiemy, że żołnierze mniej bali się śmierci niż ciężkiego kalectwa. Z niemieckich badań opublikowanych w 1920 roku w materiałach zatytułowanych „Psychologia strachu w czasie wojny” dowiadujemy się, że „wyobrażenie swojego kalectwa (…) wystarczy, aby przyjąć śmierć jako pożądaną”. Wielu w duchu pragnęło odnieść ranę, którą Brytyjczycy nazywali Blighty wound, a Niemcy „strzałem odsyłającym do ojczyzny” (niem. Heimatschuß). W obu wersjach chodziło o jakiś lekki postrzał, ranę, która nie zagrażała życiu, ale wystarczała, aby odesłać żołnierza do domu jako niezdolnego do dalszej służby. Zdarzało się, że ludzie próbowali okaleczać się sami, niemniej przypadki tego typu, jeśli zostały wykryte, były surowo karane.

Mimo wszystkich okropności frontu zachodniego morale żołnierzy trzymało się zaskakująco dobrze. Francuski bunt po rzezi w pobliżu Chemin des Dames w 1917 roku był niechlubnym wyjątkiem, choć trzeba przyznać, że cenzorzy listów żołnierzy zauważyli też oznaki upadku ducha podczas końcowej fazy epickiej bitwy pod Verdun, a liczba dezercji wzrosła, zwłaszcza zimą na przełomie 1916/1917 roku. Francuzi na szczęście szybko zareagowali i uspokoili buntujących się żołnierzy, co było dowodem na to, jak poważnie podchodzono do tego typu spraw. Poważne obawy o morale oddziałów pojawiły się również podczas wielkiej niemieckiej ofensywy na wiosnę i latem 1918 roku. Jednak Francuzi wiedzieli, że walczą o swój kraj. To pozwoliło skoncentrować się na celu i czuć wspólnotę umysłów. Gdy czołgi francuskie pomogły odrzucić Niemców z powrotem nad Marnę w sierpniu tego roku, a wszyscy czuli, że zbliża się koniec walk, morale znów wzrosło. Brytyjczycy i żołnierze z imperium brytyjskiego nie mieli raczej problemów z upadającym morale. Nastroje pogorszyły się w czasie niemieckiej ofensywy na wiosnę 1918 roku, ale poprawiły się zaraz po załamaniu się ofensywy i uzyskaniu wsparcia oddziałów amerykańskich.

Oczywiście nie brakowało w armii brytyjskiej skarg i narzekań na kiepskie warunki, niesmaczne jedzenie, skromne racje żywnościowe, dryl wojskowy, wysiłek fizyczny i wyżywających się oficerów. We wszystkich oddziałach stron walczących starano się utrzymywać wysoki poziom dyscypliny, choć w niektórych miała ona charakter wyjątkowo opresyjny (zwłaszcza w jednostkach rosyjskich i włoskich). Środki fizycznego przymusu zintensyfikowano we wszystkich armiach podczas drugiej połowy wojny, aby przeciwdziałać rozchwianiu morale żołnierzy. Jednak sam przymus nie może tłumaczyć gotowości do kontynuowania walki, a w praktyce nie pomógł wcale w przypadkach powszechnego niezadowolenia i rozprężenia w większości armii pod koniec wojny. Gdzie morale było wysokie, tam działały bardziej pozytywne siły niż przymus fizyczny. Zarówno francuscy, jak i brytyjscy żołnierze niemal przez cały czas zachowywali wiarę w ostateczne zwycięstwo i byli przekonani o tym, że walczą w słusznej sprawie. Patriotyzm i świadomość, że bronią kraju, dawały francuskim żołnierzom przekonanie o słuszności walki. Ideały te miały również istotne znaczenie dla żołnierzy brytyjskich, nawet jeśli mniejsze (wszak Wielka Brytania nie znalazła się w bezpośrednim zagrożeniu i żołnierze nie walczyli na swojej ziemi). Cenzorzy kontrolujący listy żołnierzy brytyjskich do końca nie zauważyli spadku woli walki, a także przekonania o słuszności przyjęcia pokoju bez osiągnięcia ostatecznego zwycięstwa.

Morale oddziałów niemieckich posypało się dopiero w 1918 roku. Zwykły żołnierz koncentrował się na tym, co mu się nie podobało, to znaczy na nierównym traktowaniu oficerów i szeregowców, które odróżniało coraz bardziej upolitycznioną armię niemiecką od francuskiej i brytyjskiej. Mężczyźni w okopach byli przekonani, że oficerowie na tyłach wciąż prowadzą „łatwe życie”, podczas gdy żołnierze na froncie giną tysiącami. Ważnym tematem było kiepskie jedzenie i zmniejszenie racji żywnościowych (zauważalne od 1916 roku) oraz wieści z domu, dotyczące szalejących cen towarów pierwszej potrzeby i pogarszających się warunków życia. Te kwestie łączyły się z przekonaniem, że zwykli żołnierze walczą za nic – a właściwie tylko po to, żeby kapitalistom i spekulantom żyło się lepiej. W ostatnich miesiącach wojny coraz częściej mówiło się w okopach o tym, że dopiero rewolucja pozwoli naprawić te wszystkie niesprawiedliwości. Wielu niemieckich żołnierzy w tym czasie podzielało poglądy artystki i rzeźbiarki Käthe Kollwitz, która w 1914 roku załamana po stracie syna Petera, twierdziła, iż wojna – rzeźnia, w której ludzie ginęli milionami, jest „jednym wielkim szwindlem”. Pojawiły się wezwania do zawarcia pokoju, przyjęcia socjalizmu i rewolucji. W ostatnich tygodniach wojny słychać je było na całej linii frontu. Wreszcie żołnierze mieli dość i rozpoczęła się wielka fala dezercji.

Na froncie wschodnim oznaki świadczące o upadku morale pojawiały się znacznie wcześniej (ale nie w armii niemieckiej) niż na zachodnim. Żołnierze w oddziałach rosyjskich, austro-węgierskich i włoskich często już od samego początku niespecjalnie wierzyli „w sprawę”, za którą przyszło im walczyć. Wielu rosyjskich rekrutów (ponad trzy czwarte z nich pochodziło z chłopstwa; większość nie umiała czytać ani pisać) „nie miało najmniejszego pojęcia, czemu w ogóle znaleźli się na wojnie, nie wiedziało o istnieniu państwa takiego jak Niemcy” – narzekał generał Brusiłow. Demoralizacja pojawiła się bardzo szybko. Nawet po pierwszych porażkach w 1914 roku rosyjscy cenzorzy donosili, że „żołnierze nie wierzą w zwycięstwo”. Niedobory żywności, odzieży i broni – wielu żołnierzy na froncie jeszcze w 1915 roku nie miało broni – oraz niepowodzenia militarne osłabiły morale. Równie niekorzystny efekt miała brutalność oficerów, których powszechnie nienawidzono, uważając ich za przedstawicieli klasy posiadaczy, oskarżano o korupcję i tchórzostwo, zwykle bowiem trzymali się tyłów. Coraz częściej żołnierze pytali, kogo powinni winić za swój ciężki los. W odpowiedzi często powtarzało się słowo: zdrada. Rosyjscy cenzorzy już w 1915 roku donosili o często pojawiającym się w listach z frontu wniosku, który brzmiał mniej więcej tak: „Być może wkrótce przyjdzie nam przyznać, że nasza kampania wojenna zakończy się klęską i że zostaliśmy zdradzeni”. W 1916 roku defetyzm rósł. Zaczęło się poszukiwanie kozłów ofiarnych i sprzedawczyków, co miało szkodliwy wpływ na przebieg walk na froncie. Żołnierz, słysząc „wyjaśnienia” podoficerów, którzy sugerowali, że za ostatnią klęską kryją się „szpiedzy i zdrajcy”, stwierdzał, iż „ryba psuje się od głowy”. Jak to możliwe, że car otacza się złodziejami i oszustami? To jasne jak słońce, że ta wojna jest przegrana. Takie koncepcje otwierały drogę do rewolucji.

W rosyjskiej armii bardzo szybko (już w 1916 roku) pojawiły się masowe dezercje i przechodzenie całych oddziałów na stronę wroga. Niskie morale armii było przyczyną ponad dwudziestu buntów już jesienią tego roku. Buntujące się oddziały otrzymywały duże wsparcie innych żołnierzy na froncie, którzy wcale nie potępiali takiego zachowania. Znużenie wojną i wyraźne przygnębienie – na krótko odsunięte w cień po udanej ofensywie Brusiłowa – mieszały się z rosnącą niepewnością przyszłości, jakiej źródłem często były listy od rodzin w kraju, z których żołnierze dowiadywali się o pogarszających się warunkach życia zwykłych obywateli. Szef piotrogrodzkiej komisji cenzury zauważył w listopadzie 1916 roku, że pogłoski docierające na front, między innymi z listów od krewnych, powodowały „upadek żołnierskiego morale i wiele zmartwień o losy bliskich zostawionych w domach”. Żądania pokoju – nawet bezwarunkowego – pojawiały się jeszcze w 1916 roku. W czasie rewolucji lutowej 1917 roku ta fala wezbrała i nikt już nie mógł zapobiec katastrofie.

Dezercje na wielką skalę zaczęły się dość wcześnie również w innych armiach walczących na froncie wschodnim. W armii włoskiej, mimo surowych kar stosowanych od samego początku, liczba dezercji wzrosła prawie trzykrotnie w latach 1915 i 1917. Ponad 300 000 żołnierzy zdezerterowało z armii Imperium Osmańskiego do listopada 1917 roku. Gotowość poddania się przeciwnikom – o wiele bardziej rozpowszechniona na wschodzie niż na froncie zachodnim – była oznaką niskiego morale, które powinno bazować przecież na poczuciu zaangażowania i samodyscyplinie.

Istotnym elementem decydującym o trudnościach w podtrzymywaniu morale armii austro-węgierskiej był brak jedności narodowej. Niemieckojęzyczni austriaccy oficerowie często traktowali żołnierzy z innych grup etnicznych – Chorwatów, Rumunów, bośniackich Serbów, Czechów, Włochów i innych – z niekrytą pogardą. Takie oddziały z kolei nie tylko nienawidziły dowódców, ale i patrzyły na całą kadrę oficerską przez pryzmat pochodzenia etnicznego, a sprawę obrony monarchii Habsburgów nierzadko traktowały z obojętnością lub jawną wrogością. Czechom i przedstawicielom innych mniejszości etnicznych nie podobało się to, jak traktują ich apodyktyczni i aroganccy oficerowie. Sami Austriacy uważali Czechów, Rusinów Zakarpackich (zamieszkujących wschodnie ziemie węgierskie, na południe od Karpat) oraz – nie bez powodu – bośniackich Serbów za niegodnych zaufania. Taka sytuacja nie mogła być receptą na dobre morale wojska. Coraz większe fale dezercji Czechów wskazywały, że nacjonalistyczne tendencje etniczne odgrywały istotną rolę w osłabianiu wysiłku wojennego Habsburgów.

Na froncie wschodnim w dużo większym stopniu niż na froncie zachodnim (z wyjątkiem początkowej fazy wojny) w toku walk cierpieli cywile. O tym, jak wojna wpłynęła na losy cywilów na froncie wschodnim możemy dowiedzieć się z niezwykłych wspomnień pewnego polskiego włościanina. Jan Słomka urodził się w 1842 roku. Zmarł w 1929 roku w wieku osiemdziesięciu siedmiu lat. Przez czterdzieści lat sprawował stanowisko wójta w małej wsi Dzików w pobliżu Tarnobrzega w południowo-wschodniej Polsce, nad Wisłą i w pobliżu przedgórza Karpat. Ta część Polski znalazła się przed wojną w zaborze austriackim. Żywe wspomnienia Jana Słomki, który opisywał wpływ wojny na ubogą społeczność wiejską noszą raczej wiele podobieństw do zniszczeń, grabieży i spustoszenia, będącego efektem przejścia oddziałów różnych armii w wojnie trzydziestoletniej w XVII wieku, niż osobliwych okropności statycznej wojny pozycyjnej znanej z frontu zachodniego, gdzie zmagania na wyczerpanie w pewnym ograniczonym terytorialnie obszarze nie odcisnęły się tak mocno na życiu zwykłych obywateli spoza tych terenów.

W ciągu roku od wybuchu wojny Jan Słomka widział wojska austriackie przewalające się przez jego wioskę pięć razy i wojska rosyjskie cztery razy. W bezpośredniej bliskości stoczono również trzy duże bitwy. Rosjanie zajęli okoliczne tereny dwa razy, raz na trzy tygodnie, drugi raz – na osiem miesięcy. Ruchy wojsk i bitwy przyniosły ogromne straty. Na okolicznych ziemiach zniszczono prawie 3000 gospodarstw i domów, głównie w konsekwencji ostrzału artylerii. Niektóre wsie zostały całkowicie starte z powierzchni ziemi. Blisko 14 000 hektarów lasów spalono, wycięto lub zniszczono ogniem artyleryjskim. Zrujnowane domostwa zostały splądrowane. Liczni mieszkańcy okolicznych wsi – ci, którzy nie uciekli na wieść o zbliżających się Rosjanach – zostali zmaltretowani i okradzeni, pozostawieni ledwo trzymający się na nogach i w nędzy. Wielu ludzi musiało żyć w prowizorycznych warunkach, wśród ruin. Pola leżały odłogiem, poprzecinane okopami i zasiekami z drutu kolczastego. Konie i bydło zabrali Rosjanie. Większość dorosłych mężczyzn wywieziono za Ural. Brakowało jedzenia, odzieży i jakiegokolwiek schronienia. Nie było też komu siać i orać, ponieważ brakowało rąk do pracy. Konieczne okazało się wprowadzenie bardzo niepopularnego racjonowania żywności, a jej niedobór doprowadził do astronomicznych podwyżek cen produktów spożywczych.

A wszystko na początku wyglądało bardzo optymistycznie. Rekruci z Dzikowa chętnie odpowiedzieli na powszechną mobilizację, którą ogłoszono 1 sierpnia 1914 roku. Ludność cywilna z otwartymi rękoma przyjęła oddziały, które podążały na front przy akompaniamencie głośnych śpiewów. Morale było wysokie. Powszechnie sądzono, że państwa centralne szybko sięgną po zwycięstwo, a losy wojny rozstrzygną się na terytorium Rosji. Koniec wojny miał przynieść powstanie nowego państwa polskiego.

Już na samym początku wojny wyraźnie widać było, jak podzielona jest lokalna społeczność. Niechęć ludności katolickiej w stosunku do Żydów (którzy stanowili większość mieszkańców Tarnobrzega, choć nie samego Dzikowa i innych okolicznych wsi) znalazła swój wyraz w powtarzanych zarzutach, że Żydzi unikali służby wojskowej, nie chcieli dostarczać kwaterunku, koni czy wozów na potrzeby armii, co zwiększało obciążenia zwykłych mieszkańców. Ostatecznie Żydów siłą zagoniono do prac ziemnych.

Odwrót wojsk rosyjskich za Wisłę i ofensywa austriacka zdawały się potwierdzać nadzieje na zwycięstwo, które było uważane także za zwycięstwo Polski. Sądzono, że wojna skończy się w ciągu kilku miesięcy. Ten optymizm był jednak przedwczesny. Już 9 września we wsi Jana Słomki słychać było coraz głośniejszy huk artylerii, który zaniepokoił lokalną społeczność, a potem wręcz wywołał panikę wśród tych, którzy do tej pory sądzili, iż austriacka armia znajduje się daleko stąd, na drodze do zwycięstwa. W ciągu kilku następnych dni okazało się, że rzeczywistość wygląda zgoła odmiennie. Armia Austro-Węgier znajdowała się w rozsypce i w pełnym odwrocie. Ledwo trzymający się na nogach żołnierze, zmęczeni, głodni i często ranni, nie przypominali już wspaniałych bohaterów z regimentów, które oglądano tu zaledwie kilka tygodni wcześniej. Wycofujący się żołnierze najpierw prosili o jedzenie, a potem po prostu wszystko zabierali siłą. Wielu miejscowych Żydów uciekło przed nacierającymi Rosjanami. Nie bez przyczyny, ponieważ przybysze ze wschodu traktowali ich „bardzo bezwzględnie”. Żydzi z Dzikowa zostali zebrani na placu i publicznie wychłostani. W pobliskiej wiosce pięciu Żydów powieszono za to, że rzekomo ukrywali broń. Dwóch kolejnych z Tarnobrzega powieszono przy drodze pod zarzutem szpiegostwa. Gdy Rosjanie wycofali się na początku października, ludność z zadowoleniem znów witała wybawców, którzy, ubrani w mundury austriackie, ponowne pojawili się w wiosce. Jednak owymi „oswobodzicielami” okazali się Węgrzy, którzy w liczbie 15 000 wkrótce zostali zakwaterowani w okolicy i zachowywali się równie drapieżnie i wrogo, jak Rosjanie. Na początku listopada znów pojawili się Rosjanie i okupacja – towarzyszyły temu regularne grabieże i niszczenie mienia – która tym razem trwała aż do czerwca 1915 roku.

Gdy w późniejszych latach wojny sytuacja gospodarcza uległa znacznemu pogorszeniu, nie do pozazdroszczenia stał się także los miejscowej ludności. Coraz większa fala dezercji z armii Austro-Węgier stała się wyraźnym znakiem, świadczącym o słabości militarnej państwa, coraz mniej ludzi wierzyło w to, że Polska może odzyskać niepodległość. A gdy wschodnia połowa Galicji – do tej pory prowincji austriackiej – została dołączona do nowo utworzonej Ukraińskiej Republiki Ludowej na mocy osobnego traktatu między Ukrainą, Cesarstwem Niemieckim i Austro-Węgrami, podpisanego 9 lutego 1918 roku (w którym uznano niepodległość Ukrainy i zaoferowano nowemu państwu wsparcie wojskowe w wojnie z bolszewikami w zamian za dostawy artykułów żywnościowych, bez zadbania o wprowadzenie do rządu jakichkolwiek przedstawicieli polskich władz), Polacy poczuli się zdradzeni przez Niemcy i Austrię. W sytuacji, gdy deklaracja prezydenta Wilsona, ogłoszona przed zaledwie miesiącem, zawierała zapisy mówiące o stworzeniu niezależnego państwa polskiego w ramach nowego porządku w Europie, gwarantowanego przez aliantów, traktat brzeski z Ukrainą stał się dla Polaków ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy. W związku z tym wielu Polaków wypowiedziało lojalność wobec władz państw centralnych. Niemniej wtedy jeszcze nikt nie wiedział, w jakiej formie i czy w ogóle powstanie nowe państwo polskie.

Ostatniego dnia października 1918 roku tłum dezerterów z armii austro-węgierskiej, który ukrywał się po okolicznych lasach, wspierany (i karmiony) przez miejscową ludność, wyległ na plac główny w Tarnobrzegu. Żołnierze zrywali z czapek austriackie rozety. W pierwszych dniach listopada insygnia armii austriackiej zostały zastąpione polskimi orzełkami. Żołnierze gromadzili się też na stacji kolejowej. Chcieli wrócić do domów najszybciej, jak się da. Obywatele zbierali się na placach i ulicach, krzycząc: „Polska odrodzona!”. Lokalni urzędnicy będący symbolami dawnej władzy (w tym sam Jan Słomka), uznani za przedstawicieli uciążliwej i niepopularnej administracji wojennej i represji, zostali natychmiast usunięci ze swoich stanowisk. Celem ataków zwykłych ludzi stawali się policjanci, których często dotkliwie bito. Ponownie celem ataków stali się również Żydzi, oskarżani o żerowanie na biednej lokalnej ludności przez pożyczki na lichwiarski procent i uchylanie się od służby wojskowej. Żydowskie sklepy były plądrowane, a ich właściciele czasami z trudem uchodzili z życiem. Wszędzie wyraźnie wyczuwano oznaki nienawiści klasowej. Dwie trzecie ziemi w sąsiedztwie wsi Jana Słomki należało do dziesięciu wielkich właścicieli ziemskich, a jedna trzecia została rozdzielona na około 14 000 chłopów. Nic dziwnego, że w chaosie ostatnich tygodni wojny, często z inspiracji bolszewików, grupy uzbrojonych w kije, widły i karabiny chłopów (wspomaganych czasami przez służących w tych majątkach) napadały na dworki i duże majątki, dokonując grabieży spichlerzy z żywnością, zwierząt gospodarskich, kradnąc siano, wozy i wszystko, co się dało, przy okazji poniewierając, a czasem i mordując, administratorów nieruchomości.

Wojna, której w tej części Polski towarzyszyły wielkie oczekiwania, kończyła się gorzką wrogością, konfliktem klasowym, wzmożoną niechęcią wobec Żydów, upadkiem autorytetów oraz powszechną przemocą i bezprawiem. Nowa Polska zdecydowanie nie przypominała zjednoczonego narodu. W czasie rozejmu po wojnie kraj nie miał rządu. Gdy 16 listopada 1918 roku ogłoszono powstanie niepodległego państwa polskiego, trudności związane z ustaleniem granic i zbudowaniem jednolitej infrastruktury dopiero się zaczynały. I niezależnie od wiązanych z wybuchem wojny nadziei sąsiadów Jana Słomki w Dzikowie i w niezliczonych polskich wsiach i miasteczkach, odbudowa państwa polskiego, jego dokładny kształt, nie miał wiele wspólnego z ich marzeniami, za to był wypadkową stopnia rozpadu trzech mocarstw – carskiej Rosji, Austro-Węgier i Cesarstwa Niemieckiego (a właściwie Prus przed 1871 rokiem) – które w 1795 roku przeprowadziły ostatni rozbiór Polski.

W zachodniej i wschodniej Europie, pomimo odmiennej charakterystyki wojny na dwóch frontach, ludność cywilna musiała znosić trudy nowej sytuacji, radząc sobie z problemami psychologicznymi i materialnymi nowej rzeczywistości. W dużej części ten ciężar spoczywał na barkach kobiet. Częstokroć to właśnie im przypadało w udziale dbanie o gospodarstwa, wychowywanie małych dzieci i zamartwianie się o mężczyzn, którzy walczyli z dala od domu na froncie. W regionach przemysłowych kobiety musiały wykonywać prace, które wcześniej wykonywali mężczyźni – w fabrykach zbrojeniowych lub transporcie. Przy niedoborach żywności i wzroście cen kobiety żyły w ciągłym strachu. Każdego dnia mogły usłyszeć pukanie do drzwi i otrzymać wiadomość, że ich ukochany zginął na służbie gdzieś w okopach. Nic dziwnego, że taka niepewność przynosiła pęczniejący gniew i oburzenie. Stojąc w kolejkach po żywność, kobiety mogły wymieniać się wiadomościami i plotkami, podzielić żalami. Listy pozwalały zorientować się nieco w sytuacji na frontach, w przebiegu wojny i reakcji armii. W listach trafiających do mężczyzn w okopach często pojawiały się opisy warunków panujących w domu. Żołnierze rzadko mieli okazję udania się na przepustkę do domu, a wspomnienia tych krótkich chwil często towarzyszyły im później w okopach.

Ludzie, którzy zostali w domach nie byli w stanie objąć umysłem okropności wojny, choć na przykład w Wielkiej Brytanii wyświetlano w kinach filmy takie jak The Battle of the Somme, które, nawet jeśli częściowo przedstawiały sceny fabularne i inscenizowane, nie były pozbawione prawdziwych, makabrycznych obrazów. Po raz pierwszy w historii zdarzyło się, że ten, kto nie uczestniczył w zmaganiach, mógł na własne oczy obejrzeć okropności wojny. Zdjęcia były tak wstrząsające, że zdarzało się, iż oglądający film ludzie w kinach mdleli z przerażenia. Władze były zmuszone stwierdzić, że cywilna populacja nie jest gotowa zaakceptować ponurej rzeczywistości. Większość krewnych żołnierzy w domu potrzebowało lub wolało nie wiedzieć, co muszą znosić ich bliscy na froncie. Nic więc dziwnego, że wielu żołnierzy wracało z przepustek do obowiązków frontowych z przekonaniem, że ludzie na tyłach nie mieli pojęcia, przez co muszą przechodzić. Pewien ciepło powitany w domu przez krewnych brytyjski porucznik w 1917 roku szybko doświadczył ochłodzenia atmosfery, gdy rozmowa zeszła na temat brytyjskiego zwycięstwa pod Passchendaele. Gdy opisał horror tej bitwy i stwierdził, że wszystkie te straty poniesiono zupełnie bez powodu, pokazano mu drzwi.

Takie niezrozumienie, a wręcz nieczułość nie były na szczęście zachowaniami typowymi. Relacje między żołnierzami frontowymi i ich bliskimi w domach na ogół wyglądały o wiele lepiej i ta więź była ważniejsza, niż może sugerować wspomniana historia. Już sama liczba wysyłanej poczty – trudnej do przecenienia „linii życia” – pokazuje, jak bardzo żołnierze tęsknili za domem (niektórzy niestety nie mogli cieszyć się z przepustek spędzanych w domu, na przykład Kanadyjczycy, żołnierze z antypodów, Hindusi lub ci, którym przyszło walczyć w wielu odległych regionach imperium rosyjskiego). Wydaje się również, że wraz z upływem czasu stosunek do wojny cywilów i żołnierzy na froncie stawał się jednaki, zwłaszcza w kraju i armii tej strony, która musiała liczyć się z coraz bardziej prawdopodobną perspektywą klęski.

Szeroki wachlarz różnorodnych zachowań i doświadczeń, w kraju i na froncie, nie pozwala na łatwe uogólnienia lub podsumowania. Można chyba jednak zaryzykować stwierdzenie, że w krajach rozpoczynających wojnę w sytuacji politycznej, w której rząd korzystał z dużego wsparcia, bazując na stosunkowo wysokim poziomie reprezentacji, i był powszechnie akceptowany oraz charakteryzował się określonymi, trwałymi wartościami – co można by nazwać „legitymizacją” rządu przez obywateli – władza dysponowała przewagą w kontekście utrzymywania wysokiego morale wśród cywilów i żołnierzy, a tym samym maksymalizowała wysiłek wojenny. Oczywiście sam autorytet władzy nie wystarczał. Aby sięgnąć po zwycięstwo, trzeba było osiągnąć perfekcję w wielu dziedzinach: w produkcji zbrojeniowej i dostawach broni, zapewnieniu żywności i właściwym wykorzystaniu siły roboczej. Wielka Brytania i Francja umiejętnie wykorzystywały przewagę przemysłową, zwłaszcza że kraje te mogły bazować nie tylko na pomocy ze strony swoich sojuszników w koloniach i na terenach zamorskich, ale i korzystać ze wsparcia Stanów Zjednoczonych, a pod koniec wojny otrzymały bardzo realną pomoc pod postacią dywizji amerykańskiej armii. Takie argumenty pozwalały wierzyć w ostateczne zwycięstwo. A tam, gdzie dało się zachować nadzieję na zwycięstwo, gdzie ludzie widzieli realny, osiągalny cel – system państwa mógł utrzymać swoją legitymację społeczną nawet w obliczu ogromnych strat na froncie.

Tam, gdzie rosło prawdopodobieństwo porażki, nadzieja znikała, a ogromne (i dalej rosnące) straty wydawały się ponoszone całkiem na marne, autorytet systemu państwa odpowiedzialnego za klęski najpierw malał, a potem coraz bardziej zbliżał się do punktu, w którym już nikt władzom nie ufał. Typowym przejawem tej niewiary może być skala dezercji z armii państw centralnych pod koniec wojny. Tam, gdzie autorytet państwa sięgał bruku, wojna nakładała tak wielkie obciążenia na obywateli, że dążące do wojny reżimy wraz z upływem czasu były coraz bardziej zagrożone masowymi niepokojami zarówno wśród rzesz ludności cywilnej, jak i żołnierzy w oddziałach na frontach.

Państwo pod presją

Pierwsza wojna sprawiła, że wszystkie państwa biorące w niej udział, nawet te, które wyszły z tej konfrontacji zwycięsko, znalazły się pod ogromną, nieznaną wcześniej presją społeczną. Aparat państwowy stanął przed koniecznością realizacji nowych i zmodyfikowanych zadań, które po części wynikały z konfliktu na nieznaną wcześniej skalę. Na potrzeby wysiłku wojennego trzeba było zmobilizować rezerwy ludzkie i zasoby surowców w niezbędnych ilościach. Po dwóch latach wojny duża część męskiej populacji zdolnej do noszenia broni została wcielona do służby (Wielka Brytania, która rozpoczęła wojnę z armią ochotników, zaczęła pobór w 1916 roku). Konieczne było przestawienie przemysłu na tory wojenne, aby możliwe było masowe wytwarzanie broni i sprzętu wojskowego, niezbędnego do walki. Państwo finansowało badania naukowe i prace nad nowymi technologiami, umożliwiającymi rozwój innowacyjnych rodzajów uzbrojenia. Trzeba było zwiększyć liczbę szpitali, izb chorych i prowizorycznych domów rekonwalescencji tak, żeby poradzić sobie z dużą liczbą rannych i okaleczonych weteranów. Nowym wyzwaniem było, na przykład, zorganizowanie pomocy społecznej dla wdów i rodzin pozbawionych głównego źródła dochodu po zmarłym żywicielu rodziny. Niezwykle istotne okazało się kontrolowanie opinii publicznej i podtrzymywanie morale społeczeństwa za pośrednictwem państwowego aparatu propagandy i cenzury. Rozpowszechnianie informacji było ściśle monitorowane przez bezpośredni lub pośredni wpływ na prasę i media.

Wszystko to wiązało się z koniecznością wdrożenia systemu sterowania gospodarką i znacznego zwiększenia wydatków państwa. Nakłady finansowe na wojnę pod koniec konfliktu osiągnęły bezprecedensowy poziom: w Niemczech przeznaczono na ten cel 59% produktu krajowego brutto, we Francji 54%, 37% w Wielkiej Brytanii (choć mniej rozwinięte gospodarki Rosji, Austro-Węgier lub Imperium Osmańskiego nie były w stanie przeznaczyć dużych kwot w ujęciu ilościowym). Pojawiły się nowe lub rozszerzone formy opodatkowania obywateli. Wielka Brytania bardzo skutecznie radziła sobie w ten sposób z finansowaniem wysiłku wojennego, a Niemcy i Francja były bardziej niechętne opodatkowywaniu obywateli, wyobrażając sobie, że długi zostaną spłacone z odszkodowań wypłaconych przez przegranego. To znaczy, że większość pieniędzy pochodziła z pożyczek. Alianci pożyczali pieniądze głównie z Ameryki. Austro-Węgry zaś od Niemiec. W miarę upływu czasu Cesarstwo Niemieckie z coraz większym trudem uzyskiwało fundusze z zewnątrz. Dlatego wysiłek wojenny trzeba było finansować w coraz większym stopniu przez pożyczki w kraju. Wszystkie państwa wprowadziły obligacje wojenne, ich zadłużenia wewnętrzne znacznie wzrosły. Gdy nie dało się już zaciągnąć żadnej pożyczki ani narzucić nowych podatków, państwo drukowało pieniądze, odkładając rozwiązanie problemu na przyszłość.

W miarę jak rósł poziom interwencjonizmu w gospodarce i życiu społecznym, rozrastał się również aparat państwa. Coraz bardziej dawała o sobie znać biurokracja. Coraz większa rola przypadała aparatowi przymusu, nadzoru i represji. Internowano ludzi uznanych za „obcych”. W niektórych obszarach, zwłaszcza w Europie Wschodniej, wysiedlano całe populacje. Kiedy Rosjanie w 1915 roku wycofywali się z Królestwa Polskiego i Litwy, zostawiając za sobą „spaloną ziemię”, wywieziono w głąb Rosji co najmniej 300 000 Litwinów, 250 000 Łotyszy, 350 000

Żydów (których los był szczególnie okrutny) i 743 000 Polaków. Do 1917 roku liczba wszystkich wysiedlonych sięgnęła około 6 mln! Byli to uciekinierzy z Kaukazu i z terenów przygranicznych na zachodzie, ale również osoby deportowane siłą. Znacząco zwiększyło to, i tak już ogromną, liczbę ludzi cierpiących nędzę w rosyjskich miastach.

Państwa uczestniczące w wojnie musiały zapewnić wsparcie zwłaszcza przedstawicielom klasy robotniczej (dużą rolę w przemyśle zbrojeniowym zaczęły nagle odgrywać kobiety), której wojowniczość rosła proporcjonalnie do pogarszających się warunków bytowych. Często zdarzało się, szczególnie w bardziej autorytarnych systemach, że władza łatwiej sięgała po kij niż po marchewkę. W Wielkiej Brytanii, Francji i – dopiero pod koniec wojny – również w Niemczech pracowników przekonywano jednak zwykle większymi płacami (w porównaniu z płacami w innych branżach), obietnicą lepszej przyszłości oraz ulgami dotyczącymi, na przykład, organizacji związków zawodowych. W Niemczech drastyczne środki wprowadzone do zmobilizowania robotników na podstawie Ustawy o służbie pomocniczej z 1916 roku – przewidującej obowiązkową pracę w przemyśle dla wszystkich mężczyzn między siedemnastym a sześćdziesiątym rokiem życia – połączono z utworzeniem specjalnych komisji pracowniczych w fabrykach, w których zatrudnionych było ponad pięćdziesięciu pracowników, dając tym sposobem samym pracownikom narzędzia wpływania na produkcję. Mimo wszystko – to znaczy, mimo gotowości do wspierania działań wojennych – robotnicy (w tym kobiety) gotowi byli strajkować w obronie swoich interesów. W Wielkiej Brytanii, gdzie warunki pogorszyły się mniej niż w jakimkolwiek innym kraju uczestniczącym w wojnie, i gdzie poparcie dla wojny pozostawało długo na wysokim poziomie – zorganizowano więcej strajków niż gdziekolwiek indziej (jeśli nie liczyć Rosji). Trzy razy więcej brytyjskich robotników strajkowało w 1918 roku niż w 1914 roku. Poza Wielką Brytanią strajki w ciągu pierwszych dwóch lat wojny zdarzały się relatywnie rzadko, ale potem, to znaczy w latach 1917–1918, ich liczba zaczęła gwałtownie rosnąć (a wśród żądań coraz częściej pojawiały się te, które dotyczyły kwestii politycznych).

Wraz z przedłużaniem się trudnego okresu i cierpień wojny coraz częściej dochodziło do poszukiwania kozłów ofiarnych, na których można było zrzucić winę za wszystkie nieszczęścia. Nienawiść do rzekomych winowajców podsycana była przez propagandę państwową. Zwykli ludzie najczęściej utyskiwali na kapitalistów i finansistów. Jednak nie chodziło tylko o oczywiste różnice klasowe i ocenę tego, kto najbardziej korzysta na wojnie. Nastroje społeczne można było bardzo łatwo kształtować, odwołując się do nienawiści rasowej. Żydzi coraz częściej pojawiali się w karykaturach jako wyzyskiwacze mas pracujących i ucieleśnienie kapitału finansowego. Nienawiść do Żydów już od zbyt dawna kształtowała mentalność większości Europejczyków, a społeczeństwo o wiele za łatwo poddawało się manipulacjom, aby ograniczać się teraz tylko do powiązania ich z wyzyskiem kapitalizmu. Głębokie antypatie często stanowiły mieszankę zagadnień czysto ekonomicznych, z dobrze znanymi od wieków uprzedzeniami – wciąż powszechnymi, zwłaszcza w Europie Środkowej i Wschodniej, a często napędzanymi przez chrześcijańskie duchowieństwo. Od dawna bowiem o Żydach mówiono jako o „mordercach Chrystusa”. W 1917 roku w tym amalgamacie nienawiści pojawił się kolejny niebezpieczny element: Żydzi jako źródło i przyczyna bolszewizmu i rewolucji. Wielowymiarowy obraz Żyda w czasie, gdy wojna zbliżała się do końca, miał w sobie wiele z parodii. Oto wróg chrześcijaństwa, kapitalistyczny wyzyskiwacz, człowiek ze wszystkich sił starający się uniknąć służby wojskowej, prowodyr zamieszek i wewnętrznych niepokojów, siła napędowa bolszewizmu! Wszystko w jednym. Trudno się dziwić, że dokument zatytułowany Protokoły mędrców Syjonu – dzieło spreparowane na specjalne zamówienie carskiej, tajnej policji i rzekomo ujawniające żydowski spisek, którego celem jest zdobycie kontroli nad światem – zaczął krążyć w społeczeństwie właśnie po 1917 roku, gdy przygotowywano grunt pod rosyjską rewolucję.

Zmiany w społeczeństwie każdego kraju uczestniczącego w wojnie były zarówno wywoływane przez wpływ wojny na politykę oraz autorytet aparatu państwowego, jak i kreowane przez te siły. Po pierwsze, państwa starały się robić wszystko, aby system polityczny działał tak, jak przed wojną, lub z minimalnymi modyfikacjami. Winston Churchill podczas swojego przemówienia w listopadzie 1914 roku użył zwrotu business as usual, by podkreślić, jak bardzo potrzebne jest zachowanie normalności, niezakłóconej przez działania wojenne prowadzone za granicą, które według wszelkich przewidywań miały się przecież szybko skończyć. Takie nadzieje pojawiły się w każdym z krajów w stanie wojny. Jednak zachowanie tradycyjnych (mniej więcej) nawyków i zachowań politycznych możliwe było dopiero, gdy kraje, w mniejszym lub większym stopniu, zaczynały odczuwać wagę presji wydarzeń na frontach.

W Wielkiej Brytanii i Francji różnice polityczne zwolenników różnych partii zwykle były powodem ostrych sporów, ale nie przeszkadzało to w odczuwaniu przez wszystkich obywateli zaangażowania na rzecz wspólnego wysiłku wojennego. Tę jedność kwestionowały tylko małe grupki, które choć czasem głośno wykrzykiwały swoje hasła, nie miały istotnego wpływu na kształtowanie polityki głównego nurtu. Jeżeli dochodziło do zmian politycznych, zwykle było to efektem walk. Spierano się o to, która „silna osobowość” sprawdzi się najlepiej na konkretnym stanowisku, gdy celem jest poprowadzenie ludzi do zwycięstwa z charyzmą i niegasnącym zapałem. Po ogromnych stratach poniesionych przez Brytyjczyków w bitwie nad Sommą oraz w następstwie poważnego buntu w Irlandii, który groził obaleniem brytyjskich rządów na wyspie, premierem Wielkiej Brytanii został dynamiczny David Lloyd George, który w grudniu 1916 roku stanął na czele niezbyt licznego, ale niezwykle skutecznego gabinetu czasu wojny. Pod jego kierownictwem udało się poprawić wydajność gospodarki, przestawiając ją na tory produkcji wojennej i efektywniej wykorzystując wysiłek wojenny. Kryzys polityczny we Francji po kłopotach roku 1917 – to znaczy po poważnych buntach na froncie, strajkach, demonstracjach antywojennych i żądaniach kompromisowego pokoju – doprowadził w listopadzie tego roku do powstania nowego rządu, którego liderem został radykalny weteran gabinetów politycznych – Georges Clemenceau. Człowiek ten, będący symbolem republikańskiego nacjonalizmu, miał przywrócić w społeczeństwie gorącą wiarę w zwycięstwo i zaufanie do rządu. Stał się symbolem „wytrwałej, patriotycznej walki o pokój do ostatecznego zwycięstwa”.

Wewnętrzne spory o strategię prowadzenia wojny czy różne poziomy niezadowolenia społecznego i politycznego, głównie z socjalistycznej lewicy, ani w Wielkiej Brytanii, ani we Francji nie doprowadziły do pojawiania się ryzyka rewolucji, która zagroziłaby fundamentom państwa. Wysokie morale Brytyjczyków w dużej części wynikało ze świadomości, że Anglia nie jest zagrożona inwazją, prawdopodobieństwo końcowego zwycięstwa uznaje się za wysokie, a także ze stosunkowo niskiego poziomu materialnego niedostatku. Oczywiście wojna pośrednio wpływała na każdą jednostkę ludzką. Pacyfistyczne protesty i demonstracje na rzecz pokoju na początku 1918 roku, gdy protestujący otwarcie wyrażali swoje poparcie dla bolszewizmu i rewolucji, doprowadziły w maju do wielkiego strajku pracowników fabryk amunicji. Być może tego typu protesty miałyby jeszcze większą siłę, gdyby wojna nie toczyła się na francuskiej ziemi. W tej sytuacji bowiem postawie pacyfistycznej przeciwstawiano potrzebę walki w obronie kraju i powstrzymania wielkiej niemieckiej ofensywy. A gdy już się to udało i wydawało się, że zwycięstwo jest już bliskie, morale wzrosło. Zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i we Francji socjalistyczna lewica zwykle popierała działania wojenne. W żadnym z tych krajów nie pojawiło się poważne ryzyko upadku autorytetu państwa. Oczywiście mogłoby być inaczej, gdyby niemiecka ofensywa zakończyła się sukcesem, a w oczy Francuzów zajrzałoby widmo porażki, wszystkie straty zaczęłyby być postrzegane jako poniesione na próżno.

Na przeciwległym biegunie politycznej stabilności znajdowała się Rosja. Tylko w tam podczas toczącej się wojny wybuchła rewolucja. Tylko w Rosji niepokoje społeczne doprowadziły do tak wielkiej zmiany relacji gospodarczych oraz struktur politycznych. I tylko w Rosji klasa rządząca została w efekcie tych zamieszek unicestwiona.

Pierwsza próba wprowadzenia istotnych zmian ustrojowych – rewolucja rosyjska 1905 roku – nie powiodła się, ponieważ nie istniała wówczas żadna siła, która mogłaby połączyć strajkujących robotników, niezadowolonych chłopów i zbuntowanych żołnierzy oraz marynarzy (choć nie było ich zbyt wielu). Nie istniało też jednolite rewolucyjne kierownictwo. Car przekonał buntowników, obiecując ustępstwa dotyczące rządu konstytucyjnego, które jednak wkrótce okazały się niewiele wartymi, powierzchownymi zmianami. Represje dokończyły dzieła. Carska policja polityczna – ochrana, sprawnie poradziła sobie z przywódcami rewolucyjnymi. Większość z nich aresztowano lub wydalono z kraju. Policja skutecznie infiltrowała organizacje, zamykała redakcje wywrotowych gazet, siłą tłumiła wszelkie strajki chłopskie i usuwała z drogi ich liderów. Reżim ostatkiem sił uratował się przed unicestwieniem. W ciągu kolejnych lat poprawie uległa komunikacja, gospodarka rozwijała się zaskakująco szybko (w ostatnich latach przed wojną szybciej niż w Stanach Zjednoczonych!), poczyniono duże postępy w zakresie industrializacji. Rosły również dochody państwa. Jednak wielkim nierozwiązanym problemem pozostał sklerotyczny charakter autokracji. Być może, gdyby nie wybuchła wojna, udałoby się carowi wprowadzić zmiany, które przekształciłyby carat w kontrolowaną przez parlament monarchię konstytucyjną. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, biorąc pod uwagę twardy opór wobec zmian systemowych wśród przedstawicieli klasy rządzącej i stopień zakorzenionej i zorganizowanej (niezależnie od represji) wrogości wobec autokracji wśród klasy robotniczej i chłopstwa. Ta droga musiała prowadzić do rewolucji, która wybuchłaby tak czy inaczej. Pod koniec 1916 roku wydawało się, że będzie to raczej bliższa niż dalsza przyszłość.

Podczas ciężkiej zimy na przełomie 1916 i 1917 roku, gdy wielu rosyjskich chłopów celowo magazynowało żywność lub sprzedawało ją po zawyżonych cenach, wielkie ośrodki przemysłowe cierpiały na dotkliwy brak surowców. System transportu był bliski załamania. Finanse państwa popadły w ruinę. Inflacja biła kolejne rekordy. Płace (z wyjątkiem wynagrodzeń wykwalifikowanych pracowników fabryk amunicji) nie były w stanie nadążyć za galopującymi cenami. Wielu ludzi żyło w nędzy i głodowało. Jednak uprzywilejowanej mniejszości nadal żyło się całkiem nieźle. W styczniu 1917 roku w Piotrogrodzie (dawnym Petersburgu) i w innych miastach zaczęły wybuchać wielkie strajki. Ludzie protestowali nie tylko z powodu coraz niższych standardów życia, ale i nastrojów antywojennych oraz wyrażali swój sprzeciw wobec caratu. Gdy 8 marca (23 lutego według kalendarza rosyjskiego) na ulice wyszły kobiety pracujące w przemyśle, aby zaprotestować z powodu głodu, działanie to wywołało masowe strajki i demonstracje robotników fabryk zbrojeniowych. Bunt robotników w Piotrogrodzie wsparli żołnierze i marynarze. Nawet gdy oddziałom wiernym carowi kazano strzelać do protestujących, nie zakończyło to masowych protestów, w których brało udział ponad 200 000 robotników. Jednocześnie władza nie miała dość sił, aby przeciwdziałać coraz większemu niezadowoleniu w szeregach armii. Wkrótce nawet i lojalne oddziały odmówiły wykonywania rozkazów. Sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli. W warunkach anarchii pracownicy wybrali własnych przedstawicieli. Szybko okazało się, że nikt nie jest już w stanie zaprowadzić porządku. Żołnierze również wybrali swoich przedstawicieli do rad, żądając usunięcia cara. Gdy czołowi politycy i oficerowie zgodzili się, że car musi odejść, ten 15 marca abdykował. Car i członkowie jego rodziny zostali rozstrzelani przez bolszewików w lipcu 1918 roku. Ciała ofiar zostały zidentyfikowane dopiero osiemdziesiąt lat później, już po upadku Związku Radzieckiego.

Pierwsza wojna światowa stworzyła warunki, w których wściekłość wielkich mas skupiła się na carze i systemie rządów, jakie reprezentował. Obarczano go winą za wszelkie nieszczęścia, co jednoczyło podzielonych do tej pory robotników i chłopów. Siły rewolucyjne przemysłowej klasy robotniczej w 1917 roku przez jakiś czas przemawiały głosem zrozumiałym dla chłopstwa, w konsekwencji czego na krótko udało się zasypać podziały. Nawet połączone siły robotników i chłopstwa mogły jednak okazać się niewystarczające do obalenia systemu. Mogło skończyć się tak, jak w 1905 roku. Jednak niepowodzenia wojenne sprawiły, że interesy robotników i chłopów chwilowo stały się zbieżne z interesami rosnącej masy niezadowolonego wojska. W miarę jak wieści z kraju rozprzestrzeniały się w okopach, gdy żołnierze nie chcieli już dłużej walczyć i gdy ich rewolucyjny zapał zmieszał się z tymi emocjami, które dominowały na tyłach, upadek reżimu był już tylko kwestią czasu. Niezadowolenie związane z ogromnymi stratami i warunkami trudnymi do zniesienia doprowadziło do eksplozji i otwartego buntu, który zmiótł system obwiniany o wszystko, co najgorsze. Reżim, który polegał tylko na represjach i przymusie, z nielicznymi strukturami utworzonymi w celu integracji obywateli i stworzenia warunków do swobodnego poparcia, znalazł się prawie bez przyjaciół, pod presją, której w 1917 roku nie był już w stanie wytrzymać.

Nawet po ustąpieniu cara i utworzeniu „rewolucyjnej demokracji” rządu tymczasowego w marcu 1917 roku sytuacja nadal pozostała skrajnie niestabilna. Ta niestabilność na przestrzeni kolejnych miesięcy i kontynuacja działań wojennych w starciu, które musiało się zakończyć dla Rosji klęską, stworzyły sprzyjające warunki do drugiej, znacznie bardziej radykalnej rewolucji.

Tylko że tym razem, w październiku 1917 roku (według starego rosyjskiego kalendarza) istniał już system ukierunkowania i wykorzystania zdobyczy rewolucji. To był decydujący czynnik, którego zabrakło w czasie rewolucji z 1905 roku. Partia bolszewicka nie miała jak dotąd wystarczającego wsparcia poza klasą robotniczą. Dysponowała jednak zwartą, fanatyczną grupą liderów, którzy realizowali wcześniej ustalony plan działań, zakładający całkowite zniszczenie starego systemu, nie jako celu samego w sobie, ale jedynie wstępu do budowy zupełnie nowego społeczeństwa. Partia bolszewicka wyłoniła się z podzielonej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej Rosji, założonej w 1899 roku, która w późniejszych latach podzieliła się na dwie frakcje: nastawioną bardziej rewolucyjnie (właśnie bolszewików) i mniejsze skrzydło reformatorskie (tzw. mienszewików). Włodzimierz Iljicz Uljanow, znany lepiej jako Lenin (pod koniec lat 90. XIX wieku zesłany na Syberię i do 1917 roku żyjący głównie poza granicami Rosji), wyobrażał sobie partię jako awangardę klasy robotniczej i zalecał ścisłą dyscyplinę oraz absolutną lojalność w ramach działań mających na celu obalenie caratu. Kolejnym celem Lenina było ustanowienie – poprzez bezwzględny terror wobec „wrogów klasowych” – „tymczasowej rewolucyjno-demokratycznej dyktatury proletariatu i chłopstwa”. W kwietniu 1917 roku charyzmatyczny przywódca bolszewików wrócił z wygnania w Szwajcarii i pojawił się w pogrążonym w rewolucyjnym chaosie Piotrogrodzie z inicjatywy Niemców, którzy wysyłając go do Rosji, chcieli osłabić chwiejną wolę kontynuowania walki. Miał wywoływać niepokoje i agitować na rzecz zawieszenia broni. W świetle późniejszych wydarzeń działanie Niemców trzeba chyba uznać za jeden z najbardziej brzemiennych w skutkach „samobójów” w historii ludzkości. Z powodu rządowych represji bolszewików Lenin został w lipcu zmuszony do ucieczki do Finlandii (od 1809 roku półautonomicznej części imperium rosyjskiego, a po obaleniu cara – jednego z największych centrów wolnościowych wysuwających żądania niepodległości). Jednak po tym, jak aparat państwa przestał istnieć, Lenin wrócił do Piotrogrodu, by stanąć na czele drugiej rewolucji.

Tym, co wiązało radykalne przywództwo partii bolszewickiej i jej fanatycznych członków, była utopijna ideologia wyzwolenia społecznego, wizja przyszłego społeczeństwa bezklasowego, wolnego od konfliktów. Jednak to, co dawało bolszewikom możliwość dotarcia do szerszych mas społeczeństwa, było o wiele mniej eteryczne, a bardziej pragmatyczne: obietnica pokoju, chleba, ziemi, własności i kontroli w fabrykach i prawa w rękach ludzi. Politycznie bolszewicy zapragnęli „całej władzy w rękach rad” (które w międzyczasie zostały utworzone we wszystkich większych miastach). Brak akceptacji Rządu Tymczasowego Aleksandra Kiereńskiego i coraz większe problemy z niedoborami, błyskawicznie rosnąca inflacja i ogromny rozlew krwi ostatniej, katastrofalnej w skutkach ofensywy były wodą na młyn bolszewików. Liderzy rady w Piotrogradzie (kierowani przez Lwa Trockiego, to znaczy Lejbę Dawidowicza Bronsztejna – utalentowanego organizatora i demagoga, który głosił potrzebę permanentnej rewolucji) stali się rdzeniem przywódców rewolucji październikowej, która ostatecznie doprowadziła do przejęcia rad przez bolszewików. Trzeba było bezwzględnego terroru wewnętrznego wobec wrogów klasowych i ponad dwóch lat najbardziej krwawej wojny domowej, jaką można sobie wyobrazić z siłami reakcji i kontrrewolucji, żeby dokonała się transformacja polityczna, społeczna, gospodarcza i ideologiczna. Od początku jasnym było, że rewolucja bolszewicka jest wydarzeniem o historycznym znaczeniu dla świata. W jej wyniku powstał absolutnie nowy rodzaj państwa i społeczeństwa. Wieści o tym, co dzieje się w Rosji, zostały przyjęte w całej Europie z mieszaniną przerażenia i niedowierzania, wysyłając fale niepokojów, które na wiele dziesięcioleci zmienią sytuację ogólnopolityczną.

W innych częściach Europy kryzys legitymizacji władzy przyszedł ponad rok po rewolucji bolszewickiej, zwłaszcza po klęsce na frontach państw centralnych. W Niemczech wojna nie oznaczała końca partii politycznych. Wręcz przeciwnie, polaryzacja polityki niemieckiej, wyraźnie widoczna przed wybuchem wojny, ale początkowo maskowana przez „rozejm obywatelski” z 1914 roku, została w pełni uwidoczniona wraz z pojawiającymi się kłopotami, ogromnymi stratami w ludziach, przynoszącymi niewielkie zyski, i coraz większą świadomością zbliżającej się przegranej. Podziały ideologiczne i klasowe, które na początku wojny zostały tylko czasowo zneutralizowane, szybko pojawiły się znowu, bo już w 1916 roku, i to w bardzo zradykalizowanej formie. Gdy kurczyły się zapasy żywności, błyskawicznie rosły ceny, a poziom życia szybko się obniżał, nasiliły się podziały polityczne i spory dotyczące pokoju lub sensu wojny, której celem było wszak osiągnięcie zdobyczy terytorialnych.

Głównym motorem napędowym drastycznych zmian politycznych była niemiecka lewica. W kwietniu 1917 roku socjaldemokraci podzielili się na mniejsze grupy, nie mogli bowiem dojść do porozumienia w kwestii wspólnego stanowiska wobec wojny. Radykalna mniejszość, która całkowicie odrzucała perspektywę działań militarnych, uznając ją za konflikt imperialistyczny, który można zakończyć tylko przez rewolucję socjalistyczną, utworzyła USPD (niem. – Unabhängige Sozialdemokratische Partei Deutschlands, czyli Niezależna Socjaldemokratyczna Partia Niemiec, z której rdzenia powstała później Komunistyczna Partia Niemiec). Większa część socjaldemokratów zmieniła nazwę partii na MSPD (niem. Mehrheitssozialdemokratische Partei Deutschlands) i również potępiła imperialistyczną wojnę i aneksję ziem sąsiadów, ale odrzuciła także rewolucję na rzecz reform, poprzez wprowadzenie demokracji przedstawicielskiej, rządu odpowiedzialnego przed parlamentem, a nie kajzerem. (W Cesarstwie Niemieckim partie polityczne w całym spektrum były reprezentowane w Reichstagu, ale nie kontrolowały procesu decyzyjnego. Władza znajdowała się w rękach cesarza i mianowanych przez niego ministrów oraz dowódców wojskowych).

19 lipca 1917 roku MSPD wsparta głosami liberałów (Postępowej Partii Ludowej) i Katolickiej Partii Centrum zagłosowała w Reichstagu za przyjęciem rezolucji pokojowej. Niemniej jednak została ona odrzucona głosami przedstawicieli partii konserwatywnej i liberalnej prawicy, którzy poparli przywództwo wojskowe i opowiedzieli się nie tylko za bezkompromisowym kontynuowaniem wojny, ale również za dążeniem do dalszych zdobyczy terytorialnych. Grupy nacisku, wsparte organizacjami zrzeszającymi wpływowych członków, takimi choćby jak Liga Pangermańska, a zwłaszcza zaciekle nacjonalistyczna i imperialistyczna Niemiecka Partia Ojczyźniana (założona w 1917 roku i szybko zyskująca nowych członków w liczbie 1 250 000), popularyzowały sprawę walki aż do zwycięstwa dla zysków terytorialnych. Jednak odrzuciły żądania ustanowienia demokracji parlamentarnej. To ugrupowanie polityczne wpływało na politykę kraju aż do końca wojny, intensyfikując nawet swoją aktywność, w miarę jak zwiększały się problemy ze zdobyciem surowców wojennych i na horyzoncie zamajaczyło widmo klęski. Wewnętrzne zmiany zachodzące w ostatnich dwóch latach wojny były zapowiedzią zwiększenia polaryzacji niemieckiej polityki po przegranej wojnie.

Morale żołnierzy na froncie sięgnęło dna dopiero w ostatnich miesiącach wojny, po niepowodzeniu ofensywy letniej 1918 roku. Dopiero wtedy zaczęła rosnąć presja na polityków, aby ci zakończyli bezsensowny przelew krwi. Wielkie strajki niemieckich robotników przemysłowych w styczniu 1918 roku zostały przyjęte na froncie z niechęcią, żołnierze bowiem spodziewali się raczej sukcesów ofensywy wiosennej. Nastroje wśród żołnierzy były bardzo dobre, w marcu bowiem, wraz z rozpoczęciem ofensywy, spodziewano się „elementarnego wyrazu niemieckiej siły”. Jednak gdy okazało się, że ofensywa zakończyła się niepowodzeniem, gniew żołnierzy wymuszał podjęcie bezpośrednich działań. Teraz bardziej niż kiedykolwiek żołnierze, którzy przez prawie całe cztery lata walczyli z odwagą i wiarą w zwycięstwo, pragnęli już tylko przetrwać okres, który jawił się jedynie jako beznadziejne wyczekiwanie końca. Znużenie wojną przekształciło się w proste pragnienie zakończenia walk. W ciągu ostatnich czterech miesięcy wojny na froncie zachodnim poddało się 385 000 niemieckich żołnierzy. Znacznie więcej niż w czasie minionych czterech lat razem wziętych. Około 750 000 żołnierzy zdezerterowało od sierpnia 1918 roku do chwili zakończenia walk. Te fakty przekładały się na coraz większy niepokój na tyłach. W czasie wielkich strajków na początku tego roku robotnicy domagali się głównie poprawy warunków życia. Później pojawiły się żądania o jednoznacznie politycznym charakterze. Słychać było głosy mówiące o pokoju, demokracji i położeniu kresu reżimowi kajzera.

Im dłużej trwała wojna, tym częściej podważano sens istniejącego porządku władzy w państwie. System polityczny, w którym ministrowie odpowiadali bezpośrednio przed cesarzem, a nie parlamentem, był krytykowany i odrzucony przez socjalistów przed wybuchem wojny, ale utrzymywał się dzięki wpływowym siłom, które uniemożliwiały wszelkie zmiany w kierunku demokracji. Coraz gorsze wieści z frontów doprowadziły do burzenia się lewicy politycznej, która domagała się nie tylko zakończenia nieustającego rozlewu krwi, ale i usunięcia od władzy tych, którzy ponoszą za wszystko odpowiedzialność, a także wprowadzenia demokratycznego systemu władzy parlamentarnej. Coraz więcej Niemców dostrzegało, że system rządów bazujący na militaryzmie, przywilejach wybranych klas społecznych i niekontrolowanej władzy, ucieleśnionej przez kajzera – system, który wciągnął Niemcy w katastrofalną wojnę – jest po prostu niereformowalny. Musiał zostać obalony i zmieniony siłą. Trzeba było wprowadzić demokrację. Ludzie, którzy znosili ból, cierpienie i niedostatek w czasie wojny, musieli sprawić, że ich głos zostanie usłyszany. Jesienią 1918 roku system władzy w Cesarstwie Niemieckim został całkowicie zdyskredytowany i stracił rację bytu.

Deklaracja prezydenta Wilsona przedstawiona rok wcześniej (w styczniu) przewidywała między innymi oddanie pokrzywdzonym terytoriów, które Niemcy zaanektowały lub zajęły siłą. Nie została ona dobrze przyjęta przez przedstawicieli Niemiec. Jednak w szybko zmieniających się okolicznościach nowo mianowany kanclerz Rzeszy – książę Max von Baden, który długo opowiadał się za reformami politycznymi i pokojem bez aneksji, 5 października odwołał się właśnie do tego dokumentu, licząc na zawieszenie broni na warunkach możliwie łagodnych dla Niemiec. Poproszony o pośrednictwo Wilson nie zamierzał jednak pójść na żadne ustępstwa, nalegając na wprowadzenie w pokonanych Niemczech demokracji parlamentarnej (co wiązało się z odebraniem władzy niemieckim elitom), rezygnację z zysków terytorialnych i daleko posunięte rozbrojenie (łącznie z oddaniem zwycięskim państwom okrętów floty). Niemieccy liderzy rozpoczęli trudne rozmowy, zastanawiając się, czy powinni przystać na takie trudne warunki. Ludendorff stanowczo opowiedział się za kontynuowaniem wojny, uznając warunki za upokarzające. Jednak nie był on już w stanie więcej wydawać rozkazów. I od tej pory wszystko zaczęło dziać się już bardzo szybko, wymykając się spod jakiejkolwiek kontroli. 26 października Ludendorff ustąpił z zajmowanego stanowiska, obwiniając za klęskę wszystkich oprócz samego siebie.

W nocy z 29 na 30 października doszło do buntu w Kilonii, gdzie marynarze sprzeciwili się ostatniemu, absurdalnemu rozkazowi dowództwa, które nakazało flocie wyjście w morze i podjęcie walki z Royal Navy – w ostatnim akordzie wojny. Wyglądało to na absolutnie bezsensowną ofiarę dla zachowania honoru niemieckiej marynarki. Marynarze nie zamierzali popełnić zbiorowego samobójstwa. Bunt szybko się rozprzestrzenił. Była to iskra, która rozpaliła płomień rewolucji. Jak grzyby po deszczu wyrastały komitety robotnicze i żołnierskie, przejmując siłą władzę w państwie. Generałowie dali kajzerowi jednoznacznie do zrozumienia, że musi odejść, ponieważ jest symbolem starego porządku. Ten nie miał wyjścia i ustąpił. W nocy z 9 na 10 listopada cesarz Wilhelm II opuścił kwaterę główną armii w Spa w Belgii i udał się do Holandii (gdzie przebywał aż do śmierci w 1941 roku). Jego abdykacja została ogłoszona przedwcześnie, ponieważ formalne zrzeczenie się tronu nastąpiło dopiero 28 listopada. Jeszcze zanim do tego doszło, z balkonu Reichstagu w Berlinie oficjalnie ogłoszono powstanie republiki. Kanclerz Max von Baden mianował swoim zastępcą lidera socjalistów, Friedricha Eberta, chociaż w zasadzie konstytucja nie dawała mu takich uprawnień. Niemniej jednak nikt w czasie rewolucji nie przejmował się konstytucyjnymi subtelnościami. Niemcy szły już własną drogą, a chaos miał trwać jeszcze kilka miesięcy, do powstania w pełni rozwiniętej demokracji parlamentarnej.

Co gorsza, w państwie wciąż duże wpływy miały siły, które broniły starego porządku. Ci ludzie uważali, że chodzi tylko o zyskanie czasu, dzięki czemu będzie można przeprowadzić kilka taktycznych korekt i przetrwać aż do chwili, gdy ustępstwa dokonane wobec demokracji i rządów parlamentarnych będzie można cofnąć i wrócić do ustalonej wizji państwa. Tuż przed wejściem w życie postanowień rozejmu w siedzibie głównej dowództwa armii mówiło się, że: „Partie lewicy muszą wziąć na siebie odium tego pokoju. Wkrótce gniew ludu obróci się przeciwko nim. Istnieje nadzieja, że kiedyś znów znajdziemy się w siodle i będziemy mogli rządzić po staremu”. Demokracja była uważana w takich kręgach za „największe nieszczęście”, jakie mogło spaść na Niemcy.

We Włoszech kryzys systemu państwowego niewiele różnił się w zakresie konsekwencji od tego, który miał miejsce w Niemczech. Chociaż Włochy należały do grupy państw zwycięskiej Ententy, nic nie świadczyło o tym, żeby odniosły jakieś korzyści z wygranej. Kraj ten przystąpił w 1915 roku do wojny mocno podzielony. Niewielkie elity polityczne miały nadzieję na szybkie zwycięstwo i znaczne zyski terytorialne nad Adriatykiem. Nawet generałowie do ostatniej chwili nie wiedzieli, czy podjęto decyzję o interwencji, a nikt nie konsultował się z parlamentem. Większość obywateli Włoch nie czuło się istotnymi w istniejącym układzie reprezentacji politycznej. Zwykli ludzie nie potrafili wykrzesać z siebie entuzjazmu dla rządów, które często się zmieniały, ale zawsze wydawały się takie same – to znaczy zawsze dbały tylko o interesy niewielkiej elity władzy. Porażki na froncie, trudności z pozyskaniem podstawowych produktów i ciężkie straty prowadziły do polaryzowania społeczeństwa i zmniejszania się wsparcia nie tylko na rzecz kolejnych słabych rządów, ale i państwa jako takiego.

Włoski parlament obradował rzadko, co było wymownym symbolem słabości państwa i podziałów w społeczeństwie. Rząd sprawował władzę przez dekrety. Ponadto, choć brał na siebie wszystkie porażki, żaden z ministrów nie potrafił wpłynąć na surowego, władczego i brutalnego głównodowodzącego włoską armią – generała Luigiego Cadornę, który pozostawał na swoim stanowisku aż do upokarzającej klęski w bitwie pod Caporetto w 1917 roku. Wcześniej ważniejsze były imperatywy dowódców armii. Pracę fabryk nadzorowali wojskowi. Zwiększono opresyjność cenzury i wprowadzono ograniczenia w wolności słowa. Gdy robotnicy w fabrykach zaczęli strajkować, protestując przeciwko niedoborom, represje nasiliły się. Podziały społeczne i polityczne stawały się coraz większe, a ludziom nie podobały się nierówności społeczne i ogromne koszty wojny. Ponieważ od 1916 roku Włosi odnosili same klęski, straty rosły i zaczynało brakować podstawowych produktów – zwiększało się też poczucie narodowego upokorzenia, a niepokoje przybierały formy strajków, demonstracji i protestów z powodu niedoborów żywności. Sytuacja nie dojrzała jeszcze do wybuchu rewolucji, chociaż niewiele już brakowało.

Sprzeciw wobec wojny i powszechne niezadowolenie głośniej słychać było w lewicy, choć ruch socjalistyczny i tak był podzielony między nielicznych – którzy odrzucali wojnę i chcieli rewolucji, oraz większość – w której nadal przeważały postawy patriotyczne, nawet jeśli okazywane z niewielkim entuzjazmem dla poparcia działań wojennych. Najgorsze, że włoski rząd zaczął być wściekle atakowany przez przedstawicieli prawej strony sceny politycznej. Nacjonaliści zyskiwali sobie coraz więcej zwolenników, przekonywali Włochów do pomysłu ekspansji terytorialnej w południowo-wschodniej Europie i Afryce, a nawet, jak twierdził minister spraw wewnętrznych – starali się przejąć kontrolę nad policją i rozpoczęli bezpardonowe ataki na przeciwników politycznych. Nacjonaliści chcieli zniszczyć to, co uważali za sterylną regułę parlamentarną z towarzyszącą jej biurokracją, popierając radykalne zmiany społeczeństwa sterowane przez państwo oraz odgórne kontrolowanie gospodarki na wzór quasi-wojskowy nawet po zakończeniu wojny. Zaczęli tworzyć nawet lokalne formacje milicji obywatelskiej, które zaczęto nazywać fasci. Sytuacja dojrzała do poważnego kryzysu.

Domowi Habsburgów, od wielu wieków rządzących Austrią, również przyszło zapłacić cenę za niepopularną wojnę. Przyczyną pożogi, która ogarnęła cały kontynent, był spór z Serbią, o którym już w tej chwili mało kto pamiętał, i który nigdy nie zyskał poparcia większości obywateli cesarstwa. Nie dało się przedstawić tej wojny jako obronnej. A zależność Austro-Węgier od Niemiec, nawet mimo odniesionych wspólnie zwycięstw, była zbyt oczywista, aby czuć się z nią komfortowo. Siły odśrodkowe, zagrażające cesarstwu podziałem i zniszczeniem imperium Habsburgów, wzmocniły się dodatkowo po kolejnych katastrofalnych w skutkach przegranych bitwach. Wiele mówiły one o tym, jaki koniec czeka imperium. Tylko sędziwy cesarz Franciszek Józef przez dziesięciolecia stanowił symbol jednoczący osłabione, wielonarodowe mocarstwo (w którym „węgierska połowa” była w swoich strukturach instytucjonalnych mniej lub bardziej odrębnym podmiotem politycznym). Kiedy w listopadzie 1916 roku cesarz zmarł, a stało się to akurat w chwili najgorszego kryzysu państwowości – zarówno jeśli chodzi o wysiłek wojenny, jak i autorytet tronu Habsburgów – jego prabratanek i następca tronu cesarskiego, książę Karol, nie miał żadnych szans na zreformowanie państwa, pomimo podejmowanych daremnych prób osłabienia zależności od Niemiec i porozumienia pokojowego z aliantami.

Zaraz po bitwie pod Caporetto Austriacy znów na krótko zaczęli marzyć o wygranej i korzyściach, jednak podczas ciężkiej zimy pociągi, które z trudem transportowały surowce i sprzęt wojskowy potrzebne do prowadzenia wojny, nie nadążały z dostarczaniem podstawowych produktów takich jak żywność. W pierwszej połowie 1918 roku wybuchały wielkie strajki protestacyjne w różnych częściach imperium. Niepokoje robotników fabryk przemysłowych, gniew i wzburzenie w związku z opłakanymi warunkami bytowymi, nacjonalistyczne żądania separatystów zmieszały się z powszechnym, antywojennym niezadowoleniem, tworząc mieszankę iście wybuchową. Wiedeński lekarz i pisarz – Arthur Schnitzler pisał, że w państwie zapanowała „kompletna nieudolność rządzących, bezwzględna demoralizacja i dezorganizacja państwa, ogólna niepewność bytu”. W październiku 1918 roku zamieszki, strajki, protesty i wrogie wystąpienia nacjonalistów przybrały na sile i, w ocenie szefa austriackiego urzędu ds. żywności Hansa Loewenfelda-Russa, sytuacja stała się „absolutnie rozpaczliwa”. Imperium Habsburgów się rozpadało.

Podziały klasowe w imperium niknęły, jednak zostały zastąpione przez inne – wywołane przez nacjonalizm etniczny. W centrum imperium, na ziemiach zamieszkałych przez Austriaków, robotnicy protestowali przeciwko gwałtownie pogarszającym się standardom życia. Rewolucyjnie nastawieni buntownicy często czerpali inspirację z Rosji. Na pozostałych ziemiach nastroje zdominowały żądania niepodległościowe grożące rozpadem Austro-Węgier. W tym obszarze dominowali coraz wyżej podnoszący głowę Czesi, Polacy i Słowianie południowi. Na Węgrzech, mimo że nowy cesarz wielokrotnie powtarzał, iż jest gotowy do wprowadzenia liberalnych reform i zmiany systemu władzy w ramach nowego państwa o federalnej strukturze, presja oddzielenia się od Wiednia w ostatnich latach wojny tylko wzrastała, wspierana przez socjalistów i wielu lokalnych liberałów. W przeciwieństwie do Węgier, gdzie rządy cywilne i władza parlamentu, w którym podejmowano debaty na ważne dla państwa tematy, przynajmniej nominalnie władza znajdowała się w rękach przedstawicieli ludu. Z kolei w austriackiej połowie imperium zawieszono działanie organu władzy ustawodawczej, Reichsratu, a prowincjonalne ośrodki władzy zwyczajnie rozwiązano. Wprowadzono ostrą cenzurę i nadzór nad życiem cywilnym obywateli. Na ziemiach nieniemieckich i nieczeskich wprowadzono prawo wojenne. Ludzie uznani za dysydentów byli aresztowani i trafiali do więzień. Niemniej jednak represje okazały się niewystarczające, aby stłumić rosnące w siłę separatystyczne ruchy nacjonalistyczne, gdy idee wywalczenia sobie suwerenności padały na podatny grunt, zwłaszcza wśród Czechów w ostatnich latach wojny.

Gdy resztki armii austro-węgierskiej zostały w październiku 1918 roku doszczętnie rozbite przez Włochów pod Vittorio Veneto, a żołnierze zaczęli masowo dezerterować, chcąc już tylko ujść cało z życiem, imperium znalazło się w ostatniej fazie rozpadu. Siły zbrojne przestały istnieć. Pod koniec października cesarz Karol zgodził się, aby poszczególne oddziały łączyły się, tworząc jednostki narodowe. W rzeczywistości deklaracja cesarza była po prostu potwierdzeniem faktu. Czesi, Polacy, Węgrzy, Chorwaci i inni żołnierze porzucali swoje jednostki i wracali do domów. Bardzo szybko, bo już pod koniec października, swoją niezależność ogłosiła Czechosłowacja, a potem Węgry i inne kraje, które później połączą się w twór o nazwie Jugosławia. Zawieszenie broni w wojnie Austro-Węgier z Włochami z 3 listopada 1918 roku oznaczało koniec działań wojennych cesarstwa. Cesarz Karol niechętnie zrzekł się swoich uprawnień (choć nie zrezygnował z roszczeń do tronu) w dniu 11 listopada. Ostatnie trzy lata swojego życia spędził na emigracji w Szwajcarii, a potem na Maderze. Panowanie Habsburgów, którzy rządzili cesarstwem od pięciu wieków, właśnie dobiegło końca.

Do rewolucyjnych zmian w Niemczech i Austro-Węgrzech, rozpadu monarchii i zmian systemu władzy na republikańską (w tym ostatnim przypadku powinno się mówić raczej o „sukcesji”) doszło dopiero w obliczu całkowitej klęski na frontach. Rozczłonkowanie Imperium Osmańskiego na południu i powstanie Turcji – gdy większość straconych posiadłości na Bałkanach ogłosiła niepodległość w latach 70. XIX wieku i w czasie wojen bałkańskich w 1912 i 1913 roku, co skończyło się całkowitą utratą terytoriów osmańskich w Europie – ostatecznie doprowadziło też do upadku tego państwa. Przywódcy Imperium Osmańskiego z czasów wojny uciekli na pokładzie niemieckiego okrętu podwodnego do Odessy, a potem trafili do Berlina. Również i w Imperium Osmańskim problemy na frontach doprowadziły do kryzysu autorytetu państwa. Masowe dezercje wiele mówiły o opłakanym stanie morale armii tureckiej. Słabe i wstrząsane konfliktami imperium, przystępując do wojny, przeceniło swoje siły. Nie udało się pozyskać żadnych terytoriów na Kaukazie. Na Bliskim Wschodzie arabska rewolta z 1916 roku (wsparta przez Brytyjczyków i Francuzów – państwa, które dbały w ten sposób o swoje imperialistyczne interesy) doprowadziła do tego, że imperium straciło kontrolę nad dużą częścią swoich ziem w tym rejonie.

Tymczasem w samym sercu imperium sytuacja pogarszała się w alarmującym tempie. Rosła liczba zabitych żołnierzy. Ocenia się, że Imperium Osmańskie straciło 2,5 mln żołnierzy – trzy razy więcej niż Brytyjczycy. Skala tych strat, słabość waluty, gwałtowny wzrost cen, a także znaczne niedobory żywności i innych towarów osłabiły i tak już chwiejące się fundamenty Imperium Osmańskiego. Zawieszenie broni nie położyło kresu cierpieniu i przemocy w samej Turcji, gdzie wkrótce na nowo rozgorzały walki, które z różną intensywnością trwały aż do 1923 roku, kiedy to na ruinach wyrósł nowy, suwerenny twór państwowy. Przejęciu osmańskich terytoriów na Bliskim Wschodzie przez zachodnie mocarstwa imperialistyczne – Wielką Brytanię i Francję – towarzyszyły wielkie wystąpienia antykolonialne, fale protestów i endemicznej przemocy, które również nie skończyły się wraz z końcem pierwszej wojny światowej. I tu trudno było mówić o stabilności, co niosło ze sobą duże prawdopodobieństwo wybuchu kolejnych walk w nieokreślonej przyszłości.

Konsekwencją pierwszej wojny światowej było rozbicie Europy na kawałki. Powojenne warunki geopolityczne bardzo różniły się od tych, w jakich przystępowano do wojny cztery lata wcześniej. Nawet zwycięskie mocarstwa – Wielka Brytania, Francja i (oficjalnie zwycięskie, nominalnie „wielkie”) Włochy – wyszły z tej wojny osłabione. Uprzątnięcie tego „bałaganu” przypadło w udziale nowemu mocarstwu, które nie poniosło znacznych strat w tej wojnie, i które dodatkowo gospodarczo się wzmocniło: Stanom Zjednoczonym. To, że Stany Zjednoczone pozwoliły Europejczykom zająć się „porządkowaniem” kontynentu, zakończyło się tak, że wkrótce po wojnie przyszło się im zmagać z kryzysem. Jednak u podstaw katastrofalnej spuścizny znajdował się jeszcze jeden element źle wróżący na przyszłość. Z popiołów kajzerowskich Niemiec, monarchii habsburskiej i carskiej Rosji powstała nowa konstelacja, która już niedługo miała na nowo pogrążyć Europę w chaosie.

Mieszanka etnicznego nacjonalizmu, konfliktów terytorialnych i nienawiści klasowej (obecnie koncentrującej się, w chwalebnej aspiracji lub ze strachu, na nowym wrogu – rosyjskim bolszewizmie) miała okazać się wysoce niestabilna. Etniczny nacjonalizm był spuścizną ostatniej wojny. I wkrótce się okaże, że to właśnie on przyniesie nowe okropieństwa w tych rejonach Europy Środkowej i Wschodniej, gdzie ludzie różnego pochodzenia etnicznego od wieków żyli spokojnie obok siebie, ale gdzie nowe napięcia, konflikty i skrywana nienawiść, w dużym stopniu wywołana działaniami wojennymi, teraz znalazły nową pożywkę przy akompaniamencie żarliwych sporów dotyczących ukształtowania granic i przynależności ziem tam, gdzie trujące opary nienawiści stały się jeszcze bardziej śmiertelne z powodu nowego składnika: tryumfu rosyjskiego bolszewizmu. Konflikt klasowy – szczególnie w Europie Środkowej i Wschodniej – nałożył się na animozje etniczne i terytorialne, tworząc wrzący kociołek nieprzejednanej niechęci. W praktyce oznaczało to, że wczesne lata powojenne w tych częściach kontynentu nie były wcale latami pokoju, niektórym bowiem krajom przyszło toczyć ciężkie walki o swoją suwerenność i niepodległość. Ta przemoc i walki wewnętrzne pozostawią w społeczeństwie głębokie antagonizmy, które dojdą do głosu dwadzieścia lat później, gdy Europa znów stanie się sceną kolejnego, jeszcze bardziej brutalnego konfliktu.

Pierwsza wojna światowa przyniosła ogromne, niewyobrażalne wręcz straty ludzkie. Liczbę zabitych żołnierzy szacuje się na prawie 9 mln, a zmarłych (w dużej mierze z powodu masowych wywózek, głodu i chorób) na blisko 6 mln. We wszystkich wojujących krajach łącznie aż 7 mln żołnierzy trafiło do niewoli, w konsekwencji często spędzając długie lata w prymitywnych obozach jenieckich (choć większość z nich stosunkowo szybko wróciła do domów po ogłoszeniu zawieszenia broni). Zwycięstwo udało się osiągnąć ostatecznie dzięki połączeniu ekonomicznej wyższości gospodarki, przeniesionej na wojenne tory przy lepszym wykorzystaniu strategicznych surowców, oraz przewagi militarnej na frontach. Tylko po co to wszystko było? Opinie ludzi różniły się, naturalnie, zależnie od indywidualnych doświadczeń i losów ich krajów. Wielu było takich (po każdej ze stron konfliktu), którzy walczyli o ideały – często niezupełnie te same lub wręcz zupełnie niezrozumiałe dla innych, ale tak czy inaczej – ideały. Często mówiono o potrzebie obrony ojczyzny, honoru narodu, prestiżu, wolności i cywilizacji, patriotycznym obowiązku i, coraz częściej, wyzwoleniu narodu, jak również nadziejach na lepszą przyszłość. Gdy trwający cztery lata zabójczy spektakl dobiegł w 1918 roku końca, pewien szanowany austriacki pisarz – Robert Musil, cynicznie zapisał w swoim dzienniku: „Wojnę można zredukować do formuły: umierasz za swoje ideały, bo nie warto dla nich żyć”. W tamtych trudnych dla Europy chwilach prawdopodobnie tylko mniejszość wśród milionów walczących wciąż zdolna była do pielęgnowania ideałów – jakiekolwiek by one nie były – z którymi maszerowali na front. Dla wielu żołnierzy siłą wcielonych do armii europejskich rzeczywiście niektóre z nich musiały być traktowane w kategoriach abstrakcyjnego idealizmu. Ci mężczyźni często walczyli, bo nie mieli innego wyjścia. Wielu jednak w ogóle nie widziało sensu tej rzezi.

Niech wzruszające słowa napisane na krótko przed śmiercią przez pewnego Francuza, walczącego w okopach na froncie zachodnim, zabrzmią w imieniu milionów zwykłych żołnierzy wszystkich walczących armii:

Pytam, bo chcę zrozumieć

Prawdziwy sens tej rzezi.

Odpowiedź brzmi; „Za ojczyznę!”

Ale ciągle nie wiem dlaczego.

Straty w ludziach podczas pierwszej wojny światowej były ogromne, straty materialne wręcz kolosalne. Po wojnie zostały blizny, które silnie zmienią kształt Europy. Odsetki, które przyjdzie spłacić za dwadzieścia lat, zaczęły się naliczać już pierwszego dnia rozejmu.

1 W Polsce książkę wydawano wielokrotnie pod kilkoma tytułami, np. Książę piechoty, W nawałnicy żelaza, przekł. J. Gaładyk, wyd. I, Warszawa 1935, wyd. II, Warszawa 1938; ponadto pt. W stalowych burzach w przekładzie i z posłowiem Wojciecha Kunickiego, wyd. I, Warszawa 1999 (przyp. tłum.).

ROZDZIAŁ 3

Niespokojny pokój

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 4

Taniec na wulkanie

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 5

Nadciągają ciemne chmury

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 6

Strefa zagrożenia

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 7

Ku otchłani

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 8

Piekło na ziemi

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 9

Ciche zmiany mrocznych dekad

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

ROZDZIAŁ 10

Feniks z popiołów

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Podziękowania

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Spis map

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Wykaz ilustracji

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Wybrana bibliografia

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Indeks osób

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Tytuł oryginału

To Hell and Back: Europe 1914–1949

Original English language edition first published by Penguin Book Ltd, London

Text copyright © Ian Kershaw, 2015

The author has asserted his moral rights

All rights reserved

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o.

Projekt okładki i opracowanie typograficzne

Witold Siemaszkiewicz

Fotografia na pierwszej stronie okładki

IWM/Getty Images

Opieka redakcyjna

Krzysztof Chaba

Konsultacja merytoryczna

Rafał Kuzak

Adiustacja

Editio

Korekta

Editio

Indeks

Rafał Kuzak

Opracowanie map

Editio

Opracowanie typograficzne i łamanie

Editio

© Copyright for the translation by Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 2016

ISBN 978-83-240-4166-4

Znak Horyzont

www.znakhoryzont.pl

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Wydanie I, Kraków 2016. Printed in EU

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Liberator Misja Wallenberga. Pojedynek z Eichmannem o życie 100 000 Żydów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów Był sobie król… Do piekła i z powrotem: Europa 1914–1949 Wołyń '43 Romanowowie