Mistrz i Małgorzata

Mistrz i Małgorzata

Autorzy: Michaił Bułhakow

Wydawnictwo: Znak

Kategorie: Klasyka

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 35.00 zł

„Mistrz i Małgorzata” to nie tylko najważniejsza powieść XX wieku, ale jedno z najbardziej tajemniczych dzieł światowej literatury, pełne zagadek, symboli, niedopowiedzeń.

 

Mogłoby się wydawać, że o arcydziele Bułhakowa powiedziano już wszystko. Po 50 latach od ukazania się książki Grzegorz Przebinda wraz z żoną Leokadią i synem Igorem udowadniają swym nowym tłumaczeniem, że to nieprawda. Odkrywają kolejne warstwy fascynującej historii, rozwiewają wątpliwości i polemizują z poprzednimi przekładami. Oferują nowy klucz do odczytania tej wielkiej księgi, przybliżając ją współczesnemu czytelnikowi. To prawdopodobnie pierwszy przypadek, gdy przypisy czyta się z równą fascynacją co tekst samej powieści.

 

Michaił Bułhakow – człowiek o wielu twarzach: lekarz frontowy, aktor, dziennikarz, ale przede wszystkim genialny pisarz. Nad swoim największym dziełem – Mistrzem i Małgorzatą – pracował przez 12 lat. Chociaż druku nie doczekał, to w chwili wydania powieści z dnia na dzień zyskał nieśmiertelność.

Kimże więc jesteś? –

Cząstką tej siły nieodrodną,

co wiecznie pragnie zła

i wiecznie stwarza dobro.

J.W. Goethe, Faust 1

1 Czerpiąc motto z Fausta Goethego, Bułhakow najpierw przepisał je słowo po słowie z niemieckiego oryginału (miał go w swej bibliotece od połowy lat 30.), a następnie sam przełożył na rosyjski.

Część pierwsza

1. Nie będziesz rozmawiał z nieznajomymi

Pewnego razu wiosną, gdy rozżarzone słońce znikało za horyzontem, na Patriarszych Prudach w Moskwie*2 pojawili się dwaj obywatele. Pierwszy – około czterdziestki, ubrany w szary letni garnitur3 – był niewielkiego wzrostu, przysadzisty, ciemnowłosy, łysawy, swój elegancki kapelusz4 niósł w ręku, a jego gładko wygoloną twarz zdobiły nienaturalnej wielkości okulary w czarnej rogowej oprawie. Drugi – barczysty chłopak z potarganymi rudawymi włosami, w kraciastej cyklistówce5 zsuniętej do tyłu – miał na sobie koszulę w kratę, wymięte białe spodnie i czarne tenisówki.

Pierwszym był nie kto inny jak Michał Aleksandrowicz Berlioz, redaktor miesięcznika literackiego i przewodniczący zarządu jednego z najważniejszych moskiewskich stowarzyszeń pisarzy, w skrócie zwanego Massolitem6, a towarzyszył mu poeta Iwan Nikołajewicz Ponyriow, piszący pod pseudonimem Bezdomny7.

Gdy tylko pisarze znaleźli się w cieniu dopiero co zazielenionych lip, ruszyli od razu w stronę kolorowej budki z wywieszką: „Piwo i napoje chłodzące”.

Tu wypada zwrócić uwagę na pierwszą dziwną okoliczność związaną z tym strasznym majowym wieczorem8. Otóż nie tylko przy budce, ale w ogóle w całej alei równoległej do Małej Bronnej9 nie było żywego ducha. W porze, gdy wprost nie dało się oddychać, gdy słońce, rozprażywszy Moskwę, staczało się ciężko w suchych oparach gdzieś za Sadowoje Kolco10, nikt nie przyszedł pod lipy, nikt nie usiadł na ławce – aleja była pusta.

– Butelkę narzana11! – poprosił Berlioz.

– Narzana nie ma – odpowiedziała kobieta w budce i na wszelki wypadek obraziła się.

– A piwo jest? – ochrypłym głosem zapytał Bezdomny.

– Piwo przywiozą pod wieczór.

– A co w ogóle macie? – spytał Berlioz.

– Napój morelowy, ale ciepły.

– Niech będzie, byle szybko!

Napój morelowy buchnął żółtą pianą, w powietrzu zapachniało jak u fryzjera. Literaci wypili, obaj natychmiast dostali czkawki, zapłacili i usadowili się na ławce12, twarzą w kierunku stawu, a plecami do ulicy Bronnej.

I oto zaszła druga dziwna okoliczność, tym razem dotycząca samego Berlioza. Czkawka nagle mu przeszła, serce walnęło w piersi i na moment gdzieś się zapadło, po czym wróciło na miejsce, ale tkwiła w nim teraz tępa igła. Na dodatek z niewiadomych powodów ogarnął go tak przejmujący strach, że zapragnął czym prędzej uciec z Patriarszych Prudów, ile sił w nogach.

Rozejrzał się zatrwożony, nie pojmując, co go tak przeraziło. Zbladł, wytarł czoło chusteczką i pomyślał: „Co się ze mną dzieje? Czegoś takiego jeszcze nie było… serce płata mi figle… jestem przemęczony. Czas rzucić to wszystko w diabły i jechać wreszcie do Kisłowodzka13…”.

Wtedy gorące powietrze przed nim zgęstniało i utkała się z tego powietrza przezroczysta postać jakiegoś przedziwnego osobnika. Na maleńkiej głowie dżokejka, do tego kusa kraciasta marynarka, też jakby z powietrza… Typ nieprzeciętnie wysoki, ale coś wąski w ramionach, niezmiernie wychudzony, a do tego, proszę zauważyć, co za szydercza mina!

W życiu, jakie Berlioz wiódł do tej pory, nie było miejsca dla podobnych zjawisk. Zbladł jeszcze bardziej, wybałuszył oczy i pomyślał w osłupieniu: „Coś takiego istnieć nie ma prawa…”.

Ale niestety, to coś istniało w najlepsze – długi, przezroczysty typek unosił się tuż nad ziemią i kołysał przed nim w lewo i w prawo.

Berliozem owładnęło nagle tak silne przerażenie, że aż musiał zacisnąć powieki. A gdy je otworzył, okazało się, że już po wszystkim – widmo się rozpłynęło, kraciasty zniknął, a tępa igła wyskoczyła z serca.

– Tfu, do diabła! – zawołał redaktor. – Wiesz, Iwan, przed chwilą o mało co nie dostałem udaru z gorąca! Miałem nawet coś w rodzaju halucynacji…

Spróbował się uśmiechnąć, ale w jego oczach wciąż czaiły się resztki trwogi, ręce mu się trzęsły. Jednak jakoś doszedł do siebie, powachlował się chustką, dziarsko zaczął: „A zatem…”, i kontynuował tyradę przerwaną piciem napoju morelowego.

Mowa była, jak zostało później ustalone, o Jezusie Chrystusie. Chodzi o to, że redaktor zamówił u poety obszerny antyreligijny poemat do kolejnego numeru miesięcznika. I taki utwór Iwan Nikołajewicz stworzył, nawet w bardzo krótkim czasie, niestety, w najmniejszym stopniu nie usatysfakcjonował on redaktora. Główną postać, Jezusa, Bezdomny odmalował wprawdzie w nader ciemnych barwach, ale i tak, zdaniem Berlioza, cały poemat należało napisać na nowo. Wygłaszając teraz coś w rodzaju wykładu o Jezusie, redaktor próbował unaocznić poecie jego podstawowy błąd.

Trudno powiedzieć, co konkretnie sprowadziło Iwana na manowce – siła twórczej wyobraźni czy może całkowita nieznajomość zagadnienia, o którym pisał. Tak czy owak, Jezus wyszedł mu jak żywy, jak gdyby rzeczywiście kiedyś istniał, z tą różnicą, że w poemacie Iwana został obdarzony licznymi cechami negatywnymi.

Berlioz zaś chciał poecie udowodnić, że istota problemu nie polega na tym, jaki był Jezus, dobry czy zły, ale na tym, że Jezusa jako żywej osoby nigdy na świecie nie było, a wszystkie opowieści o nim to czcze wymysły, najzwyklejszy w świecie mit.

Trzeba tu zauważyć, że redaktor był człowiekiem oczytanym i z prawdziwym znawstwem odwoływał się w swej przemowie do starożytnych historyków, na przykład do słynnego Filona z Aleksandrii14 czy wielkiego erudyty Józefa Flawiusza15, którzy nigdy ani słowem nie wspomnieli o istnieniu Jezusa. Dowodząc swej gruntownej wiedzy, Michał Aleksandrowicz poinformował poetę również i o tym, że wiadome miejsce w piętnastej księdze, w rozdziale czterdziestym czwartym słynnych Roczników Tacyta16 – tam gdzie mowa o straceniu Jezusa – to nic innego, jak późniejsza, fałszująca obraz rzeczy wstawka.

Poeta, dla którego wszystko, co mówił redaktor, stanowiło zupełną nowość, z uwagą słuchał Michała Aleksandrowicza, wlepiwszy weń bystre zielone oczy, i tylko z rzadka czkał, przeklinając pod nosem napój morelowy.

– Nie ma takiej religii Wschodu – kontynuował Berlioz – w której niepokalana dziewica nie wydałaby na świat boga. Tak samo chrześcijanie nie wpadli na nic nowego i w identyczny sposób stworzyli sobie Jezusa, który w rzeczywistości nigdy nie istniał. I na to właśnie należy położyć nacisk.

Wysoki tenor Berlioza niósł się po opustoszałej alei. A im bardziej Michał Aleksandrowicz zagłębiał się w karkołomne meandry, w które brnąć wolno tylko człowiekowi gruntownie wykształconemu, tym więcej interesujących i pożytecznych rzeczy dowiadywał się Iwan. I o łaskawym egipskim bogu Ozyrysie, synu Nieba i Ziemi, o fenickim bogu Tamuzie, i o Marduku, a nawet o mniej znanym, surowym bogu Huitzilopochtli17, którego niegdyś otaczali szczególnym kultem Aztekowie w Meksyku.

I właśnie wtedy, gdy Michał Aleksandrowicz opowiadał poecie o tym, jak Aztekowie lepili z ciasta figurki Huitzilopochtli, w alei pojawił się pierwszy człowiek.

Rozmaite instytucje – swoją drogą, poniewczasie – przedstawiały różne wersje rysopisu tego człowieka. Zdumiewająca jest ich rozbieżność. I tak według pierwszej wersji był on niewielkiego wzrostu, miał złote zęby i utykał na prawą nogę. Według drugiej był niezwykle wysoki, miał platynowe koronki i utykał na nogę lewą. Trzecia informowała lakonicznie, że niczym szczególnym się nie wyróżniał.

Trzeba przyznać, że wszystkie te rysopisy są do niczego.

Przede wszystkim człowiek ów na żadną nogę nie utykał. Nie był ani niskiego, ani nazbyt wysokiego wzrostu – zwyczajnie wysoki. Jeśli chodzi o zęby, to z lewej strony miał platynowe koronki, a z prawej – złote. Nosił drogi szary garnitur18 i zagraniczne półbuty pod kolor. Szary beret włożył zawadiacko na bakier, a pod pachą trzymał laskę z czarną gałką w kształcie głowy pudla19. Na oko – czterdziestka z okładem. Usta jakieś krzywe. Gładko wygolony. Brunet. Prawe oko czarne, lewe – niespodziewanie zielone. Brwi czarne – jedna wyżej, druga niżej. Krótko mówiąc, cudzoziemiec.

Mijając ławkę, którą zajmowali redaktor i poeta, cudzoziemiec spojrzał na nich z ukosa, zatrzymał się i przysiadł nagle na ławce sąsiedniej, dwa kroki od pary znajomych.

„Niemiec…” – pomyślał Berlioz.

„Anglik… – pomyślał Bezdomny. – Że też mu nie gorąco w tych rękawiczkach”.

A cudzoziemiec obrzucił spojrzeniem wysokie domy otaczające staw z czterech stron – nie budziło wątpliwości, że ogląda to miejsce po raz pierwszy i robi to z wielką uwagą.

Zatrzymał wzrok na oknach górnych kondygnacji, w których oślepiająco odbijały się załamane promienie słońca, zachodzącego dla Michała Aleksandrowicza po raz ostatni. Potem przeniósł wzrok w dół, gdzie okna zaczynały już gasnąć u schyłku dnia, nie wiedzieć czemu uśmiechnął się protekcjonalnie, zmrużył oczy, ręce splótł na lasce i oparł na nich brodę.

– Owszem, Iwanie – mówił Berlioz – bardzo dobrze i z odpowiednią dozą satyry odmalowałeś, powiedzmy, narodziny Jezusa, syna bożego, ale dowcip polega na tym, że jeszcze przed Jezusem urodził się cały legion bożych synów, jak choćby fenicki Adonis, frygijski Attis, perski Mitra20. A tak naprawdę żaden z nich nigdy się nie rodził ani w ogóle nie istniał, tak samo i Jezus21, dlatego musisz traktować doniesienia o jego narodzeniu albo, dajmy na to, o pokłonie trzech mędrców tylko jako niedorzeczne pogłoski. Bo z tej twojej opowieści wynika, że on naprawdę przyszedł na świat!

Bezdomny właśnie usiłował pozbyć się nieznośnej czkawki, wstrzymał więc oddech, co zaowocowało jeszcze bardziej dokuczliwym i głośnym czknięciem. I w tej samej chwili Berlioz przerwał swą przemowę, ponieważ cudzoziemiec nagle wstał i podszedł do pisarzy.

Obaj popatrzyli nań ze zdziwieniem.

– Proszę wybaczyć – zaczął z cudzoziemskim akcentem nieznajomy, nie kalecząc jednak słów – że nie mając przyjemności znać panów osobiście, pozwalam sobie podejść… Wszelako przedmiot waszej uczonej dysputy jest tak interesujący…

I uprzejmie zdjął beret, przyjaciołom nie pozostało więc nic innego, jak podnieść się z lekka i ukłonić.

„Nie, raczej Francuz…” – pomyślał Berlioz.

„Czyżby Polak?”22 – pomyślał Bezdomny.

Trzeba koniecznie dodać, że o ile na poecie cudzoziemiec już od pierwszych słów wywarł jak najgorsze wrażenie, o tyle Berliozowi raczej się spodobał, a może nawet nie tyle spodobał, ile, jak by to powiedzieć, zaintrygował go…

– Pozwolą panowie, że się przysiądę? – zapytał uprzejmie cudzoziemiec.

Obaj koledzy rozsunęli się jak zaczarowani, a on usadowił się zręcznie między nimi i od razu włączył do rozmowy.

– O ile się nie przesłyszałem, był pan łaskaw oznajmić, że Jezus w ogóle nie istniał? – zapytał, kierując w stronę Berlioza swoje lewe zielone oko.

– Nie, nie przesłyszał się pan – grzecznie odpowiedział Berlioz. – To właśnie powiedziałem.

– O, jakie to ciekawe! – zawołał cudzoziemiec.

„Czegóż on, do diabła, chce?” – pomyślał Bezdomny i nachmurzył się.

– A pan zgodził się z rozmówcą? – indagował cudzoziemiec, obracając się w prawo, ku Bezdomnemu.

– Jak amen w pacierzu! – potwierdził poeta, pragnący wyrażać się kwieciście i dobitnie.

– Zdumiewające! – zawołał nieproszony rozmówca i nie wiedzieć czemu rozejrzał się po złodziejsku na boki, po czym ściszył swój niski głos i rzekł: – Panowie wybaczą moje natręctwo, ale jeśli dobrze zrozumiałem, to na dodatek i w Boga panowie nie wierzą? – Tu zrobił wystraszoną minę i dodał: – Przysięgam, nikomu nie powiem.

– Owszem, nie wierzymy w Boga – odpowiedział Berlioz, patrząc z uśmieszkiem na przejętego turystę z zagranicy. – Ale u nas można o tym mówić całkowicie swobodnie.

Cudzoziemiec opadł na oparcie ławki i aż się zachłysnął z ciekawości.

– Panowie są ateistami!?

– Tak, jesteśmy ateistami – odpowiedział z uśmiechem Berlioz, a rozdrażniony Bezdomny pomyślał: „Ale się przyczepił ten zagraniczny osioł”.

– Ach, to cudownie! – wykrzyknął dziwny cudzoziemiec, kręcąc głową i przenosząc wzrok z jednego pisarza na drugiego.

– W naszym państwie ateizm nikogo nie dziwi – z dyplomatyczną uprzejmością wyjaśnił Berlioz. – Znakomita większość ludności naszego kraju już dawno świadomie odrzuciła bajki o Bogu.

W tym momencie cudzoziemiec wyciął następujący numer – zerwał się, uścisnął rękę zdumionemu redaktorowi i oznajmił:

– Pozwoli pan, że mu podziękuję z całego serca!

– Za co niby mu pan dziękuje? – dopytywał się Bezdomny, otwierając szeroko oczy.

– Za niezwykle ważną informację, która dla mnie jako podróżnika jest nadzwyczaj interesująca – objaśnił zagraniczny oryginał, unosząc znacząco palec.

Owa ważna informacja musiała istotnie wywrzeć na podróżniku silne wrażenie, bo z przestrachem obrzucił wzrokiem pobliskie domy, jakby się obawiał, że w każdym oknie czai się ateista.

„Nie, to nie Anglik” – pomyślał Berlioz, a Bezdomny pomyślał: „A gdzież ten spryciarz tak się wyszkolił w rosyjskim, to dopiero zagadka!” – i znowu się nachmurzył.

– Jednak pozwolą panowie, że zapytam – powiedział gość z zagranicy po chwili trwożliwej zadumy – co w tej sytuacji począć z dowodami na istnienie Boga, których, jak wiadomo, jest dokładnie pięć23?

– Niestety – odrzekł z żalem Berlioz. – Żaden z tych dowodów nie ma najmniejszej wartości i ludzkość już dawno schowała je do lamusa. Wszak zgodzi się pan, że w sferze rozumu nie może być miejsca dla żadnego dowodu na istnienie Boga.

– Brawo! – zawołał cudzoziemiec. – Brawo! Powtórzył pan słowo w słowo myśl sformułowaną przez żwawego staruszka Immanuela24. Ale, co zabawne, rozprawił się on bezlitośnie z wszystkimi pięcioma dowodami, potem jednak, jakby kpiąc z samego siebie, skonstruował własny, szósty!

– Dowód Kanta – z subtelnym uśmiechem zaoponował wykształcony redaktor – jest równie nieprzekonujący. Schiller słusznie twierdził, że podobne rozważania mogą zadowolić jedynie ludzi o mentalności niewolników, a Strauss dowód Kanta zwyczajnie wyśmiał25.

Berlioz mówił, a jednocześnie cały czas się zastanawiał: „A cóż to za jeden? I skąd tak dobrze zna rosyjski?”.

– Wpakować by tego Kanta na trzy lata na Sołówki26 za takie dowody! – palnął znienacka Iwan Nikołajewicz.

– Ależ Iwanie… – wyszeptał skonsternowany Berlioz.

Jednak pomysł zesłania Kanta na Sołówki nie tylko nie zszokował cudzoziemca, ale wręcz wprawił go w zachwyt.

– Racja, racja! – zakrzyknął z błyskiem w zielonym oku, skierowanym na Berlioza. – Tam jest jego miejsce! Przecież mówiłem mu wtedy przy śniadaniu: „Za pozwoleniem, pan, profesorze, wymyślił coś zupełnie bez ładu i składu! Może to i mądre, ale przeraźliwie mętne. Wystawia się pan na pośmiewisko”.

Berlioz wybałuszył oczy. „Przy śniadaniu… z Kantem? Co on plecie?” – pomyślał.

– Wszelako – zaczął obcokrajowiec, w ogóle niespeszony zdumieniem Berlioza, i zwracając się do poety, kontynuował – na Sołówki nie da się go zesłać z tej prostej przyczyny, że od ponad stu lat przebywa w regionach znacznie bardziej odległych niż Sołówki i wydobycie go stamtąd jest absolutnie niemożliwe, zapewniam panów!

– A szkoda! – odezwał się zadziornie poeta.

– Istotnie szkoda – potwierdził nieznajomy, błyskając okiem, i mówił dalej: – Jednak dręczy mnie następujący problem: jeśli Boga nie ma, to kto kieruje życiem ludzkim i w ogóle całym biegiem ziemskich wydarzeń?

– Człowiek tym wszystkim kieruje27. – Rozsierdzony Iwan wyrwał się z odpowiedzią na to, trzeba przyznać, nie całkiem jasne pytanie.

– Proszę wybaczyć – odezwał się łagodnie obcy – ale by móc czymś kierować, trzeba posiadać dokładny plan tego, co ma się wydarzyć, choćby w najbliższej przyszłości. Pozwolę więc sobie zapytać, jak człowiek miałby tym wszystkim kierować, skoro nie tylko nie jest w stanie niczego zaplanować na tak śmiesznie krótki okres jak, dajmy na to, tysiąc lat, ale nie potrafi nawet przewidzieć, co stanie się z nim jutro. W rzeczy samej – tu obcy zwrócił się do Berlioza – niech pan sobie wyobrazi, że zaczyna pan czymś kierować, rozporządzać sobą i innymi, i powiedzmy, już pan w tym nawet zasmakował, a tu nagle okazuje się, że ma pan, khe-khe – zakaszlał znacząco – sarkomę28 płuc… – I słodko się uśmiechnął, tak jakby myśl o sarkomie sprawiła mu przyjemność. – Tak, sarkoma… – powtórzył to dźwięczne słowo, zmrużywszy oczy jak kot. – I oto pańskie zarządzanie się kończy. Wówczas interesuje pana już tylko własny los, niczyj inny. Najbliżsi zaczynają pana okłamywać. Przeczuwając najgorsze, zaczyna pan biegać po najlepszych lekarzach, potem udaje się do znachora, czasem nawet do wróżki. Ale dobrze pan wie, że zarówno pierwsze, drugie, jak i trzecie nic a nic nie pomoże. I wszystko kończy się tragicznie: ten, kto jeszcze do niedawna uważał, że czymś kieruje, leży teraz nieruchomo w drewnianej skrzyni29, a ludzie wokół, widząc, że pożytku już z niego nie będzie, palą go w piecu30. A bywa i znacznie gorzej: człowiek dopiero co wybierał się do Kisłowodzka31, ot, błahostka – tu cudzoziemiec przymrużył oczy, kierując wzrok na Berlioza – ale nawet tego nie może zrealizować, bo nagle ni stąd, ni zowąd poślizgnie się i wpadnie pod tramwaj! Czy i wówczas powie pan, że to on sam tak sobą pokierował? Nie słuszniej byłoby przyznać, że kieruje nim ktoś zupełnie inny? – W tym momencie nieznajomy dziwnie zachichotał.

Berlioz z wielką uwagą słuchał tej nieprzyjemnej opowieści o sarkomie i tramwaju. Zaczęły go nachodzić jakieś trwożne myśli. „To nie cudzoziemiec… to nie cudzoziemiec… – krążyło mu po głowie. – Co za przedziwna postać… Kim on tak naprawdę jest?”

– Widzę, że chętnie by pan zapalił. – Obcy nieoczekiwanie zwrócił się do Bezdomnego. – Jakie pan najbardziej lubi?

– A co, ma pan różne do wyboru? – ponuro zapytał poeta, któremu papierosy właśnie się skończyły.

– Jakie pan lubi? – powtórzył obcy.

– Naszą markę32 – odpowiedział ze złością Bezdomny.

Nieznajomy jednym ruchem wyciągnął z kieszeni papierośnicę i podsunął Iwanowi.

– Nasza marka, proszę33.

Redaktora i poetę wprawił w zdumienie nie tyle fakt, że w papierośnicy nieznajomego znajdowała się akurat Nasza marka, ile wygląd samej papierośnicy. Była ogromna, z czerwonego złota, na wieczku miała brylantowy trójkąt34, który podczas otwierania błysnął niebieskobiałym ogniem.

Obaj literaci skomentowali to w duchu po swojemu. Berlioz: „Jednak cudzoziemiec”, a Bezdomny: „Niech go diabli porwą!”…

Poeta i właściciel osobliwej papierośnicy zapalili, niepalący Berlioz odmówił.

„Trzeba zbić jego argumenty w następujący sposób – zdecydował. – Tak, człowiek jest śmiertelny, nikt temu nie zaprzeczy. Sęk jednak w tym…”

Nie zdążył jeszcze wypowiedzieć tych słów, gdy odezwał się cudzoziemiec.

– Tak, człowiek jest śmiertelny, ale to dopiero pół biedy. Najgorsze jest to, że bywa śmiertelny znienacka, w tym cały szkopuł! Człowiek nie może nawet mieć pewności, co będzie robił dzisiejszego wieczoru.

„Cóż za niedorzeczne stawianie sprawy” – pomyślał Berlioz i zaoponował:

– To już chyba przesada. Przebieg dzisiejszego wieczoru jest mi mniej więcej znany. To oczywiste, że jeśli tylko na Małej Bronnej nie spadnie mi na głowę cegła…

– Cegła – przerwał mu obcy w pół słowa – nigdy nikomu, ot tak, na głowę nie spada. A już szczególnie panu to nie grozi, zapewniam. Pan umrze inną śmiercią.

– A pan pewnie wie jaką? – ze zrozumiałą ironią zapytał Berlioz, wdając się w tę doprawdy niedorzeczną dyskusję. – To może mi pan powie?

– Z miłą chęcią – odparł nieznajomy. Zmierzył Berlioza wzrokiem, jakby miał zamiar szyć dla niego garnitur, i wymruczał przez zęby coś w rodzaju: „Raz, dwa… Merkury w drugim domu… księżyc zniknął35… sześć… nieszczęście… wieczór… siedem”, po czym gromko i radośnie zawołał: – Utną panu głowę!

Bezdomny dziko wytrzeszczył oczy na aroganckiego przybysza, a Berlioz zapytał, krzywo się uśmiechając:

– Ale kto? Wrogowie? Interwenci36?

– Nie – odpowiedział rozmówca. – Rosjanka, komsomołka37.

– Hm… – wymamrotał Berlioz poirytowany żarcikiem nieznajomego. – Pan wybaczy, ale to mało prawdopodobne.

– Ja również proszę o wybaczenie – odpowiedział cudzoziemiec – ale tak właśnie będzie. Chciałbym teraz zapytać, jeśli to nie tajemnica: co pan będzie robił dziś wieczorem?

– Żadna tajemnica. Zaraz podejdę do siebie, na Sadową38, a potem o dziesiątej wieczorem39 w Massolicie odbędzie się zebranie, któremu osobiście przewodniczę.

– Niestety, nic z tego – kategorycznie sprzeciwił się cudzoziemiec.

– A to niby dlaczego?

– A dlatego – cudzoziemiec zmrużył oczy i spojrzał w niebo, gdzie w przeczuciu wieczornego chłodu krążyło bezszelestnie stado czarnych ptaków – że Annuszka już kupiła olej słonecznikowy, i nie dość, że kupiła, to właśnie go rozlała. Zebrania zatem nie będzie.

W tym momencie, co w pełni zrozumiałe, pod lipami zapanowało milczenie.

– Proszę wybaczyć – odezwał się po chwili Berlioz, zerkając na wygadującego głupoty cudzoziemca – co ma do tego olej słonecznikowy… i co to za Annuszka?

– Ja wiem, co olej słonecznikowy ma do tego! – odezwał się nagle Bezdomny, gotów wypowiedzieć wojnę nieproszonemu rozmówcy. – Czy panu aby nie zdarzyło się przebywać kiedyś w szpitalu dla umysłowo chorych?

– Ależ Iwanie!… – zawołał cicho Michał Aleksandrowicz.

Ale cudzoziemiec wcale się nie obraził, tylko roześmiał się głośno.

– Zdarzyło się, zdarzyło, i to nie raz! – potwierdził wesoło, wpatrując się w poetę okiem, w którym jednak ani cienia uśmiechu nie było. – Gdzie to ja nie bywałem! Ubolewam tylko, że brakło czasu, by zapytać profesora, co to takiego schizofrenia. Niech więc pan, Iwanie Nikołajewiczu, już sam się o to dopyta!

– Skąd pan wie, jak się nazywam?

– Ależ Iwanie Nikołajewiczu, kto by pana nie znał?

Tu cudzoziemiec wydobył z kieszeni wczorajszy numer „Gazety Literackiej”40 i Bezdomny zobaczył na pierwszej stronie własną podobiznę, a pod nią swoje wiersze. Jednakże to, co jeszcze wczoraj było dla poety radosnym dowodem popularności i sławy, teraz wcale go nie ucieszyło.

– Proszę wybaczyć – powiedział, a twarz mu pociemniała. – Czy mógłby pan chwilkę zaczekać? Chciałbym zamienić z kolegą parę słów.

– Ach, z przyjemnością! – zawołał nieznajomy. – Tak miło pod tymi lipami, a ja właściwie nigdzie się nie spieszę.

– Słuchaj, Misza… – szepnął poeta, odciągnąwszy Berlioza na bok. – Z niego żaden zagraniczny turysta. To szpieg. Rosyjski emigrant, który się do nas prześlizgnął41. Wylegitymuj gościa, bo nam zwieje…

– Myślisz? – szepnął trwożliwie Berlioz i natychmiast przemknęło mu przez głowę: „Przecież on ma rację…”.

– Zaufaj mi – chrypiał mu do ucha poeta. – On tylko udaje durnia, liczy, że coś wyśpiewamy. Słyszałeś, jak zasuwa po rosyjsku – mówił dalej, cały czas łypiąc okiem na nieznajomego, by ten czasem nie dał nogi. – Szybko, łapmy go, bo ucieknie…

I Bezdomny zaczął ciągnąć Berlioza za rękę w stronę nieznajomego.

Ten już nie siedział, lecz stał obok ławki, trzymając w ręku książeczkę w ciemnoszarej oprawie, jakąś grubą kopertę z ozdobnego papieru i kartę wizytową.

– Panowie wybaczą, w ferworze dyskusji zapomniałem się przedstawić. Oto moja wizytówka, paszport i zaproszenie do Moskwy na konsultacje – powiedział dobitnie, wpatrując się badawczo w literatów.

Obaj byli wyraźnie zakłopotani. „Do diabła, wszystko słyszał…” – pomyślał Berlioz, dając zarazem uprzejmym gestem do zrozumienia, że nie ma potrzeby okazywania dokumentów. Gdy cudzoziemiec podsuwał papiery Berliozowi, poeta zdążył dostrzec na wizytówce wydrukowane łacińskim alfabetem słowo „profesor” oraz pierwszą literę nazwiska – „W”.

– Bardzo mi miło – wymruczał nieco skonfundowany redaktor, cudzoziemiec zaś schował dokumenty do kieszeni.

Poprawne stosunki zostały przywrócone i cała trójka z powrotem usiadła na ławce.

– A zatem został pan do nas zaproszony jako konsultant, profesorze? – zapytał Berlioz.

– Jako konsultant.

– Jest pan Niemcem? – dopytywał się Bezdomny.

– Ja…? – zaczął profesor i znienacka popadł w zadumę. – Tak, chyba jestem Niemcem – powiedział.

– Pierwszorzędnie pan mówi po rosyjsku – zauważył Bezdomny.

– O, ja to w ogóle jestem poliglotą, znam całe mnóstwo języków – odparł profesor.

– A jaka jest pańska specjalność? – dociekał Michał Aleksandrowicz.

– Jestem specjalistą w zakresie czarnej magii.

„Masz ci los!…” – przeszyła głowę Berlioza nagła myśl.

– I zaproszono pana do nas jako specjalistę w tej właśnie dziedzinie? – zapytał, jąkając się lekko.

– Tak, w tej dziedzinie – potwierdził profesor i uściślił: – W tutejszej bibliotece państwowej42 odnaleziono oryginalne rękopisy Gerberta z Aurillac43, mistrza czarnej magii z dziesiątego wieku. Poproszono mnie, bym je rozszyfrował. Jestem w tej materii jedynym specjalistą na świecie.

– A, już wiem! Pan jest historykiem? – z wyraźną ulgą i zarazem z szacunkiem spytał Berlioz.

– Tak, jestem historykiem – potwierdził uczony i ni w pięć, ni w dziewięć dorzucił: – Dziś wieczorem na Patriarszych Prudach wydarzy się niezwykle interesująca historia!

Tu znowu redaktora z poetą ogarnęło zdumienie, a profesor kiwnął na nich palcem i gdy obaj się ku niemu nachylili, szepnął:

– Pamiętajcie, że Jezus istniał naprawdę.

– Widzi pan, profesorze – odezwał się Berlioz z wymuszonym uśmiechem – szanujemy pańską rozległą wiedzę, lecz mamy w tej kwestii zgoła odmienny pogląd.

– Poglądy nie mają tu nic do rzeczy – odpowiedział dziwaczny profesor. – On po prostu istniał i tyle.

– Ale potrzebny jest jakiś dowód… – zaczął Berlioz.

– Żadnych dowodów nie potrzeba – odparł profesor i kontynuował już ciszej, przy czym jego cudzoziemski akcent nie wiedzieć czemu zniknął: – To wszystko jest bardzo proste: w białym płaszczu ze szkarłatnym jak krew podbiciem, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan44…

* Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczy.

2 Patriarsze Prudy (dosł. Patriarsze Stawy) – skwer w centrum Moskwy, położony nad malowniczym stawem, otoczony z wszystkich stron lipami. Średniowieczna nazwa tego miejsca – Kozie Błoto – kojarzyła się od zarania z siłą nieczystą. W XVII wieku znajdował się tu dwór prawosławnych patriarchów Moskwy i trzy stawy rybne – stąd współczesna nazwa miejsca, mimo że od XIX wieku istnieje już tylko jeden staw. Bułhakow często bywał na Patriarszych Prudach. Wiosną 1924 roku spotykał się tam z Lubow Biełozierską, swoją przyszłą drugą żoną, a od maja 1929 – z Jeleną Szyłowską, trzecią i ostatnią małżonką. Por. przyp. 12.

3 ubrany w szary letni garnitur – ubiór redaktora Berlioza świadczy o tym, że należał on do radzieckiej elity, która w latach 30. XX wieku zaczęła się nosić na modłę przedrewolucyjną, stąd właśnie – mimo nieludzkiego upału – szary garnitur Berlioza i jego elegancki kapelusz, jeszcze w latach 20. uchodzący za „burżuazyjne nakrycie głowy”. Nazwisko fikcyjnego redaktora kojarzy się z francuskim kompozytorem Hectorem Berliozem (1803–1869), twórcą opery Potępienie Fausta, oratorium Dzieciństwo Chrystusa oraz Symfonii fantastycznej, z takimi częściami jak Marsz na miejsce straceń czy Sabat czarownic.

4 elegancki kapelusz – w oryginale „szlapa pirożkom”, dosłownie „kapelusz bułeczka”, z bruzdą wzdłuż główki, wyglądem przypominający pork-pie albo fedorę. Tak właśnie oddali ów nieprzetłumaczalny rosyjski termin autorzy obu angielskich tłumaczeń Mistrza i Małgorzaty: 1. Michael Glenny (1967): „He carried his decorous pork-pie hat by the brim”. 2. Richard Pevear i Larissa Volokhonsky (1997): „He carried his respectable fedora in his hand…”. W przekładzie niemieckim Thomasa Reschke (1994) pojawia się kapelusz, który „wygląda jak bułeczka”: „Seinen gediegenen Hut, der wie ein Brötchen aussah, hielt er in der Hand”. Autorzy obu dotychczasowych polskich tłumaczeń poszli w tym miejscu błędnym tropem, sądząc, że „szlapa pirożkom” nie jest rodzajem kapelusza, ale sposobem trzymania go w ręku przez właściciela: 1. Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski (1969): „Swój zupełnie przyzwoity kapelusz zgniótł w pół i niósł w ręku”. 2. Andrzej Drawicz (1995): „W ręku niósł złożony w pół elegancki kapelusz”. Kto jak kto, ale dbający o elegancję Berlioz na pewno by tak nie zrobił…

5 w kraciastej cyklistówce – wygląd poety Iwana Ponyriowa świadczy o tym, że młodzieniec stylizował się na pisarza proletariackiego nowego pokolenia. W latach 20. XX wieku wybór między kapeluszem a czapką z daszkiem wyznaczał granice konfliktu Nowego i Starego. Lenin na przykład kojarzy się dziś głównie z cyklistówką, ale na emigracji przed 1917 rokiem często nosił kapelusz lub melonik. W młodej Rosji Radzieckiej nie mógłby sobie na to pozwolić. Świadczą o tym słowa jednego z bohaterów sztuki Adam i Ewa (1931) Bułhakowa: „Będzie wojna, bo duszno dziś! Będzie na pewno, bo codziennie w tramwaju słyszę: »Widzicie go, kapelusz sobie włożył!«” (tłumaczenie nasze).

6 Massolit – Moskiewskie Stowarzyszenie Literatów (Moskowskaja Assocyacyja Litieratorow albo Masa Literatów). Organizacji pisarzy o takiej nazwie w Moskwie nie było, ale Bułhakow ironicznie nawiązywał do funkcjonujących w stolicy ZSRR tzw. proletariackich organizacji pisarzy, przede wszystkim do RAPP i MAPP – Rosyjskiego (Moskiewskiego) Stowarzyszenia Pisarzy Proletariackich – znanych z nadgorliwości ideologicznej i donosów na pisarzy.

7 Bezdomny – pseudonim literacki poety Ponyriowa i jego antyreligijny poemat o Jezusie każą przypuszczać, że jednym z prototypów tej postaci był Jefim Pridworow (pseudonim literacki – Demian Biedny), autor rymowanych paszkwili przeciwko chrześcijaństwu (np. „Nowy prawdziwy testament według apostoła Demiana”, 1925), gdzie dokonywał apologii… Judasza. Propagandą antyreligijną zajmowało się wówczas w ZSRR pismo „Bezbożnik”, a inne pseudonimy literackie „chłopskich poetów” tamtych czasów brzmiały: Bezimienny, Głodny, Znajda, Przybłęda. Duński dyplomata Hennig Kehler pisał, że w 1918 roku do Swijażska pod Kazaniem Lew Trocki przywiózł pociągiem o nazwie Lenin pomnik Judasza, odsłonięty uroczyście następnego dnia. W pierwszych latach istnienia ZSRR organizowano Komsomolskie Boże Narodzenia oraz Komunistyczną Paschę. Bywały też Czerwone Wielkanoce, z „sądem” nad papieżem, kończącym się wyrokiem śmierci. W 1929 roku w Moskwie odbył się Drugi Wszechzwiązkowy Zjazd Bezbożników. Trzy lata później Stalin ogłosił plan „bezbożnej pięciolatki”. Zgodnie z nim „do dnia 1 maja 1937 roku na całym terytorium ZSRR nie powinien pozostać ani jeden dom modlitewny i samo pojęcie Boga winno zostać przekreślone jako przeżytek średniowiecza, jako instrument ucisku mas robotniczych”.

8 strasznym majowym wieczorem – akcja właściwa moskiewskich rozdziałów (poza epilogiem) toczy się na początku maja, od środy po zachodzie słońca do nocy z soboty na niedzielę. Rok nie został określony, ale na podstawie innych realiów powieści można uznać, że jest to okres między 1929 a 1939 rokiem.

9 Mała Bronna – jedna z czterech ulic okalających Patriarsze Prudy.

10 Sadowoje Kolco – obwodnica wokół centrum starej Moskwy, wybudowana po wielkim pożarze stolicy w 1812 roku, na miejscu zniszczonego Ziemnego Wału. Początkowo droga była wąska, pozostałą przestrzeń zajmowały sady i wypielęgnowane ogrody przydomowe. Gdy Bułhakow pisał powieść (1928–1940), Sadowoje Kolco diametralnie zmieniło oblicze – zostało wyasfaltowane, tramwaje zastąpiono trolejbusami, a sady i ogródki polikwidowano. Dziś w skład Sadowego Kolca wchodzi trzydzieści siedem ulic i placów – jest to arteria komunikacyjna, po której od rana do nocy mknie w obie strony nieprzerwany sznur aut po dwunastu pasach ruchu.

11 narzan – należy czytać nar-zan, woda mineralna z gór Kaukazu, wydobywana w okolicach Kisłowodzka. W latach 30. XX wieku cieszyła się sławą wody leczniczej jeszcze z czasów carskich. W eseju „Kisłowodzk wiosną” (1927) zachwycał się nią jako „żywą wodą” i „szampanem najlepszego gatunku” bliski Bułhakowowi Osip Mandelsztam.

12 usadowili się na ławce – w maju 1929 roku, gdy „powieść o diable” była dopiero w powijakach (wątki o Mistrzu i Małgorzacie pojawią się w redakcji z 1931–1932, a sam tytuł – dokładnie 1 marca 1938), Bułhakow przyprowadził pod tę właśnie ławkę poznaną 28 lutego 1928 roku Jelenę Szyłowską, swą późniejszą żonę, pierwowzór powieściowej Małgorzaty. Po latach wspominała: „Położyłam się spać może nawet o dziewiątej. Nocą (a było około trzeciej, jak się potem okazało) Oleńka [siostra] (…) obudziła mnie: podejdź do telefonu, twój Bułhakow dzwoni. (Mówiła to z wściekłością). Podeszłam. »Niech się pani ubierze i wyjdzie na ganek« – powiedział tajemniczo Misza. (…) Wyszłam na ganek. Księżyc świeci jak szalony, a Misza, cały w bieli, pod gankiem. Bierze mnie pod rękę, a na wszystkie pytania, na mój śmiech, przykłada palec do ust i milczy jak pień. Prowadzi mnie przez ulicę, przyprowadza na Patriarsze Prudy, stawia pod jednym z drzew i mówi, wskazując na ławkę: tu go ujrzeli po raz pierwszy. I znowu – palec do ust, milczenie” (z listu do brata z lutego 1961, cyt. za: J. Bułgakowa, Dniewnik Jeleny Bułgakowoj, Moskwa 1990).

13 Kisłowodzk – miasto uzdrowiskowe na północnym Kaukazie (obecnie Kraj Stawropolski w Federacji Rosyjskiej), znane m.in. z sanatoriów i ujęć wody mineralnej, w tym narzanu. W latach 30. XX wieku ulubione miejsce wypoczynku elity pisarskiej. Mandelsztam w eseju „Kisłowodzk wiosną” (1927) pisał: „Różne bywają słońca, ale takiego jak w Kisłowodzku nie ma chyba nigdzie. Choćby nie wiem jak było gorące, to nigdy nie pali, nie praży, ale jakoś głęboko, na wskroś, napełnia ciało radością (…). Ten sam obywatel, który tu, w Moskwie, obrasta tłuszczem, po parku kisłowodzkim spaceruje sobie z uśmiechniętą fizjonomią”. Idealne wprost miejsce odpoczynku dla przemęczonego przewodniczącego Berlioza.

14 Filon z Aleksandrii (ok. 25 p.n.e.–ok. 50 n.e.) – przedstawiciel żydowskiej filozofii hellenistycznej, interpretator Starego Testamentu w duchu alegoryzmu, myśli egipskiej i filozofii greckiej. W brudnopisach do Mistrza i Małgorzaty Bułhakow zapisywał: „Filon (lata 30. po Chr. – 60 po Chr.) wspomina o Jezusie”.

15 Józef Flawiusz (37–po 95) – żydowski historyk w służbie Rzymian, autor m.in. Wojny żydowskiej oraz Dawnych dziejów Izraela. W tych ostatnich (XVIII 3, 3) wspomina imię Jezusa, ale wielu historyków uznaje owo Testimonium Flavianum za późniejszą wstawkę apologetów chrześcijaństwa.

16 Tacyt (ok. 55–ok. 120) – historyk rzymski, w Rocznikach (XV, 44) wspomina imię Chrystusa, gdy wyjaśnia, kim są nienawistni mu chrześcijanie. W bibliotece Bułhakowa znajdował się francuski przekład Roczników, wydany w Paryżu w 1858 roku (w archiwum pisarza zachował się wypis łacińskiego fragmentu o Chrystusie z Roczników). Swoją drogą, pierwszą namiętną czytelniczką Roczników Tacyta była w Rosji Katarzyna II, jeszcze przed objęciem tronu w 1762 roku.

17 Ozyrys, Tamuz, Marduk, Huitzilopochtli – podobne starożytne pogańskie bóstwa z kilku kontynentów służyły młodej władzy radzieckiej jako pseudobiblia pauperum dla ateizowanego ludu. Por. przyp. 20.

18 ani niskiego, ani nazbyt wysokiego wzrostu (…) nosił drogi szary garnitur – z opowieści rozstrzelanego w 1937 roku Aleksandra Czajanowa „Benedyktow albo Pamiętne wydarzenia życia mego” (1921): „To był on! (…). Wzrostu raczej niskiego niż wysokiego, w szarym staromodnym garniturze (…). Wokół niego nie było języków ognia, nie pachniało też siarką, wszystko w nim było zwykłe i codzienne, ale ta diabelska codzienność była przesycona czymś znaczącym, władczym”. Utwór Czajanowa opowiadał o pobycie szatana w Moskwie, o tym, jak główny bohater toczy walkę o duszę ukochanej kobiety podporządkowanej przybyłemu diabłu… Nazwisko owego bohatera brzmiało Bułhakow! I musi być w tym coś mistycznego, skoro w 1921 roku nikt jeszcze o Michale Bułhakowie nie słyszał… Jego druga żona Lubow Biełozierska wspominała, że pisarz zapoznał się z utworem Czajanowa w 1926 roku i był uderzony takim zbiegiem okoliczności.

19 z czarną gałką w kształcie głowy pudla – w Fauście (1154–1332) Goethego pudel symbolizuje szatana (wszystkie odniesienia do Fausta w przypisach – według przekładu i numeracji wersów Feliksa Konopki).

20 fenicki Adonis, frygijski Attis, perski Mitra – dwaj pierwsi to bóstwa wegetacji i roślin, corocznie wracające na ziemię, trzeci zaś to bóg Słońca, opiekun panujących i wojowników. W ZSRR – jak pisał po odwiedzeniu Moskwy i Leningradu w 1932 roku Antoni Słonimski – bożki owe służyły w nowo powstałych muzeach ateizmu jako „dowody na nieistnienie Boga”: „W Isakijewskim Soborze [w Leningradzie] zobrazowana jest historia kultów religijnych. Stoją tu rzędem bożki murzyńskie, poczwarne maszkary, stuczłonkie posągi ze Wschodu, bohomazy religijne. Ma to na celu obudzenie w zwiedzającym nie tylko obrzydzenia, ale i wesołości. Patrzcie, do czego modlili się ludzie” (Moja podróż do Rosji).

21 w ogóle nie istniał, tak samo i Jezus – Berlioz relacjonuje popularne w początkach istnienia ZSRR poglądy Arthura Drewsa, egzegety protestanckiego, autora „Mitu Chrystusa” 1909), twórcy teorii zwanej „historyzacją mitu”. Dowodził on, że Jezus był postacią wymyśloną, personifikacją idei spotykanej we wszystkich religiach starożytnych, zrodzonej z tęsknoty ludzi za odkupicielem Mesjaszem. Bułhakow czytał książkę Drewsa w rosyjskim tłumaczeniu.

22 czyżby Polak? – nieznajomy był na pewno cudzoziemcem. W stalinowskim ZSRR już samo to wystarczało, aby człowieka traktowano z wrogością. Polaków po wojnie polsko-bolszewickiej 1919–1920 nazywano w komunistycznej Rosji „białopolakami”, czyli sojusznikami antykomunistycznej Białej Armii. Termin wszedł ponownie do użycia po napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939.

23 Pięć dowodów na istnienie Boga św. Tomasza z Akwinu (1224 lub 1225–1274), zawartych w jego Sumie teologicznej. Stosowne informacje Bułhakow zaczerpnął z artykułu „Bóg” z wielotomowego rosyjskojęzycznego „Słownika encyklopedycznego” Brockhausa i Efrona (publikowanego w latach 1890–1907), z którego – mając go pod ręką w domowej bibliotece – często korzystał podczas pisania Mistrza i Małgorzaty.

24 Bułhakow miał też w swej bibliotece dzieło Immanuela Kanta (1724–1804) Religia w obrębie samego rozumu. Prace niemieckiego filozofa od 1924 roku znajdowały się na liście książek zakazanych w ZSRR, ułożonej przez wdowę po Leninie Nadieżdę Krupską.

25 Z hasła „Bóg” w „Słowniku encyklopedycznym” Brockhausa i Efrona: „Schiller powiada, że Kant głosi moralność, która zadowala tylko ludzi o duszach niewolników, a Strauss ironicznie zauważa, że Kant w swoim systemie – przeciwnym teizmowi – umieścił przybudówkę, żeby do niej wsadzić Boga”. Fryderyk Schiller (1759–1805) – niemiecki poeta, bardzo ceniony w dziewiętnastowiecznej Rosji, swoimi Zbójcami wywarł wpływ m.in. na Fiodora Dostojewskiego. W bibliotece Bułhakowa znajdowała się czterotomowa edycja poetyckich przekładów z Schillera. Dawid Strauss – niemiecki filozof religii, autor bardzo popularnego wśród ateistów w Rosji od połowy XIX wieku „Żywota Jezusa” (1835–1836). Bułhakow miał w swej bibliotece rosyjski przekład książki Straussa, wydany w dwóch tomach w Sankt Petersburgu i Lipsku w 1907.

26 Sołówki – popularne określenie archipelagu Wysp Sołowieckich na Morzu Białym, gdzie w XV wieku zbudowano słynny monastyr Sołowiecki. W 1922 roku klasztor został zlikwidowany przez bolszewików i zamieniony w obóz pracy. Łagier funkcjonował w latach 1923–1939, na Sołówkach zginął m.in. prawosławny duchowny i teolog Paweł Florenski, którego praca „O złudzeniach w geometrii” wywarła istotny wpływ na Mistrza i Małgorzatę. Od końca XX wieku monastyr Sołowiecki znów funkcjonuje jako klasztor.

27 człowiek tym wszystkim kieruje – ironiczna aluzja do wiersza Włodzimierza Majakowskiego „Nasze zmartwychwstanie” (1927), w którym poeta słyszał „kroki komsomolców, zwiastujących nową religię” i odbierał „bogu” prawo do kierowania losem samodzielnego człowieka.

28 sarkoma – nowotwór złośliwy.

29 leży teraz nieruchomo w drewnianej skrzyni – aluzja do dobrze znanego Bułhakowowi opowiadania Iwana Bunina Pan z San Francisco (1915) o amerykańskim milionerze, który wybrał się z żoną i córką w dwuletnią podróż do Starego Świata, ale umarł niespodziewanie na Capri i musiał wracać do ojczystego San Francisco w drewnianej skrzyni pod pokładem statku. W Bułhakowowskiej Białej gwardii (1924) to właśnie opowiadanie Bunina czytała jedna z bohaterek – Jelena Turbina. Por. przyp. 91.

30 palą go w piecu – akt kremacji pozostawał w zgodzie z ideologią komunistyczną. Por. przyp. 353.

31 W drugiej redakcji powieści (1932–1936) pojawiał się tu polski motyw – Marsz pogrzebowy Szopena: „Ten, kto jeszcze niedawno wydawał polecenia przez telefon, pokrzykiwał na podwładnych, z atencją rozmawiał z przełożonymi, wybierał się do Kisłowodzka, leży oto teraz w skrzyni, złożywszy ręce na piersi, a niepocieszona wdowa stoi u wezgłowia i zastanawia się, czy dostanie rentę osobistą. Orkiestra w drzwiach gra fałszywie marsza Szopena”. Jest to jedyna w ostatecznej wersji powieści aluzja do muzyki Szopena. Jego muzyką zachwycał się Bułhakow od lat dziecięcych w Kijowie, dzięki swej matce Warwarze Michajłownej, która wieczorami grała na fortepianie utwory polskiego kompozytora. Podział na redakcje Mistrza i Małgorzaty w tym przypisie i poniższych – według klasyfikacji Jeleny Kołyszewej, przedstawionej w fundamentalnej pracy M.A. Bułgakow, Mastier i Margarita. Połnoje sobranije czernowikow romana, Osnownoj tiekst, Moskwa 2015, t. 1–2.

32 Nasza marka – papierosy popularne w latach 20. w ZSRR.

33 Scena częstowania papierosami wedle życzeń przypomina fragment z Fausta Goethego, gdzie Mefistofeles częstuje biesiadników winem wedle upodobań (Faust, 2273–2305).

34 brylantowy trójkąt – ten symbol na papierośnicy Wolanda wywoływał przeróżne skojarzenia. Przygotowując w 1985 roku objaśnienia do edycji Mistrza i Małgorzaty, która ukazała się w 1990 roku w II serii Biblioteki Narodowej, poszedłem śladem Milivoje Jovanovicia, podkreślającego związki trójkąta z symboliką masońską. Jednak dziś zdecydowanie odrzucam takie skojarzenie. Figury tej nie należy też utożsamiać z okiem Opatrzności, jak to pochopnie uczynił jeden z pierwszych badaczy kulturowo-religijnych kontekstów Mistrza i Małgorzaty Igor Bełza. Rację ma tu, jak zwykle, Lidia Janowska, która w pracy „Trójkąt Wolanda” (Kijów 1992) potrafiła dostrzec związki trójkąta z grecką deltą, pierwszą literą słowa „diabeł” w języku Homera i Plutarcha – Διάβολος. Bułhakow spokojnie mógł dostrzec to graficzne pokrewieństwo, czytając hasło „diabeł” w „Słowniku encyklopedycznym” Brockhausa i Efrona. Dodam, że złote i platynowe trójkąty – z wygrawerowanym na nich pentagramem oraz znakami AIQ BKR (kabały dziewięciu komnat) – Bułhakow na pewno spotkał w opowiadaniu Aleksandra Czajanowa „Benedyktow albo Pamiętne wydarzenia życia mego”. W utworze tym trójkąty były własnością diabła jako przypisane konkretnej duszy ludzkiej, nad którą szatan przejmował panowanie.

35 Merkury w drugim domu… księżyc zniknął – brzmi jak opis zaćmienia Księżyca przez Merkurego. Scena wróżenia również jest zapożyczona z Fausta, gdzie w podobny sposób przepowiada przyszłość Mefistofeles (4969–4984).

36 Wrogowie? Interwenci? – strach przed obcymi „interwentami” był obecny w stalinowskim ZSRR jako echo wspomnień po wojskowej ingerencji obcych państw podczas wojny domowej 1917–1923. Stalin w „Prawdzie” w maju 1920 nazwał tę interwencję „trzema napaściami ententy”, z których trzecią wiązał z wojną polsko-bolszewicką, uznając ją za wojnę obronną: „To Polska jest stroną napadającą, która odrzuciła pokojowe propozycje Rosji, podczas gdy Rosja jest stroną broniącą się, co daje jej ogromną przewagę moralną”. Sam Bułhakow pisał w dzienniku Pod butem 18 października 1923 roku: „Jak informują »Izwiestija«, w Polsce strajk górników w Zagłębiu Donieckim, który rozprzestrzenia się na cały (?) kraj. Terror wobec organizacji robotniczych itd. Być może świat faktycznie znajduje się w przededniu decydującej konfrontacji komunizmu z faszyzmem. Jeśli wydarzenia potoczą się tym torem, pierwsze, co nas czeka, to wojna bolszewików z Polską” (tłum. Margarita Bartosik).

37 komsomołka – członkini Komsomołu, masowej komunistycznej organizacji młodzieżowej założonej w 1918 roku (od 1924 nosiła imię Lenina), rozwiązanej dopiero przez Michała Gorbaczowa w latach 90.

38 Sadowa – w istocie ulica Wielka Sadowa (część magistrali Sadowoje Kolco), na której pod numerem 10 znajdowało się słynne mieszkanie Bułhakowa w Moskwie (1921–1924). Por. przyp. 208.

39 o dziesiątej wieczorem – być może aluzja do Stalina. Miał on zwyczaj pracować na Kremlu do późnych godzin nocnych i wracał z Kremla przez Arbat do willi w podmoskiewskim Kuncewie przeważnie po północy. Lubił za to pospać rano.

40 „Gazeta Literacka” („Litieraturnaja gazieta”) – moskiewski tygodnik literacki wychodzący od 1929 roku do dziś.

41 rosyjski emigrant, który się do nas prześlizgnął – chodzi o hipotetycznego zwolennika białego reżimu carskiego – oficera, ziemianina albo arystokratę. Większość z nich po rewolucji bolszewickiej wyemigrowała na Zachód. Mający nienaganne maniery Woland rzeczywiście mógł przypominać Iwanowi białego oficera emigranta, który przyjechał do stalinowskiego ZSRR na przeszpiegi.

42 tutejsza biblioteka państwowa – Rosyjska Biblioteka Państwowa, największa biblioteka w Rosji, potem w ZSRR, założona w 1862 roku jako część Muzeum Rumiancewa. W latach 1924–1992 – Biblioteka im. Włodzimierza Lenina. Bułhakow odwiedzał ją z żoną Jeleną w latach 30., szukając materiałów do wątków biblijnych Mistrza i Małgorzaty.

43 Gerbert z Aurillac (ok. 945–1003) – papież Sylwester II (999–1003), francuski benedyktyn, uczony, wychowawca cesarza Ottona III. Po śmierci wokół jego osoby narosła legenda, jakoby umiał wytwarzać złoto i kontaktował się z siłą nieczystą. W Moskwie nigdy nie odnaleziono żadnych jego rękopisów. Bułhakow mógł natomiast wiedzieć o wydanych w Kijowie pod koniec XIX wieku listach i manuskryptach Sylwestra II, przygotowanych przez profesora Nikołaja Bubnowa.

44 nisan – pierwszy miesiąc w ruchomym, księżycowo-słonecznym kalendarzu Żydów, obejmujący okres od nowiu marca do nowiu kwietnia. 14 dnia miesiąca nisan, w przeddzień żydowskiego święta Paschy obchodzonego na pamiątkę wyjścia z Egiptu, miał miejsce sąd Piłata nad Jezusem. Akcja części biblijnej Mistrza i Małgorzaty – jak wynika z zachowanego w archiwum pisarza brulionu do trzeciej redakcji powieści – dzieje się w 33 roku n.e.

2. Poncjusz Piłat 45

W białym płaszczu ze szkarłatnym jak krew podbiciem, wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan, pod krytą kolumnadą łączącą dwa skrzydła pałacu Heroda Wielkiego46 pojawił się, sunąc krokiem kawalerzysty, prokurator Judei Poncjusz Piłat47.

Nade wszystko w świecie prokurator nienawidził zapachu olejku różanego, a nadchodzący dzień zapowiadał się bardzo źle, bo zapach ten zaczął go prześladować już od samego świtu. Zdawało mu się, że różany aromat roztaczają nawet cyprysy i palmy w ogrodzie i że ta przeklęta woń miesza się z zapachem skórzanego rynsztunku i żołnierskiego potu.

Z bocznych skrzydeł na tyłach pałacu, gdzie rozlokowała się przybyła z prokuratorem do Jeruszalaim48 pierwsza kohorta XII Legionu Błyskawic49, poprzez górny ogród tarasowy zalatywało dymem aż pod kolumnadę i tę gorzkawą smugę, świadczącą o tym, że kucharze w centuriach50 zaczęli gotować obiad, również przenikał lepki różany aromat.

„O bogowie, bogowie, za co mnie karzecie? Tak, to niewątpliwie znów ta nieprzezwyciężona, okropna choroba, hemikrania, kiedy boli pół głowy51… Nie ma na to lekarstwa, nie ma żadnego ratunku… Spróbuję trzymać głowę nieruchomo…”

Na mozaikowej posadzce przy fontannie stał już przygotowany fotel, prokurator zasiadł na nim i nie patrząc na nikogo, wyciągnął rękę. Sekretarz podał mu z uniżeniem kawałek pergaminu. Nie mogąc powstrzymać grymasu bólu, prokurator pobieżnie przebiegł pismo wzrokiem, oddał pergamin sekretarzowi i z wysiłkiem zapytał:

– Podsądny z Galilei? Czy sprawa była już u tetrarchy52?

– Tak, prokuratorze – odpowiedział sekretarz.

– I cóż on na to?

– Uchylił się od ostatecznej decyzji, a wyrok śmierci wydany przez Sanhedryn53 skierował do twojego, prokuratorze, zatwierdzenia – objaśnił sekretarz.

Piłatowi nerwowo drgnął policzek, gdy cicho polecił:

– Przyprowadzić oskarżonego.

W tym momencie z ogrodu na tarasie prosto na balkon pod kolumnami dwaj legioniści wprowadzili człowieka lat około dwudziestu siedmiu54 i postawili go przed fotelem prokuratora. Człowiek ten odziany był w stary, podarty błękitny chiton55. Głowę miał nakrytą białą chustką obwiązaną rzemykiem, ręce skrępowano mu z tyłu. Pod jego lewym okiem widniał wielki siniak, a w kąciku ust zakrzepła krew. Wprowadzony spoglądał na prokuratora z bojaźliwą ciekawością.

Ten chwilę milczał, po czym cicho zapytał po aramejsku56:

– A więc to ty nakłaniałeś lud do zburzenia świątyni w Jeruszalaim57?

Mówiąc to, prokurator siedział jak skamieniały, jego wargi ledwie się poruszały. Zastygł nieruchomo, ponieważ bał się poruszyć głową, którą rozsadzał piekielny ból.

Człowiek ze związanymi rękami wysunął się lekko do przodu i zaczął mówić:

– Dobry człowieku, uwierz mi…

Ale prokurator, nadal tkwiąc w bezruchu i ani odrobinę nie podnosząc głosu, przerwał mu:

– Mnie nazwałeś dobrym człowiekiem? Mylisz się. W Jeruszalaim wszyscy dookoła szepczą, że ze mnie okrutny potwór, i jest to niewątpliwie prawda. – I dodał równie beznamiętnie: – Wezwać centuriona58 Szczurojada.

Gdy dowódca pierwszej centurii Marek, zwany Szczurojadem59, zjawił się przed prokuratorem, wszystkim wydało się, że na balkonie pociemniało. Przerastał o głowę najwyższego z żołnierzy legionu i był tak szeroki w barach, że całkiem przesłonił słońce, które stało jeszcze niewysoko.

Prokurator zwrócił się do centuriona po łacinie:

– Przestępca nazwał mnie „dobrym człowiekiem”. Wyprowadzić go stąd na chwilę i pouczyć, jak należy się do mnie zwracać. Tylko bez okaleczania.

Wszyscy oprócz skamieniałego prokuratora powiedli wzrokiem za Markiem Szczurojadem, który skinął na aresztowanego, wskazując, by ten szedł za nim. Zresztą Szczurojad zawsze przykuwał wzrok, gdziekolwiek się pojawiał, choćby z racji samego wzrostu, a jeśli ktoś widział go po raz pierwszy, to również i dlatego, że oblicze centuriona było potwornie oszpecone ciosem germańskiej maczugi, która kiedyś roztrzaskała mu nos.

Zastukały ciężkie buty Marka na mozaikowej posadzce, skrępowany więzień bezszelestnie podążył za nim, pod kolumnadą zapadła cisza, z tarasu ogrodowego u stóp balkonu dolatywało tylko gruchanie gołębi i śpiewny szum wody w fontannie, powtarzającej wciąż ten sam wymyślny motyw.

Prokurator zapragnął wstać, podstawić skroń pod strumień wody i tak zastygnąć. Ale wiedział, że nic mu to nie pomoże.

Wyprowadziwszy aresztowanego spod kolumnady do ogrodu, Szczurojad wyjął bicz z ręki legionisty stojącego pod posągiem z brązu, nie za mocno się zamachnął i smagnął aresztowanego przez plecy. Choć zrobił to lekkim ruchem, jakby od niechcenia, skrępowany więzień w jednej chwili runął bez tchu na ziemię, jakby mu ktoś nogi podciął, krew odpłynęła mu z twarzy, a oczy zasnuły się mgłą.

Marek lewą ręką uniósł leżącego jak pusty worek, postawił go na nogi i powiedział przez nos łamanym aramejskim:

– Prokuratora rzymskiego tytułować hegemonem60! Innych słów nie mówić. Stać spokojnie. Zrozumiałeś czy uderzyć?

Aresztowany zachwiał się, ale zapanował nad sobą, jego twarz ponownie nabrała koloru, złapał oddech i odpowiedział ochryple:

– Zrozumiałem cię. Nie bij mnie.

Po chwili znowu znalazł się przed prokuratorem.

Dał się słyszeć przytłumiony, obolały głos:

– Imię?

– Moje? – odezwał się skwapliwie więzień, całym sobą dając do zrozumienia, że jest gotów odpowiadać rzeczowo i nie wywoływać więcej gniewu.

Prokurator cicho rzekł:

– Swoje znam. Nie udawaj głupszego, niż jesteś. Twoje.

– Jeszua61 – odpowiedział pospiesznie aresztant.

– Jak cię zwą?

– Ha-Nocri62.

– Skąd pochodzisz?

– Z miasta Gamala63. – Więzień wskazał głową, że gdzieś tam daleko, z jego prawej strony, na północy, leży miasto Gamala.

– Jakiej jesteś krwi?

– Właściwie to nie wiem – ożywił się aresztowany. – Nie pamiętam swoich rodziców. Powiadają, że ojciec był Syryjczykiem64…

– Gdzie mieszkasz na stałe?

– Nie mam jednego domu – nieśmiało odrzekł więzień. – Wędruję z miasta do miasta.

– Można to wyrazić jednym słowem: włóczęga – powiedział prokurator i zapytał: – Rodzinę masz?

– Żadnej. Jestem sam na świecie.

– Umiesz czytać i pisać?

– Umiem.

– Znasz jakiś inny język poza aramejskim?

– Znam grecki65.

Opuchnięta powieka uniosła się, zasnute mgłą cierpienia oko uporczywie wpatrywało się w aresztanta. Drugie pozostało zamknięte.

Piłat odezwał się po grecku:

– Więc to ty zamierzałeś zburzyć gmach świątyni i podburzałeś do tego lud?

Aresztant znowu się ożywił, jego spojrzenie nie wyrażało teraz strachu, zaczął mówić po grecku:

– Dob… – na myśl, że prawie się przejęzyczył, w jego oczach mignęło przerażenie. – Nigdy w życiu, hegemonie, nie zamierzałem burzyć przybytku świątynnego i nikogo nie podżegałem do podobnie bezsensownego czynu.

Na twarzy sekretarza zgarbionego nad niskim stołem i spisującego zeznania odmalowało się zdziwienie. Podniósł głowę, lecz natychmiast przeniósł wzrok z powrotem na pergamin.

– Tłumy ludzi ściągają do tego miasta na święto66, są wśród nich magowie, astrolodzy, jasnowidze i zabójcy – beznamiętnie wyliczał prokurator – a zdarzają się i oszuści. Na przykład ty. Mam tu wyraźnie zapisane: podżegał do zburzenia świątyni. Tak donoszą ludzie.

– Ci dobrzy ludzie – odezwał się więzień i dorzuciwszy pospiesznie „hegemonie”, kontynuował – są nieuczeni i pomieszali wszystko, co mówiłem67. Boję się, że to nieporozumienie będzie jeszcze trwać przez wieki. A wszystko dlatego, że tamten nieprawdziwie zapisuje moje słowa.

Zaległo milczenie. Teraz już spojrzenie obydwu chorych oczu ciężko spoczęło na więźniu.

– Powtarzam po raz ostatni: przestań udawać wariata, łotrze – powiedział Piłat ze stoickim spokojem. – Niewiele z twoich słów zapisano, ale nawet tyle wystarczy, by cię powiesić.

– O nie, hegemonie – aresztowany ze wszystkich sił próbował przekonać Piłata – włóczy się za mną taki jeden z kozim pergaminem i stale coś pisze. Ale jak kiedyś zajrzałem do tego pergaminu, to ogarnęła mnie trwoga. Nie powiedziałem ani jednego słowa z tego, co tam zostało zapisane. Błagałem go: spal, na Boga, ten pergamin! Ale on wyrwał mi go z ręki i uciekł.

– Kto taki? – zapytał lekceważąco Piłat, dotykając lekko skroni.

– Mateusz Lewi – skwapliwie wyjaśnił aresztant. – Był poborcą podatkowym, gdy po raz pierwszy spotkałem go na drodze do Betfage68 i zacząłem z nim rozmawiać przy gaju figowym. Na początku potraktował mnie nieprzyjaźnie, a nawet ubliżał mi, to znaczy wydawało mu się, że mi ubliża, nazywając mnie psem. – Tu aresztowany się uśmiechnął. – Osobiście nic nie mam przeciwko psom, więc co tu się obrażać…

Sekretarz przestał protokołować i zdziwiony, spojrzał ukradkiem, lecz nie na aresztowanego, tylko na prokuratora.

– … jednakże, wsłuchawszy się w moje słowa, zaczął łagodnieć – mówił dalej Jeszua – by w końcu rzucić pieniądze na drogę i oświadczyć, że pójdzie wraz ze mną wędrować.

Prokurator wykrzywił pół twarzy w uśmiechu, obnażając żółte zęby, i obróciwszy się ku sekretarzowi, przemówił:

– O, miasto Jeruszalaim! Czegóż to w nim nie usłyszysz! Poborca podatkowy, czy da kto temu wiarę, wyrzucił pieniądze na drogę!

Nie wiedząc, jak zareagować, sekretarz próbował naśladować uśmiech Piłata.

– Tak, i powiedział, że od tej pory gardzi pieniędzmi – objaśniał Jeszua dziwny postępek Mateusza Lewiego, a potem dodał: – I tak stał się moim towarzyszem.

Ciągle jeszcze szczerząc zęby, prokurator spojrzał na aresztowanego, potem na słońce nieuchronnie wznoszące się coraz wyżej nad posągami jeźdźców wokół hipodromu69 położonego gdzieś daleko w dole, po prawej stronie. W przypływie nagłej udręki pomyślał, że najprościej byłoby pozbyć się z balkonu tego dziwacznego przestępcy, wymawiając tylko dwa słowa: „Powiesić go!”. Odprawić konwój, zejść spod kolumnady do pałacu, polecić, by zaciemniono pokój, zwalić się na łoże, zażądać zimnej wody, udręczonym głosem przywołać psa Bangę70 i pożalić mu się na hemikranię. Nagle przez chorą głowę prokuratora przemknęła kusząca myśl o truciźnie71.

Patrzył zmętniałymi oczami na aresztowanego i jakiś czas milczał, z trudem przypominając sobie, czemu w tym porannym niemiłosiernym skwarze Jeruszalaim stoi przed nim aresztant ze śladami pobicia na twarzy i jakie to nikomu niepotrzebne pytania trzeba mu będzie jeszcze zadać.

– Mateusz Lewi? – ochrypłym głosem zapytał chory, przymykając oczy.

– Tak, Mateusz Lewi – doszedł do niego wysoki, trudny do zniesienia głos.

– Co w takim razie opowiadałeś tłumowi na bazarze o świątyni?

Zdawało się Piłatowi, że głos odpowiadającego przeszywa mu skroń, sprawiając niewymowny ból, a głos ten mówił:

– Opowiadałem, hegemonie, że runie świątynia starej wiary, a powstanie nowa świątynia prawdy. Mówiłem tak, żeby łatwiej zrozumieli72.

– A po co, włóczęgo, mąciłeś w głowach ludziom na bazarze, opowiadając o jakiejś prawdzie, o której pojęcia nie masz? Czym w ogóle jest prawda73?

W tym momencie prokurator pomyślał: „O bogowie, bogowie! Pytam go o rzeczy niemające najmniejszego znaczenia dla wyroku. Głowa odmawia mi posłuszeństwa…”. Uroiło mu się znowu, że widzi kielich z ciemnym płynem. „Trucizny, trucizny…”

I ponownie usłyszał głos:

– Prawdą jest przede wszystkim to, że boli cię głowa, i to tak bardzo, że bojaźliwie rozmyślasz o śmierci. Nie tylko nie masz sił rozmawiać ze mną, ale trudno ci nawet na mnie patrzeć. W ten sposób, wbrew swej woli, staję się twym oprawcą, co mnie bardzo przygnębia. Nie potrafisz na niczym skupić myśli, marzysz tylko, aby przyszedł wreszcie twój pies, jedyne zapewne stworzenie, do którego jesteś przywiązany. Ale męki twoje zaraz się skończą, głowa się uspokoi.

Sekretarz wlepił oczy w aresztowanego, przerywając pisanie w pół słowa.

Piłat podniósł udręczony wzrok na aresztanta i zobaczył, że słońce stoi już dość wysoko ponad hipodromem, że pojedynczy promień przedarł się pod kolumnadę, podpełzając do rozdeptanych sandałów Jeszui, i że ten odwraca od słońca głowę.

Wtedy prokurator uniósł się z fotela, ścisnął głowę dłońmi, a na jego wygolonej żółtawej twarzy odmalował się lęk. Natychmiast jednak przezwyciężył go siłą woli i z powrotem opadł na fotel.

Aresztant tymczasem kontynuował swoją mowę, lecz sekretarz niczego więcej już nie zapisywał, starał się tylko, wyciągnąwszy szyję jak gęś, nie uronić ani słowa.

– No i już po wszystkim74 – powiedział aresztowany, spoglądając przyjaźnie na Piłata. – Bardzo się cieszę. Radziłbym ci, hegemonie, abyś opuścił na jakiś czas pałac i udał się na przechadzkę gdzieś po okolicy, choćby po ogrodach Góry Eleońskiej75. Wprawdzie będzie burza…. – tu aresztant obrócił się i popatrzył na słońce spod przymkniętych powiek – … ale dopiero później, pod wieczór. Spacer bardzo dobrze by ci zrobił, a ja z chęcią ci potowarzyszę. Chodzi mi po głowie kilka zupełnie nowych myśli, które, jak sądzę, mogłyby i ciebie zainteresować. A ja chętnie podzielę się nimi, tym bardziej że wydajesz się człowiekiem bardzo rozumnym.

Sekretarz śmiertelnie pobladł i upuścił na posadzkę pergaminowy zwój.

– Niestety – kontynuował bez żadnych przeszkód pojmany – jesteś nazbyt zamknięty w sobie i ostatecznie utraciłeś wiarę w ludzi. Zgodzisz się chyba, że człowiek nie może przelewać wszystkich swych uczuć na psa. Jałowe jest twe życie, hegemonie. – Tu mówiący pozwolił sobie na uśmiech.

Sekretarz popadł w głęboką rozterkę – nie wiedział, czy wierzyć własnym uszom. Jednak musiał uwierzyć. Usiłował przewidzieć, w jaki to nieobliczalny sposób objawi swój gniew porywczy prokurator wobec tak niesłychanej zuchwałości aresztowanego. Ale nic wymyśleć nie zdołał, mimo że znał dobrze prokuratora.

A wtedy Piłat chrypliwym głosem wyrzucił z siebie po łacinie:

– Rozwiązać mu ręce!

Jeden z legionistów konwoju stuknął o posadzkę lancą i przekazał ją sąsiadowi, po czym podszedł do aresztowanego i oswobodził go z więzów.

Sekretarz podniósł pergamin, lecz postanowił na razie niczego nie zapisywać i niczemu się nie dziwić.

– Przyznaj się – powiedział cicho po grecku Piłat – jesteś wielkim lekarzem?

– Nie, prokuratorze, nie jestem lekarzem – odrzekł aresztant, z wyrazem ulgi rozcierając sobie przegub dłoni, napuchnięty i aż fioletowy od ucisku sznurów.

Prokurator spode łba świdrował aresztanta oczami, w jego niedawno jeszcze mętnym spojrzeniu pojawiły się dobrze znane wszystkim iskry.

– Nie pytałem cię o to wcześniej – powiedział Piłat – ale może znasz jeszcze i łacinę?

– Owszem, znam – odpowiedział aresztant.

Rumieniec wystąpił na pożółkłe policzki prokuratora, gdy zapytał aresztanta cicho po łacinie:

– Skąd wiedziałeś, że chciałem zawołać psa?

– To proste – odrzekł więzień po łacinie. – Wodziłeś dłonią w powietrzu – tu aresztant powtórzył gest Piłata – tak jakbyś głaskał… a ustami…

– No tak – powiedział prokurator.

Umilkli.

Po chwili Piłat zadał pytanie po grecku:

– A zatem jesteś lekarzem?

– Nie, nie – odpowiedział prędko aresztant – wierz mi, nie jestem lekarzem.

– No, dobrze. Chcesz to trzymać w tajemnicy, trzymaj sobie. Ze sprawą nie ma to bezpośredniego związku. Czyli twierdzisz, że nie nawoływałeś do zburzenia… ani do podpalenia… ani do zniszczenia świątyni w żaden inny sposób?

– Hegemonie, powtarzam, nikogo nie nawoływałem do podobnych czynów. Czy wyglądam na obłąkanego?

– O, nie, nie wyglądasz na obłąkanego – powiedział cicho prokurator z jakimś straszliwym uśmiechem. – Przysięgnij, że tak nie było.

– Na co mam przysiąc? – zapytał z wielkim ożywieniem człowiek wyswobodzony z więzów.

– Choćby na własne życie – odpowiedział prokurator. – Najwyższy czas, byś na nie przysiągł, bo wiedz, że wisi na włosku.

– Czy myślisz, hegemonie, żeś to ty je na nim zawiesił? Jeżeli tak, to bardzo się mylisz.

Piłat drgnął i wycedził przez zęby:

– Mogę ten włosek przeciąć.

– Tutaj również się mylisz – zaoponował aresztant z jasnym uśmiechem, zasłaniając ręką twarz przed słońcem. – Zgodzisz się chyba, że włosek może przeciąć jedynie ten, kto życie na nim zawiesił76?

– Owszem – powiedział z uśmiechem Piłat. – Teraz to już nie mam wątpliwości, że owi gapie i próżniacy w Jeruszalaim naprawdę włóczyli się za tobą. Nie wiem, kto ci ten język ostrzył, ale muszę przyznać, że sprawnie nim obracasz. A przy okazji powiedz, czy to prawda, że wjeżdżałeś do Jeruszalaim przez Bramę Suzyjską77 wierzchem na ośle, witany przez tłumnie zgromadzony motłoch, pozdrawiający cię głośno, niczym proroka. – Tu Piłat wskazał na zwój pergaminu.

Aresztant popatrzył na prokuratora z niedowierzaniem.

– Nawet osła żadnego nie mam78, hegemonie. Do Jeruszalaim wszedłem istotnie przez Bramę Suzyjską, ale na własnych nogach, w towarzystwie jednego tylko Mateusza Lewiego, i nikt mnie głośno nie witał, ponieważ nikt mnie wówczas w Jeruszalaim nie znał.

– A czy ty nie znasz aby – kontynuował Piłat, nie spuszczając oczu z aresztanta – Dismasa, Gestasa79 albo niejakiego Bar Rabbana80?

– Nie znam tych dobrych ludzi – odpowiedział aresztant.

– Naprawdę?

– Naprawdę.

– A powiesz mi wreszcie, czemu stale używasz słów „dobrzy ludzie”? Czyżbyś wszystkich tak nazywał?

– Tak, wszystkich – odrzekł aresztant. – Złych ludzi na świecie nie ma81.

– Nie do wiary! – Uśmiechnął się na to Piłat. – Może za mało znam życie… Nie musisz dalej pisać – zwrócił się do sekretarza, choć ten i tak niczego już nie zapisywał, i mówił dalej do aresztanta: – Czy przeczytałeś o tym w którejś z greckich ksiąg?

– Nie, do wszystkiego doszedłem własnym umysłem82.

– I tego nauczasz?

– Tak.

– A centurion Marek, na przykład, którego przezwano Szczurojadem, też jest dobry?

– Tak – odpowiedział aresztant – choć jest on, co prawda, człowiekiem nieszczęśliwym. Odkąd oszpecili go dobrzy ludzie, stał się nieczuły i okrutny. Ciekawe, kto go tak okaleczył…

– Chętnie ci opowiem – rzekł Piłat – bom to widział na własne oczy. Dobrzy ludzie rzucili się na niego jak sfora psów na niedźwiedzia. Germanie wgryźli mu się w gardło, ręce, nogi. Manipuł83 piechoty wpadł w zasadzkę, i gdyby z flanki nie uderzyła dowodzona przeze mnie turma84 kawalerii, to nie miałbyś teraz, filozofie, okazji do rozmowy ze Szczurojadem. A działo się to wszystko podczas bitwy pod Idistaviso85, w Dolinie Dziewic.

– Jeśli dałoby się z nim porozmawiać – zamarzył sobie nagle aresztant – to jestem pewien, że zmieniłby się zupełnie.

– Sądzę, że legat86 – powiedział Piłat – nie byłby zachwycony, gdyby ci raptem przyszło do głowy wdać się w pogawędkę z którymś z jego oficerów lub żołnierzy. To zresztą, na szczęście, i tak się nie wydarzy. Zadbam o to osobiście.

W tym momencie pod kolumnadę jak strzała wpadła jaskółka, zatoczyła krąg pod złotym sufitem, obniżyła lot, nieomal zawadzając ostrym skrzydłem o twarz miedzianego posągu we wnęce, i skryła się za kapitelem kolumny. Być może umyśliła sobie uwić tam gniazdo.

W czasie jej lotu w rozjaśnionej i lekkiej teraz głowie prokuratora zrodziła się sentencja wyroku: „Hegemon rozpatrzył sprawę wędrownego filozofa Jeszui, zwanego także Ha-Nocri, i nie doszukał się w niej znamion przestępstwa. W szczególności zaś nie dostrzegł związku między działaniami Jeszui a zamieszkami, które niedawno miały miejsce w Jeruszalaim. Filozofujący włóczęga okazał się chory na umyśle. Prokurator nie zatwierdza zatem wyroku śmierci wydanego przez Mały Sanhedryn87. Ponieważ jednak szalone, utopijne kazania Ha-Nocri mogłyby stać się przyczyną rozruchów w Jeruszalaim, prokurator wydala Jeszuę z miasta i nakazuje zamknąć go w Cezarei Stratonowej88 nad Morzem Śródziemnym, w miejscu gdzie znajduje się rezydencja prokuratora”89.

Pozostało tylko podyktować to sekretarzowi.

Skrzydła jaskółki zatrzepotały tuż nad głową hegemona, ptak śmignął w stronę fontanny i odfrunął na wolność. Prokurator podniósł wzrok na aresztanta i dostrzegł wokół niego gorejący obłok pyłu90.

– To wszystko w jego sprawie? – zapytał sekretarza.

– Niestety, nie – odparł nieoczekiwanie sekretarz i podał Piłatowi drugi kawałek pergaminu.

– A cóż tam jeszcze? – zapytał Piłat i spochmurniał.

Przeczytał, co mu podano, i całkiem zmienił się na twarzy. Może to ciemna krew napłynęła mu do twarzy i szyi, a może z jakiegoś innego powodu skóra na jego obliczu zmieniła barwę z żółtej na brunatną, a oczy zapadły się gdzieś w głąb.

To zapewne ta sama krew, pulsująca w głowie i rozsadzająca skronie, winna była temu, że prokuratorowi stało się coś ze wzrokiem. Przywidziało mu się oto, że głowa aresztanta gdzieś odpłynęła, a na jej miejscu pojawiła się inna. I na tej drugiej, łysiejącej głowie spoczywała złota zębata korona. Na czole widać było okrągły, wżerający się w skórę wrzód pokryty jakąś mazią… Bezzębne usta zapadały się, dolna warga obwisła w grymasie91… I zdało się Piłatowi, że zniknęły różowe kolumny balkonu i dachy Jeruszalaim w dali, poniżej ogrodu, i że wszystko wokół tonie w zielonej gęstwinie kaprejskich sadów. Coś przedziwnego stało się też z jego słuchem – z oddali dochodziły doń dźwięki niezbyt głośnych, lecz złowieszczych trąb, a wyrazisty, nosowy głos rozciągał wyniośle słowa: „Ustawa o obrazie majestatu…”.

Piłatowi przemknęły przez głowę porwane, niepoukładane, dziwaczne myśli: „Zginął!”…, a potem: „Obaj zginęliśmy!”. I jeszcze jakaś absurdalna myśl o nieśmiertelności, która, nie wiadomo czemu, wzbudziła w nim niewymowną tęsknotę.

Piłat wytężył umysł, odpędził zjawy i powróciwszy wzrokiem na balkon, znów ujrzał przed sobą oczy więźnia.

– Słuchaj no, Ha-Nocri – zaczął prokurator, obrzucając Jeszuę dziwnym spojrzeniem. Oblicze prokuratora było surowe, lecz oczy miał wypełnione trwogą. – Czy kiedykolwiek wypowiadałeś się na temat wielkiego Cezara? Odpowiadaj, mówiłeś coś o nim? Czy też… nie… mówiłeś? – Słowo „nie” Piłat rozciągnął nieco bardziej, niż wypadało to czynić w sądzie. Spojrzeniem przekazywał Jeszui jakąś myśl, wyraźnie coś więźniowi sugerował.

– Nie ma nic łatwiejszego i milszego od mówienia prawdy – oświadczył aresztant.

– Nie obchodzi mnie – zaczął Piłat gniewnym, przytłumionym głosem – czy jest ci miłe mówienie prawdy, i tak będziesz musiał ją wyznać. Waż jednak każde słowo, bo inaczej spotka cię niechybna, okrutna śmierć.

Nikt nie wie, co powodowało prokuratorem Judei, ale pozwolił sobie podnieść rękę, jakby zasłaniał się przed promieniami słońca, i pod osłoną ręki, jak zza tarczy, przesłał aresztantowi znaczące spojrzenie.

– A zatem odpowiadaj – kontynuował Piłat – czy znasz niejakiego Judę z Kiriathu i co mu mówiłeś o Cezarze, jeżeli istotnie coś mówiłeś.

– To było tak – z zapałem zaczął swą opowieść aresztant. – Przedwczoraj wieczór poznałem przy świątyni młodego człowieka, który przedstawił mi się jako Juda z miasta Kiriath. Zaprosił mnie do swojego domu w Dolnym Mieście92 i ugościł…

– Dobry człowiek? – zapytał Piłat i diabelski ogień błysnął w jego oczach.

– Bardzo dobry, ciekawy świata człowiek93 – potwierdził więzień. – Okazał ogromne zainteresowanie moimi przemyśleniami, przyjął mnie serdecznie…

– Świeczniki zapalił94… – z iskrami w oczach wycedził półgłosem Piłat, podchwytując ton aresztanta.

– Owszem – kontynuował Jeszua nieco zdziwiony, że prokurator jest tak dobrze poinformowany. – Prosił, abym mu opowiedział, co myślę na temat władzy państwowej. Nadzwyczaj go to interesowało.

– I cóż mu odpowiedziałeś? – zapytał Piłat. – Chyba żeś zapomniał, co mówiłeś? – W głosie Piłata nie było już cienia nadziei.

– Mówiłem między innymi – odrzekł aresztant – że wszelka władza jest przemocą wobec ludzi i że nastaną takie czasy, gdy nie będzie władzy cezarów ani żadnej innej. Człowiek dostąpi królestwa prawdy i sprawiedliwości, gdzie żadna władza nie jest potrzebna95.

– Mów dalej!

– Nic więcej nie zdążyłem powiedzieć… – rzekł aresztant. – Wpadli jacyś ludzie, skrępowali mnie i zaprowadzili do więzienia.

Sekretarz szybko przelewał zdania na pergamin, starając się nie uronić ani słowa.

– Nigdy na świecie nie było, nie ma i nie będzie władzy tak potężnej i tak pięknej w oczach ludzi jak władza imperatora Tyberiusza! – Słaby, rwący się dotąd głos Piłata zabrzmiał teraz z mocą.

Prokurator, nie wiedzieć czemu, spojrzał z nienawiścią na sekretarza i na konwój.

– I nie tobie, szalony złoczyńco, rozprawiać na ten temat! – krzyknął Piłat. – Wyprowadzić konwój z balkonu! – A odwróciwszy się ku sekretarzowi, dodał: – Zostawić mnie sam na sam z przestępcą, to sprawa wagi państwowej!

Legioniści z konwoju podnieśli lance i stukając miarowo ćwiekami podkutych skórzanych butów96, zeszli z balkonu do ogrodu. Za nimi podążył sekretarz.

Milczenie, które teraz zapadło, przez chwilę naruszał jedynie śpiew wody w fontannie. Piłat obserwował, jak z fontanny tryska ku górze wodny parasol, od którego brzegów odrywają się strużki wody i ponownie opadają do basenu.

Pierwszy zaczął więzień.

– Widzę, że moja rozmowa z tym młodzieńcem z Kiriathu stała się przyczyną jakiegoś nieszczęścia. Mam przeczucie, hegemonie, że spotka go coś złego, i jest mi go bardzo żal.

– A ja mam przeczucie – odparł prokurator z dziwnym uśmiechem – że jest na tym świecie ktoś, kogo powinieneś żałować jeszcze bardziej niż Judy, ktoś, czyj los będzie o wiele straszniejszy!… A zatem, czy Marek Szczurojad, ten zimny i zatwardziały oprawca, i ludzie, którzy, jak widzę – tu prokurator wskazał pokiereszowaną twarz Jeszui – obili cię za twe kazania, i czy łotrowie Dismas i Gestas, którzy wraz ze wspólnikami zamordowali czterech żołnierzy, i wreszcie ten nikczemny zdrajca Juda, czy oni wszyscy są dobrymi ludźmi?

– Tak – odrzekł więzień.

– I nastanie królestwo prawdy?

– Nastanie, hegemonie – odpowiedział z przekonaniem Jeszua.

– Ono nigdy nie nastanie! – zawołał Piłat tak strasznym głosem, że Jeszua odskoczył.

Takim głosem krzyczał Piłat dawno temu w Dolinie Dziewic do swoich kawalerzystów: „Rąbać ich! Rąbać! Olbrzym Szczurojad w pułapce!”. Jeszcze bardziej wytężył zniszczony wydawaniem rozkazów głos i wykrzykiwał swe słowa tak, by usłyszano je w ogrodzie:

– Przestępco! Przestępco! Przestępco97! – Następnie, zniżając głos, zapytał: – Jeszuo Ha-Nocri, czy ty wierzysz w jakichś bogów?

– Bóg jest jeden – odpowiedział Jeszua. – W niego wierzę.

– To się do niego módl! Módl się żarliwie! Chociaż – tu głos Piłata osłabł – i tak ci to nie pomoże. Masz żonę? – zapytał ze smutkiem, nie rozumiejąc, co się z nim dzieje.

– Nie, jestem sam.

– Ohydne miasto… – mruknął, nie wiedzieć czemu, prokurator i nagle zadrżał, jakby go chłód przeszył. Potarł dłoń o dłoń, tak jakby umywał ręce98. – Byłoby zaiste lepiej, gdyby ci ktoś poderżnął gardło, nim jeszcze zdążyłeś spotkać tego Judę z Kiriathu.

– Wypuściłbyś mnie, hegemonie – poprosił nieoczekiwanie Jeszua, a w jego głosie słychać było strach. – Bo widzę, że chcą mnie zabić.

Twarz Piłata wykrzywił grymas, jego rozpalone oczy z przekrwionymi białkami spoczęły na aresztancie.

– Czy ty myślisz, nieszczęśniku, że rzymski prokurator puści wolno człowieka, który opowiadał takie rzeczy? O bogowie, bogowie! A może myślisz, żem gotów zająć twe miejsce? Ja te twoje myśli całkowicie odrzucam! Posłuchaj, jeżeli od tej pory odezwiesz się jednym słowem do kogokolwiek, strzeż się mnie! Powtarzam: strzeż się!

– Hegemonie…

– Milczeć! – krzyknął Piłat, wodząc wściekłym spojrzeniem za jaskółką, która znów przyfrunęła na balkon. – Do mnie! – zawołał.

Gdy sekretarz i konwój powrócili na miejsca, Piłat ogłosił, że zatwierdza wyrok śmierci wydany na Jeszuę przez Mały Sanhedryn99, a sekretarz skrzętnie wszystko zapisał.

Chwilę później przed Piłatem stanął Marek Szczurojad. Prokurator rozkazał oddać przestępcę w ręce dowódcy tajnych służb, któremu należy polecić, by odseparował Jeszuę Ha-Nocri od innych skazańców, i żeby nikt z funkcjonariuszy, pod groźbą ciężkiej kary, nie ośmielił się o czymkolwiek z Jeszuą rozmawiać. Nie wolno nawet odpowiadać na jego pytania.

Na znak dany przez Szczurojada konwój ciasno otoczył Jeszuę i wyprowadził go z balkonu.

Zaraz potem przed prokuratorem stanął urodziwy młodzieniec z jasną brodą, grzebień jego hełmu zdobiły orle pióra, na piersi migotały mu złote lwie paszcze, a u jego boku na pozłacanym pasie wisiał miecz. Wysokie buty na potrójnej podeszwie miał zasznurowane aż do kolan, purpurową pelerynę zarzucił sobie na lewe ramię. Był to legat – dowódca legionu.

Prokurator zapytał, gdzie obecnie znajduje się kohorta z Sebaste100. Legat odrzekł, że Sebastyjczycy otaczają kordonem plac przed hipodromem, gdzie zostanie publicznie ogłoszony wyrok na przestępców.

Prokurator zarządził, aby legat wydzielił dwie centurie z kohorty rzymskiej101. Jedna z nich, pod dowództwem Szczurojada, będzie konwojować na Łysą Górę102 skazańców oraz wóz z oprawcami i narzędziami do egzekucji. Po przybyciu na miejsce dołączy ona do kordonu uformowanego wcześniej na szczycie przez drugą centurię, którą należy zatem bezzwłocznie odprawić na Łysą Górę. Ze względów bezpieczeństwa prokurator dodatkowo polecił legatowi wysłać na miejsce kaźni pomocniczy pułk kawalerii – syryjską alę103.

Gdy legat opuścił balkon, prokurator rozkazał sekretarzowi wezwać do pałacu przewodniczącego i dwóch członków Sanhedrynu oraz naczelnika straży świątynnej Jeruszalaim. Nakazał przy tym tak wszystko zorganizować, by miał sposobność porozmawiać z przewodniczącym w cztery oczy, nim jeszcze przybędą na spotkanie pozostali.

Rozkaz prokuratora został wykonany starannie i bardzo szybko – słońce, które z niesłychaną zapiekłością rozpalało w owe dni Jeruszalaim, nie zdążyło jeszcze osiągnąć zenitu, a już na tarasie górnego ogrodu, obok strzegących schodów dwóch lwów z białego marmuru, spotkali się prokurator i przewodniczący Sanhedrynu, arcykapłan judejski Józef Kaifa104.

W ogrodzie panowała cisza. Po wyjściu spod kolumnady na zalany słońcem taras ogrodu, tam gdzie rosły palmy na monstrualnych słoniowych nogach, oczom Piłata ukazało się znienawidzone przezeń miasto Jeruszalaim, z wiszącymi mostami, z murami dookoła, a nade wszystko z jeruszalaimską świątynią, niemożliwą do opisania potworną bryłą marmuru, której dach pokrywała w całości złota smocza łuska105. Wyostrzony słuch prokuratora wyłowił z dołu – spoza muru pałacowego odgradzającego niższe ogrody od miasta – jakieś głuche buczenie, z którego od czasu do czasu przebijały ledwie słyszalne ni to jęki, ni wrzaski.

Piłat domyślił się, że na placu w dole zebrała się już nieprzebrana rzesza mieszkańców Jeruszalaim, poruszonych ostatnimi zamieszkami106, czekających niecierpliwie na ogłoszenie wyroku, i że słychać stamtąd okrzyki ruchliwych sprzedawców wody.

Prokurator od razu zaproponował arcykapłanowi przejście na balkon dla ochrony przed bezlitosnym żarem, ale Kaifa uprzejmie odmówił, tłumacząc, że w przeddzień święta107 nie wolno mu tak uczynić108. Piłat okrył więc kapturem swą lekko łysiejącą głowę i rozpoczął rozmowę, którą toczyli po grecku.

Piłat oznajmił, że rozpatrzył sprawę Jeszui Ha-Nocri i zatwierdził wyrok śmierci.

Na karę śmierci, która ma zostać wykonana jeszcze dziś, zostało skazanych trzech złoczyńców: Dismas, Gestas i Bar Rabban, no i jeszcze ten Jeszua Ha-Nocri. Pierwsi dwaj, podburzający naród do buntu przeciw Cezarowi109, zostali ujęci z bronią w ręku przez straż rzymską, toteż należą do prokuratora i nie ma co o nich dyskutować. Natomiast dwóch pozostałych, Bar Rabbana i Jeszuę Ha-Nocri, aresztowały władze miejscowe i zostali oni osądzeni przez Sanhedryn. Zgodnie więc z prawem i obyczajem jednego z tych dwóch skazańców trzeba wypuścić na wolność, by uczcić rozpoczynające się dzisiaj wielkie święto Paschy.

Prokurator pragnie się zatem dowiedzieć, któremu z dwóch przestępców Sanhedryn zamierza darować życie – Bar Rabbanowi czy Jeszui Ha-Nocri?

Kaifa pochylił głowę, dając do zrozumienia, że w pełni rozumie sytuację. I odpowiedział:

– Sanhedryn prosi, aby uwolnić Bar Rabbana.

Prokurator doskonale wiedział, że arcykapłan tak właśnie odpowie, jednakże musiał udawać, że odpowiedź Kaify wprawia go w osłupienie.

Uczynił to z finezją. Uniósł brwi na wyniosłym obliczu i ze zdumieniem spojrzał arcykapłanowi prosto w oczy.

– Przyznam, że ta decyzja zdumiewa mnie w najwyższym stopniu – zaczął ostrożnie prokurator. – Czy to aby nie pomyłka?

Władza rzymska, uściślił Piłat, nie wchodzi w kompetencje lokalnej władzy duchownej, o czym arcykapłan dobrze wie, ale w tym wypadku najwyraźniej musiało dojść do pomyłki. Rzymskie władze, są, rzecz jasna, zainteresowane jej naprawieniem.

To oczywiste, że zbrodnie Bar Rabbana i Jeszui Ha-Nocri są nieporównywalnej wagi. Ten drugi szaleniec odpowiada jedynie za wygłaszanie niedorzecznych kazań w Jeruszalaim i okolicy oraz mącenie ludowi w głowach. Pierwszy zaś ma na sumieniu o wiele cięższe przewinienia – nie dość, że odważył się otwarcie nawoływać do buntu, to jeszcze zabił strażnika, gdy ten próbował go pojmać. Tak, Bar Rabban jest po stokroć bardziej niebezpieczny niż Ha-Nocri.

Biorąc to wszystko pod uwagę, prokurator prosi, by arcykapłan dokonał rewizji postanowienia i zwrócił wolność temu z dwóch skazańców, który jest znacznie mniej szkodliwy, czyli bez żadnej wątpliwości Jeszui Ha-Nocri. A zatem…?

Kaifa cicho i stanowczo powiedział, że Sanhedryn rozpatrzył sprawę bardzo wnikliwie, toteż po raz wtóry pragnie oznajmić, że należy uwolnić Bar Rabbana.

– Jakże to? Nawet po moim wstawiennictwie? Wstawiennictwie człowieka, przez którego usta przemawia władza rzymska? Arcykapłanie, czy powtórzysz to i trzeci raz?

– Po raz trzeci oświadczam, że darujemy wolność Bar Rabbanowi – powiedział cicho Kaifa.

Sprawa została ostatecznie zamknięta i nie było już o czym rozmawiać. Ha-Nocri odchodził zatem na zawsze i nie będzie miał kto leczyć upiornych bólów prokuratora, lekarstwem będzie dopiero śmierć. Jednak Piłata przeszyła teraz myśl jeszcze bardziej dojmująca, w której kryła się niewysłowiona tęsknota, ta sama, co przeniknęła jego duszę na balkonie już wcześniej. Próbował to wszystko objąć rozumem, ale uroiło mu się tylko w głowie, że czegoś w rozmowie ze skazańcem nie dopowiedział, a może nie dosłyszał.

Tę ostatnią myśl Piłat odpędził od siebie i momentalnie odfrunęła tam, skąd przybyła. Myśl odleciała, ale tęsknota pozostała nieprzenikniona, bo przecież nie mogła jej rozjaśnić kolejna, przelotna myśl, która mignęła i zgasła jak błyskawica: „Nieśmiertelność… nadeszła nieśmiertelność”. Czyja nieśmiertelność? Tego Piłat znów nie zrozumiał, jednak myśl o tajemniczej nieśmiertelności owiała go chłodem w tej słonecznej spiekocie.

– Dobrze, niech tak się stanie – powiedział.

Rozejrzał się, obrzucił spojrzeniem otaczający go świat i zadziwił się zmianami, jakie zaszły dookoła. Przepadł gdzieś krzak róży, ciężki od kwiatów, poznikały cyprysy otaczające górny taras, przepadło drzewo granatu i biały posąg w zieleni, zieleń również zniknęła.

Na ich miejsce nadciągnęła szkarłatna bagnista gęstwina, w której zakołysały się i popłynęły w dal jakieś wodorosty, a wraz z nimi popłynął Piłat. Niósł go najstraszniejszy z rodzajów gniewu – duszący i wypalający od wewnątrz gniew bezsilności.

– Duszę się! – wykrztusił Piłat. – Duszę!

Chłodną, wilgotną ręką szarpał zapinkę na kołnierzu płaszcza, aż upadła na piasek.

– Istotnie, duszno dzisiaj, słychać gdzieś burzę – powiedział Kaifa, nie spuszczając oczu z poczerwieniałej twarzy Piłata i jakby przeczuwając wszystkie męki, które miały jeszcze nadejść. „O, jakże straszny jest miesiąc nisan tego roku!”

– Nie – odpowiedział Piłat – to nie dlatego, że powietrze jest duszne, ale dlatego, że za mało tu miejsca dla nas obu, Kaifo. – Tu Piłat zmrużył oczy, zaśmiał się i dodał: – Strzeż się, arcykapłanie.

Ciemne oczy arcykapłana błysnęły, a swą twarzą, w równie wyrafinowany sposób co wcześniej Piłat, okazywał zdumienie.

– Co ja słyszę, prokuratorze? – spokojnie i dumnie odpowiedział Kaifa. – Ty mi grozisz, po tym jak sam zatwierdziłeś wyrok na Jeszuę? Jak to możliwe? Prokurator rzymski zawsze z uwagą dobiera słowa, nim je wypowie!… Czy ktoś nas aby nie usłyszał, hegemonie?

Piłat popatrzył na arcykapłana martwymi oczami i obnażył zęby w udawanym usmiechu.

– Ależ skąd, arcykapłanie! Kto mógłby nas tutaj teraz słyszeć? Czy przypominam ci młodego wędrownego szaleńca110, który dziś zostanie stracony? A może masz mnie za dziecko, Kaifo? Dobrze wiem, gdzie i co mogę mówić. Ogród i pałac kazałem otoczyć, tak że nawet mysz się nie prześlizgnie! Nie tylko zresztą mysz, ale nawet i ten… jak mu tam… z miasta Kiriath. A właśnie, znasz kogoś takiego, arcykapłanie? O, gdyby się tu zakradł, gorzko by pożałował, wierz mi, arcykapłanie. Wiedz, że i ty nie zaznasz odtąd spokoju! Ani ty, ani twój lud. – Tu Piłat wskazał palcem w dal, na prawo, gdzie na wzniesieniu płonęła w słońcu jeruszalaimska świątynia. – Mówię ci to ja, Piłat z Pontu, Jeździec Złotej Włóczni111!

– Wiem to wszystko! – odpowiedział bez cienia lęku czarnobrody Kaifa, a oczy mu rozbłysły. Uniósł rękę ku niebu i mówił dalej: – Lud Judei dobrze wie, że go okrutnie nienawidzisz i zadasz mu jeszcze wiele cierpień, zniszczyć go jednak nie zdołasz! Bóg obroni ten lud! Usłyszy nas wyraźnie wszechmocny Cezar, usłyszy i uchroni przed Piłatem ciemięzcą!

– O, nie! – zakrzyknął Piłat, a z każdym zdaniem robiło się mu lżej, bo nie musiał dłużej udawać i ważyć słów. – Wiele razy wysyłałeś na mnie skargi do Cezara, ale teraz nadeszła moja kolej, Kaifo! Poleci teraz wieść ode mnie, nie do namiestnika w Antiochii112 i nie do Rzymu, lecz prosto na Kapreę, do samego imperatora poleci wieść, że tu, w Jeruszalaim, bronicie przed śmiercią najbardziej zatwardziałych buntowników. I nie wodą ze stawów Salomona113, jak chciałem dla waszego dobra, napoję wtedy Jeruszalaim! Nie wodą! Przypomnij sobie, jak przez was musiałem zdejmować ze ściany tarcze z monogramem imperatora114, sprowadzać wojsko, a nawet, jak widzisz, sam przybyłem na miejsce, aby przyjrzeć się temu, co tutaj wyprawiacie. Przypomnisz sobie moje słowa, arcykapłanie, gdy ujrzysz w Jeruszalaim kohortę, i to niejedną! Nadejdzie pod mury miasta cały Legion Błyskawic, przybędzie konnica arabska i usłyszysz wtedy płacz i gorzki lament115! I wspomnisz ułaskawionego przez siebie Bar Rabbana, i pożałujesz, żeś posłał na śmierć filozofa głoszącego pokój!

Arcykapłanowi wypełzły na twarz plamy, a oczy mu zapłonęły. Wyszczerzył zęby w uśmiechu, tak jak wcześniej Piłat, i odrzekł:

– Prokuratorze, ty chyba sam nie wierzysz w to, coś teraz powiedział! To nie pokój przyniósł ludowi Jeruszalaim ten wichrzyciel, o nie116!, i ty, ekwita rzymski117, winieneś o tym wiedzieć najlepiej. Wypuścić go chciałeś, by mącił w głowach ludowi, wyszydzał wiarę i pchał ludzi pod ostrza rzymskich mieczy! Ale ja, arcykapłan Judei, póki żyję, nie pozwolę szydzić z wiary i lud swój obronię118! Wytęż słuch, prokuratorze! – Tu Kaifa uniósł gniewnie rękę. – Słyszysz tam, w dole?

Kaifa zamilkł, a do uszu Piłata znów dobiegł z dołu jakby szum morza, podchodzący pod same mury ogrodu Heroda Wielkiego i ogarniający prokuratora od stóp aż po głowę. A za jego plecami, gdzieś w bocznych skrzydłach pałacu, trąbki dawały już sygnał, słychać było chrzęst setek butów i brzęk żelaza – prokurator domyślił się, że zgodnie z jego rozkazem piechota rzymska rozpoczęła wymarsz, kierując się na budzącą postrach wśród buntowników i bandytów przedśmiertną defiladę.

– Czy słyszysz, prokuratorze? – powtórzył cicho arcykapłan. – Chyba nie powiesz mi, że to wszystko za sprawą tego pospolitego zbója Bar Rabbana? – Tu Kaifa uniósł w górę obie ręce, aż ciemny kaptur zsunął mu się z głowy.

Prokurator wytarł mokre i chłodne czoło wierzchem dłoni, wbił wzrok w ziemię, a potem zmrużył oczy w słońcu i dostrzegł, że rozpalona kula znajduje się teraz nad jego głową, a cień Kaify skurczył się tuż przy ogonie marmurowego lwa. Piłat cicho i beznamiętnie oznajmił:

– Zbliża się południe119. Pochłonęła nas ta rozmowa, a teraz trzeba wrócić do obowiązków.

Piłat w wyszukanych słowach przeprosił Kaifę i zaproponował mu, by poczekał na ławce w cieniu magnolii, aż prokurator przywoła niezbędnych gości na ostatnie krótkie spotkanie i ogłosi finalne rozporządzenie związane z egzekucją.

Kaifa uprzejmie się ukłonił, położył rękę na sercu i pozostał w ogrodzie, Piłat zaś powrócił na balkon. Oczekującemu tam sekretarzowi nakazał, aby przywołał na górę legata legionu, trybuna120 kohorty, a także dwóch członków Sanhedrynu i naczelnika straży świątynnej – wszyscy oni czekali na wezwanie na niższym tarasie, w owalnej ogrodowej altance przy fontannie. Piłat dodał, że sam zjawi się za moment, po czym oddalił się w głąb pałacu.

W czasie gdy sekretarz zwoływał uczestników narady, w pokoju pałacowym za ciemnymi, osłaniającymi przed słońcem storami prokurator przyjął człowieka, który pół twarzy ukrywał pod kapturem, mimo że do wnętrza nie wpadał ani jeden promień słońca. Spotkanie trwało nadzwyczaj krótko. Prokurator coś temu człowiekowi cicho powiedział, po czym człowiek oddalił się, a Piłat przeszedł do ogrodu przez kolumnadę.

Tam w obecności wszystkich uczestników spotkania sucho i oficjalnie ogłosił, że zatwierdza wyrok śmierci na Jeszuę Ha-Nocri i ostatecznie zapytuje członków Sanhedrynu, którego z przestępców należy ułaskawić. Gdy odpowiedzieli, że Bar Rabbana, rzekł krótko:

– Doskonale. – Rozkazał sekretarzowi wnieść to do protokołu, następnie ścisnął w dłoni zapinkę podniesioną z ziemi przez sekretarza i uroczyście oznajmił: – Już czas.

Wszyscy obecni ruszyli w dół szerokimi marmurowymi schodami pomiędzy ścianami róż roztaczających odurzający aromat. Schodzili coraz niżej w kierunku murów pałacowych i bramy prowadzącej na wielki, wybrukowany równą kostką plac, u którego wylotu wznosiły się kolumny i posągi jeruszalaimskiej ujeżdżalni koni121.

Gdy przeszli z ogrodu na plac i wspięli się na kamienny podest górujący nad otoczeniem, Piłat przymrużył oczy i rozejrzał się uważnie wokół. Przestrzeń, którą dopiero co przebył, czyli droga od murów pałacowych do podestu, była pusta, natomiast przed sobą Piłat w ogóle nie widział placu, w całości pochłoniętego teraz przez tłum. Tłum zalałby również i sam podest wraz z drogą do pałacu, gdyby nie powstrzymywał go z lewej i prawej strony potrójny kordon żołnierzy z Sebaste oraz pomocnicza kohorta z Iturei122.

Tak więc Piłat wkroczył na podest, machinalnie ściskając w ręku niepotrzebną już zapinkę i mrużąc oczy. Ale bynajmniej nie dlatego, że oślepiało go słońce! Prokurator z jakichś powodów nie chciał widzieć skazańców, którzy – wiedział to doskonale – będą w ślad za nim wprowadzani na podest.

Gdy tylko biały płaszcz ze szkarłatnym podbiciem ukazał się na kamiennym podwyższeniu, nad brzegiem ludzkiego morza, do uszu nic niewidzącego Piłata dotarła fala krzyku: „Ha-a-aa!…”. Zapoczątkowana gdzieś pod hipodromem, brzmiała zrazu niezbyt głośno, by za chwilę uderzyć jak grom, a następnie opaść.

„Widzą mnie” – pomyślał prokurator.

Fala nie zdążyła jeszcze całkiem ucichnąć, gdy nieoczekiwanie znowu rozkołysała się i wzniosła, jeszcze wyżej niż poprzednio. Na jej grzbiecie kotłowały się teraz, jak piana na bałwanie morskim, głośne gwizdy i pojedyncze, przebijające się przez grzmot, jęki kobiet.

„Wprowadzili ich na podest – pomyślał Piłat – a napierający tłum tratuje kobiety, stąd te jęki”.

Odczekał chwilę, wiedząc, że żadna siła nie zmusi teraz tłumu do milczenia – dopóki nie wykrzyczy wszystkiego, co się w nim nagromadziło i sam nie ucichnie.

A gdy to nastąpiło, prokurator wyrzucił prawą rękę w górę i ostatnie pomruki ustały, jak nożem uciął.

Piłat nabrał gorącego powietrza w płuca i krzyknął, a jego zdarty głos popłynął ponad tysiącami głów:

– W imię Cezara imperatora!…

Wtedy w uszy uderzył go z siłą żelaza rytmiczny ryk żołnierzy – kohorty uniosły w górę sztandary i włócznie, wznosząc ogłuszające okrzyki: „Niech żyje Cezar!”.

Piłat zadarł głowę w stronę słońca. Pod powiekami rozbłysnął mu zielony ogień, który rozpalił mózg prokuratora, a ponad tłumem poszybowały z jego ust ochrypłe aramejskie słowa:

– Czterech przestępców aresztowanych w Jeruszalaim za morderstwo, podżeganie do buntu, profanację wiary i prawa religijnego skazuję na haniebną śmierć przez powieszenie na słupach! Egzekucja odbędzie się na Łysej Górze niezwłocznie! A imiona przestępców: Dismas, Gestas, Bar Rabban i Ha-Nocri. Stoją oto przed wami!

Chociaż Piłat nie widział żadnego z przestępców, wskazał ręką na prawo, bo wiedział, że wszyscy stoją w tym miejscu, gdzie powinni. Nie wiadomo, czy przeciągła odpowiedź tłumu była wyrazem zdziwienia czy westchnieniem ulgi. Gdy pomruk ucichł, Piłat mówił dalej:

– Ale straconych będzie tylko trzech, albowiem zgodnie z prawem i obyczajem, dla uczczenia święta Paschy, z wyboru Małego Sanhedrynu i po zatwierdzeniu przez władze rzymskie, jednemu ze skazańców wielkoduszny Cezar imperator pozwala zachować nędzny żywot!

Piłat wykrzykiwał swe słowa, nasłuchując jednocześnie, jak pomruk opada i ustępuje miejsca absolutnej ciszy. Ani jedno westchnienie, ani jeden szmer nie dolatywał już do jego uszu i nastała chwila, gdy Piłatowi wydało się, że wszystko wokół zniknęło. Znienawidzone przezeń miasto umarło, został zupełnie sam, palony ostrymi promieniami słońca w zenicie, zwrócony twarzą ku niebu.

Piłat przedłużył tę chwilę ciszy, po czym głośno zawołał:

– A oto imię tego, który na waszych oczach zostanie uwolniony!…

Wstrzymał się jeszcze na moment z wypowiedzeniem imienia, upewniając się, że wszystko, co należy, zostało powiedziane, bo wiedział, że umarłe miasto ożyje w jednej chwili, gdy tylko usłyszy imię ułaskawionego szczęśliwca – potem nie będzie już słychać ani jednego słowa.

„Teraz? – szepnął do siebie bezdźwięcznie. – Teraz. Imię!”

I podkreślając wibrującą głoskę „r”, wykrzyczał w twarz milczącemu miastu:

– Bar Rabban!

Wydało mu się nagle, że słońce nad nim wybuchło i rozpadło się na części, zalewając mu uszy ognistym potokiem. W ogniu tym szalały wrzaski, piski i gwizdy, słychać było jęki i rechotliwy śmiech.

Piłat odwrócił się i podążył z powrotem ku schodom podestu. Nie patrzył na nic, wbił wzrok w ziemię, uważając, by się nie potknąć na wielobarwnej kamiennej szachownicy. Wiedział, że na podest za jego plecami sypią się teraz jak grad brązowe monety i daktyle i że rozwrzeszczani ludzie tratują się, włażą jedni na drugich, byle tylko na własne oczy ujrzeć cud – człowieka, który zdołał się wyrwać z objęć śmierci! By zobaczyć, jak legioniści zrywają zeń sznury, zadając mu mimowolnie palący ból w powykręcanych na przesłuchaniu stawach, on zaś jęczy i bełkocze, a usta wciąż wykrzywia mu bezmyślny oszalały uśmiech.

Piłat wiedział również, że w tym samym czasie konwój sprowadza trzech skrępowanych skazańców po bocznych schodach, by odeskortować ich przez zachodnią część miasta na Łysą Górę. Podniósł wzrok dopiero wtedy, gdy poczuł się bezpieczny na tyłach podestu, gdzie skazańców nie było już widać.

W cichnącym hałasie tłumu słychać było teraz okrzyki heroldów powtarzających po aramejsku i grecku to, co wcześniej ogłosił z podestu Piłat. Do uszu prokuratora dolatywał zbliżający się stukot końskich kopyt i radosny, urywany dźwięk trąbki. Wtórowały im gwizdy chłopców, którzy obsiedli dachy przy ulicy łączącej bazar z hipodromem oraz okrzyki: „Z drogi!”.

Żołnierz, stojący samotnie z proporcem w ręku na opróżnionej części placu, zamachał alarmująco i prokurator, sekretarz i legat wraz z konwojem zatrzymali się. Na plac wpadła teraz ala kawaleryjska, przecięła go z boku narastającym kłusem i omijając zgromadzoną ciżbę, pomknęła ku uliczce wzdłuż porośniętego winoroślą kamiennego muru, by jak najkrótszą drogą dostać się na Łysą Górę.

Pędzący konno dowódca ali, drobny Syryjczyk, ciemny niczym Mulat, zrównał się z Piłatem, krzyknął coś ostro, dobywając miecz z pochwy. Jego narowisty czarny koń, lśniący od potu, szarpnął i stanął dęba. Dowódca schował miecz, smagnął konia batem w szyję, aby wyrównać krok, i pogalopował uliczką. Za nim trójkami mknęli jeźdźcy w obłokach pyłu – drgały groty ich lekkich bambusowych dzid, a przelatujące obok prokuratora twarze pod białymi turbanami wydawały się jeszcze bardziej smagłe i tylko zęby jasno błyskały w wesołych uśmiechach.

Wzbijając pył pod niebo, ala wpadła w uliczkę, jako ostatni przemknął obok Piłata żołnierz z połyskującą w słońcu trąbką na plecach.

Osłaniając się ręką przed kurzem i marszcząc twarz w niezadowoleniu, Piłat ruszył przed siebie ku bramie ogrodu pałacowego, a za nim podążyli legat, sekretarz i konwój.

Było około dziesiątej rano123.

45 Pierwszy wariant rozdziału o Piłacie pojawił się w roku 1928–1929, już w najwcześniejszej redakcji Mistrza i Małgorzaty – zachował się w archiwum pisarza w drugim zeszycie szkiców do pierwszej redakcji powieści.

46 pałac Heroda Wielkiego – wszystkie wiadomości o tym pałacu w Górnym Mieście, gdzie według jednej z tradycji miał się odbyć sąd Piłata nad Jezusem, czerpał Bułhakow z książki anglikańskiego pastora Frederica Farrara „Życie Jezusa” w rosyjskim tłumaczeniu (Sankt Petersburg 1897) oraz z pracy Heinricha Graetza Historia Żydów, też w rosyjskim przekładzie (Odessa 1905). I Farrar, i Graetz sięgali do Wojny żydowskiej Flawiusza, w której czytamy (V, 4, 4): „Mieściło się w nim mnóstwo komnat odznaczających się ogromnym bogactwem form i naturalnie wszystkie były bogato zaopatrzone w sprzęt, a większość przedmiotów znajdujących się w każdej z nich wykonano ze złota i srebra. Dookoła ciągnęły się liczne krużganki, przechodzące jedne w drugie, w każdym zaś były inne kolumny. Ich otwarte dziedzińce tonęły wszystkie w zieleni. Były tam różnorodne gaje, przez które wiodły długie promenady, a wokół nich głębokie kanały i sadzawki, wszędzie zapełnione brązowymi figurami, z których wylewała się woda, i wreszcie dookoła strumieni stały liczne wieże dla oswojonych gołębi” (tłum. Jan Radożycki).

47 prokurator Judei Poncjusz Piłat – rzymski namiestnik Judei od 26 roku n.e., znany z Biblii, prac starożytnych historyków (m.in. Flawiusza) i wielu średniowiecznych apokryfów. Odwołany w 36 lub 37 roku przez namiestnika Syrii Lucjusza Witeliusza. Bułhakowa postać prokuratora Judei szczególnie intrygowała i pracował nad nią już od 1928 roku, gdy do ówczesnej „powieści o diable” (pierwsza redakcja Mistrza i Małgorzaty, spalona) przygotowywał fragment o Piłacie i Jeszui (zachowany w obszernych fragmentach w archiwum pisarza w drugim zeszycie szkiców do pierwszej redakcji powieści). Z notatek pisarza – wykonanych, co nie bez znaczenia, fioletowym atramentem – do drugiej redakcji Mistrza i Małgorzaty (1932–1936): „Piłat. Od 26 roku prokurator. (…) Lucjusz Witeliusz – legat w Syrii”. O kolorze fioletowym por. przyp. 189 i 513.

48 Jeruszalaim – Bułhakow bardzo wcześnie zaczął się posługiwać hebrajską nazwą stolicy Judei, ale jeszcze w roku 1938–1939 wypisywał z lubością z „Encyklopedycznego słownika” Brockhausa i Efrona warianty imienia miasta w starych i nowych językach: Ursalimmu, Schalam, Jeruschalajim, Soliman.

49 XII Legion Błyskawic – w armii rzymskiej legion liczył 6000 ludzi, składał się z 10 kohort, po 600 żołnierzy w każdej. Dwunasty Legion był jednym z tych, które rzymski cesarz Tytus rzucił na zbuntowaną Jerozolimę w latach 69–70. Nazwę Legion Fulminata, o której wspomina Tacyt, zaczerpnął Bułhakow z rosyjskiego tłumaczenia książki Ernesta Renana „Antychryst” (Sankt Petersburg 1907).

50 centuria – w wojsku rzymskim oddział składający się ze stu ludzi.

51 hemikrania, kiedy boli pół głowy – w pierwszych redakcjach „powieści o Piłacie” (fragment „Złota włócznia”) Bułhakow używał nowożytnego terminu „migrena”, wywodzącego się z języka francuskiego. Potem jednak wprowadził zgodny ze starożytnymi realiami grecki termin „hemikrania” (oba znaczą „pół głowy”). Bułhakow dobrze wiedział, jak uciążliwa może być migrena, gdyż sam na nią cierpiał.

52 tetrarcha – „zarządca ćwierci”, tu mowa o Herodzie Antypasie (synu Heroda Wielkiego), królu Galilei i Perei w czasach Jezusa. Łukasz Ewangelista (23, 6–7) pisze: „Gdy Piłat to usłyszał, zapytał, czy człowiek ten jest Galilejczykiem. A gdy się upewnił, że jest spod władzy Heroda, odesłał Go do Heroda, który w tych dniach również przebywał w Jerozolimie”. Wszystkie cytaty z Pisma Świętego za Biblią Tysiąclecia, wyd. V, Pallotinum, 2003.

53 Sanhedryn – Wielki Sanhedryn, żydowska Wysoka Rada, w której skład wchodziło 71 dostojników pod przewodnictwem arcykapłana. W czasach Jezusa kompetencje Sanhedrynu były mocno ograniczone i wyrok śmierci przez nią wydany podlegał zatwierdzeniu przez namiestnika rzymskiego.

54 człowieka lat około dwudziestu siedmiu – według tradycji Jezus umarł w wieku 33 lat, czego jednak Ewangelie nigdzie nie potwierdzają. Święty Mateusz, opisując dokonaną przez Heroda rzeź niewiniątek (2, 16–18), daje tym samym do zrozumienia, że Jezus urodził się przed śmiercią tyrana, a więc przed 4 rokiem p.n.e. Jeśli więc przyjąć za datę śmierci Chrystusa ogólnie uznawany rok 33, to Chrystus miałby w momencie ukrzyżowania co najmniej 37 lat. Święty Marek nic nie mówi o wieku Jezusa, a u św. Jana (8, 57) mamy tylko fragment, w którym Żydzi zwracają się do Jezusa: „Pięćdziesięciu lat nie masz, a Abrahama widziałeś?”. Bułhakow, być może, poszedł śladem Łukasza Ewangelisty (2, 1–7), który opowiada, że Jezus urodził się w czasie spisu przeprowadzonego przez wielkorządcę Syrii Kwiryniusza. Z Dawnych dziejów Izraela Józefa Flawiusza (XVIII, 13, 5) wynika, że taki spis miał miejsce w 6 roku n.e. Jeśli zatem przyjąć, że Jezusa ukrzyżowano w 33 roku n.e., to w momencie śmierci miał on rzeczywiście 27 lat. Choć w innym miejscu Łukasz pisze (3, 23): „Sam zaś Jezus rozpoczynając swoją działalność miał lat około trzydziestu”. Wiek Jezusa bardzo zaprzątał głowę Bułhakowa. W brulionach do trzeciej redakcji powieści zachował się fragment: „33 rok naszej ery. Jeszua mógł się urodzić nawet w 4–10 roku naszej ery. (23 lata?)”.

55 błękitny chiton – szata bez rękawów. Kolor błękitny u Żydów miał znaczenie sakralne.

56 po aramejsku – język z grupy semickiej, którym w czasach Jezusa posługiwała się cała ludność Palestyny. Jezus także nauczał po aramejsku, hebrajskiego używano jedynie przy modlitwach i dla objaśniania ksiąg. Niewykluczone, że po aramejsku została spisana Ewangelia św. Mateusza. Stosowne informacje Bułhakow czerpał ze „Słownika encyklopedycznego” Brockhausa i Efrona. Z notatek pisarza: „[aramejski] w czasach Chrystusa był ludowym językiem Palestyny, zostały w nim spisane niektóre fragmenty Biblii, Brockh. »Arameja«”).

57 świątynia w Jeruszalaim – Druga Świątynia żydowska, wzniesiona za panowania króla Heroda Wielkiego (37–4 r. p.n.e). Święty Mateusz (26, 60–62) podaje, że Jezusa fałszywie posądzono o chęć zburzenia Przybytku. Według św. Jana (2, 19–21) Jezus, mówiąc o Przybytku, w istocie miał na myśli „świątynię swego ciała”.

58 centurion – w wojsku rzymskim setnik (stosowną informację Bułhakow wypisał ze „Słownika encyklopedycznego” Brockhausa i Efrona).

59 Marek, zwany Szczurojadem – ros. Mark Krysoboj. Dając taki przydomek oprawcy – który notabene nosi imię jednego z apostołów – Bułhakow być może nawiązywał do spotykanego w rosyjskim folklorze miejskim terminu „krysoboj” – „szczurobójca”, „krysinyj wołk” – „szczurzy wilk”, „krysojed” – czyli właśnie „szczurojad” albo „szczur kanibal”.

60 hegemon – według Flawiusza (Dawne dzieje Izraela, XII, 3, 1) tytuł ten przysługiwał rzymskiemu prokuratorowi Poncjuszowi Piłatowi. Stosowna informacja znajduje się także w znanej Bułhakowowi apokryficznej Ewangelii Nikodema oraz w 46 tomie „Słownika encyklopedycznego” Brockhausa i Efrona, w haśle „Piłat”, z którego Bułhakow robił notatki.

61 Jeszua (hebr. zbawienie) – żydowskie imię Jezusa, bardzo popularne w Palestynie za jego czasów. U Farrara czytamy: „Jezus to grecka forma żydowskiego imienia Jeszua, oznaczającego »Jego zbawieniem jest Jahwe«”.

62 Ha-Nocri (hebr. Nazarejczyk, z Nazaretu) – w napisanym po grecku Nowym Testamencie imię Ha-Nocri nie występuje. Można je natomiast znaleźć w Talmudzie. Nie wiadomo jednak, czy talmudyczny „Jeszu Ha-Nocri”, ukamienowany w przeddzień święta Paschy za „fałszywe nauki”, oraz ewangeliczny Jezus Chrystus to jedna i ta sama osoba. Wiadomość, że Ha-Nocri oznacza „Nazarejczyka”, Bułhakow zaczerpnął albo z książki Farrara o Jezusie, albo ze sztuki Siergieja Czewkina „Jeszua Hanocri. Obiektywne odsłonięcie prawdy” (Symbirsk 1922). Dodajmy, że imię to trzeba wymawiać tak, jak się pisze, czyli „Ha-Nocri”, przez „c”.

63 Gamala – właśc. Gamla, żydowskie miasto na Wzgórzach Golan, założone w 66 roku, jeden z punktów zbrojnego oporu przeciwko Rzymianom w latach 69–70. Informacje, że Jezus urodził się w Gamali, a nie w Betlejem, Bułhakow zaczerpnął z rosyjskiego przekładu książki Henriego Barbusse’a „Jezus przeciw Chrystusowi” (Moskwa–Leningrad 1928).

64 Powiadają, że ojciec był Syryjczykiem – taka odpowiedź Jeszui odzwierciedla ówczesne żydowskie przekonanie, że Jezus miał ojca i był nim Józef z Nazaretu: „Był, jak mniemano, synem Józefa, syna Helego” (Łk 3, 23). Farrar pisał, że „Jezus myślał w języku syryjskim, który był jego językiem ojczystym”.

65 znam grecki – Ewangelie milczą na temat znajomości greki przez Jezusa. Renan w Żywocie Jezusa odrzucał tę możliwość, z kolei Farrar był przekonany, że Jezus mówił po grecku. Bułhakow poszedł tym drugim śladem, choć jego archiwum świadczy, że się wahał: „Zbawiciel prawdopodobnie mówił w jęz. greck. (Farrar, s. 111 (…). Istnieją też wątpliwości, żeby Jezus mówił po grecku” (Renan, Ż[ywot].J[ezusa]., s. 88)”. Praca Renana w rosyjskim tłumaczeniu była obok książki Farrara jednym z dwóch podstawowych źródeł podczas tworzenia „powieści o Piłacie”.

66 do tego miasta na święto – mowa o żydowskim święcie Paschy, obchodzonym co roku podczas pierwszej wiosennej pełni, 15 dnia miesiąca nisan, na pamiątkę wyjścia Żydów z Egiptu. Co roku do Jeruszalaim dla uczczenia tego święta przybywały tłumy wyznawców judaizmu.

67 są nieuczeni i pomieszali wszystko, co mówiłem – patrz przyp. 72.

68 Betfage – wioska na wschodnim stoku Góry Oliwnej, niedaleko Betanii, skąd ewangeliczny Jezus wyruszył na ośle do Jeruszalaim w Niedzielę Palmową (Mt 21, 1; Mk 11, 1; Łk 19, 29). Kilkukilometrowa droga wiodła wówczas nie dołem, okrężnie, tak jak dziś, ale stromym stokiem poprzez Górę Oliwną.

69 hipodrom – tor wyścigowy dla rydwanów, wybudowany w Jeruszalaim przez lubującego się w podobnych widowiskach Heroda Wielkiego.

70 Banga – Bułhakow był wielkim miłośnikiem czworonogów, stąd sympatia, z jaką maluje obraz fikcyjnego psa Poncjusza Piłata. Warto nadmienić, że Banga (w wersji dłuższej – Lubanga) to pieszczotliwe imię, które pisarz nadał swej drugiej żonie (od 1924) Lubow Biełozierskiej.

71 Motyw samobójstwa Piłata pojawia się w apokryfach i legendach średniowiecznych. W apokryficznej Śmierci Piłata prokurator Judei przebija się własnym nożem. O jego samobójstwie opowiada także anonimowy łaciński poemat z XII wieku Piłat, a z bardziej solidnych źródeł – Euzebiusz w Historii kościelnej (II 7): „Lecz i to warto wiedzieć, co historja powiada o Piłacie, który żył za czasów Chrystusowych. Otóż za rządów Gajusa, którego panowanie opisaliśmy, tak wielkie go dotknęły nieszczęścia, że musiał na własne targnąć się życie i stać się własnym katem, tak iż w krótkim czasie boża na niego spadła pomsta” (Euzebiusz z Cezarei, Historia kościelna. O męczennikach palestyńskich, tłum. i oprac. ks. Arkadiusz Lisiecki, Poznań 1924). Również Frederic Farrar pisał, że Piłat popełnił samobójstwo gdzieś na zesłaniu, po tym jak popadł w niełaskę u Tyberiusza.

72 Mówiłem tak, żeby łatwiej zrozumieli – Bułhakowowski Jeszua, tak jak ewangeliczny Jezus, używa formy paraboli (przypowieści). Święty Marek podaje (4, 33–34), że Jezus przemawiał do prostych ludzi językiem przypowieści, by łatwiej zrozumieli sens jego nauki: „W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli [ją] rozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom”. W archiwum Bułhakowa znajduje się (ostatecznie nieopublikowana) konstatacja Jeszui: „Przecież o świątyni mówiłem alegorycznie, a on to wziął dosłownie”.

73 Czym w ogóle jest prawda? – we wczesnej wersji powieści (fragment o Piłacie i Jeszui z lat 1928–1930) Piłat zadawał to pytanie po łacinie: „Quid est veritas?”. Jednak z ostatecznej wersji Mistrza i Małgorzaty wszystkie łacińskie sentencje zostały przez Bułhakowa powykreślane.

74 Uleczenie Piłata to jedyny cud powieściowego Jeszui. W pierwszych redakcjach powieści dar uzdrawiania Jeszui – jak sądził Piłat – wynikał z tego, że pobierał on nauki w Egipcie (Ewangelia według Wolanda z 1929 roku).

75 Góra Eleońska – Góra Oliwna, okala Jerozolimę od wschodu.

76 Bułhakow budował tę scenę na podstawie Ewangelii św. Jana (19, 10–11): „Rzekł więc Piłat do Niego: »Nie chcesz mówić ze mną? Czy nie wiesz, że mam władzę uwolnić Ciebie i mam władzę Ciebie ukrzyżować?« Jezus odpowiedział: »Nie miałbyś żadnej władzy nade Mną, gdyby ci jej nie dano z góry«”.

77 brama Suzyjska – św. Marek (11, 1–11), nie wspominając o nazwie bramy, przez którą Jezus wjeżdżał do Jerozolimy, podaje, że przybył do miasta i jednocześnie do świątyni od strony Betanii, położonej na wschodnim stoku Góry Oliwnej. Oznacza to, że wchodził przez Bramę Złotą. Wedle Talmudu (Miszny) w okresie Drugiej Świątyni bramę ową nazywano właśnie Suzyjską, od znajdującego się na niej wyobrażenia pałacu w perskiej Suzie. Żydzi wierzyli, że poprzez tę Złotą Bramę – zwaną także Bramą Miłosierdzia – wjedzie do Jerozolimy Mesjasz. W połowie XVI wieku brama została zamurowana przez tureckiego zdobywcę Jerozolimy sułtana Sulejmana Wspaniałego i tak jest do dziś.

78 Osiołek, na którym ewangeliczny Jezus wjechał do Jerozolimy w Niedzielę Palmową, wedle św. Mateusza (21, 4–6) miał być symbolem spełniającego się proroctwa o Królu Jerozolimy na osiołku (Księga Zachariasza 9, 9–10). Bułhakow konsekwentnie odrzucał wszelkie oznaki mesjańskości Jeszui.

79 Dismas, Gestas – w Ewangeliach nie ma wzmianki o imionach dwóch ludzi ukrzyżowanych z Jezusem, podaje je natomiast apokryficzna Ewangelia Nikodema. Z archiwum Bułhakowa: „Dwóch straconych z Jeszuą to Gestas i Dismas (łac. Ewangelia Nikodema)”.

80 Bar Rabban (aram. syn nauczyciela) – imię buntownika, który miał być ukrzyżowany z Jezusem, lecz został uwolniony wskutek interwencji Sanhedrynu. Imię w takiej formie – jako jedno z dwóch możliwych (drugie: Bar Abba, czyli syn ojca) – podaje Renan.

81 Marek Ewangelista (10, 17–18) opisuje scenę: „Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg»”. Z kolei św. Łukasz (6, 45) przytacza takie słowa Jezusa: „Dobry człowiek z dobrego skarbca swego serca wydobywa dobro, a zły człowiek ze złego wydobywa zło”. Jednak Bułhakow za podstawę charakterystyki nauki swojego Jeszui bierze ewangeliczne przykazanie o miłości bliźniego i Kazanie na Górze.

82 przeczytałeś o tym w którejś z greckich ksiąg (…) do wszystkiego doszedłem własnym umysłem – Bułhakow podkreśla głęboką różnicę między poglądami Jeszui a racjonalną filozofią grecką. W najwcześniejszej redakcji powieści ta różnica była podkreślona jeszcze dobitniej: „– Czyś ty czytał greckie księgi? – zapytał głucho Piłat. – Nie spodobały mi się one – odpowiedział Jeszua”.

83 Manipuł – z łac. manipulus, manus (ręka), jednostka taktyczna w wojsku rzymskim, składająca się z dwóch centurii (200 żołnierzy), na której czele stało dwóch centurionów. Stanowiła trzecią część kohorty (600 osób) i trzydziestą część legionu (6000).

84 turma – w wojsku rzymskim dziesiąta część oddziału jazdy zwanego alą. Z archiwum Bułhakowa: „[turma to] oddziały konne w wojskach pomocniczych”.

85 Idistaviso – Tacyt (Roczniki II 16) podaje, że w 16 roku w bitwie pod Idistaviso nad rzeką Wezerą Rzymianie zwyciężyli Germanów. We wcześniejszej redakcji powieści była zawarta informacja, że Marek Szczurojad został oszpecony „siedemnaście lat temu”, z czego pośrednio wynika, że akcja wątku biblijnego Mistrza i Małgorzaty toczy się w 33 roku.

86 legat – tu: dowódca legionu.

87 Mały Sanhedryn – w archiwum Bułhakowa zachował się wypis z książki Heinricha Graetza Historia Żydów (t. 4, Odessa 1905): „I był doprowadzony przed Sanhedryn, ale nie ten Wielki, lecz Mały, złożony z 23 ludzi, którym przewodniczył arcykapłan Józef Kajafa”.

88 Cezarea Stratonowa – zwana też Palestyńską lub Nadmorską, największe miasto portowe Palestyny, wzniesione przez Heroda Wielkiego na cześć Oktawiana. Miał tu swą warowną rezydencję Piłat, który na czas Paschy przybył jednak do Jerozolimy. Istniały jeszcze dwie inne Cezaree – Kapadocka i Filipowa. Bułhakow na początku miał kłopot z ustaleniem, w której z nich znajdowała się rezydencja Piłata. Z archiwum pisarza: „W której Cezarei przebywał Piłat? Jednak nie w Cezarei Filipowej, ale w Cezarei Palestyńskiej, czyli w Cezarei ze Stratonową Wieżą (Cesarea Stratonica) nad Morzem Śródziemnym”.

89 Również według kanonicznych Ewangelii Piłat chciał uwolnić Jezusa, m.in. pod wpływem swej żony: „A gdy on odbywał przewód sądowy, żona jego przysłała mu ostrzeżenie: «Nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym, bo dzisiaj we śnie wiele nacierpiałam się z Jego powodu»” (Mt 27, 19). W apokryficznej Ewangelii Nikodema podobne starania Piłata są opisane ze szczegółami, małżonka zaś otrzymuje imię – Klaudia Procula. Znamienne, że w pierwszych redakcjach Bułhakowowskiej „powieści o diable” (fragment o Piłacie i Jeszui z lat 1928–1930) współczująca Jeszui Klaudia Procula jeszcze się pojawiała, potem zniknęła. Konsekwentnie zniknął też jej romans z sekretarzem Piłata, obecny w pierwszych redakcjach.

90 gorejący obłok pyłu – w Starym Testamencie (Wj 13, 21–22) symbolizuje Boga Jahwe.

91 Piłat wyobraził sobie z przerażeniem twarz trędowatego cesarza Tyberiusza (42 p.n.e.–37 n.e.), który ostatnie lata swego życia spędził na wyspie Capri (łacińska nazwa Capreae, grecka Kapreai), organizując procesy i karząc śmiercią za „obrazę majestatu”. Farrar pisał: „[Piłat] przypomniał sobie (…) o strasznym prawie laesa maiestas o obrazie majestatu, w którego obliczu bladły wszelkie inne oskarżenia (…), wyobraził sobie Tyberiusza, starego, mrocznego cesarza, który przebywał wtedy na wyspie Kapreai, ukrywając przed ludźmi swą trędowatą twarz”. Motyw okrutnego Tyberiusza na Capri pojawia się też w znanym Bułhakowowi opowiadaniu Iwana Bunina Pan z San Francisco.

92 Dolne Miasto – Bułhakow oparł się na topografii Jerozolimy danej po raz pierwszy przez Flawiusza w Wojnie żydowskiej (I 1, 4; II 17, 15). W Mistrzu i Małgorzacie dynamika akcji wzrasta poprzez przenoszenie jej z położonego niżej, po wschodniej stronie Jerozolimy, Dolnego Miasta do Miasta Górnego.

93 ciekawy świata człowiek – w rozdziale 23 Wielki bal u szatana pojawi się kolejny „ciekawy świata człowiek” – baron Meigel.

94 świeczniki zapalił – zgodnie z żydowskim prawem (Talmud, Miszna), aby wina została udowodniona, świadkowie musieli potwierdzić, że nie tylko słyszeli, ale i widzieli, kto wypowiadał słowa. Bułhakow dowiedział się o tym istotnym szczególe z książki Renana Żywot Jezusa (część: Pojmanie i proces Jezusa), do której stale wracał jako źródła od 1929 roku. Wieczór Jeszui ze zdrajcą z Kiriathu jest rodzajem Bułhakowowskiej ostatniej wieczerzy.

95 żadna władza nie jest potrzebna – anarchistyczne wypowiedzi są zbieżne z opartym na Kazaniu na Górze etycznym nauczaniem Lwa Tołstoja, pisarza bliskiego Bułhakowowi.

96 podkute skórzane buty – w oryginale „kaligi”, czyli łacińskie caligae; rodzaj podkutego ćwiekami obuwia skórzanego używanego przez rzymskich legionistów. Zdrobnienie od tej nazwy – Caligula (bucik) – stało się przydomkiem jednego z najbardziej okrutnych władców Cesarstwa Rzymskiego.

97 Przestępco! Przestępco! Przestępco! – Piłat, jak ewangeliczny Piotr, trzykrotnie zapiera się Jeszui.

98 tak jakby umywał ręce – pierwsza aluzja do Piłatowego umycia rąk, opisanego tylko w Ewangelii św. Mateusza (27, 24). Por. przyp. 517.

99 Zatwierdzając wyrok na Jeszuę, Piłat dawał do zrozumienia, że utrzymuje w mocy oskarżenie przedstawione na pierwszym pergaminie. Gdyby bowiem – jak nakazywała logika – unieważnił wyrok wydany przez Mały Sanhedryn za niewiele obchodzące go jako Rzymianina przestępstwo natury religijnej, wydał zaś nowy wyrok śmierci za obrazę majestatu cesarza (dowiedzioną na drugim pergaminie), nie mógłby potem domagać się od Kaify uwolnienia Jeszui.

100 kohorta z Sebaste – pomocniczy oddział złożony z Samarytan (Sebaste to dawna Samaria).

101 dwie centurie z kohorty rzymskiej – patrz przyp. 296.

102 Łysa Góra – Golgota, nazwa miejsca ukrzyżowania ewangelicznego Jezusa, oznacza „czaszkę”. Renan uważał, że Golgota oznaczała Łysą Górę (Chaumont) lub Łysą Czaszkę (Crâne Chauve). W materiałach do powieści zachował się Bułhakowowski rysunek Golgoty i taki fragment: „Golgota – Kalwaria – Miejsce straceń, Gilgeiles-Golal, Łysa Góra, Czaszka na północny zachód od Jerozolimy. Uznajmy, że znajdowała się dziesięć stadionów od Jeruszalaim. Stadion! 200 stadionów to 26 kilometrów”. Łysa Góra znajduje się również pod Kijowem nad Dnieprem i to ona posłużyła urodzonemu na Ukrainie Bułhakowowi za prototyp góry powieściowej. W Białej gwardii pisarz przywoływał poemat symfoniczny Noc na Łysej Górze (1867) Modesta Musorgskiego, również nawiązujący do Łysej Góry pod Kijowem.

103 ala syryjska – konnica sprzymierzeńców w armii rzymskiej. Syria wchodziła w skład Cesarstwa Rzymskiego od 64 roku p.n.e.

104 Józef Kaifa – w polskich przekładach Biblii Kajfasz, w rosyjskich – Kajafa. Tak było u Bułhakowa w nieopublikowanych redakcjach Mistrza i Małgorzaty – poczynając od pierwszej (1928–1930), na piątej (1937–1938) kończąc. Trudno ustalić, skąd pisarz zaczerpnął niecodzienną wersję „Kaifa”, która pojawiła się w redakcji szóstej (1938–1940) i ostatecznie trafiła do kanonicznego tekstu powieści. Historyczny Kajfasz był żydowskim arcykapłanem, w czasie procesu Jezusa pełnił funkcję przewodniczącego Sanhedrynu (Mt 26, 3–57). W 36 roku został odwołany z urzędu arcykapłańskiego przez namiestnika Syrii Lucjusza Witeliusza. Ewangelia nie podaje imienia Kajfasza – Bułhakow zaczerpnął imię Józef z rosyjskiego tłumaczenia książki Heinricha Graetza Historia Żydów, pośrednio zaś od Józefa Flawiusza (Dawne dzieje Izraela XVIII 2, 2).

105 złota smocza łuska – u Józefa Flawiusza (Wojna żydowska V 5, 6) czytamy: „W zewnętrznym wyglądzie Przybytku nie brakło niczego, żeby zachwycić zarówno duszę, jak i oczy widza. Ze wszystkich stron bowiem był on pokryty masywnymi płytami ze złota i jak tylko wschód zajaśniał blaskiem, odbijało się od niego tak oślepiające światło, że jeśli ktoś chciał koniecznie nań spojrzeć, odwracał oczy jak od promieni słońca” (tłum. Jan Radożycki). Bułhakow samego Flawiusza prawdopodobnie nie czytał, ale znał czwarty tom rosyjskiego przekładu książki Heinricha Graetza Historia Żydów (Odessa 1905), gdzie opis jest nieomal identyczny.

106 zamieszki w mieście – patrz przyp. 109.

107 w przeddzień święta – Żydzi rozpoczynali dzień po zachodzie słońca, dla Kajfasza więc Pascha 15 nisana to był już następny dzień. Dla Rzymianina Piłata święto zaczynało się tego samego dnia.

108 Kajfasz dzień przed świętem Paschy nie mógł wejść do domu poganina (Rzymianina), albowiem zgodnie z żydowskim prawem stałby się nieczysty i nie mógłby świętować Paschy (por. J 18, 28).

109 Ewangelie (Mk 15, 7, Łk 23, 19) podają, że Barabasz był zatrzymany „za jakiś rozruch w mieście” i za zabójstwo. Dwóch współtowarzyszy kaźni Chrystusa Ewangelie nazywają złoczyńcami (Łk 23, 32, Mk 15, 27, Mt 27, 38). U Bułhakowa wszyscy trzej są sądzeni z przyczyn politycznych. To oni byli sprawcami owych zamieszek, o których wcześniej rozmyślał Piłat.

110 wędrownego szaleńca – Bułhakow używa tu staroruskiego terminu „jurodiwyj”, który w średniowieczu na Rusi Moskiewskiej oznaczał „szaleńca Bożego”. Jurodiwi byli nieustraszeni wobec władców – jeden z nich, Mykoła Pskowski (zm. w 1576), postawił kiedyś w Wielki Post przed carem Iwanem Groźnym surowe mięso, a gdy okrutny władca – jako chrześcijanin – odmówił zjedzenia go, Mykoła rzucił mu w twarz: „A krew chrześcijańską pijesz?”.

111 Jeździec Złotej Włóczni – Piłat należał do arystokratycznego stanu ekwitów (por. przyp. 117), a jego imię mogło wywodzić się od słowa pilum – włócznia, kopia. Bułhakow czerpał tę wiedzę z książki Drewsa, wypisując z niej taki fragment: „Piłat – gwiazdozbiór Oriona-Włócznika. Pilatus”. Por. jednak przyp. 456.

112 namiestnik w Antiochii – mowa o legacie syryjskim, któremu bezpośrednio podlegał rzymski prokurator Judei. Antiochia była stolicą syryjskiej prowincji cesarstwa. Ówczesnym namiestnikiem Syrii był Pomponiusz Flakkus, powołany na urząd przez Tyberiusza, o czym barwnie opowiada Swetoniusz w Żywotach cezarów: „[Tyberiusz] ucztował i pił przez noc i dwa dni bez przerwy z Pomponiuszem Flakkiem i L. Pizonem, z których jednemu zaraz potem dał prowincję Syrię, drugiemu prefekturę stolicy” (tłum. Janina Niemirska-Pleszczyńska).

113 stawy Salomona – według Józefa Flawiusza (Wojna żydowska II 9, 4) Piłat próbował założyć w Jerozolimie wodociągi, które miałyby dostarczać miastu bardzo potrzebnej wody ze stawów Salomona z okolic Betlejem. Ponieważ jednak zamierzał przeznaczyć na ten cel część skarbca świątyni, przedsięwzięcie spotkało się ze zdecydowanym sprzeciwem Żydów. Piłat krwawo stłumił zamieszki.

114 zdejmować ze ściany tarcze z monogramami imperatora – Filon z Aleksandrii (Poselstwo do Gajusza) podaje, że Piłat próbował zawiesić w pałacu Heroda pozłacane tarcze z imieniem cesarza, lecz sprzeciw Żydów i ostatecznie samego Tyberiusza spowodował, że usunął tarcze. Pisze o tym także Flawiusz w Wojnie żydowskiej (II, 9, 2).

115 Tyrada Piłata, wieszczącego zgubę Jerozolimie, przypomina oskarżycielską mowę Jezusa do faryzeuszy (Mt 23, 35–37) oraz Jego przepowiednię, że ze świątyni nie zostanie kamień na kamieniu (Mt 24, 1–3). W tej scenie nawiązywał również Bułhakow do opisu zniszczenia Jerozolimy w 70 roku przez wojska rzymskie, przedstawionego przez Ernesta Renana w „Antychryście” (czwarty tom historii chrześcijaństwa – od przybycia św. Pawła do Rzymu do końca rewolucji żydowskiej przeciwko Rzymowi w latach 61–73).

116 żeś posłał na śmierć filozofa głoszącego pokój! (…) To nie pokój przyniósł ludowi Jeruszalaim ten wichrzyciel, o nie! – oba te zdania zostały jako jedne z pierwszych wycięte przez cenzurę z edycji Mistrza i Małgorzaty w czasopiśmie „Moskwa” (1966–1967). Notabene Bułhakow parafrazuje tu zagadkową wypowiedź Chrystusa, przytoczoną przez św. Mateusza (10, 34): „Nie sądźcie, że pokój przyszedłem przynieść na ziemię. Nie przyszedłem pokoju przynieść, ale miecz”.

117 ekwita rzymski – mianem ekwitów (eques, łac. jeździec) w starożytnym Rzymie określano najpierw żołnierzy służących w kawalerii – w czasach Chrystusa byli to już przedstawiciele bogatego stanu, walczącego o wpływy z senatorami.

118 lud swój obronię – według św. Jana (11, 50) Kajfasz powiedział, że „lepiej jest (…), gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród”.

119 zbliża się południe – patrz przyp. 123.

120 trybun – jeden z sześciu najwyższych dowódców legionu rzymskiego; stanowisko „trybun kohorty” jest wspomniane w Dziejach Apostolskich (21, 31).

121 ujeżdżalnia koni – Bułhakow we wszystkich innych miejscach używa terminu „hipodrom”, ale tu zdecydował się zastąpić go starym ruskim słowem „ristaliszcze”, niemającym, niestety, żadnego staropolskiego odpowiednika. W przekładzie Lewandowskiej i Dąbrowskiego jest tu błędnie „gimnazjon”.

122 Iturea – kraina w północnej części Palestyny, w czasach Chrystusa rządzona przez syna Heroda Wielkiego Filipa; pozostawała lennem Cesarstwa Rzymskiego.

123 około dziesiątej rano – jeszcze w ostatecznym maszynopisie Mistrza i Małgorzaty, przygotowanym w połowie 1938 roku, znajdowała się fraza: „Było to około południa”. Jednakże Bułhakow zakreślił atramentem słowa „około południa” i zastąpił je ostatecznym „około dziesiątej rano”. Podobnie postąpił z początkiem rozdziału następnego. Nie zdążył jednak, będąc już śmiertelnie chorym, poprawić innych związanych z tymi porami piątkowego dnia fragmentów. I tak w czasie rozmowy Piłata z Kajfaszem „zbliżało się południe” – co jest zresztą zgodne z Ewangelią św. Jana (19, 14), który tak właśnie określał czas wydania Jezusa Żydom. Identyczna niekonsekwencja Bułhakowa jest widoczna w rozdziale Kaźń.

3. Dowód siódmy

– Tak, czcigodny Iwanie Nikołajewiczu, było około dziesiątej rano – powiedział profesor.

Poeta przejechał dłonią po twarzy, jakby dopiero co się obudził, i spostrzegł, że na Patriarszych Prudach zapadł już wieczór. Woda w stawie poczerniała, sunęła teraz po niej lekka łódka, słychać było plusk wioseł i chichot jakiejś obywatelki w tej łódce. Na ławkach zasiedli parkowi bywalcy, ale tylko po trzech stronach czworoboku – aleja, gdzie znajdowali się nasi rozmówcy, nadal była pusta.

Niebo nad Moskwą wyblakło, w górze jaśniał księżyc w pełni, na razie jeszcze biały, nie złoty. Oddychało się teraz o wiele lżej, a głosy pod lipami nabrały wieczornej aksamitności.

„Dziwne, ani się człowiek spostrzegł, a ten już zdążył sklecić całą tę opowieść… – zdumiał się Bezdomny. – Przecież już wieczór! A może on wcale nie opowiadał tej historii, tylko zwyczajnie zasnąłem na tej ławce i wszystko mi się przyśniło?”

Wydaje się jednak, że profesor rzeczywiście opowiedział tę historię, bo w przeciwnym razie trzeba by uznać, że to samo przyśniło się Berliozowi. Ten bowiem, wpatrując się uważnie w twarz cudzoziemca, oznajmił:

– Pańska opowieść, profesorze, jest nadzwyczaj interesująca, choć w najmniejszym stopniu nie zgadza się z przekazem ewangelicznym.

– Litości… – Profesor uśmiechnął się pobłażliwie. – Kto jak kto, ale pan najlepiej powinien wiedzieć, że nic z tego, co zostało zapisane w Ewangeliach, nie wydarzyło się naprawdę… Gdybyśmy zatem chcieli powoływać się na Ewangelię jako źródło historyczne…

Tu profesor znów się uśmiechnął, a Berlioza po prostu zatkało, bo uświadomił sobie, że dosłownie to samo mówił Bezdomnemu, gdy szli razem Małą Bronną na Patriarsze Prudy.

– Ma pan rację – odpowiedział Berlioz – obawiam się jednak, że nikt nie potrafiłby potwierdzić prawdziwości również i pańskiej opowieści.

– O, nie! To akurat potrafiłby kto potwierdzić! – odparł profesor łamanym rosyjskim, lecz z wyjątkową pewnością w głosie.

I nagle z tajemniczą miną przywołał obu bliżej, a gdy się ku niemu nachylili, mówił dalej, ale już bez śladu obcego akcentu, który diabli wiedzieć czemu raz się u niego pojawiał, a raz znikał.

– Chodzi o to – profesor rozejrzał się z obawą i zaczął mówić szeptem – że ja osobiście byłem przy tym wszystkim obecny. Byłem i na balkonie u Poncjusza Piłata, i w ogrodzie, gdy rozmawiał z Kaifą, i na podeście również, tyle że potajemnie, incognito, by tak rzec. Więc bardzo proszę, nikomu ani słowa, to tajemnica! Pst!

Zapadło milczenie, Berlioz pobladł.

– Pan… od kiedy w Moskwie? – spytał łamiącym się głosem.

– Dopiero co przyjechałem… – odrzekł profesor w roztargnieniu, a obaj literaci dopiero teraz wpadli na to, by przyjrzeć się jego oczom, i przekonali się, że w lewym – zielonym – szaleje obłęd, a w prawym – zupełnie martwym – czai się pustka i czerń.

„Teraz wszystko jasne – pomyślał wzburzony Berlioz. – Ten Niemiec albo już wcześniej był obłąkany, albo oszalał dopiero tutaj, na Patriarszych Prudach. Ale historia!”

Rzeczywiście, wszystko stało się teraz jasne – i przedziwne śniadanie u dawno nieżyjącego filozofa Kanta, i niedorzeczne opowieści o oleju słonecznikowym i Annuszce, przepowiednie o odciętej głowie i cała reszta – profesor był niespełna rozumu.

Berlioz wiedział już, co należy zrobić. Odchylił się na ławce i za plecami profesora zaczął dawać Bezdomnemu znaki, by ten nie wykłócał się z cudzoziemcem, jednak oszołomiony poeta w ogóle się w tym nie połapał.

– Tak, tak – ciągnął dalej podekscytowany Berlioz – w zasadzie to wszystko jest możliwe. Powiem więcej: wysoce prawdopodobne! I Poncjusz Piłat, i balkon, i co tam jeszcze… Pan tu sam przyjechał czy z małżonką?

– Sam, ja zawsze jestem sam – odpowiedział profesor z goryczą.

– A gdzie są pańskie rzeczy, profesorze? – dopytywał się przymilnym tonem Berlioz. – W Metropolu124? Gdzie się pan zatrzymał?

– Ja? Nigdzie – odpowiedział pomylony Niemiec, błądząc w zadumie swym dzikim zielonym okiem po Patriarszych Prudach.

– Proszę? To gdzie pan będzie mieszkać?

– W pańskim mieszkaniu – odpowiedział arogancko wariat i puścił do niego oko.

– Ależ… byłbym bardzo rad… – wykrztusił Berlioz – lecz… doprawdy… u mnie byłoby panu niewygodnie… Za to w Metropolu pokoje mają luksusowe, to hotel najwyższej klasy…

– A diabła też nie ma? – ni w pięć, ni w dziewięć spytał Iwana wesoły wariat.

– Diabła też…

– Nie kłóć się z nim – szepnął bezgłośnie Berlioz, znów chowając się za plecami profesora i robiąc do Iwana znaczące miny.

– Nie ma żadnego diabła! – nie wytrzymał Iwan, całkiem wyprowadzony z równowagi. – Skaranie boskie! Czy wyście poszaleli?

Pomyleniec wybuchnął takim śmiechem, że aż z lipy nad ich głowami z furkotem wyfrunął wróbel.

– O, to niezmiernie interesujące. – Profesor nadal trząsł się ze śmiechu. – Czegokolwiek się u was tknąć, tego nie ma! – Nagle przestał się śmiać i, co zresztą typowe w chorobie psychicznej, popadł w drugą skrajność. Rozsierdził się i wykrzyknął surowo: – Czyli stanęło na tym, że go nie ma!?

– Tylko spokojnie, profesorze, spokojnie – mruczał Berlioz, nie chcąc jeszcze bardziej denerwować chorego. – Proszę sobie spokojnie posiedzieć z kolegą Bezdomnym, a ja tymczasem skoczę za róg i zadzwonię z budki, potem odprowadzimy pana, dokąd pan zechce. Pan przecież nie zna miasta…

Plan Berlioza wypada uznać za słuszny – należało pobiec do najbliższej budki telefonicznej i zawiadomić Biuro do spraw Cudzoziemców, że oto przybyły z zagranicy konsultant przebywa na Patriarszych Prudach w stanie ewidentnie nienormalnym. Trzeba koniecznie podjąć stosowne działania, bo może z tego wyniknąć jakaś paskudna historia.

– Z budki? No cóż, niech pan dzwoni – zgodził się chory z rezygnacją, po czym nagle dodał z przejęciem: – Jednak na pożegnanie błagam… Niech pan uwierzy przynajmniej w istnienie diabła! O nic więcej nie proszę! Proszę pamiętać, że w tej materii istnieje siódmy dowód125, dowód absolutnie niepodważalny! I za chwilę będzie on panu przedstawiony.

– Dobrze już, dobrze – z udawaną grzecznością odrzekł Berlioz i mrugając porozumiewawczo do roztrzęsionego poety (któremu wcale się nie uśmiechało pilnowanie obłąkanego Niemca), skierował się ku wyjściu z Patriarszych Prudów – od strony skrzyżowania Małej Bronnej z Jermołajewską126.

A profesor się rozpogodził, jakby w jednej chwili ozdrowiał.

– Michale Aleksandrowiczu! – krzyknął w ślad za Berliozem.

Ten zadrżał i odwrócił głowę, wnet jednak uspokoiła go myśl, że i jego imię profesor zna z gazet. A cudzoziemiec, złożywszy dłonie w trąbkę, wołał:

– Czy życzy pan sobie, aby nadać telegram do pańskiego wuja w Kijowie?

Berlioza przeszył dreszcz. Skąd ten szaleniec może wiedzieć o wuju z Kijowa? O tym to już na pewno w gazetach nie pisali. Ejże, a jeśli Bezdomny ma rację? Może te jego papiery są fałszywe? Co za zdumiewający przypadek, brak słów… Trzeba dzwonić, dzwonić natychmiast! Oni go prześwietlą!

I pobiegł dalej, na nic się nie oglądając.

Tuż przy wyjściu na Małą Bronną na widok redaktora podniósł się z ławki dokładnie ten sam typ, który niedawno w świetle słońca utkał się z lepkiego od gorąca powietrza127. Tyle że teraz nie wyglądał jak zjawa, lecz był realną, cielesną istotą. W zapadającym zmroku Berlioz ujrzał jego wąsy niczym kurze piórka i maleńkie, ironiczne, na wpół pijane oczka. Portki miał kraciaste, podciągnięte tak wysoko, że widać było brudne białe skarpetki.

Michał Aleksandrowicz aż się cofnął, ale uspokoiła go myśl, że to tylko głupi zbieg okoliczności i nie ma się czym przejmować.

– Wyjścia szukacie, obywatelu? – zapytał skrzekliwym tenorem kraciasty typek. – Tędy, prosto, a traficie, gdzie trzeba! Dalibyście na ćwiartkę byłemu dyrygentowi za wskazanie drogi, pójdzie na zdrowie! – Tu pajac jednym ruchem zerwał z głowy dżokejską czapkę.

Berlioz nie zważał na błazenadę żebrzącego dyrygenta – podbiegł do wyjścia i oparł rękę na turnikiecie128. Obrócił go i już miał wejść na tory, gdy w twarz chlusnął mu strumień białego i czerwonego światła – to zapalił się neon z napisem: „Uwaga, tramwaj!”.

I tramwaj rzeczywiście wyleciał zza zakrętu, skręcając nową trasą z zaułka Jermołajewskiego na Małą Bronną129. Wyjechał na prostą, niespodziewanie błysnął wewnątrz elektrycznym światłem, zawył i zaczął się rozpędzać.

Ostrożny Berlioz, choć stał w bezpiecznym miejscu, postanowił cofnąć się za bramkę, przesunął rękę po turnikiecie i zrobił krok do tyłu. Jego dłoń ześlizgnęła się z uchwytu, a noga zjechała po kocich łbach ku szynom jak po lodzie – wtedy poderwało mu drugą nogę i Berlioz upadł na tory.

Próbując bezradnie czegoś się złapać, przewrócił się na plecy, stuknął lekko tyłem głowy o bruk i zdążył jeszcze zobaczyć wysoko w górze – po prawej czy lewej stronie, tego już nie wiedział – księżyc w złotej poświacie. Zdołał przekręcić się na bok i w jednej sekundzie rozpaczliwie podkulił kolana pod brzuch. Obrócił głowę i ujrzał pędzącą na niego niepowstrzymanie twarz trupiobladej motorniczej w szkarłatnej chusteczce130. Berlioz nie krzyknął, za to cała ulica aż się zatrzęsła od pisków przerażonych kobiet. Motornicza szarpnęła hamulec awaryjny, tramwaj zarył nosem w ziemię, tył wagonu podrzuciło, z gruchotem i brzękiem wyleciały z okien szyby. I wtedy w mózgu Berlioza ktoś z rozpaczą wykrzyczał: „A więc jednak!?…”. Jeszcze raz błysnął księżyc, błysnął po raz ostatni, rozpadając się na kawałki, a potem nastała ciemność.

Tramwaj przykrył Berlioza, a pod parkan alei na Patriarszych poleciał ciemny, kulisty przedmiot. Stoczył się z pochyłości i zaczął koziołkować po bruku Małej Bronnej.

Była to odcięta głowa Berlioza131.

124 Metropol – luksusowy hotel w centrum Moskwy, niedaleko Teatru Wielkiego. W latach 20. miał tam siedzibę rząd bolszewicki z Leninem i Trockim na czele. Od lat 30. w hotelu gościli już głównie goście z zagranicy, m.in. Bernard Shaw, Marlena Dietrich, John Steinbeck, Bertold Brecht, Mao Tse-tung. Znamienne, że w czerwcu 1932 roku w hotelowej restauracji Michał Bułhakow spotkał się z Jeleną Szyłowską i zadecydowali oboje, że pozostaną z sobą przez całe życie. Dzisiaj Metropol funkcjonuje jako obiekt pięciogwiazdkowy.

125 siódmy dowód – cyfra 7 w tradycji chrześcijańskiej ma wymiar sakralny, u Bułhakowa natomiast występuje jako cyfra szatańska. Rozdział Nawiedzone mieszkanie jest siódmy z kolei, Woland podpisuje kontrakt na siedem występów, magiczna talia kart z rozdziału 12 o czarnej magii odnajduje się w siódmym rzędzie „w kieszeni obywatela Parczewskiego”, a i Małgorzata w rozdziale 21 tłucze okna na siódmym piętrze Domu Dramlitu.

126 Jermołajewska – zaułek Jermołajewski w okolicy Patriarszych Prudów; nazwa pochodzi od wybudowanej tam w XVII wieku cerkwi pod wezwaniem św. Męczennika Jermołaja na Kozim Błocie, zburzonej przez bolszewików. W brulionie, w którym zachowały się notatki Bułhakowa do najwcześniejszej redakcji utworu (spalonej w marcu 1930 roku – por. przyp. 190), to właśnie z tego zaułka wychodzi na Patriarsze Prudy nieznajomy cudzoziemiec.

127 utkał się z lepkiego od gorąca powietrza – w felietonie Ile kosztuje palenie z cyklu Stolica w notesie (1922–1923) Bułhakow pisał: „Z powietrza utkał się milicjant. Dalipan, było w tym coś hoffmannowskiego” (tłumaczenie nasze). Niemiecki romantyk E.T.A. Hoffmann, szczególnie Diablimi eliksirami (1815), wywarł wpływ na infernalne sceny w Mistrzu i Małgorzacie.

128 turnikiet – według słownika Doroszewskiego: „obracający się na słupku krzyżak, ustawiany w przejściach dla pieszych, dla przechodzenia pojedynczo”. U Bułhakowa taka obrotowa bramka oddzielała Patriarsze Prudy od ulicy Małej Bronnej.

129 tramwaj (…) wyleciał zza zakrętu, skręcając (…) z zaułka Jermołajewskiego na Małą Bronną – elektryczny tramwaj pojawił się w Moskwie w 1899 roku, a w latach 30. był już podstawowym środkiem transportu publicznego. Kursował po magistrali Sadowoje Kolco i po Bulwarowym Kolcu. Co ciekawe, po Małej Bronnej tramwaj nigdy nie jeździł, ponieważ przy Patriarszych Prudach nie ma torów tramwajowych.

130 motornicza w szkarłatnej chusteczce – w obu wcześniejszych polskich przekładach motornicza nosi „czerwoną opaskę” (u Drawicza dodatkowo „na ramieniu”). Jest to jednak realioznawczy błąd podobny do zmiętego kapelusza Berlioza (por. przyp. 4). Pomyłka wynika z tego, że użyte przez Bułhakowa słowo „powiazka” oznacza po rosyjsku zarówno chusteczkę, jak i opaskę. Jednakże komsomołki nosiły jedynie czerwone chusteczki w kształcie trójkąta. W drugiej, nieopublikowanej redakcji Mistrza i Małgorzaty z lat 1932–1936 Bułhakow wyraźnie pisał o chusteczce („płatok”): „Upadł twarzą w stronę tramwaju. I zobaczył, że motornicza jest młoda, w czerwonej chusteczce, ale blada jak śmierć”.

131 Była to odcięta głowa Berlioza – Bułhakow wykorzystał w końcówce tego rozdziału – podobnie jak w rozdziale 1 Nie będziesz rozmawiał z nieznajomymi – motywy ze słynnego opowiadania Edgara Allana Poe Nie zakładaj się nigdy z diabłem o swą głowę (1841). Jeden z bohaterów tamtego utworu – Tobiasz Dammit, przywołujący na każdym kroku, acz zawsze bez potrzeby imię diabła (por. przyp. 321) – traci życie pod turnikietem w obecności towarzysza rozmówcy i pojawiającego się ni stąd, ni zowąd „starego dżentelmena” – szatana. Próbując w porozumieniu z tymże diabłem wykonać szalone salto ponad turnikietem, Dammit odcina sobie głowę, uderzając karkiem o wystającą pięć stóp ponad turnikietem ostrą żelazną sztabę. Szatan w finale chowa odciętą głowę do teczki i znika.

4. Pościg

Dostępne w wersji pełnej

5. Zdarzyło się w Gribojedowie

Dostępne w wersji pełnej

6. Schizofrenia – zgodnie z zapowiedzią

Dostępne w wersji pełnej

7. Nawiedzone mieszkanie

Dostępne w wersji pełnej

8. Pojedynek profesora z poetą

Dostępne w wersji pełnej

9. Wygłupy Korowiewa

Dostępne w wersji pełnej

10. Wieści z Jałty

Dostępne w wersji pełnej

11. Rozdwojenie Iwana

Dostępne w wersji pełnej

12. Jak zdemaskowano czarną magię

Dostępne w wersji pełnej

13. Wejście bohatera

Dostępne w wersji pełnej

14. Chwała kogutowi!

Dostępne w wersji pełnej

15. Sen Nikanora Iwanowicza

Dostępne w wersji pełnej

16. Kaźń

Dostępne w wersji pełnej

17. Nerwowy dzień

Dostępne w wersji pełnej

18. Niefortunni goście

Dostępne w wersji pełnej

Część druga

19. Małgorzata

Dostępne w wersji pełnej

20. Krem Azazella

Dostępne w wersji pełnej

21. Lot

Dostępne w wersji pełnej

22. Przy świecach

Dostępne w wersji pełnej

23. Wielki bal u szatana

Dostępne w wersji pełnej

24. Odzyskanie Mistrza

Dostępne w wersji pełnej

25. O tym, jak Piłat próbował ocalić Judę z Kiriathu

Dostępne w wersji pełnej

26. Pochówek

Dostępne w wersji pełnej

27. Koniec mieszkania numer pięćdziesiąt

Dostępne w wersji pełnej

28. Ostatnie przygody Korowiewa i Behemota

Dostępne w wersji pełnej

29. Ważą się losy Mistrza i Małgorzaty

Dostępne w wersji pełnej

30. Czas! Już czas!

Dostępne w wersji pełnej

31. Na Worobiowych Wzgórzach

Dostępne w wersji pełnej

32. Przebaczenie i wieczysta przyjaźń

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Bibliografia

Dostępne w wersji pełnej

Bułhakow udomowiony

Dostępne w wersji pełnej

Nota edytorska

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

Mastier i Margarita

Projekt okładki

Kuba Sowiński

Przypisy

Grzegorz Przebinda

Opieka redakcyjna

Katarzyna Mach

Ewa Szponar

Adiustacja

Bogumiła Ziembla

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Katarzyna Onderka

Copyright © for the translation by Leokadia Styrcz-Przebinda, Grzegorz Przebinda, Igor Przebinda

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2016

ISBN 978-83-240-4377-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: czytelnicy@znak.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Mistrz i Małgorzata Mistrz i Małgorzata Dziennik Mistrza i Małgorzaty Mistrz i Małgorzata Mistrz i Małgorzata Mistrz i Małgorzata