Wespazjan. Władcy Rzymu

Wespazjan. Władcy Rzymu

Autorzy: Robert Fabbri

Wydawnictwo: Rebis

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 472

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 24.90 zł

Piąty tom cyklu o Wespazjanie.

Brytania, 45 rok. W pobliżu Stonehenge druidzi chwytają w zasadzkę Sabinusa, chcąc zwabić Wespazjana, który zapewne przybędzie ratować brata – by obu rzymskich legatów złożyć w mrocznej ofierze prastarym bogom podczas letniego przesilenia. Wespazjan musi walczyć o uratowanie brata i zakończyć podbój południowego zachodu tej nawiedzonej wyspy, nim wezwanie do Rzymu wrzuci go w wir cesarskiej polityki. Trzej wyzwoleńcy Klaudiusza wciąż są wszechwładni. Kiedy wydają wyrok na cesarzową Messalinę, każdy z nich popiera inną kobietę na jej miejsce. Która z nich zatriumfuje – i jaką cenę zapłaci Wespazjan?

Moim niezawodnym przyjaciołom:

Jonowi Watsonowi-Millerowi,

Matthew Pinheyowi, Rupertowi White’owi

i Crisowi Grundy’emu; dzięki, koledzy.

Oraz pamięci Steve’a Le Butta (1961–2013),

który pożeglował na zachód przed nami.

PROLOG

BRYTANIA

MARZEC 45 ROKU

Mgła zgęstniała na tyle, że trzydziestu dwóch jeźdźców tworzących jedną z turm legionowej jazdy musiało zwolnić do stępa. Spowijający ich mleczny całun tłumił parskanie koni i dzwonienie uprzęży.

Tytus Flawiusz Sabinus owinął się ciaśniej płaszczem, przeklinając w duchu nieznośny północny klimat i swojego bezpośredniego przełożonego Aulusa Plaucjusza, głównodowodzącego rzymskich wojsk inwazyjnych w Brytanii, który wezwał go na odprawę w takich warunkach pogodowych.

Wezwanie to zaskoczyło Sabinusa. Kiedy poprzedniego wieczoru do zimowego obozu XIV legionu Gemina, usytuowanego w pobliżu środkowego odcinka rzeki Tamezis1, przybył z miejscowym przewodnikiem trybun ze sztabu Plaucjusza, Sabinus spodziewał się ostatecznych rozkazów dotyczących kampanii zaplanowanej na nadchodzący sezon. Dziwił się, że Plaucjusz każe mu odbyć długą niemal na osiemdziesiąt mil podróż na południe i stawić się w zimowej kwaterze II Augusta, legionu jego brata Wespazjana, skoro zaledwie miesiąc wcześniej legaci wszystkich czterech legionów stacjonujących w tej nowej prowincji spotkali się z dowódcą w jego kwaterze głównej w Kamulodunum.

Jak było do przewidzenia, trybun, niespełna dwudziestoletni człowiek, którego widywał przez ostatnie dwa lata, od początku podboju, nie miał pojęcia o powodach tego niespodziewanego spotkania. Sabinus pamiętał, że podczas czterech lat służby na tym samym stanowisku, w Panonii i Afryce, jego dowódcy rzadko dzielili się z nim jakimiś szczegółami; pochodzący z warstwy ekwitów trybun wojskowy w todze z wąskim purpurowym lamowaniem znajdował się na samym dole hierarchii oficerskiej i miał się uczyć oraz okazywać posłuszeństwo bez zadawania zbędnych pytań. Zwój dostarczony przez młodego człowieka opatrzony był osobistą pieczęcią Plaucjusza, który nie zwykł tolerować braku subordynacji czy spóźnień.

Niechętnie powierzywszy dowództwo legionu świeżo przybyłemu starszemu trybunowi Gajuszowi Petroniuszowi Arbitrowi, ruszył następnego dnia o świtaniu, mając za eskortę młodego trybuna i jego przewodnika. Czyste niebo zapowiadało zimny, ale pogodny dzień. Dopiero kiedy wczesnym popołudniem dotarli do wyżej położonej równiny, zaczęła spływać na nich mgła.

Sabinus zerknął na tubylca w średnim wieku, o ogorzałej twarzy, jadącego po jego prawej na krępym koniku; mężczyzna nie wyglądał na przejętego.

– Potrafisz odnaleźć drogę w takich warunkach? – spytał.

Przewodnik skinął głową; długie, obwisłe wąsy zakołysały mu się pod brodą.

– To ziemia Dobunniów, mojego plemienia. Polowałem tutaj, odkąd tylko nauczyłem się jeździć konno. Ta równina jest dość płaska i nie ma na niej nic szczególnego. Wystarczy, że utrzymamy kierunek południowo-zachodni, a dotrzemy na terytorium Durotrygów, już za rzymską linią. A jutro zostanie nam pół dnia jazdy.

Ignorując to, że mężczyzna nie zwrócił się do niego per „wodzu” czy „legacie” i nie okazał respektu należnego jego randze, Sabinus zwrócił się do młodego trybuna po swojej lewej.

– Ufasz jego umiejętnościom, Alienusie? – zapytał.

– Całkowicie, legacie – odparł z szacunkiem młodzieniec. – Przeprowadził mnie do waszego obozu, ani razu nie zmieniając kierunku. Nie mam pojęcia, jak to robi.

Sabinus przypatrywał się chwilę młodemu trybunowi i doszedł do wniosku, że jego opinia jest bezwartościowa.

– Rozbijemy tutaj obóz na noc – zdecydował.

Wyraźnie zaniepokojony przewodnik odwrócił się ku niemu.

– Nie wolno spędzać nocy na równinie – powiedział.

– Czemu nie? Jedno wilgotne zagłębienie będzie równie dobre jak każde inne.

– Nie tutaj. Nocą przez równinę wędrują duchy Zbłąkanych Umarłych, szukając ciał, które pozwolą im powrócić do tego świata.

– Brednie! – Sabinus nieco zmarkotniał, kiedy przypomniał sobie, że przed wyruszeniem zaniedbał złożenia stosownej ofiary swojemu bogu opiekuńczemu Mitrze, a to z powodu braku odpowiedniego byka w legionowym obozie; zastąpił go co prawda baranem, ale nie był zbyt zadowolony z tej ofiary.

Przewodnik zaczął go przekonywać.

– Za godzinę czy dwie przejedziemy równinę, a potem przeprawimy się przez rzekę. Umarli nie pójdą naszym śladem… nie potrafią pokonać wody.

– Poza tym Plaucjusz dał wyraźnie do zrozumienia, że mamy stawić się u niego jutro po południu – przypomniał Alienus. – Musimy podążać naprzód tak długo, jak się da, legacie.

– Nie podobają ci się Zbłąkani Umarli, co, trybunie?

Alienus spuścił głowę.

– Nieszczególnie, legacie.

– Być może spotkanie z nimi by cię zahartowało.

Trybun nie odpowiedział.

Legat obejrzał się przez ramię; znowu mógł dojrzeć koniec krótkiej kolumny, mgła nieco zrzedła.

– No dobrze, nie przerywamy jazdy, ale nie ze strachu przed jakimiś zmarłymi, tylko żeby się nie spóźnić na spotkanie z głównodowodzącym.

W rzeczywistości Sabinus w zabobonnej części umysłu obawiał się zjawisk nadnaturalnych tak samo, jak w części praktycznej lękał się gniewu Plaucjusza, gdyby wódz musiał zbyt długo czekać, wobec czego poczuł ulgę, że może zmienić rozkaz, nie tracąc przy tym twarzy. Nie mógł pozwolić, by jego żołnierze sądzili, że choć trochę wierzy w opowieści o duchach i upiorach, jakie rzekomo zamieszkują tę dziwną wyspę; nie podobało mu się jednak określenie Zbłąkani Umarli, a jeszcze mniej – perspektywa spędzenia nocy w ich krainie. Gdy przebywał na tej północnej wyspie, nakarmiono go tyloma różnymi opowieściami, by uwierzył, że przynajmniej w niektórych tkwi ziarno prawdy.

Od upadku Kamulodunum i kapitulacji plemion w południowo-wschodniej Brytanii, osiemnaście miesięcy wcześniej, Sabinus zdecydowanie prowadził XIV legion Gemina i jego kohorty pomocnicze w kierunku północno-wschodnim. Plaucjusz wydał mu rozkaz opanowania nizin w centrum wyspy, podczas gdy IX Hispana podążał na północ wschodnim wybrzeżem, a II Augusta Wespazjana szedł na zachód, tocząc walki pomiędzy Tamezis i morzem. XX legion stał w odwodzie, by utrzymać już zdobyty teren i udzielić pomocy temu z legionów, który znalazłby się w kłopotach.

Działania były powolne, ponieważ tubylcze plemiona wyciągnęły naukę z błędów popełnionych przez Karatakusa i jego brata Togodumnusa, którzy wkrótce po rozpoczęciu podboju próbowali stawić czoło legionom i odrzucić je do tyłu, wykorzystując przewagę liczebną; taktyka ta przyniosła opłakane skutki. W ciągu dwóch dni, kiedy próbowali zatrzymać ofensywę Rzymian na linii rzeki zwanej Afon Kantiów, stracili ponad czterdzieści tysięcy wojowników, z Togodumnusem włącznie. Złamało to determinację Brytów w południowo-wschodnim rogu wyspy i większość z nich wkrótce potem skapitulowała. Jednak nie Karatakus. Wódz umknął na zachód z ponad dwudziestoma tysiącami wojowników, stając się oparciem dla wszystkich tych, którzy nie chcieli uznać rzymskiej władzy.

Wietrzyk, który powiał ze wschodu w poprzek linii ich marszu, zakręcił mgłą, przerzedzając ją po prawej stronie Sabinusa. Legat wyprostował się w siodle, czując ulgę z powodu poprawy widoczności, nawet jeśli to było tylko kilkadziesiąt kroków w każdym kierunku. Zaczął odmawiać pod nosem modlitwę do Mitry, by przebił swoim światłem ponurość tej spowitej mgłą wyspy i pomógł mu… zauważył coś kątem oka, odwrócił głowę, by się temu przyjrzeć, ale już nic nie zobaczył, wiatr ponownie wessał mgłę i znów zwątpił, czy rzeczywiście coś mignęło, czy może to jego wyobraźnia podsuwa mu zasłyszane przerażające historie. Nie mógł się opędzić od tych opowieści.

Podczas tych dwóch miesięcy, kiedy Plaucjusz był zmuszony tkwić na północ od Tamezis, czekając na przybycie cesarza Klaudiusza, któremu miał przypaść zaszczyt i chwała pokonania Kamulodunum, XIV Gemina penetrował tereny wzdłuż rzeki w kierunku zachodnim. Właśnie wtedy oficerowie zaczęli donosić Sabinusowi o pojawiających się widziadłach i niezwykłych przypadkach: znaleziono ledwo żywego legionistę odartego ze skóry, a mimo to wciąż w nienaruszonym stroju wojskowym; zanim umarł, mówił o demonach przyssanych do jego ciała. Innego znaleziono martwego. Nie pozostała w nim ani kropla krwi, mimo że nie miał żadnej rany, a ziemia wokół niego i pod nim była sucha. Regularnie widywano upiorne postaci w długich szatach lśniących niezwykłym blaskiem. Najczęściej pojawiały się w pobliżu tumulusów, ziemnych kopców kryjących starożytne groby, oraz licznych kręgów, kamiennych i drewnianych, które oprócz świętych gajów były ośrodkami barbarzyńskiej religii Brytów.

Z początku legat kładł te wszystkie opowieści na karb chorobliwej wyobraźni przesądnych żołnierzy, jednak po wyjeździe Klaudiusza poprowadził legion w głąb wyspy na ostatni miesiąc kampanii i poczuł coś, czego nigdzie jeszcze nie doświadczył. Potrafił to określić jedynie jako obecność czegoś pradawnego. To – oraz jakieś bezcielesne wycia i wrzaski, które zakłócały im nocny spokój – przekonało go, że w tej krainie kryje się jakaś moc, której nie potrafi pojąć, i nieważne jak bardzo chroni go światło Mitry, on jest tutaj intruzem.

Następnego roku posuwali się powoli dalej w głąb lądu, stawiając warownie na kolejnych wzgórzach, odpierając ataki na linie dostaw i wymykając się z pułapek zastawianych przez wojowników Karakatusa na kolumny marszowe. Sabinus niemal z ulgą przyjął koniec sezonu kampanijnego i wycofał swój legion z powrotem na południe, tam, gdzie nad Tamezis mieli zimowe leże. Miesiąc wcześniej, kiedy legaci spotkali się z Plaucjuszem w Kamulodunum, żeby omówić kampanię na następny rok, wspomniał o swoich obawach Wespazjanowi. Brat je rozwiał, mówiąc, że to takie żołnierskie bajania, jednak w jego oczach Sabinus zauważył coś, co kazało mu wierzyć, że on także odczuwa podobny niepokój.

Teraz, kiedy kolumna podążała powoli równiną pokrytą kępami ostrej trawy, próbował odsunąć na bok zmartwienia. Wiatr wzmógł się, szarpiąc mgłę, pociągając ją w tę i we w tę i dzieląc na postrzępione kosmyki. Momentami widoczność poprawiała się i wtedy widzieli teren daleko przed sobą, ale chwilę później kolejny poryw zasnuwał wszystko bielą.

Sabinus otrząsnął się z tego ponurego nastroju i przyjrzał się uważnie Alienusowi. Zauważył ogorzałe policzki, nieco krótki, szeroki nos i choć ogólnie twarz młodego człowieka była szczupła, pomyślał sobie, że jego rodzina na pewno ma domieszkę krwi celtyckiej. To by wyjaśniało jego przydomek: obcy, obcokrajowiec. Z drugiej wszakże strony, jaka rodzina z północnej czy, prawdę mówiąc, także środkowej Italii, jej nie posiadała? Jego własną okrągłą twarz i bulwiasty nos trudno byłoby nazwać klasycznie rzymskim.

– Czy twoja rodzina pochodzi z północnej Italii, Alienusie? – zapytał.

– Hm? – Młody trybun zamrugał, jakby wyrwano go z głębokiej zadumy. – Wybacz, legacie, co powiedziałeś?

Sabinus powtórzył pytanie.

– Nie, legacie, pochodzę z południowego wybrzeża Brytanii. Jestem wnukiem Weryki, króla zjednoczonych plemion Atrebatów i Regnów. Moje brytańskie imię również brzmi Weryka, po dziadku.

– Twoja łacina jest doskonała – stwierdził zaskoczony Sabinus.

– Dziękuję, legacie. Mój dziadek uciekł do Rzymu pięć lat temu, po tym jak Karatakus pozbawił go królestwa, i zabrał mnie ze sobą. Jak wszyscy brytańscy książęta z południa, znałem już nieźle łacinę i dlatego wkrótce mówiłem nią płynnie.

– I Klaudiusz dał ci obywatelstwo?

– Tak, i rangę ekwity. Przyjąłem imiona Tyberiusz Klaudiusz i dodałem przydomek Alienus, bo mnie to bawiło, i tak oto zostałem obywatelem Rzymu, jak życzył sobie mój dziadek. Nasz wódz, Plaucjusz, wyświadczył dziadkowi uprzejmość i wziął mnie do swojego sztabu, umożliwiając mi wspinanie się po drabinie kolejnych urzędów, a być może nawet wejście do senatu. Byłbym pierwszym Brytem, który to osiągnął.

Sabinus skinął z aprobatą, słysząc o tej tak bardzo rzymskiej ambicji.

– Z przykrością przyjąłem wiadomość o śmierci Weryki – powiedział. – Ledwie w zeszłym miesiącu, prawda?

– Był stary i jego śmierć nie była zaskoczeniem, odchodził bez żalu. Zdążył odzyskać swoje królestwo, został uznany za podległego Rzymowi króla i zapewnił silne dziedzictwo swojemu bratankowi Kogidubnusowi.

– Czemu nie wnukowi?

Alienus uśmiechnął się.

– Powiedział, że jestem za młody, ludzie by mnie nie zaakceptowali, i ja to rozumiem. Jak miałby dziewiętnastolatek rządzić ludem, który go nie widział przez pięć lat? Poza tym Kogidubnusa uważają za człowieka, który przeciwstawił się Rzymowi, nim został przez Rzym pokonany; mnie natomiast za tego, który z własnej woli dołączył do rzymskich legionów.

– Zatem wrócisz do Rzymu po tym jak… – Sabinus nie skończył. Silniejszy podmuch wiatru rozwiał mgłę wokół nich, odsłaniając po lewej stronie mogilny stożek, odległy zaledwie o dziesięć kroków; słowa zamarły mu na ustach, a wiatr zdmuchnął opary z powrotem, zakrywając grób, ale pozostawiając w umyśle legata jego wyraźny obraz.

Z kolumny za jego plecami dobiegły gniewne pomruki… najwyraźniej nie był jedynym, który zobaczył ten złowróżbny widok. Kiedy zerknął do tyłu, dojrzał wielu żołnierzy zaciskających kciuki prawej dłoni i spluwających na ziemię, żeby odegnać zły urok. Rzucony ostro przez dekuriona Atyliusza rozkaz przywrócił porządek, jednak ich kruche morale już było nadszarpnięte i ludzie rzucali nerwowe spojrzenia na boki, na chwilami przerzedzającą się, wirującą wokół nich mgłę, obawiając się tego, co jeszcze może ona odsłonić. Spośród Rzymian jedynie Alienus wydawał się nieporuszony bliskością mogiły, co Sabinusowi wydało się dziwne, skoro wcześniej młody człowiek wolał trzymać się z dala od Zbłąkanych Umarłych.

Kolejne zawirowanie mgły daleko przed nimi przerwało Sabinusowi tok myśli. Serce mu zamarło. Noga olbrzyma, masywna i ogromna, pojawiła się na ich drodze, zupełnie jakby jakiś potwór dał w ich stronę wielki krok… a przecież nie towarzyszyło temu ani drżenie ziemi, ani żaden odgłos stąpnięcia. Po chwili, równie bezgłośnie, z bieli oparów wynurzyła się druga noga. Przerażeni jeźdźcy ściągnęli uzdy wierzchowców, tak że wiele koni stanęło dęba i zaczęło rżeć, przerywając złowrogą ciszę. Zaniepokojony Sabinus podniósł wzrok; widać już było dolną część torsu, natomiast górna jego część wciąż skrywała się we mgle. Z boków pojawiły się kolejne dwie nogi; mieli zatem przed sobą co najmniej trzy takie monstra.

Sabinus wyciągnął miecz i obejrzał się przez ramię.

– Atyliuszu, sformuj dwie linie. Trzymajcie się razem! – ryknął, widząc narastającą wśród żołnierzy panikę.

Odwróciwszy się z powrotem, by stawić czoło zagrożeniu, wydał stłumiony okrzyk. Wiatr przybrał na sile; po obu stronach pojawiło się więcej nóg, a wszystkie były ze sobą połączone jednym długim brzuchem, ale całe to cielsko było z kamienia… z wyciętych i obrobionych ogromnych kawałów skały. Sabinus uświadomił sobie, że patrzy na kamienny krąg, największy, jaki dotychczas widział. Uspokajając wierzchowca, odwrócił się do przewodnika i stwierdził, że mężczyzna zniknął.

– A niech to! Alienus?

Młodego trybuna też nie zobaczył. Za jego plecami dekurion usiłował zaprowadzić porządek wśród żołnierzy. A potem, z lewej strony, dostrzegł dwa oddalające się galopem konie. Kiedy zniknęły, we mgle zamajaczyły jakieś upiorne postaci, raz były bardziej widoczne, raz nie. Poczuł chłód lęku; dostrzeżony ruch nie był wytworem jego wyobraźni. Spojrzał w przeciwnym kierunku; dziesiątki zwiewnych postaci, ledwie widocznych w wirujących oparach, zbliżały się do nich, jakby sunąc w powietrzu.

Byli otoczeni.

Kiedy pierwsze pociski z proc spadły na żołnierzy z obu stron, Sabinus poczuł bezsensowną ulgę: to nie Zbłąkani Umarli stali naprzeciwko nich, ale żywi ludzie, z którymi można walczyć i których można zabijać.

Rozległ się ryk, nie ludzki jednak, ale zwierzęcy. Procarze celowali nisko, w nogi wierzchowców. Sabinus uświadomił sobie, że tamci nie chcą zabijać, tylko wziąć jeńców.

– Atyliuszu! – wrzasnął, wskazując mieczem na północ, w kierunku, z którego przybyli. – Nasza jedyna szansa to razem się przez nich przebić.

Atyliusz rozkazał żołnierzom wykonać zwrot. Oddział obsypywany gradem pocisków z obu stron usiłował utworzyć linię bojową. Pięć koni miotało się już na ziemi, udręczonych bólem strzaskanych kości, ich jeźdźcy, krzycząc, usiłowali wdrapać się na końskie grzbiety za utrzymującymi się w siodłach kolegami. Kolejne dwa wierzchowce runęły na ziemię, wyrzucając na bok jednego żołnierza i przygniatając drugiego. Leżał nieruchomo z głową pod dziwnym kątem. Ten, który miał więcej szczęścia, dźwignął się z ziemi i natychmiast trafiony przez procarzy, wymachując rękoma i przeraźliwie krzycząc, osunął się na kolana ze zmiażdżoną twarzą w miejscu, gdzie wcześniej tkwił jego nos.

Sabinus ruszył konno.

– Za mną! – zawołał. Wiele ryzykując szybką jazdą po nieznanym, być może nierównym terenie, puścił wierzchowca galopem; żołnierze, którzy przeżyli atak, ruszyli za nim, wyciągając z pochew spathae, długie miecze, by wyrąbać sobie nimi przejście wśród napastników, odległych teraz już o niecałe pięćdziesiąt kroków.

Spadł na nich kolejny grad pocisków z proc, obalając sześć koni, które padały głowami do przodu, orając chrapami trawę, kiedy zawiodły ich strzaskane przednie nogi; jeźdźcy wołali do towarzyszy, by ich nie zostawiali. Na próżno.

Pocisk przeleciał z sykiem tuż obok kolana Sabinusa. Procarze celowali nisko. Wbił pięty w boki wierzchowca i uderzył płasko mieczem w zad zwierzęcia; koń popędził cwałem. Procarze odwrócili się i zaczęli umykać. Pobudzane nadzieją serce legata łomotało mu w piersi jak szalone. Jednak gdy tylko pomyślał, że stratują napastników, jak spod ziemi wyrósł nagle podwójny szereg oszczepników. Dotąd ukryci, przyklękli teraz na jednym kolanie, a każdy podtrzymywał jesionowe drzewce służących do polowań na dziki długich oszczepów. Ich końce wbili w porośniętą trawą ziemię, a żelazne groty w kształcie liści skierowali w końskie piersi. Nie mając czasu na jakąkolwiek reakcję, turma runęła na tę połyskującą zaporę z naostrzonego metalu. Metal ciął napięte mięśnie koni, przebijał kości, docierając do wnętrzności zwierząt. Krew tryskała z wielkich ran w piersiach zwierząt, które niesione impetem nadziewały się na ostrza, po czym osuwały się i zatrzymywały na żelaznych poprzeczkach u podstawy oszczepów.

Sabinusa rzuciło na szyję wierzchowca, a jego zdobiony czerwonym pióropuszem hełm frunął w powietrzu ponad nieprzyjacielską linią. Chwilę później legat runął do tyłu, kiedy ranne ryczące zwierzę stanęło dęba, wyszarpując wbity w swoje ciało oszczep z rąk spryskanego krwią oszczepnika i wierzgając z bólu, rozłupało czaszkę jego towarzysza.

Tracąc dech po ciężkim lądowaniu na plecach, Sabinus miał tyle przytomności umysłu, by potoczyć się w bok, kiedy umierający koń padł na zad i przekoziołkował do tyłu, wymachując kończynami, jak gdyby ostatni jeszcze raz chciał pogalopować.

Legat uniósł się i ukląkł, z trudem łapiąc powietrze, i poczuł, jak głowa eksploduje mu bólem. Tracąc przytomność, z gorzką ironią uświadomił sobie, że wpadł w pułapkę przygotowaną przez szpiega podającego się za Rzymianina o przydomku Alienus.

Do przytomności przywrócił go jakiś krzyk; był to krzyk strachu, nie bólu. Otworzył oczy, ale zobaczył jedynie grube źdźbła trawy. Leżał na brzuchu, a ręce miał związane na plecach. W głowie mu pulsowało. Krzyk ustał, do jego uszu docierała już tylko cicha monotonna inkantacja.

Kiedy próbował się obrócić, poczuł, jak żołądek podchodzi mu do gardła. Zwymiotował na trawę czymś rzadkim, poczuł na języku kwaśny smak, a smród cieknących mu z nozdrzy wymiocin doprowadził go do kolejnych mdłości i torsji.

Oddychając szybko i płytko, zmusił ciało, by obróciło się na plecy, i wypluł resztki odrażającej cieczy. Mgła się podniosła i słońce chyliło ku zachodowi. Uniósł głowę. Znajdował się wewnątrz kamiennego kręgu. Wokół poruszały się jakieś niewyraźne postaci. Krzyk rozległ się ponownie, zagłuszając inkantację. Jedna z postaci podniosła rękę, zatrzymała ją, a potem gwałtownie opuściła; krzyk raptownie umilkł, zastąpiony jakimś chrapliwym gulgotem, po którym nastąpiła cisza.

Poczuł, że nagle zrobiło się zimno. Odzyskał już ostrość wzroku i przyjrzał się poszczególnym mężczyznom. Wyglądali okropnie. Zmierzwione, zlepione w strąki włosy sięgały im do połowy pleców; posplatane w warkoczyki brody były równie długie. Każdy z mężczyzn odziany był w prostą, sięgającą kostek, przewiązaną w pasie szatę z długimi rękawami, która może kiedyś była biała, teraz natomiast wyglądała, jakby od lat porastała pleśnią.

Sabinusa przeszedł dreszcz. Z jękiem opuścił głowę z powrotem na trawę. Jeśli istniało coś, czego obawiał się bardziej niż duchów tej krainy, to byli ich słudzy: druidzi.

– Obudziłeś się, legacie – dobiegł go wesoły głos.

Obrócił głowę i zobaczył zbliżającego się Alienusa.

– Ty zdradliwy mały sukinsynu! – rzucił przez zaciśnięte zęby.

– Bynajmniej. Żeby być zdrajcą, trzeba zdradzić swój własny lud, a o to nie możesz mnie oskarżyć. Jestem księciem Atrebatów – odparł Alienus i przykucnął obok niego. – Nie wszyscy z nas ugięli się przed Rzymianami jak mój tchórzliwy dziadek czy mój próżny i żądny chwały kuzyn, który przywłaszczył sobie to, co było moje z racji urodzenia, i teraz panuje zamiast mnie. To właśnie oni sprowadzili hańbę na mój lud. Karadok, czy też Karatakus, jak wy go zwiecie, jest być może nieprzyjacielem mojego ludu, ale on przynajmniej przeciwstawia się najeźdźcom. Jest z naszej krwi i na pewno zachowa nasz sposób życia i naszych bogów, i dlatego należy mu się pomoc w zepchnięciu was do morza.

– Żebyście mogli ciągnąć swoje nic nieznaczące swary, żyjąc na obrzeżach świata?

– Może to i są obrzeża twojego świata, ale ta wyspa jest naszym całym światem i zanim wy przybyliście, organizowaliśmy sobie życie zgodnie z naszymi własnymi prawami i zwyczajami. Czy możesz nas winić za to, że chcemy dalej tak żyć?

– Nie, ale jesteście niepraktyczni. – Sabinus znowu zadygotał z zimna, palce stóp zmarzły mu na kość. – Rzym przybył tutaj na stałe, a wy, nie przyjmując tego do wiadomości, sprowadzicie śmierć na wielu waszych ludzi.

– Nie teraz, kiedy mamy ciebie.

– Co masz na myśli?

– Dzisiaj przypada równonoc wiosenna. Garstka ludzi z twojej eskorty, która zdołała przeżyć, zwilżyła już ołtarze naszych bogów swoją krwią… ale nie ty. Przybyliśmy tu właśnie po ciebie. Wiedzieliśmy, że musimy cię dopaść, zanim wyruszysz na kampanię, bo potem już byś nie uwierzył w wezwanie Plaucjusza.

Zęby Sabinusowi zaszczękały, kiedy przenikliwe zimno zaczęło wędrować w górę ciała.

– W jaki sposób podrobiliście jego pieczęć?

– Jeśli ma się dostęp do dokumentów, przy których jest jego nienaruszona pieczęć, sprawa nie przedstawia specjalnych trudności. Masz trzy miesiące, żeby to sobie wymyślić.

– Po co? Dlaczego mnie po prostu nie zabijecie od razu?

– Och, jesteś na to zbyt cenny. Byłoby to bezsensowne marnotrawstwo. Druidzi doszli do wniosku, że najznaczniejszą ofiarą złożoną bogom na rzecz Karatakusa, by wzmocnić go w walce, byłby rzymski legat. – Alienus uniósł brwi i z półuśmiechem wymierzył palec w Sabinusa. Wskazał głową druidów stojących w złocistych promieniach zachodzącego słońca, które poprzez dwa łuki kręgu spływały prosto na kamienny ołtarz. – A Myrddin, który sprawuje nad nimi władzę zwierzchnią i zna się na tych sprawach, uważa, że najbardziej korzystnym dniem na złożenie ofiary będzie czas letniego przesilenia, a najbardziej odpowiednim miejscem gaj świętych źródeł.

Sabinus obrzucił wzrokiem druidów, którzy nie przerywali inkantacji, i uświadomił sobie, że ciepło promieni słonecznych do niego nie dociera; za to zmraża mu ciało lodowate zimno nikczemnej mocy ziejące od tej grupy. Alienus najwyraźniej tego nie odczuwał. Umysł Sabinusa pracował coraz wolniej, uniemożliwiając stawianie pytań. Oczy zaczął pokrywać mu szron. Ostatnim wysiłkiem plunął drobiną skażonej wymiocinami śliny w twarz szpiega.

– Wtedy już mnie tutaj nie będzie. Mój brat przybędzie mi na pomoc – powiedział z trudem.

Alienus wytarł policzek wierzchem dłoni, uśmiechając się kwaśno.

– Tego możesz być pewien. Myrddin polecił mi go tutaj sprowadzić, razem z jego skazanym na zatracenie legionem. Zgodzisz się zapewne, że dwóch legatów będzie miało o wiele większe znaczenie niż jeden; a już dwaj bracia staną się najpotężniejszą ofiarą, jaką można złożyć bogom, by zyskać ich przychylność dla armii, którą właśnie gromadzi Karatakus. A Myrddin zawsze dostaje to, czego chce.

Sabinusowi zrobiło się biało przed oczyma, kiedy zimno ścisnęło mu serce; poczuł, jak jakaś złowroga, niewidzialna istota odbiera mu przytomność, i zaczął krzyczeć aż do ogłuchnięcia. Tyle że z jego zastygłych w bezruchu ust nie wydobył się żaden dźwięk.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Tamiza (łac. Tamesis). Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza.

CZĘŚĆ I

BRYTANIA

WIOSNA 30 ROKU

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ II

BRYTANIA

WRZESIEŃ 46 ROKU

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ III

RZYM

CZERWIEC 47 ROKU

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ IV

RZYM

JESIEŃ 48 ROKU

Dostępne w wersji pełnej

CZĘŚĆ V

RZYM

JESIEŃ 48 ROKU

Dostępne w wersji pełnej

EPILOG

1 STYCZNIA 49 ROKU

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału: Vespasian: Masters of Rome

Copyright © Robert Fabbri, 2014

All rights reserved

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2016

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Małgorzata Chwałek

Projekt i opracowanie graficzne serii i okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce: Tim Byrne

Wydanie I e-book

(opracowane na podstawie wydania książkowego:

Wespazjan. Władcy Rzymu, wyd. I, Poznań 2016)

ISBN 978-83-8062-769-7

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Wespazjan. Zaginiony syn Rzymu Wespazjan. Władcy Rzymu Wespazjan: Utracony orzeł Rzymu 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni