Bitwa o kulturę

Bitwa o kulturę

Autorzy: zbiorowe Opracowanie

Wydawnictwo: Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book darmowy

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 0.00 zł

Horyzontem, który wyznacza nasze poszukiwania jest rok 2045. Perspektywa stosunkowo bliska, jak na futurologię, a jednocześnie odległa, jeśli wziąć pod uwagę przyspieszenie technologiczne i tempo zmian cywilizacyjnych. Ustalając dystans czasowy na 30 lat chciałem, aby prognozy i przewidywania obejmowały aktywne życie zawodowe moich rozmówców i rozmówczyń, abyśmy snując fantazje, starali się wyobrazić w nich siebie. [...]

 

Pomieszczone w tej książce prognozy nie są po to, aby wywołać lęk przed #przyszłością, ale by uruchomić refleksję na temat możliwych scenariuszy dla Polski, Europy, świata. William Gibson, twórca gatunku cyberpunk, który m.in. opisał Internet na długo przed jego powstaniem, twierdził, że #przyszłość jest teraz, tylko nierówno rozłożona. Kultura może nam pomóc ją dostrzec, ale to od nas będzie zależało, co z tą wiedzą zrobimy.

(ze wstępu autora)

ROMAN PAWŁOWSKI

BITWA O KULTURĘ.

#PRZYSZŁOŚĆ

Warszawa 2015

Copyright © for this edition

by Teatr Stary w Lublinie and

Wydawnictwo Krytyki Politycznej,

Lublin–Warszawa 2015

Wydanie I

ISBN 978-83-65369-52-9

Organizator Teatru Starego w Lublinie

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Mecenas Teatru Starego w Lublinie

SPIS TREŚCI

Roman Pawłowski: Wstęp

Część I. Teoretycy i aktywiści

Edwin Bendyk: Przyszłość już była. Innej nie będzie

Anna Dąbrowska i Piotr Choroś: Biegi ultra mają przyszłość

Jerzy Hausner: Gospodarka stanie się kulturą

Joanna Hołda: Będziemy chronić prawa twórców

Monika Kostera: Założymy kłączowe organizacje

Wojciech Orliński: Internet odbierze nam wolność i kulturę

Część II. Twórcy, krytycy, kuratorzy

Adam Chrząstowski: Będziemy jeść lokalnie

Tomasz Cyz: Nie pojawi się nowy Rossini

Artur Ganszyniec: Zagramy w życie

Szymon Holcman: Będziemy myśleć obrazami

Anna Kuczyńska: Ubiorą nas lokalni projektanci

Robert Kuśmirowski: Wszyscy będziemy artystami

Ignacy Karpowicz: Powieści nie znikną

Zbigniew Libera: Wrócimy do kultury plemiennej

Krystian Lupa: Teatr zastąpi religie

Paweł Mykietyn: Muzyka będzie matematyką

Maria Peszek: Rewolucję wywołam na scenie

Weronika Szczawińska: Kolektywy przejmą teatry

Małgorzata Szumowska: Kino będzie terapią

Aleksandra Wasilkowska: Przyszłość architektury to hybrydy

Mariusz Wilczyński: Metafora wygra z iluzją

Biogramy

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

PRZYSZŁOŚĆ JEST TERAZ

ROMAN PAWŁOWSKI

Ten projekt wziął się z potrzeby zajrzenia za horyzont. Polska modernizuje się w dynamiczny sposób, zmienia się paradygmat społeczno-cywilizacyjny, zmiany obejmują praktycznie wszystkie sfery aktywności społecznej: od prawa, przez gospodarkę, po kulturę i style życia. Jednocześnie polskie społeczeństwo jest zwrócone w przeszłość. Najważniejszym tematem debaty publicznej pozostają rozliczenia historyczne, zwłaszcza dwudziestowieczne, główną aktywnością polityczną – upamiętnianie. W ciągu ostatnich dwóch dekad zbudowaliśmy setki pomników, otworzyliśmy dziesiątki muzeów i tylko jeden Ośrodek Badań nad Przyszłością, działający przy prywatnej zresztą uczelni, Collegium Civitas w Warszawie.

Chowanie się w bezpieczną, bo znaną i oswojoną przeszłość jest reakcją na niepewną sytuację na świecie, wywołaną kryzysami politycznymi i gospodarczymi. „Ktoś nam zabrał przyszłość” – powiedziała mi reżyserka teatralna Weronika Szczawińska w rozmowie zamieszczonej w tej książce. Jej zdaniem niestabilność zatrudnienia, odsetek pracy prekarnej sprawiają, że młode pokolenia nie są w stanie niczego zaplanować. Z drugiej strony – kontynuowała Szczawińska – nie umiemy projektować bardziej abstrakcyjnie pojętej przyszłości, bo świat, mimo odkryć i nowych technologii, stał się nieprzezroczysty. Nie rozumiemy polityki, problemy gospodarki są dla nas nieprzeniknione, podobnie jak relacje społeczne; nie wiemy, gdzie zapadają decyzje ani kto za nie odpowiada. Trzymamy się tradycyjnych ścieżek rozwoju, nie wychylamy się, bo terytorium poza nimi wydaje się nieznane i tym samym groźne.

W Polsce nostalgię za przeszłością dodatkowo wzmacnia wieloletnia zaciekła walka między dwiema największymi prawicowymi partiami, które rywalizują o to, która skuteczniej opowie Polakom i Polkom ich historię, a przez to zyska ich poparcie. Orężem w tym konflikcie jest polityka historyczna, hybryda doraźnej walki politycznej i traktowanej ideologicznie nauki o przeszłości, która ma uzasadniać bieżące działania. W rezultacie stajemy się mistrzami w rekonstruowaniu wielkich bitew, a jednocześnie z trudem odnajdujemy się w teraźniejszości, przyszłość natomiast zostawiamy przypadkowi lub Bogu, zależnie od tego, kto w co wierzy.

Gdzie szukać projektów zmiany? Edwin Bendyk, publicysta „Polityki” i jeden z najlepszych ekspertów od przyszłości w Polsce, twierdzi, że w kulturze. To twórcy mają zdolność konstruowania utopii, które mogą przekładać się na realne działania. Podobnie myśli prof. Jerzy Hausner, jeden z najwybitniejszych polskich ekonomistów, który uważa, że kultura może stać się mechanizmem rozwoju. Według niego odpowiedzi na kryzys nauk ekonomicznych i gospodarki należy szukać w kulturze, bo to ona wyzwala energię twórczą i buduje wspólnotowość, niezbędne w nowej gospodarce opartej na wiedzy.

Zainspirowany wypowiedziami red. Bendyka i prof. Hausnera, zaprosiłem grupę praktyków oraz praktyczek i teoretyków oraz teoretyczek kultury, aby razem ze mną wyprawili się w podróż w przyszłość i spróbowali zbudować własną wizję jutra. Aby zajrzeli za horyzont swoich dziedzin kultury i sztuki, ale także nazwali osobiste pragnienia, marzenia i obawy związane z przyszłością. Wybór był subiektywny, rozmawiałem z osobami, których myślenie jest mi bliskie, i takimi, z którymi wiele mnie dzieli. Szukałem ludzi z różnych pokoleń i środowisk, aby obraz był jak najszerszy. Znaleźli się wśród nich zarówno twórcy działający w obszarze tradycyjnych dziedzin: literatury, muzyki, filmu, teatru, opery, jak i nowych zjawisk, nabierających dopiero znaczenia w obiegu kulturowym, takich jak komiks i gry komputerowe. Moimi rozmówcami byli także ludzie tworzący modę i gastronomię, dziedziny, które odgrywają coraz większą rolę w kształtowaniu naszych zachowań kulturowych.

Część rozmów odbyła się w ramach cyklu spotkań „Bitwa o kulturę #przyszłość”, które prowadziłem w 2014 roku w Teatrze Starym w Lublinie. Pozostałe rozmowy nagrałem osobno, specjalnie na użytek tej publikacji. Oprócz twórców szeroko rozumianej kultury moim rozmówcami byli także naukowcy i publicyści, eksperci z dziedzin ekonomii, zarządzania, prawa autorskiego, nowych technologii i mediów, czyli dyscyplin, które kształtują środowisko dla kultury, a jednocześnie wiele z niej czerpią. To oni stawiają pytania, na które próbuje dzisiaj odpowiedzieć kultura i sztuka.

Horyzontem wyznaczającym nasze poszukiwania jest rok 2045. Perspektywa – stosunkowo bliska jak na futurologię, a jednocześnie odległa, jeśli wziąć pod uwagę przyspieszenie technologiczne i tempo zmian cywilizacyjnych. Ustalając dystans czasowy na trzydzieści lat, chciałem, aby prognozy i przewidywania obejmowały aktywne życie zawodowe moich rozmówców i rozmówczyń, abyśmy snując fantazje, starali się wyobrazić w nich siebie. Czasem wybiegamy daleko w przód – jak w przypadku Zbigniewa Libery, który w swoich pracach pokazuje świat pod koniec XXI wieku – a czasem tylko o kilka lat, kiedy mówimy o osobistych planach artystów i artystek. Niekiedy cofamy się w przeszłość, aby prześledzić zmiany kulturowe i znaleźć odpowiedź na pytanie o mechanizmy powstawania nowych zjawisk i prądów.

Prognozowanie przyszłości może być niebezpieczną pułapką, czas brutalnie weryfikuje scenariusze, które snuli pół wieku temu awangardowi twórcy i pisarze science fiction. Nie zrealizowała się wizja holenderskiego artysty Constanta Nieuwenhuysa z lat 60. o społeczeństwie Nowego Babilonu, w którym ludzie uwolnieni z kajdanów pracy i obowiązków obywatelskich przemieszczają się swobodnie po świecie w poszukiwaniu przyjemności i rozrywki. Nie żyjemy w kroczących miastach, które w latach 60. projektowali architekci z brytyjskiej grupy Archigram. Zaplanowany na rok 2003 lot człowieka na Wenus, opisany w Astronautach Stanisława Lema z 1951 roku, także się nie odbył, choć nasze sondy dotarły do krańców Układu Słonecznego.

Z drugiej strony trudno wymyślić coś nowego na temat przyszłości, wszystkie scenariusze, z apokalipsą i regresem cywilizacyjnym na czele, zostały już opisane i przetrawione przez popkulturę. Dzisiaj fantastyka przetwarza głównie przeszłość, budując alternatywne wersje historii, jak te z powieści Jacka Dukaja Lód, w której zmiany klimatyczne wywołane upadkiem meteorytu tunguskiego blokują mechanizm historii, I wojna światowa nie wybucha, a Polska w latach 20. XX wieku wciąż należy do Cesarstwa Rosyjskiego.

Zamiast snuć fantazje o kroczących miastach i lotach do gwiazd, możemy uchwycić zjawiska, które w najbliższym czasie będą realnie wpływać na nasze życie. Rozwój miast, wpływ nowych technologii komunikacji na relacje międzyludzkie, zmiany w prawie autorskim i ich oddziaływanie na kulturę, starzenie się społeczeństw, migracje, nowe modele ekonomiczne, zmiany klimatyczne, rosnące nierówności społeczne – to wszystko procesy w bardzo konkretny sposób kształtujące naszą przyszłość.

Moi rozmówcy i rozmówczynie nie dają spójnej ani całościowej odpowiedzi na pytanie o to, co nas czeka. Ich projekty i fantazje bywają rozbieżne: jedni prorokują rozkwit miast, inni ich upadek, jedni wierzą w nowe technologie, inni wieszczą koniec postępu technologicznego i cywilizacyjny regres. Utopie sąsiadują tu z dystopiami, niemal każdy pozytywny projekt ma rewers w postaci pełnej obaw wizji katastrofy. Dla jednych przestrzeń wirtualna jest zagrożeniem wolności i podstawowych praw człowieka, miejscem, gdzie wyzwala się agresja i frustracja, dla innych – laboratorium przyszłości, w którym powstaje nowy człowiek. Dynamicznie rozwijający się język obrazów dla jednych jest wartością, a inni postrzegają go jako zagrożenie tradycyjnej kultury opartej na słowie.

Wspólne jest poczucie, że żyjemy na krawędzi wielkiej zmiany, bo system, który dotąd obowiązywał, sięgający korzeniami jeszcze XIX wieku, nie jest w stanie sprostać nowym globalnym wyzwaniom, związanym z kryzysem gospodarczym i demograficznym, wielkimi migracjami i wywołanymi przez nie wojnami kulturowymi czy gwałtownym rozwojem technologii, przynoszącym tyle ułatwień co problemów. Mówi o tym dobitnie prof. Monika Kostera, specjalistka od innowacyjnych form zarządzania: „Ten świat tak się już zapętlił i zagalopował w ślepą uliczkę, że stał się niereformowalny; próby podejmowania jakichś reform czy budowania wysp funkcjonujących inaczej są skazane na porażkę”.

Jaki będzie ten nowy system, który na razie powstaje jako utopia w głowach intelektualistów i intelektualistek oraz artystów i artystek? Czy, jak proponuje prof. Kostera, będzie niehierarchiczną siecią kłączowych organizacji obejmujących cały świat? Globalną oligarchią rządzoną przez internetowych magnatów, jak w swoich katastroficznych prognozach zapowiada publicysta Wojciech Orliński? A może schyłkowy kapitalizm obroni się i zakonserwuje, przejmując i neutralizując energię skierowanego przeciwko sobie buntu, jak twierdzi Piotr Choroś, politolog i działacz organizacji pozarządowych?

Pytanie o przyszłość systemu to także pytanie o miejsce kultury w nim – bardzo ważne w kontekście komercjalizacji i niedostatecznych nakładów publicznych na kulturę, prekaryzacji twórców, zagrożenia cenzurą. Czy kultura stanie się mechanizmem rozwojowym, jak chciałby prof. Jerzy Hausner? Czy ograniczy się do korporacyjnej rozrywki serwowanej za pomocą sieci zubożałym masom zamieszkującym baraki, o czym pisali autorzy science fiction, tacy jak Philip K. Dick?

Zamieszczone w tej książce prognozy przedstawiam nie po to, aby wywołać lęk przed przyszłością, ale by uruchomić refleksję na temat możliwych scenariuszy dla Polski, Europy, świata. William Gibson, twórca gatunku cyberpunk, który m.in. opisał Internet na długo przed jego powstaniem, twierdził, że przyszłość jest teraz, tylko nierówno rozłożona. Kultura może nam pomóc ją dostrzec, ale to od nas będzie zależało, co z tą wiedzą zrobimy: czy będziemy biernie czekać na nieuchronne zmiany, czy też podejmiemy próbę korekty i będziemy starali się kształtować ją według naszych marzeń i potrzeb. Do tego niezbędna jest jednak wyobraźnia. Musimy sobie opowiedzieć przyszłość – a tego nie zrobimy bez kultury.

* * *

Pomysł tej książki powstał w ramach mojej współpracy z Teatrem Starym w Lublinie, gdzie od 2012 roku współprowadziłem cykl dyskusji pod hasłem „Bitwa o kulturę”. Jego kuratorem był Krzysztof Varga, pisarz, niegdyś mój kolega redakcyjny z „Gazety Wyborczej”. Zaprogramowane przez niego rozmowy otwierały nowe perspektywy na kulturę i uruchamiały wyobraźnię, która naprowadziła mnie w końcu na pomysł cyklu rozmów o przyszłości. Nie byłoby tej książki, gdyby nie Karolina Rozwód, dyrektorka Teatru Starego, która zaprosiła mnie do tej nowoczesnej placówki i wspierała mój projekt merytorycznie i organizacyjnie. Przełożenie pięćdziesięciu godzin nagrań wywiadów na tekst nie udałoby się bez pomocy Magdaleny Stępień, która perfekcyjnie przygotowała wszystkie transkrypcje. Dziękuję także całemu zespołowi Teatru Starego, szczególnie realizatorom transmisji internetowych, dzięki którym nasze dyskusje mogła oglądać publiczność spoza Lublina. Podziękowania należą się również wspaniałej lubelskiej publiczności przez rok uczestniczącej w naszych spotkaniach i dopingującej uczestników i uczestniczki dociekliwymi pytaniami. Gdyby wszystkie instytucje kultury działały tak jak lubelski Teatr Stary, nie bałbym się o ich przyszłość.

CZĘŚĆ I

TEORETYCY I AKTYWIŚCI

1

PRZYSZŁOŚĆ JUŻ BYŁA. INNEJ NIE BĘDZIE

EDWIN BENDYK

Coraz więcej ekonomistów twierdzi, że postęp był tylko epizodem w historii ludzkości, że doszliśmy do okresu powzrostowego. Musimy przygotować się na świat, w którym nie będzie już wzrostu dochodów i radykalnego postępu.

ROMAN PAWŁOWSKI: W swoich notach biograficznych przedstawiasz się jako kogniwojażer. Co to znaczy?

EDWIN BENDYK: To pojęcie pojawiło się, kiedy z profesorem Tomaszem Szlendakiem jechaliśmy z konferencji w Gdańsku na konferencję w Bydgoszczy i rozmawialiśmy o losie takich właśnie wędrujących uczestników konferencji. Stwierdziliśmy, że dzisiaj wiedza jest podstawowym towarem i że jesteśmy takimi komiwojażerami, którzy wożą wiedzę. Stąd ten kogniwojażer.

Komiwojażerowie wozili ze sobą walizki pełne próbek, a wy co wozicie?

Głowy i laptopy z prezentacjami. Reszta pozostaje ta sama; nieustanne podróże i nocowanie w hotelach.

Zaraz wrócimy do słowa kognitywny i do pojęcia gospodarki kognitywnej, która, jak piszesz, ma w przyszłości zastąpić gospodarkę tradycyjną opartą na surowcach. Ale zanim oddamy się wizjom przyszłości, chciałbym na chwilę wrócić do przeszłości. W jednym ze swoich tekstów przywołałeś pracę profesora Krzysztofa Pomiana, który na początku lat 80. XX wieku pisał o kryzysie przyszłości. Według niego zmiany cywilizacyjne powodują, że coraz trudniej jest sobie wyobrazić przyszłość możliwą i pożądaną. W chwili kiedy to pisał, świat wydawał się stabilny i przewidywalny. Wtedy jeszcze można było przewidzieć mniej więcej, jak będzie przebiegało życie danego człowieka – od dzieciństwa, przez dorosłość, aż po starość. Wiadomo było, jak wygląda proces edukacji, kariera zawodowa, życie rodzinne. Model ten rozsypał się jednak w ciągu niecałych dwóch dekad. Kto nam ukradł przyszłość?

To był tekst dokładnie z 1980 roku, mija więc trzydzieści pięć lat od jego publikacji, ale gdyby zmienić pojęcia na używane w dzisiejszym dyskursie, to ciągle czulibyśmy jego aktualność. Prof. Pomian zauważył, że gwarantem przyszłości i podstawą wiary w postęp był sojusz między nauką a państwem. Państwo czerpało legitymację do realizowania projektów modernizacyjnych z tego, że wiedziało, jak będzie, a to, jak będzie, mówiła nauka.

Mieliśmy plany pięcioletnie, dziesięcioletnie…

To było w PRL-u, ale Francja do dzisiaj realizuje gospodarkę planową, ma komitet planów, mimo że jest krajem kapitalistycznym. Podobnie jest w Korei Południowej, jednym z najdynamiczniej rozwijających się współcześnie krajów. Resztki tego przekonania, że można zarządzać rozwojem w oparciu o naukę, istniały jeszcze do połowy wieku XX, ale już w latach 60., a w pełni w następnej dekadzie, odkryliśmy, że nauka jest źródłem nie tylko odpowiedzi pozytywnych, lecz również problemów. No i nastąpiła erozja zaufania do sojuszu między państwem a nauką. Książki, takie jak Cicha wiosna Rachel Carson z 1962 roku, pokazywały, że postęp nagle stał się źródłem poważnych problemów ekologicznych. Symbolem tych zmian był DDT, czyli azotoks, który miał rozwiązać wszystkie problemy sanitarne, tymczasem jego powszechne stosowanie spowodowało zanieczyszczenie środowiska. Potem był raport Klubu Rzymskiego Limit to Growth, czyli Granice wzrostu, z 1972 roku, podważający bezgraniczną wiarę, że wzrostem można zarządzać. Kluczowym wydarzeniem, które potwierdziło tezę Pomiana, była katastrofa w elektrowni w Czarnobylu w 1986 roku. Czarnobyl nie tylko wysadził w powietrze Związek Radziecki, ale w ogóle wysadził w powietrze nowoczesność rozumianą jako bezgraniczna pycha w realizowaniu dużych projektów.

W Czarnobylu skończyła się definitywnie wiara w technologię, a piętnaście lat później razem z wieżami World Trade Center w Nowym Jorku zawaliła się wiara w porządek polityczny, którego pilnować miał globalny policjant.

Z tym że – jak mówi Immanuel Wallerstein – atak na World Trade Center był domknięciem zjawiska, które zaczęło się równo trzydzieści lat wcześniej decyzją prezydenta Richarda Nixona o uwolnieniu kursu dolara, otwierającą epokę neoliberalną. To była cena polityczna za wojnę w Wietnamie. Trzeba było spłacić olbrzymi dług i uwolnienie kursu dawało taką szansę. Wielka inflacja, która ogarnęła wtedy cały świat, pozwoliła Amerykanom zmniejszyć ich zadłużenie, ale koszty płacimy do dzisiaj. Decyzja Nixona oznaczała rezygnację z bezwzględnej, właściwej jeszcze dla państwa dobrobytu, politycznej kontroli rynków finansowych. Od tamtego czasu uruchamia się zupełnie nowy model zarządzania gospodarką: sfera wcześniej traktowana jako usługowa wobec sfery politycznej i społecznej nagle stała się dominująca. Data 11 września potwierdziła, że skończyła się dominacja Amerykanów w sensie geopolitycznym.

Co mamy zrobić, żeby się odnaleźć w tej przyszłości, bo ona jednak nastąpi, prawda? Ktoś nam ukradł wizję, ktoś zlikwidował plan, ale – jak mówi Makbet – „ciągle to jutro, jutro i znów jutro”. Jak się do tego jutra przygotować i gdzie szukać w dzisiejszej rzeczywistości sygnałów zapowiadających zmianę?

Źródłem wiedzy o tym, co może nas czekać, jest kultura: to ona wytwarza symbole, podpowiada obrazy, daje nam sposób opowiadania o samych sobie. Dobrym przykładem może tu być dorobek Williama Gibsona, twórcy gatunku cyberpunk. W 1982 roku Gibson w opowiadaniu Burning Chrome po raz pierwszy użył pojęcia cyberprzestrzeni. Rozwinął je dwa lata później w powieści Neuromancer, gdzie opisywał ją jako „rozszerzony elektroniczny układ nerwowy ludzkości”. Stało się to na sześć lat przed wymyśleniem WWW i początkiem popularności Internetu. Potem pisarz stwierdził, że przyszłość jest dziś, tylko nierówno rozłożona.

Co to znaczy?

Cykl rozwoju produktów trwa mniej więcej 20 – 30 lat, czyli to, co za 20 – 30 lat będzie funkcjonowało na rynku, już dzisiaj jest rozwijane w jakimś laboratorium, inwestuje się w to pieniądze. Trzeba więc patrzeć, co się dzieje w laboratoriach.

Zatrzymajmy się na chwilę przy literaturze science fiction. Autorom s.f. udało się przeczuć i wyobrazić nie tylko nowe technologie, ale też związane z nimi zmiany społeczne. Przywołany przez ciebie William Gibson jako pierwszy użył słowa matrix na określenie sieci wirtualnej, w której w przyszłości będą żyć ludzie. To był przełom lat 70. i 80., kiedy nikomu nie śniło się jeszcze o awatarach czy portalach społecznościowych. On też pisał o technologii World Wide Web, podczas gdy naukowcy dopiero opracowywali jej założenia; opisywał włamania hackerów do przyszłych sieci komputerowych, wymyślił również telewizyjne reality show na długo przed emisją pierwszego „Big Brothera” (który swój tytuł zaczerpnął z literatury – z dystopijnej powieści George’a Orwella Rok 1984). To już nie tylko zdolność do przewidywania, w którą stronę rozwinie się technologia, ale także tego, jakie będą nowe potrzeby ludzi i jak zmieni się społeczeństwo.

Ta umiejętność jest zdecydowanie istotniejsza…

Gibson przewidział też rzeczy, które jeszcze nie nastąpiły, na przykład upadek państw narodowych na skutek globalizacji.

Tu byłbym ostrożny.

A nie sądzisz, że dystans między literacką fikcją a rzeczywistością w ostatnich latach bardzo się skrócił? W szkole zaczytywałem się w powieściach Lema, w jednej z nich – Powrocie z gwiazd z 1961 roku – bohaterowie płacili za usługi plastikowymi kartami, które pokazywały stan konta. Do głowy mi nie przyszło, że za dwadzieścia lat będę miał w portfelu trzy takie urządzenia. W przypadku Internetu trzeba było tylko kilku lat, aby wizja literacka stała się rzeczywistością. Na ile prognozy pisarzy futurystów wpływają na nasze postrzeganie przyszłości? Na ile są samospełniającymi się przepowiedniami?

To jest trudny problem, bo w sensie ontologicznym przyszłości nie ma. To znaczy ona będzie taka, jaką ją stworzymy. O tym, czy coś będzie, czy nie, decyduje suma naszych wyobrażeń i decyzji, oczywiście w ramach różnego typu ograniczeń. Ale decydująca jest wyobraźnia. Lem miał wpływ na przyszłość, bo zarażał umysły: w czasach, kiedy tworzył swoje najważniejsze książki, przyszłość była kodem mówienia o rzeczywistości. W mojej szkole mówiło się Lemem. Fenomen popularności tej literatury był na pewno związany z kontekstem komunizmu, czytaliśmy o przyszłości, aby uciec od ponurej rzeczywistości realnego socjalizmu. Natomiast dzisiaj mamy odwrotną sytuację. Science fiction, takie, jakie uprawiał Lem, rozgrywające się w przyszłości, jest w odwrocie. Jeżeli czytamy, to przede wszystkim alternatywne wizje przeszłości, historyczne fantasy.

Dlaczego klasyczne science fiction przestało działać?

Być może dlatego, że nie jesteśmy w stanie już nic wymyślić, bo wszystko zostało już wymyślone. To znaczy przekroczyliśmy pewną barierę ewolucyjną. Dokonaliśmy skoku antropologicznego, opisane zostały wszystkie możliwe warianty rozwoju człowieka, również w hybrydach z maszynami itd. Co można jeszcze wymyślić po Łowcy androidów Ridleya Scotta albo po Solaris Lema? Pozostała tylko jedna nieprzekraczalna granica: chodzi o możliwość komunikowania się z innymi formami życia, zarówno tymi, które ewentualnie odkryjemy, jak i tymi, które stworzymy – nowymi gatunkami cyborgicznymi. Nie mamy natomiast wątpliwości, że ich stworzenie jest technicznie możliwe. W zasadzie już jesteśmy cyborgami, to nie tylko hipoteza. Oczywiście nie mamy jeszcze wszczepionych układów elektronicznych, ale jesteśmy z technologią połączeni innymi więzami.

Widać to na lotniskach, gdzie coraz częściej bramki do wykrywania metali piszczą, chociaż pasażerowie nie mają przy sobie żadnych przedmiotów z metalu. Po prostu ludzie mają w sobie tyle elementów metalowych: sztuczne stawy, rozruszniki, implanty…

I to jest już normalna praktyka przywracania zdrowia. Te same techniki możemy wykorzystywać do modyfikowania naszych cech gatunkowych. Polska jest jednym z wiodących ośrodków przywracania słuchu poprzez implanty wszczepiane w pień mózgu. Tę samą technologię za dziesięć, piętnaście lat będzie można wykorzystać do wzmacniania kompetencji czy zdolności przetwarzania informacji. Pytanie, czy będziemy tego chcieli. I tu wkraczają pisarze i ludzie sztuki z ich wrażliwością. Inżynierowie będą w stanie zrobić wszystko, a jeśli tylko dostaną odpowiednie pieniądze, zrobią to dla samej ciekawości sprawdzenia. Tylko czy my jako społeczeństwo pójdziemy za tymi nowymi możliwościami?

Już dzisiaj niepełnosprawni sportowcy biegający na protezach osiągają lepsze wyniki niż sportowcy używający własnych kończyn. Czy stoimy przed perspektywą powstania nowego gatunku superludzi? A jeżeli tak, to jak to wpłynie na relacje społeczne, bo przecież nie każdego będzie stać na implanty potęgujące możliwości intelektualne i fizyczne?

Momentem przełomowym, który pokazał, że faktycznie jesteśmy już w przyszłości, był rok 2012 i paraolimpiada w Londynie. Hasło promujące to wydarzenie brzmiało „Meet the Superhumans” – „Spotkaj nadludzi”. Nie „Spotkaj się ze sprawnymi inaczej”, tylko odwołanie do Nietzschego, sugerujące, że niepełnosprawni to nie są ludzie z marginesu społecznego, ale przeciwnie: awangarda, nadludzie. Można to hasło odczytywać wieloznacznie: przez wysiłek, który włożyli, by osiągnąć to, co osiągnęli, ale z drugiej strony przez odwołanie do technologii. Symboliczny był moment otwarcia paraolimpiady, w którym uczestniczył Stephen Hawking, człowiek cyborg. Sto lat temu umarłby ze względu na swoją chorobę – stwardnienie zanikowe boczne, dzisiaj jest jednym z największych mózgów, ale mózgiem odłączonym od ciała i tylko dzięki technologii mogącym robić to, co robi. Na zakończenie paraolimpiady ponad milion londyńczyków wyszło, by żegnać niepełnosprawnych atletów. Ta akceptacja i uznanie pokazują, że najprawdopodobniej już jesteśmy w innej kulturze, którą nazywam posthumanistyczną, czyli taką, w której inaczej rozumiemy istotę człowieka, w której już jesteśmy otwarci na to, że jest to hybryda złożona z człowieka, umysłu i różnych rozwiązań technicznych pomagających mu w pełni realizować jego potencjał.

Problem w tym, że nie każdy chory lub niepełnosprawny ma możliwość korzystania z supernowoczesnego sprzętu rehabilitacyjnego. Czy nie jest tak, że z powodu różnic ekonomicznych i kulturowych w społeczeństwie rozwój technologii rozczarowuje, ponieważ zamiast przynosić większą równość, wywołuje jeszcze większą nierówność? Coraz więcej rodzin w Polsce ma dostęp do Internetu, ale poziom świadomości obywatelskiej, wiedzy czy choćby zwykłego rozumienia tekstów wcale się nie zwiększa. Nie jesteśmy mądrzejsi dlatego, że mamy w domu końcówki globalnej sieci. Dlaczego tak się dzieje?

Na postęp technologiczny trzeba nałożyć siatkę dominującej ideologii, wskazującej, jak zarządzać społeczeństwem i gospodarką – czyli neoliberalizmu. Jego teoretycy, Milton Friedman i inni, uważali, że uwolnienie rynku i prywatnej energii spowoduje ożywienie, na którym skorzystają wszyscy. Twierdzili, że wszystkie łódki pójdą do góry. Dzisiaj widzimy, że tak się nie stało. Mamy najszybciej rosnące nierówności od początku epoki przemysłowej. I jeżeli nałożymy ten trend na postęp techniczny, to widać, że rzeczywiście owoce tego postępu nie są dla wszystkich. Dla gawiedzi jest popkulturowe opium w postaci gier i filmów, z których łatwo i przyjemnie jest korzystać dzięki masowej dystrybucji przez Internet. Natomiast antropotechnologie, które dają szansę przedłużenia życia, czy wręcz, jak wierzą guru Krzemowej Doliny, nieśmiertelności, dostępne są tylko dla tych o ośmio-, dziewięciocyfrowych oszczędnościach, czyli dla miliarderów, którzy wzbogacili się na tym procesie.

Mimo rozwoju technologii natura człowieka nie zmienia się. Chciwość pozostaje jedną z głównych sprężyn napędzających ludzkość. Co zrobić, żeby osiągnięcia nauki i techniki były rzeczywiście dostępne ogółowi?

To jest pytanie o nową utopię. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie nową wersję sprawiedliwego społeczeństwa? Takim wyobrażeniem zrealizowanym w praktyce było wcześniej państwo dobrobytu. Po latach napięć i krwawych walk między różnymi siłami powstała idea sprawiedliwszego społeczeństwa, w którym aktywnie niweluje się różnice w dochodach, w dostępie do dóbr kultury, edukacji itd. Powstał fenomen nieznany w całej historii ludzkości, polegający na stwarzaniu szansy wszystkim. Ale to się skończyło wraz z nastaniem neoliberalizmu. Teraz pytamy, czy jesteśmy w stanie na nowo skonstruować społeczeństwo. Szukając odpowiedzi, trzeba ponowić wiele szczegółowych pytań stawianych przez krytyków społeczeństwa dziewiętnastowiecznego, między innymi Karola Marksa. Na przykład o to, kto jest dzisiaj podmiotem? Z jednej strony mamy kapitał, najważniejszą siłę sprawczą, bardzo autonomiczną. Pytanie, czy po przeciwnej stronie znajdzie się podmiot, aktor, który byłby w stanie wdrażać i legitymizować projekty polityczne?

Na pewno nie jest nim państwo, które staje się coraz słabsze i traci wpływ na gospodarkę.

Problem jest większy. Brak zdolności sprawczych państwa do regulowania sfery gospodarczej powoduje, że politycy, którzy szukają legitymizacji dla swoich działań, odwołują się do innych języków, które zaczynają być skuteczne w czasach chaosu. Efekt to ostry skręt w prawo, w kierunku nurtów skrajnie nacjonalistycznych, z dużą komponentą religijną. Widać to w krajach arabskich, gdzie rewolucja z lat 2010 – 2011 poniosła fiasko. Państwo, żeby zachować swoją integralność oraz zdolność do mobilizowania społeczeństwa, odwołuje się do kodów religijnych, wywołujących społecznie najsilniejszy rezonans. To powrót do wizji społeczeństwa żywiącej się wyidealizowaną przeszłością, jakimś mitycznym powrotem do tradycji, której nigdy nie było. Ta taktyka szybko się rozwija wobec siły sprawczej kapitału, który jest coraz bardziej zdelokalizowany i lata, jak chce, nie płacąc nigdzie podatków. Pytanie, czy pojawi się trzecia siła, jaką była w przeszłości klasa robotnicza. Nie mamy dzisiaj takiej.

Mamy klasę kreatywną, która – przynajmniej w Polsce – składa się głównie z prekariatu, czyli pracowników słabo opłacanych albo pracujących za darmo. Prekariat zastąpi proletariat?

Teoretycznie to mógłby być dobry materiał na rewolucję, ale póki co prekariat nie jest zdolny do zorganizowania się. Były próby organizacji tej grupy: ruch Occupy Wall Street, protesty w Hiszpanii i Izraelu. W Polsce mieliśmy swój wariant w postaci protestów przeciwko ACTA. Ta mobilizacja nie skutkowała jednak żadnym projektem politycznym ani wizją nowego społeczeństwa. Była to raczej propozycja restytucji minionego świata, w którym żyło się fajnie, zaczynało się dzień od cappuccino, potem pracowało się w biurze w sektorze kreatywnym albo obsługującym go. To się rozsypało wraz z kryzysem kapitalizmu w 2008 roku i na razie nie ma czym tego zastąpić. Optymiści porównują dzisiejszą sytuację do tej, która miała miejsce po stłumieniu rewolucji 1848 roku, kiedy nastąpiła restauracja i powrót do ancien régime’u. Społeczeństwo nie dało się jednak cofnąć. Potrzeba było jeszcze dwóch, trzech dekad, żeby praca krytyków systemu przyniosła owoce w postaci projektu socjaldemokratycznego. Być może nas to też czeka, trzeba teraz trochę popracować głową.

Podsumujmy: nie ma alternatywy dla kapitału, rządzi neoliberalizm, czyli szalone, chciwe, nieprzewidywalne rynki, państwo nie ma wpływu na gospodarkę, więc politycy skupiają się na ideologicznej nadbudowie, w wyniku czego mamy skręt w prawo. To negatywna wizja. Czy jest jakaś alternatywa?

Tak. Bardzo ciekawym zjawiskiem jest to, co się dzieje na Ukrainie. Rewolucja w Kijowie jest zupełnie inna niż to, co działo się w krajach arabskich podczas wiosny arabskiej, inna także od pomarańczowej rewolucji z 2004 roku. Po rewolucji 2014 roku powstała na Ukrainie zupełnie nowa podmiotowość, która szuka swojej tożsamości w różnych sferach, zarówno społecznej, jak i kulturowej. To jest inne społeczeństwo niż jeszcze dekadę temu. Dla wielu Ukraińców przestał mieć znaczenie dylemat, czy wstąpić do Unii, czy do wspólnoty celnej z Rosją, bo jeden i drugi model pochodzą z innej epoki. To gra o podobnym skutku – zastąpić oligarchów ze Wschodu oligarchami kapitału zachodniego. Oczywiście Zachód jest niewątpliwie bardziej elegancki i państwo prawa działa lepiej niż na Wschodzie, ale dla tych ludzi to jest inna gra. Oni szukają teraz wyrazu instytucjonalnego i politycznego, i sądzę, że takich ruchów będzie więcej. Upatruję szansę w tego typu autentycznych mobilizacjach, których powodem nie jest czysta polityka, ale poczucie urażonej godności. Kiedy Berkut rozbił protesty studentów na kijowskim Majdanie, hasłem buntu stało się „Prawa człowieka ponad wszystkim”. To nie był slogan dla zachodnich telewizji mający pokazać, że Ukraina jest już w Europie. Oni rzeczywiście tak myślą.

Dzieje się sporo, tylko jeszcze tego nie widzimy. W Polsce na przykład nie dostrzegliśmy narastającej fali protestu przeciwko ACTA.

Znamienna jest jednak reakcja Putina i Rosji na wydarzenia na Ukrainie. Trudno o wyższe uznanie dla rewolucyjnego potencjału Majdanu niż próba zatrzymania biegu wydarzeń przemocą wojenną. Agresję Rosji można analizować na kilku poziomach. To na pewno element rozgrywki o skali globalnej, swoiste „sprawdzam” rzucone w momencie chaosu po to, żeby zobaczyć, kto jakimi zasobami dysponuje. Gest to jednak rozpaczliwy, bo wyraża także porażkę modernizacyjną Rosji – źródłem jej siły w jeszcze większym stopniu niż w czasach ZSRR są surowce, a nie to, co stanowi o sile Stanów Zjednoczonych, czyli technologie. W wymiarze konfliktu z Ukrainą agresja ma służyć degeneracji projektu, jaki wyrażał Majdan. Doskonale to rozumieli i mam nadzieję, że nadal rozumieją Ukraińcy. We wrześniu 2014 roku uczestniczyłem w konferencji, podczas której ukraińscy intelektualiści przekonywali, że Ukraina nie prowadzi wojny z Rosją i Rosjanami. Wrogiem jest homo sovieticus, natomiast stawką – nowy projekt społeczno-polityczny, wolny od zagrożeń wcześniejszych projektów, które skończyły się katastrofami. Chodzi o integralny nacjonalizm i komunizm. Putin, nękając Ukrainę, liczy, że wyzwoli atawistyczne mechanizmy plemiennej nienawiści, że powtarzając o faszystach rządzących w Kijowie, w końcu uczyni słowo ciałem.

Zarówno ze względu na pierwszy, globalny, jak i drugi, regionalny wymiar ukraińska historia ma dziś potencjał uniwersalności.

Wróćmy do ACTA, czyli zainicjowanej przez Amerykanów międzynarodowej umowy o walce z naruszeniami własności intelektualnej. Jej krytycy zarzucali, że ograniczy konstytucyjne prawo do wolności wypowiedzi i spowolni rozwój innowacyjnych technologii. Na początku 2012 roku przeciwko umowie protestowali użytkownicy Internetu na całym świecie, w tym także w Polsce.

To był bunt, który nie do końca zrozumieliśmy. Nauki społeczne były bezradne, jakby w ogóle tego nie przewidziały. Raport Młodzi 2011 opublikowany pół roku przed tymi protestami w ogóle nie przewidywał takiej opcji, żeby młodzi Polacy mogli wyjść na ulice. A oni ruszyli, po raz pierwszy od dwudziestu lat.

Politycy chyba nie docenili Internetu. Jarosław Kaczyński jeszcze w 2008 roku mówił, że internauci zajmują się oglądaniem pornografii i piciem piwa.

I że można nimi łatwo manipulować. Okazało się, że nie miał racji. Problem polega na tym, że protest okazał się jednorazowy, rozszedł się. Nie wiemy, czy ta energia została gdzieś w strukturze i tylko jej nie widzimy, czy może znikła i trzeba będzie czekać znowu trzydzieści lat, aż powstanie coś nowego. Tak czy inaczej, protesty przeciw ACTA pokazały, jak słabo radzimy sobie z opisem rzeczywistości. Mamy aparat intelektualny z innej epoki, np. wciąż mówimy o społeczeństwie obywatelskim, rozumiejąc je jako zbiorowość zorganizowaną w organizacjach pozarządowych. Dzisiaj większość zadań, jakie wykonywały organizacje NGO, można realizować poza ich strukturami. Statystyki tego nie pokazują, w związku z czym prof. Janusz Czapiński z uporem twierdzi, że w Polsce jest bardzo niski kapitał społeczny. Jeśli popatrzeć na różne formy samoorganizacji na poziomie lokalnym, jest zupełnie inaczej. Francuski socjolog Alain Touraine opublikował w 2013 roku książkę Koniec społeczeństw. Facet ma w tej chwili dziewięćdziesiąt lat i mówi, że wszystko, co napisał, a napisał około pięćdziesięciu książek, może wyrzucić do kosza, bo skończył się świat, który dotychczas badał. Żałuje tylko, że nie ma już za dużo czasu, by go badać. Musimy całkowicie na nowo stworzyć teorię społeczną.

Jednym z nowych zjawisk jest rosnące znaczenie miast. Mieszka w nich już ponad połowa ludzkości. Według niektórych teoretyków wielkie metropolie zastąpią w przyszłości państwa, już dzisiaj wiele z nich prowadzi własną politykę gospodarczą, społeczną i międzynarodową. W jaki sposób miasta ukształtują naszą przyszłość?

Niewątpliwie ze względu na logikę kapitalizmu metropolie odgrywają ważną rolę jako miejsca kreowania wartości i podejmowania decyzji politycznych. Pytanie, w którym kierunku pójdzie ten proces. Można na to spojrzeć pesymistycznie i powiedzieć, że kapitałowi po prostu łatwiej oddziaływać na metropolie, bo łatwiej jest korumpować burmistrzów niż struktury państwa. To w miastach podejmowane są decyzje lokalizacyjne, tam się buduje nieruchomości itd. Ale można też patrzeć pozytywnie – w metropoliach koncentruje się dzisiaj zupełnie nowy podmiot społeczny. Jeżeli popatrzymy na wskaźniki wykształcenia osób do dwudziestego dziewiątego roku życia, to w tej grupie mamy dziś w Polsce najwyższy po Norwegii odsetek dyplomów wyższych uczelni (abstrahuję od jakości wykształcenia). To jest zupełnie inny podmiot niż jeszcze piętnaście lat temu. Tym ludziom nie chodzi już o wielkie cele, modernizację kraju, tylko o to, jak będzie wyglądać przestrzeń, w której mieszkają. Od kilku lat można zaobserwować, jak silną wywiera się presję, żeby miasta wyglądały inaczej. Euro było według mnie taką cezurą. Wybudowaliśmy nowe stadiony, burmistrzowie przekonali się, że to niewiele zmieniło. Stadiony są puste, potrzeba czegoś innego, ludzie gdzie indziej realizują swoje projekty. Trzeba się nauczyć z nimi dogadywać. Nie wystarczy powiedzieć, że wiemy lepiej i dostaliśmy mandat na cztery lata. Bo jak się zdenerwują, to zrobią referendum i odwołają prezydenta wcześniej. To jest nowa jakość.

Tylko że na zmianach w przestrzeni miejskiej zależy niewielkiej grupie z klasy średniej. Pozostali mieszkańcy są raczej bierni albo wrogo nastawieni do zmian, które narzuca bogatsza i lepiej wykształcona część społeczeństwa.

To prawda, różne grupy mają sprzeczne interesy. Dawne pojęcie, jeszcze marksowskie, walki klas zostało zastąpione przez pojęcie walki miejsc. Dobrym przykładem jest warszawska klubokawiarnia Chłodna 25, która zainspirowała cały trend klubokawiarniany. Poległa w konfrontacji z mieszkańcami kamienicy, którzy mieli dość hałasu. Ważny ośrodek kulturotwórczy musiał ustąpić przed wizją dobrego życia emerytów mieszkających kilka pięter wyżej. Z drugiej strony zaostrza się walka o symbole i miejsca upamiętnienia. Jej wyrazem jest instalacja Julity Wójcik „Tęcza”1 na placu Zbawiciela w Warszawie, która dla jednych jest symbolem pojednania, dla innych propagandą homoseksualizmu.

Miasta mogą być ciekawym laboratorium przyszłości, bo tutaj wykluwają się nowe formy demokracji: referenda, konsultacje społeczne, budżet partycypacyjny. Czy demokracja przedstawicielska zmieni się pod naciskiem obywateli?

Demokracja na pewno wymaga modernizacji. Dzisiaj nawet w najbardziej zasiedziałych demokracjach, jak brytyjska, system przedstawicielski nie odzwierciedla nowej struktury społecznej. W Wielkiej Brytanii przeprowadzono badania, które wykazały, że obecny system partyjny reprezentuje nie więcej niż czterdzieści procent społeczeństwa. Powstała nowa struktura klasowa niemająca swoich przedstawicieli. Wydaje się, że w miastach łatwiej włączyć do rządzenia nowe głosy, chociażby poprzez budżet partycypacyjny, wymyślony dwadzieścia lat temu w Porto Alegre.

Kto by pomyślał, że obywatele będą głosowali, na co przeznaczyć miliony z publicznych pieniędzy.

Jeszcze cztery lata temu było to w Polsce niewyobrażalne, a dzisiaj staje się powszechną praktyką. W Łodzi, gdzie społeczeństwo podobno jest najmniej aktywne, w 2014 roku ponad sto siedemdziesiąt tysięcy osób zagłosowało na projekty w ramach budżetu partycypacyjnego. Był to rekord Polski. Co ciekawe, samorządy nagle odkryły, że oddanie części władzy w postaci decyzji o pieniądzach nie oznacza oddania władzy tak naprawdę. Można za to wiele zyskać: legitymizujemy swoją pozycję, włączając obywateli do rozwiązania problemów, których normalnie nie widzimy. Rodzą się nowe mechanizmy konsultacji lokalnych, takie jak Inicjatywa Obywatelska w Warszawie. Polega to na tym, że miasto partycypuje w projektach, które zgłaszają mieszkańcy osiedla. Np. brakuje nam ławek, zgłaszamy projekt do władz dzielnicy, otrzymujemy pieniądze na farby i narzędzia i sami wykonujemy te ławeczki. Może to banalne, nie ma w tym wielkiej polityki, ale tworzy się więź, która może stać się podstawą większego projektu społecznego. Najpierw jednak musimy nauczyć się żyć w nowej przestrzeni, w której porozsypywały się stare więzi. Zrekonstruować zdolność do wspólnego życia i marzenia o przyszłości. Na razie odwołujemy się do mitologizowanych marzeń z przeszłości, np. z Sienkiewicza. Potrzebujemy nowszych tekstów, które, jak kiedyś Lem, na nowo opowiedziałyby nam przyszłość.

Spróbujmy więc opowiedzieć tę przyszłość, przesuńmy zegar o trzydzieści lat. Co na bazie tego, co do tej pory stwierdziliśmy, można by prognozować dla Lublina, Polski, Europy? Jaki rodzaj systemu politycznego nas czeka? Czy będzie więcej nierówności, czy może mniej? Czy technologie będą bardziej dostępne i poprawią jakość życia całego społeczeństwa, czy też staną się jedynie instrumentem do generowania zysków wielkich korporacji? Jak to sobie wyobrażasz? I gdzie w tym wszystkim znajdzie się kogniwojażer Edwin Bendyk ze swoim laptopem?

Nie podejmuję się formułowania takiej wizji. Możemy mówić tylko o znanych dzisiaj czynnikach, które mogą mieć wpływ na rzeczywistość za dwadzieścia – trzydzieści lat. Ale nigdy nie będziemy pewni, jak będzie.

Jak to, przecież prowadzisz Laboratorium Przyszłości w Collegium Civitas w Warszawie, poważnej instytucji naukowej. Badacie przyszłość i nie wiecie, jaka będzie?

Cała dzisiejsza refleksja nad przyszłością prowadzi do tego, że nie wiemy, jaka ona będzie. Jedyne, co można robić, to śledzić trendy. Na przykład w demografii: już dzisiaj możemy przewidzieć z dużą dokładnością, że na świecie będzie nas więcej, a w Polsce mniej. I teraz można się zastanawiać, czy to jest dobrze, czy źle. Takich trendów można wskazać więcej. Mamy już modele rozwoju klimatu, wiemy, że będzie cieplej, ale jakie dokładnie będą tego konsekwencje – tego nie wiemy. Musimy się przyzwyczaić, że będziemy żyć w coraz bardziej zaludnionym i gorącym świecie. Najważniejszym czynnikiem, jakiego nie jesteśmy w stanie przewidzieć, są innowacje. Pisał o tym już Karl Raimund Popper.

Technologia jest odpowiedzią na wyzwania przyszłości?

Optymiści z Krzemowej Doliny mówią, że tak, że wszystko rozwiąże technologia, wystarczy odpowiednia ilość pieniędzy. Żyjemy w nożycach między dwiema skrajnymi wizjami przyszłości. Jedna optymistyczna, którą ciągle karmi Krzemowa Dolina, przewiduje, że jeszcze przed połową tego stulecia postęp technologiczny rozwiąże większość problemów, łącznie z problemem nieśmiertelności. Są tacy, którzy wierzą, że tego dożyją. To całkiem poważni ludzie, np. Ray Kurzweil, główny inżynier w firmie Google, który ma w tej chwili sześćdziesiąt parę lat i wierzy, że stanie się to jeszcze za jego życia. Bardzo dużo inwestuje w firmy zajmujące się tym problemem. Drugie ekstremum to apokalipsa, czyli wizje rodem z Klubu Rzymskiego, think tanku od lat 60. zajmującego się badaniem globalnych problemów świata. Ich twórcy przypominają, że w tym samym tempie co rozwój technologii następuje też zużywanie się zasobów Ziemi; już żyjemy na kredyt. Od lat 80. zużywamy więcej, niż Ziemia jest w stanie zreprodukować, no i w końcu trzeba będzie ten dług spłacić. To może doprowadzić do sytuacji, w której Ziemia wypluje nas jako gatunek.

Która wizja jest bardziej realna?

Moim zdaniem obie są nieprawdziwe, bo żywią się zjawiskiem postępu geometrycznego, które jest stosunkowo nowe, pojawiło się mniej więcej dwieście lat temu. Coraz więcej ekonomistów twierdzi, że być może był to tylko epizod w historii ludzkości, że doszliśmy do okresu powzrostowego. Musimy przygotować się na świat, w którym nie będzie już wzrostu dochodów i radykalnego postępu.

Nie powstanie już nic tak rewolucyjnego jak Internet czy pamięć krzemowa?

Edmund Phelps, ekonomista i laureat nagrody Nobla, wydał niedawno bardzo ważną książkę Grassroots Innovations. Jego pierwsze pytanie brzmi: co zdecydowało o sukcesie Zachodu? Jeszcze w 1800 roku poziom życia w Anglii mierzony dochodem był taki jak w 1300 roku, czyli w ciągu pięciuset lat nie wydarzyło się nic w kontekście dobrobytu. Zmieniło się oczywiście wiele w stylach kultury itd., ale jakość życia pojedynczych ludzi nie uległa zmianie. Mniej więcej w 1830 roku złamaliśmy tę mantrę, nastąpił skok. Phelps zastanawia się, co go spowodowało i dlaczego mniej więcej od 1970 roku ta dynamika hamuje. Według niego epoka Internetu to ostatni okres ożywienia. Wpływ Internetu na rozwój gospodarki trwał mniej więcej osiem lat. Już się tym nasyciliśmy. Dzisiaj Internet jest naddatkiem, nie generuje realnej wartości ekonomicznej. Rozwój zatrzymał się także w innych sferach. Popatrzmy chociażby na podaż nowych leków: jest coraz mniej istotnych farmaceutyków, które zmieniałyby szanse terapii. Phelps stawia pytanie, czy nie dotarliśmy do wyczerpania energii rozwoju. I czy nie jest to czas na wymyślenie nowego sposobu zarządzania.

Może nowym motorem rozwoju będą kraje takie jak Chiny i Brazylia, posiadające surowce, ludzi i ogromne wewnętrzne rynki?

Póki co szanse na to są niewielkie z prostego powodu: Chiny powielają mechanizmy Zachodu, nie wymyśliły własnego paradygmatu rozwojowego, takiego, jaki miały np. Stany Zjednoczone, które przejęły rolę hegemona od razu z nową wizją gospodarki, opartej na elektryczności, na ropie naftowej. I to był impuls amerykański, cały nowy model gospodarczy. Chińczycy póki co tego impulsu nie mają. Nie jest powiedziane, że nie będą mieli, ale na razie bak jest pusty. Pytanie, czy w ogóle go napełnimy. To nie musi być zły scenariusz, bo być może dzięki temu odsuniemy w czasie scenariusz apokaliptyczny i nie zużyjemy tak szybko zasobów naturalnych, czyli np. mniejsze będzie prawdopodobieństwo wojen o zasoby. Zapomnieliśmy już, że główną przyczyną wojen w przeszłości, łącznie z II wojną światową, o czym przypomina Timothy Snyder, były konflikty o zasoby. Jeżeli mniejsza będzie presja na zasoby, to i mniejsza szansa, że wrócimy do militarnych rozwiązań.

Wizja zatrzymanego rozwoju podoba mi się coraz bardziej, bo otwiera przestrzeń dla kultury. W świecie bez postępu to nie gospodarka, ale rozwój relacji międzyludzkich może stać się centralnym motywem działania wspólnoty. Pomyślmy o świecie za trzydzieści lat, kiedy wszyscy mamy stare komórki, a nie najnowsze modele, bo najnowszych modeli nie ma. Nie zajmujemy się pomnażaniem dóbr materialnych, musimy oszczędzać, więc nie żyjemy na kredyt. Same dobre wiadomości.

One byłyby dobre, gdybyśmy stworzyli utopię dobrego życia w epoce powzrostowej. Takie próby się pojawiają, to np. książka Tomáša Sedláčka Ekonomia dobra i zła. To czeski ekonomista odkryty przez Václava Havla. Jeszcze w czasie studiów Havel wciągnął go do zespołu swoich doradców. Sedláček przypomina, że częścią kultury epoki przedwzrostowej była pewna kultura umiaru i postu, ale nie postu wynikającego z braku, tylko z samoograniczenia. Dla Epikura dobre życie oznaczało miskę sera i dzbanek wody, nawet nie wina. I o to właśnie chodzi; zredefiniować potrzeby, które mówią, co znaczy żyć dobrze, i przenieść energię na relacje i na ich podtrzymywanie. To, co odkrywają w tej chwili młodzi Hiszpanie przy sześćdziesięcioprocentowym bezrobociu – że cappuccino nie kupią, a żyć trzeba.

Doskonałym wyrazem takiej utopii dobrego życia jest encyklika papieża Franciszka Laudato si!.

W badaniach satysfakcji z życia w Polsce przoduje Podlasie, które nie należy do regionów specjalnie rozwiniętych cywilizacyjnie ani gospodarczo. Mieszkańcy Podlasia mają za to silniejsze więzi rodzinne i dlatego czują się bezpieczniej, mimo że – w porównaniu z resztą kraju, a zwłaszcza z dużymi metropoliami – dochody są tam mniejsze. Czeka nas powrót do komunitaryzmu, do pierwotnych wspólnot?

Nie mamy już kompetencji społecznych, żeby w nich żyć. Możliwe są natomiast różnego rodzaju współczesne rekonstrukcje.

Jak grupy rekonstruujące wydarzenia historyczne, bitwy itd.?

Chociażby. W Polsce zajmują się tym setki tysięcy osób. Nie polega to tylko na tym, że raz w roku spotkamy się pod Grunwaldem, żeby powalić się replikami mieczy. To jest tworzenie alternatywnego społeczeństwa z normami, konkretnymi kompetencjami i potrzebną do tego wiedzą, na przykład o tym, jak wyprodukować zbroję.

Czyli regres, powrót do przeszłości.

To nie regres. Tego wszystkiego nie dałoby się zorganizować bez nowych technologii, chociażby bez Internetu.

Polska będzie przodować w Europie w produkcji kolczug i mieczy?

Jeżeli będziemy to robić dobrze i będzie na to popyt, to czemu nie? Najważniejsze, że to daje ludziom satysfakcję. Być może w ten sposób rzeczywiście zbliżają się do jakiejś utopii, modelu dobrego życia, którego celem nie jest powiększenie zasobów materialnych, ale bycie razem. Takich modeli jest więcej: w miastach zaczynają pojawiać się ruchy spółdzielcze, np. spółdzielczość spożywców.

Grupa mieszkańców skrzykuje się, zamawia warzywa u jednego gospodarza i potem je dystrybuuje między sobą.

Na razie to jest bardzo efemeryczne, ale zapowiada coś bardzo interesującego. Podobne zjawiska pojawiają się nie tylko w miastach, ale także na wsiach, gdzie te kompetencje zostały przechowane. Na przykład Dolina Strugu pod Rzeszowem, jedno z pierwszych miejsc, które wysiłkiem mieszkańców zinternetyzowało szkoły. Jednocześnie założono tam spółdzielnię producentów zaopatrującą miasto w lokalne produkty. Powstała hybryda łącząca nowoczesność w globalnym systemie kapitalistycznym z odnowioną tradycją. Podobnych tworów będzie coraz więcej. Cały problem polega na umiejętności ich odkrywania i waloryzowania. Może właśnie to są modele dobrego życia, a nie te polegające na naśladowaniu wzorów przechwytywanych np. ze Stanów Zjednoczonych. Z Warszawy nie da się zrobić Nowego Jorku.

To by znaczyło, że modernizacja nie wyklucza tradycyjnych modeli życia, pracy czy produkcji.

Trzeba pamiętać o tym, że tradycja to pojęcie umowne. Te nowe modele realizowane są w zupełnie innym kontekście, chociażby aksjologicznym. Tradycja była związana z dominacją struktur kościelnych, dzisiaj Kościół, mimo swojego istotnego wpływu, nie decyduje jednak o stylach życia ludzi. Może decydować o dyskursie, nawet o aktach prawnych, ale nie o prywatnych wyborach. Style życia kształtujemy sami, niezależnie od tego, czy jesteśmy katolikami, czy np. ateistami. Bez podpowiedzi. Tak jak pisze Alain Touraine, dzisiaj podmiotem jest pojedynczy człowiek i jego wewnętrzny kompas.

Uciekłeś od odpowiedzi o możliwą wizję przyszłości, ale od czego mamy artystów? Brytyjski artysta Neil Cummings na zamówienie Centrum Sztuki Współczesnej Arnolfini w Bristolu nakreślił perspektywę rozwoju świata i kultury przez najbliższe sześćdziesiąt lat. Praca ma formę księgi pamiątkowej, wydanej jakoby w 2069 roku z okazji kolejnej rocznicy założenia tej placówki, i zawiera linię czasu z wyróżnionymi wydarzeniami z polityki, gospodarki oraz kultury. Wynotowałem kilka kluczowych momentów. Wszystko zaczyna się w 2013 roku od wprowadzenia podatku od transakcji finansowych, o którym mówi się od dawna na Zachodzie, a który wciąż nie został wprowadzony. Według Cummingsa ten globalny podatek, wynoszący 0,05 procenta, obejmie wszystkie przepływy finansowe bez względu na to, gdzie się odbywają, i w efekcie zmieni nie do poznania globalną gospodarkę, a z nią także rynek sztuki. Kolekcjonowanie dzieł sztuki stanie się nieopłacalne, bo jej ceny, powiązane wcześniej z cenami akcji, spadną. W związku z tym prywatne kolekcje gromadzone przez koncerny przejdą do domeny publicznej. W 2017 roku muzea porzucą swoje stałe budynki i zaczną prezentować prace na wystawach mobilnych. Wielkie muzea, takie jak Tate czy Arnolfini, otworzą swoje oddziały w Arabii Saudyjskiej. W 2020 roku pojawią się nanotechnologie w medycynie, które w znaczący sposób poprawią przewidywaną jakość życia. Kluczowe będą lata 20. XXI wieku, bo to właśnie wtedy Europa przeżyje największy kryzys paliwowy, ceny ropy osiągną swój historyczny szczyt, ale z drugiej strony rozwinie się gospodarka oparta na naturalnych źródłach energii, co otworzy nowe możliwości. Zmianom w gospodarce towarzyszyć będą zmiany polityczne. W 2027 roku dojdzie do wielkiego bojkotu wyborów w Europie. Społeczeństwa zachodnie odrzucą demokrację przedstawicielską i zaczną budować system oparty na partycypacji. 2031 rok to z kolei wprowadzenie programu radykalnej przejrzystości, transparentności zarządzania państwami, wspólnotami, samorządami; wszystko będzie dostępne dla wszystkich. Wcześniej nastąpi złagodzenie ograniczeń prawa autorskiego, co umożliwi lepsze wykorzystanie potencjału wiedzy. Z ciekawych wynalazków technologicznych, które przewiduje Cummings, powstanie biologiczna pamięć, oparta nie na krzemie, ale na żywych organizmach przypominających łańcuchy DNA, które mają zakodować w sobie ogromne, nieporównywalnie większe niż dotychczas ilości danych. Jednak żeby nie było tak całkiem optymistycznie, na 2034 lub 2035 rok Cummings prognozuje wielki kryzys spowodowany retrowirusem zarażającym systemy pamięci, w wyniku czego nastąpi ogromna utrata danych.

Mamy tutaj bardzo szeroko prowadzoną narrację przyszłości, dotyczącą zarówno nowych wynalazków i technologii, jak i kwestii społeczno-politycznych, a przede wszystkim udziału obywateli w rządzeniu. Nie jest to wizja jednoznacznie pozytywna, bo Cummings uwzględnia też kryzysy, katastrofy i nierówności. Według tej wizji w latach 30. XXI wieku już sześćset milionów ludzi będzie żyło poza krajem pochodzenia. To oznacza ogromne napięcia kulturowe, problemy z adaptacją itd. Co z tych wizji może się sprawdzić?

Praca Cummingsa potwierdza, że przyszłość jest dzisiaj, tylko nierówno rozłożona. Na przykład układy pamięci oparte na DNA: naukowcy pracują już nad podobnymi rozwiązaniami, jest szansa, że wejdą one kiedyś do komercyjnej produkcji. Oczywiście tego na sto procent nie wiemy. To nie jest tylko kwestia możliwości technicznych, ale też zainteresowania inwestorów, tego, czy wciąż będziemy produkować tyle danych i czy takie olbrzymie pamięci będą rzeczywiście potrzebne. Kluczowa kwestia w tej wizji to podatek od transakcji, którego propozycja powstała dokładnie w tym samym momencie, kiedy Nixon uwalniał dolara. To był pomysł Jamesa Tobina, laureata Nagrody Nobla z ekonomii. Wielu ekonomistów zdawało sobie sprawę, czym się skończy to, co zrobił Nixon – niekontrolowanym rozwojem rynków finansowych. I od razu pojawiły się pomysły poddania ich kontroli i redystrybucji. Pytanie o możliwość wprowadzenia podatku od transakcji finansowych jest analogiczne do pytania o wprowadzenie podatku dochodowego na przełomie XIX i XX wieku. Wtedy także wydawało się to nierealne. Najpierw wprowadzano go ostrożnie, początkowo w Niemczech nie przekraczał jednego procenta. Kiedy kończyła się II wojna światowa, najwyższy próg podatkowy w Stanach Zjednoczonych wynosił dziewięćdziesiąt cztery procent. Można powiedzieć: grabież. Ale Amerykanie akceptowali ten mechanizm, bo umożliwiał budowanie państwa dobrobytu i społeczeństwa sprawiedliwego, rozwój infrastruktury oraz edukacji. Dzisiaj nie ma na to przyzwolenia. Dzisiaj mówi się o progu czterdziestoprocentowym, że to pomysł komunistyczny, zapominając, że jeszcze trzydzieści lat temu był on normą.

Być może dzisiaj problemem nie są dochody, ale niekontrolowana reprodukcja kapitału. Pytanie, czy znajdzie się ośrodek polityczny na tyle silny, aby poddać kontroli rynki finansowe. Póki co takiego nie ma. Kryzys niczego w tej sferze nie zmienił. System finansowy nadal wymusza na rządach korzystne dla siebie decyzje. I to jest kluczowe pytanie: czy jesteśmy w stanie to zmienić tak, żeby przywrócić znaczenie gospodarce realnej, czyli takiej, która kreuje wartość, a nie tylko polega na reprodukcji samej siebie. Być może to otworzyłoby zupełnie nowy świat.

A druga ważna kwestia to transparentność, którą umożliwia m.in. Internet i dostęp do danych. Dla mnie to nie jest rozwiązanie, tylko symptom utraty zaufania do instytucji publicznych. Chcemy transparentności między innymi dlatego, że nie ufamy rządowi, urzędnikom czy politykom. Pełna transparentność jednak do niczego dobrego nie prowadzi, bo obywatelom nigdy nie będzie się chciało kontrolować wszystkich dokumentów wyprodukowanych przez rząd. Julian Assange wrzucił na WikiLeaks milion depesz dyplomatycznych, które bez interpretacji były bezużyteczne. Dopiero dziennikarze „Guardiana” i kilku innych gazet to przetrawili i dali nam kilka informacji. Po co nam totalna transparentność? To nic nie daje. Powstaje raczej pytanie, czy jesteśmy w stanie tak wymyślić kwestię reprezentacji interesu publicznego, żebyśmy mieli zaufanie do instytucji. Na razie jest z tym problem nie tylko w Polsce; w Stanach Zjednoczonych zaufanie do Kongresu oscyluje wokół czternastu procent – to najniższy poziom w historii.

Odpowiedzią władzy na żądania transparentności jest zwiększenie kontroli nad życiem obywateli, jaką umożliwia elektroniczna inwigilacja.

W pełni transparentne społeczeństwo to niestety społeczeństwo totalitarne. Musimy pamiętać, że to antyutopia.

Gdzie w takim razie szukać pozytywnego projektu?

W kulturze, to ona musi nas zasilić wizjami dobrego życia. Ale i z tym może być problem. Rozmawiałem o tym z literaturoznawcą Przemysławem Czaplińskim. On jest zaniepokojony tym, że w polskiej literaturze pojawiło się przyzwolenie na przemoc, i to zarówno u Olgi Tokarczuk, jak i u Jarosława Marka Rymkiewicza. Doszliśmy do jakiegoś progu, raczej nie ma pozytywnych rozwiązań, tylko przemoc, którą musimy wykorzystywać, by pokonać bariery strukturalne.

Współtworzyłeś wizję Muzeum Przyszłości w Wałbrzychu. Czym ma się zajmować ta instytucja? Przyszłość jest już tak rzadka i cenna, że trafiła do muzeum?

Zdaję sobie sprawę, że nazwa muzeum brzmi paradoksalnie, nie zastanawialiśmy się jednak specjalnie nad nią. Nad koncepcją pracowaliśmy z Kubą Szrederem i przywoływanym tu wcześniej Neilem Cummingsem. Zobaczymy, czy doczeka się realizacji. Ja przygotowałem propozycję zorganizowania przestrzeni, którą nazwałem Salą Antropocenu. Naukowcy coraz poważniej dyskutują kwestię, jak określić epokę, w której obecnie żyjemy – kilkanaście lat temu Paul Crutzen zaproponował pojęcie antropocenu, mające oznaczać, że wkroczyliśmy w czasy, kiedy aktywność człowieka wpływa na cały geoekosystem. To zmiana zarówno o charakterze geologicznym, jak i eschatologicznym. Filozof Peter Sloterdijk mówi, że ostatnią wspólną religią będzie mono-geizm, monoziemskość napędzana dojmującym przekonaniem, że istnieje tylko jedna Ziemia i to za nią, a więc i za swój los, ponosimy pełną odpowiedzialność. Nie mamy zatem co liczyć na Boga, że nas od tej odpowiedzialności uwolni, a z głupoty rozgrzeszy. Celem ekspozycji miałoby być wprowadzenie widzów w doświadczenie życia antropocenu, uświadomienie, że przyszłość powstanie w wyniku pojedynczych decyzji nas jako konsumentów i obywateli. Nie proponuję więc wizji przyszłości, tylko zapraszam do jej wspólnego wyobrażania. Podobny ideowo projekt zaproponowałem Wrocławiowi, gdzie w 2016 roku w ramach programu Europejskiej Stolicy Kultury realizować będę projekt „Laboratorium Miasta Przyszłości”.

Kiedy mówisz o roli kultury jako medium pokazującego perspektywę przyszłości, przychodzi mi do głowy działalność futurystów z początku XX wieku. Futuryści z programem Miasto Masa Maszyna przewidzieli rozwój masowych środków komunikacji i wykorzystanie technologii do zabijania. Zapowiedzieli faszyzm i przeczuli Holocaust.

Nie wiadomo, na ile futuryści zmobilizowali te złe energie, a na ile wyczuwali je w powietrzu i nadali im pewien wyraz symboliczny. Nie możemy się łudzić, że wracając do historii i szukając w niej odpowiedzi, rozwiążemy problemy przyszłości, tak na pewno nie będzie. Musimy sięgnąć do kultury.

2

BIEGI ULTRA MAJĄ PRZYSZŁOŚĆ

ANNA DĄBROWSKA I PIOTR CHOROŚ

Polska po raz kolejny zostaje w tyle przemian: dostrzegamy pewne ruchy w Europie i innych częściach świata, system zorientował się, że idzie zmiana, która musi nastąpić, więc teraz próbuje ją zaprogramować tak, żeby ona przebiegała w sposób kontrolowany.

ROMAN PAWŁOWSKI: W ostatnich latach sektor pozarządowy odgrywa coraz ważniejszą rolę w kulturze. Jak widzicie jego przyszłość? Czy organizacje NGO przejmą od instytucji publicznych odpowiedzialność za kulturę? Jak na sytuację kultury przełożą się idee partycypacji i budżetu obywatelskiego?

PIOTR CHOROŚ: Zacznę od perspektywy miejskiej, bo ona jest mi najbliższa. Do 2020 roku – czyli do końca obecnej perspektywy budżetu Unii Europejskiej – zmieni się system funkcjonowania organizacji pozarządowych w Polsce. Przede wszystkim organizacje pozarządowe stracą na znaczeniu w sensie socjologicznym. Żyjemy w przeświadczeniu, że trzeci sektor to rezultat pewnego romantycznego zrywu obywatelskiego, że ludzie chcą coś zrobić wspólnie, więc zakładają stowarzyszenia albo fundacje, żeby zająć się jakimś lokalnym problemem związanym z pomocą społeczną albo przestrzenią publiczną. Niestety, już tak nie jest. W Polsce przyszłość tych organizacji to niestety sprowadzenie ich do roli wykonawcy usług publicznych.

Dlaczego organizacje zmieniają swoją funkcję?

PC: One odpowiadają na ofertę. Pojawia się oferta ze strony władz publicznych, żeby wchodzić w edukację, przejmować małe szkoły, angażować się w kulturę. I organizacje, które muszą jakoś żyć, opłacać codzienne rachunki, podejmują racjonalne decyzje pozwalające im przeżyć od pierwszego do pierwszego. Zaczynają więc działać w tych sektorach, w których istnieje zapotrzebowanie na ich usługi. Do tego dostosowano finansowanie trzeciego sektora, które opiera się na quasi-przetargach na realizację konkretnej usługi społecznej. Mówi się, że samorząd wspiera organizacje pozarządowe – guzik prawda. Samorząd w żaden sposób nie wspiera organizacji pozarządowych. Po prostu zamawia u nich usługi.

Wykonywanie zadań zleconych przez władze lokalne albo państwowe jest sprzeczne z ideą NGO?

PC: Tak, podważa sens zawarty w samej nazwie organizacji pozarządowej. Być może powinniśmy dokonać jej redefinicji. Dzisiaj organizacje NGO to w większości po prostu organizacje, bez żadnego przymiotnika. Oczywiście nie wszystkie czeka ten los, ale moim zdaniem przetrwają głównie takie właśnie quasi-instytucje wykonujące zadania publiczne, czy to z obszaru kultury, czy w zakresie pomocy społecznej. One pójdą za strumieniem publicznych pieniędzy. Mówiąc brutalnie, ich działalność sprowadzi się do systemowego outsourcingu. Będzie tak jak z innymi usługami, na przykład odśnieżaniem. Miasta nie mają swoich spychaczy, odśnieżarek ani soli, więc ogłaszają przetarg na tę usługę. I podobnie stanie się z organizacjami pozarządowymi – zostaną sprowadzone do roli firm, które zapewniają usługę kulturalną, na przykład organizują dzielnicowy festyn czy jakieś tam spektakle teatralne.

Co oznacza dla kultury ten outsourcing?

PC: Outsourcing usług publicznych może być bardzo negatywnym procesem. To pozbycie się odpowiedzialności – my to opłacamy, ale to nie jest do końca nasze, robi to ktoś inny. Rozumiem filozofię, która za tym stoi, rozumiem, że to jest dla państwa wygodniejsze. Ale konsekwencje sięgają daleko – nagle okazuje się, że to nie miasto zapewnia usługi kulturalne, tylko jakieś podmioty zewnętrzne przez miasto jedynie wynajmowane.

To gdzie są dzisiaj prawdziwi społecznicy, ci z romantycznego mitu o NGO?

PC: Pojawiają się w nowych ruchach miejskich. To często są ludzie, którzy w trzecim sektorze nigdy nie uczestniczyli. Zaangażowali się w działania społeczne na fali jakiegoś lokalnego protestu lub konfliktu, drzewa im wycięto albo park zlikwidowano, czy też domagają się jakiegoś placu zabaw. To ludzie z uczelni, ze szkół. W Lublinie obserwujemy, że coraz więcej osób angażuje się całkowicie poza trzecim sektorem.

Zgadza się pani z taką diagnozą trzeciego sektora?

ANNA DĄBROWSKA: Outsourcing i oddanie pola organizacjom pozarządowym są pozorne. To nie jest do końca model biznesowy. Nikt nas nie traktuje jak podmioty biznesu. Przeciwnie – władza oczekuje, że skoro coś robi organizacja pozarządowa, to powinna zrobić to za mniejsze pieniądze i mniejszym nakładem niż biznes, a przy tym lepiej. Władza daje nam tylko kawałek danego obszaru, co nie znaczy, że jesteśmy traktowani jako równy partner w dyskusji, bo najczęściej nie jesteśmy. Dlatego to tylko pozornie fajne, łatwe i wygodne wyjście. Naszą rolą powinno być wybieganie w przyszłość, testowanie różnych rozwiązań dotyczących problemów społecznych, a nie wykonywanie usług.

Przyszłość, w której wszystkie organizacje społeczne są przedłużeniem władzy, to przerażająca wizja. Przecież część z nich zajmuje się monitorowaniem działań władzy i wykrywaniem nadużyć. Trudno sobie wyobrazić organizację działającą przeciwko dyskryminacji, która działa wyłącznie na zlecenie władz publicznych, bo przecież one też dyskryminują.

AD: To jest nie do zrobienia.

Nie wyobrażam sobie, żeby rząd Stanów Zjednoczonych zamawiał jakieś usługi u organizacji Greenpeace albo żeby Amnesty International działało na zlecenie państw, które oskarża o łamanie praw człowieka. Jak pogodzić niezależność organizacji z tendencją do ich instytucjonalizacji i uzależnienia od państwa?

PC: Osoby, które będą chciały prowadzić działalność watchdogową i kontrolować władzę, nie będą potrzebowały żadnej afiliacji z organizacją pozarządową, fundacją itd. Dziś bez problemu można założyć bloga i rozkręcić całą kampanię watchdogową wyłącznie za pomocą środków internetowych. Już są takie osoby.

AD: Przykłady blogerów, vlogerów, których wpisy stają się hitami w Internecie, rzeczywiście pokazują, że nie potrzebujemy żadnego wsparcia organizacyjnego. To, czego natomiast potrzebujemy, to poczucie, że ktoś za nami stoi. W dyskusjach w mojej organizacji często pojawia się pytanie: kogo my tak naprawdę reprezentujemy? Czy reprezentujemy sami siebie, czy jednak mamy wsparcie ludzi, o których interesy dbamy – cudzoziemców i osób doświadczających dyskryminacji, bo do nich moja organizacja kieruje swoje działania? Vlogerzy i blogerzy – pojedyncze jednostki, które mają ochotę zmieniać system – kogo oni reprezentują?

PC: Lajki na fejsie. Tych, którzy udostępniają memy.

To jest ciekawe pytanie – kogo właściwie reprezentuje dzisiaj trzeci sektor,a kogo nowe ruchy miejskie?

AD: Moim zdaniem ruchy miejskie szukają szerokiego poparcia, bo chcą pokazać, że nie są grupką znajomych, że problem społeczny, który zauważyły, dotyczy także innych. Organizacje „stare”, z których my się wywodzimy, nie potrzebują aż takiego przyklaśnięcia społeczności, bo mają poczucie, że nie trzeba się z nimi zgadzać. My nie musimy mieć kilkuset członków, żeby nasza praca miała sens i była ważna.

Redakcja: IGOR STOKFISZEWSKI

Opieka redakcyjna: MACIEJ KROPIWNICKI

Projekt okładki: KATARZYNA BŁAHUTA

Adiustacja i korekta: ANNA PAPIERNIK | MONIKA PLES | TESSERA.ORG.PL

Układ typograficzny: MARCIN HERNAS | TESSERA.ORG.PL

Skład i łamanie: ANNA PAPIERNIK | MARCIN HERNAS | TESSERA.ORG.PL

Zapisy rozmów z cyklu BITWA O KULTURĘ. #PRZYSZŁOŚĆ są dostępne na stronie: video.teatrstary.eu

Nadzór producencki: KAROLINA ROZWÓD, dyrektor Teatru Starego w Lublinie

Koordynacja projektu Bitwa o kulturę. #przyszłość: MAGDALENA STĘPIEŃ

Współpraca: KATARZYNA MAZURKIEWICZ

Zdjęcie na okładce: DOROTA AWIORKO

Zdjęcia w książce: DOROTA AWIORKO, z wyjątkiem zdjęć na s. 242, 442 (WOJCIECH NIEŚPIAŁOWSKI) i s. 310 (MARCIN RYCZEK)

Teatr Stary w Lublinie

ul. Jezuicka 18

20-113 Lublin

info@teatrstary.eu

www.teatrstary.eu

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

ul. Foksal 16, II p

00-372 Warszawa

redakcja@krytykapolityczna.pl

www.krytykapolityczna.pl

Skład wersji elektronicznej: MARCIN KAPUSTA

konwersja.virtualo.pl

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

W ruinie Kultura i rozwój. Analizy, rekomendacje, studia przypadków Bitwa o kulturę TTIP. Konflikt i kompas Magazyn Literacki KSIĄŻKI 2/2017 Magazyn Literacki KSIĄŻKI 1/2017