Ogniskowa

Ogniskowa

Autorzy: J.D. Bujak

Wydawnictwo: Videograf

Kategorie: Fantastyka / SF Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 336

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 11.21 zł

Emilia jest z pozoru zwyczajną, skromną studentką jednej z krakowskich uczelni. Jednak jej niezwykłe zdolności, które ujawniły się już w dzieciństwie, znowu dają o sobie znać. Zdarza się bowiem, że dziewczyna widzi lub słyszy duchy zmarłych tragicznie osób, które proszą ją o pomoc w różnych niezałatwionych sprawach. Przy jednej z takich spraw poznaje studenta prawa, który odbywa praktyki w policji i dorabia sobie u pewnego adwokata. Tymczasem w mieście dochodzi do dziwnych zgonów i zaginięć studentek wynajmujących pokoje u starszych kobiet. Zaangażowany w śledztwo adwokat i jego młody pomocnik postanawiają wykorzystać nadzwyczajne umiejętności Emilii…

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

© Pra­cow­nia WV

Ilu­stra­cja na okład­ce

© ale­xsvi­rid/shut­ter­stock.com

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2016

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3 C

tel. 32-348-31-33

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

Tekst © J.D. Bu­jak

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

ISBN 978-83-7835-543-4

Pro­log

15 lat temu…

Obu­dził ją ja­kiś stuk i dziw­ne skrzy­pie­nie… Coś ci­cho pla­snę­ło w ko­ry­ta­rzu, po czym prze­cią­gle za­szu­ra­ło.

Unio­sła gło­wę znad po­dusz­ki i prze­tar­ła dło­nią za­spa­ne oczy. Zer­k­nę­ła na elek­tro­nicz­ny ze­ga­rek sto­ją­cy na pół­ce. Jego cy­fry świe­ci­ły na czer­wo­no, rzu­ca­jąc na bok pół­ki ja­skra­wą po­świa­tę.

Trze­cia trzy­dzie­ści trzy. Dziw­na go­dzi­na…

„To pew­nie Koko zno­wu roz­ra­bia” – po­my­śla­ła Ewa, opa­da­jąc z po­wro­tem na swo­ją po­dusz­kę. Kil­ku­let­nia kot­ka lu­bi­ła krę­cić się w nocy po miesz­ka­niu. Pew­nie te­raz, za­miast spać jak wszy­scy do­mow­ni­cy, ona po­sta­no­wi­ła się po­ba­wić gu­mo­wą pi­łecz­ką albo sznur­ko­wą mysz­ką.

Ko­bie­ta, zie­wa­jąc prze­cią­gle, przy­mknę­ła po­wie­ki i już chcia­ła dać się po­nieść fali sen­no­ści, lecz znów to usły­sza­ła.

Stuk, skrzyp­nię­cie…

Stuk…

Od­głos prze­krę­ca­ne­go w zam­ku klu­cza…

Usia­dła, mo­men­tal­nie trzeź­wie­jąc.

Prze­cież to nie­moż­li­we, żeby kot po­tra­fił otwie­rać drzwi! Boże, oby to nie była Emil­ka! Prze­cież wie, że pod żad­nym po­zo­rem nie wol­no jej sa­mej wy­cho­dzić na klat­kę scho­do­wą.

Spu­ści­ła sto­py na wło­cha­ty dy­wan i po­szu­ka­ła nimi kap­ci. Wsta­jąc, pod­cią­gnę­ła fla­ne­lo­we spodnie od pi­ża­my. Uchy­li­ła drzwi i zer­k­nę­ła na wą­ski przed­po­kój.

Nic. Ci­sza. Ciem­ność.

Jej miesz­ka­nie znaj­do­wa­ło się na przed­ostat­nim pię­trze wiel­ko­pły­to­we­go czte­ro­kon­dy­gna­cyj­ne­go blo­ku z po­cząt­ku lat osiem­dzie­sią­tych, któ­rych było peł­no w tej czę­ści Tar­no­wa. Dwa nie­wiel­kie po­ko­je, cia­sna kuch­nia oraz ła­zien­ka, w któ­rej le­d­wie zmie­ści­ły się musz­la, mi­kro­sko­pij­nych roz­mia­rów pral­ka oraz cia­sny bro­dzik. Cały do­by­tek upchnię­to na nie­speł­na czter­dzie­stu dwóch me­trach kwa­dra­to­wych.

Wszyst­ko było urzą­dzo­ne skrom­nie, ale gu­stow­nie. Przed­po­kój, do któ­re­go zer­ka­ła te­raz Ewa, w ubie­głe wa­ka­cje sama prze­ma­lo­wa­ła na ko­lor ja­snej brzo­skwi­ni, a na pod­ło­dze uło­ży­ła be­żo­wą wy­kła­dzi­nę w drob­ne wzor­ki. Ścia­nę zdo­bi­ło kil­ka opra­wio­nych w ram­ki fo­to­gra­fii ro­dzin­nych, te­raz zu­peł­nie ciem­nych.

Z pro­gu swo­jej sy­pial­ni wi­dzia­ła tyl­ko ka­wa­łek przed­po­ko­ju oraz za­mknię­te drzwi do ła­zien­ki. Po­kój có­recz­ki oraz kuch­nia były tuż za ro­giem. Trze­ba szyb­ko spraw­dzić, czy z Emil­ką wszyst­ko w po­rząd­ku i czy Koko nie wpa­dła w ja­kieś ta­ra­pa­ty. Kil­ka dni temu kot­ka wci­snę­ła się pod ka­lo­ry­fer i nie po­tra­fi­ła wyjść. Oby te­raz nie przy­szło jej do gło­wy coś rów­nie głu­pie­go…

Zie­wa­jąc, prze­szła przed­po­ko­jem z za­mia­rem zaj­rze­nia do po­ko­ju swo­jej nie­speł­na pię­cio­let­niej có­recz­ki. I do­pie­ro wte­dy ze zdzi­wie­niem spo­strze­gła, że drzwi na klat­kę scho­do­wą są otwar­te na oścież.

– Co jest? – Moc­no za­nie­po­ko­jo­na, do­pa­da­jąc drzwi, od­ru­cho­wo zer­k­nę­ła do sy­pial­ni cór­ki, lecz na­wet z tego miej­sca wi­dzia­ła, że łóż­ko dziew­czyn­ki jest pu­ste. Ja­sna po­ściel le­ża­ła zrzu­co­na na pod­ło­gę, a po dziec­ku nie było na­wet śla­du.

„Boże, może ją ktoś po­rwał?” – jęk­nę­ła w du­chu ko­bie­ta, wy­bie­ga­jąc na klat­kę scho­do­wą i zer­ka­jąc po­mię­dzy ba­lu­stra­da­mi, czy gdzieś nie wi­dać jej je­dy­nej có­recz­ki.

Sto­ją­ca na ze­wnątrz bu­dyn­ku la­tar­nia rzu­ca­ła po­ma­rań­czo­we pro­sto­ką­ty świa­tła po­przez nie­wiel­kie, wą­skie okna.

– Mamo, mamo, chodź! – usły­sza­ła, jesz­cze za­nim zdą­ży­ła za­pa­lić świa­tło. – Chodź!

Dziew­czyn­ka sta­ła pół pię­tra ni­żej, ści­ska­jąc pod drob­ną pa­chą swo­ją uko­cha­ną przy­tu­lan­kę. Mia­ła na so­bie tyl­ko ró­żo­wą pi­żam­kę z na­szy­ty­mi na ko­szul­ce mo­tyl­ka­mi.

Koko, za­in­try­go­wa­na tą noc­ną wy­pra­wą, rów­nież wy­chy­li­ła się zza drzwi i z za­cie­ka­wie­niem ro­zej­rza­ła po ob­cym miej­scu. Była ko­tem ty­po­wo blo­ko­wym, a więc nie opusz­cza­ła domu, nie li­cząc spo­ra­dycz­nych wy­pa­dów na wieś.

– Có­recz­ko, co ty ro­bisz? – spy­ta­ła Ewa, zbie­ga­jąc po scho­dach. Jej sło­wa nio­sły się echem po pu­stej klat­ce. – Jak otwo­rzy­łaś drzwi?

Głos drżał jej ze stra­chu. Trwo­ga o wła­sne dziec­ko szyb­ko za­czę­ła prze­ra­dzać się w złość. Jak cór­ka mo­gła wyjść na klat­kę scho­do­wą sama? W środ­ku nocy? Prze­cież do­brze wie­dzia­ła, że ab­so­lut­nie nie może tego ro­bić! Dla wła­sne­go do­bra!

– Wra­ca­my do domu. – Ewa zła­pa­ła dziew­czyn­kę za rękę. – Masz bose sto­py, za­cho­ru­jesz…

– Mu­si­my iść – prze­rwa­ła jej Emil­ka, ła­piąc po­dra­pa­ną ba­lu­stra­dę. – Nie do domu. Nie mo­że­my… Ma­mu­siu! Nie mo­że­my!!!

– Dla­cze­go nie? – zdzi­wi­ła się ko­bie­ta. – Jest śro­dek nocy. Trze­ba iść spać. Rano mu­szę za­wieźć cię do przed­szko­la, a po­tem iść do pra­cy… Chry­ste Pa­nie… mam tyle rze­czy na gło­wie…

– Nie. Nie do domu! – Dziew­czyn­ka, jak na swój wiek, do­brze po­tra­fi­ła wy­ra­zić swo­je zda­nie. Obu­rącz ści­ska­ła ba­lu­stra­dę i za nic nie za­mie­rza­ła jej pu­ścić.

– Pro­szę, wra­caj­my. Za­raz obu­dzi­my są­sia­dów…

– Mu­si­my ucie­kać. – Emil­ka zde­cy­do­wa­nie po­cią­gnę­ła mat­kę na dół. – Ucie­kać. Tata ka­zał!

Po ple­cach ko­bie­ty prze­szedł lo­do­wa­ty dreszcz. Prze­cież to nie­moż­li­we, żeby dziew­czyn­ka wi­dzia­ła ojca…

– Taty nie ma, skar­bie – szep­nę­ła, pró­bu­jąc wziąć dziec­ko na ręce. – Wy­da­wa­ło ci się…

– Mamo, tata ka­zał ucie­kać! – po­wtó­rzy­ła mała z upo­rem. Zer­k­nę­ła w dół scho­dów w taki spo­sób, jak­by ko­goś wy­glą­da­ła. – Te­raz też mówi. Wiesz co mówi? Ucie­kaj­cie!

Ewa ze stra­chem po­dą­ży­ła za wzro­kiem cór­ki, lecz pół pię­tra ni­żej zo­ba­czy­ła tyl­ko po­ry­so­wa­ną pi­sa­ka­mi ja­sno­be­żo­wą lam­pe­rię. A za nią gra­fi­to­wą pla­mę cie­nia oraz gi­ną­ce w mro­ku drzwi są­sia­dów.

– Wra­ca­my. – Zde­cy­do­wa­nym ru­chem po­cią­gnę­ła dziew­czyn­kę. – Po­patrz, Koko nam uciek­nie… chy­ba nie chcesz stra­cić swo­jej uko­cha­nej kot­ki…

– Nie! – krzyk­nę­ła Emil­ka. – Tata ka­zał ucie­kać. Mówi… bom­ba… ucie­kaj­cie…

Mat­kę spa­ra­li­żo­wał strach. Nie mia­ła po­ję­cia, co od­po­wie­dzieć.

– A, mamo… co to jest bom­ba? To złe?

– Mu­sia­ło ci się coś przy­śnić…

– Nie! – Mała znów za­czę­ła się wy­ry­wać, jak­by ją prze­śla­do­wa­ło coś złe­go.

– Pro­szę… có­recz­ko, wra­caj­my…

– Mamy ucie­kać! – wrza­snę­ło dziec­ko, sta­ra­jąc się wy­rwać drob­ną rącz­kę z dło­ni mat­ki. – On mówi, że umrze­my! MAMO! UMRZE­MY, JAK NIE UCIEK­NIE­MY! Tu jest BOM­BA!

– Mila! Tu nie ma żad­nej bom­by… – Ewa z ca­łej siły sta­ra­ła się za­cho­wać zim­ną krew. – Pew­nie na­oglą­da­łaś się ja­kichś re­klam…

Na­gle bu­dyn­kiem tar­gnął sil­ny wstrząs. Ścia­ny za­drga­ły, a ze stro­pu po­sy­pa­ły się całe pła­ty tyn­ku. Ewa wrza­snę­ła ze stra­chu. Siła wy­bu­chu była tak duża, że ko­bie­ta na chwi­lę stra­ci­ła słuch. Gdzieś obok roz­legł się ło­skot roz­bi­ja­nych szyb i od­pa­da­ją­cych frag­men­tów mu­rów, któ­ry bar­dziej wy­czu­ła cia­łem, niż mo­gła usły­szeć. Po chwi­li coś gło­śno gruch­nę­ło pro­sto na uli­cę, a z góry buch­nął pło­mień, nio­sąc ze sobą tu­ma­ny za­ty­ka­ją­ce­go dech w pier­siach pyłu.

Ewa z krzy­kiem po­rwa­ła dziec­ko na ręce i rzu­ci­ła się do uciecz­ki. Nim po­ko­na­ła kil­ka stop­ni, bu­dyn­kiem wstrzą­snął ko­lej­ny ło­mot. La­tar­nia przed blo­kiem zga­sła i scho­dy po­grą­ży­ły się w kom­plet­nych ciem­no­ściach. Emi­lia za­czę­ła pła­kać, wtu­la­jąc się w szy­ję mat­ki. Ko­bie­ta przy­ci­snę­ła dziec­ko do pier­si i po omac­ku ru­szy­ła w dół. Za nią z gło­śnym miau­cze­niem bie­gła Koko.

Na par­te­rze mi­nę­ły wy­bie­ga­ją­cych są­sia­dów – mło­de mał­żeń­stwo oraz sa­mot­ną ko­bie­tę po sześć­dzie­siąt­ce. Wszy­scy z prze­ra­że­niem sta­ra­li się jak naj­szyb­ciej uciec ze, zda­wa­ło­by się, wa­lą­ce­go się bu­dyn­ku. Ktoś pró­bo­wał za­pa­lić świa­tło na klat­ce, lecz nie było prą­du. Wi­docz­nie eks­plo­zja znisz­czy­ła sieć elek­trycz­ną.

– Je­zus, Ar­ma­ge­don! – krzy­cza­ła star­sza pani, roz­pacz­li­wie wal­cząc z drzwia­mi wyj­ścio­wy­mi, któ­re nie chcia­ły się otwo­rzyć.

Na klat­ce szyb­ko za­czy­na­ło bra­ko­wać po­wie­trza, któ­re nie­mal mo­men­tal­nie za­stą­pio­ne zo­sta­ło gry­zą­cym py­łem i dy­mem. Wy­so­ki mło­dzie­niec od­su­nął ręką sta­rusz­kę i za­czął szar­pać z ca­łych sił za klam­kę. Po chwi­li, prze­ci­ska­jąc się w drzwiach, wy­pa­dli wresz­cie na chod­nik i od­bie­gli jak naj­da­lej od blo­ku, sta­jąc na środ­ku uli­cy. Ja­kiś męż­czy­zna, zde­cy­do­wa­nie za szyb­ko ja­dą­cy czar­nym spor­to­wym bmw, za­trą­bił ostro i skrę­cił do­słow­nie kil­ka cen­ty­me­trów przed Ewą. Inny wóz, ciem­ny ford, sta­nął na środ­ku dro­gi, a jego kie­row­ca wy­siadł i z za­sko­cze­niem spoj­rzał naj­pierw na sto­ją­cych na uli­cy lu­dzi, a po­tem na ogrom­ną wy­rwę w blo­ku, z któ­rej bu­cha­ły po­ma­rań­czo­we ję­zy­ki ognia.

Nie­bo po­wo­li tra­ci­ło swo­ją atra­men­to­wą czerń, prze­cho­dząc ła­god­nie w sza­ro­ści. W środ­ku lata o tej po­rze już po­wo­li za­czy­na­ło świ­tać. Co­raz więk­sze pło­mie­nie, zmie­sza­ne z kłę­ba­mi czar­ne­go dymu, bu­cha­ły ku nie­bu, za­sła­nia­jąc gwiaz­dy i za­cho­dzą­cy za drze­wa­mi księ­życ.

– Ma pan te­le­fon? Niech pan we­zwie straż po­żar­ną! – za­wo­łał mło­dy czło­wiek w bok­ser­kach do wła­ści­cie­la for­da. – W środ­ku są lu­dzie, trze­ba ich ra­to­wać. Szyb­ko!

Męż­czy­zna na­tych­miast wy­rwał z kie­sze­ni ko­mór­kę i wy­brał od­po­wied­ni nu­mer.

– Boże, co się sta­ło? – za­chli­pa­ła sta­rusz­ka, skła­da­jąc dło­nie.

– Chy­ba coś wy­bu­chło – po­wie­dzia­ła ci­cho Ewa, wciąż moc­no przy­ci­ska­jąc do pier­si pła­czą­cą Emi­lię. – Jak­by… bom­ba.

Z klat­ki wy­bie­gło jesz­cze kil­ka osób. Ewa po­zna­ła wśród nich są­sia­dów z pierw­sze­go pię­tra. Szyb­ko prze­li­czy­ła kasz­lą­ce po­sta­cie, czy na pew­no wszyst­kim uda­ło się wy­do­stać. Całe szczę­ście, zdą­ży­li uciec. Le­d­wie jed­nak od­da­li­li się od klat­ki, duży frag­ment da­chu ode­rwał się i ru­nął na zie­mię. Lu­dzie z krzy­kiem czmy­cha­li przed opa­da­ją­cy­mi odłam­ka­mi.

W oknach blo­ków sto­ją­cych po dru­giej stro­nie uli­cy ko­lej­no za­pa­la­ły się świa­tła. Zza szyb zer­ka­li na nich cie­kaw­scy ga­pie. Nie­któ­rzy trzy­ma­li w rę­kach te­le­fo­ny i ro­bi­li zdję­cia albo krę­ci­li fil­my, za­miast zejść na uli­cę i po­móc po­szko­do­wa­nym. Gdzieś w od­da­li za­wy­ły sy­re­ny stra­żac­kie.

Dziew­czyn­ka prze­sta­ła pła­kać i wciąż moc­no obej­mu­jąc szy­ję Ewy, z za­cie­ka­wie­niem spoj­rza­ła do tyłu, na pło­ną­cy blok.

– Boże, ale mie­li­śmy szczę­ście – szep­nę­ła Ewa, ner­wo­wo głasz­cząc po­tar­ga­ne wło­sy cór­ki. – Ale nie­sa­mo­wi­te szczę­ście…

Z tego, co uda­ło się zo­ba­czyć, to do wy­bu­chu do­szło w miesz­ka­niu na pod­da­szu w są­sied­niej klat­ce. Siła de­to­na­cji była tak duża, że zmio­tła kil­ka­na­ście me­trów da­chu i ode­rwa­ła bal­kon po­ni­żej. Szy­by w po­ło­żo­nych wo­ko­ło oknach wy­le­cia­ły wraz z fu­try­na­mi, a w miesz­ka­niu pod wy­rwą od­pa­dła cała pły­ta, uka­zu­jąc wnę­trze czy­jejś kuch­ni. Ktoś krzy­czał, wzy­wał po­mo­cy, gdzieś pła­ka­ło nie­mow­lę…

Wresz­cie pod­je­cha­ły trzy wozy stra­żac­kie, a za­raz za nimi ka­ret­ki po­go­to­wia i po­li­cja. Od razu zro­bi­ło się ogrom­ne za­mie­sza­nie. Po­li­cjan­ci za­mknę­li uli­cę i pró­bo­wa­li od­su­nąć co­raz więk­sze rze­sze ga­piów, le­ka­rze na szyb­ko udzie­la­li pierw­szej po­mo­cy po­szko­do­wa­nym, stra­ża­cy ga­si­li ogień. Kil­ku wy­po­sa­żo­nych w spe­cjal­ne ognio­od­por­ne ubra­nia stra­ża­ków wbie­gło do klat­ki w po­szu­ki­wa­niu uwię­zio­nych tam lu­dzi. Ktoś krzy­czał, żeby odłą­czyć gaz, bo w prze­ciw­nym wy­pad­ku wy­le­ci w po­wie­trze cały blok. Ja­kaś ko­bie­ta z za­krwa­wio­ną gło­wą szlo­cha­ła gło­śno, że nie zdą­ży­ła za­mknąć miesz­ka­nia na klucz. Mło­dy le­karz sta­rał się ją uspo­ko­ić, przy oka­zji spraw­dza­jąc, czy po­szko­do­wa­na nie ma wstrzą­śnie­nia mó­zgu.

Ewa wciąż sta­ła na środ­ku uli­cy i wpa­tru­jąc się w całe za­mie­sza­nie, moc­no przy­tu­la­ła do sie­bie có­recz­kę. Na­gle pod­bie­gła do niej ubra­na na bia­ło ko­bie­ta.

– Czy pani coś się sta­ło? – za­py­ta­ła, uważ­nie ob­ser­wu­jąc trzy­ma­ną na ręku dziew­czyn­kę. – Któ­raś z was ma ja­kieś ob­ra­że­nia? Mogę was obej­rzeć? Je­stem z am­bu­lan­su…

Lek­ko po­cią­gnę­ła ją za sobą. Ewa bez opo­ru dała się za­pro­wa­dzić do za­par­ko­wa­nej po dru­giej stro­nie uli­cy ka­ret­ki. Po­mi­mo do­syć cie­płe­go lip­co­we­go po­ran­ka obie drża­ły z zim­na i stra­chu.

– Niech pani tu­taj usią­dzie, mu­szę spraw­dzić, czy nic wam nie do­le­ga – po­pro­si­ła le­kar­ka, pod­su­wa­jąc Ewie skła­da­ne krze­seł­ko.

– Nic nam nie jest. – Ewa po­wo­li od­zy­ski­wa­ła głos. – Wy­szły­śmy na klat­kę, za­nim był ten… ten… wy­buch…

Pod­szedł do nich wy­so­ki i chu­dy jak pa­tyk po­li­cjant. W rę­kach trzy­mał no­tat­nik i dłu­go­pis z po­gry­zio­ną koń­ców­ką.

– Gdzie pani miesz­ka? – sta­rał się prze­krzy­czeć wy­cie sy­ren i klak­so­nów.

– W dru­giej klat­ce…

– Czy­li obok…

– Tak… – Pod po­wie­ka­mi czu­ła pie­ką­ce łzy. Do­pie­ro te­raz za­czy­nał do niej do­cie­rać tra­gizm sy­tu­acji. Stra­ci­ła swój cały wą­tły do­by­tek. Nie mia­ły się gdzie po­dziać.

– Jest pani w sta­nie po­wie­dzieć, ile osób miesz­ka w klat­ce? Chce­my wie­dzieć, czy stra­ża­cy nie po­win­ni jesz­cze ko­goś szu­kać. To bar­dzo waż­ne. Mu­si­my się spie­szyć.

Ewa ze wszyst­kich sił sta­ra­ła się za­pa­no­wać nad wy­bu­chem pła­czu. Moc­no przy­tu­li­ła chli­pią­cą ci­cho Emil­kę i od­ru­cho­wo uca­ło­wa­ła ją w mięk­kie czół­ko.

– Z par­te­ru wy­szli wszy­scy. – Sta­ra­ła się sku­pić na od­po­wie­dzi. – Z pierw­sze­go pię­tra też. To ta ro­dzi­na w ka­ret­ce obok. Na dru­gim pię­trze jed­no miesz­ka­nie jest pu­ste, a obok miesz­ka po­li­cjant, któ­ry dzi­siaj jest na noc­nej zmia­nie, bo mi­ja­łam się z nim wie­czo­rem, gdy wy­no­si­łam śmie­ci. Mał­żeń­stwo miesz­ka­ją­ce na sa­mej gó­rze też wi­dzia­łam. Nie ma tyl­ko cię­żar­nej dziew­czy­ny, któ­ra ku­pi­ła miesz­ka­nie nad nami. Taka blon­dyn­ka.

Po­li­cjant na­tych­miast włą­czył krót­ko­fa­lów­kę.

– Trze­ba spraw­dzić miesz­ka­nie na ostat­nim po pra­wej. Dru­ga klat­ka…

– Mogę obej­rzeć có­recz­kę? – Le­kar­ka zła­pa­ła dziew­czyn­kę za rękę. – Chcę tyl­ko spraw­dzić, czy nic jej nie jest.

– Nie – za­pro­te­sto­wa­ła Ewa. Ści­ska­jąc Emi­lię w ra­mio­nach, czu­ła się pew­niej. Stra­ci­ła wszyst­ko, zo­sta­ła jej tyl­ko mała. – Nic jej nie jest. Kie­dy do­szło do wy­bu­chu, by­ły­śmy na klat­ce scho­do­wej.

– Na klat­ce scho­do­wej? – pod­chwy­cił te­mat po­li­cjant. Przy­pi­na­jąc krót­ko­fa­lów­kę do pa­ska, usły­szał frag­ment roz­mo­wy. – Co pa­nie ro­bi­ły na scho­dach po trze­ciej w nocy? I to w pi­ża­mach?

Ze zdzi­wie­niem spoj­rzał na gołe stóp­ki dziew­czyn­ki i tu­lo­ne­go do ma­łej pier­si pod­nisz­czo­ne­go we­lu­ro­we­go kró­licz­ka.

– Tata ka­zał nam ucie­kać – wtrą­ci­ła Emil­ka. – Przy­szedł do mo­je­go po­ko­ju, obu­dził mnie i ka­zał wstać.

Ewa z za­że­no­wa­niem za­ci­snę­ła po­wie­ki.

– A gdzie jest ta­tuś? – drą­żył po­li­cjant, uśmie­cha­jąc się przy­mil­nie do ma­łej.

– Nie wiem. – Mila wzru­szy­ła ra­mion­ka­mi. – Chy­ba w pra­cy.

Funk­cjo­na­riusz spoj­rzał na Ewę za­sko­czo­nym wzro­kiem.

– Czy pani mąż wy­do­stał się z miesz­ka­nia? – za­py­tał, wpa­tru­jąc się w jej oczy. – I zo­sta­wił was, wie­dząc o gro­żą­cym wy­bu­chu?

– Mój mąż nie żyje – wes­tchnę­ła Ewa. – Zgi­nął w wy­pad­ku jesz­cze przed na­ro­dze­niem cór­ki. Ma­łej mu­sia­ło się to wszyst­ko przy­śnić.

Za­uwa­ży­ła, jak le­kar­ka i funk­cjo­na­riusz wy­mie­ni­li zdu­mio­ne spoj­rze­nia.

– Prze­pra­szam. – Pod po­wie­ka­mi znów po­czu­ła zbie­ra­ją­ce się łzy. Wi­docz­nie or­ga­nizm po­trze­bo­wał ja­koś od­re­ago­wać prze­ży­ty stres. – Ona ma buj­ną wy­obraź­nię. Bar­dzo buj­ną…

Emi­lia gwał­tow­nie od­wró­ci­ła gło­wę i za­pa­trzy­ła się w ro­sną­cy ja­kieś dwa me­try da­lej krzew ży­wot­ni­ka.

– Ta pani z brzusz­kiem jest w ła­zien­ce – po­wie­dzia­ła na­gle do mat­ki. – Trze­ba ją wziąć… Za­raz znów wy­buch­nie.

– O czym ty mó­wisz? – Ewa była już bli­ska hi­ste­rii. Nie mia­ła po­ję­cia, skąd u Emi­lii wziął się po­mysł, że oj­ciec do niej prze­ma­wia i ostrze­ga ją przed nie­bez­pie­czeń­stwa­mi. Toż to ab­surd!

– Tata mówi, żeby się śpie­szyć! Pani z brzusz­kiem leży przy wan­nie.

Po­li­cjant i le­kar­ka nie kry­li za­sko­cze­nia, w mil­cze­niu zer­ka­jąc na dziec­ko.

– No, szyb­ko! – po­wtó­rzy­ła Emil­ka. – Trze­ba ją ra­to­wać!

– Czy ona jest zdro­wa? – za­py­tał wprost po­li­cjant.

Jo­dłow­ska za­ci­snę­ła szczę­ki, po­iry­to­wa­na jego pro­sto­li­nij­no­ścią.

– Cóż, ostat­nio twier­dzi, że wi­dzi mo­je­go męża. – Ewa sta­ra­ła się wy­ja­śnić tę kło­po­tli­wą sy­tu­ację w moż­li­wie spo­koj­ny spo­sób.

– Jak by na to nie pa­trzeć, jej tata dzi­siaj ura­to­wał im ży­cie – roz­sąd­nie wtrą­ci­ła le­kar­ka. – Może więc war­to spraw­dzić ła­zien­kę są­siad­ki?

Po­li­cjant nie­chęt­nie włą­czył krót­ko­fa­lów­kę i prze­ka­zał in­for­ma­cję swe­mu do­wód­cy. Pe­ne­tru­ją­cy klat­ki stra­ża­cy na­tych­miast za­czę­li po­szu­ki­wa­nia. Bu­cha­ją­ce do nie­ba pło­mie­nie po­wo­li uda­ło się okieł­znać kil­ko­ma moc­ny­mi stru­mie­nia­mi wody, wy­pusz­cza­ny­mi ze stra­żac­kich wo­zów za­par­ko­wa­nych wzdłuż blo­ku. Licz­ba ga­piów ro­sła z mi­nu­ty na mi­nu­tę, a sce­ny z ga­sze­nia po­ża­ru na­gry­wa­ła swo­imi te­le­fo­na­mi co naj­mniej po­ło­wa z nich.

Po kil­ku mi­nu­tach stra­ża­cy wy­nie­śli z bu­dyn­ku cię­żar­ną ko­bie­tę. Od razu za­nie­sio­no ją do am­bu­lan­su i za­bra­no do szpi­ta­la, bo pod wpły­wem sil­ne­go stre­su za­czę­ła ro­dzić. Kie­dy ka­ret­ka na sy­gna­le od­je­cha­ła, do po­li­cjan­ta pod­szedł jego ko­le­ga.

– Zna­leź­li ją w ostat­nim mo­men­cie. Le­ża­ła przy wan­nie. – Po­kle­pał go po ra­mie­niu. – To był do­bry po­mysł z tą ła­zien­ką.

Wtu­lo­na w mat­kę Emi­lia chrap­nę­ła ci­cho.

– Bę­dzie mia­ła pani gdzie się po­dziać z dziec­kiem? – za­py­ta­ła ci­cho le­kar­ka.

– Stra­ża­cy już or­ga­ni­zu­ją ho­tel dla miesz­kań­ców blo­ku – wtrą­cił po­li­cjant. – Trze­ba wszyst­kich ewa­ku­ować i spraw­dzić, jak duże są uszko­dze­nia. Na pew­no zaj­mie to kil­ka dni…

Za­nim Ewa zdą­ży­ła co­kol­wiek od­po­wie­dzieć, po­przez tłum ga­piów przedar­ła się tęż­sza ko­bie­ta, ma­cha­jąc rę­ka­mi i krzy­cząc:

– Ewu­nia! Ewu­nia!!!

– To moja ko­le­żan­ka – po­wie­dzia­ła Jo­dłow­ska. – Może ona bę­dzie w sta­nie nam po­móc…

Tym­cza­sem ko­bie­ta pod­bie­gła do ka­ret­ki i bez­ce­re­mo­nial­nie uści­snę­ła Ewę tak moc­no, że śpią­ca na jej rę­kach Emil­ka aż jęk­nę­ła.

– Je­ste­ście całe i zdro­we! Boże, dzię­ki ci! Tak strasz­nie się o was ba­łam! Chodź­cie, za­bie­ram was do mnie do domu.

– Skąd wie­dzia­łaś, że był wy­buch? – za­py­ta­ła Ewa. – Prze­cież jest jesz­cze tak wcze­śnie…

– Te­le­wi­zor mnie obu­dził. – Ko­bie­ta nie­dba­le mach­nę­ła ręką. – Nie wiem, chy­ba ja­kieś zwar­cie było, bo sam się włą­czył… Aku­rat w pro­gra­mie na żywo pusz­cza­li in­for­ma­cje o eks­plo­zji.

– To tata… – wy­mam­ro­ta­ła dziew­czyn­ka przez sen. – Obie­cał, że da cio­ci znać…

– Coś chy­ba sta­ło się z dźwię­kiem, bo wył tak gło­śno, że omal nie do­sta­li­śmy z Da­wi­dem za­wa­łu. A nasz pies szcze­kał jak opę­ta­ny… – Zła­pa­ła Ewę pod ra­mię. – No i już chcia­łam wy­łą­czyć, a tu zo­ba­czy­łam na ekra­nie wasz blok. Od razu wsia­dłam do auta i przy­je­cha­łam.

– Ko­cha­na je­steś. – Ewa była bli­ska łez.

– Czy za­wieźć pa­nią do ho­te­lu? – prze­rwał im po­li­cjant.

– Do żad­ne­go ho­te­lu nie będą je­chać. Do mnie po­ja­dą. Będą u mnie miesz­kać tak dłu­go, jak tyl­ko bę­dzie trze­ba.

– To moja przy­ja­ciół­ka Ba­sia – wy­tłu­ma­czy­ła męż­czyź­nie Ewa. – Je­że­li tyl­ko po­zwo­li, to wo­la­ła­bym za­trzy­mać się u niej. Przy­naj­mniej na ra­zie…

– Do­brze, ale pro­szę zo­sta­wić ad­res, pod któ­rym pa­nią znaj­dzie­my.

Bar­ba­ra de­li­kat­nie wzię­ła od ko­le­żan­ki śpią­cą Emil­kę. Sto­ją­ca przy nich Koko miauk­nę­ła ci­cho, przy­po­mi­na­jąc o swo­jej obec­no­ści, więc Ewa od­ru­cho­wo wzię­ła kota na ręce.

– Czy mogę coś za­brać ze swo­je­go miesz­ka­nia? – za­py­ta­ła Ewa, pa­trząc jak z są­sied­niej klat­ki wy­cho­dzą ko­lej­ni stra­ża­cy.

Ogień zo­stał już opa­no­wa­ny, a znisz­czo­na część blo­ku to­nę­ła w pia­nie ga­śni­czej.

– Pro­szę pani, nie ma szans – po­wie­dział po­li­cjant smut­nym gło­sem. – Pani klat­ka, a zwłasz­cza dwie ostat­nie kon­dy­gna­cje ucier­pia­ły naj­bar­dziej. Z dru­giej stro­ny blo­ku wy­pa­dło kil­ka ścian. Tak to jest z wiel­ką pły­tą. Ostat­nie pię­tro może się w każ­dej chwi­li za­wa­lić. Je­dy­ne, co mo­że­my zro­bić, to obie­cać pani, że za­bez­pie­czy­my wszyst­ko, co tyl­ko uda się ura­to­wać.

Jego twarz wy­ra­ża­ła tak głę­bo­kie ubo­le­wa­nie, że przez chwi­lę Ewa była pew­na, iż męż­czy­zna wy­buch­nie pła­czem.

– Naj­le­piej pani zro­bi, jak z dziec­kiem po­je­dzie­cie do przy­ja­ciół­ki – po­wie­dział, po­da­jąc jej no­tat­nik. – Pro­szę tyl­ko za­pi­sać tu­taj ad­res i nu­mer te­le­fo­nu, pod któ­ry w ra­zie po­trze­by bę­dzie moż­na dzwo­nić.

Ewa za­no­to­wa­ła swo­je imię i na­zwi­sko oraz ad­res i nu­mer Basi. Prze­cież nie mia­ła ze sobą ni­cze­go: do­ku­men­tów, pie­nię­dzy, na­wet ko­mór­ki. Czu­ła się taka bez­bron­na i ob­na­żo­na, jak jesz­cze ni­g­dy w ca­łym swo­im ży­ciu.

– Do­bra, idzie­my – po­na­gli­ła ją Ba­sia. – Nie ma sen­su tu­taj tkwić. Je­ste­ście całe zmar­z­nię­te. Że też nie po­my­śla­łam i nie wzię­łam ze sobą koca…

Przedar­ły się przez tłum ga­piów i prze­szły na spo­ry par­king osie­dlo­wy. Już z da­le­ka Ewa spo­strze­gła za­par­ko­wa­ne pod drze­wem żół­te re­nault.

– Nie mamy nic do ubra­nia – po­wie­dzia­ła Ewa, kie­dy wraz z cór­ką i kot­ką usia­dły na tyl­nych sie­dze­niach.

– Dla cie­bie wy­bie­rze­my coś z mo­jej gar­de­ro­by. Bę­dzie pew­nie za sze­ro­kie, ale na ra­zie wy­star­czy – po­cie­szy­ła ją Bar­ba­ra. – A dla Mi­lu­si ku­pi­my coś rano. Zresz­tą zo­sta­wi­łaś u nas ostat­nio kil­ka ubra­nek ma­łej. Te­raz po­je­dzie­my do domu i po­ło­ży­my ją do łóż­ka, żeby od­po­czę­ła. Wte­dy za­sta­no­wi­my się spo­koj­nie co da­lej.

– Nie mam przy so­bie ani gro­sza. Na­wet z ban­ku nie wy­bio­rę pie­nię­dzy, bo do­ku­men­ty zo­sta­ły w miesz­ka­niu.

– Och, prze­stań­że się wresz­cie mar­twić, ko­bie­to – fuk­nę­ła na nią Bar­ba­ra. – Damy so­bie radę. Mamy z Da­wi­dem tro­chę oszczęd­no­ści, po­mo­że­my wam. Prze­cież ty zro­bi­ła­byś tak samo…

– No pew­nie – przy­tak­nę­ła Ewa, choć jej my­śli naj­wy­raź­niej błą­dzi­ły gdzieś da­le­ko.

Opar­ła się nie­co wy­god­niej i w za­my­śle­niu wpa­try­wa­ła się w mi­ja­ne po dro­dze sza­re bu­dyn­ki.

Bar­ba­ra Szym­czak wraz ze swo­im mę­żem, ko­tem i psem miesz­ka­li w nie­wiel­kiej wsi tuż za Tar­no­wem. Mie­li tam uro­czy czte­ro­po­ko­jo­wy do­mek z pięk­nym ogród­kiem i wła­snym sa­dem, w któ­rym od wie­lu lat ho­do­wa­li ja­bło­nie kosz­te­le. Ewa czę­sto przy­jeż­dża­ła do nich w week­en­dy, żeby od­po­cząć od zgieł­ku mia­sta. Jej cór­ka trak­to­wa­ła Szym­cza­ków jak bab­cię i dziad­ka, a oni, jako że byli bez­dziet­ni, oto­czy­li dziew­czyn­kę cie­płem i praw­dzi­wą mi­ło­ścią. Emil­ka uwiel­bia­ła od­wie­dzać z wuj­kiem i cio­cią pięk­ny sad, kar­mić kur­ki i bie­gać po po­dwór­ku za ich sę­dzi­wym owczar­kiem Cha­brem.

Kie­dy ko­bie­ty do­tar­ły na miej­sce, przed do­mem już cze­kał na nie Da­wid.

– Do­pie­ro siód­ma rano, a już skwar jak dia­bli – przy­wi­tał je z uśmie­chem.

Wziął w ra­mio­na śpią­cą Emi­lię, za­niósł do domu, uło­żył w po­ko­ju go­ścin­nym i tro­skli­wie okrył dziec­ko cien­ką koł­drą.

– My­ślę, że bę­dzie jesz­cze dłu­go spa­ła – mruk­nął, przy­my­ka­jąc drzwi. – Bar­dzo się o was mar­twi­li­śmy…

Ewa wresz­cie mo­gła po­zwo­lić, by tar­ga­ją­ce nią emo­cje zna­la­zły uj­ście. Usia­dła za ku­chen­nym sto­łem, ukry­ła twarz w dło­niach i wy­bu­chła pła­czem. Da­wid i Ba­sia za­sie­dli po jej bo­kach i bez sło­wa przy­tu­li­li ją do sie­bie. Trwa­li tak w ci­szy przez kil­ka mi­nut, cze­ka­jąc cier­pli­wie, aż ko­bie­ta sama się uspo­koi. Koko sie­dzia­ła u stóp swo­jej pani i, ci­cho mru­cząc, co chwi­la trą­ca­ła jej nogę łeb­kiem, jak­by chcąc ją w ten spo­sób ja­koś po­cie­szyć…

* * *

Sześć dni póź­niej Ewa wciąż miesz­ka­ła u Szym­cza­ków. Emil­ka za­do­mo­wi­ła się już u nich na do­bre. Da­wid za nic nie chciał się zgo­dzić, żeby wy­słać dziew­czyn­kę do przed­szko­la. Tłu­ma­czył, że po ta­kim stre­sie dziec­ko nie po­win­no spę­dzać ca­łe­go dnia wśród ob­cych i obo­jęt­nych wo­bec jej prze­żyć lu­dzi. Zda­niem Ewy, Da­wid wresz­cie zna­lazł so­bie w ma­łej dziew­czyn­ce ko­goś, kto słu­cha jego opo­wie­ści, chęt­nie po­ma­ga w ma­łym go­spo­dar­stwie i nie po­zwa­la spę­dzać mu ani mi­nu­ty bez­czyn­nie. Tak więc na okres po­by­tu u przy­ja­ciół Ewa zre­zy­gno­wa­ła z przed­szko­la, sama zaś po ty­go­dnio­wym urlo­pie mu­sia­ła wró­cić do pra­cy.

Do swo­je­go miesz­ka­nia mo­gła wejść do­pie­ro ty­dzień po wy­pad­ku. Stra­ża­cy po­zwo­li­li wziąć jej naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy oraz wszyst­ko, co cen­ne. Nie było tego za wie­le. Ewa z po­mo­cą Da­wi­da za­pa­ko­wa­ła tro­chę ubrań, do­ku­men­ty, port­fel, al­bum ze zdję­cia­mi i scho­wa­ne w ła­zien­ce pu­deł­ko z kil­ko­ma zło­ty­mi pier­ścion­ka­mi. Ze sprzę­tu prze­trwał tyl­ko lap­top, któ­ry za­mknię­ty był w po­krow­cu. Resz­ta – te­le­wi­zor, od­twa­rzacz DVD, ma­gne­to­fon Emi­lii i sprzęt w kuch­ni – zo­sta­ła za­la­na pod­czas ga­sze­nia po­ża­ru.

Na wi­dok znisz­czo­nych me­bli, osma­lo­nych sa­dzą ob­ra­zów, spa­lo­ne­go dy­wa­nu, wy­bi­tych okien i wy­rwa­nej ścia­ny w sy­pial­ni Ewa znów mia­ła ocho­tę pła­kać. Stra­ci­ła swo­je uko­cha­ne miesz­kan­ko, miej­sce, w któ­rym przez ostat­nie lata była tak bez­piecz­na i szczę­śli­wa. Naj­pierw z mę­żem, a po­tem z có­recz­ką…

– Pro­szę się nie mar­twić – po­cie­szył ją praw­nik, w obec­no­ści któ­re­go lo­ka­to­rzy mo­gli wejść do swo­ich miesz­kań. – Bur­mistrz obie­cał uru­cho­mić spe­cjal­ne fun­du­sze na re­kom­pen­sa­ty dla pań­stwa i sam wy­brał eki­pę, któ­ra na­pra­wi szko­dy. Poza tym spe­cja­li­ści stwier­dzi­li, że kon­struk­cja bu­dyn­ku nie zo­sta­ła na­ru­szo­na. W cią­gu na­stęp­ne­go ty­go­dnia za­cznie się od­bu­do­wa. Miesz­kań­cy tej klat­ki będą mo­gli wró­cić do swo­ich miesz­kań za nie­ca­łe dwa mie­sią­ce. Czy ma pani ubez­pie­czo­ne miesz­ka­nie?

– Tak. – Ski­nę­ła gło­wą. – Ale nie wiem, czy uda mi się od­zy­skać do­ku­men­ta­cję…

– A wie pan już, co spo­wo­do­wa­ło wy­buch? – wtrą­cił Da­wid, bio­rąc do rąk wiel­ką wa­liz­kę. – Prze­cież trze­ba było du­żej siły, że po­wsta­ły ta­kie szko­dy…

– Pię­tro wy­żej w klat­ce obok dwóch mło­dzie­niasz­ków zro­bi­ło so­bie w po­ko­ju skład­ni­cę ma­te­ria­łów wy­bu­cho­wych. Wy­twa­rza­li z nich pe­tar­dy na syl­we­stra i inne im­pre­zy. Praw­do­po­dob­nie pod­czas mie­sza­nia skład­ni­ków do­szło do wy­bu­chu.

– Su­kin­sy­ny jed­ne! – sap­nął Da­wid. – Po­win­ni do­stać do­ży­wo­cie! Tylu nie­win­nych lu­dzi omal nie stra­ci­ło ży­cia, że o do­byt­ku nie wspo­mnę.

– Je­den z nich zgi­nął na miej­scu. Dru­gi jest po­ła­ma­ny, ale wyj­dzie z tego. I pro­szę mi wie­rzyć, cze­ka go su­ro­wa kara za głu­po­tę.

– I bar­dzo do­brze! – Szym­czak za­ci­snął wol­ną rękę w pięść. – Ta­kie wy­bu­cho­we mie­szan­ki przy­go­to­wu­je się w spe­cjal­nych wa­run­kach i da­le­ko od za­bu­do­wań. Idio­ci… Jak­bym do­rwał, to­bym łby po­ury­wał…

Ewa z po­nu­rą miną prze­szła wszyst­kie zde­mo­lo­wa­ne po­miesz­cze­nia. Ja­koś trud­no było jej so­bie wy­obra­zić, że zno­wu bę­dzie się tam dało wpro­wa­dzić daw­ny ład i po­rzą­dek. Wszyst­ko było ta­kie ciem­ne, smut­ne, bez ży­cia.

Na ko­niec jesz­cze raz zaj­rza­ła do sy­pial­ni. Tu­taj wy­buch do­ko­nał naj­więk­szych znisz­czeń. Siła de­to­na­cji wy­rwa­ła ścia­nę, przy któ­rej sta­ło łóż­ko, a frag­men­ty skru­szo­ne­go be­to­nu, wiel­ko­ści so­lid­ne­go pu­sta­ka, wbi­ja­ły się w ma­te­rac łóż­ka, do­kład­nie tam, gdzie Ewa za­zwy­czaj kła­dła gło­wę. Aż strach po­my­śleć, co by było, gdy­by jed­nak nie wsta­ła w nocy. Emi­lia zo­sta­ła­by sie­ro­tą, ma­jąc za­le­d­wie pięć la­tek… Boże, jaki los bywa nie­spra­wie­dli­wy…

* * *

Do domu Szym­cza­ków wra­ca­li w kom­plet­nej ci­szy. Da­wid od cza­su do cza­su zer­kał z nie­po­ko­jem na swo­ją pa­sa­żer­kę, któ­ra z po­nu­rą miną omia­ta­ła nie­wi­dzą­cym wzro­kiem mi­ja­ne drze­wa. Czuł, że po­wi­nien za­jąć ją roz­mo­wą, ale każ­dy te­mat, jaki tyl­ko przy­cho­dził mu do gło­wy, zda­wał się tak try­wial­ny i nie na miej­scu, iż le­piej było mil­czeć. Ze smut­kiem od­wra­cał więc gło­wę od jej wy­nędz­nia­łej twa­rzy i sku­piał wzrok na dro­dze.

Tę ko­bie­tę spo­tka­ło tak dużo zła. Sa­mot­ne dzie­ciń­stwo, ży­cie w bie­dzie, wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy męża i jego śmierć tuż przed na­ro­dzi­na­mi Emil­ki. I wresz­cie ge­ne­tycz­na cho­ro­ba tego ko­cha­ne­go dziec­ka… To zbyt wie­le jak na sa­mot­ną ko­bie­tę o tak de­li­kat­nym i do­bro­dusz­nym cha­rak­te­rze. Zde­cy­do­wa­nie zbyt wie­le…

Kie­dy do­tar­li wresz­cie na miej­sce, Ewa z Ba­sią roz­pa­ko­wa­ły za­war­tość wa­li­zek. Wszyst­kie rze­czy śmier­dzia­ły spa­le­ni­zną i wil­go­cią. Trze­ba było jak naj­szyb­ciej zro­bić pra­nie, bo ubra­nia mo­gły za­ple­śnieć.

Se­gre­gu­jąc ko­szul­ki Emi­lii, Ba­sia przy­bra­ła mar­kot­ną minę, któ­rej Ewa nie mo­gła nie za­uwa­żyć.

– Coś się sta­ło – bar­dziej stwier­dzi­ła, niż za­py­ta­ła. – Je­steś ja­kaś taka… nie­swo­ja.

Bar­ba­ra wes­tchnę­ła głę­bo­ko.

– Mar­twię się o Mi­lu­się – po­wie­dzia­ła ci­cho, zer­ka­jąc za sie­bie, czy aby przy­pad­kiem dziew­czyn­ka nie stoi zbyt bli­sko, by usły­szeć tę roz­mo­wę.

– Dla­cze­go? – Ja­wor­ska we­pchnę­ła do pral­ki ja­sne ubra­nia.

– Zro­bi­ła się ja­kaś taka… – Ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi ko­bie­ta sta­ra­ła się zna­leźć od­po­wied­nie sło­wo. – …nie­obec­na. Wiem, że dużo prze­szła, ale po pro­stu się mar­twię.

– W ja­kim sen­sie nie­obec­na? – Ewka wrzu­ca­ła te­raz skar­pet­ki i bie­li­znę cór­ki do spe­cjal­ne­go wor­ka, żeby w trak­cie pra­nia gdzieś się nie za­wie­ru­szy­ły wśród więk­szej gar­de­ro­by. – Przy mnie za­cho­wu­je się nor­mal­nie…

– Wczo­raj, kie­dy by­łaś w pra­cy, po­szłam do jej po­ko­ju i usły­sza­łam, że z kimś roz­ma­wia. Za­py­ta­łam po­tem, w co się bawi, a ona od­par­ła, że roz­ma­wia z ja­kąś dziew­czyn­ką z za­krwa­wio­ną gło­wą.

Ewa, wstrzą­śnię­ta sło­wa­mi przy­ja­ciół­ki, aż upu­ści­ła wo­rek z pra­niem. Małe skar­pet­ki roz­sy­pa­ły się po nie­bie­skiej te­ra­ko­cie.

– Boże, mnie nic ta­kie­go nie mó­wi­ła…

Ba­sia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Może wi­dzia­ła coś ta­kie­go po tym wy­bu­chu? – za­su­ge­ro­wa­ła.

– Nie. Nie było żad­nej dziew­czyn­ki z za­krwa­wio­ną gło­wą – od­par­ła Ewa nie­mal na­tych­miast. – Je­stem tego pew­na. Mila na pew­no nie wi­dzia­ła ni­ko­go zra­nio­ne­go. Sie­dzia­ły­śmy w ta­kim miej­scu… spe­cjal­nie trzy­ma­łam ją na rę­kach, ty­łem do blo­ku…

– To jesz­cze nie wszyst­ko… – Ba­sia nie była pew­na, czy mar­twić Ewę ko­lej­ny­mi spo­strze­że­nia­mi. – Wczo­raj sy­tu­acja się po­wtó­rzy­ła. Mała sie­dzia­ła w ogro­dzie, na huś­taw­ce, a ja szy­deł­ko­wa­łam przy niej. Na­gle ze­sko­czy­ła z huś­taw­ki, po­de­szła do tej sta­rej ja­błon­ki obok pło­tu i znów za­czę­ła z kimś roz­ma­wiać. Przy­znam szcze­rze, że się prze­stra­szy­łam. Naj­pierw po­my­śla­łam, że może są tam Koko albo Cha­ber… ale nie. Nie było tam ni­ko­go. Na moje py­ta­nie, z kim roz­ma­wia, od­po­wie­dzia­ła, że z chłop­cem, któ­ry miał zgnie­cio­ną rękę i dziu­rę w brzu­chu, przez któ­rą wi­dać było pień drze­wa. Za­py­ta­łam ją, cze­go chciał, a ona od­par­ła, że pro­sił, by jego ro­dzi­ce czę­ściej od­wie­dza­li jego grób. Chciał do­sta­wać kwia­ty i żeby za­pa­la­no mu świecz­kę w dniu jego uro­dzin. Było mu smut­no, że mama o nim nie pa­mię­ta. Czy to nie dziw­ne? – Wzię­ła głę­bo­ki wdech. – A to wszyst­ko po­wie­dzia­ło mi pię­cio­let­nie dziec­ko.

– Mu­szę z nią po­roz­ma­wiać. – Ewa wciąż była zszo­ko­wa­na sło­wa­mi przy­ja­ciół­ki. – Emi­lia ni­g­dy wcze­śniej nie opo­wia­da­ła ta­kich rze­czy…

– No wła­śnie. – Ba­sia unio­sła do góry pa­lec. – Za­py­ta­łam ją o to, od jak daw­na wi­dzi ta­kie rze­czy. Ona od­po­wie­dzia­ła mi, że od za­wsze. Mam wra­że­nie, że była zdzi­wio­na fak­tem, że my nie wi­dzi­my tego sa­me­go, co ona. A Da­wi­do­wi po­wie­dzia­ła, że to jej ta­tuś ura­to­wał was wte­dy, gdy eks­plo­do­wał blok. Mó­wi­ła z ta­kim prze­ko­na­niem, że trud­no było jej nie uwie­rzyć.

Po ple­cach Ewy prze­szły lo­do­wa­te ciar­ki. Po­czu­ła, jak zim­no ob­le­wa od we­wnątrz całe cia­ło. Mia­ła wra­że­nie, że od tego chło­du za­mar­z­ną jej płu­ca. Była prze­ra­żo­na opo­wie­ścią Bar­ba­ry.

– Idę do niej – po­wie­dzia­ła, rzu­ca­jąc pra­nie na pod­ło­gę. – Mu­szę to jak naj­szyb­ciej wy­ja­śnić. Może rze­czy­wi­ście ten wy­buch ja­koś na nią po­dzia­łał…

Zo­sta­wi­ła Bar­ba­rę w ła­zien­ce, a sama wy­bra­ła się na po­szu­ki­wa­nie cór­ki. Za­sta­ła ją sie­dzą­cą na ró­żo­wym ko­cy­ku w ogród­ku za do­mem. Mia­ła na so­bie zie­lo­ną su­kien­kę na ra­miącz­kach, za­ło­żo­ną na cie­niut­ką bluz­kę z dłu­gim rę­ka­wem, żeby nie po­draż­niać cho­rej skó­ry. W zwią­za­nych w ku­cyk wło­sach ja­rzy­ła się po­ma­rań­czo­wa ko­kard­ka. Emi­lia ba­wi­ła się dwie­ma lal­ka­mi i mi­siem. Wła­śnie opo­wia­da­ła im baj­kę o księ­ży­cu, kie­dy Ewa sta­nę­ła w drzwiach i z roz­czu­le­niem ob­ser­wo­wa­ła swo­je je­dy­ne dziec­ko. Obok dziew­czyn­ki le­ża­ła Koko, zmru­żo­ny­mi śle­pia­mi ob­ser­wu­jąc za­ba­wę swo­jej ma­łej pani.

– Słoń­ce jest bar­dzo wy­so­ko… – tłu­ma­czy­ła mała mi­sio­wi, wią­żąc mu wście­kle ko­lo­ro­wy śli­nia­czek. – A te­raz mu­si­my zjeść kasz­kę, bo jest zdro­wa… mama tak mówi, więc musi być zdro­wa… ona za­wsze ma ra­cję…

Ewa już mia­ła ocho­tę par­sk­nąć śmie­chem, kie­dy nie­spo­dzie­wa­nie Emi­lia się wy­pro­sto­wa­ła i spoj­rza­ła przed sie­bie.

– O, je­steś. Zno­wu. Jak się na­zy­wasz? – za­py­ta­ła, uno­sząc gło­wę tak, jak­by przed nią sta­ła nie­wy­so­ka po­stać. – Bo ja je­stem Emil­ka Jo­dłow­ska.

Przez mo­ment klę­cza­ła z wy­pro­sto­wa­ny­mi ple­ca­mi, a po chwi­li lek­ko się unio­sła i wy­cią­gnę­ła rękę przed sie­bie. Koko po­de­rwa­ła się z ko­cy­ka, pod­bie­gła do miej­sca, w któ­re wpa­try­wa­ła się dziew­czyn­ka, i z unie­sio­nym ogo­nem zro­bi­ła małe kół­ko.

– Nie martw się. Po­pro­szę mamę, to mi po­mo­że – po­wie­dzia­ła Emi­la. – Znaj­dzie­my two­ją ma­mu­się… Tak, to moja kot­ka…

Ki­cia wy­gię­ła się w łuk, jak­by pod­da­wa­na była nie­wi­dzial­nym piesz­czo­tom. Za­czę­ła mru­czeć, przy­my­ka­jąc z ra­do­ści po­wie­ki. Ewa mo­gła­by przy­siąc, że wi­dzia­ła prze­su­wa­ją­ce się wgłę­bie­nie na sier­ści kot­ki, zu­peł­nie jak­by ktoś małą rącz­ką gła­skał ją po ple­cach. Z na­ra­sta­ją­cym prze­ra­że­niem ob­ser­wo­wa­ła tę nie­ty­po­wą sce­nę. Nie wie­dzia­ła, jak po­win­na za­re­ago­wać – czy krzyk­nąć i pró­bo­wać za­jąć małą czymś in­nym, czy też włą­czyć się do tej dziw­nej jed­no­stron­nej roz­mo­wy.

– Tak, to jest moja mama. – Emil­ka na­gle od­wró­ci­ła się w jej kie­run­ku i wska­za­ła na nią pal­cem. – Mamo, ten chło­piec zno­wu tu przy­szedł.

Ści­ska­jąc za ple­ca­mi lo­do­wa­te i spo­co­ne dło­nie, Ewa po­wo­lut­ku po­de­szła bli­żej. Z ca­łych sił sta­ra­ła się nie oka­zy­wać stra­chu, jaki za­wład­nął jej cia­łem.

– Jaki chłop­czyk, ko­cha­nie? – za­py­ta­ła, si­ląc się na bez­tro­ski ton.

– No, taki z dziu­rą w brzu­chu. Tu stoi. – Wska­za­ła brzeg ko­cy­ka. – On bar­dzo tę­sk­ni za swo­ją ma­mu­sią.

„Mój Boże, to ja­kieś sza­leń­stwo” – po­my­śla­ła Ewa z roz­pa­czą.

– Za­py­taj go, jak się na­zy­wa. – Tyl­ko ta­kie py­ta­nie przy­szło jej do gło­wy.

– Ma­ciuś Owic­ki. – Dziew­czyn­ka sku­pi­ła się na po­wtó­rze­niu na­zwi­ska. – Nie. Ko­wic­ki. Ma­ciuś Ko­wic­ki. Wiesz co? On umarł. W wy­pad­ku.

Ewa mia­ła wra­że­nie, że za­raz ze­mdle­je. Chcia­ła po­rwać cór­kę na ręce i uciec z nią jak naj­da­lej od tego sza­leń­stwa. Jed­nak­że zdro­wy roz­są­dek pod­po­wie­dział jej, że to nie miej­sce jest win­ne tym wi­zjom czy co­kol­wiek to było. Naj­wy­raź­niej dziew­czyn­ka prze­cho­dzi­ła ja­kieś za­ła­ma­nie po ostat­nich zda­rze­niach. Moż­li­we, że sta­ra­ła się to po­go­dzić z dra­ma­tycz­ny­mi prze­ży­cia­mi wła­śnie w taki cu­dacz­ny spo­sób. Ewa nie zna­ła się na psy­cho­lo­gii, ale z grub­sza wie­dzia­ła, że nie­kie­dy lu­dzie po­tra­fią re­ago­wać na skraj­ne prze­ży­cia w bar­dzo spe­cy­ficz­ny spo­sób.

– Jego grób jest na cmen­ta­rzu. Tu­taj nie­da­le­ko. – Unio­sła gło­wę i spoj­rza­ła mat­ce w oczy. – Pój­dzie­my tam? Za­pa­li­my mu świecz­kę? On się ucie­szy.

Na­gle Ewa po­czu­ła, że za jej ple­ca­mi stoi Bar­ba­ra, przy niej był Cha­ber. Pies ostroż­nie pod­szedł do miej­sca, w któ­rym rze­ko­mo stał duch, i uważ­nie ob­wą­chał nie­wi­dzial­ną po­stać.

– Mamo? Po­je­dzie­my?

– Po­je­dzie­my, ko­cha­nie – za­pew­ni­ła Ba­sia, wy­rę­cza­jąc onie­mia­łą Ewę. – Za­raz was za­wio­zę. Może ja­koś bę­dzie­my mo­gli mu po­móc?

Kil­ka mi­nut póź­niej je­cha­ły we trój­kę na naj­bliż­szy cmen­tarz ko­mu­nal­ny. W kio­sku przed głów­ną bra­mą ku­pi­ły czte­ry lam­pio­ny z dłu­gi­mi wkła­da­mi. Bar­ba­ra wy­bra­ła jesz­cze kil­ka bia­łych róż, i tak wy­po­sa­że­ni we­szli na cmen­tarz.

– Gdzie mamy szu­kać? – za­py­ta­ła Ewa, bez­rad­nie roz­glą­da­jąc się po ogrom­nej ne­kro­po­lii, gę­sto ob­sa­dzo­nej sta­ry­mi drze­wa­mi.

– Tam! – Emi­lia wska­za­ła ręką w dru­gą dróż­kę. – On po­ka­zu­je, że tam…

Po­bie­gła we wska­za­nym kie­run­ku, a obie ko­bie­ty ru­szy­ły za nią, ści­ska­jąc w ręce re­kla­mów­kę ze świecz­ka­mi oraz bu­kiet kwiat­ków.

„To ja­kieś sza­leń­stwo – tłu­ma­czy­ła so­bie w du­chu Ewa Ja­wor­ska. – To wszyst­ko ja­kiś sen. Prze­cież to nie może być praw­da!”.

Wkrót­ce sta­nę­ły jed­nak przed za­pusz­czo­nym gro­bem, znacz­nie mniej­szym niż te wo­ko­ło. W zie­mię wbi­ty był pro­sty me­ta­lo­wy krzyż, a usy­pa­ny na mo­gi­le kop­czyk zie­mi ob­ro­śnię­ty był wy­so­ki­mi chasz­cza­mi. Na krzy­żu wi­sia­ła za­rdze­wia­ła me­ta­lo­wa ta­blicz­ka z od­ręcz­nie na­ba­zgra­nym na­pi­sem „Tu leży Ma­ciuś Ko­wic­ki. Od­szedł w wie­ku sied­miu lat”. Nikt nie po­kwa­pił się, by po­dać datę uro­dze­nia czy śmier­ci chłop­ca. Praw­do­po­dob­nie nikt nie był tu­taj od po­grze­bu.

– Ten grób ma ład­nych parę lat – stwier­dzi­ła Bar­ba­ra ze smut­kiem.

– Wy­rwij­my tra­wę… – Emi­lia już zła­pa­ła za naj­bliż­szą darń. – On chce mieć czy­sto.

Ewa i Ba­sia bez sło­wa wy­rwa­ły wszyst­kie chwa­sty, rę­ka­mi ukle­pa­ły zie­mię i uło­ży­ły świecz­ki. Ba­sia jesz­cze raz od­wie­dzi­ła kiosk i ku­pi­ła pro­sty szkla­ny wa­zon, któ­ry czę­ścio­wo wko­pa­ły w zie­mię, żeby się nie prze­wra­cał. Na ko­niec ra­zem za­pa­li­ły zni­cze i od­mó­wi­ły mo­dli­twę.

– On się cie­szy – po­wie­dzia­ła na­gle Emil­ka. – Uśmie­cha się. Ale cały czas tę­sk­ni za swo­ją mamą.

– Gdy­by­śmy tyl­ko wie­dzie­li, gdzie miesz­ka­ją… – mruk­nę­ła za­afe­ro­wa­na ca­łym zda­rze­niem Bar­ba­ra. – Już ja bym im wy­gar­nę­ła. Jak moż­na zo­sta­wić grób wła­sne­go dziec­ka tak bez opie­ki?

Ewa mil­cza­ła. Po wy­pad­ku, w któ­rym zgi­nął jej mąż, też przez dłu­gi czas nie była w sta­nie przyjść na cmen­tarz i sta­nąć przy jego gro­bie. Było jej zbyt cięż­ko. Kie­dy Ma­ciek umarł, ona była w ósmym mie­sią­cu cią­ży. Przed sa­mym po­ro­dem była zda­na tyl­ko na sie­bie. Na cmen­tarz przy­szła do­pie­ro, kie­dy Mi­lu­sia skoń­czy­ła pięć mie­się­cy. Wcze­śniej gro­bem opie­ko­wa­li się te­ścio­wie. Być może ro­dzi­ce tego chłop­ca byli tak za­ła­ma­ni jego śmier­cią, że też nie po­tra­fi­li sta­nąć nad miej­scem jego wiecz­ne­go spo­czyn­ku? Cho­wa­nie wła­snych ro­dzi­ców jest cięż­kim prze­ży­ciem, ale świa­do­mość, że tak ma być, że umie­ra jed­no po­ko­le­nie i jest za­stę­po­wa­ne ko­lej­nym, młod­szym, znacz­nie uła­twia roz­sta­nie. Jed­nak­że śmierć dziec­ka jest od­wró­ce­niem ko­lei rze­czy, dla­te­go ro­dzi­com tak trud­no jest to znieść.

– On nas za­pro­wa­dzi – po­wie­dzia­ła Emil­ka. – Wie, gdzie jest jego mama.

– Chry­ste Pa­nie! – wy­rwa­ło się Szym­cza­ko­wej. – Te­raz to już cał­kiem zgłu­pia­łam…

– No, chodź­my. – Emi­lia zła­pa­ła mat­kę za rękę i lek­ko po­cią­gnę­ła. Chcia­ła jak naj­szyb­ciej mieć to wszyst­ko za sobą.

Wró­ci­ły na par­king, wsia­dły do re­nault i ru­szy­ły. Mała Jo­dłow­ska co raz po­ka­zy­wa­ła, gdzie mają skrę­cić. W koń­cu za­trzy­ma­ły się przy pię­tro­wym domu z lat osiem­dzie­sią­tych, wy­ma­lo­wa­nym na bia­ło i brą­zo­wo. Przed do­mem na roz­cią­gnię­tym po­mię­dzy dwo­ma drze­wa­mi sznur­ku chu­da ko­bie­ta w stro­ju ką­pie­lo­wym wie­sza­ła świe­żo wy­pra­ną po­ściel. Śnież­no­bia­łe po­szwy kon­tra­sto­wa­ły ze wście­kle ko­lo­ro­wym bi­ki­ni i ufar­bo­wa­ny­mi nie­mal­że na fio­let krót­ki­mi wło­sa­mi.

– Dzień do­bry! – krzyk­nę­ła Ba­sia zza bram­ki, gdyż dzwo­nek naj­wy­raź­niej nie dzia­łał.

Ko­bie­ta za­pię­ła ostat­nią po­szwę i z za­cie­ka­wio­ną miną po­de­szła nie­co bli­żej. W ustach trzy­ma­ła krót­kie­go peta, z któ­re­go snu­ła się drga­ją­ca smuż­ka dymu.

– Pa­nie do kogo? – za­da­ła py­ta­nie, nie wy­cią­ga­jąc peta z ust. Reszt­ka pa­pie­ro­sa ru­sza­ła się wraz z każ­dą wy­po­wie­dzia­ną sy­la­bą, przy­kle­jo­na do jej dol­nej war­gi.

– Szu­ka­my pani Ko­wic­kiej – po­wie­dzia­ła Bar­ba­ra.

– Ma­rii – do­rzu­ci­ła Emi­lia.

Wzrok ko­bie­ty zje­chał nie­co ni­żej, do­pie­ro te­raz spo­strze­gła dziew­czyn­kę, we­pchnię­tą po­mię­dzy dwie ko­bie­ty.

– Ja je­stem Ma­ria, ale już nie Ko­wic­ka. Po dru­gim mężu na­zy­wam się ina­czej – wark­nę­ła. – Je­że­li któ­raś z pań była ko­chan­ką mo­je­go eks, idio­ty, a to jest jego ko­lej­ne dziec­ko, to mam to gdzieś. I nie wiem, gdzie on te­raz prze­by­wa. Mam na­dzie­ję, że gni­je w pier­dlu.

Wy­plu­ła peta i przy­dep­nę­ła go zno­szo­nym klap­kiem.

– Nie szu­ka­my pani eks­mę­ża. – mruk­nę­ła Bar­ba­ra. – Ale pani.

– Mnie? – zdzi­wi­ła się. – No do­bra, więc o co cho­dzi?

Od­ru­cho­wo zła­pa­ła za klam­kę bram­ki i wpu­ści­ła ko­bie­ty do środ­ka.

– Ma­ciuś za pa­nią tę­sk­ni – wy­pa­li­ła bez ogró­dek Emi­lia. – Pani o nim za­po­mnia­ła i te­raz jest mu smut­no.

Ko­bie­ta gwał­tow­nie zbla­dła. Z bez­brzeż­nym zdu­mie­niem wpa­try­wa­ła się w twarz dziew­czyn­ki, jak­by zo­ba­czy­ła du­cha albo upio­ra.

– Dziec­ko, co ty mó­wisz? – wy­ją­ka­ła, kła­dąc ręce na swo­jej chu­dej klat­ce pier­sio­wej.

– On tu jest. – Emil­ka wska­za­ła ręką na traw­nik tuż przy chod­ni­ku. – Tę­sk­ni.

Ko­wic­ka kil­ka razy za­my­ka­ła i otwie­ra­ła usta, ni­czym wy­ję­ta z wody ryba. Prze­rzu­ca­ła au­ten­tycz­nie prze­ra­żo­ny wzrok z ko­biet na dziew­czyn­kę i wska­za­ne przez nią miej­sce. Na jej czo­le po­ja­wi­ły się struż­ki potu, któ­re w ostrym świe­tle lip­co­we­go słoń­ca błysz­cza­ły ni­czym mi­nia­tu­ro­we dia­men­ty.

– Po­win­na pani pójść na grób chłop­ca, za­pa­lić świecz­ki, od­mó­wić mo­dli­twę za spo­kój jego du­szy… – Bar­ba­ra sta­ra­ła się ja­koś wy­ja­śnić tę nie­ty­po­wą sy­tu­ację.

– Wy so­bie ze mnie jaja ro­bi­cie?! – za­char­cza­ła Ko­wic­ka, za­ci­ska­jąc ręce w pię­ści. – Kto wam dał pra­wo do mal­tre­to­wa­nia mnie? Won mi stąd!

– On bar­dzo za pa­nią tę­sk­ni – wtrą­ci­ła Ewa. – Moja cór­ka mówi…

– Nic mnie nie ob­cho­dzi, co ona mówi! Je­ste­ście szur­nię­te! – wrza­snę­ła ko­bie­ta. – Wy­no­cha! Bo wam nogi z dupy po­wy­ry­wam… Je­ste­ście ja­kieś na­cią­gacz­ki czy jak?

– On ma dziu­rę w brzu­chu – po­wie­dzia­ła Ewa spo­koj­nym gło­sem. – Zgi­nął w wy­pad­ku, praw­da?

– A co wam do tego? – Ko­wic­ka jed­nym szarp­nię­ciem otwo­rzy­ła przed nimi bram­kę. – Spa­dać stąd! Ale już!

– Nie­bie­ski ko­cyk – po­wie­dzia­ła na­gle Emi­lia. – Nie­bie­ski ko­cyk!

Twarz ko­bie­ty mo­men­tal­nie prze­szła z bla­de­go od­cie­nia do zie­mi­stej sza­ro­ści.

– Jaki ko­cyk? – do­py­ty­wa­ła Bar­ba­ra.

– Ko­cyk… – po­wtó­rzy­ła Emil­ka. – I czer­wo­ny miś. On mówi, żeby pani nie pła­ka­ła.

W tym mo­men­cie w ko­bie­cie na­stą­pił ja­kiś prze­łom. Chwiej­nym kro­kiem po­de­szła do naj­bliż­sze­go mur­ku i kuc­nę­ła, opie­ra­jąc się o nie­go ple­ca­mi. Po chwi­li opu­ści­ła gło­wę i nie­spo­dzie­wa­nie za­czę­ła szlo­chać. Jej chu­de ra­mio­na trzę­sły się tak moc­no, że z jed­ne­go z nich zsu­nę­ło się wą­skie ra­miącz­ko ko­lo­ro­we­go sta­ni­ka.

– Boże, tak za nim tę­sk­nię – wy­szlo­cha­ła, wy­cie­ra­jąc wierz­chem dło­ni za­pła­ka­ne oczy. – Tak strasz­nie to boli… To było ta­kie do­bre dziec­ko.

– Bar­dzo nam przy­kro – po­wie­dzia­ła ci­cho Bar­ba­ra, ku­ca­jąc obok niej i de­li­kat­nie kła­dąc jej rękę na ra­mie­niu.

– On tu jest. Nie chce, żeby pani pła­ka­ła – po­wie­dzia­ła Emi­lia. – On chce, żeby była pani szczę­śli­wa. I pa­mię­ta­ła o nim.

– Ależ ja o nim pa­mię­tam. Przez cały czas…

– Cho­dzi o grób – wtrą­ci­ła spo­koj­nym to­nem Bar­ba­ra. – Jemu jest smut­no, że pani nie dba o miej­sce, gdzie spo­czy­wa.

– Nie po­tra­fię… – Ko­wic­ka pła­ka­ła gło­śno. – Nie po­tra­fię… To za bar­dzo bo­ooli…

Ewa wy­cią­gnę­ła z kie­sze­ni szor­tów pacz­kę chu­s­te­czek hi­gie­nicz­nych i po­da­ła je ko­bie­cie.

– Gdzie on jest? – za­py­ta­ła mat­ka Ma­ciu­sia, przez łzy pa­trząc na Emi­lię.

– Tu­taj. – Dziew­czyn­ka na­tych­miast wska­za­ła miej­sce ja­kieś pół­to­ra me­tra przed Ko­wic­ką.

– Prze­pra­szam cię, dziec­ko. – Znów za­czę­ła szlo­chać, wpa­tru­jąc się przed sie­bie. – Prze­pra­szam. Nie chcia­łam…

– On wie – szep­nę­ła Emi­lia. – Mówi, że bę­dzie cze­kał. I że pa­nią ko­cha. Bar­dzo ko­cha…

* * *

Dwa dni po tym nie­co­dzien­nym zda­rze­niu Ewa była bli­ska za­ła­ma­nia psy­chicz­ne­go. Sie­dzia­ła w kuch­ni Basi i przez otwar­te na oścież okno wpa­try­wa­ła się w swo­ją cór­kę. Mała sie­dzia­ła na ko­la­nach Da­wi­da i z wy­pie­ka­mi na twa­rzy słu­cha­ła czy­ta­nej przez nie­go baj­ki o Kró­lew­nie Śnież­ce. Przed nimi roz­cią­gnię­ty ni­czym sta­ry dy­wan le­żał owcza­rek Cha­ber. Klat­ka pier­sio­wa psi­ska rów­no­mier­nie się uno­si­ła i opa­da­ła. Od cza­su do cza­su drga­ły mu łapy, jak­by ko­goś go­nił we śnie.

Emil­ka, wpa­tru­jąc się w ob­ra­zek, od­ru­cho­wo pod­su­nę­ła nie­co rę­ka­wek ko­szul­ki. Ewa do­strze­gła za­czer­wie­nie­nie na skó­rze.

– Mu­szę iść z nią na kon­tro­lę do le­ka­rza – wes­tchnę­ła, zer­ka­jąc na krzą­ta­ją­cą się po kuch­ni Bar­ba­rę.

– Masz na my­śli łu­skę?

Emi­lia cho­ro­wa­ła na ry­bią łu­skę, do­le­gli­wość skó­ry prze­ka­zy­wa­ną ge­ne­tycz­nie i nie­raz dzie­dzi­czo­ną po ro­dzi­cach lub dal­szych przod­kach. Nie­kie­dy też (tak jak w przy­pad­ku Emi­lii) cho­ro­ba jako wy­nik mu­ta­cji chro­mo­so­mów po­ja­wia się u dzie­ci ro­dzi­ców nie­ob­cią­żo­nych. Kie­dy nie­dłu­go po uro­dze­niu na skó­rze dziew­czyn­ki po­ja­wi­ły się dziw­ne łu­ski, prze­ra­żo­na Ewa na­tych­miast po­gna­ła do le­ka­rza. Po se­rii ba­dań i krót­kim po­by­cie w spe­cja­li­stycz­nym szpi­ta­lu do­wie­dzia­ła się, że naj­wy­raź­niej geny jej i męża wspól­nie stwo­rzy­ły wła­śnie taką skłon­ność do cho­ro­by. Ktoś za­su­ge­ro­wał jej na­wet, żeby nie mia­ła wię­cej dzie­ci. Przy­naj­mniej nie z oj­cem Emi­lii, po­nie­waż ob­cią­że­nie może być jesz­cze więk­sze, co dla no­wo­rod­ka może skoń­czyć się tra­gicz­nie.

– Też – wes­tchnę­ła. – Koń­czą mi się te ma­ści, któ­re wcie­ram w nią co wie­czór. Poza tym mam wra­że­nie, że ostat­nio jej skó­ra jest bar­dziej za­czer­wie­nio­na.

– A Mi­lu­sia jest taka ślicz­na… – Bar­ba­ra z cho­chlą w ręku za­pa­trzy­ła się na dziew­czyn­kę. – I taka mą­dra…

– Szczę­ście, że nie ma ry­biej łu­ski na twa­rzy, szyi i dło­niach – do­da­ła Ewa. – Przy­naj­mniej może ją scho­wać pod rę­kaw­ka­mi.

– A cóż to ma za zna­cze­nie? – Ba­sia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Oj, ma! Dzie­ci w przed­szko­lu by­wa­ją okrut­ne. Do­ro­śli po­tra­fią ukryć zdzi­wie­nie na wi­dok ta­kiej skó­ry, a dzie­ci nie. Bez mru­gnię­cia oka wy­tkną in­nym dzie­ciom na­wet naj­mniej­szą róż­ni­cę, któ­ra czy­ni je od­mien­ny­mi.

– To praw­da – zgo­dzi­ła się z nią Szym­cza­ko­wa. – Rze­czy­wi­ście, nie po­my­śla­łam o tym. Ale z dru­giej stro­ny tak mi żal, kie­dy ma­leń­ka w ta­kie pięk­ne sło­necz­ne dni musi cho­wać się przed słoń­cem i no­sić dłuż­sze ubra­nia, kie­dy inne dzie­ci bie­ga­ją pół­na­go.

– Nie ma co na­rze­kać – po­cie­sza­ła się Ewa. – W szpi­ta­lu wi­dzia­łam dzie­ci całe po­kry­te ry­bią łu­ską albo z wiel­ki­mi za­czer­wie­nie­nia­mi na twa­rzy. My­ślę, że im jest jesz­cze cię­żej, bo za­wsze będą zwra­cać uwa­gę in­nych, a pew­nie i nie­raz pad­ną ofia­rą prze­zwisk i zło­śli­wo­ści.

– Mamo, mamo! – krzyk­nę­ła na­gle Emil­ka.

Ewa z uśmie­chem po­ma­cha­ła jej przez okno.

– Czy­ta­my książ­kę – po­chwa­li­ła się dziew­czyn­ka. – Wu­jek su­per czy­ta! Wuj­ku, jesz­cze raz… pro­szę…

Da­wid znów wziął ją na ko­la­na i za­czął czy­tać od po­cząt­ku. Po chwi­li oby­dwo­je za­to­pi­li się w lek­tu­rze.

– Mar­twi mnie jej za­cho­wa­nie – po­wie­dzia­ła Ewa po chwi­li na­my­słu. – To nie jest nor­mal­ne… lu­dzie nie po­win­ni wi­dzieć du­chów… na­wet je­że­li ta­kie isto­ty ist­nie­ją na­praw­dę.

– To nie są jej zwi­dy – od­par­ła spo­koj­nym gło­sem Bar­ba­ra. – Two­ja Koko i mój pies też to wi­dzie­li. A więc ewen­tu­al­ne przy­wi­dze­nie czy cho­ro­bę mó­zgu sama mo­żesz wy­klu­czyć. Poza tym Mila mia­ła ra­cję. Bez­błęd­nie tra­fi­ła z na­zwi­skiem tego mar­twe­go chłop­ca, a po­tem z ad­re­sem mat­ki. To jest nie­sa­mo­wi­te.

– Wiem o tym – Ewa mu­sia­ła się z nią zgo­dzić.

– Mała nie mo­gła so­bie tego wy­my­ślić – tłu­ma­czy­ła Bar­ba­ra ła­god­nym gło­sem. – Ni­g­dy nie była na tym cmen­ta­rzu. Nie mia­ła jak spraw­dzić, w któ­rym miej­scu jest na­gro­bek tego chłop­ca. No i oczy­wi­ście nie wie­dzia­ła, gdzie jest jego mat­ka i dla­cze­go nie dba­ła o grób wła­sne­go dziec­ka. Na wszyst­kie te py­ta­nia jest tyl­ko jed­na sen­sow­na, choć rze­czy­wi­ście dzi­wacz­na, od­po­wiedź. I ty ją bar­dzo do­brze znasz.

Ewa unio­sła gło­wę i spoj­rza­ła przy­ja­ciół­ce w oczy. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, co te­raz po­wie po­czci­wa Ba­sia.

– Mała wi­dzi du­chy.

– Boję się o nią – szep­nę­ła Ewa, ze smut­kiem pa­trząc przez okno.

– Mam zna­jo­me­go księ­dza, któ­ry in­te­re­su­je się eg­zor­cy­zma­mi, może war­to z nim po­roz­ma­wiać? – przy­po­mnia­ła so­bie Bar­ba­ra.

– Su­ge­ru­jesz, że mała jest opę­ta­na? – Ewa unio­sła brwi. – Nie znam się na tym, ale to chy­ba nie tak się ob­ja­wia?

– Nie o to mi cho­dzi. – Po­krę­ci­ła gło­wą. – Może on bę­dzie mógł nam wy­tłu­ma­czyć, co się z nią dzie­je. Albo cho­ciaż wska­zać oso­bę, któ­ra bę­dzie po­tra­fi­ła po­móc?

Ewa opa­dła na ku­chen­ne krze­sło.

– Masz ra­cję – przy­zna­ła. – Trze­ba z kimś o tym po­roz­ma­wiać. A ja na­wet wiem z kim…

* * *

Jesz­cze tego sa­me­go dnia do Szym­cza­ków przy­je­chał za­kon­nik – oj­ciec Ra­fał. Za­trzy­mał się przed do­mem, wy­siadł z wy­słu­żo­ne­go for­da z lat dzie­więć­dzie­sią­tych i trza­snął drzwia­mi tak moc­no, że aż Cha­ber za­czął szcze­kać.

– Prze­pra­szam, ale drzwicz­ki mi się za­ci­na­ją – po­wie­dział na przy­wi­ta­nie.

Oj­ciec Ra­fał oka­zał się ni­skim, przy­sa­dzi­stym męż­czy­zną w wie­ku oko­ło czter­dzie­stu lat. Czu­bek jego gło­wy przy­ozda­bia­ła okrą­gła ły­sin­ka, a do­bro­tli­wy wy­raz krą­głej ni­czym księ­życ w peł­ni twa­rzy pod­kre­śla­ły nie­pro­por­cjo­nal­nie małe oku­lar­ki w cien­kiej me­ta­lo­wej opraw­ce. Ubra­ny był w czar­ne sztruk­so­we spodnie, po­wy­cie­ra­ne nie­co na ko­la­nach, oraz gra­na­to­wą cien­ką ko­szu­lę z krót­kim rę­ka­wem. Je­dy­nym śla­dem jego pro­fe­sji i za­mi­ło­wa­nia była ko­lo­rat­ka, gi­ną­ca pod wy­le­wa­ją­cym się bla­dym pod­bród­kiem.

– Wi­tam, przy­je­cha­łem tak szyb­ko, jak tyl­ko mo­głem.

Na po­czą­tek uści­snął dłoń Ewy. Jego ręka była sil­na i po­krze­pia­ją­co cie­pła.

– Wi­tam, dro­gi Ra­fa­le… – Bar­ba­ra uści­snę­ła moc­no męż­czy­znę i uca­ło­wa­ła go w ró­żo­wy po­li­czek. – Daw­no do nas oj­ciec nie za­glą­dał…

– Mia­łem bar­dzo dużo pra­cy. Ostat­nio pro­wa­dzę na­wet mło­dzie­żo­wy chór… – wes­tchnął, pod­cho­dząc do Emil­ki. – A kogo my tu mamy?

Kuc­nął przed dziew­czyn­ką i po­gła­skał ją po ja­snych wło­skach.

– Je­stem Emil­ka Jo­dłow­ska – dziew­czyn­ka przed­sta­wi­ła się dość ofi­cjal­nie.

– Ślicz­ne imię – przy­znał ksiądz, wciąż in­ten­syw­nie się w nią wpa­tru­jąc.

– Ma­mie się ta­kie po­do­ba­ło od za­wsze. – Lek­ko się cof­nę­ła, chcąc za­cho­wać dy­stans.

Ewa uśmiech­nę­ła się pod no­sem.

– Tata mi tak po­wie­dział – do­da­ła dziew­czyn­ka z enig­ma­tycz­nym uśmie­chem.

Mat­ka dziew­czyn­ki na­tych­miast się przy­gar­bi­ła.

– A gdzie jest twój tata?

Oj­ciec Ra­fał wpraw­dzie znał hi­sto­rię ro­dzi­ny Jo­dłow­skich, po­nie­waż Ba­sia zdą­ży­ła mu wszyst­ko wy­ja­śnić pod­czas roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej, jed­nak­że za­pew­ne wo­lał usły­szeć te no­wi­ny z pierw­szej ręki, czy­li od nie­speł­na pię­cio­let­nie­go dziec­ka.

– Mama mówi, że umarł – przy­zna­ła szcze­rze.

Ksiądz prze­niósł wzrok na Jo­dłow­ską. Ewa była w sta­nie je­dy­nie ski­nąć gło­wą.

– A czę­sto go wi­du­jesz? – za­py­tał jak­by mi­mo­cho­dem, uda­jąc, że py­ta­nie ma tyl­ko cha­rak­ter lek­kiej kon­wer­sa­cji.

– Ostat­nio rzad­ko – przy­zna­ła Mi­lu­sia. – Pew­nie ma dużo pra­cy… chy­ba w nie­bie…

Ewie kom­plet­nie zrze­dła mina.

– Sły­sza­łem, że sta­rasz się po­móc nie­któ­rym… lu­dziom… – Sło­wa księ­dza były tak ci­che, że mat­ka Emi­lii le­d­wie je mo­gła do­sły­szeć.

– Du­chom – po­wie­dzia­ła mała śmia­łym gło­sem. – Tak, sta­ram się.

– Dla­cze­go? – Py­ta­nie księ­dza za­wi­sło w cięż­kim od go­rą­ca po­wie­trzu ni­czym zmę­czo­ny lo­tem bąk.

– Bo nie chcą odejść. Przy­cho­dzą co­raz czę­ściej – wy­zna­ło dziec­ko szcze­rze, wzru­sza­jąc przy tym ra­mio­na­mi. – Do­pie­ro jak im po­mo­gę, to idą da­lej.

– A do­kąd idą? – do­py­ty­wał oj­ciec Ra­fał.

– Do taty – od­par­ła Emi­lia. – Do świa­tła.

– Boże mój… – jęk­nę­ła Ewa.

– Mogę przejść się z tobą na krót­ki spa­cer? – za­py­tał ksiądz, wy­cią­ga­jąc do Emi­lii rękę. – Mama tu­taj na nas po­cze­ka, a cio­cia Ba­sia przy­go­tu­je coś zim­ne­go do pi­cia, bo strasz­ny dzi­siaj upał.

– Idź, skar­bie. – Ewa ski­nę­ła gło­wą.

Dziew­czyn­ka bez opo­rów po­da­ła mu swo­ją dłoń. Kie­dy uf­nie wy­cią­ga­ła rącz­kę, wzrok ka­pła­na padł na wy­sta­ją­cą spod rę­ka­wa ry­bią łu­skę. Sta­rał się nie wy­ra­żać żad­ną miną smut­ku, jaki za­wład­nął jego my­śla­mi na wi­dok oszpe­co­nej skó­ry dziec­ka.

– No to chodź­my… – Uję­ła jego dłoń i po­cią­gnę­ła go do sadu za do­mem Szym­cza­ków. – Mama się de­ner­wu­je…

Spa­ce­ro­wa­li so­bie po­wo­lut­ku po­mię­dzy sę­dzi­wy­mi kosz­te­la­mi, roz­ma­wia­jąc o czymś ci­cho. Oj­ciec Ra­fał za­da­wał mnó­stwo py­tań. Emi­lia sta­ra­ła się na nie od­po­wie­dzieć, oczy­wi­ście w mia­rę swo­ich dzie­cię­cych moż­li­wo­ści. I tak, ku za­sko­cze­niu za­kon­ni­ka, była ona nad wy­raz roz­wi­nię­ta jak na swój wiek. Mó­wi­ła peł­ny­mi zda­nia­mi, wy­ma­wia­jąc jesz­cze wa­dli­wie i po dzie­cię­ce­mu nie­któ­re gło­ski.

Po dwóch go­dzi­nach wresz­cie we­szli na ta­ras, gdzie Ba­sia cze­ka­ła już na nich z dzban­kiem zim­ne­go kom­po­tu jabł­ko­we­go oraz do­mo­wej ro­bo­ty ser­ni­kiem.

– Usiądź tu, ko­cha­nie, a ja za­raz wró­cę. – Du­chow­ny zo­sta­wił dziew­czyn­kę pod opie­ką Szym­cza­ków, a sam wszedł do środ­ka, gdzie przy ku­chen­nym sto­le nie­cier­pli­wie cze­ka­ła na nie­go za­tro­ska­na o los cór­ki Ewa Jo­dłow­ska.

– Pani có­recz­ka jest nie­sa­mo­wi­ta – za­czął oj­ciec Ra­fał, opie­ra­jąc się wy­god­niej na swo­im krze­śle. – Ma wspa­nia­ły dar. Od Boga. Po­ma­ga zbłą­ka­nym ludz­kim du­szom tra­fić do miej­sca ich prze­zna­cze­nia. Na nic tu moja wie­dza w za­kre­sie eg­zor­cy­zmów. Ona nie jest opę­ta­na.

– Ale prze­cież wi­dzi ta­kie okrop­no­ści… – po­wie­dzia­ła Ewa ze smut­kiem. – Chłop­ca z dziu­rą w brzu­chu, dziew­czyn­kę z ode­rwa­nym ka­wał­kiem gło­wy. Tyle krwi… Tyle cier­pie­nia… Czy bę­dzie w sta­nie udźwi­gnąć to brze­mię?

– Te du­chy nie cier­pią już w sen­sie fi­zycz­nym, więc Emil­ka też tego nie czu­je. – Ksiądz miał po­waż­ną minę. – Ona jest jak le­karz, któ­ry przy­zwy­cza­ja się do wi­do­ku krwi, obe­rwa­nych rąk, roz­cię­tej skó­ry czy otwar­tych zła­mań. Już do tego przy­wy­kła, po­nie­waż… wi­dzi to od uro­dze­nia.

– Nie­moż­li­we! – Ewa za­kry­ła usta dłoń­mi. – Do­pie­ro od kil­ku ty­go­dni mówi o ta­kich rze­czach…

– Bo do­pie­ro te­raz zro­zu­mia­ła, po co te du­chy się jej po­ka­zu­ją. – Po­krę­cił gło­wą. – Że chcą od niej cze­goś. Że ocze­ku­ją z jej stro­ny po­mo­cy.

– To dla­cze­go nie pój­dą do ko­goś in­ne­go, tyl­ko gnę­bią moje dziec­ko? – Unio­sła głos. – Prze­cież jest jesz­cze taka ma­lut­ka!

– Ale tyl­ko ona je wi­dzi – prze­rwał oj­ciec. – Dla­te­go przy­cho­dzą, po­nie­waż czu­ją, że może im po­móc. I choć jest jesz­cze ma­lut­ka, już wie… Bóg dał jej dar… wy­róż­nił ją… Ta dziew­czyn­ka jest ogni­sko­wą. Oso­bą, któ­ra sku­pia przy so­bie za­gu­bio­ne du­sze i po­ma­ga im odejść tam, gdzie po­win­ny się zna­leźć.

– Bóg? – Par­sk­nę­ła po­gar­dli­wie. – Już wy­star­cza­ją­co ją wy­róż­nił. Ma ry­bią łu­skę. Całe ży­cie bę­dzie mu­sia­ła uni­kać słoń­ca i okry­wać się ubra­nia­mi z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi. Jej oj­ciec zgi­nął w wy­pad­ku, za­nim mała przy­szła na świat. Gdy za­czę­ła roz­ma­wiać z du­cha­mi, zro­bi­li­śmy wszyst­kie ba­da­nia, bo się ba­łam, że jest cho­ra. Tyle się sły­szy o gu­zach, ra­kach… I jesz­cze… – Za­ci­snę­ła ręce w pię­ści. – Czy to wszyst­ko nie wy­star­czy?

Ksiądz za­sznu­ro­wał usta. Ro­zu­miał tę ko­bie­tę. Tę go­rycz i żal, że aku­rat jej cór­kę spo­tka­ło tak wie­le.

– Musi pani coś wie­dzieć… Kie­dy bę­dzie do niej przy­cho­dzić dużo du­chów, z jej po­mo­cy będą chcia­ły tak­że sko­rzy­stać te złe. De­mo­ny, pra­gną­ce wy­ko­rzy­stać jej do­broć. – Wziął głę­bo­ki wdech. Sta­rał się w jak naj­prost­szy spo­sób wy­tłu­ma­czyć ko­bie­cie, o co mu cho­dzi. – Roz­ma­wia­łem o tym z Emil­ką. Twier­dzi, że złe du­chy są czar­ne od środ­ka i ona każe im się wy­no­sić. Cza­sa­mi te do­bre du­chy prze­pę­dza­ją od niej złe. Naj­wy­raź­niej ro­zu­mie­ją war­tość dziew­czyn­ki i sta­ra­ją się ją chro­nić.

Po­ło­żył rękę na dło­ni ko­bie­ty. Jej pal­ce były lo­do­wa­te i mo­kre.

– Ten dar praw­do­po­dob­nie ni­g­dy nie mi­nie. Ona trak­tu­je to jak coś na­tu­ral­ne­go, tak jak pani w spo­sób na­tu­ral­ny trak­tu­je błę­kit nie­ba czy zie­leń tra­wy. Choć pani nie wi­dzi tego co ona, trze­ba bę­dzie ją wspie­rać. Żeby nie czu­ła się inna. I, broń Boże, gor­sza. – Po­krze­pia­ją­co ści­snął jej dłoń.

– Jak to za­koń­czyć? Da się ja­koś? – Ewa nie była w sta­nie znieść tej wia­do­mo­ści. Pra­gnę­ła, żeby jej cór­ka żyła tak bez­tro­sko i szczę­śli­wie na­iw­na, jak inne dzie­ci w jej wie­ku. Aby ba­wi­ła się lal­ka­mi, śpie­wa­ła dzie­cię­ce pio­sen­ki i oglą­da­ła baj­ki o księż­nicz­kach, a nie oka­le­czo­nych przez śmier­tel­ne wy­pad­ki lu­dzi.

– Nie, już taka jest – po­wtó­rzył. – Da­łem jej chro­nią­cy przed zły­mi du­cha­mi krzyż świę­te­go Be­ne­dyk­ta, po­świę­co­ny przez sa­me­go pa­pie­ża. Ma ogrom­ną moc. Uży­wa­ny jest czę­sto do eg­zor­cy­zmów. Bę­dzie ją wspo­ma­gał i do­dat­ko­wo chro­nił przed zły­mi du­cha­mi. Tyl­ko tyle mogę zro­bić.

– Dzię­ku­ję – wy­krztu­si­ła przez za­ci­śnię­te gar­dło.

Oj­ciec Ra­fał pod­su­nął jej kar­tecz­kę z za­pi­sa­nym nu­me­rem te­le­fo­nu.

– A gdy­by coś się dzia­ło, pro­szę dzwo­nić do mnie o każ­dej po­rze dnia i nocy. Gdy bę­dzie­cie po­trze­bo­wa­li z kimś po­roz­ma­wiać… ko­goś zna­leźć… Po­sta­ram się po­móc…

1.

Obec­nie

Tego roku paź­dzier­nik był wy­jąt­ko­wo ła­ska­wy, je­że­li cho­dzi o po­go­dę. Za­fun­do­wał miesz­kań­com po­łu­dnio­wej Pol­ski bar­dzo cie­pły i pięk­ny po­czą­tek zło­tej pol­skiej je­sie­ni, po­bu­dza­jąc wy­obraź­nię ar­ty­stów i pi­sa­rzy do uwiecz­nie­nia w swo­ich dzie­łach ob­ra­zów zło­to­czer­wo­nych li­ści, ugi­na­ją­cych się pod cię­ża­rem owo­ców drzew, to­ną­cych w po­ma­rań­czo­wych dy­nio­wych po­let­kach oraz błysz­czą­cych w je­sien­nym słoń­cu ty­się­cy drob­nych pa­ję­czych ni­tek.

Za­cho­dzą­ce słoń­ce od­bi­ja­ło się ty­sią­ca­mi od­cie­ni czer­wie­ni oraz różu w toni rze­ki, prze­cho­dząc po­wo­li w znie­wa­la­ją­ce in­dy­go i gra­nat. Tem­pe­ra­tu­ra oko­ło dwu­dzie­stu stop­ni każ­de­go sło­necz­ne­go dnia na­wet naj­więk­szych do­ma­to­rów za­chę­ca­ła do le­ni­wych spa­ce­rów po kra­kow­skich Bło­niach. Nie­któ­rzy sie­dzie­li na ław­kach, czy­ta­jąc ga­ze­tę czy książ­kę, inni nie­wiel­ki­mi grup­ka­mi spa­ce­ro­wa­li wol­no po chod­ni­ku. Mło­dzi i stu­den­ci sie­dzie­li wzdłuż brze­gu Wi­sły i roz­ma­wia­jąc, po­pi­ja­li ukry­te w ple­ca­kach piwo, roz­glą­da­jąc się od cza­su do cza­su wo­ko­ło, czy aby przy­pad­kiem w po­bli­żu nie krę­ci się ja­kiś po­li­cjant służ­bi­sta.

Kie­dy Emi­lia wraz ze swo­ją przy­ja­ciół­ką Mo­ni­ką wra­ca­ły Bul­wa­ra­mi z za­jęć, aku­rat za­pa­li­ły się wszyst­kie ozdob­ne la­tar­nie wzdłuż brze­gu. Za ich ple­ca­mi Smok Wa­wel­ski wła­śnie wy­rzu­cił z sie­bie kłę­by ognia, wzbu­dza­jąc ra­dość grup­ki dzie­ci, cze­ka­ją­cych cier­pli­wie wraz z ro­dzi­ca­mi na ten po­kaz.

– Chy­ba po­win­ny­śmy wra­cać do aka­de­mi­ka – mruk­nę­ła Emi­lia, zer­ka­jąc na ze­ga­rek. – Za­nim do­je­dzie­my do dwor­ca, do­cze­ka­my się na nasz au­to­bus i za­je­dzie­my na miej­sce, mi­nie z pół­to­rej go­dzi­ny.

Mo­ni­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, chło­nąc wzro­kiem błysz­czą­cą w świa­tłach Wi­słę.

– Ju­tro mamy za­ję­cia z geo­me­trii wy­kreśl­nej o siód­mej trzy­dzie­ści… – przy­po­mnia­ła Emi­lia. – Mu­szę jesz­cze do­koń­czyć ćwi­cze­nie z po­przed­nich za­jęć… A ty pew­nie na­wet nie za­czę­łaś szki­co­wać…

Obie były stu­dent­ka­mi pierw­sze­go roku Wy­dzia­łu Ar­chi­tek­tu­ry na Po­li­tech­ni­ce Kra­kow­skiej. Miesz­ka­ły też ra­zem w aka­de­mi­ku. Mia­ły to szczę­ście, że dzie­li­ły po­kój tyl­ko we dwie, gdyż za­zwy­czaj stu­den­ci pierw­sze­go roku są przy­dzie­la­ni do tró­jek. Były też w jed­nej gru­pie, co ozna­cza­ło, że prak­tycz­nie wszyst­kie ćwi­cze­nia mia­ły ra­zem. Tak więc więk­szość dnia spę­dza­ły ze sobą i choć ich cha­rak­te­ry były dia­me­tral­nie róż­ne, po­lu­bi­ły się od razu.

Emi­lia – szczu­pła sza­tyn­ka o brą­zo­wych oczach i in­tro­wer­tycz­nym cha­rak­te­rze. Spra­wia­ła wra­że­nie nie­śmia­łej. Za­zwy­czaj wo­la­ła słu­chać, niż mó­wić. Lu­bi­ła wszyst­ko mieć zro­bio­ne na czas i była sza­le­nie do­kład­na. Mo­ni­ka – zwa­rio­wa­na blon­dyn­ka o lek­ko krą­głej fi­gu­rze i fi­glar­nym zie­lo­no­okim spoj­rze­niu. Zwi­nię­te w sprę­ży­ny pół­dłu­gie wło­sy, upi­na­ne za­zwy­czaj nie­dba­le w koń­ski ogon, mia­ły od­cień doj­rza­łych kło­sów zbo­ża. Była nie­co py­ska­ta i sza­lo­na, co na dłuż­szą metę mo­gło być dla nie­któ­rych mę­czą­ce, jed­nak nie dla zrów­no­wa­żo­nej i spo­koj­nej Emi­lii, któ­ra za­wsze mo­gła się skryć w cie­niu swo­jej przy­ja­ciół­ki. Mia­ła wte­dy szan­sę ro­bić to, co naj­bar­dziej lu­bi­ła – ob­ser­wo­wać lu­dzi i ich za­cho­wa­nie – nie bę­dąc przy tym zmu­sza­ną do pro­wa­dze­nia bez­sen­sow­nych kon­wer­sa­cji.

– Do­koń­cze­nie ćwi­cze­nia zaj­mie ci pięć se­kund. – Mo­ni­ka nie­dba­le mach­nę­ła ręką. – A taki cu­dow­ny wi­dok jest wart spa­ce­ru.

Te­raz jej ręka nie wska­zy­wa­ła na Wi­słę, ale na idą­cych z na­prze­ciw­ka trzech chło­pa­ków. Je­den z nich, mi­ja­jąc dziew­czy­ny, pu­ścił do Mo­ni­ki oko.

– Ale cia­cho… – mruk­nę­ła, oglą­da­jąc się za nim.

W od­po­wie­dzi Emil­ka wznio­sła oczy ku nie­bu.

– Gdy­by twój chło­pak to wi­dział… – wes­tchnę­ła.

– Ale nie wi­dzi. Bo woli ślę­czeć nad książ­ka­mi, niż po­spa­ce­ro­wać ze swo­ją uko­cha­ną – wy­pa­li­ła, po­pra­wia­jąc wrzy­na­ją­ce się w oboj­czy­ki ra­miącz­ka swo­je­go ulu­bio­ne­go, wście­kle czer­wo­ne­go ple­ca­ka.

Roz­ma­wia­jąc o ju­trzej­szych za­ję­ciach, wol­no prze­szły pod Wa­we­lem, na­stęp­nie mi­nę­ły Ka­no­ni­czą, gdzie od przy­szłe­go se­me­stru mia­ły mieć za­ję­cia, aż wresz­cie zna­la­zły się na uli­cy Grodz­kiej, jak zwy­kle za­tło­czo­nej. Prze­szły szyb­ko wzdłuż ryn­ku i ko­ścio­ła Ma­riac­kie­go. Gdy Mo­ni­ka chcia­ła zaj­rzeć jesz­cze do Su­kien­nic, Emi­lia zde­cy­do­wa­nym ru­chem po­cią­gnę­ła ją w stro­nę Flo­riań­skiej, choć ją rów­nież ku­si­ły świa­tła i gwar na ryn­ku. Po­sęp­ne masz­ka­ro­ny zdo­bią­ce at­ty­ki Su­kien­nic śle­dzi­ły prze­cho­dzą­ce dziew­czy­ny ka­mien­ny­mi oczy­ma. Mia­ły ta­kie miny, jak­by lada mo­ment za­mie­rza­ły rzu­cić się na wy­bra­ną ofia­rę i po­żreć ją w ca­ło­ści.

Tęga sprze­daw­czy­ni, oto­czo­na kil­ko­ma wia­dra­mi róż, za­chę­ca­ła za­chryp­nię­tym już nie­co krzy­kiem do za­ku­pu ko­lo­ro­wych bu­kie­tów „po atrak­cyj­nej ce­nie”. Cho­dzą­cy na szczu­dłach klaun, ubra­ny w ostry, ko­lo­ro­wy i tan­det­ny frak, pusz­czał gi­gan­tycz­ne bań­ki my­dla­ne, od­bi­ja­ją­ce się ty­sią­ca­mi bla­sków od wszyst­kich ota­cza­ją­cych je świa­teł. Cho­dze­nie na po­nadme­tro­wych tycz­kach wy­ma­ga­ło spo­ro sku­pie­nia. Trze­ba było nie­źle la­wi­ro­wać, żeby nie wpaść na licz­nych tu­ry­stów, po­ru­sza­ją­cych się w spo­sób kom­plet­nie nie­prze­wi­dy­wal­ny.

Pod po­mni­kiem Mic­kie­wi­cza kłę­bi­ły się rze­sze stu­den­tów. Część z nich wy­bie­ra­ła się na za­ba­wy w pu­bie, inni sie­dzie­li na ław­kach i cze­ka­li na ko­goś bli­skie­go. Dwóch mło­dzień­ców pre­zen­to­wa­ło mi­ni­show, wy­ko­nu­jąc na wol­nym skraw­ku płyt akro­ba­cje god­ne cyr­kow­ców.

Tuż przy wej­ściu na Flo­riań­ską na nie­wiel­kim po­de­ście stał męż­czy­zna prze­bra­ny za śmierć. W ręce dzier­żył owi­nię­tą fo­lią alu­mi­nio­wą kosę, a jego dłu­ga czar­na sza­ta prze­wią­za­na była w pa­sie bia­łym pro­stym sznu­rem, ni­czym mnich. Głę­bo­ki czar­ny kap­tur skry­wał twarz. Gdy dziew­czy­ny go mi­ja­ły, ja­kaś ko­bie­ta wrzu­ci­ła „ko­stu­sze” kil­ka mo­net do bla­sza­ne­go kub­ka. Śmierć na­tych­miast ze­rwa­ła z sie­bie kap­tur, uka­zu­jąc twarz klau­na i nie­spo­dzie­wa­nie wy­bu­cha­jąc au­ten­tycz­nie prze­ra­ża­ją­cym śmie­chem.

Mo­ni­ka aż po­sko­czy­ła.

– Wa­riat ja­kiś – mruk­nę­ła, szyb­ko mi­ja­jąc dzi­wa­ka. – Robi so­bie jaja ze śmier­ci. Cie­ka­we, czy bę­dzie mu tak do śmie­chu, kie­dy przyj­dzie po nie­go ta praw­dzi­wa…

– Wi­docz­nie wy­szedł z za­ło­że­nia, iż w ob­li­czu śmier­ci po­zo­sta­je nam już tyl­ko śmiech – stwier­dzi­ła cierp­kim to­nem Ja­wor­ska. – Gorz­ki śmiech.

Po­ko­na­nie Flo­riań­skiej za­ję­ło im kil­ka­na­ście mi­nut, po­nie­waż dzi­siaj pa­no­wał tu­taj wy­jąt­ko­wy tłok. Dziew­czy­ny mi­ja­ły kil­ka szkol­nych wy­cie­czek oraz gru­pę ja­poń­skich tu­ry­stów ubra­nych w jed­no­li­te czer­wo­ne stro­je i czap­ki. Wszy­scy mie­li apa­ra­ty fo­to­gra­ficz­ne i trza­ska­li zdję­cia gdzie po­pad­nie. Mło­da prze­wod­nicz­ka ła­ma­ną an­gielsz­czy­zną opo­wia­da­ła im hi­sto­rię ryn­ku i ko­ścio­ła Ma­riac­kie­go, któ­re­go pięk­nie oświe­tlo­na wie­ża gó­ro­wa­ła przy za­mknię­ciu uli­cy Flo­riań­skiej.

– Ko­cham to miej­sce – wes­tchnę­ła Mo­ni­ka, wdy­cha­jąc głę­bo­ko aro­mat pie­czo­ne­go mię­sa do­cho­dzą­cy z mi­ja­nej re­stau­ra­cji. – I je­stem głod­na. Idzie­my do Maka?

Tuż pod Bra­mą Flo­riań­ską, w na­roż­nej ka­mie­ni­cy, znaj­do­wał się McDo­nald. Był to chy­ba naj­bar­dziej ob­le­ga­ny w Pol­sce od­dział tej sie­ci. Te­raz też prak­tycz­nie nie było szan­sy na wci­śnię­cie się do środ­ka.

Emi­lia zer­k­nę­ła z nie­sma­kiem na nie­koń­czą­cą się ko­lej­kę przy ka­sach.

– Bę­dzie­my tu­taj stać ty­dzień – za­wy­ro­ko­wa­ła. – Nie dasz rady wy­trzy­mać bez je­dze­nia, aż do­je­dzie­my do aka­de­mi­ka?

– Umrę z gło­du. – Dziew­czy­na po­kle­pa­ła się po brzu­chu. – No, Mila, nie bądź taka. Na nic mi nie po­zwa­lasz. Je­steś gor­sza niż mat­ka!

– To idź so­bie coś kup, a ja tu­taj za­cze­kam – pod­da­ła się Emil­ka. – Tyl­ko po­sta­raj się za­ła­twić to moż­li­wie jak naj­szyb­ciej, bła­gam.

– Wci­snę się do ko­lej­ki. – Pu­ści­ła do niej oko i roz­pię­ła nie­co kurt­kę, uka­zu­jąc głę­bo­ki de­kolt swo­jej czer­wo­nej bluz­ki. – Nikt się temu nie oprze. Zo­ba­czysz.

– Chy­ba że inna ko­bie­ta – mruk­nę­ła Emi­lia z prze­ką­sem.

Cze­ka­jąc na przy­ja­ciół­kę, po­bież­nie przej­rza­ła wi­try­nę z suk­nia­mi ślub­ny­mi, a na­stęp­nie za­trzy­ma­ła się przed wy­wie­szo­ny­mi przy bra­mie ob­ra­za­mi.

Na­gle jej wzrok przy­ku­ła dziew­czy­na, któ­ra w szyb­kim tem­pie zbli­ża­ła się w jej kie­run­ku od stro­ny uli­cy Pi­jar­skiej. Wy­so­ka blon­dyn­ka szła sprę­ży­stym kro­kiem wzdłuż resz­tek mu­rów, wbi­ja­jąc po­nu­ry wzrok w mi­ja­ne oso­by. Ubra­na była w ca­ło­ści na czar­no, a przez ra­mię mia­ła prze­wie­szo­ną kra­cia­stą tecz­kę z błysz­czą­ce­go ma­te­ria­łu. Był to je­dy­ny ko­lo­ro­wy ele­ment jej stro­ju, nie li­cząc ja­snych pro­stych wło­sów.

Emi­lia od­nio­sła dziw­ne wra­że­nie, że twarz tej mło­dej ko­bie­ty była roz­my­ta, ni­czym na nie­wy­raź­nej fo­to­gra­fii albo sła­bej ja­ko­ści fil­mie. Gdy ta była w od­le­gło­ści oko­ło dzie­się­ciu me­trów, Mila po­czu­ła na skó­rze chłod­ne ciar­ki. Od­ru­cho­wo obej­mu­jąc się ra­mio­na­mi, sta­nę­ła nie­co bli­żej muru, by zejść z pola wi­dze­nia tej dziw­nej oso­bie. Wbi­ja­jąc ple­cy w zim­ne ce­gły bra­my, upar­cie wpa­try­wa­ła się w po­su­wi­ste ru­chy blon­dyn­ki. Na­gle dziew­czy­na ob­ró­ci­ła się w stro­nę Emi­lii i spoj­rza­ła na nią lo­do­wa­tym wzro­kiem. Emi­lia mo­gła­by przy­siąc, że na jej twa­rzy zo­ba­czy­ła inną, jak­by na­ło­żo­ną żywą ma­skę. Nie­sa­mo­wi­cie brzyd­ką, po­marsz­czo­ną i od­py­cha­ją­cą. To coś wpa­try­wa­ło się w nią przez chwi­lę wro­gim wzro­kiem. Mia­ło wiel­kie czar­ne źre­ni­ce, prze­peł­nio­ne czy­stą nie­na­wi­ścią i chę­cią czy­nie­nia zła. Emi­lia bała się spu­ścić to coś z oka, bo była prze­ko­na­na, że na­wet gdy­by mru­gnę­ła, to zo­sta­ła­by za­ata­ko­wa­na. Od­ru­cho­wo roz­su­nę­ła nie­co za­mek kur­tecz­ki i za­ci­snę­ła w dło­ni krzyż świę­te­go Be­ne­dyk­ta, któ­ry do­sta­ła w dzie­ciń­stwie od ojca Ra­fa­ła.

Blon­dyn­ka sta­nę­ła bez ru­chu, prze­szy­wa­jąc Emi­lię gniew­nym spoj­rze­niem, ni­czym wście­kłe zwie­rzę go­tu­ją­ce się do ata­ku. Se­kun­dy za­mie­ni­ły się w go­dzi­ny. Cały gwar, wszy­scy lu­dzie gdzieś prze­pa­dli, zo­sta­wia­jąc po so­bie je­dy­nie czar­ną pust­kę i bo­le­sną ci­szę. Emi­lia trwa­ła w bez­ru­chu, czu­jąc jak od po­wie­wu zim­ne­go wia­tru łza­wią jej oczy, roz­my­wa­jąc wszyst­ko do­oko­ła. Je­dy­nie te czar­ne, pu­ste oczy lśni­ły…

– Mila! Co jest?

Przy niej zma­te­ria­li­zo­wa­ła się Mo­ni­ka. W ręce trzy­ma­ła wiel­ki ku­bek z sha­kiem ba­na­no­wym.

– Mila! – Po­trzą­snę­ła moc­no przy­ja­ciół­ką.

– Nic, nic… – Emil­ka spu­ści­ła na mo­ment gło­wę i prze­tar­ła oczy wierz­chem dło­ni.

Kie­dy spoj­rza­ła w miej­sce, gdzie jesz­cze pół se­kun­dy wcze­śniej sta­ła dziw­na dziew­czy­na, te­raz nie zo­ba­czy­ła tam ni­ko­go.

– Co się sta­ło? – do­py­ty­wa­ła Mo­ni­ka. – Mó­wi­łam do cie­bie, trzę­słam tobą, a ty nic. Za­cho­wy­wa­łaś się jak słup soli. Na­praw­dę nie­źle mnie na­stra­szy­łaś.

– Ja… – Nie mo­gła za­pa­no­wać nad drże­niem gło­su. – Ja… za­my­śli­łam się…

– No do­bra. Chodź­my już le­piej na ten au­to­bus… – mruk­nę­ła Mo­ni­ka, bio­rąc ko­le­żan­kę pod ra­mię.

Idąc wzdłuż Pi­jar­skiej, Emi­lia roz­glą­da­ła się wo­ko­ło, szu­ka­jąc ubra­nej na czar­no blon­dyn­ki, lecz nie mo­gła jej od­na­leźć. Znów ota­czał ją tłum tu­ry­stów i mło­dzie­ży, we­so­ły gwar i śmie­chy. Nie­bo za­mie­ni­ło się w czar­ną płach­tę ob­sia­ną mi­lio­na­mi drob­nych zło­tych gwiazd. Pod nim roz­cią­gał się na­gle urwa­ny sy­gnał z wie­ży ma­riac­kiej. Kil­ka go­łę­bi krą­ży­ło nad przy­stan­kiem, cze­ka­jąc, aż ktoś upu­ści choć mały okru­szek je­dzo­ne­go na szyb­ko ob­wa­rzan­ka.

Wszyst­ko wró­ci­ło do nor­my, zo­sta­wia­jąc w umy­śle Emi­lii je­dy­nie prze­ra­że­nie i bar­dzo złe prze­czu­cie. Wciąż wy­pa­try­wa­ła wśród mi­ja­nych osób dziw­nej blon­dyn­ki z dwie­ma twa­rza­mi, ale ta prze­pa­dła jak ka­mień w wodę.

* * *

Tego wie­czo­ru Emi­lia nie była w sta­nie sku­pić swo­ich my­śli na ni­czym kon­kret­nym. Sta­le w wy­obraź­ni mia­ła przed sobą te wro­gie, ta­jem­ni­cze oczy nie­zna­nej jej po­sta­ci, wy­zie­ra­ją­ce z twa­rzy ubra­nej na czar­no blon­dyn­ki. To było coś nie­ludz­ko złe­go, chcą­ce­go zro­bić krzyw­dę każ­dej oso­bie, jaka tyl­ko sta­nie mu na dro­dze.

W za­du­mie na­ło­ży­ła tro­chę kre­mu ujędr­nia­ją­ce­go na swo­ją szczo­tecz­kę do zę­bów. Do­pie­ro kie­dy ohyd­na w sma­ku maź za­czę­ła ją piec w ję­zyk, zo­rien­to­wa­ła się, co zro­bi­ła. Plu­jąc do zle­wu i kil­ka­krot­nie płu­cząc usta zim­ną wodą, klę­ła w my­ślach na sie­bie i swo­ją głu­po­tę.

– Je­steś dzi­siaj ja­kaś roz­ko­ja­rzo­na – za­uwa­ży­ła Mo­ni­ka, my­jąc w umy­wal­ce obok ra­pi­do­graf do kre­śle­nia cien­kiej kre­ski. – Po­patrz, tusz mi cał­kiem za­sechł…

– Bo nie za­mo­czy­łaś go na noc – za­uwa­ży­ła cierp­kim to­nem. – Jak bę­dziesz je zo­sta­wiać bez czysz­cze­nia, to nie­ba­wem cze­ka cię za­kup no­wych.

– Wolę nie. Te do­bre są dro­gie jak dia­bli. Wąt­pię, żeby moi ro­dzi­ce chcie­li mi za­spon­so­ro­wać trze­ci ze­staw.

Za­nim przy­ja­ciół­ce uda­ło się upo­rać z za­pcha­nym ra­pi­do­gra­fem, do ła­zien­ki we­szły jesz­cze dwie ko­le­żan­ki z wę­zła. Układ na pię­trach aka­de­mi­ka był taki, że jed­na ła­zien­ka przy­pa­da­ła na czte­ry po­ko­je, w su­mie dzie­sięć osób. Trud­no więc było mó­wić o in­tym­no­ści. Uciecz­ki nie gwa­ran­to­wał rów­nież po­kój dziew­czyn, któ­ry był tak mały, że mie­ści­ło się w nim je­dy­nie pię­tro­we łóż­ko, dwa nie­wiel­kie sto­li­ki, wi­szą­ca szaf­ka (trzy­ma­ły w niej pro­duk­ty spo­żyw­cze) oraz dwie wą­skie i wy­so­kie pod su­fit sza­fy wnę­ko­we na ubra­nia. Pod dol­nym łóż­kiem do­dat­ko­wo upcha­ły dwa pla­sti­ko­we po­jem­ni­ki, ide­al­ne do prze­cho­wy­wa­nia ry­sun­ków, ka­lek, kar­to­nów i in­nych przy­bo­rów ry­sun­ko­wych, nie­na­da­ją­cych się do zwi­ja­nia albo skła­da­nia.

Cze­ka­jąc na Mo­ni­kę, Emi­lia wy­pi­ła jesz­cze nie­co wody i szyb­ko prze­żu­ła gumę do żu­cia, by za­bić ohyd­ny po­smak kre­mu.

– Idę od razu do spa­nia – ziew­nę­ła Mo­ni­ka, za­my­ka­jąc drzwi na klucz i gra­mo­ląc się na swo­je gór­ne łóż­ko.

– Ja też, mu­szę tyl­ko się wcze­śniej na­sma­ro­wać… – mruk­nę­ła Emi­lia, wy­cią­ga­jąc z ko­sme­tycz­ki tubę spe­cjal­nej ma­ści.

Słu­cha­jąc au­dy­cji ra­dio­wej, Mo­ni­ka smęt­nym wzro­kiem przy­glą­da­ła się Emi­lii, pra­co­wi­cie po­kry­wa­ją­cej spe­cy­fi­kiem skó­rę. Czer­wo­ne zmia­ny błysz­cza­ły w świe­tle lamp­ki tech­nicz­nej.

– Wiesz… prze­rą­ba­ne masz z tą skó­rą – po­wie­dzia­ła Mo­ni­ka ci­cho. – A ja na­rze­kam, że mam tro­chę sa­deł­ka tu i ów­dzie. Do­pie­ro wi­dząc, ile cza­su mu­sisz po­świę­cić na sma­ro­wa­nie, czysz­cze­nie i złusz­cza­nie tej prze­klę­tej ry­biej łu­ski, uświa­da­miam so­bie, jak po­twor­nie je­stem in­fan­tyl­na.

– Cóż, za­wsze chce­my mieć wię­cej, niż mamy – od­par­ła Emi­lia. – Do­brze, że przy­naj­mniej nie mam tego na twa­rzy i szyi.

– Ale w bi­ki­ni nie wy­stą­pisz, praw­da?

– Ra­czej nie. Na­wet kie­dy zmian pra­wie nie wi­dać i tak nie mogę sie­dzieć w słoń­cu, bo po­draż­ni­ła­bym ją jesz­cze bar­dziej.

– Co się z tobą sta­ło, tam przed Bra­mą Flo­riań­ską? – Mo­ni­ka szyb­ko zmie­ni­ła te­mat. – Ni­g­dy nie za­cho­wy­wa­łaś się tak dziw­nie. Prze­stra­szy­łaś mnie, wiesz?

Przed ocza­mi Emi­lii na­tych­miast sta­nę­ła ta strasz­na twarz z bez­den­nie czar­nym spoj­rze­niem.

– Nie wiem – wes­tchnę­ła. – Pierw­szy raz do­świad­czy­łam cze­goś ta­kie­go.

– To zna­czy…? – Głos ko­le­żan­ki za­chę­cał do po­cią­gnię­cia te­ma­tu.

– Wi­dzia­łam dziew­czy­nę o ta­kim dziw­nym wy­ra­zie twa­rzy. Wpa­try­wa­ła się we mnie tak wro­go…

Choć były do­bry­mi ko­le­żan­ka­mi, Mila jak na ra­zie nie zde­cy­do­wa­ła się wy­ja­wić Mo­ni­ce swo­jej ta­jem­ni­cy. Nie po­wie­dzia­ła jej o tym, że wi­dzi du­chy, po­nie­waż zwy­czaj­nie się bała, że stra­ci bli­ską oso­bę. A dla­cze­go? Gdyż zna­ła to z au­top­sji. Za­wsze tak było. Po­zna­wa­ła ko­goś, z kim szyb­ko na­wią­zy­wa­ła do­bry kon­takt, pod­czas ja­kiejś szcze­rej roz­mo­wy wy­ja­wia­ła, ja­kie ma zdol­no­ści, po czym ta oso­ba na­gle za­czy­na­ła wy­naj­dy­wać róż­ne wy­mów­ki, by­le­by tyl­ko nie spę­dzać z Milą cza­su. Kil­ka ta­kich bo­le­snych do­świad­czeń z ostat­nich lat na­uczy­ło ją, by trzy­mać ję­zyk za zę­ba­mi.

– Może za bar­dzo się ga­pi­łaś i się la­ska wku­rzy­ła? – Mo­ni­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Albo kie­dyś za­la­złaś jej za skó­rę?

– Nie­moż­li­we! – Emi­lia odło­ży­ła krem i wy­tar­ła ręce w pa­pie­ro­wy ręcz­nik. – Prze­cież ni­g­dy wcze­śniej jej nie wi­dzia­łam. Je­stem tego pew­na.

Mo­ni­ka wy­god­niej uło­ży­ła się na ple­cach i pod­ło­ży­ła rękę pod gło­wę.

– Trze­ba było ją za­py­tać, czy ma ja­kiś pro­blem. Albo po­ka­zać ją mnie. Ja tam bym się za­py­ta­ła…

– Znik­nę­ła, kie­dy mną po­trzą­snę­łaś – wtrą­ci­ła Emi­lia. – Po pro­stu roz­pły­nę­ła się w po­wie­trzu. Szu­ka­łam jej, ale prze­pa­dła.

– A ja, głu­pia, my­śla­łam, że oglą­dasz się za chło­pa­ka­mi…

– Och, prze­stań. To­bie tyl­ko jed­no w gło­wie.

– Nie jed­no, uwierz mi… – Mo­nia pu­ści­ła do ko­le­żan­ki oko.

Emi­lia zga­si­ła świa­tło i po­ło­ży­ła się do swo­je­go łóż­ka na dole. Nad nią Mo­ni­ka sta­ra­ła się chy­ba le­piej uło­żyć, bo cała kon­struk­cja lek­ko za­skrzy­pia­ła. Po chwi­li w po­ko­ju za­pa­dła ci­sza. Le­żąc na wznak, dziew­czy­na pa­trzy­ła na ja­sne pa­ski świa­tła la­tar­ni ulicz­nych, rzu­ca­ne na ścia­nę po­ko­ju przez alu­mi­nio­we ża­lu­zje. Wciąż roz­my­śla­ła o dziw­nym zda­rze­niu. Kogo zo­ba­czy­ła? I dla­cze­go w ta­kim tłu­mie to coś za­re­ago­wa­ło wro­go aku­rat na nią? Może to rze­czy­wi­ście przez jej zdol­no­ści? Na­gle zro­zu­mia­ła. Ze zde­ner­wo­wa­nia sze­ro­ko otwo­rzy­ła oczy.

Zo­ba­czy­ła to. ZDE­MA­SKO­WA­ŁA. Dla­te­go tak się wście­kła…

Sta­ra­jąc się uspo­ko­ić, dziew­czy­na wzię­ła kil­ka głęb­szych wde­chów. Z ca­łej siły pró­bo­wa­ła sku­pić umysł na czymś przy­jem­nym, żeby póź­niej nie śnić kosz­ma­rów. Jed­nak­że tej nocy dane jej było oglą­dać tyl­ko jed­ną, w kół­ko od­twa­rza­ną sce­nę. Czar­ne, mro­żą­ce krew w ży­łach dzi­kie oczy…

2.

Ma­ria Po­pław­ska była eme­ry­to­wa­ną na­uczy­ciel­ką ję­zy­ka pol­skie­go, a za­ra­zem wła­ści­ciel­ką prze­stron­ne­go miesz­ka­nia na pierw­szym pię­trze uro­kli­wej kra­kow­skiej ka­mie­ni­cy przy uli­cy Dłu­giej. Miesz­ka­nie jej skła­da­ło się z czte­rech po­koi, ła­zien­ki, kuch­ni i ob­szer­ne­go, ciem­ne­go ko­ry­ta­rza. Po przej­ściu na eme­ry­tu­rę, kie­dy to zmarł jej mąż i zo­sta­ła sama, gdyż je­dy­na cór­ka wy­je­cha­ła za pra­cą do Au­stra­lii, pani Ma­ria po­sta­no­wi­ła od­dzie­lić część miesz­ka­nia i wy­naj­mo­wać stu­den­tom. Sio­strze­niec wy­bu­do­wał w holu ścian­kę, od­gra­dza­jąc w ten spo­sób dwa naj­mniej­sze po­ko­je od resz­ty. W jed­nym z po­miesz­czeń wy­od­ręb­nio­no ła­zien­kę i nie­wiel­ki aneks ku­chen­ny. Od pię­ciu lat po­wsta­łe w ten spo­sób miesz­kan­ko wy­naj­mo­wa­ło mło­de ko­re­ań­skie mał­żeń­stwo. Kil­ka mie­się­cy temu oka­za­ło się jed­nak, że dziew­czy­na spo­dzie­wa się dziec­ka. Uczel­nia po­mo­gła im, wy­naj­du­jąc w aka­de­mi­ku spe­cjal­ne miesz­ka­nie stu­denc­kie dla ro­dzin. Ofer­ta była ku­szą­ca, a opła­ty kil­ka­krot­nie niż­sze, więc pań­stwo Yang w ogó­le się nie za­sta­na­wia­li i szyb­ko roz­wią­za­li umo­wę z sę­dzi­wą wła­ści­ciel­ką.

W wy­ni­ku tego przez całe wa­ka­cje miesz­ka­nie sta­ło pu­ste, ge­ne­ru­jąc star­szej ko­bie­cie je­dy­nie do­dat­ko­we kosz­ty. Kie­dy więc w po­ło­wie wrze­śnia, tuż przed roz­po­czę­ciem roku aka­de­mic­kie­go, do jej drzwi za­pu­ka­ła Ewe­li­na Ra­dzie­jew­ska – wy­so­ka blon­dyn­ka o mi­łej twa­rzy – pani Po­pław­ska z nie­skry­wa­ną ra­do­ścią zgo­dzi­ła się wy­na­jąć jej uciąż­li­wy pu­sto­stan. Mło­da oka­za­ła się stu­dent­ką dru­gie­go roku me­dy­cy­ny i była bar­dzo roz­mow­ną, otwar­tą dziew­czy­ną. Star­sza ko­bie­ta wpraw­dzie nie była pew­na, czy dziew­czę szyb­ko nie za­cznie spro­wa­dzać ja­kichś im­pre­zo­wi­czów, jed­nak ta obie­ca­ła, że aby się utrzy­mać na stu­diach, musi mieć sty­pen­dium na­uko­we, co ozna­cza nie­koń­czą­cą się na­ukę. Uspo­ko­jo­na tym za­pew­nie­niem wła­ści­ciel­ka wrę­czy­ła wresz­cie ko­bie­cie sta­ro­świec­kie klu­cze, in­ka­su­jąc rów­no­cze­śnie opła­tę za trzy mie­sią­ce z góry.

Przez pierw­sze dwa ty­go­dnie sym­pa­tycz­na dziew­czy­na spra­wo­wa­ła się ide­al­nie. Kil­ka razy na­wet py­ta­ła, czy nie trze­ba zro­bić za­ku­pów, cza­sa­mi po­ma­ga­ła wnieść siat­ki z wa­rzy­wa­mi. I na­gle, ja­koś na po­cząt­ku paź­dzier­ni­ka, wszyst­ko ule­gło dia­me­tral­nej zmia­nie. Lo­ka­tor­ka zro­bi­ła się ja­kaś taka inna. Za­czę­ła no­sić tyl­ko czar­ne ubra­nia, prze­sta­ła się od­zy­wać, a na za­da­wa­ne py­ta­nia od­po­wia­da­ła pół­gęb­kiem lub wca­le. Jed­nak­że dwa dni temu już zde­cy­do­wa­nie prze­sa­dzi­ła…

Owe­go po­po­łu­dnia Po­pław­ska wy­bra­ła się na szyb­kie spra­wun­ki. Od ja­kie­goś cza­su bra­ła nowe leki na­ser­co­we, po któ­rych cią­gle krę­ci­ło się jej w gło­wie. Wy­bra­ła się więc tyl­ko po chleb i ka­wa­łek pasz­te­tu. Gdy po wdra­pa­niu się na pierw­sze pię­tro sta­nę­ła wresz­cie przy swo­ich drzwiach, wal­cząc rów­no­cze­śnie z za­wro­ta­mi gło­wy oraz z za­ci­na­ją­cym się zam­kiem, na­gle ze swo­je­go miesz­ka­nia wy­pa­dła Ewe­li­na. Wy­bie­ga­jąc na klat­kę scho­do­wą, z taką siłą po­pchnę­ła sta­rusz­kę, że ta z im­pe­tem rąb­nę­ła czo­łem o fu­try­nę drzwi. Zde­ner­wo­wa­na, krzyk­nę­ła coś za dziew­czy­ną, jed­nak­że pan­ni­ca omio­tła ją prze­ra­ża­ją­cym spoj­rze­niem kom­plet­nie czar­nych oczu, po czym… za­war­cza­ła. Głu­chy dźwięk od­bił się echem w wy­so­kim holu. Ko­bie­ta z prze­ra­że­nia wpa­dła do swo­jej czę­ści miesz­ka­nia, czym prę­dzej za­ry­glo­wa­ła drzwi i wy­ko­nu­jąc kil­ka zna­ków krzy­ża, wpa­dła do sa­lo­nu.

W pierw­szym od­ru­chu chcia­ła za­dzwo­nić na po­li­cję, jed­nak znie­ru­cho­mia­ła ze słu­chaw­ką sta­ro­świec­kie­go te­le­fo­nu w dło­ni. Co wła­ści­wie mia­ła­by po­wie­dzieć? Że lo­ka­tor­ka na nią za­war­cza­ła jak wście­kły pies? Prze­cież od razu we­zmą ją za wa­riat­kę i za­miast pa­tro­lu po­li­cyj­ne­go wy­ślą eki­pę z bia­łym ka­fta­nem.

Po krót­kim jed­nak na­my­śle wzię­ła kil­ka głę­bo­kich wde­chów i wsa­dzi­ła pulch­ny pa­lec w otwór z cy­frą dzie­więć. Prze­krę­ci­ła. Tar­cza z ci­chym py­ka­niem wró­ci­ła na swo­je miej­sce po czym sta­nę­ła w ocze­ki­wa­niu na wy­krę­ce­nie ko­lej­nej cy­fry.

Dru­ga dzie­wiąt­ka…

Do dia­bła, jak to po­wie­dzieć? Że lo­ka­tor­ka naj­pierw po­pchnę­ła sę­dzi­wą sta­rusz­kę, a po­tem za­czę­ła war­czeć, stra­sząc prze­raź­li­wym gry­ma­sem na twa­rzy?

No wła­śnie, lo­ka­tor­ka!

Ko­bie­ta za­sty­gła z pal­cem nad ostat­nią cy­frą.

Prze­cież wy­naj­mo­wa­ła to miesz­ka­nie nie­le­gal­nie. Nie zgło­si­ła no­we­go lo­ka­to­ra, nie pła­ci­ła żad­nych po­dat­ków. Nie dość, że we­zmą ją za wa­riat­kę, to jesz­cze przy­wa­lą karę. Po czymś ta­kim wpa­da się w dłu­gi, któ­rych po­tem nie jest się w sta­nie spła­cić do koń­ca nędz­ne­go eme­ry­tal­ne­go ży­cia.

Osta­tecz­nie Po­pław­ska ska­pi­tu­lo­wa­ła i rzu­ci­ła słu­chaw­kę na wi­deł­ki. Prze­wa­ży­ła chęć do­ro­bie­nia paru gro­szy oraz uza­sad­nio­na oba­wa, że zo­sta­nie po­trak­to­wa­na przez wła­dze jak oso­ba z pro­ble­ma­mi psy­chicz­ny­mi.

* * *

Mi­nę­ły dwa ty­go­dnie, a dziew­czy­na prze­sta­ła się po­ja­wiać. Pani Ma­ria uważ­nie wsłu­chi­wa­ła się w każ­dy szmer na klat­ce i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­ła na po­wrót stu­dent­ki. Za­mie­rza­ła wte­dy ją do­paść i za­żą­dać wy­ja­śnień. Kil­ka­na­ście dni po ca­łym zda­rze­niu ko­bie­ta po­wo­li do­cho­dzi­ła do wnio­sku, że cała ta sy­tu­acja chy­ba się jej przy­wi­dzia­ła. Swo­je rze­ko­me zwi­dy tłu­ma­czy­ła efek­tem ubocz­nym dzia­ła­nia no­wych le­ków na­ser­co­wych. Po bo­le­snym zde­rze­niu z fu­try­ną zo­stał so­lid­ny do­wód w po­sta­ci pa­skud­ne­go si­nia­ka. Wpraw­dzie nie była le­ka­rzem, ale wie­dzia­ła, że pod wpły­wem sil­ne­go ude­rze­nia ludz­ki mózg może prze­stać pra­co­wać pra­wi­dło­wo, ra­cząc swo­je­go wła­ści­cie­la por­cją wi­zji wzro­ko­wych bądź słu­cho­wych, ni­czym po za­ży­ciu środ­ka ha­lu­cy­no­gen­ne­go. Do­ty­ka­jąc pal­ca­mi wciąż po­bo­le­wa­ją­cej skro­ni, upar­cie wma­wia­ła so­bie, że blon­dy­na coś do niej mó­wi­ła nor­mal­nym gło­sem (być może na­wet prze­pra­sza­ła), a ona, w za­du­mie i pod wpły­wem le­ków, sły­sza­ła war­cze­nie dzi­kie­go zwie­rzę­cia.

Im wię­cej cza­su upły­wa­ło od tego nie­ty­po­we­go zda­rze­nia, tym bar­dziej ko­bie­ta utwier­dza­ła się w swo­im prze­ko­na­niu. Cze­ka­jąc na po­wrót stu­dent­ki, po­wta­rza­ła so­bie w my­ślach py­ta­nia, któ­re przy­go­to­wa­ła w ra­zie spo­tka­nia z dziew­czy­ną. Jed­nak­że ta wciąż nie wra­ca­ła, co za­czy­na­ło co­raz bar­dziej nie­po­ko­ić pa­nią Ma­rię.

Wresz­cie sta­rusz­ka nie wy­trzy­ma­ła. Któ­re­goś wie­czo­ru do­kład­nie za­trza­snę­ła drzwi wej­ścio­we na klat­kę scho­do­wą i zo­sta­wi­ła we­tknię­ty w za­mek klucz. Ten za­bieg da­wał jej pew­ność, że gdy­by ewen­tu­al­nie lo­ka­tor­ka wró­ci­ła, nie by­ła­by w sta­nie otwo­rzyć drzwi od ze­wnątrz. Po­pław­ska wy­su­pła­ła z kie­sze­ni swo­je­go szla­fro­ka za­pa­so­wy klucz do wy­naj­mo­wa­nej czę­ści i ci­cho za­kra­dła się do cięż­kich, rzeź­bio­nych drzwi. Z wy­pie­ka­mi na twa­rzy prze­krę­ci­ła za­mek i za­pa­li­ła świa­tło w mi­nia­tu­ro­wym przed­po­ko­ju po­łą­czo­nym z anek­sem ku­chen­nym. To, co uj­rza­ła, było ni­czym w po­rów­na­niu z war­czą­cą stu­dent­ką…

Miesz­ka­nie wy­glą­da­ło jak po woj­nie. Wszę­dzie le­ża­ły po­roz­rzu­ca­ne ubra­nia – ko­ron­ko­we biu­sto­no­sze, czar­ne figi, dżin­so­we spodnie i kra­cia­ste ko­szul­ki. W po­ko­ju, na sa­mym środ­ku roz­ko­pa­nej po­ście­li, pię­trzył się stos ksią­żek me­dycz­nych oraz nie­za­mknię­ty lap­top. Z otwar­tych szu­flad sta­rej ko­mo­dy zwi­sa­ły ko­lej­ne ele­men­ty gar­de­ro­by, od ko­lo­ro­wych skar­pe­tek po czar­ne poń­czo­chy z gru­bym szwem. W ku­chen­nym zle­wie pię­trzy­ły się brud­ne na­czy­nia, roz­pacz­li­wie bła­ga­jąc o zdra­pa­nie z nich resz­tek kom­plet­nie za­schnię­te­go po­mi­do­ro­we­go sosu i zjeł­cza­łe­go tłusz­czu. Przy łóż­ku na pod­ło­dze sta­ły dwa kub­ki z fu­sa­mi po ka­wie. W jed­nym z nich zdą­ży­ła wy­ro­snąć war­stwa ja­sno­zie­lo­nej ple­śni.

– No świet­nie! – Po­pław­ska z nie­sma­kiem ob­ser­wo­wa­ła ten ża­ło­sny wi­dok. – Bur­del zo­sta­wi­ła i zwy­czaj­nie na­wia­ła! Skan­dal!

Na­gle w ko­ry­ta­rzu roz­legł się dzwo­nek. Ko­bie­ta mi­mo­wol­nie drgnę­ła ze stra­chu. Za­nim skie­ro­wa­ła się w stro­nę ko­ry­ta­rzy­ka, ktoś ner­wo­wo wdu­sił przy­cisk jesz­cze dwa razy.

– Idę, idę! – krzyk­nę­ła.

Przy­bysz był tak na­tar­czy­wy, że nie­cier­pli­wie szarp­nął klam­kę, nim zdą­ży­ła do­czła­pać do drzwi.

Po­pław­ska była roz­waż­ną ko­bie­tą. Naj­pierw zer­k­nę­ła więc przez wi­zjer, by się upew­nić, czy aby przy­pad­kiem po dru­giej stro­nie nie czy­ha ja­kiś prze­stęp­ca albo, co gor­sza, po­szu­ki­wa­ny od pół roku gwał­ci­ciel star­szych dam, przed któ­rym ostat­nio prze­strze­ga­no w kra­kow­skiej te­le­wi­zji re­gio­nal­nej. Jej oczom uka­za­li się jed­nak ja­kaś ko­bie­ta i wy­so­ki star­szy męż­czy­zna, sto­ją­cy na wy­cie­racz­ce, zaś nie­co z boku nad dzwon­kiem pa­stwił się mło­dy szczu­pły po­li­cjant. Sta­rusz­ka wi­dzia­ła tyl­ko frag­ment jego twa­rzy oraz chu­de ra­mię gi­ną­ce w nie­co za luź­nym mun­du­rze.

Z lek­kim ocią­ga­niem uchy­li­ła trosz­kę drzwi, nie ścią­ga­jąc jed­nak łań­cu­cha za­bez­pie­cza­ją­ce­go.

– Pań­stwo do kogo? – za­py­ta­ła mało uprzej­mym to­nem.

– Dzień do­bry – od­parł siwy męż­czy­zna, zbli­ża­jąc twarz do szpa­ry w drzwiach. – U pani miesz­ka moja cór­ka, Ewe­li­na Ra­dzie­jew­ska. Bar­dzo chcie­li­by­śmy się z nią zo­ba­czyć.

– Nie ma jej – wark­nę­ła ko­bie­ta. – Chy­ba gdzieś wy­je­cha­ła. Od daw­na jej nie wi­dzia­łam…

Ob­ser­wo­wa­ła jed­nym okiem, jak mina ko­bie­ty, praw­do­po­dob­nie mat­ki, zmie­nia się z peł­nej na­dziei na za­ła­ma­ną.

– A zo­sta­wi­ła swo­je rze­czy? – za­py­ta­ła płacz­li­wym to­nem. – Czy mo­gli­by­śmy je przej­rzeć? Może uda nam się do­wie­dzieć, co się z nią dzie­je… od tak daw­na się nie od­zy­wa. Od dwóch ty­go­dni nie od­bie­ra te­le­fo­nu. Nie po­ja­wia się też na uczel­ni. Bar­dzo się o nią mar­twię. Bła­gam, niech nas pani wpu­ści.

Po­pław­ska wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i nie­chęt­nie zsu­nę­ła łań­cuch z drzwi.

– Pro­szę – mruk­nę­ła. – Dziew­czy­na miesz­ka­ła tu­taj. Wszyst­kie jej rze­czy zo­sta­ły. My­śla­łam, że wy­je­cha­ła na wa­ka­cje albo do ro­dzi­ców… – Za­wie­si­ła głos, zda­jąc so­bie spra­wę, jaki nie­takt po­peł­ni­ła.

Za swo­imi ple­ca­mi usły­sza­ła tłu­mio­ne chli­pa­nie mat­ki dziew­czy­ny. Po chwi­li wszy­scy we­szli do cia­sne­go przed­po­ko­ju, cze­ka­jąc cier­pli­wie, aż star­sza ko­bie­ta wy­su­pła z kie­sze­ni od­po­wied­ni klucz i wpu­ści ich do wy­naj­mo­wa­ne­go miesz­ka­nia.

– Pro­szę – po­wie­dzia­ła, uchy­la­jąc drzwi.

Pierw­sza do środ­ka wpa­dła mat­ka lo­ka­tor­ki. Jej mina świad­czy­ła o tym, że ko­bie­ta jest wstrzą­śnię­ta pa­nu­ją­cym tam nie­ła­dem. Zdez­o­rien­to­wa­na, krę­ci­ła się po po­ko­ju. W koń­cu wzię­ła do ręki czar­ną bluz­kę, zwi­sa­ją­cą z krze­sła przy nie­wiel­kim biur­ku.

– Boże… Moja cór­ka tak nie cier­pia­ła czar­nych rze­czy. Skąd te ubra­nia? Czy miesz­ka tu­taj z ja­kąś przy­ja­ciół­ką?

Jej wzrok padł na wie­ko­wą ame­ry­kan­kę, któ­ra po roz­ło­że­niu sta­no­wi­ła wy­god­ne łóż­ko dla jesz­cze jed­nej oso­by.

– Nie. – Po­pław­ska po­krę­ci­ła siwą gło­wą. – Mło­da Ra­dzie­jew­ska miesz­ka­ła tu­taj sama. Cza­sa­mi wpa­dła do niej ko­le­żan­ka ze stu­diów, ale to było, za­nim…

Sto­ją­cy jak do­tąd w drzwiach po­li­cjant na­gle za­in­te­re­so­wał się roz­mo­wą.

– Za­nim co?

– No, za­nim ta dziew­czy­na… się zmie­ni­ła. – Po­pław­ska nie bar­dzo wie­dzia­ła, jak wy­tłu­ma­czyć to, co dzia­ło się z jej lo­ka­tor­ką.

Tym­cza­sem Ra­dzie­jew­ska z co­raz bar­dziej prze­ra­żo­ną miną oglą­da­ła ko­lej­ne ele­men­ty gar­de­ro­by po­rzu­co­nej przez jej ko­cha­ną la­to­rośl.

– Mój Boże! Moja cór­cia… – za­szlo­cha­ła, bio­rąc do ręki rzu­co­ną na biur­ko fo­to­gra­fię.

Zdję­cie przed­sta­wia­ło dwie obej­mu­ją­ce się dziew­czy­ny. Krę­pą bru­net­kę o za­dzi­wia­ją­cych ciem­no­gra­na­to­wych, ni­czym u nie­mow­lę­cia, oczach oraz Ewe­li­nę, blon­dyn­kę o sze­ro­kim, szcze­rym uśmie­chu. Na tej fo­to­gra­fii wy­glą­da­ła tak, jak w pierw­szych dniach po za­miesz­ka­niu u Po­pław­skiej. Po­tem wszyst­ko się zmie­ni­ło…

– A to co? – Zdła­wio­ny głos bied­nej ko­bie­ty przy­kuł uwa­gę nie tyl­ko po­li­cjan­ta, ale rów­nież Po­pław­skiej, któ­ra ci­cho za­mie­rza­ła się wy­co­fać z tego ca­łe­go za­mie­sza­nia i prze­cze­kać je w swo­im miesz­ka­niu.

Mat­ka trzy­ma­ła w ręce ko­lej­ne zdję­cie, naj­wy­raź­niej przy­kry­te tym pierw­szym, ze słod­ki­mi dziew­czę­ta­mi. Ciem­na i nie­co prze­świe­tlo­na fo­to­gra­fia przed­sta­wia­ła wpraw­dzie Ewe­li­nę Ra­dzie­jew­ską, lecz kom­plet­nie od­mie­nio­ną. Po­far­bo­wa­ne na czar­no wło­sy, po­cią­gnię­te ciem­ną szmin­ką usta i moc­ny, czar­ny ma­ki­jaż zmie­nia­ły ją ze słod­kiej blon­dyn­ki w nie­bez­piecz­ną ko­bie­tę wam­pa. Zu­peł­nie inne było rów­nież jej spoj­rze­nie, znik­nę­ło całe cie­pło, za­stą­pio­ne ostrym, nie­przy­stęp­nym wzro­kiem, jak­by z jej wnę­trza spo­glą­da­ła w obiek­tyw obca, bar­dzo zła isto­ta. Jej roz­ma­za­ne na nie­ostrym zdję­ciu oczy spra­wia­ły upior­ne wra­że­nie, bo prak­tycz­nie nie było wi­dać bia­łek. Były czar­ne i nie­skoń­cze­nie mrocz­ne, jak­by skła­da­ły się je­dy­nie z gi­gan­tycz­nych źre­nic.

– To nie może być moja Ewe­lin­ka – chlip­nę­ła Ra­dzie­jew­ska, po­da­jąc fo­to­gra­fię mę­żo­wi.

Wstrzą­śnię­ty oj­ciec przez dłuż­szą chwi­lę wpa­try­wał się w zdję­cie, jak­by w tej od­mie­nio­nej oso­bie nie był w sta­nie do­szu­kać się wła­snej cór­ki.

– No wła­śnie tak ostat­nio się ubie­ra­ła – stwier­dzi­ła Po­pław­ska po­nu­rym to­nem. – Cała no­si­ła się na czar­no. Jak dia­beł ja­kiś.

– Ale ona prze­cież nie cier­pia­ła czar­ne­go ko­lo­ru. – Ra­dzie­jew­ska wy­tar­ła nos ko­ron­ko­wą chu­s­tecz­ką. – Za­wsze wy­bie­ra­ła ja­sne, we­so­łe od­cie­nie, bo twier­dzi­ła, że czar­ny jest dla tru­pów.

– No i na po­cząt­ku rze­czy­wi­ście tak było – przy­zna­ła wła­ści­ciel­ka, za­kła­da­jąc ręce za sie­bie. – Ale po­tem… W pierw­szej chwi­li jej nie po­zna­łam i nie chcia­łam dziew­czy­ny wpu­ścić do miesz­ka­nia. Wy­glą­da­ła tak… obco… I prze­sta­ła ze mną roz­ma­wiać. Sta­ła się mru­kli­wa i nie­przy­stęp­na.

Po­pław­ska na po­cząt­ku prze­zor­nie po­sta­no­wi­ła nie wspo­mi­nać o zaj­ściu w ko­ry­ta­rzu, kie­dy to dziew­czy­na ją po­pchnę­ła, war­cząc ni­czym dzi­kie zwie­rzę. Do­szła do wnio­sku, że gdy­by rze­czy­wi­ście mło­dej się coś sta­ło, ona mo­gła­by zna­leźć się w krę­gu po­dej­rza­nych. W koń­cu lu­dzie są w sta­nie za­bić in­ne­go czło­wie­ka dla kil­ku zło­tych, a co do­pie­ro za na­bi­cie so­lid­ne­go guza.

– A czy przy­pro­wa­dza­ła ja­kieś ko­le­żan­ki? – Do­pie­ro te­raz sta­rusz­ka za­uwa­ży­ła, że po­li­cjant skrzęt­nie wszyst­ko no­to­wał w nie­wiel­kim, ob­le­czo­nym czar­ną skó­rą no­te­sie. – A może mia­ła chło­pa­ka, któ­ry ją od­wie­dzał?

– Chło­pa­ka nie wi­dzia­łam – od­par­ła Po­pław­ska nie­mal na­tych­miast. – Za to czę­sto przy­cho­dzi­ła do niej taka miła ruda dziew­czy­na. Czę­sto gdzieś ra­zem wy­cho­dzi­ły albo wspól­nie słu­cha­ły mu­zy­ki.

– Czy to ona? – za­py­tał oj­ciec za­gi­nio­nej, pod­su­wa­jąc ko­bie­cie pod nos nie­wiel­ką po­gnie­cio­ną fo­to­gra­fię, trzy­ma­ną chy­ba do­tych­czas w kie­sze­ni cien­kie­go płasz­cza, bo nie miał przy so­bie żad­nej tecz­ki.

Zdję­cie przed­sta­wia­ło ru­do­wło­są dziew­czy­nę o pie­go­wa­tym no­sie i nie­co wy­sta­ją­cych gór­nych je­dyn­kach. Przy niej sta­ła uśmiech­nię­ta Ra­dzie­jew­ska, z roz­pusz­czo­ny­mi blond pu­kla­mi. W po­rów­na­niu z rudą przy­ja­ciół­ką mo­gła­by wziąć udział w kon­kur­sie Miss Po­lo­nia, li­cząc co naj­mniej na dru­gie miej­sce.

– Tak, czę­sto z nią przy­cho­dzi­ła. Na­zy­wa się Ame­lia. Pa­mię­tam, bo moja bab­cia też mia­ła tak na imię… – mruk­nę­ła pani Ma­ria, od­da­jąc fo­to­gra­fię stra­pio­ne­mu męż­czyź­nie. – Ta ruda też była bar­dzo sym­pa­tycz­na. Za­wsze uśmiech­nię­ta i taka uczyn­na…

– A kie­dy wi­dzia­ła ją pani po raz ostat­ni? – Głos po­li­cjan­ta wy­rwał ko­bie­tę z za­du­my.

Po­pław­ska w my­ślach sta­ra­ła się prze­li­czyć dni, któ­re upły­nę­ły od cza­su, kie­dy ruda była po raz ostat­ni.

– Bę­dzie ze trzy ty­go­dnie temu. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Przy­szła po ja­kieś no­tat­ki. Chcia­ła wy­cią­gnąć Ewe­li­nę do pubu, gdzie świę­to­wa­li uro­dzi­ny ja­kiejś ko­le­żan­ki, ale wa­sza cór­ka do­słow­nie wy­rzu­ci­ła ją za drzwi. Nie chcia­ła z nią roz­ma­wiać. Po­tem jej już nie wi­dzia­łam.

Ra­dzie­jew­ska wy­bu­chła ko­lej­ną falą pła­czu, gło­śno wy­cie­ra­jąc nos w ręcz­nie ha­fto­wa­ną chu­s­tecz­kę. Wi­dać albo mie­li dużo pie­nię­dzy, albo ktoś w ro­dzi­nie zaj­mo­wał się haf­ciar­stwem.

– Ewe­li­na nie chcia­ła się z ni­kim spo­ty­kać – cią­gnę­ła Po­pław­ska po­nu­rym to­nem. – Cią­gle tyl­ko pa­li­ła te świe­ce i śpie­wa­ła ja­kieś dziw­ne, mo­no­ton­ne pie­śni. Kie­dy wi­dzia­łam ją ostat­ni raz, była tak strasz­nie wy­chu­dzo­na, jak­by w ogó­le za­po­mnia­ła o je­dze­niu. Le­d­wie trzy­ma­ła się na no­gach. A ta bla­da, pra­wie prze­zro­czy­sta cera… Na­praw­dę by­łam prze­ra­żo­na jej sta­nem…

– Wy­star­czy! – prze­rwał jej oj­ciec Ewe­li­ny, z tro­ską przy­tu­la­jąc do sie­bie żonę. – Bar­dzo pa­nią pro­szę o po­da­nie wszyst­kich in­for­ma­cji panu po­li­cjan­to­wi, a my w tym cza­sie po­szu­ka­my Ame­lii. Może ona bę­dzie w sta­nie po­wie­dzieć nam coś wię­cej na te­mat cór­ki.

– Do­brze – Po­pław­ska z chę­cią przy­sta­ła na tę pro­po­zy­cję.

Było jej żal tej ko­bie­ty, opła­ku­ją­cej swo­je dziec­ko. Sama mia­ła cór­kę, któ­ra szyb­ko się usa­mo­dziel­ni­ła i wy­pro­wa­dzi­ła z domu, ale przed wie­lo­ma laty czę­sto zaj­mo­wa­ła się dzieć­mi swo­jej sio­stry. Z jej naj­star­szą cór­ką, Jó­ze­fi­ną, była zwią­za­na tak moc­no, jak­by to było jej ro­dzo­ne dziec­ko. A kie­dy Jó­zia za­cho­ro­wa­ła na bia­łacz­kę i zmar­ła pięt­na­ście lat temu, pani Ma­ria roz­pa­cza­ła bar­dziej niż mat­ka dziew­czy­ny. Te­raz w Kra­ko­wie zo­stał jej je­dy­nie sio­strze­niec, któ­ry od cza­su do cza­su przy­jeż­dżał po­móc w więk­szych za­ku­pach lub drob­nych do­mo­wych na­pra­wach.

– Bar­dzo mi przy­kro z po­wo­du wa­szej cór­ki – wy­zna­ła szcze­rze, ocie­ra­jąc wierz­chem dło­ni nie­wiel­ką łzę, któ­ra za­krę­ci­ła się jej w oku. – Ewe­lin­ka to na­praw­dę wspa­nia­ła dziew­czy­na. Szko­da tyl­ko, że tak się zmie­ni­ła. Te czar­ne stro­je i to za­cho­wa­nie w ogó­le do niej nie pa­so­wa­ły.

– Czy bę­dzie­my mo­gli zo­sta­wić ten po­kój w ta­kim sta­nie? – za­py­tał po­li­cjant pod ko­niec roz­mo­wy, kie­dy ro­dzi­ce Ewe­li­ny już wy­szli.

Do­pie­ro te­raz sta­rusz­ka spo­strze­gła, jak in­ten­syw­nie błę­kit­ne były oczy mło­de­go funk­cjo­na­riu­sza. Rzad­ko kie­dy do­ro­sły czło­wiek miał tak ja­sne spoj­rze­nie.

– Niech bę­dzie. Miesz­ka­nie opła­co­ne jest do koń­ca roku. Do tego cza­su to miesz­ka­nie Ewe­li­ny… gdzie­kol­wiek jest…

Może to było głu­pie, ale Po­pław­ska była prze­ko­na­na, że dziew­czy­na nie żyje. Wpraw­dzie nic nie wska­zy­wa­ło na to, że ktoś mógł­by mieć ocho­tę za­mor­do­wać to nie­win­ne dziew­czę, nie­mniej jed­nak jej za­cho­wa­nie w ostat­nich dniach wy­raź­nie su­ge­ro­wa­ło, że mło­da stu­dent­ka w co­raz więk­szym tem­pie sta­cza się w dół.

Za­my­ka­jąc drzwi za po­li­cjan­tem, pani Ma­ria była wręcz pew­na, że Ewe­li­na Ra­dzie­jew­ska na tyle głę­bo­ko była uwi­kła­na w ja­kąś trud­ną do wy­ja­śnie­nia spra­wę, że na­wet mo­gła­by tar­gnąć się na wła­sne ży­cie.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Ogniskowa Bilbord Spadek Nikt się nie spodziewał 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona Obrońca 13 powodów