Miecz i kwiaty

Miecz i kwiaty

Autorzy: Marcin Mortka

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 920

Cena książki papierowej: 59.99 zł

cena od: 34.06 zł

Pełna barwnych opisów i zaskakujących zwrotów opowieść o przygodach niepokornego młodzieńca…

Gaston de Baideaux przybył właśnie do Ziemi Świętej. Wyprawa miała być jego pokutą. Słyszał o tym miejscu same wspaniałości i szczerze wierzył w unoszące się nad głowami chrześcijan anioły, w uzdrowienia i w kościoły pełne boskich relikwii. To, co zastał, to istne zło, a Ziemia Święta okazała się miejscem gniewu, walki i sodomii. Czy młody de Baideaux to zaakceptuje? Czy odnajdzie się w świecie, gdzie wszelkie granice zostały przekroczone? I czy zdobędzie się na odwagę, by poskromić własne demony przeszłości…

Marcin Mortka

MIECZ I KWIATY

Copyright © by Marcin Mortka, MMXVI

Wydanie I w tej edycji

Warszawa, MMXVI

Spis treści

Miecz i kwiaty. Tom 1 Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Miecz i kwiaty. Tom 2 Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Miecz i kwiaty. Tom 3 Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Epilog

Posłowie

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Miecz i kwiaty

tom 1

Upalnego dnia 4 lipca 1187 roku armia króla Gwidona de Lusignan, największa, jaką kiedykolwiek wystawiło Królestwo Jerozolimskie, została rozgromiona przez siły tureckie pod wodzą sułtana Salah ad-Dina, a sam król wzięty do niewoli. W ręce muzułmanów dostała się wówczas najcenniejsza relikwia chrześcijaństwa – Krzyż Święty. Wkrótce padła Tyberiada, a po niej Toron, Akka, Nablus, Jaffa, Gaza oraz Askalon. 30 października, w dniu wstąpienia Mahometa do nieba, baron Balian z Ibelinu poddał Salah ad-Dinowi bronioną przez siebie Jerozolimę.

Po upadku Świętego Miasta frankijskie sztandary powiewały już tylko nad Tyrem, drobnym okruchem mocnego ongiś państwa. Nieugięty markiz Konrad z Montferratu, który zdecydował się bronić twierdzy przed Saracenami, odparł atak Salah ad-Dina i rozpoczął prace nad wzmocnieniem murów obronnych. Jednocześnie Europa po dramatycznych apelach arcybiskupa Tyru, Jozjasza, zaczęła szykować się do kolejnej, trzeciej już w dziejach krucjaty. Ku ostatniemu skrawkowi Królestwa Jerozolimskiego ruszyli pierwsi pielgrzymi krzyżowcy.

Rozdział pierwszy

W którym dzielny Gaston de Baideaux najpierw długo błądzi, a potem dowiaduje się kilku rzeczy, ale bynajmniej nie tego, czego się spodziewał. Podobnie jak templariusze

Święty Leonardzie, a poraź tryprem tych łajdaków! Coś ty rzekł, italski dusigroszu? Coś ty rzekł?! – wrzeszczał ktoś piskliwym głosem. Wtórował mu szmer oburzenia.

Obojętny na wszystko wokół siebie Gaston de Baideaux przymknął oczy i zaraz je otworzył. Czar nie prysł.

Był dość urodziwym młodzieńcem o błękitnych, normańskich oczach i jasnych włosach, porywanych teraz przez ciepły śródziemnomorski wiatr. Wyglądał na człowieka z gatunku tych, co to zachwycają się każdym słonecznym dniem, każdym pięknym koniem i każdą mijaną pięknotką. Zdawał się to potwierdzać zarówno nieprzytomny uśmiech, jak i blask w oczach. Ale było w nim coś – może wąskie, mocno zaciśnięte wargi, może głęboka zmarszczka na czole, zbyt głęboka jak na tak młody wiek, może szczupła prawa dłoń bez przerwy ściskająca rękojeść miecza – co znamionowało upartość i zaciętość, zaciętość wprost bezgraniczną. Gdyby zaś głębiej wejrzeć w jego oczy, można byłoby natknąć się na bezbrzeżne pokłady smutku. Ale dziś, siódmego dnia rejsu na niewielkiej, zatłoczonej galerze genueńskiej, Gaston był wprost wniebowzięty.

Nie odrywał wzroku od morza. Drobne fale omywające burtę unosiły białe grzywy, lecz dalej, na horyzoncie, tam gdzie wyrastały wieże Tyru, biel była pochłonięta przez rdzawą czerwień zachodzącego słońca. Ta sama czerwień płonęła na wciąż ledwie widocznych dachach kościołów i pałaców i rozlewała się wzdłuż masywnych murów obronnych. Opromieniony Tyr przypominał mu krwawy diament wypchnięty spośród fal przez pogańskie bóstwa Fenicjan.

– Wreszcie… – szeptał do siebie. – Wreszcie.

– W życiu nie zapłacę ci ośmiu solidów, ty żydowski padalcu! Święty Krzysztofie, patronie…

Piskliwe wrzaski uciął głośny rozkaz szypra. Szczęknął oręż, czyjeś ciało uderzyło z łoskotem o deski pokładu, ktoś jęknął z przerażeniem. Gaston nadal się nie odwracał.

Stał na dziobie od świtu, gdy majtek na maszcie okrzyknął ląd. Nie dbał o głód, zmęczenie ani o kłótnię między pielgrzymami a szyprem, która od południa, a więc od chwili, gdy ziemia stała się widoczna, przybierała na sile. Stał i wytężał wzrok, a w myślach popędzał leniwy wiatr wypełniający spłowiałe żagle galery. Czasami odwracał się zniecierpliwiony, chcąc zaczepić któregoś z żeglarzy i zapytać, czy zdołają rzucić kotwicę przed nocą, ale za każdym razem rezygnował z zamysłu. Kłótnia na śródokręciu była coraz bardziej zajadła, lecz miny Genueńczyków mówiły, że nie mają zamiaru ustąpić.

Co więcej, od świtu każdy z nich nie rozstawał się z bronią.

Gaston wzdychał i znów wytężał wzrok ku wciąż tajemniczym, skrytym wśród rdzawych promieni zabudowaniom miasta, które niegdyś Pan pokarał najazdem króla Babilonu z jego rydwanami i końmi, a teraz znów poddawał srogiej próbie. Widok ów fascynował i pochłaniał Gastona tym bardziej, im bliżej się znajdowali, im więcej szczegółów widział. Patrzył, ocierając łzawiące oczy, a nadzieja, którą uparcie trzymał z dala od siebie, znów zaczynała ożywać.

Że kłótnia na galerze dotyczy również i jego, przypomniał sobie dopiero pod wieczór. Stało się to zaraz po tym, jak dostrzegł dwie masywne wieże strzegące wejścia do tyryjskiego portu, wieże, między którymi rozciągano ponoć monstrualnej grubości łańcuch zamykający port w nocy. U boku Gastona niespodziewanie wyrósł wtedy ojciec Adalbert, który przetarł tonsurę, przeżegnał się nabożnie i wybuchnął:

– Dobry Panie, że też nie ma na nich sprawiedliwości, takich synów! Do morza mnie cisnąć chcieli, mnie, sługę bożego… Że też nie poślesz aniołów, Ojcze Niebieski, by ich biczami ognistymi wysmagali, pogańskich psubratów, nasienie…

– Co takiego? – zamrugał oczyma de Baideaux.

– Płacić znowu każą, łajdaki! – pożalił się duchowny. Tłuste policzki drgały, jakby zaraz miał wybuchnąć płaczem. – Gadają, że w Genui nie dość żeśmy dali, że więcej się należy, bo onych greckich piratów prześcignęli i ponoć jakąś morską potworę zmylili… Jeśli to zaiste potwora jaka była, to ani chybi z rodu tych bydlaków! Jak żyję, takich krwiopijców…

– Ile chcą? – zapytał Gaston. Rzeczywistość szybko przybierała wokół niego namacalne formy: pątnicy przeklinający z werwą i kunsztem przeczącymi ich świętemu celowi, żałosny brzęk ostatnich monet wyłuskiwanych ze szczupłych sakiewek, obleśny uśmiech genueńskiego żeglarza siedzącego nieopodal z kuszą na kolanach.

Uśmiechnął się z przekąsem.

– Święty Leonardzie z Limoges, broń nas ty przed italskimi rabusiami! Żądają jeszcze po osiem solidów?! Po osiem od osoby! – Adalbert załamał ręce. – Do morza chcieli mnie cisnąć! Mnie, sługę bożego! Mówią, że jeśli nie zapłacimy, to wszyscy tam trafimy! Do morza! My, pątnicy…

– No to im zapłać i już. – De Baideaux wzruszył ramionami i znów spojrzał w stronę Tyru. Nie widział, jak twarz duchownego kraśnieje jeszcze bardziej,

– Jak to zapłać? – Ten, nagle pobladły, rozdziawił usta. – Przecież to niemal wszystko, co mamy! Wszystko z tego, co zostało po sprzedaniu koni!

– I co z tego? – Gaston uniósł brwi. – No i co z tego, Adalbercie? Czyż nie dopływamy do Ziemi Świętej, gdzie jak sam opowiadałeś, złoto funta kłaków niewarte, bo aniołowie się o ludzi troszczą? Gdzie jeno czystość serca i zbrojne ramię się liczy? Gdzie fortuna sama odnajduje mężnych a cnotliwych?

– Święty Grzegorzu cudotwórco, juści, że tak, ale…

– Nie frasuj się tedy – przerwał mu de Baideaux. – Zapłać Genueńczykom i pozdrów dobrym słowem. I za ową potworę podziękuj. Niech mnie, nic nie widziałem! Musiałem wtedy spać.

Wstrząśnięty księżulo zamrugał oczyma, po czym odwrócił się i usiadł na pokładzie, przy sakwach pilnowanych przez ponurego Bernarda, jedynego człowieka na galerze, którego zuchwali Genueńczycy starali się omijać. W tłuściutkich palcach Adalberta zamigotały srebrne monety, a spoconą twarz ściągnął wyraz skupienia. Gaston przyglądał mu się beznamiętnie.

„A jeśli fortuna nas nie odnajdzie, w co raczej wątpię, to ty zrobisz wszystko, by ją odnaleźć – pomyślał bez śladu wesołości. – Wszystko. Bo jak na księdza przystało, znasz się głównie na przyzywaniu świętych i tropieniu pieniędzy. Reszta twych talentów niestety nijak do sukienki duchownej nie pasuje”.

Dla niego samego fortuna była bowiem całkiem obojętna. On zmierzał do Ziemi Świętej w zupełnie innym celu.

* * *

Ryczący wielbłąd targnął głową, niemalże przewracając trzymającego go za uzdę Syryjczyka, i cofnął się o krok. Deski, na których dwóch śniadoskórych uliczników ustawiło miski z parującym kuskusem, runęły, mieszając zapach posiłku z gryzącą wonią kurzu. Pełne oburzenia wrzaski wzbiły się ponad płaczliwe prośby właściciela wielbłąda, zagłuszyły nawet porykiwania zwierzęcia i gwar ulicy.

Gaston obejrzał się bezradnie na Adalberta.

– I gdzie teraz?! – krzyknął.

Duchowny rozłożył bezradnie ręce, a potem wskazał przed siebie. Poruszał szybko ustami, jakby coś pospiesznie tłumaczył, lecz poza imionami kilku świętych de Baideaux niczego nie usłyszał. Pewnie duchowny, nie wiedząc, co powiedzieć, swoim zwyczajem plątał modlitwy z przekleństwami i narzekaniem, podobnie jak w Genui.

– Mówiłeś, że znasz Tyr! – krzyknął głośniej Gaston. – Że byłeś tu przed laty jako pątnik!

– Juści, ale… święty Krzysztof…

Wielbłąd plunął. Żołnierz w poszarpanej kolczudze, który chciał minąć wściekłe zwierzę przyciśnięty do ściany kamieniczki, teraz zatoczył się trafiony idealnie między oczy. Jedną ręką trąc oczy, drugą machnął na odlew i powalił na bruk sędziwego, siwobrodego Syryjczyka, który cierpliwie czekał na przejście. Ulicznicy wrzeszczeli jak potępieni. Poganiacz wielbłądów jęczał i błagał, zwierzę ryczało. Ktoś wołał straż, oczywiście na próżno.

– Tędy nie przejdziemy! – krzyknął de Baideaux i się odwrócił. Stanął twarzą w twarz z zarumienionym, spoconym Adalbertem.

– Mówiłeś, że znasz Tyr! – wrzasnął.

– Znam, panie, znam! – bełkotał duchowny. – Wżdy święty Paweł w Tyrze z uczniami swymi rozprawiał, a Stary Testament o królu Hiramie mówi, który…

– Tawerna jakaś nam potrzebna! Tawerna, nie opowieści o królu Hiramie!

– Ale…

Gaston już nie słuchał. Wyminął tłumaczącego coś pospiesznie Adalberta i ruszył z powrotem uliczką, którą przybyli z Portu Syjońskiego, jak nazywali go Italczycy – uliczką, którą przedzierali się prawie od godziny. Słońce nieomal już zaszło – na wysokich dachach, sięgających pięciu, sześciu pięter kamieniczek, pełgało wciąż rdzawe światło zachodu, ale na wąziutkich, ciasnych uliczkach między nimi robiło się coraz ciemniej, tym bardziej że nad głowami przybyszów rozciągały się kamienne rozpory oraz maty chroniące przed skwarem dnia. Mimo później pory gwar nie słabł, wręcz przeciwnie, wydawał się narastać. Wrzawa wielu języków, w której Gaston z rzadka wychwytywał jakieś słowo francuskie bądź łacińskie, oszałamiała, a ludzie wokół niego, w większości odziani w strojne, bogate szaty, wydawali się obcy, mimo że rozpoznawał od czasu do czasu twarze rodaków. Z uchylonych drzwi kapliczek bił oszałamiający zapach kadzideł, znad ulicznych jadłodajni wznosił się ostry aromat przypraw, aż kręciło w nosie, nawet morze pachniało jakoś inaczej.

Tak naprawdę jedynym swojskim akcentem był smród moczu z co ciemniejszych zakamarków.

Dzwony uderzyły na Anioł Pański, odpowiedziały im oburzone krzyki mew. Gaston parł przed siebie znużony, skołowany. Przedarł się przez grupkę podpitych jasnowłosych żołdaków, ani chybi Danów, wyminął zaprzężoną w muła dwukółkę strzeżoną przez trzech ponurych, uzbrojonych po zęby Ormian, stanowczym ruchem ręki odpędził gromadkę żebrzących dzieci i natychmiast wpadł w ramiona tłustego, rechoczącego zbrojnego z purpurowymi policzkami. Ten zagadał coś po grecku i chciał wycisnąć mu pocałunek na czole, ale Gaston wyślizgnął się z obrzydzeniem i przebiegł kilka kroków, Adalbert i Bernard za nim. Odwrócił się dopiero, gdy duchowny pochwycił go za ramię. Spocony księżulo znów poruszał ustami – tym razem chyba naprawdę coś mówił, ale jego słowa zagłuszył łomot kotlarzy z pobliskiego bazaru.

Gaston skrzywił się tylko i podjął wędrówkę. Znikł gdzieś z jego twarzy wyraz szczęśliwości i rozanielenia, którymi witał Tyr. Zastąpiła go posępna zaciętość, groźna, nieposkromiona.

Adalbert dogonił go, gdy wyszli na sześciokątny, wyłożony mozaikowymi płytami plac, w którego centrum wznosiła się kamienna fontanna. Wokół niej tańczyło kilkunastu mężczyzn dzierżących kubki, którymi co rusz czerpali ze stojącej nieopodal baryłki. Było jeszcze dość widno, ale paru wymachiwało już pochodniami. Żarłoczny ogień ni to szumiał, ni skwierczał, w roztańczonych, lecz coraz głębszych cieniach zakamarków roiły się niewyraźne postacie, ani chybi żebracy i ulicznicy.

– Panie! – wysapał ksiądz. – Nie tak szybko… Nie możemy się rozdzielać…

– Bernard sobie radzi – burknął Gaston. W istocie, olbrzymi sługa nie był nawet zasapany, pomimo że dźwigał na swych plecach ogromny tobół. – A ty, Adalbercie… Cóż, ponoć znasz Tyr. Z poprzedniej pielgrzymki.

Tańczący śpiewali nierówno, ale za to głośno, w italskiej mowie. Podczas żeglugi na genueńskiej galerze de Baideaux podłapał wystarczająco wiele słów, by wiedzieć, że pieśń bynajmniej nie wychwala czci niewieściej, wręcz przeciwnie.

– Znam, ino… – Adalbert również zrozumiał przesianie pieśni i na wszelki wypadek przeżegnał się pospiesznie. – Ino ostatnim razem nie było tu tylu Italczyków! – wybuchnął. – Panie, trza nam dalej, dalej! Wżdy to te italskie wie…

Jeden z podrygujących żeglarzy, wysoki, barczysty człowiek z kręconymi włosami, zatrzymał się przy baryłce i z rozmachem nabrał wina, aż naokoło prysły krople. Spojrzał przy tym na trójkę przybyszów, co prawda przelotnie i nawet z zaciekawieniem, ale to starczyło, by Adalbert odwrócił wzrok. Bernard dostrzegł to i wyszczerzył zęby. Italczyk w jednej chwili uznał za stosowne powrócić do swych pląsających kompanów.

– Pasowany! – zawołał ze zdumieniem Gaston, dostrzegając skrawek szerokiego pasa rycerskiego wystający spod przybrudzonej koszuli Italczyka. – Pasowany, a podryguje kiej opętany! Na litość boską!

– Z dala nam trza od tych wieprzy! – burknął mściwie Adalbert i zacisnął pulchne pięści. I nagle stracił rezon, bo z jednego zaułka wybiegło kilka syryjskich dziewcząt strojnych w powłóczyste szaty. Zaraz wmieszały się w korowód tancerzy, a ochota, z jaką podjęły pieśń, nieznacznie tylko kalecząc italski, jednoznacznie wskazywała na ich powołanie.

– Z dala – powtórzył bezwiednie Gaston i potrząsnął grzywą bujnych włosów. – Do portu zatem, jak mówiłem. Trza nam jakąś tawernę znaleźć, przespać gdzieś, gdziekolwiek, ale mylą mi się te uliczki…

– Dajcie temu pokój, dobry panie! – zawołał ktoś chrapliwie w langue d’oïl, języku używanym na północy Francji. Gaston odwrócił się na pięcie i ujrzał żebraka, który wstawał spod ściany kamieniczki i postukując laską, kusztykał w ich stronę.

– Dajcie pokój – powtórzył. W blasku skaczących pochodni ujrzeli jego twarz, zarośniętą i wynędzniałą, oraz oczy, ciemne, żarzące się niczym od gorączki. – Szkoda waszego czasu, dobry panie. Odkąd do Tyru zwalili wszyscy panowie Outremer, każdy z tyloma zbrojnymi, ilu ich zdołał spod ostrzy Saracenów wyrwać, a po nich Sycylijczycy króla Wilhelma, londyńczycy, Danowie i Bóg jeden raczy wiedzieć, kto jeszcze (o ile w ogóle Mu zależy), w porcie nie ma gdzie szpilki wetknąć. Pałacyki pozajmowane, kamieniczki, piwnice, ba, ludzie po ogrodach i ulicach śpią! Jeno czekać dnia, jak się Tyr nam rozpęknie, he, he!

Podszedł już tak blisko, że czuć było jego zapach, również całkiem swojski. Zakaszlał i zamachał dłonią owiniętą w brudną szmatę.

– Oto do czego nam przyszło! – Splunął. – Gnieździmy się jak szczury w ostatnim mieście Outremer, bez wodzów, bez broni i bez nadziei. Pozostaje nam patrzeć na igry italskich pajaców, którzy lada dzień wlezą na swe galery i odpłyną, zostawiając nas wszystkich na pewną śmierć! Tfu!

– Tfu! – zawtórował mu Adalbert, nagle mężniejąc. – Walczyłeś z Saracenami?

– A pewnie, ten tego. Na murach Jerozolimy stałem, ciąłem suczych synów, samemu Balianowi z Ibelinu kuszę podawałem!

– A prawda to, że aniołowie sfrunęli z jasnego nieba i otoczyli skrzydłami świątobliwego patriarchę Herakliusza, coby krzywda mu się nie stała, gdy miasto opuszczał? – pytał z ożywieniem duchowny, znów pokraśniały.

– A prawda, prawda, najświętsza prawda! – Żebrak pokiwał głową z niezdrowym entuzjazmem. – Sam Michał im przewodził, a Gabriel z góry zerkał, coby sobie szaty nie powalać, i chórami dyrygował. A Saraceny stały i słuchały, bo to piękne pienie było, piękne! Gęby przy tym rozdziawiały, aż im muchy do mord powłaziły i kałduny wzdęły. Sam widziałem, jak jeden się rozpuknął, aż wątpia na bazylikę poleciały. Mam nieco liści oliwkowych z Ogrójca i kamień z Góry Oliwnej, ojczulku, spójrzcie. Tanio oddam, parę miedziaków…

– Łże jak pies, nie słuchajcie go, ojczulku! – wychrypiał inny żebrak, kusztykając pospiesznie w ich kierunku. – Boga się nie boisz, Rudolf, kurwi synu? Kamień z Góry Oliwnej, co?! Dobrze widziałem, jak żeś z ziemi podniósł, ojczulka ujrzawszy! To kłamca, dobry ojcze! Ja mam prawdziwe liście palmowe znad Jordanu, w świętej rzece obmyte!

– A ja pióro anielskie mam! – wrzasnął jeszcze inny falsetem. – Saracen chciał mi zabrać, alem nie dał. Dziabnął mnie, dziabnął mnie o tutaj, alem nie dał! Jak lew walczyłem! Dobremu chrześcijaninowi oddam, pomyślałem sobie, i uciekłem mimo ran! Tanio oddam, dinara, bo szczerze wam…

– Pióro anielskie z kaczej dupy wyrwane! – Żebrak nazwany Rudolfem opanował oburzenie. – Liście palmowe z ogrodu Renalda z Sydonu! Wy żmije kłamliwe…

Gaston zrobił krok w tył, a potem kolejny. Żebracy krzyczeli coraz głośniej, wino chlustało na boki, barwiło lniane koszule, mieszało się z błotem pod bosymi stopami Italczyków. Do pląsających dołączyły kolejne dziewczęta, tym razem owładnięte dzikością bachantki o podmalowanych oczach – czarne kreski ciągnęły się aż na skronie. Skaczące blaski pochodni pobudzały do tańca nawet kamienne gargulce na fontannie. Gdzieś ktoś ochryple wrzeszczał.

– Tyr się rozpęknie – powtórzył bezwiednie za żebrakiem Gaston, zaciskając zęby.

Adalbert stał jak skamieniały, oczarowały go roztańczone nimfy. Nie zwracał już uwagi na ostatniego żebraka, który wciąż usiłował go przekonać do swej oferty – pozostałych dwóch tarzało się już po płytach dziedzińca, kwestionując autentyczność sprzedawanego towaru pięściami i zębami, okazjonalnie również kamieniem z Góry Oliwnej. Korowód tańczących pękał – kilku Italczyków zatrzymało się i wpatrywało w uliczkę, z której dobiegały coraz głośniejsze wrzaski. Któryś już trzymał lagę w ręku.

I wtedy de Baideaux dostrzegł dla siebie ocalenie. Maska zaciętości na jego twarzy nagle skruszała, wyjrzały spod niej tęsknota, żal i hamowana z trudem rozpacz.

Niewielka, pokryta złuszczoną farbą kopuła świątyni wskazywała na pochodzenie bizantyjskie, a osadzony na jej szczycie krzyż – przynajmniej dla Gastona – był mocny i przekonujący jak nigdy. Resztki promieni słonecznych mieniły się zapraszająco na pozostałościach fresku. Bez namysłu de Baideaux ruszył ku wejściu, zapominając o zmęczeniu, swych towarzyszach, pustyni żołądku, a nawet o liściach z Ogrójca.

Dopiero gdy dotknął kolanami zimnej posadzki, gdy wciągnął w płuca przepojone kadzidłem powietrze i spojrzał na krzyż rozedrgany w blasku szeregu świec, poczuł, jak powraca do niego spokój. Przeżegnał się powoli drżącą dłonią, a potem cichym, ochrypłym szeptem rozpoczął modlitwę:

– Pater noster, qui es in caelis, sanctificetur nomen tuum…

Jego głos odbijał się echem wśród ścian kościółka. Nie pamiętał już o rozczarowaniu, które usiłował zdusić w sobie od paru godzin. Nie pamiętał już, że zamiast do wyśnionej krainy Boga trafił do zdziczałego Tyru, którego rozpasanie przerastało wszystko, co ujrzał w Genui. Po prostu cieszył się, że Bóg wita go w ten sam sposób, w jaki go pożegnał w dalekiej Pikardii, w cichej kapliczce w rodzinnym Baideaux. A witał go ciszą i spokojem, zsyłając nań ukojenie i pociechę.

– Ojcze miłościwy, wdzięcznym Ci, żeś pozwolił mnie, marnemu grzesznikowi, rozpocząć pokutę – szeptał, chyląc czoło przed obliczem umęczonego Jezusa. – Wdzięcznym Ci, żeś pozwolił mi przebyć morze i dotrzeć szczęśliwie tu, gdzie wreszcie mogę zacząć płacić za moje grzechy.

Miecz uniósł się w powietrze, zatrzymał na chwilę, a potem opadł niczym błyskawica w dół.

Gaston się wzdrygnął.

– Nigdy tego nie odpokutuję, wiem – szeptał pospiesznie, przerażony wspomnieniem. – Wiem. Ale nie spocznę po kres życia, Panie. Nie spocznę. Bo tylko Twoja łaska, miłosierny Ojcze, uwolnić mnie może od… od…

Tego słowa nie mógł wymówić, wstyd mu nie pozwalał. Zacisnął mocno powieki, a mimo to po policzkach spełzły dwie łzy, delikatne niczym sen o świcie.

I wtedy coś – lub ktoś – walnęło z całej siły w drzwi kościoła.

– Padre nostro! – wrzasnął jakiś przerażony głos, a potem rozległ się kolejny łomot. Spomiędzy desek drzwi wyjrzało ostrze włóczni, poruszyło się, jakby ktoś na zewnątrz usiłował je wyszarpnąć, a potem de Baideaux usłyszał kolejny jęk ozdobiony wiązką italskich przekleństw.

Gaston oprzytomniał w jednej chwili.

„Adalbert i Bernard! – pomyślał. – Boże, tam walczą!”.

Jednym skokiem znalazł się przy drzwiach, pchnął, wypadł na zewnątrz. Niemalże wpadł na skulonego człowieka, który jedną ręką trzymał się za genitalia, a drugą usiłował niemrawo wyrwać włócznię z drzwi kościoła. Na placyku wokół fontanny roiło się od zbrojnych, niektórzy nosili turbany i powiewające w biegu kufije.

„Saraceni!” – pomyślał zdjęty przerażeniem.

I wyszarpnął z pochwy miecz, zakręcił młyńca, aż zahuczało. Płomienie pochodni leżącej na mozaikowej płycie prześlizgnęły się po klindze.

– Saraceni! – wrzasnął. – Do broni! Bernard! Bernard!

Któryś z walczących wpadł na niego, uniósł do ciosu ciężką pałę. Gaston rozpaczliwie nachylił się, odruchowo ciął, lecz trafił w próżnię. Sekundę później leżał na płytach dziedzińca przygnieciony ciałem jakiegoś brodacza w turbanie. Szarpnął się, próbując go zrzucić, lecz ciężar w cudowny sposób sam, wyparował. Gaston uniósł wzrok i ujrzał człowieka w turbanie wleczonego za nogi w kierunku fontanny. Dwóch ludzi, w których rozpoznał niedawnych tancerzy, kopało go wściekle i najwidoczniej dość celnie, bo jego wrzaski stawały się coraz wyższe.

Szybko popatrzył wokół siebie. Nigdzie nie widział Adalberta, a skupiony Bernard właśnie złapał jednego z przebiegających Saracenów za kufiję, szarpnął, grzmotnął nim o ziemię, a potem zmarszczył czoło, wybałuszył oczy i wyszczerzył zęby. Na ten widok biegnący na odsiecz zmaltretowanemu kompanowi Saracen przezornie uskoczył w bok.

– Bernardzie! – wykrzyknął de Baideaux, bezskutecznie usiłując powstać.

Sługa targnął kudłatym łbem, ale nie usłyszał go, gdyż bosonogie Syryjki, które przytupywały na cembrowinie fontanny, uderzyły w kolejny pisk. Niektóre nadal usiłowały tańczyć, nie do końca świadome – lub właśnie doskonale świadome – że poodsłaniały wiele ze swych wdzięków. W rzeczy samej jeden z napastników, śniady chudzielec z nieproporcjonalnie długą piką, zagapił się na chwilę, aż ocucił go cios łokciem któregoś z tancerzy. Chudzielcem zarzuciło, splunął krwią i zębami, zakreślił bezwładny łuk włócznią, potem padł na plecy. Wtedy przydepnął go Bernard, tak wykrzywiony, że niemalże uśmiechnięty.

– Bernardzie! – Gaston już klęczał, ale znów ktoś na niego wpadł, przeklinając z pasją po italsku. Razem przetoczyli się po bruku, świat zawirował i rozbłysnął tysiącem iskier, a kiedy na nowo znieruchomiał, nad nimi oboma wyrosła nowa postać, ciemna i masywna, z wyszczerzonym zębami i wzniesionym toporzyskiem. I nagle de Baideaux przypomniał sobie, że nie wypuścił z dłoni miecza. – Za Grób Święty! – wychrypiał i pchnął na oślep, nie przymierzając.

O dziwo, trafił.

Topór upadł z głuchym stuknięciem, a człowiek zaryczał przeraźliwie, nakrywając dłońmi ranę na udzie. Kątem oka Gaston ujrzał, jak ten drugi, z którym przetoczył się po bruku, chyżo wstaje nadal zbrojny w słuszną lagę. Pałka z hukiem przecięła powietrze, czaszka przeciwnika trzasnęła, aż echo poszło. Trafiony zatoczył się i padł na ziemię, gdzie natychmiast przypadli doń właściciel kamienia z Góry Oliwnej i właściciel liści palmowych znad Jordanu, chwilowo pogodzeni. Właściciel pióra anielskiego, obojętny na dobra doczesne, zanurzał właśnie głowę w zapomnianej beczułce.

– Dzięki! – zawołał wesoło człowiek z lagą. Młodzieniec odwrócił głowę i ujrzał, że to ów pasowany Italczyk, którego dostrzegł wcześniej wśród tańczących. – Dziabnąłby mnie jak nic, gdyby nie wasza… Uważaj!

Pochwycił dłoń Gastona i jednym szarpnięciem postawił go na nogi. Końcem lagi wskazał czterech drabów, którzy pędzili w ich stronę z dzikim wrzaskiem, wymachując pałkami i pikami. Jednego z nich zgarnął wciąż przerażająco uśmiechnięty Bernard, inny zwolnił, by wbić właściciela pióra anielskiego w głąb beczki, ale pozostali dwaj wciąż szarżowali. Żebracy w panice pryskali na boki, Syryjki tupały i piszczały, ktoś daremnie wołał straż.

– Jestem Gaston de Baideaux! – wykrzyknął rycerz zgodnie z obyczajem, mocniej chwytając miecz. – Za Grób Święty! – dodał łamiącym się głosem.

– Za co? – spytał zdumiony Italczyk.

Pierwszy z nadbiegających, brodacz w brudnej koszuli i rozsupłującym się turbanie, również stanął zdumiony. To uratowało mu życie, bo Gaston zdołał wyprowadzić rozpaczliwe cięcie, które teraz minęło brzuch napastnika o dobry łokieć. I to było jedyne, czego zdołał w tej walce dokonać. Jedno uderzenia serca później, gdy maczuga uderzyła w klingę miecza, jego ramię zdrętwiało aż po bark, a nim zdążył chwycić za sztylet, świat rozbłysnął eksplozją światła i bólu.

Unoszącą się maczugę de Baideaux widział jak przez mgłę. Odruchowo zasłonił się łokciem, a wtedy za plecami brodacza w turbanie wyrósł Bernard. Wciąż uśmiechnięty, z jeszcze większą maczugą. Chrupnęło, aż ciarki przeszły.

– Mierda… – jęknął olbrzym i padł na kolana. Nim Bernard ostatecznie rozciągnął go na płytach placyku, zdążył wybełkotać jeszcze kilka innych przekleństw. Co do jednego doskonale znanych Gastonowi dzięki żegludze przez Morze Śródziemne.

– Saraceni? – wyjąkał z niedowierzaniem.

– Gdzie? – rozejrzał się zasapany Italczyk i otarł pot z czoła. – Aaa, ci? Nie, to nie Saraceni, mój przyjacielu. Jeszcze gorzej. Pizańczycy, kurwa, ich macierz. Strasznie się z nami, Genueńczykami, nie znoszą, gównojady zatracone. No, już, trzeba nam uchodzić.

– Uchodzić? – Gaston zacisnął powieki, próbując odpędzić łupiący ból czaszki. – Ale gdzie? Przed kim? Co tu się dzie…

– Przed strażą miejską! – Italczyk się uśmiechnął i pomasował pęczniejący guz na czole. – Co jak co, ale na koniec bijatyki pojawić się lubią. Chodźcie za mną!

Pizańczycy i Genueńczycy prali się po gębach z coraz mniejszym zaangażowaniem, znudzone widowiskiem Syryjki, łopocząc szatami, zeskakiwały z cembrowiny i umykały w mrok, na ścianach kamieniczek pełgało wątłe światło latarni nadbiegającego patrolu. Bernard chrząknął i zarzucił na ramię porzucony tobół, znów przybrał ponurą i obojętną minę. Z ciemnego zakamarka wychynął zaczerwieniony Adalbert, jeśli przerażony, to tylko tym, że jego towarzysze dostrzegli błyszczące oczy roześmianej Syryjki, która skryła się tam wraz z nim.

Gaston pokręcił głową.

– Zalibym tylko ja wziął ich za Saracenów? – wyszeptał z niedowierzaniem.

Ponad dachy Tyru wypłynął już księżyc, napęczniały i ogromny.

* * *

– …Quoniam tibi est regnum et potestas et gloria in saecula. Amen – wyrzekli chórem bracia zakonni i na znak dany przez wielkiego mistrza zasiedli z szelestem szat. Podobnie uczynili serwiensi i giermkowie stojący wokół sąsiedniego stołu. W refektarzu, pomimo obecności wielu ludzi, zapanowała całkowita cisza, jeśli nie liczyć plusku wina nalewanego do kielichów przez milczących służących. W tyryjskiej komandorii Fratres Militiae Templi, Pauperes Commilitones Christi Templique Salomonis – Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, zwanego potocznie templariuszami lub rycerzami Świątyni – rozpoczęła się wieczerza.

„Jakby nic się nie działo – myślał wielki mistrz Robert de Sablé, odrywając kawał chleba. – Jakbyśmy nadal byli tym, kim jesteśmy”.

Spojrzał wzdłuż długiego, krytego białym suknem stołu, zastawionego misami i kielichami, przy którym zasiadali bracia zakonni. Patrzył na ich poważne twarze i białe tuniki z czerwonymi krzyżami, niegdyś tak świętymi, patrzył na ich dłonie, jeszcze nie tak dawno dzierżące miecze w obronie Grobu Świętego. Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech, lecz natychmiast go stłumił.

Bo nie był to stosowny uśmiech.

Jeden z braci, siwobrody Vincent, człowiek o twarzy przeciętej blizną i weteran wielu bitew, wstał i zasiadł za pulpitem, po czym otworzył Pismo Święte.

„Brat Vincent – zadumał się wielki mistrz. – Mówią, że na wieść o klęsce pod Rogami Hittinu wpadł w rozpacz tak wielką, że trzeba było go osadzić w celi. Dzielny brat Vincent. Szkoda, że człek tak dzielny dożywa swych dni w przeczuciu porażki. Dobrze, że nie zna całej prawdy. Dobrze, że nie wie, że to nie Hittin był dla nas prawdziwą klęską. Zakon przegrał swą wojnę o wiele wcześniej”.

– „Lecz Bogu niech będą dzięki za to, że pozwala nam zawsze zwyciężać w Chrystusie i roznosić po wszystkich miejscach woń Jego poznania. Jesteśmy bowiem miłą Bogu wonnością Chrystusa zarówno dla tych, którzy dostępują zbawienia, jak i dla tych, którzy idą na zatracenie; dla jednych jest to zapach śmiercionośny – na śmierć, dla drugich zapach ożywiający – na życie. A któż temu sprosta?” – czytał Vincent grobowym głosem. Bracia jedli i słuchali.

Mistrz włożył do ust kęs gotowanej baraniny i zapatrzył się w płomień świecy.

„To brzmi jak bluźnierstwo – pomyślał, przełykając z trudem. – Te słowa, tak święte, tak piękne, czytane w waszej przytomności, Ubodzy Rycerze Chrystusa, naprawdę brzmią jak bluźnierstwo”.

Robert de Sablé przyjął bowiem śluby zakonne jako człowiek dojrzały i żonaty, zdystansowany do świata i doskonale znający ludzkie przywary i ułomności. Twarze braci zakonnych były skupione i poważne, ale on czytał z nich niczym z otwartej księgi.

„Chwała ci, bracie Gilbercie – dumał z ironią, przyglądając się jednemu z zakonników, który jedną ręką ujął kielich wina, a drugą sięgał po chleb. – Choć na chwilę powstrzymałeś się od skrytego ściskania dłoni brata Reynalda. A ty, Guillaume? – zapytał, przeniósłszy wzrok na zakonnika siedzącego po przeciwnej stronie, wysokiego mężczyznę o nieobecnej twarzy, który nawet nie tknął posiłku. – Przebolejesz kiedyś śmierć Armanda pod Rogami Hittinu?”.

Przejrzał już wiele grzechów Ubogich Rycerzy. Dobrze wiedział, którzy oddają się sodomii, a także z kim i jak często. Dobrze wiedział, którzy złamali przykazanie poszanowania życia chrześcijan, którzy w skrytości upijali się bądź wdychali saraceńskie narkotyki i którzy przesypiają nabożeństwa. Wiedział o wszystkim. Zresztą nawet gdyby nie potrafił przenikać ludzkich umysłów, i tak szybko domyśliłby się wielu tajemnic. Po tym, co zdradził mu komandor Tyru Wilhelm du Triere, następnego dnia po wyświęceniu, pewne rzeczy szybko stałyby się oczywiste.

Choć nie, nie wiedział o wszystkim. Widok nadobnej, męskiej twarzy z ciemnymi lokami opadającymi na czoło, wyrysowanej węglem na ścianie celi brata Gotfryda tak starannie, że wydawała się wręcz żywa, wstrząsnął nim do głębi. Oszołomiły go zwłaszcza oczy, ciemne, niepokojące, wręcz hipnotyczne, i uśmiech, złowieszczy i lubieżny. Na próżno próbował sam siebie przekonać, że wrażenie to wywołała jedynie gra cieni ściganych chybotliwymi płomieniami pochodni.

Żałował, że nie udało mu się wypytać brata Gotfryda o inspirację. Gdy go odcięto, był już zimny.

– „Nie jesteśmy bowiem jak wielu, którzy kupczą słowem Bożym, lecz ze szczerości, jak od Boga mówimy w Chrystusie przed Bogiem” – czytał ponurym głosem brat Vincent. Bracia jedli i słuchali, co rusz zwracając twarze ku pulpitowi. Panowała cisza, dostojna, lecz fałszywa.

Wilhelm du Triere siedzący po prawicy wielkiego mistrza nagle drgnął i odwrócił głowę w kierunku drzwi. Skinął przyzwalająco głową i niemalże w tej samej chwili stanął przy nim młody templariusz, którego Robert jeszcze nie miał okazji poznać. Ani rozgryźć. Templariusz nachylił się i szepnął coś do ucha komandorowi.

Palące słońce Ziemi Świętej nie było dla Wilhelma du Triere łaskawe. Gdy Robert de Sablé ujrzał go po raz pierwszy, zdumiał się, jak bardzo upał może wyssać z człowieczego ciała wszelkie soki i zamienić twarz w pobrużdżoną, nieruchomą skałę pustynną. Jego rzadkie włosy zetlały, przybrały barwę wyschniętej trawy, na spękanych wargach nie było śladu wilgoci, nawet oczy mu zmatowiały. Ponoć nie płakał nawet na wieść o pogromie pod Rogami Hittinu. Teraz jednak, gdy skinieniem odprawił młodego templariusza i spojrzał na wielkiego mistrza, jego oczy rozbłysły po raz pierwszy, odkąd się znali.

Robert pokiwał głową i ujął kielich z winem. Starał się utrzymać spokój, ale serce biło mu gwałtownie. Młody zakonnik szeptał co prawda cicho, ale wielki mistrz i tak doskonale słyszał jego słowa:

„Gaston de Baideaux przybył do Tyru”.

Rozdział drugi

Który traktuje głównie o opowieściach. Wynika z niego, że do opowieści pięknych należy podchodzić z należytym dystansem, te brutalne okazują się prawdziwe, a te o zaginionych członkach rodziny miewają nieoczekiwane zakończenia

Gaston otworzył oczy i usiadł raptownie. Zbyt raptownie. W jego głowie rozszalał się ból, jakby uderzyły w niej wszystkie dzwony Tyru, Jerozolimy i pozostałych miast Ziemi Świętej. Młodzieniec jęknął i objął dłońmi skronie, usiłując zdusić łomot. Minęła dłuższa chwila, zanim oprzytomniał na tyle, by rozejrzeć się dookoła.

Siedzący na zewnątrz namiotu Adalbert coś pospiesznie mówił, gestykulując przy tym żywo; italski rycerz zajrzał do środka i pokazał Gastonowi jakiś kubek. Bernard nakrył niską pozostałość jakiegoś muru, najwidoczniej szykując swemu panu siedzisko – na tyle wygodne, na ile to było możliwe. Gdzieś daleko grzmiały dzwony, prawdziwe, spiżowe. Młodzieniec zacisnął powieki raz jeszcze.

Już przypominał sobie zdarzenia poprzedniej nocy. Już pamiętał pełne animuszu głosy żołnierzy ze straży miejskiej i szaleńczą ucieczkę wzdłuż wymarłych, pozamykanych kramów bazaru, i gwiazdy mrugające doń filuternie między rozwieszonymi wysoko matami, za dnia broniącymi handlarzy przed skwarem. Pamiętał radosny śmiech Italczyka, pełne niepokoju pytania zasapanego Adalberta i gniewne pomruki taszczącego ciężki tobół Bernarda.

Przypomniał sobie swą beztroskę.

– Gdzie my jesteśmy? – wymamrotał, mrużąc oczy. O ile mógł ocenić, pora była jeszcze wczesna, ale wrześniowe słońce przygrzewało mocno, zamazując swym blaskiem kontury okolicznych budowli.

– Nadal w Tyrze. – Głos italskiego rycerza wydawał się dobiegać z daleka. Mówił w langue d’oïl bardzo płynnie, lecz z miękkim, śpiewnym akcentem. – Przykro mi niezmiernie, że tak niewiele mogę zaoferować mym nowym przyjaciołom, ale coś mi mówi, że to i tak więcej, niżbyście zdziałali sami.

Ból głowy nareszcie zelżał na tyle, by Gaston mógł uklęknąć i wydostać się z namiotu, który rozbito, jak się okazało, na mozaikowych płytach wielce podobnych tym, o które w nocy wyrżnął podbródkiem. Tyczki bez większego szacunku dla nieznanych budowniczych wbito w szczeliny między płytami. Daleko przed oczyma de Baideaux ciągnął się labirynt niskich, przypominających kopczyki budowli o bokach zdobionych płaskorzeźbami, a dalej dostrzegł dwa rzędy kolumn, między którymi przechodzili piesi i przejeżdżali jeźdźcy, czasami również wozy zaprzężone w woły. Gorący wiatr znad lądu kołysał zielonymi grzywami palm.

– To rzymska nekropolia, panie – odezwał się suchym głosem Adalbert i pospiesznie uczynił znak krzyża. – Wybaczcie, dopiero rano żem zauważył… Ten Italczyk…

– Wasz towarzysz doprawdy imponuje mi swą wiedzą o miejscowych demonach! – Italski rycerz uśmiechnął się szeroko. – Od chwili, gdy oczy otworzyłem, cięgiem słyszę o ghulach i ifrytach. I o sobie, zwłaszcza o sobie.

– Przecież każdy pielgrzym, który do Francji powróci, zapewnia, że miejscowe cmentarzyska aż roją się od ghuli! Święty Patroklusie z Troyes, cud, że nas co nie zeżarło. Mówiłem, żebyśmy trzymali się z dala od Italczyków, a…

– Nie lękajcie się, dobry rycerzu! – Obiekt przerażenia ojca Adalberta wybuchnął szczerym śmiechem, po czym wzniósł toast swoim kubkiem. – To bezpieczne miejsce. No, zdarza się, że po ciemku w coś przyrżnę, o coś się wywalę, ale to wszystko. Przecież żadne szanujące się monstrum nie będzie obgryzać wyschniętych na wiór truposzy, kiedy na południu król Gwidon, uwolniony przez przełaskawego sułtana Salah ad-Dina, wciąż dostarcza nowych, świeżutkich. Zachodzę tu co noc i jakoś nigdy żadnego potwora nie widziałem, co oznacza, że one też mają swój rozum. Poza tym – zarechotał – żadna bestia nieczysta nie jest groźna, gdy kompanii towarzyszy zacny sługa boży, co ze świętymi za pan brat przestaje.

– Zachodzicie tu co noc – powtórzył Gaston. Podszedł wolno do towarzyszy i usiadł na wyścielonych kocem kamieniach. Nawet nie zwrócił uwagi na stojące na ziemi miski, jedną wypełnioną daktylami i oliwkami, a drugą kawałkami chleba. Wskazał Bernardowi dzbanek, a służący posłusznie napełnił mu kubek. Młodzieniec ujął naczynie z winem, jak się okazało, cierpkim, i wychylił je do dna.

– Mnie też nalej – powiedział ich przygodny gospodarz, wyciągając swój kubek.

Bernard zmarszczył brwi tak mocno, że przez moment wyglądały jak zrośnięte. Chrząknął groźnie, ale Gaston przyzwalająco skinął głową. Ogromny sługa napełnił kubek Italczyka i podał mu niechętnie. Krople wina prysnęły na jego nogawice.

– Wasz pachoł zawsze taki rozmowny? – zapytał rycerz. Minę miał nadal zaczepną, ale wołał już nie drażnić nią Bernarda.

– Od urodzenia – burknął Gaston.

– Widywałem berberyjskich ludojadów, co więcej uroku w sobie mieli. Mam wrażenie, że od tych jego grymasów wino nam kwaśnieje.

– Wierzcie mi, panie, ma on przymioty, które to równoważą. Wybaczcie, ale o czym innym wolałbym pogadać, nie o starym wiernym Bernardzie. Dopiero co z okrętu wczoraj zeszliśmy i obyczaje tutejsze nam obce. Doprawdy, inaczej sobie Tyr przedstawiałem i…

– Chodzi o to, że aniołów jakoś nie widać, wbrew temu, co pielgrzymi plotą? – podchwycił Italczyk. – Mnie to też, zaraza, gnębi.

– Nie, z tym się już zdążyłem pogodzić. – Gaston obrzucił kusym spojrzeniem Adalberta. – Bardziej mnie zastanawia, co pasowany rycerz porabia wśród hulających żeglarzy. I czemu wdaje się w uliczne bijatyki. I czemu sypia w nekropolii, zamiast…

– Dość! – przerwał mu szorstko Italczyk. Na jego policzkach pojawił się niezdrowy rumieniec. – Dość tego. Bo zaraz mnie oskarżysz, że ukradłem pas rycerski, a wierz mi, nie chcesz mi tego powiedzieć. Oj, nie chcesz! Nazywam się Vittorio Scozzi, z tych Scozzich.

– Nie chciałem was urazić, panie Scozzi, jeno…

– Dość, rzekłem! Udzieliłem wam schronienia, fakt, że skromnego, kierując się jednak współczuciem i dobrocią. Nietęgi z was szermierz, dobry panie Gastonie, ale żywot żeście mi uratowali, co tu dużo mówić. Byłby mnie kropnął ten Pizańczyk, jucha jedna! – Rumieniec Vittoria jeszcze się pogłębił na to wspomnienie. – Coś mi jednak mówi, że czas będzie się rozstać, bo…

Z tymi słowami zaczął sprzątać naczynia.

– Zaczekajcie, dobry panie Scozzi! – zawołał de Baideaux. – Nie chowajcie urazy, jam niezwyczajny…

– Juści, żeście niezwyczajni. Pizańczyków wziąć za Saracenów, dobre sobie! W sumie jedni i drudzy potrzebni temu światu jak wrzód na krowim cycu, ale Saraceni przynajmniej bić się potrafią.

– …a pomocy mi trzeba! Do orszaku rycerskiego jakiegoś trza mi się zaciągnąć! Śluby poczyniłem! – dokończył pospiesznie Gaston.

– Śluby? – W oczach Italczyka znów błysnęła ironia. – Jakie śluby? Coś nowego! Słyszałem już o wielu, ho, ho… Byli tacy, co ślubowali nigdy do ojczyzny nie wracać, ale to nic trudnego, bo jak cię Syryjki nie usidlą, to Saraceny powalą. A jak nie Saraceny, to syfilis. Byli tacy, co od chędożenia powstrzymać się ślubowali. Najtwardszy tydzień wytrzymał. Tydzień albo sześć dni, nie pomnę już teraz. A wy, panie de Baideaux? No, cóżeście ślubowali?

Nagle świat znów pociemniał w oczach młodzieńca.

– Boże, nie – jęknął Gaston. – Nie…

Znikły gdzieś wszystkie kolory, jakby na oczy nasunięto mu szarą błonę. Wszelkie dźwięki poczęły cichnąć, czas zwolnił. Vittorio poderwał się blady, przerażony, Bernard zacisnął swe ogromnie dłonie na jego ramionach, świat zakryła pucołowata, zaniepokojona twarz Adalberta, jego mięsiste wargi poruszały się, zapewne szepcząc jakąś niesłyszalną modlitwę.

„Powiedz mu – zachęcił Diabeł. – No, opowiedz mu o swym ślubie, Gastonie. I wspomnij o tym, dlaczego go uczyniłeś”.

– Nie waż się używać mego imienia! – wysyczał de Baideaux, zaciskając pięści do bólu.

„Och, wybacz, wciąż zapominam! Wybacz również, że nadal mącę twój spokój. Niestety, samo przybycie do Ziemi Świętej niczego nie załatwi, Gastonie. Nie pomoże nawet modlitwa w tutejszym kościele, choćby i najświętszym. Nie odpędzisz mnie, chłopcze, a w każdym razie nie przyjdzie ci to łatwo. Hmmm… Znam cię jednak doskonale i wiem, że tak łatwo nie odpuścisz, prawda?”.

– Nie – wycedził Gaston.

„Cóż, czeka nas więc wiele wspólnych przygód. Przyznam szczerze, że nie mogę się doczekać. Jest przecież tyle rzeczy, których musisz się nauczyć”.

Po chwili znów poczuł na swej twarzy palący blask słońca. Ostrożnie otworzył oczy. Zaniepokojony, śmiertelnie poważny Adalbert nie puszczał jego dłoni. Młodzieniec spróbował się uśmiechnąć, pokręcił głową, udając, że wszystko jest w porządku, ale nie zmylił mnicha, który delikatnie, z drżącą czułością pogładził go po nieogolonym policzku.

– Ho, ho, zaraza… – mruknął z wahaniem Vittorio. – A ja, durny, żyję w przeświadczeniu, że jeśli w nekropolii nic nie kusi, to już nigdzie nic nie kusi.

– To epilepsja – oznajmił pewnym głosem Adalbert, tak pewnym, że bez wątpienia tuszującym nieprawdę. – Oddaliśmy się w opiekę świętemu Witowi, dobry panie, i zmierzamy do Jerozolimy, do Grobu Świętego, by o uzdrowienie prosić.

– Aha. A o tym, że Jerozolima wzięta przez Salah ad-Dina, słyszeliście? Że z całego królestwa jedynie Tyr ostał w naszych rękach, a pozostałe państwa frankijskie, Hrabstwo Trypolisu i Księstwo Antiochii siedzą cicho jak mysz pod miotłą?

– Jest jeszcze kraj księdza Jana – oświadczył z godnością Adalbert. – Listy przesłał na dwór świętej pamięci cesarza Manuela.

– Juści, byłbym zapomniał! – zadrwił Italczyk. – Jest i ksiądz Jan, który pewno aż się rwie, by nam pomóc! Podczas drugiej krucjaty jakoś się nie pojawił, może więc teraz przybędzie?

– Dość już tych kpin! – wykrztusił Gaston, siadając. – Krucjata z Francji rusza. Z Francji, z Anglii, z Cesarstwa Niemieckiego. Królowie Filip i Ryszard wielkie hufce ściągają, być może już są w drodze. Nie zdzierży Salah ad-Din przeciw takiej ciżmie, panie Scozzi. Odbijemy Jerozolimę. Ale ja… Ale ja nie chcę czasu marnować. Chcę walczyć już teraz, chcę się Bogu przypodobać, grzechy odpokutować. Wyście człek bywały Tyr znacie. Zaprowadźcie mnie do jakiegoś możnego pana, przedstawcie. Będę o miejsce w orszaku błagał.

Vittorio przyglądał mu się zaintrygowany.

– W sumie, czemu nie – rzekł w końcu. – Sądziłem, że udzielając wam gościny, spłacę w całości swój dług tak niebacznie zaciągnięty wczoraj, ale co mi tam. Oprowadzę was po Tyrze, przedstawię też kilku ludziom, o ile ich znajdę w tym rejwachu. My, Genueńczycy, zwykliśmy mawiać, że czas to pieniądz, a coś mi mówi, że czas, który wam oddam, zwróci mi się w brzęczącej monecie.

– Od kiedy dobry rycerz zajmuje się zarabianiem pieniędzy?

– A od kiedy epilepsja jest grzechem, za który trzeba pokutować? – zmrużył oczy Vittorio.

* * *

W południe Tyr przytłaczał jeszcze bardziej niż wieczorem.

Wąskie, ciasne uliczki miasta były wprawdzie kryte markizami, ale i tak nic nie rozpędziłoby panującej w nich duchoty. Powietrze wydawało się gęste niczym ciecz, w której zastygły ciężkie zapachy. Mieszkańcom to jednak nie przeszkadzało – z nieustającą werwą zajmowali się swoimi codziennymi obowiązkami. Tyr huczał, krzyczał, targował się, śmiał, kłócił i przeklinał, poszczę – kiwał orężem, grzechotał kośćmi i świstał batem obojętny na to, że stał się jedynym miastem ostatniego strzępu ongiś wielkiego królestwa.

Rycerz Vittorio, nieodrodne dziecko Tyru, nie przestawał mówić ani na chwilę.

– Widzicie owe sztandary? – zapytał, gdy wyminęli wóz drabiniasty, na którym kilku pachołków ustawiało beczki. Sądząc po ich uzbrojeniu i srogich, podejrzliwych minach, w beczkach z pewnością było wino.

– Gdzie? – zapytał zasapany Gaston i otarł pot z czoła.

– Tam! – Palec Vittoria wskazał masywne blanki cytadeli miejskiej, wzdłuż których spływały srebrne chorągwie z czerwonym pasem u góry, tu i ówdzie przetkane innymi, złotymi z czerwonym krzyżem. – Te złote to sztandary barona Baliana z Ibelinu, a srebrne markiza Konrada z Montferratu. Możny ci to pan i doprawdy dzielny wojownik. Gdyby nie on, wasza krucjata skończyłaby się w Genui.

– Prawdę rzeczecie. – Gaston przez chwilę patrzył na skąpane w blasku słońca ściany cytadeli. Na tle jasnobłękitnego nieba unosiły się chmary ptactwa morskiego. – Wasi pobratymcy na galerze gadali, że Salah ad-Dina sprzed murów Tyru przegnał.

– Przegnał, przegnał! – Italczyk wybuchnął wesołym śmiechem i minął nosiwodę przeciskającego się środkiem uliczki. – Choć trza przyznać poganinowi, że wszelkich sposobów się imał, by markiza pogrążyć. Posłał nawet po ojca Konradowego, hrabiego Wilhelma, który pod Hittinem dostał się do niewoli i w Damaszku był trzymany. Liczył, skubaniec, że gdy zagrozi staruszkowi śmiercią, Konrad zmięknie i bramy miasta otworzy. No i się przeliczył, bo Konrad oznajmił, że ojciec jego zdążył się już życiem nacieszyć i sam za kuszę porwał, by go przebić.

– Na świętego Krzysztofa! – wykrzyknął ojciec Adalbert zdyszany i spocony, ale przejęty beztrosko wygłoszonymi słowami Vittoria. – Własnego ojca?!

– No, nie strzelił w końcu. Ale Salah ad-Din i tak starego hrabiego w końcu wypuścił z niewoli.

– Czyżby litość go ogarnęła? – burknął Gaston i sięgnął po bukłaczek z wodą.

– Gdzie tam litość! – prychnął Vittorio. Na moment zatrzymał się przy zadaszonym kramie, przy którym szczerbaty staruszek z werwą zachwalał piętrzące się przed nim stosy kostek chałwy, kawałków masy migdałowej i wafli miodowych. – Rachatłukum, mniam! Nie, żadna litość. Zdrowy rozsądek. Po cóż miał starego hrabiego dalej trzymać, skoro nie mógł mu się na nic już przydać? Poza tym trzymanie chrześcijańskich jeńców, zwłaszcza dobrze urodzonych, zwyczajnie kosztuje. Wiecie, dobry rycerzu Gastonie, ile taki nobil zeżreć potrafi? Jeno z duchownymi nijak im się w obżarstwie mierzyć.

Vittorio wymownie zerknął na wydatny brzuszek Adalberta, który obrzucił właśnie tęsknym spojrzeniem obwieszony latarniami barwny kram ze słojami powideł i syropu oraz garncami z sorbetem. Italczyk chciał pociągnąć wątek obżarstwa różnych stanów, ale jego słowa zagłuszyło wściekłe porykiwanie osła, na którym jechał dostojny ormiański kupiec, kołysząc się nad głowami przechodniów niczym statek nad falami. Gdzieś z tyłu tłum roztrąciło kilku żołnierzy ze znakiem Montferratów na przeszywanicach, z przodu ktoś w łamanym dialekcie francuskim wrzeszczał o fałszywych odważnikach. Śmierdziało moczem i oślą sierścią.

– Ponoć wypuścił również króla Gwidona, którego pod Hittinem w niewolę pojmał – stwierdził kwaśno Gaston. – To też zdrowym rozsądkiem nazwiecie?

– Jak najbardziej – odparł Vittorio i pomachał do kogoś w tłumie.

Niespodziewanie wśród spieszącej ulicami ciżby błysnęły tuniki ze znakiem Konrada z Montferratu, tym razem o wiele bliżej niż poprzednio. Vittorio natychmiast skręcił w boczną uliczkę i skrył się w cieniu rzucanym przez drewniane rusztowanie kramu z belami atłasu. Trójka pielgrzymów, chcąc nie chcąc, podążyła za nim.

– Możny to pan – mruknął. – A mściwy, skurwysyn… A co do waszego pytania, dobry panie Gastonie, to pozwolę sobie powtórzyć: jak najbardziej. Założę się, że wielu doradców odsądziło sułtana od czci i wiary, i po cichu medyków pytało, czy pan ich najjaśniejszy aby za dużo czasu na słońcu nie spędził. Bo cóż to niby za pomysł? Wypuścić na wolność króla giaurów li tylko na słowo honoru, że nie będzie przeciwko synom Mahometa więcej stawał? Bzdura, prawda? Mało kto jednak zauważył, że uwalniając Gwidona, sułtan za jednym zamachem skłócił obóz Franków oraz pozbył się kolejnej, tym razem koronowanej gęby do wyżywienia. Wiecie, ile taki król zeżreć potrafi? Zwłaszcza pognębiony król, któremu nic poza jedzeniem w życiu nie zostało?

– Jak to skłócił Franków?

– A tak to. Gwidon dwukrotnie przybył do Tyru, żądając uznania go władcą wszystkich Franków, a Konrad dwukrotnie zatrzaskiwał przed nim bramy – z humorem stwierdził Italczyk, spoglądając ponad ramieniem Bernarda, czy strażnicy przeszli dalej. – Stwierdził, że nie uzna króla, który najpierw stał się igraszką templariuszy, potem wygubił armię królestwa i utracił Krzyż Prawdziwy, a na dodatek dostał się do niewoli. Dodał, że poczeka w Tyrze na cesarza niemieckiego i króla Francji, niech oni rozsądzą kwestię objęcia tronu.

Zastałym, cuchnącym powietrzem uliczki targnął na moment chłodny morski wiatr, słaby niczym wyrzut sumienia. Dwóch siedzących na dywanie w cieniu kramu z atłasem syryjskich kupców napiło się zgodnie sorbetu, nabierając sił przed drugą turą wściekłych negocjacji. Jasnowłosy mężczyzna o bladej, zaróżowionej od słońca skórze, bez wątpienia najemny strażnik, oparty na mieczu odprowadził przybyszów ciężkim wzrokiem.

Wzrok Gastona zatrzymał się na jego broni.

Błysnął miecz de Souhait, za późno. Szarpnięty z wielką siłą jeździec wylądował w błocie, usiłował się poderwać, nie mógł. Wypuszczony z dłoni oręż pochłonęła kałuża.

Potrząsnął głową i odezwał się, usiłując mocnym tonem odpędzić wspomnienie:

– Mówicie, że część chrześcijan pociągnęła za Gwidonem pod Akkę. A zatem Konrad, którego nazywacie dzielnym, możnym i mściwym, siedzi sobie za bezpiecznymi murami miasta, a Gwidon, którego spod nich przepędziliście, walczy z Salah ad-Dinem. Kto naprawdę jest tu dzielny?

– Lepiej zadać sobie pytanie, kto tu jest mądry. – Vittorio wzruszył ramionami. – Hufiec, z którym król Gwidon ruszył pod Akkę, jest ponoć dwakroć mniej liczny od załogi miasta, a trza wam wiedzieć, że lepiej bronionej fortecy na całym wybrzeżu ze świecą szukać. Co więcej, Salah ad-Din z kolejnymi oddziałami już następuje mu na pięty i tak oblegający stał się obleganym. No, ruszajmy!

Gaston westchnął ze znużeniem. Do wczoraj, a konkretnie do chwili zejścia na tyryjskie nabrzeże gotów był uwierzyć we wszystkie, choćby najbarwniejsze opowieści Adalberta o Ziemi Świętej. Gotów był naprawdę uwierzyć w anioły unoszące się nad głowami zbrojnych chrześcijan, uzdrowienia w Bazylice Grobu Świętego, kościoły pełne boskich relikwii i kwiaty oplatające miecze wojowników walczących o chwałę Pana. Starał się podchodzić do swych wyobrażeń z dystansem, do czego skłaniała go wrodzona ostrożność, ale nigdy, przenigdy nie spodziewał się, że Ziemia Święta będzie tak dalece wyprana ze wszelkiej świętości.

„Przybyłem tu, by odpokutować – pomyślał z niedowierzaniem. – Ale czy to w ogóle możliwe? A może… Może ten głos, który odzywa się w mej głowie, może on ma rację? Może nigdy się go nie pozbędę?”.

Zacisnął powieki, z całej siły odpychając ponure wspomnienie kasztelu Baideaux i otaczających go borów. Jeśli istniało na świecie coś gorszego od Tyru, z pewnością był to kraj jego lat dziecinnych.

Osowiały powlókł się więc za Vittoriem, który ani na chwilę nie przestawał gadać. Obrzucał obojętnym spojrzeniem jasnowłosych Normanów o zaróżowionych policzkach, miejscowych Franków o lekko zbrązowiałej skórze, brodatych Ormian i Syryjczyków o ciemnych twarzach i oczach, a także całkiem czarne oblicza Nubijczyków. Wyruszając w podróż, sądził, że widok przybyszów z najdalszych krain zaciekawi go, odgoni złe myśli, tymczasem ich twarze, jednako obce, wprawiały go tylko w coraz większe otępienie. Z niechęcią spoglądał na swych osiadłych tu rodaków, którzy nadal mówili jego mową, ale nosili się po miejscowemu, wystrojeni w bogate szaty i z turbanami na głowach. Z niedowierzaniem wodził wzrokiem za frankijskimi żołnierzami, którzy nosili okrągłe tarcze, kryli karki arabskimi kufijami i ze swadą perorowali coś syryjskim towarzyszom w ich mowie.

Jedynym elementem opowieści Adalberta, który zgadzał się co do joty, było bogactwo mieszkańców, co – znając upodobania kapelana barona de Baideaux – w zasadzie nie powinno dziwić młodzieńca. Nic jednak nie mogło przygotować go na zauważalny wszędzie przepych. Nawykły do surowych murów rodzinnego kasztelu i zgrzebnej, rzadko kiedy pranej odzieży, co rusz odwracał głowę za kolejnym burnusem wyszywanym złotą nicią, za kolejnym turbanem połyskującym brylantami czy nabijaną klejnotami pochwą miecza. Z trudem powstrzymywał się, by nie przystanąć obok kramu złotnika, by nie pomacać kapiącej od złota uprzęży śmigłego konia, lecz powstrzymywały go wymowne spojrzenia uzbrojonych po zęby strażników. Tyr kipiał od bogactwa, ale jednocześnie pokazywał, że potrafi go obronić.

„Ale po co komu złoto? – odezwała się trzeźwiejsza myśl. – Po co, skoro Jerozolima wpadła w ręce wroga? Po co, skoro Salah ad-Din trzyma w szachu resztki Outremer?”.

I nagle wielojęzyczny, żywy gwar miasta wydał mu się wrzaskiem rozpaczy, ścianą dźwięku, za pomocą której tyryjczycy, bez względu na narodowość i wyznanie, odgrodzili się od prawdziwego zagrożenia, od zadania, które powinno stanowić treść ich życia. Pokręcił głową i spojrzał na bruk pod swymi stopami, brudny i zadeptany.

„Ten piach to jedyne, co łączy Tyr z Królestwem Jerozolimskim – zrozumiał nagle. – Tyryjczycy nie dbają już o sprawy wielkie, skupili się na własnych. Próbują zapomnieć”.

Niespodziewanie wśród tłumu mignął żywy błękit. Zaciekawiony, na moment wyrwany z apatii, Gaston zerknął w tamtym kierunku, a wtedy smagnęło go ciekawskie, gorące spojrzenie umalowanych czernią oczu. Strojna w błękit dziewczyna, ani chybi wysokiego rodu, stojąca w towarzystwie skromniej odzianej czarnowłosej damy i mameluka z jastrzębiem na ramieniu, odsłoniła woalkę i uśmiechnęła się szeroko. Białe zęby błysnęły pośród krytych barwiczką ust, rudy lok opadł na policzek, lecz natychmiast odgarnęła go drobna dłoń migocząca pierścieniami. Zapłoniony młodzieniec pochylił głowę.

„Dobry Panie! – pomyślał ze zgrozą. – Nigdy dotąd kobieta tak na mnie nie spojrzała… Co się dzieje z ludźmi w Twym kraju, Chryste? Dlaczego stali się odmieńcami niczym porwani przez elfy?”.

Nagle wpadł prosto na plecy perorującego głośno Vittoria.

– …pokarał, razem z tymi pizańskimi wieprzami! No i z Wenecjanami, rzecz jasna. Ejże, co to? Jakaś podwika wpadła wam w oko, dobry rycerzu?! – zawołał Italczyk i się odwrócił. – O, i to nie byle jaka! Sama Vivienne de Grenier, dopiero co oswobodzona, znaczy się wykupiona, przez wuja z niewoli saraceńskiej, w chwili obecnej, jeśli wierzyć plotkom, szczególnie rozmiłowana w pielgrzymach szlachetnego rodu. Twierdzi ponoć, że tacy kochają z prawdziwie bożym uniesieniem, a ponadto piasek nie zgrzyta im między zębami…

– Niechajcie! – warknął Gaston.

– Dobrze, już dobrze. Widzę przecież, że świątobliwy ojczulek zapłoniony aż po czubek tonsury. Cóż, Ziemia Święta nie taka święta, he, he! O, ci zbóje wiedzą o tym najlepiej.

Głos przewodnika niespodziewanie ochłódł i de Baideaux, ze wszystkich sił próbując wyprzeć z umysłu twarz nieznajomej, spojrzał w tym samym kierunku co on.

Przecinany skośnymi snopami światła półmrok ulicy niespodziewanie rozjaśniła biel. Oczom młodego pielgrzyma ukazał się zbrojny jeździec w białej tunice narzuconej na kolczugę, a za nim kolejny i jeszcze jeden. Ich twarze były dumne i ściągnięte, patrzyli ponad uszami końskimi, jakby nie dostrzegali rozstępujących się przed nimi przechodniów. Dosiadane przez nich potężne destriery rodem z południa Francji mierzyły ciżbę niespokojnymi spojrzeniami, ale szły spokojnie, posłuszne mocnym dłoniom w kolczych rękawicach. Przechodnie zresztą nie napierali zbytnio – na widok jeźdźców cichły wszelkie rozmowy, a ludzie usuwali się pod ściany i w kąty, na wszelkie wypadek próbując nie zwracać na siebie uwagi. Czerwone krzyże ostro odcinające się od bieli ich tunik otaczała bowiem złowroga sława, której zatrzeć nie zdołały nawet wieści o masakrze pod Rogami Hittinu.

– Templariusze – syknął Vittorio, gdy tłum na powrót zasłonił rycerzy zakonnych oraz jadących za nimi serwiensów, posępnych, uzbrojonych po zęby mężczyzn w brunatnych tunikach, a na ulicy na powrót zawrzały rozmowy. – Jak świat światem, nikt jeszcze nie widział tak zakłamanej bandy szubrawców. Nawet przy najuczciwszym z nich Judasz Iskariota to człek prawy i szlachetny! Idealne wprost połączenie zachłanności kleru z rycerską pychą i zdradliwością najemników.

– O, tuście mnie, panie, ugodzili do żywego.

Głos, który rozległ się za ich plecami, był pozornie żartobliwy, ale miał w sobie coś chłodnego niczym klinga. Coś, co sprawiło, że odwrócili się niemalże na pięcie. I wstrzymali oddech.

Przed nimi stał niemłody już człowiek o siwej, krótko przyciętej brodzie i równie siwych włosach. Jego twarzą, ogorzałą od gorących wiatrów pustyni, wstrząsał tik nerwowy, trudno powiedzieć, wrodzony czy obudzony gniewem. Maślane oczy przybysza patrzyły niemalże obojętnie, a silna dłoń, demonstracyjnie wygładzająca teraz czerwony krzyż na białej tunice, nawet nie zadrżała.

– Dobrze wiedzieć, co myślą na nasz temat Genueńczycy – powiedział powoli templariusz. Jego usta rozciągnęły się w uśmiechu pozbawionym wesołości.

– Dobrze wiecie, co myślą na wasz temat Genueńczycy! – Vittorio błyskawicznie odzyskał rezon. – Trzeba być ślepym i głuchym, by tego nie wiedzieć, bracie. Po cóż więc ta ironia?

– Mylisz ironię z czymś innym, Italczyku. – Oczy templariusza nadal pozostawały maślane, bez wyrazu. – Kiedyś być może ci to wyjaśnię, w zupełnie innych okolicznościach, ale na ten przywilej będziesz musiał poczekać.

Nieznajomy zakonnik zwrócił oczy w stronę młodzieńca, a wtedy na jego ustach pojawił się nieoczekiwany uśmiech.

– Witajcie w Tyrze, Gastonie de Baideaux – powiedział z lekkim ukłonem. – Zwą mnie bratem Hubertem, a przypadł mi zaszczyt przyprowadzenia was przed oblicze komandora Tyru Wilhelma du Triere oraz mistrza Roberta de Sablé.

– Mnie? – Zdumienie Gastona nie miało granic. Zaskoczony zerknął na Adalberta i Vittoria, lecz zarówno kapelan, jak i italski rycerz jedynie wytrzeszczyli oczy jednako zaskoczeni.

– Was, panie, was. Zawsze będziemy z otwartymi sercami witać rycerzy z zacnego rodu de Baideaux. Nikt, kto w Chrystusa wierzy, nigdy nie zapomni dokonań waszego brata, Rogera de Baideaux.

* * *

Ułożone na srebrnych misach jadło parowało, napełniając komnatę komandorii tysiącem ostrych, kuszących zapachów. Gaston pomyślał, że uczta, którą go podejmowano, przypomina sam Tyr – wystawna, bogata, oszałamiająca, a przez to pusta, pozbawiona znaczenia. Pomny swoich wcześniejszych rozważań, umknął wzrokiem ku kamiennej ścianie, gdzie wisiał prosty krzyż.

W tej samej chwili jego żołądek zaburczał żałośnie.

– Żyjemy wedle surowych reguł. – Mistrz dostrzegł spojrzenie Gastona i skinął na giermka. Ten podszedł i napełnił puchar gościa winem. – Wiemy jednak, że ci, którym przyjdzie walczyć o wiarę, muszą mieć siłę, by unieść miecz. Tych karmimy suto. Na nic Bogu wygłodniały wojownik. Jedzcie, dobry rycerzu.

Z tymi słowami oderwał kawałek przyrumienionego pieczystego i włożył sobie do ust. Ośmielony młodzieniec skinął głową i poszedł w jego ślady, pilnie uważając, by nie jeść zbyt łapczywie. Nie było to łatwe – od nader skromnego śniadania, którym podjął ich Vittorio w rzymskiej nekropolii, minęło już sporo czasu, a mięso było doskonałe, przyprawione wprost wybornie. Stary baron de Baideaux nie należał do nazbyt zamożnych i obiady w kasztelu rodowym doprawiano jedynie solą, a zapijano miejscowym cienkuszem bądź kwaśnym winem. Oszołomiony bogactwem smaku Gaston jadł więc i jadł za dwóch, popijając równie doskonałym winem. Dopiero po dłuższej chwili opamiętał się na tyle, by unieść wzrok i zerknąć na obu zakonników.

Komandor Tyru, Wilhelm du Triere, wychudły, posiwiały człowiek o pobrużdżonej, ogorzałej twarzy, nie budził jego sympatii. Jadł niewiele, nie odzywał się, a jego oblicze nie zdradzało żadnych zgoła emocji, spojrzenie zresztą również. Inaczej było z wielkim mistrzem. Robert de Sablé okazał się być mężczyzną postarzałym, lecz wciąż krzepkim i barczystym, z pozoru surowym i nieprzystępnym, ale w jego bladoniebieskich oczach migotały żywe iskierki. Młodzieniec nie umiał stwierdzić, czy wielki mistrz jest rozbawiony, czy tylko zaintrygowany, ale na wszelki wypadek obiecał sobie, że nie będzie przyglądał mu się zbyt natarczywie.

„Chyba nie co dzień wielki mistrz zaprasza pielgrzyma – pomyślał. – Muszę się zachowywać przystojnie, najlepiej jak umiem”.

Przyprawy paliły żywym ogniem. Gaston jadł i popijał winem.

– Brat Hubert mówił – odezwał się z pełnymi ustami – że mój brat zasłużył się dla zakonu.

Komandor Tyru nagle drgnął i spojrzał na gościa z niedowierzaniem. Iskierki w oczach Roberta rozbłysły ze zdwojoną mocą.

„Psiamać! – pomyślał przestraszony de Baideaux i odstawił puchar z winem gwałtownie, jakby nagle odkrył, że dolano do niego truciznę. – Powiedziałem coś nie tak”.

– To prawda. – Sam wielki mistrz skinął głową. – Mógłbym prawić o jego zasługach do rana, a nie wymieniłbym wszystkich. Z tego, co słyszałem, również miał zwyczaj przerywać ciszę podczas posiłku.

Reprymenda templariusza, choć utrzymana w żartobliwym tonie, z pewnością zawstydziłby Gastona, gdyby nie zaskoczenie, jakie wzbudziły w nim te słowa.

– Roger był zakonnikiem?! – zawołał. – Myślałem, że…

Nie wiedział, co tak naprawdę myślał. O najstarszym z trójki synów barona de Baideaux w rodzinnym kasztelu prawie nie mówiono. Stary baron wspomniał go jedynie kilkakrotnie przy Gastonie, za każdym razem ze wzgardą i niechęcią. Adalbert, który znalazł się na dworze po kilku latach od zniknięcia Rogera, twierdził, że ten zbałamucił córkę jakiegoś notabla, a potem przystał do grasantów. Żołnierze na służbie ojca utrzymywali z kolei, że okradł barona po jakiejś straszliwej kłótni i uciekł do Anglii. Gaston nie miał żadnych wspomnień związanych z bratem – miał niecałe trzy lata, gdy Roger znikł – i wyrastał w przekonaniu, że nie warto o niego w ogóle pytać. Zrobił to jedynie raz, gdy miał lat bodajże siedem, i gorzko tego pożałował. Błyskawicznie przywykł więc do myśli, że jego jedynym bratem jest leniwy, niechętny mu Ludwik, oczko w głowie starego barona, i dla własnego spokoju i bezpieczeństwa nigdy nie zaprzątał sobie Rogerem głowy.

Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że został rycerzem zakonnym.

Robert de Sablé pokiwał ze zrozumieniem głową.

– Rozumiem waszą konfuzję, drogi panie de Baideaux – oznajmił. – Gdy młody człowiek wstępuje w szeregi Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa, przyjmuje zakonne imię i wyrzeka się swego dotychczasowego życia. Bywa, że ucina wówczas wszystkie kontakty ze swą rodziną. Mówiono mi, że Roger de Baideaux nigdy nie wspominał ani słowem miejsca, z którego pochodził.

– Czy… Czy był dzielnym rycerzem? – spytał z zakłopotaniem Gaston, wciąż obawiając się spojrzeć na wielkiego mistrza. Czuł, że zadaje to pytanie z obowiązku, by nie okazać braku szacunku nieznanym gospodarzom, którzy tak godnie go ugościli. Imię dawno zaginionego brata nie obudziło w nim żadnych emocji poza zdumieniem i zmieszaniem. Miał bowiem wrażenie, że jego świat, dość już wstrząśnięty rozczarowaniami, których doznawał od chwili zejścia na ląd, zafalował na nowo, gdy usłyszał niemal zapomniane imię brata.

Wreszcie uniósł wzrok i spojrzał na wielkiego mistrza, gdy też ten parsknął głośno i plasnął dłonią o kolano.

– Na rany Chrystusa! – zawołał. – Wasz brat, panie, stawał w pierwszej linii pod Montgisardem! Walczył, jakby go sam święty Jerzy prowadził! Stawał również pod Rogami Hittinu i jako jeden z nielicznych przebił się przez Saracenów, z rozkazu wielkiego mistrza Gerarda de Ridefort unosząc naszą świętą chorągiew. Zaiste, niewielu mieliśmy w zakonie równie sprawnych szermierzy, niewielu mieliśmy tak zaciekłych wojowników.

– Rzekliście, mieliśmy – zauważył Gaston, dziwiąc się własnej śmiałości. – Czyżby przyszło mu się rozstać z życiem?

– Nie wiemy tego, dobry rycerzu de Baideaux – westchnął wielki mistrz i upił łyk wina. Przez moment przyglądał się płomieniom świec, zapalonych, choć przez okno komnaty wpadało skosem ostre światło słoneczne. – Nie wiemy. Wasz brat Roger wyjechał z Tyru pod koniec lipca z ważną misją i zaginął bez śladu.

Gaston pokiwał głową, zawstydzony ulgą, którą poczuł w głębi ducha. Przez krótką chwilę obawiał się bowiem, że zostanie Rogerowi przedstawiony, a zupełnie nie wyobrażał sobie rozmowy z obcym człowiekiem utrzymującym, iż jest jego najstarszym bratem. Jednocześnie obudził się w nim niepokój innego rodzaju. Ostrożność, jego druga skóra, owa siła, która pozwoliła mu przeżyć tyle lat u boku ojca okrutnika i nienawidzącego go brata, znów dała o sobie znać.

„Skoro Roger zaginął, to po co templariusze chcą ze mną rozmawiać?” – zapytał sam siebie.

Zerknął na komandora Tyru. Stary, ogorzały od słońca rycerz wpatrywał się weń nieruchomymi oczyma pustynnej żmii.

– Zapewne chciałbyś wiedzieć, dlaczego chcemy z tobą rozmawiać – powiedział cichym, szeleszczącym głosem.

Krew w żyłach Gastona skuł lód.

– Po pierwsze, czynimy to z szacunku dla członka tak ważnego dla nas rodu – odezwał się wielki mistrz, unosząc przy tym dłoń, jakby chciał załagodzić szorstką wypowiedź swego towarzysza. – Po drugie, kieruje nami lęk o jego los. Wasze przybycie do Tyru, dobry rycerzu, wielce nas zaskoczyło. Czy brat Roger kontaktował się z wami przez ostatnich kilka tygodni? Czy wysyłał jakiekolwiek listy do ojca?

Młodzieniec pokręcił głową.

„A więc nie chodzi o to, że tak po prostu zaginął – stwierdził w duchu. – Wprzódy napsuł wam krwi, co?”.

Komandor Tyru uśmiechnął się leciutko, ukazując pożółkłe zęby. Zupełnie jakby w odpowiedzi na myśl Gastona.

– Brat Roger był zwykłym rycerzem zakonnym, ale jego waleczność i cnotliwość przyniosły mu nasze wielkie uznanie – ciągnął wielki mistrz. – Cóż, z pewnością wiecie, że wielu spośród naszych najdzielniejszych rycerzy poległo pod Rogami Hittinu. Niespodziewanie zabrakło nam zacnych mężów, którzy mogliby zastąpić tych, którzy odeszli do Królestwa Niebieskiego.

– Zakon nadal jest potężny – odezwał się komandor du Triere. – Przez cały czas przybywają do nas bracia z Poitou, Owernii, Prowansji i innych krain i nasze hufce rosną w siłę, ale nie możemy oddać najwyższych stanowisk przybyszom. Ich dzielność i umiłowanie Boga nie budzą wątpliwości, ale nie znają Ziemi Świętej. Doprawdy, gotowi są szarżować na pierwszego lepszego człowieka w turbanie, wrzeszcząc: „Saraceni! Do broni!”.

Nieruchomy wzrok komandora Tyru był coraz bardziej nie do zniesienia. Gaston uciekł wzrokiem w bok, ale zmusił się do przybrania uśmiechu i spojrzenia na Roberta de Sablé.

– Przewidzieliśmy dla Rogera de Baideuax funkcję marszałka zakonu – oznajmił krótko wielki mistrz.

– Jest mi przykro – wykrztusił młodzieniec. – Jest mi bardzo przykro, że nie mogę pomóc. Roger nigdy nie wysyłał wieści do domu, a jeśli tak było, to nic o tym nie wiem. Naprawdę…

Robert de Sablé uniósł dłoń, przecinając wywód swego gościa, i uśmiechnął się przyjaźnie.

– Wybaczcie nam te pytania, panie de Baideaux – powiedział. – Wiedzcie bowiem, że nie chodzi nam tylko i wyłącznie o stanowisko zakonne, albowiem prędzej czy później znajdziemy godnych jego piastowania. Chodzi nam o inną rzecz. Musicie wiedzieć, że wasz brat dostąpił łaski pańskiej. Wedle słów innych braci, pewnej sierpniowej nocy ujrzał we śnie Szymona Cyrenejczyka, który zdradził mu miejsce, gdzie została ukryta relikwia Krzyża Prawdziwego. Otóż ponoć Salah ad-Din wcale nie zawiózł naszej świętości do Damaszku. Nakazał ją w tajemnicy pozostawić gdzieś w Outremer, lecz nie wiemy gdzie. Brat Roger osiodłał konia następnego dnia o świcie i łamiąc dyscyplinę, wyjechał samojeden traktem na Sydon. A potem nikt już go nie widział.

Przez moment w komnacie panowało milczenie. Promyki świec drgały targane odległymi powiewami, przez okno napływał gwar ulicy. Gaston przygryzł wargę.

„Łaska pańska – pomyślał wytrącony z równowagi słowami templariusza. – Szymon Cyrenejczyk. Ojcze litościwy, czyżbyś jednak miał sposób, by przebić się do serc i dusz tych ludzi?”.

– Po co przybyliście do Ziemi Świętej, panie de Baideaux? – zapytał komandor du Triere. – Służyć Bogu czy szukać bogactw?

– Służyć Bogu – wyszeptał młodzieniec, spuszczając głowę. – Za nic mam bogactwa, za nic sławę wojenną. Chcę walczyć o Grób Święty, chcę…

Na końcu języka miał słowo „odpokutować”, ale powstrzymał się w porę. Wolał, by templariusze nie zaczęli go wypytywać o przyczynę owej pokuty. Trudno byłoby mu skłamać, zwłaszcza przed du Triere.

– …odnaleźć brata? – zapytał tenże.

– Tttak – bąknął Gaston.

„Boże, co ja wygaduję?”.

– Skoro serce wasze czyste, panie de Baideaux, tedy z otwartymi ramionami powitamy was w Zakonie Ubogich Rycerzy Chrystusa – oznajmił wielki mistrz z uśmiechem. – Czego jak czego, ale walki o Grób Święty ci u nas nie zbraknie.

Młodzieniec poczuł, że świat wokół niego zaczyna wirować coraz szybciej. Najpierw bijatyka z Pizańczykami, potem włóczęga ulicami Tyru i opowieść o zaginionym bracie, wreszcie nieoczekiwana propozycja samego wielkiego mistrza zakonu templariuszy – obrazy, słowa, myśli śmigały, wpadały na siebie, pogłębiały chaos. Przymknął oczy, usiłując narzucić sobie spokój, ale nie był w stanie. Ostrożność umknęła niczym pies zapędzony kopniakiem do ciemnego kąta.

Oczyma wyobraźni ujrzał znów trzech braci zakonnych na okazałych destrierach jadących uliczkami Tyru. Widział ich proste sylwetki, poważne, surowe twarze oraz czerwone krzyże na tunikach, smakował atmosferę nabożnego szacunku i niechętnego podziwu, która przepoiła wówczas tłum.

„Miałbym zostać ubogim rycerzem Chrystusa? – zapytał sam siebie z niedowierzaniem. – Chrystusie, czy to prawda? Czy ja śnię?”.

„Nie – odpowiedział Diabeł. – Niestety nie śnisz, Gastonie. Niestety to realna groźba. Dlatego też trzeba działać”.

Przerażony otworzył oczy. Postacie wielkiego mistrza i komandora Tyru były mniej wyraźne, zamazane, a świat utracił kolory. Dostrzegł, jak Robert de Sablé podrywa się, a Wilhelm du Triere odstawia gwałtownie kielich, aż naokoło tryskają krople wina czarne niczym rozpacz. A wtedy usłyszał własne słowa, wywrzeszczane ochrypłym głosem:

– Bądź przeklęty, marny psie bezsilnego Boga! Za nic mam twe słowa i plwam na krzyż, który nosisz! Przeklinam cię w imię Księcia Ciemności i demonów pustyni! Bądź przeklęty w imię Baala-Merkarta, w imię…

Świat pociemniał i znikł.

Korekta: Ilona Siwak

Adiustacja: Anna Jagiełło

Projekt okładki: Krzysztof Rychter

Zdjęcie wykorzystane na okładce: © Stephen Mulcahey/Arcangel Images

Skład i łamanie: Dariusz Ziach

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-3362-7

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Królewska Talia Projekt Mefisto Miecz i kwiaty Zagubieni. Tom 3. Misja ratunkowa Zagubieni. Tom 2. Zwiad Zagubieni. Tom 1. Inwazja 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Romanowowie Królowe przeklęte Kacper Ryx i Król Żebraków Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni