Trzeci biegun

Trzeci biegun

Autorzy: Marek Kamiński

Wydawnictwo: Agora

Kategorie: Podróżnicze

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 264

Cena książki papierowej: 39.99 zł

cena od: 23.42 zł

Myślał, że będzie to studniowy spacer od bieguna do bieguna Europy. Okazało się, że była to najtrudniejsza wyprawa w jego życiu.

W 2015 roku Marek Kamiński wyruszył w pieszą wędrówkę z rosyjskiego Kaliningradu do Santiago de Compostela w Hiszpanii. Od „biegunu rozumu” - grobu Immanuela Kanta - po „biegun wiary”, grób świętego Jakuba Apostoła, który jest najpopularniejszym celem pielgrzymek Europejczyków.

Chociaż wcześniej zdobył już oba polarne bieguny Ziemi, wspiął się na Mont Blanc. Kilimandżaro i przeszedł Pustynię Gibsona w Australii, dopiero wędrówka drogami i bezdrożami Europy okazała się jego najtrudniejszym przedsięwzięciem. Była to nie tylko wyniszczająca,  licząca ponad trzy tysiące kilometrów trasa, ale również podróż w głąb siebie.  A także w głąb historii Europy, gdyż drga Marka Kamińskiego wiodła przez pola wielkich bitew i przecinała fronty największych wojen ludzkości.

"Trzeci Biegun" to poruszająca opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, własnego duchowego bieguna, na szlaku, wokół którego rodziła się tożsamość dzisiejszej Europy. 

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Marta Śliwińska

Fotoedycja: Katarzyna Stańczuk

Projekt okładki: Ula Pągowska

Projekt graficzny makiety, skład i łamanie oraz przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Źródła zdjęć: archiwum Fundacji Marka Kamińskiego; Agencja Gazeta: Łukasz Głowala s. 97, Krzysztof Karolczyk s. 161, Jacek Piotrowski ss. 30, 136, Łukasz Węgrzyn ss. 140–141, 144, Albert Zawada ss. 10, 58; East News s. 50; Agencja PAP s. 36–37.

Mapy: Wawrzyniec Święcicki

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© Copyright 2016 by Marek Kamiński

© Copyright 2016 by Agora SA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2016

ISBN: 978-83-268-1894-3 (epub), 978-83-268-1895-0 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Spis treści

***

Wstęp

Rozdział 1. Bieguny Europy

Rozdział 2. W ruinach rozumu

Rozdział 3. Camino daje znaki

Rozdział 4. Jak na Antarktydzie

Rozdział 5. Ćwiczenia duchowne

Rozdział 6. Synowie gromu

Rozdział 7. Czarny polarnik i czerwona hrabina

Rozdział 8. Noc ciemna

Rozdział 9. W stronę światła

Rozdział 10. W domu admirała Unruga

Rozdział 11. Pielgrzymi

Muksja

Post Caminum

Podziękowania

Kalendarium wędrówki

Lista sprzętu

Przypisy

Poli i Kayowi

Życiu mojego życia

Różom na moim Camino

Za to, że są

Poli i Kayowi

Życiu mojego życia

Duszy mojej duszy

Za to, że są

Poli i Kayowi

Życiu mojego życia

Życia, które jest w drodze

Za to, że są

Wstęp

Kwiecień 2015 roku, gdzieś w Niemczech. Droga wiodła z Kaliningradu w Rosji do Santiago de Compostela w Hiszpanii, miejsca – jak głosi tradycja – pochówku świętego Jakuba Apostoła. Pokonywałem ją pieszo. Minąłem już Berlin oraz Lipsk i kierowałem się w stronę Kolonii i dalej, do Akwizgranu, by następnie przekroczyć granicę belgijską. 23 kwietnia późnym wieczorem doszedłem do Marburga. Tego dnia ostatnie kilka kilometrów poprzedził krótki postój u Klausa, mężczyzny, który przez trzydzieści lat żył draussen, czyli „na zewnątrz”. Trudno powiedzieć, że był bezdomny, to słowo nie oddaje tego, co się z nim działo. Klaus świadomie zrezygnował z domu. Wyjechał do Barcelony i krok po kroku opanował rozmaite chytre sztuczki, które pozwalały mu wyżebrać pieniądze na jedzenie. Przechadzał się pomiędzy turystami z lalką na plecach. On grał na organkach, a lalka się uśmiechała, przewracała oczami. Ludzie rzucali pieniądze. Wreszcie zamieszkał w miasteczku pod Marburgiem, w domu o szachulcowych ścianach, jakich pełno w środkowych Niemczech. Wewnątrz miał stare, zakurzone meble, pomieszczenie ogrzewała stojąca w kącie koza, a na bielonych ścianach wisiały dywany. Wszystko to wyglądało jak relikt lat siedemdziesiątych, zbyt solidny, by popaść w ruinę, i zbyt już wrośnięty w przeszłość, aby kiedykolwiek jeszcze dogonić upływający czas. Tak samo zresztą prezentował się gospodarz – z długimi włosami koloru słomy, które przycinał powyżej oczu i zostawiał długie z tyłu, nadając sobie tym samym wygląd podstarzałego pazia; w grubym, zmechaconym swetrze i ze spracowanymi, niedomytymi dłońmi. Rozmawialiśmy o jego perypetiach, o tym, że przez dwadzieścia lat włóczył się po świecie, a potem Klaus chwycił za bęben djembe i z papierosem zwisającym z dolnej wargi zaczął wybijać jakiś podstawowy, zdaje się afrykański rytm, jakby znów znalazł się na ulicy w Barcelonie. Gdy rozstaliśmy się chwilę później, krzyknął za mną: Have a good luck!

Stamtąd prowadziła wąska, wiejska droga. Po obu stronach rosły drzewa i gęste chaszcze, stały jakieś gospodarskie zabudowania. Na poboczu zauważyłem oznaczenie: Jakobsweg, wyjątkowe w tych stronach. Szło się dobrze – dziesięć kilometrów to pestka, to tyle, ile przechodzi się czasem w granicach jednego większego miasta. A poza tym Klaus był jednym z tych niezwykłych ludzi, których można spotkać na szlaku i którzy swoim zapałem potrafią tchnąć w pielgrzyma nową energię. Historia Klausa w jakimś sensie usprawiedliwia moją własną – gdy rozmawialiśmy, czułem między nami silną więź. Pojmowałem jego wybory, doceniałem je i nie musiałem tłumaczyć, dlaczego idę z Kaliningradu do Santiago, bo Klaus rozumiał to dobrze, może nawet lepiej niż ja sam.

Klaus przez trzydzieści lat żył draussen, czyli „na zewnątrz”. Od lewej: Klaus i Janek Czarlewski.

O zachodzie słońca znalazłem się na rozległych zielonych pagórkach pokrytych polami upraw. Do Marburga dotarłem już po zmierzchu. Pewien student zaoferował, że przenocuje mnie w swoim mieszkaniu. Miałem szczęście, że znów udało się bez trudu zorganizować kąt do spania i miejsce, w którym można się odświeżyć czy zjeść kolację. Zwłaszcza że im bliżej końca tego krótkiego etapu się znajdowałem, tym bardziej opadałem z sił. Chwilowy entuzjazm ustąpił potwornemu zmęczeniu i znużeniu.

Ulice miasta o tej porze były już puste. Liczyłem numery domów przymocowane do ścian kamienic. Młody, niewysoki chłopak wyszedł mi na spotkanie i przywitał się ze mną jak ze starym znajomym, którego nie widział od bardzo dawna. Miał rzadki zarost, zmierzwione, czarne włosy. Nie mógł uwierzyć, że idę z Rosji, że jestem w drodze już od miesiąca i pokonuję dziennie czasem pięćdziesiąt kilometrów albo i więcej. Śmiał się hojnie, a gdy kończył zadawać pytanie, jego głos, zamiast opadać, wznosił się w wyrazie zachwytu i niedowierzania. Mieszkał w osobnym pokoju w apartamencie dzielonym przez kilka osób. Gdy pięliśmy się klatką schodową na bodaj trzecie piętro, zaproponował, że weźmie mój plecak.

– Wyglądasz na wykończonego – dodał ze śmiechem.

Na ścianie jego pokoju wisiała gitara, dwie inne stały obok. Panował tu zwyczajowy, studencki bałagan. W holu pod ciężarem prania uginały się rzędy suszarek, na drzwiach były poprzyklejane plakaty, znaki drogowe typu „zakaz parkowania”. Z ramki na wprost wejścia do pokoju patrzyła na nas jakaś secesyjna piękność o obnażonych piersiach.

– Przygotować coś do jedzenia? A może chcesz się odświeżyć? – zapytał gospodarz.

– Może... może dasz mi chwilę? Spróbowałbym pomedytować – odpowiedziałem z wysiłkiem.

Chłopak przypatrywał mi się przez moment, a potem znów wybuchnął śmiechem.

– Myślałem, że poprosisz o jedzenie albo będziesz chciał wziąć prysznic, a ty najpierw chcesz medytować?

Okazało się, że on również praktykuje medytację, więc usiedliśmy obok siebie i każdy z nas próbował się wyciszyć. Nie minęło nawet kilka minut, gdy poczułem, że głowa leci mi do tyłu. Wyprostowałem się na chwilę, a potem znów zgiąłem w łuk. Każda część mojego ciała zdawała się ważyć setki kilogramów. Przypomniała mi się historia o mistrzu zen, który osiągnąwszy oświecenie, zadał pytanie: „Gdzie jest moje ciało? Nie mogę go znaleźć?”. To czasem pojawiające się odczucie, że mnie nie ma, lekki strach z tego powodu. Gdzie jestem, skoro nie ma mnie tutaj? Kiedy „ja” znika, człowiek staje się wszechświatem, jest bez granic, nieskończony.

Ale w małym studenckim pokoju w Marburgu moje ciało nie tylko nie chciało zniknąć, ale nawet każdą swoją komórką dawało znać: „jestem i bolę”. Więc zamiast siedzieć prosto jak mój towarzysz, kręciłem się, wierciłem, aż w końcu położyłem się na podłodze i wyciągnąłem nogi na łóżko. Podpierając głowę ręką, trąciłem jedną z gitar. Pudło rezonansowe wydało głośny stukot. Chłopak obok mnie otworzył oczy. Bez słowa wstał i zamknął okno, a potem zaprowadził mnie do kuchni.

Domy o szachulcowych ścianach. Pełno ich w środkowych Niemczech.

Na szlaku co jakiś czas mijałem drogowskazy. Do Santiago było ciągle daleko.

Siedzieliśmy w półmroku, jedząc kanapki z serem, pijając kefir. Chłopak opowiadał:

– To mój piąty semestr, więc jeszcze półtora roku. Prawdopodobnie kolejny spędzę w Madrycie. Gdy zrobię licencjat, planuję wyjazd za granicę na wiele lat. Nie wiem jeszcze, co będę robił, pewnie podróżował. Nie potrzebuję wiele, by przeżyć. Chcę zobaczyć, jak wyjdzie. Od czasu do czasu pracować, może znaleźć jakieś zajęcie dla wolnego strzelca. Nie wiem. Sporo już jeździłem, byłem w Australii, w Norwegii, ostatnio na Bałkanach przez jakiś miesiąc, i to sprawia mi ogromną frajdę. W ten sposób mogę zrozumieć, czego naprawdę chcę od życia, czym powinienem się zająć. Na studiach się tego nie dowiesz. No, tak że... – Zawiesił głos, obracając w dłoniach kubek po kefirze. Jego wyczekiwanie miało pewnie skłonić mnie, bym mówił. Może chciał usłyszeć, co o jego planach sądzi ktoś taki jak ja? A może była w tym tylko kurtuazja? Może miał na myśli zupełnie inne wyprawy, inne drogi do samopoznania?

Zatoczyłem wzrokiem po pomieszczeniu, a potem przeczesałem włosy i odruchowo ukryłem twarz w dłoniach. Byłem bardzo, bardzo zmęczony. Zniechęcony. Nie pamiętam już, o czym myślałem w tej konkretnej chwili, ale pewnie o rodzinie, o moich dzieciach. Siedziałem w kuchni jakiegoś niemieckiego studenta, chłopaka, którego widziałem po raz pierwszy i ostatni w życiu, który był dokładnie taki sam jak tysiące, miliony innych ludzi w jego wieku i miał te same oczekiwania wobec życia, które i ja miałem, gdy byłem dwudziestodwulatkiem – tyle że wpadło między nas prawie trzydzieści lat doświadczeń, zachwytów i rozczarowań, a za mną były dziesiątki tysięcy kilometrów, w tym ponad tysiąc przebytych w ciągu ostatniego miesiąca. Co miałem mu powiedzieć? Czy miałem jeszcze siłę i chęć mówić cokolwiek? Byłem zbyt wyczerpany, by zebrać myśli.

W końcu odezwał się on:

– Ty też będziesz podróżował...

– Tak – mruknąłem. I zaraz dodałem, siląc się na uśmiech: – Odrobinę.

– Więc...

Żułem resztkę kanapki i próbowałem uniknąć jego spojrzenia. Rzuciłem coś o studiach – studiował matematykę – pytałem nieskładnie o jakieś teorie, ale nie mogliśmy się dogadać. Żaden z nas nie wiedział, o co chodzi temu drugiemu.

W Trójmieście moje dzieci już pewnie spały. A może Kasia pozwoliła im tego dnia posiedzieć dłużej, sprawdzić w internecie, gdzie tym razem ich tata spędza noc?

– Rok temu byłem przez miesiąc w Norwegii – kontynuował chłopak. – Wędrowałem po płaskowyżu Hardangervidda. Chciałem być sam. Szukałem odosobnienia. Czasami przechodziłem trzydzieści, czterdzieści kilometrów dziennie, ale się nie spieszyłem. Łowiłem ryby, przyglądałem się pięknym krajobrazom. Tak naprawdę nie chodziło o wędrówkę, ale o samotność, o to, by się uwolnić od wszelkich zależności. Być sam ze sobą. To było cenne przeżycie. Ty też robiłeś kiedyś coś takiego?

Odpowiedziałem, że odbyłem wiele wędrówek w samotności. Setki kilometrów, dziesiątki dni.

– I co o tym sądzisz? – zapytał. – Co myślisz o samotności?

– Myślę, że możesz być wtedy bliżej Boga.

– Brakuje ci ludzi? Przyjaciół? Rodziny?

– Nie, to... – Odwróciłem głowę i zapatrzyłem się w ścianę za plecami chłopaka. – Nie wiem. To zależy od ciebie, od tego, jak radzisz sobie ze światem. To zależy od ciebie... Chodzi o priorytety...

Trudno mi było znaleźć właściwe słowa. Chciałem jedynie położyć się i zasnąć.

Po jakimś czasie chłopak zapytał:

– Czym właściwie jest Trzeci Biegun? Przejrzałem twój profil na Facebooku i znalazłem informację o Trzecim Biegunie. Co to takiego?

Pytał o hasło mojej wyprawy do Santiago. Cztery tysiące kilometrów w sto dni. Podróż najstarszym europejskim szlakiem pielgrzymkowym.

Z lewej Daniel, u którego nocowałem w Marburgu. Nie mógł uwierzyć, że pokonuję dziennie czasem pięćdziesiąt kilometrów albo i więcej.

– Nie jestem pewien. Doszedłem na bieguny północny i południowy, ale może ten trzeci jest trudniejszy?

– Gdzie on jest? – dociekał.

– Gdzie jest?

– Tak.

– W głowie.

– To jakiś rodzaj oświecenia?

– Nie jestem pewien. Oświecenie to... Może... Może to jakaś droga? Taka, którą każdy musi przejść. Oświecenie to jednorazowe przeżycie. Trzeci Biegun to długa droga.

– To brzmi jak jakaś zagadka.

– Proszę?

– Dla mnie to zagadka – powiedział pogodnie. – Wydaje mi się, że sam wciąż nie wiesz, czego naprawdę szukasz.

Nie wiem, czego szukam, nie wiem, po co idę do Santiago de Compostela. Chłopak mógł mieć rację. Może tylko wydawało mi się, że wiem, i może cała ta podróż nie miała sensu. Tysiąc kilometrów wcześniej również byłem skłonny przyjąć taki punkt widzenia, ale z większym optymizmem. Nieopodal Koszalina i Chełmskiej Góry, gdzie znajduje się sanktuarium Matki Boskiej Po Trzykroć Przedziwnej, spotkałem kobietę, która zadała mi pytanie, po co idę do Santiago. Odpowiedziałem, że nie wiem. Ona na to, że też się wybiera na pielgrzymkę do Hiszpanii. I powiedziała coś jeszcze, zdanie, na które czekałem i które poniosłem w dalszą drogę jak własne. Powiedziała:

– Idzie pan do Santiago, żeby spotkać tam lepszego Marka. On teraz tworzy się u celu pańskiej wędrówki.

Zmiana nie zachodziła we mnie, nie stawałem się lepszym, oświeconym, wspaniałym człowiekiem. Podróż nie przypominała wygodnej medytacji, nie wypełniały jej ćwiczenia duchowe. Podróż okazała się męcząca, nieprzyjemna i pełna zwątpienia. Ale może na jej końcu rzeczywiście czekał ktoś, kogo mógłbym zabrać ze sobą z Santiago i mieć przy sobie już zawsze, ktoś, kto pomagałby mi wstać, gdy upadnę? Żeby go spotkać, trzeba było przejść tę drogę do końca. Trzeba było pogrążyć się w jeszcze większym trudzie i zmęczeniu, coś stracić, żeby coś potem zyskać.

Ale kiedy tej nocy pełnej ciemności siedziałem w kuchni studenckiego mieszkania w Marburgu, wszystko to wydawało się bardzo odległe, obce i niedostępne. Znajdowałem się w pół drogi – już nie wierzyłem w siebie, ale wciąż jeszcze nie wierzyłem w lepszego Marka. I wcale nie byłem pewien, czy uda mi się go odnaleźć.

Po drodze przyglądałem się pięknym krajobrazom. Tak naprawdę nie chodziło o wędrówkę, ale o samotność.

Rozdział 1

Bieguny Europy

„O słońcu wiedzą tyle, że cień rzuca na ziemię”.

Khalil Gibran Prorok

Podczas mojej pierwszej wizyty w Santiago de Compostela w 1998 albo 1999 roku, w każdym razie jeszcze przed millennium, usłyszałem pewną historię, która na wiele lat zapadła mi w pamięć. Powtórzył mi ją spotkany przypadkiem pielgrzym czy ksiądz – dziś nie pamiętam już, kim był, ale przypominam sobie, że spytał mnie o pochodzenie, a gdy odparłem, że jestem Polakiem, dodał:

– W takim razie słyszałeś pewnie o Paulu Bulgerinie.

Ja jednak nie miałem pojęcia, o kim mowa, więc mężczyzna zabrał się do wyjaśniania:

– Paul Bulgerin mieszkał na waszym polskim Pomorzu, ale zdaje się, że wtedy, w XV wieku, ono było niemieckie. Pochodził ze wsi Wusseken nad jeziorem Jamno. Nie jestem pewien, do jakiego należał stanu, ale przypuszczam, że nie był tylko prostym chłopem. Czy historia zapamiętałaby chłopa? Wątpię. A Bulgerina zapamiętała, choć on sam miał w tym udział. Widzisz, nie wiadomo o nim wiele ponad to, że w napadzie szału zabił swojego brata Bertesa i aby odpokutować zbrodnię, jak nakazywał „sposób papieski”, wyruszył w pielgrzymkę do Composteli. Przewędrował całą Europę, a gdy dotarł do Santiago, zgodnie ze zwyczajem pątników spalił szaty wędrowca i poszedł nad ocean, by tam, obmywszy ciało, pozostawić dawne życie i jego grzechy za sobą. Ale nawet po przebyciu tak trudnej i długiej drogi Bulgerin wcale nie czuł ukojenia. Wtedy jeden z mnichów polecił mu, by udał się do miejsca jeszcze świętszego...

– Gdzie? – wyrwało mi się, jakby to do mnie zwracał się mnich sprzed wieków. Mój rozmówca uśmiechnął się ze zrozumieniem i odparł:

– Och, było wówczas takie miejsce. Niektórzy mówili, że jest bardziej święte niż Compostela. Rzecz w tym, że znajdowało się właśnie na Pomorzu i to nie dalej niż milę od wioski, z której Paul Bulgerin wyruszył. To go, jak pewnie przypuszczasz, trochę skołowało. Zaraz, jak ono się nazywa? Mówili na nie...

– Golenberg? Chełmska Góra? – wtrąciłem, a mężczyzna klasnął w dłonie.

– O właśnie! Czyli jednak znasz tę historię.

– Nie.

– To skąd...?

– Kiedy miałem szesnaście czy siedemnaście lat, zamieszkaliśmy z matką w Koszalinie. To miasto na Pomorzu. Jezioro Jamno jest niedaleko, a Chełmska Góra leży na przedmieściach.

Mężczyzna zamyślił się, podrapał po łokciu i wreszcie skwitował rzecz z rozwagą mędrca:

– No proszę, czy to nie wspaniały zbieg okoliczności?

Przyznałem mu rację, zadziwiony tą opowieścią, a on wzruszył tylko ramionami, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że takie rzeczy w Composteli zdarzają się bez przerwy. Potem jeszcze chwilę rozmawialiśmy, aż wreszcie pożegnałem się i odszedłem. Mężczyzna zniknął z mojego życia na zawsze, ale ja nie przestałem myśleć o Paulu Bulgerinie z wioski Wusseken, czyli z Osiek nad jeziorem Jamno. Szukałem wtedy nowych wyzwań, innych projektów podróżniczych i nagle piesza podróż do Santiago de Compostela wydała mi się ciekawym pomysłem. Kto jednak mógł przypuszczać, że inspirację znajdę w historii, która zaczęła się nieomal na progu mojego domu? Tak, to z pewnością był wspaniały zbieg okoliczności.

Z początku nie wiedziałem nawet, że do Santiago prowadzi wiele szlaków, które jak żłobienia w muszli przegrzebka zbiegają się w jednym miejscu, w centralnym punkcie Plaza del Obradoiro. Niewiele też wiedziałem o samym mieście, kiedy się w nim znalazłem tamtego pierwszego razu, będąc w podróży służbowej do Porto. Oczywiście słyszałem już wcześniej, że Compostela jest ważnym ośrodkiem pielgrzymkowym w północno-zachodniej części Półwyspu Iberyjskiego i że ludzie docierają do niej drogą zwaną Camino de Santiago – drogą świętego Jakuba. To były fakty powszechnie znane. Pamiętam, że mój znajomy Mario zaproponował, byśmy się tam wybrali pozwiedzać, i że w głowie od razu zaświtała mi myśl, aby przejść tę drogę Camino, o której sądziłem wtedy, że jest szlakiem o ustalonym przebiegu, łączącym jakieś dwa punkty w Hiszpanii.

Do Santiago prowadzi wiele szlaków, które jak żłobienia w muszli przegrzebka zbiegają się w jednym miejscu.

Wyruszywszy z Porto, zahaczyliśmy o Bragę, aby obejrzeć tamtejszą bazylikę Bom Jesus do Monte, jedno z duchowych centrów kraju. Sanktuarium znajdowało się wśród łagodnych wzniesień parafii Nogueiró e Tenões. W pewnym momencie szosa odłączyła się od głównej arterii i zaczęła się piąć krętą wstęgą pomiędzy coraz rzadziej rozsypanymi domami na wzgórzach. Opuściliśmy tłoczne, współczesne miasto i chociaż podróżowaliśmy klimatyzowanym samochodem, który sunął po solidnej asfaltowej nawierzchni, w osiadającej mgle nie mogłem się pozbyć wrażenia, że zapuszczamy się w jedną z tych rzadkich enklaw, w których wciąż pielęgnuje się prostotę i ciszę, a bliskość natury pozwala się przenieść w czasy, gdy modlitwa wyznaczała rytm dnia nie tylko pielgrzymom, ale całym społeczeństwom. Droga stawała się coraz węższa, coraz trudniejsza do pokonania dla wycieczkowych autokarów. Byłem pewien, że pomimo mistycznej scenografii (a może właśnie z jej powodu) zwoziły tu setki albo i tysiące turystów dziennie. Gdy wreszcie stanęliśmy u stóp świątyni, znaleźliśmy się na kolistym tarasie, z którego rozpościerał się imponujący widok na Bragę w dole i jeszcze wspanialszy na bazylikę gdzieś wysoko w górze, nad nami. Ku dwóm białym wieżom kościoła osadzonym na tle samego tylko nieba należało się wspiąć stromymi schodami, które mniej więcej w połowie drogi składały się w barokowy zygzak. Tradycja nakazywała pokonać je na klęczkach. Wspominam o tym dlatego, że Braga ze swoją zawiesistą mistyką, gęstą nieomal do stopnia, w którym można by zacząć wykrawać z niej święte obrazki, zrobiła na mnie większe wrażenie niż właściwy cel naszej podróży – Santiago.

Gdy dotarliśmy na miejsce, do Composteli, na wielkim, wybrukowanym kamieniami Plaza del Obradoiro zalegali złączeni ze swoimi plecakami pielgrzymi. Część odpoczywała, kucając lub siedząc, inni przechadzali się pomiędzy katedrą a pałacem de Raxoi. Uśmiechali się, szczęśliwi z powodu, którego najwyraźniej nie chwytałem. Wśród nich byłem tylko turystą, a co zabawniejsze – turystą rozczarowanym, że miejsce, do którego dotarłem, za bardzo przypomina wakacyjny kemping. W centralnym punkcie Plaza del Obradoiro znajdowała się wmurowana między kamienne bloki niewielka, granitowa płyta z wyżłobionym w niej symbolem muszli. Rozglądałem się dokoła, zadając sobie pytanie: „Jaka jest tajemnica tego miejsca?”. Na muszlę nie zwróciłem uwagi.

Muszla pielgrzymia w centralnym punkcie Plaza del Obradoiro.

Z mojej pierwszej wizyty w Santiago przywiozłem jednak dwie cenne zdobycze. Jedną była historia Paula Bulgerina, która nie dawała mi spokoju przez lata, a drugą książka opisująca portugalski wariant szlaku. To z niej czerpałem pierwsze informacje o drodze świętego Jakuba. Dowiedziałem się na przykład, że jeszcze piętnaście lat wcześniej liczba pielgrzymów, którym udało się ukończyć Camino, sięgała nie więcej niż kilku setek rocznie. W roku 1985 było ich sześciuset dziewięćdziesięciu, ale już w 1990 – blisko pięć tysięcy, a w roku 1999 – sto pięćdziesiąt tysięcy. Dzisiaj w Santiago de Compostela mieszka na stałe niespełna sto tysięcy mieszkańców i liczba ta jest przeszło dwukrotnie mniejsza od liczby pielgrzymów, którzy co roku przybywają do miasta. W 2014 było ich dwieście trzydzieści siedem tysięcy, w 2013 – dwieście piętnaście tysięcy, a najwięcej – ponad dwieście siedemdziesiąt tysięcy – w roku 2010. Trzeba tu zaznaczyć, że pisząc o pielgrzymach, nie mam na myśli turystów, którzy zjeżdżają do miasta autokarami, przybywają morzem czy lądują na Aeropuerto de Santiago de Compostela. Tych jest pewnie wielokrotnie więcej. Dwieście tysięcy to przybliżona liczba ludzi, którzy każdego roku docierają do Composteli pieszo, pokonując setki albo i tysiące kilometrów – w zależności od tego, gdzie rozpoczęli podróż. Camino de Santiago to najstarszy europejski szlak pielgrzymkowy. Jego historia sięga IX wieku, kiedy – według tradycji chrześcijańskiej – na terenie dzisiejszego Santiago miało zostać odkryte miejsce pochówku Jakuba Apostoła. Przez pierwsze paręset lat kult świętego rozwijał się lokalnie, służył też pewnie konsolidacji społeczeństwa wokół doraźnych celów politycznych ówczesnych władców królestw Asturii i Leónu, jednak w XI albo XII wieku przekształcił się w paneuropejski fenomen, a Santiago de Compostela stało się – obok Ziemi Świętej i Rzymu – najważniejszym ośrodkiem pielgrzymkowym średniowiecznego świata. Przedstawiciele wszystkich stanów społecznych podróżowali do Composteli z rozmaitych miejsc na kontynencie, z czasem wytyczając w ten sposób nowe warianty szlaku, o zróżnicowanej długości i przebiegu. Tradycja Camino de Santiago straciła na znaczeniu dopiero w wieku XV i kolejnych, ale nie zginęła całkiem. Od przeszło dwudziestu lat Camino przeżywa renesans. Do Composteli pielgrzymuje więcej ludzi niż kiedykolwiek i przybywa ich z każdym rokiem. Skąd ten wzrost zainteresowania trasą, która od wieków funkcjonowała raczej jako kulturowy zabytek niż żywa tradycja? Czy nastąpiło jakieś duchowe przebudzenie i tysiące Europejczyków spontanicznie wyszło na szlak? Kto wie, i tego nie można przecież wykluczyć, ale Camino uczy, że nie ma przypadków (jak się później przekonałem), więc należy wziąć pod uwagę dostępne fakty. A te przedstawiają się następująco: rok 1985, od którego liczba pielgrzymów zaczęła zauważalnie rosnąć, był rokiem podpisania i wejścia w życie porozumienia z Schengen znoszącego kontrolę paszportową na granicach państw członkowskich. Dwa lata później Rada Europy ogłosiła Camino de Santiago pierwszym Europejskim Szlakiem Kulturowym. Do odnowienia jego popularności przyczyniły się jeszcze dwie wizyty papieskie (w latach 1982 i 1989) i organizacja w Composteli Światowych Dni Młodzieży (również w roku 1989).

Obserwowałem, jak zainteresowanie drogą świętego Jakuba rośnie, powstają o niej filmy fabularne oraz dokumenty, a w poszczególnych państwach europejskich, przez które przebiega szlak, rozwija się infrastruktura pielgrzymkowa. Coraz wyraźniej słyszałem wołanie Camino. Ale historia Paula Bulgerina zasiała we mnie ziarno buntu. Korciło mnie, by zrobić tej drodze na przekór i przebyć ją w przeciwnym kierunku, z Santiago do Chełmskiej Góry. Nie, nie mogło być przypadkiem, żadnym „zbiegiem okoliczności”, że Bulgerin i ja pochodziliśmy z tych samych okolic. Idąc do naszego wspólnego heimatu, starałbym się dowieść, że nie cel jest ważny, lecz sama podróż; cel można znaleźć na progu własnego domu. W ten sposób wyprawa nabrałaby nowego sensu, a to zawsze było moją ambicją – iść nie tylko po to, by przebyć drogę, ale by coś dzięki temu osiągnąć.

Do Composteli dociera droga zwana Camino de Santiago – droga świętego Jakuba.

Już przy okazji pierwszej z moich ekspedycji na biegun południowy pojawiła się koncepcja, aby wykorzystać rozgłos i zainteresowanie mediów do pomocy szpitalnemu oddziałowi dla dzieci chorych na raka w Gdańsku. Późniejsze wędrówki z kalekim Jaśkiem Melą czy zimowy spływ Wisłą, który miał na nowo odkryć potencjał tej niedowartościowanej rzeki, wręcz zaczęły się na poziomie konceptualnym – w pewnym sensie wyzwanie podróżnicze było w nich tylko dodatkiem. Również przejście szlaku świętego Jakuba powinien wieńczyć jakiś oryginalny wyczyn.

Chełmska Góra, w której szukałem sensu tej wyprawy, choć nie tak znana dzisiaj jak Santiago, w XIV i XV wieku również była europejskim centrum pielgrzymkowym oraz dawną słowiańską Bramą Światła. Jest to naznaczony kilkoma szczytami wał moreny czołowej, który porasta gęsty las mieszany. W XIII wieku na jego najwyższym wzniesieniu, Krzyżance, powstała kaplica maryjna, w której przez blisko trzysta lat znajdował się cudowny wizerunek Matki Boskiej. Potem, po nadejściu reformacji, świątynia opustoszała i popadła w ruinę, by w ręce Kościoła wrócić dopiero po roku 1989. Dwa lata później poświęcenia nowo powstałej kaplicy Matki Boskiej Po Trzykroć Przedziwnej dokonał papież Jan Paweł II, mówiąc, że głos Boga wręczającego Mojżeszowi tablice Dekalogu na górze Synaj odbił się właśnie tutaj, na Krzyżance. Dla mnie, chłopaka z pobliskiego Koszalina, te słowa znaczyły wiele i powinny być wystarczającym argumentem za podróżą właśnie w stronę Chełmskiej Góry.

Ale czegoś tej koncepcji brakowało. Coś tu się nie zgadzało. Pozwoliłem więc, by pomysł dojrzewał, i zająłem się innymi projektami. Przez cały czas czytałem o Camino, obracałem w myślach ideę wędrówki po śladach Paula Bulgerina. Czułem chyba, że to będzie jedna z najważniejszych ekspedycji mojego życia, a może po prostu najważniejsza, bo w głąb siebie.

Z polarnych wypraw, które podjąłem w połowie lat dziewięćdziesiątych, wróciłem, dotknąwszy fizycznych i mentalnych granic organizmu. Sprawdziłem na sobie, do czego umysł jest w stanie zmusić ciało, ale poza ciałem i umysłem pozostaje jeszcze wymiar duchowy – łączność z absolutem, którego biegun wydaje się ziemską soczewką. Tak jakby z głębi mrocznych lodowych szczelin spoglądało na człowieka coś więcej niż tylko sonary amerykańskich i rosyjskich łodzi atomowych. O ile więc w wymiarze fizycznym więcej osiągnąć nie mogłem, o tyle dla rozwoju duchowego bieguny były dopiero początkiem drogi. Celu nie stanowił żaden konkretny punkt, jaki da się oznaczyć na mapie geograficznej czy biograficznej; celem było samopoznanie. Dlatego tak dobrze pamiętam słowa Piotra Voelkela, który zasugerował mi, abym na kolejnej wyprawie wyszedł wreszcie do ludzi. Moje poprzednie wędrówki wiązały się z doświadczeniami samotności i pustki, z którymi człowiek pośrodku lodowej pustyni styka się nawet wtedy, gdy podróżuje w towarzystwie partnera, więc Piotr miał rację. Zamiast toczyć walkę z własnym organizmem i ścigać się z cudzymi dokonaniami, mogłem tym razem skoncentrować się na rozmowie, spotkaniu z drugim człowiekiem i na kulturowym dialogu. Taki projekt wreszcie przedstawiał się jako odpowiednia forma dla Camino. Po wielu latach znalazłem klucz do jakubowego szlaku i mogłem zacząć właściwe przygotowania. Mobilizował mnie zapał do nauki języków – jeśli miałem rozmawiać z innymi pielgrzymami i ludźmi spotkanymi w drodze, musiałem opanować w wystarczającym stopniu hiszpański, francuski i niemiecki. Nauka była wymiernym wyzwaniem, które nie przesłaniając właściwego sensu wyprawy, narzuciło mi pewną rutynę – co przy projekcie tych rozmiarów jest niezbędne. Pojawiały się bowiem kolejne pomysły: cykl wykładów i spotkań poświęconych poszukiwaniu wartości na najstarszym kulturowym szlaku Europy; zbiórka pieniędzy na organizację Europejskich Obozów Zdobywców Biegunów, których uczestnikami byłyby znajdujące się w trudnej sytuacji dzieci z całej Polski i Ukrainy; film. Ale kluczowe okazały się słowa Goethego, które poznałem w toku przygotowań. Goethe miał bowiem określić Camino mianem osi, wokół której zlepiła się współczesna Europa, i może kto inny dostrzegłby w tym przekonującą metaforę, ale – przecież nie ma przypadków – ja w słowach poety dostrzegłem pojęcie z dziedziny geografii. A skoro istnieje jakaś oś, muszą istnieć również bieguny.

Na Plaza del Obradoiro zalegali złączeni ze swoimi plecakami pielgrzymi.

Jeden z biegunów Europy zlepionej wokół Camino znajdowałby się zatem w Composteli. Byłby to Biegun Wiary. Gdzie jednak szukać drugiego bieguna, skoro wariantów szlaku jest tyle, ilu idących nim pielgrzymów? Czy drugim biegunem mogła być Chełmska Góra? Ze smutkiem odrzuciłem ten pomysł, bo zjawisko polarności wymaga ładunków o przeciwnej naturze, plusa i minusa, północy i południa, wiary i rozumu. Szukałem więc dalej, kreśląc na mapie kolejne niewidoczne kręgi, zataczając je wokół Koszalina coraz szerzej, aż wreszcie mój palec zatrzymał się na Gdańsku. Od prawie trzydziestu lat mieszkam w Trójmieście, więc mógłbym bez trudu znaleźć uzasadnienie dla słów Napoleona, który powiedział, że „Gdańsk jest kluczem do wszystkiego”, ale historia lokowała Wolne Miasto raczej w centrum Europy niż na jednym z jej biegunów. Musiałem się przesunąć jeszcze dalej na wschód, dotrzeć do prawdziwego krańca kontynentu. Od granicy Europy aż po brzeg Azji rozlewała się Rosja. Byłoby niemożliwością szukać drugiego bieguna na przestrzeni tak ogromnej, a do tego tak różnej od Europy, którą musiał mieć na myśli Goethe. Wydawało się już, że nie znajdę dobrego rozwiązania, gdy spojrzałem na ten trapezowaty płat ziemi, który przylega do północnej granicy Polski i o którym zwykle nie myśli się w kategoriach rosyjskoimperialnych – mowa oczywiście o obwodzie kaliningradzkim. Wpatrywałem się weń przez chwilę, jak bohater filmu próbujący z kilku tuzinów wycinków prasowych ułożyć rozwiązanie zagadki kryminalnej. I tak jak w filmie, w pewnym momencie cała historia ułożyła się w spójną opowieść. Drugi biegun Europy, Biegun Rozumu, znajdował się w Kaliningradzie. Był nim grób Immanuela Kanta.

W miesiącach poprzedzających wyprawę w każdą środę budziłem się nad ranem, zwykle około czwartej, piłem wodę z imbirem i pakowałem przygotowany wcześniej prowiant – termos z herbatą, jakąś sałatkę lub kaszę i ser. Potem żegnałem żonę i przed piątą wychodziłem z domu na palcach, aby nie obudzić dzieci. Wyruszałem z Gdyni drogą numer 6 na północny zachód i jechałem jakieś sto kilometrów, aż w okolice Łeby, co zwykle zabierało mi około dwóch godzin. Na miejscu byłem po szóstej. Parkowałem w Żarnowskiej pod kościołem, zabierałem lekki plecak z ekwipunkiem i miarowym, pewnym krokiem ruszałem ku nabrzeżu jeziora Łebsko, trzymając się ścieżek, które okalały linię brzegową. Liczy ona pięćdziesiąt pięć kilometrów i stanowi doskonałą pętlę treningową dla każdego, kto zamierza ćwiczyć nie tylko mięśnie, ale i silną wolę. Rozległy akwen uniemożliwia wszelkie próby oszustwa, na przykład skrócenie sobie drogi przez środek pętli. Kto się znajdzie na trasie wytyczonej wzdłuż brzegu jeziora, musi albo przebyć ją w całości, albo przynajmniej cofając się po własnych śladach, co im bliżej jest się połowy dystansu, tym bardziej traci sens. Więc kiedy ruszałem spod samochodu, wiedziałem, że przede mną cały dzień mozolnego marszu.

Mniej więcej sześćdziesiąt kilometrów – niektórzy uznają taki dystans za błahostkę w porównaniu z wielodniową wędrówką w dużo trudniejszych warunkach podbiegunowych czy pustynnych, ale ja musiałem traktować ten trening poważnie. Kiedy zapadła decyzja, że wyprawa szlakiem świętego Jakuba połączy dwa bieguny Europy, okazało się, że do przebycia są prawie cztery tysiące kilometrów. To więcej niż dystans kilku moich najtrudniejszych ekspedycji – trawersu Grenlandii, obu wypraw na bieguny Ziemi i marszu przez Pustynię Gibsona – łącznie. A do dyspozycji miałem tylko sto dni. Obiecałem przecież dzieciom, że wyruszając w marcu, zdążę wrócić na rozdanie świadectw szkolnych w czerwcu. Owszem, klimat i zaplecze logistyczne na szlaku przez najbardziej zurbanizowany obszar świata miały być nieporównanie lepsze niż w warunkach, w których temperatura dochodzi do minus 60 stopni Celsjusza, a przewieszone nad lodowymi szczelinami śnieżne mosty mogą w każdej chwili się zarwać i zgubić polarnika. Byłbym jednak nieodpowiedzialny, gdybym zlekceważył Camino, tym bardziej że raz osiągnięta forma nie jest dana na zawsze i nie można tak po prostu wyjść któregoś ranka z domu i wrócić po stu dniach, zwłaszcza gdy ma się już pięćdziesiąt lat i szczyt wydolności za sobą. Szczęśliwie jednak ciało jest od tego, by go używać, i zwykle podąża za myślą – poddane odpowiedniemu rygorowi daje się przygotować do najbardziej ekstremalnych wyczynów. Pamiętam, że kiedy wróciłem z pierwszej wyprawy na biegun północny, byłem trzydzieści kilogramów chudszy niż przed wyruszeniem. I to mimo że dziennie jedliśmy tam od 5000 do 7000 kilokalorii! Nie czułem się źle, wręcz przeciwnie – biegun, zamiast zdemolować, wzmocnił mój organizm – ale wyglądałem jak więzień obozu jenieckiego wyzwolony w ostatnich dniach wojny. Wystarczyło jednak kilka miesięcy normalnego, miejskiego życia, abym odrobił dawną wagę z pięciokilowym naddatkiem. Zgrzeszyłbym więc pychą, mówiąc, że na co dzień przypominam polarnego gieroja, za jakiego pewnie bierze mnie wielu, i że od przeszło dwudziestu lat utrzymuję ciało w pełnej gotowości. Oczywiście trochę pływam, biegam i ćwiczę jogę, ale to są zajęcia raczej rekreacyjne niż wyczynowe, nic w każdym razie takiego, co by mi pozwoliło myśleć o przejściu Camino bez gruntownego przygotowania.

Po drodze zbierałem pieczęcie w paszporcie pielgrzyma.

Zorganizowany trening przed wyprawą trwa mniej więcej rok. Gdy do startu zostaje kilka miesięcy, rygor ćwiczeń się zaostrza. Aby przysposobić ciało do długotrwałego, regularnego wysiłku, trzeba narzucić mu określoną dyscyplinę. Pierwszym ważnym rytuałem była pobudka przed szóstą rano. Chodziło o to, aby zacząć dzień na tyle wcześnie, by trening nie przeszkadzał w życiu rodzinnym. Dwadzieścia lat temu nie byłem za nikogo odpowiedzialny, więc mogłem podjąć decyzję o wyjeździe niemal z dnia na dzień; potem jednak wracałem do pustego mieszkania. Teraz mam dzieci, a podjęcie decyzji, która oznacza, że przegapię sto dni ich zabaw, radości i smutku, żartów i dąsów, sto dni tego rodzinnego miszmaszu, przychodzi mi z trudem (a jeszcze trudniejsze jest dla mojej żony). Dlatego nie chciałem, żeby cokolwiek – na przykład zaniedbanie domowych obowiązków na całe miesiące przed wyprawą – dodatkowo skomplikowało nam proces rozłąki. Wielomiesięczny trening w praktyce oznaczał bowiem następującą rutynę: dwa razy w tygodniu przez dwie godziny pływałem, cztery razy trenowałem bieg, ćwiczyłem jogę i qigong, a w każdą środę znikałem na cały dzień, by maszerować dookoła jeziora Łebsko. Ten ostatni element był dla mnie szczególnie ważny, bo najlepsze rezultaty daje przygotowanie w warunkach zbliżonych do tych, które panują podczas właściwej ekspedycji. Szlak wokół Łebska wiedzie piechura drogami gruntowymi i podmokłymi ścieżkami przez zalesione obszary rezerwatu przyrody. Tylko krótkie odcinki trzeba pokonać, idąc asfaltem. Wielogodzinna wędrówka upływa w samotności, rytm kroków jest miarowy, regularny. Tutaj czas nie płynie, ale rozlewa się leniwie na wzór wód jeziora, które wznoszą się i opadają przepędzane od brzegu do brzegu przez wiatr. Co środa okrążałem Łebsko, oddając się rozmyślaniu. Spodziewałem się, że studniowa podróż przez Europę odtworzy to doświadczenie i dodatkowo je pogłębi; że maszerując dzień po dniu przez świat prostych ludzi i tysiącletniej tradycji pielgrzymkowej, znajdę w sobie siłę na rozważania oraz ćwiczenia duchowe, słowem: że poprzez wysiłek ciała dokonam czegoś na kształt duchowego awansu. Cóż, to było naiwne i już wkrótce droga miała sprowadzić mnie tam, gdzie powinien się znajdować każdy pielgrzym – na ziemię.

Tymczasem trwały również inne przygotowania do podróży. Trzeba było opracować trasę oraz podjąć ostateczną decyzję o jej kierunku – czy miałem iść, tak jak to pierwotnie wymyśliłem, z Composteli w stronę Chełmskiej Góry i dalej, do Kaliningradu? Przejść w ten sposób powrotną drogę Paula Bulgerina, tego XV-wiecznego pątnika z Pomorza, który przeoczył fakt, że nie cel jest ważny, lecz sama wędrówka? Do pewnego momentu widziałem w tym sens, ale odkąd podróży zaczęła przyświecać idea osi Europy z jej przeciwstawnymi biegunami, Wiarą i Rozumem, zrozumiałem, że są takie trasy, przeciw którym nie należy się buntować. Każda droga ma swoją logikę, a w przypadku Camino o znaczeniu drogi nie zdecydowała arbitralna decyzja jakiegoś komitetu czy grupy inicjatywnej, ale doświadczenie setek tysięcy, a może nawet milionów ludzi, którzy pielgrzymowali w kierunku Santiago de Compostela, a nie odwrotnym. Więc rozum podpowiedział wreszcie, by podążyć za tą energią i zawierzyć intuicji – skierować się ku wierze. Z Bieguna Rozumu do Bieguna Wiary, z Kaliningradu, gdzie spoczywa Immanuel Kant, wielki europejski filozof, do Santiago de Compostela, symbolicznego (a może prawdziwego, kto wie?) miejsca pochówku świętego Jakuba Apostoła.

Widok strzałek i muszelek podnosił na duchu.

Kiedy już udało mi się rozstrzygnąć ten dylemat, mogłem się zająć planowaniem kolejnych etapów wędrówki i spotkań na szlaku. Bo rzeczywiście tak to miało wyglądać: zamierzałem po czterdziestu kilometrach marszu odbywać spotkania z lokalnymi społecznościami, przygotowałem nawet wykład Europa w poszukiwaniu wartości, który chciałem wygłosić w Kaliningradzie i jeszcze w paru innych miejscach. Wędrówce towarzyszyłaby oprawa medialna – „Gazeta Wyborcza” zobowiązała się publikować Dziennik pielgrzyma pisany przeze mnie w drodze, w planach były też wywiady dla prasy i telewizji. Wszystko to oczywiście nie było celem samym w sobie, ale narzędziem promocji celu właściwego, czyli zbiórki pieniędzy na organizację wspomnianych już obozów dla potrzebujących dzieciaków. W ogarnięciu tego całego zaplecza pomagał mi niewielki, kilkuosobowy zespół – sprawna, mobilna komórka, której pozazdrościłaby niejedna korporacja; mieliśmy nawet mapę drogową projektu – rozrysowane na paru sklejonych ze sobą kartkach kolejne cele i wiodące do nich ścieżki. Najambitniejszym wydawała się realizacja filmowej relacji z podróży. To nie byłby mój pierwszy raz – już podczas wypraw polarnych współpracował ze mną wspaniały reżyser i himalaista Jurek Surdel, wtedy jednak realizacja zdjęć odbywała się w bazie startowej, zaraz po przybyciu na koło podbiegunowe, i już po zakończeniu wędrówki. Właściwą część ekspedycji odbywałem bez zachęty operatora, który mówiłby: „A teraz parę metrów truchtem, Marek! Widzowie będą zachwyceni!”. Camino wymagało innego podejścia. Filmowanie wyłącznie fazy początkowej i końcowej nie miało tu większego sensu. Kogo zainteresowałby facet przechadzający się uliczkami Kaliningradu, by chwilę później spacerować po Plaza del Obradoiro w Santiago de Compostela? Sama możliwość podróżowania już na nikim nie robi wrażenia i w tym sensie cel naprawdę stracił znaczenie na rzecz drogi – ciekawe jest nie to, gdzie dojdziemy, ale jak to zrobimy. Potrzebowałem więc reżysera, który będzie towarzyszył mi w wędrówce, może nie każdego dnia, może nawet nie na połowie dystansu, ale naprawdę będzie ze mną na szlaku na tyle długo, by uchwycić istotę podróży osią Europy. Z drugiej strony nie miałem zamiaru współpracować z żadną większą ekipą; żadnych charakteryzatorów, żadnych dźwiękowców, żadnej lawety z oświetleniem, która jechałaby kilka kroków przede mną, świecąc mi w oczy, podczas gdy technik rozpylałby w moim kierunku sztuczny deszcz. Potrzebowałem speca, jakiegoś prawdziwego MacGyvera, który nie tylko wyjdzie ze mną na szlak, ale w pojedynkę zrealizuje materiał tak, aby nie utrudnić mi wędrówki. Nie miałem pojęcia, skąd kogoś takiego wziąć ani czy taka osoba w ogóle istnieje.

Janek Czarlewski – człowiek, którego potrzebowałem, żeby rozpocząć tę wyprawę.

Któregoś dnia spotkałem się z Czarlewskimi. Parę lat wcześniej sprzedałem im moje stare mieszkanie w Sopocie i przy okazji wszystkich formalności, których wymagała transakcja, przypadliśmy sobie do gustu na tyle, by potem kontynuować znajomość już na stopie towarzyskiej. Sławek Czarlewski jest opozycjonistą z czasów PRL-u i dyplomatą. W latach dziewięćdziesiątych pełnił funkcję konsula w Lyonie, a później ambasadora w Belgii. Ma sześćdziesiąt lat, posturę wysportowanego licealisty, który zapomniał o upływie czasu, a wiek i doświadczenia przybrały na jego twarzy postać wycofanego sceptycyzmu. Kiedy powiedziałem mu, że szukam jednoosobowej ekipy filmowej, która zrealizuje film o podróży do Santiago, Sławek, o dziwo, nie miał wątpliwości.

– W takim razie porozmawiaj z naszym Jankiem – zaproponował.

Wiedziałem, że Czarlewscy mają syna Jana, urodzonego w Paryżu dwudziestokilkulatka, ale nie miałem pojęcia, że Jan Czarlewski jest utalentowanym reżyserem, który szuka nowego projektu. Jego debiutancki dokument, krótki metraż Ambasador i ja, zdobył dwie nagrody na festiwalu w Locarno, nagrodę dla najlepszego szwajcarskiego filmu krótkometrażowego i był nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej. W materiałach dotyczących Ambasadora można przeczytać: „Reżyseria – Jan Czarlewski; scenariusz – Jan Czarlewski; zdjęcia – Jan Czarlewski; montaż – Jan Czarlewski; występuje – Jan Czarlewski”. Syn moich znajomych wydawał się zatem kandydatem idealnym, ale czy rzeczywiście nim był? Umiejętności wiele o nim mówiły, ale osobowości nie da się poświadczyć certyfikatem żadnej szkoły. Jaką osobą był Jan Czarlewski, absolwent Ecole cantonale d’art de Lausanne?

W otwierającej sekwencji swojego debiutanckiego filmu Janek gra z ojcem w tenisa. Ma na sobie białą koszulkę polo i białe szorty, jest tyczkowaty, ale chyba nie powiedziałbym o nim „chudy” czy „szczupły”, raczej „chłopięco nieforemny”, dorosłe dziecko. Nosi długie, puszące się włosy, okulary o prostokątnych szkłach, typowe dla klasowego prymusa, i rzadki zarost – raczej efekt braku decyzji o goleniu się niż świadomego wyboru. Gdy jego ojciec, postawny mężczyzna, odbija tenisową piłkę, uderza ją bez pośpiechu i od niechcenia; Janek miota się po całym korcie na długich, bladych nogach, a niezdyscyplinowane włosy zasłaniają mu twarz i wchodzą do oczu. Jego głos tłumaczy z offu: „To ja, Jan Czarlewski. A to mój ojciec Sławomir Czarlewski. Ten człowiek walczył o wolność. Brał udział w polskiej rewolucji i należał do »Solidarności«. Władze próbowały oskarżyć go o zdradę stanu. Dla chłopaków w moim wieku nie jest łatwo mieć ojca, ale kiedy ojciec jest bohaterem, sytuacja robi się naprawdę skomplikowana. Teraz pracuje w dyplomacji. Poświęcił życie dla swojego kraju, ale nigdy nie miał czasu dla mnie”.

Czego mogłem się dowiedzieć o Janku po takim wstępie? Że jest ucieleśnioną antytezą swojego ojca, a więc i całego naszego pokolenia małomównych mężczyzn, którzy nigdy nie dogadają się ze swoimi wrażliwymi, nieporadnymi synami? Że pomimo swojej delikatności nie będzie w stanie zrozumieć pięćdziesięcioletniego faceta, który wyrusza w drogę z modlitwą na ustach i prostoduszną wiarą w sercu, bo jego – Janka – neurozy są dużo bardziej wysublimowane? Może tak należałoby go podsumować, gdyby zajmował się kinem w tendencyjny sposób, na szczęście jednak jest inaczej. Janek filmuje ojca, gdy ten pracuje, podpisuje dokumenty wagi państwowej; wyznaje mu wówczas: „Gdy byłem młodszy, chciałem być taki jak ty”, na co ojciec odpowiada po chwili znad papierów: „Nie słyszę, musisz powtórzyć”. Ta scena jest komiczna i tragiczna zarazem. Ambasador i ja opowiada więc i o błędach ojca, i o nieporadności syna, który swoją obecność w życiu staruszka i swoją szczerość wobec niego jest w stanie uzasadnić tylko potrzebami kamery. W ostatnim ujęciu Sławek mówi: „Przyjeżdżaj tutaj, nie tylko po to, żeby kręcić film, nie tylko po to, żeby mówić, że jestem ważny, jak masz kamerę. Ja też ciebie potrzebuję”.

Obejrzałem Jankowego Ambasadora i od razu zrozumiałem, że ja również go potrzebuję. Właśnie kogoś takiego jak on. Potrzebowałem reżysera, który podejdzie do mojego pomysłu bez z góry wyrobionej opinii, potrzebowałem twórcy zdolnego zakwestionować swoje przekonania. Taką otwartość znalazłem właśnie w Janku Czarlewskim. Więc kiedy przyjął moją propozycję, uznałem, że grunt pod ekspedycję został przygotowany. Zostało nam tylko ruszyć w drogę.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Trzy Bieguny Marek i czaszka jaguara Trzeci biegun Moje życie polarnika Odkryj, że biegun nosisz w sobie Wyprawa 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wspinaczka