Rodzice prezydenta. Janina Milewska-Duda i Jan Tadeusz Duda w rozmowie z Mileną Kindziuk

Rodzice prezydenta. Janina Milewska-Duda i Jan Tadeusz Duda w rozmowie z Mileną Kindziuk

Autorzy: Milena Kindziuk Janina Milewska-Duda Jan Tadeusz Duda

Wydawnictwo: Esprit

Kategorie: Publicystyka

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

cena od: 24.73 zł

„Skoro nasz syn został wybrany prezydentem, to znaczy, że jako rodzice mamy obowiązek o nim mówić. Podobnie o naszej rodzinie. Po to, by ludzie wiedzieli, skąd wywodzi się Andrzej Duda, co jest dla niego istotne, jaki system wartości wyznaje. Polacy mają do tego prawo”.

/fragment/

Rodzice Prezydenta to rozmowa o sprawach, które są najważniejsze: o wierze, wartościach, zaufaniu i odpowiedzialności. Janina i Jan Dudowie niezwykle szczerze opowiadają o swoich korzeniach, o domu, o tym, jak zmieniło się ich życie po wyborze syna na urząd prezydenta RP, ale także jak przeżywają medialne ataki na niego. Ich opowieść, bogata w rodzinne historie, anegdoty, uzupełniona fotografiami z rodzinnego albumu, pozwala zobaczyć, kim naprawdę jest i skąd pochodzi Andrzej Duda.

Milena Kindziuk – redaktor prowadzący warszawskiej edycji tygodnika „Niedziela”, adiunkt w Instytucie Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, autorka wielu książek, m.in. biografii bł. ks. J. Popiełuszki, prymasa Glempa, Emilii Wojtyłowej.

Copyright © Janina Milewska-Duda & Jan Duda 2015

Copyright © Milena Kindziuk 2015

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2015

Na okładce: © Jakub Szymczuk

Korekta: Karolina Rostkowska, Karolina Korbut

Fotoedycja: Antonina Gucwa

ISBN 978-83-65349-21-7

Wydanie I, Kraków 2015

Wydawnictwo Esprit SC

ul. św. Kingi 4, 30-528 Kraków

tel./fax 12 267 05 69, 12 264 37 09, 12 264 37 19

e-mail: sprzedaz@esprit.com.pl

ksiegarnia@esprit.com.pl

biuro@wydawnictwoesprit.com.pl

Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

Motto

Wprowadzenie

„Gdzie dom twój, gdzie są rodzice”

I. Dać dzieciom korzenie i skrzydła

II. Nie martwić się na zapas

III. Wspinać się do góry

IV. Bez zasad nie sposób żyć

V. Jedna obrączka nic nie waży

VI. Rodzinę budują pokolenia

VII. Nowa instytucja: rodzice prezydenta

Spis ilustracji

Ilustracje

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Jeśli masz jeden talent, oddaj dwa, jeśli masz

pięć, oddaj dziesięć. Talenty otrzymuje się

za darmo. Dlatego w życiu trzeba je spłacić.

Janina i Jan Dudowie

Wprowadzenie

Mówią, że całkowicie oddali syna na służbę publiczną. A od dnia wyboru na urząd prezydenta ich życie nie jest już takie samo. W niedzielę 24 maja 2015 roku wiele się zmieniło. „Teraz nie czujemy się upoważnieni nawet do tego, by dzwonić do Andrzeja bez ważnych powodów” – wyjaśniają.

Kiedy Wydawnictwo Esprit zaproponowało mi przeprowadzenie z nimi wywiadu-rzeki i kiedy zwróciłam się do państwa Dudów z pytaniem o możliwość realizacji tego projektu, nie od razu wyrazili zgodę. Nie chcieli się afiszować.

Ale w końcu, po dłuższym namyśle, zgodzili się. „Tylko dlatego, że uznaliśmy, iż naszą powinnością jest teraz dawać świadectwo” – powiedział profesor Jan Tadeusz Duda. Jego żona, także profesor, Janina Milewska-Duda dodała, że czują się do tego zobowiązani wobec rodaków. Bo to oni zaufali ich synowi i mają prawo wiedzieć, z jakiej rodziny pochodzi prezydent i jakie wartości są dla niego ważne.

Wywiady do tej książki zostały przeprowadzone we wrześniu 2015 roku, po tym, jak 6 sierpnia Andrzej Duda został zaprzysiężony na Prezydenta RP. Spotykaliśmy się w mieszkaniu państwa Dudów w Krakowie. Mimo że na co dzień oboje są bardzo zajęci, znaleźli dla mnie kilka dni i wtedy już byli cały czas do dyspozycji, praktycznie od świtu do nocy.

Odpowiadali na każde pytanie, nie unikali żadnych tematów. Nie brakowało też twardych słów pod adresem syna, choćby takich, że kiedyś osądzą go Bóg i historia. Bycie prezydentem – mówili – to wielka odpowiedzialność i trudne zadanie. To brzemię, które rodzice chcą nieść razem z Andrzejem. Chcą mu towarzyszyć. Skoro on oddał w całości swoje życie na służbę publiczną, oni chcą być duchowo razem z nim. Do końca.

Milena Kindziuk

Warszawa, 19 października 2015 roku

„Gdzie dom twój,

gdzie są rodzice”

Milena Kindziuk: „Rodzice prezydenta” to teraz nowa w Polsce instytucja, tak to określił Pan Profesor.

Jan Duda [JD]: Powiedziałem to żartem, ale coś w tym jest. Bo rodzice poprzednich polskich prezydentów nie byli tak eksponowani. O nich się mówiło bardzo niewiele albo wcale.

Janina Milewska-Duda [JMD]: Jesteśmy jeszcze w wieku twórczym, to znaczy – pracujemy zawodowo na uczelni, w Akademii Górniczo-Hutniczej. Proszono nas o różne wypowiedzi o rodzinie, na ogół nie odmawialiśmy, traktując to jako powinność wobec społeczeństwa.

Wiele osób wcześniej nie wiedziało, kim jest Andrzej Duda.

JD: Tak, rzeczywiście. To wynikało z jego życiowej filozofii, z tego, że – jak się mówi – „nie miał parcia na szkło”. My też nie lubimy się eksponować. Chociaż pozory mogą mówić co innego, bo akurat teraz udzielamy wywiadu! (śmiech).

JMD: W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że publiczne wypowiedzi są czasem naszą powinnością. To nie jest kaprys, tylko obowiązek.

JD: Skoro na scenie politycznej pojawia się człowiek, który nie jest powszechnie znany, to opinia publiczna ma prawo wiedzieć, „gdzie dom twój, gdzie są rodzice”, jak pisał Mickiewicz w Balladach i romansach. I w ten sposób się ujawniliśmy.

To było jeszcze podczas prezydenckiej kampanii wyborczej.

JD: Tak. Chyba najpierw był wywiad zamieszczony w kwietniu w Internecie. To była szczera, prawdziwa rozmowa. Zupełnie spontaniczna. Nie przygotowujemy sobie wcześniej na kartce tego, co mamy powiedzieć. Nie boimy się też, że możemy być sprzeczni w swych wypowiedziach, bo mówimy od serca. I zawsze tak samo (śmiech). Staramy się być autentyczni.

Mieli Państwo jakiś odzew po tym pierwszym wywiadzie w czasie kampanii?

JMD: Wielu ludzi mówiło, że nas słuchało. Otrzymywaliśmy e-maile, także z zagranicy, nawet z Kanady i USA. To było sympatyczne.

JD: Nie chcemy uciekać czy chować się przed mediami. Chociaż, mówiąc szczerze, nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na wszystkie propozycje. Nie chcemy też robić z siebie gwiazd. To nie nasz styl życia. Nie chcemy się pojawiać w mediach byleby zaistnieć. Gdy jednak jest okazja do rzeczowej, prawdziwej rozmowy, uważamy za naszą powinność zgodzić się na nią. Poinformować zainteresowanych, z jakiego domu pochodzi prezydent. Oczywiście staramy się nie przesadzać. Po prostu odpowiadamy na zainteresowanie. Sami nigdy o to nie zabiegaliśmy. Czujemy się tak, jakbyśmy byli wywołani przed szereg spośród wielu milionów zwykłych polskich rodzin.

JMD: Dlatego ta instytucja rodziców prezydenta, mam nadzieję, z czasem trochę przygaśnie (śmiech).

Mają Państwo poczucie, że spełnili już swoją powinność?

JD: Chyba już tak.

JMD: Także dlatego, że w miarę naszych możliwości staraliśmy się niczego nie ukrywać ani nie robić sensacji, ale zwyczajnie uczciwie informować.

JD: Poza tym obecnie nie mamy możliwości, nawet gdybyśmy chcieli, zmiany grafiku swoich obowiązków w pracy. Prowadzimy zajęcia na uczelni, mamy różne zobowiązania, projekty naukowe, z których nie możemy zrezygnować. Nie chcemy też zmienić czy zaniedbać swojej pracy, która jest naszą pasją. Dlatego też nie chciałem startować do Senatu RP, chociaż taka propozycja się pojawiła. To zmusiłoby mnie do całkowitej zmiany zawodu.

JMD: Praca naukowa, jeśli chce się ją uczciwie wykonywać, wymaga wyłączenia się, skupienia na niej.

JD: Uważamy, że właśnie w nauce możemy zrobić najwięcej dobrego.

JMD: Mamy nadzieję, że nadal będziemy normalnie i spokojnie żyć, pracować i służyć, w miarę naszych możliwości, w różnoraki sposób innym.

Teraz stali się Państwo rozpoznawalni.

JD: Powiedzmy: umiarkowanie rozpoznawalni. Lubimy swą rodzinę, ale lubimy też w ogóle ludzi. Nie unikamy kontaktów. Wszelkie gesty przyjaźni i sympatii są dla nas miłe.

I

DAĆ DZIECIOM KORZENIE I SKRZYDŁA

Krakowskie osiedle, typowo gierkowskie, czteropiętrowe bloki z wielkiej płyty, zadbane otoczenie, zieleń i duży plac zabaw w pobliżu. To tutaj, w niewielkim mieszkaniu, z rodzicami i dwiema siostrami: Anią i Dominiką, wychowywał się przyszły prezydent Andrzej Duda.

Z rodzicami prezydenta siedzimy przy owalnym drewnianym stole. Stół ma w rodzinie Dudów znaczenie symboliczne. Jest prawie jak członek rodziny. Towarzyszy rozmowom, ważnym naradom. Łączy pokolenia. To na jego blat czasem kapią łzy, na nim też raz w roku leży opłatek. I stoi miska, z której w Wigilię Bożego Narodzenia, zgodnie z rodzinną tradycją, wszyscy wspólnie jedzą tę samą potrawę.

Pod stołem zaś niepostrzeżenie przemyka kot, który też jest mieszkańcem tego domu. Ale nikt nie zwraca na niego zbytniej uwagi, bo koty zawsze chodzą swoimi drogami.

W domu musi być stół

„Gość w dom, woda w zupę” – tak Państwa znajomi mówią o krakowskim mieszkaniu Dudów (śmiech). Rzeczywiście tak jest?

JMD: Tak, każdy może do nas przyjść. O każdej porze, zarówno w dzień, jak i w nocy. Bez zapowiedzi. Bez wcześniejszego umawiania się na wizytę.

JD: Wyznajemy zasadę: „Gość w dom, Bóg w dom”.

JMD: Oboje z Jasiem pochodzimy z tak zwanych domów otwartych, stąd od początku naszego małżeństwa także i do nas nie trzeba było się wcześniej zapowiadać. Jeżeli ktoś z rodziny albo naszych przyjaciół jest w Krakowie, nawet przejazdem, to do nas wpada. Utarło się wśród naszych znajomych powiedzenie: „Jak będą Dudki, to ich odwiedzę”. I odwiedzają. Jesteśmy przyzwyczajeni do takiego stylu życia.

Goście siadają oczywiście w salonie przy stole.

JMD: Salonów nie mamy, całe mieszkanie to siedemdziesiąt metrów kwadratowych, ale goście siadają rzeczywiście przy stole (śmiech).

JD: Wokół stołu gromadzi się cała rodzina. Stół oznacza dla nas wspólnotę. Przy stole można wygodnie usiąść, oprzeć się na krześle i spokojnie porozmawiać. To integruje, jak pokazują doświadczenia wielu pokoleń. Od wieków rodziny gromadziły się przy stołach.

JMD: Dlatego od początku chcieliśmy, żeby stół stał w kuchni. Wybierając mieszkanie, zwracaliśmy uwagę na to, żeby kuchnia nie była za mała, aby zmieścił się w niej stół.

I się zmieścił. Wprawdzie mały, okrągły, ale jest!

JMD: Najważniejsze, że wszyscy przy nim mogliśmy siedzieć. I zjeść posiłek. Nawet jeśli zajmuje prawie całą przestrzeń i jest przez to ciasno.

JD: W ogóle nie podążaliśmy nigdy za modą. I nie urządzaliśmy naszego mieszkania pod kątem wypoczynkowym. Nie było u nas nigdy salonu z tak popularną w latach osiemdziesiątych prostokątną ławą kawową, fotelami i telewizorem.

Ale znalazło się miejsce na bujany fotel.

JD: To był pierwszy mebel w naszym mieszkaniu, kiedy się tutaj sprowadziliśmy. Żaneczka bardzo chciała mieć fotel bujany. To było jej marzenie.

Żaneczka?

JD: To skrzyżowanie Janeczki i żony. Wyszła: „Żaneczka” i tak już zostało!

Tak więc Żaneczka chciała mieć fotel bujany…

JD: …a że w sklepach trudno było cokolwiek dostać – była to jesień 1981 roku – codziennie na rowerze jeździłem sprawdzić, czy była jakaś dostawa mebli. I tak się złożyło, że niemal od razu trafiłem na fotel bujany.

JMD: Ależ się cieszyłam z tego fotela! (śmiech). Nie przeszkadzało mi nawet to, że przez rok nie mieliśmy szafek kuchennych i garnki musiały stać na podłodze, że meblościanka miała dół innego koloru niż górę. Bo najważniejszy był fotel bujany! I oto proszę – mamy go do dziś, 34 lata.

Oprócz stołu i fotela w Państwa mieszkaniu jest sporo półek na książki.

JD: Wiele z nich sam robiłem.

JMD: Trudno było o półki na wymiar, a nam chodziło o to, by były wąskie, żeby oszczędzić miejsce w ciasnych pokojach. I żeby książki stały na nich w jednym rzędzie. Kiedy wcześniej mieszkaliśmy w hotelu asystenckim, ustawialiśmy książki w dwóch rzędach. I bardzo nas to męczyło, bo nie do wszystkich pozycji mogliśmy się łatwo dostać. Tutaj chcieliśmy uniknąć dawnych błędów i niedogodności.

JD: Zawsze prowadziliśmy skromne życie, ale samodzielne. I byliśmy szczęśliwi. Nie chcieliśmy korzystać z pomocy rodziców. Nawet wtedy, gdy mieliśmy problem z mieszkaniem. To jest zupełnie inne życie, kiedy młodzi budują je sami, nawet w gorszych warunkach. Mogą się ścierać jak kamyki w Dunajcu i absolutnie niepotrzebni są do tego rodzice. Bardzo dobrze wspominamy nasze wspólne życie w hotelu asystenckim, prawie jak w akademiku.

Mały Andrzej Duda w przedszkolu, 1977 rok.

JMD: Pamiętam, że w tamtym czasie moja mama bardzo się o nas martwiła. Mówiła mi, że moje koleżanki mają już mieszkania, a nawet domy, a my ciągle w tym akademiku. Ale było nam tam bardzo dobrze! Byliśmy bardzo blisko siebie. Mały Andrzejek lubił się z babcią trochę droczyć i kiedy moja mama, pełna troski o wnuka, pytała: „A czy ty, Andrzejku, nie jesteś tam głodny? Czy oni cię karmią?”, słyszała od małego żartownisia: „Babciu, oni mi dają tylko jeden plasterek kiełbaski na kanapkę. I ja sobie ten plasterek przesuwam, przesuwam, a jak się kończy kanapka, to przekładam go na kolejną kanapkę”. Zanim babcia zrozumiała te żarty, to nieźle nam się obrywało (śmiech). Mieliśmy z synem takie rozrywki.

JD: A kiedy kupiliśmy samochód – oczywiście malucha – nasz sześcioletni wówczas syn traktował go jako drugi pokój naszego mieszkania (śmiech).

Mają Państwo teraz w domu telewizor?

JD: Owszem, ale w sypialni, nie w pokoju gościnnym.

Dlaczego?

JMD: Żebyśmy nie ulegali pokusie włączania telewizora przy gościach. Albo oglądania i rozmawiania jednocześnie. To bardzo niedobry zwyczaj, destrukcyjny.

JD: Mnie oglądanie telewizji bardzo przeszkadza w rozmowie. Gdy znajdę się u kogoś ze znajomych w takiej sytuacji, zawsze siadam tyłem do odbiornika i zaczynam rozmawiać. My nie mamy w tym pokoju telewizora, żeby można było spokojnie dyskutować.

Pan Duda kupuje garnitur

Jest sobotni poranek, dzień powszedni, a Pani Profesor w eleganckiej granatowej sukience i białym żakiecie, Pan Profesor pod krawatem i w garniturze. Dlaczego?

JMD: W czasie ważnych spotkań staramy się być elegancko ubrani. Taki mamy zwyczaj.

JD: Tę zasadę wpajaliśmy też dzieciom. Od małego wiedziały, że różne okazje, a przede wszystkim święta, wymagają zaakcentowania ich wagi stosownym strojem.

Dlatego zawsze odświętnie ubierała Pani dzieci do szkoły na 11 listopada?

JMD: Chciałam, aby na całe życie zapamiętały, że tego dnia przypada w Polsce Święto Niepodległości. Jestem córką oficera Józefa Piłsudskiego, w moim domu rodzinnym rozmawiało się o zasługach Marszałka dla odzyskania naszej wolności, naturalne więc było, że od małego wpajałam to również moim dzieciom.

JD: Efekt był taki, że 11 listopada w szkole dzieci pytały naszą Anię, dlaczego jest tak ładnie ubrana. A ona odpowiadała bez namysłu: „Bo dziś jest święto!”.

JMD: W tamtych czasach nie było ono jeszcze oficjalnie obchodzone, nie było dniem wolnym od pracy i nie mówiło się o tym w szkołach.

Odświętny strój obowiązywał też zapewne w niedzielę?

JD: Żaneczka dbała o to, żeby dzieciom weszło w krew, że do kościoła idzie się odświętnie ubranym. Troska o odpowiedni strój pozostała zresztą naszym dzieciom do dziś. Andrzejowi do tego stopnia, że to on mnie teraz mobilizuje, żebym zachował jakieś standardy, i nakłania, żebym stary, niemodny już garnitur wymienił na nowy. A dla mnie chodzenie po sklepach z odzieżą to prawdziwa męka!

JMD: Ale raz w roku zapraszam Jasia do udziału w tej męce i zabieram go na zakupy (śmiech).

Jak wygląda ta droga przez mękę?

JMD: Zawsze tak samo. Kupujemy kilka koszul naraz, dwa garnitury i krawaty. Jaś mierzy jedną, drugą rzecz, po czym mówi, że reszta też na pewno na niego świetnie pasuje, i… wychodzi ze sklepu! Tak wyglądają nasze zakupy!

JD: Prawdą jest, że codziennie chodzę w garniturze albo przynajmniej zakładam marynarkę, bo uważam, że marynarka stanowi jedno z większych osiągnięć europejskiej cywilizacji (śmiech), o czym świadczy jej popularność na świecie. Ma dużo kieszeni, jest niezwykle praktycznym strojem. Lubię chodzić w marynarce. Niestety, konsekwencją tego jest, że co jakiś czas trzeba ją zmieniać, a to już mniej lubię. Zabawne było to, że syn maturę zdawał w moim ślubnym garniturze, który był bardzo porządny. A później, chyba w ramach rewanżu, dostałem od niego jego ślubny garnitur, bo Andrzejowi już nie pasował, na mnie zaś leżał idealnie (śmiech).

Nie iść w życiu na skróty

Przejdźmy teraz do spraw poważniejszych. Tuż po wyborze Pan Prezydent mówił: „Dziękuję za drogę mojego wychowania moim rodzicom”. Jak Państwo to odebrali? Za co syn dziękował?

JMD: Za to, co wyniósł z domu. Tak wyczuwamy jego intencje. Między najbliższymi ludźmi nie potrzeba zbyt wielu słów. Pewne sprawy są oczywiste. Tak było też w tym przypadku. Ale o tym wprost nie rozmawialiśmy. Teraz tempo naszego życia bardzo się zwiększyło, spotykamy się zazwyczaj tylko na chwilę i nie ma już czasu na dłuższe rozmowy.

JD: Być może Andrzej miał na myśli przekazywanie zasad i wartości? Mówiliśmy często: „Pilnuj w życiu podstawowych wartości. Nie idź na skróty. To może czasem jest niepraktyczne, ale popłaca”. A może chodziło mu o wychowywanie w duchu poszanowania drugiego człowieka? Ja sam jestem od dziecka wyczulony na dyskryminację – na dzielenie ludzi na lepszych i gorszych, ze względu na zamożność, wykształcenie, pochodzenie społeczne czy miejsce zamieszkania. Cenię ludzi za to, co chcą robić dla innych. Wiele razy rozmawialiśmy o obowiązku poszanowania godności każdego człowieka, także wtedy, gdy wydaje się, że sobie na to nie zasłużył – bo każdy człowiek jest nieogarnionym kosmosem. Wyjaśnialiśmy naszym dzieciom, że to jest bardzo dobry klucz do funkcjonowania w społeczeństwie: „Szanuj każdego. Zakładaj, że ten, z którym rozmawiasz, jest co najmniej tak mądry, jak ty, a być może dużo mądrzejszy”.

JMD: Tak jak umieliśmy, dzień po dniu, przez całe życie „sączyliśmy” dzieciom te wartości, które sami uznawaliśmy za ważne.

Czyli jakie?

JMD: Na pierwszym miejscu religijne. To była dla nas podstawa. Dziecko ma czerpać siłę z wiary. Wtedy przetrwa wszystkie życiowe burze. I zachowa pogodę ducha. To obydwoje wynieśliśmy z naszych domów.

JD: Wychowywaliśmy dzieci w przekonaniu, że każde zdarzenie, które nas spotyka, ma sens. Dane jest po to, aby je wygrać.

JMD: To Pan Bóg pokazuje, jaką drogą kto ma iść. To On rozdaje talenty. Człowiek ma obowiązek je pomnażać. Gdy tak zrobi, to będzie mieć satysfakcję z życia.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jerzy Popiełuszko Matka Świętego Cuda księdza Jerzego Rodzice prezydenta. Janina Milewska-Duda i Jan Tadeusz Duda w rozmowie z Mileną Kindziuk Śmierć bł. ks. Jerzego Popiełuszki z perspektywy 30 lat 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Strach. Trump w Białym Domu Pokochawszy: O miłości w języku Wybieraj wystarczająco dobrze Listy niezapomniane W rodzinie ojca mego