Bruliony Profesora T.

Bruliony Profesora T.

Autorzy: Józef Hen

Wydawnictwo: Sonia Draga

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 360

Cena książki papierowej: 39.00 zł

cena od: 27.10 zł

Wznowienie pasjonującej powieści Józefa Hena, w której wątki miłosne mieszają się

z intrygą kryminalną i szpiegowską, a także historią Rosji!

Jest rok 2005. Profesor Jefferson Thompson z Indianapolis, pięćdziesięcioletni slawista, który przed laty studiował w Moskwie, ożenił się z Uzbeczką i zahaczył o Polskę Po latach ponownie przybywa do Warszawy. Formalnie po to, by wykładać na pewnej prywatnej uczelni. Poznaje tam uwodzicielską redaktorkę wydawnictwa Matyldę, czytelniczkę jego amerykańskiej książki. Jeff jest nią zauroczony…

Jeff ma bogate notatki o konflikcie Gorkiego z Leninem, o  wybitnych pisarzach w ówczesnym Piotrogrodzie. Jest w nich  Babel, Błok, Erenburg,  Mandelsztam i Nadieżda, Achmatowa i rozstrzelany Gumilow. No i młoda poetka Nina Berberowa, o której obecność w myślach Jeffa Matylda jest zazdrosna. 

          Po przybyciu do Warszawy dowiaduje się, że parlamentarzysta, z którym przed laty się zaprzyjaźnił, został zamordowany. Prokurator, który umorzył śledztwo, zginął w wypadku samochodowym. Przypadek? Jeff samotnie dąży do zdemaskowania mordercy.

Copyright © by Józef Hen 2006, 2016.

Autora reprezentuje Agencja Literacka Syndykat Autorów

Projekty graficzny okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Korekta: Aneta Iwan, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-975-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail: info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Spis treści

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

Nota bibliograficzna

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

1

Ledwie napisałem tych kilka pierwszych słów – Nigdy jej nie objąłem, nigdy nie poznałem smaku jej ust – i od razu ich pożałowałem. Odłożyłem pióro i wstałem od biurka. Jeff, upomniałem się, a oczy mnie zapiekły, Jeff, na litość boską, musisz się od niej oddalić, musisz skupić się na swoim zadaniu, to nie o niej masz pisać. I nie używaj tego „nigdy”, wszystko jeszcze może się zdarzyć, ona sama kiedyś coś podobnego powiedziała. Zerkałem w panice na duży otwarty notes – czyste kartki, coś odpychającego. Tylko to pierwsze zdanie, to dwukrotne „nigdy”… Pokryłem tych kilka słów czarnym atramentem. Przekreślone.

Przetarłem papierową chusteczką oczy, chociaż bólu, który rozpływał się po całym ciele (jak rozlewisko, które nie wiadomo gdzie się umiejscowiło), tego bólu nie udało mi się usunąć, wciąż we mnie falował. Nie szkodzi, uspokajałem siebie, wiem, co mam robić. Opowiedzieć.

Zaczynam.

Barbara spytała:

– Jeff, o czym myślisz?

Staliśmy przed drzwiami jej dawnego mieszkania, tego, z którego wyprowadziła się piętnaście lat temu, kiedy Wiktor, jej mąż, został zamordowany, i ona dobrze odgadła, że myślę nie o tym, po co tu przyszliśmy.

– Jeff – zniecierpliwiła się. – Słyszałeś mnie?

– Tak, chyba tak. – Zachowywałem się, jakbym ocknął się ze snu.

– Pytałam, o czym myślisz.

Odpowiedziałem:

– O swetrze.

Był upał. Maj, ale powietrze suche.

– Źle się czujesz? – Najwyraźniej się zaniepokoiła.

– Myślę o swetrze Osipa Mandelsztama. Dostał go od Maksyma Gorkiego, podczas okropnej zimy w Piotrogrodzie. Sweter Gorki Osipowi dał, ale spodnie z listy skreślił. Nie wiem, może go nie lubił, Mandelsztam nie był łatwym człowiekiem, może nie cenił, a może tych spodni nie miał, w każdym razie pani Mandelsztam, wtedy młodziutka Nadia, nigdy tego Gorkiemu nie potrafiła wybaczyć, do końca życia wciąż z gniewem do tego wracała: Skreślił spodnie! Sweter zostawił, a spodnie skreślił!

Dostał w końcu jakieś spodnie od nieźle sytuowanego Gumilowa, przypomniałem sobie, i bardzo był z nich dumny – mówił, że czuje się w nich jakiś uskrzydlony.

– Jeff? – odezwała się Barbara.

– Tak?

– Dlaczego akurat teraz o tym myślisz?

– Bez powodu. Po prostu myślę. – Samego mnie to zastanowiło. – Dlatego, że… – szukałem wytłumaczenia. – Stale o tym myślę. Obsesja.

Barbara potrząsnęła mną.

– Możesz na chwilę przestać?

– Tak, oczywiście.

– To tu go zamordowali. Prawie na progu.

– Mówisz: zamordowali. Było ich więcej?

– Dwóch. To wykazało śledztwo. Kiedy im otworzył, był w piżamie. Jeden z nich miał pod kurtką łom. Uderzył Wiktora w głowę, a kiedy stracił przytomność, wciągnęli go do mieszkania. Gardło podciął mu pewno ten drugi. Scyzorykiem.

– Chryste… Musiało być morze krwi.

– Pozbyłam się dywanu – powiedziała Barbara. – Mieszkanie sprzedałam za bezcen. Rozumiesz, że chcieliśmy z Jacusiem stąd uciec.

Zadzwoniła do drzwi. Domyślała się, że starucha, która tu zamieszkała, popatrzy przez wizjer, więc odsunęła się trochę, żeby tamta mogła więcej zobaczyć. Barbara była kobietą rosłą, jej okrągła, mleczna twarz wciąż piękna, piętnaście lat jej nie widziałem, niewiele się zmieniła, i przymrużone niebieskie oczy lśniły spoza wąskich okularków tak samo jak kiedyś.

– Ach, to pani… – usłyszeliśmy zza drzwi. Spodziewałem się starczego skrzeczenia, ale głos był wysoki i po kobiecemu dźwięczny. Kiedy drzwi się otworzyły, zobaczyliśmy malutką, wysuszoną staruszeczkę, z pomarszczoną, jaskrawo umalowaną twarzą – czerń wokół powiek, gruba czerwona szminka na popękanych wargach, rumieńce na policzkach – przypatrywałem się temu ze smutkiem, podczas gdy ona, ta stara kobiecina, zmieniła głos, teraz prawie zaskrzeczała (a może tak mi się tylko wydawało): – No i po co? Wszystko zapłaciłam, wszystko! Mam kwity. Zaraz, zaraz… – Potruchtała do komody w saloniku. – Wszystko jest. Zaraz znajdę. Pan z policji?

Barbara szybko wyjaśniała:

– Ależ nie, pani Anno, to dawny przyjaciel mojego męża, gość z Ameryki, chciał sobie przypomnieć rozkład mieszkania – pani wie, sentymenty…

Ożywienie gospodyni zgasło. Wydawało się, że żałuje, że ominęła ją awantura.

– To może herbaty? – spytała niepewnie.

Tak, sentymenty, Barbara ma rację, tak powinno być. Ale tak nie było. Rozglądałem się i nie potrafiłem odnaleźć w sobie żadnego sentymentu.

– Mord rabunkowy? – spytałem.

Barbara pokręciła głową.

– Chyba nie. Znikły jakieś drobiazgi, nic więcej. I teczki z maszynopisami.

– To ciekawe.

Pani Anna się wtrąciła:

– Mnie tu stale okradają. Stale, proszę pana. Mają dorobione klucze i buszują. Wciąż czegoś brakuje. Poskarżyłam się administratorowi, a wiecie państwo, co on powiedział? Żebym zrobiła „inwentaryzację”. Żebym przylepiła do szuflad kartki, co w której jest, to wtedy będzie można się przekonać, czego brakuje. Taki mądry. Robotę mi zadał. Ja i bez tego wiem, czego brakuje. I czego brakuje jemu. Na co ma ochotę. Czy państwo uwierzą, że on się w nocy do mnie dobija? O drugiej, trzeciej w nocy! Nie daje spokoju! Nie wiem, jak się bronić!

– W nocy? Po co? – spytałem. – Może chce mu się pić?

– Tak, pić, dobry pan sobie. Nie wie pan, jakiego miodu zachciewa się takiemu grubasowi? Czego może chcieć od kobiety? Niech nie myśli, że ja nie potrafię się bronić! Na policji też byłam – i wiecie państwo co? Oni mi dali swój numer telefonu. Jak będzie panią napastował, to niech pani do nas dzwoni! Mam dzwonić, jak już będę zgwałcona? To jest straszna dzielnica, proszę państwa, tu uczciwa kobieta nie może obronić swojej godności!

Szepnąłem do Barbary:

– Wiejemy.

Wymknęliśmy się do pobliskiej kawiarni. W ogródku, między drzewami mirabelki, siedząc pod parasolem, zamówiliśmy po małym piwie z beczki. Barbara opowiadała:

– Leżał tak kilka godzin, dopóki ktoś nie nacisnął klamki i okazało się, że drzwi są niezamknięte.

– Kto nacisnął klamkę? Dozorca?

– Nie, sąsiad, miał sprawę, chciał pożyczyć od Wiktora paręset złotych.

– A dozorca?

– Dozorcy nie było. Sobota, cieć z żoną oboje na działce.

– Aha, sobota, dozorca na działce, wszystko przewidziane, można mordować. A ty gdzie byłaś?

– Z moim partnerem.

– Z partnerem – powtórzyłem za nią.

Uśmiechnęła się.

– Tak się dzisiaj mówi. Byliśmy w Bieszczadach.

– Dość daleko. Marcin miał na imię ten młody człowiek, dobrze mówię?

– Nie, to nie był Marcin.

Ja się zastanawiałem, czy chciałbym z nią pójść do łóżka. Tak, myślałem, powinienem chcieć, świetne ciało, co za skóra, ponętna różowość przyciągającego wzrok dekoltu. Ale nigdy nie romansowaliśmy, nie, nigdy, to była jego kobieta, Wiktora, wiedziałem o Marcinie, o tym, jak ona mówiła, dzieciuchu, którego uczyła fizycznej miłości, chociaż kto wie, może to on ją uczył, wiedziałem, ale oczywiście nigdy o nim nie napomknąłem Wiktorowi, zresztą tak się złożyło, że to on sam, Wiktor, Barbarę z nim poznał. Powinien był się domyślić, co się między nimi dzieje, a jeśli się nie domyśla, to i lepiej.

Nie zapytałem, kto z nią był w Bieszczadach, to nieważne – skoro byli razem, to gość ma alibi. Ona uznała, że trzeba mi się zwierzyć:

– Z Marcinem kilka tygodni wcześniej zerwałam. To był jednak dzieciuch. Ciągnęło go na obozy harcerskie, na kolonie, chyba do młodych dziewcząt. Głupol, nie potrafił się zmusić do czytania. Studiował historię i zawalał rok po roku. Wiesz, jak to jest, kiedy się nie szanuje faceta… Byłam z innym. Czy muszę ci powiedzieć, z kim?

– Nie, nie musisz.

– Poważny gość, sporo starszy ode mnie. Zawsze przyzwoicie zapięty. Wiesz, ci starsi panowie są bardzo wdzięcznymi kochankami.

Zaśmiałem się.

– Powinienem coś o tym wiedzieć.

– No tak, ty tak, owszem.

– A twój Jacuś?

– Jacek był na Mazurach. Weekend, mówiłam ci.

– Morderca wziął to pod uwagę, niewątpliwie.

– Dość dziwne było to, że Wiktor otworzył im drzwi. Od pewnego czasu nie otwierał drzwi, kiedy był sam w domu.

– Bał się czegoś?

– Tak, najwyraźniej. Był posłem, pracował w komisji spraw zagranicznych. Ale nie o to chodziło. Kupiliśmy trochę biżuterii – takie zabezpieczenie przed inflacją. Była seria włamań do mieszkań osób pokazywanych w telewizji. Jak cię pokazują w telewizorze, to chyba jesteś nadziany.

– A jednak otworzył. To znaczy, że któryś z zabójców wydał mu się znajomy. Ktoś, do kogo miał zaufanie.

– Taki był wniosek. W śledztwie sprawdzono wszystkich przyjaciół. Posłów, partnerów od tenisa. Większość miała alibi. Inni byli poza podejrzeniem.

– Przyjaciółki też?

– Nie bądź taki dowcipny. Tam nie było kobiety. Dwóch chłopów.

– Jak zareagował Jacek?

– Dlaczego o to pytasz?

– Pamiętam, że miewał załamania nerwowe.

– Dwukrotnie – uściśliła. – To były stany depresji. Ze skłonnością do samobójstwa.

Milcząc, przetarła zamglone okulary. Zapytałem:

– A tym razem?

– Zniósł to całkiem dzielnie. – Nałożyła okulary i nawet się uśmiechnęła. – Podtrzymywał na duchu mnie. Miałam wsparcie we własnym synu. To było nowe – i krzepiące. Był naprawdę bardzo dzielny.

– Terapeutyczne działanie wstrząsu? – zaryzykowałem.

– Możliwe. Jego lekarz też był tego zdania.

– Lekarz – powtórzyłem. – Pamiętam, na czym polegało jego cierpienie.

Wbiła wzrok w ziemię. Szepnęła:

– Za dużo pamiętasz.

– Pamiętam, bo to była moja diagnoza. Że Jacek kocha się w tobie. Jak w kobiecie.

– Nie, nie – broniła się. – To twoje wymysły.

– Obejmował cię, pieścił… Całował. Jego wybuchy zazdrości. To ty mi o tym opowiadałaś! Byłaś zaniepokojona.

– Dziwisz się? Byłam zaniepokojona, naturalnie. Ale on go nie zabił! – prawie wykrzyknęła. – Nie, nie zrobiłby tego. Zresztą, był na kajakach, naprawdę.

– Ktoś to sprawdzał?

– Ja.

– Więc jednak…

– Tak, ja. Sprawdzałam. – Znowu wybuchnęła: – Do czego ty zmierzasz?! Jacek uwielbiał ojca. Powtarzam ci: uwielbiał! Nie o niego był zazdrosny, ale o moje znikanie z domu. O Marcina, który był niewiele od niego starszy. Krzyczał na mnie. „Kurwisz się! – tak krzyczał. – Płacisz mu czy on tobie płaci?!”

– I stąd stany depresji. Ja się tego domyślałem.

– Tak, ty tak. Zawsze byłeś przenikliwy.

Westchnąłem ostentacyjnie:

– Niestety, nie w swoich sprawach. Jak to przyjął twój nowy partner, ten starszy poważny pan?

– Wcale nie przyjął. Uciekł niemal bez słowa. – Politowanie w jej śmiechu. – Wystraszył się. Rodzina, poważne stanowisko, wyobrażasz to sobie, planował wyjazd na placówkę. Za to Marcin…

– Już z nim nie byłaś.

– Ale zgłosił się natychmiast. Jakieś nieoczekiwane pokłady czułości. Kto by się spodziewał? Dojrzał pod wpływem tego, co się stało. Opiekuńczy i pełen zrozumienia dla mojego stanu. Znowu byliśmy ze sobą.

– Przy aprobacie Jacka?

– Jacek przycichł. Wiesz, on chyba zrozumiał, że ja potrzebuję męskiego wsparcia. Wszystko to ciężko przeżywałam. Byliśmy bardzo do siebie przywiązani, ja i Wiktor. (Nigdy nie zdrabniała jego imienia). To była mocna miłość. Moja wielka miłość. Jedyna. – Spojrzała na mnie z ukosa i uśmiechnęła się. – Nie wierzysz…

– Mocna miłość i wciąż jakieś romanse?… – Dodałem z udanym smutkiem: – Niestety, nie ze mną.

Znowu się uśmiechnęła i było teraz w tym uśmiechu poczucie wyższości, rodzaj pobłażania dla mojego prostactwa. Odgarnęła kosmyk jasnych włosów znad skroni. Ten gest, lekki, miękki, jakby musnęła palcami kwiat, pomógł jej się wydobyć z opresji.

– No cóż – mruknęła. – Życie…

Kiwnąłem głową.

– Życie, tak. Kubek w kubek to samo powiedziała Nina Berberowa.

– Nina jak…? Aktorka?

– Poetka. Urocza, inteligentna dziewczyna. Oczi cziornyje, bo na pół Ormianka. Żyła z poetą Władysławem Chodasiewiczem. Napisała w pamiętnikach mniej więcej tak: skoro jest życie, to są i „zdrady”. I te „zdrady” wzięła w cudzysłów.

Na przykład jej tajemny romans z panem Włodzimierzem Żabotyńskim. „Najmądrzejszy człowiek, jakiego w życiu spotkałam”. Poeta z Odessy, ona zachwyciła się jego tłumaczeniem Kruka Edgara Allana Poe. A potem przywódca militarystycznej frakcji ruchu syjonistycznego. Ale o tym Nina w pamiętnikach nie wspomina. Ani o tym, że dzisiaj we wszystkich miastach w Izraelu jest Zhabotynski Street. Wspomina mężczyznę.

Barbara odezwała się:

– Kiedy to napisała?

– Nie wiem, kiedy to napisała – wiem, kiedy pomyślała. Mniej więcej osiemdziesiąt lat temu.

– Och, a ja już myślałam, że to jakaś twoja nowa fascynacja!

Nie byłem łatwy do fascynacji, ale tylko ja o tym wiedziałem, w cudzych oczach to wyglądało inaczej. Mimo to i ja zdobyłem się na uśmiech.

– Dobrze myślałaś.

Siedzieli u pani Idy Nappelbaum, młodej poetki z grupy „Dźwięcząca muszla”, w mieszkaniu na Newskim Prospekcie, był, jak zwykle, poniedziałek, siedzieli wokół dużego stołu, ze dwadzieścia osób, i popijając herbatę z marchwi, recytowali kolejno swoje wiersze. Mama Idy, tęga, dobra, „prawdziwa mama”, jak mówiła o niej córka, „zawsze uśmiechnięta” – to już spostrzeżenie Niny – kładła przy każdym obecnym kawałek czarnego chleba. Ona, Nina, ma na sobie w ten mroźny wieczór płaszcz na watolinie, zieloną szpiczastą czapkę, „walonki – wspomina Nina – uszyte przez wdowę po jakimś byłym ministrze, z kawałka strzyżonego chodnika, zapinane na mosiężne guziki odprute z czyjegoś munduru”. Chyba to była zima roku 1921, na ścianach szron, Chodasiewicz przyniósł w skostniałych dłoniach przydział śledzi, wymieni je na papierosy, a ona, Nina, dziewiętnastoletnia dziewczyna, też się ośmiela czytać swoje wiersze, w których pojawia się uroda emaliowanej miednicy, durszlaka, szczotki do zamiatania, splatanie warkoczy, poeci słuchają chciwie nowych zestawień słów i nowych rytmów – wiersze, tylko to się liczy! Osip Mandelsztam mówi do swojej przyjaciółki Achmatowej: – Anno Andriejewno, wiersze to władza! Słyszę to ja, Jefferson S. Thompson z Indianapolis, chcę tam się wedrzeć między nich, chcę wstrząsnąć nimi, krzyknąć: „To nieprawda! Wiersze to wasza zguba! Uciekajcie od wierszy! Dziewczyno – chcę powiedzieć do czarnookiej dziewiętnastolatki – nie ulegaj zaczadzeniu! Walcz o życie!”. Nazajutrz Kola Czukowski, jeszcze wyrostek, syn zwalistego Kornieja, tego nadzwyczajnego obserwatora psychiki dziecięcej, mówi do dziewczyny, w której się trochę podkochuje, ale bez szans, cóż, dobry i uczynny kolega, ale smarkacz, bądź co bądź, i on jej donosi: – Wiesz, Ninoczka, Chodasiewicz bardzo chwalił twoje wiersze, słowo honoru, rozpływał się. Nina słucha go i jest szczęśliwa.

– Jeff, odpłynąłeś? Jesteś tu?

– Jestem, ja tylko myślę intensywnie. Więc wróciłaś do Marcina…

– Na krótko. Po pewnym czasie coś zaczęło mi w nim przeszkadzać. Jakiś zły zapach. Poczułam fizyczną niechęć. Prawie obrzydzenie.

– Wiesz, co się z nim teraz dzieje?

– Nie, nie interesuję się. Skreśliłam go. Podobno założył jakieś biuro podróży. Grecja, Bliski Wschód.

– A jak się ma Jacek?

– Prowadzisz śledztwo?

– Prawdę mówiąc, mam ochotę kogoś wsadzić za kratki. Ale nie Jacka.

– To mnie cieszy. Jest z kimś. Bardzo są z siebie zadowoleni. Odwiedź ich, bo to ciekawa para.

– Zrobię to. Co ustaliło śledztwo?

– Po dwóch latach prokurator je umorzył.

W tej chwili żałowałem, że już nie palę. Zaciągnąłbym się jak sam Marlowe, wypuściłbym kłęby niebieskiego dymu i zaczął się głęboko zastanawiać. Na razie postąpiłem jak komisarz Maigret: poprosiłem o następne piwo. Mruknąłem.

– Chętnie bym pana prokuratora zapytał, dlaczego to zrobił.

– Nie zapytasz go: on nie żyje.

– O!

– Jakieś zderzenie czołowe. To znaczy nie, chyba wpadł na słup. Nie pamiętam. Jest jednak coś, o czym warto, żebyś wiedział. Chyba że cię to już znudziło.

– Mów.

– W połowie lat osiemdziesiątych mieliśmy raz w domu rewizję. Na pewno nie chodziło o biżuterię. Wiktor przez kilka dni był maglowany. Zdaje się, że on to lubił, podniecała go gra. Wracał z pałacu Mostowskich zadowolony z siebie. Jakby to on im dawał w kość. No, a później, kiedy wszystko się zmieniło, po 1989 roku, Wiktor został posłem i nagabywania ustały. Znowu odpłynąłeś?

– Nie, zastanawiam się, kto mógłby coś powiedzieć o prokuratorze. I o tych przesłuchiwaniach. Masz jakiś pomysł?

– Henryka. Tak, ona. Pamiętasz Henrykę? Byli sobie bardzo bliscy, ona i Wiktor. Możliwe, że ich nawet coś łączyło. Ale to mądra baba, on miał zaufanie do jej rozumu. Potrafiła zawsze być przyjacielem, dla mnie też. Jeśli chcesz z nią porozmawiać, to śpiesz się.

– Tak z nią źle?

– Połączę cię z nią.

Barbara wyjęła komórkę i wystukała numer. Henryka zgłosiła się.

– Pamiętasz Jeffa? – spytała Barbara. – Jakiego Jeffa? – Jest tylko jeden Jeff: Jefferson Spencer Thompson z Indianapolis. Przekazuję mu telefon.

– Jeff, to ty? – usłyszałem. Rozpoznałem głos, choć był na pewno niższy niż dawniej. – Jeszcze mówisz po polsku? Okej, miło cię słyszeć. – Tak, pomyślałem, głos dużo niższy, prawie męski. – Dobrze, przyjmę cię. Ale nie przestrasz się mojego wyglądu.

– Byłem w Wietnamie – przypomniałem.

Zaproponowałem, że ją odwiedzę za dwa dni. Zapisałem numer mieszkania, w którym piętnaście lat temu bywałem.

– Tylko nie przynoś mi żadnych słodyczy! – zastrzegła się Henryka. Pamiętałem ją jako tęgiego łasucha. – Nie wolno mi.

– Jeff, nie zapominaj o mnie – powiedziała Barbara na pożegnanie. Musnęliśmy się ustami. – Nie myśl o mnie źle. O tych moich romansach i w ogóle. Ja mu tylko odpłacałam pięknym za nadobne. – Pokręciła głową, jakby wróciła do niej jakaś stara bolesna i niechciana historia. – On mnie strasznie zdradzał.

2

Znowu jest przy mnie. Pojawia się nieoczekiwanie, najczęściej w ślepej kuchni tego mieszkania, które odnajmuję. Nalewam sobie kawy, a ona przygląda mi się z ukosa, tymi swoimi czarnymi, a właściwie, jak zapamiętałem, ciemnobrązowymi oczyma pół-Ormianki, zupełnie jakby się domagała, żebym i jej nalał – „marzę o prawdziwej kawie; hóspodi, co za zapach, co za barwa, zupełnie jak na telewizyjnej reklamie”! – wszystko jej się pomieszało – telewizyjna reklama! skąd? gdzie? kiedy? – a ona buzię w ciup, cmoka w powietrznym pocałunku, patrzę z zachwytem na mięsistość jej warg, no i proszę bardzo, ani śladu szminki, a co za czerwień. Panienko, mruczę, barysznia, posłuchaj, znikaj, nie mam czasu na majaki, muszę przygotować się do wykładu, przeszkadzasz mi. Przechodzę do jedynego pokoju, który jest moim gabinetem i sypialnią, biurko zawalone notatkami, porządkuję je, wyławiam te o Franklinie, będą mi potrzebne dzisiaj, na wykładzie w tej prywatnej uczelni, wyższej szkole czegoś tam, mediów i marketingu czy odwrotnie – zdaje się, że to jakaś kolejna hochsztaplerka, ale cóż, studenci są studentami, młodzi ludzie żądni wiedzy, wręcz łapczywi, zaproszono mnie, nawet coś płacą, przybrali imię „Benjamina Franklina”, no to okej, mogę im się przydać. A oni mnie. Pojęcia nie mają, jak bardzo nawet.

Właściwie to lubię, kiedy ona mnie nachodzi, kiedy ocierając się o moje ramię biustem (raczej obfitym, jak na kaukaską czarnulę przystało), zwierza się ze swoich wstydliwych panieńskich sekretów, lekko zapłoniona, „niech pan słucha, tylko panu mogę to opowiedzieć”. Muska mi ucho szeptem o jakiejś swojej wczesnej miłości. Miała wtedy osiemnaście lat i głowę pełną poezji. „Czy opowiadałam już panu, jak popełniłam plagiat z Lermontowa? Miałam dziesięć lat. Dobrze, opowiem panu, ale kiedy indziej”. Głód, mróz, ale Nina koniecznie chce mieć loki ukręcone gorącymi szczypcami. Więc to było w Nachiczewaniu, na północnym Kaukazie, w roku – zaraz, żebym się nie pomylił, to znaczy, żebym ja, profesor Thompson, się nie pomylił – tysiąc dziewięćset dwudziestym, początek roku (bo potem przyjechała do Piotrogrodu). W Moskwie nie mogła już wytrzymać. Poszła na rynek Suchariewski, żeby sprzedać pantofle, ale jej to zwinęli. Rozpacz: nie tylko nie zje, ale i loków nie będzie. Pojedzie na południe, tam łatwiej się wyżywić. W Rostowie nad Donem wysiadła z wagonu owinięta w kołdrę, boso, oczyścili ją do cna, walizkę rozpruto. Ale dotarła na miejsce. A tam, proszę posłuchać, sir, zawędrowałam na rynek, niewyobrażalne rzeczy, jabłka, brzoskwinie, pomidory, bakłażany, no i pszenne placki, gorące pieczywo. Tu można przetrwać, choćby kilka miesięcy. Działa uniwersytet, Nina chodzi na wykłady. I tu się zakochała.

Erudyta, artysta, grawer, żonaty z młodą kobietą. Nina wpadła w ubóstwienie, marzyła, by wziął ją w ramiona i by mogła mu powiedzieć: „Kocham pana”. Życie dla mężczyzny – tak sobie to wymyśliła, „obsadziłam się w roli biednego Łazarza”. Zdarzyło się, że żona tego pana wyjechała na kilka dni i wtedy on zaprosił ją do siebie. Był mróz, ale przemykała ku niemu rozpłomieniona. Trochę ją ostudziły, opowiadała, dwa złe czarne psy, których dureń nie uwiązał. A potem stało się to najgorsze. Kiedy drżąc z zimna, jeszcze w palcie, usiadła obok niego na kanapie, nareszcie przy nim, usłyszała: „Pani jest moją boginką!”. Boginką! Ona! Zerwała się – muszę już iść, przepraszam – a on tym razem, trzeba przyznać, uwiązał te cholerne psy na łańcuchu. „Przecież to ja miałam kochać! – słyszę i w tych słowach pobrzmiewa śmiech. I żal: – A ja myślałam, że tak kocham…”

Nino, dziękuję za opowieść, jest dla nas, panów, bardzo pouczająca. Może nie należy bez reszty poddawać się uczuciu. Pozwolić kobiecie pomarzyć, powalczyć, pointrygować, by czuła, że czegoś dopięła. Inna rzecz, że żadne doświadczenie, żadne teoretyzowanie na nic się nie zda, kiedy – przepraszam za zużyte wyrażenie – uderzy grom. Jeśli da się jeszcze korzystać z doświadczeń, zwłaszcza cudzych, jeśli poddać się spekulacji, kontrolować odruchy, to znaczy, że miłość nie opanowała nas całkowicie.

Marynarka, krawat. Wiem, że przydałyby się rozwichrzone włosy, może bokobrody à la Stendhal, bluza, a pod nią rozpięta koszula z apaszką wokół szyi. Ciekawe, co by na mój krawat powiedziała panna Nina. Odnotowała w swoim pamiętniku, że tam u nich, podczas czytania wierszy, zarysowywał się podział: na tych z przedziałkiem w uczesaniu i na tych ostrzyżonych na jeża lub kudłatych. Nie było to bez przyczyny: uczesaniem manifestowano przynależność. (Jesus Christ, myślę, wszystko już było! Przypomnij sobie tylko fryzury podczas rewolucji francuskiej, można było stracić głowę wraz z peruką albo z niewłaściwej długości harcapem). Ci, którzy byli „upozowani na staroświeckość”, jak wyraża się Nina, manifestowali swój związek z tym, co odeszło. Chodasiewicz się od nich różnił, mówi ona i słyszę jej śmiech, „on był nasz”.

Widzę ją, jak siedząc w wannie, myje głowę. Jest 15 marca 1917 roku (według kalendarza europejskiego), smarkula nie ma jeszcze szesnastu lat, dużo czyta i pasjonuje się polityką. Zapamiętała, że miało być przyjęcie, ona suszyła włosy i kiedy je wysuszyła, one trzeszczały – i ja teraz, w Warszawie, to trzeszczenie słyszę. Zapamiętała dlatego, że dotarła do nich wiadomość (Witte, były premier, odwiesza słuchawkę telefonu, „Panowie – mówi – car abdykował!”). Rząd runął, car abdykował – powtarzają sobie w salonie i to przyjęcie, nasze przyjęcie, będzie ostatnie w starej Rosji. Wszyscy podnieceni: Rosja wolna! Nina też radosna, carem gardziła – napisze, że przejmował ją wstydem. Tańczy się tango – to taniec niemal wyuzdany – w powietrzu atmosfera erotyzmu. Mówi się, że w Paryżu kobiety skróciły suknie – żadne żurnale nie docierają, tylko plotki – odsłoniły się kostki. Panie, słysząc to, uśmiechają się do siebie znacząco, panowie chrząkają (też znacząco). Nina zapamiętała jeszcze, że mama obawiała się, że z cukierni Iwanowa nie przyniosą lodów. Przynieśli.

Lenin w Zurychu entuzjazmuje się: „Rosja to teraz najwolniejszy kraj świata”. I wzywa partię, w listach słanych do pani Aleksandry Kołłontaj, do nowego zadania: przechwycić władzę i wprowadzić dyktaturę proletariatu! (Skończyć z „najwolniejszym krajem świata”). Towarzysze w Piotrogrodzie uważają, że oddalony od kraju wódz nie rozumie nastrojów.

– Prhosze państwa! – zacząłem i od razu przeszedłem na angielski. – Mógłbym mówić bardzo śmiesznie po polsku i odnieść sukces jako showman, ale nie po to tu jestem.

Usłyszałem kilka życzliwych chichotów. Siedzieli niedbale na plastykowych krzesełkach, niektórzy okrakiem, chyba trzydziestka młodych ludzi, byli między nimi, jak mnie zapewniał rektor, studenci po absolutoriach.

– Mogę państwa zapewnić – powiedziałem – i proszę tego nie brać za przechwałkę…

Urwałem, bo otworzyły się drzwi i na progu stanęła Ona. Piszę wielką literą, bo, wierzcie lub nie, ale od razu wiedziałem, że ona to Ona. Ta, która miała się pojawić. Niczego oczywiście nikt po mnie nie poznał, w Indianapolis nauczono mnie panować nad sobą, to tylko ja byłem pewny, że coś się stało, spojrzała na mnie pytająco („czy mogę wejść?”), wskazałem dłonią niezajęte krzesełko w pierwszym rzędzie, i ona ku mnie szła, nie wiadomo dlaczego uśmiechnięta, szła krokiem z lekka tanecznym, w obcisłych kremowego koloru spodniach w duże kwiaty, jej biodra w tym tanecznym marszu rytmicznie się kołysały, zupełnie jak u modelki na wybiegu. Usiadła, wybąkała ze skruszonym uśmiechem „przepraszam”, podczas gdy ja zdążyłem prześliznąć się wzrokiem po białej bluzce zapiętej pod szyją, luźnej, tak że nie można się domyślić kształtu jej piersi, jej obfite jasne włosy zgarnięte na czubku głowy w swobodny kok, przez który przewiewało światło, te jej włosy wydały mi się olśniewająco piękne. Tak, to ona. Już wiem, że nie spuszczę z niej oka – chcę czy nie chcę, ale to do niej będę mówić. Nie tylko mnie to nie krępowało, przeciwnie, inspirowało i rozhuśtywało moją zwykłą powściągliwość.

– Kiedy pani wkraczała – mówiłem – miałem się właśnie pochwalić, że w moim macierzystym języku jestem na pewno bardziej inteligentny niż po polsku. Zresztą, o ile pamiętam, w moim kontrakcie zapisana jest angielszczyzna. Postaram się – uzupełniłem – mówić do państwa po angielsku, nie po amerykańsku, studiowałem kilka lat w Oksfordzie, słuchałem profesora Berlina, który co prawda zatrącał akcentem rosyjskim, ale mówił same mądre rzeczy.

Dostrzegłem skupienie w jej oczach (zielonych, jak mogłem się później przekonać), cały czas we mnie wpatrzonych, nie czułem jednak tremy. Głos mi nie drżał, pamięć na szczęście nie zawodziła.

Tak się złożyło, zwierzałem się, że patron ich uczelni – Benjamin Franklin – jest zarazem moim ulubionym bohaterem. Gejzer z pomysłami, umysł kiedy trzeba głęboki, ale niestroniący od zabawy i z poczuciem humoru. On sam także bywał zabawny. Przez całe życie uważał się przede wszystkim za drukarza i kiedy zaczynał, umiał z tego, jako urzędnik, ciągnąć zyski, które w naszych czasach uznalibyśmy za naganne, bo zamawiał u siebie ulotki, kartki do głosowania, drukował ustawy. Wtedy jednak, kiedy Filadelfia liczyła kilkanaście tysięcy mieszkańców, uchodziło to jeszcze za przejaw wolnej konkurencji. Wydawał pisma, jedno z nich nazywało się „Poor Richard”. Pisywał ekscentryczne i drastyczne felietony pod różnymi pseudonimami, także damskimi, na przykład jako „Polly Baker” nakreślił „Rady dla młodzieńca, jak dokonać wyboru kochanki” (poruszenie wśród słuchaczy). Żadna z obecnych tu pań, powiedziałem ze smutnym uśmiechem, nie miałaby u młodzieńca szans, bo Polly Baker radzi mu skłaniać się ku kobietom starszym. (Słyszę tłumiony śmiech). Jest osiem powodów, powiada miss Polly, by tak czynić! Nie będę ich tu wyliczał, nie chcę uganiać się za powodzeniem dzięki pikantnym szczególikom. Ale on serio uważał, że – cytuję – „rozpusta ze starą jest mniej grzeszna niż z dziewicą”. Jak reagowały na poglądy panny Polly władze kościelne, także protestanckie, nie bardzo mi wiadomo.

O politycznej postawie waszego patrona, uprzedziłem, będę mówił niewiele – to mogą państwo znaleźć w każdym solidnym podręczniku. Wolę o jego osobowości. O umyśle. (Aprobata na jej twarzy). To on, obserwując zmiany atmosferyczne, domyślił się, że napływające ciepłe południowe powietrze tworzy niż, który przyciąga wiatr z północy. Sto pięćdziesiąt lat później któryś z uczonych meteorologów (nie będę państwa obciążał nazwiskami nie do zapamiętania) uznał, że – cytuję – „stwierdzenie to dało początek prognozowaniu pogody”.

Udało mi się dostrzec jej zaskoczenie. Aha, dowiedziałaś się czegoś, o czym nie miałaś pojęcia. Piękna pani, od tego tu jestem, za to mi płacą… Kiedy Franklin zajmował się zagadnieniami ładunku elektrycznego, o czym państwu zapewne wiadomo (odgadywałem po minach, że nie bardzo, ale to był mój system, należy zawsze przyjąć, że słuchacz coś wie, w ten sposób okazuje mu się szacunek), zmuszony był jakoś to nazwać. Wymyślił tymczasowo trochę użytecznych terminów. Wyjaśniał komuś w liście, że skoro przyjmujemy, iż B jest naelektryzowany dodatnio, to można nazwać to plusem, a skoro A ujemnie, no to niech będzie minus. W innym liście przepraszał pewnego uczonego Anglika za tę sztampę: „Terminów tych moglibyśmy używać, dopóki wasi filozofowie nie dadzą wam lepszych”. Ale lepszych nikt nie dał – używamy ich do dziś. Także inne terminy wprowadzone przy okazji przez niego znane są każdemu z nas: bateria, ładowanie, kondensacja, przewodnik dobry i zły (conductor).

Ale państwo zapewne chcieliby coś wreszcie usłyszeć o piorunochronie. Franklin przekonał mieszkańców Filadelfii (z którą, nawiasem mówiąc, jestem jakoś związany), żeby założyli piorunochrony na dwóch wysokich budynkach. Na swoim domu też wzniósł piorunochron. Nie obyło się bez groźnych protestów. Księża byli przeciw. „Piorunochron to bluźnierstwo wobec woli Boga”. O ile wiem, również w Polsce część kleru przypominała, że grom z niebios jest karą boską – w wyroki boskie nie należy ingerować. Ale może państwa zaciekawi, że w upadającej Polsce bronił zakładania piorunochronów światły ksiądz prymas, brat królewski, Michał Poniatowski. (Poruszenie wśród słuchaczy). Franklin, człowiek Oświecenia, cierpliwie polemizował – cytuję (zaglądam do kartki): „Na pewno grom z nieba nie jest bardziej nadprzyrodzony niż deszcz, grad czy światło słoneczne, przed którymi zabezpieczamy się za pomocą dachów i podcieni bez skrupułów”.

Nie wiem, czy państwo wiedzą (nie wiedzieli), że wasz patron wynalazł także instrument muzyczny, który składał się z siedmiu szklanych pucharów – „armonikę” – solidny, z pedałem, szkło uciskało się zwilżonym palcem. I proszę sobie wyobrazić – może dzięki zaletom jego osoby, bo kiedy przebywał w Londynie, stał się naprawdę popularny – armonika zrobiła się modna. Maria Antonina uczyła się na niej grać, a Mozart i później Beethoven na armonikę komponowali. W pewnym okresie grano na niej podczas ślubów. W końcu zrezygnowano, bo podobno instrument sprowadzał na słuchających melancholię.

Zawsze, oczywiście, pasjonował się sprawami publicznymi, okresami wzywał do bojkotu towarów z Anglii, ale długo jeszcze nie był zwolennikiem niepodległości, żądał tylko, żeby kolonie miały przedstawicieli w Parlamencie. Na co nieinteligentni politycy w metropolii nie potrafili się zgodzić. Podszeptywał im tę ciasnotę umysłową najwidoczniej duch dziejów, który, jak dobrze wiemy, miał bardziej dalekosiężne cele. U siebie w Filadelfii był Franklin w nieustannym konflikcie z panem Thomasem Pennem, właścicielem kolonii. Sir Penn pisał całkiem przenikliwie do swojego urzędnika: ten Franklin jest zbuntowany przeciw rządowi, to ktoś w rodzaju trybuna ludu, „człowiek niebezpieczny i byłbym bardzo rad, gdyby zamieszkał w innym kraju”. I oto, proszę państwa, wasz patron, w konflikcie z gubernatorem, pisze wreszcie zdanie, które stało się później hasłem walki o niepodległość: „Ci, którzy rezygnują z podstawowych wolności po to, żeby nabyć trochę chwilowego bezpieczeństwa, nie zasługują ani na wolność, ani na bezpieczeństwo”.

Ale widzę, proszę państwa, że się zapomniałem i nagle zrobiło nam się solennie i patetycznie. Nie chciałbym na tym kończyć. (Jej uśmiech). Więc może coś lżejszego. Ten ruchliwy, niespokojny umysł wpadł na to, że najwyższy czas, by uprościć ortografię angielską. Pisać tak, jak się słyszy. (Zaciekawienie, kilkoro studentów kiwa głową – oj tak, przydałoby się). Sami państwo wiecie: pisze się inaczej i czyta się inaczej. I kto to ma zmienić, jeśli nie on, Benjamin Franklin? Polly, córka jego gospodyni, jeszcze podlotek (Franklin chętnie korespondował z inteligentnymi dziewczynkami, dziś mógłby z tego powodu wpaść w kłopoty), otóż ta rzeczywista Polly, z którą na piśmie flirtował, była pierwszą ofiarą jego reformy. Benjamin posyła jej list napisany tą nową ortografią. Dam przykład. – Podchodzę do tablicy, biorę kredę i piszę: „Konsyder dzys alfabet end giv mi instanses of tsys Inlis uyrds”… Jak się to państwu podoba? (Ścieram te słowa pośpiesznie). Polly spróbowała tego samego, ale poddała się, zakończyła tradycyjną angielszczyzną: „Łatwo i szczerze mogę się wypowiadać tylko starym sposobem”. Miło chyba będzie państwu się dowiedzieć, że i Franklin ponosił porażki. Jak my wszyscy. I jeszcze może taka refleksja: że nie zawsze to, co prostsze, jest łatwiejsze. Dziękuję.

Klaszczą długo i z zapałem. Ona też. Dźwigają się z krzesełek (bardzo, jak mogłem zauważyć, niewygodnych) i powoli, jakby ich mięśnie bolały, wloką się do wyjścia. Ona nie rusza się. Wciąż siedzi, wpatrując się we mnie. Spytałem.

– Czy pani chciała o coś zapytać?

– Yes, sir.

– Proszę mówić po polsku.

– Thank you, sir.

Zszedłem ze swojego podium i usiadłem obok niej. Leciutki zapach perfum. Zwróciła ku mnie oczy. Zielone. Żywa, wilgotna, połyskująca zieleń. Twarz bez pudru, powieki bez cienia, wargi powleczone błyszczykiem (o ile się na tym znam), i to wszystko. Ależ wierzy w swoją naturalną urodę! I znowu: to ona, tak, ta, której tak wypatrywałem, że przyjdzie, pojawi się, ale przecież to tylko moje odczucie, moje pragnienie, zaklinanie rzeczywistości – siedzi obok mnie, nie, nic tu nie jest przypadkowe. (Nigdy jej nie objąłem, nie znam smaku jej ust). Nina wydęła mięsiste wargi: „Więc to tak? Wystarczą prześwietlone jasne włosy wysoko upięte, zielone oczy – trochę polskiej kokieterii, polskiego bezwstydu – i już o mnie zapominasz? Odchodzę. Czy ty mnie słyszysz? Odchodzę”. Zielonooka przyglądała mi się z uśmiechem, ale jej czoło było zroszone kropelkami potu. Odezwałem się:

– Słucham.

– Nie wiem, jak to panu wyznać. Jest to dla mnie ważny moment. To pańskie przybycie tutaj. Bo… Chyba się jednak ośmielę: jest pan moim mistrzem.

– Ja? – Moje zdziwienie było szczere.

– Tak, mistrzu. Mam pańską książkę. Tę o badaniach czytelnictwa w filadelfijskich więzieniach.

– Bellow i Styron w więzieniu?

– Tak, mistrzu. Sprowadziłam ją sobie, bo myślałam, przyznaję, że zawiera jakieś pikantne kryminalne sekrety. A tymczasem…

– Idzie o czytelnictwo wśród więźniów. Rozczarowała się pani?

– Przeciwnie, przekonałam się, że to pasjonujące. Chciałam to panu powiedzieć.

– Dziękuję. No to powiedziała pani.

– I jeszcze zapytać o te pikantne przewagi starszych kobiet, czego nie chciał pan ujawnić. Dlaczego?

– Bo to wulgarne.

– Nie szkodzi.

– Dlaczego panią to interesuje?

– Jeszcze parę lat i będzie to dotyczyć także mnie.

– Och, ma pani dużo czasu.

– Bardzo mistrz jest miły.

– Proszę się przyznać, że lubi pani pikantne historyjki.

Roześmiała się.

– No pewnie. Uwielbiam! A wie pan, mistrzu, wygląda pan o wiele lepiej niż na zdjęciu.

– Ach, przyjrzała się pani mojemu zdjęciu… I to „mistrzu”… Kiedy wykładałem w Meksyku – przypomniało mi się – studenci zwracali się do mnie „Maestro” i tam to mogło się wydawać naturalne. Ale w Warszawie… Czy nie lepiej pan i pani?

Wypowiedziałem „pani” i od razu pomyślałem: co za piękne słowo! Pani! Jest w tym piękno, szlachetność, czystość. I wyniosłość. Pani. Cudownie to brzmi!

– Zgoda – powiedziała. – Koniec z mistrzowaniem.

– Czy jest tu jakiś bufet? – spytałem. – W gardle mi zaschło.

– Zaprowadzę pana.

Należałoby teraz opisać ten przyuczelniany bufet. Nie zrobię tego, obejdzie się, każdy może sobie wyobrazić: barek z ekspresem do kawy, tacki, kilka stolików. Nieważne. Chciałabym coś zjeść, mówi ona. A pan? Będę pani towarzyszyć. Wzięła sobie wątróbkę z cebulką i lampkę czerwonego wina. Bo wie pan, tłumaczy, jestem anemiczna, mam za mało czerwonych ciałek krwi. Ja, odwrotnie, od pewnego czasu unikam wątróbki, ale, spowiadam się, zapachniało mi to, co na pani talerzu – ona kiwa głową, uśmiecha się – zaraziłam pana swoim apetytem, cieszę się – biorę to samo, co ona, bo chcę odczuwać to samo, ten sam smak w ustach, chociaż dobrze wiedziałem, że jak dwoje zajada to samo, to nie znaczy, że odczuwają tak samo, no, ale zawsze jakaś wspólnota – a ona bierze na siebie obowiązki w jej pojęciu kobiece, przenosi talerze z barku do stolika, ja przynoszę kielichy z winem. Stuknęliśmy się porozumiewawczo, chciałem powiedzieć: „za naszą przyjaźń”, ale się powstrzymałem, nie chcę przyjaźni – gadanie o przyjaźni, nie, to nie może być szczere. Spytałem, jak jej na imię. Ach, prawda, nie przedstawiła się. Matylda. Podała mi wizytówkę. MATYLDA P. (Nie ujawnię jej nazwiska). Jest adres i telefon wydawnictwa, z którym współpracuje. Dopisała numer komórki. – Gdyby pan chciał przesłać SMS – powiedziała z uśmiechem, a potem spytała:

– Ma pan tu znajomych?

Rozłożyłem ręce w geście, który oznaczał: „trochę”.

– Wczoraj odwiedziłem wdowę po moim zamordowanym przyjacielu.

Dostrzegłem zainteresowanie.

– Zabili go? Kto?

– Chciałbym się dowiedzieć. I wsadzić kogoś za kratki.

– To mi imponuje.

– Najtrudniej znaleźć zabójcę, kiedy nieznane są motywy.

– Powiem panu o czymś, co mną ostatnio wstrząsnęło. Dwaj młodzi, zupełnie normalni ludzie zamordowali spotkaną w pociągu dziewczynę, bo chcieli uczcić swoje imieniny. Czy to jest motyw?

– Nie do odgadnięcia – przyznałem.

– Zna pan tu jeszcze kogoś?

– Przyjaciółkę zamordowanego. Jutro się z nią spotykam.

– Mistrzu, to wygląda tak, jakby prowadził pan śledztwo.

– Odwiedzanie przyjaciół?

– Kogo jeszcze pan zna?

– Dziewczynę, z którą piętnaście lat temu się rozstaliśmy.

– Bo musiał pan wyjechać?

– Bo odeszła do innego.

– Hm, przepraszam. A chciałby się pan z nią spotkać?

– Z tą sprzed piętnastu lat – kto wie. Z tą dzisiejszą niekoniecznie.

– Bardzo pan cyniczny.

– Nie, trzeźwy.

– Interesuje się pan poza tym jakąś panią? O, przepraszam, nie powinnam pytać, przepraszam. Może pan pomyśleć, że lubię plotki. Przeciwnie, nie znoszę ich.

– Szkoda. Bo ja żyję z plotek.

– A ja padam ich ofiarą.

– Rozumiem. Właściwie jest jakaś pani. Wciąż mnie nachodzi, żeby szeptać mi do ucha swoje sekrety.

Znowu pełne ożywienia zainteresowanie.

– Jaka ona jest?

– Przenikliwa obserwatorka. „Podglądaczka” – tak o sobie pisała, bo zawsze lubiła zaglądać do okien parterowych domków. Czarnowłosa. Włosy krótko obcięte, chociaż marzyła o lokach.

– Widzę, że mistrz bardzo zakochany.

– Zafascynowany. Także jej talentem.

– Malarka?

– Poetka. Bystra. Dowcipna. Jako czytelniczka trochę zbyt pewna swojego gustu.

Pani Matylda zaśmiała się:

– To tak jak ja. Dlaczego jej tu z panem nie ma?

– Zmarła dziesięć lat temu.

Posmutniała.

– O, sorry. Współczuję panu.

– Miała dziewięćdziesiąt trzy lata.

Roześmiała się i pogroziła mi palcem.

– Mistrzu, pan wciąż sobie ze mnie pokpiwa.

– Nie wierzy pani w miłość poprzez granicę czasu? Pewna literatka polska kochała się w Robespierze. A Katarzyna ze Sieny twierdziła, że jej oblubieńcem jest Jezus…

– I została świętą – dokończyła pani Matylda. – To proszę teraz ujawnić, co ta Polly Baker napisała o starszych kobietach.

– Och, to bardzo wulgarne.

– Śmiało.

– Że od pasa w dół nie różnią się od młodych. Jak przykryjesz górę koszem – tak napisał Franklin: koszem – nie zauważysz różnicy.

– To rzeczywiście wulgarne. Smutne. A co mówi pańskie doświadczenie?

– Nigdy nie używałem kosza.

Ona:

– Przepraszam, że zajmuję panu czas, ale jeszcze jedno pytanie. Gustaw – to taki mój przyjaciel, aktor, ktoś z czołówki – on, Gucio, jest zdania, że jeśli jakaś para zaczyna od seksu, to się szybko wypala, za to kiedy jest długie poznawanie się – intelektualne i w ogóle, rozmowy, spacery – to ma szansę na trwałość. – Oplotła mnie zielenią i spytała: – Czy pan się z tym zgadza?

– Nie – odpowiedziałem bez wahania. – Bywa na odwrót. Bywa, że pierwsze zbliżenie wiąże parę ze sobą, budzi czułość, wdzięczność, zachwyt… Niektórzy panowie, może nadmiernie trzeźwi, narzekają, że przejście od wysokich lotów intelektualnych do czegoś tak materialnego jak seks bywa krępujące. Rozumiem jednak, że pośpiech w spełnieniu… – Urwałem. Ona czekała. Jej spojrzenie: proszę, powiedz, ufam ci… – Rozumiem – mówiłem – wzbranianie się, odkładanie, często podświadome – nie ze strachu, choć i to bywa, i ten strach z upływem czasu rośnie, a nie maleje – ale nie tylko po to, by przedłużyć stan oczekiwania, pragnienia (każdemu mojemu słowu towarzyszyło kiwnięcie głową), tęsknoty. Może i potrzeby niepokoju, a nawet cierpienia.

– Cierpienia? (chyba ją to zastanowiło).

– Tak. Podobno (uśmiech: podobno? pan to zna tylko ze słyszenia? teraz ja kiwam głową)… podobno rozkosznie jest cierpieć przez ukochaną osobę.

– Wspominał pan, że bywa i odwrotnie.

Mogłem powiedzieć: „Przetestujmy – od razu, pani i ja, zobaczymy, co z tego wyniknie”. Mogłem też powołać się na pewne własne doświadczenie. Ale wolałem dać inny przykład.

– Słyszała pani o Mandelsztamie? – Kiwnęła głową. – Poznali się z Nadią w pewnej kawiarni literackiej. Kijów, rok tysiąc dziewięćset dziewiętnasty, rewolucja, miasto przechodzi z rąk do rąk. Grabieże, zabójstwa. Głodno, chociaż nie aż tak, jak w Piotrogrodzie. Ta kawiarnia przeszła do historii, bywał w niej młody Erenburg i sporo innych wielkich nazwisk. Nazywała się CHŁAM, dosłownie to znaczy „Śmieć”, ale to tylko akronim, pierwsze litery słów: Chudożniki, Literatory, Aktiory, Muzykanty. Nadia i Osip poznali się przy wierszach i wódce, zbliżenie – i od razu poszli do łóżka. I już nigdy się nie rozstali. Do jego śmierci. To znaczy do dnia, w którym jego po prawie dwudziestu latach aresztowano. Następne dwadzieścia lat ona czekała na wiadomość, co z nim, na wiadomość, że jej mąż od dawna już nie żyje.

– Oni się znali? Ta pańska czarnula i Mandelsztamowie, znali się?

– Wszyscy spotkali się w Piotrogrodzie. I wszystkim pomagał Gorki.

– Zdaje się, że pana te czasy szczególnie interesują.

– Studiowałem rusycystykę w Moskwie.

– No, to napatrzył się pan. A kto pana najbardziej interesuje?

– Gorki. – Po chwili dodałem: – I Lenin.

– Lenin? Nie żartuje pan? On nie ma u nas dobrej prasy. I on pana naprawdę interesuje?

– Interesuje mnie utopia. To znaczy: jej załamanie się. Jak to się stało, że ludzie stracili wiarę. Że zwyciężyło zło.

– Pan uważa, że oni wierzyli?

– A pani uważa, że nie? Nigdy?

Było już po wątróbce. Dopiła wino i powiedziała:

– Nie wiem. Doprawdy nie wiem. Zaciekawił mnie pan. Ten Lenin… Będzie pan o nim pisał?

– O klęsce utopii? Kto wie…

Pomyślałem sobie, że to byłby całkiem niezły pretekst, żeby robić to, co powinienem robić, i powtórzyłem:

– Kto wie…

Dowiedziałem się, że ona nie jest studentką, oho, dawno te czasy minęły, ale lubi się dokształcać, wpada tylko na te wykłady, które ją interesują.

– Płaci pani?

– Jak za bilet do kina.

– A interesują panią wykłady pana Sianki?

– Sianko? To ten redaktor? A dlaczego pan pyta?

– Bo ten pan mnie interesuje. Specjalista od Bliskiego Wschodu.

– Taki dobry?

– Tego nie powiedziałem.

– Więc po co mi on? – rzuciła zaczepnie.

Wróciłem do tego, co w tej chwili najbardziej mnie niepokoiło:

– Czy jeszcze kiedyś panią zobaczę?

– Ależ tak, musimy się zobaczyć, koniecznie, właśnie chciałam mistrzowi zaproponować spotkanie. Tak chciałabym mieć na książce pana dedykację.

– Więc gdzie i kiedy?

Zajrzała do grubego kalendarza, który wyjęła z torebki.

– Na weekend jadę do Zakopanego, na narty. Na Kasprowym wciąż jeszcze leży śnieg. Czy pan uprawia sporty?

– Uprawiałem.

– Sport to cudowna rzecz, prawda?

Miała szczuplutkie, prawie przezroczyste palce. Spytałem:

– A co z tym niedostatkiem czerwonych ciałek krwi?

– Narty bardzo je wzmacniają, proszę mi wierzyć. Jestem świetną slalomistką. Zdaje się, że pan powątpiewa.

– To musi pani mieć mocne uda.

– Owszem. – Dotknęła znacząco swoich ud. Nie ośmieliłem się sprawdzić.

– I mięśnie bioder – podsunąłem.

Zwycięski uśmiech.

– To może w poniedziałek? Zaraz po weekendzie? Spotkajmy się w „Czytelniku”, to taka kawiarnia z barem, do której zachodzą pewni literaci. Pozna pan parę popularnych osobistości. – Zaśmiała się. – Raczej nie głodują. I nie marzną. Trafi pan?

– Znam. – Luiza. Ale nie muszę o niej mówić. Luiza. Zjedliśmy tam niejeden obiad. Ciekawe, jak czas przeorał jej rysy. Obraz odpłynął. Podsunąłem pani Matyldzie serwetkę. – Proszę mi to tutaj wszystko napisać.

Napisała:

p o n i e d z i a ł e k

C Z Y T E L N I K

12.45

Matylda

Tak napisała: „Matylda”. Bez „P”. Zbliżyła mnie do siebie. Złożyłem serwetkę i schowałem ją do kieszeni marynarki. Nigdy jej nie wyrzuciłem. Jest ze mną jeszcze dzisiaj.

3

Powinienem myśleć o Henryce, a myślę o Leninie. „Nie przynoś mi słodyczy” – powiedziała. Chyba kupię jakieś kwiaty. Dawniej lubiła sobie wypić, częstowała smakowitymi nalewkami. Miałem ze sobą butelkę „Jacka Daniel’sa”, taskałem ją z Ameryki, jakoś nie przyszło mi na myśl, że wszystko się w 1989 zmieniło, w każdym większym sklepie spożywczym można dostać naszą whisky. Dlaczego Henryka uprzedzała, że się przestraszę?

Zawsze jest niebezpieczeństwo, przyszło mi na myśl, że autor, biograf, zagłębiając się w czyjeś życie, niekoniecznie świetlane, przywiąże się do postaci – za dużo o tym człowieku wie, za dobrze go rozumie, niby chce go osądzić, ale przecież jakoś zbliża się do niego – i to, jak się zdaje, przydarzyło się profesorowi Adamowi Ulamowi, którego wykładów o Leninie słuchałem u Harvarda, i to też groziło Gorkiemu, a teraz, być może, jeśli ja się tym zajmę (a niby po co?), grozi i mnie.

Gorki mówił o nim: „Ten szlachetka”? No, nie za bardzo. Ojciec, Ilja Nikołajewicz Uljanow, był co prawda dygnitarzem, inspektorem oświaty w nadwołżańskiej guberni w Symbirsku, za zasługi dla samodzierżawia dostał Order św. Włodzimierza, z którym łączyło się dziedziczne szlachectwo, ale to stuprocentowy Kałmuk. Jego ojciec (czyli dziad Wołodii) był jeszcze na kałmuckich stepach chłopem do ziemi przypisanym, zanim się wzbogacił i wyzwolił, więc owo szlachectwo było świeżo malowane, jeszcze plamiące. Matka, Maria Aleksandrowna, z domu Blank, była przyzwoitą mieszczanką, córką zamożnego lekarza, który w końcu porzucił medycynę, by nabyć majątek ziemski, a wraz z nim szlachectwo. Uczynić z Wołodii obszarnika, wyrwać go ze środowiska rewolucyjnego, żeby nie poszedł w ślady starszego brata Aleksandra, którego powieszono w 1887 roku za zamach na swojego imiennika cara (już trzeciego o tym imieniu); matka namawiała skazanego syna, żeby błagał o łaskę, on się wzbraniał, płakał, „co ludzie na to powiedzą? – zhańbię się” i „mamo, masz jeszcze pięcioro dzieci”; w końcu uległ podobno, ale sąd był nieubłagany. Odtąd Wołodia żył napiętnowany – jako brat powieszonego zamachowca – zawsze podejrzany, zawsze pierwszy do usunięcia ze studiów. I gdyby nie matka!… Tak, pani Uljanowowa była niezmordowana, energiczna, jeździła do Petersburga, docierała do ministrów, nieustępliwa, wymuszała upragnione decyzje – a to żeby syna przyjęli z powrotem na studia w Kazaniu, bo jest bliski samobójstwa, a to żeby urządzić go jakoś na zesłaniu (w kancelarii, z wykorzystaniem wiedzy prawniczej) albo żeby pozwolono mu wyjechać za granicę, dla poratowania zdrowia, oczywiście.

Żeby przeobrazić syna w czcigodnego właściciela ziemskiego, nabyła dla niego odpowiedni majątek, jednak dosyć pechowo, bo dziedzic, który jej go odsprzedał, sam był pod nadzorem policji, nieprawomyślny, oddał część gruntów tołstojowcom, sprowadzał nieznane tu dotąd maszyny, taki postępowy! – nic dobrego to nie wróżyło.

Kiedy młody Uljanow wydostał się po raz drugi za granicę, tym razem na lata całe, autorytetem marksistowskim był przebywający w Genewie Gieorgij Plechanow. Włodzimierz zaczął od tego, że napisał programową broszurę Co robić?. (Tytuł zapożyczył z bardzo popularnej powieści Czernyszewskiego, również programowej, więc naturalnie tendencyjnej i kiepskiej, chociaż szlachetnej i czytanej z szacunkiem). Podpisał ją: „N. Lenin”. (Mało kto zauważył, że często przed tym „Leninem” było N., niektórzy przeciwnicy atakowali Nikołaja Lenina). Nikt nie wiedział, kto to jest ten „Lenin”, skąd się wziął. Młody autor denerwował się, że bułgarscy towarzysze rozgłosili, iż autorem jest Plechanow: wypisz, wymaluj – jego styl.

Zaktywizowałem świeżo nabytą komórkę i od razu nadałem do pani redaktor: „Czy pamięta Pani o poniedziałku? Pozdrawiam. Mistrz”. I od razu drganie komórki i muzyczny sygnał – znak, że jest odpowiedź: „Za chwilę zjadę z Kasprowego. Pamiętam i bardzo się cieszę. Matylda”. Matylda – powtórzyłem w myśli. Jednak znak bliskości. W poniedziałek, pojutrze.

No i przestraszyłem się: Henryka miała twarz wychudłą i tak siną, jakby powleczona była ciemnoniebieską farbą. Oczy zapadnięte, nieobecne, dwie ciemne studnie. Ta twarz, którą pamiętam jako okrągłą, lśniącą twarz zawsze pogodnej, zmysłowej, lubiącej sobie podjeść pani, teraz była podłużna. Domyślałem się diagnozy, ale nie zapytałem o nią. Wręczyłem gałązki białego bzu, ona po staremu zachwyciła się i powiedziała, niemal z uśmiechem:

– Pewnie cudownie pachną. Ale ja prawie nie czuję zapachów.

Chociaż wyrzekła się słodyczy i owoców („bez trudu – poinformowała mnie – już mi nie smakują”), chociaż sama już nie piła (ale na alkohol, usłyszałem, czasem miała ochotę), na stole znalazł się gorący placek ze śliwkami (wypiek własny) i karafka z wieloziołową nalewką.

– Chlapnij sobie, Jeff – zachęcała. – Nic się nie zmieniłeś! – podziwiała, na pewno po to, żeby sprawić mi przyjemność. – Naprawdę nic. Jak twoja Mirchon? Nie musisz odpowiadać. Widziałeś się z Luizą? Nie, nie odpowiadaj. Rozumiem, że przyszedłeś raczej wypytywać. A skoro cię przysłała Baśka, to idzie o Wiktora, zgadza się?

– Ukręcono łeb sprawie, przyznasz, że to podejrzane.

Rozglądałem się po obszernym pokoju, w którym pośród ciężkich, ale budzących podziw mebli, prawdziwych dzieł sztuki (simmler i biedermeier), ogniskowało się życie Henryki. Miała za sobą kilka małżeństw, zostały jej po nich przyjaźnie z panami, którzy ją opuścili (nigdy ona) – profesorowie dla studentek, redaktorzy dla poetek – ona, odpłakawszy, ile należy, wreszcie wybaczała, czas i samotność robiły swoje, przyjmowała u siebie dawnych mężów z młodymi żonami, te żony jakoś niezauważenie się starzały, najpierw traciły świeżość, potem wokół oczu wykwitały im kurze łapki, tu zmarszczki, tu fałdki, wypełniały się talie, rozrastały tyłki, zdobywcze i bezwzględne pantery babiały, przychodziły na ploty, zwierzenia, stawały się przyjaciółkami rozwiedzionej Henryki, już prawie rówieśnice, i zdarzało się, że profesor, który od niej zdezerterował, teraz wymykał się z przykładnie urządzonego domu, żeby porozmawiać z dawną żoną, tylko ona go rozumiała, co więcej: zauważał, że o pewnych sprawach tylko z nią może rozmawiać i właściwie nie wiadomo było, po co od niej odszedł, właściwie do kogo, no cóż, pomyłka, stało się, już tego nie cofniemy.

Kolacyjki u Henryki. Dwaj byli mężowie, a z nimi te nieświeże, paplające panie (obiekty ich szalonej miłości), Wiktor z Barbarą, czasem Amerykanin (czyli ja) z nudzącą się Luizą (zły syk: „po co mnie tu przyprowadziłeś?” – zadziwiające, że w takiej anielskiej buźce może się ukrywać tyle złości), jakieś dwie kuzynki, które pomagają przy stole, sąsiad z czwartego piętra – złota rączka, redaktorka wydawnictwa dla dzieci, w którym Henryka publikowała w dużych nakładach dydaktyczne biografie (Nansen, Korczak, Edison, Sempołowska – to ta przyjaciółka Katii Pieszkowej, pierwszej żony Gorkiego, obie zajmowały się jeńcami po wojnie polsko-bolszewickiej – no i w ten sposób przeskakuję do swoich zainteresowań). Wszystko smakowało, bo gospodyni zależało na tym, żeby smakowało. Niektórzy uważali, że otyłość Henryki, rozlewność jej biustu spowodowana była tym, że po aresztowaniu przez gestapo wywieziono ją do Ravensbrücku, poddawano jej kobiecość eksperymentom – „króliczek”, jak ona sama to nazywała, wspominając zresztą niechętnie i nic dziwnego – ale ja, obserwując jej radość życia, sposób, w jaki popatrywała na urodziwych mężczyzn, skłonny byłem wierzyć raczej w to, że jej tusza (która pewnym panom bardzo odpowiadała) brała się z niepohamowanego apetytu.

Teraz byliśmy tylko we dwoje i Henryka zaproponowała mi fotel z czasów Księstwa Warszawskiego, którym wyróżniała tylko ulubionych gości, przysunęła stoliczek z nalewką, sama nie siadała, dreptała po pokoju, stukając laską niby kosturem.

– Mieliśmy ze sobą romans – zaczęła. – Wiktor i ja.

– Jakoś mi to umknęło.

– Bo kiedy ty się pojawiłeś, było już po romansie. Zwolniłam go z seksualnej pańszczyzny – wiesz, to by już było bez sensu, był sporo młodszy ode mnie, w twoim wieku, a ja, co tu owijać w bawełnę, przestałam być kobietą. Po co mu taki grzyb? Bez sensu – powtórzyła. Po chwili: – Zawdzięczałam mu dużo… jak to powiedzieć? Dużo dobrych emocji. Tylko to się liczyło. Udana przeszłość. I on tu miał swoje miejsce. Chatę. Tu, u mnie, między tymi meblami.

– Chcesz powiedzieć…? – Nie dokończyłem.

– Tak, to właśnie chcę powiedzieć. Miał zapasowy klucz. Kiedy planował spotkanie, ja szykowałam termos z kawą, coś do przegryzienia – i ulatniałam się.

– Podziwiam – mruknąłem.

– Nie ma co podziwiać. Życie. (Gdzieś to już słyszałem, całkiem niedawno, takie ujęcie spraw: życie). Dzięki temu wiedziałam o nim więcej niż Baśka. Wiedziałam wszystko.

– O kobietach?

– Nie, nie mam na myśli kobiet. – Stuknęła laską w podłogę. – Nie, nie o kobietach. – Usiadła w fotelu obok mnie. – Czy mówi ci coś nazwisko Papierek? Pułkownik Papierek? Z kontrwywiadu.

Pokręciłem głową.

– Czyli Baśka o nim nie słyszała – stwierdziła nie bez satysfakcji.

– Papierek… Prawdziwe nazwisko?

– Wyobraź sobie, że prawdziwe. Kiedy przyszedł do Wiktora, można rzec, wdarł się, Baśka jeszcze spała, a on, ten pułkownik, przedstawił się, pokazał legitymację, ze zdjęciem. Antoni Papierek. Dla kontaktów kazał się nazywać „Antkiem”.

„Antek” – przypomniało mi się – wiem, o kogo chodzi: to był ten facet, który przez pewien czas nachodził Wiktora. On mi kiedyś o nim wspominał. Ze śmiechem, bo był zadowolony ze sposobu, w jaki go spławiał: „Zrobiłem go w konia”. Więcej ani słowa. I może lepiej: byłem obywatelem amerykańskim – dla nas obu wygoda, żebyśmy o tej sprawie za dużo nie wiedzieli. Ale Henrykę Wiktor wtajemniczał z dnia na dzień. Było to w połowie lat osiemdziesiątych, Wiktor złożył na policji (przepraszam, jeszcze ich nazywano milicją), złożył więc podanie o paszport, chciał jechać do Paryża, prywatnie, na zaproszenie kuzyna, mało mu dotąd znanego. Oni, ci ze służb specjalnych, takie zachcianki wykorzystywali, żeby naciskać na ludzi, przypomina Henryka. Były głuptasy, które dla paszportu czegoś się podejmowały. Raz taki wyjechał, a zostawała plama na całe życie. Niektórzy mogli być, oczywiście, zaszantażowani. Nie dam się zaszantażować, tak postanowił sobie Wiktor, nie są w stanie mi zaszkodzić. Bo jego romanse dla Barbary się nie liczyły – oni chyba o tym wiedzieli – trudno było się do niego dobrać, życie czyste, pracowite, a poza tym ten „Antek” – czy on taki delikatny był, czy też taką przyjął metodę – Wiktorowi okazywał szacunek i pobłażliwość. Może chciał w ten sposób wkraść się w zaufanie.

Spotkali się w kawiarni „Ujazdowskiej” – „w związku z pańskim podaniem o paszport”, wyjaśnił bez ogródek pan pułkownik. Herbata na koszt firmy. – Nie, nie, za siebie sam płacę. – Ale mowy nie ma, panie Blau, Polskę Ludową na to stać – ciasteczko? nie? Szkoda, dla mnie dwa pączki. Pierwsze spotkanie to było takie obmacywanie. Po co pan jedzie? Do kuzyna, chcemy się lepiej poznać. Zamożny? Myślę, że ma się nieźle, jubiler. A co pan myśli o tym? O tamtym? Czyta ich pan? Nie za bardzo, nie mam czasu, nie wszystko mnie interesuje. O to to, dobrze pan powiedział, interesujące to grunt, jak nieinteresujące, to szkoda czasu. Pan jest inteligentny człowiek, panie Blau, ludzie darzą pana szacunkiem, niech pan nie zaprzecza, ja wiem swoje. A niech pan powie, w tym Paryżu jest takie pismo „Kultura”, czytuje je pan? – Od czasu do czasu. – A gdzie? – pada pytanie, które pułkownik uważa za podchwytliwe. – W bibliotece naszego stowarzyszenia, my je dostajemy. – No pewnie – godzi się szybko towarzysz pułkownik. – A wie pan, niektórzy pańscy koledzy pisują tam pod pseudonimem; co pan na to? – To możliwe, czemu nie? Z takich spraw nikt się nie zwierza. – O to to. A niech pan powie, panie redaktorze, umiałby pan po stylu określić, kto jest autorem artykułu? – Pierwsza pułapka, zrozumiał Wiktor. Odpowiedział: – To niemożliwe. – Niemożliwe? Dlaczego? – Gdybym ja tam pisał, wcieliłbym się w czyjś styl, każdy z wybitnych pisarzy ma swoje ulubione powiedzonka, narowy, pan by myślał, że to Hemingway albo Sienkiewicz („no gdzie tam, skąd oni do nas?” – na to „Antek”), a to byłbym ja. – Ale pan tam nie pisze? – Czyżbym z panem o tym rozmawiał?

Wiktor myślał, że na tym indagacja się kończy, kiedy nagle usłyszał:

– To poproszę pana redaktora o spotkanie jutro o tej samej porze.

Całą noc nie spał. Ta pierwsza rozmowa to było tylko takie badanie: czy lojalny, czy spokojny, bo może wściekły. Bardzo chce do tego Paryża czy też sobie go odpuścił. Już wiedział, co nastąpi: zaproponują mu współpracę. Wciąż powtarzał sobie odpowiedź. Wiktor przekonywał Henrykę, że odmowa powinna być grzeczna. Im bardziej stanowcza, tym grzeczniejsza. Nie unosić się honorem, który obraża tamtych. Są zwolennicy innej postawy – traktować nagabywaczy jak folksdojczów, zdrajców – ale Wiktor należał do tych, którzy uważali, że po tamtej stronie też pracują ludzie, osobnicy na zwykłej (dla nich) posadzie, nie należy ich rozwścieczać, mogą się mścić. Wiedział, co powie, i to go uspokoiło.

– No to pojedzie pan do swojego kuzyna – zapewnił pułkownik. – Paszporcik będzie elegancki, że mucha nie siądzie. Na cztery miesiące, wystarczy? Jak trzeba, to pomożemy panu. – Na przykład jak? – zaciekawił się Wiktor. – No, jakieś pieniążki – powiedział pułkownik w cywilu – na przykład sto dolarów. – Ujawnił sumę i czekał na wrażenie. Wiktor opowiadał, że kosztowało go sporo wysiłku, by nie wybuchnąć śmiechem. Sto dolarów – mają zdrowie! – Przydadzą się tam panu – przekonywał pułkownik. – Ależ dziękuję, rozumiem, ale nie trzeba, będę w pełni zabezpieczony przez kuzyna. (I częściowo przez paryską „Kulturę”, należały mu się jakieś honoraria). – To w takim razie – mówi „Antek” – niech pan nam pomoże. – W czym? – zapytał Wiktor. – Jest tam w Paryżu taka dziennikarka żydowska, pani Liliana G., no, wie pan, emigrantka z sześćdziesiątego ósmego – to chcielibyśmy wiedzieć, co ta pani robi. – Tym razem jeszcze trudniej było zdusić śmiech. – Panie pułkowniku, panie pułkowniku – powtarzał prawie obrażony Wiktor. – Gdyby pan żądał, żebym dla pana spenetrował lotniska amerykańskie, to rozumiem! Ale co porabia stara Żydówka, która coś tam wystukuje dla gazety w jidysz na zdezelowanej maszynie? Pokażę panu coś. – Wiktor wyjął z bocznej kieszeni marynarki legitymację dziennikarską. To była odpowiedź, którą sobie przygotował. – Kiedy pan się u mnie pojawił, pokazał mi pan swoją legitymację; zdaje się, że nawet z pewną dumą. Ja wiem, że taka instytucja musi w państwie istnieć, pan wykonuje zadania wynikające ze swojej legitymacji – chociaż orientuje się pan chyba, że ja nie zgadzam się z zakresem waszej działalności. A oto moja legitymacja! – Wiktor otworzył ją i stuknął palcem. – I ja chcę robić tylko to, co wynika z tej legitymacji. Nic poza tym.

„Antek” udał zrozumienie. Przez chwilę jeszcze przekonywał Wiktora, jakim zagrożeniem dla Polski jest międzynarodowy syjonizm (i pani Liliana G.). – Pan nie wszystko wie, panie redaktorze. – Na co Wiktor: – A czy grozi nam desant Dajana w Gdyni? – Pułkownik niespodziewanie zaczyna się skarżyć: – No, widzi pan, jak to jest, jakie mamy trudności, a Polacy amerykańscy jak przyjeżdżają do nas, to chętnie dla CIA coś robią, mamy na to dowody. – Na co Wiktor bezczelnie: – Gdybym ja był Amerykaninem, a nie byłbym czarnoskórym islamistą, rozgoryczonym Latynosem czy komunistą, to kto wie… Ponieważ wiem, że CIA broni mojego amerykańskiego interesu. Ale pan przecież się nie łudzi, że ja uważam za pożyteczne to, co wy robicie! – Zdaje się, że mu zaimponowałem, chwalił się potem Wiktor.

– Dlaczego to ich tak interesowało? – spytałem. – Ta Liliana G., trzeciorzędna żydowska dziennikarka. Czy to jest zadanie dla szanującego się kontrwywiadu?

– Jeff, oni nic innego nie mieli do roboty! Poważnych zadań Rosjanie im nie powierzali, nie ufali im, i słusznie, dobrze wiedzieli, że każdą informację natychmiast sprzedadzą, bo niby co ich to mogło obchodzić. Zostawili im Żydów. Bawcie się z „syjonizmem”.

– Czy były jeszcze jakieś rozmowy? – spytałem.

– Jakieś nieoczekiwane wizyty. Po powrocie Wiktora z Paryża. „Antek” chciał koniecznie wiedzieć, czy Wiktorowi dobrze poszło. – A z Giedroyciem się pan widział? Pewnie mu się wydawało, kiedy o to pytał, że jest strasznie chytry. A Wiktor na to: – A wie pan, że nie; chociaż miałem straszną ochotę; bo mnie, jako dziennikarza, tacy ludzie jak Giedroyc ciekawią; no, ale skąd ja do niego? Kiedy jednak „Antek” znowu zadzwonił z prośbą o spotkanie, Wiktor miał już dość. – Panie pułkowniku – powiedział – pan jest człowiekiem bardzo miłym i ja chętnie będę z panem rozmawiać, jak pan przejdzie na emeryturę. – Teraz nie? – Nie! – W kilka dni później u Wiktora zrobiono rewizję – to na pewno była zemsta tego „miłego” człowieka.

– Czy gdyby pułkownik Papierek którejś soboty zadzwonił do drzwi, Wiktor by mu otworzył?

– Najprawdopodobniej.

– Czyli pułkownika można wpisać na listę podejrzanych?

– Tak, oczywiście. Ale nie wierzę, że to on. To nie z jego powodu ukręcono łeb sprawie.

– Dlaczego tak myślisz?

– Papierek to był funkcjonariusz na posadzie. Profesjonalista. Miał określone zadania. Zabijanie to nie mógł być jego resort. Jeff, tam musiało być coś bardziej nieczystego. Coś ciemnego.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Oko Dajana. Pingpongista Ja, deprawator Królewskie sny Błazen - wielki mąż Bruliony Profesora T. Powrót do bezsennych nocy 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 Nie otwieraj oczu Czapkins Siostry Alienista Zamęt