Naznaczeni. Mroczna strona

Naznaczeni. Mroczna strona

Autorzy: Jennifer Lynn Barnes

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Kryminał / sensacja

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 384

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 28.62 zł

"Żadne z nas nie miało normalnego dzieciństwa. Inaczej nie bylibyśmy Naznaczeni" Cassie ma 17 lat i niezwykły talent do wnikania w ludzkie umysły. Dzięki niemu dołączyła do elitarnego programu FBI, gdzie wraz z czwórką pozostałych uczestników rozwiązuje sprawy kryminalne z przeszłości. Michael odczytuje emocje z twarzy równie łatwo, jak reszta ludzi czyta nagłówki w gazetach. Sloane potrafi analizować dane lepiej niż niejeden komputer. Lia to chodzący wykrywacz kłamstw a Dean rozumie morderców lepiej niż ktokolwiek inny. Ale kiedy dochodzi do kolejnej zbrodni, chłopak nie chce mieć ze sprawą nic wspólnego. Morderca traktuje swoje ofiary w taki sposób, jak robi ł to kiedyś ojciec Deana ... Zaczyna się śmiertelna gra. Czy Cassie uda się pomóc chłopakowi? Czy uczucie, które się między nimi pojawia nie skomplikuje sprawy? Czy Naznaczonym uda się uciec przed psychopatycznym mordercą? Drugi tom przygód Naznaczonych to błyskotliwy thriller, który wciąga od pierwszych stron. Nie zaśniesz, zanim nie przeczytasz do końca.

Ty­tuł ory­gi­nal­ny: The Kil­ler In­stinct

Au­tor: Jen­ni­fer Lynn Bar­nes

Tłu­ma­cze­nie: Piotr Za­wa­da

Re­dak­cja: MP

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Skład: Ro­bert Ku­pisz

Zdję­cia: Shut­ter­stock.com

Ad­ap­ta­cja okład­ki: Da­ria Mel­ler

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

All ri­ghts re­se­rved. No part of this book may be re­pro­du­ced or trans­mit­ted in any form or by any me­ans, elec­tro­nic or me­cha­ni­cal, in­c­lu­ding pho­to­co­py­ing, re­cor­ding, or by any in­for­ma­tion sto­ra­ge and re­trie­val sys­tem, wi­tho­ut writ­ten per­mis­sion from the pu­bli­sher.

Biel­sko-Bia­ła 2016

Co­py­ri­ght © 2014 by Jen­ni­fer Lynn Bar­nes. Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ma­ca­da­mia Li­te­ra­ry Agen­cy and Cur­tis Brown, Ltd.

The mo­ral ri­ghts of the au­thor have been as­ser­ted.

Co­py­ri­ght for this edi­tion © Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ori­gi­nal co­ver de­sign by Mar­ci Sen­ders

Wy­daw­nic­two Pas­cal Spół­ka z o.o.

43-382 Biel­sko-Bia­ła

ul. Za­po­ra 25

tel. 338282828, faks 338282829

pas­cal@pas­cal.pl, www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-7642-919-9

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Dla „agent­ki spe­cjal­nej” Eli­za­beth Har­ding.

Dzię­ki za wszyst­ko.

ROZDZIAŁ 1

Więk­szość upro­wa­dzo­nych dzie­ci umie­ra w cią­gu trzech pierw­szych go­dzin od po­rwa­nia. Do­kład­ne dane zna­łam dzię­ki mo­jej współ­lo­ka­tor­ce, cho­dzą­cej en­cy­klo­pe­dii, spe­cja­list­ki od sta­ty­styk i praw­do­po­do­bieństw. Wie­dzia­łam, że w mia­rę jak go­dzi­ny prze­cho­dzi­ły w dni, a dni w ty­go­dnie, szan­se na od­na­le­zie­nie po­rwa­ne­go ma­la­ły do tego stop­nia, że FBI mu­sia­ło w koń­cu wy­co­fy­wać lu­dzi ze śledz­twa.

Wie­dzia­łam, że gdy spra­wa zo­sta­je ozna­czo­na jako nie­wy­ja­śnio­na i tra­fia do nas, wte­dy już trze­ba szu­kać cia­ła, a nie dziew­czyn­ki.

Ale…

Mac­ken­zie McBri­de mia­ła sześć lat.

Jej ulu­bio­nym ko­lo­rem był fio­le­to­wy.

Chcia­ła zo­stać „gwiaz­dą we­te­ry­na­rii”.

Nie moż­na prze­stać szu­kać ta­kie­go dziec­ka. Nie da się po­rzu­cić na­dziei, na­wet gdy­by się pró­bo­wa­ło.

– Wy­glą­dasz, jak­byś po­trze­bo­wa­ła się ro­ze­rwać. Albo ra­czej upić. – Mi­cha­el Town­send roz­siadł się przy mnie na ka­na­pie i roz­pro­sto­wał kon­tu­zjo­wa­ną nogę.

– Wszyst­ko okej – od­po­wie­dzia­łam.

Mi­cha­el prych­nął.

– Ką­ci­ki ust masz skie­ro­wa­ne do góry, ale cała resz­ta twa­rzy usi­łu­je z tym wal­czyć. Jak­by pró­ba uśmie­chu mia­ła za­mie­nić się w płacz.

To wła­śnie mi­nus przy­stą­pie­nia do pro­gra­mu. Na­zna­cze­ni bra­li w nim udział, po­nie­waż do­strze­ga­li wię­cej niż inni. Mi­cha­el od­czy­ty­wał emo­cje z twa­rzy rów­nie ła­two, jak resz­ta lu­dzi czy­ta­ła na­głów­ki ga­zet.

Na­chy­lił się w moją stro­nę.

– Ko­lo­ra­do, po­wiedz tyl­ko sło­wo, a wspa­nia­ło­myśl­nie po­mo­gę ci się ro­ze­rwać.

Ostat­nim ra­zem, gdy Mi­cha­el za­pro­po­no­wał, że po­mo­że mi się ro­ze­rwać, spę­dzi­li­śmy pół go­dzi­ny na wy­sa­dza­niu róż­nych rze­czy, ukra­dli­śmy agent­ce FBI pen­dri­ve’a i zła­ma­li­śmy jego za­bez­pie­cze­nia.

Wła­ści­wie, for­mal­nie rzecz bio­rąc, to Slo­ane zła­ma­ła za­bez­pie­cze­nia, ale Mi­cha­el i ja też ma­cza­li­śmy w tym pal­ce.

– Żad­nych roz­ry­wek – od­po­wie­dzia­łam sta­now­czo.

– Na pew­no? – za­py­tał Mi­cha­el. – W ro­lach głów­nych wy­stą­pią ga­la­ret­ka, Lia oraz ze­msta, o któ­rą ta dziew­czy­na się pro­si.

Nie chcia­łam wie­dzieć, co ta­kie­go zro­bił nasz miej­sco­wy wy­kry­wacz kłamstw, żeby spro­wo­ko­wać ze­mstę, któ­rej istot­nym ele­men­tem mia­ła być ga­la­ret­ka. Wziąw­szy pod uwa­gę oso­bo­wość Lii i jej prze­szłość z Mi­cha­elem, moż­li­wo­ści mo­gła­bym mno­żyć w nie­skoń­czo­ność.

– Zda­jesz so­bie spra­wę, że ro­bie­nie so­bie jaj z Lii nie skoń­czy się do­brze.

– Zde­cy­do­wa­nie – od­po­wie­dział Mi­cha­el. – Gdy­by tyl­ko nie cią­żył mi tak bar­dzo zdro­wy roz­są­dek i in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy.

Mi­cha­el jeź­dził jak wa­riat i miał w no­sie wszel­kie za­sa­dy. Sześć ty­go­dni wcze­śniej śle­dził mnie po tym, jak wy­szłam nie­ocze­ki­wa­nie z domu. Do­sko­na­le wie­dział, że by­łam źró­dłem ob­se­sji se­ryj­ne­go mor­der­cy, i zo­stał przez to po­strze­lo­ny.

Dwu­krot­nie.

In­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy nie był jego moc­ną stro­ną.

– A je­śli my­li­my się co do tej spra­wy? – za­py­ta­łam. Moje my­śli ze­szły z Mi­cha­ela na Mac­ken­zie. Z wy­da­rzeń sprzed ośmiu ty­go­dni na bie­żą­ce dzia­ła­nia agen­ta Brig-gsa i jego ze­spo­łu.

– Nie my­li­my się – od­po­wie­dział ła­god­nie Mi­cha­el.

Niech za­dzwo­ni te­le­fon, po­my­śla­łam. Niech za­dzwo­ni Briggs i przy­zna, że tym ra­zem mia­łam ra­cję.

Gdy agent Briggs prze­ka­zał mi akta ze spra­wą Mac­ken­zie McBri­de, za­czę­łam pra­cę od usta­le­nia pro­fi­lu po­dej­rza­ne­go. Był nim wię­zień na zwol­nie­niu wa­run­ko­wym, któ­ry znik­nął pra­wie w tym sa­mym cza­sie co Mac­ken­zie. Zdol­no­ści Mi­cha­ela ogra­ni­cza­ją się do czy­ta­nia z wy­ra­zu twa­rzy i mowy cia­ła. Ze mną jest ina­czej: naj­pierw zwra­cam uwa­gę na kil­ka szcze­gó­łów, a po­tem po­tra­fię wejść do czy­je­goś umy­słu i wy­obra­zić so­bie, jak to jest być tym kimś, pra­gnąć tych sa­mych rze­czy i to samo ro­bić.

Za­cho­wa­nie. Oso­bo­wość. Śro­do­wi­sko.

Po­dej­rza­ny w spra­wie Mac­ken­zie nie umiał­by tak za­pla­no­wać po­rwa­nia. Coś mi w tym nie pa­so­wa­ło.

Do­kład­nie przej­rza­łam pli­ki w po­szu­ki­wa­niu ko­goś, kto pa­so­wał­by do pro­fi­lu. Mło­dy. Męż­czy­zna. In­te­li­gent­ny. Sta­ran­ny. Na wpół wy­bła­ga­łam, na wpół zmu­si­łam Lię, żeby obej­rza­ła wszyst­kie na­gra­nia zwią­za­ne ze spra­wą: ze­zna­nia świad­ków, prze­słu­cha­nia i prze­pro­wa­dzo­ne roz­mo­wy. Li­czy­łam na to, że wy­ła­pie ja­kieś kłam­stwo. I w koń­cu jej się uda­ło. Ad­wo­kat McBri­de’ów wy­gło­sił oświad­cze­nie dla pra­sy w imie­niu swo­ich klien­tów. Dla mnie wy­glą­da­ło zwy­czaj­nie, ale dla Lii kłam­stwa były tak wy­raź­ne jak fał­sze dla ko­goś ze słu­chem ab­so­lut­nym.

„Nikt nie może zro­zu­mieć tra­ge­dii ta­kiej jak ta”.

Praw­nik był mło­dym męż­czy­zną, in­te­li­gent­nym, sta­ran­nym – i kła­mał, gdy wy­ma­wiał te sło­wa. Ist­nia­ła tyl­ko jed­na oso­ba, któ­ra ro­zu­mia­ła to, co się sta­ło. Któ­ra nie uwa­ża­ła, że to tra­ge­dia.

Ten, kto upro­wa­dził Mac­ken­zie.

We­dług Mi­cha­ela praw­nik McBri­de’ów eks­cy­to­wał się na samo wspo­mnie­nie imie­nia dziew­czyn­ki. Mia­łam na­dzie­ję, że ozna­cza to szan­sę – jak­kol­wiek małą – że prze­trzy­my­wał ją żywą. Jako do­wód na to, że jest więk­szy, lep­szy i spryt­niej­szy od FBI.

– Cas­sie. – Dean Red­ding wpadł do po­ko­ju tak na­gle, że aż ści­snę­ło mnie w pier­si. Dean prze­waż­nie był spo­koj­ny i za­mknię­ty w so­bie. Pra­wie ni­g­dy nie pod­no­sił gło­su.

– Dean?

– Zna­leź­li ją – oznaj­mił. – Zna­leź­li ją na jego po­se­sji, do­kład­nie tam, gdzie wska­za­ła Slo­ane. Żywą.

Pod­sko­czy­łam, czu­jąc, jak puls dud­ni mi w uszach, nie­pew­na, czy się roz­pła­czę, zwy­mio­tu­ję, czy za­cznę wrzesz­czeć. Dean się uśmiech­nął. Żad­nym tam pół­u­śmiesz­kiem czy gry­ma­sem. Roz­pro­mie­nił się, co kom­plet­nie go prze­obra­zi­ło. Cze­ko­la­do­wo­brą­zo­we oczy po­bły­ski­wa­ły spod blond wło­sów bez­u­stan­nie za­sła­nia­ją­cych mu twarz. Na jed­nym z jego po­licz­ków po­ja­wił się do­łe­czek, któ­re­go ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam.

Rzu­ci­łam mu się na szy­ję. Chwi­lę póź­niej uwol­ni­łam się z jego uści­sku i przy­pa­dłam do Mi­cha­ela, a on zła­pał mnie i krzyk­nął z ra­do­ści. Dean usiadł na pod­ło­kiet­ni­ku ka­na­py. By­łam ni­czym klin po­mię­dzy nimi, czu­łam cie­pło dwóch ciał, a je­dy­ne, o czym my­śla­łam, to Mac­ken­zie, któ­ra mo­gła wró­cić do domu.

– Czy to za­mknię­ta im­pre­za, czy moż­na się do­łą­czyć?

Cała na­sza trój­ka od­wró­ci­ła się w kie­run­ku Lii, któ­ra sta­nę­ła w drzwiach. Od czub­ka gło­wy po ko­niusz­ki pal­ców była ubra­na na czar­no, je­dy­nie na szyi mia­ła schlud­nie za­wią­za­ny bia­ły je­dwab­ny szal. Unio­sła brew na nasz wi­dok. Była spo­koj­na, opa­no­wa­na i skłon­na do kpin.

– Sama przy­znaj – po­wie­dział Mi­cha­el. – Cie­szysz się ra­zem z nami.

Lia ob­rzu­ci­ła spoj­rze­niem ko­lej­no mnie, Mi­cha­ela i De­ana.

– Szcze­rze – za­czę­ła – to chy­ba nikt w tej chwi­li nie cie­szy się tak jak Cas­sie.

Igno­ro­wa­nie dwu­znacz­nych przy­ty­ków Lii szło mi co­raz le­piej, ale ten tra­fił w samo sed­no. Ob­la­łam się ru­mień­cem, ści­śnię­ta po­mię­dzy Mi­cha­elem i De­anem. Nie mia­łam za­mia­ru cią­gnąć tego te­ma­tu ani po­zwo­lić Lii ze­psuć chwi­lę.

Dean wstał i z po­nu­rym wy­ra­zem twa­rzy ru­szył w stro­nę Lii. Przez mo­ment wy­da­wa­ło mi się, że po­wie jej coś na te­mat bu­rze­nia na­stro­ju, ale nie – po pro­stu chwy­cił ją i prze­rzu­cił przez ra­mię.

– Hej! – za­pro­te­sto­wa­ła.

Dean się uśmiech­nął, po­sa­dził ją obok Mi­cha­ela i mnie, a sam za­jął miej­sce na brze­gu ka­na­py, jak­by nic się nie sta­ło. Kie­dy Lia spoj­rza­ła krzy­wo na Mi­cha­ela, on tyl­ko do­tknął jej po­licz­ka i po­wtó­rzył:

– Sama przy­znaj. Cie­szysz się ra­zem z nami.

Lia za­rzu­ci­ła wło­sy na ra­mię i wbi­ła wzrok przed sie­bie, uni­ka­jąc spo­glą­da­nia ko­mu­kol­wiek w oczy.

– Mała dziew­czyn­ka wra­ca do domu – po­wie­dzia­ła. – Dzię­ki nam. Oczy­wi­ście, że się cie­szę ra­zem z wami.

– Bio­rąc pod uwa­gę róż­ne po­zio­my se­ro­to­ni­ny, praw­do­po­do­bień­stwo, że każ­de z czte­rech osób bę­dzie do­świad­czać w tej sa­mej chwi­li jed­na­ko­wej ra­do­ści, jest cał­kiem…

– Slo­ane – rzu­cił Mi­cha­el bez od­wra­ca­nia się. – Je­śli nie do­koń­czysz tego zda­nia, w przy­szło­ści cze­ka cię fi­li­żan­ka świe­żo mie­lo­nej kawy.

– W naj­bliż­szej przy­szło­ści? – za­py­ta­ła po­dejrz­li­wie. Mi­cha­el od daw­na ogra­ni­czał Slo­ane spo­ży­wa­nie ko­fe­iny.

Ra­zem z Mi­cha­elem i Lią spoj­rza­łam na De­ana. Bez sło­wa wstał, pod­szedł do Slo­ane i po­trak­to­wał ją tak, jak przed chwi­lą Lię. Gdy de­li­kat­nie po­sa­dził mi ją na ko­la­nach, za­śmia­łam się i pra­wie ru­nę­łam na pod­ło­gę, ale Lia w porę zła­pa­ła mnie za koł­nierz.

Uda­ło się nam, po­my­śla­łam, gdy ra­zem z Mi­cha­elem, Lią i Slo­ane prze­py­cha­li­śmy się łok­cia­mi, a Dean przy­glą­dał się temu z bez­piecz­nej od­le­gło­ści. Mac­ken­zie nie tra­fi do ar­chi­wum. Nie zo­sta­nie za­po­mnia­na.

Dzię­ki nam Mac­ken­zie McBri­de bę­dzie mia­ła szan­sę do­ro­snąć.

– Kto uwa­ża – za­czę­ła Lia z peł­nym zde­cy­do­wa­nia szel­mow­skim bły­skiem w oku – że po­win­ni­śmy to uczcić?

ROZDZIAŁ 2

Był póź­ny wrze­sień, czu­ło się już ostat­nie tchnie­nie lata. Gdy za­szło słoń­ce, lek­ki chłód prze­nik­nął do ogro­du za do­mem, ale na­sza upo­jo­na suk­ce­sem piąt­ka pra­wie tego nie od­czu­ła. Lia wy­bra­ła mu­zy­kę. Mia­ro­wy rytm li­nii basu za­głu­szał od­gło­sy ma­łe­go mia­stecz­ka Qu­an­ti­co w Vir­gi­nii.

Do­pó­ki nie do­łą­czy­łam do pro­gra­mu na­zna­czo­nych, wła­ści­wie ni­g­dy nie czu­łam, że­bym gdzieś przy­na­le­ża­ła, ale przez tę chwi­lę, w tym mo­men­cie, tego wie­czo­ru nic in­ne­go się nie li­czy­ło.

Ani znik­nię­cie mo­jej mat­ki i jej rze­ko­me mor­der­stwo.

Ani zwło­ki, któ­re za­czę­ły się pię­trzyć wo­kół mnie, gdy przy­sta­łam na pra­cę dla FBI.

Przez tę chwi­lę, w tym mo­men­cie, tego wie­czo­ru by­łam nie­zwy­cię­żo­na i po­tęż­na. By­łam też czę­ścią cze­goś.

Lia zła­pa­ła mnie za rękę i prze­pro­wa­dzi­ła z gan­ka na traw­nik. Po­ru­sza­ła się z gra­cją, do­sko­na­le, płyn­nie, jak­by uro­dzi­ła się pod­czas tań­ca.

– Choć raz w swo­im ży­ciu – na­ka­za­ła – od­puść so­bie.

Kiep­ska ze mnie tan­cer­ka, ale ja­kimś spo­so­bem za­czę­łam ko­ły­sać bio­dra­mi do ryt­mu.

– Slo­ane! – krzyk­nę­ła Lia. – Rusz no tu swój za­dek!

Slo­ane, któ­ra zdą­ży­ła już ode­brać obie­ca­ną fi­li­żan­kę kawy, pod­bie­gła do nas w pod­sko­kach. Szyb­ko sta­ło się ja­sne, że ta­niec w jej ro­zu­mie­niu ozna­czał dużą licz­bę pod­sko­ków oraz od cza­su do cza­su roz­po­ście­ra­nie rąk i ma­cha­nie pal­ca­mi. Z sze­ro­kim uśmie­chem za­prze­sta­łam prób na­śla­do­wa­nia zmy­sło­wych ru­chów Lii na rzecz po­dej­ścia Slo­ane: pod­sko­ki, po­ru­sza­nie pal­ca­mi, pod­sko­ki.

Lia spoj­rza­ła na nas z kon­ster­na­cją i zwró­ci­ła się do chło­pa­ków po wspar­cie.

– Nie – od­po­wie­dział zdaw­ko­wo Dean. – Za­po­mnij. – Zro­bi­ło się na tyle ciem­no, że bę­dąc po dru­giej stro­nie traw­ni­ka, nie mo­głam do­kład­nie doj­rzeć wy­ra­zu jego twa­rzy, ale by­łam pew­na, że za­ci­skał zęby. – Ja nie tań­czę – wy­ja­śnił.

Mi­cha­el nie miał ta­kich opo­rów i do nas do­łą­czył. Ku­lał, ale ja­koś da­wał radę, pod­ska­ku­jąc na jed­nej no­dze.

Lia wy­wró­ci­ła ocza­mi.

– Je­steś bez­na­dziej­ny – za­ko­mu­ni­ko­wa­ła.

Mi­cha­el wzru­szył ra­mio­na­mi, po czym roz­po­starł ręce i za­ma­chał pal­ca­mi.

– To je­den z wie­lu mo­ich ta­len­tów.

Lia za­rzu­ci­ła mu ra­mio­na na szy­ję i tań­cząc, przy­su­nę­ła się do nie­go. Mi­cha­el uniósł brwi, ale się nie od­su­nął. Wy­glą­dał na roz­ba­wio­ne­go.

Cza­sem ra­zem, cza­sem osob­no. Żo­łą­dek gwał­tow­nie mi się ści­snął. Od kie­dy ich znam, Lia i Mi­cha­el nie byli parą ani przez chwi­lę. Mu­sia­łam upo­mnieć samą sie­bie, że to nie moja spra­wa. Lia i Mi­cha­el mogą ro­bić, co im się żyw­nie po­do­ba.

Mi­cha­el za­uwa­żył, że się na nich ga­pię. Ze­ska­no­wał mi twarz, zu­peł­nie jak­by prze­glą­dał książ­kę. Uśmiech­nął się i po­wo­li, roz­myśl­nie pu­ścił do mnie oczko.

Tań­czą­ca obok Slo­ane spoj­rza­ła ko­lej­no na Mi­cha­ela, Lię i De­ana, za­nim przy­su­nę­ła się ta­necz­ny­mi pod­sko­ka­mi w moją stro­nę.

– Ist­nie­je czter­dzie­ści pro­cent szans, że to się skoń­czy obi­ciem czy­jejś twa­rzy – wy­szep­ta­ła.

– No chodź, De­an­ciu! – za­wo­ła­ła Lia. – Do­łącz do nas. – Sło­wa te były po czę­ści za­pro­sze­niem, po czę­ści wy­zwa­niem. Cia­ło Mi­cha­ela po­ru­sza­ło się w rytm ru­chów Lii i na­gle zro­zu­mia­łam, że ona nie od­sta­wia­ła tej szop­ki ani dla mnie, ani dla Mi­cha­ela. Zbli­ży­ła się do nie­go wy­łącz­nie po to, by wku­rzyć De­ana.

I uda­ło jej się, są­dząc po jego spoj­rze­niu.

– Wiesz, co ro­bić – pod­kpi­wa­ła so­bie. Ob­ró­ci­ła się w tań­cu ple­ca­mi do Mi­cha­ela, a on oto­czył ją ra­mio­na­mi.

Pierw­szy­mi re­kru­ta­mi pro­gra­mu byli Dean i Lia, przez lata tyl­ko we dwo­je. Lia po­wie­dzia­ła mi kie­dyś, że Dean jest dla niej jak brat – i w każ­dym calu wy­glą­dał te­raz na na­do­pie­kuń­cze­go star­sze­go bra­ta.

Mi­cha­el lubi wku­rzać De­ana. Nie było co do tego wąt­pli­wo­ści. Lia lubi dro­czyć się z De­anem. A Dean…

Mi­cha­el prze­su­nął rękę wzdłuż ra­mie­nia Lii, na co Dean za­zgrzy­tał zę­ba­mi. Slo­ane mia­ła ra­cję. By­li­śmy o je­den nie­wła­ści­wy krok od bój­ki. Mi­cha­el pew­nie uwa­żał to za bu­do­wa­nie wię­zi.

– Chodź, Dean – po­wie­dzia­łam, ubie­ga­jąc Lię, za­nim po­wie­dzia­ła­by coś pro­wo­ku­ją­ce­go. – Nie mu­sisz tań­czyć. Po pro­stu po­martw się do ryt­mu mu­zy­ki.

To go roz­ba­wi­ło. Uśmiech­nę­łam się. Mi­cha­el roz­luź­nił uścisk i od­su­nął się od Lii.

– Za­tań­czy­my, Ko­lo­ra­do? – Chwy­cił mnie za rękę i za­krę­cił mną. Lia zmru­ży­ła oczy, ale szyb­ko od­ku­ła się, ła­piąc Slo­ane w pa­sie. Pró­bo­wa­ła przy­mu­sić ją do cze­goś, co przy­po­mi­na­ło­by praw­dzi­wy ta­niec.

– Nie je­steś ze mną szczę­śli­wa – oznaj­mił Mi­cha­el, gdy znów ob­ró­ci­łam się w jego stro­nę.

– Nie lu­bię po­gry­wa­nia.

– Nie po­gry­wa­łem z tobą – po­wie­dział Mi­cha­el, ob­ra­ca­jąc mnie po raz dru­gi. – A dla two­jej in­for­ma­cji, to nie po­gry­wa­łem też z Lią.

Spoj­rza­łam na nie­go.

– Pro­wo­ku­jesz De­ana.

Mi­cha­el wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Każ­dy ma ja­kieś hob­by.

Dean zo­stał na skra­ju traw­ni­ka, ale czu­łam na so­bie jego spoj­rze­nie.

Mi­cha­el prze­chy­lił gło­wę i do­dał:

– Uno­sisz ką­ci­ki ust, ale czo­ło ci się marsz­czy.

Od­wró­ci­łam się. Pół­to­ra mie­sią­ca wcze­śniej Mi­cha­el po­pro­sił mnie, że­bym się zo­rien­to­wa­ła, co czu­ję do nie­go – i do De­ana. Sta­ra­łam się, jak mo­głam, żeby o tym nie my­śleć, żeby nie po­zwo­lić so­bie czuć cze­go­kol­wiek do żad­ne­go z nich, po­nie­waż gdy­bym tyl­ko coś po­czu­ła – co­kol­wiek – Mi­cha­el za­raz by to za­uwa­żył. Do­tych­czas ja­koś ra­dzi­łam so­bie bez chło­pa­ków. Nie po­trze­bo­wa­łam ich, na pew­no nie do tego stop­nia, w ja­kim po­trze­bo­wa­łam być czę­ścią cze­goś. Za­le­ża­ło mi na nich wszyst­kich. Nie są­dzi­łam, że kie­dy­kol­wiek będę to jesz­cze czuć. I nie cho­dzi­ło tyl­ko o Mi­cha­ela czy De­ana, ale też o Slo­ane, a na­wet Lię. Przy­na­le­ża­łam tu. Nie przy­na­le­ża­łam ni­g­dzie przez bar­dzo dłu­gi czas.

Może ni­g­dy.

Nie mo­głam tego schrza­nić.

– Je­steś pew­ny, że nie dasz się na­mó­wić na ta­niec? – Lia krzyk­nę­ła do De­ana.

– Tak.

– Cóż, w ta­kim ra­zie… – We­pchnę­ła się po­mię­dzy Mi­cha­ela i mnie i wkrót­ce to ja tań­czy­łam ze Slo­ane. Lia rzu­ci­ła Mi­cha­elo­wi spoj­rze­nie spod ob­fi­cie po­ma­lo­wa­nych rzęs i przy­ło­ży­ła mu dło­nie do pier­si.

– Po­wiedz mi, Town­send – wy­mru­cza­ła. – Czy to twój szczę­śli­wy dzień?

To nie wró­ży­ło do­brze.

ROZDZIAŁ 3

Byłam ugo­to­wa­na. Bez po­mo­cy, bez szans. Kil­ka se­kund od ka­ta­stro­fy – i nie mo­głam zro­bić z tym ab­so­lut­nie nic.

– Two­je trzy i pod­bi­jam o dwa. – Mi­cha­el uśmiech­nął się po­gar­dli­wie. Gdy­bym umia­ła od­czy­ty­wać emo­cje, mo­gła­bym stwier­dzić, czy ten jego uśmie­szek ozna­cza, że ma świet­ne kar­ty i po­da­je mi na tacy moją wła­sną zgu­bę, czy szcze­rzy się dla­te­go, że nie mogę po­znać, czy ble­fu­je. Nie­ste­ty, le­piej niż od­czy­ty­wa­nie wy­ra­zu twa­rzy szło mi roz­po­zna­wa­nie ludz­kich oso­bo­wo­ści i kie­ru­ją­cych nimi po­bu­dek.

Do za­no­to­wa­nia. Ni­g­dy nie grać w po­ke­ra z na­zna­czo­ny­mi.

– Wcho­dzę. – Lia za­wi­nę­ła swój błysz­czą­cy czar­ny ku­cyk wo­kół pal­ca wska­zu­ją­ce­go i wy­ło­ży­ła na śro­dek sto­łu wy­ma­ga­ną ilość cia­ste­czek oreo. Bio­rąc pod uwa­gę, że jej spe­cjal­no­ścią było wy­kry­wa­nie kłamstw, ode­bra­łam to jako znak, że ist­nie­je cał­kiem spo­ra szan­sa, że Mi­cha­el ble­fu­je.

Je­dy­nym pro­ble­mem po­zo­sta­wał fakt, że nie mia­łam po­ję­cia, czy te­raz Lia nie pró­bu­je nas zwieść.

Slo­ane przy­pa­try­wa­ła się wszyst­kie­mu zza ist­nej góry oreo.

– Pas – po­wie­dzia­ła. – Bio­rę rów­nież pod uwa­gę zje­dze­nie czę­ści mo­ich że­to­nów. Mo­że­my usta­lić, że oreo bez kre­mu jest war­te dwie trze­cie war­to­ści pod­sta­wo­wej?

– Po pro­stu je zjedz – po­wie­dzia­łam, pa­trząc tę­sk­nie na jej stos i żar­tu­jąc tyl­ko po­ło­wicz­nie. – Masz duży za­pas.

Slo­ane uro­dzi­ła się i wy­cho­wa­ła w Las Ve­gas. Li­czy­ła kar­ty od chwi­li, gdy w ogó­le na­uczy­ła się li­czyć. Pa­so­wa­ła śred­nio co trze­cie roz­da­nie, ale wy­gra­ła każ­de, w któ­re we­szła.

– Ko­muś tu nie idzie – oznaj­mi­ła Lia, wska­zu­jąc pal­cem w moją stro­nę. Po­ka­za­łam jej ję­zyk.

Ko­muś zo­sta­ły tyl­ko dwa orea.

– Wcho­dzę. – Wes­tchnę­łam, prze­su­wa­jąc oby­dwa cia­stecz­ka do puli. Nie było sen­su prze­cią­gać tego, co i tak mia­ło się wy­da­rzyć. Mia­ła­bym prze­wa­gę, gdy­bym gra­ła z nie­zna­jo­my­mi. Mo­gła­bym spoj­rzeć na czy­jeś ubra­nie i po­sta­wę i od razu bym wie­dzia­ła, jak bar­dzo ktoś jest skłon­ny do po­dej­mo­wa­nia ry­zy­ka, czy ble­fu­je po kry­jo­mu, czy robi z tego całą sce­nę. Nie­ste­ty, nie gra­łam z nie­zna­jo­my­mi, a umie­jęt­ność od­czy­ty­wa­nia oso­bo­wo­ści ob­cych lu­dzi nie była zbyt­nio przy­dat­na w gru­pie osób, któ­re się już zna­ło.

– A ty, Red­ding? Wcho­dzisz czy nie? – Mi­cha­el wy­po­wie­dział to jak wy­zwa­nie.

Po­my­śla­łam, że może Lii nie uda­ło się go przej­rzeć. Może Mi­cha­el nie ble­fo­wał. Nie spo­dzie­wa­łam się, że wy­zy­wał­by De­ana, gdy­by nie był pew­ny wy­gra­nej.

– Wcho­dzę – od­po­wie­dział Dean. – Za wszyst­ko. – Prze­su­nął do puli pięć cia­ste­czek i uniósł brwi, pa­trząc na Mi­cha­ela i ide­al­nie na­śla­du­jąc jego wy­raz twa­rzy.

Mi­cha­el wy­rów­nał staw­kę. Lia rów­nież. Moja ko­lej.

– Skoń­czy­ły mi się cia­stecz­ka – oznaj­mi­łam.

– By­ła­bym skłon­na usta­lić nie­znacz­ną sto­pę pro­cen­to­wą – rzu­ci­ła Slo­ane i po­wró­ci­ła do po­zba­wia­nia cia­ste­czek na­dzie­nia.

– Mam po­mysł – ob­wie­ści­ła Lia nie­win­nym to­nem, któ­ry na­tych­miast uzna­łam za zwia­stun kło­po­tów. – Za­wsze mo­że­my przejść na na­stęp­ny po­ziom.

Ścią­gnę­ła z szyi bia­łą chu­s­tę i rzu­ci­ła ją mnie. Jej dło­nie po­wę­dro­wa­ły do dołu ko­szul­ki na ra­miącz­kach, któ­rą mia­ła na so­bie, po czym unio­sła ją wy­star­cza­ją­co wy­so­ko, żeby nie po­zo­sta­wić wąt­pli­wo­ści co do tego, jak miał wy­glą­dać na­stęp­ny po­ziom.

– Zgod­nie z moją wie­dzą re­gu­ły roz­bie­ra­ne­go po­ke­ra ja­sno okre­śla­ją, że wy­łącz­nie prze­gry­wa­ją­cy zo­bo­wią­za­ny jest do zdej­mo­wa­nia ubrań – wtrą­ci­ła Slo­ane. – Nikt jesz­cze nie prze­grał, ergo…

– Na­zwij to prze­ja­wem so­li­dar­no­ści – oznaj­mi­ła Lia, uno­sząc bluz­kę jesz­cze wy­żej. – Cas­sie pra­wie skoń­czy­ły się że­to­ny.

– Lia. – De­ano­wi się to nie po­do­ba­ło.

– No co ty, Dean. – Wy­dę­ła usta w prze­sad­nym gry­ma­sie. – Wy­lu­zuj. Do­ko­ła sami swoi.

Po tych sło­wach, zdję­ła swo­ją ko­szul­kę. Mia­ła na so­bie górę od bi­ki­ni. Sta­ło się ja­sne, że to za­pla­no­wa­ła.

– Pod­bi­jam staw­kę – zwró­ci­ła się do mnie.

Nie mia­łam na so­bie ko­stiu­mu ką­pie­lo­we­go, więc nie było mowy o zdej­mo­wa­niu ko­szul­ki. Po­wo­li ścią­gnę­łam pa­sek.

– Slo­ane? – Lia zwró­ci­ła się do niej w na­stęp­nej ko­lej­no­ści. Slo­ane wbi­ła wzrok w Lię. Za­ru­mie­ni­ła się.

– Nie roz­bie­ram się, do­pó­ki nie usta­li­my prze­licz­ni­ka wy­mia­ny – po­in­for­mo­wa­ła cierp­ko, wska­zu­jąc swą górę że­to­nów.

– Slo­ane. – Ode­zwał się Mi­cha­el.

– Tak?

– Może mia­ła­byś ocho­tę na dru­gą fi­li­żan­kę kawy?

Czter­dzie­ści pięć se­kund póź­niej Slo­ane była w kuch­ni, a obaj chłop­cy sie­dzie­li bez ko­szu­lek. Brzuch De­ana był opa­lo­ny, od­cień lub dwa ciem­niej­szy od Mi­cha­ela. Nie li­cząc bli­zny po kuli, ró­żo­wej i wi­docz­nej w miej­scu, gdzie bark prze­cho­dził w klat­kę pier­sio­wą, skó­ra Mi­cha­ela przy­po­mi­na­ła mar­mur. Dean rów­nież miał bli­znę. Star­szą i cień­szą, jak­by ktoś na­kre­ślił mu czub­kiem noża po­strzę­pio­ną li­nię od oboj­czy­ka do pęp­ka.

– Spraw­dzam – po­wie­dzia­ła Lia.

Po ko­lei od­sło­ni­li­śmy kar­ty.

Trój­ka.

Ko­lor.

Ful, damy na ósem­ki. Mi­cha­el miał naj­moc­niej­sze kar­ty.

Wie­dzia­łam. Nie ble­fo­wał.

– Two­ja ko­lej – rzu­ci­ła Lia.

Od­sło­ni­łam kar­ty i prze­li­czy­łam wy­nik.

– Ful – od­po­wie­dzia­łam z uśmie­chem. – Kró­le na dwój­ki. To chy­ba zna­czy, że wy­gra­łam, co?

– Ale jak… – wy­beł­ko­tał Mi­cha­el.

– Chcesz mi po­wie­dzieć, że uda­wa­łaś całe to uża­la­nie się nad sobą? – Lia mimo wszyst­ko była pod wra­że­niem.

– Nie uda­wa­łam – od­po­wie­dzia­łam. – To­tal­nie spo­dzie­wa­łam się prze­gra­nej. Po pro­stu nie spoj­rza­łam na kar­ty.

Wy­my­śli­łam, że je­śli nie będę zna­ła swo­ich kart, nie do­my­ślą się ich ani Mi­cha­el, ani Lia.

Dean ro­ze­śmiał się pierw­szy.

– Po­wi­taj­cie Cas­sie – po­wie­dział Mi­cha­el. – Kró­lo­wą ble­fu.

Lia się wku­rzy­ła.

– Czy to zna­czy, że mogę za­trzy­mać wa­sze ko­szul­ki? – za­py­ta­łam, się­ga­jąc po pa­sek i ła­piąc po dro­dze oreo.

– Naj­le­piej, gdy­by wszy­scy za­trzy­ma­li swo­je ko­szul­ki i je za­ło­ży­li. W tej chwi­li.

Za­sty­głam w bez­ru­chu. Głos, któ­ry wy­dał nam to po­le­ce­nie, był su­chy i na­le­żał do ko­bie­ty. Na uła­mek se­kun­dy prze­nio­słam się my­śla­mi do pierw­szych ty­go­dni pro­gra­mu. Po­my­śla­łam o na­szej opie­kun­ce i men­tor­ce, agent­ce spe­cjal­nej La­cey Loc­ke. Któ­ra mnie uczy­ła. Któ­rą ubó­stwia­łam. Któ­rej ufa­łam.

– Kim pani jest? – Zmu­si­łam się do po­wro­tu do tu i te­raz. Nie mo­głam so­bie po­zwo­lić na roz­my­śla­nie o Loc­ke. Gdy­bym po­dą­ży­ła tą ścież­ką, cięż­ko by­ło­by mi z niej zejść. Za­miast tego sku­pi­łam się na oso­bie, któ­ra wy­da­wa­ła nam po­le­ce­nia. Wy­so­ka i szczu­pła, nie mia­ła w so­bie ani gra­ma de­li­kat­no­ści. Ciem­no­brą­zo­we wło­sy spię­te we fran­cu­ski kok się­ga­ją­cy kar­ku, pod­bró­dek lek­ko wy­su­nię­ty do przo­du. Oczy sza­re, o od­cie­niu ja­śniej­szym od swo­je­go ko­stiu­mu. Dro­gie ubra­nia no­si­ła tak, jak­by ta­ki­mi nie były.

U boku mia­ła ka­bu­rę z pi­sto­le­tem.

Pi­sto­let. Jed­nak nie uda­ło mi się od­ciąć od wspo­mnień. Loc­ke. Pi­sto­let. Znów tam by­łam. Nóż.

Dean po­ło­żył mi dłoń na ra­mie­niu.

– Cas­sie. – Przez ko­szul­kę czu­łam jego cie­pło. Usły­sza­łam, jak wy­ma­wia moje imię. – W po­rząd­ku. Znam ją.

Je­den strzał. Dru­gi. Mi­cha­el upa­da. Loc­ke – trzy­ma pi­sto­let…

Sku­pi­łam się na od­dy­cha­niu i zwal­czy­łam wspo­mnie­nia. Mnie nie po­strze­lo­no. Moją trau­mą było coś in­ne­go. Z mo­je­go po­wo­du Mi­cha­el dał się po­strze­lić.

Ten po­twór mnie ko­chał, na swój po­krzy­wio­ny spo­sób.

– Kim pani jest? – za­py­ta­łam po­now­nie, wra­ca­jąc do te­raź­niej­szo­ści. Głos mia­łam su­chy i ką­śli­wy. – I co pani robi w na­szym domu?

Ko­bie­ta w sza­rym stro­ju rzu­ci­ła mi spoj­rze­nie, któ­re po­zo­sta­wi­ło nie­przy­jem­ne wra­że­nie – jak­by do­kład­nie wie­dzia­ła, co się dzia­ło w mo­jej gło­wie, o czym my­śla­łam.

– Agent­ka spe­cjal­na Ve­ro­ni­ca Ster­ling – po­wie­dzia­ła w koń­cu. – Miesz­kam w tym domu.

ROZDZIAŁ 4

No, nie kła­mie. – Lia prze­rwa­ła ci­szę. – Na­praw­dę jest agent­ką spe­cjal­ną, na­praw­dę na­zy­wa się Ve­ro­ni­ca Ster­ling i z ja­kie­goś po­wo­du żywi myl­ne wy­obra­że­nie, że tu miesz­ka.

– Do­my­ślam się, że Lia? – za­py­ta­ła ko­bie­ta. – Spe­cja­list­ka od kłamstw.

– Opo­wia­dam je, za­uwa­żam. Bez róż­ni­cy. – Lia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, nie­znacz­nie i z wdzię­kiem, ale w jej spoj­rze­niu była zu­chwa­łość.

– Mimo to – kon­ty­nu­owa­ła agent­ka Ster­ling, igno­ru­jąc za­rów­no wzru­sze­nie ra­mion, jak i in­ten­syw­ność spoj­rze­nia Lii – mia­łaś na co dzień do czy­nie­nia z se­ryj­ną mor­der­czy­nią i jed­no­cze­śnie agent­ką FBI, wa­szą prze­ło­żo­ną, przez lata prak­tycz­nie miesz­kan­ką tego domu, ale jej kłamstw nie za­uwa­ży­łaś. – Mó­wi­ła to bez­na­mięt­nie, po pro­stu stwier­dza­ła fak­ty. Loc­ke zwio­dła nas wszyst­kich. – Ty na­to­miast – po­wie­dzia­ła, na­wią­zu­jąc ze mną kon­takt wzro­ko­wy – Cas­san­dro Hob­bes, nie wy­glą­dasz na ko­goś, kto grał­by w roz­bie­ra­ne­go po­ke­ra. I nie, nie na­le­ży ci się uzna­nie za to, że masz na so­bie T-shirt.

Agent­ka Ster­ling do­sad­nie za­wie­si­ła wzrok na pię­trzą­cym się na sto­le sto­sie ubrań. Za­ło­ży­ła ręce na pier­si i tak cze­ka­ła. Dean się­gnął po swo­ją ko­szul­kę i rzu­cił Lii jej. Mi­cha­el nie wy­glą­dał na prze­sad­nie za­kło­po­ta­ne­go, wła­ści­wie nie spra­wiał wra­że­nia, jak­by miał się ubrać. Agent­ka Ster­ling wpa­try­wa­ła się w nie­go, wy­raź­nie zwra­ca­jąc uwa­gę na bli­znę po kuli.

– Ro­zu­miem, że ty to Mi­cha­el – po­wie­dzia­ła. – Od­czy­tu­jesz emo­cje, zbyt dużo spraw lek­ce­wa­żysz i nie­ustan­nie wy­czy­niasz dur­ne rze­czy, by za­im­po­no­wać dziew­czy­nom.

– To na­praw­dę nie­spra­wie­dli­wa oce­na – od­po­wie­dział Mi­cha­el. – Wy­czy­niam masę dur­nych rze­czy nie tyl­ko z po­wo­du dziew­czyn.

Na twa­rzy Ve­ro­ni­ki Ster­ling nie było wi­dać na­wet naj­mniej­sze­go śla­du uśmie­chu.

– W wa­szym pro­gra­mie jest wa­kat na sta­no­wi­sku opie­ku­na. Przy­je­cha­łam tu, żeby go ob­jąć – wy­ja­śni­ła.

– Praw­da – od­po­wie­dzia­ła Lia, prze­cią­ga­jąc to sło­wo – ale to nie wszyst­ko. – Gdy agent­ka nie chwy­ci­ła przy­nę­ty, Lia mó­wi­ła da­lej. – Mi­nę­ło sześć ty­go­dni od śmier­ci Loc­ke. Za­czy­na­li­śmy się za­sta­na­wiać, czy FBI kie­dy­kol­wiek znaj­dzie ko­goś na jej miej­sce. – Ob­rzu­ci­ła spoj­rze­niem agent­kę Ster­ling. – Skąd oni pa­nią wzię­li? Urzą­dzi­li w cen­tra­li ca­sting? Za­mie­ni­li jed­ną mło­dą agent­kę na dru­gą?

Moż­na być pew­nym, że Lia nie bę­dzie się ba­wić w uprzej­mo­ści.

– Po­wiedz­my po pro­stu, że wy­jąt­ko­wo na­da­ję się na to sta­no­wi­sko – od­po­wie­dzia­ła agent­ka. Jej rze­czo­wy ton przy­po­mniał mi o czymś. O kimś. Do­pie­ro te­raz do­tar­ło do mnie, gdzie już wcze­śniej sły­sza­łam jej na­zwi­sko.

– Agent­ka Ster­ling – po­wie­dzia­łam. – Tak jak dy­rek­tor Ster­ling?

Spo­tka­łam dy­rek­to­ra FBI tyl­ko raz. Włą­czył się w po­przed­nią spra­wę, gdy se­ryj­ny mor­der­ca, któ­re­go ści­ga­ło FBI, upro­wa­dził cór­kę jed­ne­go z se­na­to­rów.

– Dy­rek­tor Ster­ling to mój oj­ciec. – Głos agent­ki był bez­na­mięt­ny. Do tego stop­nia, że za­czę­łam się za­sta­na­wiać, ja­kie mia­ła kom­plek­sy z po­wo­du ojca. – Przy­słał mnie tu, że­bym ogra­ni­czy­ła stra­ty.

Dy­rek­tor Ster­ling na na­stęp­cę Loc­ke wy­brał swo­ją wła­sną cór­kę. Po­ja­wi­ła się u nas, gdy agent Briggs mu­siał służ­bo­wo wy­je­chać poza mia­sto. Nie są­dzę, żeby to był przy­pa­dek.

– Agent Briggs mó­wił mi, że ode­szłaś z FBI – ode­zwał się ci­cho Dean, kie­ru­jąc sło­wa do agent­ki. – Po­dob­no prze­nio­słaś się do bez­pie­czeń­stwa we­wnętrz­ne­go.

– Zga­dza się – od­par­ła.

Pró­bo­wa­łam od­czy­tać coś z jej wy­ra­zu twa­rzy i tonu gło­su. Zna­ła się z De­anem, to było oczy­wi­ste. Jej twarz zła­god­nia­ła na jego wi­dok – choć pra­wie nie­zau­wa­żal­nie. In­stynkt ma­cie­rzyń­ski? Nie pa­so­wa­ło to do jej stro­ju. Prze­sad­nie wy­pro­sto­wa­na po­sta­wa, spo­sób, w jaki mó­wi­ła: o nas za­miast do nas. Moje pierw­sze wra­że­nie było ta­kie, że wszyst­ko mu­sia­ła mieć pod kon­tro­lą. Pro­fe­sjo­na­list­ka trzy­ma­ją­ca in­nych na dy­stans. Albo w ogó­le nie lu­bi­ła na­sto­lat­ków, albo kon­kret­nie nas.

Ale to, jak pa­trzy­ła na De­ana, na­wet je­śli trwa­ło to tyl­ko se­kun­dę…

Nie za­wsze taka by­łaś, po­my­śla­łam, wczu­wa­jąc się w jej spo­sób my­śle­nia. Wią­żesz wło­sy we fran­cu­ski kok, wy­po­wia­dasz zda­nia bez­na­mięt­nie i za­cho­wu­jąc dy­stans. Mu­sia­ło wy­da­rzyć się coś, przez co te­raz wszyst­ko chcesz kon­tro­lo­wać.

– Czy chcia­ła­byś po­dzie­lić się czymś z resz­tą kla­sy, Cas­san­dro?

Odro­bi­na ła­god­no­ści, jaka po­ja­wi­ła się na twa­rzy agent­ki, zdą­ży­ła już znik­nąć. Za­uwa­ży­ła, że ją pro­fi­lu­ję, i wy­wo­ła­ła mnie do ta­bli­cy. Do­wie­dzia­łam się dzię­ki temu dwóch rze­czy. Po pierw­sze pod po­zba­wio­ną hu­mo­ru war­stwą ze­wnętrz­ną wy­czu­łam sar­kazm. Na ja­kimś eta­pie swo­je­go ży­cia wy­po­wie­dzia­ła­by te sło­wa z uśmie­chem za­miast gry­ma­su. A po dru­gie…

– Jest pani pro­fi­ler­ką – po­wie­dzia­łam na głos. Przy­ła­pa­ła mnie na pro­fi­lo­wa­niu i nie mo­głam się oprzeć wra­że­niu, że po­trze­ba ko­goś po­dob­ne­go, żeby to za­uwa­żyć.

– Skąd ten po­mysł?

– Zo­sta­ła tu pani przy­sła­na na miej­sce Loc­ke. – Wy­po­wia­da­jąc te sło­wa, trak­tu­jąc ją jako na­stęp­czy­nię, czu­łam się go­rzej, niż po­win­nam.

– No i? – Jej głos był wy­so­ki i czy­sty, a spoj­rze­nie wy­nio­słe. Było w nich wy­zwa­nie, po­dob­nie jak pod­czas star­cia po­mię­dzy Mi­cha­elem i De­anem.

– Pro­fi­le­rzy szu­flad­ku­ją lu­dzi – oznaj­mi­łam, pa­trząc jej pro­sto w oczy. Nie za­mie­rza­łam pierw­sza od­wra­cać wzro­ku. – Mi­mo­wol­nie wy­ła­pu­je­my dro­bia­zgi, któ­rych na­stęp­nie uży­wa­my do stwo­rze­nia ob­ra­zu ca­ło­ści. Dzię­ki temu po­tra­fi­my stwier­dzić, z ja­kie­go ro­dza­ju czło­wie­kiem mamy do czy­nie­nia. Wi­dzę to po spo­so­bie, w jaki się pani wy­po­wia­da: Mi­cha­el „od­czy­tu­je emo­cje i zbyt dużo spraw lek­ce­wa­ży”, a ja w pani oczach nie wy­glą­da­łam na ko­goś, kto grał­by w roz­bie­ra­ne­go po­ke­ra. – Prze­rwa­łam, a sko­ro się nie od­zy­wa­ła, cią­gnę­łam da­lej. – Czy­ta­ła pani o nas i za­szu­flad­ko­wa­ła nas, jesz­cze za­nim po­sta­wi­ła tu nogę. To zna­czy, że do­sko­na­le pani wie, jak wszyst­kich nas do­bi­ja to, że nie przej­rze­li­śmy Loc­ke, i albo chcia­ła pani zo­ba­czyć, jak za­re­agu­je­my na to wspo­mnie­nie, albo też pró­bo­wa­ła pani roz­dra­py­wać rany dla sa­mej hecy. – Prze­rwa­łam i ob­rzu­ci­łam ją spoj­rze­niem, zwra­ca­jąc uwa­gę na naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły, ta­kie jak la­kier do pa­znok­ci, po­sta­wa, buty. – Wy­glą­da pani bar­dziej na ma­so­chist­kę niż sa­dyst­kę, więc zga­du­ję, że chcia­ła po pro­stu zo­ba­czyć, jak za­re­agu­je­my.

W po­ko­ju za­pa­dła nie­zręcz­na ci­sza, któ­rą agent­ka wy­ko­rzy­sty­wa­ła jako broń.

– Nie mu­sisz mnie po­uczać, czym zaj­mu­ją się pro­fi­le­rzy – po­wie­dzia­ła w koń­cu ła­god­nym gło­sem, umie­jęt­nie do­bie­ra­jąc każ­de sło­wo. – Ukoń­czy­łam kry­mi­na­li­sty­kę jako naj­młod­szy ab­sol­went w hi­sto­rii aka­de­mii FBI. Prze­pra­co­wa­łam w Biu­rze wię­cej cza­su, niż ty prze­pra­cu­jesz w ca­łym swo­im ży­ciu. Od pię­ciu lat pra­cu­ję w bez­pie­czeń­stwie we­wnętrz­nym, zaj­mu­jąc się ter­ro­ry­zmem w ska­li kra­jo­wej. Pod­czas mo­je­go po­by­tu w tym domu, bę­dziesz się do mnie zwra­cać z sza­cun­kiem, a już na pew­no nie bę­dziesz na­zy­wać sie­bie pro­fi­ler­ką, po­nie­waż osta­tecz­nie je­steś tyl­ko dziec­kiem. – Pod jej lo­do­wa­tą sko­ru­pą znów po­ja­wi­ła się odro­bi­na cze­goś in­ne­go. Ale, ni­czym ktoś ga­pią­cy się na ja­kiś przed­miot uwię­zio­ny kil­ka me­trów pod lo­dem, nie po­tra­fi­łam stwier­dzić, co to było. – Cas­san­dro, nie ma mowy o współ­pra­cy. Je­steś ty, je­stem ja i jest opi­nia, jaką na­pi­szę na te­mat tego pro­gra­mu. Su­ge­ru­ję więc, że­by­ście po­sprzą­ta­li ten baj­zel, po­szli do łó­żek i po­rząd­nie się wy­spa­li. – Rzu­ci­ła Mi­cha­elo­wi jego ko­szul­kę. – Przy­da ci się.

ROZDZIAŁ 5

Leża­łam w łóż­ku, ga­pi­łam się w su­fit i nie po­tra­fi­łam po­zbyć się my­śli, że gdy tyl­ko za­mknę oczy, znów na­wie­dzą mnie kosz­ma­ry. W snach wszyst­ko się zle­wa: to, co przy­da­rzy­ło się mo­jej mat­ce, gdy mia­łam dwa­na­ście lat, ko­bie­ty, któ­re za­bi­ła Loc­ke, błysk w jej oku, gdy wy­cią­ga­ła w moją stro­nę nóż. Krew.

Ob­ró­ci­łam się na bok i się­gnę­łam w stro­nę noc­ne­go sto­li­ka.

– Cas­sie? – ode­zwa­ła się Slo­ane ze swo­je­go łóż­ka.

– W po­rząd­ku – od­po­wie­dzia­łam. – Idź spać.

Za­ci­snę­łam pal­ce na tym, cze­go szu­ka­łam: na szmin­ce w ulu­bio­nym ko­lo­rze mo­jej mamy, czer­wie­ni róży. Była pre­zen­tem od Loc­ke, czę­ścią pro­wa­dzo­nej przez nią cho­rej gry: udzie­la­nych wska­zó­wek, szko­le­nia i wy­cho­wy­wa­nia mnie na swo­je po­do­bień­stwo. Chcia­łaś, że­bym wie­dzia­ła, jak bli­sko by­ły­ście ze sobą. Wczu­łam się w Loc­ke, pro­fi­lu­jąc ją w ten sam spo­sób, w jaki ro­bi­łam to pod­czas wie­lu in­nych nocy po­dob­nych do tej. Chcia­łaś, że­bym cię od­na­la­zła. Na­stęp­na część za­wsze była naj­trud­niej­sza. Chcia­łaś, że­bym była taka jak ty.

Pod­su­nę­ła mi nóż. Chcia­ła, że­bym za­bi­ła tam­tą dziew­czy­nę. Wie­rzy­ła, że się zgo­dzę.

Loc­ke na­praw­dę na­zy­wa­ła się La­cey Hob­bes. Była młod­szą sio­strą Lo­re­lai Hob­bes, ko­bie­ty po­da­ją­cej się za me­dium i uzna­nej za ofia­rę mor­der­stwa. Mo­jej mat­ki.

Ga­pi­łam się w ciem­ność i ob­ra­ca­łam w dło­ni szmin­kę. Nie­waż­ne, ile razy pró­bo­wa­łam się jej po­zbyć, nie by­łam w sta­nie tego zro­bić. Przy­po­mi­na­ła mi tych, któ­rym ufa­łam i któ­rych utra­ci­łam. W koń­cu zmu­si­łam się, żeby ją od­sta­wić.

Nie mo­głam so­bie tego ro­bić.

Nie po­tra­fi­łam prze­stać.

Po­myśl o czymś in­nym. Czym­kol­wiek. Wy­bra­łam agent­kę Ster­ling. Na­stęp­czy­nię Loc­ke, któ­ra no­si­ła ubra­nia ni­czym zbro­ję. Dro­gie, świe­żo upra­so­wa­ne. Na pa­znok­ciach mia­ła bez­barw­ny la­kier. Ża­den tam fran­cu­ski ma­ni­cu­re ani ko­lor­ki. Jaki jest sens ma­lo­wa­nia pa­znok­ci bez­barw­nym la­kie­rem? Czy lu­bi­ła sam ry­tu­ał na­kła­da­nia cien­kiej war­stwy po­mię­dzy pal­ce a resz­tę świa­ta? Był w tym ja­kiś pod­tekst: ochro­na, zdy­stan­so­wa­nie, siła.

Nie po­zwa­lasz so­bie na sła­bo­ści, po­my­śla­łam, tak jak na­uczo­no mnie zwra­cać się do pro­fi­lo­wa­nych osób. Dla­cze­go? Po­now­nie wró­ci­łam my­śla­mi do wska­zó­wek, ja­kich sama mi udzie­li­ła. Szczy­ci­ła się tym, że była naj­młod­szą ab­sol­went­ką aka­de­mii FBI. Kie­dyś pew­nie mia­ła wiel­kie am­bi­cje. Pięć lat temu ode­szła z Biu­ra. Dla­cze­go?

Za­miast na udzie­le­niu od­po­wie­dzi sku­pi­łam się na tym, że agent­ka Ster­ling po­zna­ła De­ana, jesz­cze za­nim ode­szła z FBI. Gdy go po­zna­łaś, nie mógł mieć wię­cej niż dwa­na­ście lat. To za­pa­li­ło mi lamp­kę alar­mo­wą. Sko­ro wte­dy się spo­tka­li, agent­ka mu­sia­ła na­le­żeć do ze­spo­łu, któ­ry ujął Da­nie­la Red­din­ga.

Agent Briggs do­wo­dził tam­ty­mi ludź­mi. Krót­ko póź­niej za­czął wy­ko­rzy­sty­wać zdol­no­ści De­ana: jego umie­jęt­ność wczu­wa­nia się w spo­sób my­śle­nia mor­der­ców. W koń­cu FBI od­kry­ło, co ro­bił Briggs, i za­miast go zwol­nić, stwo­rzy­ło cały pro­gram. Dean zo­stał prze­nie­sio­ny do sta­re­go domu w Qu­an­ti­co, mia­stecz­ku nie­opo­dal bazy Kor­pu­su Pie­cho­ty Mor­skiej. Briggs za­trud­nił męż­czy­znę o imie­niu Judd w cha­rak­te­rze opie­ku­na chłop­ca. Z cza­sem agent za­czął re­kru­to­wać in­nych na­sto­lat­ków o wy­jąt­ko­wych zdol­no­ściach. Naj­pierw Lię z jej nie­sa­mo­wi­tą umie­jęt­no­ścią wy­kry­wa­nia kłamstw. Póź­niej Slo­ane i Mi­cha­ela, a w koń­cu mnie.

Pra­co­wa­łaś wcze­śniej z agen­tem Brig­g­sem, po­my­śla­łam, wy­obra­ża­jąc so­bie Ve­ro­ni­cę Ster­ling. By­łaś w jego ze­spo­le. Może na­wet jako jego part­ner­ka. Gdy do­łą­czy­łam do pro­gra­mu, part­ner­ką Brig­g­sa była Loc­ke. Może za­nim sy­tu­acja się od­wró­ci­ła, to ona była na­stęp­czy­nią agent­ki Ster­ling.

Nie lu­bisz za­stę­po­wać in­nych ani gdy się cie­bie za­stę­pu­je. Nie je­steś tu wy­łącz­nie z po­wo­du ojca, po­wie­dzia­łam ci­cho. Znasz Brig­g­sa. Nie lu­bi­łaś Loc­ke. I dawno temu przej­mo­wa­łaś się lo­sem De­ana. Ta spra­wa ma dla cie­bie zna­cze­nie oso­bi­ste.

– Wie­dzia­łaś, że prze­cięt­na dłu­gość ży­cia wom­ba­ta sze­ro­ko­gło­we­go wy­no­si mię­dzy dzie­sięć a dwa­na­ście lat? – Naj­wy­raź­niej Slo­ane uzna­ła, że kła­ma­łam, gdy po­wie­dzia­łam, że wszyst­ko w po­rząd­ku. Im wię­cej kawy po­chła­nia­ła moja współ­lo­ka­tor­ka, tym więk­sze były szan­se, że za­cznie dzie­lić się lo­so­wy­mi in­for­ma­cja­mi z in­ny­mi, szcze­gól­nie je­śli do­szła do wnio­sku, że ktoś po­trze­bu­je ode­rwać się od swo­ich pro­ble­mów. – Naj­dłu­żej ży­ją­cy wom­bat do­żył w nie­wo­li trzy­dzie­stu czte­rech lat – kon­ty­nu­owa­ła Slo­ane, pod­pie­ra­jąc się na łok­ciu, by mnie wi­dzieć.

Zwa­żyw­szy na to, że dzie­li­ły­śmy ze sobą po­kój, po­win­nam była bar­dziej zde­cy­do­wa­nie za­pro­te­sto­wać prze­ciw­ko dru­giej fi­li­żan­ce kawy. Tej nocy jed­nak jej sta­ty­stycz­na pa­pla­ni­na dzia­ła­ła na mnie dziw­nie ko­ją­co. Pro­fi­lo­wa­nie Ster­ling nie od­da­li­ło mo­ich my­śli od Loc­ke.

Może to je od­da­li.

– Opo­wiedz mi wię­cej o wom­ba­tach – po­pro­si­łam.

Pa­trząc na mnie jak małe dziec­ko od­kry­wa­ją­ce wspa­nia­ło­ści świą­tecz­ne­go po­ran­ka, Slo­ane roz­pro­mie­ni­ła się i za­czę­ła opo­wia­dać.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Jen­ni­fer Lynn Bar­nes ma na swo­im kon­cie kil­ka­na­ście po­wie­ści. Stu­dio­wa­ła psy­cho­lo­gię, psy­chia­trię i ko­gni­ty­wi­sty­kę, a nie­daw­no uzy­ska­ła ty­tuł dok­to­ra na Uni­wer­sy­te­cie Yale. Obec­nie wy­kła­da psy­cho­lo­gię.

Spis treści

Kar­ta ty­tu­ło­wa

Kar­ta re­dak­cyj­na

De­dy­ka­cja

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6

Roz­dział 7

Roz­dział 8

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Roz­dział 11

Roz­dział 12

Roz­dział 13

Roz­dział 14

Roz­dział 15

Roz­dział 16

Roz­dział 17

Roz­dział 18

Roz­dział 19

Roz­dział 20

Roz­dział 21

Roz­dział 22

Roz­dział 23

Roz­dział 24

Roz­dział 25

Roz­dział 26

Roz­dział 27

Roz­dział 28

Roz­dział 29

Roz­dział 30

Roz­dział 31

Roz­dział 32

Roz­dział 33

Roz­dział 34

Roz­dział 35

Roz­dział 36

Roz­dział 37

Roz­dział 38

Roz­dział 39

Roz­dział 40

Roz­dział 41

Roz­dział 42

Roz­dział 43

Roz­dział 44

Roz­dział 45

Roz­dział 46

Trzy ty­go­dnie póź­niej

Po­dzię­ko­wa­nia

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Naznaczeni Piramida strachu (TOM3) - Tylko w Legimi możesz przeczytać ten tytuł przez 7 dni za darmo. Naznaczeni. Więzy krwi. Część 4 Naznaczeni. Piramida strachu Naznaczeni. Mroczna strona Naznaczeni 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 Nie otwieraj oczu Czapkins Siostry Alienista Zamęt