Jeszcze jeden oddech

Jeszcze jeden oddech

Autorzy: Paul Kalanithi

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Literatura faktu

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 232

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 21.34 zł

Poruszająca historia genialnego neurochirurga, który pewnego dnia stał się pacjentem

Opowieść o odchodzeniu w zgodzie z sobą i ze światem

Międzynarodowy fenomen wydawniczy

Numer 1 na liście bestsellerów „New York Timesa”

Paul Kalanithi był jednym z najzdolniejszych amerykańskich neurochirurgów i ogromnym miłośnikiem poezji. W wieku 36 lat, po blisko 10-letniej pracy w charakterze neurochirurga i pod koniec wyczerpującej rezydentury, w momencie gdy Paulem zaczęły interesować się najważniejsze instytuty badawcze i najbardziej prestiżowe kliniki, młody lekarz usłyszał diagnozę IV stadium raka płuc.

W jednej chwili Paul zmienia się z lekarza ratującego życie w pacjenta, który sam podejmuje walkę z chorobą. I zaczyna pisać. Wytrwale, strona po stronie, niezależnie od trudności, jakie przynosiła postępująca choroba.

Jeszcze jeden oddech to szczera, wzruszająca historia wybitnego lekarza, który stanął twarzą w twarz ze śmiercią. Zapis determinacji i świadectwo walki.

Paul Kalanithi zmarł w marcu 2015 roku, niemal do ostatniej chwili pracując nad tekstem. Ta niedokończona książka doskonale oddaje ulotność naszego życia.

Jeszcze jeden oddech bije rekordy popularności na całym świecie. Książka niemal natychmiast po wydaniu znalazła się na 1 miejscu listy bestsellerów „New York Timesa” i, mimo upływu kolejnych tygodni, już dwudziestu czterech od premiery, nadal je zajmuje. Książka podbiła też rynek brytyjski (w Wielkiej Brytanii Jeszcze jeden oddech miał już 16 dodruków!), kanadyjski, włoski i niemiecki. W sumie prawa sprzedano do niemal 40 krajów, między innymi: Danii, Norwegii, Tajwanu, Izraela, Chin, Indonezji, Portugalii, Rosji.

Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Przedmowa – Abraham Verghese

Prolog

CZĘŚĆ I: W dobrym zdrowiu zaczynam

CZĘŚĆ II: Nie ustanę aż po grób

Epilog – Lucy Kalanithi

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału: WHEN BREATH BECOMES AIR

Opieka redakcyjna: PAWEŁ CIEMNIEWSKI

Konsultacja: MATEUSZ ŻUROWSKI

Redakcja: ANNA RUDNICKA

Korekta: ANETA TKACZYK, EWELINA KOROSTYŃSKA

Projekt okładki: © Suzanne Dean

Zdjęcia wykorzystane na okładce: © Lottie Davis

Opracowanie okładki na podstawie oryginału: ROBERT KLEEMANN

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

Copyright © 2016 by Corcovado, Inc.

Foreword copyright © 2016 by Abraham Verghese

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2016

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05883-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Treść niniejszej książki oparta jest na wspomnieniach prawdziwych zdarzeń. Jednak imiona i nazwiska pacjentów doktora Kalanithiego – wszędzie tam, gdzie się pojawiają – są zmyślone. Ponadto w każdym z opisanych przypadków medycznych zmieniono szczegóły, które mogłyby ułatwić rozpoznanie pacjentów, takie jak wiek, płeć, pochodzenie etniczne, zawody, związki rodzinne, miejsca zamieszkania, historie medyczne i/lub diagnozy. Z jednym wyjątkiem zmienione zostały również personalia współpracowników, przyjaciół i lekarzy doktora Kalanithiego. Wszelkie podobieństwa do osób żyjących lub zmarłych, które mogą wynikać z wprowadzonych modyfikacji, są przypadkowe i niezamierzone.

.

Dla Cady

Ty, która pytasz, ile jest w śmierci istnienia,

Widzisz, jak oddech w powietrze się zmienia.

Nowe imiona nieznane, pamięć starych ginie,

Póki czas ciała morzy, lecz dusza nie minie.

Czytelniku! niechże czas twojej tu bytności

Będzie jeno krokami ku wieczności.

SIR FULKE GREVILLE, LORD BROOKE, CAELICA: 83

PROLOG

Webster był owładnięty śmiercią,

Pod skórą widział biały czerep;

Trupy pod ziemią uśmiechnięte

Bez warg, bez piersi schodzą w Ereb[2].

T.S. ELIOT, SZEPTY NIEŚMIERTELNOŚCI

Przeglądałem skany z tomografii komputerowej. Płuca naznaczone licznymi guzkami, kręgosłup zdeformowany, a jeden z płatów wątroby w opłakanym stanie. Diagnoza mogła być tylko jedna: rozsiany proces nowotworowy. Pracowałem jako rezydent na oddziale neurochirurgii i właśnie rozpoczynał się ostatni rok mojego szkolenia. Przez sześć lat miałem okazję analizować wiele takich zdjęć, za każdym razem kierując się nadzieją, że znajdzie się metoda leczenia zdolna pomóc pacjentowi. Jednakże ten skan był zupełnie inny – był to bowiem skan m o j e g o ciała.

Nie znajdowałem się w pracowni radiologicznej, ubrany w strój chirurgiczny i biały fartuch, ale miałem na sobie koszulę szpitalną, byłem podłączony do kroplówki i korzystałem z komputera, który zostawiła w pokoju pielęgniarka. Wspierała mnie żona Lucy, internistka. Jeszcze raz powtórzyłem całą procedurę: okno płucne, okno kostne i w końcu okno wątrobowe. Przesuwałem obraz z góry na dół, z lewej do prawej i od przodu do tyłu, tak jak mnie szkolono, jakbym wciąż liczył, że znajdę coś, co pozwoli zmienić diagnozę.

Leżeliśmy razem w szpitalnym łóżku.

Lucy zapytała cicho, jakby czytała wyrywek ze scenariusza:

– Jest jakaś szansa, że to coś innego?

– Nie – odpowiedziałem.

Przywarliśmy do siebie z całych sił niczym młodzi kochankowie. Przez ostatni rok oboje podejrzewaliśmy – choć nie chcieliśmy w to wierzyć ani nawet o tym rozmawiać – że w moim ciele rozwija się rak.

Mniej więcej sześć miesięcy wcześniej zacząłem gwałtownie tracić na wadze i odczuwać potworne bóle pleców. Kiedy ubierałem się o poranku, musiałem zapinać pasek o dziurkę dalej, a jakiś czas później o dwie. Umówiłem się na wizytę do lekarki pierwszego kontaktu, starej koleżanki z czasów studiów na Uniwersytecie Stanforda. Jej brat – także rezydent neurochirurgii – zmarł niespodziewanie, ponieważ zignorował objawy zjadliwego zakażenia, dlatego od początku naszej znajomości otaczała mnie niemal matczyną opieką. Gdy jednak dotarłem na miejsce, w gabinecie zastałem inną lekarkę. Znajoma wzięła urlop macierzyński.

Ubrany w błękitną koszulę szpitalną, leżałem na zimnej kozetce, opisując symptomy.

– Gdyby to było zagadnienie na teście kwalifikacyjnym: trzydziestopięciolatek z nagłą utratą wagi ciała i napadami bólu pleców, zaznaczyłbym najbardziej oczywistą odpowiedź, czyli raka. Ale może się tylko przepracowuję? Sam nie wiem... Wolę zrobić rezonans, żeby to sprawdzić.

– Myślę, że na początek wystarczy prześwietlenie – odparła lekarka.

Rezonans z powodu bólu pleców to kosztowna zabawa, a nieuzasadnione obrazowanie stało się w owym czasie jednym z głównych argumentów w narodowej dyskusji o cięciu kosztów. Z drugiej strony, wartość badania zależy od tego, czego się szuka, a w przypadku raka rentgen jest często niemal bezużyteczny. Mimo to wielu lekarzy uważa, że rezonans magnetyczny na wczesnym etapie leczenia ociera się niemal o apostazję.

– Rentgen nie jest najczulszy, ale wydaje się rozsądnym rozwiązaniem, żeby zacząć właśnie od niego.

– W takim razie może pokusimy się o zdjęcia w zgięciu i wyproście? Kręgozmyk to chyba bardziej realistyczna diagnoza.

W odbiciu lustra wiszącego na ścianie zauważyłem, że lekarka wyszukuje zagadnienie w Internecie.

– To ubytek w tylnym fragmencie łuku kręgowego, dotykający około pięciu procent populacji, który jest częstą przyczyną bólu pleców u młodych ludzi – wytłumaczyłem.

– W porządku, w takim razie zlecę i to.

– Dzięki.

Dlaczego w fartuchu chirurga potrafiłem być tak zdecydowany, a po założeniu koszuli pacjenta stawałem się potulny jak baranek? Szczerze powiedziawszy, wiedziałem o bólach pleców więcej niż ta lekarka – w końcu połowa mojej edukacji neurochirurgicznej dotyczyła schorzeń kręgosłupa. Ale może kręgozmyk naprawdę był bardziej prawdopodobną diagnozą? W końcu borykał się z nim całkiem spory odsetek młodych ludzi – a ilu trzydziestolatków chorowało na nowotwór kręgosłupa? Jeden na dziesięć tysięcy? Na pewno nie więcej. Gdyby pomnożyć tę liczbę przez sto, wciąż byłoby to schorzenie rzadsze od kręgozmyku. Może niepotrzebnie najadłem się strachu?

Zdjęcia rentgenowskie wyglądały w porządku. Przypisawszy moje objawy przepracowaniu i starzeniu się ciała, zaplanowaliśmy kolejną wizytę, a ja zająłem się moim ostatnim przypadkiem tego dnia. Tempo utraty wagi spadło, bóle pleców stały się znośniejsze. Dzień pomagała mi zwykle przetrwać spora dawka ibuprofenu, a poza tym coraz rzadziej zdarzały mi się te wykańczające, czternastogodzinne maratony w szpitalu. Moja podróż od studenta medycyny do adiunkta neurochirurgii powoli dobiegała końca. Po dziesięciu latach trudnego szkolenia czułem determinację, by przetrwać ostatnie piętnaście miesięcy do zakończenia rezydentury. Zaskarbiłem sobie szacunek przełożonych, miałem na koncie kilka prestiżowych krajowych nagród i dostawałem propozycje pracy od poważanych uczelni. Mój opiekun stażu na Uniwersytecie Stanforda usiadł ze mną niedawno i powiedział:

– Paul, uważam, że dostaniesz każde stanowisko, na jakie się zgłosisz. Dla twojej wiadomości, będziemy szukać do kadry kogoś takiego jak ty. Rzecz jasna niczego nie mogę obiecać, ale myślę, że powinieneś to rozważyć.

W wieku trzydziestu sześciu lat dotarłem na szczyt, skąd było już widać ziemię obiecaną, od Gilead po Jerycho i Morze Śródziemne. Wyobrażałem sobie, jak na jego wodach kołysze się śliczny katamaran, którym pływałbym w weekendy z Lucy i naszymi hipotetycznymi dziećmi. Czułem, że ból w plecach ustąpi, gdy tylko uporam się z natłokiem zajęć zawodowych i zapanuję nad swoim życiem. W końcu będę mógł stać się takim mężem, jakim przysięgałem być.

Niestety, po paru tygodniach zaczęły się napady ostrego bólu w piersi. Może uderzyłem o coś podczas pracy i stłukłem sobie żebro? Nocą budziłem się w wilgotnej pościeli, mokry od potu. Znów zacząłem chudnąć, tym razem szybciej – moja waga z osiemdziesięciu kilogramów spadła do sześćdziesięciu pięciu. Nie przestawałem kaszleć. Konkluzja wydawała się oczywista. Któregoś sobotniego popołudnia wygrzewaliśmy się z Lucy w słońcu w Dolores Park w San Francisco, czekając na jej siostrę. Lucy zerknęła na wyświetlacz mojej komórki – widniały na nim rezultaty wyszukiwania frazy „częstotliwość występowania raka u osób między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia” w medycznej bazie danych.

– Co to? – zapytała. – Myślałam, że już się tym nie martwisz.

Milczałem, bo nie potrafiłem znaleźć właściwych słów.

– Chcesz mi o czymś powiedzieć? – drążyła.

Denerwowała się, ponieważ ona także się martwiła. I dlatego, że nic jej nie mówiłem. Denerwowała się, bo obiecałem jej inne życie.

– Czy mogę wiedzieć, dlaczego nie chcesz mi zaufać? – zapytała.

Wyłączyłem telefon.

– Może skoczymy na lody? – zaproponowałem.

Od następnego weekendu zaplanowaliśmy krótki urlop, żeby spotkać się w Nowym Jorku ze starymi znajomymi ze studiów. Może porządnie przespana noc i kilka drinków pozwolą nam odnaleźć porozumienie i rozładować emocje, od jakich wręcz kipiało w naszym związku?

Okazało się jednak, że Lucy ma inne plany.

– Nie lecę z tobą do Nowego Jorku – oznajmiła na kilka dni przed podróżą. Zamiast tego zamierzała wyprowadzić się na tydzień z domu. Potrzebowała czasu, żeby przemyśleć, w jakim punkcie znalazł się nasz związek. Na dodatek powiedziała to beznamiętnym głosem, co jeszcze bardziej mnie przygnębiło.

– Słucham? – Nie wierzyłem własnym uszom. – Chyba żartujesz.

– Bardzo cię kocham i właśnie dlatego czuję się zdezorientowana – odpowiedziała. – Ale obawiam się, że mamy zupełnie różne oczekiwania wobec naszego małżeństwa. Odnoszę wrażenie, jakbyśmy pasowali do siebie tylko w połowie. Nie chcę dowiadywać się o twoich zmartwieniach przez przypadek. Na dodatek kiedy tłumaczę, że czuję się wyobcowana, ty nie widzisz problemu. Muszę zrobić coś innego.

– Zobaczysz, wszystko się ułoży – obiecywałem. – To przez tę rezydenturę.

Tylko czy naprawdę układało nam się aż tak źle? Niewątpliwie moje szkolenie neurochirurgiczne – mowa tu o jednej z najbardziej wymagających i rygorystycznych specjalizacji – nadwyrężyło nasz związek. Z jednej strony zbyt często wracałem do domu w środku nocy i padałem na podłogę w salonie, gdy Lucy już spała; zbyt wiele razy wychodziłem z pierwszym brzaskiem, zanim zdążyła się obudzić. Z drugiej strony nasze kariery rozkwitały – większość uniwersytetów otwierała przed nami drzwi, chcąc mnie w swoich szeregach jako neurochirurga, a Lucy jako internistkę. Przetrwaliśmy najtrudniejszą część podróży. Zresztą, czy nie poruszaliśmy tej kwestii dziesiątki razy? Czy Lucy nie zdawała sobie sprawy, że to najgorszy moment, żeby wszystko psuć? Czy naprawdę nie rozumiała, że został mi już tylko rok rezydentury, że ją kocham i wkrótce czeka nas dokładnie takie życie, jakiego wspólnie pragnęliśmy?

– Gdyby chodziło tylko o szpital, dałabym sobie radę – odpowiedziała. – Tak dużo razem znieśliśmy. Ale boję się, że chodzi o coś więcej. Naprawdę uważasz, że wszystko się zmieni, kiedy zostaniesz samodzielnym neurochirurgiem?

Obiecałem, że będę bardziej otwarty i umówimy się na terapię małżeńską, o której Lucy wspomniała kilka miesięcy wcześniej, ale ona upierała się, że potrzebuje czasu – w samotności. W tamtej chwili otrząsnąłem się już z szoku, a zaskoczenie zastąpiła uraza. Świetnie, stwierdziłem. Skoro Lucy chce odejść, może pora uznać, że to koniec naszego związku. Jeżeli się okaże, że mam raka, nic jej nie powiem. Niech sobie żyje tak, jak ma na to ochotę.

Przed podróżą do Nowego Jorku udało mi się wcisnąć do planu zajęć kilka wizyt lekarskich, żeby wykluczyć najczęstsze nowotwory dotykające mężczyzn w moim wieku. (Rak jąder? Nie. Czerniak? Pudło. Białaczka? Też nie). Na oddziale neurochirurgicznym jak zwykle mieliśmy urwanie głowy. Czwartkowa noc niezauważenie przeszła w piątkowy poranek – tkwiłem na sali operacyjnej od trzydziestu sześciu godzin, zaangażowany w kilka wyjątkowo trudnych przypadków: olbrzymie tętniaki, pomostowanie tętnic i naczyniaków tętniczo-żylnych. Wymamrotałem pod nosem krótkie: „Dzięki”, kiedy zjawił się lekarz prowadzący i mogłem odsapnąć, wsparty plecami o ścianę. Prześwietlenie musiałbym zrobić tuż po wyjściu ze szpitala, w drodze do domu, przed wyjazdem na lotnisko. Doszedłem do wniosku, że możliwości są dwie: albo mam raka i to może być ostatnia szansa na spotkanie z przyjaciółmi, albo go nie mam, a wówczas odwoływanie spotkania mija się z celem.

Pognałem do domu, żeby zabrać bagaże. Lucy zawiozła mnie na lotnisko i przy okazji wspomniała, że zaplanowała dla nas spotkanie z terapeutą.

Stojąc na lotnisku przed bramką, wysłałem jej wiadomość: „Żałuję, że nie ma Cię tu ze mną”.

Kilka minut później nadeszła odpowiedź: „Kocham Cię i będę na Ciebie czekać”.

Podczas lotu okropnie zesztywniały mi plecy i kiedy dotarłem na dworzec Grand Central, żeby złapać pociąg do znajomego z północnej części stanu, moim ciałem wstrząsały już spazmy bólu. Przez ostatnie miesiące zdarzały mi się one wielokrotnie i miały różne natężenie, od bólu, który można łatwo zignorować, aż po taki, który odbierał mi zdolność mowy (tak mocno musiałem zaciskać zęby), czy wręcz taki, że zwijałem się z krzykiem na podłodze. Ten umiejscowiłbym na gorszym krańcu skali. Położyłem się na ławce w poczekalni, czując, jak wykręcają się mięśnie moich pleców. Próbowałem kontrolować ból oddechem – ibuprofen już dawno przestał działać – i nazywałem każdy z mięśni, gdy dopadał go skurcz, żeby powstrzymać łzy: prostownik, mięsień czworoboczny, najszerszy grzbietu, gruszkowaty...

Podszedł do mnie strażnik.

– Proszę pana, tu nie wolno się kłaść.

– Prze... praszam – wysapałem. – Okropnie... bolą... mnie plecy.

– Tak czy inaczej na ławkach nie wolno leżeć.

Przepraszam, ale umieram na raka, chciałem odpowiedzieć.

Miałem te słowa na końcu języka. A co jeśli jednak nie umierałem? Może doświadczałem tego samego, co wszyscy ludzie, którzy cierpią na bóle pleców? Wiedziałem o nich całkiem sporo – o ich anatomii i fizjologii, o różnych słowach, jakich pacjenci używają na ich opisanie... Aż dotąd nie wiedziałem tylko, jak to jest je m i e ć. Cóż, może tylko bolały mnie plecy. A może nie chciałem wypowiedzieć głośno słowa „rak”, ze strachu, że sam sprowadzę na siebie chorobę.

Podniosłem się z ławki i powlokłem chwiejnym krokiem na peron.

Było już późne popołudnie, kiedy dotarłem do domu w Cold Spring przy rzece Hudson, osiemdziesiąt kilometrów na północ od Manhattanu. Powitała mnie grupa kilkunastu najbliższych przyjaciół z dawnych lat, a ich radosne okrzyki mieszały się z kakofonią głosów dokazujących dzieci. Zaczęliśmy się obejmować i nim się zorientowałem, w mojej ręce znalazł się zimny jak lód drink – piwo imbirowe z rumem.

– A gdzie się podziała Lucy?

– Coś jej wypadło w pracy – skłamałem. – W ostatniej chwili.

– A niech to, co za pech!

– Nie pogniewacie się, jeśli zaniosę rzeczy do pokoju i złapię oddech?

Miałem nadzieję, że dzięki paru dniom z dala od sali operacyjnej, wypełnionych odpowiednią ilością snu, wypoczynku i zabawy – krótko mówiąc, dzięki namiastce normalnego życia – moje symptomy ograniczą się do znośnego bólu i zmęczenia. Jednakże szybko stało się jasne, że nie mogę liczyć na taryfę ulgową.

Każdego dnia przesypiałem śniadanie i schodziłem nieprzytomny na lunch, a potem gapiłem się na talerze pełne frykasów takich jak cassoulet czy krabie nóżki, których nie byłem w stanie wziąć do ust. W porze obiadu czułem się wykończony i marzyłem tylko o tym, by wrócić do łóżka. Czasami czytałem dzieciom, ale przez większość czasu szalały wokół mnie albo na mnie, podskakując i krzycząc. („Dzieci, wujek Paul musi chyba odpocząć. Może pobawicie się gdzieś indziej?”). Przypomniało mi się, jak piętnaście lat wcześniej dostałem wolne na obozie letnim, gdzie pracowałem jako wychowawca. Siedziałem na brzegu jeziora w Karolinie Północnej i czytałem książkę zatytułowaną Death and Philosophy, podczas gdy grupka szczęśliwych dzieciaków używała mnie jako przeszkody w wyjątkowo pogmatwanej grze w chorągwie. Lubiłem się śmiać z niedorzeczności tamtej sytuacji: oto dwudziestolatek z nosem w małej czarnej książce pośród majestatu drzew, jezior i gór, a w powietrzu niosą się śpiewy ptaków wymieszane z radosnymi okrzykami czterolatków. Aż nagle, w domu przyjaciół, dostrzegłem analogię: zamiast jeziora Tahoe miałem przed sobą rzekę Hudson; roześmiane urwisy nie były dziećmi obcych ludzi, lecz moich przyjaciół; i to nie książka o śmierci odgradzała mnie od świata, tylko moje własne, umierające ciało.

Trzeciego wieczoru powiedziałem Mike’owi, gospodarzowi, że muszę skrócić urlop i następnego dnia wracam do domu.

– Nie wyglądasz za dobrze – zauważył. – Wszystko w porządku?

– Może usiądziemy i napijemy się whiskey?

Kiedy usadowiliśmy się przed kominkiem, wyznałem szczerze:

– Mike, chyba mam raka. I to takiego paskudnego.

Po raz pierwszy odważyłem się wypowiedzieć te słowa.

– Rozumiem – odparł. – Zakładam, że to nie jest żaden wymyślny dowcip?

– Nie.

Na chwilę zapadła cisza.

– Nawet nie mam pojęcia, o co powinienem cię zapytać – rzucił.

– Cóż, po pierwsze, nie wiem jeszcze na sto procent, czy to nowotwór złośliwy, ale jestem tego niemal pewien, wskazuje na to wiele symptomów. Jutro lecę do domu, żeby to wyjaśnić. Miejmy nadzieję, że się mylę.

Mike zaoferował, że odeśle mi bagaże pocztą, żebym nie musiał ich ze sobą dźwigać. Następnego ranka odwiózł mnie na lotnisko, a sześć godzin później wylądowałem w San Francisco. Kiedy wychodziłem z samolotu, rozdzwonił się mój telefon. Lekarka pierwszego kontaktu chciała mi przekazać wyniki prześwietlenia klatki piersiowej: obraz moich płuc był niewyraźny i rozmyty, jakby przesłona aparatu RTG nie zamknęła się wystarczająco szybko. Lekarka stwierdziła, że nie jest pewna, co to oznacza.

Prawdopodobnie się domyślała.

Ja nie miałem wątpliwości.

Z lotniska odebrała mnie Lucy, ale dopiero w domu wyznałem jej prawdę. Siedzieliśmy na kanapie i kiedy zacząłem mówić, ona już wiedziała. Oparła głowę na moim ramieniu. Natychmiast zniknął cały dzielący nas dystans.

– Potrzebuję cię – wyszeptałem.

– Nigdy cię nie opuszczę – odpowiedziała.

Zadzwoniliśmy do bliskiego znajomego, jednego z neurochirurgów w szpitalu, i zapytaliśmy, czy mnie przyjmie.

Otrzymałem plastikową opaskę identyfikacyjną, taką samą jak wszyscy pacjenci, przebrałem się w błękitną koszulę szpitalną, minąłem pielęgniarki, które znałem z imienia, i wszedłem do gabinetu, gdzie przez lata przyjąłem setki chorych. To właśnie tam tłumaczyłem im, że cierpią na śmiertelne choroby, a potem przedstawiałem zawiłości skomplikowanych operacji; to tam gratulowałem im wyzdrowienia i doświadczałem ich radości, że wrócili do świata żywych; to także tam stwierdzałem ich zgon. Siedziałem na tych samych krzesłach, myłem ręce pod tym samym kranem, gryzmoliłem polecenia na tablicy i wyrywałem kartki z kalendarza. W chwilach całkowitego wyczerpania marzyłem, żeby położyć się na kozetce i chwilę zdrzemnąć. A teraz leżałem na niej, całkowicie rozbudzony.

Przez szparę w drzwiach wsunęła głowę młoda pielęgniarka, której nie miałem okazji poznać.

– Pan doktor za chwilę przyjdzie.

Poczułem, jakby tymi słowami pogrzebała przyszłość, którą sobie wyobrażałem; przyszłość jakże bliską realizacji, stanowiącą kulminację wielu lat ciężkiej pracy.

[2] Fragment wiersza T.S. Eliota Szepty nieśmiertelności w przekładzie Krzysztofa Boczkowskiego.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Jeszcze jeden oddech 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Niebo jest nasze Sekretarz dwóch papieży Rekin i baran Międzymorze List do nienarodzonego dziecka Tajne archiwa FBI