Siostry krwi

Siostry krwi

Autorzy: Graham Masterton

Wydawnictwo: Albatros

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 20.50 zł

Piąty tom cyklu o Katie Maguire.

 

Thriller nawiązujący do filmu „Siostry Magdalenki” i do prawdziwych wydarzeń: W latach 70. w irlandzkim hrabstwie Galway, w ogrodzie klasztoru, gdzie niegdyś mieścił się prowadzony przez siostry zakonne dom dla samotnych matek, znaleziono stosy kości dzieci, a o ich śmierci nie było żadnej informacji w jakimkolwiek registrze.

 

W domu opieki na przedmieściach Cork zostaje uduszona stara zakonnica. Można by to nawet uznać za akt miłosierdzia, gdyby nie święta figurka znaleziona w jej ciele. I gdyby niedługo po tym okolicznym mieszkańcom nie ukazał się przerażający widok: przyczepiona do wypełnionych helem balonów, wykrwawiająca się zakonnica, która szybuje nad łąkami i rzeką. Choć ta druga nie została jeszcze zidentyfikowana, nadkomisarz Katie Maguire wie, że odpowiedzi należy szukać w przeszłości klasztoru Bon Sauveur, w którym właśnie dokonano makabrycznego odkrycia. Niestety, natrafia tam na mur milczenia. A tymczasem Katie ściga się z czasem, bo znikają kolejne zakonnice.

O książce

PIĄTA KSIĄŻKA Z KATIE MAGUIRE

Thriller nawiązujący do filmu „Siostry Magdalenki” i do prawdziwych wydarzeń: W latach 70. w irlandzkim hrabstwie Galway, w ogrodzie klasztoru, gdzie niegdyś mieścił się prowadzony przez siostry zakonne dom dla samotnych matek, znaleziono stosy kości dzieci, a o ich śmierci nie było żadnej informacji w jakimkolwiek registrze.

W domu opieki na przedmieściach Cork zostaje uduszona stara zakonnica. Można by to nawet uznać za akt miłosierdzia, gdyby nie święta figurka znaleziona w jej ciele. I gdyby niedługo po tym okolicznym mieszkańcom nie ukazał się przerażający widok: przyczepiona do wypełnionych helem balonów, wykrwawiająca się zakonnica, która szybuje nad łąkami i rzeką.

Choć ta druga nie została jeszcze zidentyfikowana, nadkomisarz Katie Maguire wie, że odpowiedzi należy szukać w przeszłości klasztoru Bon Sauveur, w którym właśnie dokonano makabrycznego odkrycia. Niestety, natrafia tam na mur milczenia.

A tymczasem Katie ściga się z czasem, bo znikają kolejne zakonnice.

GRAHAM MASTERTON

(ur. 1979)

Popularny angielski pisarz. Urodził się w 1946 r. w Edynburgu. Po ukończeniu studiów pracował jako redaktor w miesięcznikach, m.in. „Mayfair” i w angielskim wydaniu „Penthouse’a”. Autor licznych horrorów, romansów, powieści obyczajowych, thrillerów oraz poradników seksuologicznych. Zdobył Edgar Allan Poe Award, Prix Julia Verlanger i był nominowany do Bram Stoker Award. Debiutował w 1976 r. horrorem Manitou (zekranizowanym z Tonym Curtisem w roli głównej). Jego dorobek literacki obejmuje ponad 80 książek – powieści i zbiorów opowiadań – o całkowitym nakładzie przekraczającym 20 milionów egzemplarzy, z czego ponad dwa miliony kupili polscy czytelnicy. Wielką popularność pisarza w Polsce, którą często odwiedza, ugruntował cykl poradników seksuologicznych, w tym wielokrotnie wznawiane Magia seksu i Potęga seksu. W ostatnim czasie w naszym kraju ukazały się Czerwony Hotel, Ogród zła, Panika, Śpiączka, Susza, Czerwone światło hańby, Uznani za zmarłych i Siostry krwi.

www.grahammasterton.co.uk

www.grahammasterton.blox.pl

Tego autora

Sagi historyczne

WŁADCY PRZESTWORZY

IMPERIUM

DYNASTIA

Rook

ROOK

KŁY I PAZURY

STRACH

DEMON ZIMNA

SYRENA

CIEMNIA

ZŁODZIEJ DUSZ

OGRÓD ZŁA

Manitou

MANITOU

ZEMSTA MANITOU

DUCH ZAGŁADY

KREW MANITOU

ARMAGEDON

Wojownicy Nocy

ŚMIERTELNE SNY

POWRÓT WOJOWNIKÓW NOCY

DZIEWIĄTY KOSZMAR

Katie Maguire

BIAŁE KOŚCI

(książka wcześniej ukazała się pt. KATIE MAGUIRE)

UPADŁE ANIOŁY

CZERWONE ŚWIATŁO HAŃBY

UZNANI ZA ZMARŁYCH

SIOSTRY KRWI

Inne tytuły

STUDNIE PIEKIEŁ

ANIOŁ JESSIKI

STRAŻNICY PIEKŁA

DEMONY NORMANDII

ŚWIĘTY TERROR

SZARY DIABEŁ

ZWIERCIADŁO PIEKIEŁ

ZJAWA

BEZSENNI

CZARNY ANIOŁ

STRACH MA WIELE TWARZY

SFINKS

WYZNAWCY PŁOMIENIA

WENDIGO

OKRUCHY STRACHU

CIAŁO I KREW

DRAPIEŻCY

WALHALLA

PIĄTA CZAROWNICA

MUZYKA Z ZAŚWIATÓW

BŁYSKAWICA

DUCH OGNIA

ZAKLĘCI

ŚPIĄCZKA

SUSZA

SZKARŁATNA WDOWA

Tytuł oryginału: BLOOD SISTERS

Copyright © Graham Masterton 2015

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Polish translation copyright © Grzegorz Kołodziejczyk 2016

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcia na okładce: Silas Manhood Photography

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-362-5

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Rozdział 56

Przypisy

Mojej mamie Mary,

bez której to dziecko by się nie narodziło

Is minic a rinne bromach gioblach capall.

Wyrasta nieraz tęgi koń ze źrebaka chuderlaka.

irlandzkie powiedzenie

Rozdział 1

– Słyszałeś to? – zapytała Cliodhna.

– Co niby? – odpowiedział pytaniem Brian. Kręcił się w kółko i rozglądał za Christy, ich wilczarzem irlandzkim. Stali wysoko na nadmorskiej skarpie w pobliżu Nohaval Cove. Dął mocny, porywisty wiatr, z południowego zachodu sunęły granitowoszare chmury, wlokąc pod sobą firany deszczu.

– Naprawdę słychać czyjś krzyk – nie dawała za wygraną Cliodhna. Gdy odgarnęła w tył kaptur czerwonej bluzy przeciwdeszczowej, wiatr uniósł jej jasne włosy. – Dochodzi chyba z dołu, z plaży.

Brian zatrzymał się i nadstawił uszu.

– E, nie – odparł po chwili. – Nic nie słyszę.

– Przysięgłabym, że się ktoś darł.

– Christy! – zawołał Brian. – Gdzieżeś ty, kurde, poleciała, matole jeden!

– No, ale nie mów tak do niej – obruszyła się Cliodhna.

– Czemu? Zacznie papugować czy co?

– Nie, ale to obraźliwe. Ona też jest stworzenie boże, tak jak my.

Brian już miał po raz kolejny zawołać psa, lecz raptem wiatr przycichł na chwilę i gdzieś w dole rozbrzmiał wysoki chrapliwy wrzask. Podobnie zatrważający dźwięk wyrwał się z gardła jego kolegi kierowcy, kiedy w zajezdni autobusowej Capwell przygniotła go do ściany cofająca się dwieścieczternastka. Był to rozpaczliwy krzyk bólu i bezradności kogoś, kto wie, że doznane obrażenia nieuchronnie zakończą się dla niego śmiercią.

– Matko Boska – westchnął Brian i zbliżył się do urwiska na tyle, na ile pozwoliła mu odwaga. Długa trawa smagała go po nogach. W dole ścieliła się niewielka połać plaży, lecz zwisająca skarpa nie pozwalała jej zobaczyć. Dostrzegał tylko najeżone ostrymi krawędziami czarne głazy oraz pieniącą się między nimi falę przyboju. Morze miało barwę ciemnej jadowitej zieleni.

– Ale to nie Christy, prawda? – zapytała Cliodhna. – No, nie mów mi, że spadła ze skały.

Brian odsunął się od krawędzi i pokręcił głową.

– No coś ty! Głos Christy to raczej nie jest. Prędzej jakiegoś faceta, moim zdaniem. Zejdę na dół i zerknę.

– Może zadzwońmy po karetkę. Bo ten ktoś chyba jest ranny, nie?

– Daj mi się wpierw rozejrzeć. Poza tym wątpię, czy złapiesz tu zasięg.

Brian dotarł do ciasnego przesmyku między dwiema zwalistymi skałami o poszarpanych graniach. Minęły już lata od czasu, gdy tamtędy schodził, ale najwyraźniej ludzie wciąż korzystali z tej wąskiej ścieżki, by dostać się na plażę. Ktoś wetknął nawet pusty bidon w skalną szczelinę.

Kiedy zaczął się zsuwać, chwytając się kęp trawy i kolcolistów, usłyszał znowu okrzyk: szorstki, gardłowy i przepełniony rozpaczą. Brian odwrócił się i spojrzał na Cliodhnę. Zasłaniała sobie usta dłonią, jakby chciała zawołać, żeby wrócił, a jednocześnie rozumiała, że Brian musi iść dalej.

Napłynęły chmury i zakryły słońce, zaczynało mżyć. Przecisnął się obok skalnego występu, później jednak ścieżka biegła jeszcze bardziej stromo. Musiał ustawić się twarzą do ściany i schodzić tyłem jak po drabinie.

Kiedy zrobiło się trochę równiej, mógł się odwrócić i dopiero wtedy zobaczył plażę. Była tam klinowata zatoczka o długości nie większej niż siedemdziesiąt metrów. Szpiczaste głazy wyglądały, jakby ktoś specjalnie poutykał je w piasek, by odstraszać najeźdźców.

Teraz jednak sterczały tylko ich wierzchołki, bo plażę zaścieliły truchła koni. Brian nie umiał ich zliczyć. Większość była brązowych i napęczniałych, lecz niektóre zgniły już do tego stopnia, że przypominały worki włochatej skóry z wystającymi kośćmi. Dostrzegał kopyta, grzywy i splątane ogony. Odór był zadziwiająco słaby, ale ostatecznie trwała zima i chłodne morze z każdym przypływem zalewało to cmentarzysko.

Nie schodził dalej, tylko wyjął z kieszeni wiatrówki iPhone’a i pstryknął sześć, może siedem zdjęć.

– Brian! – zawołała Cliodhna. – Nic ci nie jest? Christy tam nie ma, co?

– Nie, nie ma jej tutaj. Już idę na górę!

Zaczął się wspinać z powrotem, lecz nagle rozległ się głośny krzyk. Zaskoczony Brian obrócił się i wtedy podeszwy jego butów szurnęły na skale. Omal się nie poślizgnął i nie runął na sam dół.

Zobaczył, że jeden z koni uniósł łeb i patrzy na niego przekrwionym okiem. Wydał niski świst podobny do dźwięku dud, z których uchodzi powietrze, a potem łeb znów opadł. Jezu, pomyślał Brian, to biedne bydlę wciąż żyje. I co ja mam teraz zrobić, na wszystkie świętości?

Wdrapał się jakoś na górę. Nim dotarł na szczyt klifu, deszcz zacinał już mocno. Cliodhna stała przygarbiona z podniesionym kapturem.

– Co się stało? – zapytała na widok miny Briana. – Coś tam zobaczył?

– Konie – odparł i wyjął iPhone’a, żeby sprawdzić zasięg, choć miał świadomość, że to beznadziejne. Trzeba będzie dojechać do najbliższego domostwa i dopiero stamtąd wezwać służby ratownicze.

– Konie? – powtórzyła. – Jak to konie?

– No, konie, całą masę koni. Wszystkie nieżywe oprócz tego jednego, którego zawodzenie żeśmy usłyszeli.

– I co teraz zrobisz?

– No, jak to co, zadzwonię po weterynarza. Będą go chyba musieli uśpić, nie? Bo przecież, kurde, nie pójdę tam i nie uzdrowię szkapiny cudownym pocałunkiem życia.

Uniósł rękę do oczu, osłaniając je przed deszczem.

– Gdzie ta cholerna Christy? Czasem aż mnie korci, żeby wziąć kija na tego kundla!

– Zostanę, a ty idź i dzwoń – powiedziała Cliodhna.

Koń znowu zarżał żałośnie jakby dla podkreślenia, że sytuacja jest krytyczna. Być może dzięki echu odbijającemu się od skał odgłos zabrzmiał tak samo jak za pierwszym razem – przypominał rozpaczliwy krzyk człowieka.

– No dobra – zgodził się Brian. – Ale ty tu zostań i nie podchodź za blisko do krawędzi. I tak nic nie dojrzysz, a ja nie chcę, żebyś tam wylądowała jak te szkapy.

Ruszył w kierunku rogu brązowego zaoranego pola, gdzie zostawił swoje duże volvo kombi. Gdy się zbliżył, spostrzegł, że Christy siedzi obok auta, brudnoszara, sczochrana i cała mokra, z wywalonym jęzorem. Na widok Briana wstała i otrząsnęła się, ale nie ruszyła się z miejsca, jakby chciała czym prędzej wsiąść i pojechać do domu.

Brian zatrzymał się, wsunął dwa palce do ust i gwizdnął ostro na Cliodhnę. Potem skinął na nią ręką.

Odwrócił się znów do Christy, z której gardła wydobywał się dziwny chrapliwy głos. Niezbyt ci tu fajnie, co? – pomyślał. Ty wiesz, że podle się tutaj narobiło. Chyba jednak nie jest z ciebie aż taki matoł, jak sądziłem.

Rozdział 2

Katie wysunęła się z małej łazienki w gabinecie i zobaczyła detektywa komisarza O’Rourke’a, który stał przy jej biurku z niebieską teczką w dłoni.

– O, Francis. Proszę wybaczyć, że musiał pan czekać.

– Nie ma sprawy, pani nadkomisarz – odparł O’Rourke. – Wszystko gra? Trochę pani jakby rozkojarzona, jeśli wolno zauważyć.

Katie poprawiła palcami włosy i obciągnęła żakiet.

– Ogólnie super, Francis, dzięki. Poszliśmy wczoraj wieczorem na curry i chyba trafiła mi się nieświeża krewetka.

– Może lepiej nie będę pani opowiadał, jak ja ostatnim razem napasłem się curry. – O’Rourke uśmiechnął się. – Znajomi i rodzina nie widzieli mnie na oczy przez kilka dni… I w tym miejscu postawię kropkę.

Katie usiadła.

– Co pan tam ma?

– To? Dane statystyczne o wyrokach skazujących imigrantów, o które pani prosiła. Przepraszam, że tak długo mi zeszło, ale właśnie odebrałem zgłoszenie z domu opieki Mount Hill w Montenotte. Znaleźli martwą pensjonariuszkę i lekarz, który ją obejrzał, mówi, że okoliczności są jakieś podejrzane.

Katie poczuła, że znowu ściska ją w brzuchu. Przymknęła powieki i zakryła usta dłonią. Nie wiedziała, iść do łazienki czy nie iść, ale nudności po chwili ustąpiły. Mimo to było jej zimno i oblewał ją pot.

– Aby na pewno dobrze się pani czuje? – spytał z empatią O’Rourke, przechylając głowę.

– Tak, wszystko w najlepszym porządku, to minie. Kim jest denatka?

– Osiemdziesiąt trzy lata. Pielęgniarka znalazła ją rano w łóżku. Najpierw myśleli, że zeszła z przyczyn naturalnych. W końcu to dom opieki dla emerytów, więc zdarza się dość regularnie, że pensjonariusze umierają.

– To dlaczego lekarz mówi, że okoliczności śmierci są podejrzane?

– Wezwano go, żeby stwierdził zgon. Ale on po krótkich oględzinach wykrył w zwłokach ciało obce.

– Ciało obce? Jakiego rodzaju?

Detektyw komisarz dotknął palcem kołnierzyka koszuli, jak gdyby odpowiedź na pytanie sprawiała mu trudność.

– Hm, to była figurka – odparł po chwili. – Błogosławionej Dziewicy, jeśli chodzi o ścisłość. Lekarz ją wziął i wyciągnął, bo tak mu nakazywał szacunek, ale poza tym w ogóle nie dotykał ofiary.

– Miała wetkniętą figurkę Maryi Dziewicy?

– Świętokradztwo jakby, prawda? Ale właśnie tak. Detektyw sierżant Ni Nuallán i detektyw O’Donovan pojadą tam, żeby się rozmówić z dyrektorem i pielęgniarkami, powiadomiłem też sekcję techniczną. A sierżant Ni Nuallán zgłosiła sprawę do biura koronera, oczywiście.

– Wiemy, kim ona była, ta zmarła? – spytała Katie.

– Oficjalnie jeszcze jej nie zidentyfikowano, ale wydaje się, że to siostra Bridget Healy z klasztoru Bon Sauveur w Saint Luke’s Cross.

– Coś mi się kojarzy – powiedziała Katie. – Dlaczego ta nazwa mi się kojarzy?

– Zielonego pojęcia nie mam, pani nadkomisarz – odparł detektyw O’Rourke. – Bo na ogół to rzadko mnie do zakonnic nosi.

Katie wstała.

– Chyba sama tam pojadę, tak żeby się zorientować. Może wybrałby się pan ze mną?

– No jasne – odparł komisarz i po chwili dodał: – Jest w tym coś takiego, że nos aż się sam wykręca, nie?

– Ile razy słyszę o podejrzanej śmierci i klasztorze w jednym zdaniu, zawsze mi coś śmierdzi. Może w tym przypadku się mylę, ale chcę tam pojechać i powęszyć.

– Jak pani sobie życzy. Proszę. – O’Rourke podał jej teczkę, którą przyniósł. Przydzielono go do komendy przy Anglesea Street dopiero przed siedmioma tygodniami, lecz Katie zaczynała mu ufać i na nim polegać. Był niski i tęgi, kasztanowe włosy miał podgolone na bokach tak, że sterczały spod nich czerwone uszy, ale góra czupryny układała się w fale. Twarz okrągła z nosem jak bąbel i bardzo jasne zielone oczy. Stale uniesione brwi sprawiały wrażenie, że jest mile zaskoczony czymś, o czym się właśnie był dowiedział. Bardziej przypominał poczciwego wujka niż komisarza Garda Síochána, ale Katie szybko stwierdziła, że umie trafnie oceniać charaktery, jest czujny oraz wyjątkowo uparty i dociekliwy.

Jego żonę Maeve cechowała podobna nieustępliwość. Gdyby się pobili w czasie domowej sprzeczki, Katie miałaby kłopot ze wskazaniem faworyta.

O’Rourke stuknął palcem w teczkę.

– W ciągu minionego półrocza wskaźnik skuteczności dochodzeń przeciw imigrantom spadł o osiem procent. Deportowano o trzynaście procent mniej nielegalnych. Pomyślałem sobie, że chce pani usłyszeć potwierdzenie, że w tej batalii dostajemy kopy.

– Jakbym sama nie wiedziała. Jutro po południu mamy naradę w NASC1 poświęconą przestępczości wśród imigrantów, będzie można poruszyć tę kwestię. Bo nadal zbyt wielu jest świętoszkowatych dobroczyńców, którym się zdaje, że wydalenie z kraju imigranta za gwałt czy rabunek to to samo co zsyłka do Australii w czasach głodu. The Fields of Athenry2 i takie tam.

Detektyw komisarz O’Rourke się skrzywił.

– No, jakoś nie widzę związku między historią o Michaelu, który skradł Trevelyanowe zboże, żeby nakarmić swoją zagłodzoną dziatwę, a tym, że przybysz z jakiegoś Bubulandu w biały dzień szlachtuje nożem ciężarną kobietę, bo nie chciała mu po dobroci oddać komórki.

Katie zdjęła z wieszaka gabardynowy płaszcz w kolorze bordo. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie wstąpić jeszcze raz do łazienki, ale jej żołądek jakby się uspokoił. Łykała witaminę B6, piła herbatę imbirową i z pewnością nie cierpiała takich katuszy jak te, o które przyprawiał ją niegdyś Seamus, Boże, miej w opiece jego malutką duszę.

* * *

Dzielnica Montenotte leżała na stromiźnie północnej części miasta i w jasne dni z domu opieki Mount Hill można było podziwiać panoramę rzeki Lee, śródmieścia oraz niewyraźnych zielonych wzgórz, które za nim majaczyły. Tego ranka powietrze było zamglone i zimne jak cmentarz, ale Katie przewidywała, że mgła, ozłocona blaskiem słońca, wkrótce się rozwieje.

Ośrodek urządzono w klasztorze zbudowanym w latach osiemdziesiątych XIX wieku z myślą o ludziach schorowanych i starych. Pomalowana na szaro fasada miała ponad osiemdziesiąt metrów długości i pięła się na wysokość trzech kondygnacji; w dachu pokrytym ciemną dachówką tkwiły okna świetlikowe. Przed gmachem stały dwa radiowozy, a także biała furgonetka sekcji technicznej i karetka pogotowia.

Kiedy skręcali z Middle Glanmire Road na parking, Katie stwierdziła z ulgą, że nie widzi znajomych pojazdów dziennikarzy i ekip telewizyjnych. Nie była w nastroju, by mierzyć się z nagabywaniami o podejrzany zgon sędziwej siostry z Bon Sauveur.

Detektyw sierżant Ni Nuallán czekała na Katie i O’Rourke’a na schodach wejściowych. Od jakiegoś czasu zapuszczała blond włosy i upinała je w warkocz; dziś była w granatowym płaszczu z kaszmiru, ściągniętym ciasno paskiem. Z opuchniętymi oczami i nieumalowana, i tak ładnie się prezentowała.

– Dużo do oglądania to tutaj nie ma – rzuciła. – Jedna staruszka, która wyzionęła ducha, i gromada innych staruszków, którzy wnet podrepczą tym samym szlakiem.

– Odjazdowy płaszcz, Kyno – pochwaliła Katie, kładąc rękę na jej ramieniu. – Też by mi się taki przydał.

– O, dzięki. Ale to tylko Marks and Spencer. Dawali zniżkę trzydzieści pięć euro, więc jak mogłam darować, no nie?

– Pomówiła już pani z personelem?

Detektyw sierżant Ni Nuallán wyjęła notes.

– Zamieniłam parę słów z dyrektorem Noelem Pardoe i Neviną Cormack, pielęgniarką oddziałową. A także z doktorem McNallym. To on został wezwany, kiedy znaleziono siostrę Bridget, ale musiał wyjechać do pacjenta. Tak na wszelki wypadek dał mi numer komórki.

Pchnęła ciężkie politurowane drzwi z dębowego drewna prowadzące do ogromnego holu. Katie i detektyw komisarz O’Rourke wsunęli się za nią do środka. Obok dyżurki stał zmartwiony mężczyzna w za luźnej tweedowej marynarce i rozmawiał z recepcjonistką o włosach kręconych na lokówkę. Był gruby i wyglądał niechlujnie – przekrzywiony krawat, brzuch wyzierający spod białej koszuli. Jego czupryna miała barwę i fakturę płatków śniadaniowych Shredded Wheat, skóra zaś zachowała pomarańczowy odcień po letniej opaleniźnie.

– Panie Pardoe, przedstawiam panu detektyw nadkomisarz Maguire i detektywa komisarza O’Rourke’a.

Noel Pardoe wyciągnął pulchną dłoń ze złotym sygnetem.

– Proszę, proszę! Detektyw nadkomisarz, co? Nigdy bym nie pomyślał, że zgon siostry Bridget jest aż tak tajemniczy i że zwabi tu wysokie szarże.

Katie zignorowała rękę i posłała mu zdawkowy uśmiech.

– Każda podejrzana śmierć zasługuje na moją uwagę, panie Pardoe, nawet jeśli nie zawsze zjawiam się osobiście na miejscu zdarzenia.

– Oczywiście. Gdzież bym śmiał sugerować, że nie poświęci pani tej sprawie całej uwagi. Jestem pewny, że tak będzie. Ale na przekór jedynej nietypowej okoliczności towarzyszącej zgonowi siostry Bridget…

– Ma pan na myśli figurkę?

– Tak, właśnie, figurkę – potwierdził Noel Pardoe i oblizał usta, jakby słowo to miało wyczuwalny przykry smak. – Niezależnie od tego powinna pani wiedzieć, że nasz personel pielęgniarski otacza pensjonariuszy troskliwą opieką i zdziwiłoby mnie bardzo, gdyby się okazało, że siostra Bridget nie odeszła z przyczyn naturalnych. Miała słabe serce i problemy z wątrobą, jak wyjaśniłem pani sierżant. Nikt się tu nie spodziewał, że pobędzie z nami na tym świecie o wiele dłużej, niech ją Bóg błogosławi.

– Kwestię przyczyn śmierci pozostawmy koronerowi, dobrze? – wpadła mu w słowo Katie. – Chciałabym teraz zobaczyć zmarłą, jeśli wolno.

– Oczywiście, to żaden kłopot. Wasi technicy są już na górze.

– Później zamieniłabym chętnie słowo z pielęgniarką oddziałową.

– Tak, naturalnie. Uprzedzę Nevinę, że pani tu jest.

Gospodarz zaprowadził troje policjantów do windy. Stanęli ciasno twarzami do siebie i w niezręcznym milczeniu wjechali na drugie piętro. Gdy szli gęsiego korytarzem, lewy but Noela Pardoe skrzypiał na parkiecie z odgłosem przypominającym kwakanie kaczki.

– No to zostawiam państwa – powiedział, jakby chciał czym prędzej się stamtąd ulotnić. – Później, kiedy skończycie, spotkamy się na dole.

Pokój siostry Bridget wychodził na ogród na tyłach ośrodka; z okna widać było drzewa w kolorze rdzy oraz skalniak z posągiem Maryi trzymającej w objęciach Dzieciątko Jezus. Katie skojarzył się z kobietą, która czeka na przystanku autobusowym.

Bill Phinner, główny patolog, stał obok wysokiego szpitalnego łóżka, a młoda laborantka klęczała z małym ręcznym odkurzaczem i pobierała próbki z cętkowanego zielonkawego dywanu. Drugi technik usuwał kurz z szafki nocnej, przygotowując ją do analizy daktyloskopijnej. Phinner, chudzielec z zaczesanymi do tyłu siwymi włosami i głęboko zapadniętymi policzkami, niewiele się różnił od denatki, którą miał badać.

– Dzień dobry pani – rzucił do Katie, nie spoglądając w jej stronę.

– No i co tam, Bill? – odpowiedziała pytaniem. W pokoju panował nieprzyjemny skwar, więc rozpięła kołeczki spinające poły płaszcza.

Przy ścianie na lewo znajdował się wysoki mahoniowy regał zawalony książkami – głównie były to Biblie lub żywoty świętych – i przeróżnymi drobnymi dewocjonaliami i posążkami. Najbardziej rzucała się w oczy monstrancja: stojak z pozłacanym promienistym rozbłyskiem i okrągłym kryształem pośrodku, w którym tkwił opłatek, ciało Chrystusa. Był jeszcze szkarłatny kryształowy różaniec oraz gipsowa figurka świętego Franciszka z rozpostartymi ramionami, otoczonego przez ptaszki i króliczki. Jednemu odpadł łebek.

Na wierzchu stosu złożonych koców w nogach łóżka, zapieczętowana w torebkę na dowody, leżała bladoniebieska figurka Maryi Dziewicy, którą lekarz wyjął z ciała siostry Bridget. Figura patrzyła przez warstwę folii z beztroskim wyrazem lica w różowym odcieniu pigułek.

Katie podeszła do łóżka i spojrzała na siostrę Bridget, która ze swoim dużym haczykowatym nosem, spiczasto zakończonym podbródkiem i zaciśniętymi mocno ustami przypominała jastrzębia. Oczy częściowo przysłaniały powieki, jakby nieboszczka spała, ale Katie dostrzegła na białkach drobne plamy wyglądające jak maciupkie czerwone kijanki.

– Wybroczynowe krwawienie spojówki – wyrecytował Bill suchym chropawym głosem. – Własną poduszką zdławiona, że tak to określę.

– Więc jednak nie przyczyny naturalne?

– No skąd! Uduszenie, bez cienia wątpliwości.

– A figurka?

– Maryja Niepokalanego Serca. Zrobiona z dobrej jakości tworzywa i kamienia, ręcznie malowana, wysokość dwadzieścia pięć i pół centymetra, można trzymać w pomieszczeniu, można i poza. Na cokoliku znak producenta, Pilgrim Fine Editions, da się więc ustalić, gdzie ją nabyto. Powiedziałbym, że cena mogła wynieść do trzystu euro, lekko licząc.

– Są na niej odciski palców?

– Kilka fragmentarycznych smug, ale w laboratorium pewnie uda nam się je powiększyć.

– Kiedy ją włożono? – zapytała Katie. – Przed uduszeniem czy po?

Bill uniósł bawełniany, sięgający do kostek szlafrok frotté. Siostra Bridget była chuda jak kościotrup, skórę znaczyły łuszczące się miejsca i ciemnoczerwone plamy – typowe u osoby ze schorzeniem wątroby. Na lewej piersi widniał duży szkarłatny siniak w kształcie półksiężyca. Sprawca zapewne przycisnął ofiarę do łóżka nasadą dłoni. Brzuch i wewnętrzna strona kościstych ud miały więcej zasinień. Pochwa z siwymi włosami była szeroko rozwarta, na szlafroku między nogami ciemniała rozległa brązowa plama zaschłej krwi.

Laborantka zbierająca odkurzaczem drobinki z dywanu wyłączyła urządzenie i wstała; gdyby nie przenikliwy szelest jej zbyt dużego kitla z syntetyku, w sali panowałaby kompletna cisza. Bill jeszcze przez chwilę trzymał szlafrok w górze, a potem ostrożnie i z szacunkiem okrył zmarłą. Nie musiał nic mówić. Katie zdawała sobie sprawę, że skoro siostra Bridget krwawiła podczas napaści, to jej serce wtedy wciąż biło.

Rozdział 3

Wrócili do holu, gdzie Noel Pardoe czekał z Neviną Cormack. Oddziałowa była niską kobieciną w okularach o grubej oprawce i z toporną strzechą czarnych włosów przetykanych siwymi pasmami, podstrzyżoną wysoko na szyi. Była w szarym grubym zapinanym swetrze, który prawdopodobnie sama zrobiła na drutach. Kiedy podeszła bliżej, żeby się przedstawić, Katie poczuła mocną piżmową woń ani trochę niepasującą do jej rodzaju skóry.

– Z przykrością potwierdzam, że siostra Bridget została celowo uduszona – oświadczyła nadkomisarz.

– Ach, więc nie umarła z przyczyn naturalnych? – zdziwiła się Nevina Cormack. – Bo zdrowie nie bardzo jej dopisywało, wie pani.

– Niestety, zaatakowano ją, a potem uduszono poduszką.

Oddziałowa się przeżegnała.

– Okropność! Nie wyobrażam sobie, kto by mógł coś takiego zrobić! Już mówiłam wcześniej pani sierżant, że rano nikt jej nie odwiedzał i w całym budynku nie widzieliśmy nikogo podejrzanego.

– Czy siostra Bridget cieszyła się tutaj sympatią? – zapytała Katie.

– No tak, oczywiście. Miała swoje humory, jak to większość starszych osób. Ale nie mogę stwierdzić, żeby jej nie lubiano.

– Ta kobieta umarła – zauważyła Katie. – Cokolwiek pani o niej powie, jej to już nie zaszkodzi, a jeśli chcemy odkryć, kto ją zabił, powinnam usłyszeć prawdę.

Nevina Cormack zerknęła na Noela. Ten się skrzywił i wzruszył ramionami, jakby jej w ten sposób sygnalizował, że ma być szczera.

– Uczciwie powiedziawszy, siostra miewała ciągoty do wyniosłości.

– Do wyniosłości?

– Często gęsto zapominała, że już nie kieruje klasztorem Bon Sauveur, zdawało jej się, że ma pod sobą cały ośrodek. Pielęgniarki były wobec niej bardzo, bardzo cierpliwe, ale ona oczekiwała, że będą na każde skinienie jej rąk i nóg, że się tak wyrażę, i nigdy nie usłyszały od niej słowa podzięki. Stale się awanturowała z jednym naszym pensjonariuszem, mężczyzną, bo za każdym razem zajmowała jego krzesło w sali telewizyjnej.

– Będziemy musieli z tym panem porozmawiać – oznajmiła Katie. – Ale z tego, co pani mówi, nie wynika, by ktoś tutaj chował do siostry Bridget aż tak wielką urazę i chciał ją udusić.

– Staramy się tworzyć rodzinną atmosferę – zapewniła oddziałowa. – Jak już wspomniałam, wielu naszych pensjonariuszy ma swoje nawyki, niektórzy nie wiedzą nawet, gdzie są i kim są, niech ich Bóg ma w opiece. Ale nijak sobie nie wyobrażam, by któryś z nich potraktował siostrę Bridget w taki sposób.

Stała przez chwilę niespokojnie, zaciskając i otwierając pięści.

– Czy to już wszystko? – spytała. – Bo niedługo lunch, a ja mam dużo obowiązków.

– Tak, tak, oczywiście, proszę robić swoje – odparła Katie. – Może będziemy chcieli z panią jeszcze pomówić, ale na razie to tyle. Za chwileczkę zabierzemy ciało siostry Bridget i trafi na autopsję do kliniki uniwersyteckiej. Pozostaniemy w kontakcie, żeby mogła pani poinformować jej krewnych i znajomych.

– Nic mi nie wiadomo, by jakichś miała – powiedziała oddziałowa. – Żaliła mi się kiedyś, że wszyscy jej bracia, siostry i dalsi krewni poumierali i została samiutka na świecie.

Katie, O’Rourke i Ni Nuallán wyszli; detektyw sierżant O’Donovan ruszył im naprzeciw. Mgła się rozproszyła i mokry parking oślepiał blaskiem, więc Katie założyła okrągłe okulary przeciwsłoneczne.

– Przepytałem już prawie wszystkich pensjonariuszy, pani nadkomisarz – oznajmił O’Donovan. – Mniej więcej jedna trzecia coś tam kuma, ale reszta, zgodnie ze słowami oddziałowej, nie odróżni noża od widelca.

– Może któremuś przytrafił się incydent psychotyczny? – zasugerowała Katie.

– Teoretycznie byłoby to możliwe. Ale żaden z tych, których dotąd przesłuchałem, nie miałby tyle siły, żeby przytrzymać siostrę Bridget i ją zmasakrować, mimo że starowinka z niej była i chucherko. Niewielu byłoby w stanie unieść rękę i pacnąć komara.

– A ktoś z zewnątrz, odwiedzający? – dopytywał O’Rourke.

– Tego dnia rano nikt nie widział, by ktoś przychodził w odwiedziny do siostry Bridget – odpowiedziała Ni Nuallán. – W każdym razie do ośrodka nie wpuszczają nikogo, dopóki pensjonariusze nie zjedzą lunchu, czyli do około dwunastej w południe. Jeśli staruszkowie za bardzo się podniecą lub zaniepokoją, odbiera im to apetyt. Ale jest nagranie z kamery monitoringu w recepcji, więc je obejrzymy. Do budynku można wejść jeszcze tylko przez bramę ogrodową. Tyle że zawsze ją zamykają, żeby pensjonariusze nie mogli się zabłąkać poza teren.

– Czy waszym zdaniem ta zbrodnia miała podtekst seksualny? – spytała Katie, zbliżając się do samochodu.

Detektyw komisarz O’Rourke pokręcił głową.

– Nie wydaje mi się. Znaczy miałem parę przypadków przestępców seksualnych gustujących w paniach w określonym wieku i więcej niż parę, w których księża wykorzystywali sędziwe zakonnice. W tym przypadku… no cóż, mogły zajść obie okoliczności, ale ta figurka… Zdecydowanie uważam, że motyw miał charakter religijny, a nie seksualny.

– I ja tak myślę – przytaknęła detektyw sierżant Ni Nuallán. – To jest jakby zamierzone świętokradztwo, deklaracja w rodzaju: twoja religia tak mi dopiekła, że się nią posłużę i odpłacę ci pięknym za nadobne.

– Możliwe, że jesteście na właściwym tropie – przyznała Katie. – Niewykluczone, że sprawca mógł być zwykłym pomyleńcem. Z drugiej jednak strony, bardziej prawdopodobne wydaje się, że ktoś chciał się zemścić na siostrze Bridget, bo miał jej coś za złe.

Zawiesiła głos.

– Może nie chodziło mu o zemstę na samej siostrze Bridget – dodała. – To znaczy nie na niej konkretnie, ale na zakonnicach z Bon Sauveur lub w ogóle na siostrach zakonnych. Kiedy się pomyśli o księżach, którzy byli zabijani w odwecie za molestowanie młodych chłopców…

Katie otworzyła drzwi samochodu.

– Kyno – zwróciła się do sierżant Ni Nuallán – może pojechałaby pani do klasztoru Bon Sauveur i popytała o siostrę Bridget? Wątpię, czy jest tam jeszcze ktoś, kto by ją znał osobiście, ale może zachowała się opinia o niej. Może krążą jakieś opowieści, a na pewno muszą być dokumenty.

– No jasne. Od razu tam uderzę. Dokończenie rozmów z tutejszymi pensjonariuszami zajmie nam pół godziny. Zwłaszcza z tym gościem od krzesła. Pamiętam, że mój dziadzio dostawał kręćka, kiedy go ktoś podsiadał na jego ulubionym fotelu.

– Racja – przytaknęła Katie. – Mordowano już ludzi z błahszych powodów.

* * *

Po powrocie na komendę wstawiła czajnik, żeby zaparzyć sobie herbaty imbirowej. Kiedy nalewała wody, zabrzęczał jej iPhone. John w SMS-ie pytał, czy Katie skończy na tyle wcześnie, by zdążyli się wybrać wieczorem na kolację do Eastern Tandoori.

Jeszcze nie przyznała mu się, że jest w ciąży. Nie zdążyła obmyślić, w jaki sposób to wytłumaczy. Wrócił aż z San Francisco, żeby z nią być i naprawić ich związek. Przysięgał, że przez ten czas nie zdradził jej z żadną kobietą. Prędzej czy później będzie musiała mu powiedzieć. Również to, że ojciec dziecka, najbliższy sąsiad, okazał się jednym z tych, którzy maltretują żony.

Dotąd udawało jej się maskować poranne mdłości tak jak przed detektywem O’Rourkiem, któremu oznajmiła, że źle się czuje po trefnej krewetce zjedzonej w hinduskiej restauracji. Była to najbardziej niestrawna rzecz, jaka jej się nasunęła, a teraz John chciał iść właśnie na curry. Eastern Tandoori był od dawna jednym z jej ulubionych lokali; mieścił się na piętrze przy Emmet Place i widać z niego było rzekę. Teraz jednak mdliło ją na samą myśl. Już czuła w nosie zapach kozieradki.

Usiadła przy biurku i odpisała:

Mogę się zasiedzieć. Wybacz. Wpadło nam ważne śledztwo. Chyba trzeba będzie wziąć coś na wynos. XXX.

Nadal pisała, kiedy wszedł komendant Denis MacCostagáin, postawny mężczyzna z zaokrąglonymi barkami i wiecznie grobową miną. Detektyw Horgan przezywał go za jego plecami Aingesoir, czyli Smętek, bo zawsze robił wrażenie strutego. Ale już w dniu awansu MacCostagáin z łatwością wszedł w nową rolę. Nie wyzbył się ponuractwa, lecz był dobrze zorganizowany i brał się do wszystkiego tak metodycznie, że Katie chwilami ledwie to znosiła. Na szczęście nie okazał się mizoginem; rozmawiał z nią posępnie drętwym tonem, tak samo jak z resztą funkcjonariuszy. Nie przejawiał wobec niej żadnych uprzedzeń, choć o względach także nie mogło być mowy.

Podszedł do biurka z wydartą kartką z notesu w dłoni i patrzył na nią dłuższy czas bez słowa, jakby nie był pewny, skąd się wzięła.

– Znaleziono martwe konie – zakomunikował wreszcie.

– Martwe konie? – powtórzyła Katie. – Gdzie dokładnie?

– U stóp urwiska w Nohaval Cove. Dwadzieścia trzy, taką liczbę podaje Kenneth Kearney. Jakiś obywatel to zgłosił i Kenneth wysłał na miejsce pracownika ISPCA3, który zastał jedno zwierzę żywe, ale w bardzo złym stanie, z trzema złamanymi nogami, więc je zastrzelił.

– W Nohaval Cove? Klify są tam potwornie strome. Jak się te konie dostały na dół? Przecież ich nie spędzono, prawda?

– Kenneth chyba tak właśnie sądzi. Albo je spędzono, albo zrzucono z góry. Od szczytu do plaży jest prawie osiemdziesiąt pięć metrów, więc to cud, że ten jeden koń przeżył.

Komendant MacCostagáin zerknął na swój zegarek, choć na ścianie gabinetu Katie wisiał duży zegar.

– Jakie ma pani plany na dzisiaj? Bo chodzi o to, że zbierają się tam dziennikarze, a wiem, że świetnie sobie pani radzi z mediami. Pokażemy, że sprawa jest dla nas ważna, jeśli wyślemy na miejsce wysokiego funkcjonariusza. Wie pani, opinia publiczna bardziej się przejmuje okrucieństwem wobec zwierząt niż tym, że ktoś maltretuje kobiety albo dzieci.

– Co racja, to racja – przyznała Katie i wstała. – No więc dobrze, zabiorę ze sobą Horgana i Dooleya. Domyślam się, że już pchnął pan tam radiowóz?

– Trzy nawet. Dwa stąd i jeden z Carrigaline. Bill Phinner wysyła ekipę techniczną. Chcę, żeby teren wokół klifu był jak najprędzej odcięty kordonem. Wieść zaraz się rozniesie i jak to zwykle bywa, zbiegnie się od groma ciekawskich. A lepiej żeby nam nikt nie spadł ze skały i nie złamał sobie karku.

Po wyjściu MacCostagáina Katie upiła łyk herbaty imbirowej, ale się oparzyła i musiała ją odstawić. Rano mdłości nie pozwoliły jej nic zjeść, więc teraz cieszyła się, że zabrała z domu zapakowaną w folię aluminiową kanapkę z chleba sodowego z kurczakiem – resztkę po wczorajszej kolacji. Wyjęła ją z szuflady biurka i wsunęła do torby.

Rozdział 4

Deszcz ustał, zanim Katie dotarła do Nohaval Cove, ale nadal mocno wiało. Wspinając się po trawiastym stoku wzgórza, postawiła kaptur wełnianego płaszcza. Tuż za nią szli detektywi Horgan i Dooley, poły ich płaszczy głośno furkotały.

Trzej funkcjonariusze właśnie wbijali w ziemię metalowe paliki i rozciągali niebiesko-białą taśmę, pięciu innych stało w pobliżu i rozmawiało z pracownikiem ISPCA oraz dwoma technikami w białych kombinezonach. Wszyscy tupali nogami i poruszali się dla rozgrzewki; wyglądało to, jakby ćwiczyli staroświecki taniec ze stepowaniem.

Dwóch policjantów zdołało dojechać land cruiserami w pobliże ścieżki prowadzącej na plażę, reszta jednak musiała ustawić samochody wzdłuż grząskiej polnej drogi: były tam dwa radiowozy, niebieska karetka weterynaryjna, kombi i furgonetka sekcji kryminalistycznej. W trzech pojazdach Katie rozpoznała auta dziennikarzy. Na razie nie pojawił się wóz ekipy telewizyjnej. Na widok nadkomisarz dwaj funkcjonariusze przestali dreptać w miejscu i cofnęli się z szacunkiem. Wyszedł jej na spotkanie sierżant Kevin O’Farrell, rosły, tęgi chłop z włosami o barwie piasku i z zaczerwienioną twarzą, która zawsze wyglądała tak, jakby miała za chwilę eksplodować.

– Miło, że pani dotarła – zagadnął. – Ci dziennikarze, co tam stoją, sypnęli mi niewygodnymi pytaniami, na przykład, czy moim zdaniem to Romowie zwalili te konie ze skały.

– I jakiej odpowiedzi im pan udzielił?

– Usłyszeli tyle, że na razie komentarza nie będzie. Ostatnio gadałem z pismakami o Romach, kiedy urządzili trefne wyścigi na Mallow Road, i tym sposobem załatwiłem sobie naganę służbową.

– A owszem, kojarzę. Nie wolno zapominać, sierżancie, że wszystko, co robią wędrowni Romowie, jest tradycyjne. Tradycyjne bijatyki, tradycyjne podkradanie w sklepach, inne wykroczenia również tradycyjne. Pojęcia nie mam, czy zrzucanie koni ze skał to też jakaś ich tradycja, ale pewnie wkrótce się dowiemy. Czy to jest ten inspektor z ISPCA?

– Tak, pani nadkomisarz – potwierdził O’Farrell i skinął ręką.

Podszedł drobny, schludnie wyglądający mężczyzna z ciemną brodą. Miał najłagodniejsze piwne oczy, jakie kiedykolwiek widziała, jezusowe nieomal; bez trudu mogła sobie wyobrazić, jak bierze na ręce osierocone szczenięta albo wiedzie zestresowane osiołki na spokojne pastwiska.

– Tadhg Meaney – przedstawił się, ściągając rękawicę i wysuwając dłoń. – Normalnie to urzęduję w Centrum Weterynaryjnym dla Koni w Dromsligo. Dzwoni do mnie rano Kenneth Kearney i prosi, żebym tu podjechał. Coś okropnego, totalny szok. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem, choć pracuję w ISPCA dziewiąty rok. Nigdy.

– Powiedziano mi, że jeden koń żył.

– Ledwo zipał. Wątpię, czy dwanaście godzin by pociągnął. Zastrzeliłem go, tak jest najszybciej.

– Zaprowadzi nas pan na plażę, żebyśmy się mogli rozejrzeć?

– No jasne. Ale uwaga, bo ślisko jest i bardzo stromo, sam o mało nie fiknąłem kozła. Lepiej pójdę pierwszy.

Poprowadził Katie, Horgana i Dooleya do głębokiej szczeliny w skale, gdzie zaczynała się ścieżka schodząca do plaży. Następnie wszyscy czworo ruszyli w dół ku zatoczce, dla równowagi przytrzymywali się skał i kolcolistów. Horgan, który sprawił sobie przedwczoraj nowe eleganckie mokasyny z brązowej skóry, całą drogę klął pod nosem.

– Gdyby był pan łaskawy trochę się ograniczyć z tymi bluzgami – poprosiła Katie, kiedy zbliżyli się do najbardziej stromego odcinka. – Zamówi pan sobie następną parę po powrocie do komendy.

– O, bardzo panią przepraszam. Na wyprzedaży w Schuh je dostałem, mieli tylko jedną parę w moim rozmiarze.

Zdołali jakoś dotrzeć do plaży i Katie objęła wzrokiem piętrzące się zwały martwych koni. Był odpływ, woda cofnęła się prawie na maksymalną odległość i ciała zwierząt powleczone były cuchnącymi smugami ciemnozielonych wodorostów. W górze pokrzykiwały mewy, złe, że ktoś je odrywa od uczty. Prawie nie sposób było dokładnie przeliczyć zwłok, bo nogi, łby i korpusy leżały splątane, a część zgniła i zapadła się w te, które leżały pod spodem. Te znajdujące się bliżej skał nie uległy jednak rozkładowi w takim samym stopniu – kilka koni wyglądało tak, jakby lada chwila miały się zerwać na nogi.

Dwaj technicy stąpali ostrożnie między nimi, unosząc wysoko kolana, i fotografowali. W błyskach fleszy szczerzące zęby truchła podrygiwały niczym końskie widma z sennego koszmaru.

Te, którym wciąż pozostały oczy, gapiły się złowrogo na Katie. Co ja tutaj robię? Dlaczego leżę na tej plaży sztywny, nieżywy i z połamanymi nogami?

– Jedno zawsze fałszywie przedstawiają w filmach – odezwał się Tadhg Meaney, spoglądając smutno na dużego gniadego wałacha z rozdętym brzuchem. – Kiedy pada koń filmowy, zamykają mu się oczy. Sentymentalizm w czystej formie, nic więcej. Kiedy umiera prawdziwy koń, dalej na ciebie patrzy. A jak pani nadkomisarz wie, zdarza się to i ludziom.

– Myśli pan, że te konie żyły, kiedy je zrzucano ze skarpy? – dociekała Katie.

– Ten, którego musiałem dobić, żył, to oczywiste. Jeśli chodzi o pozostałe, to nie stwierdzę tego na pewno, dopóki nie zrobię pełnej autopsji. Ale i wtedy może to być trudne, chyba że wcześniej je uśpiono albo padły od takiej czy innej choroby. Końskiej grypy, encefalopatii lub zespołu Cushinga. Albo jeśli najadły się czegoś trującego, naparstnicy, na przykład, bądź jaskrów.

– W jakim wieku są te konie? Czy jest możliwe, że najlepsze lata miały już za sobą i ktoś chciał się ich pozbyć, nie płacąc za ich uśpienie?

– No cóż, to całkiem możliwe. Nie wiem, ile teraz biorą za usługę zawodowi hycle, ale cena musi dochodzić do stu pięćdziesięciu euro. Jeśli pomnożyć tę kwotę przez liczbę tych koni tutaj, to byłby spory wydatek.

– Może ktoś wystawia właścicielom rachunek za uśpienie zwierząt, a potem spycha je po prostu z urwiska i chowa forsę do kieszeni.

– Mogę się założyć, że to robota tych cygańskich hycli – wtrącił detektyw Horgan. – Moim zdaniem powinniśmy się kopnąć do ich slumsu i zadać brudasom parę pytań.

– To są Romowie – poprawiła go ostrym tonem Katie. W duchu nie potrafiła jednak całkowicie zanegować sugestii, że koni mógł się pozbyć ktoś z romskiej mniejszości. Uprzedzenia uprzedzeniami, lecz była to pierwsza myśl, jaka przyszła jej do głowy.

– Aż dziw, że ich nie opchnęli na koninę – zauważył detektyw Dooley. – Sporo hajsu mogli zainkasować, no nie? Po ile chodzą teraz konie masarskie?

– Ale nie te tutaj, nawet jeżeli były zdrowe i nienaszprycowane barbituranami – odpowiedział mu Meaney. – Ktoś, kto by się ich pozbywał, musiałby okazać przetwórcy dokumenty poświadczające, że mięso tych zwierząt nadaje się do konsumpcji. Poza tym na nich prawie w ogóle go nie ma. Jeśli mnie wzrok nie myli, są tu same wyścigowce czystej krwi.

– Bez kitu! – rzucił Horgan. – To są konie wyścigowe?

Meaney schylił się i chwycił zesztywniałą pęcinę wałacha leżącego tuż obok, po czym uniósł kopyto i zademonstrował podkowę.

– Widzi pan? Wyścigowa podkowa równopowierzchniowa, zrobiona z aluminium i dzięki temu lekka. I proszę spojrzeć na tę. – Uniósł kopyto wierzchowca, który był tak silnie dotknięty rozkładem, że kasztanowa skóra pękła przy skręceniu. – Mamy tutaj przednią podkowę, także z aluminium, ale ze stalową nakładką cierną, która zwiększa przyczepność na bardzo rozmokłym podłożu.

– Czyli to nie są byle jakie, nikomu niepotrzebne konie ze zwyczajnych stajni jeździeckich? – zdziwiła się Katie. – Albo liche szkapiny, którym zabrakło sił do człapania?

– Nic podobnego – odparł Meaney. – Co roku w hrabstwie Cork znajdujemy ponad dwieście zabłąkanych, rannych lub porzuconych wierzchowców, i sytuacja się pogarsza, bez dwóch zdań. Zwykłych ludzi z klasy średniej nie stać już tak jak dawniej na utrzymywanie koników dla swoich pociech, więc często wyjeżdżają nimi w pola i je zostawiają. No i są jeszcze Romowie, jak ich pani nazwała. Twierdzą, że kochają te zwierzęta, ale bladego pojęcia nie mają, jak się nimi należycie zająć. Chcieliśmy zorganizować dla nich kurs masztalerski, tylko że cofnięto nam fundusze.

– Ale nie wszystko się sprowadza do Romów, prawda? – zauważyła Katie. – Rzeź odbywa się także w kręgach biznesu wyścigowego, nawet jeśli wierzchowce nie są zrzucane ze skarp.

– Ma pani całkowitą słuszność. Pomyśleć tylko, jakie to nieludzkie! Nadal zbyt wiele irlandzkich stadnin rokrocznie notuje olbrzymią nadwyżkę źrebiąt. Dążą do tego, by multimilionerzy mogli przebierać wśród najlepszych i najbardziej rączych. Ale w konsekwencji setki koni czystej krwi jest usypianych. Starsze wysyła się do hycli. Miały swoje chwile chwały, a teraz ich czas minął i nikogo nie stać na to, żeby się nimi opiekować. Trafiają do Francji, gdzie przerabia się je na salami.

Meaney wskazał trzy źrebaki kasztanki leżące prawie jeden na drugim, jakby w ostatnich sekundach życia wtuliły się w siebie, szukając poczucia bezpieczeństwa.

– Spójrzcie, są i młode. Jeśli nie przeżyją pierwszych dwóch dób po urodzeniu, hodowca nie musi płacić za wynajęcie ogiera do pokrycia klaczy, a sumy bywają bajońskie.

– Ile średnio wynosi teraz dzienna opłata za ogiera? – chciała wiedzieć Katie.

– Za niektóre sięgała i ćwierć miliona euro, ale to było w czasie boomu. Teraz, po recesji, właściciele nie mogą tyle żądać, ale i tak w grę wchodzą dziesiątki tysięcy. A jeśli cena zwierząt hodowlanych znacznie spada podczas jedenastomiesięcznej ciąży, wtedy los źrebiąt jest praktycznie przesądzony. Albo usuwa się ciążę, albo młodemu przytrafia się „wypadek” tuż po urodzeniu. Hodowca może obecnie mówić o szczęściu, jeśli na aukcji dostanie kilkaset euro za źrebaka, a kiedy zysk nie pokrywa kosztów, niektórzy zwyczajnie zostawiają je w domu aukcyjnym. No i co wtedy z nimi zrobić? Ostatnio po jednej tylko aukcji wysłano na rzeź osiemnaście źrebiąt. Osiemnaście!

Zamilkł i powiódł wzrokiem po plaży usłanej martwymi zwierzętami. Grzywy i ogony niektórych poruszały się na wietrze niczym strzępy flag i mundurów po krwawej bitwie.

– Nijak nie mogę skapować, dlaczego ci ludzie, którzy zrzucają konie z urwisk, nie kontaktują się z nami – ciągnął Meaney. – Mogliby to robić anonimowo. Bo chyba wiadomo, że usypiamy konie tylko w ostateczności i robimy wszystko, żeby im znaleźć jakieś przytulisko. Więc po co postępować w taki sposób? Trafiła pani w dziesiątkę, pani nadkomisarz. To jest rzeź, ni mniej, ni więcej.

– Przypuszczam jednak, że wszystkie zostały oczipowane, poza źrebiętami. Pewnie uda się panu dojść, kim byli właściciele.

– Oby. Rozmawiałem już z człowiekiem z waszej ekipy techników. Zorganizujemy transport zwłok do Dromsligo. Mamy tam pustą stodołę, ułożymy je jakoś przyzwoicie i zrobimy należytą autopsję.

* * *

Wszyscy wdrapali się ścieżką na wierzchołek klifu. Nim tam dotarli, Katie się zasapała i poczuła, że ma skurcze żołądka. Detektyw Horgan wyciągnął do niej rękę i pomógł przebrnąć ostatnich kilka kroków między skałami.

– Dzięki – wydyszała. – Już myślałam, że nie dam rady.

Nadjechały jeszcze dwa radiowozy i dojrzała czterech reporterów, którzy stali wokół land cruisera i rozmawiali z funkcjonariuszami; byli wśród nich Dan Keane z „Examinera” i Jean Mulligan z „Echa”. Jak dotąd nie pojawiła się furgonetka RTÉ ani Fionnuala Sweeney z Nine O’Clock News. Katie nie od razu ruszyła na spotkanie dziennikarzy; najpierw poszła do samochodu, usiadła na przednim fotelu i włączyła silnik, żeby się rozgrzać. Wyjęła ze schowka kanapkę i zaczęła jeść, mimo że wciąż zalegał jej głęboko w gardle smród wodorostów i gnijącej końskiej padliny.

Otworzyła butelkę napoju jabłkowo-porzeczkowego, wzięła łyk i nagle jakby bez najmniejszej przyczyny się rozpłakała. Zerknęła na grupę policjantów, techników i reporterów stojących przy krawędzi skały i stwierdziła z ulgą, że nikt nie patrzy w jej kierunku. Wytarła oczy chusteczką, ale wciąż czuła gulę w przełyku i nie mogła dokończyć kanapki. Owinęła ją w folię i odłożyła do schowka.

* * *

Dan Keane z „Examinera” zbliżył się do niej pierwszy, kiedy zmierzała w stronę urwiska. Wziął szybko ostatniego sztacha papierosa, a potem go zgasił i wetknął sobie za ucho. Tuż za nim szła Jean Mulligan, pyzata pani około pięćdziesiątki z siwymi włosami, doświadczona dziennikarka, która wróciła niedawno do „Echa” po śmierci męża.

– Dobry, pani nadkomisarz! – zawołał Dan. Musiał krzyczeć z powodu wiatru i przenikliwego świstu trawy, który brzmiał jak pogwizdywanie przez zęby tysiąca szkolnych łobuziaków. Wyszarpnął notes z kieszeni płaszcza, ale w tej samej chwili musiał przycisnąć ręką do głowy kapelusz z brązowego filcu, żeby nie zerwała mu go wichura.

Jean Mulligan wyjęła cyfrowy dyktafon, lecz ona także chwyciła momentalnie lewą połę kurtki, która smagała ją po twarzy.

– Wasz kolega z ISPCA mówi, że naliczył na plaży dwadzieścia trzy martwe konie.

– Może ich być więcej – sprostowała Katie. – Dowiemy się na pewno, kiedy je porozdzielamy i przetransportujemy na szczyt urwiska. Niektóre ciała są w stanie daleko posuniętego rozkładu, więc na razie trudno jest określić ostateczną liczbę.

– Tych zwłok nie wyrzuciły na brzeg fale, prawda? – indagowała Jean. – To znaczy nie przyniosła ich woda z innej części wybrzeża? Ze statku również ich nie zepchnięto? Nie były na pokładzie jednostki, która zatonęła? A może to przypływ zniósł je na plażę.

– Nie, Jean, inspektor z ISPCA orzekł na podstawie ich obrażeń, że ktoś albo zrzucił je ze skały albo je na nią wpędził i pospychał na dół. Większość miała połamane nogi, a niektóre skręcone szyje. Poza tym nie wszystkie zrzucono lub zepchnięto w jednym czasie. Stan ich rozkładu wskazuje, że niektóre leżały tu dosyć długo, może nawet dwa miesiące. Inne stosunkowo od niedawna.

– Jeden żył jeszcze, kiedy go znaleziono, czy tak? – zwrócił się do niej Johnny Byrne, młodociany reporter pracujący jako wolny strzelec. Dostarczał materiałów pismom „Corkman” w Mallow i „Southern Star” w Skibbereen, a także rozgłośniom Cork’s 96 i Red FM. Miał kręcone blond włosy i trądzik. Katie zawsze uważała, że jest o wiele za młody na dziennikarza; kilka razy jednak dał policji cynk, który pomógł zlokalizować zbiegłych z domu nastolatków i aresztować dealerów ecstasy w miejscowych pubach.

– Tak, Johnny, jeden koń jeszcze żył, ale miał poważne obrażenia i inspektor z ISPCA, o którym wspomniałam, musiał go dobić.

– Może nam pani powiedzieć, kto je znalazł? – spytała Jean.

– Nie, nie mogę. Wolno mi tylko ujawnić, że były to dwie postronne osoby, które wybrały się na spacer. Wolą, by ich nazwisk nie podawano do publicznej wiadomości, a my to całkowicie rozumiemy. Sposób, w jaki potraktowano te biedne zwierzęta, bez wątpienia kwalifikuje się jako przestępstwo, choć jest o wiele za wcześnie, bym mogła wyczerpująco określić, co z tego wynika.

– Pozwoli pani naszemu fotografowi zejść na plażę i pstryknąć parę zdjęć? – odezwał się Dan Keane; zabrzmiało to jak stwierdzenie, a nie pytanie.

– Ależ tak, naturalnie. Im szerzej będziecie o tej sprawie informowali, tym lepiej. Nawet jeśli nie dokonano tego za jednym razem, to nie da się zrzucić dwudziestu paru koni z osiemdziesięciometrowej skarpy bez zwrócenia na siebie uwagi. Ktoś musiał coś zobaczyć i może nam podsunąć ważny trop.

– Czy policji wiadomo coś o miejscu pochodzenia tych koni? – dopytywała Jean.

Tajenie informacji, że konie były czystej krwi, nie miało sensu, i Katie zdawała sobie z tego sprawę. Dan Keane uprawiał jeździectwo i od razu się połapie, mimo że wiele ciał uległo prawie doszczętnemu rozkładowi. Poza tym ich podkowy nie pozostawiały krzty wątpliwości.

– Nie wiemy jeszcze, czy pochodziły z jednej konkretnej stadniny, czy z wielu różnych, ale udało się ustalić, że wszystkie są wytrenowanymi wierzchowcami czystej krwi.

– Konie wyścigowe? Wszystkie dwadzieścia trzy? – zdziwił się Johnny Byrne.

– Jak wspomniałam, nie zdążyliśmy jeszcze poddać ich oględzinom, ale te, które widzieliśmy, pasują do tej kategorii.

– Ale kto by zrzucał ze skały dwadzieścia trzy konie wyścigowe? Niby po co?

– Ktoś, kto woli nie bulić za ich legalne pozbycie się – wtrącił Dan Keane. – Albo nie chce, żeby wyszło na jaw, że zwierzęta padły.

– Bierzemy pod uwagę obie ewentualności – przyznała Katie. – Wszystkie zwierzęta powinny być oczipowane, więc chyba nam to ułatwi namierzenie właścicieli.

– Oj, będzie ciekawie – rzucił Dan Keane. – Tylko sobie wyobraźcie, jakie powody mogą skłonić kogoś do zatajenia śmierci wyścigowego wierzchowca. Stawiam sto do jednego, że kryje się za tym forsa, i to gruba.

– Jest o wiele za wcześnie, by wyciągać jakiekolwiek wnioski – oświadczyła Katie. – Nie będę rzucała oskarżeń, dopóki nie znajdziemy wiarygodnych poszlak świadczących o pochodzeniu koni i o tym, kto się ich pozbył i dlaczego. Oczywiście zależy nam na informacjach od każdego, kto ma jakąkolwiek wiedzę o tym zdarzeniu i może nam pomóc zrozumieć, co tutaj zaszło. Na przykład, jeśli ktoś zauważył przewóz końskich zwłok pick-upem. Albo pędzenie koni polną drogą prowadzącą do Nohaval Cove. Jak zwykle, podaję poufny numer policyjny, osiemnaście-zero-zero-sześć-sześć-sześć-sto jedenaście, i zapewniam, że nikt się nie dowie, kto do nas dzwonił.

– W jaki sposób zamierzacie usunąć te konie z plaży? – spytał Johnny.

– Na razie nie mam zielonego pojęcia. Wydaje mi się, że trzeba będzie ściągnąć dźwig lub coś w tym rodzaju. Dostarczymy zwłoki do Centrum Weterynaryjnego dla Koni w Dromsligo i tam zostanie przeprowadzona autopsja. Kiedy będę miała więcej informacji, zwrócę się do ISPCA, do Weatherbys, Ministerstwa Rolnictwa, Ministerstwa Transportu, Turystyki i Sportu oraz do rady hrabstwa.

– A do Irlandzkiej Komisji Wyścigów Konnych?

– Tam też, naturalnie. Teraz już nie mam państwu nic więcej do zakomunikowania, nie tylko ze względu na dobro śledztwa, ale po prostu dlatego, że sama więcej nie wiem.

– No cóż, jedno trzeba pani nadkomisarz oddać… – Dan Keane schował notes i chwycił kapelusz, który wiatr zrywał mu z głowy. – Wali pani prawdę w oczy i nie ma zmiłuj.

Rozdział 5

Detektyw sierżant Ni Nuallán skręciła w bramę klasztoru Bon Sauveur i między wysokimi kamiennymi murami dojechała do stromo usytuowanego parkingu. Zaczynało znów kropić, kiedy stanęła na zwieńczonym łukiem ganku i pociągnęła za kutą rączkę dzwonka.

Szary gotycki gmach klasztoru sprawiał w mżawce jeszcze bardziej ponure wrażenie. Na samym końcu znajdowała się sześciokątna kaplica z witrażowym oknem w kształcie wiatraka oraz trzykondygnacyjne skrzydło mieszkalne ze spadzistym dachem krytym dachówką. Ciemne cisy japońskie w ogrodzie, ociekające wodą, przypominały zbiegowisko garbusów.

Upłynęła minuta i nikt nie zjawił się u drzwi, więc Ni Nuallán jeszcze raz szarpnęła rączkę. Nie usłyszała dźwięku dzwonka, toteż nie mogła mieć pewności, że ktoś inny go słyszy.

Już miała zadzwonić po raz trzeci, gdy rozległo się szuranie butów na miękkiej podeszwie. Odsunięto skobel i drzwi rozchyliły się na tyle tylko, by można było zobaczyć bladą twarz młodej kobiety. Miała na sobie biały habit, biały welon i biały szkaplerz, więc w ciemnym wnętrzu klasztornego korytarza wyglądała niemal jak zjawa.

– O, witam – odezwała się detektyw sierżant, unosząc odznakę. – Jestem z Gardy i chciałabym zamienić parę słów z siostrą przełożoną, jeśli można.

– Pani wybaczy – odparła, sepleniąc, młoda zakonnica. – Mamy teraz godzinę medytacji.

– Hm, naprawdę nie chcę niczego zakłócać, ale to raczej pilne. Mogłaby ją siostra poprosić?

– O, nie, nie wolno jej niepokoić. – Młoda zakonnica obejrzała się za siebie, jakby przełożona już nadchodziła, żeby zrugać ją na czym Cork stoi za pogaduszki z obcymi w porze, którą powinna spędzać na rozmowie z Bogiem.

– Proszę jej przekazać, że zamordowano waszą zakonnicę, siostrę Bridget Healy. Mieszkała w domu opieki Mount Hill.

– Nie, naprawdę? – Dziewczyna zakryła ręką usta, jej oczy się rozszerzyły. Oczywiście nie miała makijażu i wydepilowanych brwi, lecz detektyw sierżant Ni Nuallán stwierdziła, że i tak jest całkiem atrakcyjna. Zbyt ładna jak na zakonnicę.

– Siostro, proszę. To bardzo istotne, żebyśmy ustalili, kto ją zabił. Jeśli morderca ma jakiś uraz do waszego zgromadzenia lub do zakonnic w ogóle, nie można wykluczyć, że niebezpieczeństwo grozi również innym z was. Bardzo możliwe, że i siostrze.

– Wobec tego zapraszam – powiedziała młoda zakonnica. – Wskażę pani drogę do gabinetu matki O’Dwyer i zobaczę, czy uda mi się zwrócić jej uwagę.

Uchyliła szerzej drzwi i wpuściła detektyw sierżant Ni Nuallán, a potem ruszyła długim korytarzem wyłożonym boazerią, z ostrołukami gotyckich okien po jednej stronie i oprawionymi w ramy drzeworytami przedstawiającymi sceny biblijne po drugiej. W połowie korytarza we wnęce stał naturalnych rozmiarów posąg kobiety w długiej szacie, wyglansowany do połysku. Ręce niewiasty były wyciągnięte, oczy zaś wznosiły się ku niebu.

– Święta Małgorzata – oznajmiła zakonnica i skłoniła głowę prawie jak przed kimś żywym.

Wnętrze klasztoru zalatywało gotowaną kapustą i stęchłym kadzidłem. Ni Nuallán miała buty na wysokich obcasach i idąc, stukała nimi głośno o parkiet; z tego powodu tym bardziej czuła się niczym intruz.

– Jak siostrze na imię? – zapytała.

– Och, mnie? Jestem siostra Rose, siostra Rose O’Sullivan.

– Widzę biały habit, przypuszczam więc, że jest siostra nowicjuszką?

– Słusznie. Pięć miesięcy mi jeszcze zostało do złożenia pierwszych ślubów.

Kiedy dotarły przed gabinet matki przełożonej, Ni Nuallán odczuła pokusę, by zapytać dziewczynę, co przywiodło ją do zakonu. Była w stanie zrozumieć poczucie obowiązku wobec społeczeństwa. Sama je podzielała, i to mocno. Uważała jednak, że można służyć bliźnim bez całkowitego poświęcania się Bogu, rezygnacji ze związków uczuciowych i bez zachowywania czystości.

– Zechce pani spocząć, a ja pójdę po matkę O’Dwyer – poprosiła siostra Rose.

– Dziękuję – powiedziała Ni Nuallán, ale po odejściu zakonnicy nie usiadła, tylko zbliżyła się do okna i zerknęła na ogródek warzywny. Sterczały tam sękate żółte łodygi ogołocone z pędów. Następnie okrążyła z wolna pomieszczenie i obejrzała fotografie wiszące na ścianach.

Wszystkie ukazywały gromadki młodych kobiet, każda miała w ramionach niemowlę lub trzymała małe dziecko za rączkę. Po bokach stały siostry z Bon Sauveur w czarnych czepkach i habitach. Zdjęcia opatrzono napisem Dom Matki i Dziecka Świętej Małgorzaty i datowano. Najwcześniejsza data była z marca 1927 roku, ostatnia zaś z końca kwietnia 1975. Uwagę Ni Nuallán zwróciło to, że nikt się nie uśmiecha – ani zakonnice, ani młode kobiety, ani nawet maleństwa. Ich twarze wyrażały napięcie i lęk, jakby przed chwilą ogłoszono, że nad światem, w którym żyją, zawisła ostateczna katastrofa.

Kiedy policjantka przechodziła pomału od jednej fotografii do drugiej, ogarnął ją nagły smutek. Był tym bardziej dojmujący, że nijak nie mogła pomóc żadnej z tych młodych kobiet, które spoglądały na nią z tak wielkim przygnębieniem w oczach. Nawet jeśli nie pożegnały się już dawno z tym światem, były staruszkami, ich dzieci dorosły, odeszły od nich albo także poumierały.

– Przynosi pani tragiczną wiadomość, jak rozumiem – usłyszała ostry głos.

Ni Nuallán odwróciła się i zobaczyła matkę O’Dwyer. Zakonnica stała w drzwiach, jak gdyby obserwowała przybyszkę od jakiegoś czasu.

– Tak – potwierdziła sierżant. – Obawiam się, niestety, że tak.

– A pani jest…

– Detektyw sierżant Ni Nuallán z komendy policji przy Anglesea Street.

Matka O’Dwyer była drobną kobietą, niewiele okazalszą od religijnego posążku, który policjantka mijała w korytarzu. Nosiła czarny habit i szkaplerz, tak jak zakonnice na zdjęciach, i owalny srebrny medalion na szyi z wizerunkiem świętej o frasobliwym obliczu. W okularach bez oprawek odbijało się zimowe światło wpadające przez okno i nadawało jej wygląd niewidomej. Miała bladą zaokrągloną twarz, a jej zadarty nos przypominał gnomon zegara słonecznego. Tuż obok prawego nozdrza usadowiła się duża brodawka.

– Siostra Rose powiedziała, że siostrę Bridget Healy znaleziono zamordowaną.

– Tak. Z wielką przykrością to siostrze komunikuję. Proszę przyjąć nasze kondolencje.

– Może wejdźmy do mojego gabinetu – zaproponowała matka O’Dwyer. Spojrzała przy tym podejrzliwie na zdjęcia rozwieszone na ścianach, jakby się obawiała, że młode kobiety i dzieci mogą podsłuchać to, co zostanie powiedziane.

Otworzyła drzwi i gestem ręki zaprosiła Ni Nuallán do środka. Następnie weszła za nią i po cichu, dokładnie zamknęła drzwi.

Gabinet był mały, zagracony i pachniał skórą i zeschłym potpourri. Jedna ściana zastawiona była od dołu do góry książkami, głównie religijnymi. Na przeciwległej wisiała oprawiona grafika przedstawiająca niewiastę o aparycji świętej, z rozpostartymi ramionami, wpatrzoną w niebo z wyrazem uniesienia. Obok niej goły cherubinek dzierżył drewniany krucyfiks; jego wstyd zakrywała wstęga z niebieskiego materiału, która szczęśliwym trafem przepływała obok w powietrzu.

– Proszę spocząć, pani sierżant – powiedziała matka przełożona i usiadła za obitym skórą biurkiem.

Ni Nuallán zajęła miejsce na niskim krześle z wysokim oparciem i miała wrażenie, że tkwi w wiaderku.

Matka O’Dwyer pieczołowicie i z pedanterią zamknęła modlitewnik leżący na biurku i odsunęła na bok pustą filiżankę do herbaty. Cmoknęła przy tym jakby niezadowolona z tego, że któraś z nowicjuszek jej dotąd nie uprzątnęła.

– Proszę mi teraz przybliżyć okoliczności odejścia siostry Bridget.

– Znaleziono ją martwą w łóżku około siódmej piętnaście rano – odparła detektyw sierżant. – Zdaniem szefa naszej sekcji technicznej została uduszona, jej własną poduszką prawdopodobnie. Oczywiście będzie wykonana autopsja.

Matka O’Dwyer dwukrotnie się przeżegnała.

– Toż to potworność, po prostu potworność. Czy mają państwo jakieś domysły, kto mógł się dopuścić czegoś tak strasznego?

– Jest jeszcze o wiele za wcześnie, by coś stwierdzić. Nie mamy oczywistych podejrzanych. Było jednak w tym morderstwie coś nietypowego i uważamy, że mogłaby nas siostra naprowadzić na trop. Właśnie dlatego tutaj przyjechałam.

– Co to znaczy „nietypowego”? Świadomego odebrania komuś świętości, jaką jest życie, nigdy nie wolno uważać za typowe, nieprawdaż?

– No oczywiście, że nie. Ale ta okoliczność jest nietypowa, jakkolwiek by na nią patrzeć. Najpierw jednak chciałabym zapytać, jeśli można, ile czasu spędziła siostra w klasztorze razem z siostrą Bridget?

– Niechże pomyślę… Nowicjuszką zostałam w wieku dwudziestu sześciu lat, w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim. Siostra Bridget odeszła w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym, kiedy miała sześćdziesiąt dwa lata, z przyczyn zdrowotnych. Ile to będzie? Dwadzieścia jeden lat.

– A jak się siostrom ze sobą układało?

– Cóż za dziwne pytanie, pani sierżant. Wszystkim siostrom w tym zgromadzeniu się ze sobą układa, jak to pani raczyła ująć. Bóg nas powołał i musi nam się układać, żebyśmy mogły spełniać swój święty obowiązek.

– Ile sióstr macie tutaj obecnie?

– W sumie trzynaście. Za czasów siostry Bridget było ich więcej, dwadzieścia jeden, kiedy ja doszłam. Ale ponieważ nie zapewniamy już kwater mieszkalnych samotnym matkom i ich potomstwu, nie potrzeba aż tylu sióstr co kiedyś, a poza tym, niestety, mniej młodych kobiet czuje teraz powołanie od Jezusa. Żyjemy w wyjątkowo niemoralnych czasach, muszę to stwierdzić z przykrością. Ja upatruję winy w internecie. Twitter to istna tablica ogłoszeniowa Szatana. No i prowadzenia się klasy niższej. Pijaństwo na ulicach, rozwiązłość. Dziewczęta nie liczą się już z tym, co obyczajne.

– Czy siostra by powiedziała, że byłyście sobie bliskie z siostrą Bridget?

Matka O’Dwyer zdjęła okulary. Miała lekkiego zeza w lewym oku, więc Ni Nuallán trudno było ocenić, czy patrzy jej prosto w oczy.

– Bliskie to nie jest słowo, którego bym użyła – odparła zakonnica. – Naturalnie siostra Bridget była ode mnie starsza, ale poza tym bardzo dbała o swoją prywatność. Najbliższy związek utrzymywała z Bogiem. Lubiła jednak, by sprawy toczyły się w pewien określony sposób, zwłaszcza kiedy asystentce przełożonej, matce Kelly, nie dopisywało zdrowie i siostra Bridget przejmowała jej obowiązki. Była wyjątkowo, by tak rzec, drobiazgowa.

– Czy to kogoś irytowało? Nie mam na myśli siostry przełożonej. Czy był ktoś inny, kogo zdaniem siostry mogło to irytować?

– Jak już wspomniałam, pani sierżant, w tym zgromadzeniu wszystkie żyjemy ze sobą w zgodzie. Takie jest nasze powołanie.

– Nie o to pytałam, siostro O’Dwyer. To, że ludzie żyją ze sobą w zgodzie, znaczy, że się wzajemnie tolerują i trzymają buzię na kłódkę, nawet gdy jeden drugiemu daje się we znaki. Miałyście tutaj bardzo zamknięte środowisko, dwadzieścia jeden kobiet w najróżniejszym wieku deptało sobie po piętach. No i jeśli się nie mylę, w tamtych czasach nie wolno wam było w nocy wychodzić, musiałyście wszystkie wracać do klasztoru przed wieczorem. Na dodatek wykonywałyście stresujące zajęcie, które polegało na opiece nad niezamężnymi matkami i ich dziećmi. Nie przekona mnie siostra, że nigdy, przenigdy nie działałyście sobie na nerwy. Może i powołał was Bóg, ale byłyście ludźmi, a do tego kobietami.

Matka O’Dwyer założyła z powrotem okulary na szpiczasto zakończony nos i zacisnęła usta. Oznaczało to, że nic więcej nie chce wyjawić. Ta reakcja nasunęła Ni Nuallán myśl, że niektóre zakonnice uważały siostrę Bridget za osobę trudną we współżyciu, z ciągotami do wyniosłości, jak to ujęła Nevina Cormack.

– Wspomniała pani, że w jej śmierci było coś nietypowego – podjęła matka O’Dwyer.

– Owszem, padła ofiarą przemocy seksualnej.

Zakonnica znów się przeżegnała.

– Zgwałcono ją? O Maryjo, Matko Boska! Po osiemdziesięciu trzech latach życia w czystości na chwałę Pana!

– Jeszcze tego nie wiemy na pewno. Trzeba będzie poczekać na wyniki autopsji. Ale do napaści seksualnej wykorzystano figurkę religijną, którą później w niej pozostawiono.

– Figurkę religijną? Jakąż to?

– Maryję Niepokalanego Serca. – Detektyw sierżant Ni Nuallán rozłożyła dłonie na odległość około trzydziestu centymetrów. – Tych rozmiarów mniej więcej.

– Boże drogi, aż mi się słabo zrobiło… Figurkę Maryi Niepokalanego Serca siostra Bridget trzymała na parapecie w swoim pokoju i zawsze ją wykorzystywała do modlitwy i medytacji. Czciła życie wewnętrzne Naszej Pani, jej cnoty i ukryte niedoskonałości oraz nieskalaną miłość Naszej Pani do Syna, Jezusa Chrystusa.

– Więc ta figurka była dla niej ważna?

– Ważna? Była dla niej wszystkim. Pomimo rozlicznych ran, które wycierpiało zbolałe serce Naszej Pani, jej miłość pozostała niezłomna. To właśnie wewnętrzna siła Naszej Pani dopomogła siostrze Bridget zrozumieć, w jaki sposób ona także może całym sercem powierzyć swoją miłość Bogu. Jeśli rozumie pani, co mam na myśli.

– Naturalnie. – Detektyw sierżant Ni Nuallán potwierdziła skinieniem głowy. Uchwyciła istotę tego, co starała się jej wyłożyć matka O’Dwyer, jakkolwiek nigdy nie była zbyt lotna, jeśli chodzi o katechizm. W wieku sześciu lat na pytanie „Kto mnie stworzył?” odpowiedziała „Mamusia i tatuś”. Jednak to nie żarliwe uwielbienie siostry Bridget dla Nieskalanego Serca Maryi ją zafrapowało. Zaciekawienie policjantki wzbudziła możliwość, że morderca znał dobrze ofiarę i postanowił ją zgwałcić figurką, którą hołubiła jako najświętszą. – Nie chcę się nad tym rozwodzić, ale czy jest siostra całkowicie pewna, że w tamtym okresie nie było w klasztorze nikogo, kto jawnie okazywał siostrze Bridget niechęć? Może nie inna zakonnica, ale na przykład wizytujący ksiądz lub jakaś świecka osoba, którą ona się zajmowała? Jedna z niezamężnych matek, na przykład?

Matka O’Dwyer wstała i obeszła biurko, po czym stanęła przed ryciną kobiety w ekstatycznej pozie i cherubina z krzyżem.

– Wie pani, kto to taki? To jest święta Małgorzata z Cortony podczas jednej ze swych częstych rozmów z Jezusem. Patronka samotnych matek i obrończyni nieślubnych dzieci, narodzonych i nienarodzonych, która nadal je chroni przed wszelakimi krzywdami, nawet dziś jeszcze. A to dlatego, że ona także była samotną matką i za młodu wiele razy ulegała cielesnym pokusom. Postanowiła jednak odpokutować za grzechy, a kiedy ojciec nie zechciał jej przyjąć pod swój dach, udała się do Cortony, by roztoczyć opiekę nad upadłymi młodymi niewiastami takimi jak ona, nie oczekując żadnej nagrody, żyjąc o chlebie i wodzie. Jej bezinteresowna służba tym, które zeszły z drogi moralności, była nienaganna i Małgorzatę zasłużenie kanonizowano, a siostra Bridget była taka sama. Jeśli zdarzyło jej się kiedykolwiek rzucić ostre słowo, to tylko dlatego, że mówiła w najlepszym interesie młodej kobiety i jej dziecka. Nie wierzę, by jakaś siostra z naszego zgromadzenia wyrządziła jej krzywdę albo jedna z młodych kobiet, którymi ona się opiekowała. Tylko tyle mogę pani rzec.

– Z pewnością są inne siostry, które ją znały – zauważyła detektyw sierżant. – Czy mogłabym zamienić z nimi parę słów?

– Niestety, w tej chwili wszystkie medytują. Ja również muszę do tego wrócić. Może zechce pani sierżant przyjechać wieczorem, po kolacji. Najdogodniejsza pora przypada o dziewiętnastej trzydzieści.

– Dobrze. – Ni Nuallán wstała i wygładziła spódnicę. – Pewnie zjawię się w towarzystwie jeszcze jednego funkcjonariusza, jeśli można. W ten sposób pójdzie nam szybciej.

– Proszę bardzo – odparła matka O’Dwyer. – Jestem jednak absolutnie pewna, że zmarnuje pani czas. Od wszystkich sióstr usłyszy pani tę samą odpowiedź. Stanowimy zgromadzenie kobiet poświęcających życie Bogu i pomocy tym nieszczęsnym, które z takiej czy innej przyczyny nie umieją sobie pomóc same. Żyjemy w wielkiej zgodzie, serdecznie dziękuję za troskę. Właśnie dlatego między innymi nazywa się nas siostrami. Siostrami Jezusa Chrystusa, siostrami wzajemnie dla siebie.

Matka O’Dwyer otworzyła drzwi, a sierżant wyszła do poczekalni i głęboko odetchnęła. Powietrze w gabinecie przesycone było duszną wonią skóry, która omal nie przyprawiła jej o atak klaustrofobii.

Na zewnątrz czekała siostra Rose w białym habicie nowicjuszki. Wstała momentalnie.

– Mam nadzieję, że odpowiedziałam na wszystkie pytania pani sierżant i uspokoiłam pani myśli, przynajmniej jeśli chodzi o nasze zgromadzenie. Siostra Rose panią odprowadzi. Z Bogiem.

– Dziękuję i nawzajem – odparła Ni Nuallán i podążyła korytarzem za nowicjuszką.

Kiedy znalazły się obie na ganku, siostra Rose obejrzała się nerwowo i przymknęła drzwi, zostawiając tylko dwucentymetrowy prześwit.

– Nie wiem, czy powinnam to pani pokazywać – wysepleniła.

– Przepraszam, ale co mianowicie?

– To – odparła zakonnica, po czym sięgnęła pod szkaplerz i wyjęła jasnoniebieską chustkę do nosa złożoną w kształt piramidy. Obejrzała się raz jeszcze, a potem zerknęła w lewo i w prawo na lśniący od wody asfaltowy parking. Upewniwszy się, że nikt nie obserwuje, uniosła chusteczkę w dłoni i ostrożnie ją rozwinęła.

W środku spoczywał mały zakrzywiony kawałeczek kości, długi na nieco ponad trzy centymetry. Jeden koniec był lekko poplamiony, jakby umoczono go w herbacie. Na drugim widać było trzy malutkie zęby.

– Skąd siostra to ma? – zaciekawiła się detektyw sierżant. Wydobyła z kieszeni płaszcza parę zmiętych lateksowych rękawiczek i naciągnęła jedną na prawą dłoń. Następnie ujęła ostrożnie kość palcem wskazującym i kciukiem.

– Z klombu kwiatowego, tam na samym końcu – odparła siostra Rose. – Pieliłam rabatkę i zobaczyłam, że coś wystaje z ziemi.

– Kiedy to było?

– Jakieś sześć tygodni temu. Nie wiedziałam, do kogo się zwrócić. Pokazałam to siostrze Brendzie i zapytałam, czy powinnam zanieść matce O’Dwyer, a ona odpowiedziała, żeby lepiej nie. Że najlepiej, jak wrzucę to do kosza i na zawsze zapomnę. Że może z tego wyniknąć masa kłopotów i mogą nawet zamknąć klasztor.

Ni Nuallán obracała kość na wszystkie strony.

– I dlaczego siostra nie wyrzuciła?

– Bo to jest kawałek szczęki małego dziecka, prawda? Siostra Brenda powiedziała, że to może być psia, ale ja się uczyłam biologii w szkole i wiem, że to nie jest zwierzęca kość.

– Hm, moim zdaniem ma siostra rację. To jest szczęka dziecka, a tutaj są zęby mleczne. Jeśli miała siostra pokazać komuś to znalezisko, to właśnie nam, nikomu innemu.

W korytarzu rozległy się czyjeś kroki i dziewczyna odwróciła się przestraszona, nagle splatając dłonie.

– Tylko proszę nie mówić matce O’Dwyer, że to pani dałam! Proszę, błagam. Od zawsze, od kiedy skończyłam szkołę, chciałam wstąpić do klasztoru! Ona mnie wyrzuci, jak się dowie! I pewnie każe mnie ekskomunikować!

Detektyw sierżant Ni Nuallán upuściła fragment kości na rękawiczkę w lewej dłoni i dla pewności ją zasupłała. Potem uspokajającym gestem położyła rękę na ramieniu siostry Rose.

– Bez obawy, nie musimy mówić, skąd się to wzięło. Ale śledztwo będziemy musieli przeprowadzić. Jeżeli w ogrodzie była szczęka, to mogą być i inne kości, może nawet cały dziecięcy szkielet. A skoro jest jeden, może ich być więcej.

– Tak, wiem. – Na rzęsach nowicjuszki błyszczały łzy. – Właśnie dlatego ją zachowałam. To jest święta cząstka ciała tego biednego dziecka. Pomodliłam się za jego malutką duszyczkę. Nie wiem, kim było i jak zginęło, ale modliłam się, żeby nie cierpiało, i powierzyłam jego duszę Bogu i Maryi Dziewicy, żeby stała się jego matką i wzięła je pod swoją opiekę.

– No cóż, trochę czasu wprawdzie zeszło, ale postąpiła siostra właściwie. A ja muszę wiedzieć, gdzie dokładnie znalazła siostra tę kosteczkę. Nie chcę, żeby pokazywała mi siostra teraz, bo jeszcze nas zauważą. Niedługo przyślemy ekipę techniczną, która przeszuka teren wokół klasztoru, i wtedy siostry się połapią, od kogo się dowiedzieliśmy. Ma siostra dostęp do komputera?

– Tak, w sekretariacie.

– Więc proszę narysować plan ogrodu z krzyżykiem w miejscu, w którym znalazła siostra tę kość, zeskanować go i mi przysłać. Oto moja wizytówka z adresem mailowym. Proszę to zrobić jak najprędzej, siostro Rose. Ja tymczasem zabiorę to do analizy i każę pobrać próbkę DNA. Przy odrobinie szczęścia uda się ustalić, w jaki sposób to dziecko zmarło i kim było. Mam też nadzieję, że zdołamy odnaleźć resztę jego szczątków i urządzić mu przyzwoity pogrzeb, na jaki zasługuje.

– Dziękuję – powiedziała dziewczyna. – Bardzo dziękuję i niech panią Bóg błogosławi.

Nagle uścisnęła policjantkę, ale zaraz po tym starła palcami łzy z oczu, otworzyła pchnięciem drzwi i weszła do klasztoru.

Ni Nuallán stała dłuższą chwilę na ganku, patrzyła na drzwi i wsłuchiwała się w deszcz szemrzący w krzewach. Później zeszła schodami na dół i po spadzistym parkingu dotarła do samochodu.

Wierzyła w Boga, Jezusa Chrystusa i nieskalaną miłość Dziewicy Maryi. Jednakże już od czasów szkolnych instynktownie nie ufała tym, którzy mienili się ich przedstawicielami na ziemi: kardynałom, biskupom, księżom i zakonnicom.

Ale tego dżdżystego dnia podejrzewała, że ma w kieszeni fragment zwłok zaginionego dziecka i że ta mała kostka może spowodować wstrząs, od którego runą katedry i hierarchie religijne, a lawina kamieni i witrażowego szkła posypie się także na mitry ze złoconego jedwabiu.

Wyjeżdżając z bramy klasztoru na Gardiner’s Hill, minęła siostrę zakonną z dużym czarnym parasolem.

Zakonnica się do niej uśmiechnęła.

– Oj, przyda ci się ta parasolka, siostruniu – powiedziała do siebie na głos detektyw sierżant Ni Nuallán. – Bo będzie padało, będzie lało, że aż strach.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Kostnica Pogrzebani Siostry krwi Upadłe anioły Rytuał Białe kości 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione