Rzeka ludzi osobnych

Rzeka ludzi osobnych

Autorzy: Katarzyna Enerlich

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 304

Cena książki papierowej: 34.90 zł

cena od: 20.82 zł

W 1830 roku na Mazury, do Puszczy Piskiej, przybywają pierwsi staroobrzędowcy. Karczują puszczę, budują domy, uprawiają ziemię. Wzdłuż rzeki Krutyni, ukryte w lasach, powstają wyznaniowe wsie, między innymi Wojnowo (Eckertsdorf).

Jednym z osadników jest Fiodor Malewan. Jego, wyzwolona jak na tamte czasy, córka Anna daje początek rodowi silnych, niezależnych kobiet, ściśle związanych z ziemią, sadami i... klasztorem nad jeziorem Duś, gdzie mieszkają mniszki, wiodące życie proste i ubogie, a jednocześnie pełne ufności w przeznaczenie.

Ta przejmująca powieść jest wędrówką po historii wsi, nierozłącznie związanej ze staroobrzędowcami, ich wiarą i zwyczajami. Pojawiają się tu postaci prawdziwe i fikcyjne, a ich dramatyczne losy rozgrywają się na tle historii Prus Wschodnich.

Pewnego listopadowego dnia we wsi pojawia się obca kobieta. Zamieszkuje w domu Sidora Kurta – najstarszym we wsi. Z niepokojem przygląda się jej sąsiadka, osiemdziesięcioletnia Augusta, potomkini Fiodora Malewana.

Co wyniknie z tej niespodziewanej wizyty? Jakie tajemnice, skrywane przez lata, ujrzą światło dzienne? Co kryje się pod wielkim kamieniem na Głazowisku, niedaleko klasztoru?

Czy staroobrzędowcy rzeczywiście znikną z wyznaniowej mapy Mazur?

Jeśli zapomina się o jakimś miejscu, pamięć ta musi kiedyś wrócić, bo wszystko we wszechświecie urządzone jest na zasadzie okręgu i w końcu wraca to, co zostało zapomniane. Niepamięć zamienia się w pamięć i dlatego postanowiłam opowiedzieć tę historię: żeby porządek we wszechświecie został zachowany.

Tej ciepłej listopadowej nocy była pełnia. Liście, po których ciągnęli podłużny pakunek, obumarły zwilgotniałe. Szeleściła folia, słychać było postękiwania i szybki oddech.

Mężczyzna szedł z przodu. Jego pochylona sylwetka wyraźnie wskazywała, że jest mu ciężko. Idąca za nim kobieta niosła szpadel, próbowała pomóc, popychając ciężar, jednak często przystawała i łapała głośno powietrze.

Księżyc nad Głazowiskiem był bezlitosny. Wycinał niebieskim światłem ostre kontury drzew, a wiekowe głazy wyglądały jak gigantyczne pieczarki. Mężczyzna nagle przystanął, rozejrzał się wkoło i wskazał dłonią miejsce.

Kobieta podała mu szpadel.

Zaczął kopać. Szurała twarda ziemia, metal co rusz trafiał na jakiś kamień i słychać było tępe uderzenie. Szło już do zimy i świat nie był przyjazny. Ziemia przygotowywała się do snu, budzącym stawiała wyraźny opór.

Kobieta nerwowo krążyła wokół Głazowiska; wydawała się osaczona niebieskim światłem. Nasłuchiwała.

Poza nimi nie było nikogo, tylko jednostajny szum rzeki docierał przez nasycone mglistą nocą zarośla. Kiedy dół był już gotowy, wspólnie zepchnęli przyciągnięty pakunek. Opadł bezwładnie na dno z głuchym stuknięciem. Materiał, którym był owinięty, nagle rozchylił się i z wnętrza wysunęła się blada ręka. Kobieta krzyknęła. Mężczyzna zasłonił jej usta dłonią.

A potem zasypał dół i zagarnął na wierzch liście. Kobieta donosiła mu je, wybierając spod pobliskich drzew.

Pełnia przyniosła zmianę pogody. Tamtej nocy spadł pierwszy śnieg, który potem leżał wyjątkowo długo. Przyszły pierwsze mrozy. Ludzie we wsi mówili, że nie pamiętają, by kiedyś zima tak się od pierwszego śniegu zaczęła.

Którejś zimowej nocy mężczyzna przyjechał w to samo miejsce pożyczonym ciągnikiem i przesunął lekko jeden z głazów, tak że teraz leżał on dokładnie w miejscu wykopu. Wieczorem podawali w dzienniku telewizyjnym prognozę pogody. Zapowiadali śnieżyce w całej Polsce, a największe, jak zwykle, na Suwalszczyźnie i Mazurach.

– Wojnowo zawsze zasypie najbardziej – mówili ludzie o niebieskich twarzach, wpatrzeni w szklane ekrany.

Śnieżyca zatarła ślady ciągnika, a metrowe zaspy topniały aż do wiosny.

Potem wszystko było jak dawniej, bo przecież nikt nie zauważył, że jeden głaz nieznacznie zmienił swoje położenie. Liście zgniły, armia młodych pokrzyw wyrosła wysoko, a zdarty mech zagoił się nie wiadomo kiedy.

Rzeka Katarzyny

Przybyła w te strony z listopadowym wiatrem. Listopad na tej ziemi to sądny czas, zwłaszcza gdy przychodzi z północy TEN wiatr, zrywający ostatecznie nadwątlone liście i zmieniający zaorane w grubą skibę pola w prawdziwy tor przeszkód dla ludzkich stóp.

Drogi prowadziły ją tu wąskie i kręte, na dodatek opuszczone przez ludzi i mroczne. Jej auto dzielnie pokonywało zakręty, jednak podróż dziwnie się dłużyła. Co jakiś czas w zaroślach pojawiał się lekki prześwit, a w jego konturach widać było chmurną rzekę.

Jadę lasem wzdłuż jakiejś rzeki – myślała Katarzyna, obserwując szare plamy. Skręciła w boczną drogę. Nawigacja mówiła, że zaraz kres podróży.

Jak dobrze.

W jej stronach więcej było słońca, ziemia gładsza, latami ładzona przez człowieka. Tutaj miało się wrażenie, że ziemia wciąż żyje rytmem sprzed wieków, jakby nikt nie zauważył, że zmieniło się wszystko – epoka, język i ludzie. Krajobraz został ten sam. W nim lęgły się duszne opowieści i ciemne noce pełne mar.

W chacie panował chłód i mrok, mimo iż było dopiero południe. Klucz znalazła na ganku, w doniczce z uschniętą pelargonią.

„Paniny klucz będzie w donicy z muszkatlami”. Zapamiętała wskazówki sklepowej, która zajmowała się chatą. Zatem muszkatle to pelargonie.

Tego się właśnie obawiała.

Że nawet język w tych stronach będzie inny.

Zabrała ze sobą dużo swetrów i ciepły płaszcz. Znajomi ostrzegali ją, że tam jest zawsze chłodniej, a i od rzeki pewnie będzie ciągnęło wilgocią.

Dom stał w środku wsi, na rozstaju dróg. Piaszczysta droga rozwidlała się i prowadziła do sklepu i kolejnych zabudowań, a on tkwił niczym budka dróżnika. Wyglądał, jakby za chwilę miał się rozpaść. Drewniane ściany i płot poczerniałe i omszałe, zrobione jakby niestarannie ze starych desek. Rachityczne świerki zasłaniały okna, na dachu czerniały wiekowe dachówki. Niewielki ganek przyrastał do krótszego boku domu, wchodziło się nań niemal prosto z furtki. Furtka. No właśnie. Furtka i brama wyglądały na najdoskonalsze elementy obejścia. Mocno zbite z dopasowanych i przylegających do siebie desek, ostro zakończonych, tworzyły rodzaj zasłony albo parawanu.

Coś takiego widziała po raz pierwszy. W jej stronach bramy domostw były lekkie, ażurowe. Zachodziły jedna na drugą, a zamykał je długi poprzeczny drąg. Tu było zupełnie inaczej.

Mocno wciągnęła powietrze w płuca.

Poczuła wilgoć.

Pewnie od tej rzeki – pomyślała.

Nie wiedziała jeszcze, że puste przestrzenie ciągnące się wzdłuż rzeki sprawiają, że i ludzie tu zamieszkujący stali się odludni. Osobni. Nawet wtedy, gdy przychodziła bujna wiosna i zieleniła wszelkie inne odludzia, te nadrzeczne wciąż budziły w ludziach respekt i zdumienie. Odwieczna rzeka robiła swoje – zamarzała, odmarzała, rwała, toczyła się, huczała krą. Gdy po nadrzecznych wioskach kwitnący głóg bielił się już jak płótno na bielniku, gdy młode dęby przy domostwach wypuszczały pierwsze listki, gdy lipy i brzozy gdzieś pomiędzy Wólką a Kokoszką zieleniły się na dobre, dzwoniąc liśćmi, nad rzeką nadal snuł się lekko wilgotny opar, jakby wiosna nie od razu miała do niej dostęp. Nic więc dziwnego, że i ludzie nadrzeczni byli twardsi i mocniejsi od tych z głębi lądu, bardziej zakorzenieni w ziemi niż ci przybyli z innych stron, co z dala od rzeki i puszczy znaleźli sobie suchy, bezpieczny dom i kawałek obejścia. Ten nadrzeczny opar snuł się za tutejszymi mglistą aurą, ograniczając im dostęp do słońca i lekkości życia, w ciężką ziemię wciągając niczym w bagno.

Zapamiętała uwagę sklepowej: „Sąsiedztwa to pani dobrego nie będzie miała. Dziwna ta panina sąsiadka. Ale może to jakoś pani wytrzymie”.

Gdy podziękowała za klucze i wyszła ze sklepu, nie zastanawiała się dłużej nad tymi słowami. Dopiero teraz, gdy dotarła na miejsce i zobaczyła, że prócz jej domu i tamtego drugiego, nieco dalej, za drzewem, nie ma tu w pobliżu żadnego innego dowodu ludzkiej obecności, przypomniała sobie przestrogę. Żadnego innego sąsiedztwa nie było.

Jednak nie przybyła tu szukać towarzystwa. Chciała pozbyć się kłujących wspomnień pustych wieczorów, spędzanych nad szklanką whisky w niewielkiej jasnej kuchni na białostockim blokowisku, przy stole opuszczonym nawet przez krzesła.

Weszła do mrocznej sieni. Niewielka, z wieszakiem na ścianie i starym dywanikiem na buty. Postawiła je równo, zostawiając miejsce na pozostałe pary, które zabrała ze sobą. Korytarzyk prowadził do kuchni z piecem. Równo ułożone kawałki drewna stały w zgrabnej stercie, wysuszone i czekające na użycie.

– Nie myślałam, że będę tu musiała sama palić – zamruczała pod nosem. Tego nie było w scenariuszu banicji. Człowiek, który wynajął jej dom, też nic o tym nie mówił – jakby to było oczywiste! A przecież dla niej, kobiety z miasta, nie było.

Nawet nie umiała rozpalić ognia. Nigdy wcześniej nie paliła w piecu, nie wiedziała, do czego służą te drzwiczki i otwory. Piec był z białych kafli, zajmował prawy róg kuchni. Ogrzewał również sąsiednią izbę – pomieszczenie z białą kaflową ścianą, do której będzie można kiedyś przytulić zmarznięte plecy. O ile oczywiście wcześniej się tu napali.

Już to wyprowadziło ją z równowagi.

W kuchni nie było również kuchenki. Nawet gotować trzeba było na piecu. Katarzyna spojrzała na zakurzone fajerki i wiszący na haczyku pogrzebacz. Towarzyszyła mu aluminiowa warząchew – podobną pamiętała z babcinego domu – niżej zaś stało puste wiadro na wodę.

– Nieeeee… – jęknęła. – Niemożliwe, że nie ma tu bieżącej wody…

Rozejrzała się po kuchni.

Zauważyła niewielki zlewozmywak przytwierdzony do ściany. Odkręciła z nadzieją stary kurek w kształcie trójkąta. Tylko zasyczało.

Usiadła zrezygnowana na krześle przy piecu.

Spojrzała na swoje bagaże. Przeniosła wzrok na zegar ścienny, który dawno zapomniał o upływie czasu. Na okno nad stołem, przez które widać było drogę, sąsiadujący z jej domem dom i stare drzewo. Dalej był już tylko horyzont tej dziwnej ziemi.

Ale teraz nie miała dokąd wracać. Własne mieszkanie wynajęła na pół roku, w pracy poprosiła o bezpłatny urlop. Tylko nieliczni znajomi wiedzieli, że wyjechała na odludzie, i bardzo jej ten pomysł odradzali. Uważali za jakieś dziwactwo. Ale przecież nie wiedzieli o niej wszystkiego.

Teraz już nie mogła wrócić do miasta.

Musiała tu zostać, przynajmniej przez najbliższe sześć miesięcy. Spisując umowę wynajmu mieszkania z tamtymi ludźmi, spisała ją jednocześnie z samą sobą.

Może nie należy się uprzedzać, może wszystko potoczy się dobrze? Tylko ten piec. No i woda. Czy w ogóle jest tutaj jakaś łazienka?

Była. Za niewielkimi drzwiami w sieni, niemal niewidocznymi, bo zasłaniał je stary koc – żeby nie wiało z sieni. Zajrzała do środka. Ciasno, ale czysto. Prysznic, bo na wannę za mało miejsca. Piecyk gazowy. Na ścianie drzwiczki i jakieś zawory. Odkręciła je i odetchnęła z ulgą. Z kranu popłynęła woda – rdzawy strumień okupiony głośnym, lecz dającym nadzieję charczeniem w rurach.

Uruchomiła piecyk. Buchnął niebieskim płomieniem i szybko ogrzał wodę. Umyła zmarznięte dłonie wyschniętym mydłem, które wydobyła z plastikowego pojemnika. Mokre ręce wytarła o sweter. Pstryknęła palcem suchą muchę leżącą na parapecie małego okienka. Mucha spadła na zakurzoną podłogę.

W chacie czuć było ciężką, zimną wilgoć, zmieszaną z jakąś zakurzoną słodyczą. Tak pachną zamknięte na cztery spusty stare drewniane domy, w których uschły wszystkie kwiaty, a nieużywane fajerki pokryły się kurzem.

Trzeba będzie tu gruntownie posprzątać i przede wszystkim napalić w piecu, by przegnać to zatęchłe listopadowe powietrze.

W jej miejskim mieszkaniu pachniało inaczej. Przeważnie czystością oraz smacznym jedzeniem – jeszcze w lepszych czasach. Szymon bardzo dbał o porządek, a kuchnia była jego świątynią. Lubił i umiał gotować, dzięki temu został kucharzem w znanej restauracji. Kulinarne pasje realizował też w domu. Ona zaś lubiła swoją pracę w teatrze. Kucharz i aktorka. To jednak nie był żaden mezalians, bo czasem miała wrażenie, że to w Szymonie jest więcej artyzmu niż w niej. Myślała tak zwłaszcza wtedy, gdy przychodziły gorsze dni, albo gdy pokłóciła się z Robertem. Kłótni z Szymonem nie pamięta. Kiedy się już spotykali przy kuchennym stole, woleli razem jeść, niż się kłócić.

To było wtedy, gdy dzieliła swoje życie między dwóch mężczyzn i scenę.

Teraz z nikim go już nie dzieli, a wręcz boi się, że zabraknie jej reflektorów, uczenia się ról i przybierania kolejnych masek. Może ta cała banicja to kolejna maska, którą tylko na chwilę przykryła twarz? Wyjazd w odludne miejsce i zmianę otoczenia doradził jej białostocki terapeuta, do którego w końcu się zwróciła, gdy poczuła, że życie stało się nieznośnie tymczasowe, jakby dopiero stała w przedpokoju. A przecież jeszcze do niedawna jego główną cechą wydawała się stabilizacja.

Teraz nie ma już Roberta, a Szymona zabrakło. Subtelna różnica w słowach, a jednak ich rezultatem jest zawsze jakiś BRAK. Nie ma przy Katarzynie nikogo, kto do niedawna był codziennie. Życie pokazało swoją podszewkę.

Siedziała więc na tym odludziu, przy stole z zakurzoną ceratą, i patrzyła przez brudną szybę na horyzont. I tak będzie przez najbliższe pół roku.

Nie znała ziemi, na którą trafiła. Nie podejrzewała nawet, że miejsce na skraju puszczy, przez którą tutaj przybyła, to serce odchodzącego w zapomnienie świata, który kiedyś zaczynał się i kończył właśnie tutaj. Nie wiedziała wtedy jeszcze, że kiedyś na Prusach było zupełnie inaczej i że zeszły się tutaj i czasy, i ludzie, a i las powoli zamykał się wokół tego miejsca, czyniąc je jeszcze bardziej odludnym.

Odludzia były w tych stronach codziennością. Nie można było żyć inaczej, jak ocierając się o nie. Chronili się przed nimi w bezpiecznych wnętrzach chat, ale i cenili je, bo dawały wytchnienie przed wielkim światem. Mieszkali więc w tych ciasnych chatach o małych oknach, przez które docierało niewiele światła. Nawet nie zawsze bielili swoje domy, a ciemny kolor drewnianych ścian pochłaniał słoneczne promienie.

Wszystko to nastało jednego roku, kiedy to do serca puszczy przeciętego rwącą Krutynią przybyli silni i pracowici ludzie z zupełnie innego świata.

Katarzyna nie wiedziała jeszcze, jak wiele opowieści przetrwało na tej ziemi, wsiąkło w nią. Granice tutejszych odludzi wyznaczała rzeka i połączone z nią jezioro – jedyni świadkowie tamtych czasów, bo nawet najstarsze drzewa już obumarły, stare domy zamieniły się w pył, a omszałe kamienie przeniesiono w inne miejsca. Została tylko wciąż ta sama woda i wystarczyłoby pozwolić jej mówić, by poznać wszystkie tajemnice tej ziemi.

Mruczała je jednak nazbyt cicho, więc kto nie chciał, nie słyszał.

Tamtego listopadowego dnia, kiedy Katarzyna przybyła do Wojnowa, jedna z najstarszych mieszkanek wsi, Augusta, stanęła nad brzegiem jeziora Duś. Wciągnęła nosem powietrze, zamknęła oczy i skierowała swoją twarz ku wodzie. Poczuła metaliczną wilgoć na wysuszonych jak śliwka policzkach, a jej oczy zaszkliły się.

– Idzie zima – wymruczała pod nosem.

A potem dodała:

– Wiatr wieje wilgocią prosto w twarz, zupełnie jak wtedy, gdy umarł Grigorjew, co czekał na antychrysta.

Wracając do domu ze swojego codziennego spaceru, przeczuwała już, że wkrótce powróci w te strony jakieś zło albo jego wspomnienie. I że na pewno coś się w jej życiu zmieni.

Rzeka pierwszych opowieści

Może rzeczne meandry tak ich urzekły, a może nieprzebytość puszczy? Może sądzili, że jeśli skryją się za tymi nieprzebytymi lasami, to świat się o nich nigdy nie upomni i będą mogli żyć w spokoju, oddając hołd pracy i naturze i nie chcąc niczego w zamian? Najwyżej tę skibkę chleba i szklankę mleka, albo ten utkany len, z którego uszyją rubaszkę?

Może chcieli przenieść środek ciężkości świata właśnie tutaj, na tę ziemię dziką i nieznaną, wypełnić do cna biblijne przykazanie i uczynić ją sobie poddaną?

Pierwszy zjawił się Onufry Jakowlew Smirnow. Był ciepły letni dzień siódmy czerwca roku tysiąc osiemset trzydziestego. Niektórzy mówią, że lato było suche, a niektórzy, że wilgotne, jakby pamięć ludzka się trochę zaplątała w te gałęzie zielone, w te pędzone słońcem mniszki, chwytliwe przytulie czepne albo łagodne jasnoty białe, tak często mylone z pokrzywą. Na pewno jednak było ciepło, w sam raz na podróż. Onufry jechał za dnia, a wieczorami zatrzymywał się w domach albo gospodach. Jadł suchy chleb i popijał gorącą wodę z kilkoma ziarenkami cukru.

– Napijcie się herbaty – proponowali czasem ludzie we wsiach, które mijał.

– Nie, spasiba, nie nużno – odmawiał.

W jego głowie brzmiała wtenczas cicha pieśń, którą przywiózł w sobie stamtąd, z dalekiej Rosji poddanej carowi: Gdy Chrystusa rozpięto, wszystkie kwiaty powiędły, a herbata i tytoń nie zwiędły, więc je przeklęto.

Pił więc tę swoją gorącą wodę, wierząc, że czaj i tytoń to zło tego świata, patrzył na zmieniający się krajobraz i w sercu przechowywał najcenniejsze chwile z dzieciństwa, a potem młodości z Sejnach, które były równie odległe co to słońce, prażące pyliste drogi. Miał przy sobie paszport i zręcznie ukryte zawiniątko z pieniędzmi – powinno mu wystarczyć na siedemset morgów, co je zamierzał kupić. Oszczędzał pieniądze, jak mógł, bo sporo wydał na przyspieszenie formalności przed wyjazdem. Kto bowiem lubi podróżować jesienną szarugą albo styczniową zmarzliną? Chciał jechać do nowej ojczyzny właśnie teraz, latem.

Dotarł wreszcie do Puszczy Jańsborskiej, co to ją po latach nazwą Piską, na wschód od tajemniczego jeziora Bełdany i na północny zachód od Wejsun. Wtenczas jeszcze nie wiedział, że to jest właśnie ten punkt na mapie świata; jego jedynym kierunkowskazem był mijany krajobraz i te strugi wartkie, wijące się na wyślizganych kamieniach, i te jeziora co rusz spotykane, co przebijały w tle między drzewami. To ta ziemia, rozwarta dla nich niczym brama przez króla Fryderyka Wilhelma II. Król otworzył ją dla innowierców, co nie chcieli poddać się carowi, widział w nich lud robotny i niepijący, nawet herbaty i tytoniu odmawiający, a skoro tacy ludzie są jeszcze na świecie, to znaczy, że porządek na nim wciąż może być i nawet w Puszczy Jańsborskiej da się go na powrót zaprowadzić.

Drzewa padały tu od licznych wiatrów i burz. Stare dęby i lipy rażone gromem przysiadały na krańcach dróg – odymione kapliczki pogańskich bóstw. Grzybów i jagód była moc, wprost nie do udźwignięcia, ale ludzi brakowało do ich zbierania, więc marnowało się to dobro co lato i jesień, stanowiąc pożywkę dla ściółki. Zwierzyna w lasach jak po swoim biegała, bo zapomniała, że w Biblii inaczej powiedziano i że to człowiek czyni sobie ziemię poddaną, a nie taka sarna, co chce zającowi rozkazywać, dokąd ma biec tym swoim tropem mizernym, jakby kto patykiem znaczył w śniegu.

Bo sarna już inny trop miała, rozdwojony, jakby wyżej była na drabinie cywilizacji, podzielona na ciało i duszę zwierzęcą. Taki trop uznawany był bardziej, ale tropy lisa były jeszcze ważniejsze, bo na więcej części podzielone, niczym rozgwiazdy, a od nich już tylko krok do tropów wilczych, co królowały nad wszystkimi, rozdzielone na pięć elementów, więc nie można ich było nijak porównać do prymitywnych zajęczych.

Jednak trop człowieka, jeśli nie w bucie skórzanym albo wojłokowym, to dopiero była wyższość – pięć palców i pięta! Ale takich tu się nie spotykało, bo i ludzi nie było.

Chciał więc Onufry inne porządki tu zaprowadzić, a jego lud prosty i pracowity musiał iść za nim wiernie, w co Onufry nigdy nie zwątpił.

Kiedy już zobaczył, że krajobraz osiągnął dobrą proporcję między równiną, drzewami a brzegiem jeziora, postanowił, że tutaj właśnie zasadzi swoje pierwsze drzewo i zbuduje swój dom, a jego lud zrobi za nim to samo, uładzi ten nieporządek wokół i nauczy puszczę, kto komu poddanym będzie.

Dostał dwadzieścia pięć cetnarów1 sieci rybackich, trochę przyrządów pomocniczych do rybaczenia, sprzęt gospodarczy na pierwsze potrzeby, konie, krowy i nieco żywności, by z głodu nie umarł, zanim się tu na dobre rozgości. Czekał samotnie, aż pozwolą mu przewieźć dobytek, codziennie wypływając samotnie na jezioro i rozmyślając, jakie też będzie to nowe życie.

I tak powstało Onufryjewo – bo inaczej zwać się wszak nie mogło, jak na cześć tego, co tu pierwszy nastał – pomiędzy puszczańskimi kniejami założone. Po Onufrym przyjechali Tychon, Jegor i Jemieljan i już było Onufremu raźniej. Został sołtysem i aż do zimy budowali swoją osadę ze swoim porządkiem, rozpowiadając wszem wobec, że król Fryderyk Wilhelm II serce miał wielkie, skoro im na ten stan rzeczy pozwolił. I ziemia ta najpierw pokryła się ziemiankami, a po trzech latach przybyła tu specjalna komisja z Johannisburga2 i zobaczyła, że ci nowi ludzie zdążyli już ściąć drzewa, wykarczować puszczę, zaorać i zasiać ziemię i przygotować bierwiona i deski na budowę chat. Te stanęły rok później, a obok nich nieco mniejsze, z piecami i ławkami do siedzenia, które to nazywali baniami. Zażywali tam, zwłaszcza zimą, gorących kąpieli, pławili się w cieple wręcz rozpustnym, wypacali te wszystkie przebyte drogi i nieprzespane od wycia wilków i innych niepokojów noce, te swoje pracowite puszczańskie dni czasem nawet bez jedzenia, o szklance gorącej wody jedynie. A potem wskakiwali do zamarzniętych bajorek i stawów albo wręcz do rzeki lub jeziora, na białym śniegu znacząc swoje sześcioelementowe ludzkie tropy i oznajmiając puszczy, kto tu jest teraz panem.

Nad ranem można było znaleźć w pobliżu śladów ludzkich stóp mniejsze ślady wilków, lisów, saren i zajęcy. Przychodziły tu gęstą nocą, niewidziane, jedne po drugich, by na zawsze pogodzić się ze swoim poddaństwem.

Dwudziestu ośmiu ich było w pierwszym roku. Mogli żyć spokojnie na nieuprawianej ziemi, mężczyźni mieli być zwolnieni ze służby wojskowej, a wszyscy na sześć lat z podatków.

Jakoś to będzie. A i świat tu taki piękny… – myśleli.

I tak na Mazurach zaczęli się staroobrzędowcy, których z czasem ludzie nazywali starowiercami, filiponami lub fiedosiejewcami, bo ludzie z zewnątrz nie widzieli między nimi żadnych różnic, a i sami osadnicy czasem też, więc i kłócić się nie było o co.

Aby przeżyć, szybko nauczyli się używać tego, co wokół. Skoro jeziora pełne były ryb, stali się rybakami. Wszystkiego nauczył ich Onufry i jego towarzysze. Skoro ziemia wokół wydawała plon, zajęli się ogrodnictwem i sadownictwem. Skoro otaczały ich lasy, wielu zostało leśnikami, a i po runo leśne wciąż chodzili, a potem sprzedawali, co się dało, ludziom do miasta. Budowali i naprawiali domy, drogi, wozy, a wszystko robili porządnie, nic więc dziwnego, że władze pruskie uznały ich za dobrze się sprawujących na podarowanej im ziemi. Wyznawali swoją wiarę, podobną do prawosławia, ale więcej w niej było przeczuć i intuicji. W każdej chwili mógł przecież nadejść antychryst, więc dobrze jest się przed nim schować na jakimś odludziu, zająć pracą i prostym życiem. Zupełnie niechcący podczas uprawy ziemi czy zbierania jabłek dotykały ich wielkie rozłamy i teologiczne konflikty: czy lepiej żyć w małżeństwie, czy nie, czy ten antychryst ich tu znajdzie i czy są ludźmi potrzebnymi na tym świecie, czy jeno prochem marnym. To wszystko jednak dotykało ich tylko na chwilę, zawsze potem wracali do pracy i codzienność pochłaniała ich bez reszty.

Tak to dziwne rzeczy zaczęły się dziać nad rzeką. I nie wszystkim się to nowe sąsiedztwo osadników podobało.

Niemieccy gospodarze pisali na nich skargi: „Ruscy wyłowili w jeziorach i rzekach wszystkie ryby i raki i sprzedali je w Polsce”. Niezadowoleni byli aptekarze i lekarze w małych miasteczkach, bo nowi ludzie nie chcieli ich porad i leków. Nie lubili ich też handlarze alkoholem i papierosami. Osadnicy ze wschodu nie pili alkoholu i nie palili papierosów, potrafili się sami leczyć domowymi sposobami, a na wszystko najlepszym lekarstwem były te ich banie, stawiane na obrzeżach siedlisk. Żyli więc zdrowiej i dłużej, wzbudzając niechęć tych, którzy liczyli, że wraz z przybyciem ruskich zaczną się dla ich handlu i usług lepsze czasy.

Szybko ludzie przekonali się, że tamci są samowystarczalni. Zamknęli się w swoich puszczańskich wioskach i na rękę im było, gdy świat o nich stopniowo zapominał.

Budowali coraz więcej wiosek – i mieszkali w nich, wszyscy podobni do siebie. Najpierw przybyli ci bogatsi, a potem biedniejsi, z wielkimi nadziejami rozbudzonymi przez krążące opowieści o nowym świecie. Budzili wiele zdziwienia wśród mieszkańców Prus. Wietrzyli mieszkania i często sprzątali, a z czasem sobotę wyznaczyli sobie na dzień obowiązkowych porządków nie tylko w domu i zagrodzie, ale i w całej wsi. Mężczyźni nosili długie brody i lniane koszule, kobiety pstre chustki na głowach i modre albo biało-niebieskie sukienki z brązowymi fartuchami. Nie używali guzików, bo uważali je za „oczy antychrysta”. Moda w wielkim świecie zmieniała się, a u nich wszystko było jak dawniej, jak za minionych czasów.

Bywało, że sąsiedzi innowiercy kpili sobie z nich. Mówili, że nie mają manier, że to ludzie prości, wręcz ciemni. Ptaki – tak ich nazywano, może ze względu na ich barwne ubrania, czerwone i niebieskie. Ściągali te swoje ubrania pasami i nosili spodnie, które sięgały do kolan. Zamiast pojechać na targ i zobaczyć, co się teraz nosi i jak wyglądają cywilizowani ludzie, wszystko robili sami, z tego, co rosło w pobliżu ich domostw. Kapelusze pletli na przykład z rozszczepianych korzeni świerka. Sandały wyrabiali z elastycznej kory lipowej, a przywiązywali aż do kolan barwnymi tasiemkami. Wszyscy wyglądali podobnie – smukli, przeważnie o blond włosach i różowej cerze, takiej „krew z mlekiem”; choć byli też i tacy, co cerę mieli śniadą i ciemne oczy, ale rysy zawsze podobne, więc niektórzy ich w ogóle nie odróżniali. Pobierali się między sobą, nie dopuszczając do siebie ludzi innych wyznań i narodowości. Od samego początku zamknęli się we własnym świecie. Nie jadali u innowierców, a jeśli już im się to zdarzyło, na przykład w podróży, musieli odpokutować. A gdy któryś ze starowierców uległ pokusie i wypił choć łyk alkoholu, musiał potem bić przed świętym obrazem tysiąc pokłonów do samej ziemi.

A świętych obrazów na początku bardzo im brakowało.

Bo najpierw musieli zadbać o sprawy doczesne i stworzyć warunki do życia, a dopiero potem w ślad za nimi przybyli mnisi. Ktoś bowiem musiał tych ludzi podtrzymywać na duchu i umacniać ich wiarę, by żadna z pokus współczesnego świata nie wdarła się podstępem w ich obyczaje. I mnisi przywieźli ze sobą ikony i święte księgi, a wtedy proste sześcioramienne krzyże zawisły w każdym domu. Parfienij Afanasjew, Asaf Iwanow i Anna Iwanowna byli pierwszymi wielkiej wiary, co przybyli tu z misją podtrzymywania na duchu.

Tak wyglądał klasztor przed laty.

Wygląd obecny bramy wjazdowej.

Dziś już nie ma śladu po pierwszych klasztorach żeńskich w Onufryjewie, Majdanie i Pupach. Został tylko dawny klasztor męski w Wojnowie, jednak i tam nie ma już mnichów. Czy mieli za mało zapału i wiary, czy też trudno im się było tu zadomowić, dość, że ostatni mnich ożenił się, a klasztor przejęły kobiety i tak już zostało do czasu, kiedy ostatnia z mniszek wydała z siebie ostatnie tchnienie.

Nim się to jednak stało, w tysiąc osiemset trzydziestym pierwszym roku pełni zapału bracia Sidor i Jefim Borisowyje kupili w pobliżu jeziora Duś połączonego z rzeką Krutynią, oddalonego sporo od Onufryjewa, ponad półtora tysiąca morgów lasu. Wykarczowali go i założyli tam, wzorem Onufrego, kolejną wioskę. Przyjechał z nimi fachowiec od budowy dróg, niejaki Fiodor Isajew Malewan, oraz szanowany bogacz Foma Kuźmin. Dzięki nim prościej było pionierom na nowej ziemi, bo jak się ma pieniądze i dobry fach w ręku, to życie płynie łatwiej. Myśleli, jak by tu tę ziemię nazwać, a że tęsknili za swoją małą ojczyzną, czyli Wojnowem w Inflantach Polskich, tę samą nazwę nadali temu miejscu. Tak też mówili na tę wieś wszyscy osadnicy, choć niemiecka administracja nazywała ją inaczej – Eckertsdorf.

Mężczyźni nosili brody, kobiety chustki na głowach. Pobierali się tylko między sobą, ślub z innowiercą był zakazany.

Żył bowiem wtedy w tych stronach leśniczy Eckert, który bardzo pomagał osadnikom, więc niemiecka nazwa nie była aż tak ich sercom niemiła, by jej nie używać. I po dziś dzień ludzie z Wojnowa użyją czasem dawnej nazwy, bo ponoć stary Eckert nie był złym człowiekiem.

Za Fomą przybył jeszcze jeden Kuźmin z Litwy, Iwan. Nie był wprawdzie tak bogaty, ale też miał fach. Był konowałem, bo tak się mówiło wtenczas na weterynarza, a konowałów ludzie szanowali, w przeciwieństwie do lekarzy. Lekarz bowiem, pomagając choremu człowiekowi, wolę boską zmieniał i sprzeciwiał się przeznaczeniu. Nie dotyczyło to jednak koni i bydła, które miały człowiekowi pomagać w byciu szczęśliwym.

Iwan zamieszkał w Ładnym Polu (Schönfeld), które po drugiej wojnie ludzie nazwą albo i połączą ze Śwignajnem i taka nazwa już zostanie. A jak kto współczesny spyta potem kogoś we wsi, skąd taka nazwa, to ludzie wzruszą tylko ramionami i powiedzą: a może tędy świnie się gnało kiedyś? Kto by bowiem pamiętał, że pierwsza nazwa, jeszcze za Iwana, co został pierwszym sołtysem, była zupełnie inna? Ładne pole tu było, płaściutkie, i ziemia dobra do uprawy, to i ludzie chętnie budowali tu swoje domy.

Piaski (Piasken), Kadzidłowo (Kadzidlowen), Pietrowo (Peterhain) i Osinki (Fiodorowo, Fedorwalde) powstały nieco później, a już w powiatach piskim i mrągowskim policzono, ile to nowi ludzie ziemi nabyli i ile pieniędzy zostawili. Wyszło tego pięć tysięcy czterdzieści siedem morgów gruntu leśnego za dwadzieścia cztery tysiące osiemdziesiąt cztery talary, ale ile ludzkiej pracy jeszcze to osadnictwo kosztowało, tego nawet najmądrzejszy nie policzy.

Wkrótce we wsiach obok języka rosyjskiego dał się słyszeć i niemiecki, i polski. Przybywała tu bowiem polska ludność protestancka, którą starowiercy bardziej szanowali niż niemiecką. Szybko mieszkańcy stali się dwujęzyczni lub nawet trójjęzyczni; nie czuli do siebie niechęci. Mieszały się te języki coraz bardziej z niemieckim. Duch do niedawna samotnej puszczańskiej ziemi dopuścił do istnienia wielu kultur i języków chyba tylko po to, by pokazać, że nie taka ta ziemia jednostajna i jednorodna i nie od zawsze puszczą była, a ma jeszcze inny rodowód.

Kiedy bowiem ludzie karczowali lasy i kopali w ziemi, odkryli urny z epoki żelaza w Wojnowie i Zameczku, a w Onufryjewie tajemnicze monety rzymskie i pozostałości po cmentarzu. A potem były tu łąki i żyli polscy bartnicy, którzy na okolice Zameczka mówili po prostu Jebór, jakby pytając: czy je tu bór? A może nawet mieszkał tu jakiś książę staropruski w swoim wielkim grodzie?

Na tych nowych mieszkańców przyszedł trudniejszy czas, bo ziemia, gdzie starowiercy uprawiali warzywa i zboże, jałowiała i gorzej rodziła. Może przybysze nie znali się na nawożeniu i właściwej uprawie? Zabrakło im wiedzy, że jeśli w jednym roku posadzą gdzieś buraki, to w drugim trzeba posadzić coś innego, choćby ziemniaki? Wtenczas przerzucili się na sadownictwo, które nie zna płodozmianu, oraz na łowienie ryb i pracę w lesie. Sami pędzili smołę, budowali liczne tartaki i drogi, bo byli dokładni i sumienni. Powoli bogacili się. A i fachowcy od budowy dróg byli wśród nich najlepsi, nic więc dziwnego, że mieli wzięcie nie tylko w kraju, ale i za granicą. Płynęły więc pieniądze w te strony wartką strugą, staroobrzędowcy ich nie przepijali, bo pić wódki nie mogli, więc spokojnie myśleli o przyszłości swojej i swoich dzieci.

Wykorzystywali ich zaradność złodzieje i krętacze. Okradali, bili, rabowali, a nawet zdarzały się w spokojnych dotąd wsiach pojedyncze morderstwa. Ludzka chciwość niszczyła to, co dobre. Gdy odwieczna rzeka Krutynia nagle ciemniała, a jej nurt przybierał na sile, starowiercy przeczuwali, że oto nadchodzą cięższe czasy. Staranniej zamykali domostwa i nie wychodzili z nich po zmierzchu, ale i tak czasem ktoś zapominał o ostrożności i tracił cały dorobek albo nawet życie. Znajdowano go potem zabitego od pchnięć nożem, bez pieniędzy, a czasem i bez butów, w jakimś rowie albo z twarzą zanurzoną w nurcie ciemnej rzeki.

Mówiło się o nich, że są niesforni, nieokiełznani i nade wszystko kochają wolność, tak jakby ta rzeka wijąca się wzdłuż starowierskiego świata była ich nauczycielką. Przybywało wzdłuż niej wiosek, a we wszystkich mieszkali ludzie do siebie podobni – i z wyglądu, i z natury. Nie mieli nazwisk, a tylko otczestwa3, mężczyźni nosili brody i nie chcieli podlegać żadnym prawom. Prawo stanowili oni i ich wiara, którą dziedziczyli z ojca na syna, z matki na córkę. Mimo to niektórzy polubili energicznego komisarza Szmidta, który w tysiąc osiemset czterdziestym drugim roku osiadł w Ukcie i swoją uprzejmą stanowczością miał zaprowadzić ład w wioskach osadników. Ale, jak wszędzie, byli też tacy, co krzywo na niego patrzyli i bali się ograniczeń, jakie chciał na nich nałożyć. Musiał użyć jakichś sposobów, skoro starowiercy otworzyli przed nim swój hermetyczny świat i dopuścili go do siebie. Mało tego. Z biegiem lat nazywało się go tutaj „królem filiponów”. Bo też za jego czasów zapanował nowy porządek. Sprawy spadkowe i rozwodowe, ochrona praw dzieci i ludzi pokrzywdzonych przez los – to wszystko nie brzmiało już tak obco. To był również czas, kiedy zaczęto używać nazwisk, i wtedy nad rzeką pojawili się: Krassowscy, Makarowscy, Filipkowscy, Danielewscy. Ci, co łowili, mieli nazwisko Rybak, a ci, co łapali zające – Zając. Ci, co się niedawno spalili – Pogorzelscy. Był też Słowik, Łabendź, Jawor i Krzywoguz.

Wielkie rozczarowanie przyszło w tysiąc osiemset czterdziestym trzecim roku, kiedy to pierwszy raz powołano osadników do wojska, co wedle obietnic miało nigdy nie nastąpić, a już na pewno nie do któregoś tam pokolenia. Walka i przemoc – to było niezgodne z ich wiarą. No i te brody? Czy ktoś widział kiedy brodatego żołnierza? Wildes Volk – słyszeli o sobie. Dzicy ludzie. Nie zaprzeczali, bo chcieli mieć święty spokój. Nie zaznali szczęścia w dawnej ojczyźnie, więc szukali go w innej. Już samo to świadczyło o ich umiłowaniu wolności. Pokrzywdzonym należy się więcej.

Podobno pozwolono im więc iść na służbę z brodami i z czasem niektórym tak się wojaczka spodobała, że stali się wzorowymi żołnierzami. Ludzie opowiadają o tym po dziś dzień, ale czy to prawda, nie wiadomo, bo jak mogli pokochać przemoc i śmierć, kiedy w życiu nauczono ich czego innego? Nie tak łatwo zapomnieć pierwsze wartości, zaszczepione przez rodziców, tak jak niełatwo wyplenić barszcz zwyczajny z urodzajnej ziemi, choćby się ją skopało do imentu.

A gdy zginął pierwszy rekrut, Wasyl Drozdowski, osadnicy unieśli się honorem i po raz pierwszy okazali złość. Krzyczeli, że wyniosą się z tej ziemi, że sprzedadzą swoje dobra i wyemigrują, ale nie wszyscy znaleźli kupców na wyjałowione nieco grunty i podniszczone domy, a był to rok tysiąc osiemset czterdziesty czwarty. Niektórym się jednak udało. Sprzedali dobytek i poszli dalej w świat, a ich potomkowie mieszkają po dziś dzień w dwóch wsiach w Mołdawii.

Gdzieś w dokumentach znaleziono ślad, że trzy lata po tym buncie połowa Wojnowa była już przez mieszkańców opuszczona. Halb Eckertsdorf auswanderte – pisał jakiś urzędnik w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym roku. Uciec stąd chciał i Sidor Borysow, co wszak jako jeden z pierwszych tu nastał, i bogaty Foma Iwanow, a że poważanie wśród ludzi mieli duże, władze pruskie, którym nie na rękę były puste wsie, uznały, że ci dwaj są podżegaczami, ale lepiej ich obłaskawić, niż dodatkowo karać. Bo na co komu takich dwóch, co sieją ferment w całej wsi?

A że akurat zjawili się tu dwaj mnisi z Moskwy, to któryś z urzędników wpadł na pomysł, by pomóc Sidorowi i Iwanowi w sprzedaniu posiadłości owym mnichom. I tak dwaj niemile widziani przestali władzy wadzić, zapanował względny spokój, a reszta mieszkańców podporządkowała się rządom pruskim, bo kiedy zbrakło prowodyrów, reszta nie umiała się postawić.

Ludzie opowiadają, że potem przez lata ci osobni mieszkali w swoich ciemnych chatach z małymi oknami i wierzyli, że całe powodzenie i szczęście pochodzi od tej oświetlonej zawsze ikony, co wisi w rogu izby. Wygrzewali się na rosyjskich piecach, bo jak żaden inny lud lubili, gdy było ciepło w domu. Używali do palenia więcej drewna niż ich mazurscy sąsiedzi, bardziej zahartowani i odporni na zimno. Swoje kobiety traktowali czasem bardzo surowo, a gdy jakaś była chora lub niepłodna, bywało, że wyganiali ją z domu i brali następną. Nie wiedzieli, że popełniają bigamię. A jeśli już znaleźli kobietę swego życia, umieszczali w sypialni święty obraz. Miał ich strzec. Jednak zasłaniali go chustą na czas oddawania się małżeńskim rozkoszom, po których kąpali się dokładnie i zmieniali bieliznę.

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

1 Jednostka masy wynosząca ok. 50 kg.

2 Obecny Pisz.

3 Nazwisko utworzone na podstawie imienia ojca.

Rzeka starca Grigorjewa

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Jewpraksiji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Katarzyny

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Malowanych

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Zoi

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Katarzyny

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Peterisa

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Jewpraksiji

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Katarzyny

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Katarzyny

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Katarzyny

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Katarzyny

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Zoi i Wiecherta

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Katarzyny

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Peterisa

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Wacława

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Nadziei

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka klasztoru

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Katarzyny

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Katarzyny

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka wojnowskich kobiet

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Augusty

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Rzeka Czasu Lata

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Dziękuję,

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Copyright © 2016, Katarzyna Enerlich

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-365-7

Projekt okładki: Zuzanna Malinowska

Opracowanie redakcyjne: Wydawnictwo MG

Korekta: Agnieszka Zielińska

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

kontakt@wydawnictwomg.pl

handlowyMG@gmail.com

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Piękno z pól i łąk Wiatr od jezior Rzeka ludzi osobnych Prowincja pełna złudzeń Pod słońcem prowincji. Zapiski z prostego życia. Potrawy z pór i ziemi Prowincja pełna snów 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość