Królowa

Królowa

Autorzy: Elżbieta Cherezińska

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Kategorie: Powieść historyczna

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 600

Cena książki papierowej: 49.90 zł

cena od: 26.95 zł

Do 18 września ebook dostępny w przedsprzedaży. Ebook pojawi się w Twojej Bibliotece w dniu premiery – 19 września.

Nie łudźcie się, że wszystko już wiecie o Hardej.

Teraz poznacie Królową.

Narodził się Knut. Trzecie dziecko Świętosławy, jedyne, które w chwili przyjścia na świat okrzyknięto „synem królowej”. Coraz więcej graczy przestawia piony tej historii. Bolesław w sekrecie przed siostrą swata Tyrę z Tryggvasonem, jarl Sigvald, powtarzając: „jomswikingowie nie wtrącają się w sprawy królów”, sam zaczyna w nich mieszać. Sven pielęgnuje swą niechęć do Olava, „drugiego wodza”. Tyra znika.

Tak kończy się Harda. Teraz nadchodzi czas Królowej. Nowi gracze i nowy wymiar tej historii. Od Roskilde do krainy zórz polarnych. Od Poznania przez Merseburg do Budziszyna, przez wszystkie wielkie wojny Bolesława. Od Pragi po Kijów. Od Gniezna przez tajemniczy Kałdus. I do Anglii, bo przecież nie jest tajemnicą, kim stanie się „syn królowej”…

Elżbieta Cherezińska

Królowa

ISBN

Copyright © Elżbieta Cherezińska, 2016

All rights reserved

Redakcja

Bogusław Jusiak

Opieka redakcyjna

Tadeusz Zysk

Tomasz Zysk

Ilustracja oraz projekt graficzny okładki

Tobiasz Zysk

Wydanie 1

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

faks 61 852 63 26

dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90

sklep@zysk.com.pl

www.zysk.com.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

CZĘŚĆ I

CZĘŚĆ II

CZĘŚĆ III

Nawa królów

Od autorki

Podziękowania

Korony Rody Królestwa

Wszystkim bezimiennym, zapomnianym księżniczkom piastowskim

Mniszkom, żonom, matkom, władczyniom, o których historia milczy

Dziewczynom oznaczonym w biogramach dynastii smutnym N.N.

CZĘŚĆ I

Bitwa trzech królów

997–1000

Noc, której skradziono księżyc, jest ponura i zimna. Mści się nierównymi podmuchami wiatru i falą zdradziecko zalewającą pokład. Jest bezkarna, świadoma, że nikt jej nie rozpozna. Plącze liny, szarpie żaglem, podpowiada zły kurs. Chude ramiona nocy zanurzają się w morskiej toni, szukając topielców i śniętych ryb. Przebiera w nich palcami, wyciągając z głębin to, co nie może ożyć, i to, co w słonej wodzie nie potrafi zgnić. Bezksiężycowa noc nie jest wybredna, spieszy się świadoma, że śledzi ją świt. Chce go zaskoczyć, strojąc pokład statku martwym połowem. Głuchym chlupnięciem wrzuca łup przez burtę i znika, by nie zastał jej zwiadowca poranka, brzask.

ASTRYDA przyglądała się drzemiącej Tyrze. Księżniczka spała z otwartymi ustami, pochrapując lekko. To wina wyciągu z maku, który jej podałam — pomyślała Astryda. — Albo ma zwykły katar. Nawet księżniczki miewają zapchany nos.

Morcar Żaba zadbał o wszelkie wygody, a w każdym razie o to, co tylko było możliwe na pokładzie kupieckiej łodzi. Miały namiot rozpięty między burtami, który chronił je przed wiatrem, słońcem i deszczem, a także przed ciekawskimi spojrzeniami załogi; ciepłe koce i prawie ciepłe posiłki. I wino, naprawdę dobre czerwone wino z zapasów kupca. Astryda sączyła je, czekając, aż Tyra się obudzi. Nie myślała o niej, myślała o sobie. O tym, że życie ciągle stawia ją naprzeciw Olava i zawsze nie w tym miejscu, co trzeba. Sądziła, iż nic gorszego niż sprowadzanie na świat jego syna już nie może jej spotkać. A jednak los ułożył kolejną strofę tej pieśni i teraz pomogła w porwaniu Tyry, by ta obca jej dziewczyna mogła zostać żoną Olava.

Ach, żeby to jeszcze była Świętosława. Jej słona siostra, tak ostra, tak zła. Dla Świętosławy mogłaby to zrobić z czystym sercem, ale stało się, zrobiła to wbrew niej. „Pani rodzi!” — słyszała krzyk służek, gdy niezaczepiana przez nikogo przemykała przez kuchnię dworzyska w Roskilde. Gdyby zamiast do samotni Tyry poszła do alkowy królowej… Gdyby złamała słowo… Nie, nie ona. Od urodzenia była zbyt dorosła. „Baw się z dziećmi” — mówił Dalwin, a ona patrzyła na dzieci krzywo. Hałasowały i gadały głupoty. Nie podobały jej się. Znacznie bardziej podobało jej się, gdy Mieszko mówił do niej: „Moja mądra córeczka Astryda”. Tak, była mądra. I co jej z tego przyszło?

Tyra otworzyła oczy.

— Gdzie jestem? — wyszeptała.

— Na łodzi.

Podniosła się z posłania i wsparła na ramieniu. Włosy zaplecione w trzy warkocze rozczochrał sen; kosmyki przy twarzy zwilgotniały od potu i skręcały się w drobne, spiralne loki. Potarła czoło i spuchnięte powieki.

— Na łodzi… — powtórzyła. — Więc się udało, tak?

— Tak. Chcesz wina?

— Dzisiaj jest piątek?

— Tak.

— Nie, dzisiaj nie mogę. W piątki piję tylko wodę.

— Jak sobie chcesz — odpowiedziała Astryda i wypiła kolejny łyk. — Mnie wino pomaga na chorobę morską.

Tyra zamrugała. Astryda nie znosiła kobiet trzepoczących rzęsami. Dziwiło ją, że mężczyźni nabierają się na ten prostacki gest.

— A więc ty jesteś mą wybawicielką — powiedziała Tyra. — Przepraszam cię najmocniej, ale z nerwów zapomniałam, jak ci na imię.

— Astryda.

— Astryda… — Tyra oprzytomniała i sięgnęła do mieszka przy pasku sukni. Pogrzebała w nim i wyjęła denara. — Siostra księcia Burizleifa, tak? — Spojrzała na imię jej brata wybite na monecie.

— Tak.

— Nie spodziewałam się, że misja pana Grettera przyniesie owoce tak szybko. Twój brat jest nader rzutkim władcą i będę mu dozgonnie wdzięczna, że wybawił mnie z drapieżnych pazurów Svena. Jestem niezwykle ciekawa mego przyszłego męża.

Co to za język? — pomyślała Astryda. — Czy ona zawsze tak gada?

— Opowiedz mi o mej siostrze — powiedziała, wychylając kolejny łyk wina.

— Siostrze? — zdziwiła się Tyra. — Ach, wybacz, pani! Gdzież ja mam rozum! Przecież królowa jest siostrą twoją i twego brata…

Co za cipa! — przebiegło przez głowę Astrydzie i natychmiast zrzuciła obelgę na karb wypitego wina. Dolała sobie szybko, bo kubek był pusty.

— Tak, poznałam waszą siostrę w kościele i dopiero tam ujrzałam jej prawdziwą naturę. Bo przed ludem jest taka władcza. Władcza i piękna. Ten potwór Sven zmuszał mnie, bym brała udział w jego ucztach, i wtedy widywałam królową z daleka. Ale ona… wybacz, Astrydo, na uroczystościach twa siostra była dla mnie tylko królową, odległą i obcą. Ona chodzi, prowadząc na smyczy dwa rysie, a przed nią taki potwór wielki i łysy, z pociętą twarzą, potem chłopak o spojrzeniu wilka, dalej straszny Jorun, druh Svena, i jego topornicy, którzy wykrzykują imię twej siostry „Sigrida Storråda”, choć mój brat chce, by zwano ją Gunhildą, ale to się na dworze nie przyjęło… Czy mogę prosić wody? — Tyra przerwała i oblizała spierzchnięte wargi.

— Proszę. — Astryda podała jej kubek.

Księżniczka przełknęła kilka łyków łapczywie, ale gdy zobaczyła, że Astryda przygląda się jej, natychmiast zaczęła pić powoli.

— Jesteś głodna, pani? — spytała Astryda.

— Być może, ale mówiłam ci, że w piątki poszczę. Jak się powinnam do ciebie zwracać? Skoro jesteś siostrą księcia Burizleifa i królowej Sigridy, to powinnam mówić do ciebie „księżniczko”?

— Nazywają mnie wolińską panią, to wystarczy. Miałaś opowiedzieć o mojej siostrze.

— Ach tak. Na czym skończyłam?

— Na imieniu, że mąż chciał ją nazwać Gunhildą.

— Paskudny pomysł. Dawna królowa Gunhild, wstyd to mówić, wszak była mą ciotką, parała się… wiesz czym? — Tyra zrobiła trwożliwy znak krzyża, spojrzała na Astrydę znacząco i wyszeptała najciszej, jak się dało: — Seidr, rozumiesz?

— Czarownica — skonstatowała Astryda.

— Tak. I zginęła jak wiedźma. Wrzucili ją w bagno. — Otrząsnęła się na samą myśl. — Nic dziwnego, że imię się nie przyjęło. Ludzie widzą, że twa siostra jest chrześcijańską królową, a wojowie Svena, którzy wraz z nim byli w Sigtunie, uznali, że przywieźli stamtąd Sigridę Storrådę i tak wolą ją zwać. Astrydo! — Tyra złapała ją nagle za rękę. — Czy królowa jest wtajemniczona w nasze plany? Sven będzie ją podejrzewał, wiedział, że utrzymujemy ze sobą dobre kontakty, spotykałyśmy się podczas nabożeństw…

— Nie, pani. Moja siostra nie ma o niczym pojęcia — odpowiedziała Astryda i nagle zrobiło jej się niedobrze.

Wstała i chwiejnym krokiem wyszła z namiotu. Musiała wychylić się przez burtę i zwymiotować. Wino ani nie pomogło jej na chorobę morską, ani nie uciszyło wyrzutów sumienia. Jasna twarz Świętosławy natrętnie stawała jej przed oczami. Gdy wróciła do Tyry, ta zdążyła rozpleść warkocze i teraz czesała włosy.

— Powinnam się przygotować na spotkanie z mężem — powiedziała i na jej policzki wyszły rumieńce.

Jak na zawołanie! — pomyślała z niesmakiem Astryda.

— Minie tydzień lub dwa, nim do niego dotrzesz, ale jak chcesz, możesz już zacząć się stroić — odpowiedziała księżniczce.

— Tak długo? — zdziwiła się Tyra. — Żeglarze mówili, że do Nidaros płynie się dużo krócej.

— Nie będziesz całą drogę płynąć, niedługo Morcar wysadzi nas na ląd i dalej pojedziemy konno. Trzeba zgubić pogoń.

Tyra się zaniepokoiła, jakby dopiero teraz do niej dotarło, że cała wyprawa jest niebezpieczna.

— Powiedz mi, Astrydo, jak wyprowadziłaś mnie z dworu? Jak znalazłam się na pokładzie? Wybacz, ale ja nic nie mogę sobie przypomnieć… Tylko chwilę, gdy weszłaś do mej samotni, pokazałaś mi denara na znak, że przysłał cię książę Burizleif, i powiedziałaś: „Jak się obudzisz, będziesz bezpieczna”, a potem kazałaś mi coś wypić. Więcej nie pamiętam…

— Podałam ci odwar z maku — powiedziała Astryda.

Bo przeczuwałam, że nie grzeszysz odwagą — pomyślała, nie mówiąc tego głośno.

— Gdy zasnęłaś, schowaliśmy cię do wielkiej skrzyni, w której wcześniej słudzy Morcara przynieśli do dworu broń kupioną przez Svena. I w tej skrzyni wnieśli cię na pokład na oczach twego brata.

— Co ty mówisz?

— Sven siedział wygodnie rozparty w wielkim krześle i oglądał błyskotki Morcara.

— To niesamowite! — Tyra zaklaskała z radości.

Czy Olav będzie z nią szczęśliwy? — zadała sobie pytanie Astryda i znów poczuła ciężar w żołądku. — Jestem podła, przemawia przeze mnie zazdrość — pogrążyła się jeszcze.

— A pogoń? — dopytała Tyra. — Jak myślisz, wysłał za nami pogoń?

— Z pewnością i mam nadzieję, że jego ludzie dali się nabrać na grupę kilkunastu jeźdźców uciekających na zachód, w stronę Trelleborga. Ich zadaniem jest odciągnięcie uwagi od portu.

— Morcarowi coś grozi? — szeptem spytała Tyra.

— Nie bądź naiwna — żachnęła się Astryda. — Każdemu, kto brał udział w tym przedsięwzięciu, grozi gniew Svena.

— Wybacz, wolińska pani. To ten napar z maku pozbawił mnie jasności myśli.

Nie odzywały się więcej do siebie. Astryda położyła się i odwróciła plecami do Tyry, udając, że śpi. Naprawdę pragnęła, by wreszcie zmorzył ją sen, uwalniając od natarczywych myśli. Oszukała Świętosławę i podjęła się misji wydobycia Tyry z Roskilde tylko po to, by móc znów zobaczyć Olava. Taka jest prawda. Jej wstydliwa i obciążająca sumienie tajemnica. Zgodziła się na udział w tym przedsięwzięciu, by móc jeszcze raz spojrzeć w jego jasne, niemal przejrzyste oczy, poczuć słoną woń włosów, usłyszeć dźwięk głosu. Pragnęła zobaczyć go po latach, jakie upłynęły od śmierci Geiry, po tym wszystkim, co się zdarzyło. Do licha! Ależ jestem głupia! — pomyślała o sobie z pogardą i naciągnęła koc na głowę. Nim przyszedł do niej sen, podjęła decyzję.

Nazajutrz statek Morcara wpłynął do niewielkiej zatoki przy ujściu rzeki Göta. Tam czekał na nich Geivar, wódz zwiadowców z Jom.

— Wolińska pani — przywitał Astrydę, gdy zeszła na ląd. — Czy wszystko w porządku?

— Tak, Geivarze. Księżniczka Tyra jest z nami. Myślę, że przydałby się jej dzień odpoczynku, zanim ruszy w dalszą drogę.

— Jak uważasz, Astrydo — odpowiedział Geivar.

— Czy to twój mąż, słynny jarl Sigvald, wódz wikingów z Jom? — spytała Tyra.

— Nie. To wódz ciszy — zaśmiała się Astryda. — Masz przyjemność poznać Geivara, który jest uchem i okiem Jomsborga. On odpowiada za twą dalszą podróż. I jeśli to ma dla ciebie znaczenie, był kiedyś towarzyszem Olava Tryggvasona.

— Cieszę się, że mogę cię poznać, Geivarze. — Tyra skłoniła głowę na powitanie i uśmiechnęła się nieoczekiwanie. — To niezwykłe! Twój mąż w czasie wojny z Erikiem porwał Svena, ty, Astrydo, porwałaś mnie z Roskilde, a do Olava pojedziemy obie pod opieką jego dawnego przyjaciela! To takie ekscytujące…

— Wybacz, pani, ale czeka nas zmiana planów — przerwała jej ostro Astryda. — Nie będę ci towarzyszyć w dalszej drodze. Wracam do męża.

BOLESŁAW ponuro wpatrywał się w srebrne wieko trumny.

— Zrobiłeś, co mogłeś — powiedział Zarad, ale jego głos zabrzmiał głucho. — Wykupiłeś ciało Wojciecha za wagę srebra, sprowadziłeś jego szczątki, odzyskałeś nawet obciętą głowę.

— To był ostatni brat Sobiesława. Dwa lata temu mój wuj wyrżnął mu całą rodzinę.

— Książę — zaprotestował Zarad — został mu jeszcze ten przyrodni brat. No ten, co nawiał Prusom. Radzim, czy jak mu tam…

— Dziwna rzecz. — Bolesław pochylił się nad wiekiem trumny. W polerowanym srebrze ujrzał swe niewyraźne odbicie. — Poganie zabili tylko Wojciecha, oszczędzili zaś jego brata i prezbitera Boguszę. Rozumiesz coś z tego?

— Są dwa wyjaśnienia. Pierwsze: Radzim i reszta uciekli i jak tchórze zostawili Wojciecha na pastwę Prusów. Drugie: poganie, zabijając tylko biskupa, chcieli dać informację, że odrzucają misję, ale nie chcą wojny.

— Racja — z roztargnieniem przytaknął Bolesław. Znów pochylił się nad wiekiem. — To upiorne. — Pokazał Zaradowi swoje odbicie w trumnie. — I prawdziwe.

— O co ci chodzi, książę? — zaniepokoił się Zarad. — Ja jestem prosty wojak. Jeśli chcesz dumać o jakichś znakach, czy coś, to może poproszę biskupa Ungera?

— To ja stoję za zagładą rodu Sławnikowiców — powiedział Bolesław. — Wspierałem ich ambicje, podtrzymywałem rywalizację z Przemyślidami, zależało mi na nich, silnych sojusznikach, książętach z Libic…

— Obwiniasz się, bracie? — Spod ściany odezwał się głęboki głos.

W pierwszej chwili Bolesław i Zarad spojrzeli na siebie z przerażeniem, Zarad szepnął:

— Duch.

Ale z mroku pod ścianą wyszedł ubrany w pokutne ciemne szaty Sobiesław.

— Nie chciałem was podsłuchiwać — powiedział przepraszająco. — Czuwałem przy zwłokach i zasnąłem na ławie pod ścianą. Nie wychodzę stąd, choć wiem, że to nic nie zmieni. Mój brat z odrąbaną głową nie zmartwychwstanie.

Bolesław czuł się niezręcznie z tym, że przyjaciel usłyszał jego słowa. Widział brudne włosy i nierówny zarost na twarzy Sobiesława. Książę libicki cierpiał. Jeszcze niedawno jego ród rywalizował z Przemyślidami o wpływy w Czechach. Byli potężni, bogaci, sławni i niezależni. Wojciech dwa razy porzucał biskupstwo praskie na hańbę Przemyślidów; Sobiesław walczył u jego boku przeciw Wieletom. Przy pogarszających się relacjach Przemyślidów z cesarstwem ich wspólny plan obalenia księcia Pragi i zastąpienia go Sobiesławem zdawał się już niemal dojrzewać. Jego wuj, Boleslav, przeciął wszystko tamtym okrutnym mordem, a teraz śmierć biskupa Pragi na misji do Prusów dokończyła dzieła zniszczenia.

Sobiesław podszedł bliżej, otoczył Bolesława ramieniem i zmusił, by obaj pochylili się nad trumną. Gładka tafla srebrnej blachy odbiła twarze ich obu.

— Widzisz, bracie? — wyszeptał.

Książę poczuł nieświeży powiew jego oddechu.

— Wina nie leży po twojej stronie, podziel się ze mną! — Sobiesław puścił Bolesława i zaśmiał się jak człowiek szalony. — A zresztą to ułuda! Każdy, kto pochyli się nad trumną mego brata, poczuje się winny. Tak, żywi lubią się przeglądać w cudzej śmierci. Chcesz poznać winnego wszystkich nieszczęść rodu? Oto on!

Wyjął z sakiewki srebrną monetę i z brzękiem położył ją na wieku trumny. Bolesław wziął ją do ręki. Na jednej stronie orzeł zrywał się do lotu. Na drugiej widniała dłoń trzymająca nóż.

— A na otoku moje imię. Tak, bijąc monetę z napisem „książę Sobiesław”, sam wydałem wyrok na ród libicki. Na mój ród! — Oczy Sobiesława zalśniły dziko. — Przemyślida nie zdzierżył takiej buty i zapłacił mi nożem. Czy gdybyśmy byli bez winy, Bóg pozwoliłby Wojciechowi zginąć tak ohydnie? Nie. Bóg też wskazał na nas. Chciał, byśmy zniknęli z tego świata…

— Sobiesławie! — przerwał mu wchodzący do kaplicy biskup Unger. — Zamilcz! Nie można pychy osądzać pychą! Nie tobie wyrokować, czego pragnie Bóg, nie tobie stawiać się na Jego miejscu. Nawet w cierpieniu po stracie bliskich należy zachować umiar. Wiesz dlaczego? By nie podważać wyroków boskich. Opamiętaj się, książę!

Sobiesław cofnął się o krok, a Unger rozkazał idącym za nim sługom:

— Więcej światła. Zapalcie pochodnie i rozproszcie te mroki, które nie przystają do jasności Pana, bo oto niosę strapionym Dobrą Nowinę.

Bolesław przyjrzał się Ungerowi uważnie. Jego biskup nie należał do ludzi szafujących słowami.

— Dobrze się czujesz, Ungerze? — zapytał.

— Doskonale. Mój książę, Sobiesławie… Przeglądaliście się w trumnie, szukając winnych śmierci biskupa Wojciecha. Spójrzcie raz jeszcze, gdy kaplicę rozjarza światło. Co widzicie?

— Blask bijący od srebra — mruknął Sobiesław.

Dopiero teraz było widać, jak głęboko swe pazury zatopiła w nim żałoba. Bruzdy na twarzy libickiego księcia pokrywał brudny, wielodniowy zarost, a strąki niemytych włosów nadawały mu wygląd niechlujnego starca, choć był tylko nieco starszy od Bolesława.

— Blask — powtórzył Unger. — Masz rację, dzisiaj bije od srebra, ale jutro będzie bił od nieziemskiej sławy twego brata. Wojciech, oddając życie na misji wśród pogan, w chwili śmierci stał się męczennikiem Kościoła. Jego świętym synem. Rozumiecie?

Brata mu to nie przywróci, ale może pocieszy — pomyślał o Sobiesławie Bolesław.

— Znali go najmożniejsi tego świata — ciągnął Unger. — Przyjaźnił się z hierarchami Rzymu. Cesarz Otto nazwał go swym drogim towarzyszem w ziemskiej drodze. Męczennik, który za życia chodził między nami jak Chrystus pośród apostołów. Rozumiecie? — z nadzieją po raz drugi zapytał Unger. Spojrzał na nich i pokręcił głową. — Nie rozumiecie.

Bolesław przez chwilę poczuł się jak podczas lekcji. Na szczęście Unger nie czekał na odpowiedź.

— Oto w czasach, gdy Kościół papieża Sylwestra poszukuje nowych świętych, świętych na miarę wyzwań, jakie stawia przed nami dzisiejszy świat, a nie ten sprzed wieków, my, w Gnieźnie, mamy doczesne szczątki świętego, który jak w zamierzchłych czasach oddał życie za wiarę. Mamy skarb! — zawołał Unger i do Bolesława wreszcie dotarło.

— Jak długo potrwa kanonizacja? — spytał trzeźwo.

— Męczennik dostępuje jej w dniu śmierci — odpowiedział z uśmiechem Unger. — Choć oczywiście bez zwłoki wyślemy delegację do Rzymu. Liczę na wielką przychylność cesarza Ottona, wszak to on posłał Wojciecha na misję.

— Nie, mój biskupie — twardo oświadczył Bolesław. — Od tej chwili to nie cesarska, a moja misja. Otto posłał go do Wieletów, co było, jak wszyscy zgodnie uznaliśmy, nieroztropne ze względu na wojnę. Ja posłałem go do Prusów, gdzie doznał boskiego męczeństwa.

— Podziwiam twój rozum, panie. — Unger skłonił głowę i powtórzył: — Twoja misja. A co powiesz na złagodzenie kursu? Powiedzmy „misja wspólna”? Twoja i cesarza? To pomoże w szerzeniu kultu Wojciecha.

— Powiem „tak”. Bo chwilę wcześniej pouczyłeś nas, że pycha jest grzechem.

— Dzieląc się z cesarzem chwałą, dajesz dowód…

— Litości? — podpowiedział Bolesław.

— Nie.

— Umiarkowania? — poprawił się książę.

— Roztropności, mój panie — zakończył Unger.

OLAV wprowadził księżniczkę Tyrę do dworu w Nidaros jako swoją żonę wprost z uroczystości zaślubin. Mężem i żoną w obliczu Boga nazwał ich biskup Sigurd. Gdy żenił się z Geirą przed laty, po prostu wypowiedzieli słowa. Oboje byli wówczas zagubionymi duszami błąkającymi się w mroku; wiadomo, jak skończyło się ich małżeństwo. A teraz? Jak będzie teraz? Patrzył na delikatną urodę kobiety, której ślubował. Piękne ciemnorude włosy, wypukłe czoło, nos może odrobinę za długi, ale nieodbierający wdzięku. Ubrana była skromnie, bo jak wyznała ze wstydem: „Porwano mnie w jednej sukni”. „Dostaniesz ode mnie nowe stroje, pani” — obiecał jej, ale nie chciała nic od niego przyjąć przed złożeniem przysięgi. Geivar, który ją przywiózł, powiedział krótko: „Modliła się na każdym postoju”. Olav żałował, że Astryda nie przyjechała z nimi, chciał zobaczyć dawną przyjaciółkę, podziękować za to, co dla niego zrobiła. „Wolińska pani spieszyła do swego męża” — wyjaśniła jej nieobecność Tyra. Mąż. Jarl Sigvald. Dziwny człowiek. Z czterech małżeństw skojarzonych przez Mieszka w tamtej chwili, gdy wszyscy spotkali się w Poznaniu, przetrwało tylko to jedno. Erik i węgierska żona Bolesława nie żyją, umarła Geira, jedynie Sigvald i Astryda wciąż są małżeństwem, choć trudno o mniej dobraną parę.

— Król Olav i królowa Tyra! — powitali ich okrzykiem goście weselni zebrani w wielkiej halli.

Biskup Sigurd wzniósł toast, gdy zasiedli na swych miejscach.

— Oby dobry Bóg pobłogosławił dynastii Ynglingów!

— Amen — odpowiedzieli razem z Tyrą i wychylili kielich.

Czy to znak Boży, że Tyra wysiadła na ląd przy ujściu rzeki Göta, w miejscu, w którym rozstał się z marzeniem o Świętosławie? Wspomnienie skalnych kochanków i zawieszonego nad ich głowami topora prześladowało go w snach. Odwrócił się ku żonie, położył rękę na jej dłoni i pomyślał, że od dzisiaj koniec ze wspomnieniami.

— Czy mój brat już się o mnie upomniał? — spytała cicho.

— Nie, pani.

— Pewnie na razie świętuje narodziny drugiego syna — powiedziała, uśmiechając się lekko. — Królowa Sigrida pragnęła córki, ale mówią, że syn. To było w dzień mego porwania — wyjaśniła.

— Dlaczego ciągle mówisz „porwanie”? — zapytał Olav. — To sugeruje, że coś uczyniono wbrew twej woli, a przecież od ciebie wyszły rozmowy małżeńskie, i to, co nastąpiło później, raczej powinno nazywać się „uwolnieniem”.

Zarumieniła się i speszyła.

— Masz rację, panie… Mężu — poprawiła się.

Vigi podszedł do nich i położył biały łeb na jego kolanach.

— Piękny pies — powiedziała. — Jak się nazywa?

— Vigi.

Chciał dodać, jak go poznał, ale się powstrzymał. Jak opowiedzieć o psie z przepowiedni, który przyszedł do niego przy skale kochanków, i jednocześnie nie rzec słowa o Świętosławie?

— Wiele słyszałam o twoich osiągnięciach, panie — odezwała się Tyra po dłuższej chwili. — Przypływali do Roskilde podróżni i opowiadali o tym, jak ochrzciłeś swój kraj. Byłam wzruszona, słuchając tego.

Zatem i Świętosława słyszała — przemknęło mu przez myśl.

— Ostateczna rozprawa jeszcze przede mną — powiedział szybko, by zagłuszyć niestosowne w dniu ślubu myśli o Hardej.

— Jak to? — zdziwiła się. — Z tego, co u nas mówiono, już niemal cały twój kraj poddał się Chrystusowi.

— Podróżni przesadzają nie tylko, kiedy mówią o własnych przygodach — zaśmiał się Olav. — Została mi krnąbrna Północ, Hålogaland, kraina zórz polarnych, stad reniferów i najzagorzalszych pogan. Finowie to naród bogaty w czarowników wszelkiej maści, kiedyś nawet mówiło się, że każdy Fin to czarodziej. To też zapewne przesada, ale prawdą jest, iż mam kilku niepokornych jarlów na Północy. Lada dzień muszę tam ruszyć, bo doniesiono mi, że Tore Hjort, czyli Tore Jeleń, pan Lofotów, pojawił się w swych posiadłościach, choć wcześniej ukrywał się przede mną nadzwyczaj skutecznie.

— Czy to niebezpieczna wyprawa? — spytała z niepokojem Tyra.

— Nie bardziej niż każda inna, pani, ale obejmując tron, złożyłem przysięgę.

— Jaką, jeśli to nie tajemnica?

— Że albo ochrzczę cały kraj, albo umrę — odpowiedział szczerze.

— Każdy musi kiedyś umrzeć — powiedziała Tyra i dalsza rozmowa im nie szła.

Oboje siedzieli sztywno; uczta wydawała się Olavowi ciągnąć w nieskończoność. Wreszcie gdy goście nasycili pierwszy i drugi głód, nadszedł czas na pokładziny. Biskup Sigurd poprowadził orszak do alkowy Olava.

— Nie bój się, pani — szepnął na ucho żonie. — Zakazałem barbarzyńskiego zwyczaju rozbierania nowożeńców.

Podziękowała mu skinieniem głowy.

— Błogosławię to łoże, by dobry Bóg pozwolił małżonkom począć w nim nowe życie! — Sigurd pokropił święconą wodą i ich, i łoże, po czym Olav i Tyra, trzymając się za ręce, skłonili się poddanym.

— Idźcie i bawcie się, pijąc nasze zdrowie! — krzyknął Tryggvason.

Varin zamknął drzwi alkowy i zostali sami.

— Ufff! — Pocałował dłoń Tyry i puścił. — W życiu władców zbyt wiele dzieje się na oczach wszystkich.

— Taki nasz los — uśmiechnęła się do niego nieśmiało. — Do porwania… przepraszam, uwolnienia, miałam nieustannie toporników mego brata pod drzwiami.

— Sven zrobił ci krzywdę, pani? — spytał Olav.

— Jedną, ale za to wielką — odpowiedziała, patrząc mu wyzywająco w oczy. — Był moim bratem. Mówię „był”, bo od dzisiaj ty, mężu, przejąłeś opiekę nade mną.

Olav się roześmiał.

— Nienawidzisz go, pani?

— Dobry biskup Odinkarr mówił, że nienawiść to uczucie niegodne, a ja pracuję nad sobą, by pozbyć się tego, co oddala mnie od Boga. — Poruszyła głową i blask paleniska wydobył z jej włosów odcienie miedzi.

— Napijesz się miodu? Czy może wolisz wino? — Olav złapał się na tym, że wypatruje w jej twarzy podobieństwa do Svena.

— Wolę wino, ale go nie piję, bo Sven lubi je ponad miarę. Poproszę o miód.

— Twój brat wciąż ma zapasy, które wywiózł z Anglii? — spytał, podając jej kielich.

— Nie. Wypił je szybko. Kupuje wino, ma mnóstwo srebra — odpowiedziała szybko i wypiła kielich duszkiem. — Żyje jak bogacz. Jest rozrzutny — wyrzucała z siebie słowa przeciw Svenowi. — Ma zamiłowanie do zdobionej broni i klejnotów. Swoją królową też obsypuje prezentami. I jarlów. Nikomu niczego nie szczędzi, tylko na budowę kościoła, kutwa jeden, dać nic nie chciał, dopiero jak jego pani powiedziała, że każdy z jarlów obiecał jej srebro na kościoły, to Sven ze złości dał jej, ile chciała. Taki jest. Wszystko robi po złości. Dasz mi jeszcze miodu, mój królu?

Uzupełnił jej kielich. Najwyraźniej miód roztapiał lodową tamę, którą budowała przez lata, nie mogąc mówić przeciw bratu. Usiadła na brzegu ławy.

— Najgorsze było, że tylko mnie wszystkiego skąpił. Liczył się tylko on. On i on! Syn króla Haralda. A ja? — Wypiła drugi kielich i jej głos zabrzmiał jak u urażonego dziecka. — On był dzieckiem królowej Tove, ja jakiejś możnej panny, ale mimo to zbyt nisko urodzonej, by mogła stać się kimś więcej niż nałożnicą króla. Czy ty wiesz, Olavie, że nikt nigdy nie podał mi imienia matki? Żyłam jak szczenię podrzucone do pańskiego stołu! Gdyby nie dobry biskup Odinkarr, pewnie nikt by się nie zajął mą edukacją i wychowaniem. Dopiero gdy zaczęłam dorastać, ojciec zwrócił na mnie uwagę. Nie jestem głupia! Nagle byłam mu potrzebna, mógł mnie wydać za mąż. Ale książę Mieszko odrzucił jego ofertę i Harald przestał się mną interesować.

— Mieszko? — podchwycił Olav.

— Tak. Haraldowi marzyło się wydać mnie za księcia Burizleifa! Proszę, nalej mi jeszcze miodu! — zażądała.

Olav odwrócił się od Tyry. Sięgając po dzban, pomyślał, że być może księżniczka duńska prosiła Bolesława o pomoc z zupełnie innym zamiarem. Może liczyła, że to Bolesław ją poślubi? Mógł ją upić trzecim kielichem; widział, jak z każdym łykiem rozwiązywał się Tyrze język. Zawahał się i odstawił pełen kielich.

— Żono — powiedział i podszedł do niej. — Wstań i chodź do łoża. Mamy do wypełnienia obowiązek wobec dynastii.

Trzy dni później pożegnał Tyrę i z biskupem Sigurdem i Vigim przy boku wsiadł na pokład „Krótkiego Węża”. Załogę tworzyło sześćdziesięciu wioślarzy i czterdziestu wojowników.

Kiedy odbijali od brzegu, Sigurd chwycił w dłoń pastorał. Jego zwieńczenie przypominało dwa idealnie skręcone baranie rogi. Modląc się o powodzenie misji, biskup uniósł pastorał wysoko nad sobą i promienie słońca najpierw zatańczyły na wypolerowanym brązie, a potem wsunęły się przez oba otwory krzywaśni i złotą linią światła odbiły na płachcie podnoszonego żagla.

— Pierwszy rejs! — zawołał Varin, gdy wiosła równo uderzyły w wodę.

Omold stanął na dziobnicy i zaczął recytować:

„Wąż” z sykiem kąsa fale,

wiatr połyka zuchwale…

— Królu! — Omold przerwał tworzenie. — Czy nazwałeś statek „Krótkim Wężem” dlatego, że zamierzasz zbudować jakiegoś „Długiego Węża”?

— Skald i myśliciel! — pochwalił go Varin. — Żeby nam biskup Sigurd nie chciał cię porwać do szkoły katedralnej.

— Myślisz? — poważnie zapytał Omold. — Nic mi nie mówił. Może nie zdążył? E, Varin! Nabrałeś mnie. My nie mamy szkoły katedralnej!

— Ale kiedyś będziemy mieli — wyszczerzył malowane kły Varin.

Do Olava podszedł Hårek, możny z Hålogalandu. Tryggvason ochrzcił go niedawno, płacąc mu za wierność dowództwem nad czterema okręgami w kraju na północy. Drogo, ale potrzebował pierwszego przyczółka na ziemi, która opierała mu się najdłużej. To Hårek, przypływając na jego ślub, przywiózł wiadomość o powrocie do domu Torego Jelenia.

— Płyniemy zapolować na jelenia w jego własnym mateczniku. — Hårek się zaśmiał i westchnął: — Dobra pogoda, dobry wiatr. Pierwszy raz zobaczysz Lofoty, królu?

— Tak.

— Niebiańska kraina. Tore był szczęściarzem, oglądając ją co dnia. Zapytam wprost, mój panie. Czy jeśli pokonamy Torego Jelenia, oddasz mi jego ziemię w zamian za mą pomoc?

— Płynę, by go pokonać, nie uznaję innych możliwości — odpowiedział Olav zdziwiony tym, że Hårek je dopuszcza. — Jarl będzie miał wybór, jak każdy mój poddany. I jeśli wybierze życie i chrzest, zostawię go przy jego dobrach.

— Znam Torego Jelenia, panie. On wybierze walkę.

— Spójrz na moją załogę. Ramiona i plecy wioślarzy opowiadają ich historię lepiej niż przechwałki w portowej tawernie. A drużynnicy? Zobacz, żaden z nich nie siedzi bezczynnie. Już czyszczą i ostrzą broń. Czy Jeleń wystawi lepszych ludzi?

Hårek zrobił dziwną minę i zaprzeczył.

— Nie, mój królu. On nie wystawi ludzi.

Milczeli chwilę. Hårek założył ramiona na piersi.

— Mój dawny przyjaciel, Tore Hjort, wystawi twych wojowników na próbę. Ale nie ich męstwo czy siły, lecz ich wiarę w Chrystusa.

— A twoją tak świeżą wiarę też? — zapytał Olav. Hårek był ochrzczony niedawno.

— Moją? Nie, panie. Ja znałem zasady na długo przed tym, nim przyjąłem chrzest z rąk twego biskupa. Nikt ci nie wspomniał, że mój ojciec był skaldem króla Hakona Dobrego? Tak myślałem. Pamięć ludzka, najdziwniejsza z zagadek. Wiesz, Olavie, czym się różnił tamten król od ciebie? On wyznawał wiarę w Chrystusa, lecz tylko prosił ludzi, by się ochrzcili, nie stawiał ich przed wyborem ostatecznym.

— Ostateczny to będzie sąd u kresu dni — odpowiedział Olav i wzruszył ramionami. — Nie moja rzecz oceniać dawnego króla. Każdy z nas dostaje inne zadanie. Moje Bóg wyznaczył jasno: mam wszystkim, których spotkam, dać szansę, więc daję.

— Twardy z ciebie człowiek, królu Olavie. Ostrzegę cię tylko, że Północ też jest twarda. Z jakiegoś powodu w tej krainie dziwów dawni bogowie trzymają się mocno. Tore Jeleń zmusi twych ludzi do patrzenia na rzeczy, których się nie spodziewają.

— Widzisz ten szkier, Håreku? — Olav pokazał mu niewielką skalistą wysepkę oznaczoną drewnianym, widocznym z oddali krzyżem. — Od roku zwą go Szkierem Czarodziejów.

— Biała wyspa? — Hårek przyłożył dłoń do oczu. — Nie zwróciłem na nią uwagi. O pogromie, jaki urządziłeś parającym się magią, słyszałem. To było tutaj?

— Tak. Rafn Topór Boży ściął ich wszystkich. Pod jego ostrze poszli zaklinacze chorób, rzucający uroki, niewolący dziewki na odległość. Każdy, kto przyznał się do uprawiania seidr. Ciała zepchnęliśmy do wody.

— Leczących to bym akurat zostawił — mruknął Hårek.

Gdy „Krótki Wąż” przepływał w pobliżu Szkieru Czarodziejów, z ramion krzyża i skalistej wyspy uniosły się stada mew. W jednej chwili biała wyspa stała się szarą skałą. Rafn wychylił się przez burtę i krzyknął:

— Topór Boży pozdrawia Szkier Czarodziejów! Niech was piekło pochłonie!

— Pozwalasz na takie okrzyki? — skrzywił się Hårek. — A gdzie miłosierdzie boże?

— Miłosierdzie jest dla tych, którzy w nie wierzą. Czarodzieje, nawet kładąc głowy na pniu Rafna, nie chcieli przyjąć wiary. Na cóż im więc miłosierdzie?

— Pomódlmy się o nie, zanim dopłyniemy do Lofotów — mruknął Hårek. — Będzie nam potrzebne, byśmy nie wpadli w szpony wirów, które otaczają wyspy.

Olav potraktował serio jego słowa. „Krótki Wąż” wbrew nazwie miał długi i smukły kadłub. Był łodzią bojową, przeznaczoną do transportu wojowników i szybkiego ślizgu po falach. To był statek stworzony do tego, by budzić przerażenie wrogów wyniosłym smoczym dziobem, majestatycznie wielkim żaglem i niemal błyskawicznym ruchem po grzbiecie średniej fali. Z wirami lepiej radziły sobie pełnomorskie snekkje niż długie drakkary.

— Zbliżamy się — powiedział Hårek po kilku dniach żeglugi. W jego głosie zabrzmiał z trudem ukrywany lęk. — Spójrz, królu, na tę siną mgłę przed nami. To ona skrywa największy ze znanych mi morskich wirów.

Ochłodziło się w jednej chwili i silne uderzenie wiatru wydęło żagle „Węża”.

— Sigurdzie! — zawołał Olav. — Już czas!

W tej samej chwili zobaczył, jak z mgły wyłania się wielki lej fal.

Biskup stanął z pastorałem w dłoni na dziobie statku. Wicher wściekle uderzał w jego brązowy habit, ale Sigurd, nieruchomy jak posąg, nieczuły na podmuchy, modlił się gromko. Załoga „Krótkiego Węża” widziała, jak daleko przed dziobnicą statku kłębią i unoszą się fale. Niektórzy z wioślarzy robili znak krzyża z trwogą. Wojownicy zaciskali palce na rękojeściach mieczy. Varin trzymał ster, patrząc to w wodny wir, ku któremu płynęli, to na plecy biskupa i pastorał wzniesiony wysoko nad jego głową.

— Nie wahaj się! — krzyknął Olav do sternika. — Nie wahaj się ani przez chwilę. Płyń!

Boczna fala zalała pokład. Sigurd nie drgnął, tylko krzyknął jeszcze głośniej:

— Chwała przedwiecznemu Panu w grozie i pięknie stworzenia!

— Na-wieki-wieków-amen! — w rytm ruchu wioseł odpowiedzieli żeglarze.

Morze się uspokoiło i gdy opadły fale, zobaczyli na horyzoncie wynurzające się z wody zielone wyspy. Hårek w zupełnie zmoczonym kaftanie podbiegł do Olava, ślizgając się po mokrym pokładzie.

— Gdybym nie uwierzył wcześniej, teraz przyjąłbym twą wiarę, królu! — zawołał. Oczy mu lśniły. — Przed tobą Lofoty!

„Krótki Wąż” pokonał mocą Bożą wir tak straszliwy, że przez ściany leja widać było spoczywające na dnie morza kości śmiałków…

Omold zachłysnął się własnym wierszem.

Sigurd, kapłan nieznający lęku, wzywał imienia Najwyższego, gdy okręt nasz szedł w objęcia nieuchronnej śmierci, a pokład zalewały fale…

Zielone pasma wysp zaczęły olbrzymieć.

— Królu! — zawołał Ingvar, najbystrzejszy z jego ludzi. — Płyną naprzeciw nas.

— Ile łodzi?

— Dwie.

— Łucznicy! — wydał komendę Olav. — W gotowości.

Naprzeciw zdobywcom mórz i pogromcom wirów wodnych wypłynęli wrogowie. Dwa uzbrojone statki na jednego „Krótkiego Węża”. Już są, już się zbliżają…

Omold wyjął strzałę i naciągnął łuk.

— Królu! — zawołał. — Wolisz, gdy recytuję ci poemat czy gdy walczę, bo nie wiem, czy szukać rymów, czy sposobić strzały.

— Walcz, gdy pora walki, a gadaj, gdy przyjdzie czas miodu — odpowiedział Olav, przyglądając się nadpływającym.

— Chryste! — jęknął skald. — Ależ to było dobre. Muszę zapamiętać i wplotę w strofy.

Walcz, gdy pora walki, a składaj pieśni, gdy nadejdzie czas złotego miodu i zwycięskiej uczty…

— Zawracają! — krzyknął Ingvar.

— Gonimy ich! — rozkazał Olav.

— Chcą cię wciągnąć na ląd, królu — ostrzegł Hårek.

— „Krótki Wąż” powinien ich dopaść, nim dopłyniemy — uspokoił go Olav, patrząc na wiatr mocno wydymający wielki żagiel.

Zbliżali się szybko. Po chwili mogli już rozróżnić sylwetki ludzi na pokładach obu umykających przed nimi łodzi.

— Tore Jeleń jest na statku po lewej. Widzisz wysokiego mężczyznę w czerwonym płaszczu? — wskazał Hårek. — To on.

— Łucznicy! — zawołał Olav i wyczekiwał, aż znajdą się w dobrej odległości. — Strzał!

Czterdziestu łuczników napinało łuki na dwie zmiany. Ustrzelili obu sterników i przez chwilę na uciekających łodziach zapanował chaos.

— Taranujemy z lewej! — rozkazał Tryggvason, widząc, że na łodzi Torego jest więcej wojowników.

— Wchodzimy na płytką wodę! — ostrzegł Varin.

— Haki! Przygotować haki! — krzyknął Olav i w tej samej chwili ślizgnęli się wzdłuż burty statku Torego. „Krótkim Wężem” zabujało. Usłyszeli metaliczny zgrzyt zarzucanych na burtę haków.

— Z Bogiem! — krzyknął Olav, wyciągając miecz i skacząc na pokład Torego.

— Za królem! — zawołał Rafn Topór Boży.

Olav ciął wojownika ubranego w pancerz z utwardzonej skóry. Widział plecy Torego Jelenia na dziobie łodzi. Ruszył ku niemu.

— Tore, poddaj się w imię Boże! — krzyknął.

Ten jednak odwrócił się, zaśmiał i skoczył w wodę.

— Ucieka! Ma szalupę! — krzyknął ktoś.

Olav, tnąc na oślep zachodzących mu drogę wojowników Torego, biegł na dziób. Tak, Jeleń odpływał. Tryggvason się obrócił. Wyrwał łuk z rąk martwego, leżącego na pokładzie. Nie widział strzał.

— Plecy z lewej! — krzyknął do niego Varin walczący z topornikiem na prawej burcie.

Olav spojrzał. Tak, po lewej stronie leżał trup ze strzałą w piersi. Tryggvason wyszarpnął ją z ciała, założył i wycelował. Poczuł chłód. Szalupa, którą chwilę wcześniej uciekał Tore, kolebała się pusta przy wrzynającej się w ląd skale. Uniósł wzrok. Jest! Dostrzegł czerwoną plamę płaszcza. Tore Jeleń zręcznie wspinał się po skale. Olav strzelił. Trafił między łopatki. Tore Jeleń zachwiał się i padł na twarz. Tryggvason odetchnął, ale w tym samym momencie Hårek krzyknął:

— Chryste, ratuj! Oto północne czary!

Czerwony płaszcz Torego uniósł się w powietrze i uformował w sylwetkę wielkiego jelenia z wbitą w grzbiet strzałą. Zwierzę potrząsnęło wspaniałym porożem i majestatycznym krokiem ruszyło w głąb wyspy.

— Jezu! — jęknęli ludzie Olava, a potem ze zdwojoną siłą zabrali się do zabijania pozostałych na łodzi wojowników północnego jarla.

Tryggvason poczuł coś ciepłego ocierającego mu się o nogi. Vigi. Pies przeszedł z pokładu „Krótkiego Węża”, pobiegł na dziób i skoczył w fale. Olav słyszał bicie własnego serca. Vigi wynurzył się i wdrapywał na skałę. Majestatyczny jeleń ze strzałą tkwiącą między łopatkami też już zobaczył psa. Zrobił kilka kroków w głąb wyspy i spojrzał za siebie. Vigi otrząsnął sierść z wody i ruszył w pogoń za jeleniem.

— Łódź! — krzyknął Olav, wracając na pokład „Węża”.

Już spuszczano dla niego łódź. Do wioseł skoczyli Varin, Rafn, Ingvar i Hårek.

— I ja! — błagalnie krzyknął skald. — Muszę to widzieć!

Zabrali go, ale łódź płynęła za wolno. Olav wyskoczył za burtę i ruszył wpław. Vigi — myślał — gonisz ułudę. Nie warto!

— Królu! Utoniesz! — słyszał za sobą przerażony ryk Håreka.

Nie, przyjacielu. Nie grałeś ze mną w pływanie. Nie wiesz, że umiem zdjąć pod wodą kolczugę.

Teraz nie musiał tego robić. Do brzegu było blisko. Już poczuł pod stopami kamienie. Wybiegł na plażę, rozejrzał się i przytrzymując się małych drzewek, ruszył w górę skalnego rumowiska.

Vigi — myślał. — Oby nie było za późno!

— Vigi! — krzyknął, gdy stanął na górze.

Jak okiem sięgnąć widział tylko zielone, przetykane kamieniami łąki. Ani śladu białego psa. Ani śladu jelenia.

Szukali do zmierzchu, aż wreszcie, idąc śladem zrytej racicami ziemi, natrafili na nich.

— Vigi… — Olav dopadł ukochanego zwierzęcia. Białą sierść znaczyły krwawe rany. — Ty żyjesz…

Pies oddychał ciężko i zaskomlał na widok Olava. Polizał go po ręku.

— Wyjdziesz z tego, przyjacielu — obiecał mu Olav, głaszcząc skrwawione ciało. Owinął go w swój płaszcz.

— Królu, spójrz na to — głucho powiedział Varin, dotykając nogą jeleniego truchła.

Z daleka zwierzę wyglądało normalnie, ale z bliska było widać, że to tylko skóra z jelenia. Olav podniósł ją jedną ręką. Ścierwo było lekkie jak nadęty mech. Strzała wciąż w nim tkwiła.

— Spalcie to! — powiedział i odrzucił je ze wstrętem.

Gdy skończyli, wziął psa na ręce i zaniósł do łodzi.

Zmierzch trwał długo. Było późne lato. Hårek poprowadził „Węża” wzdłuż wybrzeży i wpłynęli do fiordu. Na jego krańcu była duża i wygodna przystań. Zacumowali. Na brzegu zebrali się liczni mieszkańcy osady.

— Wasz pan nie żyje! — krzyknął Hårek. — Pokonał go król Olav, który od dziś jest waszym władcą. Posłuchajcie tych, którzy ocaleli!

Wyprowadzili na brzeg skrępowanych jeńców. Nie było ich więcej niż dwie dziesiątki. Kobiety, które rozpoznały mężów, rzuciły się ku nim z płaczem. Te, których bliscy nie znaleźli się wśród szczęśliwców, stały, milcząc. Matki obejmowały córki. Nawet jedno dziecko nie zakwiliło.

— Obiecuję wolność tym, którzy przyjmą mą władzę i wiarę — powiedział Olav. Był zmęczony. — Daję wam czas do namysłu, jutro przyjdziecie i powiecie mi, coście zdecydowali.

Ucztowali na wzgórzu, we dworze Torego Jelenia. Było to dworzysko tak ogromne, że nie mógł się z nim równać ani jego dwór w Nidaros, ani dwór królowej Świętosławy w Sigtunie. Przypominało wielką, odwróconą do góry dnem łódź o ścianach wzmocnionych i uszczelnionych wałem z darni, a jego wnętrze zdobiły bogate i przyciągające oko rzeźbienia. Przy łodzi zostało dwudziestu ludzi Olava, osiemdziesięciu siedziało z nim teraz w halli wielkiego dworu i nie wypełniali jej nawet w połowie, zajmując tylko jeden długi stół, a pozostałe, wokół ścian, stały puste.

Walcz, gdy pora walki, a składaj pieśni, gdy nadejdzie czas złotego miodu i zwycięskiej uczty…

Omold skald krzyczał i lał w siebie miód bez opamiętania, skacząc po pustych ławach.

— Jesteśmy na obcej ziemi, wśród pokonanych wrogów. Wystaw straże — powiedział do Varina Olav.

— Nie obawiałbym się ataku resztek Jeleniowego wojska — odrzekł siedzący przy królu Hårek. — Pozbawieni wodza nie mają po co rzucać się na ciebie i twoje siły. Zwykłym ludziom w gruncie rzeczy wszystko jedno, kto nimi włada, byleby nie był tyranem.

— Czego więc się boisz?

— Wiesz, co mam na myśli, królu. — Hårek zmrużył oczy. — Północ ma jeszcze kilku czarodziejów, którzy mogą chcieć się zemścić. To w nich uderza twoja wyprawa.

— Więcej światła! — krzyknął Olav do nielicznej służby.

Ogień płonął w długim palenisku biegnącym środkiem halli; w uchwytach wzdłuż ścian jarzyło się kilkanaście pochodni, ale nawet gdy słudzy przynieśli drugie tyle, w olbrzymim pomieszczeniu wciąż było mroczno.

Vigi owinięty płaszczem Olava dyszał ciężko, leżąc u stóp króla.

— Pan pobłogosławił! — powiedział Sigurd i rozejrzał się wokół siebie. — Olavie, przynieśliśmy Słowo Boże na Północ, w miejsce, gdzie o nim nie słyszano. Tak daleko jeszcze nie było. Może kiedyś zasłużysz na miano Apostoła Północy?

Od strony wejścia zaczął nieść się śmiech.

— Co to? — czujnie spytał Varin.

W pierwszej chwili wydawało im się, że do halli wtoczył się niedźwiadek fikający koziołki. Ale gdy wylądował na wprost króla i wstał ze zręcznym wyskokiem, zobaczyli, że to człowiek w kamizelce z niedźwiedziego futra. Varin odruchowo sięgnął do rękojeści długiego noża na plecach. Olav powstrzymał go ruchem dłoni.

Człowieczek ukłonił się przed królem głęboko i zapytał:

— Czy wielki jarl Tore zwany Jeleniem przyjmie służby Bjarniego zwanego Synem Wesołego Niedźwiedzia? Ściągnęła mnie z dalekich krain twa sława, jarlu…

— Jarl nie żyje — chłodno odpowiedział Olav. — Poległ w walce z królem Norwegii, Olavem Tryggvasonem.

Przybysz musiał iść z daleka, miał zniszczoną, znoszoną odzież; spod warstwy brudu wyzierały przykurzone odcienie żółci, zieleni i czerwieni, a na kostkach nóg miał przywieszone dzwonki.

— Poległ… — zmartwił się Syn Wesołego Niedźwiedzia i rozejrzał po zgromadzonych. — Czy trafiłem na jego pożegnalną ucztę?

— Nie. To uczta powitalna dla króla Olava — odrzekł Hårek. — A ty masz zaszczyt stać przed władcą.

Okrągłe i wypukłe oczy Bjarniego zrobiły się jeszcze większe. Wyglądał teraz jak wielkie, stare, nieogolone i smutne… dziecko. Pokłonił się jeszcze raz i zatrzymał pochylony. Patrzył na rannego psa. Uniósł głowę i spojrzał Olavowi w oczy.

— Twój pies cierpi, panie.

— I ja cierpię razem z nim — odpowiedział Olav. — Nazywa się Vigi. To on pokonał jelenia, który żył w Torem.

— Chcesz, bym spróbował mu pomóc, królu?

— A potrafisz?

Przybysz się wyprostował.

— Widywałem wielu ludzi poszarpanych przez czary. Moja matka kiedyś leczyła… Raz się udało, raz nie. — Pokiwał głową smutno.

— Gdybyś wyleczył mego psa, uczyniłbym cię wolnym człowiekiem — odpowiedział Olav.

— Ależ ja jestem wolny, królu!

Patrzyli sobie w oczy przez chwilę. W spojrzeniu Bjarniego nie było śladu zaczepki.

— A kim naprawdę jesteś? — spytał Olav.

— Bjarni, Syn Wesołego Niedźwiedzia, tak mnie zwą. — Gość się uśmiechnął, choć jego oczy wciąż pozostawały smutne. — Znam wiele pieśni, zabawne sztuczki, którymi ożywiam ciemność długich polarnych nocy. Rozbawiam znudzone dzieci, zmęczone żony i tęskniących za dniem i wyprawą mężczyzn. Chodzę od dworu do dworu, niosąc śmiech i radość, czasem zadumę.

— Chętnie posłucham twoich pieśni, Bjarni, ale znacznie bardziej zależy mi na tym, byś pomógł memu psu, jeśli tylko potrafisz.

— Spróbuję, królu. Muszę go wynieść na dwór. Tu jest duszno i głośno, a on potrzebuje powietrza i trawy pod grzbietem. Pozwolisz?

Olav zawahał się przez chwilę. Pochylił nad Vigim i położył mu rękę na rozpalonym łbie.

— Pozwolisz? — zapytał psa.

Vigi zaskomlał cicho.

— Weź go, Bjarni, i wiedz, że ten pies jest dla mnie wiele wart. Zapłaciłem za niego złotym naramiennikiem.

— Więc to najdroższy ze znanych mi psów — poważnie odpowiedział Bjarni.

— Mówię to, byś wiedział, że potrafię się odwdzięczyć za jego wyleczenie.

Varin sam wziął psa na ręce i idąc za przybyszem, wyszedł z dworu. Po długiej chwili wrócił, usiadł przy Olavie i rzekł:

— Sztukmistrz znalazł miejsce z tyłu, za domem. Tam położył psa na trawie, rozpalił małe ognisko i kazał sobie przynieść kociołek. W mieszkach przy pasie miał sporo ziół, teraz je miesza i gotuje. Pytałem bab z kuchni. Mówiły, że słyszały o Synu Wesołego Niedźwiedzia, ponoć bywał już tu przed wieloma laty.

Uczta trwała i z każdym wypitym rogiem miodu bawili się lepiej.

— Oto prawdziwy urok Północy! — śmiał się Hårek. — Przez pół roku ucztujemy, bo dzień się nie kończy. Pijemy i pijemy, bo skoro nocy nie ma, to do rana daleko. A gdy nadejdzie półrocze mroku i zimy, pijemy, bo wydaje nam się, że to wciąż jedna i ta sama, niekończąca się uczta! Zdrowie króla!

— Zdrowie!

— Zostań, królu Olavie, do jesieni — powiedział Hårek między jednym a drugim toastem. — Czy nie pragnąłbyś zobaczyć świetlistego tańca na mroźnym niebie? Nie chciałbyś, aby zaśpiewały ci zorze?

Olav i Sigurd spojrzeli na siebie, mówiąc jednocześnie:

— Biskupie?

— Królu?

— Apostoł Północy powinien widzieć zorze — powiedział Olav bez chwili namysłu.

— A królowa? — zapytał Sigurd. — Czy zasiałeś w jej łonie dziedzica Ynglingów?

Olav nie zdążył odpowiedzieć, bo do halli wrócił Bjarni. Syn Wesołego Niedźwiedzia wskoczył na wolną ławę wzdłuż jednej ze ścian i szedł po niej tanecznym krokiem, raz po raz fikając koziołki.

— Vigi? — spytał Olav, ale wrzawa, jaką uczynili jego ludzie, zagłuszyła jego słowa.

Bjarni podskakiwał, wyciągał ku uciesze gości z rękawów barwne chustki.

— Co z moim psem? — zawołał Tryggvason.

— Odpoczywa, królu! — krzyknął Bjarni, wyjmując z kaptura żywego ptaka. — Teraz potrzebuje snu, a reszta w rękach bogów!

— Varin — warknął Olav. — Sprawdź, co z Vigim.

Sztukmistrz nie przerywał zabawy. Wyskakiwał w powietrze ze zręcznością wiewiórki i chwytając się belek stropowych, bujał w powietrzu. Wojownicy Olava klaskali i śmiali się. Wrócił Varin.

— Prawda. Pies śpi, oddycha spokojnie.

— A nie mówiłem, królu? — Bjarni się zaśmiał, wisząc głową w dół tuż nad Olavem. — Wszystko w rękach dzikich bogów Północy. Tych, którymi gardzisz. Tych, których pragniesz zniszczyć…

— Brać go! — rozkazał Olav.

Bjarni w mgnieniu oka podciągnął się i zaczął biec po belkach pod stropem halli. Do ludzi Olava wreszcie dotarł rozkaz króla i rzucili się, by łapać sztukmistrza. On jednak zdawał się nieuchwytny; obdarzony jakąś zwierzęcą zręcznością wciąż umykał przed nimi. Zarzucili linę z hakiem; wydawało się, że trafi Bjarniego w stopę, ale ten odbił się od belki i przeleciał, rozkładając ramiona jak skrzydła. Varin wskoczył na stół i pociągnął lecącego za kraj płaszcza. Bjarni spadł na ziemię z hukiem.

— Nie żyje! — krzyknął Ingvar.

— Żyję — odpowiedział sztukmistrz. — I śmieję się z was i waszego zabitego boga!

Czterech ludzi rzuciło się na niego i przytrzymało go na klepisku.

— To nie Bjarni — zawołał Varin. — Spójrzcie tylko!…

Olav pochylił się nad leżącym. Człowiek miał na sobie te same brudne łachy, w których przybył Syn Wesołego Niedźwiedzia, ale nie był nim z pewnością. Patrzył na nich rudowłosy i rudobrody mężczyzna.

— Sven? — wyszeptał Olav, chwytając go za włosy. — To niemożliwe. Nie możesz być Svenem…

— Mogę być, kim chcę — warknął leżący i wściekle ruszył głową.

W garści Olava zostały rude włosy, a ten, którego trzymali, nagle stał się łysy. Jak Erik Segersäll — pomyślał ze zgrozą Olav. — To diabeł, który pokazuje mi się pod postaciami ludzi.

— Biskupie! — zawołał król. — Złapaliśmy siłę nieczystą.

Łysy na ich oczach przeobraził się w ciemnowłosego, przystojnego młodzieńca, którego Olav nie znał.

— Jarl Erik? Na Boga, niemożliwe… — wyszeptał Hårek. — Nie możesz być młodym jarlem, synem Hakona.

— Mogę być, kim chcę — zawołał, tłukąc z całych sił głową o podłogę — bo jestem Wielki Eyvind! Eyvind!

— Tylko nie Eyvind… — jęknął Hårek. — Panie, jeśli to on…

— Dajcie ogień! — krzyknął Olav, wiedząc, iż muszą natychmiast pokonać tego demona, kimkolwiek by był. — Ogień! — powtórzył, bo dostrzegł, że jego ludzie struchleli ze strachu i cofają się bojaźliwie.

Omold podał żelazny kosz z płonącymi wewnątrz głowniami, choć Olav miał na myśli pochodnię.

— Wyrzeknij się szatana, siło nieczysta! — zawołał biskup. — Wyrzeknij się!

— Nie! — Przystojny młodzieniec w jednej chwili przemienił się w pokrytego siwą szczeciną brody starca. — Jestem Eyvind.

— To naprawdę on — wyszeptał zlękniony Hårek. — Największy z czarodziejów Północy… Chryste…

— Nie chcę cię zabijać — powiedział stanowczo Olav. — Daję ci szansę. Wyrzeknij się szatana i przyjmij czyste światło Jedynego Boga.

— Nie! — warknął Eyvind i splunął. — Nigdy!

Olav wyrwał kosz z ogniem i postawił na brzuchu czarodzieja. Ten zawył poparzony.

— Ogień piekielny, który cię pochłonie, będzie po tysiąckroć gorętszy. Wyrzeknij się Złego, a wybawię cię od ognia za życia i po śmierci.

Poczuli swąd tlącego się ubrania. Czarodziej przestał się szamotać.

— Wyrzeknij się i pozwól się ochrzcić!

— Nie mogę — szepnął zupełnie spokojnie Eyvind. — Wysłuchaj mnie, królu, a zrozumiesz…

Olav kazał zdjąć żelazny kosz. Na kaftanie czarodzieja został wypalony czarny okrąg; pod nim widać było czerwoną, okropnie poparzoną skórę.

— Wody! — krzyknął Olav. — Polejcie go!

Gdy Varin chlusnął z cebra, rozszedł się smród spalonego ubrania i skóry.

— Nie mogę przyjąć chrztu — powtórzył Eyvind, dysząc ciężko. — Chcę, byś zrozumiał… Moi rodzice mieli kawał ziemi na wyspie, tej, którą zwą Czerwonym Okiem. Mieli bogactwo, ale nie mogli doczekać się potomka… Popłynęli do Fina, słynnego czarownika… Ten wziął ich pieniądze i wezwał służące mu duchy… jakie duchy? Nie wolno mi zdradzać imion, powiem tylko, że wziął je z powietrza, nie z ziemi… Jeden z nich poddał się mocy Fina i dał się zamknąć w ciemnym, wilgotnym więzieniu matczynego łona… Tak… matka poczęła… mnie… ducha, któremu Fin nadał ludzką postać… Przychodząc na świat, odziedziczyłem po ojcu majątek i wyspę. Mieszkałem na Czerwonym Oku, ciesząc się ludzkim uznaniem. Pomagałem ludziom, gdy o to prosili, bo pod człowieczą postacią wciąż miałem siły ducha, z którego mnie stworzono… Ale gdy pytasz, czy się ochrzczę, odpowiadam: nie… Nawet tak wielki król jak ty nie może ochrzcić kogoś, kto nie jest człowiekiem…

Eyvind skończył mówić, oddychał ciężko. Nagle, jakby ostatnim wysiłkiem, zaśmiał się i spytał niemal pogodnie:

— Czy źle mówię, królu? Czy stary Eyvind nie ma racji?

I skonał. Gdy przestał oddychać, zaczął się kurczyć, jakby jego skóra wysychała i rozsypywała się na ich oczach. Trwało to ledwie chwilę, ale gdy minęła, na podłodze leżało przepalone ubranie, znoszone buty i dzwoneczki, które Syn Wesołego Niedźwiedzia miał wcześniej na nogach.

— Bjarni? — Olav uniósł głowę znad sterty ubrań. — Vigi! — zawołał.

Zerwał się, Varin i inni za nim. Wybiegli na zewnątrz dworzyska. Było już jasno albo jeszcze jasno; dzień polarny nie miał początku ani końca.

— Tam! — Varin wskazał smużkę z dopalającego się na wzgórzu za domem ogniska.

Olav biegł, potykając się; czuł, jak wali mu serce.

Vigi leżał przytulony do nagiego mężczyzny, który obejmował go ramionami, jakby wzajemnie grzali się własnym ciepłem.

— To Bjarni… — wyszeptał Olav. — Vigi?

Pies uniósł biały łeb i zaskomlał radośnie na jego widok. Wstał, budząc Bjarniego. Ten usiadł, przecierając oczy, nieprzytomny. Zobaczył, że jest nagi. Patrzył to na psa, to na Olava i jego nadbiegających ludzi.

— Vigi… jesteś zdrów… — Olav głaskał psa po łbie i po bokach, na których były zabliźnione rany po jelenich rogach. Przyklęknął, dotknął raz jeszcze. — Blizny zarosły, jakby minął miesiąc albo i więcej — wyszeptał do swych ludzi. — Kim ty jesteś, Bjarni? — spytał nagiego, wciąż zaspanego mężczyznę.

— Mówiłem ci, królu. Śpiewam pieśni po dworach, opowiadam bajki, rozbawiam sztuczkami dzieci…

— Jesteś czarownikiem?

— Nie. Jestem wolnym człowiekiem, królu.

— Uzdrowiłeś mego psa.

— Pomogłem mu tylko, on sam się uzdrowił. — Bjarni się skulił, szukając czegoś, czym mógłby się okryć.

Vigi polizał Olava po twarzy. Tryggvason zdjął z ramion płaszcz i przykrył Bjarniego. Spiął go na jego ramieniu wielką, złoconą broszą i położył przy jego bosych stopach sakiewkę pełną denarów ze swym imieniem.

— Powiedziałem, że jeśli uzdrowisz mego psa, dam ci wolność. Mówiąc to, myślałem, że dam ci wolność, która płynie z wiary w Jedynego Boga. Ale zmieniłem zdanie, Bjarni. Nie będę nakłaniał cię do chrztu. Jeżeli zechcesz, kiedyś sam przyjdziesz do mnie i powiesz: „Oto jestem”, a ja powitam cię jak przyjaciela. Nie ma między nami zadry, uzdrowicielu. Jestem ci wdzięczny, a ty jesteś wolny.

Bjarni zgarnął sakiewkę, owinął się płaszczem, by nie było widać jego nagości, wstał i skinął głową.

— Tak, jestem wolny, królu.

Vigi podszedł do niego i trącił Bjarniego pyskiem. Ten puścił poły płaszcza, by pogłaskać psa. I wtedy Olav zobaczył na nagim brzuchu uzdrowiciela wypalony okrąg.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

CZĘŚĆ II

Korona cierniowa

1000–1014

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

CZĘŚĆ III

Czwarte królestwo

1014–1018

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Nawa królów

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Od autorki

Na żadną ze swoich książek nie czekałam tak długo jak na powieść o Świętosławie. Pomysł powstał jeszcze przed Grą w kości i fermentował we mnie równolegle z „Północną Drogą”. To przecież moje wymarzone terytorium łowieckie — Piastowie i wikingowie w jednej opowieści, i do tego bohaterka — kobieta. Ci, którzy znają moje poprzednie książki, wiedzą, że wciskałam wspomnienie Świętosławy do każdej niemal powieści. Wierzcie mi, dzień, w którym postanowiłam, że piszę, był moim prywatnym, osobistym świętem!

Dlaczego teraz? Dlaczego nie napisałam zwieńczenia trylogii „Odrodzone Królestwo”, o które się upominacie? No cóż, pomyślałam sobie, że Władzio na koronę czekał do siedemdziesiątki, to i my damy radę jeszcze trochę poczekać. A przecież ten rok jest szczególny: obchodzimy 1050. rocznicę chrztu Polski, więc uznałam, że warto dodać swoją, powieściową wersję do tylu różnych głosów. W Hardej i Królowej chrzty wyglądają tak odmiennie — od Mieszka przez Olava Tryggvasona i jego misjonarską pasję do postawy nieugiętej wobec nowej wiary, jak Erik, lub koniunkturalnej, jak Sven. Nawet jeśli za niektórymi wyborami stoi polityka, to i tak realizują je ludzie z krwi i kości.

Pomysł na Hardą miałam gotowy od dawna, zręcznie spisany w epizody. Ale gdy nastał ten dzień i oto mogłam zacząć snuć jej opowieść, uznałam, że ten pomysł sprzed lat jest dobry, ale nie najlepszy. Dlaczego? Bo był jednogłosem i nie pozwalał mi naświetlić wielowymiarowości historii. Zatem przebudowałam stworzoną w głowie konstrukcję i postanowiłam dać głos nie tylko Świętosławie, ale także mężczyznom jej życia, po to, by obejrzeć ich relacje z wielu stron. Potem o swą opowieść dopomniała się Astryda, a jak wiecie po finale Królowej, wersja siostry ma swoje prawa, by wybrzmieć. Skoro zaś głos dostała siostra, to jak może zabraknąć wielkiego brata, Bolesława? No a Mieszko? Przecież na początku był Mieszko. I tak wielogłos z jednej planowanej powieści zrobił dwie!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Podziękowania

Podziękowania są najprzyjemniejszym rozdziałem powieści. Oznaczają, że praca dobiegła końca i mogę wrócić do tych, którzy mi pomogli, nie po to, by zadręczać ich kolejnymi pytaniami, ale by uhonorować ich udział. Jestem szczęściarą, grono ludzi wspierających moją pisarską robotę rozrasta się z roku na rok i jedyne, czego się teraz obawiam, to że o kimś zapomnę.

Na początku wspomnę o dwóch, którzy od dawna namawiali mnie do stworzenia powieściowej wersji losów Świętosławy. To profesor Przemysław Urbańczyk, z którym pracowałam przy Grze w kości, i doktor Jakub Morawiec, który pomagał mi przejść przez meandry sag przy Trzech młodych pieśniach. Biografię Knuta, Knut Wielki. Król Anglii, Danii i Norwegii (ok. 995–1035) autorstwa Jakuba Morawca, gorąco polecam wszystkim, którzy po lekturze Hardej i Królowej zapragną dowiedzieć się więcej o losach najwybitniejszego z synów Świętosławy. Dodam jeszcze, że Jakub jest naprawdę świetnym znawcą sag islandzkich, z czego również mogłam korzystać przy pracy nad powieścią. Zaś liczne publikacje profesora Urbańczyka (od Zdobywców północnego Atlantyku przez Trudne początki Polski, Władzę i politykę we wczesnym średniowieczu, aż po Mieszka I Tajemniczego) wyróżnia to, co i mnie zawsze interesuje — spojrzenie na dzieje początków Polski nie tylko przez pryzmat Wschód–Zachód, ale także przez jej północną politykę. Przemku, Jakubie, dziękuję Wam najserdeczniej!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Korony Rody Królestwa

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Odrodzone Królestwo. Tom 3. Płomienna korona Królowa Harda Turniej cieni Pasja według Einara Niewidzialna korona 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Pierwszy człowiek. Historia Neila Armstronga Romanowowie Królowe przeklęte Turniej cieni Moja piątka z Cambridge Szampańskie dni