Lekcje anatomii doktora D.

Lekcje anatomii doktora D.

Autorzy: Wojciech Engelking

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kategorie: Obyczajowe

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 560

Cena książki papierowej: 44.90 zł

cena od: 27.22 zł

Pseudonauka i pornografia

Nazistowskie Niemcy i Warszawa niedalekiej przyszłości

W  2007 roku Radiohead jako pierwszy zespół w historii świata umieszcza swój album In Rainbows do ściągnięcia za darmo w sieci. W 2010 rynek podbija iPad, a na Facebooku rejestruje się pięćsetmilionowy użytkownik. Niedługo później Jakub Dejman kupuje w Brazylii piętnastoletnią dziewczynę i sprowadza ją do Warszawy.

Znacznie wcześniej, u schyłku lat trzydziestych XX wieku, na ulicach Monachium atmosfera nacjonalizmu osiąga apogeum. W 1940 roku na zajętych przez Niemców terenach zostaje utworzony obóz Auschwitz-Birkenau. Po czterech latach pojawia się w nim Jacob von Deymann, wysłannik berlińskiego Instytutu Antropologicznego imienia Cesarza Wilhelma.

W Warszawie Jakub bawi się świetnie. Ma 26 lat i majątek, o którym większość jego równolatków może jedynie pomarzyć. Jako lekarz bez prawa wykonywania zawodu, za to z własną kliniką, ma tyleż  pieniędzy, co wolnego czasu. Należy do pierwszego pokolenia, które wychowało się na pornografii, a kamieniami milowymi historii są dla niego kolejne wynalazki technologiczne. Życie Jakuba upływa na zagranicznych podróżach, imprezach w najlepszych klubach i odpoczynku w dwustumetrowym apartamencie. Jest podziwiany i nienawidzony, co tylko potęguje jego manię wielkości. Ale Jakub ma też swój sekret, który każe mu pojechać do Brazylii.

W niemieckim obozie Jacob chce spędzić jak najmniej czasu. To lekarz i zubożały arystokrata, całe życie borykający się z kompleksem niższości. 27-latek ma za zadanie dowiedzieć się, czym tak naprawdę na terenie obozu zajmuje się doktor Josef Mengele, którego zagadkowe raporty trafiają na biurko w Berlinie. Von Deymann ma nadzieję na szybkie uporanie się z powierzonym mu zadaniem i rychły powrót do domu. Granica między obserwatorem i uczestnikiem eksperymentów jest jednak cieńsza, niż można przypuszczać, a Jacob dobrze pamięta motto tajemniczego stowarzyszenia, do którego należał podczas studiów: „ci, którzy wiedzą, mają prawo zrobić wszystko”. 

Jakuba i Jacoba okazuje się łączyć znacznie więcej niż nazwisko i marka zegarka na nadgarstku…

Wojciech Engelking (ur. 1992) — pisarz i publicysta, absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Zadebiutował w 2014 roku szeroko komentowaną powieścią (niepotrzebne skreślić). Stały współpracownik „Kultury Liberalnej”, publikował również w m.in. „Gazecie Wyborczej”, „Do Rzeczy”, „Tygodniku Powszechnym” oraz „Rzeczpospolitej”. Lekcje anatomii doktora D. to jego druga powieść, którą Engelking umacnia swoją literacką pozycję, a roczniki ’90. doczekują się godnego reprezentanta na polskiej scenie literackiej

© Copyright by Wojciech Engelking

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Rafał Kucharczuk

REDAKTOR PROWADZĄCY: Waldemar Popek

REDAKCJA: Wojciech Adamski

KOREKTA: Jacek Błach, Stanisław Dzida, Joanna Zaborowska

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN: 978-83-08-05902-9

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Spis treści

CZĘŚĆ PIERWSZA

RAZ

1

2

3

4

DWA

44

43

42

41

TRZY

5

6

7

8

CZTERY

40

39

38

37

PIĘĆ

9

10

11

12

SZEŚĆ

36

35

34

33

SIEDEM

13

14

15

16

CZĘŚĆ DRUGA

OSIEM

32

31

30

29

DZIEWIĘĆ

17

18

19

20

DZIESIĘĆ

28

27

26

25

JEDENAŚCIE

21

22

23

24

DWANAŚCIE

24

23

22

21

TRZYNAŚCIE

25

26

27

28

CZTERNAŚCIE

20

19

18

17

PIĘTNAŚCIE

29

30

31

32

SZESNAŚCIE

16

15

14

13

SIEDEMNAŚCIE

33

34

35

36

CZĘŚĆ TRZECIA

OSIEMNAŚCIE

12

11

10

9

DZIEWIĘTNAŚCIE

37

38

39

40

DWADZIEŚCIA

8

7

6

5

DWADZIEŚCIA JEDEN

41

42

43

44

DWADZIEŚCIA DWA

4

3

2

1

Od autora

Wszystkie rozdziały dostępne są w pełnej wersji książki

(…) nie zna ludzi i ich słabych stron,

ponieważ całe życie zajmował się tylko sobą.

Michaił Lermontow, Bohater naszych czasów,

przeł. Wacław Rogowicz

Pewnego razu wszystkie części ciała

Wszczęły rebelię przeciw żołądkowi.

Miały mu za złe, że skryty we wnętrzu

Zieje jak gnuśna i bezczynna otchłań

Połykająca wrzucone weń jadło.

William Shakespeare, Koriolan,

przeł. Stanisław Barańczak

CZĘŚĆ PIERWSZA

BRAZYLIJKA

RAZ

1

Ta Brazylijka, którą na początku stycznia kupiłeś w kanciapie baru na przedmieściach São Paulo, przez ostatnich kilka tygodni zdążyła się rozrosnąć, utyć. Jej piersi — wówczas niewielkie, spiczaste wzniesienia — dzisiaj są jędrne i pulchne, ciążą ku podłodze; nabrzmiały jej także pośladki, a skóra, która wtedy opinała żebra, dzisiaj łagodnie fałduje się na pępek. Kiedy teraz o tym myślisz, masz wrażenie, że gdyby postawiono przed tobą dziewczynkę, którą zobaczyłeś dwa i pół miesiąca temu, nie rozpoznałbyś jej.

Tamtego upalnego popołudnia na początku stycznia stała nie dalej niż metr od ciebie, pośrodku ciemnego pomieszczenia. Zwisająca na kablu żarówka była rozbita i jedynym źródłem światła w kanciapie na tyłach pustego baru pozostawało niewielkie, pozbawione szyby okno, właściwie — wybita w ścianie budynku dziura, która wychodziła na piaszczyste podwórko. Słońce wlewało się przez nią snopem zbyt rzadkim, by oświetlić dziewczynkę. W kanciapie nie było żadnych mebli, nie licząc stojącego na podłodze wiatraka, którego śmigła sczerniały od brudu unoszącego się w powietrzu. Wyglądały, jakby osiadło na nich stado much. Chociaż śmigła kręciły się bardzo szybko, w pokoju wciąż panowała duchota. Zamiast przynosić chłód, wydobywające się spomiędzy czarnych skrzydeł podmuchy jedynie rozsiewały żar płynący od nagrzanych betonowych ścian pomieszczenia. Co jakiś czas dotykały zastępującej drzwi kurtyny z nanizanych na sznurki plastikowych kuleczek we wszystkich kolorach tęczy. Kulki u dołu lian szurały wówczas po podłodze, wydając przy tym dźwięk, który przypominał łamanie ludzkich kości. Klik-klak. Klik-klak. Wiatrak obracał się jednak dalej, w stronę Brazylijki, liany nieruchomiały i kanciapę na nowo ogarniała cisza.

Dziewczynka nie poruszała się, gdy podmuch z wiatraka uderzał ją w twarz; zachowywała się, jak gdyby w ogóle nie czuła dochodzących spomiędzy czarnych śmigieł powiewów. Stała na baczność i jej smagłe uda przylegały do siebie bardzo ciasno; piąstki trzymała zaciśnięte, podobnie jak powieki — zamknęła je od razu, gdy drepcząc za właścicielem baru, znalazła się w pomieszczeniu. Miała na sobie jasne jeansowe szorty i szarą koszulkę na ramiączkach, na której niewielkimi wypukłościami odznaczały się piersi. Smagłą, wyrastającą spod bawełny i jeansu skórę Brazylijki pokrywała warstwa brzoskwiniowego puszku, który łagodnie drgał we wlewającym się przez okno świetle. Klik.

— A nie interesuje pana, jak ona ma na imię? — odezwał się nagle właściciel baru.

Klak. Łysy, opierający się o ścianę przy kurtynie z kulek grubas uśmiechał się, patrząc, jak oglądasz dziewczynkę. Z tego, co pisał ci wcześniej mejía_1, handlował ludźmi od dawna; musiał więc być przyzwyczajony do podobnych scen. O twoje imię dotychczas nie spytał, ty zaś nie spytałeś o jego: tak samo nie pytałeś o imiona alfonsów z burdeli w Tajlandii i na Filipinach, przyjmując, że nie mają one większego znaczenia. Grubas nie bardzo się od nich różnił. Zawieszony między czterdziestką a sześćdziesiątką, był od ciebie o głowę niższy; jego przegub zdobił złoty zegarek, a na olbrzymim brzuchu opinała się biała koszula. Jej górne guziki były rozpięte i spod lnu wyłaniała się pierś mężczyzny, porośnięta gąszczem siwych włosów. Łysy na głowie, poniżej szyi grubas wyglądał jak małpa, miał włosy na torsie i na przedramionach, i na ogromnych, zwieńczonych przyciętymi do skóry paznokciami palcach też. Klak.

Klik. Podmuch z wiatraka uniósł warkoczyki dziewczynki. „Czy mnie to interesuje?” — przeszło ci przez głowę, chociaż wiedziałeś, że już znasz odpowiedź i jest ci to obojętne. Tamtego popołudnia myślałeś jeszcze, że kiedy przywieziesz dziewczynkę do Warszawy, nazwiesz ją, jak będziesz miał ochotę, a dowolne imię opnie się na jej kościach niczym dodatkowa fałda nabłonka.

— Nazywa się Elvirinha. Elvira, jak pan woli — rzucił tymczasem grubas. Z jego ust nie schodził uśmiech i czułeś, że powoli zaczyna cię to denerwować; miałeś wrażenie, że śmieje się z ciebie. — Ma piętnaście lat… — rzekł i nagle zamilkł, rozglądając się po pomieszczeniu.

W kanciapie rozległ się dziwny, cichy dźwięk. Kiedy spojrzałeś na Brazylijkę, spostrzegłeś, że w kroku jej szortów powiększa się plama. Stojąca przed tobą dziewczynka zsikała się. Uryna ciekła po udach, zostawiając na skórze niewyraźne, kończące się na wysokości kolan smużki. Potem skapywała na podłogę, a wzbijające się z jej kropelek odpryski skakały niczym zwinne pchełki. Poczułeś, że z obrzydzenia żołądek wywraca ci się na drugą stronę.

Klik-klak. Kulki zagrzechotały o beton.

— Więc? — zapytał zniecierpliwionym tonem grubas. Zauważyłeś, że dziewczynka lekko się poruszyła, jakby strużki sików zaswędziały ją w uda. — Tak, jak…

— Tak — przerwałeś mu, a Brazylijka westchnęła.

Dziesięć minut później — wie mi się to — siedziałeś w chłodnym wnętrzu hotelowego mercedesa, który wyjeżdżał z faweli. Tumany wzbijającego się z ulicy piasku przesłoniły grupki półnagich dzieci, które krzycząc i machając rękami, biegały po obu stronach auta. Popołudniowy upał przykrywał slumsy niczym olbrzymia, nagrzana płachta, tak gorąca, że sklecone z pustaków i kartonów domki wydawały się rozpadać pod jej naporem. Niewielkimi, wyglądającymi na wydeptane uliczkami samochód przedzierał się w kierunku śródmieścia. Choć radio było wyłączone, kierowca, trzydziestoletni na oko Murzyn w sztywnym jak mundur garniturze, palcami wystukiwał na kierownicy rytm jakiejś piosenki. Kiedy godzinę wcześniej wiózł cię do baru w fawelach, na siedzeniu obok ciebie leżała wypchana studolarowymi banknotami koperta, z której nie spuszczałeś wzroku; teraz fotel był pusty, a ty gapiłeś się w okno. Za szybą mercedesa, na szarych, wyliniałych boiskach, mali chłopcy bez koszulek i spodni grali w piłkę; przed nieczynnymi sklepami i barami wysiadywały podobne do samic indyka kobiety, wystawiając nogi spod kolorowych spódnic. Slumsy stopniowo znikały, zastępowane przez betonowe bloki, ze sznurami białego prania rozpiętymi na balkonach, i wysokie biurowce ze szkła i stali. Na szczycie jednego z nich czerwienił się napis: Sheraton. Samochód zatrzymał się.

Twój pokój, opłacony przez organizatorów konferencji w São Paulo, był na piętnastym piętrze. Od razu, gdy się w nim znalazłeś, uklęknąłeś na podłodze, przed drzwiami lodówki. Choć przed wyjściem wywiesiłeś na drzwiach planszę DON’T DISTURB, pod twoją nieobecność ktoś tak czy siak musiał odwiedzić tę klitkę: białe wnętrze lodówki, które poprzedniego wieczora opróżniłeś, dziś wydawało się za ciasne na kolekcję małych plastikowych buteleczek. Wczoraj były to wódki i likiery; dzisiaj wyłącznie czerwony Johnnie Walker. Sięgnąłeś po pierwszą z brzegu i przyjrzałeś się bąbelkom, które wędrowały ku szyjce. Gdy wszystkie się rozprysły, zdjąłeś zakrętkę i starając się nie przyłożyć warg do flaszeczki, wlałeś jego zawartość do ust. Zanim zdążyłeś poczuć smak whisky, zakręciło ci się w głowie i obraz jednoosobowego pokoju zatarł się; wstawszy, przez chwilę nie potrafiłeś odróżnić od siebie niepościelonego łóżka i leżącego na nim garnituru. Dopiero gdy zamknąłeś oczy, udało ci się wymacać na ścianie przycisk, którego szukałeś. Pacnąłeś w niego, rozległo się buczenie, opadły rolety i w pokoju zapanowała ciemność.

Kiedy ciemno zrobiło się także na zewnątrz, w lodówce nie było już żadnej z miniaturowych buteleczek: opróżnione, pozbawione rzuconych za łóżko zakrętek, leżały na podłodze, to tu, to tam. Wie mi się, że przydzielony ci pokój, numer 645, drzemał wtedy w wyfroterowanej czerni; wie mi się, że byłeś już gdzie indziej, w windzie, która bezgłośnie i gładko sunęła wzdłuż ścian.

— Piętro dwudzieste — oznajmił po angielsku kobiecy alt z ukrytych w kabinie głośników, a winda nagle się zatrzymała. — Lounge.

Drzwi kabiny rozsunęły się i znowu poczułeś, że kręci ci się w głowie. Lounge hotelu Sheraton był wysokim, obszernym pomieszczeniem: zajmował całe piętro, a z zastępujących ściany okien rozciągał się widok na noc nad São Paulo. W pustawej sali unosił się szwargot nielicznych gości, którzy nie zwrócili uwagi na twoje przyjście; ich rozmowy zagłuszał dźwięk puszczonego z płyty saksofonu. Towarzyszyły mu szmery perkusji i fortepianu. „Hotelowa muzyka” — przyszło ci do głowy, gdy stanąłeś przy kontuarze. Taka sama, wydawało ci się, była w Sheratonach w Bombaju i w Bangkoku, i w Pattaya Beach. Na podobne do tych w Bombaju, Bangkoku i Pattaya Beach wyglądały także lampy: nisko zawieszone nad sofami i fotelami ze sztucznej skóry, rozsiewały światło zbyt rzadkie, byś mógł określić, w jakim jest kolorze.

— Senhor? — rzucił pytająco młody barman. Za jego plecami ze ściany wyrastały szklane, ciasno zastawione butelkami półki: Macallan, Hennessy, Gordon’s Gin.

Zamówiłeś pinota, od razu całą butelkę; smagły chłopak przyniósł ci ją do stolika pod oknem. Gdy odszedł, przyjrzałeś się winu. Miało kolor w głębokim odcieniu bordo, smakowało owocami, bardzo soczyście, i kiedy odstawiłeś kieliszek na stolik, czerń zaokiennego São Paulo zrobiła się jakby głębsza. Hotel znajdował się w samym centrum miasta; z dwudziestego piętra widziałeś otaczające go wieżowce, z jasnymi prostokątami okien, w których paliły się światła. W niektórych dostrzegałeś czarne kontury ludzi siedzących przy biurkach. Dalej ciągnęła się rzeka; pylony rozpiętego nad nią mostu były podświetlone na biało. Wyjąwszy z kieszeni telefon, otworzyłeś aplikację Zdjęcia.

Te, które przed wyjazdem dostałeś mailem od mejía_1, wyskoczyły na ekran jako pierwsze: Elvira — zdziwiłeś się, że zapamiętałeś jej imię — stała na środku ciemnego pomieszczenia, splecionymi dłońmi zakrywając podołek. Na iPhone’owych fotografiach wydawała się szczuplejsza, jakby bardziej wiotka niż dziewczynka, którą widziałeś kilka godzin temu; ale prócz tego między jedną a drugą nie było najmniejszej różnicy. Stała na środku tej samej, rozświetlonej fleszem, betonowej kanciapy; miała na sobie tę samą szarą bluzkę i krótkie, odkrywające uda szorty. Jej oczy były tak samo zamknięte: powieki wyglądały, jak gdyby zlepiły się ze sobą tak mocno, że nie dały się już rozerwać.

Przerzucając kolejne zdjęcia, w którymś momencie trafiłeś na stare selfie uśmiechniętej, leżącej na sofie w twoim warszawskim mieszkaniu Anki. Zdjęcie zostało zrobione od góry: wykrzywiająca usta w dzióbek Anka trzymała telefon w wyciągniętych nad głowę rękach i w lewym dolnym rogu widniał rozmazany ślad kciuka, którym przesłoniła obiektyw. Błysk lampy plamami osiadł jej na mokrych, nierozczesanych włosach, sprawiając, że wyglądały jak wijące się węże.

— Ładna — usłyszałeś nagle i odruchowo zablokowałeś iPhone’a. — Pana?

Odwróciłeś się.

Obok twojego fotela stał wysoki, opalony mężczyzna. Miał na sobie jasne spodnie i błękitną koszulę; w dłoni podzwaniała mu szklanka wypełniona whisky. Jego szpakowate włosy w połowie przekreślał biały, kręcący się pukiel. Byłeś pewien, że gdzieś go już widziałeś; po chwili ci się przypomniało. To był ten Hiszpan, kardiolog z uniwersytetu w Sewilli, który wczoraj na konferencji wygłaszał referat przed tobą.

— Pana? — powtórzył, ruchem głowy wskazując twój telefon.

„Ile on mógł widzieć? Tylko zdjęcie Anki czy Elviry też? — znów pomyślałem o niej: Elvira” — złapałeś się. Siedzący przy sąsiednich stolikach goście gdzieś się ulotnili i w lounge na szczycie hotelu Sheraton byłeś tylko ty i kardiolog, i chłopak w czarnej koszuli polerujący szklanki przy barze. Wskazówki na białych tarczach zegarów nad półkami z alkoholem układały się w rząd geometrycznych figur. W São Paulo była jedenasta w nocy.

— Była — odpowiedziałeś w końcu, starając się nie dać po sobie poznać, że jego pytanie cię zaniepokoiło.

Nie miałeś najmniejszej ochoty rozmawiać z kardiologiem, ale ten parsknął i nie pytając o zgodę, rozsiadł się w fotelu naprzeciw.

— Juan Tenorio — przedstawił się.

Kiedy przyjrzałeś mu się uważniej, spostrzegłeś, że jest starszy, niż wydawał się na pierwszy rzut oka. Z bliska zmarszczki na jego twarzy wyglądały jak dziwna łuska, upodabniająca facjatę Hiszpana do pyska wiekowego gada. Wąskie, małe wargi Juana Tenorio były zaciśnięte w uśmiechu; kardiolog milczał, taksując cię wzrokiem.

— Jest pan młody — zauważył w końcu. — I właśnie t o — zaakcentował, odstawiając szklankę whisky na stolik — mnie dziwi. Jest pan tak młody i już pan jest jednym z nas…!

To zabrzmiało dziwnie; nie miałeś pojęcia, o co może mu chodzić.

— Jeździłem już na konferencje… — zacząłeś, ale Hiszpan ci przerwał.

— Dobrze pan wie, że nie o tym mówię.

W tym momencie zza zastępującej ścianę szyby rozległ się dziwny, przypominający trzaśnięcie drzwiami dźwięk. Kiedy spojrzałeś w okno, niebo przecinały błyskawice i noc nad São Paulo, wcześniej czarna, robiła się fioletowa. Nad miasto nadciągała burza i o szkło szyb zaczynały uderzać pojedyncze, rozpryskujące się kropelki; mieszkańcy sąsiednich wieżowców, których czarne, skulone nad biurkami kształty widziałeś wcześniej, teraz, gdy stali przy oknach, gapiąc się na deszcz, wyglądali jak ludziki z zapałek.

— Widziałem pana — oznajmił wesoło Hiszpan, gdy znów na niego spojrzałeś. — Dzisiaj, w slumsach. — Kiedy to powiedział, poczułeś, że twoje kolana robią się miękkie. — Swoją drogą, jak pan znalazł ten lokal? To…

— Musiał mnie pan z kimś pomylić — odparłeś. „Jak to możliwe, że mnie widział? — pomyślałeś. — Przecież w tamtym barze nikogo nie było!”

Hiszpan uniósł brwi.

— Wiem, po co pan tam przyszedł — rzekł.

Kątem oka dostrzegłeś, że dotąd polerujący szklanki i kieliszki barman już tego nie robi, tylko uważnie przysłuchuje się waszej pogawędce. Gdy nic nie odpowiedziałeś, kardiolog pokręcił głową; a potem nagle zamarł.

— Pan się tego wstydzi — powiedział, jakby go olśniło; twoje łydki zaczęły leciutko drżeć. — Czy uważa pan — spytał cichym głosem — że ma się czego wstydzić?

„Skąd on to wie?” — znów przeszło ci przez głowę. Deszcz coraz głośniej uderzał o szyby lounge, jakby rozwijał na nich zasłonę z przypominających srebrne igiełki kropel. „Skąd on to może wiedzieć? Przecież tamten bar był pusty, przecież…”

— Oczywiście, że nie! — Nie zwracając uwagi na twoją konsternację, Hiszpan klepnął się w opięte jasnymi spodniami kolano. — Sam w domu mam dwie — mrugnął — Kubanki.

„…przecież byłem w nim tylko ja i właściciel. I Elvira. Znowu pomyślałem o niej: Elvira” — przyłapałeś się.

Hiszpan przez chwilę milczał, kiwając głową.

— Cóż, nawet jeśli się pan tego wstydzi, mnie może pan wierzyć: te dziewczynki to najlepsze rozwiązanie — powiedział, dźwigając się z fotela.

Na myśl, że zaraz stąd pójdzie, poczułeś olbrzymią ulgę i twoje oczy mimowolnie skierowały się ku butelce wina. Choć nie przypominałeś sobie, byś pił więcej niż jeden kieliszek, była już do połowy opróżniona.

Tamtego wieczora nie wiedziałeś, i nigdy się nie dowiedziałeś, że to mnie się było tym Hiszpanem z baru w São Paulo; że to mnie tamtej styczniowej nocy szeptało się do ciebie — cicho, ale wystarczająco głośno, abyś to usłyszał:

— Może mi pan wierzyć; ja mam to na co dzień.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Człowiek znikąd Lekcje anatomii doktora D. Niepotrzebne skreślić Ojciec. Opowiadania 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Sól morza Jak być kochanym Królestwo Magnes Nikt nie idzie Obsesyjna miłość