Barca. Złota dekada

Barca. Złota dekada

Autorzy: Leszek Orłowski

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 336

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 22.90 zł

Fenomen najlepszej drużyny świata.

Siedem tytułów mistrza Hiszpanii, czterokrotny triumf w Lidze Mistrzów, sześć Superpucharów Hiszpanii i trzy zwycięstwa w Copa del Rey, Klubowych Mistrzostwach Świata oraz Superpucharze Europy. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że FC Barcelona z lat 2006–2015 to najlepsza drużyna XXI wieku, a może nawet w całej historii futbolu.

Leszek Orłowski, największy w Polsce znawca hiszpańskiej piłki, postanowił rozłożyć poszczególne sezony „złotej dekady Barçy” na czynniki pierwsze. Opowiada o kluczowych wydarzeniach, które decydowały o sukcesach, ale wymienia też czynniki, które doprowadziły do porażek.

Zlatan Ibrahimović jako ojciec sukcesów tria MessiNeymarSuárez. Zbawienna dla Iniesty kontuzja Xaviego. Transfer Javiera Mascherano ważniejszy niż sprowadzenie Davida Villi i rekord Messiego, który wziął się z fatalnej postawy reszty zespołu.

Barça. Złota dekada to nie kronika, lecz błyskotliwa analiza dziesięciu sezonów, podczas których Blaugrana zdominowała rozgrywki piłkarskie na świecie.

I zawładnęła sercami milionów fanów.

***

Sukcesy FC Barcelony w latach 2006–2015 to dla mnie fenomen. Nie wiem, czy w dzisiejszych futbolowych realiach ktokolwiek zdoła się do nich zbliżyć. Wiem, że poprzeczka wisi niebywale wysoko. Takie osiągnięcia intrygują, przyciągają jak magnes, powodują olbrzymie zainteresowanie, wywołują pytania i podziw. A o sukcesach Barçy opowiedziano w tej książce z prawdziwą pasją. Bardzo trudno o lepsze połączenie…
Rafał Wolski, komentator piłkarski nc+

O Barcelonie pisać każdy może, lepiej lub gorzej. Nikt jednak nie robi tego z takim znawstwem jak Leszek Orłowski. Najlepszy polski komentator Primera División zaprasza w fascynującą podróż przez najwspanialsze lata Dumy Katalonii. Naprawdę trudno się tej opowieści oprzeć.
Adam Godlewski, „Piłka Nożna”

W ostatnim dziesięcioleciu Barcelona absolutnie zdominowała rozgrywki w Hiszpanii i stała się postrachem całej Europy. Leszek Orłowski doskonale pokazuje, jak rodziła się ta wielka katalońska drużyna, w jaki sposób wyszła z marazmu, w którym była pogrążona w pierwszych latach XXI wieku, i co było kluczem do sukcesu. Dla kibiców Barçy pozycja obowiązkowa.
Barbara Bardadyn, „Przegląd Sportowy”

Leszek Orłowski to nie tylko najlepszy w Polsce znawca hiszpańskiej piłki, ale również autor, który doskonale włada piórem. Jego książka to prawdziwa uczta dla kibiców i miłośników dobrej literatury. Ta opowieść o Barcelonie jest wyjątkowa, zupełnie inna niż wszystkie poprzednie.
Jacek Laskowski, TVP Sport

Tylko raz w ciągu jednej dekady jeden klub wznosił Puchar Europy częściej niż FC Barcelona; a Blaugrana osiągnęła swoje sukcesy w najbardziej konkurencyjnym okresie w historii futbolu. Fascynująca książka Leszka Orłowskiego pomaga zrozumieć, w jaki sposób jeden klub zdołał na dziesięć lat tak zdominować futbol.
Karol Chowański, redaktor FCBarca.com

BIOGRAM

Leszek Orłowski (ur. w 1971 roku w Wielbarku na Mazurach) z wykształcenia jest historykiem, z zawodu dziennikarzem i komentatorem piłkarskim. Od 1997 roku pracuje w tygodniku „Piłka Nożna”, a od 2003 roku także w stacji Canal+ Sport. Jego specjalnością jest futbol hiszpański. Jako wysłannik „Piłki Nożnej” obsługiwał finały mistrzostw świata w 2006 roku oraz finały mistrzostw Europy w 2008 i 2012 roku. Wielokrotnie odwiedzał Hiszpanię, także jako komentator meczów Primera División, Ligi Mistrzów i Pucharu Króla. Prywatnie ojciec dwóch synów, którzy uprawiają piłkę nożną i marzą o grze w FC Barcelonie.

Wszystkie triumfy

Przedmowa Karola Chowańskiego

Kronika wielkich wydarzeń

Po sześciu latach FC Barcelona odzyskała mistrzostwo Hiszpanii. Był maj 2005 roku. Od tego czasu, poza jałową kampanią 2007/08, klubową gablotę co sezon wzbogacają nowe trofea. Lśni wśród nich osiem tytułów ligowych zdobytych w ciągu 12 lat. W jednej dekadzie drużyna z Katalonii cztery razy zdobyła Puchar Europy. Za każdym razem szło to w parze z krajowym mistrzostwem. Lista trofeów jest jednak jeszcze dłuższa. Seryjne zwycięstwa Barçy spopularyzowały w futbolu takie pojęcia jak „kwartet” (zamknął sezony 2011/12 i 2015/16), „kwintet” (2009/10) czy „sekstet”. Ostatnie z nich symbolizuje sześć trofeów zdobytych przez Katalończyków w jednym tylko roku: 2009.

Wszystko to w najbardziej konkurencyjnych czasach w historii futbolu. Grupie pościgowej przewodzi Real Madryt. Świat słusznie zachwyca się dokonaniami Simeone w Atlético. Swoje ambicje mają kluby z Anglii, Niemiec, Włoch i Francji. Nie szczędzą inwestycji w drogich piłkarzy, infrastrukturę, trenerów. Mimo to ostatnimi laty nikt nie wznosi sreber w górę z częstotliwością choć w połowie dorównującą Barcelonie. Dlatego proszę nie dziwić się kolejnym opracowaniom o sukcesach klubu z Camp Nou. Są uzasadnione.

Wygrywanie przychodzi dziś trudniej niż dawniej. Jak dowodzi Autor na kolejnych stronach, osiągnięcia bohaterów tej książki zasługują na podobne uznanie, co najsłynniejsze serie w historii piłki.

To też takie czasy, że chętniej się kwestionuje niż docenia. „Koniec cyklu” zwycięstw FC Barcelony przepowiadali wielcy trenerzy i sportowi publicyści. Wielokrotnie. Mylili się za każdym razem. Barça dalej podąża ścieżką zwycięstw mimo autentycznych dramatów i przeciwności. Na zawsze w pamięci culés zostanie Tito Vilanova. Świat wstrzymał oddech na wieść o chorobie Abidala. Zakaz transferowy nie przeszkodził w zdobyciu Ligi Mistrzów i krajowego dubletu.

Gdy nęci myśl, że nie są w stanie już niczym zaskoczyć, piłkarze w bordowo-granatowych koszulkach znów znajdują sposób. Forma obrony mistrzostwa i Pucharu Hiszpanii wiosną tego roku raz jeszcze podkreśla wielki głód zwycięstw tej wyjątkowej drużyny. Takie osiągnięcia inspirują nie tylko w sportowym kontekście. Porywają Katalonię, całą Hiszpanię i resztę świata.

Każdy kraj ma swoją futbolową kulturę. Sposób opowiadania o piłce, językowy szyfr, myślowe skróty. Piłkarskie tytuły dziennikarzy zagranicznych przyjmują chwilami perspektywę, która nie zawsze bywa uchwytna dla polskiego czytelnika. W tym sensie opowieść Leszka Orłowskiego zajmuje szczególne miejsce wśród książek, które o FC Barcelonie już znamy. Jest bliższa, a przez to wiarygodna i przekonująca.

Niektóre pozycje pozwalają strona po stronie towarzyszyć Guardioli w spacerze albo Inieście w drodze na trening. Zostają w pamięci krócej od koncertu z awarią nagłośnienia. Zapewniam, że nie grozi to podróży, w którą wyrusza się w kolejnych rozdziałach.

Kroniki wielkich wydarzeń są zawsze ciekawe. Rozprawy z nimi są ciekawsze. Okres, o którym opowiada ta książka, obfitował w sytuacje, o których wyrobił sobie opinie każdy fan piłki nożnej. W analizie złotej dekady Barçy Leszek Orłowski nie unika dzielenia się własnym zdaniem. Wyraźnie zaznacza to na początku i konsekwentnie dotrzymuje słowa w trakcie lektury. To oceny, z którymi można się zgadzać lub nie, ale trudno przy nich o obojętność. Sposób przedstawienia i komentowania kolejnych wątków zachęca do rozważań. Przybliża kontekst, formuje i szlifuje poglądy.

Innym walorem tej książki jest osobiste spojrzenie, widoczne od pierwszych stron. Niejeden kibic łączy w pamięci wydarzenia życia prywatnego z towarzyszącymi im wynikami. Ci, którzy w taki sposób przeżywają futbol – w sposobie narracji Autora odnajdą samych siebie.

Nie zdziwi mnie widok tego tytułu na półkach fanów Realu. Każda książka o klubie ze stolicy Katalonii jest też książką o klubie ze stolicy. Sympatykom innych drużyn pozwala zaś spojrzeć na Barçę inaczej niż przez pryzmat informacji w trakcie sezonu. Poznać bliżej, zrozumieć lepiej. Nabrać więcej uznania?

Okres ciągłych sukcesów klubu z Camp Nou liczy już ponad 10 lat, łącznie 28 tytułów i… trwa dalej. To nie tylko podręcznik do ostatnich zwycięstw FC Barcelony. Pod wieloma względami stanowi zapowiedź kolejnych, które jeszcze przed nami.

Karol Chowański, redaktor FCBarca.com

www.FCBarca.com/w-ciszy-stadionu

Przedmowa Patryka Pulikowskiego

La historia continúa

To niebywałe, że w niemal 120-letniej historii FC Barcelony zaledwie ostatnia dekada jest tą prawdziwie złotą! Przecież niemal zawsze bordowo-granatowe barwy przywdziewali piłkarze wyjątkowi. Tak niezwykli, jak miasto, region i w końcu wywodzący się zeń klub. I choć nie można powiedzieć, że półki na trofea świeciły pustkami – były przecież Puchary Miast Targowych, Zdobywców Pucharów, triumfy ligowe i w zmaganiach o Puchar Króla, w końcu również upragniony Puchar Mistrzów – to wszystko to blednie, gdy porównamy z zaledwie ostatnim dziesięcioleciem.

Jeszcze na przełomie wieków Barça doznawała zawstydzających porażek (0:3 i 0:4 z Dynamem Kijów!), w lidze oglądała plecy nie tylko Realu, wydawała astronomiczne pieniądze na piłkarskie wynalazki, o których wcześniej słyszało niewielu, a później niemal nikt. Pewnie niewielu spodziewało się, że po latach posuchy Blaugrana najpierw odzyska prymat w kraju, a później dołoży do tego tytuł w Lidze Mistrzów, i że będzie to dopiero początek najpiękniejszej historii związanej z katalońskim klubem. Dzisiejsza Barça to drużyna, która zmieniła spojrzenie na piłkę nożną.

I właśnie w tę podróż po postaciach, wydarzeniach, triumfach i świecie piłkarskiej magii zabiera nas Leszek Orłowski. Brawurowo opowiada – z typową dla siebie swadą od lat znaną telewidzom – o narodzinach, wzrastaniu, pokonywaniu zakrętów losu i wychodzeniu na prostą ekipy, z którą dojrzewa całe pokolenie piłkarskich kibiców. Jego doświadczenie i świetna znajomość tematu pozwalają w dziesięciu odsłonach wyczerpująco przedstawić to, co działo się na Camp Nou od sezonu 2005/06.

Zresztą rozgrywki, od których Leszek Orłowski rozpoczyna swą opowieść o triumfalnym pochodzie FC Barcelony, są wyjątkowe dla wielu polskich kibiców katalońskiego klubu. To właśnie w 2005 roku rozpoczęły się w Olsztynie prace nad powołaniem do życia pierwszego polskiego fan klubu Blaugrany. Natomiast w połowie lipca 2006 roku Fan Club Barça Polska zyskał akceptację włodarzy klubu i stał się oficjalną penyą.

Z przymrużeniem oka można by pewnie rzec, że fani znad Wisły odwrócili bieg dziejów katalońskiego klubu. Nie ulega natomiast wątpliwości, że podróżując po całej Europie na mecze, często są bezpośrednimi świadkami największych, najbardziej spektakularnych wydarzeń w najnowszej historii ich ukochanego zespołu. W ciągu tych dziesięciu lat towarzyszyli piłkarzom w bordowo-granatowych strojach ponad 60-krotnie na różnych, nie tylko ligowych, arenach.

Chcę wierzyć, że piękne wydarzenia ostatnich lat, będące udziałem kibiców, piłkarzy i działaczy Barcelony, będą trwać przez kolejne dekady. Tak, by jak największa liczba fanów mogła delektować się tym, co w piłce nożnej najlepsze. Ale także pamiętajmy o tym, o czym Autor pisze w prologu niniejszej książki. Zanim nadeszły lata tłuste, nie brakowało tych chudych, które zapoznały culés ze smakiem goryczy porażki i nauczyły cierpliwego czekania.

Na razie jednak przyszłość rysuje się w jasnych barwach. Bo mimo ewolucji i rewolucji, jakie Barcelona przechodziła w ciągu tego niezwykłego dziesięciolecia, drużyna zawsze utrzymywała wysoki poziom. Niezmiennie była i jest punktem odniesienia dla całego piłkarskiego świata. A skoro końca nie widać, to nie ma większego sensu go wypatrywać.

Krótko mówiąc: la historia continúa…

Patryk Pulikowski

inicjator powstania i pierwszy prezes Fan Club Barca Polska

Wstęp

2 września 2015 roku – dzień, w którym zacząłem pisać niniejszą książkę. Ale to później, wieczorem. Na razie, rano, pierwszy raz odprowadzam do szkoły w podwarszawskiej miejscowości, w której mieszkam, sześcioletniego syna. Wczoraj było rozpoczęcie roku, ale ono się nie liczy, prawdziwe emocje zaczynają się dziś. Najpierw syn musi iść do szatni, potem na świetlicę, w końcu, już beze mnie, tylko ze swoją panią, na lekcje. Przed szatnią mówię, że ma worek na buty w barwach Barcelony, więc łatwo go po lekcjach znajdziemy. Ale oto konsternacja: okazuje się, że w szatni wiszą takie cztery. Przed wejściem na świetlicę, już mniej pewnie, tłumaczę, że ma plecak Barçy, więc bez kłopotów go rozpozna i na pewno na lekcje zabierze swój. Moje złe przeczucia się jednak sprawdzają: na świetlicy, na półce z tornistrami, na może trzydzieści stoi już pięć identycznych.

– O, jeszcze jeden kibic przyszedł – mówi z rozbawieniem pani świetliczanka na nasz widok.

Muszę dodać, że ani tego dnia, ani później, w całej szkole nie zauważyłem worka czy tornistra w barwach Legii, Realu czy jakiejkolwiek innej drużyny. Podobnie na pierwszym treningu sześciolatków w lokalnym klubie: jedna czwarta dzieciaków przyszła w koszulkach z Messim bądź Neymarem na plecach (dopiero po pewnym czasie zaroiło się od „Lewandowskich”). Przemknęło mi przez myśl, że gdy sześć lat wcześniej identyczną drogę – szatnia, świetlica, pierwszy trening – pokonywałem ze starszym synem, zdarzały się w wyposażeniu dzieci co najwyżej pojedyncze gadżety w barwach FCB.

Nie brak rodziców, którzy chcą, aby jedno ich dziecko zostało lekarzem, a drugie prawnikiem. Ja pomyślałem sobie kiedyś, że fajnie byłoby, gdyby jeden z moich synów został kibicem Barçy, a drugi Realu – ależ pięknie by się wtedy oglądało razem Gran Derbi! Ponieważ starszy szybko zdecydował się na Barcelonę, młodszemu przywiozłem z jednego z wyjazdów służbowych do Hiszpanii kilka gadżetów Los Blancos. Nic z tego jednak nie wyszło. Nie wiem jak ani kiedy, ale też został culé…

Fenomen eksplozji popularności Barcelony, jaki miał miejsce w ostatnich latach, spece od marketingu i PR-u łatwo wytłumaczą rozmaitymi działaniami klubu ze stolicy Katalonii na tych polach. Ale nie będą mieli racji. Młodzi kibice „wchodzący na rynek” zakochują się w Barcelonie przede wszystkim dlatego, że pięknie i unikalnie gra w piłkę i do tego przeważnie wygrywa, a dopiero w dalszej kolejności z powodu odpowiedniego obrazu zespołu i tworzących go piłkarzy wykreowanego w mediach. To właśnie styl prezentowany przez Barçę w ostatniej dekadzie oraz rezultaty przez nią osiągnięte stały się przyczyną ogólnoświatowego fenomenu społecznego, jakim jest kibicowanie zespołowi z Camp Nou i utożsamianie go ze wszystkimi pozytywnymi wartościami tradycyjnie niesionymi przez sport. W niniejszym opracowaniu skoncentrujemy się zatem na czysto sportowych aspektach historii Barcelony w ostatniej dekadzie, pozostałe, pozaboiskowe kwestie, choć fascynujące, pozostawimy fachowcom zajmującym się nimi na co dzień.

Z naszego, wyłącznie sportowego punktu widzenia trudno się barcelonomanii dziwić. I styl bowiem, i sukcesy Blaugrany są bezprecedensowe.

Real Madryt w latach 1956–1966 sześciokrotnie sięgał po Puchar Mistrzów Krajowych, z czego pięć razy z rzędu na początku rywalizacji. Od tego czasu nie zdarzyło się, by jakakolwiek drużyna w ciągu dziesięciu kolejnych sezonów triumfowała choćby czterokrotnie. Bayern Monachium i Ajax Amsterdam zdobywały po trzy trofea z rzędu, jednak potem, wraz z zestarzeniem się czy zgoła odejściem grupy czołowych piłkarzy, następowały dla nich lata chudsze. Aż w obecnym tysiącleciu nadeszła era Barcelony. W dekadzie 2006–2015 Barça wygrała Ligę Mistrzów czterokrotnie. Jeśli zaś nie wygrała, dotarła – z jednym wyjątkiem, kiedy odpadła w ćwierćfinale – do półfinału. Stale zatem pozostawała w ścisłej czołówce. A obecne czasy są o wiele trudniejsze dla piłkarskich gigantów niż pół wieku temu, kiedy Real stąpał do wymarzonego pucharu drogą usłaną różami. W sezonie 1957/58 musiał tylko wygrać dwumecze z RFC Antwerp, Sevillą i Vasasem Budapeszt, potem finał z AC Milanem – i po kłopocie. Dzisiaj podobny zestaw rywali czeka na każdego już w fazie grupowej.

Wyczyn Barcelony jest więc tak naprawdę nieporównywalny z żadnym innym osiągnięciem w europejskim futbolu klubowym. Mamy do czynienia z klubową drużyną wszech czasów, a owe dziesięć sezonów w pełni zasługuje na miano złotej dekady. Każdy taki okres winien doczekać się swojego omówienia – i tym właśnie jest niniejsza książka.

Autor stojący przed takim zadaniem, jakie postawił sobie niżej podpisany, musi, zanim włączy komputer, odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie: tworzy opowieść czy kronikę? Otóż nie miałem żadnych wątpliwości, że ma to być opowieść. Nie znajdziecie tu więc Państwo detalicznej relacji z kolejnych meczów na drodze do danego triumfu. Nie zostanie tu przypomniane – chyba że będzie to akurat niezbędne dla toku narracji – w której minucie danego spotkania Leo Messi trafił w słupek, a w której Víctor Valdés popisał się piękną paradą. Po kilku latach nie ma sensu powielanie tego, co szczegółowo relacjonowały gazety i strony internetowe, a także co opisano w licznych publikacjach książkowych. Z dwóch fundamentalnych pytań: „jak?” oraz „dlaczego?” Barça sięgała po kolejne trofea, albo ponosiła spektakularne porażki, zdecydowanie bardziej interesuje mnie to drugie.

Czytelnicy chcący sobie przypomnieć, jak to się wszystko odbywało krok po kroku, proszeni są o zajrzenie do załączników zawierających wszystkie podstawowe dane dotyczące przebiegu rywalizacji. Na pozostałych stronach postaramy się zajrzeć za kulisy wydarzeń oraz postawić tezy dotyczące ich interpretacji. Bo, powiedzmy sobie szczerze, w futbolu to i owo, owszem, zależy od tego, czy piłka akurat wpadnie do siatki, czy trafi w słupek, czy sędzia odgwiżdże karnego, czy puści grę, jednak najważniejsze dzieje się, jeszcze zanim piłkarze wybiegną na boisko, czyli wtedy, kiedy najpierw są dobierani i przygotowywani do ról, jakie przyjdzie im odegrać, a potem otrzymują zadania do wykonania na boisku. Kluczowy jest zatem wybór „reżysera”, czyli trenera. Tym zagadnieniom poświęcimy tu najwięcej miejsca.

Koniecznych jest też kilka słów na temat tego, jak powstawała ta książka. Otóż w ciągu wszystkich opisywanych tu sezonów pełniłem funkcję komentatora meczów hiszpańskiej Primera División w stacji Canal+, a później na platformie NC+ (od sezonu 2012/13 także spotkań Ligi Mistrzów), jak również pisałem teksty na temat hiszpańskiego futbolu ukazujące się w tygodniku „Piłka Nożna” oraz miesięczniku „Piłka Nożna Plus”. Szacuję, że w tym czasie skomentowałem około 70 procent ligowych spotkań FCB (czyli mniej więcej 280, plus kilkanaście w Champions League) i napisałem o niej około 100 obszernych artykułów. A przygotowanie do każdego takiego meczu czy tekstu to godziny spędzane na poszukiwaniu ważnych informacji, szczegółów, ciekawostek. Zakładam, że przez te dziesięć lat przeczytałem prawie wszystko, co na temat Barcelony napisały cztery hiszpańskie dzienniki sportowe: „Marca”, „As”, „Sport” oraz „Mundo Deportivo”, a zaglądałem też na inne strony. Z każdego przeczytanego artykułu sporządzałem notatki, z każdego wywiadu wypisywałem cytaty – by mieć je przed oczami podczas transmisji, nie zapomnieć powiedzieć widzom czegoś, co jest tego warte, albo niczego istotnego nie pominąć w artykule. Te setki zapisanych maczkiem stron, dokumentujących w istocie dzieje Barcelony w latach 2006–2015, zachowałem. To one posłużyły za kanwę niniejszej książki.

Oczywiście tezy formułowane na bieżąco przez dziennikarzy prasowych, siłą rzeczy często na podstawie szczątkowych danych, nie zawsze znajdują potem odzwierciedlenie w faktach. Wszystkie je więc weryfikowałem, szukając potwierdzenia lub zaprzeczenia w literaturze na temat najnowszej historii FCB. Sporo koncepcji się rzecz jasna nie ostało, za to pojawiło się kilka nowych.

I tak to było. Za wszystkie ewentualne nieścisłości czy przeinaczenia, także te wynikłe z błędów autorów źródeł, winę ponosi oczywiście niżej podpisany.

Leszek Orłowski

Prolog

W Wigilię Bożego Narodzenia dzieci wstają bardzo wcześnie. Kiedy bowiem nastaje dzień, w którym mogą się spełnić od dawna śnione sny i zrealizować marzenia o otrzymaniu czegoś, czego pragnie się ponad wszystko, to choć Mikołaj przychodzi wieczorem, nikt przecież nie będzie się długo wylegiwał w łóżku. Na Mikołaja trzeba się porządnie naczekać, tym intensywnym, wzmożonym czekaniem dodatkowo go zmotywować do wypełnienia jego powinności tuż po zapadnięciu zmierzchu. A wygania z pościeli jeszcze przecież także niepokój, że zamiast zabawki brodaty osobnik wyciągnie z worka rózgę. Nigdy wprawdzie jeszcze do tego nie doszło, ani w naszym domu, ani w domu żadnego kolegi i koleżanki, niemniej słynący z prawdomówności rodzice zaznaczają przecież istnienie takiej ewentualności…

14 maja 2005 roku kibice Barcelony także zrywali się z łóżek bardzo wcześnie. Wieczorem miały się odbyć dwa najważniejsze mecze 36., trzeciej od końca, kolejki Primera División. Barça cieszyła się sześcioma punktami przewagi nad Realem i lepszym bilansem bezpośrednich z nim spotkań. Wystarczyło, że na boisku Levante, w meczu rozgrywanym już po zakończeniu spotkania Los Blancos z Sevillą na wyjeździe, osiągnie rezultat nie gorszy niż wielki rywal, i tytuł powędruje do Katalonii. Prawdopodobieństwo tego zdarzenia było zatem porównywalne z prawdopodobieństwem przyjścia Mikołaja 24 grudnia. (Oczywiście, należałoby tu raczej – wszak jesteśmy w Hiszpanii – napisać o otrzymaniu prezentu 6 stycznia, w dniu Trzech Króli, bo takie są w tym kraju zwyczaje. Ale ponieważ dorastaliśmy w Polsce, pozostańmy przy Mikołaju).

Posłużyliśmy się tutaj tą nieco banalną analogią z Mikołajem nie z powodu zgodności w rachunkach prawdopodobieństwa. Chodzi o oddanie intensywności oczekiwania wywołanej jego długością. Otóż Barcelona poprzednie trofeum – jakiekolwiek trofeum! – zdobyła przed sześcioma laty. Było to mistrzostwo Hiszpanii sezonu 1998/99.

Mogłoby się wydawać, że to niedużo. Jednak sześciolatka sześciolatce nierówna. Czym innym – zaledwie mrugnięciem oka – jest sześć lat bez sukcesu dla kibica, dajmy na to, Cracovii, a czymś zupełnie odmiennym, zbliżonym do wieczności, dla fana Blaugrany. Jeśli ostatnie trofeum pupile wywalczyli przed sześcioma laty, to w zasadzie zdobyli je w plejstocenie, gdy ziemia po wyginięciu dinozaurów pokryta była lodowcami.

Tak więc 14 maja 2005 roku o 20.00 wszyscy culé w Hiszpanii i w tych krajach, do których transmitowane były jej mecze, zasiedli przed telewizorami, by najpierw zobaczyć, czego dokona Real na Estadio Ramón Sánchez Pizjuán – czyli jak wysoko zawiesi poprzeczkę drużynie Franka Rijkaarda. Porażka oznaczałaby dla Barcelony mistrzostwo przed wyjściem na Estad Ciutat de València. Zrazu Real przegrywał, po golu swojej przyszłej gwiazdy Sergia Ramosa, potem wyrównał i wyszedł na prowadzenie, by w końcu stracić bramkę na 2:2 w wyniku akcji Júlio Baptisty. Trafienie Brazylijczyka kibice Katalończyków przyjęli jako znak, że dziś ich męczarnie dobiegną końca.

Tak też się stało, choć było nerwowo, bo Levante osiągnęło w 34. minucie przewagę po golu Alberto Rivery. Jednak w 61. wyrównał Samuel Eto’o i w Barcelonie polała się cava. Mecz skończył się tuż przed północą, zaraz po ostatnim gwizdku sędziego tłumy kibiców wylały się na ulice z domów i barów. Radość była opętańcza, autodestrukcyjna – do szpitali w Katalonii dostarczano tej nocy rannych. Główne obchody – z przejazdem piłkarzy przez miasto – miały miejsce następnego dnia, w niedzielę 15 maja.

Z dzisiejszej perspektywy, po owej dekadzie wspaniałych triumfów, może się wydawać niewiarygodne to, co zostanie napisane za chwilę, ale tak właśnie było. Otóż na początku obecnego stulecia Barcelona uchodziła za najbardziej nieudolny klub w Europie. Cieszyła się wątpliwą sławą przedsiębiorstwa, któremu nic się nie udaje, które spotyka klęska za klęską, niezależnie od tego, kto jest jego prezydentem, kogo się zatrudni w charakterze menedżera, jakich piłkarzy się kupi i za ile. Zawsze coś wychodziło nie tak. Przed każdym sezonem rokowania były wspaniałe, a potem okazywało się, że popełniono błędy.

Za pomyłkę przez długi czas należało uważać także zatrudnienie na stanowisku trenera Franka Rijkaarda latem 2003 roku. Jeśli 14 maja 2005 roku był dniem wielkiego triumfu – czy, mówiąc ściślej, powrotu między żywych po pięcioletnim pobycie w grobie – to dna Barcelona sięgnęła niewiele wcześniej, bo 3 stycznia 2004 roku. Wtedy to, w 18. kolejce ligowej, zespół prowadzony przez Holendra, a mający świeżo na koncie porażki 1:5 na wyjeździe z Malagą i 1:2 u siebie z Realem, poległ 0:3 w Santander z Racingiem. W składzie byli Xavi, Iniesta, Ronaldinho, Puyol, Márquez, także Luis Enrique. A gra wyglądała tragicznie. Katalońscy (i nie tylko) dziennikarze dopisywali już ostatnie akapity do tekstów podsumowujących nieudaną kadencję Rijkaarda jako trenera FCB. Komentatorzy, w tym niżej podpisany, który współrelacjonował ów mecz dla stacji Canal+ Sport, wyżywali się na holenderskim nieudaczniku. Joan Laporta spędził kilka bezsennych nocy, zastanawiając się nad wręczeniem mu dymisji. Czemu tego nie zrobił? Czemu dał mu jeszcze jedną szansę? Drużyna, której przeznaczeniem jest wielkość, zajmowała przecież 11. miejsce w tabeli Primera División, mając 18 punktów straty do liderującego Realu, za to tylko siedem przewagi nad strefą spadkową. W oczy fanów Barçy zajrzało widmo iście biblijnej katastrofy.

Kto by się wtedy poważył na wywróżenie jej takiej przyszłości, jaka niebawem nadeszła? A jednak – tego dnia Barça Franka Rijkaarda odbiła się od dna. W następnej kolejce pokonała 3:0 Saragossę i potem poszło już z górki. 15 zwycięstw (w tym słynne 2:1 na Santiago Bernabéu z golem Xaviego w końcówce) przy trzech remisach i dwóch porażkach dały Barcelonie wicemistrzostwo ze stratą zaledwie pięciu oczek do Królewskich. W maju 2004 roku przyszłość Barçy rysowała się już w jasnych barwach.

Nie ma w niniejszym opracowaniu miejsca na szczegółowy opis zmagań rozgrywek 2004/05, których zwieńczeniem był ów ekstatyczny 14 maja. Natomiast warto przytoczyć kilka wypowiedzi z dnia następnego. W proroka zabawił się zwłaszcza Rafael Márquez: „Pierwszy triumf jest zawsze najtrudniejszy. Teraz przed nami pasmo zwycięstw takie, jakie było udziałem Dream Teamu Johanna Cruyffa. Zdobędziemy cztery tytuły mistrzowskie z rzędu i dołożymy zwycięstwo w Lidze Mistrzów”, powiedział. Zapewne dał się ponieść fali euforii, faktem jest jednak, że choć nie wszystko się sprawdziło, to w zasadzie wywróżył dobrze. Frank Rijkaard powiedział zaś tego dnia: „To od piłkarzy zależy, czy przyjdą kolejne triumfy” – i też miał rację, co zostanie tu jeszcze wykazane.

Styl, w jakim grała Barça w drugim sezonie pracy Holendra, zwracał uwagę także za granicą. Hiszpańskie media pisały, że na transfer do Barcelony bardzo napalił się wówczas Thierry Henry, gdyż doszedł do wniosku, że to właśnie tej ekipie pisane są wielkie sukcesy w najbliższych latach.

Przytoczmy jeszcze jeden cytat z dnia, w którym świętowano w Barcelonie pierwszy po tak długiej przerwie tytuł mistrzowski. To wtedy Samuel Eto’o wykrzyczał do mikrofonu słowa, które wywarły wpływ na kształt hiszpańskiego futbolu w następnych latach i które odbijają się czkawką do dziś: „Madrid, cabrón, saluda al campeón!” („Madrycie, rogaczu, pokłoń się mistrzowi!”). Ten obraźliwy okrzyk wznosili – po tylu latach, kiedy na finiszu rozgrywek zawsze zamierał im w gardłach – kibice FCB. Ale wówczas padły z ust piłkarza, w dodatku byłego zawodnika Królewskich. W Hiszpanii określenie kogoś mianem rogacza to wielka obraza. Słowa Kameruńczyka były jak wpuszczona do stawu kropla silnego jadu, która z czasem rozchodzi się po całej jego powierzchni, zatruwając wodę i niszcząc co wrażliwsze formy życia. Trwale odcisnęły się na wielkiej rywalizacji Barcelony z Realem.

Niełatwo było znaleźć dla niniejszej książki optymalny tytuł, będący w zgodzie zarówno z faktami, jak i logiką. Ta druga wyklucza sformułowanie „złota dekada Barçy 2005–2015”, bo dekada nie może liczyć 11 lat. Z drugiej strony owa złota dekada zaczęła się 14 maja 2005 roku właśnie, a skończyła 6 czerwca 2015 roku, w dniu triumfu w finale Ligi Mistrzów w Berlinie nad Juventusem Turyn. Czyli trwała dziesięć lat z malutkim okładem.

Te dwie daty wyznaczają ramy czasowe niniejszej książki.

CZĘŚĆ 1. PRZED PEPEM

ODSŁONA 1

2005/06.

Paryż wart wszystkiego

18 maja 2006 roku to dzień, w którym w Barcelonie było najmniej turystów w historii. Oczywiście relatywnie – po prostu nie byli tak widoczni jak zwykle. Na ulice wyległy bowiem rzesze mieszkańców, kibiców Barçy, by wraz ze swymi piłkarzami świętować to, na co tak długo czekali.

Jakże symptomatyczne okazały się słowa jednego z dwóch przebojów, które tego wieczoru, gdy piłkarze otwartym autokarem przejeżdżali przez miasto, słychać było nawet pod owiewanym przez morską bryzę pomnikiem Kolumba. „We are the champions” bledło wobec „I will survive” – bo fani FCB właśnie cieszyli się z tego, że udało im się przetrwać ów trudny czas, kiedy ich ukochany klub ponosił w Lidze Mistrzów spektakularne porażki. „To jest chwila, o której marzyłem przez całe życie!”, krzyczał przez megafon Ronaldinho i uczucie to podzielali kibice. Bo nawet u tych starszych wspomnienie poprzedniego triumfu, tego z roku 1992, mocno się już zatarło…

***

Odzyskanie mistrzostwa Hiszpanii było dla kibiców FCB jak pierwsza łyżka zupy po kilkudniowym poście ścisłym – nie zaspokoiło głodu, tylko uświadomiło jego gigantyczny rozmiar. Natychmiast pojawiły się oczekiwania, że przyjdą kolejne sukcesy. Nikt nie cytował powiedzenia, że łatwiej jest się na szczyt wdrapać, niż na nim utrzymać, ponieważ nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że Barça Franka Rijkaarda, wywalczając w 2005 roku mistrzostwo, zdobyła właśnie jakiś szczyt. Co najwyżej po mozolnej wspinaczce wdrapała się na niewielki pagórek, z którego wszakże roztaczał się widok na szereg pięknych wierzchołków pozostających do zdobycia.

Frank Rijkaard, już świętując ów tytuł, doskonale wiedział, że jeżeli po triumfie w La Liga nie przyjdą kolejne w sezonie 2005/06, to w czerwcu za rok opuści Camp Nou jako wielki przegrany. Jak będąc nikim, przyjechał do Ciudad Condal, tak będąc nikim, zeń wyjedzie.

1. Rijkaard

Dziś, kiedy Frank Rijkaard, znudzony i zniesmaczony, zakończył już karierę trenerską (mam nadzieję, że przy okazji uda się tu wyjaśnić, czemu w stosunkowo młodym wieku podjął taką decyzję), możemy powiedzieć, że jest on jednym z nielicznych szkoleniowców, który z wielkim zespołem osiągnął wielkie sukcesy, ale ani wcześniej, ani później nie dokonał prawie niczego. Gdy podczas Euro 2000 dowodzona przez Rijkaarda Holandia, która była gospodarzem turnieju, przegrała w półfinale z Włochami, został on zmieszany z błotem, wskutek czego podał się do dymisji.

Joan Laporta, który zatrudnił go w 2003 roku, ryzykował wiele, to jasne. Po Louisie van Gaalu, który zdobył mistrzostwo w 1999 roku, w klubie pracowali: Lorenzo Serra Ferrer, Carles Rexach, ponownie van Gaal, wreszcie Radomir Antić. Można powiedzieć – stare trenerskie repy. Jednak albo nie mieli owi szkoleniowcy żadnego pomysłu na grę drużyny, albo był to pomysł kiepski. Stosunkowo najlepszy z nich przedstawił Antić, który ugasił wiosną 2003 roku zostawiony przez apodyktycznego van Gaala pożar. „Był to trener, który nauczył nas zdrowego rozsądku”, ocenił go Xavi, akurat przez Anticia przestawiony z pozycji defensywnego pomocnika na rozgrywającego. Jednak Serb nie prezentował profilu, jakiego Laporta oczekiwał od nowego, stałego trenera. Miał to być ktoś młody i tryskający pomysłami.

Dlaczego Rijkaard odniósł sukces, dlaczego powiodło mu się najpierw odzyskanie mistrzostwa, a potem, w sezonie, który tu poddajemy analizie, obrona tytułu oraz zwycięstwo w Lidze Mistrzów? Odpowiedź na to pytanie musi uwzględniać kilka płaszczyzn działalności trenera.

Po pierwsze, miał on pomysł na grę Barcelony i okazał się to pomysł trafiony. Wiadoma rzecz: styl gry znany dziś powszechnie jako styl Barçy, w istocie rzeczy jest stylem holenderskim. Do czasu drugiego przybycia do Katalonii – tym razem jako trener – Johanna Cruyffa, o niczym takim mowy nie było, Barça była zespołem grającym jak wszystkie inne: raz lepiej, raz gorzej, raz tak, a raz inaczej. Każdy nowy trener mógł, jak wszędzie indziej, wprowadzić totalną rewolucję. To Cruyff przeniósł na Camp Nou (a także do ośrodka szkoleniowego Barçy, La Masii, co w sumie okazało się ważniejsze) wzory, jakimi nasiąknął w Ajaxie: ustawienie zawodników na boisku oraz styl gry polegający na długim utrzymywaniu się przy piłce i zabawie z rywalem w kotka i myszkę. W Amsterdamie wypracował je Rinus Michels, który pracował w nim w latach 1965–1971. Następnie Michels objął Barcelonę i sprowadził do niej Cruyffa. Oczywiście, w czasie swoich dwóch kadencji również nauczał w Katalonii futbolu na modłę holenderską, ale była to tylko jedna z koncepcji. Po nim przecież prowadzili zespół nawet szkoleniowcy o tak skrajnie odmiennej filozofii jak twórca catenaccio Helenio Herrera. Na drogę zmierzającą prosto ku tiki-tace (termin ten powróci i zostanie wyjaśniony w rozdziale 4), z której nie było już odwrotu, skierował Barçę Cruyff-trener.

Można poprowadzić prostą linię od Michelsa poprzez Cruyffa i Guardiolę aż do Luisa Enrique. Figuruje też na niej Frank Rijkaard. „Jako piłkarz wychowałem się w Ajaxie, czyli grając w systemie 1+4+3+3 z dwoma środkowymi pomocnikami i dwoma skrzydłowymi. Miałem szczęście. Ajax zawsze kształcił piłkarzy do gry ofensywnej, atrakcyjnej”, mówił w wywiadzie dla „Marki” udzielonym w styczniu 2006 roku.

Baza filozofii futbolowej Rijkaarda była więc taka sama jak w przypadku Cruyffa, pod którego wodzą zespół jedyny raz dotychczas wygrał w Pucharze Mistrzów Klubowych w 1992 roku. Laporta wiedział, że myśl zaszczepiona przez Boskiego Johanna ogarnęła cały klub, że w zgodzie z propagowaną przez niego ideologią szkoli się młodych piłkarzy, że wobec tego trener z Holandii będzie świetnym rozwiązaniem, bo będzie potrafił wykorzystać potencjał młodzieży. Z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że Holender Holendrowi nierówny. Przecież Louis van Gaal dysponował tymi samymi walorami, a jednak jego druga kadencja okazała się całkowitym fiaskiem. Szkoła holenderska sama w sobie też zresztą zdążyła już nieco sparszywieć.

Rijkaard miał jednak atut, którego był pozbawiony van Gaal i większość szkoleniowców z Niderlandów. Mianowicie był zawodnikiem wychowanym przez Ajax, a następnie przeszedł przez szkołę Arrigo Sacchiego w Milanie. W ten sposób do bazy została dodana nadbudowa.

Sacchi to bardzo ciekawy przypadek, jako trener trochę przypominał Rijkaarda. W Milanie zbudował zespół, który wygrał wszystkie możliwe trofea, i na wiele lat natchnął zastępy szkoleniowców piłkarskich na całym świecie. Potem jednak nie miał już wielkich osiągnięć, nie był w stanie przełożyć swych teorii na praktykę w innych miejscach pracy. Rijkaard grał w Milanie przez kilka lat i za czasów Sacchiego osiągnął z tym zespołem naprawdę wiele, przejął też od Włocha jego poglądy na futbol. Czy raczej – nałożył je na wiedzę i doświadczenia wyniesione z Ajaxu. A obie te szkoły znakomicie się uzupełniały.

Przymiotnika „totalny” nie da się stopniować. Jeśli coś jest totalne, to bardziej totalne już być nie może. Dlatego też może trochę szkoda młodszym kibicom, że określeniem „futbol totalny” obdarzono w latach 70. styl gry Ajaxu i reprezentacji Holandii, należało go bowiem zarezerwować dla Milanu Sacchiego. Gdyby twórca tej definicji wiedział, jak będzie 20 lat później grał Milan, to futbol prezentowany przez Ajax i Oranje określiłby jako półtotalny. Rijkaard w cytowanej powyżej rozmowie z dziennikarzami największej hiszpańskiej gazety sportowej, Roberto Palomarem i Javierem Matallanasem, wytłumaczył, w czym rzecz: „Milan Sacchiego miał cały czas grać na połowie rywala. Cisnąć go, zastraszać, jak najwyżej odbierać piłkę i od razu atakować. Po strzeleniu pierwszego gola naszym zadaniem było bez chwili odpoczynku przystępować do dalszego tłamszenia przeciwnika, by strzelić drugiego. Kiedy było 2:0, dalej mieliśmy robić to samo, żeby jak najszybciej wyjść na 3:0”.

Rijkaard nie ukrywał, że jego filozofia jest mieszanką tego, co wpojono mu w Ajaxie i tego, co zafascynowało go u Sacchiego. Znów oddamy mu głos: „Kluczem oczywiście jest odbieranie piłki rywalowi. Ale uważam – i tak też szkolę swoich piłkarzy w Barcelonie – że pressing należy zakładać wyłącznie wtedy, kiedy wszyscy jesteśmy właściwie ustawieni. Bo ma on sens tylko wówczas, gdy za jednym ogniwem podąża drugie. Jeśli w naszych szykach panuje choćby lekki chaos, lepiej się wycofać. Dla mnie najważniejsze jest, żeby zespół był jednością. Cały czas pracujemy nad tym, aby wpoić piłkarzom, że każdy z nich, nawet ten, który umie najwięcej, działając w pojedynkę, jest nikim, że tylko pracując razem, stanowimy potęgę. Brak dyscypliny taktycznej powoduje, że bieganie po murawie jest bezsensowną stratą sił. Wszyscy muszą być w każdym momencie gotowi do udzielenia pomocy kolegom”.

W tych słowach kryje się zapewne także klucz do wyjaśnienia innego bardzo istotnego zagadnienia: dlaczego z Rijkaardem nie zadziałało od zaraz, tylko potrzebne było aż pół roku do zbudowania sensownego zespołu, a dwa lata do zdobycia pierwszego trofeum. Otóż wpojenie piłkarzom tych mechanizmów, o których mówił trener, nie było rzeczą łatwą. Tym bardziej piłkarzom Barcelony, przyzwyczajonym do gry mocno indywidualistycznej. Ponadto na początku Holender popełniał błędy – na przykład z powodu kiepskich warunków fizycznych odsunął od składu Xaviego, gdyż w środku pola preferował duet dryblasów, Phillipa Cocu i Gerarda Lópeza. Na szczęście udało się ten ciężki okres przetrwać. Kiedy tryby zaskoczyły, a Rijkaard rozeznał się w możliwościach piłkarzy i postawił na Xaviego, a także przesunął Carlesa Puyola na środek obrony, od razu dało się zauważyć zmianę na plus.

Dziś, patrząc na kadencję Franka Rijkaarda z perspektywy czasów Pepa Guardioli, uznawanego za największego wizjonera współczesnego futbolu, lekceważy się taktyczne kwalifikacje Holendra. W zasadzie katalońscy autorzy spisujący współczesną historię FCB pomijają jego zasługi. Ot, zdobył dwa tytuły krajowe i wygrał jedną Ligę Mistrzów, ale żadnego piętna na klubie nie odcisnął. Guardiola opisywany jest jako bezpośredni następca Cruyffa, a miano ogniwa pośredniego między nimi już prędzej przyznaje się van Gaalowi. Może lokalni dziennikarze mają w tym jakiś cel, ale my musimy tu mocno zaakcentować: Rijkaard wykonał kawał solidnej roboty na polu dostosowania radosnego futbolu granego przez Barcelonę do współczesnych wymogów. To dzięki przejściu przez jego szkołę tacy piłkarze jak Xavi, Andrés Iniesta, Carles Puyol i Leo Messi stali się maszynami do grania w piłkę, gwiazdami niebrzydzącymi się brudnej roboty. Pamiętajmy, nawet jeśli oni zapomnieli – a łatwo o taki wniosek po lekturze ich autobiografii – o tym, co powtarzał im przez kilka lat Rijkaard: zbiór indywidualności nie jest zespołem. Tiki-taka Pepa Guardioli opierała się na fundamentach wzniesionych przez Rijkaarda. Nie wolno tego nie zauważać i opisywać Holendra jako trenerskiego prostaczka, któremu przypadkiem udało się to i owo zdobyć. Nie był może wizjonerem, ale rzemieślnikiem artystycznym z całą pewnością. Szkoda, że jego motta – „Taktyka nie jest święta, ważne jest, jak interpretują ją zawodnicy” – nikt nie przekazał Guardioli. Pozwoliłoby mu to uniknąć kilku bolesnych porażek.

2. Frank – fajny facet

Wpoić piłkarzom arkany zaawansowanej taktyki w taki sposób, żeby nawet tego nie zauważyli, to nie lada sztuka. Można ją porównać do kanałowego wyczyszczenia zęba w doskonałym znieczuleniu, bez odrobiny bólu. Najwyraźniej udało się to właśnie skromnemu holenderskiemu szkoleniowcowi, bo wypowiadając się o Rijkaardzie lub pisząc o nim w swych autobiografiach, zawodnicy Barçy koncentrują się niemal wyłącznie na jego walorach ludzkich, poza drobnymi wyjątkami pomijając kompetencje zawodowe sensu stricto. Zacytujemy tu Carlesa Puyola, za jego biografią pióra Ziemowita Ochapskiego: „Nie mówi zbyt wiele, ale dokładnie przekazuje swoje myśli i ma bardzo sprecyzowane poglądy”. Z kolei Víctor Valdés mówił: „Bronił piłkarzy. Był zwolennikiem swobody. To oni sami decydowali, jak o siebie dbać”; „Lubił, kiedy wśród zawodników panował spokój”; „Sprawiał wrażenie, jakby nie martwił się meczem. Zawsze potrafił zachować równowagę psychiczną i swoim nastawieniem zarażał innych. Nie był jednym z tych trenerów, którzy wywierają na zawodnikach presję”. Xavi natomiast pisał: „Rijkaard jako człowiek zasługiwał na notę 10. Sposób, w jaki traktował piłkarzy, był fenomenalny”; „Dawał nam dobry przykład i wszystkich szanował. Powtarzał nam, że powinniśmy zachowywać się jak profesjonaliści”.

Jakaż to była odmiana wobec Louisa van Gaala, którego czasy piłkarze Barçy mieli jeszcze świeżo w pamięci, a który, jak pisał Xavi, „gdy zaczynał po meczu indywidualną ocenę każdego z nas, w swoich komentarzach był nieco grubiański… Zarzucał nam nawet coś, co było zupełnie niesłuszne… »Tak nie może być!«, krzyczał. Spuszczaliśmy głowy i jakoś wytrzymywaliśmy to upokorzenie”.

Jedna z teorii głosi, że po trenerze autokracie, dyktatorze, poganiaczu niewolników, gdy drużyna pod jego wodzą przestanie odnosić sukcesy, winien zostać zatrudniony szkoleniowiec typu brat łata, kolegujący się z piłkarzami, niezaglądający im nocami do pokojów i umiejący rozładować atmosferę przed meczem. Sprawdziła się ona i w przypadku Barcelony. Rijkaard wierzył w futbol bardzo podobny do tego, którego wielbicielem był van Gaal, ale nauczał go przy użyciu zupełnie innych metod.

Pozostaje pytanie, czy był takim dobrodusznym, ufającym innym na słowo człowiekiem z natury, czy też tak ukształtowały go okoliczności. Cóż, z pewnością co najmniej przyczyniły się one do tego, jak Frank postrzegany był przez piłkarzy i w jakie buty musiał wejść, objąwszy Barcelonę. W 1998 roku, po mundialu we Francji i odejściu Guusa Hiddinka, 36-letni zaledwie Rijkaard, który niedawno zakończył karierę piłkarską, został nieoczekiwanie selekcjonerem reprezentacji Holandii. Spotkał w niej wielu swoich kolegów z boiska. Trudno, żeby zażyczył sobie nagle, by mówili do niego inaczej niż po imieniu. Jako trener Pomarańczowych nie sprawował w zespole władzy suwerennej. Świadczy o tym choćby fakt, że stawiał niemal wyłącznie na dotychczasowe gwiazdy zespołu i nie wprowadzał nowych twarzy. W końcu się to na nim zemściło. A kiedy zatrudniono go w Barcelonie, grało tam aż czterech Holendrów, oczywiście reprezentantów: Phillip Cocu, Marc Overmars, Patrick Kluivert i Michael Reiziger, do których dołączyli niebawem Giovanni van Bronckhorst i Edgar Davids. Z pewnością poinformowali kolegów, że nowy trener to fajny gość. Trudno, żeby zobaczywszy ich w szatni, Rijkaard przybrał pozę dyktatora. Został skazany na odgrywanie podobnej postaci, jaką był jako selekcjoner.

Przez dwa lata taki partnerski układ działał poprawnie – także dlatego, że, jak opisał to w jednym w wywiadów Ronaldinho, piłkarze Barcelony, których spotkał w szatni po transferze do FCB, tak bardzo chcieli w końcu coś wygrać, tak niepewnie czuli się w tym klubie, że skoncentrowali się wyłącznie na futbolu, nie zadzierali nosa. Byli bardzo skromnymi ludźmi i dawali się prowadzić nawet tak spolegliwemu trenerowi jak Rijkaard.

3. Ronaldinho

Każdy wielki piłkarz ma swój emblematyczny dzień chwały. Dzień, w którym osiągnął wyżyny swego kunsztu, w którym niesiony jakimś nieziemskim natchnieniem wprawił w oszołomienie kibiców na całym świecie. Gdyby takiego dnia nie miał, nie mógłby być uważany za prawdziwą wielkość.

Dla Ronaldinho ów moment, z którym kojarzony będzie po wsze czasy, nadszedł 19 listopada 2005 roku. O godzinie 20.00 na stadionie imienia Santiago Bernabéu rozbrzmiał pierwszy gwizdek sędziego Eduardo Iturralde Gonzáleza rozpoczynający kolejne starcie gigantów: Realu z Barceloną. Kibice, którzy zapełnili obiekt do ostatniego miejsca, liczyli, że Real wygra i przegoni wielkiego rywala z Katalonii w tabeli, gdyż miał do niego tylko punkt straty. Drużyny zajmowały drugie i trzecie miejsce, liderowała Osasuna, ale nikt się nią specjalnie nie przejmował. Fani Los Merengues byli trochę poirytowani na swoich faworytów, gdyż tydzień wcześniej przegrali w La Coruñi z Deportivo. To miał być wieczór odkupienia win.

Ale nie był. Najpierw gola strzelił Samuel Eto’o, a potem, w 58. i 77. minucie, dwiema wspaniałymi akcjami popisał się Ronaldinho. Obie przypominały w pewnym stopniu fenomenalny rajd Maradony z meczu z Anglią podczas MŚ 1986. W pierwszej Ronaldinho dostał piłkę jeszcze na własnej połowie i pognał z nią na bramkę Ikera Casillasa. Najpierw posadził na tyłku Sergio Ramosa, potem to samo zrobił z Ivánem Helguerą, a następnie uderzył obok bramkarza. Drugą też zaczął z lewej strony, znów zabawił się w torreadora i byka z Ramosem i znów strzelił z gracją i lekkością, ale zarazem siłą; Casillas był bez szans. Może nie pamiętano by tak wyraźnie o tym popisie Ronniego, gdyby nie wspaniałe zachowanie kibiców Realu, którzy zgotowali Brazylijczykowi owację na stojąco. Prawdopodobnie był to ostatni taki pokaz dobrych obyczajów w historii Gran Derbi. Nie mogę nie zacytować tu słów, jakie w kilka miesięcy po owych Gran Derbi Brazylijczyk wypowiedział w rozmowie z „El País”: „Moją cechą jest to, że właśnie w takich meczach wychodzą mi najbardziej nieprawdopodobne rzeczy. W Brazylii, grając w Grêmio, najpiękniejsze gole strzelałem w derbach z Internacionalem. Czasami wydaje mi się w trakcie takich szczególnie udanych spotkań, że Bóg gra ze mną, biegnie obok mnie na boisku, zatrzymuje piłkę, kiedy ta chce mi uciec, układa stopę do strzału… To wspaniałe uczucie!”.

Te gole nie miały już znaczenia dla wyników plebiscytu o Złotą Piłkę. Ale gdyby elektorzy nie wybrali Ronaldinho, w świetle wydarzeń z Santiago Bernabéu byłoby to grubą kompromitacją. Na szczęście dostał najwięcej głosów i 28 listopada odebrał największą indywidualną nagrodę w świecie futbolu.

Tak jak każdy wielki piłkarz musi mieć w swoim portfolio wielki dzień, tak każdy zespół marzący o największych triumfach musi mieć w swoich szeregach wielkiego lidera, gwiazdę, niekwestionowanego przywódcę. Barça między 1999 a 2003 rokiem wydała na piłkarzy 225 milionów euro, a równie dobrze mogła nie wydawać ani centa, gdyż nie udało jej się pozyskać nikogo na miarę Michaela Laudrupa, Christo Stoiczkowa czy Ronalda Koemana – wielkich prowodyrów zespołu Johanna Cruyffa, którzy w 1992 roku powiedli Blaugranę do triumfu w finale Ligi Mistrzów na Wembley. Ostatnim liderem z prawdziwego zdarzenia był występujący na Camp Nou w latach 1997–2002 Rivaldo.

Jari Litmanen, Simão Sabrosa, Frédéric Déhu, Gerard López, Alfonso, Emmanuel Petit, Marc Overmars, Richard Dutruel, Javier Saviola, Geovanni, Fábio Rochemback, Philippe Christanval, Patrik Andersson, Roberto Bonano, Francesco Coco, Juan Román Riquelme, Gaizka Mendieta, Robert Enke, Juan Pablo Sorín – oto piłkarze, na których wspomnianą fortunę wydali Josep Lluís Núñez w ostatnich latach swej kadencji oraz Joan Gaspart. Włos się jeży na głowie! Z tego grona tylko dwóch zawodników: Saviola i Riquelme, było piłkarzami na miarę ambicji Barçy, to znaczy takimi, którzy mogliby się stać liderami zespołu walczącego o triumf w Lidze Mistrzów. Ale akurat obaj się nie sprawdzili w tym klubie. Jak pokazała przyszłość, potrzebowali kilku lat, by przyzwyczaić się do Europy.

Dopiero wybrany w 2003 roku na prezydenta Joan Laporta i jego dyrektor sportowy Txiki Beguiristáin mieli lepsze wyczucie. Nowy szef już za pierwszym razem trafił bingo, kupując za 32 miliony z PSG Ronaldinho Gaúcho. Potem też udowodnił, że ma dobrą rękę, bo sprowadził między innymi Rafaela Márqueza, Deco, Ludovica Giuly’ego, Sylvinho. Ale gdyby nie zakup Brazylijczyka, cała reszta zapewne zostałaby raczej dopisana do listy z poprzedniego akapitu. Bo to Ronnie stał się lokomotywą Barçy na najbliższe lata.

W swej autobiografii Barça moim życiem Xavi, pisząc o Ronaldinho, uderza w patetyczne tony: „Wraz z przybyciem Ronaldinho pojawiło się słońce, rozpraszające chmury marazmu. Jego radość i uśmiech przegoniły zanieczyszczone, niezdrowe powietrze. Jeśli ktoś posiadał choćby niewielkie umiejętności, u boku Ronniego pomnażał je wielokrotnie”. To ważne słowa, nad którymi warto się zastanowić. Xavi to rówieśnik Ronaldinho, ale w 2003 roku w porównaniu z nowym piłkarzem FCB, przecież mistrzem świata z roku poprzedniego, był nikim. Podobnie Carles Puyol, o znacznie młodszych Andrésie Inieście czy Leo Messim nie wspominając. Ta grupa futbolistów, zakompleksionych za sprawą porażek poniesionych na starcie dorosłej kariery i dotychczas otoczonych miernotami (patrz lista), by rozkwitnąć, potrzebowała nie tylko znakomitego piłkarsko przywódcy, ale też kogoś, kto na co dzień będzie dodawał im wiary w siebie. Potrzebowała lidera energicznego i radosnego.

Dobrze to ujął Xavi: Barça z lat 1999–2003 była zespołem ponurym. W jej grze nie widać było grama radości, uprawianie futbolu stanowiło dla jej członków istną mękę, nielubiane i niewdzięczne rzemiosło. Nie zmieniłby tego najlepszy trener, nic nie dałaby doskonała strategia obrana przez Franka Rijkaarda. Tak jak bez niego nie byłoby wielkiej Barçy Pepa Guardioli, tak nie byłoby jej bez Ronaldinho. „Xavito, jesteś świetny. Razem będziemy się dobrze bawić…” Gdyby w 2003 roku z ust Ronaldinho nie padły te słowa, kto wie, kim byłby dziś Xavi. Można przypuszczać, że raczej nie miałby na koncie czterech uszatek wręczanych zwycięzcom Ligi Mistrzów, Pucharu Świata i dwóch mistrzostw Europy. W grze Barcelony do dzisiaj, choć jego samego dawno już na Camp Nou nie ma, widać uśmiech Ronaldinho. Bo nauczył on śmiać się i cieszyć się grą nie tylko Xaviego, ale także Leo Messiego, którego od początku otoczył serdeczną opieką.

4. Messi

24 sierpnia 2005 roku, w 25. minucie dorocznego meczu o puchar imienia założyciela klubu – Joana Gampera, który Barcelona rozgrywa przed startem każdego sezonu z jakimś renomowanym przeciwnikiem – tym razem był to Juventus Turyn – rozstrzygnęła się przyszłość futbolu w nadchodzącej dekadzie.

W owej chwili rację mieli ci widzowie, którzy akurat nie patrzyli na popisy piłkarzy, tylko skupili uwagę na tym, co dzieje się w okolicy trenerskich ławek. Zaobserwowali niecodzienną scenę. Oto opiekun Starej Damy, Fabio Capello, podszedł do Rijkaarda, którego bardzo dobrze znał z czasów pobytu Franka w Italii, i coś mu przez dłuższą chwilę klarował. Holender słuchał go z uśmiechem, ale w końcu przecząco pokręcił głową, objął lekko Włocha w przyjacielskim geście i wysłał w kierunku jego ławki.

Capello po latach zdradził przebieg rozmowy. Otóż doskonale wiedział, że jest w zespole rywala pewien bardzo zdolny chłopak i jeśli zagra, a wiele na to wskazywało, to warto zwrócić na niego uwagę. Capello dowiedział się też co nieco o aktualnej sytuacji owego młodzieńca. Leo Messi, bo o nim mowa, miał już na koncie dziewięć występów w pierwszym zespole w poprzednim sezonie, nie licząc towarzyskiego meczu z FC Porto, w którym faktycznie zadebiutował, a nawet strzelił swego pierwszego gola. Jego udział w zdobyciu tytułu mistrzowskiego nie był jednak znaczący. W Katalonii wszyscy zdawali sobie sprawę, jakim talentem jest obdarzony, ale przecież różnie się mogły potoczyć jego losy. Nie brakowało zwolenników pomysłu, by go na rok wypożyczyć do Espanyolu. Poza tym z powodów biurokratycznych – zbyt duża liczba zawodników w kadrze nieposiadających paszportu kraju Unii Europejskiej – nie mógł grać na początku sezonu.

„Już po kilku minutach gry zorientowałem się, że kogoś, kto w tym wieku tak gra w piłkę, jak robił to Messi, nie widziałem w życiu, a żyję niekrótko i widziałem sporo – wspominał Capello. – On z piłką robił, co chciał, po prostu. Odebrało mi mowę. W końcu podszedłem do Franka i z głupia frant powiedziałem coś mniej więcej w tym stylu: »Słuchaj, podobno na razie nie możesz w lidze wystawiać tego dzieciaka z dłuższymi włosami. Daj mi go do Juventusu na ten sezon, nawet jakąś ciekawą opcję kupna możemy wpisać w umowę o wypożyczeniu«. Frank spojrzał na mnie, chwilę się zastanowił i powiedział, że pięknie dziękuje, ale nie skorzysta, bo ma wobec chłopaka plany, a w ciągu paru tygodni wszystkie problemy biurokratyczne zostaną rozwiązane”.

Później sam Rijkaard przyznał, że to był jedyny moment, kiedy poważnie zastanawiał się, choć bardzo krótko, czy rzeczywiście nie byłoby wskazane wypożyczyć gdzieś Leo. Do Espanyolu byłoby go szkoda, ale do Juve i Capello, gdzie mógłby się nauczyć tego, co we włoskim futbolu najlepsze… To była kusząca wizja.

Ciekawe, co zadecydowało o odmowie. Bardzo możliwe, że Rijkaard w ciągu tego kilkusekundowego wahania – które niewykluczone, że zadecydowało o przyszłości Barçy i futbolu w ogóle – pomyślał o reakcji swoich gwiazd na ewentualną wiadomość, że Leo odchodzi. Bo prawda jest taka, przynajmniej zdaniem podopiecznych Holendra, że to oni prędzej się zorientowali, z kim mają do czynienia, niż szkoleniowiec. Ronaldinho, grając już w meksykańskim Querétaro, wiele lat po opuszczeniu Barcelony, powiedział: „Tak długo w sezonie 2004/05 prosiliśmy Rijkaarda, żeby pozwolił Messiemu z nami trenować, aż ten w końcu się zgodził. A potem naciskaliśmy, żeby go wystawiał do gry”.

I Rijkaard wystawiał go coraz częściej. 26 września 2005 roku Leo otrzymał hiszpański paszport, więc mógł występować w lidze bez przeszkód. W sezonie 2005/06 jeszcze przegrywał rywalizację o miejsce w wyjściowym składzie z Ludovikiem Giulym, głównie zresztą z tego powodu, że ustawicznie gnębiły go kontuzje, ale wiadomo już było, co z niego wyrośnie. Mniej więcej wiadomo, bo rzeczywistość przecież przerosła wszelkie oczekiwania.

5. Paryż

W owym sezonie większą cegiełkę niż do obrony mistrzostwa Hiszpanii Messi dołożył do triumfu w Lidze Mistrzów. Na pytanie, kiedy po raz pierwszy naprawdę zachwycił cały świat, odpowiedź jest prosta: 22 lutego 2006 roku na Stamford Bridge, podczas pierwszego meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów przeciwko Chelsea. Od początkowych minut ustawiony tam, gdzie grał za kadencji Rijkaarda, czyli na prawym skrzydle, nieprawdopodobnie kręcił lewym obrońcą gospodarzy, Baskiem Asierem del Horno. W końcu w 37. minucie ten brutalnie go zaatakował, za co dostał od sędziego Terje Hauge z Norwegii czerwoną kartkę. Nie wszyscy widzieli to starcie identycznie. Menedżer The Blues, José Mourinho, oskarżył po meczu i Messiego, i wszystkich jego kolegów o to, że robili typowy teatr, z którego słynie Katalonia: udawali, że są faulowani przez rywali, i padali na ziemię po każdym starciu, a najmłodszy w tym towarzystwie wykazał się największym kunsztem aktorskim.

Po wyeliminowaniu Chelsea była Benfica, następnie Milan. Żadna z tych drużyn nie potrafiła Barcelonie strzelić gola – kłaniały się defensywne zachowania rodem z AC Milanu, jakie Rijkaard wpoił swoim piłkarzom. Kontuzjowany Messi nie grał w tych spotkaniach, podobnie jak nie mógł (choć sam uważał inaczej) wystąpić w finale w Paryżu przeciwko Arsenalowi.

Z perspektywy czasu i kolejnych triumfów Barçy w Lidze Mistrzów, już pod wodzą Pepa Guardioli i Luisa Enrique, paryskie starcie nie wygląda na szczególnie doniosłe wydarzenie. Można wręcz postawić tezę, że z czterech finałów Champions League, jakie Barça w swej złotej dekadzie rozegrała i zwyciężyła, tamten był najsłabszy. Ale piłkarze tego tak nie postrzegają. Dla kilku z nich ów mecz był najważniejszy, nie tylko spośród tych czterech finałowych, ale w ogóle w całej ich karierze.

Zdumiewa wręcz, jak ikoniczny był to triumf dla Carlesa Puyola, Xaviego, Ronaldinho czy Víctora Valdésa. Coś, co nam może wydawać się tylko jednym z etapów, wcale nie najważniejszym, drogi Barçy ku chwale, dla nich jest odcinkiem kluczowym, bez którego ukończenia nie byłoby kolejnych. Wczytawszy się w ich wynurzenia, można zrozumieć, że dopiero pokonanie Arsenalu i wzniesienie uszatki na Saint-Denis przełamało ostatecznie pewien istniejący wokół klubu i zespołu fatalizm, związany z ową sześciolatką pozbawioną jakichkolwiek sukcesów, że dopiero tamta wiktoria – a nie żaden z wywalczonych wcześniej triumfów krajowych – stała się punktem zwrotnym w dziejach zespołu i klubu. Valdés uważa wręcz, że ten mecz uratował mu karierę. „W sezonie 2005/06 przeżyłem wiele trudnych chwil, popełniłem niewybaczalne błędy. Kocham swoje dzieci, narodziny każdego z nich były dla mnie momentem ekstremalnej radości, jednak muszę przyznać, że nigdy nie czułem się tak dobrze jak 17 maja 2006 roku. To właśnie ten finał zaważył na mojej przyszłości. Później zwyciężyłem w Champions League jeszcze dwukrotnie, ale to paryska wygrana uosabia wiele lat pracy i przezwyciężania presji”, pisze w swojej książce Samotność bramkarza. Jak poradziłem sobie z presją i dotarłem na sam szczyt. Nie jest to klasyczna autobiografia, a opis metody radzenia sobie z problemami i przygotowywania się do wyzwań związanych z karierą sportowca najwyższej klasy. Valdés, ilustrując niemal każde zagadnienie, odwołuje się do tego właśnie spotkania. O czym nie zaczyna się rozwodzić, dociera zawsze do Paryża. Jeśli i w przypadku Barçy sprawdza się porzekadło, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu – gdzie wygrywając w finale Ligi Mistrzów 2008/09, zwieńczyła najlepszy sezon w dziejach klubu – to należałoby je tu sparafrazować i napisać, że wszystkie drogi… wychodzą z Paryża.

Valdés istotnie zagrał tam wyśmienicie. Wielokrotnie zatrzymywał gwiazdę Kanonierów, Thierry’ego Henry’ego, jak pisze – dzięki wielu godzinom spędzonym na oglądaniu go w akcji, by się przygotować do tych pojedynków. Ale raczej nie byłoby tego triumfu, gdyby nie pewien znakomity zawodnik znajdujący się przez cały sezon w głębokim cieniu…

(...)

Barça. Złota dekada

Copyright © Leszek Orłowski 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2016

Redakcja – Joanna Mika

Korekta – Marta Pustuła

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – VI-Images / Getty Images

Fotografia na IV stronie okładki – Matthew Ashton / Getty Images

Rysunki wewnątrz książki – Marcin Karaś

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2016

ISBN EPUB: 978-83-7924-691-5

ISBN MOBI: 978-83-7924-690-8

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Wszystkie triumfy

Przedmowa Karola Chowańskiego. Kronika wielkich wydarzeń

Przedmowa Patryka Pulikowskiego. La historia continúa

Wstęp

Prolog

Część 1

Przed Pepem Odsłona 1 2005/06. Paryż wart wszystkiego

Odsłona 2 2006/07. Niespodziewana porażka

Odsłona 3 2007/08.Kronika zapowiedzianych klęsk

Pep Odsłona 4 2008/09. Triumf harcerzy

Odsłona 5 2009/10. Przygoda z Ibrą

Odsłona 6 2010/11. MVP, MVS i tormenta

Odsłona 7 2011/12. Messi a capella

Po Pepie Odsłona 8 2012/13. Przerwana era Markiza

Odsłona 9 2013/14. Tata ugotowany

Odsłona 10 2014/15. Lucky Lucho

Aneks. Barcelona taktycznie

Epilog. Lot z turbulencjami

Posłowie. Tomasza Lasoty Karuzela emocji

Podziękowania

Bibliografia

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Atlético Madryt. Cholo Simeone i jego żołnierze Real Madryt. Królewska era Galacticos Barca. Złota dekada 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila