Allen Iverson. Życie to nie gra

Allen Iverson. Życie to nie gra

Autorzy: Kent Babb

Wydawnictwo: Sine Qua Non

Kategorie: Sport

Typ: e-book

Formaty: EPUB MOBI

Ilość stron: 336

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 29.19 zł

Niesamowity sukces i niewiarygodny upadek złotego dziecka koszykówki.

Syn alkoholiczki i recydywisty, który życia uczył się na niebezpiecznych ulicach Wirginii. Nie miał łatwego dzieciństwa, miał za to coś innego – wyjątkowy talent do koszykówki.

Był sportowym fenomenem. Unikał ciężkich treningów i przedmeczowych rozgrzewek, a w szatni zajadał się stekiem z frytkami, popijając je sprite’em. A potem wychodził na parkiet i zdobywał 50 punktów, ośmieszając przy tym samego Michaela Jordana.

Biografia Allena Iversona, jednego z najlepszych koszykarzy NBA przełomu wieków, to opowieść o tym, jak z dna dostać się na sam szczyt. I trafić z powrotem do piekła, przepuszczając po drodze ponad 150 milionów dolarów.

***

Iversona podziwiałem jako dziecko. Wszyscy chcieli robić „crossovery” tak jak on. Dlatego sięgnąłem po jego biografię sportową – i choć wszystkie historie gwiazd NBA są ciekawe, to ta jest po prostu niepowtarzalna. Gorąco polecam!
Adam Waczyński

Na boisku Allen Iverson wkręcał rywali zwodami, w życiu to on dał się wkręcić. Bo życie to nie gra, co świetnie opisał Kent Babb.
Łukasz Cegliński, dziennikarz sportowy

Allen Iverson to z pewnością jeden z najbardziej utalentowanych koszykarzy przełomu wieków, ale jednocześnie postać tragiczna. Pozostaje nam gdybać, jak wielkim zostałby zawodnikiem, gdyby lepiej poradził sobie z własnym sukcesem. Historia jego upadku jest równie interesująca, jak historia jego drogi na szczyt.
Jakub Wojczyński, „Przegląd Sportowy”
Mordercze treningi? Ciężka praca? Zapomnijcie! Allen Iverson grał w kosza i żył według własnych zasad. Tylko jego upadek był podobny do wielu innych. „Życie to nie gra” to opowieść o jednym z najlepszych koszykarzy NBA, który poza parkietem pozostał zagubionym dzieciakiem.
Krzysztof Sendecki, dziennikarz radia TOK FM

Autor w bezkompromisowy i niewygodny dla wielu ludzi sposób odsłania kulisy życia koszykarza, który miał wielkie serce do gry i za wszelką cenę chciał być najlepszym i zwyciężać. Nie można było ignorować Allena Iversona, ani na parkiecie, ani poza nim, nie można też zignorować tej książki.
Szczepan Radzki, dziennikarz sportowy, twórca bloga kolekcjonerbutow.pl

Szczera, wręcz intymna opowieść o jednym z najbardziej znanych i kontrowersyjnych zawodników NBA. Nawet jeśli Allen Iverson nie jest Twoim ulubionym koszykarzem, to książka Kenta Babba pomoże ci zrozumieć, co w czasie swojej zawodowej kariery i po jej zakończeniu przeszedł AI.
Michał Górny, „MVP Magazyn”

BIOGRAM

Allen Iverson (ur. 7 czerwca 1975 r.)
Amerykański koszykarz występujący na pozycji rzucającego obrońcy lub rozgrywającego. W latach 1996–2007 zawodnik Philadelphia 76ers, później występował w Denver Nuggets, Detroit Pistons i Memphis Grizzlies. MVP sezonu zasadniczego NBA w 2001 r., jedenastokrotny uczestnik i dwukrotny MVP Meczu Gwiazd NBA. W sezonie 2009/2010 powrócił do Filadelfii, by rok później wyjechać do Turcji, gdzie w barwach Beşiktaşu rozegrał swoje ostatnie spotkania w zawodowej karierze. 30 października 2013 r. ogłosił zakończenie przygody z koszykówką.

Kent Babb
Dziennikarz sportowy piszący dla „Washington Post”. Nagradzany osiem razy przez Associated Press Sports Editors. Jego tekst o warunkach pracy w głównym biurze drużyny NFL Kansas City Chiefs w 2013 r. otrzymał nominację w plebiscycie The Best American Sports Writing.

Dla młodych wilków, którym nie powinno się udać.

No i oczywiście dla Whitney

PROLOG

Była noc. Na następny dzień zaplanowano test, który miał zadecydować, jak często Allen Iverson będzie mógł widywać dzieci. Chciało mu się pić, ale przede wszystkim był bardzo niespokojny.

Jego znajdująca się w Atlancie rezydencja z sześcioma sypialniami była teraz pustym, ponad 700-metrowym aresztem, w którym przebywał jeden więzień. Iverson nie potrafił znieść tej ciszy. Był koniec grudnia 2012 roku, a żona, z którą znajdował się już w separacji, zabrała ze sobą dzieci, wyprowadziła się od niego i wynajęła mieszkanie w pobliskim Suwanee. Ciągle powtarzała, że chce rozwodu, ale przecież w przeszłości też często to mówiła. Zdarzyło jej się nawet wnieść wcześniej pozew. Iverson powtarzał sobie, że Tawanna do niego wróci, bo niezależnie od tego, jak bardzo bywał pijany, napastliwy czy agresywny, niezależnie od tego, o której się zjawiał albo jak mocno chwiał się wtedy na nogach, zawsze do niego wracała, a dom znów zapełniał się życiem i codziennym hałasem, który tak lubił.

Ale teraz panowała tam cisza. Nieznośna cisza. Iverson nie grał w NBA od blisko trzech lat, a jego ostatnim występem był pokazowy mecz w Chinach dwa miesiące wcześniej, zakończony wypisaniem czeku, który miał na jakiś czas zamknąć usta wierzycielom. Dom był już obciążony drugą hipoteką, w ciągu najbliższych dwóch miesięcy miał zostać zajęty i wystawiony na sprzedaż. Ale jak na razie, choć wcale już go nie przypominał, wciąż jeszcze był domem. Dzień wcześniej było Boże Narodzenie, powietrze wypełniały kolędy i odgłosy świąt, ale teraz, w środowy wieczór, znów panowała cisza, a Iverson nie wiedział, co ma robić. Może powinien na chwilę wyjść? Lubił wyskoczyć do pobliskiego, oddalonego o jakieś osiem kilometrów baru P.F. Chang’s, gdzie czuł się swojsko – lokaj odbierał tam od niego samochód, odstawiał wóz na parking, no i można się było napić zimnej corony.

Przecież jedna kolejka jeszcze nikomu nie zaszkodziła, prawda? Można się trochę wyluzować. No dobra, najwyżej dwie kolejki.

Kiedy kolejnego popołudnia wchodził do gabinetu lekarskiego w pobliżu lotniska Hartsfield, był przekonany, że wystarczająco wytrzeźwiał i bez problemu przejdzie testy. Wprawdzie poprzedniej nocy wypił w końcu trochę więcej niż tę jedną czy dwie butelki, ale przecież była już czwarta po południu, minęło mnóstwo czasu i alkohol na pewno zdążył wyparować mu z organizmu. Problem w tym, że Iverson zawsze przeceniał swój metabolizm, nawet wcześniej, kiedy jeszcze nie skończył 37 lat. Teraz jego twarz była bardziej opuchnięta, a brzuch i ramiona słabsze niż w czasach, kiedy w 2001 roku został wybrany najbardziej wartościowym zawodnikiem NBA (Most Valuable Player – MVP), kiedy poprowadził Philadelphię 76ers do finałów NBA, a jego zaangażowanie w grę i poświęcenie dla klubu pokazały światu, że sportowca i człowieka nie można oceniać tylko na podstawie tego, jak wygląda.

Wtedy zdarzało mu się jeszcze pozostawać na nogach do późnej nocy, kiedy kumple pomagali mu dotrzeć do hotelu w Atlantic City po nocnym maratonie spędzonym na hazardzie albo Tawanna prowadziła go po schodach do łóżka, a następnego dnia funkcjonować na tyle dobrze, że pojawiał się na czas w hali, po czym rzucał 40 punktów, wywracając obrońców rywali swoimi crossoverami, wpadając pod kosz i przepychając się przez gąszcz przeciwników, często prawie dwa razy wyższych od niego. Teraz jednak dobiegał czterdziestki, a czas wcale nie obszedł się z nim łaskawie. Pił jeszcze więcej, a kac nie chciał ustąpić. Alkohol sprawiał, że był poirytowany, bardziej niecierpliwy i niechlujny. Zdarzało mu się wysikać na podłogę na oczach dzieciaków, a jeśli z jakiegoś powodu nie spodobał mu się wzrok Tawanny, potrafił wciągnąć swoją szkolną miłość za włosy po schodach albo podeptać jej stopy swoimi timberlandami, jakby próbował zgasić papierosa. Czasami przypominał jej o swoich znajomościach i straszył, że zlecenie jej morderstwa nie kosztowałoby go zbyt wiele. Iverson wyceniał jej życie na około pięć tysięcy dolarów.

Tawanna uważała, że Allen jest alkoholikiem i że nie ma takich próśb czy gróźb, które mogą go zmusić do pozostania w domu i trzeźwości. Rozmawiała z matką Allena, Ann Iverson, i błagała ją, żeby ta spróbowała przemówić synowi do rozsądku. Prześladowała Gary’ego Moore’a, mentora Iversona od czasów dzieciństwa, obecnie jego menedżera, prosząc, żeby ten spróbował pogadać z Allenem, bo jeśli jej mąż miałby w ogóle kogoś wysłuchać, to nikt nie miał na to większych szans niż Gary. Płakała i łagodnie prosiła, a gdy to nie skutkowało, pokazywała kły i wściekle żądała, rozbijając butelkę szampana o ścianę i grożąc, że jeśli nie przestanie pić i niszczyć swojego życia, ona zabierze ze sobą dzieci i resztę jego pieniędzy. Mówił jej bez przerwy, że jeśli tylko by zechciał, mógłby w każdej chwili przestać, ale że nikt nie ma prawa mu rozkazywać i że Allena Iversona nie da się do niczego zmusić. Aż w końcu Tawanna zrobiła to, co zapowiadała: w 2010 roku złożyła pozew o rozwód, po czym powiedziała Iversonowi, że zgodzi się dać mu jeszcze jedną szansę i po raz ostatni się do niego wprowadzi, pod warunkiem że podpiszą jednostronną umowę majątkową. W 2012 roku złożyła kolejny pozew, wynajęła cenionego adwokata, specjalistę od rozwodów, i poinformowała go, że boi się powierzać Allenowi dzieci. Tak było w czasach tuż po ich narodzinach, kiedy jej mąż był tak pijany, że zapominał o najważniejszych wydarzeniach, nawet narodzinach pierwszego syna, i tak było również teraz, kiedy jego stan jeszcze się pogorszył. Jedną z pierwszych decyzji sądu był nakaz poddania się badaniom na uzależnienie, żeby zbadać, na ile poważny jest stan Iversona. Ocena dokonana przez lekarza specjalistę od uzależnień, doktora Michaela Fishmana, miała być podstawą dla ustalenia warunków opieki nad dziećmi i spotkań z nimi.

Test był prosty: organizm Iversona miał tylko przez jeden dzień nie wykazać śladów obecności alkoholu. Starannie wybrał termin spotkania – pamiętając o tym, jak nienawidzi poranków, poprosił o ustalenie terminu późnym popołudniem. Była czwarta po południu, kiedy wszedł do budynku, przywitał się z pracownikami, a dwaj z nich wyczuli w jego oddechu alkohol z poprzedniego wieczora. Chwilę później doktor Fishman pobrał próbkę z jego ust, a ślina wykazała, że nawet teraz, tyle godzin po wypiciu ostatniego drinka, zawartość alkoholu w krwi Allena waha się między 0,6 a 0,8 promila. Oznaczało to, że zgodnie z prawem stanu Georgia Iverson był na tyle pijany, że nie powinien nawet prowadzić samochodu. Następnie oddał mocz do pojemnika i o szóstej po południu wciąż miał w organizmie 0,5 promila alkoholu, co było dla Fishmana dowodem, że Iverson albo tak straszliwie spił się w noc przed tym najważniejszym dniem, że wciąż jeszcze nie wytrzeźwiał, albo wręcz popijał tego samego popołudnia.

Wyniki testów Iversona nie były dla Fishmana trudne do interpretacji, a kiedy sąd wyznaczył spotkanie z kuratorem, który miał zbadać jego sprawę i mediować, Allen opuścił pierwszą rozmowę. W ostatniej chwili zadzwonił, żeby przełożyć termin. Kiedy do spotkania w końcu doszło, pani kurator napisała w raporcie, że od Iversona „wyraźnie czuć było alkohol”. Inny lekarz również wyczuł od niego alkohol podczas jednego z kolejnych badań.

W lutym 2013 roku, jakieś sześć tygodni po teście na uzależnienie, miejsce dla świadków zajęła Dawn Smith, która była w tej sprawie kuratorem. Wcześniej kilkakrotnie rozmawiała z Iversonem i w swoich zeznaniach zwróciła uwagę, że ta sama skłonność do skutecznego wykańczania dramatycznych, szalonych, skazanych na niepowodzenie akcji, która uczyniła go niegdyś jednym z największych sportowców Ameryki, w tej chwili rujnowała mu życie osobiste. Właśnie teraz, kiedy tak bardzo potrzebował wziąć się do kupy, nie był w stanie zachować zimnej krwi. „Z doświadczenia wiem, że jeśli masz na karku prowadzącego śledztwo kuratora – zeznawała przed sądem Smith – to się starasz i przynajmniej próbujesz zachowywać się jak najstosowniej, robisz wszystko, żeby być jak najlepszym ojcem. Tymczasem on, nawet pod stałym nadzorem, wciąż nie potrafi się skupić na tym, co jest najważniejsze”.

W kolejnych miesiącach przyjaciele i dawni koledzy Iversona z boiska próbowali oddzielić fakty od fikcji. Jak to możliwe, że tak bardzo i tak szybko się stoczył?

Czytali artykuły w gazetach i na portalach plotkarskich. Czy Iverson naprawdę zbankrutował – jak to możliwe, przecież minęło raptem kilka lat od zakończenia kariery, w której tylko na parkiecie zarobił ponad 150 milionów dolarów? Czy to prawda, że Tawanna, ukochana Iversona z liceum, delikatna duszyczka, której udało się poskromić złego chłopaka z NBA, naprawdę się z nim rozstała? Czy jego skłonności do wydawania pieniędzy, do hazardu, a zwłaszcza do alkoholu naprawdę zaszły tak daleko, że wymknęły mu się spod kontroli i teraz pogrążają jego życie w ruinie?

„Dziś jedyną osobą, która może uratować Allena jest sam Allen – mówił Henry „Que” Gaskins, który w 1996 roku otrzymał od Reeboka misję sprowadzenia Iversona na właściwą drogę i uczynienia go dojrzałą supergwiazdą. – Po pierwsze musi się sam przed sobą przyznać, że potrzebuje ratunku. A nie jestem nawet pewien, czy zdaje sobie sprawę z tego, w jakim jest stanie”.

Kiedy rozwód został przeprowadzony, a pani sędzia była już na tyle przekonana o niestabilności Iversona, że przyznała Tawannie wszystko, czego żądała, koszykarz podjął kolejną desperacką próbę powrotu do NBA. Codziennie czekał, aż zadzwoni telefon, z nadzieją, że jedna z drużyn odzyska zdrowy rozsądek i zatrudni byłego gwiazdora, który wierzył, że wciąż jeszcze ma coś do zaoferowania. Iverson, zawsze słynący z tego, że nie zamierzał akceptować własnych ograniczeń, był dziś już tylko życiowym rozbitkiem i nie potrafił pogodzić się ze smutną prawdą, która dla wielu jego przyjaciół była oczywista od lat, ale którą próbowali ignorować – że koszykówka jest jedyną rzeczą pozwalającą Iversonowi jakoś się w życiu pozbierać. Teraz jej zabrakło. „Bóg obdarzył go wspaniałym darem – mówił Pat Croce, były prezydent Sixers, człowiek odpowiedzialny za wybór Iversona z pierwszym numerem w drafcie w 1996 roku. – Ale wiadomo było, że pewnego dnia mu ten dar odbierze”.

Dni zamieniały się w tygodnie, potem w miesiące, a cisza zżerała Iversona. Telefon wciąż nie dzwonił. Tawanna nadal nie wracała. Przyjaciele odeszli. Próbując ponownie sprowadzić jego życie na właściwe tory, pani sędzia ogłosiła wyrok, zgodnie z którym Iversonowi nie wolno było pić alkoholu przez rok. Życie, wcześniej pełne podniet i hałasu, miał przeniknąć spokój. Trzy albo cztery razy w tygodniu podjeżdżał nocą do centrum handlowego Cumberland Mall w północno-zachodniej Atlancie i parkował po północnej stronie galerii.

Mijał fontannę, przechodził przez drzwi obrotowe P.F. Chang’s i kierował się prosto do baru, nie zwracając uwagi na stoliki, przy których siedziały rozbawione rodziny i przyjaciele. Bar miał kształt półksiężyca, a na górze był zazwyczaj włączony telewizor pokazujący wiadomości sportowe.

Goście baru czasami go rozpoznawali, a Iverson niekiedy się uśmiechał, gdy ktoś obcy robił mu zdjęcie. Kiedy indziej miał na głowie oklapły kapelusz i okulary przeciwsłoneczne, zajmował swoje zwyczajowe miejsce i zamawiał pierwszą tego wieczoru coronę. Przyglądał się najlepszym akcjom wieczora, w których już go nie pokazywano, bawił się butelką i próbował za wszelką cenę ukryć się przed nieżyczliwym światem.

ROZDZIAŁ 1

CHŁOPAK Z ULICY

Chodził tak od domu do domu z nadzieją, że znajdzie gówniarza. Był niedzielny wieczór, nad wybrzeżem Wirginii zachodziło słońce, a cierpliwość Mike’a Baileya z każdą sekundą się wyczerpywała. Powinien był wiedzieć lepiej. Koniec wątpliwości.

– Nie trenerze, nie ma go.

– Przykro mi trenerze, właśnie wyszedł.

Bailey był trenerem koszykówki w liceum Bethel w Hampton w stanie Wirginia, nadmorskim miasteczku nad samym Atlantykiem. Po 20 latach pracy bardzo dobrze znał psychikę nastolatków. I kipiał z wściekłości, bo dobrze wiedział, że małolat robi z niego durnia. „To właśnie tego typu zachowania sprawiają, że przestaję ufać Iversonowi” – myślał sobie Bailey. To był najlepszy dowód, że obietnice chłopaka są nic niewarte.

Trzy dni wcześniej Iverson zapytał, czy może wrócić do domu. Tylko na jeden weekend, trenerze. Mówił, że chce się spotkać z matką i z rodziną. Bailey był świadom delikatnej sytuacji rodzinnej Iversona, wiedział też, że chłopak stoi przed szansą, żeby osiągnąć coś wyjątkowego. Dwa lata wcześniej trener oglądał rozgrywającego z ostatniej klasy gimnazjum w akcji. Chłopak był prędki jak błyskawica i z niesamowitą łatwością wchodził pod kosz. Jego rówieśnicy nie byli wystarczająco szybcy, żeby za nim nadążyć, żeby znaleźć się między nim a koszem, żeby móc go zablokować. Kurde, chłopak robił to raz za razem. Bailey widział, że Allen ma szansę na stypendium uniwersyteckie, dzięki czemu, kto wie, być może będzie mógł kiedyś wyrwać się stąd wraz z rodziną. Ale czekało ich jeszcze mnóstwo pracy od samych podstaw, a jego pierwsze spotkanie z Iversonem było poświęcone głównie nieusprawiedliwionym nieobecnościom w szkole. Zgodnie z zasadami panującymi w liceum pięć takich dni automatycznie kończyło jego karierę sportową. Bailey poinformował Iversona, że ten opuścił już… 76 dni szkoły. „Nie, trenerze – poprawił go dumnie nastolatek – to było tylko 69 dni”.

Po pierwszym sezonie Iversona w liceum Bailey tak bardzo zakochał się w talencie i potencjale chłopca, że razem ze swoją żoną Janet wiele mu poświęcili – sfinansowali mu szkołę letnią, pozwolili zamieszkać u siebie w domu, aż wreszcie zaangażowali się w niewykonalną misję i zaręczyli za niego. Zgodzili się, że każda kolejna nieobecność będzie równoznaczna z oblaniem testu i utratą szans na kontynuowanie kariery sportowej. I oto teraz, gdy Bailey wściekał się na siebie, że dał się chłopakowi tak omamić, Iversona nie można było nigdzie znaleźć.

Przeszukiwał jeden dom po drugim, rozglądał się po chodnikach, placach zabaw i uliczkach.

– Tak trenerze, przed chwilą go widzieliśmy.

Bailey w końcu pojechał do domu, a następnego dnia rano, kiedy wszedł do szkoły, zobaczył, że Iverson siedzi w klasie. Potem dorwał chłopca podczas samotnego spaceru.

– Chodź no tu – powiedział trener.

Iverson podszedł, Bailey zaciągnął go do ciemnego pokoju, po czym chwycił go za gardło.

– Jeśli to spieprzysz – powiedział – to cię zabiję.

Wprowadziła się do dzielnicy Hampton’s Aberdeen, kiedy jeszcze była w ciąży. Miała 15 lat i była jak żywe srebro. Wystarczyło na nią spojrzeć, jak biega po okolicy, która jeszcze kilka dziesięcioleci wcześniej była miejscem przesiedleń dla czarnoskórych mieszkańców wybrzeża Wirginii, a dziś stanowiła coś w rodzaju mikrospołeczności. Sąsiedzi doceniali panujący tu spokój, aż nagle pojawiła się ona. Słychać ją było w całej okolicy.

Jej głos niósł się po ulicach i odbijał od okien, a okrągły brzuch wystawał spod koszulki koszykarskiej. Minęło kilka miesięcy od 15. urodzin Ann Iverson, która prowadzała się z poznanym trzy lata wcześniej w Hartford w stanie Connecticut Allenem Broughtonem. Chłopak ciągle ładował się w jakieś kłopoty, ale Ann nie potrafiła mu się oprzeć. Rozmawiali o wszystkim – o pierwszej miłości, o pierwszym pocałunku, o pierwszym bzykanku – bo przecież wszystko to musi się ze sobą łączyć, prawda? Kiedy więc uznała, że jest już wystarczająco dorosła, w dniu jej urodzin o północy wspiął się do domu jej babci przez okno, po czym poszli razem do piwnicy.

Broughton grał w koszykówkę i zyskał szacunek ludzi dużo od siebie starszych. Ann go kochała, była gotowa dać się za niego pokroić, zrobiłaby dla niego wszystko, ale nagle zniknął i przestał się u niej zjawiać, nawet wtedy, kiedy trener powiedział Ann, że z jej badań wynika, że jest w trzecim miesiącu ciąży. Ciąża nie przeszkodziła jej dalej szaleć, trzaskać drzwiami, grać w kosza i niepokoić sąsiadów. Potem zmarła mama Ann, a babcia Ethel Mitchell przeprowadziła się wraz z rodziną na wybrzeże Wirginii, do spokojniejszej okolicy. Staruszka miała nadzieję, że jej wnuczka, znana na osiedlu jako Juicy, w końcu się tu ustatkuje.

Poszła rodzić na początku czerwca, a kiedy na świecie pojawił się jej syn, szybko zwróciła uwagę, jak długie ma ręce. Prawie od razu pomyślała sobie, że będzie koszykarzem, tak w każdym razie zaczęła wszystkim mówić. Dała mu na imię Allen po tatusiu i swojej pierwszej miłości, ale sama nazywała go Bubba Chuck, łącząc imiona dwóch wujków.

Ann potrafiła się zabawić nawet w Aberdeen, zdarzało się, że organizowała imprezy w domu babci Ethel, gdzie staruszka próbowała uchronić małego Allena przed hałasem z sąsiedniego pokoju, żeby się nie obudził. Bubba Chuck dorastał i podobnie jak jego matka lubił szybkie życie. Już jako kilkulatek szalał po podwórzu na rowerze, z wujkami Gregiem i Steviem, nie przejmując się tym, że babcia Ethel krzyczy na nich i każe im przestać. Na litość boską, uspokójcie się, zaraz mi się chłopak połamie!

„Totalnie zmasakrowali ten jego malutki tyłek, bez przerwy rozbijał się o ściany domu – wspomina Butch Harper, który mieszkał w sąsiednim domu. – Przyjmował potężny cios, ale zaraz potem wstawał, otrzepywał się i jechał dalej”.

Wieczorami Ann pracowała w stoczni, dorabiając do dziennej stawki maszynistki i operatorki wózka widłowego. Babcia Ethel opiekowała się dzieciakami i wnukami, a Ann musiała na to jakoś zarobić. Przez większość czasu pracowała, ale nawet kiedy miała wolne, nie było jej w domu, bo zawsze zdarzyła się jakaś impreza, na którą można było pójść. Często towarzyszył jej pewien facet, Michael Freeman. Znikali razem na noc, czasem nawet na kilka dni, ale kiedy byli w domu, to zawsze dawali Bubbie Chuckowi piłkę i patrzyli, co z nią wyprawia. Kiedy jej syn miał dziewięć lat, Ann zadzwoniła do Harpera, swojego dawnego sąsiada, i ubłagała go, żeby zrezygnował z zasady, zgodnie z którą dzieciaki muszą mieszkać w Hampton, żeby tam grać, i pozwolił Allenowi spróbować szczęścia w lidze Deen Ball Sports. Była tym bardzo podekscytowana, opowiadała w pracy innym mamom i tatom, jaki jej syn jest świetny. Mówiła, że jak trochę poczekają, to zobaczą, że zagra w NBA.

Pewnego dnia zamieszanie wokół Iversona, towarzyszące mu uwaga i entuzjazm, dotarły do jeszcze jednej osoby. Gary Moore był trenerem Harpera, pracował z futbolistami i spodobało mu się to, co usłyszał. Zamierzał się lepiej przyjrzeć temu chłopcu z motorkiem w tyłku, więc wstawił dziewięcioletniego Bubbę na boisko razem z 11- i 12-latkami, kazał mu trzymać piłkę i krzyczał: „O kurde, ale zasuwa”. „Skopał wszystkim tyłki, był niesamowity” – wspominał ponad 20 lat później Harper.

Moore obiecał Ann, że będzie nie tylko trenerem jej syna, ale kimś więcej. Powiedział, że będzie go pilnował i chronił, że postara się go ustrzec przed sępami, które zawsze będą wokół niego krążyć. Że będzie go nieustannie motywować do pracy, utrzymywać dyscyplinę i zapewniać mu schronienie. Moore uważał, że talent kogoś takiego jak Bubba Chuck wymaga ciągłej pracy, doglądania i wzmacniania, zarówno psychicznego, jak i fizycznego. Że trzeba go budować niczym dom, który ma stanąć i trwać na zawsze. „Proszę sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał efekt” – powiedział Moore do Ann. A ona tylko się uśmiechnęła, gwizdnęła i pokiwała głową, dziękując Bogu, że obdarował ją dzieckiem, które skorzysta ze swoich długich rąk, podniesie je i przeniesie swoich bliskich w jakieś lepsze miejsce.

Przenieśli się do sali gimnastycznej w Aberdeen i już podczas rozgrzewki Iverson zaczął szaleć, wbiegał pod kosz, trafiał z dystansu ze skrzydeł, uciekał chłopakom, którzy próbowali go zatrzymać. Potem nadszedł czas rozpoczęcia treningu i Bob Barefield ogłosił, że najbliższa godzina upłynie im na ćwiczeniach. Kilka prostych jednostek treningowych, które miały ich nauczyć właściwej mechaniki i pracy nóg. Tyle że kiedy Barefield rozpoczął ćwiczenia, Bubba Chuck wyszedł z hali.

Koszykówka była super, ale praca z nią związana niekoniecznie, a treningi zdecydowanie kojarzyły mu się z pracą. A zatem nie, dzięki, ale nie – tak powiedział trenerowi. Jeśli to miał być warunek gry w szkolnej lidze, to on dziękuje za tę pieprzoną szkolną ligę. Barefield był w szoku, ale postanowił zachować cierpliwość i dalej przyglądał się chłopakowi, który potrzebował ciągłych bodźców. Barefield poprosił Allena, żeby ten mu zaufał, i chłopak się zgodził. Lecz Iverson widział w sobie nie tylko sportowca, ale wszechstronnie utalentowanego dzieciaka, który ma światu do zaoferowania znacznie więcej niż tylko swoją szybkość i rzut z wyskoku. Bardziej podobał mu się futbol, a poza tym tak naprawdę zamierzał zostać artystą albo raperem. Poznał Rahsaana Langforda, chłopaka ze wschodniej części miasta. Wszyscy nazywali go Ra. Potrafił rapować w stylu freestyle z najlepszymi, każdą myśl i każde wspomnienie umiał zamienić w strumień rymów. Dawał pokazy na werandach, rogatkach ulic i placach zabaw. Strzelał słowami z taką prędkością, z jaką Bubba Chuck grał w koszykówkę. I Allen był zazdrosny, być może po raz pierwszy w życiu.

Ra, podobnie jak jego nowy kumpel, miał talent. I razem mieli szansę, żeby wyrwać się kiedyś z Newport Bad Newz[1]. Langford był w grupie raczej cichy i wycofany, ale kiedy poczuł się komfortowo, zaczynał robić sobie jaja, doprowadzając Iversona i resztę ekipy do łez. I tak jak Iversonowi, nigdy nie chciało mu się wracać do domu. W domu Ann organizowała pełne alkoholu i narkotyków balangi, a Allen wyrobił w sobie nawyk, który miał go potem prześladować – w nocy, zamiast spać, był na nogach, szukając rozrywki i spełnienia w ten czy inny sposób. Czasami Ann prosiła Bubbę Chucka, żeby coś załatwił. Pewnego dnia policyjna ekipa obserwowała go, jak puka do drzwi meliny narkotykowej, po czym wchodzi do środka. Jeden z oficerów, były sportowiec z Bethel, zadzwonił do Dennisa Kozlowskiego, trenera futbolowego i dyrektora sportowego liceum, i dał mu znać, że Iverson wszedł do domu pełnego podejrzanych typków, a po chwili wyszedł, niosąc w rękach pełno towaru. Gliniarze mu odpuścili. Być może po raz pierwszy, ale z pewnością nie ostatni w życiu ktoś spojrzał w inną stronę, kiedy Iverson nabroił. Bezpiecznie dotarł do domu i dostarczył przesyłkę.

Spędzał wiele godzin na marzeniach o innym życiu i uwiecznianiu tych marzeń na rysunkach. Kiedy nie miał pod ręką papieru, wykorzystywał do tego celu inne rzeczy. Kiedyś użył całego wnętrza swojej sypialni jako płótna, kreśląc ogromny wizerunek swojego idola, Michaela Jordana, który unosił się w powietrzu, lecąc w kierunku kosza, w koszulce łopoczącej niczym flaga na wietrze. Czasami kiedy nie był już w stanie znieść hałasów dobiegających z drugiego pokoju, po prostu chwytał piłkę i wychodził pograć na dwór. Zdarzało się, że na placu byli też inni chłopcy, nawet o bardzo późnej porze. Ale zazwyczaj stał sam, oddając jeden rzut za drugim.

Kiedy indziej zbierali się z Ra, Erikiem „E” Jacksonem i Marlonem Moore’em, młodymi chłopakami, których Iverson nazwał potem swoimi najważniejszymi „kumplami od zawsze”[2]. Siadali razem na werandzie albo szli na długi spacer. Byli razem, na dobre i na złe, nazwali się ekipą „Cru Thik”[3], urodzoną i wychowaną na niebezpiecznych ulicach przybrzeżnej Wirginii, ale przekonaną, że w końcu się stamtąd wyniosą i umrą gdzieś indziej. Że nie skończą jako kolesie młodzi, niespełnieni i – co najgorsze – biedni. Mijały godziny, a oni zawarli pakt – jeśli któryś z nich osiągnie kiedyś sukces, nieważne, czy w rapie, czy w sporcie, czy w czymkolwiek innym, to ich grupa nigdy się nie rozpadnie.

Jeśli któremuś uda się stamtąd wyrwać, to pociągnie za sobą całą resztę.

***

Iverson był w ostatniej klasie gimnazjum, kiedy pracujący u Kozlowskiego trener przyjmujących wszedł do gabinetu szefa, zamykając za sobą drzwi. Nieobecności Iversona w szkole zaczynały stanowić problem, a trener koszykówki Bailey spierał się z Allenem, ile dokładnie dziesiątek razy ten opuścił lekcje. Teraz, nawet jeśli zdołał dotrzeć na kampus, rzadko kiedy pojawiał się w szkole przed jedenastą. Był to dopiero początek roku szkolnego, a on zdążył już dziewięciokrotnie opuścić poranną lekcję historii. Prowadzący te zajęcia asystent trenera powiedział Kozlowskiemu, że wystarczą jeszcze jedne wagary i nie będzie miał wyjścia – obleje Iversona, przez co ten utraci prawo do gry w drużynie Bruins. Kozlowski poprosił swojego asystenta, żeby ten się jeszcze wstrzymał.

– Zajmę się tym – powiedział.

Zaprosił Iversona do siebie do gabinetu i od razu przeszedł do rzeczy:

– Allen – zapytał – jak to jest, do cholery, że nie jesteś w stanie przyjść do szkoły na czas?

Chłopak sprawiał wrażenie, jakby nie zdawał sobie nawet sprawy, że opuścił już tyle zajęć, ale i tak potrafił się wytłumaczyć. Ann i Freeman, mężczyzna, którego poznała w stoczni i którym interesowała się policja, bo handlował narkotykami, mieli dwie małe córeczki, Brandy i Iieshę. Kiedy Ann wyprowadziła się od babci Ethel, czasem nie było nikogo, kto mógłby się nimi zająć. Kozlowski słyszał, że niekiedy w ich domu pojawiały się problemy, gasły światła, pękały rury i Iverson musiał zakładać buty, kiedy przechodził z jednego pokoju do drugiego. Jego trenerzy nie zdawali sobie sprawy, że samo dotarcie Iversona do szkoły wymagało często cudów. Czasem udało mu się zebrać pieniądze, żeby zamówić taksówkę, a po lekcjach prosił kolegów, żeby podwieźli go do domu na Jordan Avenue. Kiedy indziej zdarzało mu się dzwonić do trenera o wpół do piątej rano, żeby poprosić o podwózkę. Kiedy miał 15 lat, był już przyzwyczajony do tego, że czasem nie może znaleźć matki, a jeśli nawet, to nie ma szans, żeby ją dobudzić. I że jeśli Brandy ma w ogóle dotrzeć do szkoły, to musi ją tam dostarczyć. A gdyby Allen sam poszedł do szkoły, kto zaopiekowałby się Iieshą, która od urodzenia miała ataki epilepsji? Większość poranków Iverson spędzał, odprowadzając Brandy do szkolnego autobusu, a potem siedząc z młodszą siostrzyczką i czekając, aż Ann wróci do domu. Dopiero wtedy mógł pójść do szkoły.

Chryste Panie, pomyślał Kozlowski. W zależności od przyjętej perspektywy można było dojść do wniosku, że albo młody i uzdolniony chłopak dostaje kolejną szansę przez ogromne problemy rodzinne, albo Iverson dzięki talentowi koszykarskiemu po prostu po raz kolejny unika odpowiedzialności. Tak czy siak, trener poprosił jednego z pracowników ochrony, byłego skoczka wzwyż w drużynie lekkoatletycznej Kozlowskiego, żeby wziął jego samochód – buicka relianta kombi o numerze rejestracyjnym KOZ – i codziennie rano podjeżdżał pod dom Iversona, żeby zaopiekować się trójką dzieciaków. Najpierw miał odwieźć Brandy do szkoły, potem przywieźć Allena i Iieshę do liceum, gdzie dziecko spędzało pozostałe do powrotu Ann kilka godzin pod opieką uczniów na lekcjach ekonomii.

Iverson czuł się jak ryba w wodzie tylko na boisku, podczas zajęć sportowych, i jedynie tutaj uciekał od wszystkich problemów. Czasami spędzał całe noce z kumplami, próbując odzyskać spokój. Jednym z jego mentorów był niejaki Tony Clark, 21-letni ekssportowiec, który przegadywał z Allenem wiele godzin, przekazując młodemu podopiecznemu przeróżne rady i mądrości. Niestety, pewnej nocy pojawiła się dziewczyna Clarka, wbiła mu nóż w szyję, a Iverson na własne oczy zobaczył przyjaciela całego we krwi. Kiedy indziej był świadkiem postrzelenia kumpla, z którym siedział akurat na ganku. Mówiło się, że pewnego lata od ran postrzałowych zginęło ośmiu jego znajomych.

Moore, który kilka lat wcześniej trenował u Kozlowskiego futbol, często proponował mu pokój albo podwózkę z miejsca na miejsce. Iverson zaczął mu ufać. Moore zbliżał się do czterdziestki, był starszy nawet od Ann Iverson i wyglądał na kogoś mądrego i troskliwego. Bardzo szybko zaskarbił sobie sympatię Iversona swoim ojcowskim podejściem. Moore był też jedną z pierwszych osób, które uwierzyły w przyszłą wielkość swojego protegowanego.

Niezależnie od prób odzyskania stabilizacji Iverson tak często się przeprowadzał, że bardzo sobie cenił wszystko, co kojarzyło mu się ze spokojem i wygodą. Zanim jeszcze wyprowadził się z rodziną z domu w Newport News, potrafił godzinami wpatrywać się w podobiznę Jordana, którą sam narysował, marząc o tym, że może kiedyś, tak jak każdy zawodowy sportowiec, sam będzie mógł decydować o swoim przeznaczeniu. Kiedy opuszczali dom, cały swój skromny dobytek pakowali do worków na śmieci, przygotowując się na niepewną przyszłość.

Biologiczny ojciec Iversona, Allen Broughton, odsiadywał w więzieniu pierwszy z wielu wyroków. W 1996 roku miał trafić za kratki za atak nożem na swoją byłą dziewczynę. Kiedy Iverson spotkał go po raz pierwszy w życiu, odbyło się to w asyście strażników więziennych. Chłopiec zapytał ojca, czy pomógłby mu zdobyć nową parę butów sportowych, ale Broughton odpowiedział, że nie ma na to szans, i mały Allen wrócił do domu załamany. Na szczęście Ann miała inny pomysł: na nowe obuwie dla syna wydała pieniądze przeznaczone na czynsz za nadchodzący miesiąc. Allen miał wkrótce pojechać na obóz ligi letniej w Lawrence w stanie Kansas, a jedną z osób, które odwiedziły tamten obóz, żeby zobaczyć Iversona w akcji, był trener uniwersytecki, niejaki Larry Brown[4].

Ann utrzymywała relację z Freemanem, który próbował odgrywać rolę autorytetu, ale sam też spędził większość z nadchodzących 20 lat w więzieniu po tym, jak skazano go za handel narkotykami. Iverson traktował Moore’a i swoich trenerów jako nieliczne źródła stabilizacji w swoim życiu, więc kiedy dogadali się z Baileyem w kwestii nieobecności w szkole, trener zadał mu pytanie, na które otrzymał znaczącą i smutną zarazem odpowiedź, zwłaszcza w świetle tego, co Bailey już wiedział o swojej młodej gwieździe.

„Czego ode mnie oczekujesz?” – zapytał Bailey.

Iverson chwilę się zastanowił, po czym odpowiedział: „Czy będziesz zawsze przy mnie?”.

Latem Ann Iverson powierzała swojego syna Boo Williamsowi, byłemu skrzydłowemu z St. John’s, który teraz prowadził swoją własną amatorską szkółkę sportową. Jej wychowankiem był między innymi Alonzo Mourning, przyszły gwiazdor Georgetown University i NBA. Kolejnym wychowankiem miał być właśnie Iverson, chłopak tak szybki i utalentowany, a do tego…

– Jezu, Allen, może byś się w końcu zamknął?

14 godzin. Tak długo gadał, przez całą drogę z Hampton do Memphis. Jego kolega z drużyny i przyszły gwiazdor University of Maryland, Joe Smith, zdążył pójść spać, żeby zabić czas czymś innym niż tylko słuchaniem żartów, anegdot i mądrości Iversona, ale kiedy się obudził, Allen wciąż trajkotał. „Jadę do Tennessee, gdzie nowa hala wygląda jak jakaś pieprzona piramida – widzieliście ją? I pomogę wam ją pobłogosławić. Zobaczycie, ile punktów tam rzucę, z jaką łatwością będę wchodził pod kosz, jak wiele rzutów z rzędu oddam, zresztą może ktoś z was chce się założyć? Może o dolara albo o dwa, o jakieś drobne, no weźcie”. Trenerzy szybko się orientowali, że Iversona łatwo zmotywować tylko jakąś marchewką. Jak mu powiesz, że ma coś zrobić, to on albo się zgodzi, albo ci powie, żebyś spierdalał. Ale wystarczy, że dorzucisz pięć dolarów albo wykupisz mu w hotelu film w pay-per-view, albo zamówisz pizzę zamiast kurczaka, i masz do dyspozycji maszynkę do zdobywania punktów, zmotywowaną i gotową do akcji.

Zakładał się o trafione rzuty wolne, o wygraną w kręgle i o maratony w Monopoly do późnych godzin nocnych. Iverson zawsze trzymał w takich rozgrywkach bank i pilnował, żeby nikt nie oszukiwał. I zawsze nad ranem kończył z dużą kupką sztucznych banknotów. Ale do ciężkiej cholery, najważniejsze było to, że wygrał. Czy w wieku 13 lat nie potrafił dunkować, unosząc się ponad obręczą? Czy nie zdobywał 30 punktów w trzech meczach z rzędu podczas rozgrywek finałowych turnieju AAU w Winston-Salem w Karolinie Północnej? I to nie w całym spotkaniu, tylko już do przerwy, dzięki czemu znalazł się na czele krajowych rankingów rekrutacyjnych? „To, czego dokonywał, nie miało prawa się wydarzyć – wspominał potem Williams. – A przecież wiem, co mówię, bo zajmuję się tym od 32 lat”.

Iverson powtarzał im, że w Memphis pokaże, co potrafi, a inni młodzi koszykarze i trenerzy, skazani na jego gadaninę, czuli się w tym małym vanie, jakby znaleźli się w pułapce. Kurde, czy ten koleś nigdy nie śpi? Czy baterie mu się nie wyczerpują? „Nie, kurwa – odpowiadał – tak jak u Michaela. Czy baterie Michaela kiedykolwiek się wyczerpują?” Miał nadzieję, że nie, bo czuł, że już teraz mógłby zagrać przeciwko niemu i go zniszczyć.

– Dobra, dobra – odpowiedział mu Williams. – Michael Evans to solidny zawodnik. Nie tylko najlepszy rozgrywający we wschodniej Wirginii, ale w ogóle jeden z najlepszych w całej Ameryce. Nie przestawaj trenować, Allen, a być może już za rok albo dwa…

– Ale ja nie mówię o jakimś Michaelu Evansie! – wrzasnął Iverson.

– No to o kim?

– Kurwa, mówię o Michaelu Jordanie!

Przewrócili oczami, a kiedy w końcu dotarli do Memphis i weszli do tej piramidy, Iverson i drużyna do lat 16 Boo Williamsa roznieśli konkurencję w pył – no dobra, większość konkurencji – i zajęli drugie miejsce. Iverson otrzymał nagrodę dla najbardziej wartościowego zawodnika turnieju, co oczywiście było super, ale oznaczało, że przyszła pora, by wracać do domu. I trzeba było słuchać kolejnych 14 godzin audycji Radia Iverson, wszystkich dzisiejszych i wczorajszych przebojów, no i reklam z przyszłości. „To jakieś gówno”, oznajmił na początku podróży, mówiąc o nagrodzie za drugie miejsce, a potem zagroził, że wyrzuci tę pieprzoną statuetkę przez okno na autostradę numer 40.

– Allen – powiedział w końcu ktoś. – A może byś się tak zamknął, kiedy zatrzymamy się na obiad?

Uśmiechnął się, jakby coś przyszło mu do głowy, i na dłuższą chwilę zamilkł.

W ciemnym pokoju Bailey puścił w końcu gardło Iversona, a oczy dzieciaka powoli powracały do normalnego rozmiaru. Trener zaczynał rozumieć problemy, z którymi musi się zmagać jego gwiazdor, albo przynajmniej próbował je zrozumieć, ale jednocześnie chciał go zapewnić, że nie da się wykiwać. Co więcej, nie zamierzał pozwolić, żeby wątpliwy system wspomagania Iversona – a także wyniszczające życiowe lekcje i pokręcona wizja normalności, które nauczył się akceptować w okresie swojego dojrzewania – mogły przekreślić tak obiecującą przyszłość.

Iverson uznawał twardość za siłę – nie zamierzał liczyć się z tymi, którzy go nie doceniali i obchodzili się z nim jak z jajkiem, bo zakładali, że jest miękki i można go wykorzystać. Im bardziej ktoś go nie doceniał, tym bardziej Iverson uprzykrzał mu życie. Bailey zaczął więc gromadzić wszystkie informacje na temat Allena, odpytywał zaprzyjaźnionych nauczycieli i monitorował jego oceny zaraz po ich wystawieniu. Na koniec pierwszej klasy Iverson dostał ocenę D i musiał uczęszczać na dodatkowe zajęcia w ramach szkoły letniej. Matki Allena nie stać było na czesne, więc Bailey zaproponował chłopakowi umowę: przez te trzy tygodnie miał zamieszkać razem z nim i jego żoną Janet, co z pewnością pozwoli mu się skoncentrować i nadrobić zaległości. A Bailey opłaci czesne za sesję letnią. Tego typu nagrody działały na Iversona dopingująco, więc propozycja powinna mu się spodobać.

I rzeczywiście, Iverson zgodził się i przez pierwsze cztery dni nawet uczęszczał na zajęcia bez żadnych problemów. Ale w czwartek wieczorem znów zaczął się włóczyć. Niezależnie od intencji otaczających go ludzi najbardziej cenił tych, którzy od zawsze byli przy nim i wierzyli w niego od samego początku. I nikt nie był mu bliższy od Ann, nawet jeśli często źle go traktowała. Bo to ona zawsze dostrzegała wielkość syna. Iverson chciał spędzić weekend w domu, ale Baileyowi nie spodobał się ten pomysł.

– Allen – powiedział – inaczej się umawialiśmy.

Chłopak tylko się uśmiechnął, okazując wdzięk, który w przyszłości miał uczynić z niego charyzmatyczną międzynarodową ikonę sportu. Pod przykrywką twardego gościa krył się słodki dzieciak potrafiący owinąć sobie wokół palca tych wszystkich, którym na nim zależało. Iverson zaczął szczebiotać do swojego trenera. Przypomniał Baileyowi, że jedną z naczelnych zasad wszczepianych przez niego swoim zawodnikom było zaufanie, którym koledzy z drużyny powinni się darzyć; powinni ufać kolegom, że czynią to, co do nich należy, i trenerom, że robią wszystko, co najlepsze dla ich zawodników.

– Dlaczego mi pan nie ufa? – zapytał Iverson.

Baileya to dotknęło, ale wciąż jeszcze robił dobrą minę do złej gry. Iverson był bezlitosny. Spotkał trenera na ulicy. „Trenerze – powiedział. – Zaufanie!”. Za każdym razem, kiedy spotykał go w kuchni albo na korytarzu, powtarzał tylko do znudzenia: „Zaufanie”. I w końcu Bailey się zgodził, żeby Iverson spędził weekend razem z rodziną. Ale pod warunkiem że w niedzielę wróci.

Potem oczywiście przyszła niedziela, dobiegła końca, Iverson się nie pojawił, a Bailey przemierzał Hampton wzdłuż i wszerz, próbując go bezskutecznie odnaleźć. Kiedy w końcu go dopadł, warknął tylko: „Zabiję cię”. Przez dziesięć kolejnych dni Iverson miał stuprocentową frekwencję w szkole letniej. Gdyby Bailey porozmawiał z Ann, pewnie stanęłaby po stronie trenera, a nie syna. Raczej nie kwestionowała motywów ludzi, którzy poważnie traktowali przyszłość jej syna. No i uczyła Allena bycia dumnym: kiedy Iverson mieszkał z Baileyami, zauważyli, że wcześnie wstaje i prosi ich, żeby pożyczyli mu żelazko. Prasował skrupulatnie swoje koszule, żeby wyglądały idealnie, choć kiedy w końcu którąś zakładał, widać było dziurę na plecach. Uznał, że z dziurą i tak nic nie może zrobić, ale nie pozwoli sobie na to, żeby chodzić na zajęcia szkoły letniej w niewyprasowanej koszuli. „Niebywale dbał o wszystko, co posiadał” – wspomina Mike Bailey.

Iverson ścierał się czasami ze swoimi trenerami, co było zapowiedzią przyszłych problemów; Bailey trzykrotnie wyrzucał go z reprezentacji, ale kiedy emocje opadały, przywracał go do składu. Kozlowski wymagał, żeby wszyscy zawodnicy w dniu meczów zakładali garnitury, i kiedy dowiedział się, że Iverson nie ma żadnego, wydał pięćset dolarów na dwuczęściowy strój dla swojego gwiazdora. Rok później jeden z gości ukradł garnitur z szafy Iversona, a Kozlowski kupił mu nowy, wymuszając uprzednio na Allenie obietnicę, że ten pojawi się punktualnie na corocznym bankiecie Sportowiec Roku dziennika „Daily Press”. Impreza zaczynała się o szóstej, ale Iverson (przywieziony na miejsce przez Moore’a) pojawił się kwadrans po siódmej.

Kiedy Iverson był w trzeciej klasie w Bethel, na dzień przed meczem o futbolowe mistrzostwo stanu Wirginia w Grupie AAA zorganizował coś w rodzaju strajku protestacyjnego. Kozlowski zwołał trening, było zimno, padał śnieg, a Allen, który był wtedy pierwszym rozgrywającym futbolowej drużyny Bruins, nie miał ochoty ćwiczyć przy tak okropnej pogodzie. Podszedł do Kozlowskiego i powiedział:

– Trenerze, wszyscy są chorzy. Nie powinno nas tu teraz być.

Podobne tony pojawiały się potem wielokrotnie podczas kariery Iversona w NBA, kiedy nagle zapadał na jakąś nagłą, tajemniczą chorobę. Mijał dzień lub dwa, dolegliwości znikały, a Iverson powracał na trening i zakładał strój jak gdyby nigdy nic. Ale tym razem Kozlowski zignorował wymówki Allena i kontynuował prowadzoną na pół gwizdka rozgrzewkę, która miała potrwać około godziny. Trener zlecił rozegranie jednej z akcji, Iverson zajął pozycję, ale kiedy zawodnicy drużyny przeciwnej ruszyli w jego kierunku, żeby go zablokować, nie ruszył się z miejsca. „Jeszcze raz!” – krzyknął poirytowany trener. Piłka trafiła w ręce Iversona, ale ten nadal stał w miejscu, zamiast oddać ją kolegom. Kozlowski zagroził, że posadzi go na ławce, nakazał nawet rezerwowemu rozgrywającemu rozpoczęcie rozgrzewki, ale obaj wiedzieli, że stary trener nie podejmie ryzyka i nie zmniejszy szans na zdobycie mistrzostwa stanowego, żeby dać lekcję młodemu rozgrywającemu. W sporcie najważniejszy jest wynik i po latach Kozlowski pewnie specjalnie nie żałował, że pozwolił wtedy Iversonowi dalej grać, zwłaszcza kiedy spojrzał na ścienną półkę, na której stoją trofea, a wśród nich dyplom za zdobycie mistrzostwa stanowego po zwycięstwie Bruins nad liceum E.C. Glass z Lynchburga 27:0.

Iverson zdobył oczywiście w tamtym meczu punkty z przyłożenia po akcji identycznej jak ta, którą mieli ćwiczyć dzień wcześniej. Kiedy po meczu dziennikarz podetknął mu pod twarz mikrofon, Iverson tylko naciągnął czapkę, uśmiechnął się i powiedział: „Teraz pora na mistrzostwo w koszykówce”.

Tawanna Turner zapytała Kim Woodard, czy mogłaby tego wieczora do niej wpaść i poznać chłopaka, który gra w jednej drużynie futbolowej z ukochanym Kim, Timem Johnsonem. Czy to ten chłopak z telewizji z niewyparzonym językiem? Co on sobie wyobraża? Tawannie głupio było powiedzieć to na głos, ale chciała się dowiedzieć.

Tak naprawdę w ogóle nie była gadatliwa, raczej cicha, a on wyglądał na buca. Ona była raczej odludkiem, a chłopaka zawsze otaczali jego ziomale. Był sportowcem w liceum Bethel, a ona pełniła funkcję asystentki sportowej dziewczęcej drużyny koszykarskiej w liceum Kecoughtan w Hampton, odpowiedzialnej za podawanie swoim koleżankom wody i ręczników. Iverson nabijał się z niej później, mówiąc, że jest dziewczyną od przynoszenia napojów. Stanowili kompletne przeciwieństwa, jak ogień i woda. Ale oboje chodzili do trzeciej klasy, mieli po 16 lat, a poza tym przeciwieństwa się przecież przyciągają. No i kumplowali się z tymi samymi ludźmi, z Kim i z Timem, czy to nie zabawne?

W Kecoughtan uczniowie mieli pół dnia wolnego i Kim wszystko zorganizowała. Tim poprosił Iversona, żeby wpadł i poznał tę cichutką dziewczynę z kolczykami w kształcie obręczy. Co tam, kurde, co mi szkodzi, pomyślał Iverson. Trochę pogadali, tym razem to Iverson był spokojny i cichy, a Tawanna się rozgadała i opowiadała, że ojciec woła ją inicjałami, TD, tak jak touchdown (przyłożenie) w futbolu. Podkreślała, że wcześniej chodziła tylko z jednym sportowcem i że chciałaby kiedyś zostać projektantką mody, a może nawet artystką, i wyrwać się z tej dziury. W pewnym momencie Kim i Tim znikli, przenieśli się do innego pokoju. Tawanna i Iverson gadali jeszcze przez chwilę, potem w ruch poszły jego ręce, szybko zdjęli spodnie i co tu dużo gadać, szybko się to potoczyło. Kiedy było po wszystkim, Iverson uśmiechnął się do Tawanny, a ta odwzajemniła uśmiech. Czy wpadnie kiedyś zobaczyć, jak gra? Czy będzie mu kibicować nawet wtedy, kiedy Kecoughtan spotka się z Bethel? Czy może nazywać ją jego maleńką dziewczyną od podawania wody?

Iverson opowiedział Moore’owi o tej dziewczynie z innej szkoły. Moore słuchał, jak rozkwita ich szczenięca miłość, trochę ją bagatelizował, ale Iverson mówił: „Nie, Gary, tym razem to jest na serio”.Moore kiwał głową i wywracał oczami, ale potem Iverson zaprosił ją na bal maturalny dla trzecioklasistów i kiedy podjechał pod dom Moore’a tuż przed tym, zanim miał ją odebrać, był straszliwie podenerwowany. Czy muszka jest dobrze zawiązana? A jak buty, czy takie są w porządku? A włosy, a oddech, a smoking? Bez jaj, czy Moore jest pewien, że buty pasują do reszty? Moore poprawił mu muszkę. Spojrzał Iversonowi głęboko w oczy i powiedział, że wszystko jest jak trzeba. Na koniec dodał, że będą idealną parą.

Jego ziomale siedzieli za ławką rezerwowych podczas meczów Bethel. Langford, E i Marlon podążali za nim do różnych miejsc, kiedy hala Bethel okazywała się zbyt mała, żeby pomieścić tłumy chcące oglądać ich spotkania. Kozlowski dogadał się z Hampton University, które pozwoliło Bruins na rozgrywanie meczów u siebie, w mieszczącej 7200 osób hali Convocation Center, ale i tak przed każdym pojedynkiem z odwiecznymi rywalami z liceum Hampton jakieś dwa tysiące kibiców trzeba było odprawić z kwitkiem z uwagi na przepisy przeciwpożarowe.

„Trenerze, mamy problem” – powiedział do Kozlowskiego oficer policji tuż przed rozpoczęciem jednego ze spotkań, podczas których hala była pełna. Odpicowana Ann razem z dwiema siostrami Iversona znajdowały się na zewnątrz hali i rozpętały piekło, bo nie mogły dostać się do środka. Kozlowski wyrzucił z hali trzech kibiców, żeby panie mogły wejść. Szybko zajęły miejsca za ławką rezerwowych Bruins, a matka gwiazdy liceum Bethel zaczęła wszystkim wokół opowiadać, że jej syn będzie kiedyś bardzo bogaty i kupi jej jaguara. Iverson rzeczywiście zapowiadał się już na gwiazdę dużego formatu – Bob Gibbons, łowca talentów, uznał go za największy szkolny talent koszykarski i był pewien, że trafi do jednej z najlepszych uczelni w kraju – Duke, Kentucky, Kansas albo Maryland. Ale przecież Allen uwielbiał również futbol, dobrze się zapowiadał jako rozgrywający i tylny obrońca, a łowca talentów futbolowych, Tom Lemming, pisał, że Iverson i rozgrywający z Nowego Orleanu, niejaki Peyton Manning[5], to dwaj najlepsi licealni zawodnicy w całej Ameryce.

Całe miasto wypełniło Convocation Center, prawie wszyscy chcieli choć przez chwilę rzucić okiem na nowe cudowne dziecko Wirginii. Moore, który pracował na Hampton University, przepchał się jakoś przez tłum, Tawanna też przyszła, żeby zobaczyć swojego nowego chłopaka w akcji. Zachwycała się, że jest nie tylko bardzo utalentowanym zawodnikiem, ale też że woli robić wszystko po swojemu. Iverson czasem ścierał się z Baileyem, zazwyczaj wtedy, kiedy trener próbował go zmusić do częstszego podawania piłki. „Trenerze, niech pan przestanie mi ciągle mówić, jak mam grać!” – wrzasnął Iverson w kierunku Baileya podczas meczu z liceum Hampton, a Bailey zrewanżował się, sadzając swoją gwiazdę na ławce. W następnym meczu Iverson odegrał się, nie oddając ani jednego rzutu – jedynie podawał. Kiedy Tony Rutland dostrzegł go na wolnej pozycji na skrzydle, Iverson przetrzymał przez chwilę piłkę, po czym oddał ją z powrotem. Nawet wtedy, kiedy miał prostą drogę do kosza, i tak przerzucał piłkę na obwód. W końcu Bruins zaczęli przegrywać różnicą 20 punktów. „Kiedy teraz o tym myślę – mówił potem Bailey – to gdyby dziś przyszło mi trenować kogoś takiego jak Allen, pewnie bym mu nie mówił, żeby podawał”.

W lutym 1992 roku Iverson i Bruins mieli przypieczętować zdobycie przez Wirginię tytułu mistrzowskiego. Bailey, pomimo dopadającej go czasem frustracji, wierzył, że Iverson wyciągnął wnioski ze swoich błędów i że niebezpieczeństwo zepsucia swojej reputacji i zaszkodzenia przyszłości już mu nie grozi. Mimo to trener nadal go pilnował i kontrolował. Ale teraz, kiedy Iverson był w trzeciej klasie, Bailey dostrzegał w nim utalentowanego młodzieńca, który nie tylko szuka własnej drogi w życiu, ale musi też pokonywać mnóstwo barier stawianych mu przez to życie.

W czwartek wieczorem, na dzień przed meczem, Iversonowi się nudziło. Jak zwykle nie chciało mu się spać. Tuż przed północą zapytał kumpli, co chcieliby robić. Jeden z nich zaproponował, żeby pójść na kręgle.

[1] Newport Bad Newz – Złe Wieści z Newport, potoczna nazwa miasta Newport News w Wirginii (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] DayOne friends – nawiązanie do popularnego w slangu czarnoskórych określenia grupki kumpli z dzieciństwa jako „Day One Niggas”.

[3] Potem Iverson wytatuował sobie tę nazwę w czterech miejscach na ciele.

[4] Przyszły wieloletni trener i mentor Iversona w Philadelphii 76ers.

[5] Późniejsza legenda National Football League (NFL), dwukrotny zwycięzca Super Bowl, pięciokrotny MVP ligi.

Not a Game. The Incredible Rise and Unthinkable Fall of Allen Iverson

Copyright © 2015 by Kent Babb

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2016

Copyright © for the translation by Michał Rutkowski 2016

Redakcja – Grzegorz Krzymianowski

Korekta – Piotr Królak

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografia na I stronie okładki – Steve Freeman / Getty Images

Fotografia na IV stronie okładki – Ron Turenne / Getty Images

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek

inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu

bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I, Kraków 2016

ISBN EPUB: 978-83-7924-679-3

ISBN MOBI: 978-83-7924-677-9

wsqn.pl

WydawnictwoSQN

wydawnictwosqn

SQNPublishing

wydawnictwosqn

WydawnictwoSQN

Sprzedaż internetowa labotiga.pl

E-booki

Zrównoważona gospodarka leśna

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Prolog

Rozdział 1. Chłopak z ulicy

Rozdział 2. Droga powrotna

Rozdział 3. Bijatyka w kręgielni

Rozdział 4. Bankrut

Rozdział 5. Hilltop

Rozdział 6. Głowa rodziny

Rozdział 7. Crossover

Rozdział 8. Zawsze u twojego boku

Rozdział 9. Prosto z Hampton

Rozdział 10. W obronie

Rozdział 11. Właściwa droga

Rozdział 12. Na dnie

Rozdział 13. Kapitan

Rozdział 14. Pożyteczni idioci

Rozdział 15. Rodzinny interes

Rozdział 16. Gadamy o treningu, stary

Rozdział 17. Wszystko, co się świeci

Rozdział 18. Czasy, które odeszły

Rozdział 19. Zmiana

Rozdział 20. „Rozpad ostateczny”

Rozdział 21. U siebie i na wyjeździe

Rozdział 22. 21 lat

Rozdział 23. Zmierzch

Epilog

Podziękowania

Zdjęcia

Strona redakcyjna

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Allen Iverson. Życie to nie gra 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wayne Gretzky. Opowieści z tafli NHL Nienasycony – Robert Lewandowski Arkadiusz Onyszko. Fucking Polak. Nowe życie Thomas Morgenstern. Moja walka o każdy metr Wszystko za Everest Jeszcze jedna mila