Infekcja. Exodus

Infekcja. Exodus

Autorzy: Andrzej Wardziak

Wydawnictwo: Pascal

Kategorie: Horror

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 448

Cena książki papierowej: 39.90 zł

cena od: 27.93 zł

Autor w poprzedniej części pod tytułem Infekcja: Genesis obnażył stereotypowe myślenie współczesnego społeczeństwa. Tak, zombie może być każdy z nas. Czy jednak ktoś ze znanych nam bohaterów ocalał? Jaką szansę na przetrwanie ma rodzaj ludzki? I kto stoi za rozpowszechnieniem śmiercionośnego wirusa? Na walczących o przeżycie czeka kolejna pułapka - prócz żądnych krwi stworów, poluje na nich ich wojsko, które otrzymało polecenie zlikwidować każdego. Bez wyjątku.O autorze:Andrzej Wardziak - urodzony w 1985 roku, z wykształcenia tłumacz języka angielskiego, obecnie pracownik wielkiej korporacji, w wolnych chwilach uprawia wspinaczkę sportową. Autor Infekcji oraz Siódmej duszy, w przygotowaniu jest jego następna powieść Infekcja: Exodus, a w planach - niezliczona ilość kolejnych.

© Co­py­ri­ght by An­drzej War­dziak

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Ta książ­ka jest fik­cją li­te­rac­ką. Ja­kie­kol­wiek po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób, ży­wych lub zmar­łych, au­ten­tycz­nych miejsc, wy­da­rzeń lub zja­wisk jest czy­sto przy­pad­ko­we. Bo­ha­te­ro­wie i wy­da­rze­nia opi­sa­ne w tej książ­ce są two­rem wy­obraź­ni au­to­ra bądź zo­sta­ły zna­czą­co prze­two­rzo­ne pod ką­tem wy­ko­rzy­sta­nia w po­wie­ści.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Au­tor: An­drzej War­dziak

Re­dak­cja: Bar­tosz Szpoj­da

Ko­rek­ta: Ka­ta­rzy­na Zio­ła-Ze­mczak

Ilu­stra­cja i pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ra­fał Ka­pi­ca

Skład: IMK

Przy­go­to­wa­nie eBo­oka: Ma­riusz Kur­kow­ski

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Pie­trzak

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

Biel­sko-Bia­ła 2016

ISBN 978-83-7642-911-3

WTOREK

ŁO­MIAN­KI, GO­DZI­NA 21:28.

Gówno praw­da – skwi­to­wał krót­ko Ma­rek, wbi­ja­jąc tępy wzrok w te­le­wi­zor. Od po­łu­dnia na wszyst­kich ka­na­łach le­cia­ły te same in­for­ma­cje oraz kon­se­kwent­nie po­wta­rza­ne, sur­re­ali­stycz­ne ob­ra­zy krwa­wią­cej, ko­na­ją­cej War­sza­wy. Bez­li­to­śnie ob­na­ża­ły cha­os, dez­or­ga­ni­za­cję i pa­ni­kę na każ­dym po­zio­mie struk­tu­ry spo­łecz­nej. Nikt nie był w sta­nie wy­tłu­ma­czyć, co ak­tu­al­nie dzie­je się w sto­li­cy oraz in­nych du­żych mia­stach Pol­ski. Wy­glą­da­ło na to, że cały kraj padł ofia­rą nie­zna­nej wcze­śniej za­ra­zy. Wy­po­wia­da­li się eks­per­ci cy­wil­ni i woj­sko­wi, na­tu­ral­nie głos za­bra­ło rów­nież paru wiesz­czów apo­ka­lip­sy z ra­mie­nia kle­ru, lecz tak na­praw­dę nikt nie rzu­cił cho­ciaż­by odro­bi­ny świa­tła na nie­roz­wią­za­ną do­tych­czas spra­wę.

Znie­sma­czo­ny Ma­rek otwo­rzył ko­lej­ną tego wie­czo­ru pusz­kę piwa i od razu wy­pił po­ło­wę.

– Jak my­ślisz, co te­raz bę­dzie? – za­py­ta­ła nie­śmia­ło żona sie­dzą­ca na ka­na­pie obok męża. Z prze­ję­ciem śle­dzi­ła „Wia­do­mo­ści”.

– Nic. Se­rio, wie­rzysz w to? – za­py­tał to­nem peł­nym wy­rzu­tu. – Prze­cież to bzdu­ry, far­ma­zo­ny same. Co, niby lu­dzie za­czę­li się na­gle ata­ko­wać i tak po pro­stu zja­dać? Ta­kie tam pie­prze­nie. To pew­nie ja­kaś nowa ak­cja mar­ke­tin­go­wa albo re­kla­ma, może. A je­śli na­wet nie, to tak jak to coś szyb­ko przy­szło, tak samo szyb­ko pój­dzie. – Zro­bił prze­rwę i opróż­nił pusz­kę do koń­ca. Po­cze­kał, aż mu się od­bi­je, po czym za­do­wo­lo­ny cią­gnął ty­ra­dę: – Poza tym woj­sko się wszyst­kim zaj­mie. Wi­dzia­łaś, ile czoł­gów je­cha­ło dziś do mia­sta? – Po­now­nie bek­nął. – Je­ste­śmy bez­piecz­ni. O nic się nie bój.

Dwie go­dzi­ny póź­niej Ma­rek był zbyt pi­ja­ny, by sły­szeć krzy­ki wal­czą­cej o ży­cie żony i by zro­zu­mieć, że wście­kle ata­ku­ją­cy go są­sie­dzi nie byli tyl­ko złym snem.

ŚRO­DA

KEEP OUT THE IN­TRU­DERS, PUT THE DRAW­BRID­GE UP! THE ENE­MY RAN­SAC­KED WHAT WE HAD JUST RE­BU­ILT!

The Ago­nist, Pa­no­pho­bia

ŁO­MIAN­KI, GO­DZI­NA 00:22.

Kamil pod­szedł na mięk­kich no­gach do okna. Wy­tarł swo­je szczu­płe, mo­kre od potu dło­nie w luź­ne spoden­ki dżin­so­we i kil­ka razy głę­bo­ko na­brał po­wie­trza, sta­ra­jąc się od­na­leźć w so­bie głę­bo­ko scho­wa­ne po­kła­dy od­wa­gi. Na­stęp­nie, naj­de­li­kat­niej jak po­tra­fił, od­su­nął za­sło­nę i zer­k­nął na uli­cę.

Po­mi­mo póź­nej pory nie mu­siał się spe­cjal­nie wy­si­lać, żeby wi­dzieć w ciem­no­ści – łuna po­ża­ru oświe­tla­ła wszyst­ko cie­płym, po­ma­rań­czo­wym bla­skiem. Pło­mie­nie tra­wi­ły sa­mo­chód le­żą­cy na da­chu w po­przek jezd­ni oraz pię­tro­wy dom na­prze­ciw­ko sze­re­gow­ca, w któ­rym ak­tu­al­nie wy­naj­mo­wał po­kój. Do­dat­ko­we oświe­tle­nie za­pew­nia­ły ciąg­le dzia­ła­ją­ce la­tar­nie. Ogień strze­lał wy­so­ko w nie­bo, ale straż po­żar­na mimo to nie przy­je­cha­ła. I coś mu mó­wi­ło, że pręd­ko nie przy­je­dzie.

Chło­pak prze­niósł wzrok na dwa cia­ła le­żą­ce na zim­nym as­fal­cie. Jed­no z nich, na­le­żą­ce do mło­dej ko­bie­ty, mia­ło gło­wę skie­ro­wa­ną w jego stro­nę. Ta spo­glą­da­ła na nie­go peł­nym pre­ten­sji spoj­rze­niem nie­wi­dzą­cych już oczu, w któ­rych od­bi­ja­ła się łuna po­ża­ru.

Cof­nął się pa­mię­cią do chwi­li, gdy ofia­ry wy­pad­ku wy­czoł­gi­wa­ły się z wra­ku sa­mo­cho­du. Przy­po­mniał so­bie strach, jaki mu to­wa­rzy­szył, gdy to­czył we­wnętrz­ną wal­kę, czy iść i im po­móc, czy też po­zo­stać w bez­piecz­nej kry­jów­ce. Wie­dział, że po­wi­nien był po­móc. Wie­dział, że po­wi­nien był za­cho­wać się od­waż­nie, jak bo­ha­ter – je­den z tych, któ­rych wi­dział w fil­mach, o któ­rych tyle czy­tał, w któ­rych się wcie­lał, gra­jąc w gry kom­pu­te­ro­we. Ale nie po­tra­fił. Mógł wy­biec z domu, zła­pać jed­ną z le­żą­cych na zie­mi ko­biet i ura­to­wać ją przed… nimi. Nie chciał ich na­zy­wać. Nie chciał po­now­nie przy­po­mi­nać so­bie tego, cze­go i tak ni­g­dy nie bę­dzie mu dane za­po­mnieć. Nie poj­mo­wał, dla­cze­go lu­dzie sta­li się wo­bec sie­bie tak okrut­ni, co za dia­beł ich opę­tał i zmu­szał do rzu­ca­nia się so­bie do gar­deł. Nie chciał tego zro­zu­mieć, ale i nie po­tra­fił prze­stać o tym my­śleć. I wła­śnie to cią­głe roz­my­śla­nie po­zba­wi­ło go wte­dy moż­li­wo­ści dzia­ła­nia. Stał tyl­ko w oknie i zza mi­ni­mal­nie uchy­lo­nej ża­lu­zji ob­ser­wo­wał, jak bez­bron­ne ko­bie­ty wo­ła­ją o po­moc, pod­czas gdy wy­dzie­ra­ne są im wnętrz­no­ści. Nie mógł się z tym po­go­dzić, więc wy­ma­zał to wspo­mnie­nie, któ­re te­raz po­wró­ci­ło ze zdwo­jo­ną siłą. Tak samo jak wy­ma­zał wspo­mnie­nie tego, że zlał się w ga­cie, gdy miał dzie­więć lat i pies ugryzł jego sio­strę, a on nie ru­szył jej na ra­tu­nek, tyl­ko stał i pa­trzył, po­zwa­la­jąc, by cie­pły mocz spły­nął po jego ko­st­ce i wsiąk­nął w brud­ny pia­sek po­dwór­ka.

A sko­ro wy­ma­zał to wspo­mnie­nie, pa­trzył te­raz na uli­cę i uda­wał, że mar­twe ko­bie­ty za­uwa­żył po raz pierw­szy.

– Wi­dzisz coś? – za­py­ta­ła Ka­sia. Chło­pak od­wró­cił się i zo­ba­czył, jak jego dziew­czy­na sie­dzi na ka­na­pie z ko­la­na­mi pod­cią­gnię­ty­mi pod samą bro­dę. Była bla­da, od­dy­cha­ła z tru­dem i tyl­ko co chwi­lę py­ta­ła, czy Ka­mil do­strzegł coś no­we­go. Przez ostat­nie kil­ka go­dzin zmie­ni­ła się nie do po­zna­nia – z pew­nej sie­bie, ko­cha­ją­cej ży­cie mło­dej stu­dent­ki w wy­stra­szo­ne pi­sklę.

– Nie, nic. Cały czas to samo – po­wie­dział zgod­nie z praw­dą. W to­nie jego gło­su do­mi­no­wa­ły smu­tek i nie­pew­ność, któ­rych chło­pak na­wet nie sta­rał się ukry­wać.

Nie wie­dział, co ro­bić. Czy cze­kać na ra­tu­nek, czy wy­biec i szu­kać u ko­goś po­mo­cy? Te­le­fo­ny prze­sta­ły dzia­łać, w sie­ci ni­cze­go kon­kret­ne­go nie zna­lazł. Nikt ni­g­dy mu nie po­wie­dział, jak ma się za­cho­wać w przy­pad­ku apo­ka­lip­sy, gdy ta za­pu­ka do jego drzwi zu­peł­nie bez ostrze­że­nia. Mógł tyl­ko bier­nie cze­kać na roz­wój wy­pad­ków i przyj­mo­wać to, co zgo­to­wał mu los. Od­wró­cił się po­now­nie w stro­nę uli­cy, wy­pa­tru­jąc cze­goś, ja­kiej­kol­wiek wska­zów­ki, któ­ra pod­po­wie­dzia­ła­by mu, co ro­bić.

***

Wszyst­ko za­czę­ło się parę go­dzin wcze­śniej. Wró­ci­li z Ka­sią do domu po nor­mal­nym dniu pra­cy, roz­ma­wia­li, przy­go­to­wa­li obiad, za­sie­dli przed te­le­wi­zo­rem. I wła­śnie wte­dy tra­fi­li na spe­cjal­ny pro­gram re­la­cjo­nu­ją­cy wy­da­rze­nia za­cho­dzą­ce mniej niż dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów od miej­sca, w któ­rym ak­tu­al­nie prze­by­wa­li. Nie­re­al­ne ob­ra­zy po­ka­zy­wa­ły pło­ną­cą War­sza­wę, w któ­rej lu­dzie strze­la­li do sie­bie i wza­jem­nie się ata­ko­wa­li, i po uli­cach któ­rej spły­wa­ła krew. Na­wet dzien­ni­ka­rze pa­da­li ofia­rą agre­sji, ich re­la­cje były nie­skład­ne i cha­otycz­ne. W tle „Wia­do­mo­ści” sły­chać było wy­strza­ły z ka­ra­bi­nów ma­szy­no­wych i wy­bu­chy. Nie­trud­no było za­uwa­żyć, że woj­sko nie pa­no­wa­ło nad sy­tu­acją. Nikt nie wie­dział, co, dla­cze­go, skąd, gdzie i do­kąd to się­ga oraz – a może przede wszyst­kim – jak to po­wstrzy­mać. Nie­mniej z per­spek­ty­wy ka­na­py sy­tu­acja wy­da­wa­ła się Ka­mi­lo­wi i Kasi cał­kiem nie­groź­na. To zna­czy ow­szem, tra­ge­die i w ogó­le smu­tek… ale wszyst­ko dzie­je się da­le­ko, nas bez­po­śred­nio nie do­ty­czy, więc w su­mie nie było się czym przej­mo­wać, praw­da?

My­śle­li tak aż do mo­men­tu, w któ­rym usły­sze­li pierw­szy krzyk do­bie­ga­ją­cy zza okna.

Wrzask był tak przej­mu­ją­cy, że do­sta­li gę­siej skór­ki na ca­łym cie­le. Spoj­rze­li po so­bie, w pierw­szej chwi­li zu­peł­nie nie wie­dząc, co my­śleć ani co ro­bić.

– Co to było? – za­py­ta­ła drżą­cym gło­sem Ka­sia.

Ka­mil pa­trzył na nią przez chwi­lę w mil­cze­niu, na­stęp­nie prze­niósł wzrok na ekran te­le­wi­zo­ra. Po­ka­zy­wa­no ob­ra­zy ni­czym z ame­ry­kań­skie­go hor­ro­ru. Jed­nak krzyk, któ­ry usły­sze­li, był bar­dzo praw­dzi­wy i z całą pew­no­ścią nie do­bie­gał z gło­śni­ków od­bior­ni­ka.

– Nie wiem – od­po­wie­dział w koń­cu chło­pak. Ze­brał się w so­bie i pod­szedł ostroż­nie do okna. Wca­le nie chciał tego ro­bić, ale coś mu mó­wi­ło, że po­wi­nien. Bły­ska­wicz­nie do jego ple­ców przy­kle­iła się Ka­sia, szu­ka­ją­ca opar­cia w jego szczu­płym cie­le.

Po­de­szli do okna i wyj­rze­li na uli­cę, a to, co zo­ba­czy­li, wy­star­czy­ło, by do­świad­czy­li jed­ne­go z tych rzad­kich mo­men­tów, któ­re spra­wia­ją, że na­sze ży­cie już ni­g­dy nie bę­dzie ta­kie, ja­kie było wcze­śniej.

Sce­ny, któ­re wi­dzie­li w „Wia­do­mo­ściach”, roz­gry­wa­ły się te­raz przed ich do­mem. Uj­rze­li, jak dwie brud­ne, za­krwa­wio­ne oso­by pod­bie­ga­ją do sa­mot­nie spa­ce­ru­ją­ce­go sta­rusz­ka, po­wa­la­ją go na zie­mię i za­czy­na­ją roz­szar­py­wać. Męż­czy­zna krzyk­nął kil­ka razy, de­spe­rac­ko za­ma­chał rę­ka­mi, sta­ra­jąc się od­pę­dzić prze­śla­dow­ców, jed­nak nie miał szans w star­ciu z tak agre­syw­nym i bez­względ­nym prze­ciw­ni­kiem. Po chwi­li sza­mo­ta­ni­ny sta­rzec znie­ru­cho­miał. Ka­mil pa­trzył, jak na­past­ni­cy wy­dzie­ra­ją frag­men­ty cia­ła za­mor­do­wa­ne­go czło­wie­ka i wkła­da­ją je so­bie do ust. Całe zaj­ście było oświe­tlo­ne cie­płym świa­tłem za­cho­dzą­ce­go słoń­ca, prze­bi­ja­ją­cym się przez wy­so­kie dęby ro­sną­ce po obu stro­nach dro­gi. To tyl­ko po­tę­go­wa­ło sur­re­alizm sy­tu­acji.

„To jest po pro­stu nie­moż­li­we” – po­my­ślał.

Nie za­uwa­żył żad­nych ru­rek ze sztucz­ną krwią, więc za­czął się roz­glą­dać w po­szu­ki­wa­niu ukry­tej ka­me­ry, sta­ty­stów czy ja­kich­kol­wiek oznak, że to, co wi­dzi, jest po pro­stu częś­cią pla­nu fil­mo­we­go. Stwier­dził, że cha­rak­te­ry­za­cja na­past­ni­ków była ide­al­na: obaj mie­li po­szar­pa­ne i za­krwa­wio­ne ubra­nia, młod­sze­mu męż­czyź­nie z twa­rzy zwi­sał płat na­de­rwa­nej skó­ry, któ­ry – trze­ba to przy­znać – wy­glą­dał cho­ler­nie praw­dzi­wie. Dru­gi, star­szy męż­czy­zna nie miał le­wej dło­ni, a ręka koń­czy­ła się krwa­wią­cym ki­ku­tem, z któ­re­go wy­sta­wa­ła śnież­no­bia­ła kość. Jed­nak naj­więk­sze wra­że­nie zro­bi­ły na Ka­mi­lu szkła kon­tak­to­we – ciem­ne, nie­mal­że czar­ne oczy przy­wo­dzi­ły na myśl pie­kiel­ne de­mo­ny, któ­re zna­la­zły się na zie­mi, aby ze­brać swe śmier­tel­ne żni­wo. Eki­pa na­praw­dę nie­źle się po­sta­ra­ła.

Wi­dząc to samo, co on, Ka­sia krzyk­nę­ła. Opraw­cy od­wró­ci­li gło­wy i spoj­rze­li pro­sto na dwo­je lu­dzi sto­ją­cych w oknie. Star­szy męż­czy­zna, ten z ki­ku­tem ręki, wstał z zie­mi i ru­szył bie­giem w stro­nę Ka­mi­la i Kasi, któ­rzy sta­li jak spa­ra­li­żo­wa­ni, tyl­ko się temu przy­glą­da­jąc. Nie wrzesz­czał, nie war­czał, nie od­gra­żał się. Po pro­stu biegł z fu­rią w oczach, ale jego in­ten­cje były cał­ko­wi­cie ja­sne. A je­że­li to wca­le nie żart? Je­że­li to praw­da, je­że­li ten męż­czy­zna jest… Na­gle Ka­mil ze zgro­zą uświa­do­mił so­bie, że bra­ma wjaz­do­wa jest otwar­ta na całą sze­ro­kość – za­wsze ją tak zo­sta­wiał, cze­ka­jąc, aż po­zo­sta­li do­mow­ni­cy wró­cą z pra­cy. To ozna­cza­ło, że obcy we­drą się na po­se­sję bez naj­mniej­sze­go pro­ble­mu. Ka­mil i Ka­sia nie ro­zu­mie­li, że cien­kie szkło, któ­re od­gra­dza ich od in­tru­za, pój­dzie w drob­ny mak w wy­ni­ku zde­rze­nia z szar­żu­ją­cym sza­leń­cem, a oni tym sa­mym znaj­dą się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie.

Jed­nak na ich szczę­ście męż­czyź­nie nie było dane do­biec do okna. Zo­stał po­trą­co­ny przez oliw­ko­we audi, któ­re nad­je­cha­ło od stro­ny lasu. Wy­pad­ki w tym miej­scu zda­rza­ły się czę­sto – kil­ka ła­god­nych za­krę­tów w le­sie sprzy­ja­ło bra­wu­ro­wej jeź­dzie i nie­wie­lu kie­row­ców przej­mo­wa­ło się tym, że wjeż­dża­ją wła­śnie na te­ren za­bu­do­wa­ny. Ude­rze­nie od­rzu­ci­ło męż­czy­znę na chod­nik. Rów­no­cze­śnie w wy­pad­ku ucier­piał sam sa­mo­chód. Kie­ru­ją­ca nim ko­bie­ta w ostat­niej chwi­li pró­bo­wa­ła skrę­cić w lewo, ale było na to sta­now­czo za póź­no – naj­pierw ude­rzy­ła w fa­ce­ta, po­tem od­bi­ła gwał­tow­nie kie­row­ni­cą, w efek­cie cze­go auto da­cho­wa­ło.

Ci­szę, któ­ra za­pa­no­wa­ła po wy­pad­ku, prze­ry­wał tyl­ko pi­skli­wy klak­son, naj­wy­raź­niej uszko­dzo­ny w wy­ni­ku ude­rze­nia. Dwo­je mło­dych lu­dzi sto­ją­cych w domu za­sta­na­wia­ło się, czy po­win­ni iść i po­móc – w głę­bi swo­ich ma­łych, wy­stra­szo­nych dusz li­czy­li na to, że jed­nak znaj­dzie się ktoś od­waż­niej­szy, ktoś, kto też wi­dział wy­pa­dek. On pój­dzie po­móc, a wte­dy oni już nie będą mu­sie­li. Nie­ste­ty, bo­ha­te­ra nie było, a ran­na ko­bie­ta już za­czę­ła wy­czoł­gi­wać się z wra­ku.

Na­gle młod­szy z na­past­ni­ków, któ­ry do tej pory po­chło­nię­ty był kon­sump­cją star­ca, pod­niósł się z zie­mi i ru­szył w stro­nę prze­wró­co­ne­go sa­mo­cho­du. Wcze­śniej zda­wał się zu­peł­nie nie zwra­cać uwa­gi ani na ja­dą­cy sa­mo­chód, ani na praw­do­po­dob­ną śmierć swo­je­go to­wa­rzy­sza. Szy­ba od stro­ny kie­row­cy była roz­trza­ska­na w drob­ny mak, więc tyl­ko schy­lił się, zła­pał ko­bie­tę za rękę i wy­wlókł na uli­cę. Gdy­by mia­ła za­pię­te pasy, nie zro­bił­by tego z taką ła­two­ścią, jed­nak te­raz nie mia­ło to zna­cze­nia. Pa­trzą­cy na tę sce­nę Ka­mil za­sta­na­wiał się, skąd taka na­gła zmia­na w za­cho­wa­niu – naj­pierw na­pa­da­ją bez­bron­ne­go star­ca, na­stęp­nie ewi­dent­nie za­mie­rza­ją za­ata­ko­wać jego i Ka­się, a te­raz ra­tu­ją ran­ną w wy­pad­ku ko­bie­tę.

– O Jezu… – wy­szep­ta­ła Ka­sia, na­gle bled­nąc.

Na­past­nik po­chy­lił się nad ofia­rą i po pro­stu wgryzł się jej w szy­ję. Try­snę­ła krew. Mor­der­ca od­chy­lił gło­wę, trzy­ma­jąc w zę­bach ścię­gna ofia­ry. Prze­łknął i wy­dał z sie­bie zwie­rzę­cy ryk trium­fu.

Na­raz dru­gi fa­cet wstał z be­to­nu i ru­szył w stro­nę sa­mo­cho­du. Ka­sia po­czu­ła, jak po raz ko­lej­ny tego wie­czo­ru przez jej ple­cy prze­bie­ga dreszcz prze­ra­że­nia. Czu­ła się, jak­by ktoś pod­łą­czył ją pod prąd sta­ły, prze­pły­wa­ją­cy przez cia­ło i po­wo­du­ją­cy raz po raz de­li­kat­ne drże­nia. Prze­cież ten fa­cet nie miał do tego pra­wa! Po ta­kim ude­rze­niu nie mógł tak po pro­stu wstać. Po­wi­nien mieć po­ła­ma­ne wszyst­kie ko­ści, wstrząs mó­zgu, a przede wszyst­kim awer­sję do prze­cho­dze­nia przez uli­cę nie po pa­sach.

W tym mo­men­cie Ka­mil był już przy drzwiach i spraw­dzał, czy są do­brze za­mknię­te. Na­stęp­nie, bla­dy ze stra­chu, po­biegł do kuch­ni i zła­pał naj­więk­szy nóż. Po­tem wró­cił do okna i od­cią­gnął od nie­go spa­ni­ko­wa­ną Ka­się, wcze­śniej za­sło­niw­szy szczel­nie za­sło­ny. Cały czas drżał z prze­ra­że­nia i nad­mia­ru ad­re­na­li­ny, bu­zu­ją­cej w or­ga­ni­zmie.

Usie­dli w mil­cze­niu na ka­na­pie. Chło­pak się­gnął trzę­są­cy­mi się dłoń­mi po te­le­fon z za­mia­rem wy­krę­ce­nia nu­me­ru 997, ale za­marł i po pro­stu sie­dział, na­słu­chu­jąc od­gło­sów do­bie­ga­ją­cych z uli­cy. Był zbyt spa­ra­li­żo­wa­ny stra­chem, aby wy­ko­nać ja­ki­kol­wiek ruch.

OBRZE­ŻA WAR­SZA­WY, GO­DZI­NA 12:40.

Wpierw­szej chwi­li Pa­weł nie bar­dzo ro­zu­miał, co się sta­ło. Pa­mię­tał wy­buch i ośle­pia­ją­cy błysk, po któ­rym wszyst­ko za­la­ła gę­sta, nie­prze­nik­nio­na ni­cość. Te­raz jed­nak, zu­peł­nie wbrew temu, cze­go się spo­dzie­wał, po­wo­li otwo­rzył oczy. Wie­dział, że po­wi­nien był umrzeć, a mimo to cią­gle żył.

Prze­ni­kli­we pisz­cze­nie nie­mal­że roz­sa­dza­ło mu czasz­kę. Męż­czy­zna z wy­raź­nym tru­dem ro­zej­rzał się po miej­scu, w któ­rym ak­tu­al­nie się znaj­do­wał. Wy­glą­da­ło jak fur­go­net­ka, tyle że nie­ko­niecz­nie sto­ją­ca na ko­łach. To tyl­ko po­tę­go­wa­ło po­czu­cie dez­orien­ta­cji. Za­trzy­mał wzrok na swo­jej cór­ce Kai, le­żą­cej z roz­bi­tą gło­wą na ja­kimś chło­pa­ku, któ­re­go imie­nia nie znał albo w tej chwi­li nie pa­mię­tał. Mia­ła otwar­te oczy, jej pierś uno­si­ła się i opa­da­ła mia­ro­wo. Spod grzyw­ki wy­pły­wa­ła le­ni­wie cien­ka struż­ka krwi.

„Żyje” – stwier­dził z ulgą Pa­weł i za­czął się da­lej roz­glą­dać, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie się pod­nieść i do­trzeć do dziec­ka. Za­uwa­żył, że w au­cie były jesz­cze inne oso­by – za kie­row­ni­cą le­żał krót­ko ostrzy­żo­ny mło­dy męż­czy­zna, na nim na­to­miast spo­czy­wa­ła de­li­kat­na blon­dyn­ka, któ­ra wcze­śniej praw­do­po­dob­nie zaj­mo­wa­ła miej­sce pa­sa­że­ra. Po­mi­mo bólu gło­wy Pa­weł usi­ło­wał się skon­cen­tro­wać, żeby tyl­ko przy­po­mnieć so­bie, co się sta­ło.

Mo­zol­nie su­nąc w stro­nę cór­ki, pró­bo­wał przy­wo­łać się do po­rząd­ku. „Skup się” – na­ka­zy­wał so­bie w du­chu. „Skup się. Od­dy­chaj. Dzia­łaj”.

Jed­nak nie re­je­stro­wał ab­so­lut­nie ni­cze­go, poza ścia­ną bólu roz­sa­dza­ją­ce­go czasz­kę. Sta­rał się przy­po­mnieć so­bie szko­le­nia, tech­ni­ki uspo­ka­ja­nia cia­ła i umy­słu, lecz su­cha teo­ria a prak­ty­ka to dwie zu­peł­nie róż­ne rze­czy. Nie­mniej po kil­ku głę­bo­kich wde­chach, po cza­sie, któ­ry zda­wał się stać cał­ko­wi­cie nie­ru­cho­mo ni­czym uśpio­ne wa­ha­dło, wszyst­kie ele­men­ty ukła­dan­ki za­czę­ły po­wo­li wska­ki­wać na swo­je miej­sca – strze­la­no do nich, przed­tem ucie­ka­li z War­sza­wy, mie­li wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, była wy­mia­na ognia z woj­skiem, po­rwa­nie żoł­nie­rza, kłót­nia, dal­sza uciecz­ka i… czołg. Ostat­nim wspo­mnie­niem był czołg, wy­jeż­dża­ją­cy z lasu, z unie­sio­ną wy­so­ko lufą skie­ro­wa­ną pro­sto w ich stro­nę. Przy­po­mniał so­bie – mie­li prze­bić się przez woj­sko­wą ba­ry­ka­dę, któ­ra na pierw­szy rzut oka była znisz­czo­na lub opusz­czo­na. Nie­szczę­śli­wie dla nich oka­za­ło się, że jed­nak ktoś jesz­cze na niej po­zo­stał.

Na­raz wszyst­kie wspo­mnie­nia oży­ły ze zdwo­jo­ną siłą, za­le­wa­jąc świa­do­mość Paw­ła ni­czym zim­ny prysz­nic ska­co­wa­ne­go re­zy­den­ta izby wy­trzeź­wień. Przy­po­mniał mu się po­wód, dla któ­re­go w ta­kim po­pło­chu opusz­cza­li War­sza­wę. Po­wód, dla któ­re­go ucie­ka­li, za­bi­ja­li i wal­czy­li. Tym po­wo­dem była wszech­obec­na śmierć spo­wo­do­wa­na ja­kąś nie­zna­ną wcze­śniej za­ra­zą. Wa­ria­ci, mor­der­cy i ka­ni­ba­le w jed­nym, sza­le­ją­cy po uli­cach plą­dro­wa­ne­go mia­sta. Pa­mię­tał wy­pa­dek po­cią­gu me­tra, uciecz­kę przez ciem­ne i głu­che tu­ne­le peł­ne tych ni to lu­dzi, ni zwie­rząt. Przy­po­mniał so­bie rów­nież ku­dła­te­go chło­pa­ka, któ­ry mu to­wa­rzy­szył, Maxa.

„Tak, na­zy­wał się Max” – uznał Pa­weł, spraw­nie iden­ty­fi­ku­jąc imię mło­dzień­ca, na któ­rym le­ża­ła jego cór­ka. Po­tem był sklep spo­żyw­czy, pró­ba prze­trwa­nia nocy i cu­dow­ne od­na­le­zie­nie dziew­czy­ny na Po­lach Mo­ko­tow­skich. Na wspo­mnie­nie tego mo­men­tu Pa­weł po­now­nie wzdry­gnął się z od­ra­zą. Przy­po­mnie­li mu się męż­czyź­ni, któ­rych mu­siał za­strze­lić. Je­że­li zja­wił­by dzie­sięć mi­nut póź­niej, nie­wie­le by z jego Kai zo­sta­ło.

Na­gle po­ci­ski za­stu­ka­ły w pod­wo­zie le­żą­cej na boku fur­go­net­ki, zmu­sza­jąc tym sa­mym męż­czy­znę do prze­rwa­nia stru­mie­nia wspo­mnień. In­stynk­tow­nie sku­lił się i za­czął oglą­dać wnę­trze sa­mo­cho­du, szu­ka­jąc dziur po ku­lach. Wy­buch po­ci­sku wy­strze­lo­ne­go przez czołg ogłu­szył go, tłu­miąc in­stynkt. Za­miast dzia­łać, sie­dział i roz­my­ślał.

„Nie tego mnie uczy­li” – skar­cił się w my­ślach. „Dziw bie­rze, że uda­ło mi się do­trzeć aż tu­taj”.

– Pa­weł! – do­tarł do nie­go krzyk Maxa. – Ej, sły­szysz mnie?

Pa­weł nie­pew­nie ski­nął gło­wą, jed­nak po chwi­li kiw­nię­cia te przy­bra­ły na pew­no­ści i de­ter­mi­na­cji.

„Po­tem bę­dzie czas na wspo­mi­na­nie” – stwier­dził, od­zy­sku­jąc pa­no­wa­nie nad sobą. Trze­ba prze­jąć kon­tro­lę nad sy­tu­acją i spró­bo­wać wyjść cało z tego am­ba­ra­su. Spoj­rzał na chło­pa­ka, któ­ry go wo­łał. To wła­śnie na nim le­ża­ła Kaja, męt­nym wzro­kiem wpa­tru­jąc się w roz­bi­te szkło. Była ogłu­szo­na i naj­wy­raź­niej nie do koń­ca ro­zu­mia­ła, co się wy­da­rzy­ło, zu­peł­nie jak jej oj­ciec. Ale żyła i to było te­raz naj­waż­niej­sze.

– Tak, sły­szę – od­po­wie­dział Pa­weł, kie­ru­jąc wzrok w stro­nę chło­pa­ka.

– To do­brze. Obi­łeś so­bie łeb, ale po­trze­bu­je­my cię – po­wie­dział Max. W mię­dzy­cza­sie zdą­żył się już uwol­nić spod dziew­czy­ny, de­li­kat­nie i uważ­nie opie­ra­jąc ją ple­ca­mi o pod­ło­gę le­żą­cej na boku fur­go­net­ki. Na­stęp­nie chło­pak ukuc­nął przed Paw­łem i uniósł dłoń przed jego ocza­mi.

– Ile wi­dzisz pal­ców? – za­py­tał, cho­wa­jąc przed jego wzro­kiem mały pa­lec i kciuk.

– Spier­da­laj. Po­daj mi le­piej ja­kąś broń – od­po­wie­dział męż­czy­zna, z tru­dem dźwi­ga­jąc się na nogi.

Max uśmiech­nął się sze­ro­ko i wrę­czył mu czar­ny, po­ły­sku­ją­cy ka­ra­bin ma­szy­no­wy. Do­brze mu było ze świa­do­moś­cią, że fa­cet, któ­ry ura­to­wał mu ży­cie w me­trze, do­szedł te­raz do sie­bie i bę­dzie go bro­nił da­lej.

– Chy­ba do­sta­łem – ode­zwał się na­gle chło­pak le­żą­cy wcze­śniej obok Paw­ła.

Męż­czy­zna obej­rzał się za sie­bie i zo­ba­czył mło­dzia­ka trzy­ma­ją­ce­go się za brzuch. Nie­bie­ski T-shirt był po­pla­mio­ny krwią. Pa­weł zbli­żył się do nie­go bły­ska­wicz­nie, le­d­wo utrzy­mu­jąc rów­no­wa­gę. „Kur­wa, jed­nak błęd­nik nie do koń­ca się ogar­nął” – stwier­dził w my­ślach, chwie­jąc się ni­czym pi­ja­ny.

– Gdzie do­sta­łeś? Na pew­no cię tra­fi­li? – za­py­tał, przyg­lą­da­jąc się Tom­ko­wi. Ten przy­mknął oczy i po­trząs­nął gło­wą.

– Nie wiem, ale chy­ba tak – od­po­wie­dział i jęk­nął z bólu. – Nie. – do­dał po se­kun­dzie. – Tak. – Od­dech. – Nie. Nie wiem, skąd mogę, kur­wa, wie­dzieć?! – za­czął wy­rzu­cać z sie­bie cha­otycz­nie wy­ra­zy, jed­no­cze­śnie pró­bu­jąc do­kład­nie obej­rzeć swo­je cia­ło. Jed­nak przy pierw­szym ru­chu za­sy­czał i zła­pał się za że­bra.

Pa­weł po­pa­trzył na Tom­ka, ale stwier­dził, że chło­pak po­ra­dzi so­bie bez jego po­mo­cy. Męż­czy­zna miał ak­tu­al­nie waż­niej­sze rze­czy na gło­wie.

– Nie tra­fi­li cię. Gdy­byś do­stał po­ci­skiem, wy­glą­dał­byś znacz­nie go­rzej, uwierz mi – po­wie­dział. W jego opi­nii mia­ło to pod­nieść chło­pa­ka na du­chu. Wy­glą­da­ło na to, że zo­stał co naj­wy­żej dra­śnię­ty albo obił się o ja­kiś sprzęt pod­czas da­cho­wa­nia. Dra­śnię­cie to nie rana po­strza­ło­wa. W każ­dym ra­zie nie po­wo­du­je wy­krwa­wie­nia. Zo­sta­wił go więc z jego ję­cze­niem i po­chy­lo­ny skie­ro­wał się w stro­nę cór­ki. Żad­ne ko­lej­ne strza­ły nie tra­fi­ły w ich sa­mo­chód, Pa­weł łu­dził się więc, że były to tyl­ko ry­ko­sze­ty.

– Kaja, ży­jesz? Nic ci nie jest? – za­py­tał z wy­raź­ną tros­ką w gło­sie.

Męż­czy­zna do­sko­na­le wi­dział, że po twa­rzy jego cór­ki spły­wa krew, ale mu­siał za­dać to py­ta­nie. Lu­dzie za­wsze to ro­bią. Choć­by przy­szło im roz­ma­wiać z kor­pu­sem ko­le­gi, i tak za­py­ta­ją, czy nic mu nie jest. Może łu­dzi­my się, że to cof­nie bieg wy­da­rzeń i oso­ba fak­tycz­nie znaj­dzie się z po­wro­tem w sta­nie, w ja­kim ją za­pa­mię­ta­li­śmy?

Kaja po­trzą­snę­ła de­li­kat­nie gło­wą. Wy­glą­da­ła, jak­by obu­dzi­ła się gwał­tow­nie po ca­ło­noc­nej im­pre­zie.

– Chy­ba nie – od­po­wie­dzia­ła, kie­ru­jąc rękę w stro­nę bo­lą­ce­go miej­sca. – Co się sta­ło?

– Masz roz­cię­tą gło­wę, ale to ra­czej nic po­waż­ne­go – po­wie­dział Pa­weł, oglą­da­jąc cór­kę.

– Da­cho­wa­li­śmy – wtrą­cił się Max. – Na pew­no do­brze się czu­jesz? – te­raz z ko­lei on za­py­tał dziew­czy­nę.

– Tak, poza gło­wą nic mi chy­ba nie jest – stwier­dzi­ła, przy­glą­da­jąc się wła­snej dło­ni uma­za­nej we krwi. Po­czu­ła, jak jej żo­łą­dek ści­ska się w małą, twar­dą kul­kę. – Da­cho­wa­li­śmy? – do­py­ta­ła, od­wra­ca­jąc wzrok od krwi.

– Tak, jak ten czołg wy­je­chał… – za­czął Pa­weł i na­tych­miast prze­rwał. Czołg. W każ­dej se­kun­dzie ko­lej­ny wy­strze­lo­ny z nie­go po­cisk mógł ich tra­fić, a wte­dy już na bank zo­sta­ną ro­ze­rwa­ni na strzę­py.

– Mu­si­my wyjść z fur­go­net­ki! Szyb­ko! – za­rzą­dził ko­man­dos, roz­glą­da­jąc się po wnę­trzu auta. – Max, sprawdź, co z Kubą i Na­ta­lią – po­wie­dziaw­szy to, wska­zał ręką parę le­żą­cą za kie­row­ni­cą. Wszyst­kie imio­na już mu się przy­po­mnia­ły, wszyst­kie puz­zle wsko­czy­ły na miej­sce. – Kaja, mo­żesz cho­dzić? – zwró­cił się po­now­nie do cór­ki.

Dziew­czy­na kiw­nę­ła po­ta­ku­ją­co gło­wą, sta­ra­jąc się zig­no­ro­wać ból roz­cię­tej gło­wy.

– Okej, to bierz ka­ra­bin – stwier­dził zde­cy­do­wa­nie.

De­kla­ru­jąc zdol­ność cho­dze­nia, Kaja nie spo­dzie­wa­ła się, że bę­dzie mu­sia­ła wal­czyć. Jed­nak oj­ciec nie cze­kał na jej re­ak­cję – wy­da­jąc po­le­ce­nie, już spraw­dzał stan swo­je­go be­ry­la. Na­stęp­nie się­gnął do ple­ca­ka, wy­jął za­pa­so­we ma­ga­zyn­ki i po­upy­chał je po kie­sze­niach.

– Będą żyć – do­le­cia­ło do uszu Kai od stro­ny przed­nich sie­dzeń. To głos Maxa po­ma­ga­ją­ce­go wła­śnie Na­ta­lii w zej­ściu z męża.

W pierw­szej chwi­li nie mo­gła uwie­rzyć ja­kim cu­dem Kuba i Na­ta­lia prze­ży­li. Na do­da­tek wy­glą­da­li cał­kiem nie­źle. Byli po­obi­ja­ni i w szo­ku jak wszy­scy po­zo­sta­li, ale na pierw­szy rzut oka nie było po nich wi­dać po­waż­niej­szych ob­ra­żeń. W su­mie, je­że­li wziąć pod uwa­gę fakt, że po­cisk wy­strze­lo­ny z le­opar­da wca­le ich nie tra­fił, tyl­ko prze­le­ciał obok i eks­plo­do­wał, ude­rza­jąc w drze­wo, a fur­go­net­ka po­li­cyj­na prze­wró­ci­ła się na bok w wy­ni­ku ostre­go skrę­ce­nia kół i za­li­cze­nia dziu­ry w zie­mi, ich stan nie był aż tak po­dej­rza­ny.

– Mo­że­cie cho­dzić? – za­py­tał Kubę Pa­weł, jed­no­cze­śnie lu­stru­jąc go wzro­kiem.

– Tak – od­po­wie­dział po­li­cjant, zer­ka­jąc na Na­ta­lię. Prze­ra­że­nie i za­sko­cze­nie bi­ją­ce z oczu jego pięk­nej żony były dla nie­go nie do znie­sie­nia. Czuł się od­po­wie­dzial­ny za to wszyst­ko, cho­ciaż ro­zu­miał, że zro­bił, co mógł, aby tego unik­nąć. Nie był jed­nak z sie­bie za­do­wo­lo­ny. Miał do sie­bie pre­ten­sje o to, że nie po­tra­fił wy­brnąć z tej sy­tu­acji ina­czej, że zbyt póź­no do­tar­li na ko­mi­sa­riat, że za dużo cza­su spę­dzi­li na bez­sen­sow­nych dy­wa­ga­cjach w ko­ście­le, że do­je­cha­li na most aku­rat w mo­men­cie, w któ­rym eks­plo­do­wa­ła sta­cja. Może gdy­by wstał wcze­śniej i ogar­nął się tak, jak pla­no­wa­li, prze­je­cha­li­by most i nie by­ło­by pro­ble­mu? Te­raz mógł się tyl­ko za­sta­na­wiać, „co by było gdy­by”, a to nie pro­wa­dzi­ło ab­so­lut­nie do ni­cze­go. Tra­cił tyl­ko jesz­cze wię­cej cza­su.

Wro­dzo­na zdol­ność men­tal­ne­go cię­cia się po­zwo­li­ła­by Ku­bie na pro­wa­dze­nie ta­kich roz­wa­żań nie­mal­że w nie­skoń­czo­ność, gdy­by nie ręka Paw­ła, któ­ra nie­spo­dzie­wa­nie po­ja­wi­ła się na ra­mie­niu po­li­cjan­ta.

– Mu­si­my się stąd zbie­rać – po­wie­dział sta­now­czo, za­glą­da­jąc głę­bo­ko w oczy uża­la­ją­ce­go się nad sobą po­li­cjan­ta. – Za­raz po­dziu­ra­wią fur­go­net­kę.

Jak­by na po­twier­dze­nie jego słów ko­lej­na fala po­ci­sków wbi­ła się w pod­wo­zie sa­mo­cho­du. Wszy­scy jak je­den mąż pa­dli na zie­mię i za­sło­ni­li gło­wy rę­ka­mi, mo­dląc się, żeby nie do­się­gła ani ich, ani ich bli­skich.

– Do­bra, zro­bi­my tak – za­czął ko­man­dos. – Ja i Max wyj­dzie­my mię­dzy drze­wa i za­cznie­my do nich strze­lać. To po­win­no na chwi­lę ich za­jąć. Kuba, ty w tym cza­sie po­pro­wa­dzisz ogień zza fur­go­net­ki, a dziew­czy­ny po­mo­gą Tom­ko­wi wyjść. A po­tem wszy­scy spie­prza­my w las.

Sły­sząc to, To­mek skrzy­wił się ze wsty­du i po­czu­cia winy. Wie­dział, że musi za­ci­snąć zęby i dać z sie­bie wszyst­ko. Cho­ciaż przy każ­dym od­de­chu że­bra pa­lił­by go ży­wym ogniem, nie chciał być cię­ża­rem dla gru­py. Z dru­giej stro­ny miał dzię­ki temu wra­że­nie, że może uda mu się prze­żyć. Jako ran­ny bę­dzie z pew­no­ścią ochra­nia­ny przez resz­tę gru­py, co ra­czej zwięk­sza jego szan­se. Przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie. W prak­ty­ce rów­nie do­brze mogą go za­strze­lić ni­czym ko­nia ze zła­ma­ną nogą. Ta sil­nie mo­ty­wu­ją­ca re­flek­sja spra­wi­ła, że prze­łknął śli­nę i stwier­dził:

– Sam so­bie po­ra­dzę, nie mu­si­cie się mar­twić.

– Nie wąt­pię, ale mu­si­my dzia­łać szyb­ko, więc bę­dzie tak, jak mó­wi­łem – od­po­wie­dział Pa­weł. – Kuba, weź też jed­ną tor­bę z bro­nią, ja we­zmę dru­gą.

Kuba, tak jak po­zo­sta­li, kiw­nął gło­wą. Max prze­ła­do­wał i od­bez­pie­czył swo­je­go be­ry­la. Kaja, za­kła­da­jąc na ra­mio­na ple­cak, spoj­rza­ła na nie­go. Stwier­dzi­ła, że chy­ba go po­lu­bi­ła – mimo tych bo­jó­wek, dłu­gich krę­co­nych wło­sów i cięż­kich gla­nów na no­gach. Jego styl zu­peł­nie nie po­kry­wał się z jej wła­snym, jed­nak de­ter­mi­na­cja i za­wzię­tość bi­ją­ca z brą­zo­wych oczu była jej bar­dzo do­brze zna­na. Poza tym nie za­mie­rza­ła za­po­mnieć, że na Po­lach Mo­ko­tow­skich ura­to­wał ży­cie jej ojcu. Nie po­tra­fi­ła tyl­ko po­wie­dzieć, dla­cze­go się nad tym za­sta­na­wia­ła aku­rat w ta­kim mo­men­cie. Przez gło­wę prze­mknę­ła jej myśl, że może już nie bę­dzie ku temu wię­cej oka­zji. Dziew­czy­na szyb­ko ją od­rzu­ci­ła.

– Go­to­wi? To ru­sza­my! – za­rzą­dził Pa­weł i wy­to­czył się z fur­go­net­ki, otwie­ra­jąc tyl­ne drzwi.

Ude­rzy­ło go ośle­pia­ją­ce słoń­ce. Ukuc­nął na zie­mi i za­rzu­cił tor­bę na ple­cy w taki spo­sób, żeby ta tyl­ko mi­ni­mal­nie krę­po­wa­ła jego ru­chy. Ro­zej­rzał się szyb­ko wo­kół, wy­pa­tru­jąc bez­po­śred­nie­go za­gro­że­nia. Ota­czał ich gę­sty las, pe­łen świe­żo­ści i ży­cia. A oni, nie zwa­ża­jąc na sie­lan­ko­wy kra­jo­braz, mu­sie­li chwy­cić za broń i wal­czyć. Pa­weł po raz ko­lej­ny utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że ży­cie nie jest spra­wie­dli­we. Przy­po­mnia­ło mu się zda­nie, któ­re kie­dyś prze­czy­tał – że Bóg, za­miast po­czci­we­go star­ca z dłu­gą, bia­łą bro­dą, bar­dziej przy­po­mi­na roz­piesz­czo­ne­go ba­cho­ra ku­ca­ją­ce­go z lupą nad mro­wi­skiem.

Gdy tyl­ko Max wy­czoł­gał się z wra­ku, Pa­weł ostroż­nie wyj­rzał zza sa­mo­cho­du. Kil­ka­dzie­siąt me­trów przed nimi stał mo­nu­men­tal­ny czołg, cały czas kie­ru­jąc lufę w ich stro­nę. „Dla­cze­go nie strze­la?” – za­sta­no­wił się męż­czy­zna. Woj­sko mu­sia­ło skądś wie­dzieć, że prze­ży­li wy­pa­dek. W in­nym wy­pad­ku nie pusz­cza­li­by se­rii z ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go w fur­go­net­kę, nie mar­no­wa­li­by w tak głu­pi spo­sób amu­ni­cji.

„Póź­niej”– upo­mniał się Pa­weł. „Te­raz trze­ba dzia­łać, py­tać bę­dzie­my póź­niej”.

Wy­biegł z Ma­xem i ni­sko po­chy­le­ni po­pę­dzi­li mię­dzy naj­bliż­sze drze­wa. W ten spo­sób pla­no­wa­li od­cią­gnąć żoł­nie­rzy od czę­ści gru­py, któ­ra zo­sta­ła w wo­zie. Wo­kół nich za­świsz­cza­ły kule, szczę­śli­wie ich nie do­się­ga­jąc. Za­sa­pa­ni skry­li się za gru­by­mi pnia­mi, po­cze­ka­li na do­god­ny mo­ment i od­po­wie­dzie­li ogniem. Pa­weł był do­świad­czo­nym ko­man­do­sem, to­też od razu tra­fił żoł­nie­rza, któ­ry zbyt od­waż­nie pró­bo­wał pod­biec do fur­go­net­ki. Max bar­dzo się sta­rał, ale ni­ko­go nie tra­fił. Chło­pak zdzi­wił się, że aż tak za­wiódł – prze­cież cele były za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt me­trów da­lej! Nie­ste­ty, strze­la­nie w praw­dzi­wym ży­ciu to nie gra kom­pu­te­ro­wa. Ich opór tyl­ko roz­sier­dził żoł­nie­rzy, któ­rzy na­tych­miast przy­kry­li obu sil­nym ogniem za­po­ro­wym. Max i Pa­weł zna­leź­li się w po­trza­sku.

Wcze­śniej, od­biw­szy od fur­go­net­ki na za­chód, Pa­weł za­mie­rzał okrą­żyć żoł­nie­rzy, by ścią­gnąć na sie­bie więk­szą część ognia. Ko­man­dos wie­dział, że jego od­waż­na szar­ża ma małe szan­se po­wo­dze­nia, jed­nak miał na­dzie­ję, że swo­im dzia­ła­niem da wy­star­cza­ją­co dużo cza­su po­zo­sta­łym i zdo­ła­ją się oni wy­co­fać na bez­piecz­ną od­le­głość. Po­tem ja­koś się uło­ży. Za­wsze się ukła­da­ło.

Na­gle jed­nak za­pa­no­wa­ła nie­mal­że zu­peł­na ci­sza, prze­ry­wa­na tyl­ko nie­wy­raź­ny­mi krzy­ka­mi do­wód­cy wy­da­ją­ce­go roz­ka­zy. Strza­ły usta­ły, las wstrzy­mał od­dech, po­zwa­la­jąc je­dy­nie, by echo po­nio­sło w dal świa­dec­two skoń­czo­nej już wy­mia­ny ognia.

– Dla­cze­go prze­sta­li strze­lać? – za­py­tał zdez­o­rien­to­wa­ny Max, cały czas cięż­ko dy­sząc.

Pa­weł szyb­kim ru­chem wy­sta­wił gło­wę zza drze­wa, zer­ka­jąc w stro­nę czoł­gu i po­zy­cji, ja­kie zaj­mo­wa­li żoł­nie­rze. Fak­tycz­nie wstrzy­ma­li ogień, jed­nak nie opu­ści­li sta­no­wisk. Praw­do­po­dob­nie za­mie­rza­li ich oflan­ko­wać. Żoł­nie­rze prze­gru­po­wa­li się, zbi­li w cia­sną gru­pę i skie­ro­wa­li broń w stro­nę uli­cy pro­wa­dzą­cej do War­sza­wy, tym sa­mym zdej­mu­jąc Maxa i Paw­ła z ce­low­ni­ków. Ko­man­dos po­now­nie oparł się ple­ca­mi o ostrą korę brzo­zy i spoj­rzał tam, gdzie wo­ja­cy. Do­my­ślał się, co zo­ba­czy. Mo­dlił się tyl­ko, żeby woj­sko nie ce­lo­wa­ło do jego cór­ki i po­zo­sta­łych. Mo­dlił się, żeby to było co­kol­wiek in­ne­go.

Zo­stał wy­słu­cha­ny.

Od stro­ny Cmen­ta­rza Pół­noc­ne­go na­cie­ra­ła fala nie­umar­łych. Więk­szość szła po­wo­li, jed­nak nie­któ­rzy pę­dzi­li na zła­ma­nie kar­ku, wrzesz­cząc i młó­cąc rę­ka­mi po­wie­trze, jak­by prze­dzie­ra­li się przez gę­ste chasz­cze. Na­wet z tak spo­rej od­le­gło­ści sły­chać było ich po­war­ki­wa­nia i po­tę­pień­cze za­wo­dze­nie. Ko­lum­na tru­pów wy­glą­da­ła jak okrut­na pa­ro­dia piel­grzym­ki; bra­ko­wa­ło tyl­ko krzy­ża na jej cze­le.

Po chwi­li po­trzeb­nej na za­ję­cie no­wych sta­no­wisk ognio­wych czołg od­dał pierw­szy strzał. Pa­weł i Max mi­mo­wol­nie sku­li­li się, cho­ciaż wie­dzie­li, że po­ci­sku nie skie­ro­wa­no w ich stro­nę – huk był jed­nak tak po­tęż­ny, że za­re­ago­wa­li au­to­ma­tycz­nie. Wy­buch wy­rzu­cił cia­ła zom­bie wy­so­ko w po­wie­trze, a fala ude­rze­nio­wa po­wa­li­ła naj­bliż­sze kre­atu­ry na zie­mię. Nie­ste­ty, na ich miej­sce na­tych­miast po­ja­wi­ły się na­stęp­ne, jak ohyd­ne ro­bac­two wy­ła­żą­ce nie­prze­rwa­ną falą ze swo­ich schro­nień. Hor­da była już mniej niż dwie­ście me­trów od żoł­nie­rzy, cho­ciaż bie­gną­cy zom­bie znaj­do­wa­li się znacz­nie bli­żej.

– Cho­le­ra – wy­ce­dził Max z roz­sze­rzo­ny­mi z prze­ra­że­nia ocza­mi, w pa­ni­ce spraw­dza­jąc stan swo­je­go ma­ga­zyn­ka. – Dla­cze­go nie strze­la­ją?!

– Cze­ka­ją, aż ci wej­dą w za­sięg sku­tecz­ne­go strza­łu. Ina­czej szko­da mar­no­wać amu­ni­cji – od­po­wie­dział chłod­no Pa­weł, cho­ciaż ner­wy uda­wa­ło mu się trzy­mać na wo­dzy reszt­ką sil­nej woli. Ko­man­dos po­wo­li za­czy­nał go­dzić się z my­ślą, że jed­nak wszy­scy zgi­ną.

Jak­by na po­twier­dze­nie jego słów, uła­mek se­kun­dy póź­niej roz­po­czę­ła się ka­no­na­da. Cięż­ki ka­ra­bin ma­szy­no­wy umiej­sco­wio­ny na szczy­cie czoł­gu za­czął pluć wście­kle po­ci­ska­mi, roz­ry­wa­jąc tra­fio­ne cia­ła na strzę­py. Frag­men­ty rąk, nóg i głów fru­wa­ły do­oko­ła, w oto­cze­niu de­li­kat­nej, czer­wo­nej mgieł­ki krwi. Po­tęż­na broń do wal­ki z pie­cho­tą spraw­dza­ła się ide­al­nie, kła­dąc falę za falą, jak wy­cie­racz­ka sa­mo­cho­do­wa zgar­nia­ją­ca z szy­by ko­lej­ne kro­ple wody. Sku­tek też był mniej wię­cej po­dob­ny – znik­nę­ła jed­na, a na jej miej­sce po­ja­wia­ły się trzy ko­lej­ne. Róż­ni­ca po­le­ga­ła na tym, że wy­cie­racz­ka mo­gła pra­co­wać bez koń­ca, a ka­ra­bin nie dość, że się prze­grze­wał, to jesz­cze koń­czy­ła się w nim amu­ni­cja. W zgieł­ku ka­no­na­dy wpraw­ne ucho GROM-owca wy­chwy­ci­ło cięż­kie, głu­che strza­ły od­da­wa­ne z ka­ra­bi­nów snaj­per­skich – to strzel­cy wy­bo­ro­wi eli­mi­no­wa­li po­je­dyn­czych wro­gów. I gdy­by sie­dzie­li na nie­do­stęp­nym pod­wyż­sze­niu, z od­po­wied­nim za­pa­sem na­boi, da­li­by radę prze­trwać ten atak. Jed­nak w obec­nej sy­tu­acji mo­gli tyl­ko opóź­nić szturm i się wy­co­fać.

– Mu­si­my ja­koś po­wia­do­mić resz­tę – po­wie­dział Max, pod­no­sząc się z zie­mi.

Pa­weł spoj­rzał na nie­go, marsz­cząc czo­ło, jed­nak bły­ska­wicz­nie zro­zu­miał in­ten­cje chło­pa­ka. To ide­al­ny mo­ment na uciecz­kę – woj­sko bę­dzie za­ję­te wal­ką, więc gru­pa ma szan­sę bez­piecz­nie się stąd ewa­ku­ować, cho­ciaż po­ję­cie bez­pie­czeń­stwa w ogniu bi­twy jest czymś cho­ler­nie względ­nym i kru­chym. Nie­mniej Max miał ra­cję, mu­sie­li do­trzeć do po­zo­sta­łych, o ile uda im się unik­nąć ata­ku ze stro­ny zom­bie. War­to było za­ry­zy­ko­wać.

Tym­cza­sem woj­sko za­czę­ło strze­lać z gra­nat­ni­ków. Cha­rak­te­ry­stycz­ne wy­strza­ły, po­dob­ne nie­co do ude­rze­nia ręką w pu­stą pusz­kę po far­bie, zwia­sto­wa­ły po­tęż­ne wy­bu­chy. Se­kun­dy póź­niej ko­lej­ne eks­plo­zje za­czę­ły prze­ta­czać się przez oko­li­cę. Efekt był pio­ru­nu­ją­cy. Ro­ze­rwa­ne i po­szar­pa­ne frag­men­ty ciał wzla­ty­wa­ły w po­wie­trze ni­czym płat­ki kwia­tów roz­rzu­ca­ne przez dziew­czyn­ki pod­czas pro­ce­sji Bo­że­go Cia­ła. Zda­wa­ło się, że dzię­ki temu na­wał­ni­ca prze­ciw­ni­ków nie­co osła­bła. Nie­ste­ty, wal­czą­cy żoł­nie­rze nie mo­gli się bar­dziej my­lić. Zom­bie na­cie­ra­li nie tyl­ko głów­ną uli­cą. Pa­weł do­strzegł ruch mię­dzy drze­wa­mi i szyb­ko uświa­do­mił so­bie ska­lę ata­ku – fala wdzie­ra­ła się za­rów­no głów­ną dro­gą, jak i oko­licz­nym la­sem. Ni­czym pa­lą­ca wszyst­ko na swo­jej dro­dze, nie­ubła­ga­na i bez­względ­na lawa. Po­czuł się tak mały, jak jesz­cze ni­g­dy w ży­ciu.

OBRZE­ŻA WAR­SZA­WY, GO­DZI­NA 12:47.

Kuba od­wró­cił się i za­marł. Z bru­tal­ną ja­sno­ścią uświa­do­mił so­bie, że zna­leź­li się w po­trza­sku, z nie­wiel­ką per­spek­ty­wą wy­plą­ta­nia się z nie­go o wła­snych si­łach. Z jed­nej stro­ny było Woj­sko Pol­skie, pro­wa­dzą­ce ogień z każ­dej moż­li­wej lufy, z dru­giej – zbli­ża­ją­ca się na­wał­ni­ca wście­kłych, to­czą­cych pia­nę z py­sków zom­bie. W pierw­szej chwi­li po­li­cjant chciał się scho­wać wraz ze swo­ją czę­ścią gru­py w sa­mo­cho­dzie, jed­nak przed­nia szy­ba była wy­bi­ta, co ozna­cza­ło, że zna­leź­li­by się w śle­pym za­uł­ku – zom­bie mo­gli­by przez nią wejść i wy­pa­tro­szyć wszyst­kich w środ­ku. Opór nie miał sen­su. Po­zo­sta­ła im tyl­ko de­spe­rac­ka uciecz­ka zwa­na przez nie­któ­rych tak­tycz­nym wy­co­fa­niem się na z góry upa­trzo­ne po­zy­cje.

– Spa­da­my, szyb­ko! – krzyk­nął do po­zo­sta­łych, po­pra­wia­jąc cięż­ką tor­bę wi­szą­cą mu na ra­mie­niu. Sta­rał się od­na­leźć wzro­kiem Paw­ła i Maxa. Bez­owoc­nie.

Na­ta­lia po­mo­gła Tom­ko­wi, za­rzu­ca­jąc jego rękę na swo­je bar­ki, co po­mi­mo bólu i sy­tu­acji, w ja­kiej się zna­lazł, bar­dzo ucie­szy­ło chło­pa­ka. Cie­pło i za­pach jej cia­ła do­da­wa­ły otu­chy, po­zwa­la­ły wy­krze­sać odro­bi­nę na­dziei. W tym sa­mym cza­sie Kaja chwy­ci­ła mały, lek­ki ka­ra­bi­nek MP5 i po­je­dyn­czy­mi, pre­cy­zyj­ny­mi strza­ła­mi kła­dła prze­ciw­ni­ków znaj­du­ją­cych się naj­bli­żej. Tre­ning strze­lec­ki, któ­ry nie­raz fun­do­wał jej oj­ciec, wresz­cie się na coś przy­dał. Po raz ko­lej­ny zresz­tą w cią­gu ostat­nich paru dni. Z gło­wy dziew­czy­ny da­lej są­czy­ła się krew, lecz blask w jej oczach mó­wił, że nie­spe­cjal­nie ją to ob­cho­dzi­ło.

Ru­szy­li. Kuba pro­wa­dził gru­pę w stro­nę bu­dyn­ku ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go znaj­du­ją­ce­go się przy wej­ściu na Cmen­tarz Pół­noc­ny. Za­uwa­żył, że po dru­giej stro­nie uli­cy, mniej wię­cej czter­dzie­ści me­trów od nich, znaj­do­wa­ły się bu­dyn­ki miesz­kal­ne, któ­re szyb­ko ob­rał jako cel wy­pra­wy. Jed­nak żeby się do nich do­stać, mu­sie­li­by prze­śli­zgnąć się mię­dzy gra­dem po­ci­sków, wy­strze­li­wa­nych w stro­nę na­cie­ra­ją­cych zom­bie. To z oczy­wi­stych wzglę­dów nie było zbyt ku­szą­cą opcją, ale obec­nie nie mie­li zbyt wiel­kie­go wy­bo­ru. Po­chy­li­li gło­wy, i mo­dląc się każ­dy do wła­sne­go boga, ru­szy­li.

Nie prze­bie­gli na­wet dwu­dzie­stu me­trów, gdy po­li­cjant z ro­sną­cą zgro­zą za­uwa­żył, że zom­bie wy­cho­dzą spo­mię­dzy li­nii drzew. Po­czuł strach prze­szy­wa­ją­cy jego cia­ło, ale mimo to roz­glą­dał się da­lej – wie­dział, że musi mak­sy­mal­nie ro­ze­znać się w sy­tu­acji, żeby pod­jąć je­dy­ną słusz­ną de­cy­zję. Tu nie było miej­sca na po­mył­ki. Za­sa­dy były dość try­wial­ne: je­że­li wy­bio­rą złą dro­gę, po pro­stu zgi­ną roz­szar­pa­ni na strzę­py. Tej bi­twy nie moż­na było prze­wi­nąć ni­czym kiep­skie­go fil­mu, nie dało się po­now­nie roz­po­cząć gry z miej­sca po­przed­nie­go za­pi­su. Kuba doj­rzał ko­lej­nych zom­bie, tym ra­zem idą­cych od stro­ny cmen­ta­rza. Krąg, w któ­rym się zna­leź­li, za­czy­nał się po­wo­li za­cie­śniać.

Męż­czy­zna po­czuł, jak przy­gnia­ta go nie­uchron­ność zbli­ża­ją­cej się z każ­dej stro­ny śmier­ci. Ży­cie wca­le nie prze­la­ty­wa­ło mu przed ocza­mi, wręcz prze­ciw­nie – nie mógł my­śleć ani o tym, co było, ani o tym, co bę­dzie. Nie za­sta­na­wiał się, czy to zmar­li po­wsta­li z gro­bów, czy ata­ku­ją oso­by, któ­re po pro­stu ule­gły za­ra­zie. Za­miast tego zde­cy­do­wa­nie przy­spie­szył, nie­mal­że czu­jąc na ple­cach chłod­ny od­dech ko­stu­chy. Pod­biegł do Na­ta­lii i po­mógł szyb­ciej pro­wa­dzić Tom­ka. Pró­bu­jąc znik­nąć prze­ciw­ni­kom z oczu, bie­gli po­chy­le­ni po­wol­nym truch­tem, a ran­ny chło­pak przy każ­dym pod­sko­ku tyl­ko sy­czał z bólu. Kaja ubez­pie­cza­ła ich, aż w koń­cu bez­piecz­nie do­tar­li pod drzwi bu­dyn­ku. Na ich szczę­ście oka­za­ły się otwar­te. Wpa­dli do środ­ka ze złud­ną na­dzie­ją, że za nimi zo­sta­ną wszyst­kie pro­ble­my.

Na­ta­lia po­pchnę­ła Tom­ka na ścia­nę w taki spo­sób, że ten le­d­wo zdą­żył wy­cią­gnąć przed sie­bie ręce, aby tym spo­so­bem unik­nąć zde­rze­nia. Chło­pak syk­nął z bólu, na co dziew­czy­na od­po­wie­dzia­ła szyb­kim: „Sor­ry, sor­ry, sor­ry”. Na­stęp­nie od­wró­ci­ła się na pię­cie i rzu­ci­ła w stro­nę drzwi, aby na­przeć na nie swo­im smu­kłym cia­łem. W tym sa­mym cza­sie Kuba upu­ścił tor­bę na pod­ło­gę i ra­zem z Kają przy­tar­gał cięż­kie biur­ko, bu­du­jąc pro­wi­zo­rycz­ną ba­ry­ka­dę. Zgra­li się ide­al­nie, każ­dy wie­dział, co ma ro­bić. Na­stęp­nie za­czę­li cha­otycz­nie kłaść na biur­ku sto­ją­cą obok sza­fę, ale za­nim skoń­czy­li, pierw­szy zom­bie do­padł do ba­ry­ka­dy. Po chwi­li do­biegł ko­lej­ny, wście­kle war­cząc i wa­ląc w drew­nia­ną ba­rie­rę. Za­mknię­ci w środ­ku spoj­rze­li w stro­nę sze­ro­kie­go okna, na szczę­ście je­dy­ne­go w bu­dyn­ku. Wie­dzie­li, co na­le­ży uczy­nić – bły­ska­wicz­nie za­sta­wi­li je na­stęp­ną sza­fą, od­ci­na­jąc jed­no­cze­śnie do­pływ świa­tła, któ­re wpa­da­ło te­raz do po­miesz­cze­nia tyl­ko przez wą­skie szpa­ry.

Do­pie­ro po chwi­li uświa­do­mi­li so­bie, gdzie się znaj­du­ją. Ude­rzył ich sil­ny za­pach stę­chli­zny. Po­miesz­cze­nie było bar­dzo su­ro­wo wy­po­sa­żo­ne, a do tego ciem­ne i dusz­ne. Chłód i cień pa­nu­ją­cy w środ­ku był miłą od­mia­ną od pa­lą­ce­go na ze­wnątrz słoń­ca, więc wszy­scy od­czu­li ulgę, do­dat­ko­wo spo­tę­go­wa­ną ma­łym suk­ce­sem, ja­kim było do­tar­cie do tego miej­sca. Wy­gra­li co naj­mniej kil­ka mi­nut ży­cia. Sta­li przez chwi­lę, pró­bu­jąc opa­no­wać roz­sza­la­łe od­de­chy, i pa­trzy­li wo­kół, za­sta­na­wia­jąc się, czy sza­fy wy­trzy­ma­ją. Pod na­po­rem kil­ku zom­bie, któ­rzy zdą­ży­li zo­ba­czyć, jak ucie­ki­nie­rzy się cho­wa­li, ba­ry­ka­da na­wet nie drgnę­ła. Ale czy wy­trzy­ma na­pór kil­ku­dzie­się­ciu?

– Chy­ba tego nie sfor­su­ją, nie? – za­py­ta­ła ze stra­chem w gło­sie Na­ta­lia.

– Nie, nie po­win­ni – od­po­wie­dzia­ła ci­cho Kaja, bar­dzo uważ­nie przy­glą­da­jąc się ich ba­ry­ka­dzie. – Mam na­dzie­ję – do­da­ła ni to do sie­bie, ni to do nich, przy­wo­łu­jąc w pa­mię­ci ob­raz znisz­czo­nej bazy woj­sko­wej na Po­lach Mo­ko­tow­skich. Tam były po­tęż­ne umoc­nie­nia, dru­ty kol­cza­ste, miny, uzbro­je­ni straż­ni­cy na wie­żach – i na nic się to wszyst­ko nie zda­ło. Za­mknę­ła oczy, żeby wy­rzu­cić tę myśl z gło­wy.

For­ty­fi­ka­cje wy­da­wa­ły się względ­nie bez­piecz­ne, to­też lu­dzie w środ­ku po­zwo­li­li so­bie na chwi­lę od­de­chu. Roz­pacz­li­wie po­szu­ki­wa­li spo­so­bu na wyj­ście cało z opre­sji.

Kuba wy­cią­gnął swo­je­go wal­the­ra i pod­szedł po­wo­li do okna, sta­ra­jąc się do­strzec prze­ciw­ni­ków przez nie­wiel­ką szpa­rę. Uniósł broń.

– Nie, po­cze­kaj – po­pro­si­ła ci­cho Kaja, zna­la­zł­szy się tuż za nim. – Nie strze­laj, ha­łas zwa­bi po­zo­sta­łych. Tych kil­ku wi­dzia­ło, jak tu wcho­dzi­my, dla­te­go przy­bie­gli za nami. Je­śli bę­dzie­my ci­cho, może się znu­dzą i so­bie pój­dą, a jak przyj­dzie ich wię­cej, to… – urwa­ła. – Uwierz mi, wiem coś o tym – do­da­ła i za­drża­ła mi­mo­wol­nie na wspo­mnie­nie wie­lu go­dzin spę­dzo­nych na da­chu kio­sku.

Kuba przez chwi­lę tra­wił sło­wa dziew­czy­ny, jed­nak w du­chu mu­siał przy­znać jej słusz­ność. Per­spek­ty­wa by­cia oto­czo­nym przez dzie­siąt­ki zom­bie i zro­bie­nia tu dru­gie­go Ala­mo nie­spe­cjal­nie przy­pa­dła mu do gu­stu. Zwłasz­cza że chwa­ła z prze­gra­nej bi­twy by­ła­by nie­wy­po­wie­dzia­nie mniej­sza.

– Do­bra, chy­ba masz ra­cję – stwier­dził, pa­trząc sku­pio­nym wzro­kiem na Kaję. – Ochło­nie­my, zbie­rze­my my­śli i za­sta­no­wi­my się, co da­lej. Ale mu­si­my być ci­cho – po­wie­dział, po czym scho­wał pi­sto­let do ka­bu­ry za pa­skiem. – Nic ci się nie sta­ło? – za­py­tał Na­ta­lię. Żona usia­dła na pod­ło­dze i cięż­ko od­dy­cha­ła, jed­nak po­mi­ja­jąc wa­lą­ce ser­ce i ob­ra­że­nia po wy­pad­ku, wy­da­wa­ła się być cała i zdro­wa.

– Nie, jest okej. Nie tra­fi­li mnie. Chy­ba tyl­ko zgu­bi­łam ja­pon­ki – po­wie­dzia­ła, pa­trząc na swo­je bose, za­ku­rzo­ne sto­py. W tym mo­men­cie ata­ku­ją­cy ze zdwo­jo­ną siłą za­czę­li wa­lić w drzwi, wy­da­jąc z sie­bie przy tym po­tę­pień­cze jęki, któ­re mro­zi­ły krew w ży­łach. Cała czwór­ka za­mar­ła z pod­nie­sio­ną bro­nią go­to­wą do strza­łu. Spo­dzie­wa­li się naj­gor­sze­go, jed­nak rów­nie gwał­tow­nie jak się za­czę­ła, na­wał­ni­ca dźwię­ków usta­ła, a wła­ści­wie wró­ci­ła do swo­je­go nor­mal­ne­go, dużo spo­koj­niej­sze­go ryt­mu. Wy­mie­ni­li wy­stra­szo­ne spoj­rze­nia. Czu­li się jak my­szy scho­wa­ne w tek­tu­ro­wym pu­deł­ku, na któ­re prę­dzej czy póź­niej głod­ne ko­cu­ry i tak znaj­dą spo­sób.

Ba­ry­ka­da na ra­zie wy­trzy­ma­ła, jed­nak nie mo­gli być pew­ni, jak dłu­go bę­dzie speł­nia­ła swo­ją rolę. Od­gło­sy bi­twy nie usta­wa­ły, co zna­czy­ło tyl­ko tyle, że woj­sko ja­koś so­bie jesz­cze ra­dzi­ło. Nie mo­gli za­po­mnieć, że gdzieś w ogniu wal­ki byli Pa­weł z Ma­xem.

– Jezu, co te­raz zro­bi­my? – za­py­ta­ła wy­stra­szo­na Na­ta­lia, spo­glą­da­jąc na męża.

– Nie wiem, ale wyj­dzie­my z tego. Zo­ba­czysz. – Wziął jej dłoń w swo­je ręce. – Mu­si­my tyl­ko szyb­ko coś wy­kom­bi­no­wać – do­dał, si­ląc się na uśmiech, któ­ry wy­szedł, de­li­kat­nie rzecz bio­rąc, nie­co sztucz­nie. Na­ta­lia go nie od­wza­jem­ni­ła, przez co Kuba po­czuł się jak idio­ta.

Tym­cza­sem To­mek cały czas stał opar­ty ple­ca­mi o ścia­nę i trzy­mał się rę­ka­mi za obo­la­łe że­bra. Kaja wy­ko­rzy­sta­ła chwi­lę spo­ko­ju i za­ła­do­wa­ła peł­ny ma­ga­zy­nek do bro­ni. Po­tem wy­cią­gnę­ła z ple­ca­ka po­zo­sta­łe dwa i po­ło­ży­ła przed sobą, uważ­nie przy­glą­da­jąc się ich za­war­to­ści. Sta­ra­ła się my­śleć ra­cjo­nal­nie, nie pod­da­wać się pa­ni­ce, któ­ra bar­dzo ła­two i bar­dzo szyb­ko mo­gła za­wład­nąć jej umy­słem. Wie­dzia­ła, że musi się czymś za­jąć, aby od­go­nić strach.

– Dużo zo­sta­ło amu­ni­cji? – za­py­tał ci­cho Kuba, pod­cho­dząc do niej i po­zo­sta­wia­jąc Na­ta­lię samą na pod­ło­dze. Zde­cy­do­wał, że prio­ry­te­tem jest za­pew­nie­nie jej bez­pie­czeń­stwa, po­cie­sza­nie może odło­żyć na póź­niej. Na ra­zie mu­siał się sku­pić na tym, aby za­pew­nić jej ja­kie­kol­wiek „póź­niej”.

– W jed­nym ma­ga­zyn­ku dzie­sięć sztuk, ale mam jesz­cze trzy peł­ne. Ra­zem set­ka – od­po­wie­dzia­ła i obej­rza­ła się na Tom­ka. Li­czy­ła na to, że chło­pak zła­pał któ­ryś ple­cak, lecz nie­ste­ty gorz­ko się roz­cza­ro­wa­ła. „Umiesz li­czyć, licz na sie­bie” – zna­ne po­rze­ka­dło prze­mknę­ło jej przez gło­wę.

– A wam? – za­py­ta­ła, od­wra­ca­jąc się.

Na­ta­lia za­prze­czy­ła. Cały czas sie­dzia­ła na pod­ło­dze, a Kaja w du­chu stwier­dzi­ła, że blon­dyn­ka wy­glą­da ni­czym ob­ra­żo­na li­ce­alist­ka, co było ostat­nią po­sta­wą, ja­kiej w tym mo­men­cie po­trze­bo­wa­li. Wy­pu­ści­ła po­wo­li po­wie­trze, prze­no­sząc wzrok na Tom­ka, aby po chwi­li zer­k­nąć na Kubę. Ten ostat­ni wy­da­wał się w mia­rę ogar­nię­ty, ale to i tak za mało. Jest ran­ny chło­pak, na­pu­szo­na da­mul­ka, je­den nor­mal­ny gość i ona. Nie­ste­ty, ży­cie po raz ko­lej­ny udo­wod­ni­ło, że nie za­wsze moż­na mieć to, cze­go się chce, a jak coś za­czy­na się wa­lić, mo­żesz być pe­wien, że bę­dzie się wa­lić da­lej.

– Wszyst­ko zo­sta­ło w sa­mo­cho­dzie, nie mia­łam kie­dy za­brać bro­ni – po­wie­dzia­ła blon­dyn­ka, sta­ra­jąc się uspra­wie­dli­wić cho­ciaż w mi­ni­mal­nym stop­niu. – Zo­bacz, na­wet ja­pon­ki zgu­bi­łam.

Z wro­dzo­nej grzecz­no­ści Kaja skwi­to­wa­ła to de­li­kat­nym uśmie­chem, nie­mniej w środ­ku czu­ła coś zu­peł­nie od­wrot­ne­go. Zgu­bi­ła ja­pon­ki… No dra­mat! Jej oj­ciec ak­tu­al­nie wal­czy o ży­cie, zresz­tą tak jak każ­de z nich, a Na­ta­lia zgu­bi­ła ja­pon­ki. „Ha­sh­tag: pro­ble­my pierw­sze­go świa­ta” – po­my­śla­ła.

– Ja mam swo­je­go wal­the­ra, no i to – po­wie­dział Kuba, wska­zu­jąc na tor­bę. Kaja wzię­ła głę­bo­ki wdech i uśmiech­nę­ła się, tym ra­zem szcze­rze. Po­li­cjant pod­szedł i roz­su­nął su­wak, a ich oczom uka­za­ły się dwie po­tęż­ne strzel­by. Pod nimi le­ża­ło oko­ło stu dwu­dzie­stu sztuk amu­ni­cji. Wy­cią­gnął jed­ną z nich, za­ła­do­wał pię­cio­ma po­ci­ska­mi i po­dał ją Na­ta­lii. Ta wsta­ła i wzię­ła broń w ręce, wy­raź­nie za­sko­czo­na jej cię­ża­rem. Nie wy­obra­ża­ła so­bie, że da się z tego cel­nie strze­lać, a je­śli na­wet by­ła­by w sta­nie pod­nieść lufę na tyle wy­so­ko, żeby w coś tra­fić, od­rzut bro­ni za­pew­ne za­bił­by i ją.

– Daj mi – po­wie­dzia­ła wład­czym to­nem Kaja, ro­biąc krok w jej stro­nę. – Już kie­dyś z niej strze­la­łam, poza tym MP5 jest tro­chę lżej­sze. – Po­da­ła jej swój ka­ra­bi­nek oraz trzy za­pa­so­we ma­ga­zyn­ki. Na­ta­lia wzię­ła je i upchnę­ła do kie­sze­ni krót­kich spode­nek.

– Prze­łą­czy­łam tryb pro­wa­dze­nia ognia na po­je­dyn­czy. Jak ci się skoń­czy amu­ni­cja, na­ci­skasz tu­taj, wyj­mu­jesz ma­ga­zy­nek i wkła­dasz peł­ny tak, że­byś usły­sza­ła klik­nię­cie. Prze­ła­do­wu­jesz i mo­żesz strze­lać da­lej. Ja­sne?

Kaja po­ka­za­ła jej do­kład­nie, jak ma się ob­cho­dzić z bro­nią. Może nie był to ide­al­ny tre­ning, ale na chwi­lę obec­ną mu­siał wy­star­czyć, co Na­ta­lia po­twier­dzi­ła ski­nie­niem gło­wy. Fak­tycz­nie, ka­ra­bi­nek był lżej­szy i zde­cy­do­wa­nie po­ręcz­niej­szy.

– Dzię­ki, wiem – od­po­wie­dzia­ła blon­dyn­ka, czym nie­co za­sko­czy­ła Kaję. – Strze­la­łam już z po­dob­ne­go, ale tam­ten był inny.

– Glau­be­ryt – wtrą­cił się Kuba, wie­dząc, że ostat­nie zda­nie było skie­ro­wa­ne do nie­go. Skoń­czył wła­śnie ła­do­wać dru­gą strzel­bę. – Mie­li­śmy małą przy­go­dę przy pla­cu Ban­ko­wym, Na­ta­lia prze­szła przy­spie­szo­ny kurs strze­la­nia i ope­ro­wa­nia bro­nią – wy­ja­śnił.

– Chy­ba w cią­gu ostat­niej doby każ­dy z nas prze­szedł taki kurs – po­wie­dzia­ła Kaja, uśmie­cha­jąc się smut­no.

Po­de­szła z po­wro­tem do tor­by z bro­nią. Za­mie­rza­ła za­brać z niej kil­ka po­ci­sków, jed­nak cia­sne kie­sze­nie jej dżin­so­wych szor­tów nie da­wa­ły zbyt sze­ro­kie­go pola ma­new­ru – wpa­ko­wa­ła do nich tyl­ko dzie­sięć sztuk. Ko­lej­ne dwa­dzie­ścia wrzu­ci­ła do ple­ca­ka.

Na­po­tka­ła wzro­kiem spoj­rze­nie Kuby. Obo­je się uśmiech­nę­li, tro­chę ner­wo­wo, jak­by nie do koń­ca wie­dząc, jak ina­czej mo­gli­by się za­cho­wać w ta­kiej sy­tu­acji. Dzię­ki krót­kiej wy­mia­nie zdań ja­koś po­tra­fi­li od­gro­dzić się od ha­ła­sów i wrza­sków do­bie­ga­ją­cych zza ba­ry­ka­dy. Po­czu­li się le­piej. Przez chwi­lę roz­ma­wia­li ze sobą jak zwy­kli lu­dzie, co praw­da o bro­ni, ale to za­wsze coś. A może po pro­stu de­spe­rac­ko się­ga­li po na­miast­kę nor­mal­no­ści, czu­jąc, że zbli­ża się ich ko­niec?

– Ekhem – mruk­nął To­mek, przy­po­mi­na­jąc o swo­jej obec­no­ści.

– Jak się czu­jesz? – za­py­ta­ła Kaja, pod­cho­dząc do ran­ne­go chło­pa­ka. Nie wy­glą­dał naj­le­piej. Praw­da była taka, że żad­ne z nich nie przed­sta­wia­ło się szcze­gól­nie re­pre­zen­ta­cyj­nie – z gło­wy Kai cią­gle są­czy­ła się krew, Na­ta­lia i Kuba mie­li licz­ne za­dra­pa­nia, stłu­cze­nia i nie­wiel­kie rany, poza tym wszy­scy byli brud­ni i śmier­dzą­cy, ale To­mek wy­glą­dał naj­go­rzej z nich. Był bla­do­si­ny i z tru­dem ła­pał po­wie­trze.

– Nie wiem. Że­bra mnie strasz­nie bolą, jak­by w środ­ku mi się wszyst­ko ru­sza­ło. Tyl­ko nie tak, jak trze­ba – po­wie­dział chło­pak.

Kaja, oparł­szy broń o ścia­nę, ob­ser­wo­wa­ła go przez chwi­lę, pró­bu­jąc wy­cią­gnąć ja­kieś wnio­ski i za­pro­po­no­wać roz­wią­za­nie. Albo jego że­bra są tro­chę stłu­czo­ne, a ona ma do czy­nie­nia ze zwy­kłym mię­cza­kiem, albo na se­rio obe­rwał i że­bra są po­ła­ma­ne. Cięż­ko było jej to jed­no­znacz­nie stwier­dzić. Nie zna­ła się na tego typu ob­ra­że­niach.

– Chy­ba po­win­ni­śmy cię ja­koś owi­nąć – za­czę­ła nie­pew­nie, gdyż nie bar­dzo wie­dzia­ła, co po­win­ni w ta­kiej sy­tu­acji przed­się­wziąć. – Może wie­cie, jak opa­trzyć pęk­nię­cie że­ber?

Po­li­cjant pod­szedł do niej, pa­trząc z uko­sa na ran­ne­go Tom­ka. Na chło­pa­ka, któ­ry ura­to­wał jemu i Na­ta­lii ży­cie.

– Nie… – po­wie­dział po­wo­li. – Ale na mój chłop­ski ro­zum to po­win­ni­śmy go owi­nąć wo­kół tu­ło­wia i ja­koś usztyw­nić. Tak mi się wy­da­je – za­su­ge­ro­wał.

W tym mo­men­cie Kaja przy­po­mnia­ła so­bie o ple­ca­ku. Jesz­cze na Po­lach Mo­ko­tow­skich oj­ciec ka­zał im przy­go­to­wać ple­cak ewa­ku­acyj­ny. W środ­ku znaj­do­wa­ły się rze­czy nie­zbęd­ne do prze­ży­cia, ta­kie jak środ­ki me­dycz­ne, pro­wiant na trzy dni, amu­ni­cja do uży­wa­nej przez nią bro­ni, nóż i bu­tel­ka wody. Wy­cią­gnę­ła bu­tel­kę wody i rzu­ci­ła ją Ku­bie. Ten spraw­nie ją zła­pał, od­krę­cił i po­dał Na­ta­lii. Na­stęp­nie bu­tel­ka za­wę­dro­wa­ła do Tom­ka. W tym cza­sie Kaja szu­ka­ła w ple­ca­ku rze­czy, któ­re mo­gły­by po­móc usztyw­nić że­bra ran­ne­go chło­pa­ka. Po paru chwi­lach od­wró­ci­ła się.

– Nie­ste­ty – po­wie­dzia­ła. – Mam ban­daż ela­stycz­ny, ga­zi­ki i inne rze­czy, ale nic, co mo­gło­by usztyw­nić że­bra. Musi ci to wy­star­czyć – do­da­ła, uno­sząc ban­daż odro­bi­nę wy­żej.

– Ja­sne – chło­pak kiw­nął gło­wą. Spoj­rzał prze­ra­żo­ny­mi ocza­mi na za­ba­ry­ka­do­wa­ne drzwi. Przy­po­mnia­ło mu się, że jego ba­ry­ka­da w domu wca­le dłu­go nie wy­trzy­ma­ła. – One tu wej­dą. Za­bi­ją nas – po­wie­dział dziw­nie bez­na­mięt­nym gło­sem, jak­by już po­go­dził się ze śmier­cią.

– Nikt tu nie wej­dzie – od­par­ła sta­now­czo Kaja, pod­cho­dząc do nie­go. – Je­ste­śmy bez­piecz­ni. Opa­trzę cię i zo­ba­czy­my, co da­lej. Mo­że­my je wy­strze­lać i się stąd wy­do­stać, mamy wy­star­cza­ją­co dużo amu­ni­cji. Dasz radę wstać?

To­mek po­now­nie po­ki­wał gło­wą i przy po­mo­cy Kuby pod­niósł się z pod­ło­gi. Cały czas roz­ma­wia­li szep­tem. Po­two­ry cza­ją­ce się za pro­wi­zo­rycz­ną, acz na ra­zie sku­tecz­ną ba­ry­ka­dą, nie da­wa­ły za wy­gra­ną. Kaja tro­chę skła­ma­ła za­pew­nia­jąc, że zom­bie mogą się znu­dzić i so­bie pój­dą. Oczy­wi­ście, bar­dzo li­czy­ła na ta­kie roz­wią­za­nie, jed­nak do­sko­na­le pa­mię­ta­ła, jak w pod­ziem­nym przej­ściu jed­na kre­atu­ra sta­ła i wa­li­ła w szkla­ne drzwi przez wie­le go­dzin. Nie­mniej uzna­ła, że nie ma co po­gar­szać i tak już sła­be­go mo­ra­le gru­py. Pod­nio­sła ko­szul­kę Tom­ka i wy­pu­ści­ła po­wie­trze z wy­raź­ną ulgą.

– Nie ma si­nia­ka ani wy­sta­ją­cych ko­ści – po­wie­dzia­ła za­do­wo­lo­na. – Wy­glą­da na to, że to po pro­stu stłu­cze­nie. Masz fart.

Chło­pak, cze­ka­ją­cy w na­pię­ciu na wer­dykt, po usły­sze­niu tych zdań wy­raź­nie się roz­po­go­dził. Do­my­ślał się, ja­kie skut­ki w obec­nej sy­tu­acji mo­gło­by mieć po­ła­ma­nie że­ber.

Dziew­czy­na za­bra­ła się za za­kła­da­nie ban­da­ża.

***

– Wi­dzia­łeś, czy wy­szli? – za­py­tał ko­man­dos, cho­wa­jąc się głę­biej w nie­wiel­kim doł­ku mię­dzy sze­ro­ki­mi ja­łow­ca­mi.

– Tak, po­gna­li do tam­te­go bu­dyn­ku – od­po­wie­dział Max, ma­cha­jąc lufą bro­ni w kie­run­ku ma­łe­go bu­dy­necz­ku, w któ­rym scho­wa­ła się po­zo­sta­ła część gru­py.

– Do­brze – stwier­dził Pa­weł. Cie­szył się, że cho­ciaż jego cór­ka jest w bez­piecz­nym miej­scu. Bez­piecz­nym tyle o ile, zwa­żyw­szy na kil­ku zom­bie wa­lą­cych w drzwi i ścia­ny oraz na ko­lej­nych, któ­rzy gro­ma­dzi­li się wo­kół tych pierw­szych.

Kil­ka mi­nut wcze­śniej od­da­li­li się od drzew, któ­rych uży­li jako osło­ny do wal­ki, i te­raz zsu­nę­li się w głąb nie­wiel­kiej niec­ki, głów­nie po to, żeby na­cie­ra­ją­ce hor­dy tru­pów nie mo­gły ich zbyt ła­two do­strzec. Sy­tu­acja sta­wa­ła się co­raz bar­dziej bez­na­dziej­na. Ko­man­dos sta­rał się kal­ku­lo­wać ich szan­se i praw­do­po­do­bień­stwo po­wo­dze­nia jed­ne­go z kil­ku sce­na­riu­szy.

Pierw­szy – je­że­li zo­sta­ną w obec­nym miej­scu, był pe­wien, że szyb­ko zgi­ną. Je­że­li nie z rąk zom­bie, to w wy­ni­ku wy­mia­ny ognia. Nie­mniej śmierć po­przez śred­nio przy­jem­ne za­gry­zie­nie wy­da­wa­ła mu się naj­bar­dziej re­al­na.

Dru­gi – je­śli się ru­szą i spró­bu­ją uciecz­ki, zwró­cą tym na sie­bie uwa­gę zom­bie, a po­zo­sta­wia­jąc za ple­ca­mi woj­sko, sta­ną się ła­twym ce­lem. Tak źle i tak nie­do­brze, cho­ciaż ja­kiś ci­chy szept w gło­wie pod­po­wia­dał mu, że ta dru­ga opcja da­wa­ła im zde­cy­do­wa­nie więk­sze szan­se po­wo­dze­nia.

Na­gle jed­nak wpadł mu do gło­wy jesz­cze je­den po­mysł. Praw­do­po­dob­nie głu­pi, ale i tak wziął go pod uwa­gę: mo­gli wejść z Ma­xem na drze­wo i stam­tąd pro­wa­dzić ostrzał. Pa­weł zer­k­nął na tor­bę z amu­ni­cją, któ­rą szczę­śli­wie zde­cy­do­wał się za­brać z roz­bi­tej fur­go­net­ki. W środ­ku le­ża­ły do­dat­ko­we dwie sztu­ki ka­ra­bin­ków sztur­mo­wych MP5 i za­pas oko­ło czte­ry­stu na­boi. Skie­ro­wał spoj­rze­nie na wschód, głę­biej w las. W gę­stym po­szy­ciu będą trud­nym ce­lem dla woj­ska, lecz na­raz przy­po­mniał so­bie, co spo­tka­ło jego cór­kę w cen­trum mia­sta – schro­ni­ła się na da­chu kio­sku, a zgro­ma­dzo­ny wo­kół tłum zom­bie unie­moż­li­wił jej uciecz­kę. Gdy­by nie po­moc z ze­wnątrz, praw­do­po­dob­nie tkwi­ła­by tam aż do te­raz. Tym sa­mym ostat­ni po­mysł tra­fił do śmie­ci.

– Max, słu­chaj – za­czął, ob­li­zaw­szy wcze­śniej usta.

Chło­pak z tru­dem ode­rwał wzrok od bi­twy i spoj­rzał na Paw­ła. Ten zo­ba­czył, że w jego oczach za­czę­ło kieł­ko­wać skraj­ne prze­ra­że­nie – Max naj­wy­raź­niej ro­zu­miał, że je­że­li szyb­ko nie za­czną dzia­łać, to po pro­stu zgi­ną. Ko­man­dos miał jed­nak na­dzie­ję, że jego ku­dła­ty kom­pan nie za­mie­rza się go­dzić na taki ko­niec bez pod­ję­cia wal­ki.

– Skup się. I słu­chaj. Wsta­niesz i po­bie­gniesz mię­dzy te gę­ste so­sny – wska­zał dło­nią gę­sto po­ro­śnię­ty ka­wa­łek lasu, znaj­du­ją­cy się mniej wię­cej czter­dzie­ści me­trów od nich. Mu­siał nie­omal krzy­czeć, żeby prze­bić się gło­sem przez ka­no­na­dę po­ci­sków, ja­kie wy­plu­wa­ły z sie­bie lufy ka­ra­bi­nów żoł­nie­rzy. – Po­bie­gniesz, a ja cię będę osła­niał. Nie myśl o woj­sku, nie strze­laj do zom­bie, masz po pro­stu biec, ja­sne? Jak już do­bie­gniesz, scho­wasz się za ja­kimś drze­wem, od­wró­cisz i bę­dziesz osła­niał mnie. Okej?

Chło­pak kiw­nął gło­wą, prze­ły­ka­jąc twar­dą gulę, któ­ra utkwi­ła mu w gar­dle.

– I nie strze­laj do woj­ska, chy… – prze­rwał mu ko­lej­ny wy­strzał z czoł­go­we­go dzia­ła, przez co obaj sku­li­li się jesz­cze bar­dziej. – Chy­ba że oni za­czną pierw­si! – do­krzy­czał Pa­weł. – Przy odro­bi­nie szczę­ścia już o nas za­po­mnie­li.

Ostat­nie zda­nie wy­po­wie­dział już tyl­ko do sie­bie.

– Okej! – od­krzyk­nął Max i ze­rwał się do bie­gu. Bez zbęd­nych ce­re­gie­li, bez wy­dłu­żo­nych in­struk­cji i „mi­lio­na py­tań do”. Za­da­nie było pro­ste, cza­su nie było, wnio­sek na­su­wał się sam: trze­ba było dzia­łać. Chło­pak pę­dził, klu­cząc mię­dzy drze­wa­mi i dep­cząc mięk­ką ściół­kę swo­imi cięż­ki­mi gla­na­mi.

Pa­weł od­pro­wa­dził go wzro­kiem, po czym wsa­dził do ka­ra­bi­nu peł­ny ma­ga­zy­nek. Za­no­to­wał w pa­mię­ci, że w ple­ca­ku są jesz­cze dwa na­stęp­ne. Na­stęp­nie bły­ska­wicz­nie od­wró­cił gło­wę, sta­ra­jąc się wy­chwy­cić, któ­ry zom­bie zwró­cił już uwa­gę na Maxa. Uło­żył się w mia­rę kom­for­to­wo na kra­wę­dzi za­głę­bie­nia, mo­dląc się, żeby drze­wo dało mu wy­star­cza­ją­cą osło­nę przed ewen­tu­al­nym ostrza­łem. Szcze­rze jed­nak wąt­pił, aby po­bra­tym­cy wpa­ko­wa­li mu kul­kę w ple­cy. W ta­kiej sy­tu­acji bar­dzo szyb­ko zmie­nia­ją się prio­ry­te­ty, ze śle­pe­go wy­ko­ny­wa­nia roz­ka­zów żoł­nie­rze szyb­ko prze­szli do try­bu wal­ki o wła­sne ży­cie, praw­do­po­dob­nie za­po­mi­na­jąc o tym, że ich za­da­nie po­le­ga­ło na za­trzy­ma­niu ucie­ka­ją­cych z War­sza­wy. Poza tym, tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, mie­li te­raz znacz­nie wię­cej osób do za­trzy­ma­nia.

Sku­pił wzrok na zom­bie. Ścia­na prze­ciw­ni­ków była prze­ra­ża­ją­ca, wi­dok mro­ził krew w ży­łach. Męż­czy­zna czuł się, jak­by przy­szło mu sta­nąć prze­ciw bar­ba­rzyń­skim hor­dom. Jak­by zna­lazł się w sy­tu­acji, w któ­rej siła jed­nost­ki nie mia­ła naj­mniej­sze­go zna­cze­nia, gdzie li­czy­ła się tyl­ko bru­tal­ność i prze­wa­ga li­czeb­na. Je­den zom­bie skrę­cił gwał­tow­nie w stro­nę Maxa. Ko­bie­ta, na pierw­szy rzut oka oko­ło pięć­dzie­się­cio­let­nia, bie­gła te­raz żwa­wo ni­czym dwu­dzie­sto­lat­ka. Jej cia­ło było po­szar­pa­ne, licz­ne rany od­sła­nia­ły frag­men­ty ko­ści, ścię­gien i mię­śni. Pa­weł ocza­mi wy­obraź­ni wi­dział wście­kłą za­cię­tość na jej twa­rzy, nie­mal sły­szał prze­ra­ża­ją­ce po­war­ki­wa­nia wy­do­by­wa­ją­ce się z jej gar­dła i do­strze­gał żą­dzę mor­du w oczach. Nie mu­siał wi­dzieć jej do­kład­nie, ale był prze­ko­na­ny, że tak wła­śnie wy­glą­da­ła. Już wy­star­cza­ją­co wie­le razy sta­wał z nimi oko w oko, żeby móc być tego stu­pro­cen­to­wo pew­nym.

Na­gle za­la­ło go obrzy­dze­nie i wście­kłość. Prze­cież uda­ło się im ujść z ży­ciem, uda­ło się im opu­ścić prze­klę­tą sto­li­cę, a nie dość, że wła­sne woj­sko chcia­ło ich za­strze­lić, to jesz­cze te pie­przo­ne kre­atu­ry nie da­wa­ły na­wet se­kun­dy od­de­chu.

A do­kład­nie tego w tym mo­men­cie po­trze­bo­wał.

Oba te od­czu­cia zdo­mi­no­wa­ły i od­rzu­ci­ły po­czu­cie ma­leń­ko­ści, ja­kie wcze­śniej pró­bo­wa­ło nim za­wład­nąć. Te­raz miał w so­bie tyl­ko i wy­łącz­nie agre­sję, pier­wot­ną, nie­po­wstrzy­ma­ną. Ad­re­na­li­na po­pły­nę­ła w jego ży­łach, sty­mu­lu­jąc wszyst­kie zmy­sły, zwięk­sza­jąc tem­po re­ak­cji i szyb­kość dzia­ła­nia. Wpra­wio­ny w boju Pa­weł do­sko­na­le wie­dział, jak wy­ko­rzy­stać jej przy­pływ.

Po­cią­gnął za spust.

Dla la­ika od­da­nie strza­łu na od­le­głość kil­ku­dzie­się­ciu me­trów i tra­fie­nie w ru­cho­my, nie­wiel­ki cel by­ło­by nie lada wy­zwa­niem, jed­nak dla spraw­ne­go ko­man­do­sa Gru­py Re­ago­wa­nia Ope­ra­cyj­no-Mo­bil­ne­go nie sta­no­wi­ło to naj­mniej­sze­go pro­ble­mu. Jesz­cze za­nim pierw­szy po­cisk prze­le­ciał przez mózg mar­twej ko­bie­ty, za­bi­ja­jąc ją po raz dru­gi, Pa­weł już ce­lo­wał do ko­lej­ne­go zom­bie. Od­da­wał po­je­dyn­cze, pre­cy­zyj­ne strza­ły, każ­do­ra­zo­wo eli­mi­nu­jąc z bi­twy ko­lej­ną nie­umar­łą isto­tę.

Nie­ste­ty – na­wet je­że­li każ­dy jego strzał był­by cel­ny, na­wet je­że­li wy­strze­lał­by całą amu­ni­cję z cią­żą­cej na ple­cach tor­by, prze­ciw­nik na­cie­rał­by w dal­szym cią­gu, za­le­wa­jąc las nie­koń­czą­cą się falą śmier­ci.

Tym­cza­sem zdy­sza­ny Max wpadł śli­zgiem mię­dzy wska­za­ne przez Paw­ła drze­wa, od­wró­cił się na brzuch i pod­czoł­gał. Zna­lazł w mia­rę bez­piecz­ną po­zy­cję i po­ma­chał ręką, da­jąc tym sa­mym znak, że to­wa­rzysz może ru­szać.

Pa­weł po chwil za­uwa­żył ma­cha­nie, ale cze­kał na od­po­wied­ni mo­ment. Szyb­ko so­bie jed­nak uświa­do­mił, że ta­ko­wy ni­g­dy nie na­stą­pi – za­wsze bę­dzie ry­zy­ko, że albo na­gle wszy­scy zom­bie ru­szą w jego stro­nę, albo do­sta­nie kul­kę w ple­cy. Cho­ciaż w ple­cy to jesz­cze by­ło­by do­brze, bo miał­by duże szan­se szyb­ko zgi­nąć, go­rzej, jak­by do­stał na przy­kład w łyd­kę. Wstał. Zdjął cięż­ką tor­bę i zła­pał ją w lewą dłoń, dzię­ki cze­mu nie obi­ja­ła mu się o ple­cy, i sku­lo­ny po­pę­dził w stro­nę Maxa. Z trwa­ją­cym se­kun­dę za­do­wo­le­niem zo­ba­czył, jak chło­pak leży i w sku­pie­niu strze­la do na­cie­ra­ją­cych zom­bie. I to strze­la roz­sąd­nie, nie wy­wa­la ca­łej se­rii w tłum, tyl­ko uważ­nie, w sku­pie­niu sta­ra się ce­lo­wać do wro­gów. Nie są­dził, żeby tra­fił zbyt wie­lu z nich, jed­nak sam fakt bar­dzo przy­padł mu do gu­stu. Od­po­wied­nio prze­szko­lo­ny mógł­by się na­praw­dę nie­źle spi­sać.

„Je­że­li prze­ży­je” – usły­szał po­nu­ry szept gdzieś pod czasz­ką.

Po kil­ku­dzie­się­ciu se­kun­dach sza­leń­cze­go bie­gu Pa­weł zwa­lił się cięż­ko obok Maxa.

– Jezu, uda­ło się, ży­je­my – po­wie­dział chło­pak, wy­szcze­rza­jąc z za­do­wo­le­nia swo­je wiel­kie zę­bi­ska. Brą­zo­we oczy ku­dła­cza roz­świe­tla­ło pod­nie­ce­nie.

– Nie mów hop – cięż­ko dy­sząc, za­su­ge­ro­wał Pa­weł i prze­ła­do­wał broń.

– Ile ci zo­sta­ło? – za­py­tał chło­pak.

– Ten i jesz­cze je­den. Mało. O wie­le za mało – stwier­dził ko­man­dos.

Jed­nak Max nie za­mie­rzał po­pa­dać w czar­ną roz­pacz. Uznał, że w obec­nej sy­tu­acji nie war­to ocze­ki­wać zbyt wie­le, tyl­ko na­le­ży się cie­szyć tym, co aku­rat daje los. Ja­kimś ko­smicz­nym far­tem prze­ży­li wy­pa­dek fur­go­net­ki. Co praw­da po­cisk wy­strze­lo­ny z czoł­gu ich nie tra­fił, ale prze­cież wy­wa­li­li się na bok, co mo­gło się skoń­czyć o wie­le go­rzej. A jed­nak prze­ży­li. Na­stęp­nie uda­ło im się prze­bić przez chma­ry wro­gów, ostrze­lać ich i do­trzeć od gę­ste­go lasu, gdzie było ich dużo go­rzej wi­dać. A co naj­waż­niej­sze, ze­szli z li­nii ognia woj­ska.

– Na ra­zie ży­je­my – chło­pak nie ustę­po­wał.

– Tak, ży­je­my – dał za wy­gra­ną Pa­weł. – Mu­si­my te­raz tyl­ko wy­my­ślić, co zro­bić z nimi – do­dał, wska­zu­jąc mały bu­dy­nek, w któ­rym za­ba­ry­ka­do­wa­ła się jego cór­ka z trój­ką to­wa­rzy­szy. Znaj­do­wał się on mniej niż pięć­dzie­siąt me­trów od nich. Nie­ste­ty, wo­kół bu­dy­necz­ku zgro­ma­dzi­ły się co naj­mniej trzy tu­zi­ny zom­bie, a z każ­dą chwi­lą przy­by­wa­li ko­lej­ni.

– Po­win­ni­śmy dać radę, nie? – za­py­tał Max, zer­ka­jąc buń­czucz­nie na ko­man­do­sa.

– Może i po­win­ni­śmy… ale jest ich za dużo. Gdy­by­śmy mo­gli ja­koś od­cią­gnąć część z nich, to mo­gło­by się udać.

Jak na ży­cze­nie wnę­trze nie­wiel­kie­go dom­ku za­czę­ły roz­świe­tlać bły­ski wy­strza­łów. Wi­docz­nie Kaja i resz­ta zde­cy­do­wa­li się ode­przeć atak i prze­rwać ob­lę­że­nie, za­nim bę­dzie za póź­no na ja­kie­kol­wiek dzia­ła­nie. Strze­la­li przez szpa­rę po­zo­sta­wio­ną w oknie, spryt­nie nie od­sła­nia­jąc go za­nad­to. To była szan­sa, któ­rą Pa­weł za­mie­rzał wy­ko­rzy­stać. Szyb­ko wy­cią­gnął z tor­by po­zo­sta­łe dwa ka­ra­bin­ki MP5, oba ła­du­jąc peł­ny­mi ma­ga­zyn­ka­mi. Je­den za­cho­wał dla sie­bie, dru­gi dał chło­pa­ko­wi. Do­dat­ko­wo po­dał mu jesz­cze czte­ry peł­ne ma­ga­zyn­ki, któ­re ka­zał scho­wać do kie­sze­ni.

– Po resz­tę wró­ci­my za chwi­lę – po­wie­dział, po­chy­la­jąc się nad na­sto­lat­kiem. – Gdy skoń­czy ci się ma­ga­zy­nek w be­ry­lu, nie zmie­niaj go, tyl­ko prze­rzuć ka­ra­bin na ple­cy i za­cznij strze­lać z MP5, a za­osz­czę­dzisz kil­ka cen­nych se­kund. Będą nam cho­ler­nie po­trzeb­ne – po­in­stru­ował go. – Wszyst­ko ja­sne?

„Spryt­ne” – po­my­ślał Max i kiw­nął gło­wą, po­twier­dza­jąc, że ro­zu­mie prze­ka­za­ne mu in­struk­cje. Do­bry na­strój i ra­dość spo­wo­do­wa­na uda­ną uciecz­ką pry­snę­ły rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ły. Te­raz było mu dusz­no, był spo­co­ny i bał się jak ni­g­dy. To, co za­mie­rza­li zro­bić, na­pa­wa­ło go lę­kiem, ja­kie­go jesz­cze w ży­ciu nie do­świad­czył – do tej pory ucie­ka­li przed zom­bie, klu­czy­li, skra­da­li się, a te­raz za­mie­rza­li we­tknąć kij w mro­wi­sko i jesz­cze wyjść z tego bez szwan­ku. Był prze­ra­żo­ny, ale pa­ra­dok­sal­nie też dziw­nie zde­ter­mi­no­wa­ny i po­go­dzo­ny z lo­sem. Jego ro­dzi­ce praw­do­po­dob­nie nie żyli, cho­ciaż sta­rał się te­raz o tym nie my­śleć. Jego śmierć rów­nież była przy­pusz­czal­nie tyl­ko kwe­stią cza­su, więc cze­mu nie miał­by po­cią­gnąć za sobą kil­ku zom­bie? Z dru­giej stro­ny wie­dział, że Pa­weł jest do­świad­czo­nym ko­man­do­sem, więc ich sa­mo­bój­cza mi­sja mia­ła ja­kieś mi­ni­mal­ne szan­se po­wo­dze­nia… Poza tym było kogo ra­to­wać. Chło­pak głę­bo­ko wcią­gnął w płu­ca go­rą­ce po­wie­trze. Za­ci­snął mo­krą od potu dłoń na zim­nej, me­ta­lo­wej kol­bie ka­ra­bi­nu, przy­się­ga­jąc so­bie w du­chu, że je­że­li jed­nak przyj­dzie mu spo­tkać się ze stwór­cą, zro­bi to w to­wa­rzy­stwie co naj­mniej dzie­się­ciu zom­bie.

Ru­szy­li. Bie­gli po­wo­li, bli­sko sie­bie, cały czas czuj­nie roz­glą­da­jąc się wo­kół i uwa­ża­jąc, czy ja­kieś po­czwa­ry nie zde­cy­du­ją się na atak z flan­ki. Ich zmy­sły były mak­sy­mal­nie wy­ostrzo­ne, re­je­stro­wa­ły każ­dy, na­wet naj­mniej­szy ruch. Wy­strza­ły ze środ­ka bu­dyn­ku były ni­czym w po­rów­na­niu z ka­no­na­dą woj­ska, któ­ra mimo to ze­szła na dal­szy plan. Od­gło­sy wy­bu­chów i to­wa­rzy­szą­ce im roz­bły­ski zda­wa­ły się dzia­łać na nie­umar­łych jak lep na mu­chy – zwa­bie­ni ha­ła­sem i świa­tłem szli lub bie­gli w jego stro­nę, czę­sto na­wet nie za­uwa­ża­jąc Paw­ła ani Maxa. Po kil­ku­na­stu se­kun­dach męż­czyź­ni wy­bie­gli spo­mię­dzy drzew, po­zby­wa­jąc się ich osło­ny i wkro­czy­li na chod­nik, któ­ry pro­wa­dził wprost w kie­run­ku Cmen­ta­rza Pół­noc­ne­go.

Od bu­dyn­ku dzie­li­ło ich te­raz mniej niż pięt­na­ście me­trów. Pod oknem, jak i wo­kół nie­go, le­ża­ło już kil­ku­na­stu zom­bie, a obroń­cy znaj­du­ją­cy się w środ­ku upar­cie eli­mi­no­wa­li ko­lej­nych.

– Idzie­my! Kaja, to my, uwa­żaj­cie! – krzyk­nął Pa­weł, ostrze­ga­jąc znaj­du­ją­cych się w bu­dyn­ku lu­dzi. Przy odro­bi­nie szczę­ścia za­pew­ne go usły­sze­li i naj­praw­do­po­dob­niej nie wpa­ku­ją mu po­ci­sku ze strzel­by pro­sto w twarz.

Byli już tak bli­sko, że w koń­cu mo­gli otwo­rzyć ogień. Kil­ku zom­bie spod bu­dyn­ku rzu­ci­ło się na nich, wie­trząc ła­twy łup. Nic bar­dziej myl­ne­go – parę se­kund póź­niej le­że­li mar­twi obok zwłok swo­ich po­bra­tym­ców. Pa­weł osła­niał front i pra­wą stro­nę bu­dyn­ku, a Max sku­pił się na tyle i le­wej, skąd co i raz wy­ska­ki­wa­ła ko­lej­na kre­atu­ra. Po kil­ku me­trach opróż­ni­li pierw­sze ma­ga­zyn­ki, na co ko­man­dos, zgod­nie z in­struk­cja­mi prze­ka­za­ny­mi chło­pa­ko­wi, prze­rzu­cił be­ry­la na ple­cy i się­gnął po MP5.

– Wy­chodź­cie! – krzyk­nął Pa­weł w prze­rwie mię­dzy strza­ła­mi.

„Chy­ba mnie usły­sze­li” – po­my­ślał z na­dzie­ją męż­czy­zna, gdyż ogień z wnę­trza bu­dyn­ku wy­raź­nie ze­lżał.

W tej sa­mej chwi­li drzwi sta­nę­ły otwo­rem.

ŁO­MIAN­KI, GO­DZI­NA 13:28.

Na pew­no do­brze za­mkną­łeś? – za­py­ta­ła ci­cho Ka­sia.

Ka­mil zer­k­nął na nią po­iry­to­wa­nym i jed­no­cze­śnie zmę­czo­nym wzro­kiem.

– Tak, prze­cież mó­wi­łem to już tyle razy – od­wark­nął. – Za­mkną­łem na wszyst­kie zam­ki, przy­su­ną­łem też sza­fę pod drzwi.

– A z tyłu też?

– Też.

– A okna?

– Za­sło­nię­te.

– Ale za­wsze mogą w nie wbiec.

– Mogą, ale nie wbie­gną, bo i po co? – od­pa­ro­wał. – Jak nie wi­dzą ru­chu, to nie ata­ku­ją, nie? Wi­dzia­łaś, co sta­ło się z pa­nią Trosz­czyń­ską z domu na­prze­ciw.

– Wi­dzia­łam. Ale je­steś pe­wien, praw­da? – dziew­czy­na nie da­wa­ła za wy­gra­ną.

Chło­pak tyl­ko spoj­rzał na nią spode łba i od­wró­cił się do niej ple­ca­mi.

„Chy­ba za bar­dzo go ci­snę” – po­my­śla­ła Ka­sia, po czym za­mil­kła, przy­po­mi­na­jąc so­bie po­tę­pień­cze krzy­ki ich są­siad­ki, gdy ci dziw­ni lu­dzie ją do­pa­dli. Star­sza ko­bie­ta chcia­ła tyl­ko wyjść i po­móc ofia­rom wy­pad­ku sa­mo­cho­do­we­go, przez co sama zo­sta­ła za­mor­do­wa­na w naj­bar­dziej bru­tal­ny spo­sób, jaki dziew­czy­na była w sta­nie so­bie wy­obra­zić. Przy­po­mnia­ła so­bie rów­nież, jak kil­ka go­dzin póź­niej zwło­ki pani Trosz­czyń­skiej pod­nio­sły się z chod­ni­ka i za­czę­ły za­cho­wy­wać w taki sam spo­sób jak jej opraw­cy, któ­rzy prze­sta­li już wte­dy zwra­cać na nią uwa­gę. Prze­sta­li, bo sta­ła się jed­nym z nich.

Na to wspo­mnie­nie oczy Kasi za­szły łza­mi. Po chwi­li po­czu­ła, jak szczu­płe ra­mię Ka­mi­la po­wo­li ota­cza jej bar­ki. Roz­legł się jego de­li­kat­ny głos, w któ­rym nie było na­wet śla­du po fru­stra­cji, jaka jesz­cze chwi­lę temu ogar­nę­ła chło­pa­ka:

– Spo­koj­nie. Ko­cha­nie, nic nie mo­gli­śmy zro­bić, wiesz prze­cież – pró­bo­wał ją po­cie­szyć, tro­chę zły na sie­bie, że nie po­my­ślał o tym wszyst­kim, nim wspo­mniał na­zwi­sko są­siad­ki.

Ka­sia za­ci­snę­ła zęby, ale war­gi na­dal mia­ła wy­gię­te w pod­ko­wę, ni­czym wy­stra­szo­ne dziec­ko. Jej lęk był praw­dzi­wy, obec­ny i na­ma­cal­ny, tym więk­szy, że Ka­sia nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć, co wy­da­rzy­ło się tuż przed okna­mi jej domu. Wi­dzia­ła, ale nie ro­zu­mia­ła. Do tej pory lu­dzi ska­czą­cych so­bie do gar­deł mo­gła zo­ba­czyć tyl­ko w te­le­wi­zji, w tan­det­nych hor­ro­rach kla­sy „Z”, któ­rych fa­na­tycz­ni sce­na­rzy­ści lu­bo­wa­li się w nad­uży­wa­niu sztucz­nej krwi. Po­trzą­snę­ła gło­wą, sta­ra­jąc się po­wró­cić do rze­czy­wi­sto­ści.

– Ka­mil, nie my­ślisz, że ktoś po­wi­nien się w koń­cu po­ja­wić? – za­py­ta­ła, od­zy­skaw­szy pa­no­wa­nie nad sobą.

Chło­pak skie­ro­wał w jej stro­nę swo­ją szczu­płą, bla­dą twarz. Pod piw­ny­mi ocza­mi ry­so­wa­ły się łuki ciem­nych, głę­bo­kich cie­ni wy­wo­ła­nych noc­nym czu­wa­niem, pod­czas któ­re­go Ka­sia za­pa­dła w nie­spo­koj­ny, płyt­ki sen. Zry­wa­ła się z nie­go co kil­ka­na­ście mi­nut, żeby tyl­ko spraw­dzić, czy Ka­mil aby nie usnął lub czy „oni” nie do­sta­li się do środ­ka domu. Albo czy nie wy­da­rzy­ło się jed­no i dru­gie.

– Chy­ba ktoś po­wi­nien się po­ja­wić, nie? – stwier­dzi­ła dość nie­śmia­ło, zu­peł­nie bez prze­ko­na­nia, reszt­ka­mi sił zmu­sza­jąc się do wy­po­wia­da­nia swo­ich my­śli na głos.

Od­kąd nie­wie­le przed go­dzi­ną dwu­dzie­stą ra­zem z chło­pa­kiem za­ry­glo­wa­li drzwi, sie­dzie­li w miesz­ka­niu i cze­ka­li, sami nie wie­dząc na co. Dla więk­sze­go bez­pie­czeń­stwa Ka­mil za­brał z kuch­ni nóż. Po­sta­li chwi­lę w sa­lo­nie, sta­ra­jąc się ze­brać my­śli, aż w koń­cu za­ba­ry­ka­do­wa­li się na pię­trze wy­naj­mo­wa­ne­go przez nich domu, do­szli bo­wiem do wnio­sku, że im wy­żej, tym bez­piecz­niej. Wnio­sku myl­ne­go, po­nie­waż do miesz­kań umiej­sco­wio­nych na wy­so­kich pię­trach wejść jest rów­nie trud­no, jak z nich wyjść. O do­dzwo­nie­niu się na ja­kie­kol­wiek nu­me­ry alar­mo­we nie było na­wet mowy – sy­gna­łu albo nie było w ogó­le, albo był per­ma­nent­nie za­ję­ty.

Ka­mil i Ka­sia wy­naj­mo­wa­li tyl­ko je­den po­kój, jed­nak wła­ści­cie­le ca­łe­go seg­men­tu nie wró­ci­li od wczo­raj­sze­go wie­czo­ru z pra­cy, więc dom po­zo­sta­wał pod ich opie­ką. Po paru dłu­gich go­dzi­nach sie­dze­nia i na­słu­chi­wa­nia, za­sta­ła ich noc. Pod osło­ną ciem­no­ści zde­cy­do­wa­li się uchy­lić drzwi i spraw­dzić, czy in­tru­zi wdar­li się już do domu, czy może jesz­cze nie. Na­stęp­nie, odro­bi­nę zmo­ty­wo­wa­ni ma­łym suk­ce­sem, ja­kim oka­za­ło się prze­by­wa­nie w zu­peł­nie pu­stym domu, po­sta­no­wi­li wró­cić na par­ter i prze­nieść za­pa­sy je­dze­nia do sy­pial­ni. Do po­miesz­cze­nia, któ­re wy­da­wa­ło się im naj­bez­piecz­niej­szym miej­scem w ca­łym bu­dyn­ku. Nie po­my­śle­li o piw­ni­cy ani o stry­chu, zde­cy­do­wa­li się za­bun­kro­wać wła­śnie w sy­pial­ni. Za­py­ta­ni dla­cze­go, pew­nie nie po­tra­fi­li­by lo­gicz­nie uar­gu­men­to­wać swo­jej de­cy­zji; lu­dzie w stre­sie cza­sa­mi ro­bią rze­czy, któ­rych sami nie po­tra­fią wy­ja­śnić. Nie przy­szło im też do gło­wy, że w ciem­nych za­ka­mar­kach może się cza­ić nie­bez­pie­czeń­stwo, a mrok słu­ży za schro­nie­nie nie tyl­ko ofia­rom, ale i opraw­com.

Noc­ne zej­ście do kuch­ni wy­ma­ga­ło od nich wy­ko­rzy­sta­nia wszyst­kich po­kła­dów czuj­no­ści i pew­no­ści sie­bie. Skra­da­li się przez kil­ka mi­nut, wy­czu­le­ni na wszel­kie zwia­stu­ny nie­bez­pie­czeń­stwa, ja­kie tyl­ko mo­gły się po­ja­wić. Pło­mie­nie po­ża­ru rzu­ca­ły cie­płe, po­ma­rań­czo­we świa­tło do wnę­trza domu, jed­no­cze­śnie wy­wo­łu­jąc nie­spo­koj­ną grę cie­ni, któ­ra kil­ku­krot­nie nie­mal­że przy­pra­wi­ła Ka­się i Ka­mi­la o za­wał ser­ca. Jed­nak, tak jak my­szy świa­do­me obec­no­ści ko­cu­ra, pcha­li się z każ­dym stop­niem co­raz ni­żej, z każ­dą chwi­lą bar­dziej od­da­la­jąc się od swo­jej bez­piecz­nej przy­sta­ni. Gdy uda­ło im się do­trzeć do kuch­ni, naj­ci­szej jak po­tra­fi­li, ze­bra­li je­dze­nie i czmych­nę­li z nim z po­wro­tem do sy­pial­ni, gdzie mie­li na­dzie­ję spo­koj­nie do­cze­kać zba­wien­ne­go brza­sku.

Nie­ste­ty, wbrew ich ocze­ki­wa­niom kosz­mar nie skoń­czył się wraz z na­dej­ściem świ­tu. Za dnia wszyst­ko było tak na­praw­dę jesz­cze gor­sze, bo le­piej wi­docz­ne. Sto­ją­ca w oknie Ka­sia w peł­ni do­strze­ga­ła te­raz ogrom znisz­cze­nia. Drob­ne frag­men­ty ludz­kie­go cia­ła le­ża­ły na uli­cy w bor­do­wych ka­łu­żach skrze­płej krwi. Za­uwa­ży­ła jed­ne­go bia­łe­go adi­da­sa. Dam­ską to­reb­kę. Roz­rzu­co­ne śmie­ci. Wszech­obec­ny nie­ład i cha­os od­kry­wał przed nią co­raz wię­cej po­je­dyn­czych obiek­tów. Sym­bo­li, któ­re zmu­sza­ły do re­flek­sji nad isto­tą i spo­so­bem po­wsta­nia tego baj­zlu. Prze­cież but mu­siał kie­dyś okry­wać czy­jąś sto­pę. To­reb­ka mu­sia­ła wi­sieć na ra­mie­niu ja­kiejś ko­bie­ty. Śmie­ci, niby zwy­kłe, głu­pie śmie­ci, ale też ktoś prze­cież mu­siał je wy­two­rzyć. Co się sta­ło z tymi wszyst­ki­mi ludź­mi? Za­sta­na­wia­jąc się nad tym, po­czu­ła się jak ostat­nia oso­ba na Zie­mi. To uczu­cie po­tę­go­wał brak ja­kiej­kol­wiek in­for­ma­cji, ja­kie­go­kol­wiek po­twier­dze­nia ze świa­ta ze­wnętrz­ne­go, da­ją­ce­go na­dzie­ję, że znaj­du­je się w błę­dzie.

Z do­ga­sa­ją­ce­go bu­dyn­ku na­prze­ciw ich domu po­wo­li uno­sił się cięż­ki, ciem­ny słup dymu. Chy­ba tyl­ko cud spra­wił, że ogień nie prze­niósł się jesz­cze na są­sied­nie za­bu­do­wa­nia.

Rów­nie wol­no i ocię­ża­le po as­fal­cie wa­łę­sa­ło się kil­ka oży­wio­nych tru­pów. Gdzieś w od­da­li śpie­wa­ły pta­ki, zu­peł­nie nie­świa­do­me tra­ge­dii, któ­ra do­tknę­ła uli­cę Aka­cjo­wą.

Poza tym pa­no­wa­ła wszech­obec­na pust­ka i ci­sza.

– Na­praw­dę mie­li­śmy fart, że ogień się nie roz­prze­strze­nił – po­wie­dzia­ła ci­cho Ka­sia, nie do­cze­kaw­szy się od­po­wie­dzi na za­da­ne wcze­śniej py­ta­nie. Od­wró­ci­ła się od okna sy­pial­ni, bar­dzo po­wo­li za­sła­nia­jąc fi­ran­kę.

Za­trzy­ma­ła wzrok na swo­im chło­pa­ku. Ko­cha­ła go, byli ra­zem od kil­ku ład­nych lat, wie­le ra­zem prze­szli. Nie­ste­ty, po raz pierw­szy w ży­ciu, co było jej bar­dzo trud­no przy­znać przed samą sobą, po­czu­ła pew­ne oba­wy co do jego oso­by. Oba­wy nie co do jego in­ten­cji, lecz ra­czej co do pre­dys­po­zy­cji. Chy­ba ni­g­dy nie był na si­łow­ni, nie upra­wiał żad­ne­go spor­tu. Wcze­śniej jej się to po­do­ba­ło, lu­bi­ła de­li­kat­nych chłop­ców w wą­skich rur­kach i z nie­co zbyt dłu­gą grzyw­ką opa­da­ją­cą na za­tro­ska­ne czo­ło. We­dług jej opi­nii od­czu­wa­li i ro­zu­mie­li wię­cej niż fa­ce­ci pa­ku­ją­cy na si­łow­ni i ści­ga­ją­cy się swo­imi spor­to­wy­mi fu­ra­mi spro­wa­dza­ny­mi z Nie­miec. Jed­nak wi­dząc to, co dzia­ło się za oknem, przez gło­wę prze­le­cia­ła jej myśl, że faj­nie by­ło­by mieć obok sie­bie osił­ka, któ­ry cier­pi na nad­miar masy mię­śnio­wej i któ­ry był­by w sta­nie ją obro­nić przed bru­tal­ną na­pa­ścią, jaką mia­ła oka­zję zo­ba­czyć. Ży­wych tru­pów ra­czej nie da się prze­ko­nać me­ry­to­rycz­ną dys­ku­sją.

Jed­nak po chwi­li Ka­sia spoj­rza­ła kry­tycz­nie w głąb sie­bie i za­czer­wie­ni­ła się lek­ko, zu­peł­nie jak­by ktoś sły­szał jej my­śli. Przy­po­mnia­ła so­bie, że nie była naj­szczu­plej­szą dziew­czy­ną, jaką zna­ła, mie­ści­ła się ra­czej w czo­łów­ce tych pulch­niej­szych nie­wiast. Od­po­wied­nia die­ta i brak ja­kie­go­kol­wiek ru­chu od mo­men­tu ukoń­cze­nia li­ceum (poza ma­nia­kal­ny­mi klik­nię­cia­mi mysz­ką i stu­ka­niem w kla­wia­tu­rę kom­pu­te­ra) do­pro­wa­dzi­ły ją szyb­ko do sta­nu, w ja­kim obec­nie się znaj­do­wa­ła. A nie był to stan za­do­wa­la­ją­cy, mu­sia­ła to przy­znać. Wy­ma­ga od swo­je­go chło­pa­ka spraw­no­ści i siły, sama nie bę­dąc pod tym wzglę­dem ide­ałem.

– No. Pew­nie za­raz ktoś się po­ja­wi – od­po­wie­dział po nie­skoń­cze­nie dłu­giej chwi­li Ka­mil. Spoj­rzał swo­imi piw­ny­mi ocza­mi pro­sto w jej oczy, przez co wszel­kie wąt­pli­wo­ści i obiek­cje szyb­ko ule­cia­ły.

„Bę­dzie do­brze” – stwier­dzi­ła w du­chu Ka­sia. „Za­wsze da­wa­li­śmy so­bie radę, damy i te­raz”.

Jesz­cze wte­dy nie wie­dzia­ła, jak nie­wie­le cza­su im zo­sta­ło.

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wtorek

Łomianki, godzina 21:28.

Środa

Łomianki, godzina 00:22.

Obrzeża Warszawy, godzina 12:40.

Obrzeża Warszawy, godzina 12:47.

Łomianki, godzina 13:28.

Las, godzina 13:57.

Łomianki, godzina 15:07.

Las, godzina 15:25.

Łomianki, godzina 15:30.

Łomianki, godzina 15:38.

Kraków, godzina 16:38.

Łomianki, godzina 16:07.

Lublin, godzina 16:58.

Łomianki, godzina 17:03.

Łomianki, godzina 18:13.

Gdańsk, godzina 18:32.

Łomianki, godzina 19:25.

Czwartek

Łomianki, godzina 04:25.

Łomianki, godzina 06:06.

Łomianki, godzina 07:10.

Trasa, godzina 08:45.

Dworek, godzina 10:10.

Nowy Dwór Mazowiecki, godzina 14:10.

Dworek, godzina 20:56.

Podziemny Kompleks, lokalizacja utajniona, godzina 21:45.

Dworek, godzina 22:13.

Dworek, godzina 22:22.

Dworek, godzina 22:41.

Piątek

Nieznana lokalizacja, godzina 03:30.

Nieznana lokalizacja, godzina 09:27.

Epilog

Gdzieś w Polsce. Zaprzestano liczenia czasu. Wieczór.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Infekcja. Exodus Infekcja. Genesis Siódma dusza 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Wzgórze psów Miasto Koniec warty Znalezione nie kradzione