Prawdziwa krew

Prawdziwa krew

Autorzy: Sally Green

Wydawnictwo: Uroboros

Kategorie: Fantastyka / SF

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

Ilość stron: 336

cena od: 22.72 zł

Nieoczekiwany, poruszający do głębi finał śmiertelnej walki czarodziejów.

Po zjedzeniu serca ojca Natan znowu musi się ukrywać. Wie, że dysponuje potężniejszą mocą niż większość magów i tylko on może zakończyć wyniszczającą wojnę czarodziejów. Dziedzictwo i krew Marcusa dają jednak o sobie znać. Natan staje się bardziej dziki i owładnięty żądzą zemsty za śmierć ojca.

Sally Green

PRAWDZIWA KREW

Przekład

Dorota Konowrocka-Sawa

Tytuł oryginału: The Half Lost

Original English language edition first published by Penguin Books Ltd, London

Text copyright © Half Bad Books Limited 2016

The author and illustrator have asserted their moral rights.

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Dorota Konowrocka-Sawa, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Spis treści

Dedykacja

Motto

Zraniony, nie zgubiony

Część pierwsza. Komu zaufać Kamienie

Ćwiczenia

Najprostsza pułapka

Opcja numer trzy

Więźniarka

Z powrotem w obozie

Dla zwykłego człowieka byliby śmiertelnym zagrożeniem

Żądza krwi

Lękam się ciebie

Plwocina

Narkotyki

Spokój

Złoto

Obóz pierwszy

Każda sekunda jest cenna

Magiczna kula

Zmęczony

Chcę, żeby to była prawda

Część druga. Na wpół odnaleziony Z powrotem w bunkrze

Ostatnia noc

Mapy

Badlandy

Domek

Imponowanie Ledger

Z obu luf?

Zbyt cenne

Część trzecia. Na wpół zgubiony Pięćdziesiąty pierwszy problem

Niekończące się trudności

Szuja

W las

Włam

Wieża

Kciuki

Kopuła

Błękit

Początek końca

Skok z klifu

Koniec

Czytam mu

Podziękowania

Przypisy

Wszystkie rozdziały dostępne w pełnej wersji książki.

Pamięci mojego ojca

Jeden i ten sam człowiek bywa w różnych epokach swojego życia i w różnych życiowych sytuacjach zupełnie odmienną istotą. Raz bliżej mu do szatana, innym razem ‒ nawet do świętego. Imię zaś nie ulega zmianom i wszystko przypisujemy jednej i tej samej osobie.

Aleksander Sołżenicyn, Archipelag GUŁag, przeł. Jerzy Pomianowski

Zraniony, nie zgubiony

Powinniśmy uzgodnić jakieś hasło.

‒ Tak? A po co?

‒ Bo któregoś dnia wypuścisz się na jedną z tych swoich wypraw i zginiesz, a wtedy jeden z łowców dysponujących darem przeobrażania się podszyje się pod ciebie, wróci tu, do obozu, i mnie zabije.

‒ Bardziej prawdopodobne jest to, że znajdą obóz, zabiją cię i poczekają, aż wrócę, pogwizdując sobie beztrosko.

‒ To też możliwe, chociaż nie potrafię sobie wyobrazić tego pogwizdywania.

‒ No to co z tym hasłem?

‒ To nie może być jedno słowo, to musi być jakieś zdanie, na które odzewem będzie inne zdanie.

‒ No jasne. W takim razie ja powiem: „Pogwizduję sobie, bo właśnie zabiłem dziesięciu łowców”, a ty odpowiesz: „A ja wolałbym teraz wspinać się na Eiger”.

‒ Myślałem o pytaniu, które naprawdę mógłbym zadać.

‒ Na przykład?

‒ „Długo cię nie było. Zgubiłeś się?”.

‒ I co niby miałbym na to odpowiedzieć?

‒ „Zraniłem się, nie zgubiłem”.

‒ W życiu bym tak nie odpowiedział.

‒ Mimo wszystko… Chcesz to przećwiczyć? Żeby mieć pewność, że dobrze zapamiętałeś?

‒ Nie.

Część pierwsza

Komu zaufać

Kamienie

Tego roku, gdy mój ojciec kończył dwadzieścia osiem lat, zabił trzydzieści dwie osoby. Celia kazała mi kiedyś wkuwać na pamięć fakty z jego życia ‒ to jeden z nich. Do chwili wybuchu wojny pomiędzy Radą Soula a Sojuszem Wolnych Magów nie zdarzyło się, by zabił większą liczbę ludzi w ciągu jednego roku. Kiedyś sądziłem, że trzydzieści dwa to dużo.

W roku, w którym przypadały jego siedemnaste urodziny ‒ roku Obdarowania ‒ Marcus zabił tylko cztery osoby. Tymczasem ja nie ukończyłem jeszcze osiemnastu lat, a do dnia Bitwy pod Białowieżą, w której zginął mój ojciec i niemal połowa członków Sojuszu, bitwy określanej dziś mianem „BB” przez tych, którzy w ogóle ośmielają się o niej wspominać, w każdym razie do tego właśnie dnia zabiłem dwadzieścia trzy osoby.

BB została rozegrana wiele miesięcy temu; od tego czasu liczba dokonanych przeze mnie morderstw przekroczyła pięćdziesiąt.

Dla ścisłości: zabiłem pięćdziesiąt dwie osoby.

W takich kwestiach precyzja jest istotna. Nie liczę Pilot, która przecież i tak umierała, nie wliczam też Sameen, w jej przypadku po prostu okazałem miłosierdzie, zabili ją łowcy, strzelili jej w plecy, kiedy uciekaliśmy z pola walki. A Marcus? Jego zdecydowanie nie wliczam do liczby pięćdziesięciu dwóch ofiar. Nie ja go zabiłem. To ona.

Annalise.

Na samą myśl o niej chce mi się rzygać. Wszystko mnie w niej odrzuca: te jej blond włosy, niebieskie oczy, brzoskwiniowa cera. Wszystko jest w niej obrzydliwe i fałszywe. Powiedziała, że mnie kocha. I ja też wyznałem jej miłość, ale w przeciwieństwie do niej mówiłem serio. Naprawdę ją kochałem. Jakim byłem kretynem! Zakochałem się w niej. W O’Brience. Powiedziała mi, że jestem jej bohaterem, jej księciem, a ja, jak idiota, jak ostatni debil, chciałem jej uwierzyć. I uwierzyłem.

Teraz pragnę już tylko tego, żeby ją zabić, wypatroszyć, wydrzeć jej z gardła krzyk, ale nawet to nie wystarczy, nie wystarczy nawet w połowie. Będę jej musiał uprzytomnić, jak trudno jest zrobić to, co zrobiłem. Zmuszę ją, żeby odcięła sobie dłoń i ją zjadła. Albo wyłupiła sobie oczy i je połknęła. I nadal byłoby to łatwiejsze od tego, co zrobiłem.

Zabiłem pięćdziesiąt dwie osoby. I zależy mi już tylko na tym, by dostać ją w swoje ręce. Pięćdziesiąt trzy ofiary mnie usatysfakcjonują. Jeszcze tylko jedna i będę miał dość.

‒ Tylko ona.

Przetrząsnąłem każdy centymetr kwadratowy pola walki i starego obozu, zabiłem wszystkich łowców, na których się natknąłem ‒ część sprzątała bajzel po bitwie, część wytropiłem później. I nie znalazłem jej. Zniknęła bez śladu! Kolejne dni i tygodnie strawiłem na sprawdzaniu wszystkich śladów, wszystkich tropów, nawet najbardziej niewyraźnych odcisków stóp ‒ i żaden nie zaprowadził mnie do niej.

‒ Żaden.

Na dźwięk ludzkiego głosu podnoszę głowę i zaczynam nasłuchiwać. Cisza.

Pewnie znów mówiłem do siebie.

‒ Cholera!

Annalise! To ona mi to robi.

‒ Pieprzyć ją. ‒ Unoszę głowę, rozglądam się i wrzeszczę ku czubkom drzew: ‒ Pieprzyć ją! ‒ A potem szepczę do kamieni: ‒ Chcę tylko, żeby umarła. Zniknęła. Została starta z powierzchni ziemi. Chcę unicestwienia jej duszy. Na zawsze. To wszystko. Wtedy przestanę. ‒ Podnoszę jakiś kamyk. ‒ A może nie. Może nie.

Marcus chciał, żebym zabił ich wszystkich. Może potrafię to zrobić. Chyba wiedział, że potrafię. Inaczej by mi tego nie powiedział.

Popycham moje kamyczki na stosik. Pięćdziesiąt dwa. Wydaje się, że to dużo, pięćdziesiąt dwa, ale tak naprawdę to nic. Nic w porównaniu z liczbą tych, do których zabicia zmusiłby mnie mój ojciec. Nic w porównaniu z liczbą tych, którzy umarli przez Annalise. Podczas BB ponad setka. Naprawdę muszę podnieść stawkę, jeśli mam sprostać rozpętanej przez nią rzezi. To przez nią Sojusz został niemal unicestwiony. To przez nią nie żyje Marcus ‒ jedyna osoba, która mogłaby powstrzymać atakujących łowców, jedyna, która mogłaby ich pokonać. A tymczasem przez nią, bo to ona zastrzeliła Marcusa, Sojusz został rozgromiony. Gdzieś w tyle głowy czai się dręcząca myśl, że przez cały ten czas Annalise była szpiegiem Soula. W końcu jest jej wujem. Gabriel nigdy jej nie ufał, ciągle powtarzał, że to ona mogła zdradzić łowcom lokalizację mieszkania Mercury w Genewie. Nigdy w to nie uwierzyłem, ale może miał rację.

Między drzewami dostrzegam jakiś ruch i po chwili pojawia się Gabriel. Zbierał drwa na opał. Pewnie usłyszał mój krzyk. Teraz podchodzi, udając, że i tak szykował się już do powrotu, rzuca drewno na ziemię i staje obok moich kamyczków.

Nie zdradzam mu, co symbolizują, a on nie pyta, ale chyba i tak wie. Podnoszę jeden z nich. Jest mały, wielkości paznokcia. Wszystkie są nieduże, ale każdy na swój sposób wyjątkowy. Każdy odpowiada jednej zabitej przeze mnie osobie. Kiedyś pamiętałem jeszcze, kogo oznaczały, nie znałem imion ani nic, większość łowców to po prostu łowcy, ale dzięki kamieniom lepiej utrwalał mi się w pamięci każdy wypadek, każda walka, każda śmierć. Teraz już nie pamiętam każdego z tych starć z osobna, wszystkie zlały się w jedno niekończące się, krwawe widowisko, ale mam na kupce pięćdziesiąt dwa kamienie.

Wysokie buty Gabriela odwracają się o dziewięćdziesiąt stopni i na moment nieruchomieją.

‒ Potrzebujemy więcej drewna. Pomożesz mi?

‒ Za chwilę.

Buty stoją tam jeszcze przez sekundę, obracają się o kolejne czterdzieści pięć stopni, tkwią w miejscu jeszcze przez cztery, pięć, sześć, siedem sekund, po czym wracają między drzewa.

Wyjmuję z kieszeni biały kamień. Jest owalny i śnieżnobiały. Kwarc. Gładki, ale matowy. To kamień Annalise. Znalazłem go któregoś dnia nad strumieniem, kiedy jej szukałem. Pomyślałem, że to dobry znak. Byłem pewien, że tego dnia trafię na jej ślad. Nie trafiłem, ale kiedyś wreszcie się uda. Kiedy już ją zabiję, nie dołożę jej kamienia do kupki, tylko go wyrzucę. I zniknie. Jak ona.

Może wtedy skończą się te sny. Wątpię, ale nigdy nie wiadomo. Często śnię o Annalise. Czasem zaczyna się nawet przyjemnie, ale to nie trwa długo. Niekiedy strzela do mojego ojca i dzieje się dokładnie to co podczas BB. Jeśli mam szczęście, budzę się wcześniej, ale czasem sen trwa dalej i jest tak, jakbym wszystko to przeżywał jeszcze raz.

Chciałbym śnić o Gabrielu. To byłyby dobre sny. Śniłbym, że wspinamy się razem, jak kiedyś, i jesteśmy przyjaciółmi jak za dawnych, dobrych czasów. Jesteśmy nimi, zawsze nimi będziemy, ale sporo się zmieniło. Rzadko rozmawiamy. Czasem opowiada o swojej rodzinie albo o tym, co robił wiele lat temu, zanim się to wszystko zaczęło, albo o wspinaczce, o książkach, które przeczytał… Nie wiem… O różnych rzeczach. Jest dobry w gadaniu, za to ja jestem kiepski w słuchaniu.

Któregoś dnia opowiadał mi historię o tym, jak wspinał się we Francji. Trasa wiodła wysoko nad rzeką i była bardzo malownicza. Słucham i wyobrażam sobie lasy, przez które musiał się przedrzeć, żeby się tam dostać, a on opisuje mi wąwóz i koryto rzeki, a ja wcale nie rozmyślam o tym, tylko o Annalise cieszącej się wolnością. I prawie słyszę, jak jakaś część mnie mówi: „Słuchaj Gabriela! Słuchaj jego opowieści!”, gdy tymczasem druga podszeptuje: „On sobie gada, a Annalise gdzieś tam sobie chodzi całkiem wolna”. Śmierć mojego ojca i to, że nie wiem, gdzie jest jego ciało… Pomijając oczywiście to, że jakaś jego część jest we mnie, bo zjadłem jego serce, a nie ma chyba nic bardziej obrzydliwego. I oto jestem, ten człowiek, ten dzieciak, który zjadł swojego ojca, siedzę obok Gabriela, który opowiada o jakiejś cholernej wspinaczce i o tym, jak brodził przez rzekę, żeby się dostać do punktu wyjścia, i myślę o tym, że zjadłem własnego ojca i podtrzymywałem go, kiedy umierał, a Annalise chodzi sobie wolno, a Gabriel ciągle gada o tej wspinaczce, i jak to może być normalne i w porządku? Więc mówię mu tak spokojnie, jak potrafię: „Gabriel, czy możesz już przestać trajkotać o swojej pieprzonej wspinaczce?”. Mówię to naprawdę cicho, bo inaczej musiałbym wrzasnąć.

A on urywa, po czym rzuca: „Jasne. A czy ty możesz wypowiedzieć jedno zdanie bez przeklinania?”. Podpuszcza mnie, próbując obrócić wszystko w żart, a ja wiem, że to robi, ale jakoś wkurza mnie to tym bardziej, więc mówię mu, żeby się odpieprzył. Nie żałuję sobie i dokładam jeszcze kilka innych słów, a potem ledwo się powstrzymuję, no dobra, kompletnie tracę panowanie nad sobą i obrzucam go przekleństwami, a on próbuje mnie objąć, wziąć za ramię. Odpycham go i mówię, że powinien już iść, zanim zrobię mu krzywdę, i wtedy wreszcie sobie idzie.

Dopiero wtedy się uspokajam. Czuję, jak oblewa mnie fala ulgi, bo jestem sam, a w samotności lżej mi się oddycha. Przez chwilę mam się nieźle, a kiedy już uspokajam się na dobre, zaczynam się za to nienawidzić, bo przecież chcę, żeby dotknął mojego ramienia i opowiedział mi tę historię. Chcę go wysłuchać i chcę, żeby było normalnie. Tylko że ja nie jestem normalny. Nie mogę być normalny. I to wszystko przez nią.

Siedzimy obok siebie i patrzymy w ogień. Przyrzekłem sobie bardziej się postarać i porozmawiać z Gabrielem. Jak normalny człowiek. I posłuchać. Ale nic mi nie przychodzi do głowy. Gabriel też niewiele mówi. Chyba jest zły przez te kamienie. Nie powiedziałem mu o dwóch dodatkowych, które dodałem wczoraj. Nie chcę mu o tym… o nich mówić. Wyskrobuję swoją cynową miseczkę, chociaż wyskrobałem ją już wcześniej i nic nie zostało. Zjedliśmy zupę serową z torebki. Wodnista, ale lepsze to niż nic. Nadal jestem głodny i wiem, że Gabriel też. Jest chudy jak szkielet. Wymizerowany ‒ to odpowiednie słowo. Ktoś mi powiedział, że kiedyś też wyglądałem na wymizerowanego. Pamiętam, że wtedy byłem naprawdę głodny.

‒ Przydałoby się mięso.

‒ Tak, to byłaby miła odmiana.

‒ Jutro zastawię sidła na króliki.

‒ Chcesz, żebym ci pomógł?

‒ Nie.

Nic nie mówi, tylko trąca palące się drwa.

‒ Samemu szybciej mi idzie.

‒ Tak, wiem.

Znów grzebie w ognisku, a ja znów wyskrobuję miskę.

To Trev mi powiedział, że jestem wymizerowany. Próbuję sobie przypomnieć kiedy, ale bezskutecznie. Pamiętam, jak w Liverpoolu szedł ulicą z reklamówką w ręce. A potem przypominam sobie amagiczną dziewczynę, która też tam była, i łowców, którzy mnie ścigali, i wydaje się, jakby to wszystko działo się w jakimś innym świecie, jakimś innym życiu.

‒ Była taka dziewczyna, którą spotkałem w Liverpoolu ‒ zaczynam. ‒ Amagiczka. Twarda była. Miała brata, a on miał pistolet… i psy. A może to nie był jej brat? Nie, z psami był ktoś inny. Jej brat miał pistolet. Powiedziała mi to, ale nigdy go nie widziałem. Wszystko jedno, pojechałem do Liver poolu spotkać się z Trevem. Dziwny koleś. Wysoki i… bo ja wiem… cichy, i tak szedł, jakby się ślizgał. Czarodziej. Ale niezły. Wziął próbkę mojego tatuażu, tego na kostce. Krwi, skóry i kości. Próbował się zorientować, co ten tatuaż właściwie robi. W każdym razie pojawili się łowcy i zdążyliśmy zwiać, ale upuściłem reklamówkę, w której były te próbki, i musiałem wrócić, a ta amagiczka je znalazła. Oddała mi je, a ja je potem spaliłem.

Gabriel patrzy na mnie, jakby czekał na ciąg dalszy. A ja w końcu sobie przypominam.

‒ Były dwie łowczynie. Prawie nas złapały, mnie i Treva. Ale dziewczyna, ta z bratem, należała do amagicznego gangu. No i dorwali te łowczynie. Nie wiem, co im zrobili, bo odszedłem. ‒ Patrzę na Gabriela. ‒ Wtedy nie przeszłoby mi przez głowę, żeby zabić łowcę. Teraz nie przeszłoby mi, żeby go nie zabić.

‒ Teraz jest wojna. To co innego.

‒ Ta. Jasne, że co innego. Wtedy to ja byłem wymizerowany, a teraz ty jesteś.

‒ Wymizerowany?

I wtedy uprzytamniam sobie, że nie powiedziałem mu, dlaczego w ogóle o tym wspominam, w gruncie rzeczy obaj jesteśmy wymizerowani, ale już nie chce mi się tego wyjaśniać.

‒ Wszystko jedno.

Siedzimy, wgapieni w ogień. Jedyny okruch jasności w promieniu wielu kilometrów. Niebo jest zachmurzone, nie widać księżyca. Zastanawiam się, gdzie jest teraz Trev i jego kumpel Jim, i wtedy przypominam sobie, że to nie Trev mi powiedział, że jestem wymizerowany, tylko właśnie Jim.

‒ Poszedłem zobaczyć się z Greatorex ‒ mówi Gabriel.

‒ Wiem.

Wrócił z torebkami zupy serowej.

Do Greatorex jest godzina drogi w jedną stronę. Musiał tam pójść, kiedy liczyłem kamienie, a w drodze powrotnej pozbierał jeszcze drewno. Wychodzi na to, że liczyłem je przez kilka godzin.

‒ Niewiele nowych wieści.

To też wiem.

Członkowie Sojuszu, którzy przeżyli bitwę, mieszkają w siedmiu ulokowanych na odludziu obozach rozsianych po całej Europie. Jesteśmy częścią niewielkiego obozu Greatorex znajdującego się w Polsce, tyle że nie mieszkamy razem z resztą. Staram się nie wchodzić nikomu w drogę. Mam tutaj swoje własne obozowisko. Każdy obóz ma numer. Obóz Greatorex oznaczono numerem trzy. Więc mój to pewnie obóz trzy B albo trzy i pół. Wszystko jedno, Greatorex dowodzi obozem i łącznością z obozem numer jeden, czyli obozem Celii, ale z tego, co zdołałem się zorientować, rzadko jest coś do przekazania. Greatorex może tylko szkolić młodych magów, którzy przeżyli, i mieć nadzieję, że pewnego dnia ich umiejętności okażą się użyteczne.

Obserwowałem rekrutów przy okazji swojej ostatniej wizyty w obozie trzecim. Lubię Greatorex, ale nie przepadam za jej podopiecznymi. Nie patrzą na mnie, nie wtedy, kiedy się im przyglądam. Czuję na sobie ich wzrok, kiedy na nich nie patrzę, ale gdy tylko zerknę, natychmiast wbijają wzrok w ziemię, jakby tam było coś piekielnie interesującego.

Pewnie tak samo było z moim ojcem. Jemu też nikt nie chciał spojrzeć w oczy. Jednak dla mnie to coś nowego. Przed BB byłem częścią zespołu, drużyny wojowników. Ja i Nesbitt pracowaliśmy w tandemie, Gabriel był w parze z Sameen, ćwiczyliśmy z Greatorex i całą resztą. Stanowiliśmy dobry zespół. Śmialiśmy się, gadali, rozrabiali, walczyli i razem jedli. Brakuje mi poczucia wspólnoty. Zniknęło i wiem, że już nigdy nie wróci. Ale Greatorex nadal świetnie sobie radzi ze swoją drużyną.

‒ Niezła jest jako trenerka.

‒ Greatorex?

‒ No chyba o niej mówimy, nie?

Nie wiem, dlaczego na niego warczę.

‒ Powinieneś pójść ze mną do obozu. Greatorex chciałaby się z tobą zobaczyć.

‒ Ta. Może.

Obaj wiemy, że to oznacza „nie”.

Od wielu tygodni nie widziałem Greatorex ani nikogo poza Gabrielem. Ostatnimi ludźmi, których widziałem poza nim, byli dwaj łowcy, których zabiłem. Jak się nad tym zastanowić, to generalnie zabijam napotykanych ludzi. Greatorex powinna być wdzięczna, że trzymam się od niej z daleka.

‒ Chciałaby ci zaprezentować swoich wychowanków. Zrobili znaczne postępy.

Nie mam pojęcia, jak zareagować. Co mam mu powiedzieć? „Och”? „Dobrze”? Czy może: „Kogo to, kurwa, obchodzi, przecież to i tak nic nie zmieni”?

Naprawdę pojęcia nie mam, co mu odpowiedzieć.

Coś mi przychodzi do głowy i pytam:

‒ Jaki dziś dzień?

‒ Pytałeś mnie o to wczoraj.

‒ I?

‒ Nie wiem. Miałem zapytać Greatorex, ale zapomniałem. ‒ Odwraca się w moją stronę. ‒ Czy to ma jakieś znaczenie?

Potrząsam głową. Nie ma znaczenia, jaki dziś dzień, próbuję sobie tylko rozjaśnić w głowie, każdy dzień jest taki sam jak poprzedni, a minęły już tygodnie, a może nawet miesiące, wszystko mi się zlewa w pamięci. Muszę się skoncentrować i nie tracić wątku. Zabiłem wczoraj dwóch łowców i wróciłem tutaj, a już się wydaje, jakby to wszystko wydarzyło się wieki temu. Muszę wrócić tam i sprawdzić, czy są tam jeszcze ich ciała. Przyjdą przecież kolejni, żeby poszukać swoich ziomków. Może nadarzy się sposobność schwytania jednego z nich i zadania mu kilku pytań? Może będą coś wiedzieć o Annalise? Gdyby była szpiegiem, wróciłaby do Soula. Może łowcy ją widzieli?

Kładę się na plecach i zasłaniam sobie oczy ramieniem.

Nie powiedziałem Gabrielowi o tych dwóch łowcach, bo on powiedziałby Greatorex, a ta przeniosłaby obóz, tymczasem ja muszę wcześniej sprawdzić, co się stało z ciałami. Tylko najpierw się prześpię. Niewiele śpię od śmierci Marcusa. Muszę się zdrzemnąć, potem pójdę i sprawdzę tych łowców. A może zostawię to na kiedy indziej? Jutro mogę zbadać tereny na południu, zobaczyć, czy nie natknę się tam na jakieś ślady Annalise. Potem tu wrócę, a później sprawdzę ciała łowców. Muszę zdobyć jakieś jedzenie. No to jutro południe i sidła na króliki, a pojutrze martwi łowcy i do tego ‒ mam nadzieję ‒ jacyś żywi.

Dociera do mnie, że gapię się na swoje ramię. Wciąż mam otwarte oczy. Muszę pamiętać o tym, żeby je zamykać. Muszę się przespać.

Siedzimy obok siebie z nogami zwisającymi z krawędzi skalnego występu. Na ziemię z szelestem spadają liście. Opalona noga Annalise jest tuż obok mojej. Annalise wyciąga rękę po spadający liść i chwyta go, łapiąc mnie za rękaw. Odwraca się do mnie, unosi liść tuż przed moją twarzą, by zwrócić moją uwagę, i puka mnie nim w nos. Oczy jej błyszczą, srebrne iskry wirują. Skórę ma gładką i aksamitną, mam ochotę jej dotknąć. Próbuję się pochylić do przodu, ale nie mogę się ruszyć, jestem przywiązany do stołu operacyjnego, nade mną staje Wallend i mówi: „Możesz mieć takie dziwne uczucie”, i przykłada mi metal do szyi, a potem klęczę w lesie, ojciec leży na ziemi przede mną i krwawi z rany na brzuchu. Trzymam Fairborna i czuję, jak wibruje mi w dłoni, jakby żył i rwał się do wykonania swojego zadania. Prawą ręką trzymam Marcusa za ramię, dotykam jego kurtki. A ojciec mówi: „Potrafisz to zrobić”. I zaczynamy. Pierwszym, długim pociągnięciem przecinam mu koszulę i skórę na piersiach, a potem wykonuję drugie, głębsze, poprzeczne cięcie. Trzecim cięciem, jeszcze głębszym, przecinam mu żebra, jakby były z papieru. Skórę Marcusa i moje dłonie pokrywa gorąca, szybko stygnąca krew. Pochylam się naprzód, obejmuję palcami jego serce i czuję, jak bije mi w dłoni. Gryzę. Krew tryska mi w usta. Wstrząsają mną mdłości, ale przełykam. Biorę kolejny kęs i patrzę ojcu w oczy, a on odwzajemnia spojrzenie. Jego krew zalewa mi usta.

Budzę się zlany zimnym potem, kaszląc i wymiotując. Gabriel przysuwa się do mnie i podtrzymuje mnie. Chwytam się go kurczowo. Nic nie mówi, po prostu mnie trzyma i tak jest dobrze. Siedzimy tak przez długi czas, wreszcie się odzywa:

‒ Możesz mi opowiedzieć, co wydarzyło się w twoim śnie?

Ale ja nie chcę nawet o tym myśleć. Nie ma mowy, żebym mu o tym opowiedział. Wie, co zrobiłem, co musiałem zrobić, by przejąć dary mojego ojca. Zobaczył mnie później, całego we krwi, ale przynajmniej nie widział, jak to robiłem. Sądzi, że kiedy mu o tym opowiem, to poczuję się lepiej, ale rozmowa nie zmieni ani na jotę tego, co zrobiłem, a tylko dowiedziałby się, jakie to było ohydne i…

‒ Natan, porozmawiaj ze mną. Proszę. ‒ Urywa na chwilę. ‒ To był sen, prawda? Powiedziałbyś mi, gdybyś miał kolejną wizję, prawda?

Odpycham go. Żałuję, że zdradziłem się z tym, że miewam wizje.

Ćwiczenia

Jest ranek. Biegnę z powrotem do obozu. Całkiem nieźle się czuję. Zrobiłem spory kawał, kilka godzin w ciemnościach od razu po tym, jak się obudziłem i Gabriel zaczął mnie nagabywać o wizje. Bieganie pomaga. W biegu mogę się skupić na lesie, drzewach, ziemi, łatwiej mi się myśli. I mogę się wprawiać w używaniu swoich darów.

Znikam. Przychodzi mi to bez trudu, ale początki nie były łatwe. Muszę myśleć o byciu przejrzystym, o byciu powietrzem, wciągnąć powietrze w płuca i poddać mu się, stać się do niego podobnym. A kiedy już stanę się niewidzialny, mogę zachować tę cechę, o ile skoncentruję się na oddychaniu.

Potrafię ciskać gromy dłońmi; wystarczy, że potrę jedną dłoń o drugą, jakbym uderzał kamieniem o kamień, by skrzesać iskrę. Za pierwszym razem dokładnie na tym się skończyło, ale teraz potrafię uderzyć błyskawicą długą na dziesięć metrów.

Ziania ogniem z ust nauczyłem się całkiem niedawno. Muszę kląsknąć językiem o podniebienie i wypuścić powietrze z płuc. Nie jest to śmiercionośna broń i nie potrafię buchnąć płomieniem, kiedy myślę o powietrzu i jestem niewidzialny, ale to i tak przydatny dar.

Codziennie ćwiczę wykorzystywanie swoich świeżo uzyskanych darów i codziennie próbuję odkryć inne, które posiadł mój ojciec. Potrafił poruszać przedmioty myślą, zmieniać wygląd jak Gabriel, przyspieszać i hamować wzrost roślin, leczyć, ranić i wykrzywiać metalowe przedmioty. Najbardziej zachwyciła mnie umiejętność zatrzymywania czasu, choć inne talenty też były wspaniałe. Jestem pewien, że wszystkie są w moim zasięgu. Można przecież logicznie wnioskować, że skoro dostałem jeden, to otrzymałem i pozostałe, jedynie nie zdołałem jeszcze odkryć, jak uzyskać do nich dostęp. Widziałem, jak ojciec zatrzymał czas przed swoją śmiercią, i pracowałem nad tą umiejętnością usilniej niż nad pozostałymi, ale bez efektu. Tego daru pragnę najbardziej. Ilu rzeczy mógłbym dokonać! Ale na razie jest dla mnie nieosiągalny. Oczywiście dar, którego wcale nie pragnę, dar przewidywania przyszłości, pojawia się bez udziału mojej woli, czy mi się to podoba, czy nie.

Wizje przyszłości to nie tyle dar, ile przekleństwo. Te wizje spieprzyły mi życie, relacje z ojcem, wszystko. Zastanawiam się, czy moje losy potoczyłyby się inaczej, gdyby ojciec nie miał wizji, że go zabijam. No i się sprawdziła, chociaż unikał mnie przez całych siedemnaście lat mojego życia. Właśnie przez nią spędziłem dzieciństwo bez niego, zupełnie go nie znając, więziony przez czarodziejów. A kiedy uciekłem, kiedy wreszcie się spotkaliśmy, w ciągu kilku miesięcy się urzeczywistniła. Myślę, że gdyby nie ona, nie zostawiłby mnie z babcią. Chciał mnie mieć przy sobie. Siedemnaście lat rozłąki z powodu jakiejś wizji. A jeszcze dziwniejsze jest to, że chyba nie zdołałbym zrobić tego, co zrobiłem, gdybym o niej nie wiedział, gdyby ojciec mi nie wyjawił, że widział, jak zjadam jego serce i przejmuję jego dary.

Wizje są niepodobne do snów. Przychodzą tylko wtedy, gdy jestem rozbudzony, napływają jak chmura przynosząca nagłe ochłodzenie, sprawiają, że wszystko wokół zaczyna wydawać się jakby mętne. I chociaż wiem, co się zdarzy, choć wiem, że zbliża się wizja, której wcale nie chcę oglądać, z równym powodzeniem mógłbym próbować odpędzić chmury przesłaniające słońce.

No i oczywiście raz ujrzanej wizji nie sposób odzobaczyć. Ani zapomnieć.

Tę moją wizję widziałem już z sześć czy siedem razy, za każdym razem dostarczała mi kolejnych szczegółów. Stoję w niej na krawędzi lasu, za plecami mam drzewa, przed sobą pofałdowaną łąkę, słońce wisi nisko nad horyzontem. W złotawym świetle wszystko wydaje się takie piękne i spokojne. Odwracam się, żeby spojrzeć na stojącego między drzewami Gabriela. Przywołuje mnie gestem dłoni. Oglądam się przez ramię, by ostatni raz prześliznąć się wzrokiem po łące, a kiedy zwracam się na powrót ku drzewom, czuję, jak nagle coś ciska mną w tył.

Za pierwszym razem nie zobaczyłem nic więcej, więc nie miałem oporów, by opowiedzieć o niej Gabrielowi. Ale potem poznałem kolejne szczegóły. Między drzewami znika oddalająca się, ciemna postać. Gabriel ma w ręce pistolet. Szybuję w tył, czując się, jakbym latał, po czym ląduję na plecach i wbijam wzrok w niebo i szczyty drzew. Przeszywa mnie gwałtowny ból brzucha i uzmysławiam sobie, że zostałem postrzelony. Zapada ciemność. Na tym wizja się kończy.

Wydaje się, że trwa to najwyżej dwie minuty, ale zlewa mnie zimny pot i mam wrażenie, jakby naprawdę rozrywało mi wnętrzności. Wiem, że to istotna wizja, inaczej by nie powracała, a poza tym, powiedzmy sobie szczerze, dostanie kulki w żadnych okolicznościach nie jest miłą perspektywą, ale kompletnie tego nie rozumiem. Dlaczego Gabriel przywołuje mnie skinieniem ręki ku komuś, kto ma mnie zastrzelić? I wtedy pojawia się najgorsze pytanie ‒ to, o którym staram się w ogóle nie myśleć. Czy to Gabriel do mnie strzela? Ale przecież wiem, że tego nigdy by nie zrobił. Wiem, że mnie kocha. I to tylko pokazuje, jakie popieprzone potrafią być wizje. Zaczynasz w nie wierzyć, zamiast kierować się własnym rozumem.

Wracam do obozu i siadam przy ogniu. Nie wiem, dlaczego wróciłem. Zamierzałem pobiec na południe i zastawić sidła na króliki, ale przypominam sobie o tym dopiero po powrocie do obozu.

‒ Dawno wyszedłeś. Zgubiłeś się? ‒ pyta Gabriel, podchodząc do mnie.

On i te jego cholerne hasła.

‒ Pomyliłeś się ‒ mówię. ‒ Miałeś powiedzieć: „Długo cię nie było”, a mnie nie było raptem kilka godzin, więc to wszystko jest idiotyczne.

‒ Próbuję zachować ducha tej wypowiedzi, a ty mnie łapiesz za słówka.

‒ Gdybym był łowcą, już byś nie żył.

‒ A ty robisz, co w twojej mocy, żeby ta opcja wydawała się coraz bardziej kusząca.

Każę mu spierdalać.

Szura nogami po ziemi. Wyciągam Fairborna i ostrzałkę i zabieram się do roboty.

Przykuca obok mnie i mówi:

‒ Robisz to w jakimś celu?

‒ Pomyślałem, że się rozejrzę.

‒ Sądziłem, że zamierzasz zastawić dziś sidła na króliki.

Patrzę na niego.

‒ Czuję, że dziś jest mój szczęśliwy dzień. Może wpadnę na jakichś łowców.

Wiem, że obiecałem zastawić sidła, a łowców poszukać jutro, ale zmieniłem zdanie. Chcę wrócić do trupów łowców i sprawdzić, czy nie pojawili się kolejni.

‒ Potrzebujemy jedzenia. Powiedziałeś, że zajmiesz się sidłami.

‒ Nimi też.

‒ Tak? Serio? A może znikniesz na kilka dni, zostawiając mnie w kompletnej niewiedzy, czy jeszcze żyjesz?

Nie przestaję ostrzyć noża.

Gabriel wyciąga rękę i dotyka mojego ramienia.

‒ Porozmawiaj ze mną, Natanie. Proszę.

Przerywam ostrzenie i odwracam się, żeby spojrzeć mu w oczy.

‒ Powiedziałem ci. Zrobię jedno i drugie.

Potrząsa z niedowierzaniem głową.

‒ Dlaczego nie powiesz mi, co się dzieje?

‒ Wiesz, co się dzieje. Próbuję znaleźć czarodziejkę, która zabiła mi ojca, choć jakimś cudem zapadła się pod ziemię. Tyle z tego dobrego, że szukając jej, znalazłem łowców. Mnóstwo ich się tu kręci. To duży kraj, a jednak znajduję i zabijam kolejnych.

‒ Naprawdę sądzisz, że możesz zabić ich wszystkich?

Pyta szczerze, ale sądzę, że chce nie tyle sprawdzić moje umiejętności, ile upewnić się, że nie zwariowałem.

Uśmiecham się do niego maniakalnie.

‒ Mój ojciec sądził chyba, że mogę.

Gabriel potrząsa głową i odwraca się ode mnie.

‒ Czasem mi się zdaje, że szukasz śmierci.

Mnie też się tak czasem zdaje, ale to wrażenie mija podczas walki. Nigdy tak rozpaczliwie nie pragnę żyć.

‒ Przy każdym ataku kładziesz na szali własne życie ‒ ciągnie Gabriel. ‒ Mogą cię zabić.

‒ Staję się niewidzialny. Uprzytamniają sobie moją obecność dopiero wtedy, kiedy jest już za późno.

‒ Ale mogę cię trafić przypadkiem. W ogóle cud, że jeszcze nie dostałeś zwyczajnym zbiegiem okoliczności. W Genewie niemal zginąłeś od kuli łowcy, trucizna cię prawie zabiła. Rana…

‒ Jestem ostrożny. I lepszy od nich. O wiele lepszy.

‒ Oni też mogą stawać się niewidzialni. Nadal mogą…

‒ Powiedziałem ci, że jestem ostrożny.

Gabriel marszczy czoło.

‒ Nie chodzi tylko o ciebie. Twoje ataki naprowadzają na nasz ślad kolejnych łowców. Ściągają zagrożenie na nas, Greatorex i całą resztę.

‒ Greatorex i jej drużyna właśnie do tego się przygotowują, chociaż z tego, co pamiętam, przy okazji dwóch ostatnich przenosin obozu nie doszło do konfrontacji i jedyną osobą, która kogokolwiek zabiła, byłem ja i tylko ja mam krew na rękach. Tak jakby całej reszcie zależało jedynie na tym, żeby się szkolić i ukrywać…

‒ Wiesz, że to nieprawda.

‒ No więc jeśli o mnie chodzi, to również nieprawda.

Przesuwam palcem po ostrzu Fairborna, kalecząc się boleśnie. Wysysam krew i goję ranę, po czym wkładam ostrzałkę z powrotem do plecaka, a Fairborna do pochwy.

‒ Natan, śmierć kilku kolejnych łowców nie zmieni przebiegu wojny. Niczego nie zmieni.

‒ Powiedz to im, kiedy będę ich patroszył.

‒ Wiesz równie dobrze jak ja, że większość z nich to dzieci. Robi im się pranie mózgu, żeby uznały sprawę Soula za swoją. Nie toczymy wojny z nimi, tylko z Soulem. To on przewodzi Radzie Białej Magii. To on zatrudnił Wallenda razem z jego wypaczoną czarodziejską sztuką. To z tymi ludźmi powinieneś walczyć. Oni zaczęli tę wojnę i tylko ich śmierć może ją zakończyć.

‒ No cóż, do nich też wkrótce dojdę. Uznaj te ataki za rozgrzewkę. Kiedy opanuję wszystkie dary mojego ojca, będę gotów zmierzyć się z Soulem.

‒ A w międzyczasie poćwiczysz, zabijając dzieci.

Znikam, wyjmuję nóż z pochwy, po czym pojawiam się, przykładając jego czubek do gardła Gabriela.

‒ To łowcy, Gabrielu. Współpracują z Soulem, żeby nas ścigać i zabijać, tymczasem ja zamierzam schwytać i zabić ich. Jeśli będę musiał, to wszystkich. Młodych i starych. Świeżych rekrutów i doświadczonych wyjadaczy. Przyłączyli się do niego. Oni podjęli swoją decyzję, ja podejmę swoją.

Gabriel odtrąca moją rękę i trzymanego w niej Fairborna.

‒ Nie wymierzaj tego we mnie. Nie jestem twoim wrogiem, Natanie.

Każę mu spieprzać.

‒ Tylko tyle potrafisz? ‒ Gabriel cofa się o krok i staje na kupce pięćdziesięciu dwóch kamieni. ‒ Przeklinać i zabijać? ‒ Patrzy na mnie z góry. ‒ Ile kamieni chcesz zgromadzić na tym stosie, Natan? Chcesz ich mieć całą górę? ‒ Kopie kamienie bokiem stopy. ‒ Lepiej się wtedy poczujesz? Będziesz lepiej spał?

‒ Świadomość, że na świecie jest kilku łowców mniej, znacznie bardziej poprawia mi samopoczucie niż świadomość, że jest ich kilku więcej. A jeśli chodzi o jakość mojego snu, to szczerze mówiąc, gorzej już raczej być nie może.

Na okrasę dokładam wszystkie przekleństwa, jakie przychodzą mi do głowy.

Podnoszę plecak i Gabriel wyciąga rękę, chcąc dotknąć mojego ramienia, ale robię unik i szybkim truchtem wybiegam z obozu. Nie odwracam się za siebie.

Najprostsza pułapka

Tym razem podczas biegu myślę o Annalise. Wyobrażam sobie, jak ją ścigam, jak depczę jej po piętach. Potrafię biec wiele godzin bez ustanku, a kiedy o niej myślę, czas płynie jeszcze szybciej. Nie mogę jednak zbyt długo rozmyślać o Annalise. Muszę się pilnować, skupić na ściganiu łowców. Gabriel ma rację co do jednego: starcia z nimi są niebezpieczne i jakkolwiek dobry bym był, mogę mieć zwykłego pecha. Jeśli chcę, żeby los nadal mi sprzyjał, muszę nad sobą pracować, rozwijać swoją sprawność, szybkość i siłę. Muszę pracować nad swoimi słabymi stronami. Tego nauczyła mnie Celia. „Ucz się na własnych błędach, ale zakładaj, że twoi wrogowie będą się uczyć na swoich”. Uczę się przy każdym ataku na grupę łowców, w coraz większym stopniu opanowując swoje nowe dary.

Muszę dalej ćwiczyć i robię to teraz, podczas biegu: staję się niewidzialny, ciskam piorun lewą, potem prawą ręką, zionę pióropuszem płomieni z ust. Na razie jedynym darem ojca, który wykorzystałem w walce z łowcami, jest niewidzialność, a i tak ostatnim razem drasnęła mnie kula. Nie powiedziałem o tym Gabrielowi. Usunięcie trucizny z miejsca, w którym kula przerwała ciągłość skóry, zajęło mi kilka godzin. Jednak uczę się na błędach, Celia byłaby zadowolona. Okazałem się zbyt powolny. O pół sekundy za długo stałem w jednym miejscu. To się nie powtórzy. Teraz jestem gotów podjąć próbę posłania w ich stronę błyskawicy przy zachowaniu niewidzialności, więc nie będę musiał podchodzić zbyt blisko. Ciskając grom, zdradzę własną pozycję, więc muszę strzelić i odskoczyć. Ciskam grom lewą dłonią, po czym daję nura i przetaczam się w prawo, w locie wysyłając kolejne wyładowanie z prawej dłoni.

Powtarzam manewr, uderzam szybciej i mocniej.

I jeszcze raz.

Nie ustaję w biegu aż do zmroku, dopiero wtedy rozkładam się obozem nad strumieniem − po prostu zatrzymuję się i kładę na ziemi. Jestem głodny. Zwymiotowałem zupę serową, którą zjedliśmy poprzedniego wieczoru, a od tego czasu nie miałem nic w ustach. Zanim będę mógł pomyśleć o jedzeniu, muszę zrobić coś jeszcze: podjąć kolejną próbę zatrzymania czasu. Przepowiadam sobie procedurę w pamięci, przywołując w myślach Marcusa i to, w jaki sposób zatoczył dłońmi koło, pocierając nimi o siebie. Próbuję tej samej techniki, myśląc o spowolnieniu biegu otaczających mnie spraw i zatrzymaniu wszystkiego w bezruchu. Życie w lesie zamiera. Wstrzymuję oddech, zastanawiając się, czy mi się udało, ale wiem, że nie. Gdy czas nie płynie, bezruch jest inny. Szkoda, że nie mogę zapytać ojca, jak uzyskać dostęp do tego daru. O tyle spraw chciałbym go zapytać. Bardziej niż czegokolwiek innego żałuję, że nie spędziliśmy więcej czasu razem.

Na palcu noszę złoty pierścień podarowany mi przez ojca. Podnoszę go do ust i całuję. Okres, który spędziliśmy razem, choć tak krótki, był niesamowity. Uczyłem się, naśladując go. Przybrałem postać orła i polecieliśmy razem, razem polowaliśmy. Te kilka dni miało bezcenną wartość. Będąc z nim, siedząc w milczeniu u jego boku, czułem się tak, jakbym go dobrze znał. I jakby on znał mnie.

Znów próbuję zatrzymać czas, ale to nie działa, a ja muszę wreszcie coś zjeść. Pora przeobrazić się w zwierzę. Przynajmniej ten dar, mój własny dar, przychodzi mi naprawdę naturalnie, choć nieczęsto z niego korzystam. Nie boję się go tak jak kiedyś, ale wiem, że zabiera mnie w zupełnie inny świat. Zwierzęcia nie obchodzą ludzkie sprawy, Annalise czy nawet mój ojciec. Pamiętam, kiedy dopiero uczyłem się przeobrażania i krzyczałem na zwierzę, oczekując, że mnie usłucha i zrozumie. A przecież to ja powinienem go posłuchać, to ja powinienem je zrozumieć. Teraz szanuję moje zwierzę, moje drugie ja. Jest nieludzkie, szybkie i dzikie, ale pogodzone ze światem i własną naturą.

Nie muszę się rozbierać, zanim się przeobrażę. Staję, biorę wdech, wyobrażam sobie wilka i…

My ‒ moje zwierzęce ja ‒ łapiemy borsuka; wreszcie przyzwoity posiłek. Przespałem uczciwie może cztery godziny, bez snów, a teraz biegnę dalej jako człowiek, znów wprawiając się w używaniu swoich darów. Czuję się świetnie, mógłbym biec jeszcze szybciej. Po południu docieram do miejsca, w którym zabiłem dwóch łowców. Zwalniam, zbliżając się do polanki, i zaczynam obchodzić ją łukiem.

Teren jest tutaj płaski, drzewa dorosłe, a ziemia pod nimi naga. Polanka jest dziełem natury: wielkie drzewo przewróciło się i pociągnęło za sobą dwa kolejne, więc teraz na ziemi leżą trzy ogromne pnie. Musiały runąć jesienią, a teraz, w zimie, ten fragment lasu wydaje się jasny i otwarty, ale też jakby zimniejszy. Ciała łowców zniknęły.

Nie wychodzę na środek. Obchodzę polankę, trzymając się skraju lasu i na wszelki wypadek kryjąc się za drzewami. Robię pełne koło, ale niczego nie dostrzegam. Mam pewność, że jestem tu sam. Prawie pewność. Dziewięćdziesiąt pięć procent pewności.

Cicho i wolno, trzymając się blisko ziemi, idę tam, gdzie leżały ciała. Dostrzegam mnóstwo śladów stóp. Wydaje mi się, że zostawili je nie martwi łowcy przed śmiercią, ale żywi, którzy przyszli po ich trupy. Ślady wychodzą z polanki na północ. Z tego, co udaje mi się zorientować, było ich tutaj więcej niż dwóch, ale mniej niż ośmiu, co oznacza czterech albo sześciu, bo zawsze pracują w parach. Nie jestem mistrzem w odczytywaniu śladów, więc mogę się tylko domyślać, a już na pewno nie jestem na tyle dobry, żeby stwierdzić, jak dawno je odciśnięto, ale łowcy zginęli zaledwie trzy dni temu, więc sądzę, że ich ciała zabrano niedawno. Bardzo niedawno.

Próbuję iść po śladzie, ale gubię go i muszę wrócić po własnym, by podjąć kolejną próbę. Tym razem na jednym z odcisków ciężkich butów dostrzegam odmienny ślad stopy; przypomina odcisk trampka, w każdym razie stanowczo nie jest to obuwie łowców. Puls mi przyspiesza.

Annalise?

Idiotyczny pomysł. Co miałaby tutaj robić? Minimalne szanse, żeby to była ona.

Ale nawet minimalne szanse to więcej niż zero.

Idąc po tropach łowców, zagłębiam się w las i kawałek dalej znów natrafiam na odcisk trampka. Staram się go nie zgubić, ale wolno mi idzie. Nie mogę zanadto przyspieszyć, żeby czegoś nie przeoczyć, a droga nie jest wcale oczywista. Nigdy bym siebie o to nie podejrzewał, ale żałuję, że nie ma ze mną Nesbitta. Jest najlepszym tropicielem w Sojuszu, tylko nigdy go nie ma pod ręką, kiedy go potrzebuję.

Idę po śladach przez las, dopóki słońce nie zniży się nad horyzontem. Jest już tak ciemno, że przestaję rozróżniać ślady stóp, ale nie muszę. Ze szczytu lekko nachylonego wzgórza spoglądam w kolejną dolinę i widzę coś znacznie lepszego: unoszącą się spomiędzy drzew cienką smużkę dymu.

Pewnie się czują, skoro rozpalili ogień.

Chyba że to pułapka.

Głos Celii w mojej głowie mówi: „Łowcy nie zdradziliby swojej obecności tak blisko miejsca, w którym stracili dwóch swoich”.

Nie wiem, ilu ich może być. Dzięki magii Wallenda i oni mogą stawać się niewidzialni. Wykorzystali tę umiejętność podczas BB i dysponowało nią wielu łowców, których schwytałem od tamtej pory. Ale ja też ją mam. I chcę się dostać do obozu. Ktoś z nimi jest. To pewne. Może Annalise. Prawdopodobnie jest ich nie więcej niż sześciu. Z sześcioma sobie poradzę.

Sześciu plus Annalise. Jeśli ją znaleźli, wzięli ją jako jeńca. A może nie? Może okazała się w ich oczach bohaterką: zastrzeliła przecież Marcusa i, pewnie Gabriel ma rację, przez cały czas była ich szpiegiem. Może to właśnie ona powiedziała łowcom o mieszkaniu w Genewie i szczelinie prowadzącej do domku Mercury?

Muszę się temu bliżej przyjrzeć.

Cicho i niespiesznie przemykam między drzewami ku dnu doliny. W niektórych miejscach teren jest odsłonięty, w innych drzewa się przerzedzają i drogę blokują cierniste krzaki. Zanim udaje mi się przedrzeć, zapada kompletna ciemność. W mojej głowie narasta odległy szum telefonów komórkowych. Staję się niewidzialny i bezgłośnie posuwam się naprzód.

I wtedy dostrzegam pierwszą łowczynię stojącą na straży. Obserwuję ją przez minutę czy dwie: trzyma wartę, wbijając wzrok w las.

Jeśli łowców jest sześciu, to domyślam się, że dwóch będzie trzymało wartę, a pozostali będą odpoczywać, posilać się, a może nawet spać.

Cofam się i obchodzę teren wokół, by znaleźć drugą strażniczkę. Stoi na skraju niewielkiej polanki. Dwie strażniczki, tak jak myślałem. Wracam łukiem do pierwszej, kiedy wychwytuję syk telefonu komórkowego. Trzecia! Ale nie widzę jej. Jest niewidzialna.

A więc trzy strażniczki. Nie obszedłem jeszcze całego obozu, więc robię to teraz, no i proszę, słyszę kolejny syk. Kolejna niewidoczna strażniczka. Cztery.

Mijam ją i wracam do pierwszej, jednej z tych widzialnych. Znajduję miejsce stosowne do obserwacji i staję się znów widzialny. Po mniej więcej godzinie słyszę kroki ‒ piąta łowczyni pojawia się za pierwszą. Jest starsza. Podchodzi do pierwszej i rzuca kilka słów. Młodsza kobieta kiwa głową i wraca do obozu. Nie widzę płomieni ani dymu, ale domyślam się, że ognisko jest jakieś trzydzieści metrów dalej. Starsza łowczyni sprawia wrażenie bardziej odprężonej, lecz nie rozleniwionej, jakby robiła to wcześniej tysiące razy. Jest środek nocy i pewnie jest zmęczona jak pies, ale omiata spojrzeniem teren wokół siebie, sprawia wrażenie, jakby na mnie patrzyła. Serce wali mi w piersiach, dostaję adrenalinowego kopa. Dostrzegła mnie?

Nie ruszam się. Chyba mnie nie zauważyła. Nie zrobiłem nic, co mogłoby zdradzić moją pozycję. Siedziałem tu wycofany i dobrze ukryty, choć widzialny. Muszę przeczekać; dowolny ruch by ją zaalarmował. Nawet stanie się w tym momencie niewidzialnym mogłoby zmienić jakiś cień lub kształt.

Mam wrażenie, że za głośno wciągam powietrze. Zmuszam się, by uspokoić oddech.

Czekam.

Wreszcie odwraca spojrzenie. Nadal powoli i uważnie przeczesuje teren wzrokiem, ale mnie nie dostrzegła. Spojrzała w moją stronę przypadkowo.

Muszę wymyślić plan działania. Jest czterech strażników. Czterech strażników oznacza co najmniej sześciu łowców, prawdopodobnie więcej. Wiedzą, że ktoś zabił dwójkę ich przyjaciół. Moje ślady podpowiedzą im, że zabójca działał sam i zabijał nożem. Czy domyślą się, że to ja? Jestem pewien, że Celia w tym momencie pacnęłaby się w czoło i powiedziała: „Oczywiście, że wiedzą, że to ty!”.

Więc zapewne mają nadzieję, że wrócę. A zatem to pułapka. I znów słyszę w głowie głos Celii: „Głupi jesteś?! Dwóch widzialnych, dwóch niewidzialnych. Chcą, żebyś nabrał przekonania, że jest ich mniej niż w rzeczywistości”.

To dość prymitywna pułapka, ale z pewnością pułapka. Jedyną rzeczą, której sobie jeszcze, jak sądzę, nie uzmysłowili, jest to, że potrafię wyczuć ich telefony komórkowe.

Ile o mnie wiedzą? Dowiedzieli się, że zjadłem serce mojego ojca; mają jego ciało, więc się zapewne zorientowali. A zatem wiedzą, że posiadłem jego dary. Zdają sobie sprawę z tego, jakie miał dary, ale nie wiedzą, które z nich udało mi się już poznać. Z pewnością domyślają się, że nie opanowałem jeszcze wszystkich. Przypuszczalnie sądzą, że z czasem mi się to uda, więc lepiej schwytać mnie szybciej niż później. Oczywiście woleliby mnie zabić niż schwytać. To zdecydowanie pułapka.

A ta osoba w trampkach? Czy to może być Annalise? Mogą wiedzieć, że chcę ją odnaleźć. Mogą sądzić, że chcę ją ocalić. Może schwytali ją po bitwie?

Jeśli to pułapka, powinienem odejść. Lecz jeśli to Annalise…

Szukam jej od miesięcy. Nie mogę przepuścić takiej okazji.

A zatem jaki mam wybór?

Opcja numer jeden: odejść. Wrócić, powiedzieć o wszystkim Greatorex i przyprowadzić tu jej małą drużynę, której wyszkolenie wreszcie na coś się przyda. Gdyby się bardzo postarali, dotarliby tutaj w ciągu dwóch dni. Jest to jakiś pomysł. Tyle że istnieje możliwość, że w ciągu dwóch dni łowcy się stąd zabiorą, a Annalise, o ile to faktycznie ona, odejdzie razem z nimi. Poza tym Greatorex może się w ogóle nie zgodzić na tę wyprawę. Pewnie powie, że to niewarte ryzyka, i przeniesie obóz.

Opcja numer dwa: zrobić zwiad w obozie, ale nie atakować. Sprawdzić, czy jest tam Annalise. To dobry pomysł. W razie potrzeby mogę pozostać niewidzialny na tyle długo, by przemknąć obok straży, wejść do obozu i z niego wyjść. Jeśli to nie Annalise, mogę pójść po Greatorex. Albo po prostu stąd odejść. A jeśli to Annalise…

Opcja numer trzy: atak. Nigdy nie zaatakowałem grupy liczącej więcej niż czterech łowców. Będą mogli stać się niewidzialni, ale nie lubią tego robić w bliskim starciu z obawy, że zastrzelą się nawzajem. Zawsze mogę zabić kilku i uciec. Jeśli okaże się, że jest ich zbyt wielu, mogę pobiec, pozwolić się ścigać i eliminować ich po kolei. Tylko raz trafiła mi się dziewczyna na tyle szybka, że zdołała dotrzymać mi kroku. Tyle że jeśli to pułapka, to tych konkretnych łowców wybrano zapewne ze względu na ich dary niebezpieczne dla mnie, a nie ma sposobu, żebym się dowiedział, co to za zdolności. Darem, którego obawiam się najbardziej, jest dar Celii: zdolność emitowania wysokiego, ogłuszającego dźwięku. To mnie kompletnie obezwładnia, nie potrafię się przed tym bronić i nie mam pewności, czy zdołałbym zachować niewidzialność, gdyby trafiło mnie coś takiego.

A więc atakowanie jest szaleństwem, zwiad jest ryzykowny, jedyną rozsądną opcją jest zabranie się stąd jak najszybciej.

Zatem sprawa jest przesądzona. Podjąłem decyzję. Atakuję.

Przekład: Dorota Konowrocka-Sawa

Redakcja: Magdalena Adamska

Korekta: Artur Kaniewski, Magdalena Marciniak

Cover based on an original design by Tim Green, Faceout Studio

Illustration by Justin Metz

Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-391 Warszawa, al. 3 Maja 12

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-3327-6

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / Virtualo Sp. z o.o.

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Prawdziwa krew Dzika krew Zła krew 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Szklany tron. Tom 5.5. Wieża świtu Zwrotnik Węży Księga cmentarna Zimowy monarcha Inwazja Przeklęta korona