Literatura klasyczna. Tajemniczy Ogród

Literatura klasyczna. Tajemniczy Ogród

Autorzy: Hodgson Burnett Frances

Wydawnictwo: Zielona Sowa

Kategorie: Dla dzieci Lektury szkolne

Typ: e-book

Formaty: MOBI EPUB

cena od: 16.99 zł

Seria Literatura Klasyczna to zbiór najpiękniejszych dzieł światowej literatury dla dzieci i młodzieży. Piękne, nowoczesne wydanie sprawia, że czytelnicy w każdym wieku z przyjemnością sięgną po lekturę, a piękne ilustracje umilą czytanie i pomogą wyobraźni przenieść się do świata fascynujących historii.

 

Mary to mała, kapryśna dziewczynka, której życie z dnia na dzień zmienia się całkowicie. Traci rodziców i zostaje przygarnięta przez swego bogatego wuja.

Trafia do Misselthwaite Manor - domu pełnego niezwykłych tajemnic.

Z czasem dziewczynka zmienia się pod wpływem nowo poznanych ludzi, a jeden z sekretów - tajemniczy ogród od lat zamknięty na klucz - uchyla przed nią rąbka tajemnicy…

 

Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział 1 – Nie został nikt

Rozdział 2 – Panna Mary kapryśnica

Rozdział 3 – Przez wrzosowisko

Rozdział 4 – Marta

Przypisy

Seria Literatura Klasyczna

Tytuł oryginału: THE SECRET GARDEN

Przekład: JADWIGA WŁODARKIEWICZOWA

Tekst: FRANCES HODGSON BURNETT

Ilustracje i projekt okładki: AGATA ŁUKSZA Pracownia Bobra

Redaktor prowadzący: NATALIA GALUCHOWSKA

Redakcja: MARZENA KWIETNIEWSKA-TALARCZYK

Korekta: URSZULA MALEWICKA

DTP: BERNARD PTASZYŃSKI

Wszystkie przypisy pochodzą od redakcji.

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2016

All rights reserved

Wydanie I

ISBN 978-83-8073-120-2

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

Al. Jerozolimskie 96, 00-807 Warszawa

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51

e-mail: wydawnictwo@zielonasowa.pl

www.zielonasowa.pl

Konwersja: eLitera s.c.

W chwili, gdy Mary Lennox została wysłana do Misselthwaite Manor, aby zamieszkać tam przy wuju, twierdzono ogólnie, że było to najbardziej niesympatyczne dziecko, jakie kiedykolwiek widziano. I było to szczerą prawdą. Twarz jej była mała i chuda, postać mała i chuda, włosy miała jasne, rzadkie, skwaszony wyraz twarzy. Włosy jej były żółte, żółta była również twarzyczka, ponieważ Mary urodziła się w Indiach i wiecznie zapadała na zdrowiu. Ojciec jej był na rządowym stanowisku, wiecznie zapracowany i sam chory; matka zaś, słynna piękność dbająca jedynie o siebie, lubiła zabawy, otaczała się młodym, wesołym towarzystwem. Nie pragnęła zupełnie dziecka, toteż gdy Mary przyszła na świat, oddała ją pod opiekę niańki Hinduski, zwanej Ayah, której dano do zrozumienia, że jeśli jej zależy na względach pani, to powinna trzymać dziecko jak najdalej od niej. Kiedy zatem Mary była chorowitym, nieznośnym, brzydkim niemowlęciem, usuwano ją matce z drogi; a gdy stała się chorowitym, nieznośnym, zaczynającym chodzić dzieckiem, usuwano ją również sprzed oczu matki. Mary nie pamiętała, by z bliska widziała kogokolwiek innego prócz ciemnych twarzy swojej Ayah i reszty służby hinduskiej, a ponieważ byli jej posłuszni we wszystkim ze względu na to, że wrzaskami swymi mogła rozgniewać panią, przeto Mary w szóstym roku życia była najdespotyczniejszym i najsamolubniejszym zwierzątkiem, jakie kiedykolwiek żyło na kuli ziemskiej. Młoda nauczycielka, Angielka, która ją miała nauczyć czytać i pisać, tak trudne miała zadanie, że po trzech miesiącach porzuciła posadę, a inne jej następczynie uciekały po krótszym jeszcze czasie. Toteż gdyby Mary nie przyszła po prostu fantazja i chęć poznania książek, nigdy by się chyba nie zapoznała z alfabetem.

Pewnego rozpaczliwie upalnego rana, gdy miała około dziewięciu lat, zbudziła się w bardzo złym humorze, a humor jej jeszcze się pogorszył, gdy spostrzegła, że służącą stojącą przy jej łóżku nie była jej Ayah.

– Po co przyszłaś? – rzekła do obcej kobiety. – Nie pozwalam ci tutaj zostać. Przyślij mi moją Ayah!

Kobieta patrzyła na Mary wytrzeszczonym wzrokiem i wyjąkała, że Ayah nie może przyjść, a kiedy Mary wpadła w szał, biła ją i szczypała, Hinduska patrzyła na nią coraz bardziej wystraszona i powtarzała, że Ayah w żaden sposób do panienki przyjść nie może.

Owego ranka było coś tajemniczego w powietrzu. Nic nie było wykonane w zwykłym porządku, a kilku hinduskich sług brakowało. Ci zaś, których Mary widziała, skradali się lub uciekali przerażeni. Lecz nikt jej nic nie chciał powiedzieć, a jej Ayah nie przychodziła. Mary nadal zostawiona sama sobie, wreszcie wyszła do ogrodu i zaczęła bawić się pod drzewami w pobliżu werandy. Udawała, że urządza klomby z kwiatów i zatykała wielkie, szkarłatne pęki kwiatów w małe kupki ziemi, przy czym złość jej rosła i dziewczynka mruczała do siebie pod nosem wszystko, co powie niani, gdy ta powróci.

– Świnia! Świnia! Córka świni! – mówiła, bo nazwać Hindusa świnią jest najstraszniejszą obelgą.

Zgrzytała zębami ze złości i wciąż powtarzała to samo, gdy nagle usłyszała, że matka jej jest z kimś drugim na werandzie. Była tam z młodym blondynem i stali tak oboje, rozmawiając przyciszonym, dziwnym głosem. Mary znała młodego blondyna, wyglądającego na chłopca. Słyszała, iż był to bardzo młody oficer, przybyły właśnie z Anglii. Dziecko patrzyło na niego i na matkę. Mary przyglądała się zawsze matce, ilekroć udało jej się ją widzieć, ponieważ „pani” – Mary tak najczęściej matkę nazywała – była taką wysoką, smukłą, śliczną osóbką i nosiła takie urocze suknie. Włosy jej były niby faliste przędze jedwabne; miała mały, wykwintny nosek i wielkie, śmiejące się oczy. Wszystkie jej suknie były cienkie i powłóczyste, a Mary mówiła, że „pełno na nich było koronek”. Dzisiaj wydawało się, że więcej na niej koronek niż zazwyczaj, lecz oczy jej nie śmiały się wcale. Były szeroko otwarte i błagalnie wzniesione ku twarzy młodego oficera.

Mary usłyszała jej słowa:

– Czyż tak bardzo źle? Tak bardzo?

– Strasznie – odrzekł młody człowiek drżącym głosem. – Strasznie, pani. Powinna pani była wyjechać w góry przed dwoma tygodniami.

Wtedy pani Lennox załamała ręce.

– Och! Wiem, że powinnam była wyjechać – zaszlochała. – Zostałam jedynie dla tego niemądrego pikniku. Jakże byłam szalona!

W tej chwili doszedł z baraków dla służby taki lament rozpaczliwy, że pani Lennox gorączkowo uchwyciła za ramię młodego oficera, Mary zaś poczęła drżeć na całym ciele. Lament i jęki stawały się coraz głośniejsze.

– Co to? Co to? – szeptała przerażona pani Lennox.

– Ktoś znów umarł – odpowiedział oficer. – Nie mówiła pani, że zaraza wybuchła między służbą.

– Nic o tym nie wiedziałam! – zawołała. – Chodź ze mną, chodź! – i odwróciwszy się, wbiegła do wnętrza domu.

Nastąpiły potem rzeczy okropne i tajemniczość tego poranka wytłumaczono także małej Mary. Oto wybuchła cholera[1] w najgroźniejszej swej formie i ludzie padali jak muchy. Jej Ayah zabrano w nocy chorą, a lament w zabudowaniach służby powstał właśnie wskutek jej śmierci. Do dnia następnego zmarło jeszcze troje służby, reszta w trwodze i popłochu uciekła. Paniczny strach opanował wszystkich, a ludzie umierali jeden po drugim.

W zamęcie i przerażeniu następnego dnia, zapomniana przez wszystkich, Mary ukryła się w dziecinnym pokoju. Nikt o niej nie pomyślał, nikt jej nie pragnął, a tymczasem wydarzyły się dziwne i straszne rzeczy, o których nie wiedziała nic. Mary na przemian płakała lub spała. Wiedziała tylko, że ludzie chorowali i że słychać było tajemnicze, przerażające głosy. W pewnej chwili wśliznęła się do jadalni, która była pusta, jakkolwiek częściowo dopiero opróżnione półmiski stały na stole, a talerze i krzesła wyglądały tak, jak gdyby je poodsuwano w pośpiechu. Dziewczynka zjadła owoce i biszkopty, a dla ugaszenia pragnienia wypiła całą szklankę stojącego opodal wina. Wino było słodkie, lecz Mary nie znała jego mocy. Po małej chwili uczuła odurzenie, wróciła do swego pokoju i znów się zamknęła, przestraszona krzykami i odgłosami uciekających kroków. Uczuła ogarniającą ją nieprzezwyciężoną senność, położyła się na łóżeczku i na bardzo długo straciła świadomość tego, co się wokół niej działo.

Tymczasem zaszło bardzo wiele, ale Mary spała snem tak twardym, że już jej nie budziły ani jęki, ani odgłosy wnoszonych i wynoszonych przedmiotów.

Po przebudzeniu Mary leżała jeszcze, patrząc w sufit. W domu panowała zupełna cisza. Nie znała ona takiej ciszy nigdy przedtem. Nie słyszała ani głosów, ani niczyich kroków i ciekawa była, czy już wszyscy wyzdrowieli i czy obawa minęła. Ciekawa też była, kto się nią będzie opiekował po śmierci jej Ayah. Będzie zapewne nowa Ayah i może nawet będzie umieć nowe bajeczki. Mary była już znudzona dawnymi. Nie płakała wcale z powodu śmierci swej niani. Nie było to dziecko tkliwe i nie dbało nigdy o nikogo. Hałasy, bieganina, jęki i lament z powodu cholery straszyły ją, a teraz była zła, bo nikt nie pamiętał o jej istnieniu. Zanadto wszyscy byli przerażeni, by myśleć o dziecku, którego nikt nie lubił. Kiedy cholera wybuchła, każdy zdawał się myśleć tylko o sobie. Ale teraz, gdy już wszystko minęło, ktoś zapewne przyjdzie zobaczyć, co się dzieje z Mary.

Lecz nikt się nie zjawiał, a podczas gdy dziewczynka leżała, wyczekując, cały dom zdawał się zapadać w coraz to głębszą ciszę. Usłyszała, że coś się czołga po matach na podłodze i spojrzawszy w dół, ujrzała małego żółwia, posuwającego się wzdłuż muru i patrzącego na nią oczkami jak brylanty. Nie zlękła się wcale, gdyż wiedziała, że to stworzonko nie zrobi jej krzywdy, a tymczasem żółwik zdawał się śpieszyć, aby się jak najprędzej wydostać z pokoju. Wyśliznął się wreszcie przez szparę pod drzwiami.

„Jakże jest cicho i spokojnie! – rzekła do siebie. – Mogłoby się zdawać, że prócz mnie i żółwia nikogo w całym domu nie ma”.

W tym samym momencie usłyszała kroki w ogrodzie, a następnie na werandzie. Były to kroki męskie i kilku mężczyzn weszło do domu, rozmawiając przyciszonym głosem. Nikt nie wyszedł na ich powitanie, nikt do nich nie przemówił, a oni zdawali się otwierać jedne drzwi po drugich i zaglądać do pokoi.

„Cóż za spustoszenie! – usłyszała Mary. – Ta śliczna, urocza kobieta! Sądzę, że i dziecko, bo słyszałem, że miała córeczkę, choć jej nikt nigdy nie widział”.

Mary stała pośrodku swego pokoju, gdy w kilka minut później drzwi do niego otwarły się. Wyglądała na brzydką, niesforną dziewczynkę, drżała przy tym z głodu i oburzenia, że o niej tak niegodziwie zapomniano. Pierwszym, który wszedł, był starszy oficer, którego Mary widziała niegdyś rozmawiającego z ojcem. Wyglądał na zmęczonego i wzruszonego, ale gdy spostrzegł Mary, przeraził się.

– Barney! – wykrzyknął. – Tutaj jest dziecko! Dziecko, zupełnie samo! W takim miejscu! Na miłość boską, kto to?

– Jestem Mary Lennox – rzekła dziewczynka, prostując się sztywno. Pomyślała sobie, że ten pan jest bardzo niegrzeczny, że dom jej ojca nazywa „takim miejscem!”. – Zasnęłam, gdy wszyscy chorowali na cholerę, i właśnie teraz się obudziłam. Czemu nikt do mnie nie przychodzi?

– To jest to dziecko, którego nikt nigdy nie widział! – zawołał oficer, zwracając się do swych towarzyszy. – Zapomnieli o niej wszyscy!

– Dlaczego o mnie zapomnieli? – zapytała Mary, tupiąc nogami. – Czemu nikt nie przychodzi?!

Młody człowiek, którego nazwano Barneyem, spojrzał na nią z ogromnym smutkiem. Mary zdawało się nawet, że mu powieki zadrgały, jakby od łez.

– Biedne maleństwo! – rzekł. – Nie został nikt, więc nikt przyjść nie może.

I w ten oto dziwny i nieoczekiwany sposób Mary dowiedziała się, że nie ma już ojca ani matki, że umarli oboje i że ich w nocy pochowano, a nieliczni słudzy, którzy uniknęli śmierci, opuszczali dom, jak mogli najśpieszniej, zapominając o istnieniu „panienki”. To była przyczyna tej głuchej ciszy otaczającej Mary. W całym domu zostali przy życiu tylko ona i mały żółw.

Mary lubiła z daleka patrzeć na swą matkę. Wydawała jej się urocza, ale nie znała jej prawie wcale, nic też dziwnego, że nie mogła jej kochać ani tęsknić, gdy ją straciła. I nie tęskniła wcale, a ponieważ była zawsze dzieckiem nader samolubnym, przeto wszystkie swe myśli skierowała ku sobie, jak zresztą zawsze czyniła. Gdyby była starsza, może przeraziłaby ją myśl, że została całkiem sama na świecie, ale przecież była jeszcze mała i inni o niej myśleli, sądziła zatem, że tak zawsze być musi. Chciała tylko wiedzieć, czy znajdzie się teraz między ludźmi miłymi, którzy będą dla niej grzeczni i pozwolą jej na wszystkie wybryki, jak to czyniła jej Ayah i reszta służby.

Wiedziała o tym, że nie pozostanie w domu pastora, gdzie ją na razie umieszczono. Nie życzyła sobie tam pozostać. Pastor był biedny, miał pięcioro dzieci, wszystkie prawie w równym wieku; sukienki ich były brudne, a dzieciaki kłóciły się ciągle i wydzierały sobie zabawki. Mary nienawidziła brudnego domu pastora i taka nieznośna była dla wszystkich, że po dwóch dniach żadne z dzieci nie chciało się z nią bawić. Zaraz drugiego dnia dały jej przezwisko, które ją wprawiało w szaloną złość.

Pierwszy pomyślał o tym Bazyli. Był to mały chłopczyk o bladoniebieskich oczach oraz zadartym nosie, i Mary go nie cierpiała. Bawiła się sama pod drzewami, zupełnie tak samo, jak owego fatalnego dnia. Robiła klombiki z ziemi i ścieżki – a Bazyli stał w pobliżu i przyglądał się. Zabawa wciągnęła go i zaproponował:

– Czemu nie ustawisz kopki kamieni, jakby to były skały? – rzekł. – O! tutaj, w środku – i pochylił się, by wskazać miejsce.

– Idź precz! Nie cierpię chłopców, idź precz! – wołała Mary.

Przez chwilę Bazyli był zły, potem zaczął się droczyć. Droczył się zawsze z siostrami. Zaczął dokoła niej tańczyć i podskakiwać, śmiał się i śpiewał:

Panno Mary, kapryśnico,

Odwróć zagniewane lico!

Czy w ogródku rosną kwiatki,

Róże, dzwonki i bławatki?

Śpiewał dopóty, dopóki reszta dzieci nie usłyszała i nie zaczęła śmiać się razem z nim. A im gorzej Mary się złościła, tym więcej śpiewali: „Panno Mary, kapryśnico”, nazywając ją tak później między sobą, a nawet i wtedy, gdy zwracali się do niej.

– Pod koniec tego tygodnia pojedziesz do domu – rzekł do niej Bazyli. – A my się strasznie z tego cieszymy.

– Ja też strasznie się cieszę – odparła Mary. – Ale gdzie jest „dom”?

– Ona nie wie, co znaczy „dom”! – rzekł Bazyli z oburzeniem. – To znaczy, oczywiście, Anglia. Nasza babunia tam mieszka, a siostra nasza, Mosel, pojechała do niej w zeszłym roku. Ale ty nie masz babuni, ty pojedziesz do wuja, który się nazywa pan Archibald Craven.

– Nie wiem o nim nic – wyjąkała Mary.

– Wiem, że nic nie wiesz – odparł Bazyli. – Dziewczęta w ogóle nic nie wiedzą. Słyszałem, jak rodzice o nim mówili. Otóż twój wuj mieszka w ogromnym, rozległym, opuszczonym domu na wsi i nikt u niego nie bywa. Taki jest niemiły, że nikogo by nie przyjął, a nawet gdyby chciał przyjąć, to znów nikt by do niego nie pojechał. Jest w dodatku garbaty i okropny.

– Wcale ci nie wierzę – rzekła Mary; odwróciła się tyłem i zatkała uszy palcami, bo nie chciała już nic słyszeć.

Długo jednak myślała później o wszystkim, co słyszała, a gdy pani Crawford powiedziała jej tego wieczoru, że za kilka dni pojedzie do Anglii, do wuja, pana Archibalda Cravena mieszkającego w Misselthwaite Manor, Mary wydawała się tak kamiennie i uparcie obojętna, że nie wiedziano, co o niej myśleć. Starano się traktować ją serdecznie, lecz ona odwracała twarz, ilekroć pani Crawford usiłowała ją pocałować, i stała sztywna jak kij, gdy pan Crawford poklepał ją po ramieniu.

– Dziwne jakieś dziecko – rzekła później pani Crawford z politowaniem. – Matka jej była taką uroczą istotą i takie miała miłe obejście, a Mary to najbardziej niesympatyczne dziecko, jakie w życiu widziałam. Dzieci nazywają ją „panną Mary, kapryśnicą”, a choć to nieładnie z ich strony, wcale im się nie dziwię.

– Być może, gdyby jej matka częściej zaglądała do dziecinnego pokoju, to i Mary nabrałaby miłego obejścia. Smutno o tym mówić, gdy to urocze stworzenie nie żyje, ale większość otaczającego ją towarzystwa nie wiedziała nawet, że ma dziecko.

– Sądzę, że nawet nie spojrzała na córkę – z westchnieniem odparła pani Crawford. – Wszak gdy jej Ayah umarła, nikt zgoła nie pomyślał o tym biedactwie. Pomyśl tylko, że wszystko się rozbiegło, zostawiając to maleństwo samiuteńkie w całym opustoszałym domu. Kapitan Mac Grew mówił mi, że po prostu osłupiał, gdy otworzywszy drzwi, znalazł ją samą na środku pokoju.

* * *

Długą podróż do Anglii Mary odbyła pod opieką żony pewnego oficera, która odwoziła swoje dzieci do szkół. Była tak bardzo zajęta własnymi dziećmi, że ucieszyła się, gdy w Londynie mogła oddać Mary jejmości, którą Archibald Craven przysłał po siostrzenicę. Jejmość ta była jego gospodynią w Misselthwaite Manor i nazywała się pani Medlock. Była to kobieta tęga, o bardzo czerwonych policzkach i ostrych, czarnych oczach. Miała na sobie jaskrawą, czerwoną suknię, mantylę czarną, jedwabną, z dżetową frędzlą i czarny kapelusz z czerwonymi, welwetowymi kwiatami, które przy każdym poruszeniu głową chwiały się i trzęsły na wszystkie strony. Mary nie poczuła sympatii do niej, ale ponieważ nigdy do nikogo sympatii nie czuła, więc nie było w tym nic dziwnego, zaś pani Medlock nie troszczyła się o nią zbytnio.

* * *

– Słyszeliśmy, że matka jej była piękna – odezwała się nowa opiekunka Mary. – Nie dała urody córce, prawda, pani?

– Może wyładnieje, gdy będzie starsza – odparła dobrotliwie żona oficera. – Gdyby nie była taka niegrzeczna i miała milszy wyraz, to rysy jej byłyby raczej ładne. Dzieci tak się zmieniają!

– No, będzie się musiała bardzo zmienić – odparła pani Medlock. – A nie można powiedzieć, by w Misselthwaite były jakiekolwiek dobre wpływy na dzieci!

Sądziły obie, że Mary nie słucha, gdyż dziewczynka stała trochę z dala przy oknie pokoju w hotelu, w którym stanęli. Przyglądała się ruchowi ulicznemu, lecz słyszała każde słowo i strasznie była ciekawa, jaki jest wuj i dom, w którym mieszkał. Co to znaczy „garbaty”? Nie widziała nigdy garbatego. Może w Indiach nie ma garbatych?

Odkąd Mary żyła między obcymi ludźmi i nie miała przy sobie swej niani, czuła się samotna i myślała o dziwnych rzeczach, całkiem dla niej nowych. Dziwiła się teraz, dlaczego ona nigdy nie była czyjaś, nawet wtedy, gdy ojciec i matka żyli. Inne dzieci należały zawsze do swego tatusia i swej mamusi, a ona nigdy nie była niczyją córeczką. Miała służbę, jedzenie i sukienki. Ale nikt na nią nie zwracał uwagi. Nie wiedziała również o tym, że było tak przede wszystkim dlatego, że ona sama była bardzo niemiłym dzieckiem. Lecz Mary nie wiedziała, że była niemiła. Myślała o innych, że są nieprzyjemni, lecz nigdy nie myślała tego o sobie.

Pani Medlock wydawała jej się najnieprzyjemniejsza ze wszystkich ludzi – raziła ją swoimi czerwonymi policzkami i ordynarnym, pretensjonalnym kapeluszem. Gdy następnego dnia wyjeżdżały w dalszą drogę do Yorkshire, Mary szła do pociągu z odwróconą głową i jak najdalej od pani Medlock, bo nie chciała, żeby wiedziano, że jadą razem. Była zła na samą myśl, że ludzie mogliby ją wziąć za córeczkę pani Medlock.

Ale pani Medlock nie przeszkadzała ani Mary, ani jej myślom. Była to kobieta, która „nie zawracała sobie głowy wybrykami młodych”. W każdym razie, gdyby ją zapytano, tak by odpowiedziała. Nie chciała pojechać do Londynu nawet wtedy, gdy siostra jej, Maria, wydawała za mąż córkę, lecz pani Medlock miała wygodne, dobrze płatne miejsce ochmistrzyni w Misselthwaite Manor, a zatrzymać je mogła nadal pod tym jedynie warunkiem, że wykona natychmiast rozkaz pana Archibalda Cravena. Nie mogła więc odmówić.

– Kapitan Lennox i jego żona zmarli na cholerę – rzekł pan Craven, jak zwykle krótko i zimno. – Kapitan Lennox był bratem mojej żony, jestem więc opiekunem jego córki. Dziecko przywiezione będzie tutaj. Pojedzie pani do Londynu i przywiezie je do mnie.

Pani Medlock spakowała manatki i wyruszyła w podróż.

Mary wtuliła się w kąt wagonu, kwaśna i zła. Nie miała co czytać, nie miała na co patrzeć, złożyła na kolanach swoje cienkie rączki obciągnięte w czarne rękawiczki i siedziała cicho. Jej czarna sukienka podnosiła i uwydatniała żółtość jej cery, a jej sztywne, jasne włosy wymykały się kosmykami spod krepowego kapelusza.

„W życiu swoim nie widziałam tak niemiłego i zepsutego dziecka, jak to!” – myślała pani Medlock.

Nie widziała nigdy, żeby dziecko mogło tak długo siedzieć na jednym miejscu w zupełnej bezczynności, toteż znużyło ją przyglądanie się dziewczynce i poczęła mówić ostrym, twardym głosem:

– Opowiem ci coś o miejscu, do którego jedziesz – rzekła. – Czy wiesz cokolwiek o swoim wuju?

– Nie – odparła Mary.

– Nie słyszałaś nigdy, by rodzice o nim mówili?

– Nie – odrzekła Mary i zadrżała. Zadrżała, przypomniawszy sobie, że ojciec i matka nigdy o niczym z nią nie rozmawiali. Nigdy nie opowiadali jej o niczym.

– Hm! – mruczała pani Medlock, patrząc na jej zamkniętą w sobie, złą twarzyczkę. Zamilkła na jakiś czas, po czym znów zaczęła mówić:

– Sądzę, że jednak trzeba cię przygotować. Jedziesz do miejsca bardzo dziwnego.

Mary nic na to nie rzekła, a pani Medlock, rozczarowana jej obojętnością, dopiero po chwili zaczerpnęła powietrza i ciągnęła dalej:

– Trzeba przyznać, że jest to ogromny dom, lecz ponury. Pan Craven jest z niego dumny na swój sposób. Dom ten ma już sześćset lat. Stoi na krańcu rozległego wrzosowiska; ma prawie sto pokoi, chociaż większość z nich jest zamknięta na klucz. Od lat wiszą tam obrazy, stoją piękne, stare meble i różne rzeczy; wokoło jest ogromny park, ogrody i drzewa ze starymi, do ziemi sięgającymi gałęźmi. – Odpoczęła, zaczerpnęła oddechu: – Tyle ci chciałam powiedzieć – zakończyła nagle.

Mary mimo woli zaczęła się przysłuchiwać. Wszystko, co słyszała, było odmienne od tego, co było w Indiach, a każda nowość miała dla niej urok. Lecz nie chciała dać po sobie poznać, że ją cokolwiek zajmuje. Był to jeden z jej nieprzyjemnych, nieszczęsnych nawyków. Siedziała zatem cicho.

– No i cóż? – rzekła pani Medlock. – Co panienka o tym myśli?

– Nic – odparła. – Nie znam się na takich domach.

Odpowiedź ta wywołała krótki, urywany śmiech pani Medlock.

– Ech! Panienka jest zupełnie jak stara baba – powiedziała. – Czy to wszystko panienki nic nie obchodzi?

– Wszystko jedno, czy mnie obchodzi, czy nie – odparła Mary.

– Co do tego, to panienka ma rację – powiedziała znów pani Medlock. – Dlaczego panienkę biorą do Misselthwaite Manor, nie mam naprawdę pojęcia. A może to najłatwiejszy sposób opiekuństwa? Że on się nie będzie o panienkę troszczył, to więcej niż pewne. On się nigdy o nikogo nie troszczy.

Zatrzymała się, jak gdyby sobie coś w porę przypomniała.

– On ma krzywe plecy – rzekła – dlatego jest taki zły. Jako młody człowiek był zgryźliwy i mimo swej fortuny niczego dobrego nie zaznał, dopóki się nie ożenił.

Mary zwróciła oczy na mówiącą, mimo że usiłowała udać obojętną. Nie myślała nigdy o tym, że garbus mógł się ożenić, i była nieco zdziwiona. Pani Medlock spostrzegła to, a jako niewiasta bardzo gadatliwa ciągnęła dalej z większym zapałem. Był to jedyny sposób skrócenia nudnej podróży.

– Ona, to było słodkie, śliczne stworzenie, a on byłby dla niej na kraniec świata poszedł po źdźbło trawy, gdyby tego zapragnęła. Nikt nie przypuszczał, że go poślubi, a jednak poślubiła. Ludzie mówili, że zrobiła to dla pieniędzy, ale to nieprawda, nieprawda! – dodała z przeświadczeniem. – Gdy umarła...

Mary mimo woli poruszyła się.

– Ach! Więc umarła! – wykrzyknęła, niewiele myśląc. Przypomniała sobie francuską bajkę, którą niegdyś czytała: Riquet à la Houppe[2]. Bajka mówiła o biednym garbusku i cudnej księżniczce i naraz zrobiło jej się żal pana Archibalda Cravena.

– Tak, umarła – powiedziała pani Medlock. – I odtąd zdziwaczał jeszcze bardziej. Nie dba już o nikogo. Ludzi widzieć wcale nie chce. Po największej części wyjeżdża, a gdy jest w Misselthwaite Manor, to zamyka się w zachodnim skrzydle domu i tylko Pitchera dopuszcza do siebie. Pitcher to już stary dziad, ale opiekował się nim, gdy był dzieckiem jeszcze, i zna dobrze jego usposobienie.

Było to wszystko dziwne jak w bajce i wcale Mary wesoło nie usposobiło. Dom o stu pokojach, wszystkie prawie zamknięte i zaryglowane – dom na krańcu wrzosowiska, wszystko to było dziwnie niewesołe. I ten człowiek garbaty, który się także zamykał na dziesięć spustów! Mary patrzyła przez okno z zaciśniętymi wargami i wydało jej się rzeczą całkiem naturalną, że w tej chwili deszcz począł siec ukośnymi strugami i bić o szyby wagonu. Gdyby żyła ta śliczna kobieta, byłaby rozweselała swoje otoczenie, tak jak jej mamusia, szczebiotem, ruchliwością, chodzeniem z jednej zabawy na drugą w cudnej, ozdobionej koronkami sukni. Ale i ta już nie żyła.

– Niech się panienka nie spodziewa ujrzeć pana, założę się, że go panienka nie zobaczy – rzekła pani Medlock. – I nie trzeba się spodziewać, że tam ktokolwiek będzie z panienką rozmawiał. Trzeba będzie samej się bawić i myśleć o sobie. Powiedzą panience, do których pokojów wolno jej wchodzić, a od których należy trzymać się z daleka. Ogrodów tam pod dostatkiem. Ale nie trzeba kręcić się po domu i nosa wszędzie wścibiać. Pan Craven nie życzy sobie tego.

– Wcale nie pragnę wścibiać wszędzie nosa – odparła mała Mary. I jak nagle zrobiło jej się żal pana Archibalda, tak teraz nagle przestała go żałować, myślała natomiast, że był tak niedobry, że zasłużył na wszystko, co go spotkało.

I zwróciła twarzyczkę ku oknu, patrząc na strugi ściekającego po szybach deszczu, który padał nieprzerwanie, jakby nigdy nie miał ustać. Patrzyła tak długo i uparcie, dopóki wszystko nie zaczęło jej przed oczyma szarzeć, szarzeć, aż wreszcie znużona zasnęła.

Mary długo spała. Gdy się zbudziła, pani Medlock kupiła na jednej ze stacji koszyk ze śniadaniem, w którym były kurczęta i wołowina na zimno, chleb z masłem i gorąca herbata. Deszcz padał bardziej zawzięcie niż przedtem, a na stacjach wszyscy poubierani byli w gumowe płaszcze, lśniące i ociekające deszczem. Konduktor zapalił lampy w wagonie, a pani Medlock rozkoszowała się swoją herbatą, kurczętami i wołowiną. Zjadła dużo, po czym sama zasnęła, a Mary siedziała, przyglądając się jej i jej kapeluszowi, który smętnie zsunął się na prawe ucho, aż wreszcie i ona zasnęła powtórnie, wtulona w kąt wagonu i ukołysana jednostajnym biciem deszczu o szyby. Było już zupełnie ciemno, gdy się zbudziła. Pociąg zatrzymał się na stacji, a pani Medlock zaczęła nią trząść.

– No, ale też panienka spała! – wykrzyknęła. – Wszakże czas już otworzyć oczy! Jesteśmy już w Thwaite, a jeszcze długa jazda przed nami.

Mary wstała i usiłowała otworzyć oczy, gdy tymczasem pani Medlock zbierała pakunki. Dziewczynce na myśl nie przyszło pomóc jej w tej czynności, gdyż w Indiach tubylcza służba zawsze wszystko za nią robiła i zdawało się rzeczą zupełnie naturalną, że jej usługiwano.

Była to jakaś mała stacyjka i nikt inny nie wysiadł tu prócz nich. Naczelnik stacji zaczął rozmawiać z panią Medlock w szorstki, ale poczciwy sposób, wymawiając wyrazy dziwnie rozwlekle, tak jak Mary później spostrzegła, że mówią w Yorkshire.

– Co to, już pani z powrotem? I przywiozła pani tę małą?

– Aha, to ona – odparła pani Medlock, wskazując Mary ruchem głowy. – Jakże się ma żona?

– Nieźle, dziękuję. Powóz czeka po drugiej stronie.

Powóz stał istotnie przed stacją. Mary spostrzegła, że powóz jest wykwintny i że służący, który pomógł jej wsiąść do niego, również jest wykwintny. Jego długi płaszcz gumowy i pokrycie głowy lśniły i ociekały deszczem, jak wszystko bez wyjątku, nie wyłączając grubego naczelnika.

Gdy służący zatrzasnął drzwiczki i usiadł obok stangreta na koźle, dziewczynka usadowiła się w wygodnym, miękkim kąciku, lecz senność całkiem ją opuściła. Siedziała, wyglądając oknem i pragnąc zobaczyć cokolwiek na tej drodze wiodącej do dziwnego domu, o którym mówiła jej pani Medlock. Nie było to dziecko lękliwe i nie można powiedzieć, by była wystraszona, lecz czuła, że Bóg wie, co może się jej zdarzyć w domu, w którym jest sto zamkniętych pokoi, w domu stojącym na krańcu wrzosowiska.

– Co to jest wrzosowisko? – spytała nagle panią Medlock.

– Patrz wciąż oknem, a za jakieś dziesięć minut sama zobaczysz – odparła kobieta. – Musimy pięć mil jechać wrzosowiskiem, zanim dojedziemy do domu. Wiele panienka nie zobaczy, bo noc ciemna, ale cokolwiek będzie można dostrzec.

Mary nie zadawała już więcej pytań, lecz czekała w swym kąciku, wpatrzona uparcie w okno. Latarnie rzucały przed powozem smugi światła i Mary dostrzegała zarysy mijanych przedmiotów. Po opuszczeniu stacji, gdy przejeżdżali przez małą wioskę, dostrzegła białe domki i światła w domu ludowym. Potem minęli kościół, probostwo i domek z rodzajem okna wystawowego z zabawkami, słodyczami i rozmaitymi przedmiotami na sprzedaż. Później wyjechali na trakt i Mary dostrzegła żywopłoty i drzewa. Potem długo nie było nic godnego uwagi, a Mary czas zaczął się dłużyć.

W końcu konie zwolniły, jak gdyby wjeżdżały na wzgórek, i zdawało się, że już nie ma ani żywopłotów, ani drzew. W istocie, Mary nie mogła dostrzec nic prócz nieprzeniknionej ciemności po obu stronach. Pochyliła się naprzód i przytuliła twarz do szyby, kiedy naraz powóz podskoczył.

– No, teraz to już na pewno jesteśmy na wrzosowisku – powiedziała pani Medlock.

Latarnie rzucały trochę światła na nierówną, złą drogę, która była jakby poprzecinana krzakami i czymś nisko rosnącym, czymś, co się kończyło gdzieś na krańcu horyzontu. Powstał wiatr, który wydawał dziwne, dzikie, szumiące odgłosy.

– Czy to... czy to morze, czy nie? – spytała Mary swą towarzyszkę.

– Nie, to nie morze – odparła pani Medlock – ale też nie pola ani góry, tylko mile całe, długie mile dzikiego pastwiska, gdzie nic nie rośnie prócz wrzosów i gdzie nic nie żyje prócz dzikich koników, zwanych pony, i owiec.

– A jednak czuję, że to by mogło być morze, gdyby była woda – powiedziała Mary. – Zupełnie takie to wydaje odgłosy jak morze.

– To wiatr jęczy w zaroślach. Dla mnie to dosyć dzikie i samotne miejsce, choć mnóstwo ludzi je lubi, zwłaszcza gdy wrzosy kwitną.

Jechały tak coraz dalej w ciemności, a choć deszcz ustał, zerwał się silny wiatr, który świszczał i wydawał niemiłe dźwięki. Droga prowadziła to w górę, to znów w dół, a kilka razy powóz przejeżdżał przez mostki, pod którymi z łoskotem szumiały spienione wody strumyków. Mary miała uczucie, że jazda ta nigdy się nie skończy i że wielka zimna wydma to ciemny ocean, a ona jedzie przezeń wąskim pasem lądu.

– Nie lubię tej wydmy – powiedziała sobie w duchu i silniej zacisnęła cienkie wargi.

Konie pięły się w górę drogi, gdy Mary pierwsza dostrzegła światełko. Pani Medlock spostrzegła je również i odetchnęła z uczuciem wielkiej ulgi.

– Zadowolona jestem z tego światełka! – zawołała. – To światło w domu portiera. No, za chwilkę napijemy się gorącej herbaty.

Było to szczególne „za chwilkę”, bo powóz, przejechawszy bramę parku, musiał przebyć jeszcze dwie mile alei, a drzewa, które niemal zupełnie stykały się czubami, tworzyły nad nimi jakby długie, ciemne sklepienie.

Wyjechali zeń wreszcie na jaśniejsze miejsce i zatrzymali się przed ogromnie długim, nisko i nieregularnie zbudowanym domem. Na razie Mary zdawało się, że cały dom jest ciemny, dopiero gdy wysiadła, dostrzegła słabe światło w jednym z okien na piętrze.

Wejściowe drzwi, olbrzymie i ciężkie, były zbite z masywnych, dziwnie rżniętych desek, nabijane wielkimi żelaznymi gwoździami i powiązane żelaznymi sztabami. Przez nie wchodziło się do olbrzymiego hallu, który był tak słabo oświetlony, że Mary wcale nie miała ochoty przyglądać się starym portretom pań i panów w całkowitym uzbrojeniu. Gdy tak stała na kamiennej posadzce olbrzymiego hallu, wydawała się bardzo drobną i bardzo niezwykłą czarną figurką i czuła się dziwnie nikła i osamotniona.

Ubrany bez zarzutu, chudy, stary człowiek stał w pobliżu lokaja, który mu otwierał drzwi.

– Ma ją pani wziąć zaraz do jej pokoju – rzekł zachrypniętym głosem. – Pan nie życzy sobie jej widzieć. Rano wyjeżdża do Londynu.

– Doskonale, panie Pitcher – odparła pani Medlock. – O ile wiem, czego chcą ode mnie, to z pewnością to wykonam.

– Czego od pani chcą, mościa dobrodziejko? – rzekł Pitcher. – Jedynie tego, aby on miał zupełny spokój i aby nie widział tego, czego widzieć nie pragnie.

Potem zaprowadzono Mary Lennox przez szeroką klatkę schodową i długi korytarz, i znów w górę po kilku stopniach, i przez inny korytarz, i jeszcze przez jeden, póki nie natrafiono na drzwi prowadzące do jej pokoju, gdzie znalazła ogień na kominku i kolację na stole.

Pani Medlock powiedziała:

– No, jesteśmy na miejscu! Ten oto pokój i ten sąsiedni przeznaczone są dla panienki – muszą panience wystarczyć. Proszę o tym nie zapominać.

W taki sposób panna Mary znalazła się w Misselthwaite Manor i chyba nigdy w życiu nie czuła się taką prawdziwą „kapryśnicą”, jak w owej chwili.

Nazajutrz rano Mary otworzyła oczy, gdy młoda dziewczyna, która weszła do jej pokoju rozniecić ogień, klęczała przed kominkiem, hałaśliwie wygarniając niedopalone węgle. Mary przyglądała się jej przez chwilę, leżąc, po czym zaczęła rozglądać się po pokoju. Nigdy jeszcze nie widziała nic podobnego: pokój wydał się jej dziwny i ponury. Ściany pokryte były tkaniną, na której wyhaftowano sceny leśne. Byli tam dziwnie ubrani ludzie wśród drzew, a w dali widniały wierzchołki wieżyc zamkowych. Byli tam myśliwi, konie i psy, i piękne panie. Mary miała uczucie, że wraz z nimi znajduje się w lesie. Przez okno dostrzegła wielką przestrzeń falistego gruntu, który był całkiem ogołocony z drzew i wyglądał jak bezbrzeżne, krwawopurpurowe morze.

– Co to takiego? – spytała, wskazując przez okno.

Młoda służąca, Marta, która właśnie wstała z klęczek, wskazała również w tym kierunku i rzekła:

– To?

– Tak.

– To wrzosowisko – rzekła z poczciwym uśmiechem. – Czy panienka lubi wrzosowiska?

– Nie cierpię – odparła Mary.

– Bo panienka jeszcze nie przywykła – rzekła Marta, wracając do kominka. – Panience się ono teraz wydaje takie wielkie i takie gołe. Ale ja wiem, że panienka strasznie je polubi.

– A ty je lubisz? – zagadnęła Mary.

– Ojej! I jak jeszcze – odparła Marta, czyszcząc zawzięcie kratę kominka. – Ja moje wrzosowisko po prostu kocham. I nie jest ono nagie – oj, nie! Całe jest pełne cudnych roślinek, a pachną ci one – oj, pachną! Toż ono śliczniuchne takie na wiosnę i latem, jak tylko kwiecie zakwitnie, wrzosy różowe. Pachnie, jakby miód rozlał! A tyle tam powietrza, że się upić można. A niebo to tak het, het wysoko nad nim, a pszczoły i pasikoniki taki miły gwar czynią, tak brzęczą i dzwonią! Za nic bym nie chciała żyć z dala od mego wrzosowiska!

Mary słuchała jej słów z powagą i zdumieniem. Tubylcza służba w Indiach wcale nie była podobna do niej. Tamci byli uniżeni, służalczy i nigdy nie ośmieliliby się odzywać do państwa jak do równych sobie. Bili im pokłony, nazywając ich „opiekunami biednych” i inne jeszcze nadając im nazwy. Indyjskiej służbie rozkazywano, nie proszono. Nie było zwyczaju mówić „proszę” i „dziękuję”, a Mary biła swą Ayah po twarzy, gdy się rozzłościła. I pomyślała sobie, co by też ta oto dziewczyna zrobiła, gdyby jej dano policzek? Było to rumiane, pulchne, miłe stworzenie, ale miała dziwnie ostre obejście, i panna Mary zastanawiała się, czy by ona po prostu nie „oddała”, gdyby ją uderzono w twarz i gdyby uderzającą była mała dziewczynka.

– Dziwna jakaś jesteś służąca – rzekła wyniośle.

Marta usiadła na piętach ze szczotką do czyszczenia w ręce i śmiała się, niezagniewana zupełnie.

– Dobrze to wiem – odparła, śmiejąc się. – Żeby sama jaśnie pani była w Misselthwaite, tobym przecie i pomocnicą pokojowej być nie mogła. Może by mi pozwolili być przy kuchni, ale nie do posługi w pokoju. Zanadto jestem prosta i mówić pięknie nie potrafię. Ale to dziwny jakiś dom, choć taki wielki. Rzekłby kto, że tu ni dziedzica, ni pani nie ma, a jeno pan Pitcher i pani Medlock. Jak jaśnie pan w domu, to i wiedzieć o niczym nie chce, a wreszcie on ciągle w podróży. To pani Medlock z dobroci swojej dała mi to miejsce. Ale mi powiedziała, że gdyby Misselthwaite było takie jak inne dwory, to nigdy nie mogłaby przyjąć mnie do dworskiej służby.

– Czy ty będziesz moją służącą? – spytała Mary, zawsze tym samym wyniosłym, w Indiach nabytym tonem.

Marta poczęła znów czyścić kominek.

– Ja, proszę panienki, jestem służącą pani Medlock – odparła z godnością. – A ona służy jaśnie panu, ale ja niby mam robić robotę pokojowej i panience w tym i owym usłużyć. Ale panienka nie potrzebuje znów tak dużo obsługi.

– Któż mnie będzie ubierał? – zagadnęła Mary.

Marta znów przysiadła na piętach, przyglądała się Mary, nie rozumiejąc, wreszcie ze zdumieniem spytała:

– To panienka sama nie potrafi?

– Cóż to ma znaczyć? Nie rozumiem cię.

– Chciałam powiedzieć, że panienka chyba umie sama się ubrać.

– Nie – rzuciła Mary z zupełną pogardą. – Nigdy w życiu nie ubierałam się sama. Ayah zawsze mnie całą ubierała.

– W takim razie najwyższy czas, żeby się panienka nauczyła sama to robić – rzekła Marta, nie zdając sobie sprawy ze swego zuchwalstwa. – Trzeba było wcześniej zacząć. To panience dobrze zrobi, gdy sama koło swoich rzeczy pochodzi. Moja matka to zawsze się dziwi, że dzieci bogatych państwa nie są całkiem głupie, kiedy od maleńkości niańki je myją i ubierają, i na spacer prowadzą jak lalki!

– W Indiach są zupełnie inne zwyczaje – rzekła Mary pogardliwie. Już jej to gderanie kością w gardle stawało.

Lecz Marta niełatwo wybuchała.

– Hm, ja zaraz spostrzegłam, że tam to całkiem musi być inaczej – odrzekła serdecznie. – A ja myślę, że to wszystko przez to, że tam tyle tych czarnych, zamiast poczciwych, białych ludzi. Jak usłyszałam, że panienka z Indii przyjeżdża, tom myślała, że panienka też jest czarna.

Mary wściekła usiadła na łóżku.

– Co? – zawołała. – Co? Myślałaś, żem Hinduska! Ty... ty córko świni!

Marta spojrzała z lękiem i spąsowiała.

– Na kogo panienka tak mówi? – rzekła. – Nie wolno panience tak się złościć i nie powinna panienka tak brzydko mówić. A ja przeciw tym czarnym to nic nie mam. Księża to nam mówią i piszą, że oni są nawet bardzo pobożni. A mówią i to, że choć to czarny, ale zawsze on też człowiek i bliźni. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam czarnego człowieka i bardzo się cieszyłam, że nareszcie zobaczę choć jednego z bliska. Jak tu rano weszłam zapalić na kominku, tom się do panienki łóżka przyczołgała cichutko i kołderki cichutko uchyliłam, żeby na panienkę spojrzeć. A tu panienka biała! – rzekła z rozczarowaniem. – Nie czarniejsza niż ja, choć panienka ode mnie znów żółciejsza.

Mary już nie usiłowała nawet zapanować nad swą wściekłością i upokorzeniem.

– I ty myślałaś, że jestem Hinduską! I ty śmiałaś! Nie masz żadnego pojęcia o Hindusach! To nie są ludzie, to są słudzy, którzy ci się muszą kłaniać! Nic nie wiesz o Indiach i w ogóle o niczym nie masz pojęcia!

Wpadła w taką pasję i czuła się taka bezbronna przed szczerym spojrzeniem Marty, przy tym tak strasznie osamotniona i tak oddalona od wszystkiego, co rozumiała i co ją rozumiało, że rzuciła się twarzą do poduszki i wybuchnęła szlochem. Płakała tak rozpaczliwie, że poczciwej Marcie strasznie się jej żal zrobiło. Podeszła do łóżka i prosiła, pochylając się nad dziewczynką:

– Panienko, nie trzeba tak płakać, naprawdę nie trzeba. Nie wiedziałam, że taką przykrość panience sprawię. W ogóle głupia jestem i nic nie wiem – jak panienka słusznie powiedziała. Bardzo panienkę przepraszam i proszę przestać płakać.

Było coś dodającego otuchy, coś rzeczywiście przyjacielskiego w jej mowie prostej i szczerej. Mary przestała płakać i z wolna uspokoiła się zupełnie. Marta była uradowana.

– No, a teraz, panienko, czas wstawać. Trzeba... Pani Medlock kazała mi podać śniadanie, herbatę i obiad tu, do przyległego pokoju. Tam jest urządzony dziecinny pokój dla panienki. Pomogę się panience ubrać, jeśli panienka z łóżeczka wyjdzie. A jeśli sukienki zapinane na plecach, to naturalnie sama panienka zapiąć nie może.

Kiedy Mary zdecydowała się nareszcie wyjść z łóżka, Marta podała jej z szafy suknię inną niż ta, w której Mary przyjechała.

– To nie moja sukienka. Moja jest czarna – rzuciła Mary.

Przyjrzała się ładnej sukience z grubej, miękkiej białej wełny z chłodnym uznaniem.

– Ale ta sukienka ładniejsza od mojej – dodała.

– A panienka musi się w nią ubrać – odrzekła Marta. – Pan Craven kazał ją kupić w Londynie. Powiedział przy tym: „Nie chcę, by mi po domu chodziło czarno ubrane dziecko, jak dusza potępiona – tak powiedział. – To by ten dom czyniło jeszcze smutniejszym, niż jest. Ubierajcie ją w jasne kolory!”. Moja matka mówi, że wie, o co mu chodziło. Matka zawsze wie, o co komu chodzi. Ona też nie lubi czarnego koloru.

– Nie cierpię czarnych rzeczy! – zawołała Mary.

W czasie ubierania obie nauczyły się nowych rzeczy. Marta „zapinała” wprawdzie swoje rodzeństwo nieraz, ale nie widziała jeszcze dziecka, które by stało jak pień, pozwoliło robić za siebie wszystko, jakby nie miało własnych rąk i nóg.

– Czemu panienka sama nie założy butów? – spytała, gdy Mary spokojnie wystawiła nogę.

– Ayah nakładała mi zawsze buciki – odparła Mary ze zdziwieniem. – Taki był zwyczaj.

Mary często powtarzała: „Taki był zwyczaj”. Służba hinduska zawsze zwykła tak mówić. Gdy im kazano zrobić coś, czego ich przodkowie przed tysiącem lat nie robili, spoglądali ze słodkim uśmiechem, mówiąc: „Tego nie było w zwyczaju”, i wiadomo już było, że sprawa skończona.

Nie było też w zwyczaju, by Mary robiła cokolwiek. Umiała stać tylko i pozwalała łaskawie, by ją ubierano jak lalkę. Zanim była gotowa do śniadania, domyśliła się, że ją życie w Misselthwaite Manor nauczy wielu rzeczy, całkiem dla niej nowych: wkładania na nogi bucików, pończoch, zbierania porozrzucanych rzeczy itd. Gdyby Marta była dobrze wytresowaną panną służącą jakiejś wielkiej pani, wiedziałaby, że do niej należało wyszczotkować włosy, zapiąć buciki, pozbierać i poskładać rzeczy. Była ona wszakże tylko prostą, wiejską dziewczyną, wychowaną w chacie wraz z gromadką rodzeństwa, i myślała jedynie o tym, jak im usłużyć, jak się zająć maleństwami, które zaczynały stawiać pierwsze kroki.

Gdyby Mary miała w sobie więcej wesołości, uśmiałaby się z pewnością z gadulstwa Marty. Ale Mary przysłuchiwała się tylko wyniośle i dziwiła się jej śmiałości. Zrazu nie zwracała uwagi na dziewczynę, ale gdy ta gadała i gadała bez końca, zaczęła z wolna uważać na jej opowiadanie.

– Oj, żeby panienka wiedziała! – rzekła. – Jest nas dwanaścioro, a ojciec zarabia tylko szesnaście szylingów na tydzień. Mówię panience, że matka to nie wie czasem, skąd wziąć na chleb dla nich. Cały dzień biegają po wrzosowisku, a matka mówi, że powietrze tutejsze ich tak tuczy i że pewna jest, iż wszystkie dzieci trawę jedzą, jak te dzikie konie. A nasz Dick to ma już dwanaście lat i oswoił sobie małego pony, i mówi, że to jego.

– Gdzie sobie oswoił? – spytała Mary.

– Ano, na wrzosowiskach spotkał, jak pony był jeszcze małym źrebakiem przy matce, i jak mu zaczął dawać kawałki chleba i trawkę zieloną, świeżuchną zrywać, tak też się zaprzyjaźnili. Tak się źrebiątko do niego przyzwyczaiło, że za nim chodzi i pozwala Dickowi na grzbiet sobie siadać. Dick to bardzo dobry chłopak i zwierzęta strasznie go lubią.

Mary nie miała nigdy na własność ulubionego zwierzątka, a zawsze pragnęła je mieć. Zaczęła więc interesować się Dickiem, a ponieważ dotychczas zajmowała ją jedynie własna osoba, była to zatem jakby jutrzenka nowego, poczciwego uczucia. Gdy weszła do przeznaczonego dla siebie drugiego pokoju, zauważyła, że był on zupełnie podobny do tego, w którym spała. Ale był to raczej pokój dorosłej osoby niż dziecka, z ponurymi, starymi portretami i ciężkimi, dębowymi sprzętami. Stół na środku zastawiony był pożywnym śniadaniem. Lecz Mary nigdy nie grzeszyła zbytnim apetytem, a teraz patrzyła więcej niż obojętnie na stawiane przed sobą potrawy.

– Nie lubię tego – rzekła.

– Co? Panienka kaszy nie lubi? – wykrzyknęła Marta niedowierzająco.

– Nie lubię.

– Panienka nie wie, jakie to dobre. Trzeba posypać trochę cukrem.

– Nie lubię tego – powtórzyła Mary.

– Okropnie nie lubię, jak się takie dobre jedzenie marnuje – rzekła Marta. – Żeby tu nasze dzieci siedziały, toby w mig salaterka była pusta.

– Dlaczego? – spytała Mary chłodno.

– Dlaczego? – jak echo powtórzyła Marta. – Ano, bo one nigdy nie mają pełnych żołądków. Głodne to, a jadła chciwe, jak młode jastrzębie albo lisy.

– Ja nie wiem, co to jest być głodną – rzekła Mary z obojętnością prawdziwej nieświadomości.

Marta była oburzona.

– Dobrze by panience zrobiło trochę się przegłodzić, już ja wiem – powiedziała szczerze. – Cierpliwości mi brakuje, jak tak kto siedzi i tylko się gapi na chleb i mięso, a nie je. Mój Boże! Żeby tak naszym dzieciakom dać to wszystko, co tu jest na stole, byłaby uciecha!

– Czemuż im tego zatem nie dasz? – poddała Mary.

– Bo to nie moje – odparła Marta z godnością. – A przy tym to nie moje wychodne. Wychodne mam raz na miesiąc, jak reszta służby. Wtedy idę do domu, porządki porobię, a matka odpocznie sobie jeden dzień.

Mary wypiła herbatę i zjadła sucharek z odrobiną marmolady.

– A teraz niech się panienka ciepło otuli i idzie pobiegać i pobawić się na dworze – rzekła Marta. – Dobrze panience zrobi trochę spaceru i apetyt będzie lepszy na obiad.

Mary podeszła do okna. Widać było ogrody, ścieżki, drzewa, ale wszystko wyglądało jakoś smutno i zimowo.

– Wyjść? Po co? Tak szkaradnie na dworze.

– Jak panienka nie wyjdzie, to będzie musiała siedzieć tu, w pokoiku, a co by tu panienka robiła?

Mary spojrzała dokoła siebie. Prawda, że nie miała tu co robić. Pani Medlock nie pomyślała o rozrywkach dziecinnych, przygotowując pokój dla dziewczynki. A może rzeczywiście lepiej będzie pójść obejrzeć ogrody?

– A kto mnie zaprowadzi? – spytała.

Marta spojrzała zdziwiona.

– Sama panienka pójdzie – odparła. – Musi się panienka nauczyć sama bawić, jak inne dzieci, które nie mają braciszków i siostrzyczek. Nasz Dick, jak wybiegnie na pole, to godzinami całymi tak się bawi. Dlatego tylko tak się zaprzyjaźnił z kucykiem. Ma on na wrzosowisku i owieczki znajome, i ptaszki, co mu do rąk po jedzenie przychodzą. Choć tam w chacie głodno, ale on zawsze schowa okruszyny chleba na przywabienie swoich faworytów.

Wzmianka o Dicku zachęciła Mary do wyjścia, choć dziewczynka nie zdawała sobie z tego sprawy. Na dworze będą ptaszki, choć nie będzie koników ani baranków. Będą zapewne inne niż ptaszki w Indiach, a ją to bardzo będzie zajmować.

Marta podała jej płaszczyk i kapturek, i parę mocnych, ciepłych bucików i pokazała, którędy się schodzi na dół.

– Jak panienka tą drogą pójdzie, to zajdzie panienka do ogrodów – rzekła, wskazując na furtkę w żywopłocie. – Latem to tam kwiatów co niemiara, ale teraz pusto.

Zawahała się chwilkę, po czym dodała:

– Jeden ogród jest całkiem zamknięty na klucz. Od dziesięciu lat nikt w nim nie był.

– Dlaczego? – spytała Mary mimo woli. Oto jeszcze jedne drzwi zamknięte oprócz stu w tym dziwacznym domu.

– Pan Craven zamknął go, kiedy jego żona tak nagle umarła. Nie chce, żeby tam ktokolwiek chodził. To był pani ogród. A on drzwi zamknął, wykopał dziurę i klucz schował. Ojoj! Pani Medlock dzwoni – muszę się śpieszyć!

Gdy Marta odeszła, Mary zwróciła się ku furtce w żywopłocie. Wciąż myślała o ogrodzie, w którym nikt nie był od dziesięciu lat. Ciekawa była, jak wygląda i czy są tam jeszcze kwitnące kwiaty. Po przejściu furtki znalazła się w rozległych ogrodach o wielkich strzyżonych trawnikach i wijących się, dobrze utrzymanych ścieżkach. Były tam drzewa i klomby, i w dziwne kształty strzyżone bukszpany, i staw z fontanną z szarego kamienia pośrodku. Ale klomby były puste, zimowe, a fontanna nie tryskała wodą. To nie był ów ogród zamknięty. Jakże można zamknąć ogród? Przecież do ogrodu zawsze można wejść.

Myślała właśnie o tym, gdy na końcu ścieżki, którą szła, dostrzegła wysoki mur, obrośnięty bluszczem. Nie znała Anglii i nie spostrzegła się, że wchodzi do ogrodów warzywnych i owocowych. Podeszła do muru i ujrzała wśród bluszczu zielone, otwarte drzwi. To przecież nie był zamknięty ogród, mogła wejść do niego.

Przekroczyła drzwi i spostrzegła, że to znów ogród okolony murem i że jest to jeden z kilku otoczonych murem ogrodów, które się z sobą łączyły. Znów dostrzegła drzwi, a przez nie krzewy i ścieżki między inspektami z warzywami zimowymi. Drzewa owocowe porozpinane były na murach, a wiele inspektów przykrytych oknami. Było tu i pusto, i brzydko – Mary myślała o tym, stojąc i rozglądając się dokoła. Może w lecie było ładniej, gdy było zielono, ale teraz tu nie było nic godnego widzenia.

W tejże chwili wszedł furtką z drugiego ogrodu stary człowiek z łopatą na ramieniu. Zdumiał się na widok Mary, potem dotknął czapki. Miał starą, pomarszczoną twarz i wydawał się bardzo niezadowolony, gdy zobaczył Mary. Ale i ona rozczarowana była jego ogrodem, miała swój wyraz twarzy „panny Mary kapryśnicy” i wcale nie była zadowolona ze spotkania.

– Co to za ogród? – spytała.

– Jeden z warzywnych – odparł.

– A tamten? – spytała, wskazując przez drugie drzwi.

– Inny ogród warzywny. Po tamtej stronie muru jest jeszcze jeden, a z tamtej strony sad.

– Mogę tam iść? – spytała Mary.

– Jak się podoba. Ale nie ma nic ciekawego.

Mary nie odpowiedziała. Doszła do końca ścieżki przez drugie zielone drzwi. Tam było więcej murów i warzyw, i okien inspektowych, ale w murze była znów zielona furtka, tym razem zamknięta. A może tam był ów ogród, w którym od dziesięciu lat nikt nie był? Ponieważ Mary nie była trwożliwym dzieckiem, a robiła zawsze to, co chciała, więc podeszła do furtki i nacisnęła klamkę. Spodziewała się, że drzwi się nie otworzą, bo chciała mieć pewność, że znalazła tajemniczy ogród – lecz drzwi otworzyły się z łatwością i Mary znalazła się w dużym sadzie. Wokoło był mur, drzewa owocowe rozpięte i inne drzewa, nagie obecnie wśród pożółkłej trawy, ale drugiej zielonej furtki nie było widać. Mary rozglądała się, szukając jej; wszakże, gdy wchodziła z tamtego końca ogrodu, zauważyła, że mur nie kończy się tam, gdzie sad, lecz ciągnie się dalej, jakby oddzielał znów inny ogród po tamtej stronie. Dostrzegła zresztą wierzchołki drzew ponad murem, a stojąc cicho, ujrzała na najwyższym z nich ptaszka z jasnym, czerwonym upierzeniem na piersiach, który zaraz uderzył w swój śpiew zimowy – zupełnie jak gdyby ją dostrzegł i jakby ją wołał.

Stanęła i zaczęła słuchać, a jego miły, przyjacielski świergot rozbudził w niej dziwne uczucia: chciała być miłym dzieckiem, ale była samotna, a ów wielki, zamknięty dom, wielkie, puste wrzosowiska, wielkie, puste ogrody przejęły ją uczuciem, że jest samiuteńka na tym wielkim świecie. Gdyby była czułym, tkliwym dzieckiem, mogłoby jej serce pęknąć z żalu, ale choć była tylko „panną Mary kapryśnicą”, przecież czuła się strasznie smutna, a ta ptaszyna patrzyła na jej skwaszoną twarzyczkę jakby z uśmiechem. Mary słuchała dopóty, dopóki ptaszek nie pofrunął. Nie był on podobny do indyjskich ptaszków, podobał się dziewczynce i ciekawa była, czy też go jeszcze kiedyś zobaczy. A może ptaszek mieszka w tajemniczym ogrodzie i wie o nim wszystko?

Być może Mary tak dużo myślała o opuszczonym ogrodzie, gdyż nie miała nic do roboty. Była strasznie ciekawa, chciała zobaczyć, jak wygląda. Dlaczego pan Archibald Craven zagrzebał klucz? Jeśli tak bardzo kochał żonę, dlaczego nienawidził jej ogrodu? Ciekawa była, czy zobaczy kiedyś wuja, ale wiedziała, że jeśli go zobaczy, to go nie będzie lubić i że on jej nie będzie lubił, a ona stanie, będzie patrzyła na niego, ani słówkiem się nie odezwie, choć co prawda miałaby straszną ochotę zapytać go, dlaczego zrobił taką dziwną rzecz.

„Mnie nikt nie lubi i ja nikogo nie lubię – myślała – i nie umiem paplać tak, jak dzieci Crawfordów. Te wiecznie gadały, śmiały się i hałasowały”.

Myślała o gilu i o tym, że zaśpiewał tak, jakby specjalnie dla niej, a kiedy przypomniała sobie czubek drzewa, na którym siedział, stanęła nagle na ścieżce.

– Jestem pewna, że to drzewo jest w tajemniczym ogrodzie. Jestem całkiem pewna – rzekła do siebie. – Był tam przecież mur, a nie było furtki.

Wróciła do pierwszego ogrodu warzywnego i zastała tam starego, kopiącego. Podeszła, stanęła przy nim i po swojemu, chłodno, zaczęła mu się przyglądać. Nie zważał na nią, więc go zagadnęła:

– Byłam w tamtych ogrodach.

– Nic nie szkodzi – odparł szorstko.

– Byłam w sadzie.

– A toć tam pies przy drzwiach nie siedzi, żeby gryzł – odrzekł.

– Ale tam już nie było furtki do innego ogrodu – rzekła Mary.

– Do jakiego ogrodu? – powiedział ostro, przerywając na chwilę kopanie.

– No, do tego po tamtej stronie muru – odparła Mary. – Tam są drzewa, widziałam czubki. A ptaszek z czerwonym gardziołkiem siedział na jednym wierzchołku i śpiewał.

Ku swemu zdumieniu Mary spostrzegła, że szorstka, zmarszczkami poorana twarz zmieniła od razu wyraz. Słaby uśmiech rozlał się na obliczu i stary ogrodnik zmienił się nie do poznania. Przyszło jej na myśl, że dużo ładniej się wygląda z uśmiechem na ustach. Nie pomyślała o tym nigdy.

Ogrodnik zwrócił się ku sadowi i zaczął gwizdać cichutko, łagodnie. Nie mogła pojąć, jak taki szorstki człowiek mógł umieć tak łagodnie wabić. W tejże chwili stało się coś zadziwiającego. Usłyszała cichy odgłos lotu w powietrzu. Był to ptaszek z czerwonym gardziołkiem, który opuścił się na ziemię i usiadł na grudzie tuż przy nogach ogrodnika.

– Jesteś tu! – zaśmiał się stary, po czym zaczął przemawiać do ptaszka, jak do dziecka.

– Gdzieś to bywał, łobuzie jeden? Długoś się jakoś nie pokazywał. Jużeś to na zalecanki wyleciał tak wcześnie? Żony sobie szukasz?

Ptaszek główkę w bok przechylił i patrzył na starego, a oczka mu świeciły jak duże, ciemne perełki rosy. Miało się uczucie, że ptaszyna jest bardzo oswojona, nietrwożliwa zupełnie. Skakał z grudki na grudkę, dziobał zawzięcie, szukając ziarenek i owadów. Dziwne uczucie zrodziło się w serduszku Mary, taki był śliczniutki i tak zdawał się podobny do ludzi. Był drobny, ale tłuścioszek, dziób miał cienki i wysmukłe, cienkie nóżki.

– Czy on przylatuje zawsze, gdy go zawołacie? – zapytała szeptem.

– A jeszcze by miał nie przylecieć! Poznałem tego łobuza, jak to jeszcze wypierzone nie było. Wyleciał z gniazda w tamtym ogrodzie, przeleciał przez mur, ale był za słaby jeszcze, żeby pofrunąć z powrotem, i od tego czasu zaczęła się nasza przyjaźń. A potem, gdy po kilku dniach do gniazda wrócił, było ono już puste, więc znowu przyleciał do mnie.

– A co to jest za ptaszek? – spytała Mary.

– Nie widzi to panienka? To gil z czerwoną szyjką, a gile to najmilsze ptaszki pod słońcem. Przywiązują się jak psy, o ile się umie z nimi postępować. Niech no panienka spojrzy, jak on dziobie, a kręci się, a na nas ciągle spogląda. Wie, bestia, że o nim mowa.

Nie było chyba nic zabawniejszego niż widok starego. Patrzył on na małego, pękatego ptaszka, jakby go kochał, a jednocześnie był z niego dumny.

– Strasznie, szelma, próżny! – zaśmiał się znowu. – Lubi okrutnie, jak się o nim mówi. A ciekawy! Bóg świadkiem, że chyba nie ma na świecie drugiego takiego ciekawskiego i wścibskiego. Zawsze tu przyleci zobaczyć, co sieję albo sadzę. On i to wie, czego pan Craven nie wie. Tak, to naczelny ogrodnik, tak, tak.

A gil skakał, dziobał, przystając od czasu do czasu i przyglądając się im obojgu. Mary zdawało się, że ptaszek przygląda się jej ze szczególną ciekawością. I doprawdy tak to wyglądało, jakby się wszystkiego o niej chciał dowiedzieć. Dziwne uczucie wzrastać poczęło w sercu dziewczynki.

– A gdzie poleciały te inne ptaszki z gniazdka? – zapytała.

– Nie wiadomo. Stare wyganiają młode z gniazda i każą im latać, i rozpierzcha się to nie wiadomo gdzie. Ten tutaj to mądrala, wiedział, że jest sam.

Panna Mary podeszła bliżej do ptaszka, spojrzała na niego twardo i rzekła:

– Jestem sama.

Przedtem nie zdawała sobie sprawy, że to było główną przyczyną, dla której czuła się skwaszona i w złym humorze. Nabrała tego przeświadczenia dopiero teraz, pod wpływem wzroku gila i gdy sama na niego patrzyła.

Stary ogrodnik poprawił czapkę na łysinie, popatrzył na nią i rzekł:

– To panienka jest ta mała, co to przyjechała z Indii?

Mary potakująco skinęła głową.

– Nie dziw w takim razie, że panienka sama. Później, kiedy panienka będzie większa, to będzie jeszcze więcej sama – powiedział.

Począł znów kopać, mocno zagłębiając łopatę w tłustą, czarną ziemię, gdy tymczasem gil, zajęty ogromnie, obskakiwał dokoła.

– Jak się nazywacie? – dopytywała Mary.

Przerwał robotę, by dać odpowiedź:

– Ben Weatherstaff – odparł, a potem z dziwnym grymasem dodał: – Ja też jestem sam, chyba że ten do mnie przyjdzie – i wskazał palcem na gila. – To mój jedyny przyjaciel.

– Ja wcale nie mam przyjaciół i nigdy nie miałam. Nawet moja niania mnie nie lubiła i nigdy się z nikim nie bawiłam – opowiadała Mary.

W Yorkshire panuje zwyczaj, żeby prawdę mówić szczerze, bez ogródek, a że Ben Weatherstaff był rodem z Yorkshire, odparł:

– My oboje, niby panienka i ja, do siebie podobni jesteśmy. Jesteśmy ulepieni z tej samiutkiej gliny. Oboje urodziwi nie jesteśmy, ale za to skwaszeni, nieprzyjemni, od razu nam to z oczu patrzy. No i zakład, że mamy równie niemiły charakter.

Powiedziane to było prosto z mostu, a Mary dotąd nie słyszała nigdy prawdy o sobie. Tam, w Indiach, służba biła jej pokłony i przytakiwała jej we wszystkim. Dziewczynka nie zastanawiała się nigdy nad swoim wyglądem i ciekawa była, czy rzeczywiście jest tak mało ponętna jak Ben Weatherstaff, i ciekawa była również, czy wygląda tak samo skwaszona jak ogrodnik, zanim gil przyfrunął. Zaczęła się także zastanawiać, czy i ona ma „niemiły charakter”. Zrobiło jej się nieprzyjemnie.

Naraz cichy, łagodny tryl zabrzmiał tuż przy niej. Odwróciła się i stanęła w pobliżu młodej jabłoni, a gil, usiadłszy na jednej z jej gałązek, w piosenkę swoją zadzwonił. Ben Weatherstaff szczerze się zaśmiał.

– Czemu on tu przy mnie tak śpiewa? – spytała Mary.

– Chce się z panienką zaprzyjaźnić – odparł Ben. – Głowę daję, że się w panience zakochał.

– We mnie? – spytała Mary i łagodnym ruchem odwróciła się ku drzewu.

– Chcesz być moim przyjacielem? – zwróciła się do ptaszka jak do człowieka. – Chcesz? – A nie wyrzekła tych słów swoim szorstkim głosem, na swój zwykły rozkazujący sposób, lecz tak słodko, szczerze, tak wabiąco, że z kolei Ben Weatherstaff był nie mniej zdziwiony niż Mary, gdy usłyszała jego gwizdanie.

– Hej! – wykrzyknął. – Tak to panienka ślicznie i po ludzku powiedziała, jakby panienka była prawdziwym dzieckiem, a nie starą, zgryźliwą babą. Powiedziała panienka tak, jak Dick przemawia do swoich zwierzątek na wrzosach.

– To wy znacie Dicka? – spytała Mary, raźno zwracając się ku staremu.

– A kto by go nie znał! Toć on wszędzie łazi. Nawet jeżyny dzikie i kwiatki wrzosów go znają. Założę się, że mu lisy mówią, gdzie się ich młode znajdują, a pasikoniki gniazda mu swoje pokazują.

Mary miała wielką ochotę pytać dalej. Była tak zaciekawiona Dickiem jak tajemniczym ogrodem. Lecz w tejże chwili gil urwał swój śpiew, rozwinął skrzydełka z trzepotem i odfrunął. Wizytę złożył – teraz miał inne zajęcia.

– Przeleciał przez mur! – zawołała Mary, śledząc lot ptaszka. – Teraz poleciał do sadu, o! A teraz przez drugi mur do tego ogrodu, do którego nie ma furtki!

– Bo on tam mieszka i tam się z jajka wykluł. Jeżeli sobie poszuka żony, to tylko tam, między młodymi pannami gilskimi, które mieszkają w starych krzakach róż.

– W krzakach róż? To tam są róże? – spytała Mary.

Ben Weatherstaff chwycił za łopatę i zaczął na nowo kopać.

– Były dziesięć lat temu – zamruczał.

– Chciałabym zobaczyć te róże – powiedziała Mary. – Gdzie jest zielona furtka? Gdzieś przecież musi być.

Ben zatknął w ziemię łopatę i wyglądał tak niemiło, jak na początku ich znajomości.

– A była, była dziesięć lat temu, ale teraz nie ma – powiedział.

– Furtki nie ma? Musi być! – zawołała Mary.

– Nie ma i nikt nie znajdzie, i nikomu nic do tego. Niech panienka nie będzie wścibska i nie wtyka nosa w nie swoje sprawy. No, a teraz do roboty! Niech panienka idzie się bawić. Nie mam już czasu.

Potem zarzucił sobie łopatę na ramię i odszedł, nie spojrzawszy nawet na dziewczynkę.

* * *

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

* * *

Przypisy

[1] Cholera – bardzo groźna choroba zakaźna.

[2] Riquet à la Houppe (Knyp z czubkiem) – francuska baśń ludowa spisana przez Charlesa Perraulta.

SERIA LITERATURA KLASYCZNA

Zbiór najpiękniejszych dzieł światowej literatury dla dzieci i młodzieży. Piękne, nowoczesne wydanie sprawia, że czytelnicy w każdym wieku z przyjemnością sięgną po lekturę, a piękne ilustracje umilą czytanie i pomogą wyobraźni przenieść się do świata fascynujących historii.

AKADEMIA PANA KLEKSA

KSIĘGA DŻUNGLI

MAŁY KSIĄŻĘ

OPOWIEŚĆ WIGILIJNA

W 80 DNI DOOKOŁA ŚWIATA

KSIĄŻKI TEGO AUTORA

Tajemniczy Ogród. Literatura klasyczna Tajemniczy ogród Literatura klasyczna. Tajemniczy Ogród Tajemniczy ogród „The Secret Garden / Tajemniczy ogród” Mała księżniczka 

POLECANE W TEJ KATEGORII

Amelia i Kuba/ Kuba i Amelia